Przewodnik

Linki-obrazki

Misje
I. Więzi przyjaźni
Spotykasz po latach kogoś, kto dawniej był ci bliski. Wplątuje cię on w jakąś historię, która nie dość, że z czasem się komplikuje, to w dodatku budzi w tobie wątpliwości co do intencji przyjaciela.

II. Linia frontu
Kerończy natarli na Prowincję Demarską. Oblegany jest sam Demar. Jedni ludzie stają do walki, inni uciekają ze spalonej ziemi. Napastnicy, obrońcy i cywile. Po której stronie staniesz?

Opcjonalnie: Udział w buncie niewolników w Wirginii bądź inne miejsca walk.

III. Rekonwalescencja
W nie najlepszej kondycji trafiasz do wioski lub klasztoru. Wydaje ci się, że trafiłeś w dobre ręce i że wkrótce będziesz mógł opuścić to miejsce. Okazuje się jednak, że z pozoru życzliwi i uprzejmi ludzie skrywają przed tobą jakąś tajemnicę.

IV. Zabij bestię
Coś napada, nęka mieszkańców. Zawierasz umowę z wójtem - dostarczysz głowę bestii za określoną cenę. Okazuje się jednak, że stworzenie nie działa bez powodu - jest w jakiś sposób prowokowane przez mieszkańców.

Opcjonalnie: Bestia jest wrażliwa na hałas z karczmy albo ludzie naruszyli w jakiś sposób jej rewir (weszli na jej teren, zajęli leże ze względu na drogie surowce itp.)

V. Nielegalne walki
Dochodzą cię słuchy o nielegalnych walkach prowadzonych w okolicy. Położysz im kres czy może postanowisz wziąć w nich udział dla własnego zysku? Pieniądze nie leżą na ulicy.

VI. Zlecone zabójstwo
Dochodzi do zamachu, w wyniku którego ginie ktoś ważny. Podejmujesz się odnalezienia zabójcy – albo jego zleceniodawcy. Od ciebie zależy, czy dojdzie do aresztowania winnych, czy pomożesz im uniknąć kary.

VII. Egzekucja
W mieście lub wiosce szykuje się egzekucja. Znasz sprawcę albo sam doprowadziłeś do jego schwytania. Realizacja wyroku coraz bliżej.

Opcjonalnie: Z czasem nabierasz wątpliwości, czy skazaniec faktycznie jest winny i chcesz go uwolnić lub dochodzą cię pogłoski, że ktoś może chcieć uwolnić kryminalistę.

zamknij
Spis kodów
Spis opowiadań
Baśń o wolności: Preludium (autor: Nefryt) Gdy demon odzyskuje człowieczeństwo, przypomina sobie jak być człowiekiem.(autor: Zombbiszon) Nikt nie zna prawdziwego bólu do czasu aż nie straci kogoś bliskiego sercu. (autor: Zombbiszon) Wendigo i Driada (autor: Zombbiszon) Domek, zupa, sukkub i historia (autor: Zombbiszon) Sen i niespodzianki (autor: Zombbiszon) Boląca strata i niepokojący gość! (autor: Zombbiszon) Cienie i nowy przyjaciel (autor: Zombbiszon) Kruki (autor: Zombbiszon) Cienie i Starsze Dusze (autor: Zombbiszon) Zło Kor'hu Dull (autor: Zombbiszon) Złodziej Twarzy i Koszmar (autor: Zombbiszon) Królewiec (autor: Zombbiszon) Przed świtem (autor: Nefryt) Król Żebraków i nowe drzwi (autor: Zombbiszon) Akceptacja (autor: Zombbiszon) Nostalgia (autor: Nefryt) Nowa droga i niespodziewane wyznanie? (autor: Zombbiszon) Biały i zielony daje czerwony! (autor: Zombbiszon) Nowe wyzwania w nowym życiu (autor: Zombbiszon) Krąg tajemnic (autor: Zombbiszon) Jack (autor: Zombbiszon) Czasami to mrok daje najwięcej światła (autor: Zombbiszon) Trzy sceny o szpiegowaniu (autor: Nefryt) Morze bólu. Promyk nadziei ... (autor: Zombbiszon) Sól (autor: Olżunia) Dyjanna Muirne: Miecz może być dowodem wszystkiego (autor: Zorana) Uszatek i Kwiatek na tropie przygody: Przypadłość parszywej gospody (autor: Paeonia i Szept) Gdy gasną świece (autor: Zombbiszon) ... Najjaśniej płoną gwiazdy nadziei. (autor: Zombbiszon) Elias cz. 1 (autor: Zombbiszon) Elias cz. 2 (autor: Zombbiszon) Historia (autor: Zombbiszon)
zamknij

Chat

Arnora Tirs siedziała oparta plecami o zimną kamienną ścianę lochu. Usiłowała wcisnąć się w kąt jak najbardziej się dało, wniknąć w ścianę, wbić się w szczelinę. Cokolwiek, byle stać się niewidzialną, byle tylko przerażający wysoki mężczyzna o szaroniebieskiej skórze jej nie zauważył. Zarówno ona jak i jej siostra miały ograniczone pole manewru, ręce związano im, a wolny koniec sznura przeciągnięto przez obręcze zamocowane w posadzce. Melu była uwięziona po przeciwległej stronie przestronnej podziemnej sali, siedziała w takim miejscu, że jedna z kolumn zasłaniała ją, tak, że Arnora widziała tylko nieruchome nagie łydki i bose stopy. Arnora była przekonana, że dziewczynka jest nadal w tym samym stanie, nieruchoma, z szeroko otwartymi szklistymi oczami, które zdawały się nie widzieć i zaciśniętymi ustami. Reakcja na szok.
Wzrok Arnory błądził po ścianach tymczasowego więzienia. Dziewczynka domyślała się, że kamienna sala została wybudowana dawno, w czasach, których nie była zdolna ogarnąć wyobraźnią. Czas częściowo wygładził rzeźbione w różowawym kamieniu ornamenty, zawiłe, geometrycznie regularne motywy. Filary wykonano z materiału o nieco jaśniejszym odcieniu i wyrzeźbiono we wzór imitujący równoległe pionowe włókna, w nielicznych miejsach krzyżujące się ze sobą. Posadzka zaś była ciemnoszara, najprawdopodobniej granitowa. Arnora zobaczyła w kącie sali, niedaleko miejsca, w którym siedziała, regularny wzór zagłębień w podłodze, wyglądających, jakby coś wcześniej w nich tkwiło, zanim zostało usunięte. Wyraźnie mniej stary był okrągły ołtarz na środku sali, mniej więcej pod punktem, w którym zbiegały się rzeźbione w suficie motywy podobne do pajęczyny. Do ołtarza prowadziło kilka kamiennych stopni, tak, że oglądany z góry tworzył jakby kilka koncentrycznych okręgów. W czasie, kiedy Arnora znajdowała się w pomieszczeniu, kilka pokracznych istot, przypominających częściowo rozkładające się zwłoki, rozstawiło w regularnych odstępach na najwyższym stopniu przed ołtarzem gliniane oliwne lampy. Potem znów pojawił się wysoki mężczyzna i odprawił pozostałych niecierpliwym ruchem ręki. Arnora obserwowała go, korzystając z tego, że chwilowo nikt nie zwracał na nią uwagi. Nie musieli. Była skutecznie unieruchomiona, nie miała co marzyć o ucieczce.
Mężczyzna był nienaturalnie wysoki, wydawał się rozciągnięty, wrażenie potęgowała nienaturalnie wydłużona czaszka. Pozbawiony był włosów, na wysokim czole miał jasny wzór, nieznacznie odcinający się od szaroniebieskiej karnacji, podobne jasne linie ciągnęły się od jego obojczyków i ginęły pod ciemną szatą, w którą był ubrany. Uszy tego zdeformowanego osobnika przypominały rogi albo kolce z rozpiętą mędzy nimi błoną, oczy, pozbawione tęczówek i źrenic, lekko świeciły w panującym w sali półmroku.
Przerażający osobnik dobył sztyletu. Arnora odruchowo drgnęła, ale po chwili zdała sobie sprawę, że mężczyzna nadal nie patrzy w jej stronę. Zwrócony w stronę ołtarza wyprostował się, przycisnął dzierżącą sztylet dłoń do klatki piersiowej, pochylił głowę i zaczął mruczeć pod nosem. Jego głos przez większość czasu był jednostajny, czasem tylko podnosił się, po czym nagle urywał i znów przechodził w monotonny szmer. Potem przełożył sztylet do lewej dłoni a prawą zanurzył w stojącej na najniższym stopniu misie, po czym wyjął ją, ociekającą wodą.
- Oczyść mnie ze wszelkiej skazy, uwolnij od wszelkiej słabości – wyszeptał. Mówił już nieco głośniej, ale na razie nie potrzebował podnosić głosu. Musiał jednak zostać usłyszany, bo kiedy zamilkł, do sali wkroczyła postać w czarnej szacie z kapturem, niosąca na okrągłej metalowej tacy amulety oraz sznury paciorków i kości, rzeźbionych i pokrytych runami. Postać powoli podeszła do wysokiego maga i nie podnosząc głowy, podsunęła mu tacę.
- Przez tajemnicę wyrażoną w symbolach, które zawarłem na moich szatach... Odziewam się zbroją zbawienia w imię Atagro, który jest Ojcem i Kreatorem . I osiągnę swój cel dzięki Tobie...
Kolejno zawieszał amulety na szyi i nadgarstkach. Kiedy skończył, bez słowa odprawił towarzysza. Zakapturzona postać nie opuściła tym razem sali. Powoli zaczęła kierować się w stronę Arnory, która wydała z siebie zduszony pisk. Wyciągnęły się ku niej szare ręce, częściowo pokryte łuską. Szare dłonie zwinnie rozplątały węzły i po chwili dziewczynka została zmuszona do wstania. Zakapturzony osobnik popchnął ją w stronę ołtarza. Arnora próbowała uciekać w lewo, w stronę wyjścia, ale chłodne ręce mocno trzymały jej ramiona.
Z bliska mogła zobaczyć runy i symbole wypisane czymś ciemnym, być może krwią, wzdłuż krawędzi ołtarza. Zaraz potem została popchnieta na zimną powierzchnię wygładzonego kamienia. Zakapturzony osobnik puścił ją i stanął między stopniami ołtarza a wyjściem. Wystarczyło jedno spojrzenie na niego, kiedy sięgał po nóż, żeby odechciało się stawiać opór. Nie musiał nic mówić, przesłanie było dla Arnory wystarczająco jasne. Jeśli tylko spróbuje zeskoczyć z ołtarza, ten nóż wbije się w jej ciało.
Mag o wydłużonej czaszce stanął na najniższym stopniu ołtarza.
- Wzywam Cię i zaklinam duchu Dandrinie! - wykrzyknął - Z mocą Najwyższego Majestatu, rozkazuję Ci, poprzez Beralsis, Ballakal, Nirr i Quedre i przez moc najpotężniejszych książąt, posłańców Morra . Zaklinam Cię i rozkazuję duchu Dandrinie, przez tego, który zszedł do ukrycia, by tworzyć, przez imię Atagro, rozkazuję Ci abyś pojawił się natychmiast na tym ołtarzu i przyjął to ciało, które tobie ofiaruję i tobie składam w ofierze. Przybądź bez zwłoki, co rychlej opuszczając miejsca, w których przebywasz, i udziel mi rozsądnych odpowiedzi na zadawane pytania. Przybądź tu w pokoju, będąc miłym i przyjmując widoczną formę, uczyń to, co będzie Ci kazane, albowiem zaklinam Cię w imię Hazary i Nazary, sióstr boskich którym winien jesteś posłuszeństwo i poprzez imię króla Morra, któremu jesteś poddany, przybądź bez zwłoki i wypełnij moje polecenia, doprowadzając je do końca zgodnie z moimi zamierzeniami. Zaklinam Cię poprzez tego, któremu służy zaraza, i przez niewyrażalne imię Nurgle, które sprawia, iż wszelkie duchy i istoty żyjące ogarnia zgroza lęk i pomieszanie. Przybądź duchu i niechaj postać Twa będzie widoczną, głos zaś, czysty i zrozumiały. Przybądź w imię Atagro, Hazary i Nazary, co czyń bez zwłoki. Morr, Król królów nakazuje Ci.
Jego podniesiony głos nie wyrażał euforii, mag potrafił opanować emocje. Jego twarz pozostawała poważna, rozłożone ręce nie drżały.
Arnora zwinięta w kłębek na ołtarzu drgnęła. Powoli usiadła i odwróciła się do mężczyzny. Spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami o zwężonych pomimo półmroku źrenicach.
- Czego chcesz ode mnie, Molag Haglayu? - spytała gniewnym, niskim, nie swoim głosem.
Molag Haglay poczuł, jak jego serce przyspiesza. Opuścił ręce. Zdał sobie sprawę, że dłonie ma nieco wilgotne. Przełknął ślinę.
- Witaj duchu Dandrinie – powiedział cicho – Wielce szlachetny...
Dziewczynka wstała gwałtownie, jednocześnie sięgając za siebie i wyrywając sztylet z rąk towarzysza maga. Kiedy stanęła wyprostowana na ołtarzu, podłoga pod ich stopami zadrżała. Molag Haglay poczuł się, jakby coś uderzyło go z wielką siłą, odrzucając od ołtarza. Demon w ciele Arnory z upiornym uśmiechem satysfakcji zbiegł po kamiennych stopniach ołtarza i rzucił się w stronę wyjścia.

...*...

Słaby wiatr unosił nad szarą ziemią obłoki pyłu. Nogi wędrowców już od jakiegoś czasu pokryły się jasnym nalotem. Mniejsze ilości pyłu osiadały im na pozostałych częściach garderoby, dłoniach, twarzach i włosach.
- Nie mam najmniejszego pojęcia, czy to cholerstwo nie jest szkodliwe – zapowiedziała Tiamuui złowieszczo. Osad wyglądał i pachniał jak zwyczajny popiół, ale bogowie wiedzieli, co tak właściwie zawierał. Te ziemie były skażone. Drzewa uschły, trawa obróciła się w proch. Zwierzęta opuściły te tereny albo wymarły, pozostały tylko gatunki najbardziej odporne, część z nich zresztą uległa mniejszym lub większym deformacjom. Albo dotykała je najgorsza część klątwy, jaka wieki temu padła na te ziemie. Popielna zaraza. Spaczenie. Choroba popielnych wampirów.
Nataniel uniósł wzrok. Przed nimi rozciągał się przygnębiający krajobraz wzgórz i równin, pozbawionych trawy, jakby przysypanych popiołem. Z ziemi wyrastały pojedyncze głazy lub ich skupiska, wyglądające jakby jakiś gigant poukładał je jedne na drugich, tworząc krzywe wieże. Gdzieś pomiędzy nimi kryły się w cieniu istoty trawione przez chorą krew, oszalałe, kierujące się już tylko instynktem poszukiwania pokarmu, atakujące tak długo, dopóki postępujący rozkład jeszcze trochę żyjących ciał całkowicie im tego nie uniemożliwi. Ale póki żyły i były zdolne się poruszać, chora krew dawała im niesamowitą siłę.
- Co do wampirów i wilkołaków, to już część osób w te plotki nie wierzy, ale czy te istoty mogą sprawić, że staniemy się tacy jak one? - spytał Nataniel. Tiamuuri przyjrzała się jego twarzy, próbując ocenić, czy jego chwilowy spokój jest kwestią opanowania, czy reakcją umysłu na zbyt silny lęk. Ostatecznie uznała, że w grę wchodzi coś jeszcze – świadomość, że zbliżali się do celu. Młynarz mobilizował siły, aby odnaleźć swoje bratanice.
- To niestety prawda – Rienna ubiegła przyjaciółkę w odpowiedzi – Dlatego nie możemy dopuścić, żeby te sworzenia nas ugryzły. Na wszelki wypadek dobrze by było nie dać się też podrapać.
Shivan dobył miecza. Teraz, kiedy się rozglądał, pozostawał czujny. Tak się składało, że tylko on miał broń, która mogła przydać się w takiej potyczce. Tiamuuri miała sztylety, Rienna jeszcze dodatkowo łuk. Nie łudzili się, że strzały zabiją popielnego wampira, a sztylet wymagał niebezpiecznego zmniejszenia dystansu.
Młody Jeździec odruchowo wysunął się na przód pochodu.
- Jakby przyszło co do czego, mam ścinać głowy? - chciał się upewnić.
- Nie byłoby źle, gdybyś ściągnął tu Kiri – mruknęła Rienna. Shivan odwrócil się gwałtownie. Wyglądał, jakby Rienna właśnie uderzyła go w twarz. Przez chwilę świdrował przyjaciółkę morderczym wzrokiem.
- Uważasz, że to taki znakomity pomysł narażać Kiri na zarażenie? - spytał jadowicie słodkim tonem, chociaż ręka, którą trzymał miecz, jednocześnie widocznie drżała.
- Daj spokój – Tiamuuri nieoczekiwanie stanęła w obronie łowczyni – Nikt przecież nie chce nikogo narażać. Każda pomoc może okazać się przydatna i może zaważyć na tym, czy wszyscy wyjdziemy z tego żywi i w jednym kawałku. Właściwie dodatkowa para oczu, obserwująca teren z góry to nie takie złe rozwiązanie.
Tiamuuri rozważała już maksymalne wykorzystanie sytuacji. Ze swoimi zmysłami mogła wyczuć ewentualny niepokój unoszącego się ponad nimi gryfa, gdyby w zasięgu wzroku znalazł się jakiś szaroskóry. Gdyby jakimś sposobem odzyskała jeszcze swoje dawne zdolności telepatyczne...
Potrząsnęła głową. Teraz nie była na to odpowiednia pora.
- Shivan, proszę.
Z przesadnie okazywaną niechęcią Shivan wydobył flet. Przyłożył instrument do ust i zaczął grać melodię, która miała przywołać gryfa. Tiamuuri domyśliła się, że niektóre z tych dźwięków mogą być niesłyszalne dla ludzi, nie była tylko pewna, jakiej części nie mogli usłyszeć patrzący na młodzieńca w oczekiwaniu Nataniel i Rienna. W końcu Shivan opuścił ręce, po czym otarł usta i schował flet do mniejszej pochwy przy pasie. Rienna niepewnie podeszła do niego i położyła mu dłoń na ramieniu. Chciała coś powiedzieć, ale młody Jeździec strącił jej rękę i ostentacyjnie odsunął się od niej. Nie zamierzał kryć się z tym, że ten pomysł nadal mu się nie podobał, chociaż zdawał sobie sprawę, że być może prędzej czy później i tak zostałby do tego zmuszony przez sytuację.
Znów podjął marsz, dając innym do zrozumienia, że teraz nie ma większego znaczenia, że będą się powoli przemieszczać. Kiri nie będzie miała problemu ze znalezieniem ich na tym szarym wymarłym pustkowiu. Tak jak się spodziewał, po jakimś czasie na ziemi obok nich prześlizgnął się cień.
- Witaj, mała – powiedział chłopak cicho, unosząc głowę. Samica gryfa cicho płynęła w powietrzu, niesiona przez szeroko rozłożone skrzydła. Pozostali także spojrzeli w jej stronę, tylko Rienna miała okazję oglądać Kiri wcześniej. Gryf ubarwiony był jasnobrązowo, przy końcach skrzydeł pióra miał lekko prążkowane ciemniejszym odcieniem, od podgardla do połowy brzucha ciągnął się szeroki pas białego puchu i sierści. Shivan patrzył na swoją podopieczną z zadowoleniem i czymś, co trochę przypominało rodzicielską dumę i troskę.
- Chciałbyś teraz być tam na górze – domyśliła się Tiamuuri. Chłopak potrząsnął głową.
- Nie mogę. Nie zostawię was tutaj bez żadnego miecza.
W ciągu następnej godziny trzy razy zostali zauważeni przez pojedyncze popielne wampiry. Zanim zdążyli jakkolwiek zareagować na ich obecność, Kiri spadała z góry na chore istoty, łamiąc im karki i miażdżąc czaszki potężnymi szponami. Shivan nie musiał mówić jej, że próbowanie ich mięsa może nie być dobrym pomysłem – kierujący się instynktem drapieżnik sam oddalał się z wyraźną niechęcią od zdeformowanego truchła.
Oprócz skał, pokrytych rzadkimi plamami porostów i rachityczną roślinnością, czasami natrafiali na kamienne bloki i fragmenty niedokońconych murów. Wyglądało to tak, jakby przed dziesiątkami lat rozpoczęto budowę, ale zanim konstrukcje ukończono, porzucono je, pozwalając, aby popadły w ruinę.
- To jakieś fortyfikacje elfów? - spytał Nataniel, kiedy grupa zatrzymała się przy małym kamiennym pomieszczeniu, czterech wyszczerbionych ścianach bez dachu, z prostokątnym otworem na drzwi. Wokół ruin leżały luźne bloki jasnoszarego kamienia.
- Niewykluczone – odpowiedziała Tiamuuri – Tereny wokół należą do elfów, kiedyś te ziemie też były ich. Coś tu powstawało tuż przed tym, kiedy...
Urwała i wymowynym ruchem głowy wskazała otaczające ich łagodne wzniesienia.
- Właściwie co tu się stało? - zainteresował się Shivan. Intrygowała go ta jakby wypalona pustynia, wcinająca się w tereny Larven. Obszary leżące na północ i północny wschód od Błędnych Ziem powinny przecież być porośnięte gęstą puszczą, której jedynymi śladami były tutaj pozbawione kory i gałęzi białawe pnie drzew, częściowo zakopane w piachu i popiele, jak kości przebijające się przez opinającą je trupią skórę. Nawet on, nie pochodzący z tych rejonów kraju, wyczuwał, że nie jest to naturalne i z pewnością nie było tak od zawsze.
- To robota elfów – odezwała się Rienna z niechęcią – Przynajmniej tak się mówi. Kiedyś mieszkali na tych wzgórzach. Bawili się magią, oni to już mają we krwi... I w którymś momencie doprowadzili do katastrofy.
Tiamuuri pokiwała głową. Też była skłonna uwierzyć w tą wersję. Sama od jakiegoś czasu czuła, że to nie może być kwestia naturalnej katastrofy. Przecież w podobnie sprzyjających warunkach życie dawno powróciłoby na Popielne Wzgórza. Lasy po jakimś czasie odzyskiwały tereny utracone w pożarach i tratowane przez lawiny. Tutaj było coś, co nadal hamowało wzrost roślin i odstraszało zwierzęta. Odkąd wyszli spomiędzy drzew puszczy, nie zauważyli prawie żadnych ptaków, jaszczurki, dla których pustynne warunki były raczej korzystne, widzieli tylko w pobliżu granicy z lasem. Ponadto Tiamuuri zauważyła, że ów niesprzyjający życiu tajemniczy czynnik oddziałuje także na nią samą, przyprawiając o ból głowy. W miarę jak zbliżali się do serca tego pustkowia, Drzewna czuła się coraz gorzej, dyskomfort i ogólne osłabienie postępowały. Nie chodziło o to, że zwyczajnie nie było tu życia – tu cały czas działała siła przeciwna życiu.
Jaki rodzaj magii mógł po ładnych paru wiekach oddziaływać tak silnie?
Shivan zaproponował postój, korzystając z tego, że ruina może ich osłonić, nie tylko przed wzrokiem popielnych wampirów ale i przed chmurami pyłu, jakie co jakiś czas unosiły się znad ziemi. Rozsiedli się wewnątrz pomieszczenia bez dachu, opierając o zakurzone kamienne ściany. Kiri przysiadła na chwilę na szczycie ściany, po czym znów wzbiła się do lotu, zrobiła kilka kółek nad budynkiem i znów wylądowała. Wyglądało na to, że jest niespokojna i nie może znaleźć sobie miejsca.
- Też jej się tu nie podoba – mruknął Shivan, wyjmując z sakwy wodę i resztki zapasów prowiantu.
- Jak zgłodnieje, nie ma tu nawet na co polować – zauważyła Rienna. Tiamuuri łapczywie zaczęła pić wodę, kiedy podano jej manierkę. Nataniel, obserwując ją, otarł usta.
- Cały czas wdychamy i łykamy ten popiół – mruknął z troską. Manierka powędrowała w jego ręce, więc na chwilę umilkł.
- Oni może nas na razie nie widzą, ale my nie widzimy ich – powiedział Shivan, nerwowo zerkając w stronę wejścia.
- Kiri ich zobaczy – uspokoiła go Tiamuuri – A ja ich poczuję, jak zbliżą się wystarczająco. Poza nami i nimi nie ma tu nic żywego.
- Możesz ich wyczuć? - zdziwił się młody Jeździec – Nie są chyba tak do końca żywi.
- To nie ożywieńcy. Nie są jeszcze martwi. Wyczuwam ich po prostu tak jak osoby ciężko chore.
Drzewna potarła ręką czoło i poprosiła o wodę. Nie czuła się najlepiej. Mogła mieć tylko nadzieję, że nie będzie już znacznie gorzej.
Nataniel przebiegł wzrokiem po twarzach pozostałych. Pomimo determinacji widać było, że dręczy go strach i wątpliwości.
- Ktoś poza popielnymi tutaj przebywa? - spytał z niedowierzaniem – I postanowił sobie, w zupełnie niezrozumiałym celu, sprowadzić tu dwoje ludzkich dzieci?

...*...

Arnora przykucnęła, ześlizgując się ze zbocza w taki sposób, jak wielokrotnie bawiła się zimą, na śniegu. Tutaj, ze względu na konsystencję popiołu i chmurę, jaką w ten sposób wzbiła w powietrze, nie było to przyjemne.
Miała świadomość, że w każdej chwili grozi jej niebezpieczeństwo i powinna się spieszyć. Wiedziała też, że ktoś przybywał z pomocą. Głos, który odzywał się od czasu do czasu, który słyszała tylko ona, powiedział jej. Wiedział też, gdzie znajdują się chore istoty zamieszkujące Popielne Wzgórza, ostrzegał ją, kiedy jakieś zbliżały się do niej. Dzięki temu do tej pory udało jej się unikać blższego kontaktu z nimi. Głos, zapytany o to, kim właściwie jest, przedstawił jej się jako Dandrin.
Arnora doszła do wysuszonego pnia potężnego niegdyś drzewa, zatrzymała się i oparła rękę na zwietrzałym drewnie.
- Dokąd teraz? - spytała cicho. Głos wytłumaczył jej, że usłyszy, kiedy tylko spróbuje rozmawiać z nim w myślach, dziewczynka jednak wolała mieć pewność, że zostanie usłyszana.
Na wschód. Albo lepiej na północny wschód, odezwał się Dandrin z głębi jej umysłu. Bezpieczniej będzie trzymać się w pobliżu skał. Na otwartej przestrzeni jesteś widoczna ze sporej odległości.
Demon nie dodał, że większym zagrożeniem w takiej sytuacji nie byli kierujący się instynktem szaroskórzy, ale obserwujący okolicę rozumni mieszkańcy tych terenów. Wolał nie przypominać Arnorze o tych, którym się wymknęli. Molag Haglay nie musiał osobiście ruszać w pościg, skoro pod ręką miał kogoś, kto podjąłby się tego zadania z prawdziwą przyjemnością. Dandrin obserwował go od czasu do czasu. Przy szybkości, z jaką tamten mógł się poruszać, nie mieliby szans na ucieczkę. Ratowało ich to, że jeszcze nie wpadł na ich trop.
Teren na północ w jednym miejscu się wznosił. Dandrin polecił Arnorze wejść na to wzniesienie, przechodzące w nieregularną skałę.
Z drugiej strony jest uskok, tłumaczył jej z rosnącym ożywieniem, które dziewczynka natychmiast wyłapała. Na dole jest ich czworo. Jeszcze nie czują twojego zapachu. Mamy szansę ich zaskoczyć.
Arnora poczuła jak jej serce przyspiesza, ale nie zatrzymała się. Wolała słuchać tego dziwnego głosu, który lepiej od niej znał okolicę. Sama nie miałaby szans na przetrwanie tutaj. Zapewne gdyby nie on, już kilka razy zdążyłaby pożegnać się z życiem.
Pylistą ziemię pod jej stopami zastąpiły kamienie. Dandrin polecił jej zwolnić i poruszać się ostrożniej. Przeszła na popękaną skalną płaszczyznę i dotarła na jej skraj. Pod sobą miała teraz stromo opadającą w dół strzaskaną ścianę, pokrytą większymi i mniejszymi odłamkami, tworzącymi bezładne rumowisko. Na dole stały cztery popielne wampiry. Cztery stwory o szarej skórze pokrytej wybroczynami, nabrzmiałych kończynach, poranionych i wykrzywionych twarzach, z których nie sposób było odgadnąć płci, wieku i rasy. Rozpadające się za życia ciała odziane były w pobrudzone krwią i popiołem strzępy łachmanów.
Pchnij ten kamień przy twojej prawej ręce, powiedział cicho Dandrin. Arnora zdołała wyrwać się z szoku, jaki wywołał widok popielnych i położyła rękę na wskazanym skalnym odłamku, kilkakrotnie większym od jej głowy.
Pchnij, ja ci pomogę. Zanim cię zauważą.
Zaciskając zęby dziewczynka spróbowała popchnąć głaz do przodu. Poczuła jak w pewnym momencie przybywa jej sił i skalny odłamek z chrzęstem ruszył z miejsca. Opadając w dół, pociągnął za sobą całą lawinę mniejsych i większych kamieni, przy okazji wzbijając w powietrze ogromne ilości pyłu. Łoskot spadających głazów zagłuszył nieludzki skowyt.
Jeden żyje. Nie bój się teraz i pozwól mi się nim zająć.
Arnora poczuła się, jakby jej ciało zaczęło żyć własnym życiem. Obserwowany obraz przesłoniła jakby mgła, hałas jakby się oddalił. Nie cofnęła się od skraju uskoku, to ktoś inny wykonał ten ruch, używając jej ciała. Arnora mogła być tylko bierną obserwatorką.
Z mgły wyłonił się jeden z szaroskórych. Oczy miał wąskie jak szparki, skórę na policzkach napiętą, szczęki nienaturalnie się rozrosły, upodabniając jego twarz do zwierzęcego pyska. Na szyi miał fałdy luźnej skóry, nad lewym ramieniem garb. Cała lewa ręka była napuchnięta do monstrualnych rozmiarów, prawa nieco bardziej przypominała ludzką, zanim strzaskały ją spadające kamienie. Popielny wampir miał gęstą, ciemną, szybko krzepnącą krew.
Dandrin w ciele Arnory podniósł pierwszy lepszy kamień leżący przed nim i zamachnął się, trafiając szaroskórego w twarz. Zaraz wyprowadził kolejne szybkie ciosy, w czoło, szyję, ramię. Kiedy popielny osunął się na kolana, raz po raz uderzał w jego czaszkę, dopóki z głowy nie pozostała krwawa miazga a stwór nie padł na ziemię, gdzie znieruchomiał. Z mściwym uśmiechem zadowolenia demon zaczął zbiegać okrężną drogą na dół.
Dwie staje dalej huk był doskonale słyszalny. Kiri, która zdecydowała się wylądować i iść po ziemi obok ludzi, gwałtownie uniosła się w powietrze, głośno skrzecząc. Idący wzdrygnęli się.
- Co to miało być? - spytał Shivan, marszcząc czoło. Ze zmrużonymi oczami próbował dojrzeć coś na linii horyzontu. Pagórkowaty krajobraz uniemożliwiał dostrzeżenie czegokolwiek, chłopak miał tylko niejasne wrażenie, że widzi w oddali chmurę pyłu.
- Gdzieś osunęła się skała – domyśliła się Tiamuuri – Przy braku roślinności tutejszych skalnych formacji nic nie trzyma ani nie chroni przed wpływem wiatru niosącego piach. Jeszcze kilkaset lat i erozja zniszczy tu wszystko, jeśli las nie powróci na Popielne Wzgórza.
Mówiąc to, nie wierzyła w tak pomyślny obrót spraw.
Kiri nad ich głowami zaskrzeczała. Mniej więcej w tym samym momencie Tiamuuri oderwała wzrok od punktu na horyzoncie i spojrzała w kierunku, dokąd jeszcze przed chwilą zmierzali.
- Lawina chyba ich wypłoszyła – westchnął Nataniel.
Zsuwając się z pylistego zbocza, zbliżała się do nich grupa szaroskórych. Rienna miała wrażenie, że oprócz zdeformowanych obszarpańców w różnych stadiach choroby dostrzega zdrową jednostkę, osobnika odzianego w skóry i futra, szczelnie kryjące jego ciało. Na twarzy, jak jej się wydawało, miał cos w rodzaju skórzanej maski. Z jego gwałtownych gestów wywnioskowala, że wydaje polecenia gromadzie szaroskórych, którzy z jakiegoś powodu nie próbowali go atakować. Rienna była już skłonna stwierdzić, że być może u niego choroba dopiero się zaczynała, ale chwilę później, kiedy na chwilę straciła z oczu większość grupy, po czym popielni znów wychynęli zza wzgórza a osobnika okutanego w skóry z nimi nie było, pozwoliła sobie uznać go za przywidzenie.
Gryf zareagował od razu, prowadzony przez istynkt drapieżnika i przywiązanie do swojego Jeźdźca. Silny dziób strzaskał czaszkę jednego z szaroskórych, szpony przeorały ramiona kilku innych, po czym Kiri chwyciła łapami którąś ze zdeformowanych bestii i wzbiła się w powietrze, unosząc ze sobą ofiarę. Wypuściła popielnego wampira, kiedy znajdowała się już ponad dwieście stóp nad ziemią. Ciało po chwili rozstrzaskało się z obrzydliwym plaśnięciem i chrzęstem łamanych kości.
Shivan, stojąc na ugiętych nogach, próbował utrzymać przeciwników na dystans, trzymając przed sobą wyciągniętą rękę z mieczem. Raz po raz wykonywał szeroki ruch, tnąc czubkiem ostrza bestie, które spróbowały zmniejszyć odległość. Ich przeciwnicy uzbrojeni byli dość słabo, ci wyglądający na zdrowszych mieli wyszczerbione noże albo prymitywne maczugi z konarów nabitych ostrymi odłamkami kamienia, inni kije. Osobnik chudy jak szkielet powleczony skórą i pokryty deformującymi ciało wypustkami o nieregularnych kształtach przywiązał swój nóż do końca kija. Ci w zaawansowanym stadium, o napuchniętych ciałach rozsadzających od środka skórę i procesach myślowych zredukowanych do najprymitywniejszych odruchów, walczyli gołymi rękami i zębami. Wraz z rozwojem choroby, ich fizyczna siła rosła.
Rienna nie mogła się powstrzymać i jednak robiła użytek ze swojego łuku. Strzelała w twarze szaroskórych, starając się trafić w oczy lub otwarte paszcze – bo ustami nie można było tego nazwać. Z konieczności musiała wybierać bestie znajdujące się dalej od nich. Strzały nie zabijały popielnych wampirów, ale spowalniały je przez dezorientację lub oślepienie.
Tiamuuri początkowo stała wraz z pozostałymi za plecami Shivana. Kiedy któryś z szaroskórych próbował obejść Shivana i dorwać pozostałych, Drzewna wypuszczała z dłoni pnącze, którym oplatała jego szyję i zaciskała, miażdżąc ją, do momentu, kiedy bestia upadała bezwładnie na ziemię. W miarę, jak kolejne wampiry nadchodziły z południa, otaczając grupę i zmuszając ich do przesuwania się na lewo w stosunku do obranej trasy, Tiamuuri coraz śmielej wysuwała się, wkraczając pomiędzy atakujących ich popielnych. Tak jak przewidziała, mogła wyczuć, kiedy któryś ze splugawionych zachodził ją od tyłu. Na jej korzyść działał fakt, iż walczyli na obszarze pozbawionym życia. W takich warunkach nawet słaba i znacznie zredukowana iskra życia tląca się w popielnych była łatwo zauważalna.
Nataniel zdołał zabrać jeden z kijów upuszczonych przez popielnych. Bardziej skupił się na obronie niż ataku, starał się nie dopuścić do siebie bestii, ale siła, którą zawdzięczał ciężkiej pracy, pozwalała mu powodować znaczne obrażenia u przeciwników. Drąg miażdżył czaszki, łamał szczęki i obojczyki, wybijał zęby, uniemożliwiając popielnym wampirom kąsanie.
W którymś momenie Shivan, uderzony maczugą w twarz, zachwiał się z głośnym jękiem. Ręka trzymająca miecz opadła. Dwie bestie dały krok do przodu. Rienna w ostatniej chwili zobaczyła co się święci i rzuciła sztyletem, który wbił się w ciało jednego z szaroskórych. Bestia nie upadła, ale straciła zainteresowanie młodym Jeźdźcem i zaczęła mętnym wzrokiem szukać przeciwnika, który zadał jej ból. W tej samej chwili Shivan zmusił się do wysiłku i przebił mieczem drugiego szaroskórego. Rienna znalazła się nagle tuż obok, drugi sztylet z całej siły wbijając między kręgi szyjne zdezorientowanego popielnego, który zwiotczał jak marionetka, której odcięto sznurki.
- Dzięki – wymamrotał Shivan. Prawą stronę twarzy miał siną, policzek rozorany a ze złamanego nosa płynęła krew. Krew szumiała mu w uszach. Chłopak miał nieprzyjemne wrażenie, że jeśli nie zatrzyma się na chwilę, aby usiąść i poczekać aż zawroty głowy miną, upadnie na pylistą ziemię. Rienna starała się go osłaniać. Sztylet nie pozwalał jej na utrzymanie dystansu i łapy o powykręcanych palcach wykrzywionych w szpony dosięgały jej, rozdzierając ubranie. Liczba przeciwników może się zredukowała, ale przetrwali najzręczniejsi w walce. Tiamuuri znalazła się w samym środku. Sama nie była pewna, jakim sposobem jest jeszcze w stanie walczyć i pomimo słabości wciąż może zmusić się do kolejnego ruchu, który okazuje się tym, od którego zależy jej życie. Wypuszczała kolejne pnącza z dłoni i przedramion. Musiała być szybsza od przeciwników, atakować zanim ich twarze, czy może mordy, znajdą się w pobliżu, dając szansę na ugryzienie. Chociaż szaroskórzy inteligencją nie błyszczeli, zorientowali się już, czego mogą się spodziewać. Co jakiś czas któryś rzucał się na włókna szukające szyi towarzysza i próbował przerwać je albo odcinał tępym nożem. Na ziemi pod ich nogami leżało już mnóstwo zdeptanej roślinnej masy. Jeden z przeciwników podszedł bardzo blisko do pleców Drzewnej. Ta zareagowała w ostatnim momencie, częściowo się odwracając i wbijając sztylet w jego gardło. Szybko wyrwała ostrze i zadała kolejny cios. Była świadoma obecności innego popielnego za plecami, ten jednak zdawał się stać dalej. Tiamuuri nie przewidziała tylko, że to był ten z nożem przywiązanym do kija. Szaroskóry zaatakował, ostrze wbiło się w lewe ramię Tiamuuri i opadło po skosie w dół, głęboko rozcinając jej plecy. Dziewczyna, wyjąc z bólu, opadła na kolana, oszołomiona nie panowała nad swoją reakcją. Inny popielny skorzystał z okazji i wbił jej w ramię nóż. Nataniel, który zorientował się, co się dzieje, zaczął wykrzykiwać jej imię. Na walczących padł cień gryfa. Kiri zanurkowała, znów raniąc szponami szaroskórych.
- Kiri, osłaniaj ją! - wydarł się Shivan. Od nagłego przerażenia pobladł, z sińcami i krwią na twazy sam wyglądał teraz jak jakiś upiór.
Poza tymi kilkoma popielnymi, którzy ich otaczali, nie mieli więcej przeciwników, wszystkich innych zdążyła unieszkodliwić Kiri, o której w walce częściowo zapomnieli. Teraz, kiedy gryf zajął się pozostałymi przy życiu, rozprawili się z nimi stosunkowo szybko.
Nataniel opuścił kij. Miał podrapane ręce, ale poważniejszych obrażeń nie odniósł. Cały dygotał od adrenaliny. Tiamuuri z wahaniem próbowała wyrwać tkwiący w ramieniu nóż. Zaciskajac zęby podjęła kilka prób, zanim zdołała to zrobić. Cisnęła nóż na szarawą ziemię. Shivan wypuścił miecz, pochylił się wspierając ręce na kolanach i wymiotował. Rienna spojrzała na niego z niepokojem. Uderzenia w głowę mogły dawać efekty niezauważalne na zewnątrz, ale tragiczne w skutkach. Łowczyni dała kilka niepewnych kroków w stronę Tiamuuri.
- Nic mi nie jest – wymamrotała Drzewna.
- Całą koszulę masz we krwi... czy czymś tam, co w sobie masz. To nie wygląda dobrze.
Rienna obeszła siedzącą na ziemi przyjaciółkę i ostrożnie podwinęła jej koszulę, odsłaniając plecy. Skrzywiła się i syknęła, widząc głębokie cięcie, po chwili zauważyła, że w niektórych miejscach brzegi rany zaczynają się zrastać.
- Za kilka minut wszystko będzie w jak najlepszym porządku – mruknęła Tiamuuri, przymykając oczy i pochylając głowę do przodu. Wolała siedzieć nieruchomo i wykorzystać to, że proces regeneracji sam w sobie działał częściowo znieczulająco.
- Tak szybko? - spytał Nataniel z niedowierzaniem i podziwem. Tiamuuri pokiwała głową.
Rienna przenosiła wzrok z niej na Shivana i znów na Drzewną. W końcu nieśmiało zapytała:
- Wiesz może, na jakiej zasadzie to działa?
Tiamuuri spróbowała wzruszyć ramionami, ale syknęła z bólu i znów znieruchomiała. Jeszcze trochę...
- Chyba to jakiś czynnik we krwi. Właściwie sama nie wiem.
- Czyli to krew? - upewniła się Rienna.
- Nie jestem pewna.
- Myślisz, że możliwe jest przeniesienie tego czynnika na inne osoby?
Tiamuuri ożywiła się, nagle pojmując, do czego zmierza jej przyjaciółka. Wstała, tym razem już bez problemu i sięgnęła po torbę, chwilowo przewieszoną przez ramię Nataniela. Wyszukała prawie pustą manierkę z wodą i otworzyła ją. Sztyletem nacięła kciuk, pozwalając jaskrawo pomarańczowej krwi płynać do zbiornika.
- Mam wypić krew Tiamuuri? - Shivan skrzywił się, czując kolejną falę mdłości. Nie był pewien czy to tylko od wysiłku, czy może zaszkodziło mu to uderzenie. - To takie trochę... upiorne...
- Na pewno nie zaszkodzi – stwierdziła Tiamuuri, podając mu manierkę. Rienna wpatrywała się w nich chłopaka z wyczekiwaniem, wyraźnie ciekawa efektów. Shivan, czując presję, niechętnie zaczął pić. Miał wrażenie, że to chłodny ziołowy wywar, w smaku nie przypominało to krwi. Tym lepiej. I może to była siła sugestii, ale miał wrażenie, że zaraz jak skończył pić, szum w głowie nieco osłabł a ból stał się znośniejszy.
- Dobra, możemy iść – odezwał się w końcu. Naprawdę wydawało mu się, że czuje się coraz lepiej.
- Nie powinniśmy upewnić się, czy jeszcze coś nie rzuci się na nas? - spytał Nataniel. Cały czas starał się widzieć otaczający ich krajobraz, przebiegał wzrokiem szare wzniesienia w jedną stronę i zaraz zawracał, tak, żeby mieć na oku każdy kierunek, skąd mogło nadejść zagrożenie.
Tiamuuri także spojrzała w dal, jednak ona zatrzymała się wpatrzona w jeden konkretny punkt.
- Ktoś się do nas zbliża – oznajmiła głucho.
Ciemniejsza od szarego tła plama zbliżała się do nich. Wyglądało na to, że ta żywa istota biegła. Rienna spojrzała na Kiri i nie doczekała się żadnej reakcji.
- To chyba człowiek – stwierdziła niepewnie. Tiamuuri ściągając brwi, próbowała wyczuć tę osobę, ale odległość była nadal zbyt duża.
- To dziecko – powiedział drżącym głosem Nataniel – To może być Arnora albo Melu!
Rzucił się biegiem w stronę drobnej sylwetki, chcąc wyjść jej naprzeciw. Tiamuuri ruszyła za nim. Kiedy była już w stanie zobaczyć rysy dziecka, poczuła siłę życiową Arnory. I coś jeszcze. Coś obcego, spoza ich świata. Nie była w stanie dokładnie tego ocenić, ale raczej nie wróżyło to nic dobrego. Po jakiejś chwili także Nataniel widział już, kto do nich zmierzał. Młynarz czuł jednak tylko wielką ulgę, która sprawiła, że nogi stały się miękkie. Nie mógł dalej biec w tym samym tempie.
Dziewczynka zatrzymała się kilka stóp przed nimi. Wydawała się spokojna, wręcz nienaturalnie spokojna. Kiedy Nataniel ściskał ją i całował w czubek głowy, dając w końcu upust nagromadzonym w ostatnich dniach emocjom, ona pozostawała prawie nieruchoma. Tiamuuri odczekała, aż mężczyzna puści ją i cofnie się, po czym przyjrzała się małej uważnie, jednocześnie korzystając z informacji dostarczanych przez inne zmysły. Miała przed sobą jedenastoletnie dziecko, zmęczone i spragnione, trochę głodne przez ostatnie kilka dni. Arnora musiała przeżywać silny strach, nawet jeśli nie odczuwała go w tej chwili. Obserwacja emocji dziecka dała dziwne sygnały. Arnora czuła ulgę, puszczały jej nerwy, ale te odczucia przesłaniało coś w rodzaju mgły. Wyraźne były natomiast emocje nie należące do dziewczynki. Ta inna osoba przebywająca w jej ciele zachowywała chłodny spokój, lekko zabarwiony satysfakcją.
- Kim jesteś? - spytała Tiamuuri z rosnącą zgrozą.
- Książę Dandrin, dowódca czterdziestu siedmiu legionów otchłani – przedstawił się duch, uśmiechając się dumnie ustami Arnory. Tiamuuri zacisnęła zęby. Spróbowała się opanować i twardo spoglądała w oczy Arnory, wyraźnie wskazujące na to, kto w tym momencie kontrolował to ciało. Wyrzuciła z siebie kilka urywanych słów, zbitek krótkich sylab, nie przypominających sensownej mowy. Demon w ciele dziewczynki uśmiechał się nadal i odpowiedział coś w podobny sposób, zanim przeszedł na wspólną mowę.
- Próbujesz coś na mnie wymusić przy pomocy ҙ° Ťµ↨ꜿ?
Tiamuuri odpowiedziała kolejną serią któtkich sylab. Nataniel obserwował to z niedowierzaniem i strachem, zbyt zszokowany, żeby jakoś zareagować. W tym wyręczyła go Rienna.
- Cokolwiek robicie, natychmiast przestańcie!
Dandrin odwrócił się do niej. Na należącej do Arnory twarzy pojawiło się rozbawienie.
- Ta błogosławiona przez naturę próbuje przejąć nade mną władzę i odesłać mnie z tego świata – wyjaśnił spokojnie – Jakby myślała, że ta niewielka znajomość najbardziej podstawowego Języka Kontroli cokolwiek może zdziałać. Nikt do tej pory nie wytłumaczył jej, że mowa chodzących po ziemi nie ma znaczenia w innych wymiarach.
Odwrócił się do Tiamuuri i rzucił kilka ostrych niezrozumiałych słów. Dziewczyna zadrżała, opuszczając głowę, ramiona zwisły jej bezwładnie. Nie upadła, chociaż w jednej chwili wyraźnie osłabła. Dandrin spojrzał teraz na oszołomionego Nataniela.
- Mogę w każdej chwili pozwolić twojej bratanicy przejąć kontrolę – wyjaśnił – Ona cały czas tu jest. Widzi was i słyszy, chociaż czuje się trochę... oddalona. Lepiej uważajcie, żeby nie zrobić czegoś, co znów wzbudzi w niej strach.
- Ty cholerny demonie! - wyrwało się Riennie. Dandrin krótko się zaśmiał.
- Mam jej pozwolić, Natanielu Tirs? Chcecie sobie porozmawiać, czy może najpierw mam zaprowadzić was do drugiej dziewczynki? - spytał.
Tiamuuri wbiła w młynarza ponure spojrzenie.
- Może powinniśmy pozwolić mu nas prowadzić – powiedziała – Ja i tak nie mam pojęcia, co z tym zrobić.
Nataniel zacisnął pięści. Teraz do głosu dochodziło kolejne uczucie. Gniew. A wraz z nim bezsilność. Był wściekły na demona, który opanował ciało jego niewinnej bratanicy, ale nie mógł zrobić nic. Nie mógłby podnieść ręki na to dziecko, które od tylu lat kochał prawie jak własną córkę.
- Wiem gdzie ona jest – ciągnął Dandrin – Malag Haglay zabrał ją do groty na zachód stąd. Wolał mieć ją przy sobie, kiedy Molag Alsin będzie szukał Arnory.
- Więc chodźmy tam – Nataniel usiłował odzyskać panowanie nad sobą. Musiał coś zrobić, natychmiast, musiał działać, jeśli nie miał zamiaru oszaleć.
- Tak po prostu nas tam zaprowadzisz, Dandrinie? - spytała Tiamuuri podejrzliwie – Jaką ty odniesiesz z tego korzyść? I kim są ci, o których mówisz? Znasz ich?
- Znam Molag Haglaya tak jak duchy znają czarnych magów eksperymentujących z innymi wymiarami i wzywaniem zamieszkujących je istot – odparł Dandrin nadal zachowując całkowite opanowanie – Nie wiem, czy wyjaśnienie, że wywołanie bezsilnej wściekłości Molag Haglaya to dla mnie rozkosz niczym najsłodszy nektar, wystarczająco cię zadowoli...
Rienna zamyśliła się. Było bardzo prawdopodobne, że demony karmiły się uczuciami takimi jak ból, strach, nienawiść i złość. Czy to znaczyło, że mogli mu zaufać? Łowczyni wzdrygnęła się, czując w pewnym momencie, że nie jest sama w swoich myślach, że coś jakby przygląda jej się z boku. Zerknęła szybko na dziewczynkę opanowaną przez demona, który uśmiechnął się do Rienny ustami Arnory.
Wyruszyli, pozwalając się prowadzić. Nataniel był niecierpliwy, próbował namówić Shivana, aby zabrał jego i Arnorę na grzbiecie Kiri. Rienna odwiodła go od tego pomysłu, tłumacząc, że rozdzielanie się narazi co najmniej część z nich na śmierć. Shivan wydawał się oszołomiony i nie do końca docierało do niego to, co działo się dookoła. Na policzku miał już tylko zanikający blady siniec, po zmyciu z twarzy krwi wyglądał, jakby wcale nie doznał poważniejszych obrażeń.
- Widzisz? To działa – stwierdziła Rienna z zadowoleniem. Tiamuuri uśmiechnęła się wtedy, ale nie wyraziła większego entuzjazmu. Teraz nie była na to najwłaściwsza pora.
Rienna szła z przodu, trzymając Arnorę za rękę. Ze względu na dziewczynkę, przemogła się, chcąc dodać otuchy małej, skoro ta według słów Dandrina mogła ich obserwować. Rienna miała nadzieję, że Arnora poczuje również to.
Czasem napotykali popielne wampiry, rzadko jednak byli przez nie atakowani. Splugawieni dostrzegali ich przewagę liczebną, możliwe też, że powstrzymywała ich obecność demona. Na terenie bardziej skalistym, gdzie częściej mijali smukłe, nieregularne skalne formacje ale także pozostałości elfich ruin, częściej natykali się na zwłoki w różnych stadiach rozkładu i rozsypane kości. Prawie kompletne szkielety nosiły wyraźne ślady choroby, która za życia toczyła te nieszczęsne przeklęte istoty. Żebra krzyżowały się i zrastały, z kręgosłupów sterczały wypustki, kości ramion otaczała zwapniała masa, czaszki pokrywały guzy. Na skalnej półce kilka stóp nad ziemią leżało napuchnięte ciało. Początkowo wydawało się martwe, jednak słysząc kroki przechodzących, nieforemny stwór poruszył się. Nie był już w stanie wstać i nie wydawało się, że stanowi zagrożenie.
- Umiera – stwierdziła Rienna – To chyba popielna choroba go zabija.
- Może powinniśmy go dobić i skrócić mękę? - zastanowiła się Tiamuuri, chociaż nie była nawet pewna, czy szara istota o skórze pokrytej wrzodami i zakrzepłą krwią w ogóle coś jeszcze czuje. Nataniel bez słowa wspiął się na skałę i silnym uderzeniem kija roztrzaskał czaszkę popielnego. Nie potrafili całkowicie wyzbyć się myślenia o tych istotach jak o potworach, nawet jeśli wiedzieli, że kiedyś byli to ludzie, elfy, nimfy, krasnoludy czy przedstawiciele innych ras, którzy mieli po prostu pecha zarazić się tą straszliwą chorobą. Jeśli patrzyliby od tej strony, musieliby widzieć w nich ofiary, nie krwiożercze monstra. Nie mogli jednak pozwolić sobie na współczucie w chwili, kiedy ze strony popielnych groziło niebezpieczeństwo. Żadne z nich nie chciało na własnej skórze doświadczyć takiego losu.
- Czuję go – odezwał się Dandrin głosem Arnory. Ręką dziewczynki wskazał na skałę przed nimi, w której widać było ciemny otwór groty jakieś dwadzieścia stóp nad ziemią.
- Tam się kryje, czekając na przybycie Molag Alsina. Jest z nim Melu. I kilku szaroskórych we względnie dobrej formie. Drań nie chciał z jakiegoś powodu pozostawiać przy sobie zbyt wielu.
- Pozostawiać? - zdziwił się Nataniel – To tym... stworom można tak po prostu nakazać zostać albo gdzieś iść?
On także czuł pewien dyskomfort, związany ze świadomością, że istoty, z którymi tak zaciekle walczyli, miały kiedyś inne, być może bardzo wartościowe życie. Dandrin zaśmiał się krótko, w sposób zupełnie nie pasujący do dziecka, którego ciało opanował.
- Można. O ile jest się Nosicielem.
Shivan jednym susem znalazł się obok. Słowa Dandrina natychmiast go ożywiły, jak wylany na głowę kubeł zimnej wody.
- Nosicielem? - powtórzył. Dziwnie czuł się, słysząc po raz kolejny coś, co nawet w kręgach, gdzie o tym mówiono, uznawane było za niepewną pogłoskę.
- Czyli to jednak prawda?
Pozostali patrzyli pytająco na niego i Arnorę, nic nie rozumiejąc.
- Molag Haglay jest Nosicielem od ponad dwustu lat – powiedział Dandrin z rozbawieniem – To jeden z powodów, dlaczego jest tak obrzydliwie pewny siebie.
Zaczął iść szybkim marszem w stronę skały.
- Gdyby nie był zmęczony po rytuałach i przygotowanicah, które przeprowadzał w ostatnich dniach, dla własnej przyjemności ścigałby nas osobiście.
Pozostali również pospiesznie podążali w stronę skały. Shivan wiedział coś, czego nie wiedzieli pozostali, ale teraz nie mieli czasu na wyjaśnienia. Tiamuuri myślała tylko o tym, co poprzedniego dnia powiedział jej leśny duch. Ktoś kontrolojący popielne wampiry. Ktoś zdolny skłonić je do celowego działania, takiego jak porwanie dwójki dzieci i przeprowadzenie ich przez las, tak, aby w drodze nie stała im się krzywda. Czy mógł być to czarny mag, Nosiciel? Czy w takim razie on odpowiadał za śmierć Symeona Tirsa? Rienna już wcześniej stwierdziła, że to mógł być skutek złego uroku.
- Nie sądzę, że Molag Haglay pozwoliłby sobie na taki błąd jak ucieczka umierającego świadka, który mógłby powiedzieć coś innym – odezwał się Dandrin, najwyraźniej czytając w jej myślach – Owszem takie coś może wskazywać na zdolności typowe dla Nosicieli, ale raczej niedoświadczonych.
Do groty prowadziły prymitywnie wyłupane w skale schody, biegnące od prawej strony wejścia po skalnej ścianie. Najwygodniej było iść pojedynczo, toteż Shivan znów wysunął się na przód grupy. Byli u szczytu schodów, kiedy z groty wypadł szaroskóry. Zarażony o wyglądzie smukłego młodzieńca był chyba w mniej zaawansowanym stadium choroby. Poza szarą skórą oszpeconą plamami i przerzedzonymi włosami, nie został jeszcze wyraźnie zeszpecony przez zarazę. Pomarszczone długie uszy kazały domyślać się w nim elfa. Popielny odwrócił się w ich stronę, ale zanim zdążył zaatakować, Shivan silnym uderzeniem miecza posłał go na dół. Trzasnęły łamane kości, kiedy ciało uderzyło o twarde skaliste podłoże, gdzie znieruchomiało.
- Ilu jest w środku? - spytał Shivan, zatrzymując się przy wejściu i przywierając bokiem do ściany.
- Chyba czterech – odpowiedziała niepewnie Tiamuuri – Są nieco dalej.
- Pięciu – poprawił Dandrin – Piąty jest dalej, z Molag Haglayem.
- Melu też tam jest? - spytał Nataniel z niepokojem.
- Jest. Cała i zdrowa, chociaż tak przrażona, że chyba nie zdaje sobie sprawy, gdzie jest.
Nataniel zacisnął pięści. Najchętniej wbiegłby do tej jaskini jak najszybciej i choćby gołymi rękami załatwił mordercę brata. Zatłukłby go kijem jak psa, i za śmierć Symeona i za przeraźliwy lęk, który stał się udziałem Arnory i Melu. Miał ochotę przepchnąć się obok Shivana, powstrzymywała go tylko myśl, że takie manewry strącą ich obu i możliwe, że jeszcze kogoś, z tej wąskiej skalnej półki.
Pierwsza komora jaskini była niewielka. Pod ścianami ustawiono na kamiennych postumentach szare misy wypełnione oleistą cieczą. Przypuszczalnie był to rodzaj dużych olejnych lamp. Takie wyjaśnienie potwierdzały znalezione w kącie gliniane dzbany wypełnione tym samym płynem. Oprócz tego pod ścianami leżały pojedyncze kości i fragmenty stłuczonych glinianych naczyń. Na wprost ciągnął się opadający w dół korytarz.
- Molag Haglayu, wiemy, że tam jesteś! - zawołał Shivan w głąb korytarza – Wyłaź i zmierz się z nami zamiast kryć się w norze jak ostatni tchórz!
Kiedy nie otrzymał odpowiedzi, ruszył przed siebie. Tiamuuri z wahaniem poszła w jego ślady. Po jakimś czasie zauważyli, że ściany korytarza zmieniły się. Początkowo wygładzone, ustąpiły miejsca poszarpanym, jakby podrapanym prymitywnym narzędziem.
- Ktoś przebijał się przez skały, żeby połączyć naturalne groty – domyślił się Shivan. W tej samej chwili z korytarza przed nimi dobiegł ich nieprzyjemnie wysoki skowyt i istota w poszarpanym ubraniu wybiegła im naprzeciw. Shivan wyciągnął przed siebie miecz, pozwalając, by szaroskóry nabił się na niego, a Tiamuuri sztyletem przecięła popielnemu kręgosłup u podstawy czaszki.
Kilkanaście stóp dalej korytarz się rozszerzał. Ściany znów były gładkie, naturalne. Z prawej strony znajdowała się naturalna wnęka, którą ktoś odgrodził prymitywną kratą. Z lewej strony takie wnęki były trzy. Kraty były otwarte i chwilowo niewielkie pomieszczenia były puste, ale na skalnej podłodze leżały fragmenty szkieletów. Widok sprawił, że Shivan poczuł mdłości.
- Trzymają tu ofiary przed zabiciem na ołtarzach bogów mroku – odezwała się Tiamuuri, spoglądając w tym momencie na to samo – Albo dla późniejszego pożarcia.
- Przestań – Shivan dyskretnym gestem wskazał dołączającego do nich Nataniela. Chłopak był zdania, że nieszczęsny młynarz dość już przeżył tego dnia.
W dalszej części korytarza, wąskiego i wyraźnie wykutego celowo, natknęli się na kolejnego popielnego. Ten rysy twarzy miał prawie ludzkie, tylko zęby nienaturalnie mu się rozrosły. Na szczęście nie zdążył zrobić z nich użytku.
- Wróciłeś, mości książę Dandrinie! - powitał ich tubalny głos, kiedy doszli do końca korytarza. Otwierała się przed nimi szeroka grota, którą ktoś częściowo urządził. Na równym kawałku pod jedną ze skalnych ścian ustawiono drewniany stół i kilka szafek. Odsłonięte półki zastawione były podniszczonymi księgami, na innych leżały suszone rośliny, fragmenty kamieni i kryształów. Duży blat stołu zajmowałyfiolki, butelki i inne szklane naczynia. W innym kącie groty rozstawiono cynowe i żelazne kotły, przy przeciwległym krańcu, gdzie skalne podłoże wznosiło się na prawie trzy stopy, było kilka sienników i prymitywnych posłań. Właśnie tam, na jednym z sienników siedziała drobna, skulona postać.
- Melu! - wykrzyknął Nataniel, nie próbując już w żaden sposób nad sobą panować. Nie zwracał w tym momencie uwagi na nienaturalnie wysokiego, jakby rozciągniętego mężczyznę stojącego w pobliżu stołu. Najbardziej liczyła się teraz mała przerażona dziewczynka, siedząc jak odrętwiała, nieprzytomna i nie dostrzegająca niczego, pomimo szeroko otwartych oczu.
Dandrin w ciele Arnory powoli, z godnością zbliżył się do maga.
- Nie zamierzam ci służyć – powiedział chłodno – Nie jestem popielnym wampirem czy pomniejszym duchem, żeby spełniać zachcianki pierwszego lepszego Nosiciela.
Molag Haglay, wykrzywiając usta w złośliwym uśmiechu, wyszeptał prostą formułę zaklęcia. Niewyraźne tatuaże na jego czole zalśniły błękitnym światłem, ale nie stało się nic poza tym. Chwilowe zdumienie na pociągłej twarzy maga zastąpił gniew. Wraz z gwałtownym gestem ręki wyrzucił z siebie kolejne słowa mocy. Tiamuuri, Shivan i Rienna, stojący za plecami Arnory zostali uniesieni w powietrze i ciśnięci o skalną ścianę. Jakby zwabieni hałasem, z jednego z korytarzy wypadli trzej szaroskórzy. Ci również poza szarym zabarwieniem skóry i kostnymi guzkami na czołach, wyglądali na wychudzonych ludzi. Osobnik, którego sylwetka wskazywała na płeć żeńską, oprócz tego miał kostne białe kolce wyrastające z ramion. Popielni czując zapach żywych ludzi, rzucili się w ich stronę. W tym czasie Dandrin szeptał słowa w jednym z Języków Kontroli. Powietrze wokół Molag Haglaya zafalowało. Mag wycofał się pod jedną ze ścian. Nie przestawał się bronić, układając palce w odpowiednie gesty, przywołując pole chroniące go przed atakiem duchów. Kątem oka widział, jak ostatni z popielnych broni się przed Shivanem i Rienną, którzy przeskakiwali właśnie nad trupami dwóch pozostałych. Kolejne rzucone przez zęby zaklęcie. Skalne odłamki zalegające grotę uniosły się w powietrze, gdzie przez chwilę wisiały, bezwładnie się obracjąc. Molag Haglay ściągnął je nad siebie, próbując cisnąć je w przeciwników. Czuł, że powoli traci siły, ostanie dni zmuszały go do wystarczającego wysiłku, a oprócz tego Dandrin nieprzerwanie stawiał mu opór. Nie chodziło nawet o tamtych, to Molag Haglay mógł wyczytać ze spojrzenia oczu, których tymczasowo używał Dandrin. Chodziło o to, żeby jemu, Molag Haglayowi, udowodnić, że nie zawsze zdoła osiągnąć to, czego pragnie i to jemu należało tego dnia dać nauczkę.
Mag wycofał się w głąb jednego z korytarzy. Nie mógł zbyt długo jednocześnie bronić się przed duchami, usiłującymi dobrać mu się do skóry i utrzymywać kamieni, które próbował kontorlować Dandrin. Pozostało mu tylko skupić się na ochronie, kiedy kamienne odłamki zaczęły opadać na niego. Na tym Dandrin nie poprzestał. Skoncentrował się nad sklepieniem części groty, w której znajdował się czarny mag. Skały zaczęły drżeć i pękać, kolejne odłamki sypały się na uciekającego w głąb korytarza Molag Haglaya, jakby spływając po chroniącym go polu, ale sięgając stopniowo coraz bliżej ciała. W końcu część jaskini zapadła się z hukiem. Wnętrze wypełnił pył.
Opanowana przez ducha Arnora zachwiała się i opadła na kolana, potem osunęła się bezwładnie na ziemię. Dandrin wykorzystywał w walce jej energię. Teraz, kiedy osłabła, wycofał się, w końcu oddając jej kontrolę.
- Arnora!
Nataniel rzucił się w stronę nieruchomego ciała dziewczynki. Próbował pociągnąć za sobą Melu, ale ta tak opornie zrobiła kilka kroków, że puścił ją, koncentrując się teraz na jej starszej siostrze.
- To ja, wujku – powiedziała dziewczynka ze słabym uśmiechem, kiedy młynarz znalazł się obok niej.
- Co on ci zrobił?
W głosie młynarza rezygnacja walczyła z bezsilnym gniewem, który powoli się wypalał. Adrenalina napędzała Nataniela już zbyt długo.
- Nic jej nie będzie – uspokoiła go Tiamuuri, stając za nim – Jest po prostu wykończona. Prześpi się i jej przejdzie.
Przyklękła z drugiej strony leżącej Arnory.
- Dandrin może nas teraz słyszeć? - spytała.
- Mówi, że tak – odpowiedziała Arnora słabym głosem.
- Dandrin, jesteś draniem. I jesteśmy ci niezmiernie wdzięczni za pomoc. Co nie zmienia faktu, że jesteś draniem.
- Dandrin mówi, że on nie umarł. Jest ranny, ale uciekł.
Nataniel podniósł się w ostatnim porywie złości.
- To go dopadanę! - warknął – Zajdę drania od innej strony i dorwę go za to, co zrobił! Za mojego brata! Za to, że jedna bratanica jest opętana, a druga...
Spojrzał na odrętwiałą Melu i częściowo się opanował. Na tyle, że pozwolił, żeby Tiamuuri położyła mu dłoń na ramieniu.
- Teraz najważniejsze są dziewczynki – powiedziała Drzewna z naciskiem – Masz nasze rzeczy. Daj Arnorze wodę.
- Poza tym na twoim miejscu nie ryzykowałbym starcia w pojedynkę ze wściekłym Nosicielem – dokończył Shivan – Może jest wykończony i ranny, ale pozostała mu jeszcze jedna broń. W ogóle dziwię się, że wcześniej nie skorzystał z okazji i nie zmienił nas w popielnych.
- A oni tak potrafią? - zdziwił się Nataniel.
- Podobno. Do tej pory sądziłem, że te wszystkie pogłoski, które powtarzało paru z naszych to takie niesprawdzone plotki. Nie myślałem, że coś w tym naprawdę jest.
Splunął na ziemię.
- Jak ktoś naprawdę coś wie, to elfy. To wszystko tutaj to rzekomo ich sprawka, dlatego o tej sprawie podobno szczególnie nie lubią mówić.
- Jak stąd wyjdziemy, to może spróbujemy coś wyciągnąć z Alavara – odezwała się Rienna – Ale najpierw musimy dotrzeć do obozu żywi i w jednym kawałku.
- Więc jaki jest plan? - spytała Tiamuuri, patrząc jak Nataniel uspokaja się i przyklęka z manierką wody obok Arnory.
- Ja mogę wziąć dziewczynki i polecieć na Kiri do Grzędników – zaproponował Shivan – Więcej osób naraz gryf nie uniesie, nie ma szans. Potem wrócę tutaj i zabiorę ze sobą Nataniela. Potem...
- Możesz odesłać Kiri do mnie i Rienny, żebyśmy mogły do was dołączyć – dokończyła Tiamuuri. Wbrew okolicznościom w jej bursztynowych oczach zamigotały figlarne ogniki – To chyba nadmiernie jej nie obciąży. I nie bój się, ja dam radę porozumieć się z gryfem.
- W to nie wątpię...
Pierwszą część planu wprowadzili w życie stosunkowo szybko. Kiedy cała grupa zebrała się w końcu przy wejściu do grot, uważając, żeby nie spaść ze skalnej półki ponad dwadzieścia stóp w dół, Shivan wezwał gryfa dźwiękami fletu. Zajął miejsce na grzbiecie Kiri, przed sobą posadził nadal odrętwiałą Melu, Arnorze polecił usiąść za sobą i mocno chwycić w pasie. Kiedy wzbijali się w powietrze, młody Jeździec zerknął w dół. Ciała popielnego wampira nie było już pod skałą, w miejscu w którym leżał rozlana była tylko gęsta ciemna krew. Ślady prowadziły w kilka stron jednocześnie, co nasuwało wniosek, że inni szaroskórzy rozszarpali towarzysza na kilka kawałków i zabrali mięso ze sobą. Shivan poczuł nieprzyjemny dreszcz.
- Uważajcie na siebie! - krzyknął do pozostałych, którzy mieli czekać na niego przy wejści do jaskiń. Zapewnień Rienny, że nie ma czego się obawiać i z pewnością nie dadzą się zabić, prawie już nie słyszał.
Tiamuuri przyglądała się malejącej i niknącej na niebie sylwetce gryfa. Tak jak przypuszczała, nie miała problemu z przetłumaczeniem Kiri, że w pewnym momencie będzie musiała przylecieć tu bez swojego pana, żeby zabrać ze skały ją i Riennę.
- Myślicie, że wyjdzie z tego? - spytał Nataniel głucho.
Myśląc, że chodzi mu o Arnorę, Tiamuuri zaczęła tłumaczyć się, że nie na razie nie bardzo wiedzą, co robić, ale po powrocie poszukają jakichś informacji. Po chwili domyśliła się, że młynarz mówi raczej o młodszej z dziewczynek.
- Sądzę, że jest szansa, że będzie dobrze – odezwała się niepewnie – Ona będzie bardzo was potrzebować. Was i waszej córki.
Zakładała że dziewczynki były do siebie przywiązane. W końcu wszyscy mieszkali we wspólnym domu.
- A co do Arnory, to coś się jeszcze wymyśli... Kiedyś.
Wolała nie zrzucać kolejnych zmartwień na Nataniela, który miał już wystarczająco dużo przeżyć i problemów w tak krótkim czasie. Nie wszystko naraz, jeżeli ten człowek miał się nie załamać i być oparciem dla kolejnej dwójki dzieci poza własnym.
- Zauważyłeś, że Arnora po tym jak... wróciła... była taka nienaturalnie spokojna? - spytała Rienna – Zmęczenie to jedno, ale ona w ogóle nie okazała strachu,
- Powiedziała, że ten demon... Dandrin... jest spokojny i to oznacza, że wszystko jest już w porządku – wyjaśnił Nataniel – I wkrótce będzie w porządku. Jak sytuacja rodzinna się ustabilizuje, wrócę tu, dorwę Molag Haglaya i zmuszę go, żeby błagał o szybką śmierć.
- Dandrin twierdzi, że to nie on zabił Symeona – zauważyła Tiamuuri – Że w grę wchodzi inny, niedoświadczony Nosiciel.
- Tego Nosiciela też znajdę. Zapłaci za to, co zrobił.
Mina Nataniela świadczyła o tym, że zamierza w przyszłości naprawdę wprowadzić to w czyn.







[W końcu wrzuciłam ostatnią część ;) Mam nadzieję, że ktoś to przeczyta. W zamyśle miało być krótsze, ale tak to wyglądało, że miałam pomysł, a jak przyszło do pisania, sama się zdziwiłam, że wyszło tak dużo.
W sumie w stosunku do wersji jaką miałam w głowie przed paroma miesiącami, wprowadziłam tylko niewielkie modyfikacje, bo pomyślałam, że jeden z moich innych pomysłów może tu pasować. Takie wprowadzenie do wątków, które pojawią się w kolejnych opowiadaniach.
Na koniec odautorskiego bełkotu dodam tylko, że wkrótce chyba zrobię drugą postać. Nie wiem tylko, kiedy dokładnie.]

6 komentarzy:

Szept pisze...

Łał. Cóż za tempo tworzenia. I jaka długość. Pod wrażeniem.
Podobno nadzieja matka głupich, ale jak każda matka, dzieci kocha, więc uroczyście mówię: ktoś przeczytał.
Powtórzę się po raz kolejny, ale opisy masz mistrzowskie. Wszystko dopracowane w każdym calu, w każdym szczególe. I tak detaliczne. Jak ty to robisz, że widzisz każdy szczegół, do tego z różnych dziedzin? Uchyl rąbka tajemnicy, zdradź sekret.
Coś, co mi się nasuwa podczas czytania początku - odważny dzieciak z tej Arnory. Wiem, potem to demon, ale początkowy opis zrozumiałam, że jest z jej punktu widzenia i to głównie niego się tyczą wrażenia.
I bardzo ciekawe odwołanie do bogów. Znaczy, uwielbiam takie rzeczy, bo dodają klimatu. A fakt, że to bogowie z zakładki, jeszcze bardziej nadaje realiów.
Jedna literówka - zapewne z szybkiego pisania: "gogant" :D Domyślam się, że chodziło o giganta. I jedno zjedzenie spacji "zajmowałyfiolki".

P.S. Wiesz, że za jednym zamachem skończyłaś swój cykl i zrealizowałaś misję? Znalazłaś zaginione dziecko.

root pisze...

Hah, szczegóły to widzę chyba dzięki temu, że mam zamiłowanie do nauk ścisłych w odpowiedniej kombinacji z cechami umysłowymi autyzmu i lekkiej nerwicy natręctw a myślenie od urodzenia mam trochę jak po psychodelikach ;) Już od ładnych paru lat w umyśle rozbijam na czynniki pierwsze różne rzeczy pod względem "technicznym". Mój psychiatra nazwał to anankastyczną dokładnością ;)
Co do odwagi, to w sytuacji zagrożenia życia czasem ludzie pod wpływem adrenaliny dostają motywacji albo do szybkich działań, albo do szukania rozwiązań, których w normalnym stanie umysłu się nie znajduje. A przy średniowiecznych realiach, gdzie śmierć i niebezpieczeństwa są powszechne, założyłam, że już nawet dzieci od najmłodszych lat wyrabiały sobie pewien instynkt.
Teksty inwokacji wzięte z autentycznych rzekomo ksiąg opisujących przywoływanie demonów, niewielkie tylko zmiany wprowadziłam. Bo akurat mi to bardzo pasowało :P
Ale to nie jest Develean jak w misji Eliasa ;) Przez przypadek tak wyszło, bo cykl zaczęłam wiele miesięcy temu.

Szept pisze...

A ja myślałam, że łatwo się czegoś takiego nauczę. Niestety, na czynniki pierwsze rozbijam tylko to, co kocham i jest mi bliskie, a jak coś, na czym się mniej znam lub mniej mnie interesuje, to opis wychodzi po macoszemu :( Śmiało jednak przybiję piątkę, bo nauki ścisłe też kocham.
O tak, z adrenaliną masz całkowitą rację. Dużo też zależy od charakteru, bo niektórych strach paraliżuje i głównie to miałam na myśli - i to był swego rodzaju komplement dla małej (nawet jeśli miała małą pomoc w postaci demona). Przewlekły stres działa też czasem demotywująco, wyniszczająco, ale to odmienny temat :D
Kapitalnie się inwokacja wpasowała, naprawdę. Z czystej ciekawości, podzielisz się źródłami? (Nigdy nie wiadomo, co i kiedy może się przydać)
O fakt, nie zwróciłam uwagi na miejsce :D No, ale miejsce zawsze lekko można nagiąć. Tak czy inaczej fajnie się zgrało, chociaż fakt, cykl pierwszy i sam pomysł na takie, a nie inne zakończenie zapewne też :D Swoją drogą, nie wiem jak inni, ale ja jestem ciekawa, co teraz będzie z opętaną dziewczynką.

root pisze...

Dziewczynka zapewne przez jakiś czas będzie rozstawiać po kątach siostrę i kuzynkę ;) Ona ma w końcu charakter ojca i wuja, ludzi wytrwałych i zdeterminowanych, to z pewnością spróbuje wyciągać jakieś korzyści z sytuacji. W sumie kiedyś może dalszy ciąg jej historii napiszę, nie wykluczam tego.
Może to przeznaczenie, że się zgrało. Ja to mam takie dziwne wyczucie graniczące z jasnowidzeniem, mało tylko przydatne, bo różne rzeczy dostrzegam dopiero po fakcie ;)
Co do źródeł - Mniejszy Klucz Salomona, Większy Klucz Salomona, Grimoirum Verum, Księga Świętej Magii Abramelina i bodajże Czarny Kruk. I coś tam jeszcze, chwilowo nie pamiętam. Nie wiem, po co Ci to, ale jeśli chodzi o wenę i pomysły do opowiadań to nadaje się świetnie ;)

Szept pisze...

Tak, właśnie pod kątem weny pytałam. I niezdrowej ciekawości ludzkiej :D Poza tym, ja lubię kolekcjonować rzeczy w myśl zasady: "przyda się może."
Dziękuję

Olżunia pisze...

Przeczytawszy i spodobawszy! Zabierałam się trochę do tego komentarza, bo chciałam napisać go na spokojnie, a nie wklepać parę zdań i wysłać. No, to komentuję. Nawet podwójnie, bo mi komputer posłał poprzedni komentarz tam, gdzie raki zimują. Takie podwójne wyrazy uznania będą, a co.
Na początku trochę kręciłam nosem, że Arnora (uwielbiam to imię btw) tak chłodno wszystko analizuje i nie daje się opanować emocjom, ale potem zreflektowałam się, że nie wszystkie nieletnie bohaterki płci żeńskiej muszą trząść się ze strachu i biernie wyczekiwać ratunku. Wpadłam w pułapkę schematów, których tak nie znoszę, paczcie państwo. Zresztą na co ja narzekam, skoro śmiertelnie niemal wystraszona Melu jest tak genialnie opisana? Tak, znowu opisy, ale tego nie da się nie skomentować, choćby się powtarzało nie wiadomo który raz. Bo opisy są spójne, plastyczne, nic sobie nie przeczy i nie ma się problemów z wyobrażeniem sobie czegoś. Jest i szczegółowo, i całościowo. Aż Ci zazdroszczę, że nie musisz się martwić, że jakiś czytelnik będzie się zastanawiał: ale chwila, moment, to te drzwi nie były po lewej i bliżej okna przypadkiem? W scenie walki trochę brakowało mi dynamiki, ale znów marudzę, bo praktycznie nie da się precyzyjnie opisać tak złożonej sceny w paru krótkich zdaniach. Warto nadmienić, że ja podczas czytania scen walki w większości przypadków prędzej czy później się gubię, również u dostających dobre recenzje pisarzy, a u Ciebie się nie pogubiłam. I chwała Ci za to.
Tak, ja też kocham inkantację. Jest piękna, po prostu piękna. :D
Lubię zakończenie. Bo jest otwarte i nie wiadomo, co dalej. Daje do myślenia. Tak samo jak cała historia – nie daje o sobie łatwo zapomnieć, wraca się do niej.
No dobra, zakończenie zakończeniem, ale ja to bym przeczytała ciąg dalszy... xD
A to takie ogólne spostrzeżenie: masz swój styl, Twojego tekstu nie da się pomylić z jakimkolwiek innym. Nie uzasadnię tego, ale takie właśnie mam odczucie.
I na koniec – last but not least – dziękuję. Dziękuję, bo fajnie się czytało, a przecież mnóstwo pracy w to włożyłaś. Naprawdę, szacun.

Prawa autorskie

© Zastrzegamy sobie prawa autorskie do umieszczanych na blogu tekstów, wymyślonego na jego potrzeby świata oraz postaci.
Nie rościmy sobie natomiast praw autorskich do tych artów, które nie są naszego autorstwa.

Szukaj




˅ ^
+ postacie
Rinne Lasair