Są takie momenty, w których boisz się zamknąć oczy. Bo gdy zaśniesz, wpadniesz do lodowatej, słonej wody, a twoim słabym, żałośnie bezbronnym ciałem targnie morski prąd. Falujący zielenią bezmiar skradnie zgromadzone w twoim organizmie ciepło i zacznie kąsać cię dreszczami – aż do utraty przytomności. Paląco słony posmak dostanie się do ust, do gardła, w końcu do płuc.
Zawsze dostaje się do płuc.
Poczujesz to, co czuła Ilietta, gdy przykryły ją morskie fale. To będzie za każdym razem koniec.
Na początku wszyscy są na pokładzie. Tłoczą się, po prostu stoją, nikt nie pracuje. Milczą zgodnie, ale rozumieją się nawzajem. Za każdym razem chcą być jak najbliżej siebie; niektórzy trzymają się za ręce. W pokład wbija się pomost uzbrojony w żelazny, zaostrzony hak, zwany przez żeglarzy krukiem. Stado wilków wpada do owczarni; słychać pokrzykiwania i przekleństwa, ktoś próbuje stawiać opór. Pada szorstki, szczekliwy rozkaz. Piraci wieszają Inahiela, resztę wpędzają na szalupy i zostawiają na środku Morza Okavengo.
Widzisz wyraźnie, jak jasne, niemal białe włosy elfa powiewają na słonym wietrze, smagającym jego siną twarz. Widzisz wżynającą się w szyję pętlę.
Czujesz, jak chwytają cię silne ręce. Zapierasz się całą sobą, nie pozwalasz zawlec się na łódź. Wszystkie mięśnie spinają się w tym ostatnim skoku; udaje ci się. Morze przyjmuje cię w swe surowe objęcia. Ono rozumie, dlaczego wybierasz dezercję i sama wykonujesz na sobie wyrok. Widziało, że ty i Inahiel również trzymaliście swoje smukłe, chłodne dłonie. Wie, że nikt nie zrozumie tego, co was łączyło, a ty nigdy nie zapomnisz.
Ty, śniąc obłęd, też rozumiesz. Ta świadomość jest nie do wytrzymania.
Potem zalewa cię splątana, ciężka sieć obrazów i wspomnień, które nakładają się na siebie, tworząc nieczytelną, czarną plamę. Z tej czerni da się wyczytać albo wszystko, albo nic. Uciekasz, biegnąc w miejscu. Upadasz i nie możesz wstać. Szamoczesz się jak zwierzyna w potrzasku. O niczym tak nie marzysz jak o tym, by się obudzić.
Musisz odzyskać przytomność. Inaczej się udusisz.
W końcu ci się udaje. Podrywasz się z posłania, wyszarpujesz kończyny ze skotłowanej, zmiętej pościeli. Nie pamiętasz, gdzie jesteś i nie masz pewności, kim jesteś. Uspokajasz rwący się oddech, bezmyślnie wypatrując czegoś w przestrzeni. Za cholerę nie wiesz, czego. Orientujesz się, że potrafisz rzucać mięsem, ale nie ma w tym przeklinaniu swobody – jakoś tak się zawsze składa, że wyzwiska są adresowane głównie do ciebie. Zaprzestajesz więc, wyciszasz się. Myśli wymykają ci się tuż przed ich uchwyceniem, wracają na właściwe miejsca poza twoją kontrolą, przestają cię dręczyć. Nawet to krótkie imię, z którym zawsze się utożsamiałeś, brzmi jakoś dziwnie, obco. A-ed. Dwie sylaby, obdarte ze znaczenia. Ten stan zawieszenia jest mimo wszystko kojący. Potem, gdy jesteś już gotowy, przychodzi najgorsze i w tyle głowy narasta poczucie winy. Niezawinionej winy.
Nie było cię tam. Uchyliłeś się przed ciosem, nim ten został wyprowadzony. Zniszczyłeś naszą wspólną przyszłość, pogrzebałeś ją w morzu. Stchórzyłeś.
Nie masz prawa tego pamiętać. Nie było cię tam, nikt ci o tym nie opowiadał. I wiesz, że się nie mylisz, że nie wyśniłeś tego wspomnienia sam. Ale ta wiedza wcale nie pomaga. Wszak sól nie może uleczyć rany.
Słowem wyjaśnienia. Powyższy tekst miał być częścią notki ze stusłowami i tymi, no... dwustusłowami, ale uległam bezwstydnej pokusie skupienia się na treści zamiast i na treści, i na formie, w związku z czym dopuściłam się dezercji. Hańba mi i niczego nie żałuję. No dobra, trochę.
Aed,
Opowiadania
4 komentarze:
Bardzo fajna, wzbudzająca emocje notka; dziwnie się czytało wiedząc, że Aedówka jest autorką, ale to zaskoczenie było dobrym zaskoczeniem, jeśli wiesz, co mam na myśli. Lubię takie notki, nawet jeśli nie jestem do końca pewna, czy dotyczą głównego bohatera. To nie Aed, prawda?
Hm, stwierdzam, że początek jest najbardziej klimatyczny, o.
Chciałabym zobaczyć ten tekst w wersji stusłów, tak po prostu, z czystej ciekawości ;)
Rety, rzeczywiście w żadnym momencie tekstu nie zasugerowałam, o jaką postać mi chodzi... To chyba przez to, że drabble i droubble są podpisywane, a tekst miał pierwotnie liczyć dwieście słów właśnie. Jak się rozwinął, wyleciało mi to z głowy. I chyba to bezbożnie naprawię. Miałam na myśli Aeda właśnie.
Zamknięcie tego w stu słowach byłoby nie lada wyzwaniem, ale czuję się skuszona tą wizją. Na razie niech ten tekst trochę tu powisi, niech się w mojej łepetynie odsieją z niego najważniejsze szczegóły i za jakiś czas spróbuję. No i czujesz radochę Zorany, która musiała słuchać mojego miauczenia: "A mogę napisać na trzysta słów?", czy Ty to czujesz?
Cieszę się strasznie, że się podobało. ♥ Zwłaszcza, że właśnie walczę z solidnym rozleniwieniem wyobraźni i warsztatu, co często w moich tekstach widać.
Ehh, jak teraz to widzę, to z mojego jestem coraz bardziej niezadowolona. Następnym razem muszę się bardziej postarać.
O rety. *czerwieni się* Jeśli to motywacja do pisania, to dobrze. Ale nie bądź, brońcież bogowie niejedyni, niezadowolona. Twoje teksty mnie inspirują – są dobre i coraz lepsze, co na pewno nie jest powodem do niezadowolenia. Wręcz przeciwnie.
Prześlij komentarz