Przewodnik

Linki-obrazki

Misje
I. Więzi przyjaźni
Spotykasz po latach kogoś, kto dawniej był ci bliski. Wplątuje cię on w jakąś historię, która nie dość, że z czasem się komplikuje, to w dodatku budzi w tobie wątpliwości co do intencji przyjaciela.

II. Linia frontu
Kerończy natarli na Prowincję Demarską. Oblegany jest sam Demar. Jedni ludzie stają do walki, inni uciekają ze spalonej ziemi. Napastnicy, obrońcy i cywile. Po której stronie staniesz?

Opcjonalnie: Udział w buncie niewolników w Wirginii bądź inne miejsca walk.

III. Rekonwalescencja
W nie najlepszej kondycji trafiasz do wioski lub klasztoru. Wydaje ci się, że trafiłeś w dobre ręce i że wkrótce będziesz mógł opuścić to miejsce. Okazuje się jednak, że z pozoru życzliwi i uprzejmi ludzie skrywają przed tobą jakąś tajemnicę.

IV. Zabij bestię
Coś napada, nęka mieszkańców. Zawierasz umowę z wójtem - dostarczysz głowę bestii za określoną cenę. Okazuje się jednak, że stworzenie nie działa bez powodu - jest w jakiś sposób prowokowane przez mieszkańców.

Opcjonalnie: Bestia jest wrażliwa na hałas z karczmy albo ludzie naruszyli w jakiś sposób jej rewir (weszli na jej teren, zajęli leże ze względu na drogie surowce itp.)

V. Nielegalne walki
Dochodzą cię słuchy o nielegalnych walkach prowadzonych w okolicy. Położysz im kres czy może postanowisz wziąć w nich udział dla własnego zysku? Pieniądze nie leżą na ulicy.

VI. Zlecone zabójstwo
Dochodzi do zamachu, w wyniku którego ginie ktoś ważny. Podejmujesz się odnalezienia zabójcy – albo jego zleceniodawcy. Od ciebie zależy, czy dojdzie do aresztowania winnych, czy pomożesz im uniknąć kary.

VII. Egzekucja
W mieście lub wiosce szykuje się egzekucja. Znasz sprawcę albo sam doprowadziłeś do jego schwytania. Realizacja wyroku coraz bliżej.

Opcjonalnie: Z czasem nabierasz wątpliwości, czy skazaniec faktycznie jest winny i chcesz go uwolnić lub dochodzą cię pogłoski, że ktoś może chcieć uwolnić kryminalistę.

zamknij
Spis kodów
Spis opowiadań
Baśń o wolności: Preludium (autor: Nefryt) Gdy demon odzyskuje człowieczeństwo, przypomina sobie jak być człowiekiem.(autor: Zombbiszon) Nikt nie zna prawdziwego bólu do czasu aż nie straci kogoś bliskiego sercu. (autor: Zombbiszon) Wendigo i Driada (autor: Zombbiszon) Domek, zupa, sukkub i historia (autor: Zombbiszon) Sen i niespodzianki (autor: Zombbiszon) Boląca strata i niepokojący gość! (autor: Zombbiszon) Cienie i nowy przyjaciel (autor: Zombbiszon) Kruki (autor: Zombbiszon) Cienie i Starsze Dusze (autor: Zombbiszon) Zło Kor'hu Dull (autor: Zombbiszon) Złodziej Twarzy i Koszmar (autor: Zombbiszon) Królewiec (autor: Zombbiszon) Przed świtem (autor: Nefryt) Król Żebraków i nowe drzwi (autor: Zombbiszon) Akceptacja (autor: Zombbiszon) Nostalgia (autor: Nefryt) Nowa droga i niespodziewane wyznanie? (autor: Zombbiszon) Biały i zielony daje czerwony! (autor: Zombbiszon) Nowe wyzwania w nowym życiu (autor: Zombbiszon) Krąg tajemnic (autor: Zombbiszon) Jack (autor: Zombbiszon) Czasami to mrok daje najwięcej światła (autor: Zombbiszon) Trzy sceny o szpiegowaniu (autor: Nefryt) Morze bólu. Promyk nadziei ... (autor: Zombbiszon) Sól (autor: Olżunia) Dyjanna Muirne: Miecz może być dowodem wszystkiego (autor: Zorana) Uszatek i Kwiatek na tropie przygody: Przypadłość parszywej gospody (autor: Paeonia i Szept) Gdy gasną świece (autor: Zombbiszon) ... Najjaśniej płoną gwiazdy nadziei. (autor: Zombbiszon) Elias cz. 1 (autor: Zombbiszon) Elias cz. 2 (autor: Zombbiszon) Historia (autor: Zombbiszon)
zamknij

Chat

Częściowo inspirowane jedną z dawnych misji


Rienna Malaxit powoli otworzyła oczy. Przez chwilę nie była pewna, gdzie się znajduje, próbowała dojrzeć coś w panujących wokół ciemnościach. Chwilę potrwało, zanim jej wzrok się przyzwyczaił.
Zobaczyła nogi prostego łóżka, w którym leżała, drzwi po swojej prawej stronie i okno przed sobą, pod nim stała zaś niska ława. Był to pokój w małej gospodzie na obrzeżach Rivendall, gdzie Rienna zatrzymała się na noc. Tyle, że teraz nie była sama. Na środku pokoju stał stillid o sierści w różnych odcieniach brązu, o pokrytych łuską ptasich nogach, z efektowną kępą ogromnych, prążkowanych brązowych piór na karku. Zaskoczona i przez to nieco przestraszona łowczyni poczuła, że jego widok w niejasny sposób jest dla niej znajomy. Gdzieś już go widziała.
- Kim jesteś i co tu robisz? - spytała, w ostatniej chwili decydując, że może lepiej użyć wspólnej mowy.
- Jestem Ðœ⊑Ⱈ'¢ - przedstawił się duch. Również użył wspólnej mowy, którą posługiwał się płynnie, z lekkim obcym akcentem przeciągając końcówki słów – I spokojnie możemy rozmawiać po kerońsku.
- D'sadaar? - spróbowała powtórzyć Rienna – Znasz keroński? I w ogóle... znasz mnie?
Stillid wydał z siebie serię parsknięć, która chyba miała być śmiechem.
- Dość dobrze cię znam, Rienno, córko Gorga z Królewca – odparł, wyraźnie rozbawiony – Zwłaszcza twoją podświadomość. My, 'þ˘ʠ¢°, możemy wchodzić do snów. A w ostatnim czasie często bywałem w twoich. Chociaż nie wiem, czy to pamiętasz.
Dziewczyna usiadła na łóżku, spuszczając bose stopy na podłogę. Teraz czuła się już rozbudzona, myśli znów mogły płynąć w normalnym tempie.
- I co, budząc się, wyrzuciłam cię stamtąd? - spytała, czując, że zabrzmiało to dziwnie. Pies potrząsnął głową. Rienna zobaczyła, że pomiędzy sierścią na szyi wyrastają mu błękitne pióra.
- Nie do końca – odpowiedział D'sadaar – Chociaż w uproszczeniu możesz tak to nazywać.
- Dlaczego wybrałeś mnie? Mam ciekawą podświadomość?
- To też – przyznał D'sadaar, szczerząc zęby w psiej wersji uśmiechu – Ale przede wszystkim jesteś osobą, która, jeśli ładnie poproszę, mogłaby pokazywać mi wasz świat.
Rienna w zamyśleniu potarła czoło. Nie myślała dotąd, że w jej codziennym życiu jest coś, co mogłoby wzbudzić zaciekawienie. Chyba, że przyjęłoby się punkt widzenia istoty całkowicie odmiennej, której życia z kolei zwykły człowiek mógł być bardzo ciekawy... Może D'sadaar miał rację i Rienna była tą osobą, która mogłaby czegoś go nauczyć. Pozostawała jeszcze jedna wątpliwość.
- Jeśli masz na myśli podróżowanie ze mną, przechadzki po mieście i podobne rzeczy, musisz wziąć poprawkę na to, że prowadzę dzienny tryb życia – zauważyła – A wy chyba przebywacie na naszym świecie nocą.
- To akurat nie jest problem – odrzekł stillid wesoło – Żadna siła nie przeszkadza nam przebywać tu również za dnia, poza tym, że większość z nas zwyczajnie woli noc. Czyli załatwione?
- Jeszcze jedno – ostudziła jego entuzjazm Rienna – Ja też chcę drobnej przysługi. Mógłbyś, kiedy będziesz w moim śnie i mnie tam znajdziesz, wytłumaczyć mi, że to sen i dlatego jesteśmy tam razem?
- Drobiazg – oczy ducha błysnęły figlarnie.
- Czyli umowa stoi?
Nie wstając, Rienna wyciągnęła w jego stronę rękę. Pies podszedł bliżej, przysiadł i podał jej łapę. Na ten widok łowczyni miała ochotę się roześmiać. Zdołała jednak się powstrzymać.

...*...

Na miasto ruszyli zaraz po śniadaniu, które Rienna spożyła jeszcze w tej samej gospodzie. Kiedy opuściła gościnne progi, niosąc na ramieniu ciężką torbę, D'sadaar pojawił się przy niej tak nagle, jakby wyrósł spod ziemi. Łowczyni ruszyła przed siebie, rozmyślając o tym, co musiała zrobić. Przy odrobinie szczęścia za kilka godzin pozbędzie się ciążącego jej dobytku, w zamian zyskując garść przyjemnie brzęczących złotych monet. W drodze na targowisko zauważyła, że spojrzenia przechodniów nieraz zatrzymują się na niej na dłużej. Domyśliła się, że to z powodu D'sadaara. Kilka razy drogę zastępowały jej dzieci, chcąc z bliska obejrzeć stworzenie, nie do końca będące psem. W stronę ducha wyciągały się małe rączki, co samego D'sadaara, jak zauważyła Rienna, wyraźnie bawiło.
- Pomyśl, co by było, jakbym miał trochę świecącej sierści – mruknął stillid, puszczając oko do łowczyni – Wtedy już nie daliby nam spokoju. Chcieliby wziąć trochę.
Rienna zauważyła jeszcze jedną rzecz. Wśród dzieci większość miała ciemną karnację i czarne włosy, także rysy ich twarzy były bardziej ostre. Jeśli chodziło o języki, wśród najmłodszych, podobnie jak w reszcie miasta, dominowała wspólna mowa, stroje, z racji lokalizacji miasta na terenach zagarniętych przez Wirginię, w znacznej części były wirgińskie. Oprócz tego przez miasto jak każdego dnia przewijali się przedstawiciele różnych nacji i plemion.
- Uszanowanie, piękna pani! - odezwał się wesoły głos za plecami Rienny – Śmiem zauważyć, że to piękny pies!
Spojrzenia łowczyni i towarzyszącego jej ducha powędrowały w stronę autora okrzyku. Okazał nim się dość młody mężczyzna w poszarpanym szarym płaszczu, z tatuażami wykonanymi czerwonym tuszem na twarzy, dłoniach i szyi. Jego ciemne włosy były wygolone tuż przy skórze z wyjątkiem pasa biegnącego przez środek głowy, gdzie pasma były dość długie. W uszach miał kolczyki a w dłoni ściskał fajkę, która, kiedy mężczyzna podszedł bliżej, okazała się wydzielać dziwny zapach.
- Dziękuję – odparła Rienna nie do końca pewna, co powinna odpowiedzieć – To nie tyle pies, co stillid. Coś w rodzaju ducha. D'sadaar. A ja jestem Rienna.
- Keronijka? - spytał nieznajomy tonem, który sugerował, że jest już pewien, jaką otrzyma odpowiedź.
- Owszem – odparła dziewczyna, lekko zmieszana – Skąd wiecie, panie?
- Mówisz z kerońskim akcentem – odparł mężczyzna z uśmiechem – Poznałem. Jestem w połowie Kerończykiem, mój ojciec jest Nordem. Nazywam się Vasilim Skarrigen. Jak zgaduję, idziecie na targowisko?
Rienna pokiwała głową. Vasilim wydawał jej się sympatyczny, w pewien sposób budził jej zaufanie. Gestem pokazał jej, że mogą iść, sam również tam się wybierał. Po jakimś czasie Rienna częściowo uświadomiła sobie, że jednym z głównych elementów, składających się na to dobre pierwsze wrażenie, był optymizm Vasilima i pozytywne nastawienie.
- Jasne – mruknął D'sadaar po jakimś czasie, kiedy byli już na targu i nowo poznany człowiek poszedł dalej w swoją stronę, aby załatwiać własne sprawy – Promienieje tym zadowoleniem z życia, bo stale jest pod wpływem dijunu.
- Zażywa dijun? - zdziwiła się Rienna. D'sadaar pokręcił głową, patrząc na nią z politowaniem.
- Nie czułaś od niego tego zapachu? - spytał – Ciągle pali to w tej swojej fajce, mnóstwo listków.
Łowczyni w zamyśleniu spojrzała w kierunku, gdzie oddalił się Vasilim, chociaż wiedziała, że już nie zdoła go zobaczyć wśród przelewających się przez plac potoków ludzi. Zajęła się więc swoimi interesami, dla których tu przyszła. Pytając kupujących i właścicieli kramów, dotarła do klientów, z którymi była umówiona, aby sprzedać im zwierzęce skórki i inne fragmenty ciał zwierząt, mające zastosowania w medycynie i alchemii. Już od jakiegoś czasu widziała, że to, co stanowiło potencjalne składniki mikstur albo było wykorzystywane w magicznych rytuałach osiągało wyższe ceny niż inne produkty uzyskiwane podczas łowów. Mięsa Rienna nie sprzedawała poza Królewcem, ponieważ nie była w stanie dostarczać go do odległych miast z zachowaniem jego świeżości.
Przy kramie niskiej, pulchnej staruszki o chytrych oczach zatrzymała się na dłużej. Stanowisko było oblegane przez tłum rosłych mężczyzn, na oko Wirgińczyków, kilku przejezdnych i, co zauważyła Rienna po dłuższej chwili, wśród klientów były także elfy. Kilku Wirgińczyków, wyglądających na żołnierzy, rozmawiało ze sobą półgłosem, co jakiś czas spoglądając na boki, na wielobarwny tłum mijający ich ze wszystkich stron.
- Podobno tym razem trafiło na Arsimova – dobiegł Riennę podenerwowany szept jednego z nich – Wieczorem nie wrócił do domu. Normalnie jego córka nie wszczynałaby od razu alarmu, ale wiadomo, co się teraz tu wyprawia...
- Ludzi ogarnia panika – odpowiedział mu drugi. Inny z mężczyzn mruknął coś niezrozumiale.
- Co im się dziwić? - wtrącił kolejny – Skoro cały czas pojawiają się te bazgroły na murach. Coraz więcej osób uważa je za zły znak, zapowiadający kolejne zniknięcia.
- Nie ma na to dowodów – zauważył pierwszy.
Tłum przerzedził się, Rienna zdołała dostać się do owiniętej barwnymi chustami starej kobieciny. Na kobierzec, który leżał przed kramarką, na którym prezentowała ona swój towar, Rienna zaczęła rozkładać własne produkty – kły, pazury, zajęcze łapki, suszone oczy saren, ptasie nogi. Staruszka uśmiechnęła się, ukazując nieliczne zęby. Pomarszczoną dłonią upstrzoną ciemnymi plamami zaczęła wskazywać wybrane towary. Wyglądało na to, że łowczyni miała odejść od straganu bogatsza o kilka złotych monet.
- To, że obie sprawy zaczęły w jednym czasie to jeszcze nie powód, żeby sądzić... - usłyszała jeszcze niknący szept, kiedy Wrgińczycy zaczęli się oddalać, przy okazji lekko ją potrącając. Chowając do mieszka zarobione pieniądze, Rienna mimowolnie zastanawiała się, co było przedmiotem rozmowy tych ludzi.
Dwie godziny później dziewczyna ważyła w dłoni mieszek.
- Nie jest źle – stwierdziła.
- Jeszcze nie sprzedałaś wszystkiego – zauważył przytomnie D'sadaar. Rienna przytaknęła.
Przed obiadem zdążyła sprzedać większość tego, co pozostało. Później głód skłonił ją do powrotu do gospody.
Usługująca dziewka, rozstawiwszy przed łowczynią półmiski, poinformowała ją spokojnie, że ktoś o nią pytał.
- Kto? - zdziwiła się Rienna. Wzbudziło w niej to lekki niepokój, ale to jeszcze nie był powód, żeby wpadać w panikę.
- Nazwiska nie wymienił – odparła dziewka obojętnie – Ale nie tylko u nas pytał. Mężczyzna koło trzydziestki, średniego wzrostu, ciemne włosy, tak wygolone z boków głowy. I tatuaże, trochę takie, jak u kresowych wojowników.
- Vasilim – mruknęła Rienna, wbijając wzrok w miskę z wodnistą polewką. Dziewka przyjrzała się jej badawczo.
- Będziecie wściekła, panienko, że mu powiedziałam? - spytała ostrożnie – Tyle powiedziałam, że panienka się tu zatrzymała na noc i być może wróci.
- Nie, w porządku – odparła łowczyni i odprawiła ją machnięciem ręki. W ciszy zajęła się posiłkiem. W głowie miała mętlik, którego nawet nie próbowała zbyt usilnie ogarnąć. D'sadaar nic nie mówił, przyglądał jej się tylko wyraźnie skonfundowany. Jeśli próbował czytać jej w myślach, z pewnością nie zrozumiał niczego.
Łowczyni zapłaciła za kolejną noc, potem znów wyprawiła się na miasto. Torbę zostawiła tym razem w wynajmowanym pokoju, nie sądziła, że o tej porze zdoła jeszcze coś sprzedać. Nie musiała teraz trzymać się głównych ulic, wybierała więc węższe drogi bliżej obrzeży miasta. Tutaj domy były mniej okazałe, ale i tak znacznie lepsze niż w dowolnym kerońskim mieście podobnej wielkości. Rivendall było bogatym miastem. Ponad dachami niższych budynków dziewczyna widziała szare ściany spichlerzy i magazynów, znajdujących się jeszcze bliżej miejskich murów.
Po przejściu kilku uliczek natknęła się na małe zbiegowisko. Kilka kobiet w średnim wieku, w barwnych cudzoziemskich szatach, z włosami owiniętymi w chusty, otaczało niski prostokątny dom. Niewiasty lamentowały, nie starały się z tym kryć i nie przejmowały się, czy ktoś zwróci na nie uwagę. To od jakiegoś czasu nie miało już znaczenia.
Na jasnoszarej ścianie, w przestrzeni pomiędzy oknami, prawie cztery stopy nad ziemią znajdował się czerwony znak.
Rienna mimowolnie zatrzymała się i stanęła za plecami dwóch kobiet. Przyglądała się niecodziennemu zjawisku, połyskującym liniom tworzącym okrąg, przecięty przez kilka odcinków i otoczony punktami. Użyty barwnik był jeszcze świeży, z wzoru spływały pojedyncze krople. Łowczyni zdała sobie sprawę, że z dużym prawdopodobieństwem jako farbę wykorzystano krew. Poczuła, jakby temperatura spadła o kilka stopni.
- Co to jest? - spytała półgłosem, w ostatniej chwili przypominając sobie, żeby użyć wspólnej mowy. Nie była pewna, czy i tak kobiety ją zrozumieją. Niewiasta stojąca najbliżej budynku odwróciła do niej głowę.
- Panienka przyjezdna, tak? - zaskrzeczała – Widzę, że jeszcze panienka nie wie. Zło jakieś na miasto się zawzięło.
Inna kobieta bardzo szybko wyrzuciła z siebie potok słów w jakimś obcym języku. Pierwsza machnęła ręką, uciszając ją.
- To już ponad tydzień trwa – odezwała się znów do Rienny – Najpierw to pojawiało się na ścianach, takie jak tutaj, albo trochę inne, podobne.
Druga kobieta znów coś krzyknęła, tym razem krótko i z wyraźnym gniewem.
- Próbowali to zmyć, ale ten barwnik mocno trzyma – powiedziała trzecia kobieta o grubych rysach twarzy, z dużym, lekko zagiętym w dół nosem – Myśleli, że to krew, nam też się tak wydaje. Ale to jednak coś innego.
- Albo magia – dodała ponuro pierwsza. Druga zaczęła w panice wykonywać dłońmi serie gestów, jakby chciała symbolicznie odegnać tym nieczyste siły. Pierwsza kobieta skrzywiła się i splunęła pod nogi.
- Nikt nie widział, kto to zrobił? - spytała Rienna. Poczuła się osaczona przez te kobiety, mimowolnie cofnęła się o kilka kroków. Odpowiedziało jej ponure spojrzenie czterech par oczu.
- Gdyby ktoś kogoś zobaczył, straże wyznaczyłyby nagrodę – wyjaśniła pierwsza kobieta – Kazaliby schwytać żywego, żeby wyciągnąć z niego, co zrobił z tymi wszystkimi ludźmi, którzy zniknęli. I znikają nadal. To już osiemnaście osób.
Pozostałe kobiety zaczęły jedna przez drugą wykrzykiwać coś w swoim języku. Ich gwar gonił jeszcze Riennę, kiedy ruszyła w dalszą drogę.
Dziewczyna żałowała, że tym razem nie ma przy sobie D'sadaara. Może istniała szansa, że jako duch, tamten mógłby wyjaśnić jej, czym są te znaki. I jakiej magii użyto, aby je zrobić.
Istniał sposób na wezwanie stillida?
Na Vasilima natknęła się na targowisku, o tej porze już opustoszałym. Mężczyzna zdawał się celowo trzymać na uboczu, nie zwracając na siebie uwagi. Towarzyszyło mu dwóch skromnie odzianych w ciemny strój osobników. Przez krótką chwilę spojrzenia Rienny i jednego z nich spotkały się. Łowczyni poczuła nieprzyjemny chłód. To była twarz zbójcy, banity wyjętego spod prawa. Ogorzała, z zaniedbanym zarostem, pokryta pyłem jak oblicze człowieka będącego w długiej drodze.
Vasilim podążył wzrokiem za spojrzeniem towarzysza. Na widok Rienny gwałtownie drgnął jak spłoszone zwierzę. Ręce szybkim ruchem schował do kieszeni, co właściwie było zbyteczne. Rienna i tak nie zdążyła zobaczyć, czy cokolwiek w nich trzymał. Vasilim zdawkowo pożegnał się z dwójką mężczyzn. Zanim całkiem zniknęli z pola widzenia, nerwowo zerkał w ich stronę. Podchodząc do łowczyni, usiłował się uśmiechać.
- Miło znów panienkę widzieć – rzucił na powitanie. Wraz ze słowami popłynęła od niego fala dziwnej ziołowej woni.
- Szukałeś mnie? - spytała Rienna. Nie interesowało ją, kim byli tamci i jakie interesy załatwiał z nimi Vasilim. Jeśli chodziło o nią, Vasilim nie miał powodów do obaw.
- Chciałem po prostu porozmawiać. Jestem prawie cały czas w podróży, rzadko zatrzymuję się gdzieś na dłużej.
Rienna na chwilę znieruchomiała, olśniona nagłą myślą.
- A jak długo jesteś już w Rivendall? - spytała. Nie zaszkodziło przecież spróbować. Być może ten człowiek wiedział coś o tym, co działo się w mieście.
Sama nie była pewna, dlaczego w ogóle zaczęła się nad tym zastanawiać. Zamierzała zostać tu jeszcze najwyżej kilka dni i wracać do Keronii, zająć się własnymi sprawami.
Vasilim ruszył mniej więcej w kierunku, gdzie mieściła się gospoda. Słysząc pytanie dziewczyny, uniósł kącik ust w gorzkim uśmiechu.
- Drugi tydzień mija – wymruczał – A pytasz w jakimś celu? Szukasz czegoś, kogoś? Kontaktów trochę człowiek ma.
Rienna uniosła brwi.
- Nie, tym razem chodzi o coś innego – wyjaśniła – O plotki.
Mężczyzna na chwilę przystanął i spojrzał na nią przez ramię.
- Chodzi o to, co się dzieje? - domyślił się – W sumie nic dziwnego, że już wiesz. Niedługo to już w Demarze będą o tym gadać, jak to pójdzie jeszcze dalej.
- Czyli coś wiesz – ożywiła się Rienna.
- Tyle co każdy. Mogę ci powiedzieć, co widziałem i słyszałem, ale dlaczego mamy tak gadać na ulicy? Wejdziemy do jakiejś karczmy, wypijemy miód jak cywilizowani ludzie... Co ty na to?
Łowczyni uśmiechnęła się zachęcająco.
- Prowadź.

...*...


Ulicami miasta przechadzał się wysoki, szczupły mężczyzna. Miał jasnobrązowy płaszcz z kapturem i kiedy szedł z pochyloną głową, twarz pozostawała niewidoczna. Długie białe włosy z lekkim srebrnym połyskiem opadały na jego chudą klatkę piersiową. Osobnik ten bynajmniej nie był siwy ani tym bardziej stary, gwałtowne ruchy wskazywały raczej na młodość i doskonałą formę. Ręce w długich skórzanych rękawicach nabitych ćwiekami i innymi stalowymi elementami zaciskał w pięści. Krótki miecz, luźno przytroczony do pasa, ukryty był pod płaszczem.
Osobnik ów szedł szybkim krokiem, w sposób, który dawał iluzję, jakoby płynął nad ziemią. Skręcił z głównej ulicy w mniejszą, mijając piętrowe bielone domy. W jednym z okien zamigotało światło, kiedy pracujący nad dokumentami pomimo późnej pory urzędnik wyjrzał na ulicę. Zaraz cofnął się wraz ze ściskanym w dłoni kagankiem, próbując wyrzucić z głowy widok niepokojącego przechodnia. Przez instynkt i doświadczenie wyczuwał, że zobaczył jednego z tych, po których raczej nie można spodziewać się nic dobrego. Podobne wrażenie odnosili patrolujący ulice strażnicy, kiedy mijali białowłosego. Gdyby tylko zaczął zachowywać się podejrzanie, natychmiast, bez chwili wahania aresztowaliby go. Niemal liczyli na to, że przybysz spróbuje popełnić jakieś wykroczenie, ale póki zwyczajnie szedł, nie mieli podstaw, żeby go zatrzymać.
Białowłosy zbliżył się do obrzeży Rivendall i miejskich murów. Nieco zwolnił, jego krok automatycznie stał się mniej płynny a bardziej ludzki. Zaczął liczyć mijane domy po swojej prawej stronie. Zatrzymał się przed jednym z nich, potrząsnął głową i załomotał pięścią w drzwi. Odczekał chwilę i znów uderzył kilka razy. Zatrzymał rękę w połowie ruchu, wsłuchując się w odgłosy dobiegające z wnętrza domu. Czułe zmysły drapieżnika, lepsze od ludzkich, pozwoliły mu wychwycić szelest i odgłos kroków. Szczęknęły otwierane rygle i zasuwy.
W drzwiach stał krętouchy elf, nie grzeszący nadmiernym wzrostem, smukły jak przedstawiciele jego rodzaju, jednak ręce widoczne po podwinięciu rękawów białej luźnej koszuli zdradzały jego dobrą formę, o którą musiał celowo się starać. Gęste czarne włosy, teraz rozsypane w nieładzie, sięgały mu poniżej łopatek. Elf nerwowo mrugał, próbując odgonić senność i dojrzeć twarz nieoczekiwanego gościa.
- Nie poznajesz mnie? - spytał białowłosy tonem, w którym zabrzmiała jakaś cyniczna obłuda. Niedbałym ruchem zrzucił kaptur, ukazując szczupłą twarz z głęboko osadzonymi, małymi oczami. Opinająca czaszkę naciągnięta skóra była śnieżnobiała z zimnym trupim odcieniem. Twarz, która nigdy nie oglądała słońca. Na ten widok krętouchy cofnął się o krok w głąb swojego mieszkania.
- Turhin... jeśli się nie mylę – wydukał. Przybysz parsknął i uśmiechnął się nieprzyjemnie, prezentując ostre kły.
- Nie mylisz się, mój przyjacielu – odparł, nadal z tą jadowitą słodyczą – Długo już nie mieliśmy okazji się widzieć.
Elf uniósł brwi.
- Czego ode mnie chcesz?
Nie podobało mu się to. Ani fakt, iż został wyciągnięty z wygodnego łóżka, ani ten odrażający osobnik, wampir, dowódca przybocznej straży jakiegoś nadętego wirgińskiego generała, typ krętacza, podstępna gadzina, do której niebezpiecznie było odwracać się plecami.
- Żebyś wytłumaczył mojej siostrze, że pan Gralkor jej potrzebuje – odpowiedział Turhin Havrel nie przestając się uśmiechać – Jej zabawa dobiegła końca, czas znowu brać się do roboty.
Na twarzy elfa odbiło się niekłamane zdziwienie.
- Ależ ja od dawna nie widziałem twojej siostry! - zawołał zupełnie szczerze. Z nadludzką szybkością ręka w skórzanej rękawicy znalazła się pod jego szyją i zacisnęła na materiale koszuli.
- Nie rób ze mnie głupca, czarnokrwisty pachołku – warknął wampir – Wiem, że Rita jest w mieście. Od ładnych paru tygodni. Tylko jak dotąd nie mogłem jej znaleźć.
- Ja ci nie pomogę – wydyszał elf.
- Nie bądź głupi. Dobrze wiesz, że nie możemy poruszać się po mieście za dnia. Moja siostra musi gdzieś się ukrywać.
- To chyba nie u mnie!
- Nie wyprzesz się tego, że wielokrotnie udzielałeś jej schronienia, Nazzhak!
Turhin szarpnął koszulę elfa do góry, zmuszając tamtego, by stanął na palcach.
- Nie wypieram się – sapnął Zaferin Nazzhak – Pozwalałem Ricie Havrel ukrywać się w mojej piwnicy, ilekroć przychodziła do mnie i prosiła o pomoc. Ale tym razem nie miałem nawet pojęcia, że twoja cholerna siostra jest w Rivendall!
Wampir wydał z siebie nieokreślone prychnięcie i wypuścił Zaferina w taki sposób, że jednocześnie odepchnął go do tyłu. Elf zachwiał się. Aby utrzymać równowagę, chwycił się rękami futryny.
- Ktoś z waszych przebywa w mieście? - spytał Turhin z rezygnacją. Zaferin gorączkowo potrząsnął głową.
- Obecnie nikt. Naprawdę nie wiem nic o miejscu pobytu Rity. Może by gdziekolwiek.
Kiedy Turhin oddalił się od drzwi, zwiększając dystans, elf poczuł się nieco pewniej. Opuścił ręce, dłonie zacisnął w pięści. Uszy nieznacznie przesunęły mu się ku przodowi. Gwałtownym ruchem Zaferin odrzucił do tyłu długie gęste włosy.
- I nie myśl sobie, że masz prawo tak mnie traktować – powiedział chłodno – Mam przyjaciół. I jeśli włos mi spadnie z głowy, nigdy ci nie odpuszczą.
Wampir zaśmiał się nieprzyjemnie.
- Twój największy przyjaciel od lat nie pokazał się w Rivendall. Niewykluczone, że wyrzygał własne flaki i leży gdzieś pod piaskami Lavay.
Zaferin nadal patrzył na niego ciężkim, lodowatym wzrokiem.
- Nie bądź taki pewny siebie – mruknął – Nie jesteś bogiem, tylko pieskiem łańcuchowym Gralkora. I w każdej chwili możesz opuścić ten świat, jeśli komuś nadepniesz na odcisk.
Zauważył, że tamten powoli zaczął się oddalać.
- Poszukaj jej jeszcze gdzieś wokół miasta – zawołał za nim.

...*...

Trudno było ocenić, kiedy pojawił się ten znak na wschodniej ścianie magazynu płócien. Z pewnością nie powstał ostatniej nocy, ciemnoczerwony barwnik już tak nie lśnił. Z wzoru spływały pojedyncze krople, tworząc krótkie smugi. Rienna dotknęła palcem jednej z tych wąskich smug, psujących doskonałość okręgu.
- To chyba nie przeszkadza – mruknęła w zadumie.
- Przeszkadza? - zdziwił się Vasilim – W czym?
Łowczyni z cichym westchnieniem cofnęła się od ściany.
- Jeśli to jakiś symbol magiczny, ściekanie barwnika nie przeszkadza w jego działaniu – wyjaśniła niecierpliwie – W przeciwnym razie ten, kto to maluje, postarałby się bardziej uważać.
- Myślisz, że to naprawdę symbole magiczne? - spytał Vasilim.
- Inaczej chyba ten osobnik tak bardzo by się nie starał. D'sadaar?
Rienna rzuciła pytające spojrzenie stillidowi, ten jednak tylko potrząsnął głową.
- Nie znam znaczenia tych symboli – odparł spokojnie D'sadaar. Cała trójka spojrzała po raz kolejny na okrąg z czterema równo ułożonymi punktami wewnątrz. Znak inny od tego, który Rienna widziała poprzedniego dnia. Zwróciła na to uwagę pozostałych. Czy ktoś wcześniej zwrócił na to uwagę? Każdy znak był inny?
- Jeden z trzech rodzajów – wyjaśnił Vasilim – Przynajmniej odkąd tu jestem, zauważyłem trzy rodzaje. Takie jak ten, okręgi z promieniami na obwodzie i kropkami wokół i jeszcze nieco mniejsze okręgi z pojedynczym punktem wewnątrz i czterema trójkątami wokół, jakby w ramionach krzyża. Tych ostatnich widziałem mniej, ale to o niczym nie świadczy.
- Ktokolwiek to robi, chyba jeszcze nie skończył – powiedział D'sadaar.
Wycofali się i odwrócili od magazynu. Ruszyli w kierunku centrum miasta. Przechodzili pomiędzy ludźmi, którzy w większości nawet nie zaszczycili ich jednym spojrzeniem, zajęci swoimi sprawami. W pewnym momencie młoda kobieta w czerwonym płaszczu z przewiewnego, lekkiego materiału wybiegła, stanęła im na drodze i krzycząc coś szybko, zaczęła kłaniać się Riennie, zginając się wpół. Długie czarne loki zamiatały bruk.
- O co chodzi? - spytała Rienna. Nieznajoma używała wirgińskiego ze śladami jakichś obcych akcentów. W dodatku mówiła bardzo szybko. Łowczyni spojrzała błagalnie na Vasilima, który spokojnie zaciągał się fajką.
- Znasz wirgiński? - spytała rozpaczliwie.
- Trochę – odparł mężczyzna pogodnie, po czym skierował do nieznajomej jakieś pytanie. Tamta ożywiła się, na twarzy o ciemnej karnacji pojawiła się nadzieja. Spytała o coś, kątem oka zerkając na Riennę. Niepewnie uniosła rękę, nie chcąc wskazywać łowczyni palcem. Vasilim zaczął się śmiać, kilka razy potrząsnął głową, w czym Rienna domyśliła się przeczenia. Powiedział coś, kobieta odpowiedziała i zaczęła się wycofywać. Odchodząc, jeszcze kilka razy się odwróciła, podejrzliwie patrząc na Riennę i D'sadaara. Vasilim wydawał się bardzo rozbawiony.
- O co jej chodziło? - spytała łowczyni niecierpliwie.
- Pytała, czy jesteś szamanką – parsknął Vasilim, wypuszczając z ust chmurę pachnącą tytoniem, liśćmi rozetki i czymś jeszcze – Zobaczyła D'sadaara i pomyślała, że to jeden z twoich duchów. Miała nadzieję, że będziesz w stanie zrobić coś z tym, co dzieje się w mieście. Była gotowa błagać cię o pomoc. Jej siostra zaginęła tydzień temu.
Łowczyni wbiła wzrok w bruk pod swoimi butami. Jej ta sytuacja wcale nie wydawała się zabawna. W mieście działo się źle. Może nie byli szamanami ani mieszkańcami miasta, ale dopóki znajdowali się w Rivendall nie mieli pewności, czy ich życie również nie jest zagrożone. Nie mogli mówić, że ta sprawa ich nie dotyczy.
Dziewczyna ciężko westchnęła.
- Wygląda na to, że naprawdę będziemy musieli się nad tym porządnie zastanowić. Na czym skończyliśmy?
- Na rodzajach znaków – odparł Vasilim – Od czego to zależy?
- Pojawiają się zarówno na budynkach mieszkalnych, sklepach i magazynach – wymruczał D'sadaar – Możemy sprawdzić, czy jakiś rodzaj pojawia się na przykład tylko na domach.
Vasilim i Rienna pokiwali głowami. Na początek dobre było to.
Rozdzielili się. Rienna z D'sadaarem ruszyli w poszukiwaniu znaków na południowy zachód, Vasilim odszedł w przeciwnym kierunku, przechodząc na przełaj przez targowisko.
W tej części miasta sporo budynków było kamienicami o jasnoszarych ścianach z delikatnymi zdobieniami, przylegającymi bokami do siebie. Stały wzdłuż głównych dróg, a co jakiś czas pomiędzy nimi przebiegały wąskie brukowane uliczki. Drogi czasem przecinały się, tam też zwykle znajdował się jakiś gmach użyteczności publicznej, najczęściej dobrze widoczny, wyróżniający się spośród otaczających go budowli.
Pierwszy znak D'sadaar wypatrzył na ścianie kamienicy, tuż przy krawędzi. Ten znak był taki sam jak ów, który Rienna widziała poprzedniego dnia. Okrąg przecinały regularnie rozmieszczone krótkie odcinki, wokół umieszczono osiem punktów. Tym razem wzór udało się nanieść dość dokładnie, barwnik zaczął spływać w niewielu miejscach a i to było mało widoczne.
Rienna przesuwała wzdłuż linii palcem, spróbowała zeskrobać nieco barwnika, ale szybko zrezygnowała. Na pewno nie była to krew, krew już dawno zdążyłaby zbrązowieć. Ta substancja zaś miała piękny głęboki odcień czerwieni i połyskiwała, jakby wzór dodatkowo pokryto warstwą śluzu. Jakiś rodzaj magicznego atramentu zapewne... A Rienna się na tym zwyczajnie nie znała. Bardziej dla spokoju sumienia i poczucia, że przynajmniej próbuje coś zrozumieć, przysunęła twarz bliżej i powąchała. D'sadaar prychnął, co chyba miało być śmiechem.
- W ten sposób do niczego nie dojdziesz – mruknął – Zalatuje zaschniętą farbą i tyle.
Łowczyni cofnęła się od ściany i nerwowo zerknęła za siebie. Nikt z przechodniów nie zwrócił na nią uwagi. I dobrze. Może nie było niczym dziwnym, że ktoś z przejezdnych zainteresował się tymi czerwonymi, nieusuwalnymi wzorami na ścianach, ale wąchanie ścian mogłoby już wydać się podejrzane.
D'sadaar patrzył na Riennę, jak jej się zdawało, z lekkim pobłażliwym rozbawieniem. Dziewczyna niecierpliwym gestem pokazała mu, że mogą iść dalej. Kolejny znak znaleźli trzy kamienice dalej. Identyczny jak pierwszy. Może tylko wykonany nieco mniej starannie. Trzeci znak, namalowany prawie przy samych drzwiach kamienicy, był już inny. Okrąg był wyraźnie mniejszy i tak jak wcześniej opisał to Vasilim, w środku znajdował się pojedynczy punkt, a wokół cztery trójkąty, znacznie mniejsze od okręgu, zwrócone ku okręgowi podstawami. Rienna postała chwilę pod ciemnymi drewnianymi drzwiami pokrytymi delikatnym rzeźbieniem motywów roślinnych i opatrzonych metalowymi okuciami, zastanawiając się, czego właściwie to dowodziło. Zauważyła też, że chyba zaczęła nieco zbaczać na północ, dlatego ruszając, odbiła znów na zachód. Przynajmniej taki miała zamiar, bo nie była w tym momencie pewna, jak dokładnie jest w stanie określić kierunek. Słońce zmieniało położenie na niebie, stopniowo przesuwając cienie. W terenie łowczyni mogłaby znaleźć wiele wskazówek ułatwiających orientację, tutaj mogła zdawać się jedynie na mgliste przeczucia. Zresztą, czy to miało takie wielkie znaczenie?
I kolejny znak, taki jak pierwsze dwa. Tym razem szukali go nieco dłużej i jednak musieli kierować się nieco na północ. Symbol wymalowany został na kolumnie dość ekstrawaganckiego budynku, jeśli wierzyć wywieszonym na nim szyldom, kryjącego kilka sklepów, kantor i aptekę. Rienna zatrzymała się kilka stóp od tej wyróżnionej kolumny. Szybkim spojrzeniem obrzuciła front budynku, jego białawo-beżową elewację, szeroki balkon z arkadami i drzwi ukryte w rzucanym przez ów balkon cieniu.
To już nie jest budynek mieszkalny, pomyślała. A zaraz potem doszła do wniosku, że najprawdopodobniej to nie miało żadnego znaczenia.
- Zamierzasz spytać kogoś, czy zniknął któryś z pracujących tu ludzi? - odezwał się z dołu niski pomruk D'sadaara.
- Myślisz, że chodzi o to? - spytała Rienna z rezygnacją. Zanim się odezwała, nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo czuje się zmęczona.
- Jakaś zależność musi być – odparł D'sadaar – Przynajmniej to jest najbardziej prawdopodobne. Sama doszłaś do wniosku, że to symbole magiczne, a w takim razie nie pojawiałyby się w przypadkowych miejscach.
Rienna od niechcenia skinęła głową, myśląc o poprzednim znaku, utrwalonym przy drzwiach jednej z kamienic. Tamten różnił się od trzech pozostałych, ale dziewczyna nie miała pojęcia, dlaczego. Czym mogło wyróżniać się tamto miejsce?
Na wszelki wypadek rozejrzała się, próbując zapamiętać szczegóły otaczających dom kupców budynków i cofnęła się w południowo-wschodnim kierunku. Znak znalazła bez problemu, kiedy wiedziała dokładnie, czego i gdzie szukać. Teraz łowczyni nie skupiała się na nim, bardziej interesowała ją okolica. Dość szybko zorientowała się, że w ten sposób niewiele zyska, nie zauważyła pomiędzy podobnymi do siebie kamienicami niczego wyjątkowego. Kiedy mijała ją grupka ludzi, sądząc po dość bogatych strojach, miejscowi mieszkańcy, miała przez krótką chwilę ochotę spytać któregoś z tych rosłych, postawnych mężczyzn, czy przypadkiem ktoś z mieszkańców naznaczonego domu przepadł w ostatnim czasie bez wieści, ale ostatecznie nie zrobiła nic, poza usunięciem się z drogi, aby pozwolić tym ludziom przejść. Okazja przeminęła, idący oddalili się, a łowczyni nadal tkwiła pod kamienicą, czując się coraz bardziej głupio.
- Co ja właściwie robię? - zapytała, bardziej samą siebie niż obserwującego ją D'sadaara. Przecież nic ją w tym mieście nie trzymało. Jeśli chodziło o interesy, była prawie pewna, że już wiele więcej nie zyska. Mogła poczekać jeszcze jeden dzień, potem wyruszyć w drogę powrotną, takie rozwiązanie miało o wiele większy sens niż pozostawanie w Rivendall. Więc o co chodziło? Tak bardzo ją to intrygowało? Czy raczej chodziło o najzwyklejszą pod słońcem potrzebę zmiany otoczenia? Albo o Vasilima...
Być może, myślała, bezmyślnie przyglądając się pojedynczym przechodniom. Vasilim miał w sobie coś... wzbudzającego ciekawość. Dziewczyna nie umiała tego dokładniej wytłumaczyć, ale nowy znajomy był w pewien sposób pociągający. Wyglądał na człowieka, który nigdzie nie zagrzał miejsca zbyt długo, wiecznego podróżnika, który zdążył zobaczyć więcej świata, niż niektórym dane było przez całe życie. A był jeszcze stosunkowo młody...
Okute drzwi kamienicy otworzyły się bez ostrzeżenia, niemal uderzając łowczynię w ramię i bok. Rienna odskoczyła w ostatniej chwili. Kobieta w średnim wieku, która tak niefortunnie pchnęła ciężkie skrzydło, wychodząc na zewnątrz, mruknęła coś, co najprawdopodobniej miało być przeprosinami. Nie dało się tego stwierdzić na pewno, Rienna nie miała nawet pojęcia, jaki to język. Jedyną sensowną odpowiedzią był lekki uśmiech, kobieta zresztą szybko straciła zainteresowanie nią i ruszyła swoją drogą.
Rienna rzuciła okiem na drugą stronę ulicy. W pierwszej chwili zesztywniała, raczej z zaskoczenia niż strachu, bo w końcu nie miała się czego bać. Mężczyzna po drugiej stroni, chyba też miejscowy, pomimo stroju pokrytego kurzem jak po podróży, nie robił nic nadzwyczajnego. Stał oparty biodrami o niski murek i miął w dłoniach dół swojej poszarzałej jasnobłękitnej koszuli. Łowczyni najpierw zwróciła uwagę na dość gruby pas opinający jego talię, do którego przy lewym boku przytroczona była pochwa półksiężycowo wygiętego sztyletu, potem wydało jej się, że ruchy jego dłoni były dziwnie niezgrabne, jakby miał problemy ze stawami. Rienna przeniosła wzrok na jego twarz, otoczoną czarnymi kędzierzawymi włosami. Ciemne oczy wpatrywały się w nią, na chwilę ich spojrzenia się spotkały. Przecież nie robił nic więcej niż ona sama, stał sobie przy ulicy, może nawet to zachowanie Rienny wydawało mu się dziwne, dlatego zaczął ją obserwować. W końcu łowczyni od ponad dziesięciu minut stała pod kamienicą, co jakiś czas rozglądając się, jakby się zgubiła. Mimo wszystko Riennie nasunęło się na myśl nieprzyjemne skojarzenie z ludźmi, z którymi Vasilim poprzedniego dnia przeprowadzał jakieś szemrane transakcje. Ten typ miał bardzo podobny wyraz twarzy, zdradzający niezadowolenie. Nie wydawał się zachwycony tym, że ktoś zwrócił na niego uwagę. Zanim Rienna całkowicie straciła zainteresowanie jego osobą, odepchnął się rękami od murku przy którym stał i powoli ruszył ulicą na północ, prawdopodobnie ku centrum miasta.
- Co robimy? - odezwał się D'sadaar, nie zdradzając żadnego zniecierpliwienia. Rienna odwróciła się, czując przez krótką chwilę zdziwienie, że zdołała jakoś zapomnieć o jego obecności. A jeśli to na niego patrzył tamten człowiek? Kiedy poruszali się po mieście, musieli zwracać uwagę i nawet jeśli nikt nie gapił się na nich nachalnie i pozornie obojętnie przechodził obok, z pewnością ich zapamięta. Rienna nie wyglądała na miejscową ani na Wirginkę, cerę miała jaśniejszą, nosiła brunatny strój podróżny, wyraźnie nie najnowszy. I stillid idący obok niej jak wytresowany domowy pies. To na pewno skłaniało do zastanowienia... ale co z tego?
- Idziemy szukać kolejnych znaków – zdecydowała.
Kolejne trzy znaki znalazła, gdy skierowała się na północ. Dwa podobne do tych, których zdążyła zauważyć najwięcej, trzeci ten mniejszy, z pojedynczą kropką wewnątrz okręgu. Jeden ze znaków znajdował się na marmurowym filarze przy ozdobnym obmurowaniu studni, pozostałe na ścianach kamienic, niekoniecznie zawsze frontowych. D’sadaar rzucił niewinną uwagę, że widocznie dla twórcy oznaczeń nie ma znaczenia, czy znaki znajdą się w pobliżu drzwi budynku.
- To jaki czynnik decyduje? - spytała wtedy Rienna, myśląc jednocześnie, że żadnego takiego czynnika najprawdopodobniej nie ma. Przez chwilę chciała sama sobie odpowiedzieć, że twórca znaków starał się umieszczać je na zachodniej ścianie budynku, ale szybko zauważyła, że to także nie było regułą. Chyba już bardziej prawdopodobne było to, że znaki dawało się znaleźć w pewnej odległości od centrum miasta, przynajmniej tak było dotychczas. Ale niewykluczone, że poszukiwania Vasilima doprowadzą do innych wniosków.
Łowczyni spojrzała w niebo. Wydawało jej się, że słońce znacznie się przesunęło, ale nadal znajdowało się wysoko. Mieli czas, chociaż Rienna podejrzewała, że wkrótce głód może skłonić ją do przerwania poszukiwań.
Potrząsnęła głową i tym razem spróbowała oddalić się od centrum miasta, aby sprawdzić swoją roboczą teorię. Tak jak podejrzewała, gdy znalazła się wśród niższych, pozbawionych zdobień budynków, poczuła pierwszy skurcz w żołądku. Przełknęła ślinę, mówiąc sobie w myślach, że jeszcze trochę wytrzyma. Stojąc przez chwilę bez ruchu, odniosła wrażenie, że jest obserwowana. Nie, nie wyobrażała sobie, że w mieście będzie sama, spodziewała się, że przechodnie mogą na nią patrzeć, ale tu nie o to chodziło. Gwałtownym ruchem odwróciła się, omiatając wzrokiem uliczkę, którą szła. Oprócz niej było tu kilku samotnych miejscowych o hardych spojrzeniach i zdecydowanym wyrazie twarzy. I on. Kręcone ciemne włosy, lekko wymięta błękitna koszula. Stał z tyłu, kilkadziesiąt stóp od niej i D’sadaara. Rienna zdążyła wychwycić to, że wpatrywał się w nią zmrużonymi oczyma, zanim odwrócił głowę. Przy gwałtownym ruchu przez jego twarz przemknęły tiki.
Łowczyni ruszyła w jego stronę, gdy mężczyzna znikał między niskimi prostokątnymi domami.
- Daj spokój – zawołał za nią D’sadaar – Może po prostu robi to samo, co my.
Rienna potrząsnęła głową, ale zatrzymała się na środku brukowanej uliczki.
- Gdyby to było w pobliżu znaków na ścianach, łatwiej byłoby mi w to uwierzyć – mruknęła – On chodzi za mną.
- Albo za mną – odparł pogodnie D’sadaar – Może po prostu chce mi się przyjrzeć.
- Nie sądzę.
Rienna nie umiała tego określić, ale coś w tym człowieku nie podobało jej się. Bardzo się nie nie podobało.
- Myślisz, że to on namazał te czerwone znaki na ścianach budynków? - spytał duch z lekkim rozbawieniem. A przynajmniej takie wrażenie odniosła Rienna.
- No, do takich wniosków jeszcze nie doszłam.
- Ale on może to myśleć o tobie. Czai się i chce cię przyłapać na gorącym uczynku.
Stillid odwrócił się i powoli ruszył w kierunku, dokąd zmierzali, zanim niepokój kazał łowczyni się zatrzymać. Rienna w zadumie podążyła za nim. Możliwe, że miał rację. Gdyby nie fakt, że wraz z D’sadaarem znajdowali się w Rivendall zaledwie kilka dni, mogłaby stać się główną podejrzaną. I tak nie byłaby zdziwiona, gdyby wkrótce w mieście rozeszła się plotka o przyjezdnej w towarzystwie psiego ducha, krążącej w niewiadomych celach wokół tych dziwnych znaków.
Minęli wyższe znów budynki, te mniej już ozdobne, o jasnobrązowych ukośnych dachach. Rienna obrzucała szybkim spojrzeniem ściany. Czuła, że teraz już się spieszy, głód ponaglał ją i była coraz mniej uważna. Mogła czegoś nie zauważyć. Ponad dachami widziała ściany wyższych magazynów i zakładów produkcyjnych. Szczątków dawnego muru obronnego w tym momencie nie mogła widzieć, ale pamiętała, że znajdują się gdzieś dalej.
Kiedy znaleźli się na obrzeżach miasta, zauważyli na ulicy tłum, znacznie większy, niż należało się spodziewać w takim miejscu. Większość spieszyła w tę samą stronę, ku zachodniemu krańcowi Rivendall. Łowczyni i stillid musieli prześlizgiwać się w coraz bardziej gęstym zbiorowisku, wymijając zaaferowanych mieszkańców i unikając przypadkowych uderzeń łokciami. Wokół rozbrzmiewał gwar, dla Rienny niezrozumiały z powodu nieznajomości lokalnych języków. Jeżeli nawet ktoś tu używał kerońskiego, jego głos ginął w ogólnym tumulcie.
- Co się dzieje? - spytał D’sadaar z niepokojem. W tłumie czuł się zdezorientowany, wyczuwając obecności i emocje tylu ludzi naraz. Rienna potrząsnęła głową i spróbowała spojrzeć ponad głowami zebranych. Jedyne co dostrzegła, to ostrza pik miejskich strażników, znajdujących się na drugim końcu zbiegowiska. Z tamtej strony też dobiegły gniewne, zdecydowane okrzyki.
- To chyba straże – mruknęła Rienna, chociaż nie dałby sobie za to uciąć ręki. Wydawało jej się, że strażnicy ponaglają ludzi do rozejścia się, a przynajmniej do usunięcia się z ulicy. Wśród tłumu rozległ się szmer, zapanowało poruszenie. Większość zaczęła się cofać, wpadając na siebie nawzajem, zmuszając stojących dalej do przesunięcia się. Ludzie usiłowali zmieścić się na poboczach drogi, nogi niektórych wpadały przy tym do płytkich rowów przy ulicy, mających w czasie gwałtowniejszego deszczu odprowadzać wodę. Rienna poczuła, jak ludzka fala popycha ją na ścianę jakiegoś domku. Z rozpaczliwym wysiłkiem spróbowała wysunąć się nieco naprzód, tak, aby mogła cokolwiek zobaczyć.
Na środku ulicy w końcu udało się utorować przejście, tam wkroczyli strażnicy Rivendall, uzbrojeni, w lekkich pancerzach miejskich straży. Na przedzie szli dwaj z pikami i jeden z krótkim szerokim mieczem. Na twarzach mieli marsowe grymasy, ich ruchy były niecierpliwe, ale nie zdradzali agresji wobec tłumu. Ludzie sami starali się utrzymać dystans, zbijając się ciasno po obu stronach drogi. Za nimi szli kolejni strażnicy i kilku posępnie wyglądających, rosłych, muskularnych mężczyzn, niosących na prymitywnych noszach dwa ciała. Na ten widok tłum znów zaszemrał, wzniosło się kilka gniewnych okrzyków.
Dwie kobiety. Jedna w dość zaawansowanym średnim wieku, druga być może nie miała nawet dwudziestu lat. Obie niewątpliwie martwe. Twarze obrzmiałe pod wpływem kilku dni rozkładu, na szyjach, ramionach i częściowo podartych ubraniach ciemne plamy skrzepniętej krwi. Ktoś jęknął, ktoś inny gwałtownie zachłysnął się na widok głębokiego cięcia wzdłuż całej odsłoniętej ręki młodszej ofiary. Starsza miała odcięte stopy i kilka ran na szyi i ramieniu. Trudno było w ciągu dość krótkiej chwili dostrzec wszystkie szczegóły. Ktoś w tłumie musiał rozpoznać którąś z ofiar, bo rozległ się głośny szloch.
- One też chyba z tych, co zniknęli – odezwał się ktoś stojący na prawo od Rienny, używając kerońskiego.
- A mówili, że Frieda uciekła z kochankiem – odszepnął ktoś inny – Tego się wszyscy od dawna spodziewali, jeszcze zanim to się zaczęło.
Łowczyni szybko straciła zainteresowanie rozważaniami na temat, jak się domyśliła, młodszej z ofiar i wróciła do obserwacji ponurego pochodu. Z tłumu wybiegło kilka osób, być może krewni albo przyjaciele ofiar, którzy ruszyli za strażnikami.
Rienna poczuła nagły skurcz żołądka, w brzuchu jej zaburczało. Dziewczyna przycisnęła rękę do brzucha, wycofując się i pozwalając tłumowi ruszyć. Teraz przy wyjściu z miasta nieco się przerzedziło, tak, że dało się zobaczyć kolejnych uzbrojonych strażników, wybiegających na zewnątrz. Zamierzali szukać poza miastem kolejnych ciał? Coś w końcu ruszyło, wyjaśniło się?
Część z tych, którzy stali po drugiej stronie ulicy, odeszła. Widoczne stały się budynki za nimi. Na ścianie dwupiętrowego białego domu z kilkoma ozdobionymi roślinnością balkonami widniał kolejny krwawy znak. Trzeci rodzaj, który Rienna miała okazję tego dnia zaobserwować – okrąg z czterema punktami wewnątrz, jakby rogami ukośnie ustawionego kwadratu.
Co naprawdę łączyło jedno z drugim? Morderca je rysował, stosując jakąś dziwną magię do ich utrwalenia? Morderca i porywacz, który był w stanie niepostrzeżenie porywać mieszkańców Rivendall i równie niezauważony mazać czerwonym barwnikiem po ścianach, po czym porzucił prymitywnie okaleczone ciała w pobliżu miasta, tak, żeby dało się je znaleźć…
To bez sensu, pomyślała Rienna, po czym, tknięta nagłym przeczuciem, przebiegła wzrokiem po oddalających się ludziach. Była prawie pewna, że zobaczy znajome czarne kędziory i wymiętą niebieską koszulę, ale tym razem nic takiego nie zauważyła. Albo tego człowieka naprawdę nie było wśród tłumu, albo zdążył się oddalić.
- Nie ma go – odezwał się spokojnie D’sadaar – I chyba w tej chwili nie mamy już czego tu szukać. Powinnaś coś zjeść.
Łowczyni rzuciła duchowi ponure spojrzenie.
- Myślisz, że on może być mordercą.
- Wiem tyle, co ty. Nie mam pojęcia.



C. D. N.




[Pisałam to od kilku miesięcy i wreszcie zdobyłam się na to, żeby dopisać zakończenie i opublikować. Nie do końca udało mi się to opisać zgodnie z moją wizją. Mam nadzieję, że nikogo nie zniechęcę. Ciąg dalszy sama nie wiem, kiedy będzie ;)]

2 komentarze:

Szept pisze...

Minus najpoważniejszy: czcionka. Trochę trudno się czyta w takiej jej postaci. Jak zwykle tego nie robię, tak teraz kopiowałam ze strony, bo bezpośrednio nie dałam rady.

Uświadamiasz mi, że mam braki w bestiariuszu. Dużo nie wiem, a jeszcze więcej po prostu nie pamiętam o stillidach.
Intrygujący wstęp. Ciekawa, osobliwa prośba, do tego z gatunku takich, która mogłaby paść od istoty żyjącej w innym świecie, w inny sposób, a ciekawej tego, jak życie przeżywają ludzie. Przyznam, podoba mi się i zapowiada się fajnie.
Mam jeden kłopot, nie do końca pojmuję. Duch kojarzył mi się z czymś niematerialnym, ale czytając opisy D'sadaara mam wrażenie, że jest materialny.
Fajna, uzupełniająca, ale nie dominująca wstawka o politycznej sytuacji Rivendall.
Potrafisz wprowadzać postacie w taki sposób, że przykuwają spojrzenia i zaciekawiają ich dalsze losy.
Dijun... zdecydowanie są rzeczy, których nie znam :D
Podoba mi się stopniowanie fabuły. Stopniowe rozwijanie akcji, do tego zachowując realizm. Jak ty to robisz? Poproszę przepis, bo pod względem fabularnym masz notki niezwykle przemyślane i często rozbudowane o szczegóły, detale, o których człowiek czasem zapomina.
I znów subtelne opisy miasta, które nie przytłaczają, a ładnie uzupełniają obraz.
Cieszę się, że to ta misja. Lubię tego typu sprawy i chętnie dowiem się, kto i dlaczego za tym wszystkim stoi.
No i jak.

Było parę miejsc, gdzie nie do końca leżał mi zapis dialogów i gdzie czasem wstawiłabym przecinek, ale przyznaję, nie chciało mi się kopiować. No i pora późna, więc nie wierzę już swoim oczom.

Nefryt pisze...

Ciekawa, działająca na wyobraźnię notka. Wstęp troszkę nie w moim stylu, acz to wyłącznie kwestia gustu. Potem zaczęło mnie wciągać tak, że nie było mowy o notowaniu ewentualnych błędów. Podobało mi się stopniowe dochodzenie do tego, co się dzieje w mieście, bariera językowa, klimat Rivendall, ta mieszanka kultur i ludzi z różnych środowisk. Chwilami czułam się, jakbym tam była razem z Rienną. Wielkim plusem są postacie - takie żywe, barwne. Bardzo podobają mi się ich imiona, po samym ich brzmieniu można się zorientować, skąd pochodzą - choć troszkę inaczej wyobrażałam sobie brzmienie imienia elfa.
Jestem bardzo ciekawa, co będzie dalej.

Prawa autorskie

© Zastrzegamy sobie prawa autorskie do umieszczanych na blogu tekstów, wymyślonego na jego potrzeby świata oraz postaci.
Nie rościmy sobie natomiast praw autorskich do tych artów, które nie są naszego autorstwa.

Szukaj




˅ ^
+ postacie
Rinne Lasair