Przewodnik

Aktualnie

W małej wsi nieopodal Królewca, w starym, opuszczonym młynie zamieszkał diaboł. Złośliwe stworzenie robi przeraźliwy hałas w środku nocy, nie pozwalając wieśniakom na odpoczynek. Wielu rodzinom z piwnic giną zapasy niezbędne do przetrwania zimy. Wyznaczono nagrodę dla śmiałka, który przegoni diaboła.

W czasie wczorajszej śnieżycy, ci nieszczęśnicy, którzy musieli przebywać na zewnątrz, widzieli dziwny orszak przemykający po niebie. Wszyscy świadkowie jednogłośnie twierdzą, że towarzyszył temu kobiecy śmiech, który kojarzył się z dźwiękiem tłuczonego szkła. Co do wyglądu prowadzącej orszak zdania są podzielone. Niektórzy sądzą, że widzieli olśniewająco piękną kobietę, inni zaś – gnijącego trupa.

Na starym szlaku południowym wiodącym do Wirginii można spotkać ducha. Zjawa zaczepia każdego przechodnia, uprzykrzając się smutną, bełkotliwą historią. Ten, kto się do niego odezwie, może być już pewny, że duch nie odczepi się aż do końca podróży. I ciągle będzie gadał.

Na okolicznych targowiskach zaczął pojawiać się kupiec o nieznanym pochodzeniu. Sprzedaje on wyjątkowo dziwne i słodkie owoce, które bardzo szybko zyskały swoich zwolenników. Spiesz się, bo nie zostawią nawet pesteczki!

Lodowaty wiatr przywiał ze sobą potężne śnieżyce, budując kopce śniegu sięgające niemal pasa. Wszystko wskazuje na to, że będzie to zima, jakiej od wielu setek lat już nikt nie widział.

Linki-obrazki

Misje
I. Miłość jest cudowna.
Osoba, której nie darzysz szczególną sympatią lub taka, która właściwie nie powinna zauważać twojego istnienia nagle wyznaje ci miłość. Nie odstępuje cię na krok, wręcza ci różne (opcjonalnie: także kłopotliwe) prezenty, robi rzeczy, do których wcześniej nie była zdolna. Szaleje za tobą tak bardzo, że wprawia tym wasze otoczenie w, najlżej mówiąc, zdumienie. Opcjonalnie: stan zakochania to efekt szemranej mikstury, która omyłkowo wypiła tamta osoba.

II. Jeszcze jeden dzień.
Masz dosłownie jeden dzień, od świtu do zachodu słońca, by zapobiec jakiejś (być może osobistej) tragedii. Możesz to zrobić sam/a, lub przekonać do tego kogoś innego.

III. Powrót do przyszłości.
Wracasz z dalekiej podróży w miejsce, z którego wyruszyłeś/łaś lub w swoje rodzinne strony. Na miejscu okazuje się, że inni w ogóle cię nie zauważają – jakbyś był/a duchem. Stopniowo okazuje się, że trafiłeś/łaś do swojej własnej przyszłości. Możesz zobaczyć innych i siebie „20 lat później”.

IV. Klucz do wieczności.
Odnajdujesz prastarą, magiczną księgę, podobno zwierającą formułę nazywaną „kluczem do wieczności”. Czym dokładnie jest owa formuła, nie wiadomo, masz jednak dostęp do księgi i możesz ją poznać. Problem polega na tym, że księga interesuje osoby, które są w stanie zrobić dosłownie wszystko, by ją zdobyć.

V. Szczurołap.
W pewnym miejscu przebywa człowiek, który potrafi sprawić, by szczury opuściły miasto. W tym samym miejscu nocami słychać podobno oszałamiającą, nęcącą muzykę. Ci, którzy jej ulegli, podobno nigdy już nie wrócili. Tytuły są celowym nawiązaniem, treść „oryginału” może stanowić dodatkową inspirację.

VI. Mocna głowa.
Dostajesz zlecenie upicia najbardziej zatwardziałego opoja/abstynenta w mieście. Motywacje zleceniodawcy wydają się mocno szemrane. Opcjonalnie: knujecie z celem intrygę lub wykonujesz zadanie i obserwujesz dalszy bieg zdarzeń.

zamknij
Dodaj do WTP Spis kodów
Spis opowiadań
Kiedyś przyjdzie mi za to wszystko zapłacić... Weselicho, czyli tańcz, jedz i chędoż za darmochę! Oszukać czas. Oszukać przeznaczenie. Oszukać... siebie. Baśń o wolności: Preludium Świątynia Ażubora (1) Wszystkiego krówkowego! (okolicznościowa, krótkie opowiadanie "Motyw przewodni - Prezent". Ta dam, pamiętaliśmy! I - Wezwanie pomocy: alchemio, przybywaj! Gdy demon odzyskuje człowieczeństwo, przypomina sobie jak być człowiekiem. Nikt nie zna prawdziwego bólu do czasu aż nie straci kogoś bliskiego sercu. Niedopowiedziane historie Wendigo i Driada Szczurzy dzień (autor: Szept, Silva) Domek, zupa, sukkub i historia (autor: Elias) Sen i niespodzianki (autor: Elias) Boląca strata i niepokojący gość! (autor: Elias) Cienie i nowy przyjaciel (autor: Elias) Kruki (autor: Elias) Cienie i Starsze Dusze (autor: Elias) Zawsze jest kolejna tajemnica (autor: Silva) Zło Kor'hu Dull (autor: Elias) Złodziej Twarzy i Koszmar (autor: Elias) Królewiec (autor: Elias) Przed świtem (autor: Nefryt) Król Żebraków i nowe drzwi (autor: Elias) Akceptacja (autor: Elias) Nostalgia (autor: Nefryt) Nowa droga i niespodziewane wyznanie? (autor: Elias) Biały i zielony daje czerwony! (autor: Elias) Nowe wyzwania w nowym życiu (autor: Elias) Krąg tajemnic (autor: Elias) Jack (autor: Elias) Czasami to mrok daje najwięcej światła (autor: Elias) Trzy sceny o szpiegowaniu (autor: Nefryt) Morze bólu. Promyk nadziei ... (autor: Elias) Nie ma sensu szukać guza. Chyba, że jest się najemnikiem (autor: Silva) Sól (autor: Aed) Dyjanna Muirne: Miecz może być dowodem wszystkiego (autor: Zorana) Opus Magnum I (autor: Iskra) Uszatek i Kwiatek na tropie przygody: Przypadłość parszywej gospody (autor: Paeonia i Szept) Gdy gasną świece (autor: Zombbiszon) ... Najjaśniej płoną gwiazdy nadziei. (autor: Zombbiszon) Elias cz. 1 (autor: Zombbiszon) Elias cz. 2 (autor: Zombbiszon)
zamknij

Chat

Rienna Malaxit i Vasilim Skarrigen stali przed budynkiem koszarów straży miejskiej Rivendall jeszcze długo po tym, jak wrota zamknęły się za grupką mężczyzn niosącą na prowizorycznych noszach ciało. Nie wiadomo, kogo nieśli, tym razem ktoś zatroszczył się o to, żeby przykryć zwłoki. 
- Piąty – mruknęła Rienna, nie do końca pewna, czy mówi do Vasilima, czy jednak bardziej do samej siebie. Piąta ofiara, odnaleziona piąta osoba… z ilu właściwie? Ten, jeśli wierzyć pogłoskom, które natychmiast obiegły zachodnie dzielnice Rivendall, został znaleziony niedaleko brzegu rzeki.
Łowczyni na wszelki wypadek rozejrzała się, było to bardziej odruchowe niż celowe. Szukała na resztkach muru, wieży strażniczej i ścianach niewielkich parterowych domków krwawego znaku. Tutaj jednak nie znalazła i sama nie była pewna, czy ów fakt budził w niej ulgę, czy raczej jeszcze większy niepokój.
Vasilim trącił towarzyszkę łokciem.
- O co chodzi? - spytała łowczyni niecierpliwie.
- Może chodźmy stąd. Stercząc przed drzwiami nic nie zyskamy, a ludzie zaczęli chyba zwracać na nas uwagę.
Rienna skrzywiła się, ale mimo wszystko zerknęła przez ramię. Oprócz nich w okolicy pozostało niewiele osób. Niektórzy zdawali się patrzeć na nią i na Vasilima, ale raczej przez to, że akurat oni stali najbliżej drzwi koszarów. 
Na pewno? Może tak tylko sobie tłumaczyła? 
Niechętnie kiwając głową, ruszyła. Lepiej było spokojnie się oddalić, zanim zostaną zmuszeni do tego przez strażników. Szli ramię przy ramieniu, ich ubrania czasem ocierały się o siebie. Rienna szukała wzrokiem D’sadaara. Na pewno był gdzieś w pobliżu i węszył, chociaż chwilowo znajdował się poza zasięgiem wzroku. 
Przez ostatnie dwa dni nie dowiedzieli się właściwie niczego nowego. Słyszeli pogłoski o kilku kolejnych zaginionych osobach, ale to już nie było niczym pewnym. W takich miastach jak Rivendall każdego dnia ktoś przybywał, inni zaś ruszali w drogę. Spośród ludzi, których los w świetle ostatnich wydarzeń był niepewny, dwie osoby same się odnalazły. Plotki głosiły, że co najmniej jeden z tych osobników przez kilka dni nie trzeźwiał, błąkając się na trakcie, aby w końcu przypadkiem niemal wpaść na miejską bramę. No i odnaleziono okaleczone ciała kolejnych dwóch ofiar. Licząc z tym ostatnim, teraz już trzech.
Za ich plecami, pod ścianą koszar straży miejskiej pojawiły się smugi kolorowego dymu. Przybywało ich, w miarę jak złota, czerwona i błękitna mgła zmniejszała dystans do idących. Dym zaczął przybierać kształt psa, niewyraźne smugi tworzyły coraz bardziej klarowny obraz, aż na bruku uliczki zmaterializował się D’sadaar. Początkowo przez jakiś czas wydawał się półprzezroczysty. Jasny bruk uliczki prześwitywał przez jego postać, w końcu duch przybrał materialną formę. Przyspieszył i otarł się bokiem o nogę Rienny. Dziewczyna gwałtownie drgnęła.
- Byłem tam – mruknął D’sadaar ledwie słyszalnym szeptem – Widziałem ciało.
Rienna i Vasilim spojrzeli na niego z nagłym ożywieniem. Na twarzach wypisane mieli nieme pytanie. 
- Odcięte dłonie, rany na klatce piersiowej – wyjaśnił stillid. Mógł mówić o tym spokojnie, w oczach duchów śmierć nie wydawała się zjawiskiem jednoznacznie negatywnym.
- Śmierć z wykrwawienia? - spytała Rienna. Wydawało jej się, że czuje chłód, ale możliwe, że poza tym, że była zdenerwowana, naprawdę robiło się chłodniej. Słońce powoli zachodziło.
Stillid skinął głową.
- Najprawdopodobniej.
Rienna westchnęła. Nie widziała w tym wszystkim jakiegokolwiek sensu. Porzucanie ciał w okolicach miasta wydawało jej się… marnotrawstwem? Porywanie ludzi tylko po to, żeby zamordować ich w bezsensownie brutalny sposób i porzucić zwłoki…
Tknięta nagłą myślą, przystanęła, tak, że Vasilim potrącił ją z rozpędu.
- Zdołałeś może zobaczyć, czy przypadkiem ktoś nie próbował wyrżnąć mu na klatce piersiowej i brzuchu jakichś symboli? - spytała łowczyni bardziej złym głosem niż zamierzała. Stillid wydał z siebie ciche prychnięcie.
- Nie próbował – odpowiedział po chwili – To były zupełnie przypadkowe cięcia, różnej głębokości. Jeżeli zabójca do czegoś dążył to chyba tylko do szybkiego wykrwawienia.
Zbliżali się do gospody, w której Rienna zatrzymała się na czas pobytu w Rivendall. Łowczyni mimowolnie zauważyła, że po drodze nie natrafili na żaden znak namalowany na ścianach. Najwyraźniej zostały rozmieszczone po mieście niezbyt równomiernie… Od czego w takim razie mogło to zależeć? Dziewczyna nie potrafiłaby dać się przekonać, że decydował o tym przypadek. Albo wygoda twórcy. 
Zatrzymali się przed drzwiami gospody. Rienna pod wpływem impulsu zaproponowała Vasilimowi, aby wspólnie zjedli wieczerzę. Mężczyzna po krótkiej chwili wahania zgodził się, łowczyni odniosła nawet wrażenie, że wahanie było udawane a Vasilim miał właśnie nadzieję, że sprawy tak się potoczą.
Vasilim pchnął drzwi, przesadnie teatralnym gestem pokazując Riennie, aby weszła do środka. We wnętrzu było w tym momencie już nieco jaśniej niż na zewnątrz, zapalono świece na środku stołów i gliniane lampy na parapetach. Przy takim świetle kremowe ściany gospody nie wydawały się tak nagie jak za dnia. Powieszona na jednej ze ścian ozdoba wyplatana z linek i drewnianych obręczy rzucała wokół cienie o niepokojąco nieregularnych kształtach. Poza nią ściany zdobiło jedynie umieszczone w przeciwległym kącie pomieszczenia pomalowane na czarno koło wozu i wiszący po lewej stronie drzwi długi pas materiału pokryty spłowiałym haftem roślinnych motywów. W tym momencie w pomieszczeniu znajdował się jeden gość, mężczyzna w średnim wieku, odziany w niezbyt bogaty podróżny strój. Kiedy weszli, zaszczycił ich krótkim obojętnym spojrzeniem, po czym znów zainteresował się stojącym przed nim wysokim kuflem z jakimś ciemnym trunkiem.
Zajęli stół przy przeciwległym końcu sali, ale nie pod samą ścianą. Vasilim i Rienna odruchowo usiedli naprzeciwko siebie. D’sadaar wślizgnął się pod stół i położył na brzuchu, opierając pysk na łapach jak zwyczajny pies. W tej pozycji znieruchomiał, z widoczną w oczach zadumą. Zanim którekolwiek zdążyło się odezwać, usługująca dziewka już pojawiła się przy stole ze ścierką i szybkim, automatycznym ruchem przetarła blat. Vasilim od razu poprosił o piwo. Kiedy dziewka oddaliła się, ominęła róg kontuaru i zniknęła w zasłoniętych sznurami drewnianych paciorków drzwiach, mężczyzna spojrzał na Riennę pytająco.
- Co jest? - zdziwił się. Łowczyni smętnie zwiesiła głowę nad stołem. Pasma długich prostych włosów częściowo opadły na jej twarz, końcówki dotknęły blatu.
- Sama nie wiem – odparła cicho – Chyba po prostu jestem zmęczona.
Nie umiała opisać tego dziwnego uczucia, kiedy myślenie o wszystkim, co w ostatnim czasie wydarzyło się w mieście, powodowało stopniowo rosnący dyskomfort.
Vasilim pokiwał głową ze zrozumieniem i sięgnął za pazuchę. Wymacał zawieszony na szyi niewielki woreczek i z wprawą otworzył go używając jednej ręki. Zanurzył dwa palce we wnętrzu, zwinnie chwycił nimi trzy częściowo ususzone podłużne listki. Wyciągnął je i zaprezentował Riennie na otwartej dłoni. 
- Na zmęczenie zawsze można zaradzić – oznajmił optymistycznie – Poczęstujesz się?
Rienna w pierwszym odruchu sięgnęła ręką ku listkom, ale zamarła w połowie ruchu. Zawahała się. Tu chodziło o dijun? Niezbyt podobała jej się ta perspektywa. Odmówiła.
- Jeszcze wytrzymam – odpowiedziała, starając się nadać dziarskie brzmienie swojemu głosowi i zmusiła się do uśmiechu. Vasilim wzruszył ramionami i włożył listki do ust. Zaczął je z wyraźną lubością przeżuwać.
Usługująca dziewka wróciła, niosąc kufel piwa i drugi, z pitnym miodem. Postawiła je na stole i znów zniknęła na tyłach budynku, tym razem na krótko. Zaraz pojawiła się znowu, niosąc miski z polewką. Talerze cicho stuknęły o blat, kiedy je stawiała, potem pojawiły się jeszcze grubo krojone pajdy chleba. Rienna ze zmarszczonym czołem przyglądała się ciemnozielonej zawartości talerza. W cieczy unosiły się jasne rozgotowane grudki jarzyn i drobno pokrojone kawałki jakiegoś różowawego mięsa. Nie wyglądało to tak źle. Zaczęła jeść, kiedy usłyszała, jak Vasilim stuka łyżką o swój talerz. Tak, w smaku było całkiem niezłe…
Po wieczerzy znów wyszli na zewnątrz. Właściwie niewiele więcej mieli w tym mieście do roboty. Najbardziej sensownym działaniem wydawało się obserwowanie i słuchanie plotek. To drugie, wbrew pozorom, w tym wielokulturowym i wielojęzycznym mieście, było jedynie nieznacznie utrudnione. W obliczu ostatnich wydarzeń każda pogłoska rozchodziła się natychmiast właściwie w całym Rivendall, powtarzana przez kolejne grupy miejscowych i przyjezdnych.
Kilka ulic dalej natknęli się na niewielkie zbiegowisko. W miejscu, gdzie ulica skręcała w prawo, zgromadziło się nieco ponad czterdzieści osób. I byli strażnicy, na co Rienna zwróciła uwagę dość szybko. Tym razem jednak nie pojawiło się żadne ciało, zresztą łowczyni przypuszczała, że w takim wypadku wrzawa, zamieszanie i chaos byłyby o wiele większe. Przedmiotem zainteresowania wszystkich zebranych, a także przyczyną gniewnych pomruków niezadowolenia, był krępy mężczyzna w średnim wieku, niewysoki, w jasnej koszuli, na której doskonale widać było ciemne plamy wody i czerwonawe zacieki. Przyczyna tego od razu stawała się oczywista, pod ścianą domu leżała mokra, podobnie zabarwiona ścierka i wiadro z brudną wodą. Na ścianie, na wysokości mniej więcej czterech stóp od poziomu bruku, widniał kolejny upiorny znak, tym razem lekko zatarty. Wokół konturów były niewyraźne plamy, najprawdopodobniej usiłowano usuwać malunek, kiedy był jeszcze dość świeży.
- No i widzicie – jęknął mężczyzna rozkładając ręce, patrząc z wyrzutem na stojących tuż obok dwóch strażników – Teraz to wyschnie całkiem i już się tego nie pozbędę.
Używał najprawdopodobniej wirgińskiego z obcym akcentem, Vasilim tłumaczył Riennie jego słowa. Rienna pomyślała przelotnie, że interwencja strażników w tym przypadku wyszła nieszczęsnemu człowiekowi na dobre. Ludzie wokół wyglądali, jakby w pierwszym odruchu, podsycanym przez atmosferę niepokoju, nieufności i wzajemnych podejrzeń, zamierzali go zlinczować, potem dopiero ewentualnie zaczęliby się zastanawiać, czy rzeczywiście to miało sens.
Któryś ze strażników zadał pytanie o sprawcę. W końcu mężczyzna musiał zobaczyć znak jeszcze świeży, skoro zdołał częściowo ruszyć ten nieusuwalny barwnik. Ktoś z tłumu krzyknął, że z pewnością sam to nagryzmolił a potem musiał zauważyć, że się pomylił i jak najszybciej spróbował naprawić błąd. Vasilim tłumaczył wszystko i wydawał się całą sytuacją rozbawiony.
- Co w tym śmiesznego? - spytała Rienna z wyrzutem – Chciał zmyć cholerstwo i chyba przechodzącym obok wydawało się, że on to maluje. Jeszcze trochę i na nas zaczną dziwnie patrzeć, bo kręcimy się wokół tych symboli od paru dni. Jak to jeszcze dłużej potrwa trzeba będzie się stąd wynosić, żeby to nie skończyło się ulicznym samosądem.
Ktoś ze stojących najbliżej, przypuszczalnie za zgodą strażników podszedł bliżej i spytał mężczyznę, w jakim właściwie celu uparł się usunąć ten znak, jeżeli rzeczywiście taki był jego cel. Ostatecznie te kręgi znajdowały się w wielu miejscach w mieście i jak dotąd ustalono, że tego czerwonego barwnika nie da się wywabić. Mężczyzna pochylił się i podniósł z ziemi porzuconą ścierkę. Jego ruchy wyrażały teraz rezygnację.
- To dom mojej siostry – wyjaśnił – Przeraziłem się, kiedy to… coś… pojawiło się na ścianie jej domu. Chyba mnie rozumiecie. Nie chciałem, żeby jakieś kłopoty spadły na moją rodzinę.
- Kłopoty? - podchwycił tamten – Przecież to zasadniczo nie ma ze sobą żadnego bezpośredniego związku. Zapewne dobrze wiesz, że znaki nie powodują, że zniknie ktoś z domowników.
- Wolałem być pewny. Na wszelki wypadek… Nie podoba mi się to! Nikomu się nie podoba! A ja po prostu wyszedłem i chciałem wrócić do domu, kiedy zobaczyłem to coś!
Rienna, słuchając tłumaczenia towarzysza, kiwała głową. Sama na miejscu tego człowieka postąpiłaby zapewne dokładnie tak samo. A mieszkańcy miasta, patrząc chociażby na to zbiegowisko, w obliczu nieokreślonego zagrożenia nie kierowali się bezwzględnie zdrowym rozsądkiem. Ludzie po dłuższej chwili zaczęli się rozchodzić, widząc, że nic więcej się nie dzieje. Strażnicy jeszcze chwilę rozmawiali z podejrzanym, któryś wziął nawet od niego ścierkę i spróbował usunąć znaki ze ściany domu, jednak całkowicie bezskutecznie. Tajemniczy barwnik zdążył się utrwalić. Inny strażnik mruknął coś uspokajającym tonem, ten pierwszy oddał ścierkę właścicielowi, po czym i oni opuścili miejsce zdarzenia. Mężczyzna jeszcze jakiś czas potem próbował zmyć czerwony okrąg. Rienna mijając go, zauważyła, że ów człowiek zaciska z wysiłku zęby i marszczy czoło, szorując ścianę. Łowczyni, Vasilim i D’sadaar przeszli tuż obok, ten jednak nie zwrócił na nich uwagi, zajęty swoją bezcelową robotą. 
Rienna myślała o tym, czego była świadkiem i próbowała przewidzieć, jak mogą zachować się mieszkańcy miasta za kolejne kilka dni, dlatego mało zwracała w tym momencie uwagę na to, co działo się dookoła. Zwyczajnie szli sobie ulicą, nie niepokojeni przez nikogo, obojętni dla pozostałych przechodniów. Była zaskoczona, kiedy w pewnym momencie Vasilim przystanął i lekko trącił ją w bok. Otworzyła usta, ale zanim zdążyła zapytać, o co chodzi, towarzysz uciszył ją syknięciem.
- Tam – szepnął, gestem wskazując przeciwległą stronę ulicy. Między jasnymi ścianami niewysokich kamieniczek były odstępy szerokie na kilka stóp, w większości częściowo zajęte przez nieco zmarniałą od niedostatku wody roślinność. W jednym z takich odstępów stał mężczyzna o ciemnej karnacji, z czarnymi włosami skręconymi jak owcze runo. Wystarczyło samo jego twarde spojrzenie spod grubych brwi, żeby Rienna skojarzyła tę twarz, ale człowiek ten miał na sobie tę samą wymiętą koszulę, w jakiej widziała go przed kilkoma dniami. Dziewczyna nie mogła mieć najmniejszych wątpliwości.
- Chodź.
Szarpnęła Vasilima za rękę tak gwałtownie, że jakieś dwie kobiety idące obok ulicą na chwilę spojrzały w ich stronę. 
- O co chodzi? - spytał Vasilim. Zaczynało się ściemniać, a źrenice mężczyzny były małe, wręcz nienaturalnie zmniejszone.
- Widziałam tego człowieka parę dni temu – wyjaśniła Rienna niecierpliwie, nadal ciągnąc Vasilima za rękę i nadając tempo. Vasilim zmarszczył brwi.
- Jesteś tego pewna? Bo ja widziałem go w pewnej chwili, kiedy tamten człowiek próbował zmyć ścianę. Wpatrywał się, jak tamten się męczy. Myślałem, że po prostu też zainteresował się zbiegowiskiem, ale teraz wygląda na to, że on nas obserwuje. Normalnie raczej nie przemykałby pomiędzy budynkami i nie czaiłby się tak.
- Wtedy to na pewno był on – potwierdził D’saadar – W dodatku jest w nim coś dziwnego.
Vasilim i łowczyni spojrzeli na stillida z nagłym zainteresowaniem.
- Co masz na myśli? - spytała Rienna. D’saadar potrząsnął głową.
- Nie starałem się zbadać tego dokładnie, ale teraz myślę, że to mogło mieć znaczenie – westchnął – Ale tak mi się wydaje, że on nie miał duszy.
- Nieumarły? - spytał Vasilim, na co D’saadar znów potrząsnął głową. Nie, to nie było chyba to. Ale w tym momencie trudno było stwierdzić cokolwiek. Można było jedynie snuć przypuszczenia.


...*…


Dłoń trzymająca pędzel osłonięta była skórzaną rękawiczką, nieco już zniszczoną, ale wystarczająco skutecznie chroniącą przed zabrudzeniem. Magicznie wzmocniony barwnik był naprawdę trudny do wywabienia. Musiał taki być, jeżeli miał pozostać na ścianach budynków nawet po ulewnym deszczu. Dobrze było zawczasu przygotować się na każdą ewentualność.
Mężczyzna cofnął się o kilka kroków, żeby przyjrzeć się swojemu dziełu. Okrąg, przecięty ośmioma krótkimi odcinkami rozłożonymi na nim symetrycznie, wokół, przy końcach odcinków poziomych i pionowych znajdowały się punkty. Teraz, przy swego rodzaju wprawie, nie mogło być mowy o przypadkowej pomyłce. Nawet niecałkowita sprawność dłoni nie przeszkadzała tak bardzo, jak mogło się wydawać na początku.
- Tam jest!
Odkręcona buteleczka z barwnikiem wypadła mu z ręki i stuknęła o bruk. Nie potłukła się, tylko potoczyła pod nogami mężczyzny, znacząc na kamieniach ciemnoczerwony ślad.
Przecież nikogo w tym zaułku nie było! Skrzyżowanie dwóch ślepych uliczek na tyłach kamienic nie było miejscem, gdzie jakiś uczciwy obywatel miałby powód pojawiać się z rana. Jednak zza rogu wyglądał młody chłopak, smukły, bosy, w białej koszuli i przepasce na czole. Za nim drugi, niższy, wyraźnie młodszy.
Może jednak względna łatwość zbytnio uśpiła czujność? Może nie było warto ryzykować z tym za dnia? Udało się dwa razy, ale to nie znaczyło, że dobra passa będzie trwać wiecznie.
Mężczyzna rzucił się do biegu, porzucając zarówno prawie opróżnioną już buteleczkę jak i chwilowo niepotrzebny pędzel. Aby się stąd wydostać, musiał biec w kierunku chłopców, potem ich wyminąć. Nawet nie próbowali go zatrzymać, możliwe, że byli zbyt oszołomieni. Zareagowali dopiero, kiedy mężczyzna spomiędzy domów wypadł na ulicę.
- To on! Porywacz! Morderca! Ten, który maluje po ścianach!
Nie miało znaczenia, czy ktoś z przechodniów naprawdę uwierzył tym dwóm młodym ludziom. Atmosfera w Rivendall była już wystarczająco napięta. Ludzie potrzebowali ledwie impulsu, żeby zareagować. Okrzyk poniósł się dalej w tłumie.
- To on! Morderca! Zatrzymać go!
Niektórzy wyciągali ręce, usiłując chwycić odzienie biegnącego, parę osób puściło się pędem za nim. Inni, myślący nieco bardziej rozsądnie nawet w takiej sytuacji, zaczęli tarasować drogę. Ci mogli zobaczyć, że biegnący w ich stronę człowiek w błękitnej koszuli ma na spodniach ciemnoczerwoną smugę. Tak, zapewne od tego przeklętego barwnika. Wrzawa i rozgardiasz musiały zwrócić uwagę dwóch patrolujących ulicę strażników miejskich. Oni także poczuli się w obowiązku interweniować, chociaż nawet jeśli wydali jakieś rozkazy, ich głos utonął w zgiełku.
Mężczyzna próbował uciekać, do końca starał się umknąć. Możliwe, że jeszcze jakieś szanse były, nie należało poddawać się od razu… Przed nim zwarty mur, prawie trzy szeregi ludzi. Wykrzywione złością i obrzydzeniem twarze. Nieżyczliwe, żądne zemsty spojrzenia. Zawrócić? Ci z tyłu byli tuż za nim, już wyciągali ręce. Mężczyzna ostro skręcił w prawo, ku krawędzi ulicy. To też na nic, niektórzy stali pod ścianami budynków. W dodatku z innych ulic przybywali kolejni, zainteresowani zbiegowiskiem.
Czyżby jednak już? Pogodzić się z tym, że już, że może najwyższy czas? A może i dobrze się stało… Prędzej czy później ktoś zauważyłby mężczyznę skradającego się pomiędzy kamienicami. Nie dałoby się pracować dalej, chociaż koniec był już bliski. A teraz dać tłumowi to, czego chciał. I zyskać spokój na następne dni.
Kiedy mężczyzna przystanął, ci, którzy zastawiali drogę, ruszyli w jego stronę. To było spontaniczne, ale reagowali jak na komendę, jednocześnie zbliżając się do celu, usiłując go otoczyć. Osaczony uniósł głowę, spróbował spojrzeć gdzieś ponad ich głowami… po czym nagle zwiotczał i upadł na ziemię jak porzucony przez właściciela płaszcz.
W tłumie ktoś zaczął histerycznie krzyczeć. Młoda kobieta usiłowała się przebić, rozpychała ludzi rękami, nie przestając szlochać i pomstować.
- Hasyan! - wyła rozdzierająco – Hasyan! Zabiliście go!
- To on był mordercą – zauważył ktoś wśród stojących najbliżej. Miał szczęście i nie stał się ofiarą kobiecej furii, ponieważ w tym momencie szlochająca niewiasta skupiona była raczej na tym, żeby jak najszybciej dostać się do leżącego na ulicy ciała.
- Rozejść się!
Teraz, kiedy okrzyki przeszły bardziej w szmer i pomruki, strażnicy mieli większe szanse zaprowadzić tu porządek. Wołali gromkim głosem kolejno w kilku językach, co jakiś czas niezbyt brutalnie, ale zdecydowanie odpychając kogoś, kto znalazł się na ich drodze. Ludzie w większości posłusznie usuwali się pod ściany, pozwalając im przejść, ale opuścić miejsca nikt nie miał zamiaru. Na pewno nie w takim momencie.
Strażnicy stanęli nad ciałem i pochyloną nad nim kobietą. Przez chwilę wahali się, co zrobić, w końcu jeden z nich położył rękę na ramieniu klęczącej i spróbował ostrożnie ją odsunąć.
- Znasz tego człowieka? - spytał drugi. Kobieta zaczęła energicznie kiwać głową. Czarne włosy opadały na jej zaczerwienioną i mokrą od łez twarz.
- To mój mąż – załkała – Hasyan Gudrun. Jeden z pierwszych, którzy zniknęli.
- Twierdzisz, że zniknął jak inni? - spytał ktoś z tłumu wyjątkowo nieżyczliwym, wręcz drwiącym tonem – To jak wyjaśnisz nam to, że widywany był w mieście od kilku dni?
Strażnik uznał, że powinien interweniować.
- Cisza! - krzyknął w kierunku, skąd dobiegał głos – My tu zadajemy pytania! A reszta może się rozejść, zanim kogoś tu aresztujemy. Sytuacja jest poważna.
Niektórzy rzeczywiście uznali, że lepiej się nie narażać i przezornie wycofali się jeszcze dalej, zwiększając dystans od strażników i nieruchomego ciała domniemanego porywacza. Tłum wokół znacznie się przerzedził. Do strażników dołączyli dwaj kolejni.
- Zaraz poślemy po resztę – odezwał się jeden z nowo przybyłych – A panią Gudrun możemy stąd zabrać i spokojnie przesłuchać.
Pozostali pokiwali głowami. Jeden uniósł wzrok i szybko przebiegł spojrzeniem po zgromadzonych wokół ludziach. Kiedy znieruchomiał, reszta z zaciekawieniem spojrzała w tę samą stronę.
Wcześniej, kiedy tłum był bardziej gęsty, Rienna musiała stać na palcach, żeby zobaczyć cokolwiek. Po groźbach strażnika, kiedy niektórzy cofnęli się prawie ku wylotowi ulicy, widok znacznie się poprawił. Ale jeśli ona mogła już bez problemu widzieć zwłoki, żonę nieboszczyka i straże, tak samo stawała się doskonale widoczna. Razem z towarzyszącym jej, od razu rzucającym się w oczy D’sadaarem. 
Strażnik z grobową miną powoli ruszył w ich stronę. Dziewczyna nawet nie pomyślała o tym, żeby próbować uciekać.
- Ty też idziesz z nami – oznajmił strażnik tonem, sugerującym, że z tym rozkazem nie należy dyskutować.


...*…


Strażnik prowadził ją wąskim, ciemnym korytarzem. Światło wpadało tu tylko przez otwarte drzwi pomieszczeń po obu stronach. Drogę zastąpił im inny, młodszy strażnik, który odruchowo stanął na baczność.
- Jakie są rozkazy? - spytał od razu. Prowadzący Riennę strażnik rzucił szybkie, ponure spojrzenie na dziewczynę.
- Zaprowadź ją do gabinetu. Ja idę powiadomić pana Grenera.
Oddalił się, nie czekając nawet na odpowiedź. Młodszy strażnik zlustrował Riennę spojrzeniem, z którego nie dało się nic wyczytać. Wyraz jego twarzy był obojętny. Przynajmniej nie wydawał się zły, co łowczyni z ulgą odnotowała w myślach. D’sadaar przycisnął się do nóg dziewczyny. Strażnik powiedział krótko, że Rienna ma pójść za nim, potem również prowadził ją bez słowa. Pchnął jedne z uchylonych drzwi po lewej stronie, stanął obok i gestem zaprosił łowczynię do środka.
Naprzeciwko drzwi znajdowało się okno, po obu jego stronach stały w glinianych donicach rośliny wysokie na prawie trzy stopy, o ciemnozielonych, ogromnych liściach. Pod ścianą z lewej strony była niska ława z ciemnego drewna, nad nią rozwieszono wyblakłą już tkaninę, na której jeszcze widoczne były spłowiałe brązowe i pomarańczowe wzory, na niej jeszcze wisiały w niewiadomym celu splecione sznury. Po przeciwległej stronie izby stało proste biurko, surowe, bez zdobień, kontrastujące ze stojącym za nim fotelem obitym bordową tkaniną. Jedynym obiektem na blacie była bielona doniczka z kolejnym egzemplarzem tej ciemnej rośliny o dużych liściach, ten był jednak jeszcze niewielki.
- Czekaj tutaj – strażnik wskazał ławę. Rienna posłusznie usiadła. Wolała nie zadawać żadnych pytań, właściwie nie wiedziałaby nawet, o co miałaby pytać. Była tak zaskoczona, że chyba nawet się nie bała, przynajmniej nie odczuwała lęku świadomie.
Zdała sobie sprawę, że nie wiedziała nawet, czego właściwie była świadkiem. To była kolejna próba samosądu? Ludzie krzyczeli, że uciekający człowiek był mordercą i to on rysował znaki na ścianach. Miał na ubraniu czerwony barwnik – ale czy tak samo nie było z tym, który próbował zmyć malunki z domu swojej siostry? Ale ten się krył. Dlaczego? I czy naprawdę śledził ją, Riennę, czy może robił dokładnie to samo, co ona i Vasilim od kilku dni – obserwował okolice, w których pojawiały się znaki?
Uchylone drzwi po raz kolejny zostały otwarte. Tym razem wchodzący nie miał na sobie lekkiej zbroi straży miejskiej. Mężczyzna w średnim wieku odziany był w ciemne szaty, świadczące o wyższej pozycji w mieście, ale nie był ubrany tak krzykliwie i ekstrawagancko jak najbogatsi kupcy albo niektórzy zmanierowani magnaci. Młodszy strażnik, który wcześniej przyprowadził tu Riennę, szedł kilka kroków za nim.
Mężczyzna zajął miejsce za biurkiem, strażnik pozostał obok drzwi, patrząc obojętnie, jak przełożony wyjmuje z szuflady pióro, kałamarz i czysty zwój pergaminu.
- Możemy zaczynać? - spytał siedzący. Strażnik powoli skinął głową.
- Chyba tak, panie Grener.
Mężczyzna nazwany Grenerem uśmiechnął się niezbyt przyjemnie i spojrzał na Riennę.
- Mamy tu tylko świadka, tak? - spytał.
- Na razie tak, panie Grener – odparł strażnik.
Rienna mimowolnie drgnęła. To „na razie” nie brzmiało zbyt dobrze. Grener zdawał się już nie słuchać odpowiedzi, bardziej zainteresowany siedzącą naprzeciwko dziewczyną.
- Jak się nazywasz? - padło pierwsze pytanie.
- Rienna Malxit z Królewca – przedstawiła się łowczyni. Odruchowo poprawiła się na ławie, wyprostowała plecy i przycisnęła łokcie do boków. Pozwoliła sobie zerknąć na chwilę w dół, na leżącego u jej nóg D’sadaara. Duch nie reagował na sytuację, co Rienna chciała interpretować jako chwilowy brak zagrożenia.
- Keronijka… - to było bardziej stwierdzenie niż pytanie – Od Królewca do nas daleko. Co robisz w Rivendall?
- Przyjechałam tu handlować, panie. Sprzedawałam skóry, rogi… mięsa nie, tego nie sprzedaję tak daleko od Królewca.
Na szerokiej twarzy Grenera pojawił się kolejny uśmiech i ten też nie wydawał się zbyt przyjemny.
- To raczej nie zajęłoby dłużej niż trzy dni – zauważył mężczyzna – A ty przebywasz w mieście co najmniej od tygodnia. Nie byłoby w tym nic złego, ale jak donoszą straże, wielokrotnie byłaś widziana w miejscach, gdzie na ścianach namalowano te czerwone znaki.
- Najczęściej w towarzystwie tego narkomana Skarrigena – wtrącił strażnik.
- Próbowaliśmy zorientować się, czym to właściwie jest – odpowiedziała Rienna, w ostatniej chwili powstrzymując się od podniesienia głosu. Czuła, że chyba musi zacząć się bronić, jeśli nie chciała zostać o coś oskarżona.
- Widziałaś te znaki kiedy były świeże? - Grener zadał kolejne pytanie. Łowczyni zastanawiała się, czy następne miało dotyczyć sposobu, w jaki owe znaki powstawały.
- Tylko raz – odpowiedziała zgodnie z prawdę – Kiedy ktoś z mieszkańców próbował zmyć wzór ze ściany domu. Inni, którzy to widzieli, uznali, że on je maluje. Możliwe, że by go zlinczowali, gdyby obok nie było straży.
Kątem oka widziała, że stojący przy drzwiach strażnik kiwa głową. 
- Zapewne nie znasz tego człowieka – mruknął Grener – On nie jest obecnie o nic podejrzewany.
- Nie znam go, panie – odrzekła Rienna – W Rivendall znam tylko Vasilima Skarrigena.
- A nazwisko Hasyan Gudrun coś ci mówi?
- Gudrun? Raczej nie… To znaczy… To chyba ten, którego gonili. I który nagle umarł. Tak coś słyszałam, ktoś wypowiedział to nazwisko, chyba, że się mylę.
- Ale nie znasz ani tego człowieka, ani jego żony, Rayslin Gudrun?
- Nie znam, panie. Ale Gudruna kilka razy wcześniej widziałam.
Strażnik stojący przy drzwiach wyraźnie się ożywił. Teraz spoglądał na Riennę z zaciekawieniem. 
- Kiedy i gdzie go widziałaś? - spytał. Łowczyni potarła ręką czoło.
- Pierwszy raz prawie tydzień temu – powiedziała niepewnie – Niedaleko jednej ze studni w centrum miasta, tam, gdzie pojawiły się znaki. To wyglądało tak, jakby mnie obserwował… albo tak jak ja, szukał tych znaków. Kilka godzin później pojawił się w tłumie, kiedy znaleziono pierwsze dwa ciała pod murami. Potem podobno widział go Vasilim. Powiedział mi to wczoraj, po tym, jak znów Gudrun mnie obserwował. Czaił się między budynkami i uciekł, kiedy zorientował się, ze go widzimy.
- I to było po tym, kiedy pewien niewinny obywatel próbował zmyć wzory ze ściany domu, tak?
- Tak – odparła Rienna. Strażnik parsknął krótkim, niewesołym śmiechem.
- Można powiedzieć, że tak jak ty i Skarrigen, Hasyan Gudrun poszukiwał sensacji. Tak byłoby w normalnych okolicznościach… gdyby nie to, że Gudrun był jednym z pierwszych, których uznano za zaginionych.
- Podobno kilku wróciło – zauważyła Rienna, zanim zdążyła ugryźć się w język. Zaraz spojrzała z lękiem na Grenera, aby sprawdzić jego reakcję, ale mężczyzna nie okazał irytacji ani tym bardziej gniewu. Namyślał się przez chwilę, po czym zadał kolejne pytanie.
- Czy mogłabyś powiedzieć, że Gudrun, z jakichkolwiek powodów zniknął i powrócił do miasta, starał się nie zostać zobaczony.
- Raczej tak, panie – odparła Rienna. Zanim któryś z mężczyzn zdążył jeszcze o coś zapytać czy zareagować w jakikolwiek sposób, drzwi znowu gwałtownie się otworzyły. Niski człowiek w szarej opończy, wyraźnie czymś podekscytowany, podszedł do biurka pana Grenera. Pochylając się nad blatem, zbliżył się do ucha siedzącego i zaczął szybko coś mówić. Język, jakiego używał, przypominał nieco wspólną mowę, ale różnice były na tyle duże, że Rienna szybko przestała za nim nadążać. Grener odpowiadał mu pojedynczymi słowami, w końcu powiedział coś, co dało się mniej więcej zrozumieć jako prośbę o opuszczenie na chwilę tego pomieszczenia. Człowiek w szarej opończy cofnął się posłusznie, Grener wstał i obaj ruszyli do drzwi. Strażnik przez chwilę się wahał, ale ostatecznie także do nich dołączył. Drzwi przymknięto, chociaż nie do końca. Cała trójka stała na korytarzu, trochę odsunęli się od drzwi. W izbie słychać było szmer ich głosów, ale i tak nie dało się rozróżnić słów.
Rienna spojrzała w dół na D’sadaara, który nadal leżał przy jej stopach ze złożonym na łapach łbem. Miała ochotę spytać stillida, co teraz się stanie, ale z jakiegoś powodu uznała, że lepiej nie ryzykować. Tamci chyba nie wiedzieli, że D’sadaar mówił i rozumiał, co mówili ludzie wokół niego. Może nie wiązało się z tym żadne zagrożenie, ale teraz  Rienna nie była pewna niczego.
Pan Grener w końcu wrócił. Teraz wydawał się z jakiegoś powodu wyjątkowo zadowolony. W przeciwieństwie do niego, strażnik był raczej zatroskany. Trzeci człowiek już nie wrócił, odszedł gdzieś w głąb budynku.
- Rienno z Królewca, podobno w mieście niektórzy powtarzają plotki, że jesteś szamanką albo wiedźmą – odezwał się Grener, kiedy już zajął swoje miejsce za biurkiem. Rienna zauważyła teraz, że pusty wcześniej pergamin leżący przed mężczyzną teraz był w znacznym stopniu zapełniony.
- To tylko plotki, panie – powiedziała łowczyni spokojnie – O magii wiem tyle, że niektórzy jej używają. Nie wiem, w jaki sposób i jak to działa. Z duchów miałam do czynienia tylko z D’sadaarem, tym tutaj.
Gestem wskazała na stillida.
Grener w zadumie bawił się piórem, z którego kropla atramentu spadła na samą krawędź pergaminu i częściowo na biurko.
- Czy ty albo Skarrigen dopuszczaliście do siebie myśl, że ten, który malował na ścianach budynków, używał magii? Albo że to mogą być symbole magiczne?
Rienna przytaknęła. To akurat uznawali niemal za pewnik. Była też prawie pewna, jakie będzie następne pytanie, dlatego postanowiła je uprzedzić.
- Ale nie umiem powiedzieć, co te symbole oznaczają, panie.
Grener uśmiechnął się szeroko, szczerząc zęby. Odłożył pióro obok pergaminu, dłonie położył płasko na blacie.
- A co powiedziałabyś, gdybym powiedział teraz, że naprawdę w grę wchodzi czarna magia? - spytał – Że Hasyan Gudrun, w chwili, kiedy jak twierdzisz, widziałaś go, albo kiedy był przelotnie widywany przez kilka innych osób, już od jakiegoś czasu nie żył.
- To była jakaś iluzja? - spytała Rienna. Sama była zaskoczona swoim spokojem. Czyżby już uznała, że w tej sprawie nic nie zdoła jej zdziwić?
- Nie – odparł Grener, tak samo spokojnie – Ciało Gudruna przyniesiono z ulicy do tego budynku. Strażnicy nie mogli nie zauważyć, że od razu było zimne. Z bliska dało się zauważyć też inne szczegóły. Blada, nienaturalnie sztywna skóra. Plamy w niektórych miejscach ciała, chociaż było ich dość mało. Blizna po lewej stronie klatki piersiowej, jakby spalona, czy może raczej stopiona skóra… Jeden z naszych ludzi stwierdził, że powinniśmy sprawdzić pewną rzecz…
Na chwilę umilkł i przyglądał się Riennie badawczo. Zapewne czekał na jakąś jej reakcję, ale łowczyni pozostała obojętna. Właściwie Rienna nie była pewna, czego może się spodziewać. Wszystkiego… albo niczego. Ten człowiek mógł ją teraz podpuszczać, chociaż coś mówiło jej, że jednak mówi poważnie.
Grener w końcu przestał się uśmiechać i westchnął, jakby z rezygnacją.
- Co powiesz na to, że Hasyan Gudrun nie miał serca? Zostało usunięte, przypuszczalnie w jakimś rytuale.


...*…


Rienna drgnęła gwałtownie, słysząc łomotanie do drzwi wynajętej izby. Wstała z łóżka, na którym siedziała i poprawiła ubranie. Zdała sobie sprawę, że zaschło jej w gardle. Podeszła do drzwi i otworzyła je. Nie doczekała żadnego protestu ze strony D’sadaara, dlatego uznała, że nic jej nie groziło.
Do izby wpadł Vasilim. Miał lekko zaczerwienioną twarz i łapczywie połykał powietrze. Widać było, że biegł. Na widok łowczyni głośno odetchnął.
- A jednak jeszcze cię nie aresztowali! - zawołał. Obrzucił szybkim spojrzeniem pomieszczenie, wywołując tym u Rienny lekkie zaskoczenie. Czego się tu spodziewał? Że ktoś krył się skulony za łóżkiem albo pod tym małym kwadratowym stolikiem, pod którym dorosły człowiek chyba nie zdołałby się zmieścić? Poza nimi był tu tylko D’sadaar, zwinięty w kłębek w nogach łóżka.
- Spokojnie, chyba nas nie obserwują – westchnęła Rienna i znów usiadła na łóżku. Może wcześniej, kiedy ją przesłuchiwali, nie czuła zdenerwowania, teraz jednak ciało zdradzało opóźnione reakcje. Vasilim po chwili wahania zajął miejsce obok dziewczyny i pocieszająco objął ją ramieniem. Milczał przez dłuższą chwilę, zanim zdecydował się odezwać.
- Ja nie byłbym tego taki pewien. Strażnik zatrzymał mnie na ulicy, też trochę pytał, co wiem. Mówiłem prawdę, bo nie mam nic do ukrycia, on chyba mi uwierzył, ale widziałem, że nie jest zadowolony, że właściwie to nic nie wiem. Tyle co pierwszy lepszy człowiek z ulicy słuchający plotek. Puścił mnie ale miałem wrażenie, że próbował dać mi do zrozumienia, że będzie miał na mnie oko.
- No to ja wiem trochę więcej – mruknęła Rienna z goryczą – Dowiedziałam się właśnie podczas przesłuchania.
Streściła wszystko, co wydarzyło się od momentu, kiedy strażnicy zauważyli ją w tłumie. Kiedy mówiła, D’sadaar zeskoczył z łóżka i przysiadł na środku izby. Rienna z napięciem wpatrywała się w twarz Vasilima.
- Coś ci to mówi? - spytała – Bo ani ja, ani D’sadaar nie możemy dostrzec w tym sensu.
Vasilim zaczął poklepywać kieszenie, najpierw spokojnie, potem bardziej nerwowo, w końcu sięgnął ręką pod koszulę. Wydobył fajkę, przetarł ją dłonią i sięgnął do zawieszonego na szyi woreczka. Wkrótce wokół mężczyzny rozszedł się gryzący ziołowy zapach.
- Nie widać sensu, bo ciągle brakuje zbyt wielu elementów – odpowiedział Vasilim – Sama widzisz. Do tej pory były zaginięcia, morderstwa i znaki. Teraz pojawiają się nieumarli…
- To nie był nieumarły – sprostował D’sadaar – To coś innego. Tak jak mówił ten człowiek w biurze, raczej efekt jakiegoś wyjątkowo paskudnego czarnomagicznego rytuału.
Vasilim niecierpliwie machnął ręką.
- Chwilowo to nie ma znaczenia. Poza tym, że teraz to już właściwie pewne, że w grę wchodzi magia.
Rienna zagryzła wargę. Chyba nie dało się stwierdzić, co może mieć znaczenie, a co nie. Jak sam Vasilim powiedział, nadal brakowało zbyt wielu elementów. Poza tym…
Łowczyni gwałtownie się wyprostowała, tknięta nagłą myślą.
- Masz rację, że brakuje wielu elementów – odezwała się – Bo do tej pory kompletny obraz nie istniał. Ktokolwiek za tym stoi, przygotowywał się… nie wiem, do czego. Ale coraz bardziej się do tego zbliża. Teraz się spieszył, możliwe, że etap ze znakami dobiega końca. W pośpiechu stracił czujność i dał się przyłapać. Czy może raczej dał złapać nieumarłego pachołka od brudnej roboty.
Wstała i zaczęła krążyć po pokoju, od łóżka do okna, potem do drzwi. Pod drzwiami odwróciła się na pięcie i znów udała się w stronę okna, by tam zawrócić. 
- To czego teraz mamy szukać? - spytał Vasilim – Kolejnych nieumarłych? Czy może raczej jakiejś informacji, w jaki sposób uczynić z człowieka nieumarłego poprzez wycięcie mu serca? Albo znowu rozdzielimy się i sprawdzimy, czy przybyło trochę znaków, jeśli teraz mogą być już wszystkie…
- Jeśli nie pojawiło się ich o wiele więcej, to z kolejnych i tak nic nie wyciągniemy – zauważył przytomnie D’sadaar. Sam jednak też wstał, jakby gotowy do opuszczenia ciasnego pokoju i wyjścia na ulicę. Vasilim uniósł brwi.
- Dokąd znowu idziecie? -zdziwił się – Dalej węszyć? Rienna, ja na twoim miejscu naprawdę bym uważał, bo straże faktycznie mogą nas obserwować. Gdybyś była w Rivendall jeszcze z tydzień dłużej, teraz być może jako główna podejrzana siedziałabyś w lochach.
Łowczyni gwałtownie potrząsnęła głową.
- Nie, nie idę węszyć. Tylko przejść się i ochłonąć. Odetchnąć świeżym powietrzem. Spokojnie pomyśleć.
Vasilim niechętnie wstał i z ociąganiem ruszył za Rienną i D’sadaarem. Miał nieprzyjemne wrażenie, że nie musieli nawet jakoś specjalnie się starać, żeby znowu się w coś wpakować. Samo przebywanie w Rivendall było już prawie równoznaczne z natknięciem się na któreś z tych niezrozumiałych zjawisk, którymi w ostatnim czasie żyło miasto.
Kiedy opuszczali główną izbę na dole, częściowo ukryty w cieniu barman rzucił im niechętne spojrzenie. Rienna nie była pewna, czy plotki dotyczące jej osoby dotarły już tutaj, czy może to kwestia wątpliwej reputacji Vasilima. Dziewczyna miała nadzieję, że któregoś pięknego dnia nie zostanie zmuszona do opuszczenia gospody w trybie natychmiastowym.
Przez chwilę stali pod drzwiami, obserwując idących przy przeciwległym krańcu ulicy ludzi. Riennie przyszła do głowy dziwna myśl.
- Teoretycznie z każdego człowieka dałoby się zrobić nieumarłego sługę – mruknęła, wskazując podbródkiem idących – D’sadaar, mógłbyś rozpoznać nieumarłego, gdyby był w tłumie ludzi? Albo takiego bez serca, który jakoś może się przez jakiś czas poruszać…
- Nieumarłego bez problemu – odparł stillid uczynnie – Takiego jak Gudrun teraz już też. On był pierwszym takim przypadkiem, z jakim się spotkałem. Teraz wiedziałbym, czego szukać.
- Jeśli rysowanie znaków zostało zakończone, teraz raczej nie spodziewałbym się na ulicach nieumarłych – ostudził ich entuzjazm Vasilim i zaciągnął się fajką. Rienna przewróciła oczami. Wcale nie była pewna, czy rysowanie zostało zakończone. I czy na pewno chciałaby znaleźć kolejnego sługę sprawcy tego całego chaosu.
Bez większych refleksji skierowali się w lewo, mniej więcej ku centrum miasta. Zrobili to właściwie odruchowo. Tym razem łowczyni nie przyglądała się badawczo budynkom, nie szukała kolejnych znaków. Z jakiegoś powodu była prawie pewna, że w tej części miasta żaden się nie pojawił. Skupiła się bardziej na tym, co już wiedziała. W myślach odtwarzała scenę ucieczki Hasyana Gudruna przed żądnymi zemsty mieszkańcami Rivendall. Tak, to on malował znaki. Znaleziono naczynie z czerwonym barwnikiem. Gudrun miał plamy na ubraniu i rękawiczki dla ochrony dłoni przed zabrudzeniem. Kiedy wiedział, że nie zdoła umknąć… sam przerwał ożywiający go czar? Nie chciał zdradzić tego, który naprawdę za tym stał i to Rienna rozumiała. Ale czy nieumarły byłby zdolny do czegoś takiego? Nie wymagało to wolnej woli i świadomego podejmowania decyzji? D’saadar twierdził, że to nie był do końca nieumarły...
Dziewczyna na chwilę zatrzymała się i potarła twarz dłonią. Czy mechanizmy tych zjawisk były w tym momencie takie ważne? Istotniejszy był efekt, jaki sprawcy udało się uzyskać.
Rienna położyła rękę na ramieniu Vasilima i spróbowała go do siebie przyciągnąć. Mężczyzna, zaskoczony, drgnął gwałtownie.
- Co jest? - spytał zaniepokojony. Wokół jego twarzy powoli rozwiewał się obłok białawego dymu.
- Tak mi przyszło do głowy, że to co się stało to najbardziej korzystny scenariusz dla winnego całej tej sytuacji – wyrzuciła z siebie Rienna, zachowując na tyle przytomność umysłu, żeby zniżyć głos. Nie było całkowicie wykluczone, że ktoś z przechodniów akurat rozumiał po kerońsku.
- Pomyśl sobie – ciągnęła – Sprawca przyłapany prawie na gorącym uczynku. Pada trupem tuż przed ewentualnym aresztowaniem. Ludzie są trochę wściekli, że nie mieli okazji sami powiesić go na suchej gałęzi, ale zadowoleni, że sprawa się rozwiązała.
- Nie do końca – sprostował Vasilim – Jest jeszcze kwestia ludzi, którzy się nie znaleźli.
- Będą ich znajdować, bardziej lub mniej przypadkowo, w różnym czasie. Możliwe, że rozłożone, że znajdą same kości. Uznają ich za ofiary Gudruna. Przypiszą mu przynależność do jakiegoś kultu, składanie ofiar z ludzkiej krwi i coś tam jeszcze. Nawet, jeśli nie będą wiedzieć, że od jakiegoś czasu Hasyan nie był już człowiekiem.
- Mogą się dowiedzieć. Straże nie mogły tego ukrywać przed rodziną Gudruna. A oni mają swoich dalszych krewnych, przyjaciół, znajomych… No i władze miasta też tego tak nie zostawią. Zaczną szukać magów i nekromantów.
- A w najbliższym czasie prawdziwy sprawca może wprowadzać w życie dalszą część swojego planu, jakikolwiek on jest, nie niepokojony przez nikogo, być może nawet w sposób całkowicie niezauważalny, podczas gdy sytuacja w mieście się uspokoi – dokończyła Rienna triumfalnie.
Nie zauważyli, że znaleźli się dwie ulice od targowiska. Ich uwagę zwróciły dopiero dobiegające zza budynków okrzyki. Cała trójka wymieniła się szybkimi spojrzeniami. Chyba coś znowu się stało.
- Może jednak z tym subtelnym działaniem w sposób niezauważalny to trochę przesadziłam – stwierdziła Rienna cierpko i zaczęła biec. Vasilim poszedł w jej ślady, D’saadar zaczął ich wyprzedzać, ale starał się trzymać najwyżej kilka stóp przed nimi. Zatrzymali się w wylocie szerokiej ulicy wychodzącej na targowisko.
Mimo sprzyjającej pory, zgromadzeni na targu ludzie nie wydawali się w tym momencie w najmniejszym stopniu zainteresowani handlem. Podobnie sprzedawcy, z których większość postanowiła najwyraźniej zaryzykować i na chwilę porzucić swoje stragany z cały wystawionym towarem. Możliwe, że nie ryzykowali tak bardzo i w tej chwili nawet kradzież była mało prawdopodobna. Teraz co innego absorbowało uwagę. Prawie wszyscy tłoczyli się na środku placu, otaczając coś ciasnym kręgiem.
Rienna szybkim krokiem ruszyła w tę stronę, ignorując Vasilima, który próbował powiedzieć coś o unikaniu rzucania się w oczy. Łowczyni nie sądziła, żeby w takiej sytuacji miało to jakieś znaczenie. Spróbowała przecisnąć się między ludźmi, żeby cokolwiek zobaczyć.
Po bruku pełzało trudne do określenia stworzenie. W kilku miejscach jego nagie, śliskie ciało zwężało się jak u gigantycznej osy, przy samym końcu czegoś, co mogłoby być odwłokiem znajdowały się cztery odnóża, przypominające poskręcane chude ręce. Po – przypuszczalnie – grzbietowej stronie ciała wyrastały kępkami skrzydła, a może płetwy, a w miejscu głowy znajdowały się liczne macki, wypustki i długie wiotkie nici. Jasna skóra istoty była wystarczająco przezroczysta, żeby dało się przez nią zobaczyć skupiska mniejszych i większych ciemnych kryształów, połączonych siecią włókien w skomplikowane układy. Poszczególne części i fragmenty ciała zdawały się do siebie nie pasować, proporcje były zachwiane. Oprócz tego ciało wydawało się jakby… wybrakowane? Coś jeszcze powinno w nim być, ale wskutek jakiejś deformacji zniknęło.
Wśród zebranych przebiegały szmery obrzydzenia i gniewu. Rienna mimowolnie czuła, że jej także się to udziela. Tego czegoś nie powinno tu być. Nie powinno istnieć. 
Stworzenie umierało. Może dlatego, że właściwie w ogóle nie powinno żyć. Pulsowanie śliskiego ciała było coraz wolniejsze, macki w przedniej jego części wiły się po ziemi coraz bardziej niemrawo. Początkowo wydawało się, że istota reaguje na krzyki stojących w kręgu wyrostków, próbujących ją sprowokować, teraz starania coraz bardziej niecierpliwych chłopaków nie wywoływały większego efektu. Kilku spośród stojących schyliło się poszukując kamyków i drobin żwiru, którymi zaczęli rzucać w stworzenie.
- Przestańcie! - syknęła Rienna, rzucając najbliżej stojącemu mordercze spojrzenie – To już agonia. Dajcie mu spokój.
Coś w wyrazie jej twarzy powstrzymało chłopaków. Wkrótce potworne stworzenie całkowicie znieruchomiało. Część ludzi cofnęła się kilka kroków, niektórzy bardziej się oddalili, inni z kolei podeszli bliżej. Jakaś matka krzyknęła na syna, żeby przypadkiem nie podchodził za blisko i nie ważył się tego dotykać. Jakiś mężczyzna, który wcześniej się oddalił, wrócił, niosąc długi, prosty kij. Końcem kija trącił nieruchome ciało, najpierw niepewnie, potem, ośmielony, przesunął jedną z kończyn. Po chwili dołączyli do niego inni.
Rienna odwróciła się i zaczęła oddalać się szybkim krokiem. Wolała nie widzieć, co dalej mogą zrobić mieszkańcy Rivendall ze stworem, którego sama obecność budziła mimowolną, trudną do zrozumienia niechęć i agresję. Przynajmniej to coś już nie żyło i nie mogło cierpieć.
Prawie wpadła na Vasilima, który zastąpił jej drogę.
- Co to było? - spytał Vasilim zduszonym głosem. Rienna potrząsnęła głową. Sama mogłaby zadać to samo pytanie.
- Nie mam pojęcia – westchnęła – To było takie… inne. Aż odrażające. Nie pasowało tu. Nie pasowało w ogóle do tego świata, jakby wzięło się… nie wiadomo skąd.
Vasilim odruchowo spojrzał na D’sadaara.
- To mogło być spoza naszego świata? - spytał – Z jakiegoś świata bóstw, duchów, demonów?
Stillid spuścił łeb.
- Nie do końca – odpowiedział powoli – To było obce. Odmienne… w sensie oddalone od tego świata znacznie bardziej niż duchy zajmujące swoje domeny w tym, co wy nazywacie czasem zaświatami. Dlatego nie było w stanie bezpiecznie przejść i przeżyć. Było nieuporządkowane.


C.D.N.


[Bełkot odautorski:
> po pierwsze - tak, żyję jeszcze ;) I od czasu do czasu jestem w stanie spiąć zad i wziąć się do roboty.
> po drugie - miało to być wcześniej, ale wenę miewałam zrywami, na co nie miałam większego wpływu. Siła wyższa, jak mówią przy ubezpieczeniach.
> po trzecie - obietnicy dotrzymałam.
> po czwarte - mam nadzieję, że nie będzie wielkiego rozczarowania tym tworem.]
Czytaj dalej »
(Kochana) Parszywa Dwunastko, wszystkiego najlepszego z okazji Walentynek! 

Każdemu z Was życzę wielu pozytywnych sytuacji, 
w których serce zabije Wam mocniej, niekoniecznie z miłości. 
Niech wena często Was odwiedza, przyprowadzając ze sobą nadzieję i chęć do życia. 
Jak najmniej dni zmarnowanych na kłótnie
oraz nieskończonej siły do przezwyciężania trudności, 
a oprócz tego - abyście zawsze mieli kogoś, kto - chociaż w taki sposób jak ja teraz - będzie chciał Wam powiedzieć, że Was lubi.


~ Nefryt

Czytaj dalej »
        „Od miesiąca źle sypiam. Ciągle słyszę te przeklęte głosy w mojej głowie. Szepczą do mnie. Nie karzą mi iść i mordować. Nie mówią „Zrób to!”. Nie, mówią „słuchaj”. Mówią mi o tym co było na początku. Uczą mnie. Opowiadają dzieje tego miejsca. Tego królestwa. Uczą mnie języka, którego nikt nie rozumie. Nikt poza tymi co umarli, a żyją własnym życiem. Nie wiem czy ktoś go kiedyś zrozumie, ale ONI nazywają go „Pierwszymi Słowami”, „Językiem Pierwszych”, „Językiem Umarłych”.”

         Zamknąłem księgę i spojrzałem na okładkę. Czarna skóra wyblakła i miejscami porobiły się dziury. Jednak nigdzie nie było tytułu ani autora. Może i to zostało trafione zębem czasu? Spojrzałem na kolumny i na księgę. Miały coś ze sobą wspólnego, czułem to. Sam tkwię tu przynajmniej z miesiąc i nadal ciekawią mnie te kolumny, a raczej co jest na nich wyryte. I to imię... Elias... Dlaczego akurat ono? Nie myśląc wiele ruszyłem pod słupy razem z księgą. Szybko udało mi się odnaleźć to imię. I nie tylko je...
- Xian – wyszeptałem kolejne imię z kolumny.
- Rozumiesz? - odezwał się głos.
Rozejrzałem się, ale nikogo nie było. Wszyscy spali.
- Rozumiesz?
Znowu. Tym razem brzmiał jak szept do ucha. Przez chwile myślałem że jestem już tak zmęczony, że umysł płata mi figle. Myliłem się.
- Czytaj dalej, bracie....
Mimo woli zacząłem czytać. Najpierw nic się nie działo. Dziwne znaki nadal pozostawały dziwnymi znakami. Zupełnie jakby kazali mi czytać z odcisków stóp na pisku.
Nie rozumiem tego. - uderzyłem pięścią w słup, aż z knykci popłynęła krew.
- Rozumiesz. Nauczymy cię, bracie. Patrz....
         Dziwne uczucie. Zupełnie jakby ktoś dotknął mnie zimna dłonią i ten dotyk pozostał w miejscu gdzie mnie dotknięto. Spojrzałem na kolumnę i to co na niej wyryto. Znaki zaczęły przybierać postać tekstu, który zaczynałem...rozumieć? Ale jak? „Nikt poza tymi co umarli, a żyją własnym życiem”. No tak. Umarłem. Ale nie jestem zombie, ghulem ani wampirem. Umarłem a żyje „wolny”... Żyję własnym życiem!
Z tekstu wyłaniały się kolejne imiona. Złapałem się za głowę. Czułem jak mi pulsuje. Zupełniej tak by miała wybuchnąć.
- Rozumiesz? - znowu zabrzmiał ten głos.
- Tak. - odparłem – Ale nie wiem czego chcesz.
- Chcemy, Ci pomóc. Pokazać, poczuć, zrozumieć...
- Kim jesteście?
- Czy wszystko w porządku? - Obróciłem się.
Za mną stała smukła kobieta ubrana w ciemną szatę. Długie białe włosy sięgały jej pasa. Była to mroczna elfka, która przybyła tu dwa dni temu.
- Można tak powiedzieć. - odparłem.
- Też ich słyszysz? - podeszła do mnie, a ja poczułem zapach jej perfum. Bez...
- Ich?
- Pierwszych. - wyjaśniła – Tych co byli przed nami.
- Znasz ich?
Wzruszyła ramiona i uśmiechnęła się tajemniczo.
- A Ty nie? - po tych słowach zostawiła mnie samego.
Dziwne, że nawet nie znam jej imienia. Oliver nie chciał mi go wyjawić tłumacząc tym, że to nie istotne. Moją uwagę znowu przykuły słupy.
„Ten co szuka, nie szukając nie znajduje nic”....
Przeczytałem to jeszcze kilka razy, ale nie było mowy o pomyłce. Dlaczego, coś tak dziwnego było tu napisane?
         Dreszcz przeszył moje ciało. Ktoś obcy tu był i nie miał dobrych zamiarów. Rozejrzałem się. Grota była pusta, nie licząc kilku gacków przy sklepieniu. Strzęk metalu. Ktoś siła przygwoździł mnie do kolumny i przyłożył sztylet do gardła. Twarz napastnika była skryta pod kapturem, ale widać było że to była kobieta.
Szybkim ruchem zdjąłem jej kaptur z głowy. Resztki rudych włosów, blada cera, zielone oczy.... Kobieta wyglądała jakby długo nic nie jadła.
- Dlaczego? - wydyszała – Dlaczego ją zabiłeś?
Od razu zrozumiałem o co pyta.
- Nie miałem na to wpływu.
- ONA CIĘ SZUKAŁA!
Jej wrzask obudził cała grotę. Dość szybko wszyscy jej mieszkańcy zebrali się wokół nas.
- Wiem.
- Więc, dlaczego? - z jej oczu popłynęły łzy – Dlaczego zabiłeś Iris, Eliasie? Dlaczego?
- Odłóż sztylet. Odpowiem na Twoje pytania, a potem możesz ze mną zrobić co zechcesz, Xian.


Błysk ostrza, plama krwi i krzyk...
Czytaj dalej »
Cześć, drużyno!

Oficjalnie jestem na urlopie, ale po powrocie chciałabym ruszyć kilka - mam nadzieję, że ciekawych - rzeczy. W związku z tym proszę o wypełnienie krótkiej ankiety, która pozwoli mi się zorientować za co i w jakim stopniu się brać. 

 >WYPEŁNIJ ANKIETĘ<

Na odpowiedzi czekam do 10 lutego do północy.
Czytaj dalej »
        Gdy świat na nowo nabrał kształtu a błędnik przestał szaleć rozejrzałem się po nowym miejscu.
Przypominało starą jaskinie. Resztki biurka, które strawił czas, wypalone świece leżały rozbite na ziemi. W oddali ciągnęły się długie rzędy półek z księgami oraz zwojami. Nie opodal miejsca w którym wylądowaliśmy znajdował się okrąg z czterema kolumnami. Każda była spisana jakimś dziwnym językiem, którego nie potrafiłem zrozumieć. Kolumny oraz regały najmniej pasowały, ponieważ wyglądały na nowe. Zupełnie jakby je ktoś postawił tu całkiem nie dawno.
- Powoli to miejsce nadaje się do życia. - Rzucił Oliver – Chociaż idzie to strasznie mozolnie.
- Mówiłam Ci, weź więcej ludzi do pomocy?
- Długo mi będziesz to wypominać?
- Do końca świata i miesiąc dłużej. - Powiedziała kobieta po czym oddaliła się znikając między półkami.
- Co to za miejsce? - Zapytałem towarzysza – I kim byli tamci żołnierze w czarnych zbrojach?
Oliver gestem zaprosił mnie pod kolumny.
- To Biblioteka Starożytnych. - Wyjaśnił – Te kolumny mogą odczytać tylko nieliczni.
- Co na nich jest? - Patrzyłem na nie jak zahipnotyzowany.
- Mówi się, że skrywają tajemnice.
- Dobra, a co z tymi żołnierzami? I co to wszystko ma ze mną wspólnego?
- Po pierwsze. Żołnierze byli ludźmi tego padalca jakim jest Cyprius. Po drugie. Pewnie wyczuł, że żujesz.
         Żyję. Dziwne uczucie, wiedząc że się umarło. Czuło się to przerażające echo otoczenia. To zimno. Uczucie gaśnięcia. Tą...bezradność. Co gorsza pamiętam moment własnej śmierci.
- Kim jestem? - Zapytał patrząc na taflę wody. Widziałem w niej twarz, która nie należała do mnie.
- To ciało należało niegdyś do jednego z szlachciców w Devalianie. On również podpadł Cypriusowi, prze co umarł.
- Jak? Jak umarł? Jak podpał?
- Oskarżono go o nekromancję przez co wszyscy którzy go kochali, wszyscy którym pomógł odwrócili się przeciw niemu, a lud spalił go na stosie. Ale nim zmarł, obiecał, że wróci.
- Yarkhar to ciężkie imię. - Przypomniałem sobie że mi takie nadali. Bez mojej zgody.
- Masz wiele opcji by je zmienić.
- Zmienić?
- Nadaj sobie jakiś tytuł, pseudonim czy co tam chcesz.
- Kruk albo Widmo. To chodziło mi teraz po głowie.
- Widmowy Kruk, będzie dobre? - Odezwał się za mną jakiś głos.
Stała za mną dziewczynka. Może dziesięcioletnia. Miała czarne włosy sięgające pasa oraz białą sukienkę.
- Jak zasłużę sobie na jakieś to takiego będę używał. - Zdecydowałem w końcu opuszczając krąg.
Czułem, że minie trochę czasu nim opuszczę to miejsce. Jednak nie wspomniałem Oliverowi o tym, że na kolumnie zauważyłem pewien napis... Elias Ainsworth...
Czytaj dalej »

Prawa autorskie

© Zastrzegamy sobie prawa autorskie do umieszczanych na blogu tekstów, wymyślonego na jego potrzeby świata oraz postaci.
Nie rościmy sobie natomiast praw autorskich do tych artów, które nie są naszego autorstwa.

Ogłoszenia


_________

Szukaj




˅ ^
Królestwo
K
eronii


Przewodnik Regulamin Stwórz postać
Mam już postać
Szablon autorstwa Rinne Lasair
mruwisko, ip, fontawesome, scroll