Przewodnik

Linki-obrazki

Misje
I. Więzi przyjaźni
Spotykasz po latach kogoś, kto dawniej był ci bliski. Wplątuje cię on w jakąś historię, która nie dość, że z czasem się komplikuje, to w dodatku budzi w tobie wątpliwości co do intencji przyjaciela.

II. Linia frontu
Kerończy natarli na Prowincję Demarską. Oblegany jest sam Demar. Jedni ludzie stają do walki, inni uciekają ze spalonej ziemi. Napastnicy, obrońcy i cywile. Po której stronie staniesz?

Opcjonalnie: Udział w buncie niewolników w Wirginii bądź inne miejsca walk.

III. Rekonwalescencja
W nie najlepszej kondycji trafiasz do wioski lub klasztoru. Wydaje ci się, że trafiłeś w dobre ręce i że wkrótce będziesz mógł opuścić to miejsce. Okazuje się jednak, że z pozoru życzliwi i uprzejmi ludzie skrywają przed tobą jakąś tajemnicę.

IV. Zabij bestię
Coś napada, nęka mieszkańców. Zawierasz umowę z wójtem - dostarczysz głowę bestii za określoną cenę. Okazuje się jednak, że stworzenie nie działa bez powodu - jest w jakiś sposób prowokowane przez mieszkańców.

Opcjonalnie: Bestia jest wrażliwa na hałas z karczmy albo ludzie naruszyli w jakiś sposób jej rewir (weszli na jej teren, zajęli leże ze względu na drogie surowce itp.)

V. Nielegalne walki
Dochodzą cię słuchy o nielegalnych walkach prowadzonych w okolicy. Położysz im kres czy może postanowisz wziąć w nich udział dla własnego zysku? Pieniądze nie leżą na ulicy.

VI. Zlecone zabójstwo
Dochodzi do zamachu, w wyniku którego ginie ktoś ważny. Podejmujesz się odnalezienia zabójcy – albo jego zleceniodawcy. Od ciebie zależy, czy dojdzie do aresztowania winnych, czy pomożesz im uniknąć kary.

VII. Egzekucja
W mieście lub wiosce szykuje się egzekucja. Znasz sprawcę albo sam doprowadziłeś do jego schwytania. Realizacja wyroku coraz bliżej.

Opcjonalnie: Z czasem nabierasz wątpliwości, czy skazaniec faktycznie jest winny i chcesz go uwolnić lub dochodzą cię pogłoski, że ktoś może chcieć uwolnić kryminalistę.

zamknij
Spis kodów
Spis opowiadań
Baśń o wolności: Preludium (autor: Nefryt) Gdy demon odzyskuje człowieczeństwo, przypomina sobie jak być człowiekiem.(autor: Zombbiszon) Nikt nie zna prawdziwego bólu do czasu aż nie straci kogoś bliskiego sercu. (autor: Zombbiszon) Wendigo i Driada (autor: Zombbiszon) Domek, zupa, sukkub i historia (autor: Zombbiszon) Sen i niespodzianki (autor: Zombbiszon) Boląca strata i niepokojący gość! (autor: Zombbiszon) Cienie i nowy przyjaciel (autor: Zombbiszon) Kruki (autor: Zombbiszon) Cienie i Starsze Dusze (autor: Zombbiszon) Zło Kor'hu Dull (autor: Zombbiszon) Złodziej Twarzy i Koszmar (autor: Zombbiszon) Królewiec (autor: Zombbiszon) Przed świtem (autor: Nefryt) Król Żebraków i nowe drzwi (autor: Zombbiszon) Akceptacja (autor: Zombbiszon) Nostalgia (autor: Nefryt) Nowa droga i niespodziewane wyznanie? (autor: Zombbiszon) Biały i zielony daje czerwony! (autor: Zombbiszon) Nowe wyzwania w nowym życiu (autor: Zombbiszon) Krąg tajemnic (autor: Zombbiszon) Jack (autor: Zombbiszon) Czasami to mrok daje najwięcej światła (autor: Zombbiszon) Trzy sceny o szpiegowaniu (autor: Nefryt) Morze bólu. Promyk nadziei ... (autor: Zombbiszon) Sól (autor: Olżunia) Dyjanna Muirne: Miecz może być dowodem wszystkiego (autor: Zorana) Uszatek i Kwiatek na tropie przygody: Przypadłość parszywej gospody (autor: Paeonia i Szept) Gdy gasną świece (autor: Zombbiszon) ... Najjaśniej płoną gwiazdy nadziei. (autor: Zombbiszon) Elias cz. 1 (autor: Zombbiszon) Elias cz. 2 (autor: Zombbiszon) Historia (autor: Zombbiszon)
zamknij

Chat

   Siedzieli wokół maleńkiego ogniska, aż spokoju nie zakłócił im czyjś wrzask. Rozdzierający krzyk niósł się po lesie, przedzierając się przez ciemność i docierając do ich polanki. Obcy tutaj, zakłócał nocne dźwięki i trzask ognia, sprawił, że niemal wszyscy, jak na komendę, poderwali się na nogi. Krzyk ludzki, krzyk paniki, krzyk zawierający w sobie przestrach i jakąś determinację, brak możliwości...
   Zbrojni od razu wzięli się do działania. W tych okolicach, w obliczu niebezpieczeństw, zawirowań magii i innych, nie mogli lekceważyć nawet pojedynczych oznak niepokoju. Starali się nie czynić hałasu, ale i tak tu szczęknął miecz, tu zbroja, tu trzasnęła gałązka.
   Mieszaniec obserwował Myśliwych spode łba, rzucając ukradkowe spojrzenia to na starszych, najprawdopodobniej znajdujących się wyżej w hierarchii oddziału, to na młodszych, a zarazem mniej doświadczonych. Wcześniej zdawało się, że wojacy planowali zatrzymać się w gospodzie, a nie popasać pod gołym niebem; tymczasem wyglądali na takich, co z każdą chwilą czują się coraz bardziej jak u siebie. Dlatego rozdzierający noc krzyk napełnił Aeda ulgą, nie strachem czy lękiem. Nie wyobrażał sobie przesiedzieć tu nocy razem z zakonnikami. Oka by nie zmrużył. Za milutcy byli, zbyt rozmowni. A to budziło w mieszańcu same podejrzenia, nie wykrzesując przy tym z niego ni krztyny zaufania czy chęci do pomocy.
   - Niechby ich zżarło – podsumował życzliwie Midar.
   Korzystając z zamieszania i hałasu chrzęszczących zbroi, odruchowo chwytanej broni, wywróconej miski i zatykanego bukłaka, mieszaniec przysunął się do magiczki.
   - Czy Dąbki są blisko? – zapytał cicho.
   - Niecałe dwadzieścia stajań. W linii prostej jeszcze mniej – odpowiedziała szeptem.
   Dwadzieścia stajań. Za daleko, żeby darli się z tego samego powodu, dla którego w Dąbkach znikali ludzie.
   - Pryskamy? – Midar porozumiewawczo spojrzał na towarzyszącą mu dwójkę. – Zanim zainteresują się nami jeszcze bardziej... albo ktoś nie wytrzyma i da im w mordę.
   Aed wzruszył ramionami. Jego usta wykrzywiły się w lekkim, lekceważącym uśmiechu, pod przykrywką którego zdawała się czaić niewypowiedziana groźba.
   - Ja tam bardzo chętnie – wtrącił. – I to zobaczyć, i się przyłączyć.
   - Ktoś tam potrzebuje pomocy... – zauważyła magiczka.
   - Ach, więc to stąd te kłopoty – mruknął pan Bo Będę Tego Żałował do pani Nie Można Tego Tak Zostawić, znacząco na nią spoglądając. Zdawało się, że w niektórych kwestiach rozumieli się lepiej niż mogli z początku przypuszczać.
   - Rycerze tam poleźli. – Krasnolud wytrząsnął resztki popiołu z fajeczki, starannie, by w główce nie zostały nawet najmniejsze drobiny.
   - I naprawdę myślisz, że pomogą? – Szept sceptycznie uniosła brew, zerkając to na Aeda, to na Midara. – Poza tym jeśli to ma związek z Dąbkami, wolałabym tam być.
   - Mieliśmy szukać Odrina i map, które się zgubiły – zamarudził jeszcze Midar, ale ostatecznie podniósł się, na wszelki wypadek otrzepując spodnie. Siedział bezpośrednio na ziemi, takie oczyszczanie pewnie niewiele pomogło, ubiór jak był brudny, tak i pozostał.
   - To tylko chwila zwłoki – magiczka zwróciła się bezpośrednio do Aeda. Ostatecznie, jego mapy i on miał największy interes w tym, by je na powrót odzyskać. Poza tym, półelf zdążył chyba napatrzeć się na nią i Midara i dojść do jednego, słusznego wniosku. W takiej kompanii na nudę to on narzekać nie będzie.
   Mieszaniec przyzwalająco skinął głową.
   - Obawiam się, że na Odrina nic nie poradzimy. Jeśli sam nie zdecyduje się napatoczyć nam na drogę, możemy go sobie szukać. Szczęścia nam życzę.
   Aed był w stanie zachować czujność, nawet wykończony wielogodzinną podróżą i po skosztowaniu mocnej gorzałki. Nauczył się tego w tym pełnym zagrożeń i podłych osobników świecie, którym pospołu rządziły pieniądze i przemoc, jednocześnie się mu sprzeciwiając i się do niego dostosowując. Ale karzełek potrafił zniknąć dokładnie w tym momencie, w którym uznał to za słuszne, za nic mając śledzące go spojrzenie czujnych oczu.
   Nie, Odrin musiał napatoczyć się sam.
   Krzyk powtórzył się raz jeszcze; tym razem mniej w nim było strachu, więcej bitewnej brawury.
   Zatem w drogę.

~*~

   Źródłem krzyku okazała się dwójka chłopów. Jeden, mężczyzna słusznej budowy, słusznego wieku, z pasmami siwizny na skroniach, drugi, niższy i młodszy, prawdopodobnie syn pierwszego. Obaj wrzeszczeli wniebogłosy, broniąc się przed niespodziewanym napastnikiem. Oni tu, obficie racząc się domowej roboty trunkiem, spokojnie gwarzyli, leżąc pod gołym niebem, by nikt nie wątpił – odpoczynek jakże należny po dniu ciężkiej pracy. Wtem – wyskoczył na nich z krzaków potwór, wielki niczym smok, z rogami, biczem uderzający po bokach, z groźnym rykiem i stukotem kończyn. Czarny, czarnieńki, stwór nocy i ciemności, bestia, jaką nasłano na wieskę jako zemstę za spalenie wiedźmy.
   To był pierwszy okrzyk, jaki słyszeli Aed, Midar, Szept i zakonnicy. Okrzyk strachu.
   Cóż mieli począć chłopi? Porwał, co kto mógł. Syn kija, sękatą gałąź, ojciec kamień, co to leżał mimo. I hajda na potwora.
   To był drugi okrzyk. Bitewnego zapału.
   Potwór nie ustępował pola, dzielnie stawał, nawet gdy na miejscu zdarzenia pojawili się pierwsi rycerze, krasnolud i półtora elfa. Napastnik nie był zbyt dobrze widoczny, tonąc w nocy. Światło gwiazd wydobyło jedynie zarys czworonożnej sylwetki. Duża, nieco baryłkowata, z nisko osadzoną głową, grubą szyją, odstającymi na boki uszami. Coś majtało na boki, opędzając się od chłopów jak od natrętnych much, przypominało kształtem grubszy sznurek zakończony frędzlami. W ciemności ciemny kształt, miejscami zdawał się jaśniejszy, szarawy, może biały? Swą tożsamość potwór ostatecznie potwierdził, wydając długi, donośny bitewny okrzyk.
   - MUUUU.
   Istniały kwestie sporne co do tego, jak kopie krowa. Upierano się, że krowa na boki nie kopie. Inni utrzymywali, że kopie tylko na boki. Trójka obserwatorów mogła przekonać się, że wszystko to nieprawda. Krowa kopie w każdą stronę, a uderzenie racic boli nie mniej niż końskich kopyt, przynajmniej sądząc z okrzyku poturbowanych chłopów.
   - Trzeba pomóc. – Szept nie była jednak pewna, komu pomoc potrzebna była bardziej. Chyba jednak biednej krowie.
   Krowa dokończyła dzieła. Żaden z nieszczęsnych wieśniaków nie zamierzał się już na nią kijem, nie zamierzał też podnosić się z ziemi. Pojękiwali tylko cicho, pytając się nawzajem, czy jeszcze żywią, czy to już kraina umarłych. Cóż, mogli nie zadzierać z rogatą bestią.
   Ale krowie nie było mało.
   Wytraciła pęd, ryjąc łączkę racicami, zatrzymała się, prychnęła, odsapnęła nieco, skubnęła od niechcenia trochę trawki, aż w końcu zainteresowała się przybyszami. Zamachała ogonem, po czym zaczęła dreptać w ich stronę, po drodze wciąż podjadając smakowitą zieleninę.
   - W dyrdy, na drzewo! – wyrwało się jednemu z zakutych w zbroje młodzików. Chłopak szeptał co prawda, ale niedostatecznie cicho, a przy tym nazbyt histerycznie.
   Chłopak najwyraźniej miał poważne problemy ze wzrokiem.
   - Ja ci dam na drzewo, gówniarzu... – zeźlił się inny zakonnik, obrzucając tamtego morderczym spojrzeniem. Jeszcze tego brakowało, żeby się przed obcymi tak kompromitować. Na dodatek takimi, co to jadą do dużego miasta. Wieść się wnet rozniesie.
   Aed nieco się zasmucił. Miał nadzieję zobaczyć, jak wojak radzi sobie z włażeniem na drzewo w zbroi płytowej.
   Jego uwagę przykuło jednak coś zupełnie innego – nie była to ani krowa, ani dywagacje Myśliwych. Jego czułe uszy spośród biadolenia poturbowanych kmieci, cichego szczęku uzbrojenia i zwykłych odgłosów nocy wyłowiły jeszcze coś. Dźwięk końskich kopyt. Nie, nie krowich. Końskich.
   Zza pobliskiej kępy zarośli wyjechały dwa wierzchowce, niosące tyleż samo jeźdźców. Tylko kto, u licha, podróżuje w środku nocy, w dodatku w takiej okolicy? Chyba tylko ktoś, kogo bardzo czas nagli.
   Aed zmrużył oczy, uważnie przyglądając się źródłu światła, dzięki któremu podróżni odnajdowali drogę. Coś było nie tak z tą pochodnią. Nie przygasała, smagana pędem powietrza, a i ogień wydawał się nienaturalny, o chłodniejszej niż zwyczajne płomienie barwie.
   Bo to nie pochodnia, uświadomił sobie Aed. To światło wyczarowane przez maga.
   - O, cholera... – zmielił w zębach przekleństwo. Pociągnął Szept za rękaw szaty, po czym wskazał na nadjeżdżających.
   - Tak, czuję... – mruknęła elfka, niemal nie otwierając ust. Magia, subtelna w swym działaniu, najpierw padał czar, potem dało się ją poczuć, na końcu zaś dostrzec.
   Aed zerknął na Myśliwych. Jeszcze się nie zorientowali... Jeszcze. Mieli inne zajęcie niż coś tak prozaicznego jak obserwowanie okolicy i wypatrywanie zagrożenia.
   - Ej, miły jest – stwierdził jeden z zakonników.
   - To krowa, przygłupie – fuknął inny. – Nie byk.
   - Patrz, jakie ma mięciutkie futerko. Tu, na czole.
   Aed uniósł brwi, nie bardzo wierząc w to, co widział.
   Midar też jeszcze nie spostrzegł, że ktoś się zbliża, krasnolud rechotał głośno, z rękami wspartymi na kolanach i ani się z tym krył. W końcu taki widok cieszył zaczerwienione oczy, łzy wyciskał i śmiech budził. Wojacy, przed krową umykający, chłopi dzielnie stawający przed rogatym potworem...
   - Niech mnie... zatknę się... – wydyszał, ocierając brudnym rękawem policzki i oczy, pozbywając się mokrych śladów. – Niech mnie... – W końcu i on jednak zorientował się w sytuacji, słysząc stukot kopyt, wybijający się coraz wyraźniej spomiędzy łagodnego cykania świerszczy, pohukiwania puchacza i szelestu poruszanych wiatrem liści.
   Krasnolud miał nawet na tyle trzeźwą głowę, by się zaniepokoić. A nuż to...
   - Cienie? – łypnął na Aeda, przypominając sobie starcie przed gospodą, mapy i Łowczynię. Znaleźliby ich? Tak szybko?
   - Tylko jeśli mieli ze sobą maga – wymruczała elfka. Dotyk magii delikatnie drażnił, jakby muskając skórę. Ciepły, przyjazny, ale i obcy. Magia nie pochodziła od niej, nosiła ślady tego, kto ją przywołał.
   Obcego maga, wzywającego swą moc tuż pod okiem tych, którzy magię tępili, uznając za wszelkie zło. Mógł być drobnym kuglarzem, co magię zaledwie liznął, mógł być prawdziwym mistrzem tajemnej sztuki, czarnym, białym, uzdrowicielem, nekromantą. Solidarność wymagała, by go przestrzec. Solidarność i... nuta przekory.
   W ciągu przypadkowego spotkania Myśliwi zdążyli zaleźć jej za skórę.
   - Idę tamtym na spotkanie. Wolę ich ostrzec nim zrobi się awantura – mieszaniec wyjaśnił cicho magiczce.
   - Uważaj tylko, byś nie wylądował z żaru w płomieniach – usłyszał w odpowiedzi. Prawie jakby ktoś, pomimo krótkiej znajomości, martwił się o ściągającego na swój kark kłopoty mieszańca.
   Ten spojrzał przelotnie na Myśliwych, z których część była zafascynowana miłymi w dotyku uszami i długimi rzęsami krowy, a pozostali usiłowali przywołać ich do porządku, hamując się przed zrobieniem przedstawienia z tego małego, jak na razie, zamieszania. – Właściwie chyba nic nas tu nie trzyma. Świetnie sobie radzą z zawieraniem znajomości z tubylcami.
   O ile tubylcami można było nazwać krowę, to tak, Myśliwi sprawili się na medal: krasula stała spokojnie obok nich, poddając się pieszczotom dłoni, uspokojona, podsuwała swój znacznych rozmiarów łeb, domagając się uwagi. Dwaj chłopi nie za bardzo nadawali się na zawieranie znajomości, mocno pijani i tylko lekko zawstydzeni zajściem.
   - To może pójdziemy z tobą? – zaoferował ochoczo Midar. – Jakby ktoś chciał ci spalić za długie uszy.
   Mniej wylewna niż krasnolud magiczka poruszyła się tylko lekko, zdradzając, że jeśli pójdzie Midar, pójdzie i ona.
   Mieszaniec zmierzył krasnoluda uważnym spojrzeniem, jakby się nad czymś zastanawiał, rozważając „za” i „przeciw”, ale w odpowiedzi przytakująco skinął głową. I Midowi, i magiczce najzwyczajniej w świecie należała się chwila odpoczynku on nieznośnych i upierdliwych, a na dodatek niezbyt bystrych Myśliwych.
   Aed bez słowa odwrócił się, by wyjść na spotkanie przybyszom. Już zaczął sadzić długie kroki, przedzierając się przez wysokie, oplątujące nogi trawsko, gdy zza pleców jego pilnowanych przez Midara uszu dobiegło przeciągłe:
   - Muuu... – zaryczała krowa. Uniosła łeb i można było przysiąc, spojrzała prosto na mieszańca, błyskając białkami i rozstawiając uszy na boki. Nozdrza, mokre i śliskie rozdęła, wdychając nowe, intrygujące zapachy, nagle pobudzona.
   - Nie ma mowy! – syknął chuchrak przez ramię, odwracając się tak gwałtownie, jakby ktoś szturchnął go w plecy rozpalonym pogrzebaczem. Dosyć miał już kłopotów z kotami, z całym stadem nieznośnych, panoszących się, niewychowanych kotów. Jeszcze mu krowy brakowało. – Zostań. Siad. Leżeć. Cokolwiek.
   Krowa poruszyła rogatym łbem, potrząsnęła nim na boki w wyrazie protestu. Czarne oczy, okolone rzęsami, spojrzały na półelfa z wyrzutem. Odczekała chwilę, aż umilknie echo słów Aeda, jeszcze chwilkę, jakby zamierzał dodać coś jeszcze i postąpiła kroczek na przód.
   - Szept, co mówi się do krowy? – zapytał najemnik, wlepiając w magiczkę pełne bezsilnej rozpaczy spojrzenie. Elfka świetnie poradziła sobie z jego dwiema upartymi kobyłami. Taka krowa nie powinna być dla niej wyzwaniem... prawda?
   - Muu? – podpowiedział usłużnie Midar, uprzedzając magiczkę, parskając śmiechem.
   Krowa zamarła, zatrzymując się.
   - Muuu… - zaryczała żałośnie, błagalnie, by jej nie zostawiali samej.
   Tymczasem dwójka okutanych opończami jeźdźców zbliżyła się na tyle, że znalazła się w zasięgu słuchu. Midar, nie wiedząc, czego się spodziewać, położył dłoń na trzonku wysłużonego topora. Oczami strzygł na wszystkie strony, czekając na znak od Aeda, który wziął na siebie obowiązek negocjacji z tą dwójką.
   - Moyr, zgaś to – szepnął jeden z nich, jednak niedostatecznie cicho. Elfie bądź półelfie ucho mogło bez większego trudu zrozumieć słowa.
   - Dlacze...
   - Zgaś natychmiast.
   Mieszaniec znał te głosy. O, bogowie, jeżeli istniejecie, dlaczego...?
   - Ze wszystkich możliwych zbłąkanych podróżnych przypałętaliście się akurat wy?
   Zapadła chwila ciszy, przepełnionej ledwo wyczuwalnym napięciem.
   Przerwało ją głuche tąpnięcie, gdy jeden z przybyszów zsunął się z konia. Podszedł do Aeda wydłużonym krokiem i chwycił go za ramię, odciągając na stronę.
   - To Myśliwi?
   Aed skinął głową.
   - Spóźniliśmy się... – westchnął siedzący w siodle mag – ten, który oświetlał drogę wyczarowanym przezeń ogniem. – Chociaż stosu nie widzę.
   - Na bogów, wynoście się... – warknął półkrwi elf, przerywając te dywagacje.
   - Hm? – Jego rozmówca nie bardzo rozumiał powagę sytuacji.
   - Wynoście się – powtórzył najemnik. – Zachowują się jak idioci, ale nimi nie są. Jedźcie dalej i ani mi się ważcie zawracać. I zapalcie zwyczajną pochodnię, a nie z ognikiem hasacie pod ich nosem.
   Obejrzał się przez ramię. Ktoś lazł w ich stronę, przedzierając się przez wysoką, suchą trawę i drobne, ledwo odrosłe od ziemi krzewy. Ktoś zaraz minie kępę zarośli, która osłaniała ich przed wzrokiem zakonników. Ktoś zaraz znajdzie się na tyle blisko, że będzie mógł usłyszeć ich rozmowę.
   - Tam, w tamtą stronę – rzekł głośno mieszaniec, wskazując na drogę przecinającą osadę i znikającą za łagodnym wzniesieniem. – Ujedziecie z osiem czy dziesięć stajań i będziecie na miejscu. Dobrej podróży!
   Dłonią, którą teraz pomachał im na pożegnanie, najchętniej pogoniłby ich wierzchowce. Wiedział, że się ich nie pozbył. Że wrócą albo wcale nie oddalą się od wioski.
   A to oznaczało kłopoty.
   - Ci dwaj najchętniej roznieśliby Myśliwych na ostrzach mieczy, zresztą nie bez wzajemności – Aed pospiesznie wyjaśniał magiczce i krasnoludowi stłumionym szeptem, póki byli sami. – Lepiej, by się nie spotkali. Nie kiedy my jesteśmy w pobliżu.
   - Znasz ich. – Było to stwierdzenie, nie pytanie. Elfka odpuściła, napięcie zniknęło. Midar, ze swoją dłonią na trzonku topora, skłonny do bitki, pozostał sam.
   - Znam – odparł bez ogródek. – Myśliwi polują na magów, ci dwaj natomiast starają się obdarzonych mocą chronić. A to oznacza kłopoty. – Mówił coraz ciszej, by nie usłyszał go idący w ich kierunku zakonnik. – Ten mag jest uzdrowicielem – wyjaśnił, chcąc rozwiać obawy magiczki. Więcej nie zdołał im opowiedzieć. Rozmowę przerwało im pojawienie się Myśliwego.
   - Kto to był? – zapytał podejrzliwym tonem zakonnik, którego zatarta w ciemności sylwetka właśnie wyłoniła się zza splątanej gęstwiny gałązek rozrośniętego krzewu.
   - Podróżni – odparł zdawkowo Aed. – Pytali o drogę.
   - Możemy się już stąd zabierać – oświadczył mężczyzna, po czym, nie czekając na odpowiedź, wycofał się i wrócił do swoich. Najwyraźniej nie odpowiadało mu ucinanie sobie pogawędki z trójką obcych podróżników, gdy znajdował się poza polem widzenia swoich towarzyszy.
   I bardzo mądrze.
   - Wracajmy do obozu. Midar, masz pierwszą wartę. Ruszymy o świcie – zarządziła elfka.
   Zakonnicy ruszyli w swoją stronę, oni w swoją. Dwaj wieśniacy wrócili do swoich domostw. Została krowa.
   Krowa pozwoliła trójce podróżnych ujść jedynie parę kroków. Gdy przekonała się już, że nieczułe ludzkie stworzenia mają zamiar ją zostawić, postanowiła wziąć sprawy w swoje raciczki.
   - Muuu.
   Aed udał, że nie słyszy.
   - Muuuuuu!
   - Nie ma mowy! – odkrzyknął.
   Krowa niewiele sobie z tego robiła. Była jednak krową równie upartą, co przebiegłą. Postanowiła poczekać na odpowiedni moment.
   Ów moment nadszedł następnego dnia, a dokładnie w południe.
   Midar miał pierwszą wartę. Krasnolud sprawował ją tak dzielnie, że usnął. Świt wstał, blady i chłodny, lecz nie obudził on krasnoluda. Świt zamienił się w ranek, ranek w późny poranek. W końcu nadeszło południe.
   Mokre południe.
   Mokry, szorstki język przejechał po twarzy mieszańca, przypominając jej właścicielowi, że najwyższy czas sięgnąć po dobrze naostrzony nóż do golenia i zrobić z niego użytek. Aed mruknął coś, wciąż nie do końca rozbudzony. Zmarszczył haczykowaty nos, odwrócił głowę i spał dalej. Ale krowa nie pozwoliła mu delektować się drzemką między przebudzeniem a zerwaniem się z posłania, która zwykle lubiła niepostrzeżenie wydłużać się z pięciu minut do dwóch godzin. Dotyk powtórzył się, przejeżdżając po całej twarzy półelfa, po nim dotknęło go coś miękkiego.
   Duża głowa, czarna głowa z białą plamką pochylała się nad półelfem. Miękkie chrapy przesuwały się po nieogolonym policzku, język wysunął się ponownie, by powitać ulubieńca.
   - Muuu – zaryczała radośnie krowina. Krowie ryczenie. Na dodatek prosto do ucha. I to radosne. Gęsta, krowia ślina, zmieszana z przeżutą na papkę trawą. Smród obornika. Postronek, reszta przeżutego sznurka, dyndał radośnie na krowiej szyi. Teraz obudził się nie tylko mieszaniec, ale i Midar, o Szept już nie wspominając. Donośne powitanie zrobiło swoje – Midar zerwał się, chwycił za topór. Szept wyprostowała się, momentalnie siadając, i zasłoniła oczy, porażona słonecznym światłem.
   - Niech to. Zaspaliśmy.
   W niezręcznej ciszy Midar przełożył toporek z ręki do ręki, usiłując nie patrzeć na nikogo. Szczególnie na utytłanego w krowiej ślinie Aeda.
   - No, tegom… wstawajcie. Już ranek – wydukał. Można przysiąc, że policzki krasnoluda lekko poczerwieniały z zawstydzenia. Topór zaciążył w dłoni wojaka, opadł w dół, ku ziemi. Zażenowanie sprawiło, że przygryzł nieco rudawe wąsy, broda poruszyła się, gdy z ciężkim westchnieniem wciągnął powietrze.
   Aed spojrzał w przysłonięte koronami drzew niebo. Jak nic słońce w zenicie.
   - Chyba południe – burknęła niepocieszona magiczka. – Odłóż topór, nie lubisz wołowiny. A to krowa mleczna, nie mięsna. – Elfka darowała sobie kazanie o nieodpowiedzialności. Krasnolud i tak był zawstydzony, a utraconych godzin im to nie zwróci.
   I tyle w kwestii ruszenia o świcie.
   Krowa stała nad Aedem, wlepiając weń wielkie, wyłupiaste, okolone długimi rzęsami ślepia. Niepokoił ją brak entuzjazmu na jej widok. Tymczasem chuchrak był po prostu przyzwyczajony do innych zwierzaków, mianowicie do kotów. Kotów, które na przemian jadły, spały i gdzieś znikały, a zainteresowanie swojemu dwunożnemu stworzeniu okazywały tylko jeśli były głodne.
   - O co chodzi? Masz tu trawę. Idź skubać trawę.
   Krowa nadal nie ruszała się z miejsca. Machała uszami i majtała ogonem, odganiając się od stada much, które się za nią przywlokło.
   Aed westchnął ciężko. Usiadł na posłaniu ze swojego znoszonego, podróżnego płaszcza, ziewnął rozdzierająco, przetarł załzawione oczy, przeciągnął się, po czym dźwignął się z ziemi. Krowa bacznie go obserwowała. Nie będąc pewnym, co właściwie powinien zrobić, podrapał ją za uchem. Zmrużyła oczy, przez dłuższą chwilę poddając się pieszczotom, po czym machnęła jeszcze ze dwa razy ogonem i podreptała paść się parę metrów dalej, tam, gdzie trawy nie wyjadły konie.
   - W takim razie Dąbki.
   Po kilkunastu minutach ognisko było zasypane, rzeczy spakowane, popręgi siodeł zaciągnięte, a konie napojone. Szept dosiadała Zahira, Aed gniadosza, Midar wdrapywał się na grzbiet swojego kuca, a srokatej jak zwykle przypadło dźwiganie dobytku mieszańca.
   Aed odwrócił się w siodle, choć wiedział, co zobaczy. Krowa dreptała za nimi, ciągnąc po ziemi przegryziony, obśliniony i obtoczony w piachu postronek.
   - Czy to już kradzież, czy jeszcze nieświadome przywłaszczenie sobie cudzego mienia?
   Łaciaty zwierzak nie wydawał się być zainteresowanym kwestiami prawnymi. Dla niego liczyło się towarzystwo, nie jakieś tam kary czy grzywny. Dreptał więc dalej leśną ścieżyną, od czasu do czasu próbując, czy zwieszające się nad drogą gałązki są jadalne.
   - Przecież nigdy nie doczłapiemy się do tej wsi w takim tempie... – jęknął zrozpaczony mieszaniec, który nie widział już innej możliwości niż narzekanie.
   Istotnie, konie szły powolnym stępem. Krowa szła jeszcze wolniej, majestatycznie stawiając kroki. Racice lekko stukały przy każdym kroku, łeb kołysał się na boki, co jakiś czas pochylał się, by skubnąć nieco trawy. Szerokim, szorstkim językiem zagarniała świeże źdźbła, pysk poruszał się, wykonując lekko okrężne ruchy, gdy zęby rozcierały pobrany pokarm, mieszając go ze śliną.
   - Szept, jesteś pewna, że to nie twoje przeszłe wcielenie? Jest tak samo uparta.
   - Phi – prychnęła magiczka.
   - Uparta jak ty – powtórzył rozochocony krasnolud. – Milusia jak ty. Wredna też jak ty. A jak kopać potrafi. Waleczne bydlę. Aed, jak ją nazwiesz?
   - Powinniśmy ją zostawić. Nie powinniśmy jej ciągnąć za sobą – zauważyła magiczka, oglądając się na krowę. Nie z wyrazem zniecierpliwienia, lecz troski. Przeżuwacz powinien najeść się do oporu, położyć w cieniu drzewa, trawić. Odłykać, przeżuwać, ponownie połykać. I tak przez większość dnia.
   Teraz nie było na to czasu. Byli w drodze, nawet jeśli poruszali się powoli.
   - My jej nie ciągniemy. Sama lezie – przypomniał zachwycony Midar. Krasnoludowi nie uśmiechało się trzęsienie na końskim grzbiecie w rytmie dwutaktowego kłusa i szybkiego galopu, z migającą pod nogami ziemią. Wolał leniwe tempo kuca, nawet jeśli zaczynał go boleć zadek i podrażnione siodłem, nienawykłe do jazdy wierzchem, uda.
   Chociaż... krowa i tak ich znajdzie, prędzej czy później, prawda?
   Ścisnęli końskie boki, poczuli zmianę rytmu, gdy wierzchowce zmieniły chód, przyśpieszając. Kopyta zatętniły rytmicznie, Midar zaklął, gdy jego kuc, niepoganiany przez krasnoluda, zagalopował, by znaleźć się wśród swoich, podążając za resztą.
   Krowa zaryczała żałośnie.
   Konie nie zwolniły. Jeźdźcy nie poczekali.
   Łaciata zaryczała raz jeszcze, lecz towarzysze nie zwolnili. Nie poczekali. Krasula przyśpieszyła. Krowie nogi poruszyły się szybciej, stopniowo. Tylne kończyny wierzgnęły ku górze, krowa bryknęła. Łeb podskakiwał rytmicznie, gdy krowa toczyła się za nimi, uparcie zdążając za końmi.

~*~

Wczesnym rankiem, w osadzie nieopodal...

   - Wciąż nie mogę uwierzyć w to, że tak po prostu odjechali.
   Moyrlay przytaknął skinięciem głowy.
   - Mieliśmy szczęście – skonstatował. – Teraz musimy znaleźć chłopaka.
   Meryn wychylił do dna kufel piwa, wyjął z kalety haftowaną chustkę i wytarł nią usta.
   - Szlachcic z dworu wyjedzie, ale dwór ze szlachcica nigdy, co? – zażartował półgłosem elf, wyskrobując z glinianej, koślawej miski resztki gotowanej kapusty z marchewką.
   - Nie powiesz mi, że po tylu dniach zatrzymywania się gdzie popadnie nie podoba Ci się nocleg na ciepłym sienniku, pod puchową kołdrą – odgryzł się szermierz. Owszem, osada była maleńka, ale mogła poszczycić się nowiusieńką, luksusową gospodą, której właściciel żądał odpowiednio wysokich cen za wynajem pokoi. Podróżni byli jego jedyną nadzieją na zarobek oraz wykończenie konkurencyjnej „Nadobnej Dziewki”. Przejezdni musieli trwać w przekonaniu, że wygórowana stawka jest warta nocy spędzonej w suchym, ciepłym łóżku. Samemu, jeśli taka była wola klienta – bez pcheł i wszy.
   O poranku w jadalni nie było wielu gości. Oprócz Meryna i Moyra w przeciwległym kącie siedziała grupka trzech jegomości grających w karty, a także kobieta karmiąca dziecko, skryta przed niechcianymi spojrzeniami za kominkiem. W pomieszczeniu panował chłód, który skłaniał stołujących się tu podróżnych i miejscowych do zamawiania kolejnych porcji grzanych trunków.
   Wysłannicy Zakonu Wśród Wzgórz zostawili na stole brudne talerze i podeszli do szynku, przy którym krzątał się przepasany fartuchem brzuchaty mężczyzna o jasnej, włażącej w oczy czuprynie i skołtunionej brodzie.
   - Szukamy chłopaka. Rude, kręcone włosy, piegi, szczupły, w wieku od piętnastu do siedemnastu lat.
   Karczmarzowi wystarczyło kilka srebrnych monet dorzuconych do zapłaty za posiłek, bo rozwiązał mu się język. Zdradził im konspiracyjnym szeptem, w którym domu mieszka chłopak, kim są jego ojciec i macocha, a także podzielił się z nimi pogłoskami, jakoby dzieciak miał być opętany przez jakie licho albo szalony.
   Zabrali manatki, podziękowali za wszystko i wyszli z karczmy. W pierwszej chwili oślepiło ich wschodzące słońce. Potem z białej plamy zaczęły wyłaniać się sylwetki jakichś ludzi. Ludzi zbitych w ciasną gromadę, odzianych w płytowe zbroje, uzbrojonych w długie miecze i topory o masywnych ostrzach i długich styliskach.
   Myśliwi.
   - Możemy czymś służyć? – zaczął dyplomatycznie Meryn, sięgając po wyuczony, usłużny ton.
   Za swój wyuczony, uczynny ton Meryn otrzymał jedynie nieżyczliwe spojrzenie. Myśliwi, stłoczeni wokół siebie, pokryci pyłem i kurzem drogi. Dopiero wrócili z „Nadobnej Dziewki”, ich konie były wyraźnie zdrożone i spocone. Ten i ów dyskretnie drapał się, wciąż czując ugryzienia towarzyszy zawleczonych z tamtego przybytku – pcheł i wszy.
   Całą drogę przejechali na darmo.
   Mylne informacje skierowały ich w złe miejsce. „Dziewka” stała daleko od wsi, o chłopaku nikt nic tam nie wiedział; zarówno właściciel, jak i najęta do pracy dziewka żyli ostatnimi wydarzeniami – bójką, która rozegrała się w ich przybytku, gdzie za zniszczenia nikt im nie zapłacił.
   Informacji nie zdobyli.
   - Z drogi, szpicouchy. – Rycerz dowódca bezceremonialne odepchnął na bok elfa, wchodząc do gospody. Nalaną twarz miał czerwoną, długie wąsy niemal przysłaniały usta, a oczka, małe, świńskie, łypały złośliwie. Sapał przy każdym kroku, ciężka zbroja dawała się we znaki jego tuszy.
   Długie, powłóczyste szaty Moyrlaya wziął za elfią modłę łażenia w sukienkach. Rzec można, szpiczaste uszy uratowały uzdrowiciela przed koniecznością wyjaśnień i kłopotliwymi pytaniami.
   - Myśmy się spotkali. – Jego podkomendny, rycerz zakonny, okazał więcej podejrzliwości i mniej pośpiechu. – Kto wy?
   Nikt nie dawał Myśliwym praw do takowych pytań. Nie byli służbą porządkową, nie sprawowali w Keronii realnej władzy. Byli jedynie zakonem rycerskim mającym ciche poparcie gubernatora, panoszyli się zaś tak, jakby ten kraj należał już do nich, pełni dumy i pychy.
   Część zakonników minęła ich bez słowa. Kilku przystanęło, przysłuchując się wymianie zdań. Jeden, blondwłosy rycerz, jął rozpytywać jak oni wcześniej, szukając rudowłosego chłopaka. Powagi dodawał mu noszony przy boku miecz, głos miał mocny, odrobinę surowy.
   Szermierz i uzdrowiciel musieli się spieszyć, jeśli chcieli odnaleźć dzieciaka przed Myśliwymi.
   Meryn nie przerywał swojej gry. Zadanie, które musiał teraz wykonać, było proste. Wystarczyło zełgać. Wiarygodnie, swobodnie, słowem: jak zawsze.
   - To jest Kerivan, wysłannik z Ataxiar – objaśnił. – Ochraniam go, param się najemnictwem. Spieszno nam do dalszej drogi – uciął tę czarującą konwersację, zbywając wścibskich Myśliwych, panoszących się jak na swoim. Parszywe pasożyty. Niczym wszy, które mnożą się nie wiadomo kiedy i które ciężko wytępić. – Bywajcie.
   Dosiedli wierzchowców, po czym oddalili się niespiesznym kłusem. Jednak gdy tylko upewnili się, że zakonnicy zniknęli w drzwiach gospody, spięli konie, by te przeszły w galop. Nie było czasu na maskaradę. Los ich wyprawy wisiał na włosku. Liczyły się sekundy. Liczyło się każde ziarenko piasku, przesypujące się w klepsydrze stojącej na kontuarze w gospodzie, którą goście z nudów często obracali podczas oczekiwania na posiłek.
   Meryn rozpaczliwie popędzał klaczkę, zmuszając ją, by biegła jeszcze szybciej.
   - Moyr... dasz im radę? – zapytał, oglądając się przez ramię i przekrzykując wiatr.
   Elf w lekceważącym geście wzruszył ramionami.
   - Nie ma z nimi maga, nie mam czego się obawiać. Poza tym potrafisz położyć tych spaślaków po trzecim skrzyżowaniu ostrzy. Widziałeś tego z czerwoną gębą? – zapytał kpiąco. – Dziś rano jak nic ledwie dopiął paski od zbroi. I pewnie nie zakładał blachy sam.
   Meryn bez słowa wskazał na domostwo, stojące na obrzeżach wioski. Moyr skinął głową. Minęli studnię i zgromadzone wokół niej kobiety, zwolnili nieco, by przepuścić toczący się uliczką wóz i pomknęli dalej. Byli blisko celu.
   - Nieważne, ilu ich jest – podjął długouchy. – Ich konie nie dadzą rady nas doścignąć, póki są przemęczone i wiozą to zakute w blachę tałatajstwo na grzbietach. A nawet jeśli, to zgubimy ich na bagnach.
   - Jakich bagnach?
   - Koło Dąbków.

_________________________________
Dla tych aktywnych. 
I dla tych, którzy mają swoje święto. 

Brak komentarzy:

Prawa autorskie

© Zastrzegamy sobie prawa autorskie do umieszczanych na blogu tekstów, wymyślonego na jego potrzeby świata oraz postaci.
Nie rościmy sobie natomiast praw autorskich do tych artów, które nie są naszego autorstwa.

Szukaj




˅ ^
+ postacie
Rinne Lasair