niedziela, 21 sierpnia 2016

Czasami to mrok daje najwięcej światła...

        Świst powietrza. Rozrywający każdą część ciała ból. Czułem jak coś spływa po moich plecach. Moją krew. Kolejny świst powietrza i kolejna porcja bólu. Mimo to nie wydałem z siebie ani jednego jęku. Nie, nie dam im tej przyjemności.
- Sto! - Zawołał jeden ze strażników. Drugi patrzył na mnie z politowaniem. Pewnie liczył na to, że stracę przytomność. Nie dzisiaj.
Odpięli mnie od pala do którego byłem przykuty. Natychmiast znalazłem się na zimnej i wilgotnej podłodze. Dysząc ciężko starałem się złapać choć odrobinę powietrza. Ale uczucie tonięcia nie chciało ustąpić. Jak jeden wielki kac.
- Dość nietypowy z niego więzień. - Rzucił jeden ze strażników – Zabierz go do celi.
Szarpnięcie w okolicach nadgarstków. Skrzypiące drzwi. Przez okna wpadało światło księżyca. Był czerwony. Takiego jeszcze nie widziałem.
Znowu poczułem ból. To strażnik zaczął mnie ciągnąc po schodach. Strzęk zamka, skrzypnięcie zawiasów. Kolejna porcja bólu zakończona zamknięciem zamka. Znowu byłem w swojej celi.
Zapach pleśni, wilgotne kamienie, krzyki torturowanych oraz umierających. Witam w najgorszych lochach. Lochach mrocznych elfów.
- Ile dzisiaj? - Zapytał przez kraty jeden ze skazańców.
- Sto. - Odparłem doczołgując się do zawszonego koca.
- O połowę więcej niż ostatnio. I nawet nie wrzasnąłeś.
- Przytomności też nie straciłem.
Siedziałem tu już trzy miesiące. Trzy miesiące, przez które byłem bity, poniżany, torturowany, biczowany. Trzy miesiące, przez które musiałem bić kilofem w na wpół zamarzniętą ziemię. Po co? By wydobywać jakiś dziwny surowiec, którego nawet nie znałem. Ile sekretów kryje jeszcze ta ziemia?
- Powiesz mi w końcu za co cię skazano?
Tym pytaniem zadręczał mnie ów więzień od samego początku jak tu trafiłem.
Położyłem się na boku, tak by moje plecy dotykały mokrej ściany. Jej chłód sprawiał, że ból był bardziej znośny.
- Nie wykonałem rozkazu.
- Wojskowy?
- Były.
- Więzień się zaśmiał.
- Co w tym śmiesznego?
- Nic. I to w tym jest najzabawniejsze.
- Nie rozumiem.
- Zrozumiesz. Kiedyś zrozumiesz. Tak z ciekawości. Jak brzmiał rozkaz?
Westchnąłem. Samo wspomnienie tego rozkazu wzbudzało we mnie mdłości. Więc zacząłem opowiadać. Opowiedziałem mu o ataku na wioskę elfów krętouchych. O tym, że wedle rozkazu mieliśmy wyłapać tych najważniejszych, a reszta szła na straty. Ginęli wszyscy. Bez wyjątku. Widziałem nawet jak jeden z „naszych” przebijał mieczem matkę broniącą dziecka.
- Wtedy spotkałem ją. - Spojrzałem na kraty. Czy tak czuje się ptak w niewoli? - Chciałem zadać cios. Ale coś mi mówiło, że nie tędy droga.
- I wtedy nie wykonałeś rozkazu? Pozwoliłeś jej uciec? - Dopytywał się więzień.
- Nie. Kazałem jej to zrobić.
- Dlaczego? - Zdumienie towarzysza było jak najbardziej na miejscu. Wiem jaką mamy reputację. - Nie wiem. Po prostu kazałem jej to zrobić. Nawet nie wiem czy się jej to udało.
        Nie usłyszałem odpowiedzi. Zasnąłem. Zmęczenie było silniejsze niż moja wola pozostania przytomnym.
- Rusz dupsko. - Ktoś kopnął mnie w żebra.
Rozejrzałem się. Nie byłem już w celi. Byłem...nigdzie. Otaczała mnie ciemna pustka. Jedyne co było to stolik ze świecą. Co jest grane? Czy to widzą ci co umierają?
- Nie umarłeś. Jeszcze.
Głos czytający w głowie. Lepiej być nie mogło.
- Za dużo myślisz, magu. Usiądź.
Nie wiadomo skąd pojawiło się krzesło. Głos nie wydawał się być mi wrogiem, więc mimo krzyku każdego mięśnia by tego nie robić, podszedłem do krzesła i usiadłem na nim.
- Damy ci tego czego chcesz.
- O czym ty bredzisz?
- O wolności.
W mroku pojawił się niewielki blask, który zgasł tak szybko jak się pojawił.
- Kim lub czym jesteś?
- Jesteśmy przyjaciółmi. Przyjaciółmi, którzy nie zostawią cie samego, G'eldnarze.
Wszystko rozbłysło. Biel miejsca oślepiła mnie. Dopiero gdy oczy przywykły do otoczenia, zobaczyłem z czym mam do czynienia.
Postać jakby z czarnej mgły. Bez oczu, bez wyrazu, bez rąk. Po prostu stała przed mną i jakby patrzyła na mnie.
- Czym jesteś?
To nie istotne czym jesteśmy.
- Czego chcesz?
- Tego co każdy. Wolności.
- Jesteście echem. - Przypomniałem sobie. Raz czytałem o tych zjawach.
- Jesteśmy szeptem pośród mroków minionych wieków. Więźniami w lochu czasu.
- To jak macie być wolni?
- Ucząc cię. Pamiętając cię. Prowadząc cię.
Znowu zapadł mrok.
        Obudził mnie zapach dymu oraz krzyki. Nie więźniów a ...strażników? Drzwi do mojej celi stały otworem. Z resztą do innych cel również. Jakaś nieznana siła mnie podniosła. Pchała naprzód.
Wyszedłem z celi. Korytarz był usiany trupami strażników oraz więźniów. Coś tu nie pasowało. Coś tu było stanowczo nie tak. Strażnik wybiegł z jednego z pomieszczeń. Mój widok go zaskoczył, ale gdy tylko wyciągnął miecz zapalił się żywcem. Czy ja to zrobiłem czy może ta nieznana siła? Ruszyłem dalej korytarzami lochów. Każdy strażnik, który chciał mnie powstrzymać ginął w męczarniach. Nie. Nie chcę tego. Nie tak. Nie w taki sposób.
Siła ustąpiła. Mimo to stałem o własnych siłach. Zupełnie jakbym nie był już zmęczony. Kolejny strażnik. Szybko ruszyłem w jego stronę. Wbiegłem na ścianę i...przeskoczyłem nad nim. Od kiedy ja tak potrafię? Wytrąciłem mu kopniakiem broń. Podciąłem mu nogi. W efekcie wylądował na ziemi jak długi i nim się zorientował co się stało mnie już nie było. Biegłem przez korytarze omijając walczących i umierających. To nie moja walka. Nie ta. Może kolejna. Może jeszcze inna ale nie ta.
Wybiegłem na świeże powietrze. Wiatr był dość porywisty, a w powietrzu dało się wyczuć resztki burzy. Powietrze było zdecydowanie chłodne i świeże.
- Stój! - Nagle znikąd pojawili się strażnicy. Spojrzałem na nich pełnym gniewu spojrzeniem. Przez myśl przeszło mi tysiące zaklęć, których wcześniej nie znałem. Nie uczyłem się ich.
- Wracaj do swojej celi, więźniu!
- Nie. - Powiedziałem stanowczo – Nie wrócę tam. Ani teraz ani nigdy.
Odgłos eksplozji rozdarł powietrze i zbrukał okolicę.
Noc rozświetlały pożar trawiący loch, w którym mnie więziono. A ja? Ja szedłem przed siebie drogą, której jeszcze nie znałem. Zimna i mokra trwa była nad wyraz przyjemna.
- Ładna eksplozja.
Odwróciłem się. Na kamieniu siedział dziwny mężczyzna.
- Ktoś ty? - Zapytałem gniewnie spodziewając się ataku.

- Możesz mi mówić Arma. I szukałem Cię, bracie....

sobota, 13 sierpnia 2016

Misja: W nieznane

Odnajdź ekspedycję, która zaginęła bez wieści


        Po czasie spędzonym na oceanie, miło jest poczuć pod nogami coś innego niż chyboczący się na wszystkie strony skrzypiący pokład statku. To niesamowite, jak ci wszyscy marynarze wytrzymują w tak niebezpiecznych warunkach. Rozejrzałem się dookoła. Jaśmin. Ostatnie miejsce gdzie bogowie zaglądają. A jak już to zrobią to by pierdnąć jakaś zarazą, deszczem czy innym cholerstwem. Zajrzałem na kopertę. Miałem to dostarczyć jakiemuś wypierdkowi, który zrobił sobie wycieczkę do tej „krainy zapomnianej przez bogów”. Jak znaleźć kogoś? Iść tam gdzie najwięcej się dzieje, czyli do najbliższej karczmy. Tak też zrobiłem.
Znalezienie jej nie było trudne. Najgorsze było wytrzymanie smrodu jaki w niej panował. Mieszanina zapachów wymiocin, ryb i piwa. Powstrzymując moje śniadanie, które chciało wyjść i to bardzo, ruszyłem w kierunku krępego faceta stojącego za barem.
- Witam. Szukam...
- Czego chcesz? - Powitał mnie ochrypły głos. Nie należał do przyjemnych.
- Chciałem zapytać, czy nie widzieliście pewnej ekspedycji.
Wszyscy ucichli nasłuchując naszej rozmowy.
Mężczyzna oparł się na łokciu o blat. Był tak blisko że czułem smród jego oddechu.
- Po co ci ta wiedza, elfie?
- Mam pewną sprawę do nich.
Spojrzałem przez ramię. Kilka osób stanęło przy wejściu, a kilku innych zaczęło się powoli do mnie zbliżać. Czułem, że coś tu śmierdzi, ale nie spodziewałem się burdy.
- Raczej się niczego nie dowiesz. A raczej... nie dożyjesz. BRAĆ GO! - Zawołał barman.
Od razu zrobiłem unik, a tam gdzie przed chwilą stałem wbił się nóż jednego z napastników. Szybko ich przeliczyłem. Dwóch przy wejściu, trzech przy barze i do tego barman. Każdy lepszy od drugiego. Jeden przeciw sześciu. Mało sprawiedliwy podział, ale cóż...
Trzask.... Ktoś rozbił butelkę. Kolejny odgłos. Noga od krzesła. Dobra... Teraz robi się ciekawie.
- Panowie. - Rzuciłem krótko – Ja grzecznie pytam o ekspedycje. Po co te nerwy?
Nic. Alkohol do reszty wyżarł im mózgi. Jeśli panuje tu prawo pięści to raczej nie mam czego szukać. Westchnąłem ciężko. Zawsze to samo. Lepiej było by mi zostać zabójcą niż gońcem. Spojrzałem na napastników. Sześciu. Obrałem za cel mężczyznę z nożem.
        Kopnąłem krzesło, które podleciało pod blat lady. Zacząłem biec w jego kierunku. Odbiłem się od krzesła i wylądowałem na blacie co zaskoczyło wszystkich. Pędem pobiegłem w kierunku nożownika. Po drodze zasadziłem kopniaka barmanowi łamiąc mu nos. Kolejne odbicie i wylądowałem za plecami faceta z nożem. Blok. Potem wytrącenie ostrza i szybkie cięcie.
Mężczyzna osunął się na ziemię krztusząc się i trzymając za gardło, które mu podciąłem jego własnym nożem. Krzyk szarży. Unik do parteru, cięcie i kolejny krzyk. Napastnik z butelką leżał na ziemi trzymając się za nogę. Złapałem stojąca na stole butelkę. Trzask. Rozwalona na głowie kolejnego idioty, który całym impetem wpadł na stolik niszcząc go do szczętnie. Podrzuciłem nóż łapiąc go za ostrze, po czym rzuciłem nim w jednego z mężczyzn przy drzwiach i trafiając go w ramię. Jego kolega widząc co się dzieje wziął nogi za pas.
Podszedłem do barmana, który kulił się ze strachu.
- No to teraz sobie porozmawiamy. - Twarz wykrzywił mi złośliwy uśmiech.
Samo serce wyspy, co? To już jakieś konkrety. Szybko udało mi się zebrać jakieś zapasy. Niektóre kupiłem inne ukradłem nieuważnym mieszkańcom. Teraz czekało mnie najtrudniejsze. Jak znaleźć grupę ludzi w tych krzaczorach? Gęste jak kosmate dupsko wilkołaka. Pomimo braku chęci by się pchać w te „kudły natury” ruszyłem przed siebie. Niestety sam, bo nikt nie chciał mi towarzyszyć. Jedyne co, to dostałem wskazówki co i jak. Może się uda. Po przebyciu kilku metrów od razu znalazłem mojego nowego przeciwnika. Z którym nie mam najmniejszych szans... chordy wygłodniałych komarów. Małe wredne krwiopijce....

***

Po dwóch dniach błądzenia i szukania jakichkolwiek śladów, w końcu udało mi się znaleźć obozowisko ekspedycji. A może to co z niego zostało.
        Wszędzie wiatr rozwiał jakieś papiery. Namioty były nadpalone i poddarte. Garnek nad paleniskiem przewrócony. Podszedłem do paleniska. Zimne. Wiem, że dobre ognisko potrafi gasnąc nawet kilka dni. Zastanawiając się co się tu wydarzyło, moja uwaga skupiła się na pewnym namiocie. Smukły, szpiczasty z dobrego materiału. Nie było mowy o pomyłce. Elfia robota. Jednak w całym tym bałaganie, coś mi nie pasowało. Nigdzie nie było śladów większej walki. Zupełnie jakby ktoś lub coś zaatakowało obóz i znikło razem z jego mieszkańcami. Podszedłem do jednego z namiotów i dotknąłem go.
- Pokaż mi. - Wyszeptałem zamykając oczy. Bez odzewu. Milczał. Czyli niczego się nie dowiem. Zatem zostało mi jedno...
Spojrzałem na zarośla. Nie poruszały się pomimo wiatru, który zapowiadał deszcz. Czyli jednak przeczucie mnie nie zawiodło. Ruszyłem w stronę zarośli. Wystawiłem przed siebie rękę i... nic. Nic nie poczułem. Iluzja. Przeszedłem przez sztuczną ścianę i od razu natrafiłem na ślad. Na jednym z liści była krew. Ruszyłem tym śladem.
Po jakimś czasie dotarłem do niewielkiej plany na której...były ponabijana na pale ciała. Wysuszone przez słońce i nadgnite. Niektórym brakowało oczu, zapewne straciły je po spotkaniu z ptactwem.
- Co jest? - Wyszeptałem wchodząc pomiędzy pole śmierci.
Ledwo udało mi się zrobić kilka kroków, coś złapało mnie za nogę. Bez namysłu zacząłem recytować jakieś zaklęcie, ale widząc, że to elf powstrzymałem się od spalenia go żywcem. Wychudzony i ledwo żywy. Na głowie resztki srebrnych włosów. Zdawało się, że udało mu się uciec przed śmiercią. Zamiast tego był ranny.
- Co się tu stało?
- One wrócą. Uciekaj.
- One?
Za późno. Powietrze zadrżało od upiornego wycia. Wycia tak potwornego, że włosy na karku stanęły mi dęba. Spojrzałem w niebo. Nie było widać tego co wydało z siebie to wycie. Nie przypominało wycia wilkołaka. Brzmiało jak coś innego jak...
W tym momencie coś poderwało mnie do góry, tylko po to by upuścić mnie na ziemię. Kątem oka zobaczyłem coś czarnego. Cokolwiek to był nie dawało za wygraną bo znowu zaatakowało. Tym razem trafiło jeden z pali zostawiając na nim głębokie rysy. Zapewne od szponów. Spojrzałem na nieszczęśników. Nie. Nie skończę jak oni. Poderwałem się i podbiegłem do elfa.
- Zwijamy się. - Powiedziałem biorąc go pod ramię. Może i jesteśmy różni, ale nikt nie zasługuje by tu umrzeć.
        Znowu rozbrzmiało to upiorne wycie. Bez namysłu wyszeptałem zaklęcie i posłałem je do góry. Zamknąłem oczy, ale i tak widziałem przez zaciśnięte powieki rozbłysk światła. Znowu wycie. Tym razem inne. Zupełnie jakby napastnik nie spodziewał się tego że będę się bronił. Proste zaklęcie światła naładowane zbyt dużą energią. Zawsze albo świecą zbyt jasno albo...wybuchają. Czasami robią i jedno i drugie. Wolałem nie wiedzieć jaki efekt wywołałem. Po prostu razem ze swoim towarzyszem uciekliśmy w gąszcz. Byle jak najdalej od tych ciał i tego czegoś. Gdy byliśmy dość daleko zdyszani i poranieni przez gałęzie, usiedliśmy na ziemi.
- Pokaż mi to. - Rzuciłem widząc, że elf trzyma się za bok.
- Dlaczego mi pomagasz?
- Bez powodu.
W ranę wdała się infekcja. Mimo to odkaziłem ją czystą wodą, rozerwałem swój rękaw i zrobiłem z niego opatrunek. Niestety, musiałem go docisnąć starym bandażem.
- Co to było?
- I tak byś mi nie uwierzył.
- Może gdybyś...
Znowu to wycie. To coś nas tropiło. Czymkolwiek to było, nie dawało za wygraną. Przebiegliśmy kilka metrów, gdy nagle straciliśmy grunt pod nogami i zjechaliśmy w dół. Nagle z lasu wyłoniła się ścieżka.
- Co wy tu robicie? - Zapytał woźnica.
Widząc wóz z drzewem wpadłem na pewien pomysł. Chociaż się nie spodziewałem go tutaj. W takiej sytuacji. W tej chwili.
- Jedziecie do Jaśminu?
- Owszem. - Odparł woźnica.
- Przyjaciel jest ranny. Pomożecie nam?
- Wsiadajcie. - Powiedział po chwili wahania.
Droga była wyboista, ale krótsza niż to przez co musiałem się przedzierać.

***

Zostałem jeszcze kilka dni dłużej, aż stan elfa się poprawi na tyle by mógł wrócić ze mną statkiem. Na jego szczęście infekcja nie była poważna.
- Jak się nazywasz? - Zapytał mnie w końcu nowy przyjaciel.
- G'eldnar. - Przedstawiłem się siedząc obok jego łóżka na statku.
- Mnie nazywają Jacobo. I jestem pół elfem.
Super. Jak mogłem pomylić pół elfa z elfem?
- Tam w tym lesie. - Zacząłem – Co nas zaatakowało?
- Na pewno chcesz wiedzieć?
- Dobrze by było wiedzieć, co chciało mnie zabić. - Wyszczerzyłem zęby – A tak przy okazji... - Sięgnąłem za pazuchę – To do Ciebie.
Wręczyłem mu list. Na jego widok twarz Jacoba pojaśniała. List musiał być ważny. Jednak najważniejsze było co innego. Nie samo dostarczenie listu. Nie to że coś chciało nas zabić. Ale to, że w końcu wracaliśmy do domu.  


[Moja pierwsza misja :D Wybaczcie, że tak chaotycznie napisana, ale totalnie nie miałem na nią pomysłu :( wymyśliłem jej treść w pracy, więc jak tylko wróciłem dopisałem końcówkę i od razu oddaję ją w Wasze słodkie łapki  XD]