Minęły trzy dni odkąd Guldor razem z innymi opuścił wioskę. Teraz przedzierali się przez bagna. Zapach rozkładających się liści oraz chordy komarów dawały się wszystkim we znaki. Najbardziej upodobały sobie młodą elfkę, która teraz siedziała w ramionach jednej z kapłanek.
- Coś cię gryzie? - Zapytała kapłanka. Była to ta sama, która pomogła mu uwolnić elfkę.
- Vadalma? - Guldor spojrzał na przyjaciółkę – Tak. Mam mały mętlik w głowie.
- O co chodzi? - Wyglądała na zaniepokojoną. Jakby nie była sobą.
- Zabiłem strażnika, a nie skazali mnie za to. - Zauważył elf – Dodatkowo gdzie podziali się pozostali strażnicy świątynni? - Te pytania gryzły go odkąd opuścili tylko wioskę. Nie pytał ich dlaczego opuścili ją razem z nim, ale był im za to wdzięczny. Co prawda było ciężej wykarmić grupę, ale lepiej mieć towarzystwo niż nie mieć nikogo.
- To była marionetka. - Wyjaśniła kapłanka – A co do braku strażników to wiesz, że część z nich towarzyszy głównej kapłance. Tych co zostali odesłałam do pilnowania skarbca.
- Marionetka? - Guldor był zaskoczony – Przecież widziałem jak strażnik był zaskoczony atakiem.
- Wyższa szkoła magii, że tak powiem. - Wyjaśniła Vad – Przypuszczam, że zaskoczyłeś samego marionetkarza, a jego lalka odwzajemniła jego uczucia.
- A prawo lalki?
- Co z nim?
- Wiesz, że marionetki nie mogą pilnować świątyń. To obraza sióstr.
- Po pierwsze, ciesz się, że to nie był strażnik bo już byś robił za ghula. - kapłanka pogroziła mu palcem – A po drugie, powiedz to tym ciaparajdą z rady.
- Gdyby inni się dowiedzieli, że świątynia jest chroniona przez marionetkę...- W głowie Guldora znowu zaczęły się kłębić dziwne myśli.
- To cała Rada Starszych poszła by pod topór. - Skończyła za niego Vadalma. Złamanie prawa przez radę. Takiego skandalu inne klany, by nie puściły by im płazem. A tym bardziej główna kapłanka.
- A dlaczego mi pomogłaś? - Spojrzał na towarzyszkę.
Bo też miałam dość tych ofiar. A tak między nami, to tylko czekałam, aż wywiniesz jakiś numer. I się doczekałam. - Szturchnęła go po przyjacielsku w bok.
Powoli zapadał zmrok. Każdy znalazł w miarę suche miejsce i powoli rozbijał jakiś dach nad głową. Prowizoryczne szałasy, małe ognisko dla odpędzenia dzikich zwierząt. Po środku obozu płonęło większe, gdzie wszyscy zebrali się by coś zjeść, porozmawiać a nawet poznać się nieco bliżej. Jeden z elfów upolował jakieś zwierzę a potem przyrządził z niego gulasz. Guldor nigdy nie wiedział jakim cudem myśliwy potrafił znaleźć, zabić a potem oporządzić swoją ofiarę. On znał się tylko na iluzjach i na kamieniach. Mało przydatne rzeczy, ale może kiedyś mu pomogą. Teraz liczyło się, że więzi w grupie są zaciskane. Śmiechy, złośliwe komentarze, jakieś opowieści z dzieciństwa. Wszystko było tak żywe. Tak bardzo pozbawione tego sztywnego rygoru jaki panował w wiosce. Były tam też śmiechy, dzieci się bawiły, były miłości i smutki. Ale nigdy nie było tego co tu. Tego, że każdy każdemu był równy.
- Masz swoją nadzieję. - Powiedziała kałanka – Najzabawniejsze, że dopiero teraz ją widzę.
- Najzabawniejsze jest to, że mam was. - Wyprostował Guldor. Może i czekała ich długa podróż, ale teraz te bagna były ich chwilą wolności. Gdy każdy pojadł i wyznaczono pierwszych strażników wszystko powoli cichło. Teraz muszą się z nich wydostać. Jednak nim to się stanie, będą musieli odwiedzić inną osadę mrocznych elfów mieszkających tu na bagnach. Nim się Guldor zorientował przy jego boku pojawiła się jego przyjaciółka wraz z sierotą i od razu zasnęły. Chwile potem zasnął i Guldor.
[Nie wiem co się popsuło. Jak by ktoś mógł to proszę o naprawę ;(]
Ząbek
Zombbiszon
3 komentarze:
W końcu nadrabiam. Notka króciutka, przeczytałam niemal na raz... Uzupełnienie i wyjaśnienie niektórych wydarzeń w wiosce, w fajny sposób, który jednocześnie odpowiada na kilka pytań, ale powoduje, że pojawiają się nowe...
W każdym razie w mojej głowie :D
Czym są dokładnie marionetki? Nieumarli? Iluzje? Jeszcze coś innego, jak człowiek, którego wola jest podporządkowana magowi? Nie powiem, interesujące. A może nie ma nic wspólnego z magią, a czymś innym?
I jeszcze jedno. Twoje postacie mają zadziwiająco niewiele wiary w siebie. Najpierw Elias, teraz Guldor określa swoje umiejętności jako mało przydatne. Trzeba będzie wyprowadzić ich z błędu.
„Teraz przedzierali się przez bagna. Zapach rozkładających się liści oraz chordy komarów dawały się wszystkim we znaki. Najbardziej upodobały sobie młodą elfkę, która teraz siedziała w ramionach jednej z kapłanek.
- Coś cię gryzie?” – komary XD Przepraszam, to byłam moja pierwsza myśl w kontekście poprzedzającego pytanie opisu ;)
„Zabiłem strażnika, a nie skazali mnie za to” – oho, ktoś ruszył to co zastanawiało mnie przy poprzedniej notce <3
„powiedz to tym ciaparajdą z rady” – elfy zwykłe i elfy mroczne mają cechę wspólną – wszyscy kochają swoją radę :D Aha. I powinno być "ciaparajdom", bo to liczba mnoga - tak teraz zauważyłam.
Bardzo podoba mi się klimat ich obozowiska. Takie „nieważne, co wokół, ważne że mamy siebie”. To jest piękne. Żeby ludzie w rzeczywistości się tak zachowywali…
Ale… Jak to? Już koniec? Takie krótkie? Dlaczego, akurat jak się zaczytałam…
Szept i Nefryt bardzo dobrze ujęły to, co mi w głowie siedzi po przeczytaniu. Podoba mi się rozwijanie wydarzeń ze świątyni, będę śledzić wątek. Atmosfera mnie kupuje i rozpuszcza mi serduszko.
Żeby nie było za mało marudzenia: "hordy" przez samo "h", a "puściłyby" i "pośrodku" pisze się razem. ;)
Prześlij komentarz