piątek, 2 grudnia 2016

Misja: Szczurołap I

Wirgiński But, Iluna
   Miasto wciąż tętniło życiem, choć godzina była już późna; księżyc zaczął coraz bardziej przesuwać się na ciemnym niebie. Jeszcze chwila i na wschodzie rozbłyśnie pierwszy promień słońca.
   Iluna przypominała kolorowego i rozśpiewanego ptaka; pełno w niej było życia, płynącej energii, co porywa i wciąga w ten bieg. Ludzie, elfy, krasnoludy - tutaj rasa nie miała większego znaczenia; liczyło się to, co masz w mieszku przy pasie, albo w kufrze pod łóżkiem. Mieszkańcy miasta kręcili się od karczmy do karczmy, krzyczeli, bili się i szli pić dalej.
   W ciemności, zmieszana z głosami tła, rozbrzmiała muzyka fletu; nieco piskliwa, o niskich tonach, głośna i wyraźna. Było w niej coś takiego, że nakłaniała do zatrzymania się i wsłuchania w jej brzmienie. Nikt nie nazwałby jej wielką muzyką, ale wywoływała dreszcze na całym ciele. Przenikała głęboko, do serca, poruszając samą duszę. Kusiła w pewien natrętny, arogancki sposób. Wabiła tych, co chcieli jej słuchać.
   Przyciągała do siebie, a czuły słuch nie potrafił się jej oprzeć.

Wirgiński But, Iluna, dzień drugi

   Srebrna Wstążka przecinała Ilunę na dwie, nierówne części, wpływając do Zatoki Cichej. Prawa strona była kwitnącym miastem, w niej handel miał pierwszeństwo ponad wszystkim. Mało jest takich miejsc, gdzie na każdym placu, na byle wolnym skrawku przestrzeni, stoją kramy i stragany, a w powietrzu unoszą się krzyki przekupek. Iluna prawobrzeżna to wielki plac handlowy, poprzecinany domami i karczmami. To mekka handlarzy, którzy liczą każdą zarobioną monetę; tutaj nawet kobieta potrafi się targować, a dzieci od małego uczy się dobijania dobrego zakupu.
   Iluna lewobrzeżna to dzielnica magazynowa. Tutaj przechowuje się wszystko to, co spływa rzeką; każdy materiał pozyskiwany z kopalni zwanych ruchami, poza dwoma, które obsługuje port Inis. Litwor, bo tak nazwano tę stronę, był miejscem nielegalnego handlu, przekupstwa i ciemnych spraw, a wszystko to pod przykrywką zgodnych z prawem interesów.
   - Milczek! Tu jestem! - Kiggs stał z wyciągniętą wysoko ręką i machał nią energicznie, żeby drugi najemnik go zobaczył. - Tu! - Mieli się spotkać nad jednym z wielu przecinających miasto kanałów transportowych. Na prawym brzegu, przy karczmie Zakros.
   - Widzę cię, a na pewno słyszę. - Milczek zwany Rudobrodym zatrzymał się nad kanałem. Dziś bez swojej ulubionej kuszy, którą zamienił na krótki miecz u boku. Z ogoloną, pokrytą tatuażami głową i rudą brodą zaplecioną w ciasny warkocz. Ubrany jak na najemnika przystało i tylko jeden element odróżniał go od towarzysza: czerwona opaska symbolizująca przynależność do najemnego pododdziału strażników miejskich. - Gdzie Brzeszczot?
   - Wczoraj nieźle popiliśmy, może wciąż śpi?
   - Albo obraca na boku jakąś cycatkę.
   Kiggs parsknął. Ale zaraz spoważniał, chociaż drgała mu warga, co znaczyło, że zaczyna się droczyć. - On jest teraz porządny, on nie obraca na boku! Jak możesz coś takiego gadać, elfy by się obraziły!
   - No tak, elfy. - Zabrzmiało tak, jakby to wszystko tłumaczyło. - Hyvan ma życie do dupy - westchnięcie Milczka zmieszało się z psim ujadaniem i kocim syczeniem. - A on komuś nie dał pierścionka?
   - A on go nie zgubił, zanim dał?
   - A nie wiem. Do dupy jest w tych sprawach.
   - A może ona go pogoniła?
   - A ja bym pogonił takiego niewydarzonego męża. - Przestępując z nogi na nogę, podrapał się po brzuchu, patrząc jak wysoko na niebie jest słońce; nie było jeszcze aż tak późno. - Zanim on tu przylezie, może coś zjemy?
   - Żarcie u Zakrosa się nada. - Najemnik wskazał pustą o tej porze oberżę; dochodziła dopiero dziesiąta. - Nie musimy daleko chodzić.
   Karczma, niepodobna do tych wzniesionych w bogatszej dzielnicy, kryta była strzechą, ściany miała bielone wapnem, a z komina unosił się biały dym. W słońcu wygrzewał się czarny kot, obserwując szczura biegnącego po belkach. Przedłużony dach rzucał przyjemny cień na wystawione stoliki; ot beczki z położonymi, przybitymi deskami i mniejsze skrzynie do siedzenia. Wszystkie miejsca były wolne; godzina była zbyt późna na śniadanie i zbyt wczesna na obiad.
   Najemnicy usiedli przy ścianie, a służka przyjęła ich zamówienie. Kiggs poprosił o ejl, ciemne piwo o palonym, ostrym smaku i chlebek naah z mięsem wieprzowym, doprawionym mocnymi przyprawami. Milczek zamówił wędzoną słoninę, grubo obsypaną solą, pszeniczne piwo i placki drożdżowe z serem kozim i baraniną. Nie musieli długo czekać aż na blacie wyląduje jedzenie.
   - Wolne od służby? - Kiggs złapał w palce naah, wąchając ostry, mocny zapach wieprzowiny.
   - Po tygodniu mordęgi. Mamy plagę szczurów w magazynach. - Milczek łyknął piwa, opierając łokieć o blat, a na dłoni położył brodę. Pracował, razem z szóstką swoich ludzi, ze strażnikami miejskimi. Od tygodni męczyli się z uspokajaniem niezadowolonych nadzorców; słuchali marudzenia, krzyków i gróźb. - Zaraza niszczy zapasy zbóż - Milczek splunął na ziemię. - Kupcy szaleją, władza umywa ręce i mówi, że to nadzorcy nie dbają o swoje. Ci przerzucają winę na władzę. I koło się zamyka.
   - Trutek nie macie? Szczurołapów? - Kiggs podwinął rękawy lnianej koszuli; w Ilunie nie było tak gorąco jak w stolicy kraju, ale dla mężczyzny, który wychował się pomiędzy Górami Przodków, i tak było za ciepło. Zawsze się zastanawiał, po cichu, jak Rudy do tego przywykł, przecież on pochodził z wioski leżącej u podnóża Gór Mgieł.
   - Szczurołapów namnożyło się jak królików na wiosnę. - Placki drożdżowe były za słone jak na jego smaki. Ser też nie był najlepszy, ale czego oczekiwać za pół srebrnej monety. -  Żądają królewskich sum, a efektów brak.
   - I podobno wam ludzie giną. - Kiggs słyszał różne plotki. Wystarczyło przystanąć przy straganach, posłuchać przekupek, tego, co ludzie mówią w karczmach. Plotki jak plotki, mogły być nieprawdziwe albo całkiem wierne wydarzeniom. Zależy kogo się słuchało; krzykacze na rogach rzadko kłamali, informując mieszkańców o najważniejszych wydarzeniach, chyba, że ich sakiewki robiły się przyjemnie cięższe.
   - Jak zawsze. Pijacy topią się w kanałach. Pechowców znajdujemy na bruku.
   - Nie, że umierają. Znikają. Podobno szczurzyzna przerzuciła się na ludzi.
   Rudy zakrztusił się mięsem; do oczu naszły mu łzy, kiedy Kiggs walnął go dłonią w plecy, pochylając się nad stołem. - Nie wierzę, że gryzonie objedzą ludzi tak, że kości nie zostaną. Nikt nie zgłaszał kości. Ludzie często znikają.
   - Przecież…
   - Szczury! Pieczone ogony! - Zakurzoną ulicą szedł młody chłopaczek; nie wyglądał na więcej niż trzynaście lat. Znoszona, cerowana w wielu miejscach koszula, przedarła się pod pachą, a przewiązane sznurkiem spodnie były obdarte na nogawkach. Buzię miał szczuplutką, cały był chudy jak patyk. - Szczury! Świeże szczury! - Przewieszone na patyku niósł łyse, wybebeszone gryzonie, przypieczone zbyt mocno w niektórych miejscach. - Sześć miedziaków!
   - Daj mnie wszystka! - Służka, ta sama, która podawała im jedzenie, wybiegła do chłopaka i wcisnęła mu w rękę odliczoną ilość monet, odbierając kijaszek z ogonami. Milczek i Kiggs spojrzeli na swoje miski, na siebie, a po chwili ten pierwszy odsunął od siebie naczynie, a ten drugi wzruszył ramionami i zaczął dojadać mięso.
   - Jak tu nie przylezie, trzeba go będzie poszukać. Wiesz gdzie wynajął pokój?
   Z pełną buzią, Kiggs pokiwał tylko głową. 
   Milczek powstrzymał beknięcie i zapił zjedzoną baraninę.

Wieczór tego samego dnia
   Stracili dwie złote monety zanim podstarzała, zgarbiona staruszka z kurzajką na brodzie, pozwoliła im wejść na piętro i zajrzeć do pokoju wynajmowanego przez Brzeszczota. Kiedy wchodzili na górę, wciąż słyszeli za sobą jej skrzekliwy głos i marudzenie, że będą z tego kłopoty. Kłopoty to będą mieć oni, kiedy się okaże, że mieszaniec gdzieś zaginął.
   W mdłym, bladym świetle starej, krasnoludzkiej lampy pokoik wyglądał tak, jakby ktoś tu czegoś szukał. Przez jedną, długą, straszną chwilę najemnicy uwierzyli, że z ich przyjacielem naprawdę stało się coś niedobrego, a potem pierwsza panika opadła i zorientowali się, że to typowy widok dla pomieszczeń, w których półelf pomieszkuje dłużej.
   - Cuchnie jak w chlewie.
   Kiggs pociągnął nosem i wzruszając ramionami stwierdził: - Śmierdzi najemnikiem. Jak za dawnych lat.
   Na podłodze walały się porozrzucane, wymięte ubrania; koszule leżały zwinięte w kulki, spod łóżka wystawały zabłocone buciory, przez oparcie krzesła przewieszono spodnie. Rozbebeszona sakwa podróżna wyglądała tak, jakby nigdy nie było tam nic poukładane, tylko wrzucone naprędce do środka i związane, by nie wypadło. Na stole stał zapomniany talerz z rozgrzebanym, niedojedzonym posiłkiem; przynajmniej pokój nie miał dodatkowych, ogoniastych lokatorów. Wody w miednicy nie było, za to mokre mydło musiało spaść na niezbyt czystą podłogę, bo nie wyglądało najlepiej z włosami i drobinkami śmieci. Koc na łóżku leżał częściowo na podłodze, poduszka miała pełno czerwonych włosów i coś, co wyglądało jak ślad po ślinie.
   Obraz nędzy i rozpaczy. Gdyby to zobaczył Diarmud, załamałby ręce. Gdyby Heiana za nic nie wyszłaby za takiego mieszańca. Gdyby Laurion, wytargałaby syna za okrągłe uszy. Gdyby Maltorn, dałby mu nieźle popalić.
   - Za demona nie dojdziemy do tego, czy ktoś tu grzebał. - Kiggs zrzucił pająka z parapetu, sprawdzając, czy okno jest szczelnie zamknięte; było, chociaż aż nazbyt wpuszczało szczelinami powietrze do środka.
   - Zamek był zamknięty. Okno całe. - Milczek w swojej pracy widział wiele włamań, mniej lub bardziej subtelnych. Były też takie, które tylko udawały, aby zmylić szukających wskazówek. Rudy powinien posłuchać własnych przeczuć; naprawdę mieli zabrać ze sobą Skoba, strażnikowego mistrza tropiciela. - To nie wygląda…
   - Babsko też mówiło, że cisza i spokój - wtrącił Kiggs, wyglądając na ulicę. - Poza tym nie widziała, żeby wracał. - Za tę informację musieli dopłacić dwa srebrniki, zaokrąglając sumę do dwóch złotych monet. - Musiał w ogóle nie dotrzeć tutaj. Hm, ilu wy macie tu szczurołapów?
   Dziwne, niezwiązane z Brzeszczotem pytanie sprawiło, że Milczek podniósł głowę i spojrzał na towarzysza; Kiggs niezbyt dobrze znosił tutejsze temperatury, narzekał też na bóle w skroniach, ale starał się to ignorować. Teraz wyglądał przez przybrudzoną szybę, pocierając palcami czoło. - Przestaliśmy zliczać po trzydziestym. Czemu?
   - Ciekawie tu macie. Szczury, złodzieje, monety i zgarbieni goście z mordą jak zakapior. Od kiedy przepędzacie zarazę fletem?
   Zainteresowany Milczek podszedł do Kiggsa. - Próbowali zwabiać je jedzeniem do klatek. Szczuć kotami. Łapać, nawet z kusz strzelali. Wszystko dobre. Nawet muzyka, jeśli działa.
   - A jeśli w tym siedzi magia? Jesteście tolerancyjni, nie wieszacie magów jak północ kraju.
   - Nawet ich doceniamy i wynajmujemy za godziwą monetę - Milczek zamilkł na chwilę, zapatrując się na szczurołapa grającego na flecie. - Może… Jeśli masz rację… Jeśli to magia… - Najemnik popatrzył na drugiego najemnika.
   - Cholerne uszy Brzeszczota! - wykrzyknęli razem i zerwali się z miejsca, zbiegając po schodach, tupiąc i hałasując, jeden za drugim, aż im pięścią pogrożono na do widzenia. Obaj wypadli przez główne drzwi, jeden popatrzył w prawo, drugi w lewo. Przygarbionego szczurołapa nigdzie nie było. Ulica pusta, przyciemniona; pomiędzy karczmami krzyczeli mężczyźni, jakaś kobieta śpiewała, a nad tym wszystkim unosił się cichy, ledwo słyszalny dźwięk fletu. Nie pasował do całego tego harmidru, do pijaństwa, dziewek kuszących klientów w zaułkach. Za dźwiękiem fletów podążało kilka futrzastych ogonów.
   - Idziemy za nim?
   - Takich grajków może być z tuzin. Skąd pewność, że za tym polazł ten głupi mieszaniec?
   - Sprawdzimy.
   I sprawdzili, ale zapomnieli, że bogini Fortuna potrafi być prawdziwą dziwką.
 

 

czwartek, 1 grudnia 2016

Gdy śiwat spowija mrok, wtedy najjasniej święcą gwiazdy...zwłaszcza te, któe zgasły...

Yarkhar. Po prostu Yarkhar| obecnie wędrowiec| 27 lat| komediant| spojony, do czasu| czasami łowca nagród| poszukiwacz przygód| sprawy z „tamtego” życia...

 178 cm wzrostu| czarne włosy| mgliste oczy, które bywają ...brązowe?

dobrze walczę kijem| potrafię przemieszczać się między wymiarami| otwieram przejścia do innych miejsc...to skomplikowane| skrywam pewną tajemnicę






 

 


Ciemny kąt w zatłoczonej karczmie. Królewiec... Od czasu do czasu czuję spojrzenia mieszkańców. Szepty: „dziwak”, „cudzoziemiec”... OBCY! Biała płachta założona jak kaptur, czerwony płaszcz z wyciętym lewym ramieniem. Coś na wzór metalowego naramiennika. Drewniany kij. Coś na wzór zwoju. Zszyte szare spodnie, opalenizna i...przepaska na oczy. Ślepiec. Każdy tak o mnie myśli. Ale nie wiedza, że ja ich widzę. Czuje ich. Do mojego stolika dosiadła się młoda kobieta. Miedziane włosy, niebieskie oczy i głęboki dekolt ciemnozielonej sukni.
- Dobrze, że jesteś.
- W końcu wzywałaś.
Niebezpieczne spojrzenia. Pełne tego co nazywane jest „rządzą”. Wiedziałem o co im chodzi. Chodziło o moją towarzyszkę. Głębokie dekolty zawsze przyciągają spojrzenia mężczyzn oraz zabierają ich do krainy „kosmatych myśli”. Zwłaszcza, jeśli kobieta jest młoda i ma „czym oddychać”.
- Podoba Ci się nowe życie? - Zapytała bez ogródek.
- Czasami tęsknię za starym. - Odparłem dopijając alkohol w mojej niezbyt czystej szklance.
- Ciesz się, że żyjesz.
- Dlaczego ja? - spojrzałem na kobietę- Dlaczego wybraliście mnie? Dlaczego uratowaliście mnie a nie ją?
- To była jej ostatnia prośba.
„Ona”. Z jej śmierci powstałem. Z jej wyboru żyję. Ale poczucie winny i myśl że mogłem zrobić więcej... Cokolwiek więcej...
Kobieta wstała.
- Rusz dupsko. Mamy zadanie do wykonania.
- Niby jakie? - Spytałem smętno. Zawsze robiło mi się smętno gdy myślałem o tamtej nocy.
- ON tu był.
Odłożyłem szklankę z taką siłą, że omal nie pękła. Ale siła była tak duża, że echo odbiło się echem po karczmie.
- Dostałeś może i nowe życie, ale też lepszą szanse by GO dorwać. Zwłaszcza, że nie jesteś już tamtym człowiekiem. Nie jesteś tym czym byłeś. Otworzyły Ci się nowe drzwi...
- I je wykorzystam. - odparłem – Prowadź.


Razem zostawiliśmy osłupiałych klientów karczmy


(Ta wiem, macie mnie dość... Ale ta postac kroiła się od dawien dawna (czyt. po zniknięciu Eliasa i Guldora). Oliwer był tylko obiecanym powrotem. Teraz... zabawa się zaczyna }:-> KP będzie pewnie rozwijane :P)

gg: 56165800