Przewodnik

Linki-obrazki

Misje
I. Więzi przyjaźni
Spotykasz po latach kogoś, kto dawniej był ci bliski. Wplątuje cię on w jakąś historię, która nie dość, że z czasem się komplikuje, to w dodatku budzi w tobie wątpliwości co do intencji przyjaciela.

II. Linia frontu
Kerończy natarli na Prowincję Demarską. Oblegany jest sam Demar. Jedni ludzie stają do walki, inni uciekają ze spalonej ziemi. Napastnicy, obrońcy i cywile. Po której stronie staniesz?

Opcjonalnie: Udział w buncie niewolników w Wirginii bądź inne miejsca walk.

III. Rekonwalescencja
W nie najlepszej kondycji trafiasz do wioski lub klasztoru. Wydaje ci się, że trafiłeś w dobre ręce i że wkrótce będziesz mógł opuścić to miejsce. Okazuje się jednak, że z pozoru życzliwi i uprzejmi ludzie skrywają przed tobą jakąś tajemnicę.

IV. Zabij bestię
Coś napada, nęka mieszkańców. Zawierasz umowę z wójtem - dostarczysz głowę bestii za określoną cenę. Okazuje się jednak, że stworzenie nie działa bez powodu - jest w jakiś sposób prowokowane przez mieszkańców.

Opcjonalnie: Bestia jest wrażliwa na hałas z karczmy albo ludzie naruszyli w jakiś sposób jej rewir (weszli na jej teren, zajęli leże ze względu na drogie surowce itp.)

V. Nielegalne walki
Dochodzą cię słuchy o nielegalnych walkach prowadzonych w okolicy. Położysz im kres czy może postanowisz wziąć w nich udział dla własnego zysku? Pieniądze nie leżą na ulicy.

VI. Zlecone zabójstwo
Dochodzi do zamachu, w wyniku którego ginie ktoś ważny. Podejmujesz się odnalezienia zabójcy – albo jego zleceniodawcy. Od ciebie zależy, czy dojdzie do aresztowania winnych, czy pomożesz im uniknąć kary.

VII. Egzekucja
W mieście lub wiosce szykuje się egzekucja. Znasz sprawcę albo sam doprowadziłeś do jego schwytania. Realizacja wyroku coraz bliżej.

Opcjonalnie: Z czasem nabierasz wątpliwości, czy skazaniec faktycznie jest winny i chcesz go uwolnić lub dochodzą cię pogłoski, że ktoś może chcieć uwolnić kryminalistę.

zamknij
Spis kodów
Spis opowiadań
Baśń o wolności: Preludium (autor: Nefryt) Gdy demon odzyskuje człowieczeństwo, przypomina sobie jak być człowiekiem.(autor: Zombbiszon) Nikt nie zna prawdziwego bólu do czasu aż nie straci kogoś bliskiego sercu. (autor: Zombbiszon) Wendigo i Driada (autor: Zombbiszon) Domek, zupa, sukkub i historia (autor: Zombbiszon) Sen i niespodzianki (autor: Zombbiszon) Boląca strata i niepokojący gość! (autor: Zombbiszon) Cienie i nowy przyjaciel (autor: Zombbiszon) Kruki (autor: Zombbiszon) Cienie i Starsze Dusze (autor: Zombbiszon) Zło Kor'hu Dull (autor: Zombbiszon) Złodziej Twarzy i Koszmar (autor: Zombbiszon) Królewiec (autor: Zombbiszon) Przed świtem (autor: Nefryt) Król Żebraków i nowe drzwi (autor: Zombbiszon) Akceptacja (autor: Zombbiszon) Nostalgia (autor: Nefryt) Nowa droga i niespodziewane wyznanie? (autor: Zombbiszon) Biały i zielony daje czerwony! (autor: Zombbiszon) Nowe wyzwania w nowym życiu (autor: Zombbiszon) Krąg tajemnic (autor: Zombbiszon) Jack (autor: Zombbiszon) Czasami to mrok daje najwięcej światła (autor: Zombbiszon) Trzy sceny o szpiegowaniu (autor: Nefryt) Morze bólu. Promyk nadziei ... (autor: Zombbiszon) Sól (autor: Olżunia) Dyjanna Muirne: Miecz może być dowodem wszystkiego (autor: Zorana) Uszatek i Kwiatek na tropie przygody: Przypadłość parszywej gospody (autor: Paeonia i Szept) Gdy gasną świece (autor: Zombbiszon) ... Najjaśniej płoną gwiazdy nadziei. (autor: Zombbiszon) Elias cz. 1 (autor: Zombbiszon) Elias cz. 2 (autor: Zombbiszon) Historia (autor: Zombbiszon)
zamknij

Chat


   Ognisko płonęło jasnym światłem. Tym musieli się zadowolić. Wszystko inne, bagaże, juki zostały w stajni przy gospodzie, przy koniach. Nie było rozsądnie się tam pojawiać, nie gdy istniało ryzyko, że wciąż kręcą się tam Cienie. Noc nie należała do najcieplejszych. Chociaż zima minęła i nadeszła wiosna, gdy zachodziło słońce dało się poczuć w powietrzu powiew poprzedniej pory roku. Wiatr niósł zapach gór i mrozu, ostatnie podrygi białej pani.
   Aed leżał obok trzaskającego ogniska na swoim płaszczu, od czasu do czasu wiercąc się, gdy jakaś wpijająca mu się w plecy gałązka zaczynała go irytować. Wyglądał jak pastuch, który nie mając nic do roboty, obserwuje gwiazdy. Tyle że niebo przysłaniały czarne gałęzie drzew, a oczy miał mieszaniec zamknięte. Nie miał siły. Był wykończony. Najpierw długa podróż w ciągłej obawie, że z traktu sprzątnie go ktoś łaskawie poinformowany o tych przeklętych mapach, niech je licho porwie. Potem ci cholerni najemnicy. Potem karzełek, z którym Aed uparcie wiązał przyczynę swoich kłopotów, całkiem zresztą słusznie. A na końcu Cienie.
   - Zadek mnie boli. Nie cierpię koni – burknął Midar, rozcierając odrobinę zziębnięte dłonie nad ogniem.
   Chuchrak chciał coś odpowiedzieć, cokolwiek, ale zdobył się jedynie na potakujące mruknięcie. Czuł się jak zwłoki. Właściwie gorzej niż zwłoki, bo trupowi było wszystko jedno, co się z nim dzieje. Tymczasem z jednej strony parzyło go powietrze bijące od migoczącego ognia, a z drugiej kąsał chłodny wiatr.
   Dobrą wiadomością był fakt, że zgubili gdzieś Cienie. Złą, że zgubili też Odrina. Ktoś już dawno mógł połakomić się na pozostawione w gospodzie rzeczy. Nie mieli co jeść, chyba że Kłopot zdradzał zdolności do polowania. Midar nie zdradzał.
   Kłopot nie zdradzał ani skłonności do polowania, ani chęci. Elfia krew, płynąca w jego żyłach, powstrzymywała go przed bieganiem po lesie z bronią w ręku i gnębieniem zwierzyny, a przynajmniej przed czerpaniem z tego przyjemności, bo gdy głód zajrzy w oczy, przestaje się zważać na takie rzeczy. Cóż, choćby był i najznakomitszym myśliwym, i tak nie chciałoby mu się kiwnąć choćby palcem. Jedynym, na co miał siłę, było otarcie krwi z rozharatanego policzka. Łowczyni opanowała sztukę łucznictwa do chłodnej perfekcji, a jej ruchoma tarcza strzelnicza musiała jej to przyznać.
   Mieli za to gorzałkę. Mocną, krasnoludzką, ze specjalnie uprawianych grzybków. Paliła przełyk i żołądek żywym ogniem, rozgrzewała ciało znacznie lepiej niż byle kocyk narzucony na grzbiet. Po paru solidniejszych łykach nie czuło się już parszywego smaku, a tylko pierwszy łyk smakował, jakby jakieś świństwo wywracało wnętrzności na drugą stronę.
   Spiczaste uszy Aeda złowiły dźwięk odkorkowywanego bukłaka. Nie... Nie powinien. Dobrze wiedział, że miał słabą głowę, a już trochę dzisiaj wypił – w siodle i w gospodzie. W dodatku z głodu ssało go w żołądku. Była jeszcze jedna kwestia. Midar był krasnoludem. Na krasnoludzkie grzałki nie ma mocnych. Będzie trup na miejscu jak nic, jeśli sięgnie po bukłak.
   - Pij Kłopot. – Midar, łaskawym gestem podsunął swój bukłak półelfowi. Do tradycji już weszło, że krasnolud może nie mieć wszystkiego, ale gorzałkę zawsze znajdzie. Choćby ostatnią kroplę. – Na kłopot najlepsiejsza gorzałka, ino mocna. Im mocniejsza, tym lepsiejsza. – Kolejne zdanie z Midarowych mądrości.
   Aed uniósł się na łokciu, podziękował skinięciem głowy i pociągnął łyk, usprawiedliwiając się panującym chłodem i tym, że zaschło mu w ustach. Łyk był tak długi, jak mieszaniec nieświadomy, co go czeka. Mało go nie przekręciło.
   - Bogowie... – wychrypiał w końcu, gdy przestał się krzywić. Smak napitku od razu go ocucił, przy okazji wyciskając łzy z oczu. – Skądeś to wytrzasnął? Weź to ode mnie, bo po mojej następnej kolejce nie będziesz miał z kim gadać. – Mieszaniec wcisnął bukłak krasnoludowi, który musiał być co najmniej zdziwiony jego chorobliwie zdrowym rozsądkiem. Usiadł twarzą do ogniska i szczelnie otulił się płaszczem. Już teraz wiedział, że przy najbliższej okazji nie odmówi. Ciekawe smaki mają to do siebie, że chwilę po ich poznaniu chce się sprawdzić, czy aby na pewno są tak ciekawe, jak się to w pierwszej chwili wydało. Zwłaszcza jeśli chodzi o gorzałkę.
   - Powiedz lepiej, co cię przywiało w te strony. „Nadobna” to nie miejsce dla najemników.

~*~

   Gdzieś w pobliżu parsknął niecierpliwy wierzchowiec. Dźwięk ten w ciszy nocnej zabrzmiał dla wyczulonego ucha nazbyt głośno, zwiastując nadchodzące kłopoty. Nieco podpity już Midar nie od razu zmiarkował, co się dzieje. Poderwał się na nogi chwiejnie, z opóźnieniem, szukając toporka, który zwykł nosić przy pasie, a który teraz leżał porzucony przy ognisku. Dłoń natrafiła na pustkę. W ciemności poruszyły się kształty. Bardziej wyczulone oko niż krasnoludzkie mogło dostrzec zarys końskich sylwetek.
   Końskie parsknięcie wyrwało Aeda z błogiej świadomości, że to już koniec wrażeń tego dnia. Żeby tego było mało, posłyszał odgłosy więcej niż dwóch koni. Mieszaniec wbił wzrok w ciemność, na darmo próbując przyzwyczaić do niej oczy, oślepione migocącym blaskiem ognia.
   Gdy jego źrenice wreszcie się rozszerzyły, mógł dostrzec kilka zwierzęcych sylwetek. Pięknie. Bogowie się na niego uwzięli, jak nic. Tylko gdzie podziali się jeźdźcy?
   - Diabli nadali, rogate dupsko – podsumował Midar, pochylając się po toporek, w drugiej dłoni ściskając pusty już bukłak. Elfim uszom utyskiwanie krasnoluda i jego poruszanie się mogło zdać się niemrawe, hałaśliwe. Zbyt nieostrożne, zwracające uwagę.
   - Mid, czuję cię już z daleka, opuść ten toporek! – doszło ich z ciemności. Kimkolwiek był mówiący, był kobietą i to taką, którą krasnolud znał, bo toporek od razu został opuszczony, a wojak skoczył radośnie do przodu.
   Kobiecy głos w pierwszej chwili przywiódł mieszańcowi na myśl elfkę z Bractwa Nocy. Gdy jednak dotarła do niego treść wypowiedzi, zaczął mieć nadzieję na przeżycie jedynego pozytywnego wydarzenia tego dnia.
   - Weź ty nie mogłaś wcześniej? Miło było. - Midar całkowicie rozwiał jego obawy.
   Mieszaniec parsknął cicho, kręcąc głową. Skoro tak wyglądało midarowe „miło”, mógł przestać się dziwić, czemu tak łatwo odnalazł w nim sprzymierzeńca.
   - Już ja wiem, jak wygląda twoje miło. Banda najemników poszukuje krasnoluda i półelfa, a koło gospody kręcą się podejrzane typy. Midar, to nie był… - Kobieta postąpiła w krąg światła rzucanego przez ognisko i Aed mógł poznać Małą.
   Mała okazała się całkiem wysoka.
   Mała okazała się elfem.
   Aed uważnie przypatrzył się twarzy kobiety, którą z ciemności wydobyło miękkie, ciepłe światło. Elfka była tak samo Małą, jak on był trubadurem. Z „Kapustą” i „Kłopotem” niestety sprzeczać się nie mógł, nad czym bardzo ubolewał.
   - Ej, kuca mi przyprowadziłaś! – Midar aż czknął z wrażenia.
   Midarowa czkawka przypomniała chuchrakowi, że powinien skupić się na ustaniu na dwóch nogach. Przeklęta krasnoludzka gorzałka, przeklęty słaby łeb...
   – A te dwa ustrojstwa to twoje, Kłopot? – Kolejne skinięcie głową. Przerywanie potoku słów rudobrodego chyba nie miało większego sensu. – Normalnie wiedziałem, że z ciebie będą jeszcze ludzie, Mała.
   Elfka puściła słowa krasnoluda mimo szpiczastych uszu, większą uwagę poświęcając półelfowi. Nic dziwnego. Jego nie znała, a to, co usłyszała w gospodzie, mogło zostać zmienione. Jeśli zaś wziąć pod uwagę uprzedzenia rasowe, tak częste wśród czystokrwistych, wnioski, do jakich doszła, mogły okazać się aż nazbyt oczywiste.
   Elfi mieszaniec milczał, usiłując przypomnieć sobie, skąd zna elfkę. Wrażenie, że gdzieś ją już widział było zbyt silne, by je ot, tak zignorować.
   - A, Kłopot. To Mała – jedynie Midar chyba nie zdawał sobie sprawy z tego, że lada moment sytuacja może stać się kłopotliwa.
   Aed ledwo dostrzegalnie skinął głową. Nie był pewien, jak powinien się zachować. Sytuacja była jednoznaczna – wystarczyło podać swoje imię i wywiedzieć się, co to za spęd starych znajomych. Jednak w gestach kobiety Aed dostrzegał ślad dostojeństwa, nieznacznie wyraźniejszy niż cechujący zwyczajną elfkę. Nie naturalnego i nie wymuszonego, lecz wyuczonego.
   - Ten elfiak, co gom spotkał w karczmie, nie? Ten to w tarapaty wpada, ja ci mówię. Jak się nie ruszy.
   W duchu Aed przyznał Midarowi, że było to wyjątkowo zgrabne podsumowanie.
   W końcu dorwał toczące się brzeżkiem myśli wspomnienie.
   - My się już znamy – odparł, postępując kilka kroków, by zniwelować dzielący ich, utrudniający rozmowę dystans.
   Pierwszą myślą było proste stwierdzenie. Dwa słowa. „Nie sądzę.” Dopiero co nadane półelfowi przezwisko nic jej nie mówiło, oprócz może przypisania mu tego, co dotąd kojarzone było wyłącznie z nią. Szukanie kłopotów. Przekrzywiła odrobinę głowę, mrużąc lekko oczy w wyrazie charakterystycznym dla tego, kto usilnie usiłuje znaleźć coś znajomego, punkt zaczepienia, który doprowadziłby do rozwiązania.
   - Ruiny zamku Gorlan. Sicanda – rzucił najemnik enigmatycznie, rozjaśniając jej w umyśle. – Wołają mnie Aed – przypomniał, nieznacznie skłaniając przy tym głowę. Podanie ręki, do tej pory praktykowane przezeń bez zastanowienia, nagle wydało mu się zbyt obcesowe.
   Pośród walących się murów zamku nie było czasu na uprzejmości, toteż Aed nie znał prawdziwej tożsamości kobiety – do jego uszu dotarło co najwyżej jakieś skrócone miano. Nie wiedział, że stoi przed elfią królową. Podczas ich ostatniego spotkania nie zdążył się również przekonać, że trafił na osóbkę, z którą być może będzie wieść bój o dominację w dziedzinie upartości. Nie miał też pojęcia o talencie elfki do przyciągania kłopotów, tak dobrze mu przecież znajomym.
   Ach, słodka niewiedzo...
   Teraz, gdy znalazła punkt zaczepienia, wspomnienia przelatywały przed oczami lotem błyskawicy, chaotyczne, nieskładne, burzące chronologię zdarzeń. A mimo to tworzące jej obraz. Tajemniczy miecz, którego poszukiwała Nefryt i Cienie. Stare, zapomniane ruiny. Utytłany błotem Dar, który znów miał nieprzyjemność rozstania się z grzbietem Wolhy. Zagadka. I okrągła, cembrowana, z pozoru tylko pusta studnia.
   Zapadła chwila porozumiewawczego milczenia. Wspomnienia minionych zdarzeń nieubłaganie przesuwały się przed ich oczyma, niczym mijane w drodze drzewa czy budynki. Wydobywały z odmętów pamięci odczucia i przeinaczone przez bieg czasu obrazy. Każdemu z tej dwójki przypominały się sceny zupełnie od siebie różne, a jednocześnie uderzająco do siebie podobne.
   - To ty wszedłeś za Cieniem do studni – oznajmiła powoli, z namysłem. Nie wspominając, że przy tej studni stali dobre pół godziny, zastanawiając się, co z nią zrobić, a kiedy tam wleźli, oczywiście spontanicznie i nie przemyślawszy sytuacji, wpadli prosto w kłopoty, z których trzeba ich było wyciągać.
   Cóż, nieszczęścia chodzą parami.
   Przytaknął skinięciem głowy. To nie były miłe wspomnienia, nie było co się rozgadywać. Chociaż to, czy coś było miłe, czy niemiłe, pozostawało kwestia względną. Jemu – Kłopotowi – łażenie po zapomnianych przez bogów i ludzi miejscach, w których nikt go nie chciał, zawsze wydawało się hipnotyzująco pociągające. Trochę irytowała go upartość Cienia, który nieomal zginął tam, na dole... razem z nim. No i czar lewitacji... Potraktowanie chuchraka magią niemal nigdy nie należało do rzeczy uznawanych przez niego za przyjemne.
   - Ekhem – chrząknął Midar, przywracając elfkę do rzeczywistości. Krasnolud najpewniej nie miał pojęcia, o co chodzi, ale dzielnie pilnował, by o nim nie zapomniano. Subtelne chrząknięcie wyrwało ich z zamyślenia, brutalnie przywracając do teraźniejszości.
   Subtelne jak na krasnoluda.
   - Szept. Po prostu Szept. – Oblizała nagle spierzchnięte usta. Nie uśmiechało jej się przedstawiać jako elfia królowa, bo nią się wcale nie czuła. Przynajmniej nie w tej chwili, gdy zmęczona, zakurzona i z całą pewnością przesiąknięta specyficznym zapachem końskiego potu stanęła przed półelfem. Nie, nie kłamała. Była Szept tak samo, jak była Niraneth i Nirą. To było tylko drobne niedopowiedzenie, zachowanie pewnego faktu dla siebie, w tajemnicy. Przyznanie się do bycia małżonką elfiego władcy zmieniłoby zbyt wiele. Wpłynęłoby na reakcję. Nie chciała tego. Chciała być po prostu Szept, elfką, magiczką.
   Gdyby to było takie łatwe.
   Mieszaniec delikatnie uśmiechnął się sam do siebie.
   Powinien być podejrzliwy? Nie, to nie wchodziło w grę. Obiecał sobie, że nie będzie się zachowywał jak zdziczały banita. I tego winien się trzymać, bez względu na to, jak dramatyczną rolę zachce mu się w danej chwili odegrać. Na pewno nie wyjdzie mu to na złe. A już na pewno nie jego otoczeniu.
   Spodziewała się, że wyciągnie ku niej rękę. Nie zrobił tego, jedynie pochylił głowę w nieznacznym ukłonie. Odpowiedziała podobnym gestem, wykorzystując tę chwilę na lepsze przyjrzenie się Aedowi. Brązowe włosy sięgały mu do łopatek, okalały szczupłą twarz o ostrych rysach, spiczastych uszach i garbatym, haczykowatym nosie. Można go było uznać za przystojnego, lecz nie to przyciągnęło jej spojrzenie.
   Półelf miał w sobie coś, co jej się podobało. Pewną nonszalancję, pewien nieład. Coś, co przywoływało wspomnienie Brzeszczota. Włóczęga, uświadomiła sobie. Ktoś z zamiłowaniem do przygody i wędrówki przed siebie, gdzie oczy poniosą. Wolny duch.
   Nie byłaby sobą, gdyby jej się to nie spodobało.
   - Dam ci radę. Unikaj towarzystwa Midara i nie pij z nim. – Całą winę za zajście w gospodzie złożyła na karb krasnoluda i jego skłonności do burd. Nie trzeba było mieć bystrych oczu elfa, by spostrzec odrobinę chwiejny chód półelfa i poczuć bijącą od niego, lekko gryzącą woń krasnoludzkiej gorzałki. Prawdopodobnie muchomorkowej, bo tą ostatnio obficie raczył się Midar. – Wyjdzie ci to na zdrowie.
   Racja, miał pilnować, żeby nie chwiać się na nogach. Nienajlepiej mu to wychodziło. Przewidzenie, kiedy leśna ściółka zechce znów się rozhuśtać, nie należało przecież do rzeczy łatwych. Krasnoludzka gorzała z pewnością nie była na jego słabą głowę. Powinien cieszyć się, że dzięki pewnej ognistowłosej marudzie miał już do czynienia z tym specyfikiem. Przynajmniej nie ścięło go z nóg.
   Spokorniała mina oznaczała, że mieszaniec obiecuje: „Nie będę, oczywiście dopóki nie zdarzy mi się to raz jeszcze.”
   - Dzięki Mała. – Ciekawe, że Midara elfka nawracać nawet nie próbowała. Zapewne nie miałoby to najmniejszego sensu. – Pewnie jak zwykle chcesz się zająć bydlętami?
   Owszem, chciała. Do utartych już nawyków magiczki podczas rozbijania obozu należało zatroszczenie się o zwierzęta, musiały być oczyszczone, nakarmione, napojone. Midar i tak by tego nie zrobił. Jako krasnolud, nieszczególnie znał się na koniach, jeśli już musiał, to korzystał z kucy. Jednak tylko jeśli musiał. Najczęściej zdawał się na swoje krępe, krótkie nóżki. Odrin zaś był zbyt ciekawski, zbyt popędliwy, zaczynał jedną rzecz, nie kończył, przerywał w połowie, zaintrygowany czymś innym, nowym.
   Odrin. Właśnie.
   - Midar, gdzie jest Odrin? – zaniepokoiła się. Zniknięcie karzełka nie było niczym nowym. Odrin ginął często, przy nawet najmniejszej okazji. I niemal zawsze przywodziło to kłopoty.
   - Eeee… tego no… - Midar podrapał się po głowie i bezradnie wzruszył rękami. – Nie mam pojęcia.
   Dobrze. To było szczere. I wcale nie tak zaskakujące.
   Odpowiedź Aeda niczym nie różniłaby się od midarowej. Mógłby jedynie dorzucić, że nie wie, o kim mowa.
   Elfka nie drążyła tematu. Widocznie nie stało się nic niezwykłego... co dobitnie świadczyło o Odrinie.
   Bydlętami okazały się bogom niejedynym ducha winne konie. Strach krasnoluda przed dosiadaniem tych poczciwych stworzeń czy nawet zbliżaniem się do nich tłumaczył jednak to krzywdzące miano.
   Mieszaniec ruszył za Szept, by pomóc jej oporządzić konie. Był na tyle trzeźwy, by samemu odtroczyć od juków worek z przeznaczoną dla wierzchowców mieszanką ziaren zbóż i przesypać jej nieco do skórzanego worka, służącego zwierzakom za koryto. Konie były zdrożone, należała im się solidna kolacja.
   - Dziękuję, że przyprowadziłaś tych narwańców – zwrócił się do Szept, gładząc srokatą po nieco wychudłym karku. W przeciwieństwie do gniadosza, klaczka na narwaną nie wyglądała. Jednak do galopu w długą, gdy coś ją spłoszyło, była niezmiennie pierwsza w kolejce.
   Magiczka kątem oka spojrzała na gładzącego klacz półelfa. Tak się składało, że osoby, które potrafiły obchodzić się ze zwierzętami i traktowały je dobrze były przez magiczkę jeszcze bardziej cenione. Kolejna rzecz świadcząca na korzyść półelfa. Chyba, że nie chciał po prostu tracić wygodnego transportu.
   - One po prostu mają charakter. Swój własny – mruknęła, odwracając się do gniadosza, przyłapana na przyglądaniu się Aedowi nazbyt intensywnie. Nie jej wina, że próbowała ocenić, na ile jej pierwsze wrażenie było poprawne.
   Ze zrozumieniem pokiwał głową. Zawzięte bestie. I cierpliwe. Do chuchra trzeba było mieć mnóstwo cierpliwości.
   - Jak ci odgryzą rękę też tak powiesz? – Midar krzyknął do niej, nie podchodząc, stojąc w stosownej i bezpiecznej odległości.
   Aed obejrzał się powoli, ostentacyjnie unosząc brew.
   - Konie to nie mięsożercy. – Elfka widocznie przyzwyczaiła się do tego rodzaju błyskotliwych komentarzy.
   - Powiedz to marchewce – krasnolud nie dawał za wygraną.
   - Biedna marchewka... – wtrącił się mieszaniec, wzdychając smętnie.
   - Marchewka jest warzywem.
   - Ale na pewno nie chce skończyć w gębie bydląt.
   - A rum chce w twojej? - Szept należał się medal za wytrwałość.
   W tym momencie klaczka ni z tego, ni z owego postanowiła obślinić twarz swojego dwunożnego zwierzątka, którym cały czas trzeba było się zajmować i mówić mu, co ma robić. Obrok w karmidle właśnie się skończył, gniady znów zżarł go najwięcej.
   - Rum nie, ale gorzałka tak.
   Cały Midar. Nie przegadasz i nie przekonasz. Mieszaniec parsknął tak nieopanowanym śmiechem, że srokata położyła po sobie uszy. Dłonią odsunął od siebie jej pysk. Ta, jak na złość, zaczęła ślinić jego dłoń, by krnąbrny mieszaniec przypadkiem nie ukrył jakiegoś przysmaku. Widocznie wydzielona porcja ziarna nie zdołała udobruchać zdrożonego koniska. Aed dosypał do worka trochę mieszanki zbóż.
   Jednak luźna atmosfera rozwiała się szybko jak smuga dymu ze zgaszonej świecy. Sytuacja nie była zabawna. I nie należało udawać, że tak jest.
   Szept uśmiechnęła się pod nosem, rzuciła ostatnie spojrzenie wierzchowcom i wróciła do sedna sprawy. Sprawy, o której ani Midar, ani Aed nie wypowiadali się zbyt szeroko.
   - Co się tam wydarzyło? W gospodzie? – Szare spojrzenie omiotło dwójkę panów, ostatecznie skupiając się na Aedzie jako na tym, kto wypowie się nieco szerzej i nie sprowadzi wszystkiego do dawana komuś w twarz. Pomyliła się.
   - Co się tam wydarzyło...? – powtórzył, niby to patrząc na elfkę, ale spoglądając nieznacznie w bok, jakby unikał jej spojrzenia. Jego ręka w wymownym geście znalazła się na potylicy, by po potarganych włosach zsunąć się na kark. Cały ten szpicouchy obrazek opisać można było w dwóch słowach: „długa historia”.
   - Dałem w ryj takiemu jednemu. – Ktoś raczył się odezwać, lecz nie półelf. Dzięki bogom, Midar go wyręczył. Może nazbyt dobitnie, ale jednak. Wygadany krasnolud, który jak zwykle sprowadził wszystko do jednego pułapu. – On mi próbował, to go zlałem z Kłopotem.
   Słyszała coś o niemal płonącej gospodzie, bandzie najemników i stłuczonym na czyjejś głowie kuflu. Z grubsza się jednak zgadzało.
   - Pobiłeś się z Cieniami? – Zaniepokojenie zadźwięczało w jej głosie.
   - A, nie. Tak głupi nie jestem. On robił z nimi interesy – wskazał palcem na Aeda. Powyższe zdanie nazbyt dobitnie świadczyło o stanie umysłu Aeda, gdy wdał się w pertraktacje z Cieniami. Musiał być nie w pełni władz umysłowych. Słuchająca tej rozmowy Szept, świadoma wydźwięku słów Midara, pomimo powagi sytuacji, miała spore trudności z zachowaniem spokoju i stłumienia ochoty na parsknięcie śmiechem.
   Jeśli głupotą było bić się z Bractwem Nocy, to ciekawe jak nazwać umawianie się z nimi na interes i niedotrzymywanie warunków. Samobójstwem?
   Aed o dziwo nie miał ochoty ukręcić wycelowanego weń w oskarżycielskim geście palucha. Sam winił się za własną głupotę.
   - Otóż... Poszło nam o pewne mapy... - Nie zdążył pomyśleć o tym, czy wolno mu dzielić się z kimkolwiek tymi informacjami, a już wybrzmiały obco dla niego brzmiące słowa. Midarowa gorzałka skutecznie rozwiązała mu język.
   Magiczka nadstawiła ciekawie ucha. Mapy były kolejną rzeczą, którą kochała w każdej postaci. Stare, nowe, fizyczne, polityczne, plany, szkice, rozkłady pomieszczeń. Nad niektórymi mogła ślęczeć godzinami. Nie zastępowało to zobaczenia czegoś naprawdę, postawienia tam stopy i rozejrzeniu się dookoła…, ale było to coś, co mogło, co czasem musiało wystarczyć.
   - Żebym ja wiedział, z kim mam do czynienia, nigdy nie podałbym mu ręki – dorzucił w charakterze usprawiedliwienia półelf. Skoro powiedział „a”, należało powiedzieć także „b”. – Zaraza by to Bractwo, nigdy nie mogę zawczasu rozgryźć, co im po głowie chodzi... – urwał, gdy uświadomił sobie, że powodowana rozsądkiem elfka może uważać Cienie za zagrożenie, ale niekoniecznie będzie tolerować ich przeklinanie.
   - Na nich nawet zaraza to za mało.
   Aed spojrzał na magiczkę z niemym zaskoczeniem. Czyli rozumieli się doskonale... Zresztą, jak się dłużej przebywało w towarzystwie Midara, przekleństwa były czymś, co w naturalny sposób wkradało się do rozmowy. Chciane czy też nie. Bez nich Midar po prostu byłby małomównym, zamkniętym w sobie wojownikiem. Nie, żeby Szept nie chciała go w swoim czasie wyedukować. Chciała. Jej jedynym sukcesem było to, że czasem pamiętał, by umyć ręce. Teraz Heiana próbowała tam, gdzie zawiodła magiczka.
    – A więc… jeśli dobrze zrozumiałam, obiecałeś im jakieś mapy. – Stwierdzenie. Nie pytanie. Celem magiczki nie było wyciśnięcie wszystkiego z Aeda. Tym bardziej Aeda uraczonego przez Midara gorzałką.
   Odpowiedział ostrożnym skinięciem głowy. Jednak nie musiał nic mówić. Midar znów go wyręczył.
   - No! – krasnolud nie miał skrupułów. – Powiedział, że ich nie ma. Kłopot, powiedz, że ich nie było w tej sakiewce co żeś zgubił – Midar położył nacisk na to ostatnie słowo, dając magiczce coś do zrozumienia.
   Kłopot nie powiedział. Nie odpowiedział nic. Jego uwadze nie umknęło, że to milczenie nie jest obojętne Szept.
   Nie było. Ona i Midar, oboje znali tylko jednego złodziejaszka, który sam siebie nie nazwałby złodziejem, a wszystko tylko znajdował, zgubione przez kogoś innego. A Odrin, tak się składa, był w gospodzie. Midar nie kwapił się, by wyjaśnić to Aedowi i wziąć na siebie zachowanie kolegi. Szept…
   - Jak bardzo cenne są dla Bractwa te mapy? – ostrożnie zaczęła, kalkulując. Były ważne na tyle, by pofatygowali się i szukali Aeda. Na tyle, by wszczynali awanturę o ich brak. Czy na tyle ważne, by szukali półelfa dalej? Okpił Cienie, więc prawdopodobnie będą chcieli dać mu nauczkę. Czy były jednak na tyle ważne, by szukali Odrina?
   Karzełek mógł znaleźć się w niebezpieczeństwie. Nie pierwszy i nie ostatni raz.
   Odpowiedź na to pytanie była istotna, najemnik to wyczuł. Nie było co łgać w obronie honoru swojego imienia czy innego cholerstwa. Elfka wyczułaby krętactwo. Zależało jej na usłyszeniu prawdy.
   - Właściwie to nie mapy, a ich kopie, nieco uboższe w treść niż oryginał.
   Midar najwidoczniej postanowił go dobić – szybko, bez zbędnych ceremonii.
   - I ty kutwa chciałeś dać to tym bubkom? Kurza twarz, masz jaja chłopie! – Z uznaniem klepnął Aeda w plecy. Właściwie w okolicę krzyża, bo wyżej nie sięgał bez wyciągania się.
   Szept spojrzała na krasnoluda z dezaprobatą, spojrzeniem mówiącym, by był łaskaw nie przerywać starszym i zdecydowanie mądrzejszym rozmowy.
   Aed skrzywił się boleśnie. Jeżeli Midar jeszcze raz „klepnie” go w plecy, jego kręgosłup tego nie wytrzyma.
   - Powiedzmy – odparł – że znam dobrego fałszerza... Naprawdę dobrego – dodał nieco pewniej, by utwierdzić w tym przekonaniu i Szept, i Midara, i samego siebie.
   Midar wyszczerzył się, mrugnął do Aeda, chociaż to mrugnięcie prawdopodobnie przeszło bez echa. Półelf umykał wzrokiem gdzieś w bok, robił wszystko, by nie stać w bezruchu. I wszystko, by nie patrzeć im w twarze.
   Niech to licho porwie... To, że jest idiotą, który kpi z Bractwa aż do tego stopnia, mógł akurat zachować dla siebie – tak jak zachował dla własnej wiadomości istnienie kilku wejść do gubernatorskiej twierdzy, o których mało kto wiedział.
   Chuchrak posłał Midarowi krótkie spojrzenie. „To twoja wina, więcej z tobą nie piję.”
   Ale do rzeczy, owijanie w bawełnę nie załatwiłoby sprawy. Wręcz przeciwnie.
- Są cenne – przyznał. Bez żadnego „obawiam się, że”. To stwierdzenie niewiele jednak wyjaśniało. Wziął więc głęboki wdech i dodał: - To plany zamku. Zamku gubernatora.
   Teraz nawet Midar już się nie szczerzył. Krasnolud splunął pod nogi, co musiało wyrażać, jakże ciepło i serdecznie myśli o ludzkiej istocie tytułującej się gubernatorem podbitych ziem. Cisza, jaka zapadła, była przytłaczająca. Elfka nie kwapiła się do zadawania dalszych pytań. Lekka zmarszczka naznaczyła jej czoło, zdradzając zamyślenie, może cień troski i niepokoju.
   Dopiero, gdy wybrzmiały te słowa Aed uzmysłowił sobie, jak bardzo przecenił swoje możliwości.
   Mógł odpalić teraz jakąś głupotę, mógł ich zagadać, w końcu w takim stanie był wyjątkowo rozmowny. Milczał. Jego spojrzenie wbrew jego woli nieznacznie uciekało w bok. By nie stać tak niczym słup przy drodze, odpiął sprzączkę kalety, wyciągnął z niej lnianą chustkę i przetarł nią uwalany zakrzepłą krwią policzek. Zupełnie jakby komukolwiek na ten widok miało zrobić się go szkoda.
   Dłoń trzymająca utytłany, lniany spłachetek zastygła w połowie drogi do skórzanej sakwy. Oblicze mieszańca w jednej chwili zmieniło się zupełnie. W wyrazie jego twarzy nie można już było dostrzec poczucia winy czy wstydu za własną głupotę. Był tylko niemy przestrach.
   Z niewielkiej rany znów zaczęło sączyć się lepkie świństwo. Aed otarł twarz rękawem krótkiej tuniki, nie zważając na to, że nie był on pierwszej czystości, a po przyjrzeniu się mu łatwo można było stwierdzić, co jego właściciel robił i jadł przez ostatnich parę dni.
   Zapadła uciążliwa cisza, zakłócona jedynie splunięciem krasnoluda pod nogi niewidzialnego gubernatora. To by się Escanor ucieszył, gdyby usłyszał, jak go tu poważają... Jego przyboczni mogli uchronić go przed zamachem, ale nie przed lżeniem. Milczenie przerwał dopiero mieszaniec, który wreszcie zaczynał łączyć fakty w mającą sens układankę.
   - On ma z tym coś wspólnego, prawda? Ten niziutki, który plótł o tatuażach?
   Midar szybko utwierdził go w tym przekonaniu. Otworzył szeroko buzię, zbity z tropu dociekliwością półelfa i tym, że tak łatwo połączył fakty. Gdyby takim stwierdzeniem uraczono karzełka, ten odwróciłby kota ogonem, zagadał, nawciskał swój potok słów, kłamstw i wymysłów umysłu. Zbiłby nawet najwytrwalszego rozmówcę z tropu… albo przeciwnie. Opowiedziałby wszystko ze szczegółami.
   Midar nie miał tego daru. Patrząc na jego twarz, częściowo schowaną za gęstą, rudą brodą, Aed mógł poznać odpowiedź, nawet jej nie słysząc.
   Więc grali w otwarte karty.
   - Mam nadzieję, że nie. – To magiczka udzieliła odpowiedzi. Aed uśmiechnął się lekko. Nagrodą za szczerość była szczerość.
   – Nasz przyjaciel ma pewną przypadłość…
   Tak, to by się zgadzało.
   - Kradnie i kłamie ile wlezie, cholera mała – dyplomatycznie wytłumaczył Midar na wypadek, gdyby Aed już tego nie zrozumiał, a elfka po raz kolejny skrzywiła się, ale kontynuowała:
   - Obawiam się, że twoje kopie są teraz w którejś z jego kieszeni, co gorsza, on sam zdążył już o nich zapomnieć. Przez naszego przyjaciela możesz mieć kłopoty z Bractwem Nocy. Oni nie lubię, gdy ich ktoś wystawia do wiatru. Nie zapomną ci tego. Co gorsza, mogą zorientować się, że plany zostały… - wyraźne wahanie dało się słyszeć w jej głosie. Aed machnął na to ręką. Nie było co roztrząsać, kto co zrobił i kto za kogo czuje się odpowiedzialny. Należało skupić się na ratowaniu własnej skóry.
   – … skradzione. – Na machnięcie ręką gwałtownie pokręciła głową. - On nie uważa, że kradnie. Nawet nie sądzi, że to złe… - zaczęła nieskładnie i prawdopodobnie bez sensu dla każdego, kto by ją w tej chwili usłyszał. W każdym razie każdego, kto nie poznał Odrina i jego skłonności do znajdywania tego, co zgubione i pożyczania tego, co wcale nie było do pożyczenia. Dopiero w tej chwili to ona machnęła ręką na wyjaśnienia charakteru małego człowieczka. I na powrót podjęła porzucony temat: - Wtedy Odrin może znaleźć się w kłopocie.
   - I to niemałym... – mruknął najemnik, w zamyśleniu przytakując kilkukrotnym skinieniem głowy. Obydwoje poznali się na Bractwie. Aed mniej, Szept – wnioskując z tego, co mówiła – bardziej. Obydwoje wiedzieli, do czego zdolne są Cienie. Zwłaszcza Cienie, którym ktoś zgarnął zdobycz sprzed nosa. Zdobycz, którą zainteresowany był gubernator we własnej osobie.
   - Mała cholera wylezie cało z każdego bagna. W przeciwieństwie do nas. – Midar w ogóle nie przejmował się sytuacją. – Mógłbyś Kłopot zniknąć, wiesz? Może by cię nie znaleźli.
   Aed uniósł brwi, udając, że poważnie rozważa tę opcję.
   - Mnie też można określić mianem „wybrańca Fortuny”, ale w zupełnie innym sensie. Nie liczyłbym na to.
   Nie mógł ot, tak zniknąć bez doprowadzenia sprawy do końca.
   - To przez mojego przyjaciela… - magiczka popatrzyła na krasnoluda i poprawiła się - przyjaciół znalazłeś się w kłopocie.
   - Kłopot w kłopocie – zarechotał Midar.
   Aed parsknął stłumionym śmiechem. Najwyraźniej Midar zawsze potrafił wyjść z twarzą z każdego – jak by to powiedział – kłopotu.
   - Naturalne więc jest, że zrobimy co będziemy mogli, by ci pomóc – ciągnęła tak, jakby nikt jej nie przerwał.
   Mieszańcowi mina zrzedła. Teraz już bez ogródek spojrzał na elfkę, prosto w jej oczy. Zmarszczył lekko brwi, nieznacznie przekrzywił głowę. Nie robił nic, by ukryć zaskoczenie. Zaskoczenie i brak zrozumienia dla tego, co właśnie usłyszał.
   - Dlaczego...?
   Może gdyby się nie napił, trzymałby dziób na kłódkę i korzystał, skoro była okazja. Może... A może nie.
   Chciał wiedzieć. Chciał wiedzieć, dlaczego ktoś miałby mu pomagać... tak po prostu. W dodatku naprawiając cudze przewiny. Takie działanie zdawało się być... poza obszarem jego pojmowania. Jawiło mu się jako coś pozbawionego sensu albo wręcz przeciwnie – jako przykrywka dla czynów kogoś, kto właśnie dostrzegł sprzyjające okoliczności i postanowił je wykorzystać, w dodatku nie zostając o cokolwiek podejrzanym.
   Ale przecież ona nie...
   Aed palcami zaczesał do tyłu opadające mu na twarz włosy, by ukryć, że na krótką chwilę zacisnął powieki. Myśli mu się rwały, nie potrafił ich uchwycić. Do głowy pchały mu się jedynie schematy – utarte, proste, wtłaczające w nieistniejące role. Nieprawdziwe.
   Teraz to elfce zrzedła mina. Najwyraźniej mieszaniec nie słyszał dotąd o dobrej woli, więzi i czymś takim jak przyjaźń, w imię to której nie raz robiło się głupie, kłócące się z rozumem rzeczy.
   - Bo ty jesteś pan Kłopot, a to pani Kłopot – parsknął Midar, usłużnie podpowiadając proste, logiczne rozwiązanie. Nie na darmo o tej właśnie magiczce mówił Darrus, że jest jak dziecko, co pcha palca w szparę w drzwiach, dobrze wiedząc, że zaraz paluch będzie przytrzaśnięty i spuchnięty. Magiczka, psia mać, piekielnie dobra, ale instynktu samozachowawczego to ona nie miała za grosz. Fakt faktem, nie miała. Fakt faktem, pchała. Fakt faktem, prawie nigdy na ślepo i prawie nigdy bez uprzedniego przemyślenia sprawy. Nawet w trybie przyspieszonym.
   Takie wyjaśnienie w zupełności mieszańcowi wystarczało. Jednak to wyłożone przez elfkę uświadomiło mu, co mu ślina na język przyniosła.
   - Nie znam cię, ty nie znasz mnie. Jednak przez te mapy i swoją wadę Odrin może znaleźć się w poważnych tarapatach. Jeśli nie wierzysz w moją bezinteresowność, uwierz w to. Nie zostawiam przyjaciół – wyjaśniła po swojemu elfka.
   Głupio mu się zrobiło. Bo owszem, chwilę temu palnął głupotę. I to nie byle jaką. W ustach kogoś innego mogłoby to rzeczywiście zabrzmieć normalnie. Bo przecież kto dziś, kiedy wszystko jest tak niepewne i niebezpieczne, pozostałby wierny jakimkolwiek ideałom? Aed jednak do takich nie należał. Owszem, uparcie twierdził, że wszystko robi dla własnego interesu. Że to mu się opłacało, a tamto to przez przypadek i dziwny zbieg okoliczności. Jednak raz za razem kłamał. Bo był naiwnym mieszańcem. Był włóczykijem, który poczuwszy zew przygody lub usłyszawszy wypowiedzianą przez przyjaciela prośbę o pomoc rzuci wszystko, spakuje się i pojedzie choćby na drugi koniec świata... oczywiście utrzymując, że nigdzie nic go nie trzyma, może się snuć gdzie mu się żywnie podoba, że to jego i tylko jego sprawa, i nikomu nic do niej.
   Mieszaniec i elfka, póki co, nie rozumieli się doskonale. Jednak Aed nie miał pojęcia, że mimo tych wszystkich sprzeczności tak wiele ich łączy. Sam przed sobą nie chciał przyznać, że dobrze wie, o czym mówi Szept. Aż za dobrze.
   - Moje wyjaśnienie bardziej mi się podobało – pokręcił głową Midar. – To macie i mój topór! Będzie jak znalazł do kostura i… - popatrzył krytycznie na Aeda, zastanawiając się, czym walczy półelf, oprócz pięści, krzesełka, stołu i głowy  -… sztyletu? – zaryzykował krasnolud.
   Aed otrząsnął się z zamyślenia.
   - Powiedzmy, że wiem, z której strony trzyma się miecz – odparł, kładąc dłoń na głowicy broni. Co prawda nie było to ostrze, do którego przez lata przyzwyczaił rękę, jednak to przypasane teraz do jego boku było naprawdę porządnie wykonane. Jego ukochany miecz zapewne wciąż leżał w jednym z tuneli kopalni Runn, przywalony kamiennymi odłamkami. Pewnie szczurze szkodniki ostrzą sobie teraz na nim pazurki.
   - Powiedz mi, jeżeli jesteś w stanie, od czego według ciebie powinniśmy zacząć? – ciągnęła magiczka, ignorując narzekanie stojącego obok krasnoluda. Midar jak każdy, swoje zachowania miał. Lubił popić, lubił wzniecić burdę i posmakować pięści. Lubił wyklinać na czym świat stoi i robić wiecznie niezadowolone, zrzędliwe miny. Lecz przyjaciel był z niego wypróbowany i taki, którego nie zamieniłaby na najbardziej wypielęgnowanego paladyna. Na co jej paladyn, jeśli się ma cuchnącego gorzałką krasnoluda?
   - A raczej póki jestem w stanie... – dopowiedział mieszaniec półżartem. Jednak wcale nie żartował. Powinien był mówić póki wiedział, co mówi. – Jeśli to możliwe, powinniśmy znaleźć Odrina, a razem z nim mapy. Tak jak mówiłaś, jest w niebezpieczeństwie. To może się nienajlepiej skończyć, nawet jeśli Fortuna mu sprzyja. – Mówił bez ogródek. Sprawę należało postawić jasno, stawka była wysoka. – Zależy, ile wiedzą Cienie. A ich podejrzenia mogły na niego paść po tym, jak... – Odchrząknął. – Po tym, jak wciągnąłem go w naszą jakże uprzejmą rozmowę. Jednak nawet jeśli nie posądzają o cokolwiek „małej cholery” – spojrzenie w stronę Midara – i tak mają z nim na pieńku. Wnerwił łuczniczkę.
   Tu nastąpiła seria wyjaśnień, kilka wątpliwości, pomysły dopiero co zrodzone w umyśle, rozważania i próba zgadnięcia, ile to wiedzą Cienie, a co zamierza idący w świat Odrin.
   - Dzisiaj i tak już nic nie zaradzimy – orzekła Szept, wzdychając ciężko, patrząc to na nich, to na czerniejące niebo i pojawiające się na nim małe, błyszczące punkty. Zapadała noc. Tylko głupi i nieodpowiedzialny włóczyłby się po nieznanym terenie nocną porą, zdając się na kaprysy pogody, głód drapieżników i tych, którzy nie zawsze oczekują gości z utęsknieniem. Głupią już ją nazywano, nie zawsze słusznie. Nieodpowiedzialną jeszcze nie.
   No i Aed. Midar, nawet pijany, radził sobie całkiem nieźle. Półelf mógł potrzebować snu, odpoczynku i zwykłej, najzwyklejszej wody do ugaszenia palącego pragnienia.
   Mieszaniec mruknął coś na znak potwierdzenia. Rozejrzał się wokół, wzrokiem omiatając górujące nad nimi konary drzew, w znacznej części ogołocone z liści. Całun mroku powoli, niepostrzeżenie opadał na las. Słońce skrywało się coraz dalej za horyzont, skąpiąc swoich promieni.
   - Jak po północy, to zaradzimy – Midar udowodnił swoje trzeźwe myślenie i ponownie klepnął Aeda w plecy. – Co nie, stary?
   Kolejne niespotykanej siły łupnięcie w plecy. Fortuna pokarała.
   - Jeśli jeszcze raz go uderzysz, to zrobisz mu krzywdę – zganiła krasnoluda elfka.
   Aed gorliwie pokiwał głową, odsuwając się od Midara o pół kroczku, a potem o kolejne pół, tak dla pewności.
   - Po nocy nie będziemy nigdzie chodzić. Moglibyśmy wpaść przez przypadek na Cienie. A gdybyśmy dobijali się o tej porze do gospody, uznają nas za intruzów… zwłaszcza po tym, co się stało.
   I znów najemnik poczuł się jak zganione dziecko. Nie żeby nie było ku temu powodów.
   - Ognisko jest, na deszcz się nie zapowiada, kilka ciepłych koców się znajdzie... – podsumował, spoglądając w ciemniejące niebo, po którym z wolna przesuwały się strzępki pierzastych obłoków. – Nienajgorzej.
   W takich warunkach pan włóczykij wreszcie mógł czuć się swobodnie. Nie przeszkadzał mu zbytnio chłód czy twarda ziemia, na której przyszło im spać. Tutaj nie było obcych, nie było gwaru rozmów ani niechcianych spojrzeń. Najemnik czasami potrzebował chwili wytchnienia i spokoju, by móc z kimś porozmawiać. Tak jak teraz.
   Gestem zaprosił elfkę, by usiadła na jego połatanym płaszczu, przy niewielkim ognisku, dającym upragnione ciepło w ten chłodny wieczór. Wszak ona również niemało czasu spędziła na końskim grzbiecie, w dodatku prowadząc dwa aedowe wierzchowce. Pogawędka pogawędką, ale ona tu marznie... Myśl, chuchraku, do cholery.
   Mieszaniec poszperał chwilę w torbie i wyjął z niej trzy jabłka – jedno podał Szept, jedno Midarowi. W żołądku pusto, głód od czasu do czasu dawał o sobie znać, ale chuchrakowi już nic się nie chciało. Prędzej by skonał niż poszedł po kociołek, nie mówiąc o gotowaniu w nim czegokolwiek. No, mógł zdobyć się chociaż na przygotowanie czegoś do picia... Po chwili walczenia ze zmęczeniem i lenistwem wyciągnął z torby gliniany kubek, odkorkował bukłak i wlał wodę do naczynia, które postawił blisko ognia. W kubku wylądowało parę szczypt suszonych liści mięty, sam kubek natomiast – w gorącym popiele, pomiędzy żarzącymi się kawałkami drewna. Naczynie było jedno, dla każdego trzeba będzie przygotować oddzielną porcję.
   Przygoda uśmiechała się do nich, nieśmiało machając ręką i wychylając się zza rogu. Zachęcała, by wstąpili w nią, nie znając ani przeznaczenia, nie wiedząc, czy w ogóle nadzieja i pomyślność jest z nimi. Przygoda miała to do siebie, że mamiła obietnicami, w zamian dając niezapomniane przeżycia, lecz nie zawsze prowadząc do obranego celu.
   Nie wiedzieli, ile wiedzą Cienie. Ile się domyślili, co znaleźli. Nie wiedzieli, gdzie udał się Odrin. Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa nawet miało go tu nie być. A jednak chwilowo był… Ta chwila wystarczyła.
   I sprawiła, że drogi tej trójki zbiegły się w małym obozie nieopodal zapomnianej gospody. A to był dopiero początek.

_____________________________________________
Dwa słówka od Szept - ogromne podziękowania dla weny, Darrusowej, za podpowiedzi odnośnie tytułu.
Ogromne podziękowania dla Aedówki za złożenie i sprawdzenie tego ustrojstwa. 
I... to już trzy słówka, dla Zombbiszona. Bo nowy autor z takim zapałem to skarb. 


5 komentarzy:

Olżunia pisze...

Nikt nic nie pisze, to i ja dorzucę słówko od siebie. Bo to Szeptucha złożyła w całość i się przyznać nie chce. Ja tylko sprawdziłam, większość to jej zasługa. Podziękowania dla Szeptuchy, takie z przytulasem!

A to był dopiero początek. *zaciera rączki*

Silva pisze...

Przyjęło się mówić, że lepiej późno niż wcale, ale ja tam nie wiem, czy to do końca prawda. Jednak...
Zawsze mnie ciekawiło... Ktoś coś zostawia gdzieś juki, sakwy, torby i nie wraca po niej... A potem zwyczajnie kupuje nowe? - z cyklu, życiowe pytania Babci Sowy.
Ale wy wiecie, że jak nawet złapią Odrina i będą chcieli od niego map, to jest duża szansa, że je gdzieś zapodział? :D
Ciekawe, czy istnieje ktoś, kto przepije naszego krasnoluda... Ej, zróbmy konkurs.
Aed ze wszech miar mnie rozbraja, rozwala na łopatki i... *zazdrosna*
Aed oficjalnie zostaje mistrzem handlu i interesów :D
Tak ogólnie powiem, że bardzo przyjemnie się czytało, leciało jak z górki, człowiek widział przed oczami ognisko, lasek, jak sobie leżą, potem jak zza drzew wyłania się Mała, która wcale taką małą nie jest, picie z krasnoludem i całą resztę. W życiu bym nie powiedziała, że to składałyście, jest tak płynie, że nie do poznania. I robi się nam z tego trochę mroczna, zagmatwana historia. Hm, czyli mamy fajne mid-fantasy z dobrą opowieścią.
Dzięki dziewczyny!
Aedówko: A to był dopiero początek - idealny tytuł :D

Nefryt pisze...

[W końcu znalazłam chwilę, żeby przeczytać. Nie było źle, ale poprzednie wasze notki czytało mi się lepiej. Tu trafiło się parę dłużyzn, choć wiadomo – jak notkę składa się wątku, to trzeba na nią patrzeć nieco inaczej. Zdziwiło mnie, skąd wzięła się tam Szept. Szukała Midara? Trochę tego nie ogarniam, może coś mi umknęło. I ognisko. Cały czas zastanawiałam się, jak daleko od karczmy jest ich obozowisko i czy wznoszący się od niego dym nie sprawi, że Cienie zainteresują się tym, kto tam wypoczywa. Tak czy inaczej, czekam na czwartą część ;)]

Szept pisze...

[Dla mnie ta część jest znacznie mniej dynamiczna, dużo tu wyjaśnień i posiadówki przy ognisku, więc tak, trafiło się parę dłużyzn i pewnie pisząc to od razu jako notkę, dałby się to ująć zgrabniej i bardziej dynamicznie. Te składane - no, one mają tendencję do wydłużania się.
Prawdę mówiąc, też się zastanawiam. No, ale wśród Cieni nie ma pana podejrzliwego Luciena, no i ja nigdy nie twierdziłam, że ten duet jest mądry :D A na serio, po prostu o tym nie pomyślałam. No i jak dalsze notki pokarzą, kręci się tutaj nie tylko Aed i pijany krasnolud.
Co do Szept - tak, była umówiona z Midarem w karczmie. Potrzebowała wsparcia na wszelki wypadek, a krasnolud jednak bić się i uciekać potrafi, poza tym, to sprawdzona kompania. Wprawdzie nie wiem i teraz mi to przyszło do głowy, jak odnalazła akurat tę dwójkę na pustkowiu :D Może ma trochę więcej oleju w głowie niż Cienia, a może jakoś magią? No serio, nie pomyślałam.]

Olżunia pisze...

Fajnie, że pojawia się też konstruktywna krytyka, bo zwykle znacząco przeważają pochwały. Tak, oprócz tego, że wyszedł klimat (przynajmniej my go czułyśmy podczas pisania wątku - oj, taaak, to było fajne), trochę się to rozlazło. Jak sobie przypomnę odpisywanie, to chyba wyglądało to mniej więcej tak: będę się powtarzać, ale lepiej opiszę tę sytuację jeszcze raz, tym razem z trochę innej perspektywy, żeby było wiadomo, o co chodzi. Staram się od tego odchodzić i chyba trochę mi się to udaje, ale ciężko to wyeliminować. Co nie oznacza, że nie ma nad czym pracować.

Co do juków i sakw zazwyczaj liczy się na to, że przyjdzie taka kochana magiczka i pomoże się tym jukom i sakwom odgubić. A potem kupuje się nowe. Albo zarabia się na nowe, jeżeli pieniądze były w jukach.
I nie, Odrin nie zgubił map, przyniósł je na stypę. xD Trzeba o tym pamiętać w wątku. Oddać też ich nie odda. Biedny pechowy najemnik, musi zlecić zrobienie nowych.
Podchmielony Midar, któremu nie pozwolono dokończyć bijatyki i Aed ze swoją słabą głową. Nie, to zdecydowanie nie jest mądry duet. xD
A jak magiczka ten duet odnalazła? Imperatyw fabularny albo magia, albo i jedno, i drugie. xD

Babciu Sowo, Nef i ewentualnie Wy, Którzy Się Nie Przyznajecie, dzięki, że czytacie. :3

Prawa autorskie

© Zastrzegamy sobie prawa autorskie do umieszczanych na blogu tekstów, wymyślonego na jego potrzeby świata oraz postaci.
Nie rościmy sobie natomiast praw autorskich do tych artów, które nie są naszego autorstwa.

Szukaj




˅ ^
+ postacie
Rinne Lasair