Przewodnik

Linki-obrazki

Misje
I. Więzi przyjaźni
Spotykasz po latach kogoś, kto dawniej był ci bliski. Wplątuje cię on w jakąś historię, która nie dość, że z czasem się komplikuje, to w dodatku budzi w tobie wątpliwości co do intencji przyjaciela.

II. Linia frontu
Kerończy natarli na Prowincję Demarską. Oblegany jest sam Demar. Jedni ludzie stają do walki, inni uciekają ze spalonej ziemi. Napastnicy, obrońcy i cywile. Po której stronie staniesz?

Opcjonalnie: Udział w buncie niewolników w Wirginii bądź inne miejsca walk.

III. Rekonwalescencja
W nie najlepszej kondycji trafiasz do wioski lub klasztoru. Wydaje ci się, że trafiłeś w dobre ręce i że wkrótce będziesz mógł opuścić to miejsce. Okazuje się jednak, że z pozoru życzliwi i uprzejmi ludzie skrywają przed tobą jakąś tajemnicę.

IV. Zabij bestię
Coś napada, nęka mieszkańców. Zawierasz umowę z wójtem - dostarczysz głowę bestii za określoną cenę. Okazuje się jednak, że stworzenie nie działa bez powodu - jest w jakiś sposób prowokowane przez mieszkańców.

Opcjonalnie: Bestia jest wrażliwa na hałas z karczmy albo ludzie naruszyli w jakiś sposób jej rewir (weszli na jej teren, zajęli leże ze względu na drogie surowce itp.)

V. Nielegalne walki
Dochodzą cię słuchy o nielegalnych walkach prowadzonych w okolicy. Położysz im kres czy może postanowisz wziąć w nich udział dla własnego zysku? Pieniądze nie leżą na ulicy.

VI. Zlecone zabójstwo
Dochodzi do zamachu, w wyniku którego ginie ktoś ważny. Podejmujesz się odnalezienia zabójcy – albo jego zleceniodawcy. Od ciebie zależy, czy dojdzie do aresztowania winnych, czy pomożesz im uniknąć kary.

VII. Egzekucja
W mieście lub wiosce szykuje się egzekucja. Znasz sprawcę albo sam doprowadziłeś do jego schwytania. Realizacja wyroku coraz bliżej.

Opcjonalnie: Z czasem nabierasz wątpliwości, czy skazaniec faktycznie jest winny i chcesz go uwolnić lub dochodzą cię pogłoski, że ktoś może chcieć uwolnić kryminalistę.

zamknij
Dodaj do WTP Spis kodów
Spis opowiadań
Kiedyś przyjdzie mi za to wszystko zapłacić... Weselicho, czyli tańcz, jedz i chędoż za darmochę! Oszukać czas. Oszukać przeznaczenie. Oszukać... siebie. Baśń o wolności: Preludium Świątynia Ażubora (1) Wszystkiego krówkowego! (okolicznościowa, krótkie opowiadanie "Motyw przewodni - Prezent". Ta dam, pamiętaliśmy! I - Wezwanie pomocy: alchemio, przybywaj! Gdy demon odzyskuje człowieczeństwo, przypomina sobie jak być człowiekiem. Nikt nie zna prawdziwego bólu do czasu aż nie straci kogoś bliskiego sercu. Niedopowiedziane historie Wendigo i Driada Szczurzy dzień (autor: Szept, Silva) Domek, zupa, sukkub i historia (autor: Elias) Sen i niespodzianki (autor: Elias) Boląca strata i niepokojący gość! (autor: Elias) Cienie i nowy przyjaciel (autor: Elias) Kruki (autor: Elias) Cienie i Starsze Dusze (autor: Elias) Zawsze jest kolejna tajemnica (autor: Silva) Zło Kor'hu Dull (autor: Elias) Złodziej Twarzy i Koszmar (autor: Elias) Królewiec (autor: Elias) Przed świtem (autor: Nefryt) Król Żebraków i nowe drzwi (autor: Elias) Akceptacja (autor: Elias) Nostalgia (autor: Nefryt) Nowa droga i niespodziewane wyznanie? (autor: Elias) Biały i zielony daje czerwony! (autor: Elias) Nowe wyzwania w nowym życiu (autor: Elias) Krąg tajemnic (autor: Elias) Jack (autor: Elias) Czasami to mrok daje najwięcej światła (autor: Elias) Trzy sceny o szpiegowaniu (autor: Nefryt) Morze bólu. Promyk nadziei ... (autor: Elias) Nie ma sensu szukać guza. Chyba, że jest się najemnikiem (autor: Silva) Sól (autor: Aed) Dyjanna Muirne: Miecz może być dowodem wszystkiego (autor: Zorana) Opus Magnum I (autor: Iskra) Uszatek i Kwiatek na tropie przygody: Przypadłość parszywej gospody (autor: Paeonia i Szept) Gdy gasną świece (autor: Zombbiszon) ... Najjaśniej płoną gwiazdy nadziei. (autor: Zombbiszon) Elias cz. 1 (autor: Zombbiszon) Elias cz. 2 (autor: Zombbiszon) Historia (autor: Zombbiszon)
zamknij

Chat


[W tekście zieje jeden średniowieczny odbyt]

Pozostało 13 dni, 0 godzin, 0 minut.

W Devealanie biły dzwony. Ich dudniący, żałobny śpiew niósł się po wirgińskiej stolicy, ogłaszając bezkrólewie. Mieszczanie, przed którymi nagłą niemoc władcy utrzymywano w tajemnicy, zaskoczeni podnosili głowy. Milkł gwar w gospodach, zamierały kupieckie kramy. Dworzanie szeptali między sobą, wymieniając domysły i plotki. Nikt nie wydawał się szczególnie zasmucony. Już prędzej zszokowany... Król zachorował niewiele ponad tydzień temu. Nadworni medycy twierdzili, że to zwykłe osłabienie, że siły władcy nadwątlił brak umiaru na minionej uczcie, że to normalne w tym wieku, że minie... Czekali siedem dni. Dłużej nie mogli, bo król umarł. 
Jego jedyne dziecko siedziało w żałobnych szatach, z czarną woalką na twarzy i wzrokiem utkwionym w oknie. Ludzie krzątający się po dziedzińcu... Niebo o barwach takich, jak nigdzie indziej... Zapach pustyni... I rozmowa tocząca się tuż obok... To wszystko jakby nie miało dla niego znaczenia. Wydawało się całkiem obojętne.
Zajmujący miejsce obok niego namiestnik przesunął palcami po zaplecionej w krótki warkoczyk bródce. 
- Taak… Sytuacja jest dość problematyczna - zaczął, patrząc kolejno na zgromadzonych w Sali Audiencyjnej lordów. Dwa miejsca przy rzeźbionym stole wciąż były puste, choć zebranie rozpoczęło się dobre kilka minut temu. Wiadome było, że ojciec rodu Darton zginął w czasie przeprawy przez Góry Mgieł. Wdowa po nim miała ważniejsze rzeczy na głowie, niż podróż do stolicy: lennicy na wieść o śmierci swego pana wszczęli rebelię. Brakowało także przedstawiciela Arhinów, choć to akurat namiestnika nie martwiło. Władca od dawna nie darzył tego rodu sympatią… a przecież niechęć króla powinna być niechęcią jego namiestnika. – Według prawa, jeśli władca umrze bezpotomnie, powinniśmy koronować jego brata. A ten, jak wiemy, jest… nie całkiem kompetentny.
Któryś z arystokratów parsknął.
- Przecież to wariat! 
- W dodatku eunuch!
- Nie ma mowy!
- Ale król nie umarł bezpotomnie – odezwał się namiestnik. Przekrzykujący się arystokraci ucichli. Spojrzeli na siedzącą przy oknie postać, jakby dopiero przypomnieli sobie o jej istnieniu. Spod czarnej woalki popatrzyły na nich nieobecnie dziewczęce oczy. – I wspomniał o niej w testamencie.
- To kobieta.
- Nie jestem ślepy, lordzie Werns – odparł zimno namiestnik. – Co nie zmienia faktu, że jej ojciec zapisał w testamencie, że to ona ma zostać władczynią.
 Hakan Werns, niespełna dwudziestoletni pan zachodniej prowincji, uśmiechnął się przebiegle. – O, to akurat żaden problem. Niech sobie będzie… władczynią. 
- Sugerujesz, by… - zaczął jeden z arystokratów.
- … by wyszła dobrze za mąż. Zapewniła wsparcie państwu i ciągłość dynastii. - Królewna spuściła głowę. Teraz jej wzrok błądził gdzieś po podłodze.
- W takim razie trzeba rozesłać pisma – przedstawiciel rodu Madrem wstał od stołu.
- Siedź – odezwał się namiestnik. – Jeżeli okażemy teraz słabość, do głosu dojdą buntownicy. I Keronia. Nie mamy czasu na przepychanki. Mąż musi być pewny.
- Czy masz kogoś konkretnego na myśli?
Lordowi Wernsowi wydało się, że widzi nieznaczny uśmieszek na pociągłej twarzy namiestnika. A może to tylko gra cieni? Zmarszczył brwi. Albo jest przewrażliwiony… Albo coś tu jest bardzo nie tak. – Nasz miłościwy król wspominał swego czasu coś o odnowieniu sojuszu z Quinhgeną – napomknął, obserwując reakcję namiestnika. Ten nawet się nie poruszył. 
– Kibba Sallah-den?
- Mhm. 
Teraz Werns był niemal pewien, że widział napinającą się żyłkę na skroni namiestnika. Popatrzył po przedstawicielach innych rodów. Czyżby niczego nie zauważyli?
Namiestnik milczał przez chwilę. Potem zapytał: - Co na to Nasza Wysokość? 
Królewna wstała. Przeszła się dookoła stołu, zatrzymując się przy namiestniku. Jej kroki były ciche, garbiła się nieco, jak ktoś nieudolnie umykający przed spojrzeniami.
- Jest stary – miała nienaturalny głos, podobny do szeptanego krzyku. 
- Ma pięćdziesiąt pięć lat. Ale… - namiestnik się uśmiechnął – są i inni kandyda…
- Choćby ten młody Arhin – wszedł mu w słowo Werns. 
- Nie godzi się, by królewska córka poślubiała swego poddanego – wtrącił przywiązany do konwenansów lord Madrem.
- Owszem, w zwykłych czasach nie. Ale zastanówmy się nad naszą sytuacją. Nasi książęta są ze sobą blisko spokrewnieni. Keronia, jeśli dojdzie do mariażu, wymusi na nas                            ustępstwa. Unia z Quingheną byłaby niewątpliwie korzystna, ale nie zapominajmy, że małżeństwo wbrew woli, to wystąpienie przeciw bogom.
- Do ciężkiej dżumy z bogami! Jesteśmy poważnymi ludźmi, tak?
W sali zapadła ciężka cisza.
- Pragnę przypomnieć, lordzie, że tacy sami „poważni ludzie” doradzali wykorzystanie niewolników w kopalniach srebra. I co mamy? Pustynię mamy! Piach wszystko zasypał!
- Bo jakiś idiota dał za mało stempli!
- Bogowie go zesłali!
- Bogowie zsyłają idiotów – podsumował namiestnik z pobłażliwym uśmiechem. – Jestem pewien, że kapłani się z tobą zgodzą. A może by tak wreszcie do rzeczy?
- Jest jeszcze Wega.
- Wega? A gdzie to jest? 
- Między Quingheną a Keronią. 
- A, to małe coś. I co z tym?
- No mają księcia. Elfiego chyba.
- Szpicouch na naszym tronie?! To może w ogóle weźmy krasnoluda! I zmieńmy się w Krasnoludzką Republikę Ludową. 
Namiestnik złapał się za głowę. Lord Werns miał ochotę zrobić to samo.
- Błagam, do rzeczy! 
- Za oceanem siedzi podobno jakiś króliczyna bez żony. 
- Same ustalenia zajmą kilka miesięcy. Nie mamy tyle czasu. Mówię wam, Arhin nie będzie zły.
- Lubisz go.
- Kocham od razu.
- A kto cię tam wie, lordzie Werns.
- Ale… - wtrącił się niepewnie lord Madrem.- Jeżeli weźmiemy pod uwagę czystość krwi, Arhin rzeczywiście będzie najlepszym kandydatem. 
- Jego ród wygasa – stwierdził namiestnik.
- Jak większość rodzin czystej krwi – odparł Werns. 
Lord Madrem uniósł wskazujący palec.
- A to wszystko przez keronijskie branki – stwierdził.
- Nie rozumiem, co mają do tego…
- No, bo przez nie krew się miesza. 
- To ich wina? – jeden z lordów podchwycił z wyraźnym zainteresowaniem.
- No tak, bo są ładne. I biegłe w…
- Dość! Czy możemy zająć się umiejętnościami keronijskich branek później? Na przykład po zebraniu? Lordzie Werns, wspominałeś o Arhinie. Nie powiem, żeby podobał mi się jako pretendent do korony. Nawet nie przybył na zebranie. – Jakby mu na tym zależało. 
- Arhin walczy w Keronii – wtrącił milczący dotąd lord Aron. 
Hakan Werns skinął głową.
– Tak na marginesie, podobno niezły strateg – Młody lord nie wiedział, że właśnie uspokoił wywołane wcześniej obawy namiestnika. Bo skoro strateg… to pewnie dalej poprowadzi wojnę z Keronią. Zadowolony z tego, że pokrzyżował szyki namiestnikowi, Hakan nie zauważył spojrzeń, jakie wymienili dwaj inni lordowie. Jeden z nich rozkaszlał się nagle, twarz nabiegła mu krwią. 
- Wo-wody – wychrypiał. Znów spojrzenia… Namiestnik chwycił go pod ramiona i wyprowadził z sali. Wrócił kilkanaście minut później. Sam.
- Lord Fregyn czuł się zbyt źle, by do nas wrócić. Zadbałem, by służba należycie się nim zajęła – oświadczył. – Wracając zaś do meritum… Młody Arhin… - w zamyśleniu przesunął palcami po bródce. – Taak… 
- Wysłać do niego list?
Namiestnik znów dotknął warkoczyka.
- Taak.
***
Pozostało 6 dni, 5 godzin, 0 minut.

Leżała pomiędzy świeżymi źdźbłami trawy, błyszcząc czerwienią płomienia. Gładka jak tafla najdroższego lustra, ostra na brzegach. Pamiętała żywe, ciepłe ciało pod sobą… to, jak pulsowało podczas lotu. Jak pod nim przesuwał się tutejszy świat… Dla chłopów, których wioski ryzowały się niewyraźnie w dole niemniej ważny… a może ważniejszy, niż to wszystko, co dalej. Pamiętała, jak ciało pod nią drżało w radosnych uniesieniach, jak pokrywała ją wilgoć, gdy chroniła je przed chłodem przecinanych chmur. Była łuską, przyniesioną przez wolny wiatr. Łuską zgubioną przez smoka. 
Kerończycy mawiali, że smoki zwiastują wolność.
Dziecięca stopa nastąpiła na coś ostrego. Dziewięcioletnia Rosanna skrzywiła się i pokuśtykała dalej na jednej nodze, wczepiając się rączkami w lnianą tunikę idącej obok niej kobiety. 
- Czemu smoki nie istnieją? Czemu tak powiedziałaś? – dopytywała się dziewczynka. Kobieta odsunęła z twarzy kosmyk włosów, pozwalając, by czarne pasma rozwiał wiatr.
- Bo wszyscy tu żyjemy przeszłością – mruknęła. Poczekała, aż dziewczynka odzyska równowagę i ruszyła dalej. Szła szybko, gniewnie.
- Nefryt, zaczekaj. Zaczekaj…
Kobieta wbiegła w zimną wodę. Poczuła pod stopami gładkie kamyki. Zatrzymała się. Słońce świeciło jej w twarz. Westchnęła, przymykając oczy.
- Ty myślisz o tym, co powiedział Neth.
Drgnęła. 
Wracali z bitwy… z rzezi?  Oddychała ciężko, resztką sił utrzymując przed sobą bezwładne ciało Varena. „Szybciej” – błagała, czując przesiąkającą przez jego opatrunek krew. „Szybciej” – choć jednorożec nie mógł galopować prędzej.
Wpadli między namioty, podnosząc tuman kurzu.  – Pomocy – wyrzęziła. Słabła. Jeszcze chwila, a spadnie na ziemię. 
Wokół zaroiło się od jej ludzi. Zajęto się rannym Varenem. Neth zdecydowanym ruchem zdjął ją z grzbietu wierzchowca. Pamiętała, jak niósł ją, bez trudu, bez wysiłku, za to ze złością. 
- Postąpiłaś głupio.
-  Tu chodziło o wolność jednego z nas.
- Jesteś bardzo słaba – stwierdził. Przez dłuższą chwilę słyszała tylko miarowe bicie jego serca, mieszające się z szumem wiatru w koronach okolicznych drzew. – Wolność nie istnieje, Nefryt. – powiedział w końcu. – To bajka. Taka sama, jak historyjki, które opowiadasz Rosannie.
- Więc… po co to wszystko? Po co żyjemy? Po co mamy bunt, serca, wolne myśli? Powiedz mi, po co to wszystko?
- Nie wiem. Widzę za to, jakim kosztem. 
Westchnęła cicho. Czy o tym myśli?
- Tak, często. – Mogła udawać przed innymi, że tak nie jest, ale więzienie wyniszczyło ją bardziej, niż wszyscy się spodziewali. Była nie tylko bledsza, nie tylko słabsza i chudsza. Czasem miała wrażenie, że podczas przesłuchań zużyła całą siłę woli. Myślała wtedy: wytrzymasz. Nie zdradzisz.
 Wytrzymała. Ale co dalej? Każda porażka, każde wahnięcie sił przyczyniało się do niezgody, która rozsiewała się w obozie jak chwast. To już nie była kwestia pojedynczego szpiega. Wewnętrzne spory zżerały  ich wszystkich od środka. Kilka tygodni, może nawet dni i zostanie z nas garstka skłóconych banitów! Takie powierzchowne anse – bo ten ma coś za złe drugiemu, tamten nie lubi elfów, a jeszcze ktoś ma po prostu trudne dni… Okaże się, że sami sobie zrobimy to, czego nie udało się osiągnąć Escanorowi. 
- Nefryt, ale ty nadal będziesz bić złych ludzi?
Herszt uśmiechnęła się smutno. „Bić złych ludzi”. Dlaczego nie potrafi być dobrą, czyniąc dobro? Walczy. Zabija. Tak samo, jak oni, tyle, że po właściwej stronie. Właściwej? Co znaczy: „właściwej”?
- Będę – stwierdziła. Ona będzie. Dopóki Keronia nie odzyska wolności… lub dopóki nie zginie.
Dziewczynka podeszła do niej, z pluskiem brodząc w chłodnej wodzie. Nefryt popatrzyła na nią z nieznanym sobie dotychczas uczuciem. Z jakąś dziwną czułością, ale inną, niż czuje się do mężczyzny. Inną, niż okazuje się siostrze. 
- To dobrze – na twarzyczce Rosanny pojawił się szczery uśmiech. W zielonych oczach zatańczyły wesołe iskierki. – Bo jak będę starsza, to będę ci pomagać. 
- Ros! To nie jest… To ci się wydaje takie dobre, jedyne i właściwe. Ale takie nie jest. Nie wszystko, co robię, jest dobre. Nie jestem mityczną bohaterką.
- Gnomowi też wydawało się, że nie jest dobry. 
- Ale to była bajka, Ros. Nie życie. 
- Bajki opowiada Leylith. Twoje są…
-…demoralizujące dla dzieci  - mruknęła Nefryt.
- Co to jest demra… demola… demorali….
- Demoralizujące. Niewłaściwe, nieodpowiednie dla takich panienek, jak ty. Wypaczające charakter. Robiące z miłych dzieci wrednych terrorystów… desperatów-nacjonalistów…i urzędników skarbowych.
Rosanna parsknęła śmiechem. 
- To podemrali… no coś tam ze mną.
Nefryt założyła ręce i udając zagniewaną, usiadła na trawie, opierając się o pień drzewa. Rosanna przykucnęła obok. 
- Idziemy do Leylith. Ona niech ci bajki opowiada – mruknęła Nefryt, ale nie wstała. Zgodnie z przeczuciem, odpowiedzią było piskliwe zaprzeczenie.
- Ty opowiadasz lepsze.
- Ale jej bajki przynajmniej dobrze się kończą.
- No właśnie.
Wychowałam obszarpańca-pesymistę.
- Którą chcesz bajkę?
Dziewczynka popatrzyła na nią z zachwytem. 
- Tą o „Rycerzu”. 
- Opowiadałam ją kilka razy.
- Ale nigdy nie skończyłaś. – Rosanna pociągnęła ją za rękaw. – No proszę… - Przechyliła zabawnie rozczochraną główkę. 
- Nie proś. – Herszt popatrzyła na nią z powagą. – Pamiętaj zawsze: nie masz właściwego pochodzenia, by twoja prośba dla kogokolwiek się liczyła. Podobnie rozkaz. Nie masz także siły, by zwycięstwem poprzeć swoją rację. Musisz więc uczynić swoją bronią język i intelekt. Pomyśl, dlaczego mam ci opowiedzieć tę bajkę?
- Bo…
- Nie mów tego. To twój cel. Teraz pomyśl, czy ja mogę coś zyskać, opowiadając ci tę bajkę? Coś, co rzecz jasna nie uczyni przykrości tobie?
- No… nie wiem.
- To się dowiedz. Teraz to tylko ćwiczenie, ale kiedyś ta umiejętność może ci uratować życie.
Rosanna kiwnęła główką. Przez dłuższą chwilę obie siedziały w milczeniu.
- Nefryt, a moja mama? – zapytała nagle dziewczynka. – Ona tego nie umiała, prawda?
Herszt bandy zacisnęła wargi. Myślała chwilę, nim odpowiedziała: - Twoja mama miała pecha. Tak bywa.
Dziewczynka przycisnęła się do niej, obejmując ją szczupłymi rączkami. Nefryt, w swoim odczuciu trochę niezdarnie, pogłaskała ją po plecach. 
- A czy jest jakiś sposób… na pecha?
Herszt zacisnęła dłoń w pięść. – Tak – mruknęła. – Wybić do nogi Wirgińczyków. – Zerwała klika źdźbeł trawy i przesypała je między palcami. - I co z tą bajką? Wymyśliłaś już, czemu mam ci ją opowiedzieć? – celowo zmieniła temat. 
- Pomyślałam, że może dlatego, że… że lubisz opowiadać? 
Nefryt uniosła do góry brew. To aż tak widać? Ułożyła się wygodniej na trawie. 


Działo się to w niespokojnych czasach. Wiejące od północy wiatry zdawały się potwierdzać to, co od tygodnia powtarzali cicho kupcy z dalekich stron. Nadchodzi zima -  szeptano z lękiem. Pustynie zmieniały się w lodowe pustkowia... Krew zamarzała w żyłach ludzi i zwierząt. Do stolicy coraz częściej napływały złe wieści. Ginęli ludzie. Czasem pojedynczy wędrowiec... czasem rodzina... czasem cała wieś... Nikt nie był bezpieczny.
I pomyśleć... pomyśleć, że to właśnie w tej zawierusze przyszło na świat dziecko. Błękitnooki chłopiec, wyczekiwany syn młodej matki. Urodził się, kiedy ojciec stracił już nadzieję na swojego następcę. Dorastał wśród wygód... a jednak w dziecku było coś mrocznego. Mówiono, że upodobali go sobie źli bogowie. 
Minęła zima, minęło lato... Chłopiec wyrósł na młodego mężczyznę. Niedługo po tym, jak został pasowany na Rycerza, wyruszył w świat. Chciał wolności. 
Tymczasem daleko stąd, w Kraju Puszczy, rządziła tchórzliwa Królowa. Wszędzie wokół siebie wietrzyła spiski i drżąc - zapewne słusznie - o swoją pozycję, nakazała swoim sługom sprowadzić do swojego pałacu kogoś, kto by ją chronił, był przedłużeniem jej wzroku. Służących było trzech, a każdy z nich uznawał inne cechy za ważne. Postanowili więc, że każdy przywiedzie do pałacu jednego człowieka, a wybór pozostawią Królowej.
Pierwszy ze sług najbardziej cenił sobie odwagę. Znalazł więc dzielnego wojownika, jednak nim doprowadził go przed oblicze Królowej, człowiek ten, bardzo zresztą porywczy, zamieszał się w uliczną bójkę. Zginął, a sługa trafił do niewoli.
Drugi sługa wierzył w potęgę rozumu. Wybrał najmądrzejszego spośród mędrców i namawiał go, by udał się z nim do Królowej. 
-Zaczekaj, panie - odpowiedział mędrzec. - Muszę wpierw dokończyć czytać tę księgę. - Czekał więc sługa dni, tygodnie i miesiące. Być może czeka tak do dziś, bo wciąż nie stanął przed Królową.
Trzeci służący... był zdrajcą.
Załatwiając własne interesy, usłyszał o młodym Rycerzu. "On pochodzi z obcego kraju. Może być dobrym sojusznikiem dla mnie, ale nie dla Królowej" - myślał. Czym prędzej wyjechał na spotkanie Rycerzowi. Młodzik wysłuchał przekazanych mu przez sługę słów Królowej. Wahał się. Sprzymierzając się z obcym państwem splami honor rodu...Sprzeciwi się woli ojca. 
- Rozumiem twoje rozterki, panie - powiedział wtedy obłudny sługa. - Ale nie od dziś wiadomo, że twój ród ma zatargi z waszym królem. Solidarność z państwem nie oznacza wierności królowi.
Niebawem stało się to mottem "Rycerza". 
Przed obliczem Królowej przyszło mu stanąć miesiąc później. Ujrzał ją i zakochał się bez pamięci. 
- Czy jesteś gotów mi służyć? Czy przysięgasz patrzeć tam, gdzie nie sięga mój wzrok? Słuchać, co mówią z dala od mych uszu? Czy przysięgasz pozostać wiernym, a kiedy każą ci wybrać między mną, a własną matką, wybierzesz mnie? - zapytała. On po raz pierwszy i ostatni spojrzał jej w oczy. 
- Przysięgam.
Minęło kilka lat... Oprócz "Rycerza" znaleźli się inni. Jedni szukali bogactwa, inni przygody. Byli też tacy, którzy uciekali od dawnego życia. Powstała cała grupa...Grupa złożona z różnego rodzaju wyrzutków. Stali się dla siebie czymś w rodzaj rodziny. Co jakiś czas Królowa wzywała do siebie jednego z nich, by wyznaczyć mu nowe zadanie. Tymczasem w Kraju Puszczy zaczął się panoszyć okrutny gad, zwany Wiwerną. Pustoszył kolejne grody i pożerał poddanych Królowej. 
- Pani - mówili jej doradcy. - Musisz rozprawić się z bestią. - Królowa rozumiała, że nie ma innego wyjścia, jak zgładzić gada. A że bała się wszelkiej walki, wezwała do siebie "Rycerza".
- Przynieś mi głowę wiwerny - powiedziała. 
Wyruszył więc "Rycerz" w drogę, a im bliżej był groty gada, tym straszliwsze rzeczy o nim słyszał. Okazało się też, że wejścia do groty strzegą potwory, których nie sposób obejść. "Rycerz" długo się zastanawiał, jak w takim razie ma wypełnić swoje zadanie. Królowa nie posłałaby go przecież na pewną śmierć? Musiał istnieć jakiś sposób.
I istniał. W kraju, gdzie urodził się "Rycerz" zmarł król. Oprócz kraju, pozostawił po sobie bogactwo i... czarodziejską Różę, która czyniła swego posiadacza niewidzialnym, gdy tego zapragnął. 
„Rycerz” pokonał rywali, pragnących otrzymać królestwo i Różę, ale kiedy ujrzał kwiat, okazało się, że znacznie odbiega on od jego oczekiwań. Róża była spleśniała. Biały nalot szpecił jej i tak już przywiędłe, posklejane wilgocią płatki. 
- Myślałem, że róże są piękne.
Róża rozchyliła nieco płatki.
- Myślałam, że rycerze są rycerscy...Dla wszystkich - wyszeptała.
- Potrzebuję niewidzialności, Różo. Dasz mi ją? Czego chcesz w zamian?
Płatki róży na powrót opadły. "Chciałam powiedzieć: uśmiechu" - pomyślała. "Czyjegoś uśmiechu dla mnie, choć raz". Popatrzyła na jego pełną obrzydzenia minę. 
- Pomogę ci - powiedziała tylko. 
Nie wiadomo, czy Róża dotrzymała słowa. Nie wiadomo, czy "Rycerz" kiedykolwiek pokonał Wiwernę. Ostatnie, o czym mówią, to że Królowa znalazła się w niebezpieczeństwie... A fałszywy sługa ponownie rozmawiał z "Rycerzem". Oferował mu życie w innym kraju. Szczęśliwszym, bezpieczniejszym... Daleko od brzydkiej Róży i rozkazów Królowej. Od zmartwień... Oferował mu wolność. 
- Pomyśl o tym, co cię tu czeka...
I "Rycerz" pomyślał. O Królowej. O swojej "rodzinie" z Kraju Puszczy. O wszystkich tych, których napotkał po drodze, a których imiona zapomniano...
I został - dokończyła cicho Nefryt.
Z jej głosem zmieszał się natychmiast inny, głośniejszy, przepełniony niepokojem.  
- Neefryt! Neeefryyyt! - Herszt poderwała się z ziemi. 
- Tu jesteśmy!
Zza drzew wypadło dwóch jeźdźców na spienionych koniach. Pierwszy z nich raptownie ściągnął wodze i zrzucił z głowy kaptur. Peleryna zafalowała, idealnie zlewając się z poruszanymi przez wiatr liśćmi. 
– Jadą prosto na obóz! – krzyknęła Neresza.
- Kto?!
- Łowcy nagród – Nefryt miała właśnie odetchnąć z ulgą, zapaleńcy liczący na nagrodę za jej głowę byli raczej słabo zorganizowani, gdy Neresza dokończyła: - Z wirgińskim oddziałem.
O, w rzyć. Fanatycy i broń w jednym.
- Ile mamy czasu i ilu ich jest? 
- Jadą od wchodu, dwudziestu zbrojnych. Będą najdalej za dwie godziny!
- Lekka jazda?
- Tak. W obozie już wiedzą.
Herszt zmarszczyła brwi.
- Czekaj. Tylko dwudziestu? Nie ma z nimi nikogo więcej?
- No… Naliczyłam jeszcze dziesięciu, ale na pewno nie mają broni. Ścinali drzewa w lesie.
- Stare drzewa? –  Ale… Po co?
- Nie, takie, ja wiem… na oko po pięć, sześć metrów wysokości miały.
Herszt nieznacznie się skrzywiła. Przecież to nie miało sensu. 
Drugi z jeźdźców wciąż się nie odzywał, ale Nefryt wiedziała, że to Meri. Odkąd się pokłóciły, zielonowłosa trzymała się Nereszy, całkowicie ignorując herszta. Minie jej.
- Nesza, miałyście z Rosanną jechać do Królewca. Jedźcie teraz. Tak będzie bezpieczniej. - Lepiej, by nie kojarzono Nereszy z bandą. Lepiej, by Rosanna nie musiała oglądać bitwy. – Meri, jedź do obozu. Przygotujesz zaplecze. Razem z tobą Leylith, Szrama… i Neth.
- A ty? – Nefryt usłyszała głos Meri pierwszy raz od jakiegoś tygodnia. 
- Pokieruję szarżą.
- Potrzebuję kogoś cichego, żeby ubezpieczyć wasz odwrót. Z łukiem, albo…
- Zostanie z wami Ronan. Z łukiem.
- Może jeszcze Marcus? 
- Mam dla niego inne zadanie.
Meri wahała się przez chwilę. Potem posunęła się do przodu na końskim grzbiecie. 
– Wsiadaj. 
Nefryt pokręciła głową. 
- Pójdę skrótem. 
Meri popatrzyła za odwracającą się od niej Nefryt. Wiedziała, że herszt lubi niekiedy chodzić własnymi ścieżkami. Lubi samotność… Było jej to obojętne. Do czasu, aż Nefryt przestała wychodzić sama. Od jakiegoś czasu wybywali z Nethem na całe godziny. Kilka razy podsłuchała też, jak rozmawiają do późna w nocy. Nefryt opowiadała o miejscach, w których nigdy nie byli. O tym co poznała, co wie. Bardzo dużo o strategii, o polityce. 
Herszt przygotowywała następcę. 
Meri poczuła jakiś dziwny żal. 
- Będzie jeszcze jedna grupa. Z drugiej strony. Ciężkozbrojni – powiedziała nagle.
Nefryt odwróciła się raptownie. Przez krótką chwilę, zanim herszt ukryła emocje, Meri widziała na jej twarzy strach. Popatrzyła hardo na herszta. Właściwie czemu to powiedziała? Nie dla Nefryt. Tego była pewna... I właściwie tylko tego.
- Skąd wiesz? I czemu mówisz o tym dopiero teraz?!
Zielonowłosa wzruszyła ramionami.
- Tak sobie przypomniałam.

***
Pozostało 6 dni, 4 godziny, 30 minut.

Obóz opustoszał. Między otaczającymi tymczasowa kryjówkę drzewami widać było plecy ostatnich wojowników, zmierzających na wschód. 
Shel patrzył za nimi, dopóki nie znikli mu z oczu. To było dziwne – być dowódcą i nie wiedzieć, dokąd zmierzają jego ludzie. Żegnać ich, życzyć powodzenia… I na nic nie mieć wpływu… 
A przecież w jakimś stopniu musiał się tego spodziewać. Już tydzień temu dowódcy jego szczebla otrzymali rozkaz oddelegowania części swoich ludzi do armii królewskiej. Niektórzy wracali do kraju, do stolicy. Inni jechali na front, albo dostawali ciche zadania w tych częściach Keronii, które zachowały jako taką autonomię. Mimo to, pismo od generała odebrał jako swego rodzaju policzek. I nic nie mógł zrobić. Zupełnie nic! Nie po tym, jak pomógł tym wariatom po łapance. Nie po tym, jak Sulfusa znowu widziano w towarzystwie Keronijki.
Podrzucił trzymany w dłoni kamień i cisnął nim w najbliższe drzewo. Kamień odbił się od pnia i upadł w krzaki, płosząc stadko hałaśliwych ptaków.
- Nie złość się, panie.
Obok niego stanął ciemnowłosy chłopak, giermek, a ostatnimi czasy także posłaniec. 
- A kto powiedział, że się złoszczę, Sulfus? – Shel westchnął i odwrócił się do chłopaka. 
-Wybacz mi, panie. – Giermek był wyraźnie przybity. 
- Robią tak wszędzie… i nie od dziś.
- Czemu? 
- Potrzebują sił niezależnych od możnych… Wyszkolonych ludzi… Rycerzy, nie żołdaków. – Westchnął. – Nie wiem, czemu - przyznał. Na chwilę zamknął oczy. Wsłuchał się w szum drzew. Podobno dawno temu, ten las był świętym… Shelowi wydawało się, że słyszy nostalgiczne zawodzenie starych, obumarłych z braku wiary bogów. – Po co przyszedłeś?
Sulfus prawie się uśmiechnął. Jeżeli niektórzy ludzie przestawali być mili, oznaczało, że wszystko powoli wraca do normy. – Zmierza do nas poselstwo.
- Z jakim sztandarem?
- Bez sztandaru, panie, acz stroje mają bogate i konie zacne.
Shel poczuł ukłucie niepokoju. Demar, zdobycie siedziby wirgińskich szpiegów, zaginiona arystokratka, rozkaz od generała... a teraz to. Czy te zdarzenia aby na pewno nie łączyły się ze sobą? Miał nieprzyjemne wrażenie, że zbliżają się kłopoty. 
- Zbierz ludzi na placu. 
- Ale Lorlen będzie… 
- Lorlen ma się nie odzywać, póki w obozie będą posłańcy.
***
Jednak posłańcy dotrą do wirgińskiego obozu dopiero późną nocą… a wieści, które przyniosą sprawią, że nic już nie będzie takie, jak dawniej.

_________________________
Powyższy tekst jest efektem inspiracji jedną z plotek w WPT, głupawki i weny, która pojawia się i znika. W zamierzeniu miał być kawałkiem pierwszej części, ale ze względu na długość i "zawrotną" prędkość, z jaką to pisałam, postanowiłam opublikować to, co mam.
Nie bić. 

6 komentarzy:

Iskra pisze...

Od wczoraj się zbierałam, żeby to przeczytać, bo okropny leń mnie złapał, ale powiem Ci... Że jak już czytać się to zacznie, to nie da się oderwać, żeby porobić coś innego.
Chociaż niemalże spadłam z krzesła jak dowiedziałam się, że szanowny Pan Begriss kopnął w kalendarz ._."

Dar - Silva - Drav pisze...

"małżeństwo wbrew woli, to wystąpienie przeciw bogom" - całkiem cwany wybieg, jakby chcieli jednak swatać, chociaż podejrzewam, że czego bogowie nie widzą, to służy interesom innych xD
"Bogowie zsyłają idiotów" chyba to moje drugie ulubione zdanie odnośnie bogów ^^
Fajnie się czytało, czasami gubiłam się kto, co mówi, ale i tak zaciekawiło. Kocham knucia na najwyższym szczeblu. I czy mi się zdaje, czy koło Nef kręci się duuużo dziecków? ;p

Nefryt pisze...

Iskra, a ja się cały czas zastanawiam, czy nie popsułam tym komuś szyków.
Ale cieszę się, że tak wciąga ;)


Darrusowa, powiedzmy, że "czego bogowie nie zobaczą, to ich nie zaboli" - to bardzo mocne motto dla co poniektórych ;)
Ja też, ja też kocham knucia :D
Odnośnie dialogów - fakt, w paru miejscach łatwo się pogubić, cały czas pracuję nad swoim stylem. Ale tak to wychodzi, jak się połowę pisze w autobusie przed szkołą ;P
Dużo dziecków? Ee, ona sama jest chwilami jak dziecko ;) Zresztą Ros jest w obozie od dłuższego czasu, tylko że nie we wszystkich wątkach się pojawia.

Szept pisze...

W końcu nadrabiam. O bogach, to bym powiedziała raczej, że trzeba poczekać, aż przymkną oko albo spojrzą w inną stronę. Bo podobno oni widzą wszystko, Darrusowa.

A teraz do notki. Ciekawie mi się czytało, w sumie każdą część, chociaż początek chyba wciągnął mnie bardziej. Uwielbiam knucia, choć moje są znacznie bardziej nieudolne. Ja nie miałam zbytnio problemu z tym, kto co powiedział, za to w końcówce nie do końca pojęłam obawy namiestnika odnośnie Arhina (te co je rozwiał lord W) i nagły kaszel jednego z panów. Może mam zbyt bujną wyobraźnię, ale coś mi się wydaje, że nie było to tylko nagłe podrażnienie w gardle.
Rosanna - bardzo dojrzała jak na dziecko, ale i wciąż niewinna, wciąż patrząca prosto na świat. Podoba mi się. Z jednej strony widzi co dręczy Nefryt, z drugiej "bić złych ludzi". Źli ludzie są po obu stronach. Wyszło ci to. I to stwierdzenie Netha. Przypomina mi pytanie mojego historyka o to, czy powstanie warszawskie było potrzebne.
Część ze Shelem trzyma styl notki, chociaż tę akurat twoją postać znam mniej i może dlatego nieco mniej pojmuję to, co się dzieje. Zwłaszcza wzmianki o Demarze, siatce szpiegów, zaginionej arystokratce. Po o łapance to tylko się domyślam, że uderzasz do sesji.
Jedna z plotek z WPT mówisz? Wstyd, ale nie pamiętam o którą może chodzić.

Rosa pisze...

Super się czyta. Bardzo mi się podobało. I mam pewne podejrzenia jeśli chodzi o baśń, ale to ci powiem później. :)
Cytuję: " To małe coś" - Ja ci dam!
Jak można tak mówić?! *obrażona idzie do domu* :P

Nefryt pisze...

Rosa, a może zamiast się obrażać, chcesz skopać parę ignoranckich tyłków? Wirginia czeka ;) A dokładniej następna część notki, przy której mile widziana jest jakaś współautorka ;)

Szept, chodziło o krótką wzmiankę, że król wyzionął ducha. W dziesiątym albo w jedenastym numerze, w plotkach. I podsumowanie, ze ktoś się za dużo napił. Dostałam głupawki. Mniej więcej wtedy powstał tekst o bogach ;D

Prawa autorskie

© Zastrzegamy sobie prawa autorskie do umieszczanych na blogu tekstów, wymyślonego na jego potrzeby świata oraz postaci.
Nie rościmy sobie natomiast praw autorskich do tych artów, które nie są naszego autorstwa.

Szukaj




˅ ^
+ postacie
Rinne Lasair