Przewodnik

Linki-obrazki

Misje
I. Więzi przyjaźni
Spotykasz po latach kogoś, kto dawniej był ci bliski. Wplątuje cię on w jakąś historię, która nie dość, że z czasem się komplikuje, to w dodatku budzi w tobie wątpliwości co do intencji przyjaciela.

II. Linia frontu
Kerończy natarli na Prowincję Demarską. Oblegany jest sam Demar. Jedni ludzie stają do walki, inni uciekają ze spalonej ziemi. Napastnicy, obrońcy i cywile. Po której stronie staniesz?

Opcjonalnie: Udział w buncie niewolników w Wirginii bądź inne miejsca walk.

III. Rekonwalescencja
W nie najlepszej kondycji trafiasz do wioski lub klasztoru. Wydaje ci się, że trafiłeś w dobre ręce i że wkrótce będziesz mógł opuścić to miejsce. Okazuje się jednak, że z pozoru życzliwi i uprzejmi ludzie skrywają przed tobą jakąś tajemnicę.

IV. Zabij bestię
Coś napada, nęka mieszkańców. Zawierasz umowę z wójtem - dostarczysz głowę bestii za określoną cenę. Okazuje się jednak, że stworzenie nie działa bez powodu - jest w jakiś sposób prowokowane przez mieszkańców.

Opcjonalnie: Bestia jest wrażliwa na hałas z karczmy albo ludzie naruszyli w jakiś sposób jej rewir (weszli na jej teren, zajęli leże ze względu na drogie surowce itp.)

V. Nielegalne walki
Dochodzą cię słuchy o nielegalnych walkach prowadzonych w okolicy. Położysz im kres czy może postanowisz wziąć w nich udział dla własnego zysku? Pieniądze nie leżą na ulicy.

VI. Zlecone zabójstwo
Dochodzi do zamachu, w wyniku którego ginie ktoś ważny. Podejmujesz się odnalezienia zabójcy – albo jego zleceniodawcy. Od ciebie zależy, czy dojdzie do aresztowania winnych, czy pomożesz im uniknąć kary.

VII. Egzekucja
W mieście lub wiosce szykuje się egzekucja. Znasz sprawcę albo sam doprowadziłeś do jego schwytania. Realizacja wyroku coraz bliżej.

Opcjonalnie: Z czasem nabierasz wątpliwości, czy skazaniec faktycznie jest winny i chcesz go uwolnić lub dochodzą cię pogłoski, że ktoś może chcieć uwolnić kryminalistę.

zamknij
Spis kodów
Spis opowiadań
Baśń o wolności: Preludium (autor: Nefryt) Gdy demon odzyskuje człowieczeństwo, przypomina sobie jak być człowiekiem.(autor: Zombbiszon) Nikt nie zna prawdziwego bólu do czasu aż nie straci kogoś bliskiego sercu. (autor: Zombbiszon) Wendigo i Driada (autor: Zombbiszon) Domek, zupa, sukkub i historia (autor: Zombbiszon) Sen i niespodzianki (autor: Zombbiszon) Boląca strata i niepokojący gość! (autor: Zombbiszon) Cienie i nowy przyjaciel (autor: Zombbiszon) Kruki (autor: Zombbiszon) Cienie i Starsze Dusze (autor: Zombbiszon) Zło Kor'hu Dull (autor: Zombbiszon) Złodziej Twarzy i Koszmar (autor: Zombbiszon) Królewiec (autor: Zombbiszon) Przed świtem (autor: Nefryt) Król Żebraków i nowe drzwi (autor: Zombbiszon) Akceptacja (autor: Zombbiszon) Nostalgia (autor: Nefryt) Nowa droga i niespodziewane wyznanie? (autor: Zombbiszon) Biały i zielony daje czerwony! (autor: Zombbiszon) Nowe wyzwania w nowym życiu (autor: Zombbiszon) Krąg tajemnic (autor: Zombbiszon) Jack (autor: Zombbiszon) Czasami to mrok daje najwięcej światła (autor: Zombbiszon) Trzy sceny o szpiegowaniu (autor: Nefryt) Morze bólu. Promyk nadziei ... (autor: Zombbiszon) Sól (autor: Olżunia) Dyjanna Muirne: Miecz może być dowodem wszystkiego (autor: Zorana) Uszatek i Kwiatek na tropie przygody: Przypadłość parszywej gospody (autor: Paeonia i Szept) Gdy gasną świece (autor: Zombbiszon) ... Najjaśniej płoną gwiazdy nadziei. (autor: Zombbiszon) Elias cz. 1 (autor: Zombbiszon) Elias cz. 2 (autor: Zombbiszon) Historia (autor: Zombbiszon)
zamknij

Chat

16.07.1999r.
Miłościwy Panie,
ogłaszam, że tereny na wchód od ujścia Loary zostały zdobyte. Nasz konwój dotarł bezpiecznie na miejsce. Straty małe. Na zdobytych ziemiach zastaliśmy kilkanaście prawie niezniszczonych wiosek.  Ziemi starczyło dla wszystkich. Oczywiście zadbałem o wygodę wyższych sfer. Czekam na dalsze rozkazy.

Wierny swemu Panu i Ojczyźnie na wieki
Generał Fimed Wern


 ***
<Muzyka>

Drobna postać idzie uliczką. Rozgląda się po pozostałościach budynków. Ruiny. Tylko to słowo przychodziło do głowy dziewczynce. Na jej mokrej od łez twarzy od nowa pojawiają się malutkie kropelki. Podchodzi powoli do murów. Jej ręka gładzi chropowatą ścianę. Z tym miejscem wiąże się tyle wspomnień…

Padał deszcz. Została wtedy sama w domu. Strugi wody spływały po ulicy,a krople bębniły o dachy. Bała się wtedy. Bała się tych wszystkich potworów  z opowieści jej brata. On i ojciec byli  na polowaniu. Matka już dawno umarła. Nawet jej nie pamiętała… Grzmot. Jej krzyk. Szloch wydarł się z jej piersi. Ile jeszcze będzie musiała tutaj siedzieć?! W tej chwili nie cierpiała ich za to. Otuliła się szczelniej kocem. W kominku wygasło już kilka godzin temu. Ona sama nie umiała rozpalić ognia. 
A przecież wszystko miało  być dobrze…

Teraz też dziewczynka się wzdryga. Ile jeszcze tych nieszczęść? Ile jeszcze? Wchodzi do środka budynku. Wie, że może się zawalić. Wie, że być może już nic tu nie znajdzie… Że nikogo nie zastanie…

Kolejny grzmot. Kolejny krzyk. Podniosła się z podłogi i pobiegła do okna. Jakieś małe światełko. Mimo woli się skuliła. Czy to oni? Czy może jakiś bandyta lub potwór…? Odbiegła od okna. Skryła się w jej małym pokoiku. Za drzwiami… Słyszała swój przyśpieszony oddech, bicie serca…

Zatrzymuje się przed lustrem. Powoli dotyka dłonią jego powierzchni. Widzi swoje odbicie. Mała, chuda dziewczynka. Krótkie, sterczące na wszystkie strony włosy i przybrudzona sukienka.  Kiedyś tak nie wyglądała. Kiedyś było lepiej…

Drzwi wejściowe otworzyły się ze skrzypnięciem. Wstrzymała oddech. Słyszała jakieś przyciszone głosy. Zaraz potem ktoś ją zawołał. Wypuściła z płuc  powietrze. To Oni. Wybiegła z kryjówki i już zamierzała rzucić się w ramiona ojca gdy wtedy To zobaczyła. Opierał się o ojca. Z jego ramienia kapała krew. 
W jej oczach widać było przerażenie. Pamięta jak się lękała o zdrowie jej brata. Pocieszał ją. Nawet podczas choroby nie myślał o sobie…

W lustrze  na sekundę pojawia się jego twarz. Ta uśmiechnięta. Ta co zawsze… 

Wyzdrowiał szybko. Znów było jak dawniej. Kilka razy poszli na łąkę. Ich łąkę. Było to tajemne miejsce. Tylko oni o tym wiedzieli. Zawsze spędzali tam miło czas…

Wybiega z budynku. Gdzie teraz? Nogi same prowadzą ją na Łąkę. Nie zmieniła się.  Zdejmuje buty 
i zanurza stopy w miękkim mchu. Jak dawniej…

Całe dnie spędzali w tym miejscu. Jej brat wymyślał co raz to dzień inne zabawy. Nigdy się nie nudzili. Nie wiedzieli co to nuda. I wtedy ojciec zachorował. Zamykał się sam z synem w pokoju. Raz podsłuchała. Już nigdy więcej tego nie robiła… Ojciec umrze. Zostaną sami. On ma się nią opiekować. Wyrazy dolatywały do jej głowy jak strzały. Pojedynczo. Zadając ból. Siedziała pod drzwiami płacząc i kołysząc się jak małe dziecko. I wtedy wyszedł brat. Zobaczył ją. Przytulił. Od razu zrozumiał wszystko. Zawsze rozumiał.

Kładzie się na ziemi. Przymyka oczy. Nie chce już wspomnień. Nie chce.


Dina | Mer | 10 lat | człowiek | Wirginka | obecnie błąka się po świecie

***

Idzie już od kilkunastu godzin. Coraz bardziej oddala się od granicy. Od tej… nowej granicy. Jeszcze kilka tygodni temu  te ziemie należały do nich – Wirgińczyków. Teraz ci przeklęci Kerończycy zajęli ten teren. Zajęli ich dom. Miasteczko. Łąkę. Mimo woli zaciska pięści w geście bezsilności. To przez nich ją stracił. To przez nich nie wie gdzie ma się podziać w życiu! To przez nich!

Walka. Ostrze miecza. Odparowanie ataku. Obrona. Ucieczka. Ona też ucieka. Biegnie się gdzieś skryć. Przed tymi bestiami. Przed potworami bez uczuć. Sam ją tam posłał. Ona musi być bezpieczna. Musi przeżyć. Kolejny kontratak. Czuje jak drżą mu ręce. Nigdy nie walczył. Nie było mu to potrzebne. Widzi błyski gniewu w oczach przeciwnika. Widzi jak miecz opada na niego. Nie ma siły go odepchnąć. Ból. Ciepła ciecz spływa po boku. Lodowata stal odrywa się od ciała. Widzi jak wróg odchodzi. Odchodzi, by zabić kolejną ofiarę. Odchodzi, by zdobyć kolejny fragment ziemi… Terytorium…
Opada na ziemię. Ktoś do niego podbiega. To przyjaciel…

Teraz ręka wędruje ku bliźnie. Czasem jeszcze boli… Kerończycy zwyciężyli. Oni musieli uciekać. Jak tchórze. Nienawidzi siebie za to. Zostawił ją tam.  Dowódca mówił. Wyjaśniał, że nie ma po co wracać. Nikt nie przeżył.

Dym gryzący oczy. Wdzierający się we włosy, w ubranie. Czerwone jęzory ognia pożerały ich cały dobytek... Domy. Resztkami sił przyglądali się temu z oddali. Wygłodniałe zwycięstwa bestie zaraz mogły ich znaleźć. Musieli ruszać, zostawić to co zostało... Jeśli zostało.

Już o tym nie myśli. Czarna plama rozpaczy i tak przysłoniła mu umysł. Trzeba zacząć działać. Musi dojść do swoich. Ziemie da się jeszcze odbić. Jeszcze zwyciężą. Jeszcze pokażą tym Kerończykom gdzie ich miejsce. On jeszcze się zemści!

 Narius | Mer | 20 lat | człowiek | Wirgińczyk | obecnie błąka się po świecie 

________________________________________________________________
Powracam do pisania. Postaram się być aktywna. Naprawdę.
Powoli będę pisać nowe karty postaci, w których dopiszę nowe informacje. ;)

61 komentarzy:

Nefryt pisze...

[cz.1]
Z nieba lał się żar. Lepki, nieruchomy, ohydny żar. A wokół brzęczały ospałe muchy.
„ Co to jest?! Mam 26 lat, a czuję się jak padlina” – pomyślał Shel Arhin, odganiając kolejnego owada. Raz jeszcze przejrzał list od Donavana i odłożył go z powrotem. Za gorąco. Za duszno, żeby myśleć.
- Jaśnie panie. – Z bezmyślnej zadumy wyrwał go głos jednego z podkomendnych.
- Wejść – mruknął. Zaszeleściła poła namiotu. W powstałym przejściu ukazał się szczupły, ciemnowłosy chłopak ze znamieniem w kształcie gwiazdy na prawym oku. Wyglądał na co najmniej dwadzieścia lat, choć miał zaledwie szesnaście.
- Jaśnie panie, przyszła wiadomość od generała.
Shel wziął od chłopaka zapieczętowaną kopertę. Sprawnym ruchem przełamał woskową pieczęć. Przebiegł wzrokiem po treści wiadomości… i z trudem powstrzymał cisnące się mu na usta przekleństwo.
- Generał stacjonuje pięć kilometrów stąd. Dostarczysz mu odpowiedź w godzinę?
- Panie! W dziesięć minut.
- A więc dobrze. – Shel napisał pośpiesznie odpowiedź:
Szanowny Lordzie Lannisterze.
Z przykrością informuję, że nie jestem w stanie wysłać trzydziestu ludzi na Wielkie Równiny. Wszyscy jesteśmy wyczerpani po jeździe w spiekocie, ponadto dwu spośród moich rycerzy doznało ciężkich obrażeń w walce z miejscowymi partyzantami. Potrzebujemy co najmniej tygodnia, by zregenerować siły.
Z poważaniem.
Dowódca chorągwi rodowej,
Shel Arhin.

Zwinął wiadomość w rulon, przewiązał rzemieniem i zapieczętował.

Nefryt pisze...

***
Chłopak rzeczywiście wrócił po dziesięciu minutach. Zziajany, z koszulą sztywną od zaschłego potu, wpadł niemal na Shela i wcisnął mu w rękę kopertę. Arhin rozdarł papier.
- Panie..? - zaczął niepewnie chłopak.
- Tak, Sulfus?
- Lord Lennister był… trochę niezadowolony, kiedy czytał.
Shel pokiwał głową, rozprostowując wiadomość. Na kartce zapisano jedno, koślawe zdanie. Papier poniżej znaczyło kilka plamek po jakimś mięsnym sosie.
Arhin złożył równiutko kartkę i odłożył ją na bok. W jego ciemnoniebieskich oczach czaił się gniew.
- Co napisał lord?
- Lord napisał – Shel starannie modulował głos, by nie zdradzić, co o rzeczonym lordzie myśli – że „g… go to obchodzi” – zacytował, siląc się na niemal dworski ton.
Sulfus milczał przez chwilę. Shel wykorzystał ten czas na przetarcie miecza. Zdjął koszulę przewieszoną przez belkę u powały namiotu i włożył ją. Len natychmiast przylepił się do jego wilgotnej skóry.
- Wyjeżdżasz, panie?
- Do miasta. Znaleźć dwóch kretynów, którzy zastąpią Lorlena i Eddara.
- Ja mogę zastąpić Lorlena.
- Jesteś posłańcem.
Sulfus wyprostował się i z dumą uderzył się w pierś.
- Jestem giermkiem. Jestem z rodu Nardów.
- Jak chcesz.
Chłopak spuścił na chwilę wzrok, po czym zapytał cicho:
- Panie, czy mógłbym mieć do ciebie prośbę?
Shel popatrzył na niego zaskoczony. Jeszcze przed chwilą dumny, teraz Sulfus wydawał się zmieszany.
- Słucham cię.
- Wiesz, panie, że nie umiem pisać – powiedział patrząc na czubki swoich butów. – Dziś przyjeżdża kurier, a Demarze został ktoś bliski memu sercu. Chciałbym, żeby wiedziała… że jeszcze żyję.
- Dyktuj.
Shel zapisał treść listu.
- Znasz adres? Numer domu, albo…
- Wystarczy, panie, że napiszesz ulicę. Znajdą ją.

Nefryt pisze...

***
Nefryt jechała sama, wystawiając twarz do słońca. Jakże przyjemne ono było, kiedy miało się w pamięci świeży jeszcze obraz lodowatej i niebezpiecznej zimy. Mijani chłopi przyglądali się jej i oddawali pełen szacunku, ale i radość ukłon, gdy rozpoznali tę panią o włosach lśniących czernią i brązem, dumną jak królowa… królowa odziana w bawełnianą, męską koszulę z obciętymi nożem rękawami. Nefryt mieszała się, ilekroć traktowano ją w ten sposób. Machała wesoło do dzieciaków, wołała pozdrowienia w stronę dorosłych. Od czasu do czasu zamieniła z kimś kilka słów. Chłopstwu mogła ufać… Traktowali ją jak swoją, to było widać w ich prostych, szczerych twarzach. Zdarzało się, że w trakcie rozmowy ściszonym głosem doradzali jej, którędy najbezpieczniej jechać, jak ominąć wirgińskie hordy. Bo choć oficjalnie granica z ziemiami utraconymi przebiegała dziesiątki kilometrów stąd, to królowa nie zabroniła Wirgińczykom przebywać na terenie Wolnej Keronii. Najeźdźcy rzecz jasna skwapliwie z tego korzystali, panosząc się po kraju, jakby już dawno go zdobyli.
Droga minęła jej dość szybko. Natychmiast, gdy zjechała z traktu między wiejskie zabudowania, otoczyła ją gromadka dzieci. Jedne przyglądały się jednorożcowi z mieszaniną ostrożności i nabożnej niemal czci, inne po prostu podbiegały, by odprowadzić ją do serca wioski. Zsiadła z jednorożca i prowadziła go za sobą, gdy z jednej z chat wyszedł wielki mężczyzna z krzaczastą brodą i rudawymi włosami, splecionymi w gruby warkocz na krępym karku.
- Witaj, papo! – zawołała, podbiegając do mężczyzny. Umbert był drwalem. Zajmował się wyrębem lasu pod zamek dla Eleonory, za czasów, gdy panował jej ojciec. Biorąc pod uwagę, jak często księżniczka wymykała się niani, Umbert znał ją niegorzej, niż w własne córki. Mieszkając na Pomorzu, był jej łącznikiem z tamtejszą gildią złodziei. Nawet kiedy otrzymał, jak twierdził, dar od bogów, czyli możliwość osadnictwa na odzyskanych ziemiach Wielkiej Równiny, nie zapomniał o niej. Informował ją o nastrojach w okolicznych wioskach i zjednywał jej planom nowych ludzi.
Umbert objął ją przypominającymi dwa konary rękoma.
- Jak się masz, Nefryto?
Wyswobodziła się z jego objęć.
- Wszystko w porządku, zima za nami, Rivendall i Kastelgard jeszcze nie upadły… W obozie mamy kilku nowych ludzi… I elfkę, zacną maginię.
Umbert przyjrzał się uważnie jej twarzy.
- O ciebie pytam, dziewczyno! Nawet tu doszło, żeś się po Kansas szlajała.
Nefryt machnęła ręką. Nie chciała o tym rozmawiać. Samo więzienie… o tym może, kiedyś. Ale przesłuchania… Do tej pory czuła, jak potrafią piec łzy upokorzenia na opuchniętych policzkach. Kansas to straszne miejsce.
Weszli do chaty. Pojedynczą izbę wypełniał zapach ziół, drewna i gotującej się strawy. Dwie córki drwala, bliźniaczki: Sansa i Dannika słuchały opowieści snutej przez obcą, jasnowłosą dziewczynkę. Nefryt popatrzyła zmieszana na mężczyznę.
- Może przeszkadzam? – zapytała niepewnie. – Mogę zanocować pod gołym niebem, gdzieś za wioską.
- Nawet o tym nie myśl! – drwal żartobliwie pogroził jej palcem. - Jesteś tu honorowym gościem… a i dziewczynkom przyda się więcej kobiecej ręki…
- Ja jako wzór kobiecości? Chyba cię konar trzasnął.

Nefryt pisze...

***
Ogłasza się pobór do chorągwi rodowej.
Mężczyźni w wieku 19-30 lat, narodowości wirgińskiej, zobowiązani są stawić się na rynku głównym o zachodzie słońca w celu sprawdzenia ich umiejętności.
Shel Arhin, dowódca.

Shel popatrzył na trzymane w ręku obwieszczenie. Rozwiesił już kilka, to było ostatnie. Przybił pergamin do pnia grubego drzewa na środku rynku. Zawahał się przez chwilę, po czym dopisał u dołu:
Planuje się odzyskanie Wielkiej Równiny.
Ludność Demaru to przecież i tak w 90% Wirgińczycy. Ruszył spokojnie ulicą, chcąc wrócić do gospody, w której stajni zostawił Jantara, kiedy nagle wpadła na niego najwyżej ośmioletnia dziewczynka.
- P-przepraszam – pisnęła. Chciał coś odpowiedzieć, ale poczuł w kieszeni zwitek papieru. Uśmiechnął się pod nosem. Więc tak się to teraz robi… Wycwanili się nam ludzie w siatce – pomyślał. Kiedy podniósł wzrok, dziewczynki już nie było.
Liścik okazał się nową porcją instrukcji w sprawie jego misji. Wygląda na to, że biorąc pod uwagę plany Donavana, będzie musiał zmienić nieco kryteria wyboru brakującego „rycerza”. Początkowo myślał o kimś potężnym, obeznanym z kopią lub dwuręcznym mieczem. Ale biorąc pod uwagę instrukcje od przyjaciela, powinien raczej wybrać kogoś niewzbudzającego podejrzeń. Oddział na tym ucierpi… Shel zmarszczył brwi. Nie podobało mu się, że Donavan wplata w szpiegowską intrygę niczego nieświadomych ludzi z jego chorągwi.

[Wyszedł mi taki mały tasiemiec ;)]

Szept pisze...

[To ja się powitam, jak wypada. Dobrze rozumiem, że teraz prowadzisz Isleen i tą dwójkę, pozostałe postacie znikają? Jak wyglądają wątki, chodzi mi, czy osobno z dziewczynką, osobno z jej bratem, czy też wplatać to razem, na podobnej zasadzie, jak Nefryt wyżej?
Kolejne - masz preferencje odnośnie moich postaci do wątku?
Z innych spraw - pod kartą Isleen zostawiłam wiadomość odnośnie ras. ]

itill pisze...

[Ja też bardzo serdecznie witam :) Mam nadzieję, że może jak będziesz miała chwilę to jakiś wspólny wątek?]

Szept pisze...

[Zaczynając od wątku. Jeśli chodzi o Szept to owszem, nawet jeśli ze strony elfki nie byłaby to tak zaciekła nienawiść jaką kiedyś czuła do ludzi. Co zaś do Devrila, to oficjalnie jest on przedstawiany jako stronnik Wirginii, o jego działalności w ruchu i prawdziwych zapatrywaniach wie tylko nieliczne grono. Jeśli chodzi o Luciena, to w tej materii szkoda słów.
Mogę mieć kilka propozycji, w sumie chyba z każdą moją postacią. Po pierwsze, Narius może zawitać do Drummor. Ewentualnie zawita tam wycofująca się armia w celu umocnienia sił, poboru nowych ludzi i przegrupowania. W jakim stanie trafia tam Narius - ranny w pełni sił, to pozostawiam tobie, w końcu twoja postać. Mogłaby też tam trafić Dina lub znalazłby ją wśród ruin węszący tam - już w charakterze szpiega Devril.
Inna opcja z małą, to odnalezienie jej bądź przez Szept lub przez bandę Nefryt. Jedno wychodzi, bo elfka jest w bandzie. Odnośnie Szept i Nariusa, to nasuwa mi się skojarzenie, które nie jestem pewna, czy ci się spodoba. Ale on mógłby wpaść w ręce zbójców. Chyba, że wolisz odwrócenie ról, ale wtedy przydałaby się Nariusowi szersza kompania.
Nie za bardzo widzę połączenie Luciena i Nariusa, chyba że masz wybitną ochotę na taką kombinację, to czegoś poszukam. Ale też Lucien mógłby znaleźć dziewczynkę lub ta z nieznanych mu przyczyn przylgnęłaby do niego. Jak pewnie zauważyłaś, wylewny to on nie jest, ale na potrzeby wątku założyć można, że by jej nie zostawił. Kto wie, co by jeszcze z takiego połączenia wyszło.
Wybór wariantów, a tym samym i postaci pozostawiam tobie.

A odnośnie ras to chciałam po prostu ujednolicić wersję wśród autorów, którzy mają już elfy na blogu, żeby nie burzyć im koncepcji. Jeszcze czekam na wersję od autorki Emerald, no i swoją mam tylko w głowie. Więc spokojnie, poczekam.]

Nefryt i Shel pisze...

- To ty nie wiesz? - oczy Sansy zrobiły się okrągłe ze zdziwienia. - To Nefryt. Każdy tu zna Nefryt! To bohaterka! Kiedyś przychodzili tu źli ludzie. Zabierali nam dużo jedzenia i innych rzeczy... Byli straszni, mówię ci. I ona, Nefryt znaczy, i jej rycerze, bo ona ma rycerzy, którzy jej służą, ale nie dlatego, że muszą, tylko dlatego, że chcą i tam są też dziewczyny wiesz? I oni przegonili złych ludzi, a potem Nefryt dała nam dużo ładnych rzeczy. Dostałyśmy taką śliczną lalkę, wiesz? Drogą. Tylko ubranko się trochę pogniotło. A jak będę duża, to zostanę rycerzem Nefryt i...
Przerwało jej ciche prychnięcie Danniki.
- Ona ciągle o tym gada - mruknęła z pretensją. - A tata mówił, że jakby Nefryt nie było z nami, to mama by...
- Cicho bądź, cicho! - zaczęła krzyczeć Sansa. W jej oczach wezbrały łzy. - To ich wina, ich! Dlatego ja zostanę rycerzem Nefryt i jeszcze im pokarzę!
- Ona cię nie przyjmie.
- A właśnie, że przyjmie! Ciebie nie przyjmie, bo z ciebie durna, psia kip! - ostatnie słowa powiedziała na tyle głośno, że usłyszeli je rozmawiający w przeciwnym kącie izby Umbert i Nefryt. Drwal spojrzał groźnie na Sansę.
- Gdzieś ty usłyszała takie słowo?!
Sansa wyraźnie się zmieszała.
- No... w tawernie.
- I uważasz, że powinnaś się chwalić znajomością tawernianego słownictwa? Określać nim własną siostrę?
- Ale Dannika...
- Nieważne, co zrobiła, to nie jest powód. Musisz na każdym kroku pokazywać, że jesteś ze wsi? Kto taką żonę będzie chciał? Tylko większa bida od ciebie.
- Ale ja nie chcę być niczyją żoną. A Dannika jest głupia. I mówiła o mamie.
Na twarzy drwala pojawił się smutek. Westchnął ciężko, patrząc na Nefryt i Dinę. - Chyba powinienem was przeprosić za okoliczności... Powinienem wcześniej pomówić z dziewczynkami.
- Nic się nie stało - zapewniła szybko Nefryt. - Może pójdę nad rzekę, nazbieram trochę jagód na kolację? Pomożesz mi? - zwróciła się do Diny. Znała Umberta na tyle dobrze, by wiedzieć, że rozmowy o jego żonie nie są dlań łatwe. Nie chciała widzieć jego słabości. To były sprawy rodzinne... A ona, mimo wszystko, do tej rodziny nie należała.
***
Dla Shela zachód słońca nastąpił tego dnia zdecydowanie zbyt szybko. Wciąż nie był pewien, czym powinien pokierować się przy wyborze "rycerza". Dobrem oddziału? Tak nakazywało mu sumienie. Dobrem misji, jaką mu powierzono? Tak nakazywał obowiązek.
Jeżeli przegramy bitwę na Równinie, zginie kilku ludzi, reszcie pewnie uda się uciec. Pomogę im w tym. Jeżeli ta wojna nie zakończy się przed końcem września, armia mojego kraju się wykrwawi. Zacisnął zęby. Paskudne ultimatum.
Na rynku zjawiło się trzydziestu mężczyzn. Niemało, biorąc pod uwagę, że gubernator prowadził już pobór w wirgińskiej strefie wpływów. Pytanie, ilu z nich widziało kiedykolwiek na oczy miecz..?
Przyjrzał się zgromadzonym i już na wstępie odesłał kilku ludzi. Nie potrzebował kalek.
- Czy któryś z was walczył ostrą bronią? Mówię o mieczu, nie o nożu, bo z tym byle łachudra się obnosi.

itill pisze...

[Ja mam problem z wymyślaniem jakiś większych powiązań więc wolałabym się oprzeć na Tobie. Vey jest iluzjonistką, a także korzysta z talentów barda. W skrócie to elfia szlachcianka, która nigdy w politykę się nie bawiła, ale ktoś nie ktoś mógł bywać na dworze u jej rodziców. Więc... ona może nie kojarzyć twarzy, ale ktoś może kojarzyć jej twarz.]

Nefryt i Shel pisze...

Shel odnotował w pamięci, że pierwszy zgłosił się blondyn o dość delikatnej twarzy. Albo był śmiały, albo zależało mu, by dostać się do chorągwi. Oba przypadki byłyby korzystne… Tylko pytanie, dlaczego mu zależy. Patriota, czy szpicel? Tak czy inaczej, przyjrzę mu się - zadecydował.
- Ci, którzy dotąd nie walczyli, możecie się rozejść.
Podszedł do wierzchowca i odpiął przypiętą do łęku siodła dużą, podróżną torbę. Wyjął z niej stępione, turniejowe miecze. Szybko przeliczył pozostałych na placu mężczyzn. Pięciu. I ten blondyn. On pasował do misji.
- Będziecie kolejno się ze mną pojedynkować. Dwóch najlepszych trafi do chorągwi. Oba miecze są stępione… co nie znaczy, że nie da się nimi kogoś uszkodzić. Walka trwa, dopóki jeden z nas nie wytrąci broni drugiemu.
Chciał poznać strategię walki każdego z nich. Jako oddział, powinni się rozumieć bez słów. Jako dowódca, powinien znać ich atuty i słabe punkty.
~*~
Drgnęła, słysząc wyraźnie wirgiński akcent. To przecież dziecko – zganiła się w myślach. Mimo to w jej głowie odżyły wspomnienia. Wirgiński pomiot. Kto wie, czy jej tatuś… Wirgińczycy jakoś nie przejmowali się tym, że Eliza ma czternaście lat, kiedy ją zabijali! Zacisnęła wargi. Jej siostra należała do królewskiego rodu. Następca tronu musiał zginąć. Nawet, jeżeli był dopiero w łonie matki. Takie było prawo wojny. To dziewczynka - pomyślała. - tam kobiety nie walczą… Ale rodzą takich, którzy będą walczyć. .
Odetchnęła ciężko. Nie zniży się do ich poziomu. Nie skrzywdzi dziecka. Poza tym, mała Wirginka była pod opieką Umberta. Utrzymujesz żmiję, papo.
- Tak, tu się urodziłam. To znaczy, w Keronii. Na Równinie jestem tylko przejazdem. – Zamilkła na chwilę. Starała się być miła. Jednak choć głos dziewczynki sam w sobie był delikatny, szorstki wirgiński akcent ranił uszy herszta. Nie była pewna, czy kiedykolwiek będzie w stanie spokojnie słuchać czegokolwiek, co kojarzyło jej się z tą narodowością.
- Tak, znam go. – Spróbowała się uśmiechnąć. – Udzielił mi schronienia, kiedy… kiedy mnie ścigano. – Obawiała się powiedzieć więcej. O tym, że Umbert znał księżniczkę Eleonorę, wiedziało wiele osób. Przyznając się do tego, że drwal jej pomagał, nie zaszkodzi mu więcej, niż samą swoją obecnością. Jeżeli dziewczynka rozpowie, że Nefryt mieszka u Umberta, czeka go stryczek. Jego córki być może też. Czuła się źle z tym, że narażała ich wszystkich.

Szept pisze...

[Przepraszam, czy odpisywałaś mi coś może? Bo nie wiem, czy pominęłam, czy zjadło, czy cokolwiek innego?]

Szept pisze...

[Nic nie szkodzi, to ja spanikowałam, że cię niechcący pominęłam przy odpisach czy coś takiego. A łatwiej zapytać niż szperać po komentarzach, zresztą zawsze mogło nie dojść i wtedy klopsik.
Pomysł warty rozważenie i ciekawy. Wprawdzie Cień z początku chciałby małą zostawić, żeby nie
mieć dodatkowego balastu, ale albo ona by się go kurczowo trzymała, albo też on by nieco zmiękł, choć potem by sobie pluł w brodę jak to mój pan egoista. Czemu on na siebie kłopoty ściągał i takie tam. Pan szorstki, który nie chce urazić dziecka. Podoba mi się. Nie wiem, czy masz ochotę zacząć Diną czy zostawiasz to mnie?
Odnośnie Isleen. Jeśli chcesz wprowadzać, mi pasuje. Chyba, że wolisz zacząć coś nowego, wtedy możemy razem pomyśleć. Jeśli zaś nie chcesz nowego, to z przyjemnością powitam odpis xD]

Nefryt i Shel pisze...

- Rozumiem. - Żałował, że nie wziął ze sobą Conda. Zawodowy łucznik zadałby młodemu jakieś podchwytliwe pytanie i natychmiast zorientowałby się, czy chłopak naprawdę ma pojęcie o strzelaniu. Bo prawda była taka, że choć Shel w przeszłości jeździł na polowania, z łukiem radził sobie dość przeciętnie. Jego domeną była strategia, szczególnie ta w pewnym stopniu opierająca się o cwaniactwo. Miecz w porządku, ale bardziej kopia.– Problem w tym, że najdalej jutro w południe musimy wyruszyć w drogę, żeby zdążyć połączyć się z głównymi siłami. A środek dnia w kerońskich warunkach… Nie zamierzam katować swoich ludzi – mówiąc to obserwował jego reakcję. Chłopakowi zależało, ale w inny sposób, niż szpiegom. Przynajmniej tym szpiegom, których znał. - Jeżeli mimo to chcesz się zaciągnąć, bądź o trzeciej nad ranem w „Dwóch mieczach” – dodał cicho, tak, by tylko Narius mógł go usłyszeć. Potem zwrócił się do pozostałych:
- Kto jak walczy, każdy widział. Tym samym przyjęty zostaje Nadir Bisklir. Dziękuję wam wszystkim, możecie się rozejść. Nadir – zwrócił się do dobrze zbudowanego chłopaka o ciemnej skórze i czarnych jak heban, kręconych włosach. – Spakuj się… i dobrze wyśpij. Jutro o świcie dostaniesz wytyczne co do miejsca zbiórki.
***
Zauważyła zmianę na twarzy Diny, nerwowy ruch jej dłoni na dzbanku. Zacisnęła wargi, słuchając dziewczynki. Nie spodziewała się usłyszeć od niej tak dorosłych słów. I jeszcze to: „sławna czcigodna Nefryt”? To o niej? Ona się tak zachowuje?
- Mieszkasz u Umberta. To jego dom, jego wola. Nic mi do niej. – Zamilkła na chwilę. Nie wstała. Nie okazuje się agresji, jeśli nie ma się zamiaru wyrządzić krzywdy. - …Ale to prawda. Przeszkadza mi, że jesteś Wirginką. – Nie to, że nie jest Keronijką, tylko to, że pochodzi z tego kraju. Przeciwko innym narodowościom nic nie miała… choć, oczywiście, najlepiej chciała dla Kerończyków.
- Nie myślę, że nic nie wiesz… Ale twoja wiedza opiera się na tym, co przeszła jedna wioska. Nie od niej się zaczęło. To wy najechaliście Keronię. I to wy przecie na północ. A ślady tego zostają po drodze. Taktyka spalonej ziemi, mówi ci to coś? Niektórzy z nas nauczyli się jej od was. Niektórzy wciąż się nią brzydzą. Uważasz, że tylko Kerończycy atakują zwykłych ludzi? Mylisz się. Chcesz dowodu? – zaczęła mówić głośniej. Bo jak tu się opanować, kiedy mowa o wojnie? – Lubisz Umberta. Nie zastanowiło cię, czemu nie ma żony?

Szept pisze...

Lucien nie lubił takich miast, jak to. Małe, nieco przeludnione, śmierdziało potem i strachem. O ile to pierwsze mógł przetrawić, to drugie wzburzało go dogłębnie. Nie, żeby się nie bał. Bał się wielokrotnie, czasem bardziej, czasem mniej. Ale pokazać coś takiego wrogowi było jawną bezmyślnością, głupotą, zero umiejętności przetrwania. Boisz się? To spierniczaj, ile ci sił starczy i nie oglądaj się za siebie. Przynajmniej nie zauważysz nadchodzącej śmierci. Albo jeszcze lepiej, spierniczaj, zaczaj się za rogiem i odwróć rolę. Sam zabij. Ze zwierzyny stań się ścigającym, z myszy polnej lisem. Ale ta chołota była chyba na to za głupia. Lucien nie lubił, nie znosił wysoko urodzonych, zazdroszcząc im tego wszystkiego, czego sam nie miał. Ale najniższe warstwy społeczne wzbudzały w nim wcale nie lepsze uczucia, może dlatego, że znał je od podszewki, wady, zalety, brudne sprawki i zaćmione umysły.
– To samo jeszcze raz? – usłyszał nad sobą szorstki głos karczmarza i skinął głową. Miód mu nie zaszkodzi, to było jedyne, co nadawało się do spożycia w tym przybytku nazwanym nie wiadomo dlaczego „Garbatym kucem”. Na szyldzie nawet nie było czworonoga. Może dlatego, że szyldu nie było. Deski przegniły i odpadły, a nikomu nie chciało się wstawić nowego. Ale każdy rzezimieszek potrafił tu trafić i Lucienowi to odpowiadało.
Początkowo ignorował dochodzące z zewnątrz hałasy. W takiej dzielnicy są takie chwile, kiedy robi się głośniej. Ale gdy hałas przybrał jeszcze na sile, okrzyki wyrażały gniew, ktoś coś stłukł na zewnątrz i doszły do tego dźwięki przypominające nie bójkę, a istną walkę, Cień zaniepokoił się. Wychylił się przez okno, a to co ujrzał, nie ucieszyło go.
Dzielnica pełna była walczących, do tego jakiś geniusz podpalił starą, półrozpadającą się stodołę. Cień stwierdził, że miejsce zdecydowanie przestało mu się podobać i nie czekając na drugą porcję miodu pośpiesznie opuścił karczmę.
Jak chcą się tłuc, to niech się tłuką, jak chcą palić, to niech palą. Ale bez niego. On stąd znika.

[Proszę bardzo. Może wyjść miernie, bo dawno nie zaczynałam. ]

Szept pisze...

Zamierzał jak najszybciej opuścić miasto. Ponaglił jeszcze wierzchowca, nie zwracając szczególnej uwagi na otoczenie i wrzeszczący tłum. Karosz posuwał się do przodu kłusem, Lucien nie chciał zbyt go popędzać, jeszcze nie. Może to i dobrze, bo inaczej nie zdołałby w porę ściągnąć wodzy, gdy dotarł doń krzyk. Karosz, poirytowany nagłym szarpnięciem, wierzgnął, stanął dęba, wymachując wściekle przednimi kopytami, a Lucien ledwo utrzymał się w siodle. Łatwo pojąć, że nie był zadowolony z takiego obrotu sprawy i zamierzał ostro złajać tego, kto go zatrzymał, rzucając się pod kopyta jego demonicznego wierzchowca. Ten głupiec szukał łatwej śmierci? Trzeba było wziąć sztylet i wbić sobie w pierś, a nie…
Lucien zerknął na dół, a jego spojrzenie mogłoby zmrozić każdego takiego głupca. Lecz nie głupca dojrzały ciemne oczy Cienia a skuloną dziewczynkę. Dzieciak, zatrzymał go dzieciak! Mała, niebieskooka, obdarta. W mig odgadł, że tego dziecka nie odziewały troskliwe ręce matki, nie broniły spracowane dłonie ojca. To dziecko musiało radzić sobie samo, zaniedbane, zagubione w wojennej zawierusze. Coś drgnęło w sercu Poszukiwacza, zwłaszcza gdy wspomniał na Natana, niegdyś równie zagubionego i pozostawionego samemu sobie.
– Może byś uważała? – rzucił, jednak nie tak gniewnie, jak zamierzał. Odjedź, na co czekasz, odjedź szepnął uporczywy głosik w jego głowie, ponaglający. – Następnym razem ktoś cię stratuje, dzieciaku.
Cienisty parsknął, grzebnął niecierpliwie nogą. Cień zmusił go do ruszenia w bok, wymijając dziewczynkę. Śpieszyło mu się, czyż nie? Dzieciak radził sobie dotąd sam, to niech to robi dalej. On miał własne sprawy. Własny tyłek do ratowania. Mocniej ścisnął boki karosza, przejechał tuż obok niej, zwłaszcza, że znów do jego uszu dotarły hałasy, trzask płomieni i odgłos krzyżujących się broni wszelakiego rodzaju.

[Wybacz, zapomniałam o nawiasach. Odpisy gdzie ci pasuje, zwykle sprawdzam każdą ze swoich postaci, chyba że wybitnie nie mam czasu, albo tylko chwilę, to czasem odpisuję tylko z 1. Jak mi lepiej, ale nie ma tak, że na żadną nie zajrzę przez dłuższy okres czasu.
Zdradzając nieco, żebyś nie myślała – chcę to wpasować w jego charakter, więc początkowo odjedzie, ale po nią wróci.
W stwierdzeniu niebieskooka wzorowałam się na arcie, ale jeśli jestem w błędzie, to mnie wyprowadź. Ona jest ciemną blondynką czy szatynką?]

Szept pisze...

Lucien nie obejrzał się za siebie ani razu, nie leżało to w jego naturze. W profesji, jaką się zajmował, nie powinno się zbytnio tracić czasu, nie powinno też się wahać zbyt długo. Za takie coś można było zapłacić głową, a tego Czarny Cień unikał jak ognia.
Cienisty ochoczo rwał do przodu, chaty już się przerzedzały, za chwilę powinien wysunąć się na otwartą przestrzeń, z dala od tumultu, ognia i zamieszek. Ruszyć w swoją stronę. Odetchnął głębiej, pozwalając sobie na rozluźnienie. Za sobą słyszał krzyki, coraz cichsze, bardziej odległe, mijał ślady walki i osmalone budowle. Dalej, dalej, dalej…
Niebieskie oczy. Blond włoski. Natan miał ciemne włosy i oczy, zupełnie niepodobne do tego dzieciaka z ulicy. Zmarszczył się brzydko, poczuł wahanie czyli coś, czego nie lubił, czego chciał uniknąć za wszelką cenę.
Niebieskie oczy. Słaby okrzyk zaczekaj. Dziecko potrzebujące pomocy. Czy Fina też tak krzyczała? Czy i jej nikt nie pomógł? Poczuł złość, dawną, zepchniętą gdzieś na granice świadomości. Nikt nie pomógł jego siostrze. Jemu. Czemu on miałby się przejmować innymi.
Nieprawda. Cichy głosik sprawiedliwości, bo sumienie już dawno uśpił. Pomógł mu kowal w Mall Resz, Maltron. Pomógł poczciwy Bran z Nyrax. I mieszkający naprzeciwko nich kapłan. Pomogła staruszka na Wyspach Złoczyńców i elfka. Głupcy…
Ściągnął wodze Cienistego, zatrzymując karosza tuż przy ostatnim domu. Tylko głupcy narażają kark dla innych, zwłaszcza jeśli nie mogą nic otrzymać w zamian. Głupcy, naiwniacy, chcą stracić własną głowę dla tych, których i tak…
Ostro ściągnął wodze, zawrócił karosza, popędzając go z powrotem w środek miasta. Tylko głupcy wracają, tylko głupcy się cofają. Był głupcem, ogień zaćmił mu umysł, bo to właśnie robił. Wracał po ludzkiego dzieciaka.
Poznał miejsce, w którym dziewczynka na niego wpadła. Ale małej nigdzie nie widział. Pewnie dzieciak pobiegł dalej, chcąc uciec… albo szukając bezpiecznego schronienia, jakiejś dziury, do której można wleźć, a która, miast schronieniem może okazać się pułapką.
Wracaj, szepnął rozsądek i przyzwyczajenie. Wracaj, szeptał głosik egoizmu. Przyjechałeś, zobaczyłeś, dzieciaka nie ma.
– Dziewczynko! – Gdzie mogła się schować? Umysł Cienia pracował intensywnie. Miejsca z dala od innych, ukryte, w miarę ciche i ocenione. Coś na kształt dziury, może… – Dziewczynko?
Miał jechać, a uganiał się za dzieciakiem. Ostrożnie szturchnął boki, na ślepo wybierając kierunek, wspomagając się własnymi wspomnieniami z życia na ulicy. Gdzie on by się ukrył?

Nefryt pisze...

Zaalarmowany skrzypnięciem drzwi karczmarz odwrócił się od zamawiającego pitny miód klienta i obrzucił wzrokiem nowoprzybyłego. Młoda twarz, znoszone łachy... Nic szczególnego. Tylko ten łuk.
- Z bronią tu nie wchodzimy - rzucił, nie siląc się zbytnio na uprzejmość. Już tu miał takich, co z oręzem wchodzili. A potem burdy urządzali. Choćby ten najemnik i ta herszt, psia ich mać.
Zaintrygowani biesiadnicy podnieśli wzrok znad talerzy. Nowy. Jeszcze nie zna zasad... Ciekawe, czy się będzie stawiać. Pewnie tak... Biedny młody.
***
Tymczasem na zewnątrz, z parapetu jednego z opuszczonych domów zsunęła się postać w ciemnym płaszczu. Kaptur skrywał rysy jej twarzy. Postać podeszła do drzwi karczmy, ale nie weszła do środka. W błoto przed nimi upuściła niewielką kartkę, po czym wróciła do swojej kryjówki.
***
- Wiem czemu - westchnęła. - On cię lubi. Oby tylko nie popełniał błędu... - w jej głosie więcej było smutku, niż złości. Zawinęła w dół koszuli zebrane jagody. - Mówisz o bogach... Widziałaś Shire?

Szept pisze...

– Dziewczyn… – Lucien urwał w pół słowa, gdy dostrzegł dziecko. Mała, blondwłosa, z nieco zaczerwienionymi powiekami, jakby od płaczu. Na sekundę, dwie odebrało mu mowę i panowała tylko cisza, podczas gdy tych dwoje mierzyło się wzrokiem. Mężczyzna bez serca i dziecko.
Wrócił do siebie, gdy dotarł doń trzask, jakieś wołanie, ciepło na twarzy. Ogień chyba wymknął się spod kontroli i teraz niszczył miasteczko. Lucien zaklął.
– Chodź tu, szybko, jedziemy ¬– rzucił tonem rozkazu, do jakiego nawykł podczas służby u Cieni, jeszcze jako rekrut, dzieciak zaledwie, a więc szorstko i surowo, nie dbając, by być ciepłym i miłym. Zresztą, w mniemaniu Cienia dzieciak i tak powinien być mu wdzięczny, w końcu chciał ją stąd zabrać. Wyciągnął w jej stronę dłonie, czekając aż podejdzie, by wciągnąć ją na konia i usadzić w siodle przed sobą.

Szept pisze...

Przez chwilę milczał, wcale nie zamierzając odpowiadać na tak zadane pytanie. Nie chciał się odsłaniać, nie w taki sposób. Nawet jeśli osobą pytającą było tylko dziecko, tak niewiele wiedzące o świecie. Może nie niewiele, bo obecne wydarzenie i bieda na pewno sprawiły, że dziewczynka dorastała szybciej niż jej opływający w dostatki rówieśnicy.
– Nieistniejący bogowie, gdybym to sam wiedział – wyrzucił w końcu, bardziej zresztą do siebie niż do niej. Teraz, z perspektywy czasu, gdy już opuścili płonące miasto, a każdy sus Cienistego odsuwał ich od zagrożenia, Lucien zaczął sobie zdawać sprawę z tego, co zrobił. Z konsekwencji. Co on miał zrobić z dzieckiem? Do Czeluści jej nie zabierze, do kryjówki Cieni też nie. Miał ją zostawić w lesie na pierwszy postoju, jaki się napatoczy? Zabrać do Demaru?
Nie zatrzymał się jednak, przynajmniej nie dopóki nie zaczęło szarzeć, a oni na dobre nie zostawili miasta za sobą. Dopiero wtedy wstrzymał Cienistego rozważając, gdzie by się tu zatrzymać na noc. Miał nadzieję, że dzieciak nie boi się koszmarów ani ciemności, a w lesie nie będzie się trząsł jak galareta. Bogowie, pomóżcie, nie potrafił pocieszać, a z dziećmi to już w ogóle nie miał pojęcia, co robić. Oprócz straszenia ich swoją osobą.

Nefryt pisze...

- Powiedz mi - powiedział nagle ktoś skryty w mroku. Ktoś, kto choć mówił po kerońsku, barwą głosu był aż nadto znajomy.- Czemu nie sprawdziłeś, co to za karczma, zanim do niej wszedłeś?
To była podstawowa zasada: sprawdź, dokąd leziesz. Najlepiej zanim tam wejdziesz.
***
Zaskoczyło ją to wyczekiwanie. To, jak mała szybko zapomniała o złości.
- Shire to świątynne miasto, ostatnie, istniejące do dziś. Żyją tam wszystkie rasy, wiesz? To miasto magii... Podobno w całości zbudowano je z agatu. Nie wiem, nigdy tam nie byłam... Ale podobno jest piękne.

[Mało twórczy ten odpis, bo po prostu nie wiedziałam, co napisać. Jak przebrniemy ten moment "zastoju", powinno być ciekawiej]

Nefryt i Shel pisze...

- Dobrze wiesz, że nie umiesz walczyć. A ja potrzebowałem człowieka, który zastąpi jednego z podległych mi kopijników. - Shel nie spuszczał wzroku z Nariusa. Milczał przez chwilę, zastanawiając się, ile powinien zdradzić. Westchnął. Za dużo. Przynajmniej, jak na jego gust.
- Mam dla ciebie misję... Misję o stokroć ważniejszą, niż walka w polu. Chciałem cię sprawdzić. Liczyłem, że sobie poradzisz. A teraz nie mam już czasu, by szukać kogoś na twoje miejsce. - W oczach Shela pojawiła się nuta niepokoju. On nie mógł wypełnić tego zadania. Wskazany przez Królową sprzymierzeniec go znał.
***
- Skąd ten pesymizm? - zapytała cicho. - Wokół nadal istnieje dobro, piękno... Wojna kiedyś się skończy. Będzie lepiej. Może będziesz wtedy trochę starsza, ale przekonasz się... ty tego dożyjesz.
Kiwnęła głowa, zrywając z krzaczka ostatnia jagodę.

Nefryt i Shel pisze...

Skrzypnęły drzwi. Z karczmy wyszło parę osób. Rozmawiały i śmiały się głośno.
Shel klepnął Nariusa w ramię. Idźmy stąd - mówiło jego spojrzenie.
- To, co pragniesz wiedzieć jest tajne. Nie wolno mi o tym mówić, więc... nie chwal się tym, co usłyszysz. - Popatrzył na Nariusa.
- Wirginia nie wygra tej wojny. Lordowie to banda twardogłowych melonów, którzy potrafią wiele, ale nie na temat. Natomiast król nie jest głupi. Musimy podbić Keronię przed początkiem zimy. Inaczej... Wyobrażasz sobie zdobywanie Królewca przy czterdziestostopniowym mrozie? - urwał na chwilę.
- Żeby wygrać, uciekamy się do magii... - Skrzywił się. - Różnej magii. I do używania artefaktów. Mamy jeden, bardzo potężny. Zbyt wiele stron jest nim zainteresowanych, zbyt wielu chciałoby go ukraść. Twoim zadaniem byłoby go zabezpieczyć. Oddać w ręce osoby wystarczająco głupiej, by bała się z niego korzystać.
***
- Skąd wiesz, co zakładam? Nie wiadomo, ile będzie trwała ta wojna.
Zaciekawiło ją, co Dina chciała powiedzieć, ale nie odezwała się. Każdy ma prawo do własnych myśli... i do zachowania ich w tajemnicy.

Szept pisze...

Lucien zabrał się za szykowanie prowizorycznego obozu. W pierwszej chwili zapomniał o tym, że ma towarzystwo. Zbyt długo był sam, zbyt często samotnie włóczył się po świecie w pogoni za kolejną misją. I dopiero, gdy kątem oka zetknął na Cienistego, przypomniał sobie o dziewczynce. Nadal siedziała na grzbiecie wierzchowca, teraz wtulona w jego grzywę. Jakby chciała stąd zniknąć. Nie dziwił się. Taki milczący typek jak on nie był odpowiednim towarzyszem i pocieszeniem. Przełamując niechęć zbliżył się do konia, zdejmując, czy też ściągając małą z jego grzbietu.
- Całej nocy nie przesiedzisz na jego grzbiecie – sarknął i nagle umilkł. W półmroku, jaki ich otaczał dostrzegł mokre ślady na jej policzkach. Kolejne, niezbyt pocieszające słowa, z całą pewnością też niezbyt uprzejme, zamarły mu na wargach. Postawił małą na ziemi.
- Muszę rozpalić ognisko – rzucił. O czym można rozmawiać z dzieckiem, zastanawiał się gorączkowo. Cholera. Z nim nikt nie rozmawiał. A jeśli, to o takich sprawach, o których nie chce się słuchać. Zwłaszcza małym dziewczynkom. Pochylił się nad przygotowanym pod ognisko miejscem, upychając między gałęziami suchy mech, dłuższe trawy, korę wierzby. Powinno się palić. – Jak znalazłaś się na ulicy? – rzucił i zaraz tego pożałował. Dzieciak trzęsie się ze strachu, a on mu przypomina o utraconej rodzince i domku. Genialnie.

Szept pisze...

Lucien znieruchomiał. Jeszcze mu brakowało łkającej smarkatej. Nikt dzieciaka nie nauczył, że łzy czynią tylko słabym, a nic nie pomagają? Każdy kogoś traci, im szybciej ta mała się tego nauczy, tym lepiej. Dla jej dobra. Z chaotycznych słów niewiele wyłowił, oprócz może tego, że dziewczynka jest teraz całkowicie sama. I tym razem miał choć odrobinę rozsądku, by nie komentować ani łez, ani losu jej bliskich. Nie byłoby to ani miłe z jego strony, ani tym bardziej pocieszające.
Jak się ten dzieciak nazywał? Czy on w ogóle o to pytał, gdy zabierał ją z ulicy? Albo wcześniej? Zawahał się. Lecz nie odsunął jej od sienie, ani też sam się nie odsunął. Po prostu dał jej płakać i tulić się do mokrego płaszcza.
- Mówiłaś, że jak się nazywasz? – zapytał w końcu, czując się jeszcze bardziej niezręcznie niż wcześniej. Nie miał pojęcia, co zrobić z rękami. Niezdarnie poklepał małą po plecach, czując się jeszcze bardziej głupio niż wtedy, gdy płakała w jego płaszcz.
On nie umiał postępować z dziećmi! Bogowie, pomocy! W co on się wpakował?

L

Shel pisze...

Skwitował słowa Nariusa czymś, co można by określić jako mocno stłumione parsknięcie.
- Może tak, może nie - stwierdził, krzywiąc kąciki ust w uśmiechu. - Ale nie musisz chronić tej... osoby. Ma wielu takich, którzy nie pozwolą jej tknąć. Zależy mi tylko, byś dostarczył jej artefakt. - umilkł na chwilę.
- Bardzo zależy ci na Wielkiej Równinie - powiedział nagle. - To prawda?

Shel pisze...

Shel westchnął. Właśnie tego się obawiał. Nie chciał wtajemniczać w sprawę kogoś, komu nie ufał... Ale nie miał wyjscia. Przez kaprysy Lennistera brakowało mu rzeczy najwajżniejszej przy tego typu operacjach: czasu.
- To proste jak drut. Idziesz do skrytki, zabierasz artefakt. Potem, o zmierzchu, stawiasz się w ruinach Leśnego Dworu. Tam bedzie osoba, której oddasz artefakt. I to wszystko.
Byłby głupcem, gdyby nie dostrzedł prawdziwych uczuc Nariusa. Zalezało mu. Bardzo.
- Wiem, ze ci zależy. Nie wie natomiast, dlaczego. Ale tak samo, jak ty pragniesz odzyskania Wielkiej Równiny, ja pragnę powodzenia tej misji. Muszę zapewnić bezpieczeństwo tym, których kocham... a jednocześnie naraże ich, jeżeli sam wezmę artefakt. - Spojrzał na Nariusa. - Pomożesz mi?

Shel pisze...

- Nie martw się, skrytki nikt nie będzie pilnował.
Zawahał się. Jakiej odpowiedzi oczekuje Narius?
- Będziesz sam - odpowiedział. - Ale możesz liczyć na pomoc moich ludzi spoza oddziału.
Gdyby Donavan to słyszał, zapewne szczerze by się uśmiał. Komuś jakby pokręciła się hierarhia.

Shel pisze...

- Będę na froncie. Znając naszych generałów, posiedzimy ze trzy miesiące pod jakimś zamkiem, a partyzanci będa mieli ubaw z zażynania nas podczas wizyt w krzaczkach. - mruknął ironicznie. Niektórzy ludzie z jego odzidzału panicznie bali się Kerończyków, a Shel wcale im się nie dziwił.
- Rozpoznasz ją bez problemu. Po ruinach nie kręci się wiele osób. Ale, na wszelki wypadek... Kojarzysz taki keroński wiersz... Zapomniałem tytułu, ale był tam taki kawałek:
"Za sosny pień
Cisza trwożna, bez tchu i bez ducha,
Skryła się w cień,
Oczy dłonią zasłania i słucha..." Powiedz fragment, tyle, ile zapamiętasz. Ona zna ten wiersz i go dokończy. I... mam jeszcze takie pytanie. Jak dobrze potrafisz mówić po keronijsku?

Szept pisze...

Kto by przypuszczał, że tak proste pytanie, może sprawić aż tylko kłopotu. Problem był i to całkiem spory, bo Poszukiwacz miał aż nazbyt wiele mian i przezwisk. Od pełnionej w Bractwie Nocy funkcji nazywano go Poszukiwaczem. Od zdolności Czarnym Cieniem, a od czasu inicjacji Lucienem. Matka nadała mu imię Variana, ale tego akurat nie lubił. Varian Gharkis umarł, zwykł mawiać zabójca Bractwa Nocy. Nazywano go jeszcze Asgirem, kowalem z Demaru i licznymi innymi, fałszywymi mianami, pod którymi występował w trakcie różnorakich misji. Tylko, jak coś takiego wytłumaczyć dziecku?
- Jestem Lucien – zdecydował się na imię, które było mu najbliższe i jakim zwracano się doń najczęściej. W końcu to tylko dziecko, jakie było ryzyko, że rozpozna w nim członka Cieni? – Chcesz pomóc mi przy ognisku? Trzeba układać gałązki, o tak – pokazał jej. – Ja w tym czasie zajmę się koniem. On też musi odpocząć. Inaczej jutro będziemy szli pieszo.


L

Shel pisze...

- Zapamiętasz? - wolał się upewnić. - Może chcesz sobie zapisać?
Nie, żeby wątpił w Nariusa, ale... Chciał mieć pewność, przynajmniej częściową, że powierza zadanie właściwej osobie.
- Po co znać język kraju, w którym się przebywa?! – Nie wierzył. Nie wierzył, że właśnie chce zaufać takiemu ignorantowi. - Nie jestem pewien, czy nasz sprzymierzeniec zjawi się w ruinach osobiście - wytłumaczył. Kłamał. Po raz pierwszy w czasie tej rozmowy. – Może wysłać kogoś innego… Możesz też natknąć się na kogoś po drodze lub zwyczajnie potrzebować pomocy. Po to masz znać keroński.
- Tak średnio – mruknął. – Moja matka miała słabość do kerońskiej poezji. - Wzruszył ramionami. Wtedy nie przykładał wagi do języków. „Żyję w imperium” – myślał. „To mojego języka powinni się uczyć”. Już podczas pierwszych negocjacji okazało się, że quingheńska i kerońska arystokracja ma identyczne mniemanie o sobie.

[Jestę geniuszę. Wysłałam komentarz pod swoją kartę i dziwię się, że nie ma go u ciebie]

Nefryt pisze...

- Tak, tak, oczywiście. - Shel zmieszał się nieco. A może to niepokój odbił się na jego twarzy? - Im wcześniej wyruszysz, tym lepiej. Skrytka jest tu, w Demarze - Shel ściszył głos. - Konkretnie w opuszczonej kryjówce tutejszej gildii złodziei.
Shel objął sie ramionami, chroniąc się przed wiejącym od północy wiatrem. Zbliżała się zima... Wcześniej, niż zapowiadali magowie.
- Odbiorca? - Shel przymknął na chwilę oczy. - Natanel Sallah-den.

[Mam pytanie: czy robimy przeskok, np. domomentu, aż Narius zdobędzie/nie zdobędzie artefaktu, czy ciągniemy dalej?]

Szept pisze...

Szybkimi, sprawnymi ruchami rozsiodłał Cienistego, sprawdził stan kopyt, nie kłopocząc się o uwiązanie puścił go, by poskubał nieco trawy. Bez konia ani rusz. Za daleka droga przed nim, pełna różnych niedogodności. Jak choćby tam, w tym miasteczku…
Tym razem miał na tyle taktu, by nie uraczyć jej swoim niechętnym spojrzeniem i burkliwą odpowiedzią Nie ma żadnego my
- Do Nyrax – rzucił, chociaż nie przypuszczał, by dzieciak wiedział, gdzie to jest. On sam w jej wieku znał tylko małe miasteczko, w którym kręciło się jego życie. Właśnie Nyrax. – To nad jeziorami, otoczone przez bagna – dorzucił jeszcze, czując się jeszcze bardziej niezręcznie. A uczucie to pogłębiło się jeszcze, gdy padło kolejne pytanie, poparte wymownym upomnieniem żołądka dziecka.
- Tak, tak, zjemy – wyjaśnił pośpiesznie. – Jak jesteś bardzo głodna, możesz spróbować nieco zagłuszyć żołądek sucharkiem. Mam kilka w tamtej małej torbie.

Nefryt i Shel pisze...

Drewniana podłoga poniosła echo łomotu ciężkich buciorów. Nagle ktoś z impetem otworzył drzwi, które trzasnęły o ścianę, odłupując z niej kawałki tynku.
W drzwiach ukazały się najpierw dwa lśniące, ostre groty, a tuż za nimi łucznicy. Napinali cięciwy, mierząc w Nariusa.
-Odłóż broń! Połóż się na podłodze, ręce za głowę!– krzyknął ktoś z tyłu. – I bez gwałtownych ruchów!
Za łucznikami stało jeszcze co najmniej trzech mężczyzn. Wszyscy nosili czerwono-pomarańczowe płaszcze, barwy gubernatora. Musieli należeć do tutejszej straży miejskiej.

Shel pisze...

- No już, już, ruszaj się. Jeśli myślisz, że kilka minut zwłoki nas zniechęci, to się mylisz. Szukamy cię od tygodnia, kwadrans w tą czy w tą nie robi różnicy. I tak zawiśniesz – dodał jeden z łuczników, o ciemnej karnacji i oczach bardziej skośnych, niż u elfów najczystszej krwi. Wzrok, jakim patrzył na Nariusa, mógłby z powodzeniem zastąpić stalowy grot zapiętej na cięciwie strzały. Kiedy Wirgińczyk położył się na podłodze, opuścił łuk. Zdając się na celność towarzysza podszedł i związał Nariusa grubym, szorstkim powrozem.
- Dowódco…
Zza stojącego w drzwiach łucznika wyszedł szczupły człowiek jasnych włosach. Na pierwszy rzut oka trudno było określić, czy jest kobietą, czy mężczyzną. Po odznaczeniach na jego płaszczu można było wywnioskować, że ma stopień oficera w wirgińskim wojsku.
Oficer podszedł do Nariusa. Zmarszczył lekko brwi.
- Młody – mruknął. – Nie za młody, jak na tego…
- Musiał być młody, drań jeden, Eintele na innych nie leciała!
- Spokojnie, Jun – powiedział cicho oficer. Jego wzrok stwardniał, gdy popatrzył na Nariusa. – Zgodnie z prawem i w imieniu Jego Wysokości, Gubernatora tych ziem, jesteś aresztowany za zamordowanie Eintele Basay dniu siódmego listopada – oznajmił beznamiętnie.

Szept pisze...

I znów odpowiedź, która była najbliższą prawdy nie nadawała się dla uszu dziecka i nawet Lucien zdawał sobie z tego sprawę.
- Nie, nie mieszam tam – odpowiedział, szukając w myśli właściwego wyjaśnienia – urodziłem się tam. Mam się tam spotkać z pewnym panem, z którym … razem pracujemy – poprawił się. O tym, że współpraca ta jest jak najbardziej tymczasowa, a ów pan mieni się przemytnikiem, złodziejem i handlarzem żywym towarem wspomnieć zapomniał.
Tylko co on zrobi w Nyrax z dzieckiem? I jak tego knypka ochroni? Bo myśl, żeby dziewczynkę zostawić w lesie jakoś nie wpadła mu do głowy.
- Masz ochotę na coś szczególnego do jedzenia? Oprócz sucharków? – zagadnął, układając gałązki i upychając pomiędzy nie mech i korę, by łatwiej było rozpalić ogień. Faktycznie, za chwilę strzelał wysoko do góry, łapczywie pochłaniając przygotowane mu drewno i dając tę jakże cenną odrobinę ciepła.

Nefryt pisze...

Łucznik cały czas celował w Nariusa. Cięciwa była napięta, ale strażnik nie strzelił. Jeszcze nie.
- Każdy tak mówi – dowódca strażników skwitował protesty Nariusa wzruszeniem ramion. – Mamy dowody. Dlaczego mielibyśmy nie wierzyć czterem świadkom? Wszyscy widzieli cię uciekającego z domu Eintele. No zobacz, czy to nie ty? – strażnik wyciągnął zza pazuchy portret pamięciowy i pomachał nim przed Nariusem. Na kiepskiej jakości kartce, jakiś utalentowany rysownik naszkicował człowieka, może troszkę starszego od Nariusa, ale mimo to niezwykle do niego podobnego. Te same włosy, delikatna twarz, te same usta, nos…
- Marvil, Otto, zabieramy go.
- Na plac, dowódco?
- Tak. Zbiorę świadków… Niech mu się przyjrzą, tak na wszelki wypadek.
- To może w takim razie do aresztu?
- Po co? I tak cele są przepełnione. Nie ma co czekać, tym bardziej, ze dziś wieszają pranie z Kansas.
- Jakie pranie?
- Chyba polityczne.
~*~
Zbiorowa szubienica była już prawie gotowa. Robotnicy dokładali ostatnie deski do podestu. Po placu straceń kręciło się kilkudziesięciu ludzi – sporo mężczyzn, kilka kobiet… Niektórych chroniły przed chłodem płaszcze z kapturami. Jakiś mężczyzna zerknął na jeden z sąsiednich budynków, jakby oceniając odległość, po czym wrócił do obserwacji wykańczanych szubienic. Kat kończył przygotowywać ostatnia pętlę.
Dwunastu skazańców stało z tyłu, za platformą. Otaczało ich pięciu strażników. Szósty, dowódca, na podwyższeniu rozmawiał ze świadkami. Zamienili kilka zdań, potem dowódca nakazał jednemu ze strażników przyprowadzić „tego blondyna z gębuchną panienki”.
- To on?
Odpowiedź była twierdząca.

Nefryt pisze...

- Cicho bądź, śmieciu – warknął na niego strażnik. – Jeszcze głąba śmiesz udawać! Ty… ty plugawy… Moja żona przez ciebie… A ty! Ty!
- Ciszej – Wirgińczyk o stopniu oficera, ten sam, który nadzorował schwytanie Nariusa, odwrócił się od świadków. Popatrzył na „mordercę”. W oczach oficera nie było ślepego gniewu ani rozpaczy, jak u strażnika. Dowódca patrzył zimno, oceniająco.
- Jestem zwierzchnikiem tutejszej straży – odezwał się. – Mam wystarczające uprawnienia, by zarządzać akcje tego typu. A w skrajnych sytuacjach, jak ta, także sądzić. Ale skoro masz takie życzenie… wisielcu, powiem ci. Rozkaz pochodzi od gubernatora. Choć wątpię, byś miał szczęście go ujrzeć. Jaśnie pan wyjechał do Królewca.

Szept pisze...

- Rzadko walczymy – stąpał po grząskim gruncie. W sumie, Cienie faktycznie rzadko walczyły. Znacznie częściej mordowali z ukrycia. – Trochę znam się na roślinach i miksturach – głównie na truciznach, ale i ten chlubny fakt wolał przemilczeć. – Można powiedzieć, że prowadzimy coś w rodzaju handlu – olśniło go. W końcu, usługi, miecz, czyjeś życie i informacje też można było kupić, jeśli tylko wymienić dobrą cenę. Od biedy można było nazwać to handlem.
Czy to dziecko myślało, że woził ze sobą cały sklep? Albo może przenośną kuchnię i pół spiżarni? A wszystko to na grzbiecie jednego konia? Miał przemieszczać się szybko. To, że miał przy sobie nieco więcej prowiantu niż zwykle to tylko przez to, że przez większość czasu podróżował przez pustkowia, omijając miasta i wsie. Nie chciał tracić czasu na polowania.
- Jest jeszcze trochę suszonego mięsa – zauważył. – Ale to twarde, nieco słone. Bardziej żeby oszukać żołądek niż się tym najeść – zauważył, nie protestował jednak przed podzieleniem się i tym z dzieckiem.

Sol pisze...

[dzień dobry ;) widzę tu podwójną kartę, a czy dziewczynka z Wrgińczykiem może wspólnie podróżują? można byw tedy spleść los trzech postaci w wędrówce razem ;) ]

Sol pisze...

Potargane włosy, poszarpane ubranie, brudna twarz, wyglądała jak kocmołuch, jak zebraczka, a gdyby dodać jeszcze obcy język, pasowało wtedy tylko jedno określenie – dzikuska. Teraz gdy stała na środku targu w mieście gdzie wszyscy mówili dziwnie i nic, nikogo nie rozumiała, miałą wrażenie, ze głowa jej pęknie. Zewsząd słowa i to nie wypowiadane starannie, a zakcentem, uprzejmością dor ozmówcy, tu się wszyscy darli! Zwierzęta był niespokojne, konie parskały, kury gdakały, z trzewi martwych ryb cuchnęło, a towary wydawały się wydawać szmery is zelesty, byleby coś od siebie dołożyć w tym gwarze.
Sol zakręciło się w głowie, złapała się czegoć. To była reka kupca. Ten odepchnłą ją, krzycząc coś i zamachnął się nawet. Inna ręka go pwostrzymała. Chyba oskarżali ją o coś, te spojrzenia oceniające i wnoszące o opełnienie złego... Nie musiała znać języka, znała intencje i myśli tych ludzi. Dla nich była winna, bo była inna. Zakołysała się w tył i gdyby nie wóz za nia, upadłaby na bruk.Wtem dostrzegła mały cień, którzy przemknła za kolejnym wozem. Skrzat? Chochlik? Krasnolud?
Ruszyła za nim, lecz zaraz ta sama ręka, która ją uratowała od innej ciosu, złapała ją za płąszcz i pociągneła, podnsoząc głos. Sol wiedziała, ze to źle wróży. Spojrzała w niebo i zawołała wiatr, tego też nikt nie pojął. Zerwał się zew, zawrzało i sypnęło w jednej chwili ostatnimi liśćmi i zimnym deszczem, a wszystko co lekkie porwane zostało w górę. Ludzie skryli twarze, by piach nie naleciał im do oczu, kobiety przytrzymywały suknie i płaszcze, mężczyźni nakrycia głów i rzucili się by przytrzymać wystraszone zwierzęta wystawione na handel. A wtedy Sol wlazła pod wóż i przeszła pod nim na drugą stronę. Wtedy podążyła za cieniem małym.

Nefryt pisze...

Oficer wzruszył ramionami. – Skoro tak… - Nie zamierzał odmawiać. Podróż do Królewca nie będzie go zbyt drogo kosztować, a gdyby odmówił… Czułby się z tym potem źle.
Zawołał do siebie dwóch strażników, nakazując im „eskortować” Nariusa na spotkanie z gubernatorem. I wszystko wskazywało na to, że Narius faktycznie by tam pojechał, gdyby nadgorliwy kat nie zacisnął pętli na szyi pierwszego ze stojących na podeście skazańców.
Zupełnie nagle powietrze przecięła strzała, wycelowana w kata. Ten nie zdążył nic zrobić. Nie minęła sekunda, jak leżał na ziemi, charcząc i próbując wyszarpnąć strzałę z własnego gardła. Na próżno. Jeszcze chwila… Jeszcze trochę krwi wypływającej z rozprutej szyi i znieruchomiał. Umarł.
Poleciały następne strzały. Ktoś krzyczał, ktoś wydawał rozkazy. Zapanowała panika. Część skazańców zbiła się w ciasną grupkę, część próbowała uciec. Tłum gapiów rozpierzchł się na boki, ludzie w ciemnych pelerynach wdarli się na podest. Walczyli ze strażnikami. Krzyki i komendy mieszały się ze sobą, wydawane po wirgińsku, inne po kerońsku.
- Zabijcie ich, po prostu ich zabijcie! Żadnego cackania! To partyzanci! – wrzasnął wirgiński oficer. Jego głos zmieszał się z innymi okrzykami:
-… Paszywe Wirgińce!
- Naszych chcą wieszać!
- …za Keronię!

Nefryt pisze...

Nefryt biegła między walczącymi, usiłując dotrzeć do skazańców. Według planu ona i Markus mieli zgarnąć ich z podestu, gdy reszta będzie walczyć. Tyle, że plan wziął w łeb. Markusa w ogóle nie widziała, więc albo był już na platformie, albo… O tym „albo” wolała nie myśleć”.
Biegła więc, ile sił w nogach. Kaptur zsunął jej się z głowy, ukazując twarz pełną nienawiści i desperacji. Szatę miała poplamioną krwią, posklejane włosy, czuła, jak zabłąkane kropelki czyjejś krwi zasychają jej na twarzy. Prawie wpadła na leżącego na ziemi człowieka. Żywy? Tak, chciał się podnieść. Swój czy…. Swój. W przykurzonych ciuchach, nie w kolczudze, bez broni… Swój.
- Wstawaj, szybko – ponagliła go po keronijsku.

[Nie przejmuj się, dobrze było. Ciekawa jestem, na ile Narius zna keroński... i czy się kapnie, o co chodzi Nefrytowej ;)]

Szept pisze...

- Owszem, całkiem sporo – przyznał, z pewnym ociąganiem, a jednak w głębi duszy odczuł ulgę, że pyta o coś takiego, a nie o dalsze plany i własne losy. Nie miał pojęcia, co zrobić z dzieckiem po dotarciu do Nyrax. Nie miał tam przyjaciół, a ci, z którymi łączyły go interesy, nie nadawali się na opiekunów dziewczynki. Nie, żeby o nią aż tak dbał, czy coś, skarcił sam siebie, zerkając na ciemną główkę i oczy, które co chwila zerkały nań. W tym spojrzeniu kryło się niewypowiedziane pytanie. Przynajmniej już teraz wiedziała, kiedy powinno się milczeć, odnotował z pewną przyjemnością i zaraz skarcił sam siebie. On i dziecko? Idiotyczne! Co on by zrobił z małą smarkatą? Zabrał do Bractwa?
Rzucił czujnym okiem na przysypiające dziecko. Ufnie opierała główkę o jego ramię. Pomyślał o własnym, dorastającym synu. On wychowywał się w Bractwie. I radził całkiem dobrze. Ale on był w nim niemal od początku. No i był chłopcem. Ale wśród Cieni były i kobiety. Znów zerknął na śpiącą małą, rozdarty.
A może podrzucić ją Branowi? Albo Maltornowi? Obaj mieli naiwne, dobre serca, zajęliby się nią. Stosownie. Cień chwilę rozważał tę myśl, zanim ją ostatecznie porzucił. Przynajmniej jeśli chodziło o Brana. Dzięki jego własnym machinacjom były mistrz kowalstwa w Nyrax był nędzarzem i żebrakiem. Utracił wszystko, by jego były podopieczny mógł dowieść swej lojalności Nieuchwytnemu i Cieniom. Teraz Bran ledwie mógł zając się sam sobą, nie wspominając już o dziecku. Stracił prawą rękę…
Lucien poruszył się, jakby ukąsił go wyjątkowo uporczywy komar. Czy odzywało się dawno uśpione sumienie Poszukiwacza?
Zerknął na małą. Nie obudziła się przez ten jego ruch. Wciąż spała. Ostrożnie okrył ją skrajem płaszcza, pochmurniejąc.

Sol pisze...

Sol dostrzegła za wozami skuloną postać. Obejrzałą się za siebie, a tam, przy straganach, wrzawa nie ustępowała. Nie rozumiała krzyków, ale domyślała się zajścia, przyczyny wrzasku. Kultura jedna do drugiej w pewnych kwestiach była podobna i podobne prawa nimi rządziły. I choć ruda była z daleka, nie umiała się tu odnaleźć, to nie trudno było odczytać intensje i motywy ludzi z innych zakątków świata.
Powoli podeszłą do dziecka i zatrzymała się obok. Chrząkneła cicho i wyciągneła dłoń w jej keirunku. Dotkneła delikatnie palcami jej ramieni, zaczepnie, by ta sie odwróciła,a le nie wystraszyła.
Gdy dostrzegła dwoje świetlistych oczu uśmiechnełą się ciepło. Skineła głowa na powitanie i przykucnęła. Wysuneła trzymany w palcach kawałek pieczywa, podsuwając go dziecku. Nie móiła nic, tamta i tak obcego języka by nie zrozumiała. Sol za to umiała inaczejs ie porozumieć, inaczej dotrzeć do człowieka.

Sol pisze...

Szła wąską ścieżynką przy skraju lasu. Trakt handlowy ciągnął się równolegle z jej drogą. Dwa dni temu spotkała staruszka jadącego wozem zaprzęgniętym w pięć koni. Cztery, jeden dowiązany był z tyłu. Nie wiedziała po co, bo pan ani na bogacza nie wyglądał, ani na nikogo znaczącego. Okazał się handlarzem, a konia piątego wygrał w zakłądzie. Ale psioczył na habete okropnie i wydawało się, ze beidne zwierze rozumie i uszy po sobie kłądzie smutne. Sol wtedy za drogocenny kruszec z swojej ziemi odkupiła konika. Choć nie stać jej było na utrzymanie go. Obiecała sobie, ze odda go w jakimś domostwie po drodze. Ale teraz jeszcze byli razem i podróżówali wspólnie. Konik szedł na luźnym lejcu obok, skubiąc kmepki wyjałowionej trawki z małoowocnej ziemi.
Dostrzegła na drodze mężczyznę. Szedł chwiejnie. Bardzo niepewnie. Konik parsknął, jakby wyczuł krew z daleka i bliskość walki. Sol uspokoiłą go, głaszcząc po gładkim i ciepłym od oddechu pysku i wytęzyła wzrok, mrużac oczy.
- Och nie – mruknełą do siebie, po swojemu, w języku tutaj nieznanym i wyskoczyła z krzaków, ciągnąc za sobą konika.
Podbiegła do mężczyzny i bez słowa podparła go, patrząc na krew cieknącą z palców. Zacisneła usta i zmartwiona spojrzała twarz tamtemu. Wskazała na niego, na konika, by wsiadał i wyprostowała się wystraszona, gdy z dala doszły ją wrzaski.
- Szybko, szybko – to słowo znałą ir ozumiała. Przynajmniej tak jej sie wydawało. Więc też ponaglać zaczęła mężczyznę i chwyciła patyk z ziemi. Ale nie nim miała zamiar sie bronić, on byłt ylko przewodnikiem a Sol gotowa do użycia go, by skorzystać z pomocy natury jeśli będzie zmuszona do użycia siły. Swojej siły. Nie związanej z taką fizyczną.

Nefryt pisze...

Nie wierzyłam.
On nie rozumiał po keronijsku.
On musiał rozumieć po keronijsku! Ja… ja go znałam. Nie wierzyłam, że mam go przed sobą. Że na prawdę go widzę. Że to nie sen… że… Bogowie. Bogowie najmilsi.
Moje usta same rozciągnęły się w uśmiechu.
Tylko czemu on nie rozumiał po keronijsku?
Wzięłam go za rękę. – Chodź – powiedziałam po wirgińsku. Choć bitwa wydawała mi się odległa, to przecież wiedziałam, że to dzieje się naprawdę. Że nas otacza. Moi ludzie byli już przy drzwiach opuszczonego domu. Widziałam, jak Meri szuka mnie wzrokiem między walczącymi. I między poległymi.
- Nefryt!
Drgnęłam. Przypadł do nas Neth. Widziałam ulgę w jego oczach. Pociągnął mnie i blondyna w stronę domu.
We trójkę wbiegliśmy między czekających na nas ludzi. Ktoś zatrzasnął za nami drzwi. Rozejrzałam się.
- Nikogo nie brakuje? – w otaczającym nas półmroku nie mogłam dostrzec wszystkich.
- Zabili jednego z więźniów. Dwóch strażników mnie dopadło, nie mogłem nic zrobić. Zbierajmy się, zanim podłożą tu ogień.
Kiedy planowaliśmy tę akcję, wiedziałam, że pierwszym, co zrobią Wirgińczycy po naszym ataku, będzie zamknięcie bram miasta. Dlatego potajemnie przekopaliśmy tunel, łączący piwnicę tego domu z siecią kanałów pod Demarem.
Otworzyliśmy klapę w podłodze. Markus i Neth pomagali zejść słabszym. Niektórzy więźniowie ledwo trzymali się na nogach. Przez chwilę podtrzymywałam wychudzonego chłopaka z czarnymi, posklejanymi brudem włosami. Pomogłam mu zsunąć się do piwnicy. Potem sama zeskoczyłam. Wszystko w jak największym pośpiechu, bo Wirgińczycy mogli w każdej chwili wyważyć drzwi. Od razu przechodziliśmy z piwnicy do ciemnej dziury, wybitej w ścianie. To było wejście do tunelu. Weszliśmy wszyscy. Trzeba było zamknąć przejście. Pociągnęłam za ubranie najbliżej stojąca osobę. To był ten blondyn, który nie mówił po keronijsku. Był szczupły, ale nieźle się trzymał. Chyba wystarczy mu siły.
- Pomóż mi, trzeba to przesunąć – wskazałam na wielki, okrągły głaz. Dno tunelu opadało nieco w stronę piwnicy, więc siła dwojga ludzi w zupełności wystarczała. Gdyby Wirgińczycy chcieli odblokować przejście i przepchnąć głaz pod górę, musiałoby ich być co najmniej pięciu.

Nefryt pisze...

Natychmiast zatkałam chłopcu usta dłonią. W podziemiach głos rozchodził się szybko. Bałam się, że Wirgińczycy mogliby nas usłyszeć. Chłopiec wybałuszył oczy ze strachu. Położyłam palec na ustach i zabrałam rękę.
- Podaj hasło – zażądałam szeptem. Było mi szkoda tego dziecka. Widziałam, że się boi, że drży. Ale to mogła być zasadzka.
- Wiara i broń.
- Skąd idą?
- Prawa odnoga. Dopadli nas i…
- Cii. – Udawałam spokój, ale w środku trzęsłam się jak źle przyrządzona galareta. Poszliśmy w lewo. Szybko, najszybciej, jak się dało. Jedna minuta marszu, dwie… i nagle… Stop! Prawie na siebie powpadaliśmy.
- Co..?
Przepchałam się do przodu. I stanęłam.
Drogę ucieczki przegradzało skalne zawalisko.
- Tędy nie przejdziemy – zawyrokował ponuro Markus. Podziemne echo odbijało łomot ciężkich buciorów. Wydawało się przez to, że Wirgińczycy idą do nas ze wszystkich stron. Upiorne. Niektórzy z naszych zaczęli panikować.
- Cisza – ja i Neth odezwaliśmy się jednocześnie. Neth spojrzał na mnie. Skinął głową. Miałam mówić.
- Ma ktoś do oddania wolność? Albo życie? Ja też nie. Więc rozniesiemy Wirgińców. Bodaj butami. Nie ma innej opcji. Kto umie walczyć, do przodu. W szereg. Reszta do tyłu. Szybko, szybko.
Nie wiedziałam, jak to się działo, ale mnie słuchali. Ustawiali się. Nie lamentowali. Mi wydawało się, że robię z siebie idiotkę. Gadam bzdury… ale oni mnie słuchali. Nie wiem czemu tak się działo.
- Kto zna wirgiński? – to pytał Neth. – Trzeba ich zmylić.
Szturchnęłam blondyna. – Masz akcent, idź.
- Zaatakuję pierwszego z nich – wyszeptał Neth do blondyna. – Będziesz miał parę sekund, żeby wejść między nich. Po prostu krzycz, że jesteśmy za nimi. Krzycz, a jak się który odwróci, atakuj.
Popatrzyłam na ściany wokół. Dwa metry przed nami, prawie pod sklepieniem, była wnęka w ścianie. Gdyby tak ktoś mały…
- Kto nie walczy, ściąga bluzkę. Natychmiast. – Brzmiało głupio, jak cały plan. Ale miało szanse zadziałać. Przy odpowiednim zaskoczeniu, rzecz jasna.
Ściągnęłam swoją bluzkę i powiązałam ją z paroma innymi. Po ciemku i tak mało kto widzi moje giezło, a przy odrobinie szczęścia, płótno się zapali. Albo zgasi pochodnie. Na dwoje babka wróżyła. Ale i tak coś da.
Skinęłam na chłopca.
- Widzisz tę wnękę? Wejdziesz tam. Z tym. – Podałam mu płachtę z powiązanych koszul. – Kiedy strażnicy obok ciebie przejdą, rzucisz to na nich. Patrz, żeby przykryło ich pochodnie.
Ktoś podsadził chłopaka do wnęki. Ja wycofałam się do szeregu walczących. Stałam w pierwszej linii. Tylko Neth miał być przede mną.
Ktoś zapytał: - Gotowi?
I tak nie było już czasu. Zgasiliśmy nasze pochodnie. Chwila, tyle, co jeden, może dwa oddechy… Słyszeliśmy ich. Byli tuz za zakrętem. Zaraz na nas wyjdą…
Zacisnęłam wargi. Czułam obecność moich wokół mnie. „Kocham was” – pomyślałam.

Szept pisze...

[Wprawdzie nasze wątki się jakoś urwały, ale i tak powiadamiam w razie, gdybyś chciała któryś reaktywować.
Wrzuciłam moje postacie do jednej karty. Linki są już podmienione. Ale wątków wielu z jedną postacią, tj np Lucien - Dina, Dev - Dina, Szept - Dina już nie prowadzę. I tak często łączę moje postacie, więc nie miałoby to sensu. Po prostu wybierasz postać, którą z mojej strony chcesz w wątku, a ja ewentualnie wprowadzam albo poboczne albo pozostałe główne. Oczywiście, nic nie stoi na przeszkodzie wątkom np Lucien - Dina, Lucien - Isleen.
Mam nadzieję, że w miarę zrozumiale to ujęłam.]

Szept pisze...

[Powiem ci, odnośnie wątków, że jak wolisz. Ja się dostosuję pod tym względem, nie ma problemu. Jeśli wolisz pisać Isleen, nie zaś Diną, także nie ma problemu jak dla mnie, rozpisze się coś nowego na wątek. Tylko mi mówisz, z którą moją postacią chcesz - to spróbuję się do tego dostosować, chyba że wena wybitnie zawiedzie, wtedy najwyżej wybraną przez ciebie postać dodam do wątku najszybciej jak się da, a póki co zacznę tą, co najłatwiej. Jeśli masz jednak wenę na Dinę, to i stary wątek może być.]

Nefryt pisze...

Wirgiński chłopak zachłysnął się powietrzem. Pod hełmem szare kosmyki przykleiły mu się do spoconego czoła. Blask pochodni, którą trzymał w prawej ręce, tańczył na jego wąskiej, piegowatej twarzy, odbijał się w brązowych oczach.
Chciał dobyć miecza, ale napastnik trzymał go zbyt mocno. Uderzył go osłoniętym stalą łokciem w brzuch. Spróbował się wyrwać. Wokół trwała walka. Był przerażony. Nigdy wcześniej nie walczył. Miesiąc temu był jeszcze w domu… Miał marzenia. Teraz był boleśnie świadomy miękkości swojego ciała. Kolczuga i naramienniki obcierały go przy każdym ruchu. Rano nie zdążył włożyć przeszywanicy.
*
Słyszałam, jak blondyn zwodzi Wirgińczyków. Uśmiechnęłam się do siebie. Dobra nasza.
Wiedziałam, że musimy zabić wszystkich wrogów. Inaczej oni zabiją nas. To było proste równanie. Zadawałam spokojne, ciche cięcia. Tu nie było miejsca na szał. Ściany tunelu ograniczały moje ruchy. Raz po raz obcierałam sobie łokieć o wilgotne cegły. Bez kolczugi czułam się naga.
Przesunęłam się bardziej na środek, żeby ściana nie blokowała mi ręki. W ciemności nie widziałam, gdzie są Neth i blondyn. Reszta była kawałek za mną. To dobrze. Oni mają chwilę wytchnienia, a ja bezpieczne plecy.
Czyjeś ostrze celowało w mój brzuch. Wirgińczyk. Żylasty, w kolczudze. Nie zdążyłabym zrobić zamachu mieczem. Uderzyłam go głownią w twarz. Wrzasnął. Krew z nosa wlała mu się do ust. Cięłam w lewy obojczyk. Zablokował w ostatniej chwili. Nasze miecze zwarły się ze zgrzytem. Mierzyliśmy siły. Poślizgnęłam się. Zrobił wypad mieczem. Uderzyłam plecami o ziemię. Plasknęło błoto. Spojrzałam w bok. Miecz Wirgińczyka przyszpilał do ziemi moje ubranie, centymetr od szyi. Wróg zamierzył się do ciosu… Zaraz, ja miałam nogi pod nim. Złączyłam je i kopnęłam go z całej siły. Poleciał do tyłu. Koniec jego miecza rozciął mi ubranie, drasnął ciało. Miałam szczęście, mógł mnie rozpłatać na pół. Zablokowałam następny cios. Chciałam się podnieść i nagle… rozdzierający ból. Nie wiedziałam, co się dzieje. Nie mogłam złapać tchu. Spojrzałam na swoja klatkę piersiową. Ktoś na mnie nadepnął. Masywny bucior przygniatał mnie do ziemi. Wyciskał ze mnie oddech. Czułam, jak trzeszczą mi żebra. Pociemniało mi przed oczami.
*
Minęła chyba sekunda. Znów byłam przytomna. Świat płonął. Nie, nie świat. Płachta. To płachta zrzucona na Wirgińczyków. I ja. Ja też płonęłam. Moje ubranie ogarnęły płomienie, dymiły mi się włosy. Chyba krzyczałam. Nie wiem. Kilku wrogów wokół też wrzeszczało. Rzuciłam się w błoto, wytoczyłam się spod płonącej płachty. Próbowałam przydusić płomienie. I krzyczałam. Chyba cały czas krzyczałam.

Nefryt pisze...

Chłopak miał szczęście. Zdążył się odsunąć, nim opadła płachta. Zamęt jakoś go ominął, nie dosięgnął go żaden cios. Znalazł się poza płomieniami. Płakał. Teraz to nie miało już znaczenia. Został sam. Wszyscy tam zginęli…
Między trzaskiem płomieni, pośród duszącego dymu, usłyszał czyjeś kroki, czyjś kaszel.
- Linke! – krzyknął. Ciągle miał nadzieję, że ktoś się uratował. Ktoś z jego oddziału. Spośród tych których znał. – Lin…
Nadzieja zgasła. To tylko oni. Tylko kobieta z obcego kraju i zdrajca.
Oklapł, jakby uszło z niego całe powietrze, cała siła.
- Czemu? – zapytał w przestrzeń po wegańsku.
~*~
Cuchnęło od nas dymem. Ostra woń wkręcała mi się w nos, w gardło, dusiła. Kiedy się ocknęłam, byliśmy już z dala od ognia. Czułam, że ktoś mnie niesie. Miał delikatny, ale jednocześnie obcy dotyk. Otworzyłam oczy. Ten blondyn.
-Sur te risandi? – zapytałam. Drapało mnie w gardle. I coś bolało w żebrach. Przy każdym słowie, przy oddechu. – Ish avhazi, om… om ish… - zmarszczyłam brwi. – Znać. Lekri? Tert. Ino te risandi are enten. La te senkri isht… - skrzywiłam się. Dotknęłam żeber. Bolało. Nie znałam się na medycynie, ale wdawało mi się, że coś jest ze mną nie w porządku. – Alte.
- Shole… Ish keri? – zapytałam, z lekka zażenowana, że ktoś mnie taszczy jak worek zboża.
~*~
Kilkanaście minut później wyszliśmy na powierzchnię. Tunel kończył się tuż nad wartkim strumieniem. Przejście musiało wyglądać z zewnątrz jak szczelina w wysokim, skalisto- kamienistym brzegu.
Problem w tym, że nie byliśmy sami.
Na przeciwległym brzegu strumienia obozowała spora grupa ludzi, którzy właśnie nas zauważyli. Nad ich namiotami unosiły się różnobarwne sztandary. Kawałek dalej uwiązano konie. Przyjrzałam się chorągwiom i zrobiło mi się niedobrze. Na części flag pyszniła się wiwerna.

Szept pisze...

Wielka Równina była zniszczona przez wojnę. Tutaj, wśród Wzgórz Granicznych było to aż nazbyt widoczne, gdy ustąpiły śniegi, odsłaniając spękaną, spaloną ziemię. Gdyby się rozejrzeć, pewnie dałoby się znaleźć pokryty rdzą miecz, porzuconą tarczę, zapomniany sztylet. Ciała tych, którzy tu polegli, już dawno spalono, a ci, którzy nie mieli tyle szczęścia, posłużyli za pokarm dla wilków, kruków i wron. Zima w Keronii przerwała działania wojenne, jak przerywała wszystko. Miało się wrażenie, że na ten okres wszystko wokoło zamiera, okryte mrozem, śniegiem, przewiane wiatrem. Nie oszczędzała nikogo. Wirginia pochowała swe armie po zdobytych zamkach i miastach, partyzanckie oddziały ukryły się po lasach i sprzyjających im wsiach.
Teraz zima odeszła. Wśród oddziałów znów panowała mobilizacja, ten i ów rozsyłał zwiadowców w oczekiwaniu na rozkazy pragnąc rozeznać się w sytuacji wroga i jego planach. Robiono nowe zaciągi, by uzupełnić braki w szeregach, zapełnić luki po tych, którzy nie przetrwali z zimna, których nie pokonał miecz, a głód, choroba i wszechobecny na Pogórzu mróz.
Samotny jeździec mógł być powracającym zwiadowcą, mógł być samotnym kurierem. Kary, masywny ogier zdawał się pełnej krwi bojowym rumakiem. Rynsztunek jeźdźca mógł pozostawiać wiele do życzenia. Okryty ciemnym płaszczem, który może niegdyś był czarny, obecnie zaś przypominał szarą, miejscami wytartą szmatę, która jednak szczelnie okrywała jego sylwetkę. Wypukłość przy pasie sugerowała, że jeździec nosi przy sobie miecz, lecz ciężko było u niego znaleźć inną broń. Jeśli ją miał, to całkiem dobrze ukrytą.
Twarz też. Opuszczona głowa, dodatkowo okryta kapturem, uniemożliwiała dokładne przyjrzenie się. Nie był bardzo umięśniony, średniego wzrostu, nie za szczupły. Skulony, nieco zziębnięty, bo chociaż zima minęła, nadeszła wiosna i słońce, to poranki wciąż bywały chłodne, czasem dżdżyste i wietrzne. Karosz szedł powoli, ostrożnie, zaledwie stępem. Ani jemu, ani jeźdźcowi nie śpieszyło się zbytnio. Ten ostatni zdawał się nawet przysypiać w siodle, jakby nie zdawał sobie sprawy, że znajduje się w miejscu działań wojennych, gdzie nie dość, że ścierają się dwaj przeciwnicy, to jeszcze włóczą bandy najemników, łotrzyków i dezerterów, szukające łatwego zysku. Samotny wędrowiec może nie był bogaczem, ale łatwym przeciwnikiem owszem. Przynajmniej w oczach tych, którzy nie umieli patrzeć.

[Jak zwykle, nie wprowadzam cudzych postaci, tylko swoje. Zresztą, jak mówiłam, jeszcze nie wiem, jak wprowadzić tutaj Nariusa. Odpis daję pod jego i Diny kartą, z racji, że oni/on w wątku pojawią się na pewno.]

Nefryt pisze...

Spróbowałam odwzajemnić uśmiech. Wyszło kiepsko. Nawet beznadziejnie. Jak skrzywienie. Po pierwsze, bolało mnie przy każdym wdechu. Po drugie, właśnie niósł mnie Wirginiec. Mnie! Źle ze mną…
- Nefryt, Keronijka.
Po trzecie, to… rozczarowało mnie to, że jest Wirgińcem. Zapamiętałam go jako dość… przyjemnego gościa, choć z podłego środowiska. Wydawał mi się tam jedynym porządnym. Głupia ja. Wirginiec. Phi.
„- Nie ujdziesz nawet kroku. Chyba ktoś zmiażdżył ci żebra.”
Z niedowierzania prawie przewróciłam oczami.
- I chce ci się mnie taszczyć?
***
Rzucił mnie na ziemię, jak worek kartofli. A potem jeszcze przygniótł. W pierwszej chwili nawet nie poczułam, zbyt przejęta widokiem ludzi gubernatora. Zaraz jednak moje szanowne żeberka przypomniały o swoim istnieniu. W moim ciele eksplodowały chyba wszystkie armaty, jakie Quingheńczycy mieli na składzie. Zacisnęłam zęby. Nie teraz.
- Widzę – syknęłam. – Nawet twoje cielsko nie byłoby w stanie aż tak mnie oślepić.
Kiedy wziął mnie na ręce, miałam ochotę go skopać. Idiota. Jeżeli maja łucznika, jesteśmy idealnym celem!
- Stać! Zatrzymuję was zgodnie z rozkazem Gubernatora tych ziem!
Właśnie spełniał się jeden z moich najgorszych koszmarów. Kiedyś wydawało mi się, że nie boje się schwytania. Ale teraz… Po Kansas… Nie, proszę… nie.
„- Jakie są oskarżenia?”
Prawie zaklęłam. Prawie, bo wymagałoby to głębszego wdechu. Cholerne żebra! Niech to wszystko dżuma… Czy on nie zdaje sobie sprawy z tego, że gubernator i jego kundle mogą sobie łapać ludzi bez oskarżenia?
Jego uśmiech mnie zaniepokoił. Ma plan? Zwariował?
W sumie to wszystko jedno, bylebyśmy z tego wyszli w całości.
Jeden z Wirgińczyków, szatyn nieco przy kości, przyjrzał nam się uważnie.
- Chcieliście podkraść się pod obóz. Gdybyście mieli dobre zamiary, raczej byście nie uciekali – stwierdził. Miał łagodny, trochę nosowy głos, niepasujący do rysów twarzy. Mimo to wszystko we mnie aż się zagotowało. Bydlaki. Szarogęszą się po Keronii, jak… - A kim jesteście, to też zaraz będziemy wiedzieć. Rotyn, Jed, zwiążcie ich.

Tiamuuri pisze...

[Również witam. Owszem, mam ochotę na wątki. Nie jestem tylko do końca zdecydowana, z Nariusem może być ciekawie, jako że ten jest Wirgińczykiem, a Tiamuuri ma dość nietypowe podejście do różnic narodowości, które nie do końca rozumie, z Isleen za to trochę ma wspólnego, bo także nie pamięta swojej przesłości, przynajmniej tej części starszej niż sprzed półtora tysiąca lat. Jak Tobie byłoby łatwiej?]

Tiamuuri pisze...

[Hah przepraszam, że tak długo się ociągałam z pisaniem, ale uczelnia kochana zrobiła ze mnie zombie i mózg wysiada... Trudno mi coś wymyślić, bo nie jestem pewna, w jakiej sytuacji jest teraz Narius. Szuka siostry, już ją znalazł? Gdzie on przebywa obecnie, może łatwiej będzie mi na coś wpaść...]

Nefryt pisze...

Wirgińczyk zmarszczył brwi.
- Skąd jesteście? Wnioskuję, że nie z Keronii, bo zwiewałbyś jeszcze szybciej... Oni są jak to robactwo, siedzą w chaszczach i pierzchają, gdy pokaże się ktoś silniejszy.
Zacisnęłam zęby tak mocno, że chyba nie sposób było tego nie zauważyć. Jeszcze chwila, a wybiję mu zęby. Jeszcze jeden komentarz.
- Rotyn, sprawdź, co jej jest.
- Nein nado – warczę po wirgińsku. W mowie wspólnej za bardzo słychać mój keronijski akcent. Za Wirginkę wprawdzie nie mogłam (i nie chciałam) uchodzić, ale istniała szansa, że nie zorientują się, kim jestem.
Mój protest został zignorowany. Rotyn dokładnie mnie obejrzał. Jego palce przesunęły się kolejno po moich żebrach. Krzyknęłam.
Dwóch pozostałych Wirgińczyków z oddziału spojrzało w moją stronę.
- Jakie są szanse, że nie dostanie gangreny? – zapytał najstarszy z nich, ten, którego miałam ochotę potraktować pięścią. Przypuszczalnie był ich dowódcą.
Rotyn uśmiechnął się krzywo.
- Jakieś zawsze są. Ładna dziewczyna, szkoda by był… Aa!
Rotyn zarobił ode mnie kopniaka w piszczel. Odsunął się ode mnie i rozcierając łydkę, zapytał Nariusa:
- To twoja żona?

Tiamuuri pisze...

[Wracam do żywych... Ja osobiście preferuję pozytywne relacje, w końcu Tiamuuri, niezależnie od zamierchłej przeszłości zanim została drzewem, obecnie nie ma zastrzeżeń co do narodowości. Chyba, że Tobie się znudziło, nie wiem, jakie wątki masz z innymi autorami, to wtedy pomyśli się nad jakimś konfliktem...]

Tiamuuri pisze...

[Przepraszam, że tak długo nie pisałam, teraz staram się wyrwać z letargu, chociaż na uczelni cisną coraz bardziej... semestr inżynierski kurczę blade.
Co do samej Tiamuuri to uzdrowicielką nie jest, takich mocy nie posiada. Ale potrafi nawiązać kontakt z duchami natury, a te, jak się ładnie poprosi, mogą ocalić śmiertelnika nawet, kiedy ten jest już w agonii. Nie miałabym nic przeciwko temu, żeby Tiamuuri wymusiła ich interwencję, nawet mi się to podoba.
Najlepiej niech jeszcze to dzieje się w lesie, gdzie z jednej strony naciera wróg, z drugiej czai się mnóstwo drapieżników znacznie większych od człowieka i nie gardzących świeżym mięskiem, wyczuwających krew na odległość...
Co o tym myślisz? ]

root pisze...

Młodzieniec w zakrwawionej koszuli osunął się na ziemię u stóp Tiamuuri. Dziewczyna słyszała, że ktoś się zbliża, wydawało jej się, że na trakcie było kilka osób, ale obecnie miała przed sobą tylko jednego. Który zdecydowanie nie wyglądał dobrze.
Drzewna pochyliła się nad rannym, z wysiłkiem spróbowała go unieść. Nie było bezpiecznie pozostawać tak blisko traktu, ci, którzy tak załatwili tego młodego człowieka mogłiby jeszcze wtargnąć do lasu, żeby dobić swoją ofiarę. Tiamuuri położyła sobie na karku ramię młodzieńca i wstała, unosząc go z ziemi, tak obciążona powoli ruszyła w głąb lasu. Na początek liczyło się dotarcie do bezpiecznego miejsca, w którym mogłaby spokojnie udzielić rannemu pomocy.
Dotarła do miejsca, gdzie drzewa rosły gęściej a poszycie wypełniały wybujałe krzewy paproci. Dygocząc z wysiłku, przeciągnęła rannego młodzieńca na polanę, gdzie położyła go, opierając jego głowę i kark na powalonym pniu. Głęboko odetchnęła i przystapiła do oględzin. Od paska odpięła krótki nóż, którym rozcięła koszulę, obnażając chłopaka od pasa w górę. Skrzywiła się widząc rany. próbowała ocenić, ile krwi ten człowek zdążył stracić. Z resztek jego koszuli wyszarpała pasy materiału, których użyła jako tymczasowego bandaża do zatamowania krwawienia. Kiedy się z tym uporała, rozejrzała się uważnie po okolicy. Znała rośliny, przez półtora tysiąca lat zdołała posiąść wiedzę, za którą najlepsi zielarze oddaliby chyba wszystko. Od razu odnalazła kilka gatunków ziół, które mogły jej się przydać. Zerwała kilka liści drobnych krzewinek, wyrwała częściowo ususzony kwiat i rozszczepiła go w poszukiwaniu nasion, zręcznie wycięła kawałek kory młodego drzewka, w myślach przepraszając je za szkodę, jaką mu wyrządzała. Wszystkie składniki szybko znalazły się w małym glinianym dzbanuszku, niestety dziewczyna nie nosiła przy sobie innego naczynia, nie spodziewała się, że może być jej potrzebne. Dodając wody z manierki a następnie rozpalając ognisko, niejako automatycznie zaczęła wchodzić w trans. Umysłem szukała opiekuńczych duchów ziół, których zamierzała użyć. Mogła wychwycić jakąś słabą ich obecność, posłała ku nim milczącą prośbę. Chyba nie była w swoim przedsięwzięciu sama... taką przynajmniej miała nadzieję, bo młody człowiek leżący na polanie nie wyglądał dobrze. Bladość skóry świadczyła o sporej utracie krwi... Drzewna zdała sobie sprawę, że mimowolnie zamknęła oczy, wsłuchując się w echa obecności duchów, teraz gwałtownie je otworzyła. Z pewnością nie zaszkodzi, jeżeli i ona spróbuje dać coś z siebie. Nożykiem lekko rozcięła dłoń, pozwalając by z rany popłynęło nieco pomarańczowego roślinnego soku. Skoro jakiś jego składnik umożliwiał Tiamuuri błyskawiczną regenerację, jako dodatek do leku też mógł pomóc.
"O ile się nie rozcieńczy ani nie rozłoży od gotowania" pomyślała dziewczyna smętnie, zanim wróciła do mieszania zawartości naczynia. Kiedy po jakimś czasie uniosła je znad ognia i znów spojrzała na rannego, wydało jej się, że czuje przy sobie jakąś obecność.
"Duchy" pomyślała, wdychając aromat, jaki unosił się znad leczniczej mikstury. Dziewczyna miała wrażenie, że od powoli stygnącego naczynia płynie energia, jakiś nienazwany zmysł pozwalał jej dostrzegać oddziaływanie ziół. Po krótkiej chwili zbliżyła się do młodzieńca i objęła jego ramiona, znuszając w ten sposób, żeby usiadł.
- Δџ Ƕҙ⊛«þə - powiedziała łagodnym tonem. Szybko zreflektowała i przeszła na keroński.
- Otwórz oczy i wypij to. Tylko ostrożnie, bo jest jeszcze gorące.
W myślach skierowała w stronę duchów ziół ostatnie rozpaczliwe wołanie, wydawało jej się, że nawet wyczuła z ich strony odzew. Coś jak pobłażliwe rozbawienie.
Przytknęła krawędź glinianego naczynka do ust młodzieńca, próbując jednocześnie skoncentrować się na jego ciele. Miała w końcu czas na dokładne zbadanie jego stanu, postanowiła też sprawdzić, czy zajdzie jakaś reakcja.

[Mam nadzieję, że źle nie wyszło.]

root pisze...

Tiamuuri cofnęła się. Cokolwiek zdążyła zobaczyć, umknęło jej, kiedy została wyrwana ze skupienia. Czuła tylko obecność duchów ziół. Coraz bliżej. Życiowa energia wokół zaczęła krążyć szybciej.
-Tiamuuri -przedstawiła się. Odruchowo mówiła już z bardziej "ludzkim" akcentem, nie używając dźwięków, które dla ludzi i elfów były nie do wypowiedzenia.
Wzdrygnęła się, kiedy poczuła, jak któryś z duchów w pewnym momencie zabrał część jej życiowej siły i oddał młodzieńcowi. Niby nic się nie stało, ale trochę ją to zaskoczyło. Cóż, te istoty miały czasem dziwne metody działania...
-Nie wykonuj gwałtownych ruchów -powiedziała Drzewna spokojnym tonem -Nie wiem, jak szybko zaczniesz się regenerować. Wszystko zależy od dobrej woli duchów roślin.
Mimowolnie pomyślała o zielarzach i uzdrowicielach, nawet o swojej przyjaciółce Savardi. Większość z nich korzystała po prostu z właściwości soków roślin, ich wiedza nie pozwalała na włączenie do procesu leczenia powiązanych z nimi duchowych sił, co wielokrotnie zwiększałoby skutecznoć terapii. I być może byłoby ratunkiem w sytuacjach dotąd beznadziejnych...
-Najlepiej postaraj się zachować spokój -poradziła -Straciłeś dużo krwi i możesz zasłabnąć. Ale na razie jesteś bezpieczny.
Usiadła na wilgotnej ziemi, teraz już spokojniejsza. Młody człowiek chyba był uratowany, duchy okazały łaskę.
Przyglądała się młodzieńcowi. Nie umknęło jej, że nie wyglądał najlepiej, ale w takiej sytuacji należało się tego spodziewać. Chyba należałoby rozpalić ognisko, bo chłopak był wychłodzony, a ten niewielki przygasający ogień rozpalony do przyrządzenia mikstury był zbyt mały, żeby się przy nim ogrzać. Ale w tym miejscu dziewczyna nie ryzykowałaby rozpalania ognia. Nadal byli na to zbyt blisko traktu.

root pisze...

Tiamuuri uśmiechnęła się.
-Nie dziękuj mnie, tylko duchom natury -odpowiedziała - Sama nie byłabym chyba w stanie nic zrobić.
Uniosła głowę i zerknęła za siebie. Nadal byli bezpieczni. Wyczułaby, gdyby ktoś się zbliżał, przynajmniej taką miała nadzieję. Znów spojrzała na młodzieńca i zmrużyła oczy.
-Nie jesteś Kerończykiem, prawda? - chociaż zadała to pytanie, była niemal pewna jaką otrzyma odpowiedź. I może miało to coś wspólnego z powodem, dla którego ktoś usiłował tego człowieka pozbawić życia. Czy istniało ryzyko, że będą go ścigać, czy nie był dla nich aż tak ważny?
Gdzieś w głębi lasu trzasnęły łamane gałęzie. Tiamuuri przyjęła ten dźwięk obojętnie, w końcu obecność zwierząt tutaj była naturalna. Właściwie z każdej strony dobiegał jakiś szelest. Problemem byłby raczej tętent końskich kopyt dochodzący z przeciwnej strony...
Dziewczyna ze spokojem wstała, podniosła opróżniony już gliniany dzbanuszek i przykucnęła nad strumykiem, aby umyć naczynie.
-Jesteś w stanie normalnie się poruszać? Możesz wziąć głębszy oddech?
Chciała prosić go, żeby spróbował powoli wstać, ale uznała, że z tym może jeszcze trochę poczekać. Najpierw powinien się napić. I może jeszcze przydałoby się coś, co zapobiegłoby skutkom rozcieńczenia krwi...
Napełniła manierkę wodą i podała chłopakowi.
-Lepiej się napij, bo jak spróbujesz teraz wstać, możesz zemdleć.


[Rozumiem to doskonale, ja ostatnio też nie mam czasu albo siły na odpisywanie. Na szczęście tutaj ogólnie mamy wyrozumiałe pod tym względem towarzystwo, więc problemu nie ma ;)]

Prawa autorskie

© Zastrzegamy sobie prawa autorskie do umieszczanych na blogu tekstów, wymyślonego na jego potrzeby świata oraz postaci.
Nie rościmy sobie natomiast praw autorskich do tych artów, które nie są naszego autorstwa.

Szukaj




˅ ^
+ postacie
Rinne Lasair