Przewodnik

Linki-obrazki

Misje
I. Więzi przyjaźni
Spotykasz po latach kogoś, kto dawniej był ci bliski. Wplątuje cię on w jakąś historię, która nie dość, że z czasem się komplikuje, to w dodatku budzi w tobie wątpliwości co do intencji przyjaciela.

II. Linia frontu
Kerończy natarli na Prowincję Demarską. Oblegany jest sam Demar. Jedni ludzie stają do walki, inni uciekają ze spalonej ziemi. Napastnicy, obrońcy i cywile. Po której stronie staniesz?

Opcjonalnie: Udział w buncie niewolników w Wirginii bądź inne miejsca walk.

III. Rekonwalescencja
W nie najlepszej kondycji trafiasz do wioski lub klasztoru. Wydaje ci się, że trafiłeś w dobre ręce i że wkrótce będziesz mógł opuścić to miejsce. Okazuje się jednak, że z pozoru życzliwi i uprzejmi ludzie skrywają przed tobą jakąś tajemnicę.

IV. Zabij bestię
Coś napada, nęka mieszkańców. Zawierasz umowę z wójtem - dostarczysz głowę bestii za określoną cenę. Okazuje się jednak, że stworzenie nie działa bez powodu - jest w jakiś sposób prowokowane przez mieszkańców.

Opcjonalnie: Bestia jest wrażliwa na hałas z karczmy albo ludzie naruszyli w jakiś sposób jej rewir (weszli na jej teren, zajęli leże ze względu na drogie surowce itp.)

V. Nielegalne walki
Dochodzą cię słuchy o nielegalnych walkach prowadzonych w okolicy. Położysz im kres czy może postanowisz wziąć w nich udział dla własnego zysku? Pieniądze nie leżą na ulicy.

VI. Zlecone zabójstwo
Dochodzi do zamachu, w wyniku którego ginie ktoś ważny. Podejmujesz się odnalezienia zabójcy – albo jego zleceniodawcy. Od ciebie zależy, czy dojdzie do aresztowania winnych, czy pomożesz im uniknąć kary.

VII. Egzekucja
W mieście lub wiosce szykuje się egzekucja. Znasz sprawcę albo sam doprowadziłeś do jego schwytania. Realizacja wyroku coraz bliżej.

Opcjonalnie: Z czasem nabierasz wątpliwości, czy skazaniec faktycznie jest winny i chcesz go uwolnić lub dochodzą cię pogłoski, że ktoś może chcieć uwolnić kryminalistę.

zamknij
Spis kodów
Spis opowiadań
Baśń o wolności: Preludium (autor: Nefryt) Gdy demon odzyskuje człowieczeństwo, przypomina sobie jak być człowiekiem.(autor: Zombbiszon) Nikt nie zna prawdziwego bólu do czasu aż nie straci kogoś bliskiego sercu. (autor: Zombbiszon) Wendigo i Driada (autor: Zombbiszon) Domek, zupa, sukkub i historia (autor: Zombbiszon) Sen i niespodzianki (autor: Zombbiszon) Boląca strata i niepokojący gość! (autor: Zombbiszon) Cienie i nowy przyjaciel (autor: Zombbiszon) Kruki (autor: Zombbiszon) Cienie i Starsze Dusze (autor: Zombbiszon) Zło Kor'hu Dull (autor: Zombbiszon) Złodziej Twarzy i Koszmar (autor: Zombbiszon) Królewiec (autor: Zombbiszon) Przed świtem (autor: Nefryt) Król Żebraków i nowe drzwi (autor: Zombbiszon) Akceptacja (autor: Zombbiszon) Nostalgia (autor: Nefryt) Nowa droga i niespodziewane wyznanie? (autor: Zombbiszon) Biały i zielony daje czerwony! (autor: Zombbiszon) Nowe wyzwania w nowym życiu (autor: Zombbiszon) Krąg tajemnic (autor: Zombbiszon) Jack (autor: Zombbiszon) Czasami to mrok daje najwięcej światła (autor: Zombbiszon) Trzy sceny o szpiegowaniu (autor: Nefryt) Morze bólu. Promyk nadziei ... (autor: Zombbiszon) Sól (autor: Olżunia) Dyjanna Muirne: Miecz może być dowodem wszystkiego (autor: Zorana) Uszatek i Kwiatek na tropie przygody: Przypadłość parszywej gospody (autor: Paeonia i Szept) Gdy gasną świece (autor: Zombbiszon) ... Najjaśniej płoną gwiazdy nadziei. (autor: Zombbiszon) Elias cz. 1 (autor: Zombbiszon) Elias cz. 2 (autor: Zombbiszon) Historia (autor: Zombbiszon)
zamknij

Chat

Jaxis Baldvin przyglądał się stojącej przed nim istocie z zaciekawieniem, którego nawet uprzejmość i wyuczone przez długie lata maniery nie zdążyły całkowicie zamaskować. Mógł tylko mieć nadzieję, że ta, która przedstawiła się jako Tiamuuri i zaoferowała mu pomoc, nie zauważy tego, a jeśli już, nie okaże irytacji ani gniewu.
- O zapłacie porozmawiamy później – powtórzyła Tiamuuri z naciskiem, nie do końca pewna, który to już raz. Po czwartym przestała liczyć. Nie chciała, żeby Jaxis myślał, że zgodziła się mu pomóc dla pieniędzy, które dla niej właściwie nie miały żadnego znaczenia. Chciała po prostu pomóc. I przy okazji poznać z bliska las Medreth. Przez te wszystkie lata duchy mogły przemieszczać się pomiędzy lasami, drzewożyty nie.
- Dla mnie to będzie przyjemność – powiedziała.
- Nie wątpię.
Jaxis oglądał ją z ciekawością badacza, który odnalazł po latach rzadki okaz, widziany wcześniej tylko na wyblakłych rycicach w starych księgach. Porównanie w znacznym stopniu odzwierciedlało rzeczywistość.
- Zatrzymałaś się na noc w gospodzie w Thibris? - spytał mężczyzna. Tiamuuri potrząsnęła głową.
- Wyruszam już dziś wieczorem. Nie ma sensu czekać o rana.
Jaxis nie odpowiedział, pochylił tylko głowę, jakby uznając słuszność jej decyzji. Siwy i lekko łysiejący na czubku głowy, w swoim szaro-brunatnym odzieniu i podniszczonym brązowym płaszczu z kapturem przypominał niskiego rangą maga, zmęczonego życiem i pracą.
Przyglądając się zielarzowi, Tiamuuri rozmyślała o powodach, dla których nie miała ochoty oczekiwać następnego dnia w jego miasteczku. Nie chodziło tu tylko o niecierpliwość i chęć zobaczenia zniszczonego i powoli odradzającego się lasu. Samo Thibris męczyło ją swoją atmosferą już po tych kilku godzinach, które w nim spędziła. Miasteczko leżało na pograniczu stref wpływu elfów i chyba to stanowiło tu główny problem. Połowa mieszkańców miała mieszaną krew we wszystkich możliwych proporcjach. Odtrąceni przez szlachetnych elfich krewnych, sami byli pełni dumy i pogardy wobec żyjących obok nich ludzi. Ci ostatni zaś, co w pewien sposób było zrozumiałe, nienawidzili pozostałych, jednocześnie zazdroszcząc im i trochę się ich obawiając. Każdy zdawał się tu rywalizować z każdym, sąsiedzi spoglądali na siebie spod czoła, jakby chcieli się upewnić, czy druga strona przypadkiem nie ma w życiu zbyt dobrze. Nieprzyjaźni wobec siebie nawzajem, mieszkańcy byli jednocześnie otwarci wobec obcych i przyjezdnych, ale często w sposób, który stawał się męczący. Właściwie, co dość szybko zauważyła Tiamuuri, najłatwiej było porozumieć się z najuboższą częścią miejscowej ludności. Choćby z takimi ludźmi jak poczciwy Jaxis.
- Jutro rano możesz spodziewać się mnie z zielem Sokolego Szponu przed swoją chatą – odezwała się Tiamuuri wesoło – Możesz mi zaufać.
Jaxis tylko kiwał głową. W to akurat także nie wątpił.
Po pożegnaniu z zielarzem, Tiamuuri nie wróciła do Thibris. Nie miała na to ochoty. Skierowała się od razu ku Medreth, wkraczając między łagodne wzgórza ciągnące się pomiędzy lasem a zamieszkaną okolicą. Mijała zbieraczy trzcin, zajętych pracą, ubogich, wybierających się po chrust na opał, staruszki poszukujące ziół albo grzybów. Dochodziły ją czasem ich nawoływania, niektórzy najwyraźniej z daleka mylili ją z kimś znajomym, bo wykrzykiwali pozdrowienia, dopiero, kiedy znajdowała się bliżej, dostrzegali swoją pomyłkę, czasem bywali zmieszani z tego powodu. Inni z kolei przyglądali jej się z czystej ciekawości.
Tiamuuri nie czuła konieczności pośpiechu. Ogarniał ją spokój, z którego czerpała przyjemność. Czasami przystawała, obserwując zbieraczy przy pracy. Oprócz ludzi, wyczuwała obecność zwierząt żyjących wśród wysokich traw. Te mniej płochliwe nie porzuciły swoich żerowisk nawet kiedy mieszkańcy okolicznych miasteczek i wsi zaczęli korzystać z łąk i obrzeży lasu.
Nieznany czynnik wmieszał się w woń wieczoru. Tiamuuri uświadomiła sobie jego obecność i po raz kolejny się zatrzymała, tym razem na dłużej. W pierwszym odruchu chciała prześledzić umysłem obecność wszystkich żywych istot w okolicy, po krótkim namyśle odrzuciła ten zamiar. Szkoda zachodu. Lepiej było zwyczajnie poczekać.
- ‡∂»þ'œ – odezwała się, kiedy usłyszała z odległości kilku stóp ciche brzęczenie przejrzystych skrzydełek, unoszących niewielką, przypominającą smoka istotę. Od razu też usłyszała odpowiedź na powitanie.
- Szpiegujesz mnie? - spytała z rozbawieniem, kiedy Eriraqin okrążył ją, tak, aby mógł widzieć jej twarz.
- Nie masz szans – ciągnęła Tiamuuri z figlarnym błyskiem w oczach – Twoje feromony są wyczuwalne w promieniu dwóch stajań.
- Jakoś muszę utrzymać w kupie trzy roje – sapnął mały gad – Trzynaście gniazd z ich królowymi. Zdołałem podporządkować sobie Zachodni Jar w niecałe pół roku.
- To gratulacje, wasza wysokość. Co tu tak właściwie robisz? Obserwujesz mnie? Nie sądzę, żeby było to szczególnie ciekawe.
Eriraqin rozejrzał się. Cały czas wisiał w powietrzu, mniej więcej na wysokości twarzy Tiamuuri. Nie miał gdzie wylądować, wokół była tylko porośnięta wysoką trawą łąka, dlatego ostatecznie zdecydował się przycupnąć na ramieniu Drzewnej.
- Obserwuję szlachetne elfy – odpowiedział – Wiesz przecież, że jesteś prawie na ich ziemiach. Od wieków stali na straży tego lasu, a po jego zniszczeniu dołożyli wszelkich sił, aby mógł się odrodzić. Zwłaszcza ci, którzy nazywają siebie Strażnikami Medreth. Naprawdę dużo dobrego zrobili, a duchy i bóstwa błogosławią im i sprzyjają.
Słuchając go, Tiamuuri podjęła marsz.
- Czy mi się wydaje, czy chcesz mi przez to powiedzieć, że moje wejście do lasu nie pozostanie niezauważone? - spytała. Nie miała powodów do obaw, nie sądziła, że z tego powodu czekają ją jakieś nieprzyjemności. Eriraqin zaczął się śmiać, co zabrzmiało jak ciche, ledwie słyszalne parsknięcia.
- I jakiś namolny wysoko postawiony typ, w rodzaju Voryndasa Malakh'Niira, zachce cię uszczęśliwić swoim towarzystwem...
Rozmawiali w języku natury, pradawnej mowie bóstw i duchów życia. Trudno było wyrazić w niej ironię czy sarkazm, Tiamuuri domyśliła się ich jedynie z kontekstu.
- To Strażnik? - spytała.
- Chciał być Strażnikiem Medreth. Jednak po długich namowach dał się przekonać, że ród Malakh'Niir może potrzebować kogoś z jego charakterem. Ale mimo wszystko pozostał blisko związany z lasem. Jego córka Eldirre niedawno przeszła okres próbny i dołączyła do Strażników. Syn pewnie też pójdzie w jej ślady jak tylko trochę podrośnie. A w międzyczasie do zacnego grona zapewne spróbuje dołączyć tak barwna osobistość jak Milla D'Aragnon. Albo i nie... wszyscy wiedzą, że bardzo sobie upodobała liście rozetki...
Tiamuuri potarła ręką czoło, nad którym sterczały jej już mniej więcej ośmiocalowe gałązki, skierowane ku tyłowi głowy jak rogi kozicy i pokryte młodymi pąkami.
- Rozetki złocistej? - spytała, przypominając sobie co nieco o kolejnej roślinie, mającej lecznicze zastosowania i znanej od wieków niektórym plemionom.
- Złocistej i purpurowej, jak tak się zna las to i rzadsze okazy bez problemu się znajdzie – odparł Władca Szerszeni – Panna Milla D'Aragnon żuje liście niemal cały czas, złośliwi mówią, że już zaczęła się bawić w zagęszczanie soku.
Tiamuuri z wielkim trudem wyczuła jakąś aluzję, chociaż zrozumieć jej już nie potrafiła. Postanowiła chwilowo o to nie pytać, czuła się trochę nieswojo na myśl, że wiele rzeczy zwyczajnie jej się wymyka. Niejednokrotnie nie potrafiła ogarnąć rozumem tego świata. Dlatego nie mogła już się doczekać chwili, kiedy wkroczy między drzewa w odrodzonym Medreth.
Nie do końca świadoma tego, przyspieszyła kroku.
Eriraqin zaczął zdradzać niepokój, kiedy zbliżyli się na tyle, że widzieli już pierwsze drzewa. Tiamuuri wytężała wzrok, próbując dostrzec jakieś szczegóły wśród rzędów młodych drzew, z których majwyższe może dwukrotnie przewyższały przeciętnego dorosłego elfa. Łąka wcinała się w las, a może na odwrót... w każdym razie obie formacje przenikały się wzajemnie, walcząc o tę powierzchnię gruntu.
- On tu gdzieś jest, czuję go – szeptał nerwowo Eriraqin – Ty nie znasz języka elfów?
- Parę zwrotów zdarzyło się usłyszeć, może bym sobie przypomniała. Ale nic ponadto.
- To na wszelki wypadek zacznij się uczyć. Jak cię wywęszą, to już spokoju przez resztę życia nie dadzą. I wtedy elfi język się przyda...
Tiamuuri, wykręcając głowę, spróbowała na niego spojrzeć.
- Elfy? - spytała zdumiona – Dlaczego?
- Pomyśl przez chwilę, Ð¥µ°Ŋℓ»πə – Władca Szerszeni kręcił gadzią główką z dezaprobatą – Jesteś '⊍ Ђœ√. Pierwszym, który się przebudził. Od... nie wiem jak dawna. Może w ogóle pierwszym. Nie zastanawiałaś się nigdy nad tym?
Miał rację, Tiamuuri nie zastanawiała się. Nigdy.
- Bogowie życia obdarzyli cię niezwykłym darem – ciągnął Eriraqin – Mogłaś oddać się naturze, zaznać pełnego zjednoczenia. Przez wieki kontemplowałaś życie. Stałaś się podobna duchom, poznałaś inne poziomy rozumienia i komunikacji. Dla miłujących naturę i żyjących w harmonii jesteś duchowym ideałem, wzorem godnym naśladowania.
Tiamuuri roześmiała się, mając tylko niejasne poczucie, że nie powinna. Mały smok mówił o bardzo ważnych rzeczach, które ona beztrosko ignorowała. To był wpływ częstego przebywania wśród ludzi?
- Czyli awansowałam na istotę wyższą – stwierdziła, nadal nie odzyskując powagi – Powinnam być dumna.
Eriraqin poderwał się i uniósł nad głowę Tiamuuri. Drzewna spojrzała na niego zdumiona.
- Coś nie w porządku?
- Zamierzam się ukryć. Nie mam ochoty na bliskie spotkanie z zadufanymi w sobie elfami.
Zniknął wśród gałęzi najbliższego drzewa, zanim Tiamuuri zdążyła powiedzieć coś jeszcze. Powód, który zmusił Władcę Szerszeni do nagłej ewakuacji właśnie się zbliżał, powoli, dostojnym spacerowym krokiem.
Odziany był w brunatno-czerwone szaty, jego stroju dopełniały złocenia na pasie i skraju płaszcza. Jasnobrązowe włosy sięgały do ramion, były lekko pofalowane i wyglądały na puszyste. Twarz mężczyzny była pociągła, o nieco ostrym nosie i wyraźnie zarysowanych kościach policzkowych, cera jasna. Był wysoki, co od razu rzucało się w oczy. Tiamuuri ze swoim wzrostem nieco poniżej przeciętnej dla ludzi przywykła do tego, że większość osób oceniała jako wysokie, ów osobnik zaś pod tym względem wyraźnie się wyróżniał.Tiamuuri znała elfy, tak przynajmniej do tej pory sądziła, teraz jednak poczuła się zmuszona to zweryfikować. Znała rodzeństwo Marmillonów, członków rodziny od paru pokoleń żyjącej wśród ludzi, znała też kilku mieszańców. Porównanie było takie jak zanieczyszczony samorodek przy wytopionej sztabie szlachetnego kruszcu.
Tiamuuri cofnęła się, nie pozwalajac, by elf zmniejszył dystans na tyle, żeby różnica wzrostu sprawiła jej dyskmfort. Zaczynała rozumieć, dlaczego Erirqin wolał się wycofać. Takie spotkanie mogło onieśmielać.
- ‡∂»þ'œ – odezwała się Tiamuuri, przywołując na twarz pogodny wyraz. Przecież właściwie nie miała powodów, by czuć się zmieszana. Nie robiła nic niewłaściwego i nie miała nic do ukrycia.
- Witaj, Tiamuuri-elda – elf ukłonił się, kładąc otwartą prawą dłoń na klatce piersiowej. Lewą miał opuszczoną i kiedy się wyprostował, Tiamuuri podążyła wzdłuż niej wzrokiem, napotykając bogato zdobioną kamieniami szlachetnymi rękojeść długiego sztyletu.
- Jesteś Strażnikiem? - spytała dziewczyna, przechodząc na wspólną mowę. Odpowiedzią było krótkie potrząśnięcie głową.
- Nie. Nazywam się Voryndas Malakh'Niir.
I w jakiś sposób pilnujesz lasu, pomyślała Tiamuuri. Nie lubicie, kiedy ktoś za bardzo się zapuszcza, prawda?
Nie powiedziała tego na głos.
- Jestem zaszczycony, widząc cię w tych stronach – zapewnił ją Voryndas – To dla nas bardzo dobry omen. Znak, że bogowie i duchy wracają do nas, że Medreth powróci do dawnej świetności.
- Ja również mam taką nadzieję – odpowiedziała Tiamuuri uprzejmie. Na pytanie, co właściwie sprowadza ją do Medreth, odrzekła obojętnym głosem, że potrzebuje paru ziół. Rzuciła tę uwagę jakby mimochodem, bardziej kłądąc nacisk na chęć przebywania w tym tętniącym niegdys życiem miejscu. O Jaxisie Baldvinie nie wspomniała, nie była właściwie pewna dlaczego, ale miała wrażenie, że nie powinna.
Zastanawiała się nad tym jakiś czas później, kiedy po grzecznościowych pogawędkach Voryndas w końcu zostawił ją samą i odszedł, by wrócić do swoich spraw. Wstydziła się przed tym elfem przyznać do tego, że jest tu głównie z powodu starego zielarza, człowieka? Normalnie coś takiego nawet nie przyszłoby jej do głowy.
Rozejrzała się dookoła, omiatając wzrokiem wiotkie pnie młodych drzew, gęstwinę zarośli i pnący się po pniach bluszcz. Znajdowała się przy trakcie, przypuszczalnie jednej z dróg wiodącej do Ataxiar. Zmierzchało już, dlatego kiedy towarzyszył jej Voryndas, trzymali się blisko drogi. Teraz Tiamuuri mogła sobie pozwoli na zboczenie z utartego szlaku. Przede wszystkim usiłowała odnaleźć Eriraqina. Była przekonana, że mały smok trzyma się gdzieś w pobliżu, kryjąc się uprzednio przed wzrokiem elfa. Oprócz tego dziewczynę ogarniało coraz silniejsze przekonanie, że oprócz Władcy Szerszeni obserwuje ją co najmniej kilka innych par oczu. Voryndas był tego dowodem. Strażnicy odradzającego się lasu z pewnością byli czujni i bacznie śledzili każdego, kto wkraczał na bardziej czy mniej kręte ścieżki. Jej pojawienie się nie mogło pozostać niezauważone, Tiamuuri miała tę jedyną przewagę, że szybko zorientowałaby się, gdyby ktoś z obserwujących znalazł się w pobliżu.
Las wyraźnie nosił ślady klęski, która stała się swego czasu jego udziałem. Nie tylko drzewa były wyraźnie młode. Poszycie, choć już różnorodne, nie było aż tak bogate, jak należałoby się spodziewać w takiej puszczy. Warstwy mchu i ściółki nie całkiem jeszcze pokryły poczerniałe szkielety obalonych potężnych drzew, niektóre zwęglone pnie wciąż stały, strasząc swoim wyglądem.
Niemy krzyk z miejsca zagłady, pomyślała Tiamuuri smutno, mijając jeden z nich. Na krótką chwilę położyła na nim dłoń, jakby usiłowała coś poczuć, upewnić się, że nie ma w nim życia, że na pewno już wewnątrz nie płyną życiodajne soki.
Dotarła do końca wąskiej odnogi ścieżki, rozmytej, zacierającej się pośród krzewinek jagód. Na chwilę usiadła na kamieniu i po chwili namysłu zaczęła się rozbierać. Kolejne elementy garderoby, niedbale zwinięte, lądowały na ciepłej jeszcze, nagrzanej od słońca powierzchni kamienia. Tiamuuri zdecydowała się pozostawić na chwilę zapach ludzi i ich świata, zaszyć się w gąszczu wolna od tej obcej i wstrętnej dla lasu woni. Pozostawiła tylko pas, własnoręcznie przez nią spleciony z różnej grubości rzemieni i włóczki, do którego zamocowane miała dwa sztylety.
Po jakimś czasie marszu, podczas którego kierowała się mniej więcej w stronę Ataxiar, natknęła się w końcu na Eriraqina. Nie próbowała go wyczuć, własciwie odczucie jego obecności prawie by zignorowała, biorąc go za kolejne niewielkie żyjątko, gdyby mały smok sam nie zwrócił na siebie uwagi głośnym wołaniem.
- No, wreszcie – mruknęła Tiamuuri, kiedy Eriraqin znów zajął miejsce na jej ramieniu. Przypomniała sobie niejasno, że stworek prowadził raczej dzienny tryb życia i obecnie, gdy słońce prawie zaszło, nie czuł już się w głębi lasu, zwłaszcza obcego, tak pewnie.
Drzewna przeczesywała wzrokiem ziemię, usiłując ignorować widoczne ślady zagłady dawnego lasu. Mimo wszystko nie panowała nad emocjami, jakie budziły się w niej, kiedy natrafiała na strawiony przez ogień pniak albo skupisko poczerniałych kości, zbyt wielu kości, by zostały rozniesione, jak to działo się w normalnych okolicznościach. To była masowa śmierć, tragiczne zgony setek niewinnych i nierozumiejących grozy sytuacji istot. Gdyby ciało Tiamuuri było ludzkie lub elfie, po twarzy dziewczyny już od dłuższego czasu spływałyby łzy. Mogła jednak tylko odczuwać coś jak bolesny skurcz gdzieś w sobie, bardziej psychiczny niż fizyczny.
- Nie ma go – wymamrotała, mając na myśli ziele Sokolego Szponu, którego nie mogła wypatrzeć pośród krzewów i kęp mchu. W tym momencie miała niemal poczucie winy, że potrzebuje czegoś od tego lasu, który wycierpiał od ludzi. To chyba aż nazbyt wyraźnie dawało do zrozumienia, że ludzie nie zasługują na cokolwiek, co Medreth miałby im do zaoferowania, sami pokazali swój brak szacunku, depcząc i odrzucając jego bogactwo, skazując na zatracenie.
- '⊍ Ђœ√ - odezwał się podobny do szmeru głos gdzieś z góry. Zawtórowały mu zaraz inne, niezrozumiałe szepty.
Tiamuuri rozejrzała się, próbując przebić wzrokiem ciemność. Dopiero kiedy wreszcie oderwała wzrok od ziemi, zdała sobie sprawę, że mrok zapadł już całkowicie.
- Ꜹµ°Ⱑ ¢Ⱈœ-⎈þ ? - spytała, mrużąc oczy. Poza owadami i w większości uśpionymi gryzoniami w kępie jakiegoś kolczastego zielska, nie wyczuwała żywych istot w promieniu prawie dwudziestu stóp. Uświadomiła sobie za to, że czuje coś innego, coś, co znała bardzo dobrze.
Cofnęła się kilka kroków, tak, że mogła w końcu dostrzec istotę siedzącą na ukośnie wbitych w ziemię i wspartych o siebie martwych pniach.
Stillid miał ciało psa, pokryte czarną sierścią na grzbiecie i białą na brzuchu, ptasie nogi pokryte czarną łuską, głowę żurawia na smukłej szyi i długie sterczące uszy.
- Spokojnie, nie chcemy cię przestraszyć, Ђœ√ - odezwał się, wyraźnie rozbawiony – Tylko obserwujemy, jak drzewko wybrało się zwiedzać inne lasy.
- I jak ci się podoba? - spytał inny duch, podobny do czarnego wilka, pozbawionego ogona, ale w zamian obdarzonego kępą długich świecących niebieskich piór na karku. Wyszedł spomiędzy krzaków ze zwinnością osiągalną tylko dla duchów, nawet nie poruszając żadną pokrytą drobnymi listkami gałązką. Zaraz za nim pojawił się kolejny psi duch, podobny nieco do hieny, o lekko fosforyzującej sierści w odcieniu przywodzącym na myśl lekko zamglone rozgwieżdżone niebo, noszący na karku podobny rozłożysty pióropusz, nieco tylko zmierzwiony i postrzępiony.
- Jak ci się podoba? - powtórzył pytanie inny duch, płci żeńskiej, o lawendowej sierści i piórach, z długą puszystą kitą ciągnącą się po ziemi – Jak podoba ci się wspaniałe dzieło ludzi, pełnych nienawiści i zaślepionych złością? Widzących tylko swój cel, zagładę, zwycięstwo za wszelką cenę?
Tiamuuri przenosiła wzrok z jednego ducha na drugiego, na kolejne pyski i dzioby, w miarę, jak otaczały ją kolejne stillidy. Niektóre istoty wydawły jej się znajome.
- Ty jesteś ҵ'π, prawda? - zwróciła się do żeńskiej fioletowej istoty, po czym uniosła głowę i spojrzała na stillida z głową żurawia, który rozwinął skrzydła i szykował się do skoku – A ty Δþœī, okresowo mieszkasz w Larven... Reszty nie kojarzę... Przynajmniej na razie.
Dziobaty duch majestatycznie wylądował na ziemi.
- Tak, i ja cię pamiętam, Korzonku – powiedział spokojnie – Duchy wędrują. Stale wędrują. Także tutaj...
- Znowu – wszedł mu w słowo czarny wilk z niebieskimi piórami – Czujesz to, '⊍ Ђœ√, prawda?
- Co? - spytała Tiamuuri. Eriraqin na jej ramieniu poruszył się niespokojnie. W czasie swojego niezbyt długiego życia Władca Szerszeni nie miewał bliższych kontaktów z duchami aktywnymi nocą i nie odczuwał takiej potrzeby. Tiamuuri spróbowała się skoncnetrować, objąć umysłem szerszy teren, sięgnąć dalej, poza otaczające ją coraz ciaśniejszym wianuszkiem stillidy. Nie poczuła niczego szczególnego, duchów na tym terenie było niewiele, trochę tych pomniejszych, powiązanych z roślinami. Przepływ energii życiowej był silny, jak to w młodych lasach, ale niezbyt złożony.
- Nie wiem, o czym mówicie – przyznała – Nic takiego nie poczułam.
- Nic, właśnie - Δþœī spuścił głowę, grzebiąc szponami w mchu i torfie – Duchów jest tu niewiele. Większość istot poległa w walkach. Walkach, w które wcale nie chcieliśmy się włączać.
Tiamuuri nie potrzebowała dodatkowych wyjaśnień, wiedziała, że Δþœī nie mówi o sobie osobiście albo o innych obecnych tu stillidach. Używał liczby mnogiej chcąc podkreślić solidarność wszystkich duchów i leśnych stworzeń, uniwersalną jedność łączącą wszystkie żywe części natury.
- Macie sprzymierzeńców, którzy stanęli po waszej stronie – zauważyła Tiamuuri, po czym szybko się poprawiła – To znaczy mamy sprzymierzeńców...
- Bogowie łaskawie patrzą na poczynania elfów, zwłaszcza Strażników Medreth – mruknął pies o purpurowej sierści i piórach z białymi pasmami wzdłuż ciała – Niektórzy już nauczyli się okazywać wdzięczość za otrzymywane dary. A im bardziej są wdzięczni, tym więcej jest im dane.
Tiamuuri pomyślała o powodach, dla których znalazła się w Medreth.
- Przybyłam tu aby skorzystać z hojności þ╪ŋ'µ¤, matki nas wszystkich – odezwała się po chwili wahania – Poszukuję Sokolego Szponu, rośliny, która z boskich wyroków ma moc przywracać zdrowie, jeśli zostanie właściwie użyta. Nie chcę brać zbyt wiele.
Część duchów-psów spojrzała po sobie. Tiamuuri była niemal pewna, że nastąpiła pomiędzy nimi błyskwiczna wymiana myśli.
- Chcę pozostać tu do świtu. Chcę kontemplować ⊒œŋʠҙ – dodała. Czarny wilk z niebieskimi piórami podszedł bliżej.
- Ale czy to się godzi, żeby '⊍ Ђœ√ wchodziła do lasu uzbrojona? - pyskiem wskazał na sztylet przy pasie Tiamuuri, która, nieco zawstydzona, zaczęła rozwiązywać pas. Drzewna szybko zaczęła zapewniać, że nie przewidywała konieczności wykorzystania tych ostrzy. Przelotnie pomyślała o tym, że przebywanie wśród ludzi, którzy w pewnym sensie stali się jej bliscy, pozostawiło w niej ślad w postaci pewnych nawyków. Zawiesiła pas ze sztyletami na szyi purpurowego stillida w białe pasy, który, jak się później dowiedziała, na imię miał ₫°ϡⰊæ'æ.
- Zaprowadzimy cię na polanę, gdzie rośnie ziele – powiedział czarny wilk z niebieskimi piórami – Masz szczęście, znów tu rośnie, choć długo jeszcze nie będzie go tyle, co w dawnych dobrych czasach.
Ruszyli na zachód. Wilk, który w pewnym momencie przedstawił się jako ⊑ŋҘ•ℓꝋǂ, szedł przodem, początkowo co jakiś czas zerkał za siebie, sprawdzając, czy Tiamuuri podąża za nim. ₫°ϡⰊæ'æ szedł u boku dziewczyny jak dobrze ułożony, wytresowany pies. Eriraqin przeornie milczał, ukryty wśród opadających na ramiona rozpuszczonych włosów Tiamuuri. Nie łudził się, że duchy nie dostrzegają go jakimś wewnętrznym zmysłem, ale przezornie wolał się nie wychylać. Gdzieś wokół nich krążyła ҵ'π. Czasami pomiędzy drzewami mignął jej częściowo opierzony łeb, czasem wspaniała kita.
Tiamuuri zamknęła oczy. Mogła iść po omacku, kierując się poczuciem obecności ⊑ŋҘ•ℓꝋǂ i słabym sygnałem od rosnących jej na drodze drzew. Wyczuwała inne stillidy, towarzyszące jej, albo trzymające większy dystans. Jak światło gwiazd w morzu mroku. Mieli rację, duchów prawie wcale tu nie było.
Po godzinie dotarli do płytkiej rozpadliny w ziemi, częściowo zasłoniętej korzeniami wyrwanego z ziemi i obalonego potężnego drzewa. Martwy pień nosił jeszcze ślady spiralnych szczelin, tworzących niegdyś w jego korze naturalnie powstały wzór. ⊑ŋҘ•ℓꝋǂ wskazał głową zagłębienie, gęsto porośnięte kwiatami i ziołami najróżniejszych barw. Tiamuuri usiadła na ziemi i powoli zsunęła się po sypkim brzegu na dół. Wydobyła z ziemi trzy całe rośliny, wraz z grubymi, nieregularnymi kłączami i całymi nadziemnymi pędami. Wstała, otrzepała nagie ciało z ziemi, której wilgotne grudki przylgnęły jej do pleców i ud. Spojrzała w górę, gdzie czekał usłużnie nachylony nad rozpadliną wilczy łeb, zachęcając, bo objęła go, wspinając się po sypkim zboczu. Znalazła się na górze. Przez chwilę nie wstawała, pozostała na kolanach, jedną ręką przyciskając do piersi rośliny, drugą trzymając na grzbiecie ⊑ŋҘ•ℓꝋǂ. Rozglądała się, nasłuchując. Musieli zbliżyć się do jakiegoś sporego wodnego zbiornika.
- Jezioro przetrwało – odezwał się ⊑ŋҘ•ℓꝋǂ a goryczą – Tylko bogowie opuścili wyspę. Bezkrólewie, pusty tron nad domeną umarłych...
- Zaprowadź mnie tam – poprosiła Tiamuuri. Oba stillidy ochoczo ruszyły na zachód, nieznacznie odbijając w południowym kierunku. Im bliżej byli jeziora, tym wyraźniejsze stawały się ślady rozegranej bitwy. Ziemia i mech nie pokrywały tu zalegających poczerniałych pni, niewiele nowych drzew raczyło wykiełkować na zmieszanej z popiołem glebie. I kości. Szkielety, które pozostały tam, gdzie ludzie, elfy i zwierzęta padli w bitwie, nietknięte przez padlinożerców, pozostawione, aby rozłożyły się i wyschły na słońcu.
Tiamuuri zaczęła uważniej przyglądać się stosom kości, kiedy zdała sobie sprawę, że czasem wyczuwa coś jak obecność szczególnej energii. Zaczęła zastanawiać się, które spośród szkieletów stanowiły kiedys widzialną postać jakichś potężnych istot. Drzewożytom nie dane było może wyczuwać magii, ale były świadome obecności energii witalnej. Ślady bóstw natury były dla nich rozpoznawalne.
Tiamuuri zatrzymała się na chwilę w miejscu, gdzie, jak jej się zdawało, wyczuła szczególną kncentrację tej mocy. Korzystając tylko ze słabego światła jakie dawały fosforyzujące pióra i włosy stillidów, zaczęła przegrzebywać dłonia piach, popiół i kostne odłamki. W końcu wydobyła trzy wilcze kły, kilkakrotnie większe od normalnych i odłamek czwartego. Kiedy trzymała je w palcach, czuła pulsowanie energii tak silne, że niemal porażało jej rękę. Stillidy również coś poczuły, bo cofnęły się gwałtonie, ze zdumieniem, przestrachem i czcią.
- Zęby matki Moki – wyszeptał ₫°ϡⰊæ'æ. Tiamuuri zacisnęła kły w prawie sparaliżowanej dłoni, obawiając się, że zaraz może je wypuścić. Eriraqin, istotka śmiertelna, prosta i słaba, poczuł się jak rażony piorunem.
- Przeszukaj tę okolicę – wykrztusił z trudem, szczękając zębami – Takie relikwie to cenna rzecz.
- Cenna i niebezpieczna – dokończył twardo ₫°ϡⰊæ'æ – Zdarzało się, rzadko ale jednak, że jakiś mag, fanatyczny pielgrzym albo poszukiwacz przygód odnajdował relikwie bóstw i duchów. Czasami te przedmioty zmieniały bieg historii plemion i narodów. Być może nie mamy nawet świadomosci, w jakim stopniu kształt obecnego świata zależy od takich pozornie przypadkowych znalezisk mających miejsce w przeszłości. Ale takie rzeczy zawsze wywierają wpływ na śmiertelne istoty, tym silniejszy, im słabsze są ich umysły. Kiedy Strażnicy Medreth szacowali straty, pewien młody elf, Lenoriel D'Aragnon znalazł ułamek rogu Ducha. Ze swoim ojcem, hyvanem rodu i dość poteżnym magiem, wykorzystując go, stworzyli magiczną laskę o cudownych właściwościach. Przyjaciółka ich rodu, Eldirre z rodu Malakh'Niir, Strażniczka Medreth, wykorzystywała potem Berło Rogacza podczas prób przywrócenia życia na te ziemie. Potem najczęściej laskę miała przy sobie córka hyvana, Milla. Nadal zresztą ją nosi, chociaż zapewne nie korzysta z jej mocy... Nie jestem nawet pewien, czy ktoś z nich w ogóle zdaje sobie sprawę ze wszystkich właściwości Berła. Ale odkąd ta rozpuszczona pannica ma z nim częsty kontakt, pakuje się w kłopoty znacznie większe niż wcześniej. Praktycznie każdy w rodzie wie o jej szczególnym zamiłowaniu do żucia listków... i nie tylko... Tyle, że ród D'Aragnon od zawsze ściąga na siebie kłopoty, to już chyba część ich przeznaczenia. Może nie uda im się zbytnio narazić bogom i ściągnąć na siebie czegoś jeszcze...
W drodze nad jezioro Tiamuuri znalazła jeszcze jedenaście kłów i ich fragmentów. Kiedy znaleźli się nad brzegiem, próbowała znaleźć jakiś ślad pomostu czy innego przejścia. Obserwujący jej poczynania ₫°ϡⰊæ'æ parsknął krótkim śmiechem.
- Nadal jeszcze niewiele wiesz o ⋈ꜷ'ꝋ° - stwierdził – Chodź do mnie.
Po chwili wahania, Drzewna usiadła na psim grzbiecie. Stillid powoli zbliżył się do jeziora i stanął przednimi łapami na powierzchni wody. Ruszył przed siebie, idąc po wodzie tak, jakby na powierzchni znajdowała się jakaś niewidoczna błona, utrzymująca jego ciężar. Za nimi ruszył ⊑ŋҘ•ℓꝋǂ, gdzieś w oddali nad brzegiem pojawiły się świecące sylwetki innych stillidów, z których część po chwili wahania również ruszyła ku ciemnej toni jeziora.
Nie zapuszczali się zbyt głęboko pomiędzy rzadkie, ale w większości stare drzewa na wysepce. Zatrzymali się kilkanaście stóp od brzegu, jakby onieśmieleni ciszą, która ich powitała. Nikt nie musiał nic na ten temat mówić, zbędne były jakiekolwiek wyjaśnienia. Od razu stało się jasne, że daremne byłoby poszukiwanie zamieszkujących tu niegdyś bogów.
Tiamuuri przysiadła na pagórku niedaleko jednego z nielicznych ocalałych strych drzew. Przed sobą położyła stosik emanujących mocą kłów wilczej bogini i trzy rośliny, które obiecała dostarczyć Jaxisowi. Potarła ręką czoło, odruchowo dotknęła wyrastających z czaszki gałązek. Zdążyła już zauważyć, że kiedy przebywała w lesie, rosły szybciej, a teraz, w bliskosci duchów i potężnych relikwii Moki, proces przyspieszył tak, że dziewczyna czuła pod skórą czoła pulsowanie od wzmożonego przepływu soków. Jeszcze zanim zamknęła oczy, zobaczyła, że ₫°ϡⰊæ'æ, wciąż mający na szyi jej pas, kładzie się w pobliżu, opierając pysk na skrzyżowanych przednich łapach. Potem, kompletnie ignorując otoczenie, pogrążyła się w głębokiej medytacji.

**

Dwie młode elfki niespiesznie gramoliły się z małej łódki, która zatrzymała się przy brzegu wysepki w dawnym sercu puszczy Medreth. Kiedy widziało się je obok siebie, wyraźnie dawało się zauważyć, że mają ze sobą wiele wspólnego, niektórzy już pewnie zastanawialiby się, czy przypadkiem nie są rodziną. Nie były spokrewnione, ale ich rody przyjaźniły się od wielu pokoleń. Na pierwszy rzut oka podobne do siebie, jednak przy dokładniejszym przyjrzeniu się, dostrzegało się, że chociaż ich twarze były równie urodziwe, rysy tej o czarnych i znacznie dłuższych włosach były bardziej ostre, a jej oczy, chociaż podobnie zielone jak u towarzyszki, miały bardziej nasycony odcień. Jej ruchy były też szybsze i bardziej gwałtowne. Czarnowłosa dzierżyła w prawej dłoni prostą drewnianą laskę długości czterech i pół stopy, magicznie pokrytą pyłem z opiłków złota, ze zgrubieniem na końcu, z którego wystawały haczykowate metaliczne twory przypominające pajęcze nogi. Druga z nich przyciskała do boku miękkie zawiniątko.
- Powinnaś powiedzieć swojemu bratu, żeby na nas zaczekał – odezwała się czarnowłosa.
- Nie zgubimy go tutaj. Wyspa jest na to za mała.
Same zdawały się doskonale wiedzieć dokąd zmierzają. Właściwie nie zastanawiały się nad tym, czy może raczej Milla D'Aragnon nigdy się nad tym nie zastanawiała. W pewnym sensie przywykła do tego, że od jakiegos czasu nie miała problemu z poruszaniem się po lasach i pustkowiach, odkryła u siebie coś w rodzaju intuaicji do tego – chociaż może odkryła to za dużo powiedziane. Świadomie nie zwróciła na to uwagi, zwyczajnie automatycznie zaczęła to wykorzystywać.
Tulmidin Malakh'Niir, kilkuletni elfi chłopiec, nie dałby się przekonać do czekania na cokolwiek i kogokolwiek. Od razu biegiem puścił się przed siebie, ledwie tylko łódka uderzyła o brzeg. W odradzającym się lesie czuł się jak ryba w wodzie, w pewnym sensie był tu u siebie. Słyszał, że to w jakiś sposób las jego starszej siostry, kto wie, być może także kiedyś jego. Nie rozumiał tylko, czemu Eldirre albo ta jej przyjaciółka, otoczona zawsze dziwną ziołową wonią, tak rzadko przemierzają Medreth nocami. Przecież to właśnie wtedy las ożywał, wtedy rozgrywały się śmiertelne wyścigi między zwinnymi drapieżnikami i ich ofiarami, a przede wszystkim pojawiały się te wspaniałe świecące duchy, mieniące się niezwykłymi barwami. Tak, Tulmidin mógłby oglądać je w nieskończoność...
Chłopiec ożywił się nagle, dostrzegając jednego z nich, zupełnie, jakby samym myśleniem sprowokował zbieg okoliczności. Purpurowo umaszczony wielki pies w białe pasy, z piórami na grzbiecie, leżał na polanie. Mały elf już miał do niego podbiec, ale zatrzymał się, dostrzegając siedzącą na trawie nagą dziewczynę o kocich rysach twarzy. Nad czołem rosły jej na podobieństwo poroża kilkunastocalowe gałęzie z pąkami, wąskimi liśćmi i zzwisającymi zielonymi nitkami. Po chwili gorączkowego namysłu chłopiec doszedł do wniosku, że to ta, o której wspominal ojciec i której tropem jego siostra ruszyła z bliżej niewyjaśnionych powodów.
Tiamuuri, chociaż od razu wyczuła malca, otworzyła oczy w momencie, kiedy na polanie pojawiły się dwie elfki. Chociaż widziała je po raz pierwszy, domyśliła się, z kim może mieć do czynienia. Zresztą ta o jasnobrązowych włosach, która ku zdumieniu Tiamuuri położyła na ziemi przed nią jej pozostawione przy skraju lasu rzeczy, nie omieszkała się przedstawić.
- Jestem Eldirre, Strażniczka Medreth. To mój brat Tulmidin i moja przyjaciółka Milla z rodu D'Aragnon. Czuję się zaszczycona tym spotkaniem, Tiamuuri-elda.
- Również jestem zaszczycona – odparła Tiamuuri uprzejmie – Nie zamierzam też dłużej nikogo niepokoić. Za chwilę ruszam w drogę powrotną. Mam pewne sprawy w Thibris.
Ubierając się, zwróciła uwagę na pewien szczegół. Mały Tumildin wyraźnie zdradzał niepokój, nie mógł znaleźć sobie miejsca, kręcił się i nerwowo rozglądał. Tiamuuri powiązała te objawy z bliskim sąsiedztwem kłów bogini Moki. Eldirre i Milla natomiast zdawały się być niewrażliwe na ich oddziaływanie, czego przyczyny Tiamuuri domyśliła się po chwili, kiedy po pożegnaniu ze stillidem, wraz z elfkami i chłopcem ruszyła ku czekającej na nich łodzi. Obie elfki musiały być w znacznym stopniu przyzwyczajone do takich emanacji mocy, skoro inna relkwia stale im towarzyszyła. Energia promieniująca z laski, którą miała przy sobie Milla była co najmniej tak samo silna.
Berło Rogacza, pomyślała Tiamuuri oszołomiona, kiedy zajmowali miejsca w łodzi. Tumildin nadal nie mógł usiedzieć w jednym miejscu, wiercił się, wyglądał zza burt, próbował sięgnąć ręką do spokojnej powierzchni wody. Najczęściej przyglądał się Tiamuuri, chociaż uciekał wzrokiem, kiedy Drzewna to zauważała. Kiedy Tiamuuri pochyliła się nad wodą i zobaczyła własne odbicie, doskonale zrozumiałą to dziecięce zaciekawienie. Spróbowała wyobrazić sobie, co powie stary poczciwy Jaxis, kiedy ją zobaczy. Przycisnęła dłonie do spoczywających na jej kolanach, nieco zwiotczałych już roślin.
Łódź przemierzała połyskującą w porannym słońcu toń jeziora. Cztery osoby, które przypadkiem spotkały się na chwilę, aby wkrótce znów rozdzielić się i powrócić do swoich spraw. Kto wie, może spotkają się jeszcze kiedyś.










[Może to niechronologicznie, że wrzucam notkę przed zakończeniem jednej historii, ale większość napisałam, zanim jeszcze dowiedziałam się o przedłużeniu terminów misji.
Przy okazji tej misji, miałam punkt zaczepienia do wprowadzenia nowych postaci i motywów. Mam nadzieję, że nikt tu mnie nie udusi, że planuję zrobić z wysoko urodzonej elfki skandalistkę rodem z Klubu 27, ale jakoś tak mi do pewnych rzeczy taka postać pasuje i może się przydać.
Lasy jak zwykle przerabiam na wszystkie możliwe sposoby z innych punktów widzenia, bo zwyczajnie to lubię ;)]

7 komentarzy:

Silva pisze...

Co ja tu mogę napisać... Ano to, że fajnie się czytało, chociaż mam wrażenie, że ziele sokolego szponu gdzieś się zgubiło w tej notce i więcej było duchów i spacerów po lesie, po których zioło znalazła, ale to tylko moje odczucie.
Podoba mi się berło, ale zupełnie nie wiem czemu tak mi przypadło do gustu :) Opisy są jak zwykle świetne, a dialogi wcale nie wymuszone.
Przeszkadzało mi tylko to, że obce słowa w języku Drzewnej, nie były wytłumaczone, czy na dole notki, czy zaraz w opisie, bo zupełnie nie wiedziałam o czym było pisane w niektórych momentach, bo w innych dało się wywnioskować, wiec spoko :)
Dzieciaki w łódce, chociaż pojawiły się nagle, jakoś mnie ujęły; dużo bardziej niż pan elf z początku. No i stworzonko, którego imienia nie pamiętam, a które przez większość czasu siedziało sobie na ramieniu Drzewnej.
A! I pan zielarz na początku przypominał mi takiego pociesznego dziadka :D
Czy planujesz jakąś kontynuacje? Bo tak nam tu zakończyłaś na łódce, że aż się prosi o dalszą część:)

Szept pisze...

Przyznam, że przyjmuję nieco inną wizję świata i stworzonek, ale nawet pomimo tego wciągnęłam się. Podoba mi się, że korzystasz z realiów i z tego, co już powstało. Umiejętnie łączysz to ze swoimi wizjami i nie ma, że tylko moje, reszty nie tykamy, bo cudze. A już wzmianki do spalonego lasu i bitwy... oj, kocham. Brzmi tak, jakbyś to sama widziała. I to nie tylko sceny, ale w sumie całą historię, jaka się tam rozegrała.
Opisy wymiatają, coś, czego ci zazdroszczę. Dialogi nie pozostają w tyle, całość ładnie zgrana, nic tylko pozazdrościć. Przychylam się do zdania Darrusowej, czasem obce słowa faktycznie mogłyby być tłumaczone.
Za skandalistkę myślę, że nikt się nie obrazi, nie gloryfikujmy tu rasy :D

Sorcha pisze...

Przyznam, że ogromnie ujęłaś mnie lekkością stylu i barwnymi opisami, dzięki którym tak łatwo można było wyobrazić sobie cały las oraz jego sytuacje z ludźmi. Tak to już jest, że w większości uniwersów ludzie i natura nie bardzo się lubią. Te relikwie bogów podobały mi się szczególnie, bo wyobraziłam sobie wagę ich posiadania. Bierzesz sobie taki niepozorny ząb do kieszeni i bach... nagle rozpierducha w świecie. XD
Zazdroszczę Ci, że tak lekko modulujesz rzeczywistość. Sama muszę się tego nauczyć, bo póki co, to tylko boję się pomylić w tutejszym świecie, a też powinnam wnosić tu coś od siebie i nie bać się. XD
Przeszkadzały mi jedynie te dziwne słowa, których ani odczytać, ani zrozumieć się nie dało. ;c Ja bym zlatynizowała te słowa, ale to nie moja rzecz :)

W każdym razie świetna notka! Jestem pełna podziwu!

Tiamuuri pisze...

Ja właśnie nie byłam do końca pewna, jak w tym świecie jest z relikwiami ;) Bo wzmianki o nich są przy sposobach na pokonanie nieumarłych, ale nie mogłam się dokopać do bardziej szczegółowych informacji. Improwizowałam tutaj.
Właściwie w pierwotnej wersji nie planowałam kontynuacji, ale potem przyszło mi do głowy, że to miasto na granicy stref wpływów i poczciwy dziadek mogą mi się do czegoś przydać.
Szept, a jaką Ty masz wizję świata i stworzonek? Opisy Medreth w realiach przypominały świat z "Księżniczki Mononoke", sama bitwa Wirgińczyków z duchami i zwierzętami chyba też stamtąd zapożyczona ;)

Szept pisze...

Tu nie zaprzeczę - tj. odnośnie bitwy i samego lasu Medreth. Acz nie zaprzeczę też, że to nie do końca mój klimat. Medreth stworzyła autorka Iskry :D
A improwizacja dość ładnie wyszła. Z relikwiami :D Chyba nikt nic nie precyzował o nich i każdy pisze, jak tam chce.

Olżunia pisze...

Kocham pierwsze zdanie miłością absolutną. Robi smaka na resztę tekstu.
Urzekła mnie atmosfera panująca w Thibris. Spójnie, rzeczowo opisana sytuacja, przyczyny i skutki. Mniam.
Zgadzam się z przedmówczyniami, uwielbiam Twoje opisy, zwłaszcza metafory. Wyobraźnia pracuje podczas czytania. Dialogi też lubię, są naturalne. I w ogóle... wszystko. XD
"W tym momencie miała niemal poczucie winy, że potrzebuje czegoś od tego lasu, który wycierpiał od ludzi." Genialne. I zaraz się chyba rozkleję.
Uwielbiam to, jak budujesz inny sposób postrzegania rzeczywistości przez istoty związane z naturą. Że posługują się językiem dającym jego użytkownikom zupełnie inne możliwości i nakładającym na nich ograniczenia, że odmiennie postrzegają nagość (niby powinnam zauważyć to wcześniej, ale dopiero od niedawna interesuję się zagadnieniem ciała w kontekście kulturowym) i naturę (inaczej niż elfy, które są w stanie sformułować myśl, że las do kogoś należy).
Propsy wielkie za imiona, kocham autorskie imiona.
Podoba mi się wątek skandalu, chętnie poznałabym ciąg dalszy tej historii. I dużo innych rzeczy mi się spodobało, ale się zaczytałam i nie zanotowałam. XD
Ja natomiast nie odniosłam wrażenia, że Sokoli Szpon się gdzieś zagubił, wręcz przeciwnie, cały czas przeplatał się z innymi wątkami i stanowił fajny punkt wyjściowy do niektórych spostrzeżeń i komentarzy Drzewnej. I jestem fanką nietłumaczenia języka natury. Z jakiegoś powodu. "Because of... reason."
*węszy* Czy ktoś wspomniał... *węszy intensywniej* wspomniał o Księżniczce Mononoke? :3
Sprawa relikwii bardzo fajnie rozwinięta. Baaardzo faaajnieee.
Żeby nie było: nie słodzę, poza paroma literówkami, które zdarzają się każdemu, nie mam się do czego przyczepić. :P *zazdraszcza*

Olżunia pisze...

Wait, nie "because of reason”. Lubię to, że nieprzetłumaczone słowa wprowadzają nutkę tajemniczości. Podoba mi się to tak samo, jak nic nieznaczący tytuł "Ferdydurke", choć oczywiście sytuacja jest zupełnie inna, słowa w języku natury mają swoje znaczenie (podejrzewam, że często trudne do uchwycenia w ludzkim języku).

Prawa autorskie

© Zastrzegamy sobie prawa autorskie do umieszczanych na blogu tekstów, wymyślonego na jego potrzeby świata oraz postaci.
Nie rościmy sobie natomiast praw autorskich do tych artów, które nie są naszego autorstwa.

Szukaj




˅ ^
+ postacie
Rinne Lasair