Przewodnik

Linki-obrazki

Misje
I. Więzi przyjaźni
Spotykasz po latach kogoś, kto dawniej był ci bliski. Wplątuje cię on w jakąś historię, która nie dość, że z czasem się komplikuje, to w dodatku budzi w tobie wątpliwości co do intencji przyjaciela.

II. Linia frontu
Kerończy natarli na Prowincję Demarską. Oblegany jest sam Demar. Jedni ludzie stają do walki, inni uciekają ze spalonej ziemi. Napastnicy, obrońcy i cywile. Po której stronie staniesz?

Opcjonalnie: Udział w buncie niewolników w Wirginii bądź inne miejsca walk.

III. Rekonwalescencja
W nie najlepszej kondycji trafiasz do wioski lub klasztoru. Wydaje ci się, że trafiłeś w dobre ręce i że wkrótce będziesz mógł opuścić to miejsce. Okazuje się jednak, że z pozoru życzliwi i uprzejmi ludzie skrywają przed tobą jakąś tajemnicę.

IV. Zabij bestię
Coś napada, nęka mieszkańców. Zawierasz umowę z wójtem - dostarczysz głowę bestii za określoną cenę. Okazuje się jednak, że stworzenie nie działa bez powodu - jest w jakiś sposób prowokowane przez mieszkańców.

Opcjonalnie: Bestia jest wrażliwa na hałas z karczmy albo ludzie naruszyli w jakiś sposób jej rewir (weszli na jej teren, zajęli leże ze względu na drogie surowce itp.)

V. Nielegalne walki
Dochodzą cię słuchy o nielegalnych walkach prowadzonych w okolicy. Położysz im kres czy może postanowisz wziąć w nich udział dla własnego zysku? Pieniądze nie leżą na ulicy.

VI. Zlecone zabójstwo
Dochodzi do zamachu, w wyniku którego ginie ktoś ważny. Podejmujesz się odnalezienia zabójcy – albo jego zleceniodawcy. Od ciebie zależy, czy dojdzie do aresztowania winnych, czy pomożesz im uniknąć kary.

VII. Egzekucja
W mieście lub wiosce szykuje się egzekucja. Znasz sprawcę albo sam doprowadziłeś do jego schwytania. Realizacja wyroku coraz bliżej.

Opcjonalnie: Z czasem nabierasz wątpliwości, czy skazaniec faktycznie jest winny i chcesz go uwolnić lub dochodzą cię pogłoski, że ktoś może chcieć uwolnić kryminalistę.

zamknij
Dodaj do WTP Spis kodów
Spis opowiadań
Kiedyś przyjdzie mi za to wszystko zapłacić... Weselicho, czyli tańcz, jedz i chędoż za darmochę! Oszukać czas. Oszukać przeznaczenie. Oszukać... siebie. Baśń o wolności: Preludium Świątynia Ażubora (1) Wszystkiego krówkowego! (okolicznościowa, krótkie opowiadanie "Motyw przewodni - Prezent". Ta dam, pamiętaliśmy! I - Wezwanie pomocy: alchemio, przybywaj! Gdy demon odzyskuje człowieczeństwo, przypomina sobie jak być człowiekiem. Nikt nie zna prawdziwego bólu do czasu aż nie straci kogoś bliskiego sercu. Niedopowiedziane historie Wendigo i Driada Szczurzy dzień (autor: Szept, Silva) Domek, zupa, sukkub i historia (autor: Elias) Sen i niespodzianki (autor: Elias) Boląca strata i niepokojący gość! (autor: Elias) Cienie i nowy przyjaciel (autor: Elias) Kruki (autor: Elias) Cienie i Starsze Dusze (autor: Elias) Zawsze jest kolejna tajemnica (autor: Silva) Zło Kor'hu Dull (autor: Elias) Złodziej Twarzy i Koszmar (autor: Elias) Królewiec (autor: Elias) Przed świtem (autor: Nefryt) Król Żebraków i nowe drzwi (autor: Elias) Akceptacja (autor: Elias) Nostalgia (autor: Nefryt) Nowa droga i niespodziewane wyznanie? (autor: Elias) Biały i zielony daje czerwony! (autor: Elias) Nowe wyzwania w nowym życiu (autor: Elias) Krąg tajemnic (autor: Elias) Jack (autor: Elias) Czasami to mrok daje najwięcej światła (autor: Elias) Trzy sceny o szpiegowaniu (autor: Nefryt) Morze bólu. Promyk nadziei ... (autor: Elias) Nie ma sensu szukać guza. Chyba, że jest się najemnikiem (autor: Silva) Sól (autor: Aed) Dyjanna Muirne: Miecz może być dowodem wszystkiego (autor: Zorana) Opus Magnum I (autor: Iskra) Uszatek i Kwiatek na tropie przygody: Przypadłość parszywej gospody (autor: Paeonia i Szept) Gdy gasną świece (autor: Zombbiszon) ... Najjaśniej płoną gwiazdy nadziei. (autor: Zombbiszon) Elias cz. 1 (autor: Zombbiszon) Elias cz. 2 (autor: Zombbiszon) Historia (autor: Zombbiszon)
zamknij

Chat

Trakt wiodący do Rivendal, wijący się między trzęsawiskami i płytkimi stawami w końcu wyprowadził Jorama Corrobara ze zdradliwych Bagien Idriona. Wojownik bezwiednie wydał z siebie ciche westchnienie i mocniej zacisnął dłonie na lejcach. Jednocześnie lekko, niemal niewyczuwalnie ścisnął nogami końskie boki. Jego wierzchowiec, gniady ogier z czarną pręgą na grzbiecie, nieco jaśnieszy na bokach, o ciemnoszaro pręgowanych nogach, nie potrzebował żadnego więcej sygnału. Od razu przyspieszył, tak płynnie, jakby zrobił to spontanicznie i naturalnie. Horg był lipsaenem, tresowanym przez Jorama od źrebaka, stąd pochodziła łącząca konia i właściciela silna więź.
W końcu Joram mógł pozwolić sobie na odprężenie. Nie musiał już uważnie obserwować drogi w obawie, że grunt okaże się mniej twardy niż oczekiwał i kopyta Horga zapadną się w błoto i muł. Myśli mężczyzny odpłynęły jednocześnie w kilku kierunkach. Myślał o porzuconym na czas świąteczny obozowisku – wszak chyba każdy chciał spędzić te dni w gronie najbliższych – i przyjaciołach, towarzyszach broni, którzy już wcześniej ruszyli w rodzinne strony. Zastanawiał się, czy Alavar i Savardi dotarli już do rodzinnego domu w Fenarze, gdzie podziewał się Salimir, który w ostatnim czasie stale był w rozjazdach i czy on sam zdoła na czas dotrzeć w rejony Drummor na zachodzie kraju. A przede wszystkim myślał o Chastirze, swoim pierworodnym, którego już wkrótce miał zobaczyć. Dowódcy oddziału, w którym służył dziewiętnastoletni obecnie młodzieniec, pozwolili mu opuścić stolicę już kilka dni temu i od tego czasu Chastir przebywał w gościnie w Askadii w zakolu Sowelu. Wraz z myślą o synu, Jorama opanowało silne uczucie, mieszanka wruszenia i dumy. Chastir także był żołnierzem, patriotą. Joram mógł z czystym sumieniem powiedzieć, że przekazał potomkowi wartości, które sam wyznawał, sprawił, że chłopak poszedł w jego ślady.
Na niebie pojawił się ciemny kształt, w którym Joram domyślił się dużego drapieżnego ptaka. Po chwili zauważył, że ptak leci dość nisko, tak, że bez problemu mógł mu się przyjrzeć. Opierzone nogi w locie dawały iluzję drugiej, mniejszej pary skrzydeł. Korguen. Potem wojownik dostrzegł coś jeszcze, ptak po zatoczeniu koła zawrócił, zniżając lot i skierował się ku samotnej sylwetce stojącej w oddali wśród wysokich zbrązowiałych traw i rzadkich bezlistnych krzewów. Joram obserwował jak ptak usiłuje wylądować na ramieniu tamtego człowieka, co uniemożliwiały jego rozmiary, w końcu zrezygnował i usiadł na ziemi u jego stóp. W miarę jak Joram jechał dalej traktem, zbliżał się także do młodzieńca, w końcu mógł rozpoznać jego rysy, młodą, prawie chłopięcą twarz, rude włosy, nieco ciemniejszy zarost.
- Ojcze! - chłopak rzucił się biegiem przez łąkę w stronę drogi, przy okazji płosząc korguena swoim gwałtownym ruchem. Joram szarpnął lejce, Horg zaczął się rozpędzać i zboczył z drogi. Już po chwili Joram zeskoczył z końskiego grzbietu i porwał młodzieńca w ramiona. Mimowolnie pomyślał o tym, że kilka lat wcześniej taki gwałtowny wybuch ojcowskich uczuć w połączeniu z siłą jego potężnego, umięśnionego ciała, był w stanie zwalić Chastira z nóg, a obecnie chłopak zdołał utrzymać się na nogach. Wojskowy trening przynosił już pierwsze widoczne efekty.
- Chodźmy do domu, pewnie jesteś zmęczony drogą – chłopak chwycił lejce ojcowskiego wierzchowca i skierował się ku drodze. Korguen krążył nad ich głowami. Na pytające spojrzenie Jorama, Chastir zaczął tłumaczyć się, że ptak nie należy do niego, że jest własnością earla Fridricha Kallingara, pana tych ziem, u którego młodzieniec zatrzymał się przed długą podróżą do rodzinnego Wrzosówka. Próbował mówić o wszystkim naraz, nadrobić cały ten długi czas, kiedy on i ojciec nie mieli ze sobą kontaktu. Joram kiwał głową. Dopiero teraz dawało się odczuć znużenie drogą.
Wśród łąk i pól kilka staj przed nimi zamajaczył zarys posiadłości. Zamek Askad, od wieków siedziba Kallingarów, od którego nazwę wzięły tereny objęte zakrętem Sowelu.

...*...

Obiad dobiegał końca, chociaż każdy z biesiadników jeszcze pozostawał na swoim miejscu. Najważniejsze miejsce zajmował gospodarz, możny pan Askadii, po jego prawej stronie zasiadał jego brat, Tylgart, obaj w dość słusznym już dojrzałym wieku. Miejsce po lewej stronie, gdzie naturalnie należało się spodziewać małżonki pana domu, pozostało puste. Joram próbował przypomnieć sobie twarz dostojnej pani Loris i jak dawno miał przyjemność się z nią spotkać.
- Co się stało z panią Kallingar? - spytał wojownik jednego z siedzących w pobliżu młodszych członków rodu. Odpowiedziało mu pełne troski i niepokoju spojrzenie.
- Szanowna ciotka zaniemogła – wyjaśnił zagadnięty młody mężczyzna – Zaraz po tym, jak państwo gospodarze wrócili z Demaru.
Szybko spuścił wzrok na swój talerz, najwyraźniej nie chcąc mówić o tym zbyt wiele. Joram spróbował dowiedzieć się czegoś od kilku innych biesiadników, ale ci nie potrafili albo nie mieli ochoty powiedzieć nic więcej. Dopiero, kiedy domownicy i goście odeszli od stołu a na ich miejscu pojawiła się służba, zbierająca naczynia i serwetki, Chastir odciągnął ojca w kąt jadalni.
- Słyszałeś zapewne o nieszczęściu, jakie dotknęło pana Fridricha – odezwał się półgłosem – Jakieś sześć dni temu byli z wizytą dyplomatyczną w Demarze. Zaraz po powrocie do Askadii pani Loris zaczęła chorować.
- Na co? - spytał Joram. Chastir rozłożył ręce.
- Właśnie na tym polega największy problem. Nikt nie wie. Wieczorem, zaraz po powrocie pani Loris skarżyła się na problemy z oddychaniem. Następnego dnia powiedziała, że jest znacznie lepiej, po południu jej stan znów się pogorszył. Osłabienie, niedowład rąk i nóg... Obecnie pojawiły się problemy ze wzrokiem. Ograniczenie pola widzenia. Pani Loris powiedziała, że ma wrażenie, że wszystko przesłania gęsta ciemna mgła.
Urwał i spojrzał w jakiś punkt za plecami Jorama. Wojownik odwrócił się w tamtą stronę. O pokrytą barwnymi arrasami ścianę opierał się gospodarz. Jorama uderzył jego wygląd. Dotąd, pomimo połowy wieku na karku, pan Fridrich był w doskonałej formie i takim właśnie Joram go pamiętał. Obecnie troska dodała mu zmarszczek, na czole pojawiły się głębokie bruzdy, oczy otoczyły ciemne sińce. Twarde spojrzenie, mające w sobie jakąś determinację, przywodziło na myśl człowieka spoglądającego z głębi mrocznego tunelu, z którego uparcie i za wszelką cenę usiłuje się wydostać.
Fridrich Kallingar gestem zaprosił obu Corrobarów do salonu, pomieszczenia równie wielkiego jak jadalnia. Tutaj arrasy zajmowały mniejszą powiechnię, pozostawiając przestrzeń dla wielkich portretów rodzinnych oprawionych w ciężkie ramy z ciemnego drewna, niektóre również pozłacane. Ściana, na której znajdował się kominek, była prawie odsłonięta, tutaj wisiałyliczne myśliwskie trofea zdobyte przez pana domu i jego szanownych przodków. Najbliżej kominka pyszniła się głowa łosia z porożem przyozdobionym suszonymi ziołami, wyżej nagie czaszki saren i młodych jeleni. Po przeciwnej stronie kominka łeb dzika. Pod sufitem rząd lisich kit, rude w wszystkich odcieniach, szare, białe z czarnym końcem. Na łańcuszkach wisiały myśliwskie rogi, inkrustowane złotem i srebrem, pomiędzy nimi kolejne zdobycze, trzy czy cztery niedźwiedzie łapy, liczne kły, szpony, nogi jakichś dużych drapieżnych ptaków, pióra bażantów, ersnitydów i dzikich kaczek. Dwa ozdobne skórzane kołczany częściowo wypełnione strzałami, do tego kilka łuków. Broń znajdowała się również na przeciwległej ścianie, tylko tu królowały miecze, szable i piki. W centrum znajdowały się dwa skrzyżowane miecze i tarcza z głową niedźwiedzia otoczoną laurowym wieńcem na zielonym polu. Rodowy herb Kallingarów, którego noszenie było dla kolejnych pokoleń tej licznej familii powodem do dumy. Joram w ciągu ostatnich godzin widział ten herb wielokrotnie, był na tarczach przy stojących w głównym hallu zbrojach, na niektórych srebrnych sztućcach albo wyrzeźbiony wśród innych fikuśnych ozdobników na ławach i stołach z ciemnego lakierowanego drewna.
Fridrich ciężko opadł na jedną z nakrytych skórą ław, pokazując Joramowi, aby usiadł obok.
- Dziękuję, panie – Joram skłonił głowę, nie do końca pewien, w jaki sposób powinien zwracać się do człowieka o takiej pozycji jak Kallingar. Miał przy tym wrażenie, że w tym momencie Fridrich nie zwraca uwagi na takie szczegóły.
- Zauważyłeś już zapewne, że mam problemy – ciągnął gospodarz, patrząc niewidzącym wzrokiem przed siebie – Z Loris jest coraz gorzej. Przepraszam...
Pochylił się i ukrył twarz w dłoniach.
- Nie wiem, co mam robić. Wzywałem medyków i zielarzy. Nie potrafią znaleźć jakiegoś wyjaśnienia, które miałoby sens. Nic się nie zgadza. Czasami z rana jest lepiej, po południo Loris znów czuje się fatalnie. Teraz pogarsza jej się wzrok... Bogowie, nie chciałbym, żeby oślepła!
Joram niepewnie spojrzał na pochylonego mężczyznę. Tamten był starszy od niego ledwie kilka lat, ale w ostatnich dniach wyraźnie się postarzał. Friedrich bawił się swoim sygnetem, szerokim na tyle, że mimo dużych dłoni musiał nosić go na kciuku.
- Wszystko było dobrze przed tym wyjazdem – mówił Fridrich w taki sposób, jakby nie miało znaczenia, czy Joram go słucha. Dopiero, kiedy wojownik się odezwał, gospodarz gwałtownie drgnął.
- Mówicie o wyjeździe do Demaru, panie? - spytał Joram. Fridrich twierdząco skinął głową.
- Mam takie wrażenie, że te wirgińskie wieprze postarały się o to, żeby moja żona nie czuła się dobrze – mruknął – Widziałem, jak na nas tam patrzyli. Jakby chcieli nas utopić w wazie z zupą, którą podano na obiad. Gdyby to było spotkanie nieoficjalne, w domu któregoś z tych generałów, chyba bałbym się odwrócić do nich plecami, żeby któryś nie wbił mi noża między żebra.
Joram w zamyśleniu potarł czoło. Domyślał się, o kim tamten mówił. Chodziło zapewne o Rhimonesa albo Gralkora, może obu. W domu Corrobarów mówiono o nich tak samo albo jeszcze gorzej.
- Rhimones tam był?
Fridrich skrzywił się i machnął ręką.
- Był, oczywiście, że był. I Hadsad, i ta świnia Allard Gralkor. Jakby ktoś zedecydował o tym, żeby podbić całą Keronię, on ruszyłby pierwszy na czele swoich oddziałów. On mówi o tym całkiem otwarcie. Nie ukrywa też zbytnio, jak bardzo mnie nienawidzi.
Joram wyprostował się i przyjrzał się rozmówcy badawczo. Nienawiść między Keronią a Wirgińczykami nie była niczym dziwnym, ale czy Kallingara i generała Gralkora dotyczył jakiś osobisty konflikt? Wojownik dotąd nic o tym nie słyszał.
- Za co was tak nienawidzi, panie? - spytał ostrożnie. Fridrich zaśmiał się krótko, niewesoło i gorzko.
- Nienawidzi wszystkich starych rodów w Keronii – wyjaśnił – Nienawidzi tych, którzy stoją na straży historii i tradycji. Boi się, że gdyby zaszła konieczność, stanęlibyśmy mu na drodze. Zresztą co do tego się nie myli... Zastanawiałem się nad tym, czy Loris mogła paść ofiarą trucizny, ale to nie ma sensu. Znacznie bardziej logiczne byłoby, gdyby to mnie chcieli otruć. A mnie, dzięki bogom, nic się nie stało.
Na chwilę umilkł. Do salonu wszedł służący, który zajął się rozpalaniem kominka. Pan domu przez jakiś czas obserwował jego poczynania.
- Muszę wkrótce posłać służbę z posiłkiem dla Loris – odezwał się w końcu - I przygotować ci izbę na noc.
- Dziękuję za gościnę, panie.
Słowa Jorama były szczere. Zanim pojawił się w posiadłości, nie był pewien, jak zostanie przyjęty przez pana Askadii. Wyraźnie był tu mile widzianym gościem, domownicy i krewni gospodarza odnosili się do niego przyjaźnie, tylko ci, którzy go nie znali, jeszcze zachowywali rezerwę.
- Ktoś do ciebie dołączy, prawda? - spytał Fridrich - Chastir coś wspominał.
- W ciągu dwóch dni będzie tu jedna z naszych, z obozu. Tiamuuri. Podobno ma czegoś tu szukać na bagnach.
- Mam posłać kogoś na bagna? Ta Tiamuuri dałaby się zaprosić, żeby zatrzymać się tu na noc?
- Wydaje mi się, że tak, panie. Chociaż z nią to nigdy nie wiadomo. Ona jest... po prostu inna.

...*...

- Fridrich! Fridrich, chodź do mnie!
Loris Kallingar zamilkła na chwilę, kiedy ktoś dotknął jej ramion. Spróbowała usiąść, co bez pomocy rąk, znów bezwładnych, okazało się niemożliwe. Ból, który dopadał ją podczas głębszego wdechu jeszcze się nasilił, potem rozszerzył na całe ciało, częściowo zmieniając postać. Wnętrzności Loris na chwilę stanęły w ogniu. Kobieta z przeciągłym jękiem opadła na jedwabne poduchy, ciemnoblond włosy poprzetykane tu i ówdzie siwizną rozsypały się wokół jej głowy.
- Pani, pan Fridrich jest za drzwiami pani sypialni – odparła pokojówka, dość młoda kobieta wywodząca się ze zubożałej szlachty. Wahała się przez chwilę, czy ma próbować uspokoić chlebodawczynię, czy raczej wezwać do alkowy jej szanownego małżonka.
- Nie widzę – jęknęła głośno pani Loris – Teraz już prawie całkowicie nie widzę!
Pokojówka zacisnęła dłonie na fałdach sukienki. Chciała pomóc chorej, ale nie była w stanie zrobić niczego, co w jakiś sposób mogłoby poprawić jej stan. Nikt nie wskazał leku. Ani nawet przyczyny choroby.
Po drugiej stronie rzeźbionych drzwi z ciemnego drewna niespokojnie krążył Fridrich. W pierwszym odruchu chciał wbiec do środka, potem zawahał się, zawrócił i znów podjął swój niespokojny marsz. Chyba nie zniósłby widoku pobladej na twarzy, wyczerpanej żony, widoku, który po raz kolejny uświadomiłby mu jego bezradność. W nerwach prawie nieświadomie obracał na palcu sygnet. Kiedy z wysiłkiem unosił głowę, jego wzrok krzyżował się ze spojrzeniami mitycznych bestii z kilku wiszących na ścianach barwnych sztandarów..
Monstrum o wielu głowach, bestia z pieczary, Nurgle, mroczny elficki bóg zarazy. Jadowite kły, które kąsały, zatruwając i plugawiąc życie...
I znów chaotyczny tok myśli urwał się, pan Askadii zaśmiał się gorzko. Był to straszny, przyprawiający o dreszcze odgłos, przechodzący w szloch. Znów zawrócił, obrócił się na pięcie i spojrzał na milczącego Jorama Corrobara, który drgnął gwałtownie i odruchowo skurczył się w sobie.
- Słyszysz? - spytał Fridrich Kallingar – Ktoś na dole zatrzasnął wrota. Zielarz chyba już przybył.
- Może – odparł Joram krótko i apatycznie. Zielarz. Kolejny. W ciągu ostatnich trzech dni obejrzał w posiadłości całą procesję zielarzy i medyków.
Istotnie w hallu pojawił się kolejny zielarz, mężczyzna w średnim wieku, obwieszony woreczkami i sakiewkami, w których nosił zioła, krystaliczne minerały, nożyki, nici i proste narzędzia pozwalające nieść pomoc w nagłych wypadkach. Za skórzany pasek zatknięty miał sierp. Po wymianie powitań i zwyczajowych grzeczności, uzdrowiciel poprosił służących, żeby zaprowadzili go do chorej.
Siedzący przy rogu stołu w pustej obecnie jadalni Chastir i Tiamuuri jak na komendę jednocześnie spojrzeli na przybysza znacząco. Nie spodziewali się już cudu. Na stole przed nimi leżał rozłożony prostokąt wycięty z lnianej tkaniny, na którym Tiamuuri rozłożyła zioła i inne suszone składniki, które zdążyła w ostatnich dniach odkupić od medyków albo uzyskać na drodze wymiany. Obecnie było tego znacznie więcej niż na liście, którą spisała Savardi przed opuszczeniem na czas świąt obozowiska.
- A dlaczego ty nie spróbujesz jej zbadać? - spytał nagle Chastir – Przecież widzisz umysłem różne rzeczy.
Tiamuuri westchnęła ciężko. Gdyby to było naprawdę takie proste, jak mogło się wydawać...
- Widzę dokładniej to samo, co widzą medycy – odparła ponuro – Objawy. Stan organizmu. I dalej pozostaje mi robić to, co oni. Zgadywać, co i w jaki sposób doprowadziło panią Loris do tego stanu. Przy takich objawach nawet trudno o specyfik, który mógłby je złagodzić.
Chastir pokiwał głową ze zrozumieniem.
- Ale jeśli miałabyś zgadywać – podjął – To do czego te objawy najbardziej pasują?
Tiamuuri potarła ręką czoło. Zamyśliła się, bezwiednie kierując wzrok na suszące się na białym materiale surowce. Myślała już nad tym kilka razy i jak dotąd najbliższa była stwierdzeniu, że pani Loris padła ofiarą jakiejś toksyny występującej w naturze. Jad pająka, wydzielina niektórych roślin... W końcu tajemnicza choroba spadła na kobietę po powrocie z Demaru, miasta leżącego w sercu pustyni. Zawsze istniała możliwość, że miała nieszczęście zetknąć się z tamtejszymi, egzotycznymi okazami.
- Jakiś wąż albo pająk – odezwała się Tiamuuri, wyczuwając spojrzenie Chastira, który niecierpliwie oczekiwał odpowiedzi – Chociaż nie wiem, jakie są szanse natknięcia się na nie w mieście, w posiadłości jakiegoś wirgińskiego arystokraty.
- Powiedziałbym, że... - zaczął Chastir, zanim Tiamuuri uciszyła go gestem. Chłopak spojrzał na nią pytająco, potem skierował wzrok tam gdzie ona i zrozumiał. W hallu, oparty o ścianę naprzeciwko drzwi, stał Fridrich Kallingar, zwracając ku nim udręczone spojrzenie.
- Wąż albo pająk? - spytał słabym głosem.
- To tylko moje domysły – odpowiedziała szybko Tiamuuri.
- Nie zaszkodzi spytać Loris, czy nie przypomina sobie, że coś ją ugryzło. I poprosić zielarza, żeby poszukał na jej ciele sladów.
Na chwilę w jego zmęczone ciało jakby wstąpiły nowe siły. Pan Askadii wyprostował się i prawie biegiem ruszył w stronę schodów prowadzących na piętro. Chastir odprowadzał go wzrokiem, póki ten nie zniknął im z pola widzenia.
- Oni sprawdzą każdy punkt zaczepienia – zauważył Chastir – Każde wyjaśnienie, jakiekolwiek w ogóle się pojawi.
Tiamuuri skinęła głową w zadumie. Prawie go nie słuchała, teraz dokładniej rozważając swoją teorię. Częściowe porażenie kończyn, problemy z oddychaniem, utrata wzroku, nawracające kilka razy dziennie ataki palącego bólu wewnątrz ciała, głównie w okolicach brzucha – większość objawów można było przypisać działaniu jadu. Po głębszym namyśle Tiamuuri doszła do wniosku, że być może dałoby się dopasować się to do pewnego konkretnego gatunku węża.
Drzewna zagryzła wargę. Nie była pewna, czy powinna zasugerować takie wyjaśnienie zielarzowi, czy raczej poczekać na jego opinię po zbadaniu chorej. Zwłaszcza, że kilka elementów nadal nie pasowało do teorii.
W głębi hallu dały się złyszeć głosy, gwar rozmów niósł się echem wśród murów zamku. Obcasy butów stukały o posadzkę. Zielarz wrócił z sypialni pani Loris, prawdopodobnie w towarzystwie gospodarza. Tiamuuri wstała mniej więcej w tym samym momencie, kiedy obaj mężczyźni pojawili się w drzwiach jadalni.
- I znów nic się nie zgadza – oznajmił Fridrich grobowym tonem – Objawy wskazują na zatrucie jadem pełzacza. Ale Loris nie miała w Demarze kontaktu z żadnymi wężami.
- Nie ma na ciele żadnych śladów po ukąszeniu – uzupełnił zielarz.
Tiamuuri chwilę wcześniej chciała odwrócić się do Chastira i obdarować go triumfalnym uśmiechem, ale teraz zneruchomiała, z niedowierzaniem przyglądając się uzdrowicielowi i panu posiadłości.
- Co to oznacza? - spytała ostrożnie.
Fridrich wydał z siebie przeciągłe westchnienie.
- Właśnie nie wiemy.
- Tyle tylko, że można spróbować postępować jak w przypadku zatrucia jadem i zobaczyć, czy kuracja odniesie skutek – wyjaśnił zielarz – Przyspieszyć oczyszczanie organizmu.
Dał dwa kroki do przodu i znalazł się przy stole. Okiem fachowca przejrzał rozłożone na kawałku materiału suszące się zioła.
- Macie tu kilka składników – mruknął – Ja najprawdopodobniej mam resztę. Postaramy się przygotować pierwszą porcję wywaru jeszcze dziś wieczorem.
Tiamuuri w zadumie przyglądała się, jak ten niemłody już człowiek zręcznie wybiera kilka suszonych liści i korzeni, potem przegląda własne zbiory w woreczkach. Kiedy odchodził, mamrotał pod nosem coś o tym, że cykliczne nasilanie i częściowe cofanie się objawów jest nietypowe i zupełnie nie wie, co o tym myśleć.
- Ale chyba miałaś rację – stwierdził Chastir jakiś czas później, kiedy on i Tiamuuri zeszli do piwnic zamku. Tam nie czuli, że komuś zawadzają. Kuchnię zajął zielarz, opracowujący miksturę mającą przyspieszać oczyszczanie organizmu, kucharki wraz z częścią służby przeniosły się do jadalni, gdzie zrobiło się rojno jak w ulu. Pan Kallingar nerwowo przemierzał korytarze, raz po raz powracając pod uchylone drzwi sypialni żony. Kiedy stwierdził, że Loris zdołała zasnąć, zaczął krążyć między piętrem a dolnym poziomem, na przemian wchodząc i zbiegając ze schodów. Joram towarzyszył mu w milczeniu, próbując jakoś wesprzeć go swoją obecnością. Wśród pozostałych domowników i służby dało się wyczuć ożywienie, powietrze zagęściło się od atmosfery nerwowości. W ten sposób jedynym spokojniejszym miejscem pozostały lochy i piwnice.
- Niezupełnie – odparła Tiamuuri, czując nagły przypływ irytacji – To nadal nie ma sensu. Ten człowiek miał rację.
- Ja nie znam się na medycynie – zastrzegł Chastir. Tiamuuri zatrzymała się przed łukiem bez drzwi, prowadzącym do jednego z licznych składów beczek z winem.
- W przypadku działania jadu pełzacza, z biegiem czasu efekty powinny szybciej czy wolniej ustępować – wyjaśniła cierpliwie, jednocześnie zastanawiając się nad tym, jaki trunek kryją nieopisane beczki – A nie na przemian słabnąć i nawracać. To wygląda tak, jakby pani Kallingar co jakiś czas otrzymywała małą dawkę jadu.
Chastir potrząsnął głową.
- Ale to jest niemożliwe. W tym domu nie ma węży.
Tiamuuri wydała z siebie nieartykułowany dźwięk, coś w rodzaju głośnego jęku przechodzącego w przychnięcie.
- Wiem, że to niemożliwe – odparła ze złością.

...*...

W ciągu następnych dwóch dni w posiadłości Kallingarów oprócz zielarza pojawiał się także jego uczeń, młody chłopiec z jednej z okolicznych wiosek. Pod okiem nauczyciela ucierał zioła i mieszał w kociołku wrzącą mieszaninę o coraz ciemniejszej barwie, którą potem w małych miseczkach dostarczano pani Loris wraz z posiłkami.
- Jest chyba lepiej – westchnął Fridrich za którymś razem, kiedy w drzwiach sypialni żony minął się z pokojówką, niosącą tacę z pieczywem, owocami, ziołową herbatą, leczniczą miksturą i niewielkim kieliszkiem białego wina, o które prosiła Loris. Nikt nie widział nic złego w spełnianiu tej niewinnej prośby pani Kallingar, chociaż jej małżonek nie mógł zrozumieć, co ona widzi w tym zdecydowanie zbyt cierpkim trunku. A rozsmakowała się w nim już w Demarze, kiedy gościli u generała Gralkora i raz podano im to wino do wieczerzy. Wyjeżdżając, pani Loris spytała o pochodzenie wina, wówczas gospodarz postanowił podarować im dwie beczki, które obecnie dołączyły do zbioru w piwnicach zamku Askad.
- Tak myślę – odparł zielarz, obserwujący swoją pacjentkę przez otwarte drzwi jej komnaty – Okresy, w których objawy ustępują, są coraz dłuższe i pani Kallingar wydaje się w tym czasie niemal zdrowa. Prawie całkowicie wróciła jej władza w rękach i nogach. Niepokoją mnie tylko te nawroty. Teraz jestem już prawie pewien, że to jad pełzacza, a ten jeden element bardzo nie pasuje do całego obrazu. W jakiś sposób pani Loris stale dostaje małe porcje toksyny, które dzięki bogom teraz wywołują znacznie słabsze efekty. Wydaje mi się, że tylko dlatego pańska małżonka jeszcze nie wróciła do zdrowia.
Fridrich potarł twarz otwartą dłonią. Odkąd u Loris nastąpiła poprawa, on także znacznie lepiej wyglądał. Zniknęły sińce pod oczami i część zmarszczek a siwiejące ciemne włosy postanowił przystrzyc i znów zaczął je układać.
- Jak można to wyjaśnić? - spytał.
Chastir Corrobar znajdował się przy południowym krańcu długiego hallu na pierwszym piętrze posiadłości. Gospodarz domu i zielarz nie zwrócili na niego uwagi, zajęci rozmową, on przyglądał im się uważnie. Większość ich słów także docierała do niego bez większych problemów. Nie usłyszał tylko ostatniej odpowiedzi uzdrowiciela, bowiem ten albo jej nie udzielił, albo zwlekał z tym do chwili, kiedy obaj znaleźli się na schodach. Myśli gorączkowo krążyły Chastirowi po głowie, kiedy powoli odwracał się, aby wejść w jedną z odchodzących na wschód odnóg korytarza. Wkraczając do skrzydła zamku przeznaczongo dla gości, czuł, że sam znalazł odpowiedź na pytanie pana Kallingara.
Minął izby tymczasowo puste i te, które zajmował on sam i jego ojciec. Dotarł prawie do końca korytarza, zatrzymał się przed drzwiami jednej z komnat i po dłuższej chwili wahania zapukał. Nie chciał bez ostrzeżenia wkroczyć do izby Tiamuuri, nie był pewien, czy nie zastałby jej wówczas nagiej, siedzącej na posadzce przy oknie, pozwalającej, by promienie słońca padały na jej odsłoniętą skórę. Raz przypadkiem to zobaczył i nie umiał stwierdzić, czy poczuł się bardziej zażenowany czy zaskoczony. Tiamuuri sylwetką przypominała młodą dziewczynę, mogła się zdawać młodsza od niego. A poza tym... Mimo kształtów raczej kobiecych, jej ciało było bardziej jak opływowa rzeźba, bez wyraźnych cech płciowych, bez owłosienia, pokryte zapewne taką samą skórą jak jej ręce i twarz, suchą i szorstką jak u gada. Nie wydawała się także zawstydzona tym, że Chastir na nią patrzył, było jej to chyba obojętne. Przynajmniej nie była na niego zła...
- Wejdź – odezwał się zza drzwi głos z wciąż wyczuwalnym obcym akcentem. Chastir nacisnął ozdobną klamkę i pociągnął.
Tiamuuri siedziała w nogach łóżka.
- Chcesz się podzielić tym, co ci chodzi po głowie? - rzuciła zamiast powitania.
- Skąd...?
- Czuję to. Ożywienie. Niepokój. Silne emocje. Twoje serce przyspiesza, temperatura ciała rośnie...
- Ach tak – mruknął Chastir – Ale to tylko domysły. Mam pewną teorię dotyczącą nawrotów choroby u pani Kallingar.
Drzewna spojrzała na niego pytająco.
- I na co wpadłeś?
- Ktoś dostarcza jej jad w posiłkach – odparł Chastir. Zanim otworzył usta wyobrażał sobie, że jego głos zabrzmi znacznie bardziej pewnie. Jednak było inaczej, a spojrzenie dziewczyny od razu pozwoliło mu zrozumieć, dlaczego.
- Wiesz, co to oznacza, prawda? - spytała Tiamuuri – Że w domu przebywa ktoś, kto próbuje działać na szkodę gospodarzy. Wróg. Ukryty wróg próbujący podstępem zgładzić panią Loris. I nie ma pewności, czy na jednej ofierze poprzestanie.
Chastir usiadł na łóżku obok niej. Uparcie wbijał wzrok w swoje kolana, kiedy Drzewna mówiła dalej.
- Niezależnie od tego czy to prawda, czy istnieje inne wyjaśnienie, którego nadal nie możemy znaleźć, pan Kallingar zacznie szukać winnego, kiedy tylko mu powiemy.
- Posypią się oskarżenia – zgodził się Chastir niechętnie – Zacznie się polowanie. Tylko chyba nie ma sposobu, żeby tego uniknąć.
Nie było sposobu, Chastir to wiedział. I Tiamuuri z pewnością wiedziała tak samo dobrze jak on. Musieli porozmawiać o swoich podejrzeniach z panem Askadii. I w jakiś sposób doprowadzić do tego, żeby od początku poszukiwań winnego grono podejrzanych było jak najmniejsze.
Ruszyli w stronę salonu, gdzie spodziewali się znaleźć Fridricha. W drodze Tiamuuri zauważyła szczegół, który mógłby ułatwić im zadanie. Należało skupić się na tych, którzy w ostatnim czasie przebywali w kuchni albo odbierali stamtąd tace, aby zanieść je do sypialni chorej.
- Właściwie to stale to samo grono osób – wyjaśnił im gospodarz domu, kiedy oboje powiedzieli mu wszystko, co do tej pory zdołali ustalić i wymyślić. W czasie rozmowy mężczyzna podniósł się z ławy przy kominku i teraz górował wzrostem nad obojgiem. Był prawie tak postawny jak Joram i sprawiał wrażenie podobnie silnego.
- Kucharki, kilku młodych pomocników, niemal dzieci – wyliczał pan Kallingar – Posiłki donosili dwaj słudzy, częściej jeszcze osobista pokojówka pani Loris, która pracuje tu od lat i nie mieliśmy nigdy powodu, aby jej nie ufać. Nie zauważyłem, żeby od naszego powrotu ktoś, kto wcześniej nie bywał w kuchni, zaczął bez powodu tam się pojawiać. A ci, którzy tam pracują, wykonują tę pracę już dłuższy czas. Z jakiego powodu akurat teraz postanowili zgładzić moją żonę?
W oczach pana Askadii bysnął gniew, mężczyzna nerwowym ruchem potarł pięścią podbródek. Sama myśl o tym, że ktoś ośmielił się podnieść rękę na Loris sprawiła, że Fridrich zapragnął jak najszybciej wymierzyć sprawiedliwą karę takiemu śmiałkowi.
- Może to ma związek z waszym wyjazdem, panie – odezwał się niepewnie Chastir. Trochę przestraszył go wyraz twarzy tamtego, nie chciał, aby to na nim skupił się gniew earla.
- Nie widzę związku między rozmowami dyplomatycznymi w Demarze a jakimiś knowaniami w moim własnym domu – odparł Fridrich sucho, ale już spokojnie – Dotąd nic nie wskazywało, że ktokolwiek tu, czy wręcz w całej Askadii sprzyja Wirgińczykom. Powiedziałbym, że raczej zauważyłem wyraźną niechęć.
- Cóż więc zamierzacie uczynić, panie? - spytała Tiamuuri. Jako jedyna cały czas zachowywała swoje zwyczajnie opanowanie. Chastir odniósł wrażenie, że w jakimś stopniu to pozwalało panu Askadii również trzymać emocje na wodzy.
- W ciągu najbliższych godzin obserwować służbę kuchenną – odpowiedział jej gospodarz – Loris w tym czasie dostanie co najmniej jeden posiłek. Skoro w kuchni urzęduje teraz zielarz ze swoim pomocnikiem, moja obecność nie będzie tak bardzo nikogo dziwić. Mogę przecież patrzeć, jak powstaje lekarstwo.
- My również będziemy mieć oczy otwarte, panie – zapewniła Tiamuuri. Kiedy uznała, że rozmowa jest zakończona, od razu skierowała się do kuchni. Chastir zdał sobie sprawę, że podziwia ją i trochę jej zazdrości. Sam nie potrafił rozmawiać w taki sposób z osobami o tak wysokiej pozycji jak pan Kallingar, prędzej czy później czuł się w ich obecności jak uniżony sługa.
Następne godziny nie przyniosły rozwiązania ich wątpliwości. Praca w kuchni toczyła się swoim zwyczajnym rytmem. Nikt nie wydawał się być przeciwnym częstym wizytom gospodarza, wpadającego znienacka pod prestekstem obserwowania zielarza. Tiamuuri i Chastir przebywali tam cały czas, na co kucharki nie zwracały uwagi. Na początku wykazały jakieś zainteresowanie, ale potem skupiły się całkowicie na swojej pracy. Nikt nie stał się bardziej nerwowy, nie sprawiał wrażenia, że ma coś do ukrycia. Posiłek dla pani Kallingar przygototwywano w tym samym czasie, co obiad dla wszystkich domowników. To także odbywało się na oczach Tiamuuri i Chastira. Mięso pochodziło z tej samej pieczeni, która miała być wkrótce zaniesiona do jadalni, pieczywo odkładano na tacę w czasie dzielenia pajd między półmiski. Nikt w tym czasie nie poddawał żadnej z porcji dodatkowym zabiegom.
- Może wcześniej zatruto niektóre produkty? - zasugerowała Tiamuuri półgłosem. Chastir potrząsnął głową i odpowiedział jej równie cicho.
- Nie sądzę. W ten sposób do tej pory ktoś inny także już by się zatruł. Przy sposobie, w jaki teraz pracują, nie mieliby kontroli nad tym, w której porcji znajdzie się trucizna. Poza tym większość tych produktów pozyskuje się świeżo każdego dnia.
Tiamuuri z rezygnacją przyglądała się srebrnej tacy, na której leżał prawie gotowy posiłek dla chorej Loris. Wkrótce obok produktów miała stanąć mała czarka z lekarstwem, potem pokojówka przejmie tacę i zaniesie ją na górę swojej pani.
- Pokojówka – mruknęła Tiamuuri, zerkając w stronę drzwi, jakby ta, o której pomyślała, miała już stać w progu.
- I dwoje lokajów – zgasił ją szybko Chastir – Sądzę, że pan domu właśnie przeszukuje i przepytuje całą trójkę. Nie zdziwiłbym się, gdyby tym razem sam zaniósł obiad pani Loris albo polecił to zrobić któremuś z nas.
- Nie mam nic przeciwko, jeśli to zagwarantuje pani Loris bezpieczeństwo.
Chłopiec, uczeń zielarza ze stuknięciem postawił na tacy czarkę. Jedna z młodszych kucharek spojrzała w jego stronę.
- Już mam wołać po kogoś? - spytała. Inna kucharka pokręciła głową.
- Jeszcze trzeba wysłać któregoś chłopaka po wino – odparła i prychnęła – Nie chcę nic złego o naszej pani mówić, zwłaszcza, że chora i ma prawo do swoich zachcianek, ale nie rozumiem, dlaczego uparła się codziennie pić to cholerne wirgińskie wino! Gdyby to chociaż dobre było, ale cierpkie jak diabli, jak pewnie wszystko, co tamten parszywy naród pija!
Tiamuuri i Chastir natychmiast się ożywili. Drzewna siedziała tyłem do młodzieńca, ale w tym samym momencie, kiedy postanowiła wstać, usłyszała i poczuła, jak krew tamtego zaczyna szybciej krążyć.
- Jakie wino? - spytał Chastir. Czyżby był produkt, który docierał jedynie do pani Kallingar, tak, że nikt inny nie był narażony na jad?
- Białe wino, wirgińskie – odparła kucharka i lekceważąco machnęła ręką – Jakieś szczyny z Demaru, od tego wieprza Gralkora... Podobno obrzydliwe, pan Kallingar coś o tym wspominał... w sumie nic dziwnego, co taki Gralkor mógłby pić? Ale jakoś pani Kallingar zasmakowało i przywiozła dwie beczki do Askadii.
- Poślecie któregoś z pomocników do piwnic po to wino? - spytała żywo Tiamuuri – Możemy mu towarzyszyć?
Kucharka spojrzała na nią dziwnie i znów machnęła ręką. Nie dostrzegała w ich poczynaniach sensu, chociaż intuicja charakterystyczna dla żyjącej plotkami służby możnych panów podpowiadała jej, że coś jest na rzeczy. Coś wisiało w powietrzu i miało to zapewne związek z tak niezwykłą częstotliwością pojawiania się gospodarza domu w kuchni.
Chastir i Tiamuuri poszli za jednym z chłopców do piwnicy. Właściwie znali już drogę, byli tu kilka razy.
- Zawsze ty schodzisz po wino? - zagadnęła Tiamuuri chłopca, na co ten zaprzeczył.
- Jest nas czterech, idzie ten, który akurat w tym czasie nie ma nic do roboty – wyjaśnił. Szybko spuścił wzrok, nie chcąc, żeby Drzewna zauważała, w jaki sposób wpatruje się w jej twarz. Nigdy w życiu nie widział podobnej istoty, w dodatku wśród służby krążyły plotki, że ta dziwna dziewczyna wyczuwała emocje innych i wszelkie procesy zachodzące w ich ciałach a znaczne odległości ani mury zamku nie stanowiły dla jej zdolności przeszkody. W dodatku w służba kuchenna szybko zorientowała się, że Tiamuuri nic nie jada, żyje tylko wodą i światłem słonecznym. Młody kuchcik zastanawiał się nieraz dlaczego, skoro rzekomo posiadała te wyjątkowe umysłowe zdolności, nie potrafiła już na początku powiedzieć, na co chorowała pani Kallingar.
Tiamuuri przyglądała mu się badawczo. Chastir częściowo domyślał się, co Drzewna próbuje dostrzec. Szukała zapewne przejawów zdenerwowania, niepokoju spowodowanego tym, że ktoś patrzy mu na ręce. Z miny Tiamuuri młodzieniec wywnioskował, że jak dotąd nie znalazła tego, czego oczekiwała.
Minęli kilka podobnych do siebie pomieszczeń i wnęk z beczkami. Młody kuchcik wiedział, gdzie jest wino, którego potrzebował, bez wahania wszedł do jednej z małych wilgotnych izb i przeszedł między nieopisanymi beczkami, aby stanąć obok tej właściwej. Zdjął wieko, po otwarciu leżące na beczce dość swobodnie i nabrał nieco żółtawego płynu do kryształowego pucharku. Nadal spokojny, umieścił wieko na miejscu i odwrócił się, gotów ruszyć z powrotem do kuchni.
- Czekaj – zatrzymał go Chastir. Kuchcik zatrzymał się i spojrzał na młodego żołnierza, unosząc ze zdumieniem brwi.
- O co wam chodzi? - spytał – Patrzycie na mnie tak, jakbyście oczekiwali, że zamierzam napluć do tego wina... czy może wręcz nasikać.
- Niekoniecznie nasikać – odpowiedział Chastir, kładąc na te dwa słowa duży nacisk. Tiamuuri położyła mu dłoń na ramieniu.
- Daj spokój – powiedziała – To nie może być on. Jest jednym z czterech i nie uwierzę, że takich chłopców ktoś wciągnął w spisek.
Kuchcik zdezorientowany przenosił wzrok z jednej twarzy na drugą. O czym, na bogów, oni mówili?
- Wino prawdopodobnie jest zatrute – odpowiedziała Tiamuuri na jego niezadane na głos pytanie i w tym momencie chłopak był skłonny uwierzyć, że przynajmniej część opowieści o jej zdolnościach jest prawdziwa. Potem dotarło do niego, co oznaczają słowa Drzewnej.
- Sądzicie, że to ja? - zapytał. Głos załamał mu się ze strachu – Czekacie, aż spróbuję czegoś tu dosypać... Żeby złapać mnie na gorącym uczynku... Ale to nie ja! Nie miałbym celu w otruciu pani Kallingar.
- Chyba nie masz – zgodziła się Tiamuuri – W takim razie pozwolisz, że potrzymam pucharek a ty pokażesz nam wszystko, co masz w kieszeniach.
- Proszę – młody kuchcik wcisnął kieliszek w rękę dziewczyny i zanurzył dłonie w kieszeniach ciemnozielonych portek, ginących pod sięgającym do kolan białym fartuchem. Wyciągnął potem przed siebie na otwartych dłoniach kilka drobiazgów – dwie monety, krótki kawałek węgla do szkicowania, procę i kilka kamyków, parę pestek wiśni.
- Możesz to schować – zadecydował Chastir – I pozwolisz nam zanieść ten kieliszek do kuchni.
Kuchcik wzruszył ramionami. Wyraz jego twarzy mówił, że jest skłonny zgodzić się na cokolwiek, byleby przestali go podejrzewać. Tiamuuri podniosła pucharek do twarzy i próbowała przyjrzeć się zawartości w świetle wpadającym przez wysoko umieszczone małe piwniczne okienka. Przysunęła pucharek do ust i powąchała wino.
- A co jeśli jad jest w winie od początku... - myślała na głos. Chastir spojrzał na nią ze zdziwieniem.
- Myślisz, że ktoś zatruł wino w beczce? - spytał. Tiamuuri spojrzała na niego tak, że chłopak poczuł, jak robi mu się zimno.
- Ale do tego potrzeba dużej ilości jadu – zaprotestował Chastir – Trucizna nie mogłaby być za bardzo rozcieńczona. Już samo przyjęcie jadu doustnie... nie znam się na tym, ale wydaje mi się, że potrzeba go więcej niż w przypadku ukąszenia i bezpośredniego dostania się do krwi. Kto miałby dostęp do takich ilości jadu węża... Tego, jak wy go nazywacie?
- Pełzacza – odpowiedziała Drzewna, głęboko oddychając, chłonąc aromat wina, w którym poszukiwała obcej domieszki – A co do dostępu... Uważam, że w Demarze są osoby, które mają całkiem pokaźne kolekcje trucizn.
Spojrzała w głąb piwniczki, ku beczce, z której kuchcik nabrał wina i zawróciła. Po raz kolejny tego dnia Chastir poczuł nagłe ożywienie.
- Sądzisz, że wino zatruto już w Demarze? - spytał – Po co ktoś miałby chcieć otruć żonę Kallingara?
- Niekoniecznie żonę. Może, kiedy pani Loris poprosiła o wino, Allard Gralkor miał nadzieję, że pan Fridrich również będzie je pił. Wiesz, że Wirgińczycy nie lubią wielkich kerońskich rodów. Zatrucie głowy rodu mogłoby być Gralkorowi na rękę. W dodatku bez wzbudzania podejrzeń. Jak widzisz, pani Loris mogłaby jeszcze długo chorować i w końcu umrzeć „z nieznanych przyczyn”. Czy to jest to, co wy nazywacie zbrodnią doskonałą?
- Nie wiem. Ale jest jakiś sposób, żeby to sprawdzić?
- Jest – odparła Tiamuuri z satysfakcją – Musimy dowiedzieć się, czy już teraz w winie jest trucizna.
- Zaraz... chyba nie zamierzasz tego próbować?!
Tiamuuri już uniosła pucharek do ust. Patrząc, jak dziewczyna przełyka wino, pomyślał smętnie, że kiedy ta uparciucha coś postanowi, raczej nikt nie będzie miał szans jej powstrzymać.
- I jak? - spytał z niepokojem.
- Taka gorycz od tego jadu, że nie da się tego pić – skrzywiła się.
- Ludzie nie mają takich zmysłów – zauważył – A tobie to nie zaszkodzi?
- Nie wypiłam tego dużo. Zresztą na mnie nie działają takie trucizny jak na ludzi i zwierzęta. No, za to są inne substancje, które w większych ilościach mogą mnie wykończyć a wy jakoś to przeżyjecie...
- Musimy powiedzieć panu Fridrichowi i pani Loris.
Tiamuuri znów się uśmiechnęła.
- I dostarczyć im i zielarzowi to wino jako dowód. Niech to zbadają, udowodnią ponad wszelką wątpliwość, że wino jest nafaszerowane jadem pełzacza.
- Kogo o to obwinią?
- A czy to dla nas ważne? Jeśli moja teoria okaże się prawdziwa, w sprawę zamieszani są wpływowi ludzie z Demaru. To już nie nasza liga i nie nasze zadanie. Chyba nie zamierzasz mieszać się w międzynarodową politykę?
Mieszać się w politykę Chastir nie zamierzał. To nie należało ani do Tiamuuri ani do niego. Zrobili swoje, bogowie im sprzyjali i okazali się pomocni. Teraz pozostało się wycofać i pozwolić, żeby wielcy ludzie wzięli sprawy w swoje ręce. Jedną z najbardziej przydatnych rzeczy, jakich w życiu się nauczył, było nie wtrącać się w sprawy wielkich. Mrówka nie miałaby szans w konflikcie gigantów. Nie warto ryzykować zdeptania.

4 komentarze:

Nefryt pisze...

[Odzwyczaiłam się od dokładnych opisów, stąd minęło chwilę, aż zaczęło mi się "dobrze czytać". Ale to chyba efekt mojego rozbestwienia innym stylem tekstów, bo potem mnie wciągnęło. Podoba mi się pomysł z objawami zatrucia zamiast typowej choroby. Spodziewałam się bardziej czegoś w rodzaju zarazy. Ogólnie fajnie to wyszło... no i tępo ekspresowe ;)]

Szept pisze...

Jak ja lubię, jak ja kocham medyczne smaczki w wątkach. Czasem mi ich za mało w natłoku historycznych wzmianek czy innych takich. Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że to ta misja. Aż z napięciem śledziłam rozwój akcji i wyczekiwałam końca, aż się sprawa wyjaśni. Słowem, naprawdę mnie wciągnęłaś. Chociaż przyznaję, jak pierwszy raz wspomniałaś o beczułkach, zaczęłam je podejrzewać.
Kilka przecinków, które bym postawiła, rzuciło mi się w oczy, ale jak wcześniej mówiłam, ja je stawiam na czuja, co oznacza, że niekoniecznie poprawnie. I we fragmencie: "wisiałyliczne myśliwskie trofea zdobyte przez" zjadło ci spację.
Wrzosówek popularny :D Sama kiedyś wykorzystałam go jako miejsce epidemii magicznego ustrojstwa w dobrach earla Drummor, ale to było w wątku, nie notkowo.
Mogłabym powielać, że lubię twoje opisy, nawiązania klimatyczne, ale to już wiesz, bo to nie pierwsza twoja notka, w której się pojawiają :D
Szacunek za tempo pisania. Naprawdę. I za konstruowanie fabuły. Na to też masz jakąś receptę, którą się podzielisz?

Olżunia pisze...

Mimo że miałam spoiler i znałam zakończenie wcześniej, podobało mi się i przyjemnie się czytało. Mniej magii i fantasy, więcej kryminału i podszytych polityką rozgrywek między rodami. I tak, medyczne smaczki, fajnie wkomponowane. Dodatkowo dla mnie dużym plusem są kreacje postaci. I być może już to pisałam, ale podoba mi się brzmienie nadawanych przez Ciebie imion.
Przy opisie sali z trofeami dreszcz przeszedł mi po plecach, dosłowny, nie metaforyczny.
Twarde spojrzenie, mające w sobie jakąś determinację, przywodziło na myśl człowieka spoglądającego z głębi mrocznego tunelu, z którego uparcie i za wszelką cenę usiłuje się wydostać. – Mój ulubiony kawałek.
Musieli porozmawiać o swoich podejrzeniach z panem Askadii. I w jakiś sposób doprowadzić do tego, żeby od początku poszukiwań winnego grono podejrzanych było jak najmniejsze. – A tu jest gra słów! Winnego grono brzmi prawie jak winne grono, a trucizna była w winie! :D
Konkluzja w ostatnim akapicie - uwielbiam. Bardzo fajne zakończenie (przykuło moją uwagę, bo rzadko podobają mi się zakończenia).

root pisze...

Winne grono całkiem przypadkiem mi wyszło, chociaż nie ukrywam, że od 8 lat mam coś w rodzaju jasnowidzenia, które działa tylko przypadkowo i bez mojego świadomego udziału.
Imiona i nazwiska staram się wymyślać takie, które nie nasuwają oczywistych skojarzeń z językiem angielskim.
Takie medyczne wstawki to dlatego, że jestem na studiach biochemicznych i w dzieciństwie odkąd umiałam czytać, moje ulubione lektury to był ilustrowany atlas biologiczny i "Księga Ludzkiego Ciała" ;)
Miło mi, że ktoś moje wypociny czyta i ma o nich dobre zdanie.

Prawa autorskie

© Zastrzegamy sobie prawa autorskie do umieszczanych na blogu tekstów, wymyślonego na jego potrzeby świata oraz postaci.
Nie rościmy sobie natomiast praw autorskich do tych artów, które nie są naszego autorstwa.

Szukaj




˅ ^
+ postacie
Rinne Lasair