Przewodnik

Linki-obrazki

Misje
I. Więzi przyjaźni
Spotykasz po latach kogoś, kto dawniej był ci bliski. Wplątuje cię on w jakąś historię, która nie dość, że z czasem się komplikuje, to w dodatku budzi w tobie wątpliwości co do intencji przyjaciela.

II. Linia frontu
Kerończy natarli na Prowincję Demarską. Oblegany jest sam Demar. Jedni ludzie stają do walki, inni uciekają ze spalonej ziemi. Napastnicy, obrońcy i cywile. Po której stronie staniesz?

Opcjonalnie: Udział w buncie niewolników w Wirginii bądź inne miejsca walk.

III. Rekonwalescencja
W nie najlepszej kondycji trafiasz do wioski lub klasztoru. Wydaje ci się, że trafiłeś w dobre ręce i że wkrótce będziesz mógł opuścić to miejsce. Okazuje się jednak, że z pozoru życzliwi i uprzejmi ludzie skrywają przed tobą jakąś tajemnicę.

IV. Zabij bestię
Coś napada, nęka mieszkańców. Zawierasz umowę z wójtem - dostarczysz głowę bestii za określoną cenę. Okazuje się jednak, że stworzenie nie działa bez powodu - jest w jakiś sposób prowokowane przez mieszkańców.

Opcjonalnie: Bestia jest wrażliwa na hałas z karczmy albo ludzie naruszyli w jakiś sposób jej rewir (weszli na jej teren, zajęli leże ze względu na drogie surowce itp.)

V. Nielegalne walki
Dochodzą cię słuchy o nielegalnych walkach prowadzonych w okolicy. Położysz im kres czy może postanowisz wziąć w nich udział dla własnego zysku? Pieniądze nie leżą na ulicy.

VI. Zlecone zabójstwo
Dochodzi do zamachu, w wyniku którego ginie ktoś ważny. Podejmujesz się odnalezienia zabójcy – albo jego zleceniodawcy. Od ciebie zależy, czy dojdzie do aresztowania winnych, czy pomożesz im uniknąć kary.

VII. Egzekucja
W mieście lub wiosce szykuje się egzekucja. Znasz sprawcę albo sam doprowadziłeś do jego schwytania. Realizacja wyroku coraz bliżej.

Opcjonalnie: Z czasem nabierasz wątpliwości, czy skazaniec faktycznie jest winny i chcesz go uwolnić lub dochodzą cię pogłoski, że ktoś może chcieć uwolnić kryminalistę.

zamknij
Spis kodów
Spis opowiadań
Baśń o wolności: Preludium (autor: Nefryt) Gdy demon odzyskuje człowieczeństwo, przypomina sobie jak być człowiekiem.(autor: Zombbiszon) Nikt nie zna prawdziwego bólu do czasu aż nie straci kogoś bliskiego sercu. (autor: Zombbiszon) Wendigo i Driada (autor: Zombbiszon) Domek, zupa, sukkub i historia (autor: Zombbiszon) Sen i niespodzianki (autor: Zombbiszon) Boląca strata i niepokojący gość! (autor: Zombbiszon) Cienie i nowy przyjaciel (autor: Zombbiszon) Kruki (autor: Zombbiszon) Cienie i Starsze Dusze (autor: Zombbiszon) Zło Kor'hu Dull (autor: Zombbiszon) Złodziej Twarzy i Koszmar (autor: Zombbiszon) Królewiec (autor: Zombbiszon) Przed świtem (autor: Nefryt) Król Żebraków i nowe drzwi (autor: Zombbiszon) Akceptacja (autor: Zombbiszon) Nostalgia (autor: Nefryt) Nowa droga i niespodziewane wyznanie? (autor: Zombbiszon) Biały i zielony daje czerwony! (autor: Zombbiszon) Nowe wyzwania w nowym życiu (autor: Zombbiszon) Krąg tajemnic (autor: Zombbiszon) Jack (autor: Zombbiszon) Czasami to mrok daje najwięcej światła (autor: Zombbiszon) Trzy sceny o szpiegowaniu (autor: Nefryt) Morze bólu. Promyk nadziei ... (autor: Zombbiszon) Sól (autor: Olżunia) Dyjanna Muirne: Miecz może być dowodem wszystkiego (autor: Zorana) Uszatek i Kwiatek na tropie przygody: Przypadłość parszywej gospody (autor: Paeonia i Szept) Gdy gasną świece (autor: Zombbiszon) ... Najjaśniej płoną gwiazdy nadziei. (autor: Zombbiszon) Elias cz. 1 (autor: Zombbiszon) Elias cz. 2 (autor: Zombbiszon) Historia (autor: Zombbiszon)
zamknij

Chat


gdzieś w Keronii
   To spotkanie można by nazwać popołudniową herbatką dwojga przyjaciół, gdyby nie fakt, że południe już dawno minęło, na stole zaś, miast gorącej, parującej cieszy, stało czerwone wino, którego barwa, intensywna, przypominała krew. Poza tym, tych dwoje można było nazwać różnymi mianami, ale na pewno nie przyjaciółmi. Między nimi panował tymczasowy rozejm, przynajmniej do czasu, aż jeden z nich nie zniszczy drugiego, co miało nastąpić nieprędko, bo żaden z nich nie miał przewagi. Za obojgiem stała potęga magii. Za jednym stała potężna organizacja. Drugi działał samotnie, a mimo to…
   - Na Kresach panuje całkiem nietypowy ruch jak na tamtejszą aurę – mimochodem zauważył pierwszy z magów, odziany w czerwone szaty. Nikt, nawet jego podwładni, nie widzieli jego prawdziwej twarzy. Nawet tutaj, w wieży, otaczała go iluzja, przyćmiewająca fałszywym obrazem prawdziwe oblicze.
   - Dopiero zapanuje – jasna dłoń o cienkich palcach objęła nóżkę kieliszka, jakby od niechcenia.
   - Wirgińczycy. Ich magowie. Nekromanci, jeśli się nie mylę. Zdaje się, że zmierza tam też twoja przyjaciółka. Uczennica – czerwony uważnie spoglądał w twarz drugiego maga, doszukując się śladu emocji, który by go zdradził. – Nie wydajesz się zaskoczony. A jeśli powiem, że w Sevilli widziano Ziraka?
   Doczekał się reakcji. Ciemne oczy maga zamigotały, zdradzając ślad uczucia. Nienawiść. Zirak i Darmar zawsze mieli na pieńku, odkąd ten drugi pokonał pierwszego. Ale emocje szybko zniknęły z twarzy elfa, ukryte pod maską ironii i pogardy.
   - Zapewne wysłałeś tam i swoje Cienie.
   - Chyba nie oczekujesz, że zdradzę ci tajemnice Bractwa – zaśmiał się. Sztucznie, bo oczy, zasnute iluzją, pozostały zimne.
   Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, po czym czarny mag wzruszył szczupłymi ramionami i upił łyk wina.
   - Elfie? – upewnił się Nieuchwytny nim skosztował. Krasnoludy mogły słynąć z piw, ale najlepsze wina pochodziły z elfich piwniczek. Najlepsze i najdroższe. A Nieuchwytny uwielbiał obie te rzeczy.
   - Prosto z Ataxiar – padła niedbała odpowiedź.
   - A więc to prawda. Przyjęli cię z powrotem… - Nieuchwytny, nie po raz pierwszy, miał trudności z rozszyfrowaniem tego przeciwnika. Jego samego było łatwo rozszyfrować. Pragnął bogactwa, władzy i sławy. To wszystko zapewniało mu stanowisko przywódcy Bractwa Nocy. Cienie pięły się w górę, piął się i on. Decyzje, jakie podejmował, nie były już tak oczywiste do przewidzenia, ale zawsze miały na celu jedno. Dobro Bractwa Nocy. Jego samego. Darmar z pozoru nie dbał o nic i o nikogo. A jednak pomógł elfom, gdy trzeba było chronić Wież, chociaż Nieuchwytny podejrzewał, że czynił to nie dla elfów, a dla siebie samego. Wciąż nie miał pojęcia, czemu. Wciąż nie miał pojęcia, do czego zmierza przeciwnik. W wojnie domowej nie brał udziału. Nie mieszał się w starcia kerońsko-wirgińskie, nie szukał sojuszników. Oni szukali jego, on ich nie. Jak wysoko mierzył? Bo że miał ogromne ambicje, tego Nieuchwytny był pewien. Elfi magowie omijali go szerokim łukiem, niby jakąś zarazę, nie było bowiem niczego, czego nie poświęciłby dla magii.
   - Raczej zgodziłem się wrócić. Chwilowo. Raa’sheal myśli, że wyświadczył mi łaskę. Głupiec – słowa wypowiedziane tym samym, nieco zjadliwym tonem.
   - Zamierzasz coś zrobić w sprawie Kresów? – Głowa Bractwa wróciła do interesującej go kwestii. Oczy, teraz w barwie zieleni, wbiły się w elfa, o którym mówiono, że skrycie oddaje cześć boginiom mroku. Nieuchwytny badał grunt.
   - Teraz… teraz, mój przyjacielu, pytasz o moje plany.
   Rozmowa, jak zawsze, nic nie wyjaśniła.
   Kiedyś dojdzie między nimi do starcia. W Keronii nie było miejsca dla nich dwóch. Lecz póki co wciąż trwało zawieszenie broni.

~*~
Kresy Północne, osada klanu Ryby
   - Gorma! - Sinodzioby postukując kościanym kosturem, wszedł do głównego pomieszczenia długiego domu. Skóry zwierząt okrywające jego chude ciało przyprószone miał śniegiem, a przez kilka kolejnych kroków wciąż jego buty skrzypiały od mrozu. Pogoda na Kresach była śnieżna i należało się z tym pogodzić.
   Wyrodna córa siedziała rozłożona na drewnianym, tronowym krześle zdobionym motywami ryby; zwierzęce skóry ułożone były na siedzisku, aby choć trochę zniwelować uczucie chłodu. Z tłu, na drążku wisiała chorągiew; zieleń połączona z błękitem, z haftowanym przedstawieniem dwóch splecionych ze sobą ryb. Barwy klanu Ryby i symbol jarla Sigurna Kaleki.
   W długim domu nie było okien. Drewniana konstrukcja jak najlepiej miała chronić przed śniegiem, mrozem i chłodem, dlatego tylko niewielkie otwory w dachu pozwalały na ujście dymu z paleniska. Mimo płonącego ognia, w pomieszczeniu wciąż panował lekki ziąb.
 - Czego się drzesz, staruchu? Mrówki wlazły ci w buty? - Lalkarka poruszała prawą dłonią, jej kostur stał oparty o tron, a z czubków palców przy dokładniejszym przyjrzeniu się, w świetle płonącego ognia pośrodku długiego domu, dostrzec można było cieniutkie, srebrzyste nitki many. Mieniły się niczym kropla rosy w słońcu. - Daj się nacieszyć. Ten dziad wciąż walczy.
   Nitki biegły od palców lalkarki do skulonego na kamiennej posadzce mężczyzny; miał nie więcej niż sto lat, co u ludzi północy było kwiatem wieku, włosy ciemne, splecione w warkocz. Część twarzy miał usianą bliznami i wygojoną, poparzoną skórą. Nad prawym okiem widniał czarny tatuaż przedstawiający ryby. Jarl Sigurn Kaleka. Bohater osady, ten, który ocalił wioskę od ognia, samemu w nim płonąc.
 Ryld miał w sobie wiele cierpliwości. Pozwolił córce spleść dusze trzydziestu mieszkańców osady swoją magią, pozwolił pochwycić je łańcuchami. Pozwolił uczynić tę trzydziestkę jej marionetkami. Nie miał jednak czasu na zabawę z jarlem, ale Gorma nigdy nie potrafiła zrozumieć. - Przestań się bawić. Stłamś go i skończ to wreszcie.
 - Staruchu, daj się pobawić - Sigurn jęknął; widać było, że zmaga się z magią lalkarki. Nigdy nie miał zdolności do manipulowania maną, ale potrafił się jej przeciwstawić w minimalnym stopniu. Szkoda tylko, że ogień nadszarpnął nie tylko jego ciało, ale i ducha. - Nie bądź sztywny, jak te twoje szkielety.
 - Gorma, złam go. I nakaż mu ściągnąć zaklęcia z komnaty - nekromanta skierował się ku podziemnemu pomieszczeniu, którego drzwi wciąż były zamknięte. Skarb domu Ryby, którego tak pożądał, był na wyciągnięcie ręki, jednak wciąż za zaryglowanymi drzwiami. - Potem zajmij się wioską.
 - Mogę zrobić to po swojemu?
 - Tak, tak, tak - nekromanta niecierpliwie machnął ręką - Byle szybko.
 Jarl krzyknął. Został złamany, a jego duszę zakuto w kajdany. Gorma chciała pobawić się teraz wioską.
 Osada klanu Ryby ucichła. Położona pomiędzy zboczami lodowych gór, a morzem zazwyczaj tętniła życiem od wczesnego świtu do późnej nocy; ukierunkowana głównie na rybołówstwo, nigdy nie spała snem mocnym i spokojnym. A to szkutnicy krzątali się przy łodziach i statkach o niewielkim zanurzeniu, łatając dziury, naprawiając maszty i budując od postaw; a to rybacy oczyszczali sieci, szykując się na wypłynięcie w zimne ramiona mroźnego morza, a to jakaś łódź właśnie wróciła i krzyczący rybacy zmagali się ze skrzyniami pełnymi ryb i owoców morza; a to na wioskowym targu przekrzykiwały się przekupki, zachwalając swoje towary i zapewniając, że ryby mają świeższe niż na stoisku obok; a to dzieci biegające pomiędzy długimi domami, rozrzucające śnieg krzykiem i śmiechem zaznaczały swą obecność. Wioska, jak każda osada na północy, wrzała.
 Teraz ci wszyscy ludzie, trzydziestu dwóch mieszkańców, w tym dzieci, kobiety, mężczyźni i starcy, byli zgubieni. Osada pogrążyła się w ciszy. Umilkły odgłosy młotów i pił, zniknęły krzyki ludzi, śmiech najmłodszych zamarł. Kobietom nakazano udać się w las otaczający wioskę, wspiąć się na drzewa i tam pozostać; miały wypatrywać nadchodzącego zagrożenia, w razie konieczności zabijać. Zniedołężniałych starców zamknięto, nie widząc w nich nic pożytecznego. Dzieci trzymano zebrane w długim domu jarla, pod kluczem; gdy nadejdzie pora staną się częścią wielkiej hekatomby. Mężczyzn odesłano na drewniany mur z przykazem, by nikogo nie wpuszczali, w razie potrzeby zabijali lub informowali wszystkich, że wioskę dopadła zaraza.
   Gdyby się lepiej przyjrzeć, dałoby się dostrzec cienkie nitki many oplatające głowy każdego z trzydziestu dwóch mieszkańców osady.

~*~
Sevilla
   Gospoda Czara prowadzona była przez Tatuśka, którego za plecami nazywano Grubaskiem. Kiedy mieszkańcy Sevilli wspominali o właścicielu przybytku, nigdy nie mówili o Tomie Batwordzie, czy Tatuśku, zawsze z uśmiechem określając go mianem Grubaska. Nigdy jednak nie nazywali go tak, patrząc mu w oczy. Podróżnik i wędrowiec potrzebował noclegu? Niech szuka u Grubaska! Tak, tak w karczmie Tatuśka – każdy miejscowy powie, że to to samo miejsce. Ten budyneczek, który przycupnął przy głównej bramie miasta, tuż obok brukowanego gościńca, z szyldem przedstawiającym glinianą czarkę do picia postawioną na leżance.
   Czara była pełna. W mieście szykowano się do Jasności, święta obchodzonego przez religię Światła Ukoronowanego. Obchody trwać będą przez trzy dni, od świtu do zmierzchu, a do Sevilli przybyło wielu wiernych. Znalazł się jednak jeden pokoik, ciasny, mały, tuż obok kuchni, na zapleczu. Tani także dlatego, że miał tylko dwie leżanki. Nie było w nim za to robactwa, a to już przeważyło inne niewygody. Poza tym nie należało wybrzydzać, kiedy nie miało się innego noclegu; lepsze to niż stodoła z sianem, czy sen pod gwiazdami.
   Tylko Dar pomarudził, pogrymasił, że tu ciasno, że chciał miękkiego spanka. Cóż. Jedną leżankę dostała Szept. Z szamanką nie było problemu. Zanim weszli do miasta, Silva szepnęła Niraneth, że zostanie za murami. Nie dlatego, że ludzkich skupisk nie lubiła, głównie przez to, że czuła niepokój odnośnie tego, co ukryte w cieniu, co podąża za nimi od jakiegoś czasu. Chciała to sprawdzić. Chciała się upewnić, czy nie była to matrona. Inaczej nie przespałaby spokojnie nocy.
   Byli więc we trójkę w jednym pokoju. Małym pokoju. Wredna magiczka miała własne łóżko. Drugie zagarnął sobie Emis, który wykiwał najemnika, który z kolei został z dupą na podłodze. Rozważał wciśnięcie się do Szept, ale nie miał siły po całym dniu w siodle na kłótnie z idealnym panem przybocznym. Pewnie tylko dlatego zabrał mu koc, złożył w kostkę, wcisnął pod głowę i poszedł spać bez słowa.
   Jutro odnajdą goblina, którego imię było tak trudne, że znowu zostało zapomniane. Zapłacą mu, i pewnie będą musieli uważać na tego przekupnego, fałszywego przemytnika, który sprzeda ich za jedną monetę więcej, niż dostał. Jeżeli był ktoś, kto chciał przeszkodzić w tej szalonej podróży na północ, będzie próbował przeciągnąć goblina na swoją stronę złotem i kosztownościami. Jego łódź stanie się najbardziej niepewnym miejscem w wyprawie.
   Emis czuł się fatalnie. Trzeba było nie jeść ludzkiego posiłku, uświadomił sobie czując, jak żołądek zwija mu się w supeł. Tak, jedzenie musiało być nieświeże. Ludzie nic nie umieją zrobić tak, jak należy. Zwrócił już cały posiłek, ale ból brzucha wciąż nie ustępował. Co z niego za obrońca królowej, jeśli każdy ruch zdaje się za dużym wysiłkiem? Przegrać na miecze, łuki to rozumiał. Pokonany przez dolegliwości żołądkowe? To był wstyd, hańba, niegodne przybocznego. Dobrze, że mieszaniec nie widział go w takim stanie, zbyt zajęty moszczeniem się na twardej podłodze, a później żłopaniem tego świństwa gdzieś na dole. Od razu widać rozcieńczoną krew. Na co to wszystko? Dla jakiegoś Iudzkiego karła, złodzieja o lepkich rękach? Zdradzieckie nasienie. I gdyby Emis zastanowił się chociaż chwilę, zdziwiłaby go tak silna nienawiść, jaką odczuwał, a jaka nie była dla niego charakterystyczną. Był dumny, był wyniosły, ale nienawiść to było za dużo… Niestety, nie pomyślał, zbyt zajęty wyklinaniem ludzkiego nasienia i przekręcaniem się z boku na bok, nim w końcu zasnął na dobre. Sen pochwycił go w swoje objęcia.

~*~
   Długi korytarz ciągnął się w nieskończoność. Wykute w lodzie ściany, gładkie i równe, odbijały cień poruszającej się sylwetki jak lustra, a skrzypiący, ściśnięty mrozem śnieg zdradzał jej kroki. Migotliwe światło pochodni ledwie rozświetlało dalszą drogę. Im dalej, tym korytarz stawał się ciemniejszy, jakby mrok wyciągał w jej stronę swe dłonie. A mimo to szła dalej, trwożnie oglądając się za siebie w obawie pościgu. Musiał być za nią. Przyśpieszyła jeszcze kroku, przechodząc w bieg. Śnieg ją zdradzał, rysując ślady stóp na drodze. Nawet ślepiec by znalazł jej trop. Strach dodawał sił, jeżył włosy na głowie.
   Była sama. Zdana na siebie. Pochodnia zgasła, nie wiadomo skąd i dlaczego, pogrążając ją w jeszcze większym mroku. Nie odważyła się użyć magii, nie mogła. Biegła dalej, coraz szybciej, a mrok wypełzł jej na spotkanie, otaczając niby pająk schwytaną w pajęczynę muchę.
Biegła dalej, póki nie potknęła się, padając twarzą w śnieg.
   Był bliżej. Coraz bliżej.
   Znajdę cię.
   Poderwała się, pędząc dalej. Kolejny zakręt, kolejna ściana lodu. Aż do końca. Tam, gdzie wąską komnatę rozświetlał blask kryształu. Nikły, blady, malutki. Tak mały, a tak pożądany przez wszystkich. To on wołał, to on wzywał. Z siłą, której nie można było się oprzeć. Postąpiła kilka kroków do przodu, najpierw niepewnie, potem coraz szybciej. Wyciągnięta dłoń zamknęła się na gładkiej, zimnej powierzchni.
   W ciemności, tuż obok, rozbłysły czerwone ślepia. W tej samej chwili trzymającą kryształ rękę przeszyło zimno, rozchodzące się na całe ciało. Krzyczała, gdy jej ciało zamieniało się w lodową statuetkę. Krzyczała, gdy zimno docierało do serca, a kryształ pochłaniał siły magiczne i duszę. Krzyczała, a gdzieś obok wtórował jej śmiech.
   Obudziła się z uczuciem zimna, jakby naprawdę jej ciało, na tę krótką chwilę zamieniło się w lód. Przykryta kocami, drżała z zimna, chociaż w pokoju panował lekki zaduch, a w kominku wesoło trzaskał ogień. Na sąsiednim łóżku twardo spał Emis, Darrusa nigdzie nie widziała. Wyciągnęła dłoń, zaciskając ją na stojącej obok, opartej o łóżko lasce maga. Znajoma powierzchnia nieco ją uspokoiła. To był tylko sen. Nic więcej. To, że właśnie udawali się do krainy lodu i śniegu nie miało znaczenia. Koszmar. Ona by nie uciekała na ślepo. Ona by walczyła.
   Ale i tak nie próbowała więcej zasnąć. Było jej gorąco, a niepokój nie dawał zmrużyć oka. Do tego wydawało się, że wyczuła drgnięcie magicznej mocy. Mocy, której aurę znała. Gdyby magia miała zapach, poczułaby korzenną woń wymieszaną z ziołami, lekką, niemal niewychwytywaną nutą rozkładu. Złudzenie?
   Przetarła oczy. Niewiele pomogło, umysł i tak był zamroczony. Wrażenie magii pozostało, acz jej aura jakby się rozmyła, nierozpoznawalna dla niej. Nie uczono jej lekceważyć swoich instynktów, spojrzała na Emisa. Biedak leżał zwinięty, w kąciku warg miał ślad śliny. Słyszała, jak wcześniej wiercił się na łóżku, nie mogąc sobie znaleźć miejsca. Dla niego także ta noc nie była najlepsza.
   Szept postanowiła go nie budzić.
   Zsunęła nogi na podłogę. Ogień w kominku przygasł i w pokoju panował lekki chłód. Stopy, wygrzane pod kołdrą odczuły to szczególnie mocno. Ramiona, niczym nieokryte, błyskawicznie pokryły się gęsią skórką. Najemnika nie było, przynajmniej nie potknęła się o niego, gdy szła dorzucić kilka szczap do kominka. Dwóch facetów, a ona i tak musi wszystko robić sama!
   Drewienko wylądowało w kominku. Całe szczęście, był jeszcze żar, inaczej musiałaby rozpalać od nowa. A tak wystarczyło kilka razy podmuchać. Przydałoby się jeszcze dorzucić kilka cieńszych patyczków, ale tych oczywiście nie było pod ręką. I dziwić się, że wolała nocować w lesie niż w szemranej gospodzie ludzkich miast.
   Pozostawiając w spokoju kominek, podeszła do okna, zerkając na śpiące miasto. Opustoszałe ulice. Nawet żebraków i złodziei mróz zagnał w jakieś dziury, w których mogliby przeczekać noc, nie marznąć. Jakiś zataczający się pijak wyleciał przez drzwi karczmy, odesłany przez życzliwych współbiesiadników do domu.
   Dotąd niewidoczna dla patrzącej z góry elfki postać przeszła nieśpiesznie przez ulicę. Nie widziała jej dobrze, nawet nie zwróciła zbytniej uwagi. Pewnie kolejny z gości w karczmie, który nagle przypomniał sobie o konieczności powrotu do domu… albo przepił, przegrał już wszystko, co miał w kieszeni. Bo na pewno nie przejadł. Jeśli uraczono go tym samym, co ich na kolację.
Naraz postać na dole zatrzymała się, zerknęła w górę. Dokładnie w to okno, w którym stała elfia magiczka. Nie wiedząc w sumie dlaczego, cofnęła się pośpiesznie w głąb pokoju. Serce biło jej nieco przyśpieszonym rytmem, wszystko w niej zdawało się krzyczeć jedno, jedyne słowo.
   Niebezpieczeństwo.
   Ignorując przeczucie, pochyliła się w stronę okna, zerkając ostrożnie.
   Ulica była pusta.

~*~
gdzieś na wybrzeżu
 Szamanka w ciele wilka gnała przed siebie, w noc i ciemność, pod gwiazdami, sadząc susy nad rozpadlinami i zarośniętymi rowami przy opuszczonych nieużytkach. Cały czas naprzód, równym tempem oddalając się od niknącej w tle Sevilli, jej świateł, zgiełku i hałasu. W uszach szumiał jej wiatr. Im dalej była od miasta, tym silniejsza ogarniała ją niepewność. Teraz sama nie wiedziała czy cień, który wyczuła miał w sobie złe zamiary. Był tam, przed nią, czając się w mroku, mając w sobie coś dziwnego, coś zarazem znajomego jak i obcego. Ukrywało się przed jej trzecim okiem, przed duchami; a może była to wina sejnann - czasu stagnacji, kiedy każdy szaman nie tylko miał obowiązek, ale musiał odnaleźć źródło, napić się z misy dusz, aby zregenerować swe moce, zaczerpnąć ze świata duchów, odnawiając łączące go z nim więzy. Szamani nie lubili o tym wspominać, był to bowiem czas ich słabości, chwila gdy pozostawali otwarci na świat, zagrożeni i bezbronni.
 Silva była człowiekiem i chociaż jej duch potrafił opuścić ciało, chociaż potrafiła odmienić swoją postać i przybrać formę wilka, była tylko człowiekiem. Na próżno szukać u niej zwierzęcych instynktów, zwinności, sprytu; była jedynie ludzką istotą w nie swoim ciele. Gdyby była wilkiem, nie dałaby się podejść. Przez ludzkie ograniczenia, z winy sejnann znalazła się w niebezpieczeństwie.
 Tylko krzyk lisiego ducha opiekuna uratował jej gardło przed rozerwaniem. Pazury minęły skórę o cal. Gdyby nie unik rozharatałyby ją z łatwością.
 Masywny, czarny wilk, znacznie większy niż osobniki z tych ziem, szczerząc kły szykował się do kolejnego skoku. Stara wygojona blizna przecinała mu lewe oko - od pazurów. Miał naderwane ucho - od ugryzienia. Łysy placek na łapie - od poparzenia. W ciemnych ślepiach zwierzęcy instynkt mieszał się z szałem.
 Wisielec.
 Szamanka ponad wielkim łbem spojrzała w nocne niebo.
 Pełnia wciąż trwała. Jednak księżyca zaczynało ubywać.
 Ostrzegawcze warknięcie przerwało ciszę. Wystarczył moment, aby wilkołak skoczył i…
Świsnęła dębowa laska, uderzając wilka łeb.
 Drav zaskowyczał, bardziej ze zdziwienia niż z odczuwalnego bólu i przysiadł na tylnych łapach potrząsając łbem. Po chwili nie był już zwierzęciem.
 - Pchły doprawdy musiały ci wygryźć mózg.
 - Silva?
 - Przyłożyć jeszcze raz, byś się upewnił? - szamańska laska drgnęła w jej dłoni.
 - Co ty tu robisz? Nabiłaś mi guza…
 - Szukałam matrony, ale znalazłam durnego wilkołaka. Wszystko popsułeś.
 - Pachniałaś jak obiad. Nie jadłem od tygodnia.
 - Zapchlony i ślepy. Zbyt wiele samic obwąchałeś, że ci na węch poszło?
 - Byłem głodny!
 - Durny wilkołak. Ojciec miał rację mówiąc, żeście zwierzęta i nasza pomoc poszła na marne. Wstawaj.
 - Ale Silva…
 - Wstawaj mówię.
 - Kiedy to wcale nie tak.
 - Jeśli chcesz coś zjeść, rusz ten zapchlony tyłek i chodź.
 - Aha… Serio? Nie uderzyłaś się w głowę?
    Ale szamanka już mu nie odpowiedziała.

~*~
   Brzeszczot z kolei, z początku nie mógł zasnąć, a kiedy mu się to udało, sen miał niespokojny; obracał się z boku na bok, mamrotał coś pod nosem, a gdy wreszcie ułożył się spokojnie, przespał jedynie kilka godzin. Obudził się po północy. Słyszał ludzi w głównej sali, służki krzątające się po kuchni, Tatuśka opowiadającego kolejne historie i uśmierzającego podniesione głosy. Grubasek dbał o spokój swoich gości na tyle, na ile mógł.
   Wygramoliwszy się po cichu z pokoiku, zahaczywszy po drodze o wychodek, najemnik usadowił się przy szynkwasie, w kącie, daleko od stolików i gadającego gospodarza. Tatusiek miał jednak czujne oko, które w momencie wypatrzyło siedzącego o suchym pysku mężczyznę. Nie zdołał jednak otworzyć swej gadatliwej mordki.
   - Piwo - karczmarz już odchodził - I posiłek.
   Dar rozejrzał się po pomieszczeniu. Lubił wiedzieć, kogo ma obok siebie.
   Gospoda była wpół pusta. Kilkoro niemogących zmrużyć oka podróżnych, jakiś kupiec pochłaniający spóźnioną kolację, ze ściekającym po brodzie tłuszczem, grupa najemników, już nieco podchmielonych, z których dwójka właśnie siłowała się na ręce. Czerwone od wysiłku i piwa twarze, nabrzmiałe żyły, jakby wygrana była kwestią życia i śmierci. Uciszani co jakiś czas przez Grubaska pozostali robili zakłady i krzykami zachęcali towarzyszy. Jedna z dziewek zbierała puste kufle, strzygąc przy okazji oczyma na co przystojniejszego gościa. Albo bogatszego. Typowy obraz gospody. Brakowało tylko śpiewów i gry barda, ale jak się rzekło, Grubasek dbał o spokój śpiących i wypoczywających wciąż gości.
   - Pańskie piwo. I posiłek – druga z dziewek postawiła przed Darem kufel z piwem i parującą miskę czegoś, co można było wziąć za gulasz. Do tego zbyt grubo ukrojona kromka chleba, ale przynajmniej bez dodatków w postaci pleśni. Słowem, zjadliwe i ciepłe, nawet jeśli można było się zastanawiać, czy mięso z gulaszu nie pochodzi z nadmiernej ilości błąkających się po porcie bezpańskich psów. Czasem lepiej nie wiedzieć, co się je.
   Dziewka nie czekała, aż gość zdecyduje, czy ma ochotę jeść. Oddaliła się, kołysząc biodrami, bo i inni goście czekali na obsłużenie, a otyły kupiec domagał się dokładki. On najwidoczniej nie zastanawiał się nad pochodzeniem posiłku.
   W tej właśnie chwili ktoś chwycił za rękę najemnika. Obcy pojawił się znikąd, bo gdy Dar rozglądał się wcześniej, nie było nigdzie tej postaci. A trudno byłoby ją pominąć. Ubrana na czarno, z rękawami obszytymi srebrną nicią. Nawet teraz, w pomieszczeniu, miała na głowie kaptur. Pachniało od niej ziołami, niemal tak, jak od Heiany, ale w przeciwieństwie do uzdrowicielki, od nowo przybyłego było czuć nikłą woń rozkładu. Przy pasku obcy miał rozliczne, wypchane sakwy, w których Odrin z chęcią, z ciekawości, zanurzyłby łapki, gdyby był tu z nimi, a nie leżał przykuty do łóżka. Obcy nie wyglądał jak włóczęga. Czarne szaty, choć zakurzone, zdawały się miękkie i aksamitne, jakby nawykł do wygody.
   Szelest. Brzeszczot go usłyszał. Jakby ktoś rwał materiał. Nie kichał od magii, która musiała być tak subtelna, że aż niewyczuwalna, ale usłyszał rozdarcie w materii świata, kiedy ten, którego jeszcze przed chwilą tu nie było, pojawił się znikąd. Inni go nie usłyszeli, i nawet jeśli byli zdziwieniu nagłym nowym gościem, nie dali po sobie tego poznać; wrócili do swoich spraw, jakby nic się nie stało, jakby coś takiego widzieli już setki razy. Bali się. Brzeszczot dobrze wiedział, czemu.
   Wszystko można było powiedzieć o najemniku - ignorant, bez szacunku do natury, głupiec, naiwny, impulsywny, wybuchowy, marudny, wredny, leniwy, niedoceniający, ślepy na sprawy ważne, lekceważący, irytujący, tchórzliwy, zbyt odważny, nie myślący – ale kiedy przestawał odgrywać ignoranta, który w butach ma wszystko i o świecie nie wie nic, okazywało się, że nie ma tak pustej makówki jak przypuszczali niektórzy. Dobrze wiedział, kiedy należy uważać. Nie był też na tyle głupi by nie wiedzieć, by nie zauważyć. Prostego najemnika, za którego tak bardzo chciał uchodzić, mógł odgrywać przed Tatuśkiem, albo każdym w tej karczmie, ale nie przed człowiekiem, który pojawił się znikąd.
   Poza tym zbyt długo przebywał z długouchą wredotą, aby się pomylić. Kolejny, cholerny mag. I gdzie była Szept, która lepiej sobie z nimi radziła? Spała smacznie, jakby powiedział Lofar, puszczając pod kocem bączki, do których żadna królewska mość się nie przyznaje.
   Obok siedział cholerny mag.
   Co teraz? Miał udawać, że nic się nie stało, jak inni? Spokojnie zjeść gulasz, wypić piwo i wrócić na górę? Może powinien upomnieć, że nie łapie się ludzi za dłonie, a już szczególnie nie powinno to się wydarzyć pomiędzy dwoma mężczyznami. Może zamówić u Tatuśka posiłek dla maga tak, jakby się znali? Cholera. Z Szept potrafił sobie poradzić, ale obok nie siedziała elfka, to był cholerny mag i jeśli przeczucie mówiło prawdę, pierońsko dobry.
   Ciekawe, czy Iveliosowy sposób na ochronę swych myśli przed zbyt ciekawskimi, działał chociaż trochę.
   Wciąż milcząc, nieznajomy puścił rękę Dara i wskazał na stojące obok krzesło, jakby pytając, czy jest wolne. W porządku, tyle, że przybysz nie czekał na odpowiedź, po prostu usiadł naprzeciwko najemnika. A choć nosił kaptur, można było odnieść wrażenie, że mierzy najemnika wzrokiem.

~*~
przed karczmą Czara
   W ciemności, na ulicy, zakapturzona postać spojrzała w okno gospody. Gdyby nie kaptur, można by dostrzec szeroki uśmiech, jaki malował się na jej twarzy. Uśmiech, który nie obejmował oczu. Usta poruszały się, mamrocząc słowa pod nosem powolnym, monotonnym tonem, usypiającym, ale jednocześnie mającym w sobie coś mrocznego. Każde słowo było elementem czaru, każdy ruch warg nasilał go.
   Cierpliwości. Wkrótce spełni się.
   Postać przestała mamrotać i dała krok w stronę oświetlonych okien.

~*~
wspólna sala Czary
   Brzeszczot znowu coś usłyszał. Na zewnątrz. Odwrócił wzrok w stronę okna. Czy ktoś nucił zaklęcia? Tam, przed gospodą? Słyszał powolny, monotonny głos, który byłby idealnym do usypiania dzieci. Ktoś czarował. A może mu się zdawało? Nie, nie mogło… - Pieprzona Fortuna… - mruknął sobie pod nosem najemnik, patrząc w miskę gulaszu, jakby miał nadzieję, że zamieni się w barani udziec; spokojnie można było sądzić, że przeklina dziwkę Fortunę za posiłek, a nie za fakt, że zesłała na niego maga.
   - Jeśli zamierzasz wyjść na zewnątrz półelfie, to dwa razy się zastanów – spod ciemnego kaptura dał się słyszeć cichy, sugestywny głos maga. Nie było w nim nic przyjemnego. Ostrzeżenie, które przepełnione było nutą kpiny, niedane z przyjaźni, chęci przypodobania się i ochrony. Mówiący coś wiedział, ale jeśli Dar naprawdę miał coś więcej w swojej makówce to mógł być pewien, że jeśli mag nie chce mówić, to tego z niego nie wyciągniesz choćby i końmi. Uparta, krnąbrna natura kogoś, kto włada mocami nie do pojęcia. A przynajmniej tak mu się wydaje.
   - Zazwyczaj nie pcham się przed... - chwila zastanowienia i szybkie spojrzenie w stronę okna - Osoby, które rzucają czary - chyba, że jest to długoucha magiczka, ale tego nie powiedział już na głos. - Z doświadczenia wiem, że to kończy się gorzej niż guzem na potylicy - jeszcze raz wychylił się i zerknął w okno, za którym i tak nic nie było widać - Zrezygnował - słowa wymawianego pieczołowicie czaru umilkły. Najemnik odetchnął z ulgą. Być może mag na zewnątrz wcale nie działał przeciwko nim, może to tylko przypadek. A może po prostu nie zdążył dokończyć tego, co zaczął.
   - Jednak odziedziczyłeś nieco rozsądku po swoich przodkach – podsumował mag z dziwną satysfakcją w głosie, jakby mu się to spodobało. Widocznie nie chciał mieć totalnego imbecyla za towarzysza, nawet jeśli takimi łatwiej się steruje i prowadzi na sznurku. On nie potrzebował pieska na posyłki, nie tym razem. - Jeśli zamierzasz wyklinać bogów, zastanów się po raz kolejny. Będą ci potrzebni… tam, dokąd się udajecie. – Tym razem, oprócz kpiny dał się słyszeć cichy śmiech. Śmiech, który nie zdradził ani cienia wesołości, zimny, drwiący. Jak na kogoś, kto przyszedł udzielać rad, mag niezbyt się starał zdobyć sympatię rozmówcy, nawykły do tego, że prędzej czy później przychodzi się do niego po pomoc. Żebrząc pomocy.
   Mag wiedział. A przynajmniej sugerował, że wie, dokąd zmierza Darrus. Wiedział też, że nie jest w tej wyprawie sam. Osobnik w czarnych szatach uniósł obie dłonie, a czarna szata zsunęła się, odsłaniając jasną, bladą skórę, kontrastującą z czernią rękawków, zupełnie jakby skóra dawno nie widziała słońca, skrywana w cieniu budynków. Wieży.
   Posługująca dziewczyna poruszyła się niespokojnie, zdradzając, że pojawienie się maga zostało jednak zauważone. Po jej twarzy widać było, że wolałaby, żeby mag spokojnie został tam, gdzie się znajdował, niczego nie chciał, za nic nie płacił. Niech się trzyma jak najdalej, zło nieczyste, kara dla ludzi. Boska kara.
   - Bogowie? Fortuna to tylko krnąbrne dziecko, robiące na złość swemu ojcu - czasami odwiedzała go Nenna. Nigdy jej nie widział, nawet cienia jej drobnego ciała, nawet odcisku stóp w ziemi. Za każdym razem słyszał jej głos, jakby dobiegający z daleka, zza zasłony tłumiącej wszelkie dźwięki. Pierwszy raz usłyszał ją w dzień po przeniesieniu się rodu do Kol’hu Dull. Od tego momentu pojawiała się co jakiś czas, zawsze bez ostrzeżenia, w różnych porach. Nigdy nie wiedział, czy była obok niewidzialna, czy słyszał tylko jej głos, podczas gdy ciało było daleko. Mówiła o wielu rzeczach, ani razu nie wspominając o wydarzeniach w Tarok, nawet się do nich nie odnosząc, kiedy rozprawiała o późniejszych wydarzeniach. Cokolwiek by nie mówiła, zawsze wracała do bogini Fortuny; mówiła o jej pragnieniu przejęcia roli ojca. Opowiadała o Losie, o samotnym bogu, gdzieś w ciemnościach. O machinacjach Dziwki, jej próbach wypaczenia losu żywych. Wciąż mówiła.
   Już dawno jej nie słyszał.
   - Służymy jej tylko do wbijania kolejnych ostrzy ojcu - gulasz zaczął stygnąć i najemnik nawet zaczął się cieszyć. Nie będzie musiał jeść tej brei, której daleko było do porządnego posiłku pełnego smaków. Jak przetrawione i zwrócone przez goblina - tak wyglądała zawartość glinianej miski.
   - Chyba jednak nie. – Czy to zdanie, wypowiedziane niemal surowym, tak nagle odmiennym tonem, tyczyło się intencji obcego maga czy też rozsądku półelfiego najemnika?
   Na zewnątrz, przyklejona do ściany gospody, stojąca przy oknie postać poruszyła się niemal niedostrzegalnie, a lśniące oczy spoglądały na najemnika natarczywie, rzecz można chciwie. Wargi poruszyły się…a spojrzenie padło na siedzącego na przeciwko najemnika obcego.
   - Bądź przeklęty.
   Postać cofnęła się w cień. Jeszcze było za wcześnie. Wszystko popsuł.
   Dar nawet nie wiedział, jak mało brakowało. A może… wiedział?
   - Jeśli zamierzasz to jeść, też się zastanów – obcy, w przeciwieństwie do Darrusa, nie mógł słyszeć wypowiedzianych z nienawiścią słów. Cóż więc znaczyło drgnięcie kaptura, gdy czarny mag obrócił się w stronę okna, dokładnie w chwili, gdy do półelfa dotarły wypowiedziane w mroku słowa?
   - Mogę ci oddać, magu… - i palcem przesunął miskę w stronę mężczyzny.
   - Zdecydowanie nie – podsumował swoje własne myśli mag. Wyglądało na to, że jednak miał na myśli stan umysłu współbiesiadnika, nawet jeśli tylko jeden z nich jadł, czy też raczej modlił się nad breją przypominającą rzygowiny i zastanawiał się, czy po takim jadle będzie musiał pośpiesznie odwiedzić wychodek. Czy zdąży. – Jeśli myślisz, że bogowie to jedna Fortuna, a reszta nie istnieje, to jesteś ślepcem i głupcem. Jeśli myślisz, że Fortuna jest najważniejsza, to jesteś ignorantem. A jeśli chcesz mnie otruć – mag wymownie spojrzał na podsuwany mu posiłek – to powinieneś znaleźć sobie lepszy sposób, imitacjo elfa. - Bogowie, z kim mu przyszło pracować!
   Zapadła cisza. Dar z wysuniętą przed siebie miską i wpatrzony w nią – przynajmniej tak można zgadywać, mag. Dziwnym trafem Darmarowi przypomniała się koza, której rozpruł kiedyś trzewia – nie chcecie wiedzieć, po co. Ale zawartość żołądka zwierzęcia przypominała to coś. Z tym, że była zielona.
   Nie wytrzymał. Odwrócił głowę, a kaptur zadrgał przy gwałtownym poruszeniu. Zadrgał, ale nie zsunął się z głowy maga.
   Elf. Ten pieprzony mag był elfem! Tylko długouchy lud w ten sposób burzył się na nieprzychylne wspomnienie bogów, jedynie oni byli tak bardzo wrażliwi na każde słowo i nieśmiertelnych. Elfi mag, w ludzkiej gospodzie na północy kraju. Przypadek? Czy można tu mówić o czymś takim jak zbieg okoliczności? Prawdziwy elfi mag.
   Jedyny użytkownik many, jaki przyszedł najemnikowi do głowy, budził w nim więcej obaw niż rozgniewana Szept, ciągnąca go za uszy. To ona powinna tu siedzieć. Magowie byli ponad najemnikowe siły.
   - Elfi mag może się kryć za iluzją, odmieniać swe ciało, dostosować język i nawyki do otoczenia, ale wspomnij słówkiem o bogach, a wyjdzie szydło z worka - człowiecza część Dara nie negowała istnienia nieśmiertelnych, uznała ich za coś oczywistego, nad czym nie należy się przesadnie rozwodzić. Byli i miał gdzieś ich boski majestat, dopóki nie zaczynali dźgać go palcami. - W dodatku nie mierzi cię ludzka gospoda - większość długouchych mieszkańców Eilendyr, nawet by przez próg domostwa Tatuśka nie przeszła, nie wspominając o przebywaniu wśród pijących i cuchnących ludzkich pomiotów.
   Imitacja elfa - to było coś nowego, czyli jeszcze się dało nazywać mieszańców inaczej, w nieoklepany sposób. Ten blady elf nie mógł pochodzić ze stolicy, albo przynajmniej przebywał więcej czasu poza lasem, niż w nim.
   Parę razy potaknął, parę razy złość przemknęła po jego twarzy, ale tego ostatniego Darrus widzieć nie mógł, jako że oblicze maga wciąż skrywał kaptur. Był elfem, jakże więc nie mógł mieć tego specyficznego podejścia do boskości? On, którego ambicje i plany wiązały się z bogami? Jakże miał zaprzeczać ich istnieniu! Jakże miał uwłaczać ludziom i ich gospodom, on, którego koleje losy wygnały z Eilendyr i zmusiły do życia wśród obcych? Nie musiało mu się tutaj podobać, mogło go mierzić towarzystwo, jadło i napitek, ale nauczył się, że takie myśli czasem dobrze jest ukryć, jeśli chce się zachować dach nad głową. Nawet teraz, gdy mało kto ośmielił się z nim zadrżeć, a najpotężniejsi woleli widzieć w nim sojusznika niż wroga.
   - Czego tutaj szuka elfi mag? - właściwie by się nie zdziwił, gdyby mężczyzna mu nie odpowiedział, właściwie nie oczekiwał odpowiedzi wyjawiającej prawdę. Za to miska gulaszu wystygła, a zimna zaczęła wyglądać jeszcze mniej apetycznie. Dziewczyna, która ją przyniosła zawahała się, gdy ich mijała, ale nie odważyła się po nią sięgnąć, pomiędzy czerwonowłosym mężczyzną i zakapturzonym obcym.
   - Może tego samego, co półelfi najemnik i głowa rodu? Może tego samego, co magiczka i Jej Wysokość? Może tego samego, co jej przyboczny, który obawiam się, nie czuje się najlepiej po wizycie w tym przybytku rozkoszy dla siedzenia i bólu dla żołądka? – stwierdził zgryźliwym tonem mag, nie przejmując się zbytnio tym, że został rozszyfrowany. W istocie, sam nazbyt wiele wiedział o ich wyprawie. – Może też… szukam tego samego, co ów mag na zewnątrz, który… zrezygnował – ostatnie słowo zabarwione było jawnym szyderstwem. Ktoś tu wątpił, by obcy mag ot tak wycofał się. Teraz – może. Ale nie na dobre. Wróci.
   Darrus w rozgryzieniu miana i profesji obcego posługiwał się dedukcją i łączeniem faktów. Obcy, ujawniając tożsamość najemnika i jego towarzyszy odwoływał się do czegoś innego. Do wiedzy. To zaś rodziło inne pytanie. Skąd wiedział? Czy elfowi zdradziła coś Szept, jako krajanowi i użytkownikowi magii? Czemu jednak trzymałaby to w tajemnicy przed swoim najemnym mieczem i wrzodem na królewskim tyłku?
   W kuflu z zapomnianym piwem utopiła się gruba mucha. A nie, żyła jeszcze, bo wciąż wierzgała nóżkami, próbując wydostać się na zewnątrz. Faktycznie ciesząca się popularnością gospoda z dobrym jadłem i napitkiem.
   - O, to ty też szukasz pomocy dla Odrina? - miodowe oczy najemnika oderwały się od kufla z piwem, spoglądając na zakapturzonego użytkownika many. Jego słowa zabrzmiały miło, jakby pełne były radości, że oto ktoś postanowił im pomóc, i ktoś zlitował się nad biednym karzełkiem, że ktoś okazał mu swoją dobroć. Ale wystarczyło spojrzeć w jasne oczy półelfa, by zrozumieć, że wypowiedziane słowa niewiele mają wspólnego ze szczerą radością, czy podziwem. Ociekały kpiną, nawet nie niedowierzaniem, a szyderstwem. Elfi mag interesuje się losem jakiegoś tam karzełka? Użytkownik many tej klasy chce pomóc ciekawskiego człowieczkowi z lepkimi rączkami? Dobre sobie. Wielki mag chce osiągnąć to, co jegomość za oknem? Czemu więc sam tego nie weźmie? Czarodziej przyszedł się przywitać? Magowie nigdy nie przychodzą tylko się przywitać.
   - Znasz odpowiedź na to pytanie, hyvän – miękki, niemal łagodny głos maga przerwał narastającą ciszę. Karzeł, do tego ten karzeł, nie był mu potrzebny do szczęścia. Nadal pamiętał, jak w wyniku głupiej pomyłki i zbiegu okoliczności, tudzież lepkich rączek karła, Cień przywiódł go ze sobą do jego Wieży. Po tejże wizycie mag nie mógł doliczyć się kilku zwojów, fiolek i swojej sakiewki. Nie, karzeł zdecydowanie nie zaskarbił sobie przyjaźni maga, jeśli w przypadku tego konkretnego elfa można było mówić o czymś takim, jak przyjaźń. Los karzełka by go zainteresował tylko wtedy, gdyby zbiegał się z jego własnymi celami. Tak jak teraz.
   - Może powinieneś rozmawiać ze swoją vihreä? - w elfiej mowie było to określenie uczennicy, tej którą się prowadziło, dla której było się mistrzem. Jawna sugestia do relacji zakapturzonego z magiczką. - Najemnicy niezbyt dobrze sobie radzą z magami. Zwłaszcza z tymi, co mówią zagadkami.
   Najemnik wolał nie mielić za dużo jęzorem, dziadek zawsze mu powtarzał, że nie wszystkie imiona należy wymawiać głośno w takich miejscach jak ta gospoda. Zwłaszcza imiona takich osób jak zakapturzony. Nie papla się o Darmarze Mrocznym, niczym przekupka na targu mówiąca o plotkach z alkowy, jeśli chce się pożyć dłużej niż do wyjścia za drzwi.
   To musiał być Darmar Mroczny. Najemnik nie pamiętał jego miana rodowego, zapomniał, chociaż Szept kiedyś mu je wyjawiła, wspominając o swoim shalafim. Mówił o nim Ivelios i staruszek Taraghlan.
   Z użytkownikami many o tej klasie należało uważać. To nie była wredna, długoucha Szept i jeśli najemnik zapomni o tej różnicy, może zagalopować się zdecydowanie za daleko. Nie chciałby być żabą.
   - Interesują się nami magowie. Nawet na północy kraju nie można spokojnie przeprawić się na Kresy.
   - Może pora nauczyć się tej sztuki? – odparował ten mag, który prawił zagadkami. Nie mogło ujść uwadze Darrusa, że uniknął odpowiedzi na pytanie o swoją uczennicę. – Zwłaszcza, że jak mądrze zauważyłeś – nuta kpiny była aż nazbyt wyraźna – interesują się wami magowie. Cóż takiego zrobiliście, że wyruszając po cichu i kryjąc się po pustkowiach, wzbudzacie aż takie zainteresowanie? Jakże to dziwne, że przy całym waszym sprycie, ledwie dotarliście do Sevilli, już depczą wam po piętach. Doprawdy, nieszczęście.
   Rozmyślnym, powolnym ruchem mag sięgnął przed siebie. Klaśnięcie dłoni, szybkie. Szmery rozmów ucichły, jak ucięte nożem. Ludzie z lękiem zerkali na sylwetkę maga, jakby myśleli, że to część jakiegoś mrocznego rytuału, a cała gospoda zaraz zatrzęsie się w posadach i runie im na głowy. Mag, świadom spojrzeń, uśmiechnął się szeroko, acz i tego Darrus nie mógł widzieć. Skupiona na nim, lękliwa uwaga, sprawiała mu wyraźną satysfakcję. Bali się go. Wolał wzbudzać strach niż śmiech. W jego pokrętnym mniemaniu strach miał coś wspólnego z szacunkiem. Powolnym ruchem rozdzielił dłonie, a czarna, wyjątkowo duża mucha spadła na stolik, lądując tuż obok odsuniętego przez najemnika gulaszu. O ile to coś można było nazywać tym mianem bez obrazy dla prawdziwego, sutego, mięsnego posiłku.
   - Bo widzisz… teraz depczą wam po piętach. Gdy jednak dotrzecie na Kresy, dopiero wtedy zrobi się ciasno. I możecie skończyć tak, jak ten insekt. Nieprzyjemne – otarł dłonie w czarną szatę.
   Obok nich, jakby nic się nie stało, potoczyły się szmery rozmów. Ludzie próbowali wrócić do normalności. Udawać, że nic się nie dzieje, a tuż obok nich nie zasiada czarny mag. Najgorsze plugastwo ziemi.
   - Skoro jednak tak bardzo chcesz mnie zaprowadzić… - rozmyślna pauza – do mojej uczennicy, nie będę protestował.
   - Nie znam jednak odpowiedzi na pytanie, co ma na celu rozmowa ze mną? I co chcesz osiągnąć. Magowie nigdy nie pojawiają się bez powodu.
   Gospoda zaczęła się wyludniać. Godzina także robiła się późna, albo wczesna, zależy jak na to spojrzeć. Jeszcze kilka godzin i za oknami zacznie robić się coraz jaśniej. A oni nie mogli czekać na świt, musieli jeszcze po zmroku odnaleźć goblina z trudnym do zapamiętania imieniem.
   - Śmiem powiedzieć, że to raczej mości królowa coś zrobiła. Żaden szanujący się użytkownik many, nie zainteresowałby się najemnikiem i przybocznym - tak, Brzeszczot był pewien, że coś, co mu się nie spodoba, zwróciło uwagę na magiczkę. Albo po prostu dziwka Fortuna wskazała ich swoim palcem, nakazując towarzyszowi Pechowi, aby zadomowił się wśród nich. - Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że ty wiesz, co się dzieje. I jak chcesz - wskazał palcem drzwi na zaplecze, gdzie mieściła się ich mała kanciapa - Idź do niej. Ja jej nie obudzę. Ostatnio dostałem kosturem w kark.
   Idź do niej.
   Darmar zastanowił się nad tą propozycją. Swego czasu budzenie magiczki nie nastręczało zbyt wielu trudności. Biorąc jednak pod uwagę pewne decyzje, jakie wówczas podjął, nie był przekonany, czy i na niego nie czeka kostur i guz na samym czubku głowy. Jeśli nie coś więcej. Pod swoim kapturem spochmurniał, coś rozważając. Łatwiej było rozmówić się z najemnikiem. Darrus może był ostrożny, ale jego samego znał tylko z opowieści. Magiczka… będzie trudniejsza. Może naiwna pod pewnymi względami – w ten sposób Daramr odnosił się do jej potrzeby niesienia pomocy i ratowania nic nieznaczących ludków z opresji, niemniej jego charakter znała lepiej niż inni. Głębiej. Widziała cień i mrok, widziała jasność. Odcienie szarości, nie tylko czerń i biel. Irytowało go to. Wolał być tajemniczym, nieznanym. Nawet jeśli przez to był sam.
   - Śmiem powiedzieć, że ściany mają uszy – Darmar rzucił nieomal karcąco. – A ty zbyt polegasz na swoich zmysłach. Nie używaj miana, jeśli nie musisz.
   - Śmiem powiedzieć, że ściany mają uszy… - przedrzeźnił maga pod nosem, całkiem cicho, robiąc przy tym krzywą minę. Cholerni użytkownicy many. Ważniacy. I po co była ta cała szopka? Najemnikowi nie podobała się myśl, która pojawiła się w jego głowie; myśl, że może czegoś nie zauważył, że coś mu umknęło - Jakbyś panie magu nie mógł sprawić, że nikt rozmowy nie usłyszy… - Dar nigdy nie rozumiał magów. Ich ograniczeń, praw wiążących im ręce, zakazów które w jego mniemaniu tylko utrudniają życie, zabraniając używać magii kiedy najbardziej by się przydała. Co prawda nie był ignorantem, który uważa, że zaklęciami powinno się odsyłać deszcz, który pada na głowę, ale magia dla niego niosła zbyt wiele ograniczeń.
   Skrzypnęło przesuwane po podłodze krzesło, gdy mag podniósł się, nieco niechętnie, ze zajmowanego dotąd miejsca. Wokół natychmiast ucichły rozmowy. Ten i ów oglądał się na Darmara kątem oka, uważając, by nie robić tego nazbyt jawnie, bo samo patrzenie na maga może ściągnąć zło i klątwę. Niektórzy zgarbili się na swoich miejscach, chcąc wyglądać na maluczkich, takich, na których wielki mag nawet nie raczy dostrzec.
   Mag jednak zdawał się kompletnie niezainteresowany otoczeniem. Ostrożnie, powoli, ruszył w stronę wiodących na pięterko schodów, gdzie znajdowały się pokoje. Nie powiedział, że Dar będzie miłym towarzyszem rozmowy, ale nie powiedział też, że nie będzie. Słowem, decyzja o tym, czy pójść za magiem należała do Darrusa.
   A przynajmniej tak to wyglądało.
   Długo przyglądał się najemnik Darmarowi wchodzącemu po schodach. Zdecydowanie zbyt długo. Jeden schodek i powinien za nim ruszyć, a on wciąż siedział, kiedy mag był na szóstym. Przy ladzie nie trzymało go nic; miska z gulaszem zniknęła, kiedy tylko elf odszedł wystarczająco daleko, piwo z utopioną i sztywną muchą wciąż stało, jakby ktoś sądził, że można je jeszcze wypić.
   Dar widział, jak reagują ludzie na maga i pomyślał, o ile nie lepiej nazwać tego życzeniem, aby sam nigdy nie znalazł się w takiej sytuacji, aby nigdy nikt nie bał się go tak bardzo. Dla najemnika to nie był dobry strach. Nie wynikał on z szacunku, czy respektu. To był strach zrodzony z przerażenia. A Darowi się to nie podobało.
   Ósmy schodek. Przedostatni.
   Darmar chyba nie oczekiwał, że Darrus za nim pójdzie, zwłaszcza, że nie usłyszał za sobą kroków najemnika. Pewniej i nieco szybciej ruszył przed siebie. Zdradzieckie stopnie parę razy zaskrzypiały pod jego stopami, chociaż, jak na elfa przystało, chód miał lekki. Co dziwne, nawet nie pytał, który z pokojów zajęli. Zupełnie, jakby wiedział. Jak długo śledziły ich oczy i uszy czarnego maga, takie, które mogłyby przerazić nawet najdzielniejszego z wojowników? Nie było tajemnicą, że Mroczny wysługuje się swymi potworami, cieniami, żywymi szkieletami, ożywieńcami.
   Brzeszczot podniósł tyłek z drewnianego stołka. Miał inne wyjście? I mógł się założyć, że od Szept dostanie kosturem po głowie: za to, że jej nie uprzedził (ciekawe jak), za to, że go nie odciągnął (niech sama spróbuje!), za to, że wyszedł z pokoju i na niego wpadł (no przepraszam!), za to, że to znowu wszystko jego wina (przynajmniej jakaś odmiana), za Emisa też mu się pewnie dostanie.
   Darmar był prawie przy drzwiach ich pokoiku, kiedy najemnik znalazł się na górze. Ale nie był głupi, nie poszedł za nim, usiadł sobie na ostatnim schodku. Jeśli będzie taka potrzeba, Szept go zawoła. Jeśli Darmar nie ukryje ich rozmowy przed obcymi, stąd usłyszy każde ich słowo. A przynajmniej ze schodka będzie miał lepszy widok na karczmę.
   Cała ta sytuacja była nie tylko dziwna, ale pomału zaczynała robić się także irytująca. W sali na dole zostało kilku najwytrwalszych gości, głównie mężczyzn upitych tak, że nie sposób było odgadnąć jakim cudem wciąż trzymają się na nogach i potrafią mówić. Do tego kelnereczki i Tatusiek, który stanął u dołu schodów, zadzierając głowę wysoko, co by dostrzec czarnoksiężnika, jak nazywał Darmara w myślach. Chwycił nawet palcami barierkę, co by się przechylić, ale napotkał jedynie spojrzenie czerwonowłosego mężczyzny siedzącego na ostatnim schodku, więc się wycofał. Z resztą nie tylko on był ciekawy. Ludzie co rusz zerkali na schody i nawet jeśli czuli strach to ciekawość okazywała się być silniejsza; zapewne nigdy nie podeszliby do maga i nie zaczęliby rozmowy, ale popatrzeć sobie mogę. Ileż będą mieć plotek! Jak wiele opowieści będzie mógł snuć Tatusiek przez najbliższy rok swoim gościom; ubarwi je trochę, zmieni i może jeszcze wyjdzie na bohatera, który wygonił z karczmy prawdziwego maga!
   - Może... hik powinniśmy... hik stlaaaz zawezwać...
   Oho. Najemnik się skrzywił. Jeszcze brakowało im straży miejskiej, czy jakiś pokręconych, szurniętych oddziałów będących zbrojnym ramieniem Myśliwych Ulotnych Energii. Co sobie w ogóle Darmar myślał, przychodząc do karczmy, o przepraszam, pojawiając się w niej z nicości, w całej swej czarodziejskiej okazałości?
   Mag nadal miał na głowie kaptur i Darrus nie mógł dostrzec wyrazu jego twarzy. Nic nie wskazywało na to, że waha się, czy zapukać, czy po prostu wejść, czy zaczekać, puścić najemnika przodem, czy po prostu zatrzymał się w sobie tylko znajomym celu. Dłoń uniosła się, wykonała jakiś subtelny gest, częściowo przysłonięty przez obszerny rękaw szaty.
   Zaraz potem, bardziej wyczuwając niż słysząc obecność najemnika, obrócił się. I nawet gdy nosił kaptur na sobie, to Darrus mógł poczuć, że mag patrzy prosto na niego. W istocie. Darmar przez sekundę zastanawiał się, co zrobić z siedzącym na stopniach najemnikiem. Najemnikiem, który nie byłby problemem, gdyby nie jego nad wyraz wyostrzony słuch.
   - Równie dobrze… - zaczął, ale nie dano mu skończyć. Drzwi, przed którymi stał otworzyły się, ukazując stojącą na progu magiczkę. Szata wierzchnia była nieco w nieładzie, jakby pośpiesznie narzucana. Oczy zdradzały niepokój, a dłoń zaciskała się na kosturze maga. Poniewczasie, ale magiczka chyba pojęła, że coś jest nie tak, jak powinno. Poniewczasie, ale poczuła aurę pozostałą po magicznym zaklęciu.
   - Dar… - zaczęła magiczka, ale na widok stojącego pod drzwiami gościa gwałtownie wciągnęła powietrze. – Darmar Mroczny. Cóż sprowadza cię do ludzkiej siedziby?
   - Może zapytaj najemnika – wycedził, po raz kolejny unosząc dłonie, sięgając okrywającego twarz kaptura i jednym, płynnym ruchem ściągając go z głowy. Ciemne włosy, luźne, rozpuszczone, okalały jasną, nieomal bladą twarz maga. Skóra, która nie zaznała zbyt wielu promieni słonecznych, ukryta pod ciemnym płaszczem i w chłodnych murach wieży. Z twarzy spoglądały ciemne oczy, nie mające zbyt wiele ciepła, za to przesycone tajemnicami, jakie musiał skrywać ten elf, całkiem niedawno przywrócony do łask przez elfiego władcę. - Albo możesz po prostu mnie zaprosić, żebyśmy porozmawiali, vihreä.
   - To ty przed chwilą …
   - …wzywałem magię na pomoc? – wszedł jej w słowo. – To kolejna rzecz, o jakiej powinniśmy porozmawiać. Zamierzasz mnie wpuścić, czy wolisz rozmawiać w drzwiach, Niraneth?
   Przez ramię Darmara Szept posłała zirytowana spojrzenie na siedzącego na stopniach najemnika. Jakby to on przyprowadził tu Darmara. Jak nie ma na kogo zrzucić winy, zrzuć ją na Dara.
   - Wchodźcie. Oboje.
   - Nie mówiłem, że zamierzam rozmawiać z najemnikiem.
   - Więc możesz nie rozmawiać wcale. – Usnęła się na bok, dając im możliwość przejścia. Ale, gdy Darmar minął ją, zerknęła pośpiesznie na Dara, w oczach czaiło się niewypowiedziane pytanie. Skąd ty go wynalazłeś?
   Brzeszczot spojrzał na magiczkę i tylko utwierdził się w przekonaniu, że gdzie dwaj magowie rozmawiają, tam zaraz oberwie jakiś człowiek. Takie miał właśnie wrażenie, kiedy podnosił się ze schodka i szedł w stronę pokoju. Do tego czuł, że Darmar przynosi cholernie złe nowiny, bowiem czy przysłowie nie mówiło, że mag to zapowiedź nieszczęścia?
   Nie głupia magiczko, ja go nie sprowadziłem - mówił jego wzrok, kiedy prześliznął się obok czarodzieja, wchodząc do pokoju. O dziwo mu się to udało; naprawdę spodziewał się, że drogę zagrodzi mu ręka, że dostanie kosturem po głowie, czy zostanie zamieniony w żabę i żabą do końca swych dni zostanie.
   Magiczka go zaprosiła, niech więc Darmar się ugryzie, a kogo jak kogo, ale swojej długouchej wredoty bał się bardziej.
   Słyszał jak w karczmie na dole podnosił się harmider, ale stwierdziwszy, że to tylko pijani chłopi opuszczają przybytek, klapnął na taboret stojący przy oknie.
   Zerknął na Emisa. Przyboczny śpi? Czy to chwilowy napad boleści, o których miał się najemnik nie dowiedzieć? Bo jeśli śpi to jak się już łaskawie obudzi i zobaczy Darmara dostanie białej gorączki. O ile nie depresji spowodowanej tym, że marny z niego przyboczny skoro nie upilnował drzwi w ludzkiej siedzibie i stracił czujność.
   Powinienem się ogarnąć - wszystko mu mówiło, że nie zagrzeją tu ani chwili dłużej. Do świtu nadal zostało parę godzin i o ile Darmar nie pokrzyżuje ich planów, trzeba będzie odszukać goblina nim słońce rozjaśni mroki. Więc zasznurował mocniej buciory i zabrał się za sprawdzanie, czy łapówka dla goblina o trudnym do zapamiętania imieniu jest i czy ma coś na wszelki wypadek. A magowie nich rozmawiają.
   Sytuacja zdawała się nieco groteskowa. Magowie stali naprzeciwko siebie, mierząc się spojrzeniami, jakby toczyli teraz jakąś mentalną rozmowę i nie potrzebowali do tego żadnych słów. Do tego rozgrzebane łóżka, a na jednym z nich śpiący przyboczny. I drugi, który akurat musiał wiązać sznurówki i grzebać po kieszeniach.
   W rzeczywistości jeden mag próbował rozgryźć drugiego, poznać motywy, jakie go tu przywiodły i sposób, w jaki należy postąpić. Pod tym względem przewagę miał Darmar.
   Emis, wciąż czując boleści, uniósł się na rękach, szukając na ślepo sztyletu. Czarny mag był może na nowo przyjęty do elfiej społeczności, ale czarny mag był złem. Książę przestrzegał przed nim, przestrzegali Starsi, a i Raa’sheal nie pałał doń sympatią. Czarnego maga trzeba było pilnować. Nie wpuszczać tutaj. Ale ludzki najemnik nie potrafił nic zrobić tak, jak było trzeba. Tak to jest zdawać się na mieszaną, rozwodnioną krew.
   - Pilnuj swojego pieseczka, bo następnym razem obudzi się bez zębów… - To Darmar był tym, który przerwał ciszę. Zwrócony przodem do Niraneth, nie mógł widzieć podnoszącego się Emisa, widocznie jednak spodziewał się po nim dokładnie takiego postępowania.
   - Słucham?
   - Niech sobie grzecznie leży, to może i ból mu minie. Ruch nie sprzyja zdrowiu w starciu z magami – zakpił, a Emis znieruchomiał. Gdyby był w pełni sił, pewnie by się porwał i na maga, nawet jeśli tym magiem byłby Darmar. Tak się jednak składa, że siły go zawiodły. Poza tym, póki co Mroczny nie zagroził Jej Wysokości.
   - Nie jesteś tutaj po to, by mnie pouczać. Prawdę mówiąc, w ogóle nie wiem, co tu robisz.
   - Widocznie wiele zapomniałaś z tego, co ci przekazałem. Późno rozpoznałaś moją obecność, a obecność mego wroga całkowicie pominęłaś.
   - Nie jestem już twoją uczennicą.
   - Właśnie widzę. Moja uczennica nie popełniłaby tak karygodnych błędów.
   Cisza. Szept wydawała się nieco stropiona. Dar mógł się poczuć zagrożony. Skoro nawet magiczka miała jakiś respekt przed byłym mistrzem, to widmo zamiany w żabę wcale nie było aż tak nierealne.
   - Co tu robisz? – powtórzyła.
   - Jeśli powiem, że pomagam, to czy w to uwierzysz? – Mag strzepnął niewidoczny pyłek z czarnej szaty, całkowicie zaabsorbowany tym zajęciem.
   - Jeśli masz w tym własny cel, tak, uwierzę – kątem oka zerknęła na Dara. Nie była aż tak dobra w udawaniu i najemnik mógł widzieć coraz większy niepokój. Zaś pod nim cień strachu. Co powodowało, że wredota i pani pakująca się w kłopoty teraz czuła lęk?
   Przyglądając się magiczce, najemnik stwierdził coś niedobrego. Jego wredota, ta co pcha świadomie palca w szparę między drzwiami, a framugą, ta, która rwie się na przód i nie lęka zaryzykować swojego życia dla sprawy, czuje obawę przed Darmarem. Jak bardzo niebezpieczny jest ten cholerny mag?
   Brzeszczot nagle podniósł głowę.
   - Na Kresy jadą Wirgińczycy. Ale to wiesz. Na Kresach są nekromanci. Czarni magowie. Dużo osób zdąża na Kresy, każdy w innym celu… ale ciągnie ich tam coś jeszcze. Znajdziesz się w centrum sporów, czy tego chcesz, czy nie…
   Usłyszał tylko to jedno zdanie z całej wypowiedzi maga. Nekromanci. Nieprzyjemny dreszcz przebiegł mu po plecach. Trupojady, jak ich nazywano na północy kraju, czy Bezcześciciele, jak określano ich w Wirginii. I zanim zdołał ugryźć się w język, zanim pomyślał, czy aby na pewno powinien się odzywać i wtrącać w rozmowę magów, już zaczął mówić - Sinodzioby i Gorma? - Dar nie wiedział, nie miał żadnych informacji, nie przykładał do nich takiej wagi, jaką żywił do nich Ivelios i może to był jego błąd. Po prostu to Ryld i jego przyszywana córka, nasunęli mu się na myśl, kiedy mag powiedział o nekromantach. Dar nie znał innych, ale modlił się i błagał bogów, by Darmar zaprzeczył, aby powiedział, że to jacyś podrzędni słudzy dwóch bogiń.
   Cóż Fortuna to prawdziwa dziwka.
   Darmar rzucił najemnikowi lekko zirytowane spojrzenie. Nikt, a już na pewno on, nie prosił tego tutaj o wtrącanie się do rozmowy. Na gust maga ten tutaj był zbyt wielkim ignorantem, by pojąć, by właściwie pojąć istotę sprawy. Zaledwie liznął temat, a tak naprawdę nie wiedział nic.
   - Może – mruknął, odwracając świdrujące spojrzenie od najemnika.
   - Daj spokój, na bogów. Albo przyszedłeś pomóc albo możesz sobie iść, jak jesteś taki znudzony. Może Wirgińczycy albo ktokolwiek inny okażą się bardziej kompetentni do twoich planów niż nasza trójka.
   - Moich planów? – głos maga ociekał w tej chwili jedną, wielką niewinnością. On i plany? On i niecne knowania? Cóż za pomysł. On przecież był wcieleniem niewinności.
   - Gierki zachowaj dla kogoś innego, shalafi.
   Darmar lubił poczucie władzy. Potęgi. Władza objawia się na wiele sposobów. To siła. Poparcie. To pozycja i urodzenia. Także wiedza. Znajomość ludzkich sekretów czyniła ich zależnymi. Czyniła jego niezbędnym. Nie lubił, gdy cokolwiek szło nie po jego myśli. Swoje plany zwykł przeprowadzać dokładnie tak, jak zaplanował albo wcale. W rozmowie z byłą uczennicą tracił jednak jeden ze swoich atutów. Szept zdążyła go poznać. A, że nie była już naiwną adeptką, nie dała się na ślepo prowadzić za rączkę. Gdy wracał pamięcią do tamtych dni, to właśnie była przyczyna, dla której ją wybrał. Zaakceptował w swojej wieży. Nie szukał cielęcia tylko współpracownika. To akurat niekoniecznie poszło po jego myśli. Ostatecznie, nikt nie jest nieomylny.
   - Każdy czegoś szuka. Nikt nie wie, że szukają tego samego. Wirgińczycy, Ryld, magowie… wy.
   - Skoro jesteś tak dobrze poinformowany, to powinieneś wiedzieć, że nie szukam zwady. Tylko pomocy dla przyjaciela.
   - Nie słuchasz. Wszyscy szukacie tego samego, chociaż nie zdajecie sobie z tego sprawy.
   - A ty, czego szukasz?
   Mag od niechcenia przeszedł przez pokój. Ani Dar ani magiczka nie mogli widzieć jego twarzy, zwróconej ku widokowi z okna. Od niechcenia przesunął samymi koniuszkami palców po drewnianym parapecie, pozostawiając na nim jaśniejsze smugi.
   - Byliście w Tarok. Wasz alchemik był płotką, maleńką częścią całości, lecz także potrzebną. Pajęczą nicią, pojedynczą, ale taką, po której można dotrzeć do prawdy. Wszystko ma swoje miejsce w świecie, czyż nie tego nas uczą? Niektóre sekrety tylko czekają, aż ktoś je odkryje. Inne powinny zostać zapomniane.
   Szept, wyraźnie zmieszana, zerknęła na Dara. Może była głupia, ale nie rozumiała ani słowa z tego, co mówił czarny mag. Oprócz tego, że wyprawa na Kresy właśnie się skomplikowała.
   Co ty możesz wiedzieć o Tarok? - spojrzenie najemnika mówiło zbyt wiele; upadłe miasto nie było tematem, który z chęcią i zapałem łapał, aby móc rozpłynąć się w potoku słów o nim. Tarok było symbolem wszystkiego, co najgorsze. Cierniem w boku, którego nie wyrwała świadomość, że po mieście tak naprawdę został tylko zalany wodami zatoki krater. Nenna nigdy nie wspominała Tarok, jakby wymazała jego istnienie ze swej pamięci. Tylko jeden raz, na samym początku, opowiedziała. Potem zamilkła.
   - Sądzisz, że nie wiemy? - najemnik wyminął magiczkę, kładąc jej dłoń na ramieniu, stając przed Darmarem. Cała trójka była podobnego wzrostu i, jak to mawiają żartobliwi ludzie, miała miłą dla oko urodę. Tylko Brzeszczot budową swojego ciała odstawał od szczupłych, zgrabnych, ale kryjących siłę, ciał elfów. Był masywniejszy, szerszy w barkach, nie jak ojciec jego ojca, który ponoć drzewo szerokie potrafił objąć, ale krzepy miał więcej niż niejeden długouchy. I stał tak teraz przed Darmarem, patrząc w jego chłodne oczy.
   - To pytanie retoryczne, jak mniemam – chłodno stwierdził mag. Wciąż obrócony tyłem, nie mógł widzieć wymownego spojrzenia najemnika. Acz gdyby ktoś widział w tej chwili jasną, napiętą od oczekiwania twarz maga, dostrzegł kryjące pragnienie błyski w ciemnych oczach, zastanowiłby się dwa razy niż zapytał, czego naprawdę mag chce. Gdyby spojrzeć w głąb duszy, w istny labirynt, gdzie na każdym kroku czyhały pułapki złudnych słów, fałszywe obietnice i zagadki. I chociaż nie obrócił się, spojrzenie pobiegło w bok, śledząc nadchodzącego najemnika dopóty ten go nie wyminął, stając naprzeciwko. Gniewny, wzburzony, poruszony wspomnieniem portowego miasta i białej wieży alchemika. Gdyby Szept miała więcej czasu, powstrzymałaby potok słów. Przynajmniej spróbowała. Wyjaśniła, że Darmar, chociaż tam nie był, z całą pewnością wie więcej o knowaniach nekromantów niż ona i Dar razem wzięci. Wspomnienie Tarok, bolączka, tkwiło w pamięci niby cierń. Lecz jak cierń, bolało i ropiało, dopóki czas nie sprawił, że gromadząca się ropa wypchnęła uciążliwy kolec, a rana zabliźniała się. Powoli, systematycznie odkażana i opatrywana. Trzeba było sobie radzić z konsekwencjami. Pomóc nieszczęsnym uciekinierom przystosować się do normalności. Do życia, od jakiego odwykli. Gdzieś w tym wszystkim plany i cele nekromantów zeszły na dalszy plan, przegnane dodatkowo widmem zbliżającej się zimy i koniecznością ukończenia Ataxiar, by elfy miały gdzie się schronić przed chłodem i mrozem. Słowa najemnika uderzały nie tylko w Darmara, który nawiasem mówiąc, niewiele sobie z nich robił, ale i w magiczkę, kto wie nawet, czy nie bardziej. Nie było intencją Darrusa, z pewnością nie, oskarżać ją o bierność, niemniej bierną była. Pozwoliła sprawie przycichnąć, ranie przyschnąć, odgonić w cień. Nie szukała renegata, nie próbowała pociągnąć go do odpowiedzialności, chociaż taka była powinność maga. Taka była jej powinność. Darmar przynajmniej oficjalnie deklarował i pokazywał, że zrobi to, co dla niego dobre. Ona twierdziła, że chce pomóc.
   Pomoc nie nadeszła. Nadszedł za to potok wzburzonych słów Brzeszczota.
   - Jesteś aż tak dumny, że tylko sobie przypisujesz wiedzę? Może i jestem najemnikiem, może nic o magii i ambicjach magów nie wiem, możesz mnie nazywać ignorantem, ale ja WIEM, co tam się działo. Co robił ten cholerny alchemik w podziemiach, aby dopełnić hekatomby. Myślisz, że Tarok było pierwsze? Nie było nawet ostatnie. Nigdy nie powinniście pozwolić, aby mag bezcześcił i hańbił życie. A on robi, co chce. I w Keronii, i na Północy. Wyspa Sieljunen to też był on! Ile minęło od Tarok? Magowie szczycą się nawracaniem regentów, jakaż to święta misja, patrzcie tylko. A on robi, co chce. Nawracanie, wasza łaskawa wola! Na co czekacie, aż stanie się nieumarłym? A może kimś znacznie więcej? Ale nie, po co go powstrzymywać, niech robi, co chce. Tarok było tylko pierdolonym niewypałem, a on się ukrył, uciekł jak szczur i znowu wylazł ze swojej nory. A wy na to patrzycie mimo, że wiecie.
   Brzeszczot sapnął. Nenna mu mówiła. Ta mała, dziwna dziewczynka, ni to człowiek, ni duch. Znał każdy cholerny szczegół z podziemi, o jakim wiedziała. Nie pojmował do czego dążył szalony mag, nie rozumiał, ale wiedział, że tak być nie powinno. Użytkownik many, którego nic nie ograniczało.
   - Skończyłeś? – Darmar odczekał, aż Dar urwie, potem jeszcze chwilę, by upewnić się, że to nie tylko przerwa na złapanie oddechu. Nie kłopotał się wyjaśnieniem, że nie ma żadnego nas, was, że zawsze działał tylko dla siebie i własnych korzyści. I magii rzecz jasna. Do niedawna renegatem, w głębokim poważaniu miał to, co czynią inni określani tym mianem, o ile ci inni nie popełniali tego błędu, że świadomie czy też nie, próbowali pokrzyżować jego plany. Tym gorzej dla nich. Sieljunen? Kto by się przejmował porośniętą zielskiem wyspą! Prawdę mówiąc, był to jeden z lepszych kawałków magii, jakie Mroczny oglądał, a widział całkiem sporo. Tarok? Toż to tylko ludzkie miasto, kupa gruzu obecnie. Elfy? Elfy go wygnały, jedyne, co był im winien, to podobne potraktowanie.
   W obliczu takiej znieczulicy czarnego maga, zwieszona smętnie głowa magiczki, zamyślone spojrzenie, dawało nieco do myślenia. Ryld działał. Na Kresach. Oni udawali się na Kresy. Najważniejszy wciąż był Odrin, ale jeśli dało się połączyć te dwie sprawy, to nie można było pozwolić działać nekromancie. Ktoś powinien go już dawno powstrzymać. Po Tarok. A oni dali mu wzrosnąć w siłę.
   - Darrus…
   Wypuścił powietrze. - Spotkajmy się na nabrzeżu - mruknął do Szept, zabierając swój worek i skórzaną kórtę z krzesła. Trzeba było odnaleźć goblina. Magowie nie byli na jego siły, dlatego trzasnął drzwiami i wyszedł.
   Była to jedyna odpowiedź, jaką otrzymała magiczka. Stare, obdarte drzwi, aż dziw, że trzymały się w źle naoliwionych zawiasach i nie wypadły, potęgując przytłaczające wrażenie, jakie zapanowało w pokoju po opuszczeniu go przez półelfa.
   - To by było na tyle z porad naszego dzielnego mieszańca – podsumował Darmar, za co otrzymał wściekłe spojrzenie elfki.
   - Nie nazywaj go…
   - Jest mieszańcem, czyż nie? Ty czarnym magiem, Ryld nekromantą. Niektórych faktów się nie zmieni. Podobnie jak charakterów. Trochę szkoda. Gdyby nie twoje skrupuły, mogłabyś zajść…
   - Zgoda – weszła mu w słowo, zdeterminowana. Po raz pierwszy od dawna działała typowo impulsywnie, bez zastanowienia. Naprawić błędy. Udowodnić coś jemu. I sobie. Zwłaszcza zaś sobie. Zwykle chociaż trochę się zastanowiła i nawet, jeśli jej plan był szalonym, to o tym wiedziała. – Nie wiem, jaki ty masz w tym interes, ale zgoda. Powiedz mi, co wiesz o Ryldzie, o nekromantach i Wirginii. Powiedz mi, jak ich powstrzymać.
   W odpowiedzi Darmar, po raz pierwszy odkąd się pojawił, uśmiechnął się szeroko.
   - Wiedziałem, że dojdziemy do porozumienia.

~*~
   Niepotrzebnie się zdenerwował. Niepotrzebnie podniósł głos i pozwolił ponieść się emocjom. Mógł nie paplać, mógł w ogóle się nie odzywać, wsadzić w buty to, co myśli. Ale było już za późno, stało się. Ludzka krew wzięła górę nad elfim rozsądkiem. I dobrze. Miał w nosie to, co Darmar sobie pomyśli. Cholerny mag. Zapatrzony w siebie, egoistyczny dupek. Nie lubił użytkowników many głównie z tego jednego powodu, faktu, że nikt nad nimi nie ma władzy, że w ryzach trzyma ich tylko wola i własne poczucie tego, co wypada, a co nie. Nawracanie regentów? Dobre sobie, czcze gadanie i piękne słowa.
   Zeskoczył z ostatnich dwóch schodków, niemal wpadając na Tatuśka; właściciel karczmy najwyraźniej chciał zakraść się na górę, podsłuchać, popatrzeć, a nóż coś ciekawego wpadnie do jego uszu. Teraz musiał zbierać z podłogi obite pośladki.
   - Panie, jak łazisz! - ale spojrzawszy na miłą dla oka twarz najemnika, Tatusiek zrozumiał, że wcale ona taka miła już nie jest. Była spięta, poważna i w żadnym wypadku nie sympatyczna! Tak musiał patrzeć ktoś, kogo wyprowadzono z równowagi, kto przekroczył granicę rozsądku i był gotowy na wszystko, bowiem nie myślał już racjonalnie. Tatusiek pozbierał się całkiem szybko patrząc na jego gabaryty. - Do świtu po ulicach chodzą strażnicy, łapią…
   Najemnik wzruszył tylko ramionami, przechodząc obok. Jakby zupełnie i całkowicie nie był zainteresowany tym, czy go złapią czy nie. Desperat - pomyślał Tatusiek, nie próbując już go zatrzymywać.
   Trzasnęły drzwi.
   Brzeszczot odetchnął głęboko świeżym, porannym, rześkim powietrzem; płuca wypełnił mu zapach nadchodzącego świtu. Chłód ochłodził mu twarz i ostudził emocje. Zalatywało rybami. Sevilla spała; wokoło wciąż było ciemno, ale jeszcze godzina i zrobi się jasno. Cisza kuła wręcz w uszy, ale jeszcze trochę i miasto zacznie wrzeć, a jego ulice zapełnią się mieszkańcami i podróżnymi. Do tego czasu powinno ich już dawno tutaj nie być. Nie słuchał już niczego, ani tego, co w pokoju na górze, ani ględzenia Tatuśka. Oddychał chłodnym powietrzem, idąc w stronę nabrzeża.
   Strażnicy miejscy potrafili być upierdliwi i mieli to do siebie, że zawsze pojawiali się w miejscach, w których nikt ich nie chciał i o najmniej odpowiednim czasie. Na nabrzeżu stało ich trzech; dwójka sprawdzała łódkę, jeden rozglądał się po okolicy. Łupina przypominała przemytniczą, porzuconą i zapomnianą. Jeden ze strażników sprawdził nawet, czy do jej boku nie przywiązano worków z kontrabandom zanurzonych w wodzie. Byli skrupulatni i dokładni.
   Brzeszczot ukryty w cieniu, przytulony do ściany kamienicy, przyglądał się całej trójce. W mdłym, chybotliwym świetle latarenek palonych na noc, rozpoznał tego, który stał nad szperającą w łódce dwójką. Drake. Wuj Drake, najstarszy z trzech synów Dak’kon, strażnik miejski w Sevilli. Czyli trzeba było nadłożyć drogi i obejść ich szerokim łukiem. Za nic Drake nie mógł się dowiedzieć, że tu jest, że nawet przejeżdżał przez miasto.

Szeptucha & Darrusowa
___________________________
Wszystkiego najlepszego, Iskierko! 
   .... Wilkowi szaliczek ręcznie robiony, nową rameczkę z portrecikiem,
   ... furiatce, co by tradycji stało się zadość, sztylecik nowy i dużego misia,
   ... Charlotte ciasteczka lukrowane i komplet biżuterii,
   .... i takiego Darmara, bo się ponoć paniom podoba (gdyby się podobał Wilkowi, można by się zaniepokoić).

   Stuk puk? Ekhem… Tutaj kurier urodzinowy. Zastałam… Um, panią Iskrę? Bo są życzenia do dostarczenia. Halo? Pani Iskro? Dwie takie autorki chciałyby powiedzieć…
   …że życzą Ci dużo zdrowia, radości, przyjemności i pieniążków, aby niektóre z nich spełnić; wiele uśmiechów na twarzy, pełnego brzucha i wygodnego łóżka, bo bez tego ciężko się żyje. Sukcesów też Ci życzymy i na uczelni i w życiu prywatnym i we wszystkim, co robisz. O, i żeby jakiś rycerz na białym koniu się znalazł, bo przyda się do odkręcania słoików ze słodkościami i wachlowania w ciepłe dni.
   Życzymy weny, aby Ci jej nie brakowało, aby zawsze dopisywała, a kiedy idzie na wakacje, żeby zostawiała Ci porządne zastępstwo. Niech i Twoja głowa będzie pełna pomysłów, szalonych i tych trochę mniej, bo nam takich potrzeba. Niech Twoje paluszki sprawnie piszą kolejne notki, nie patrząc na palącą się klawiaturę. Życzymy też, abyś zawsze podchodziła do wszystkiego z dobrym humorem, nie zniechęcała się niepowodzeniami, a w chwilach trudności pomyśl sobie, co by w takiej sytuacji zrobił Gerald.
   Sto lat niech nam żyje Iskra!
   Życzą Szept i Darrusowa.

~*~

1 października 15 roku Ś.D.

Drogie szefostfo WPT.
Pisze gnom Jędrzej. To znaczy nie Jędrzej, tylko Gnom Anonim.
Tak więc pisze Gnom Anonim. Źle się dzieje w tymczasowej redakcji WPT, oj, źle. Spiski jakiesik się tu zawiązują. Ja mówiłem, żeby tych stażystów nie przyjmować, ale nikt mnie nie słuchał. Stażyści to samo zło, powiadam. Temu chudemu, ze spiczastymi uchami, co mu kanciapę w koty wymalowaliście, to źle mu z oczu patrzy. Spotkał się parę razy z tą jasnowłosą, wytatuowaną. No, wiecie, którą. Gadali o czymś. Nie wiem, o czym, ale się dowiem!

Gnom JędrzAnonim


3 października 15 roku Ś.D.

Szefostfo kochane! Wszystko już wiem!
Chcą kupić ciastka, pewnie na czarnym rynku, ja ich znam, spiskowcuw przebrzydłych. Konkretnie to krakersy. Tylko nie wiem, co ma do tego wielbłąd. Pewnie chcą sprzedać wielbłąda i kupić za to ciastka. Tylko skąt wezmą wielbłąda? Tesz się nad tym zastanawiam.
Ta wydziarana zatrzymała się w gospodzie na noc, może uda mi się coś podsłuhać. Wiem, że to nieładnie, ale w końcu to redakcja WPT, nie? Gdyby nie podsłuhiwanie, to o czym byśmy pisali?
Ślectwo w toku, proszę o cierpliwość.

Gnom Anonim


3 października 15 roku Ś.D.

Jest ciemno. Siedzę na strychu, a raczej leżę, przykładam ucho do podłogi i chyba jakaś drzazga wbija mi się w policzek. Rzondam podwyżki za nadgodziny i pracę w nocy, w niesprzyjających, zagrażajoncych zdrowiu warunkah.
Ale do żeczy.
Nie jest dobrze. Właściwie jest bardzo niedobrze. Jest fatalnie. Bo mamut! Bo Mash! Bo… Mamuty są pod ochroną, nie wolno wykorzystywać mamutów! A oni chcą! Niecny plan, zaiste! Niecny! Mamut zwierzęciem pociągowym? To trzeba gdzieś zgłosić, i to niezwłocznie!

Gnom Janonim


6 października 15 roku Ś.D.

Szefostfo kochane, ledwie uszedłem z rzyciem!
Stanofczo domagam się podwyszki. Jak człowieki na to mówią… Ryzyko zawodowe. Tak, ryzyko zawodowe. Grożono mi. Jeden zarośnięty typ, wielkie to to jak żubr, a drugi paniątko jakieś, warkocz nosi, cały czas oglądał paznokcie. Trzymano mnie w ciasnym, ciemnym, zakurzonym pomieszczeniu i pszemoc psyhiczną stosowano. Kazano obiecać, że nic nie powiem, że pary z gęby nie puszczę. Ale ja puszczę! Ja wszystko powiem! Bo milsze niż życie jest mi dobro redakcji. I podwyszka, nie zapominajcie o podwyszce, szefostfo najmilsze, najukohańsze.
Otóż plan tych niegodziwcuw sprowadza się do niecnego, jak pisałem, wykorzystania latającego mamuta, by z terenów Wirginii przetransortować do Keronii wielbłąda. Nie wiem, co to znaczy “przetransortować”, ale zaklinam się, że piszę com usłyszał. Użyć w tym celu chcą klatki drewnianej, przywiązanej do specjalnej uprzęży na sznurach konopnych. Nawet się naradzali, ile metr takiej liny będzie kosztował.
A dlaczego się naradzali przy mnie? Bo myśleli, że nie dam nogi. Ale ja się wymknąłem, pszechytszyłem ich i... *tutaj list się urywa, gnom zdążył jeszcze w pośpiechu dopisać “S.O.S.”*

Zorana i Aedówka życzą dużego stężenia weny, krówek, spełnionych marzeń, boskich pośladków, obślinionych wielbłądów i wilczych bamboszy w życiu!

PS. W szczelinie między ramami okratowanego okienka lofarowej piwnicy znaleziono wymiętą karteczkę, na której ktoś napisał przypalonym patyczkiem:
Tu szywcem pogrzebiony gn… Jędrzej czeka na uwolnienie z niewoli, obiecując znalazcy rękę księżniczki (Nefryt, strzeż się - przyp.red.), pół królestwa i najnowsze wydanie WPT z moim autografem.

~*~

1.Dla Wilka od Isleen: księga zawierająca zbiór mało znanych zaklęć uzdrawiających .
2.Sin Gha'ldil est Raa'sheal ur Shel: atrament sympatyczny, wzbogacony o magiczną formułę powodującą, że tekst pojawia się tylko pod wpływem dotyku adresata.
3.Wilkowi – Nefryt: strzały różnego rodzaju, kolczugowe, liście, itd. Kute. Kraj pochodzenia: Wirginia, Keronia, kilka elfich.

1.Iskrze – Nefryt i Leylith: czarny płaszcz, miły w dotyku,  podbity ciepłym, miękkim futerkiem. Z kapturem, który można opuścić na twarz.
2.Dla Iskry od Isleen i Shela: srebrne kolczyki i kolia z rubinami – powinny ładnie kontrastować z Twoimi włosami.

1.Dla Charlotte od Nefryt: zestaw odczynników alchemicznych. Mam nadzieję, że niczego nie pomyliłam. PS. I że nie wysadzisz się w powietrze.
2.Od Isleen dla Charlotte Vetinari: ciasteczka! Lukrowane!
3.W dniu urodzin, dla Lisicy od Shela: bursztynowa zawieszka w kształcie lisa, z ukrytą wewnątrz buteleczką – na dowolny eliksir.

Gdy się grupa zbierze,
By życzenia układać,
Szum tworzy się w eterze,
Nikt nie wie, jakie treści słać.
Padło na mnie, że mam składać,
Pustka we łbie, nie wiem jakie
Hasła by się mogły nadać.
Niech więc będą słowa takie:
Niech wszystko, co komuś dasz,
Do ciebie dobrem wróci,
Dobrze czuj się w śród nas,
Niech cię nic nie smuci,
Zdrowa bądź,
Nie zapominaj marzeń,
Czasem spokojnie siądź,
Obserwując bieg zdarzeń.
Niech to wszystko, co pisałaś,
O czym myślałaś, co tworzyłaś,
W czym udział z nami brałaś,
Niech będzie śladem, że coś z siebie dałaś.
Pamiątką nie tyle,
Ile przyszłej weny
Rosnącym motylem.
                                    Nefryt i Isleen

9 komentarzy:

Iskra pisze...

Dziękuję Wam wszystkim zażyczenia - miły akcent urodzinowy jak zawsze zachowany, nawet po wejściu do internetu. Prezenty schomikowane, broszki zawieszone, a książki przeczytane. Wybaczcie, że daje odzew dopiero teraz ale wcześniej nie potrafiłam sie do tego zabrać, bo jak już siadałam to ktoś albo chciał coś wypić, albo pogadać, albo jeszcze coś. Tak czy inaczej, jeszcze raz dziękuję i obiecuje przeczytać notkę na dniach żeby wypowiedzieć się też odnośnie fabuły! :3

Szept pisze...

W imieniu wszystkich - proszę bardzo. Nawiasem, mówiłam, że ode mnie będzie x3 :P
Czytać, czytać, bo jak dla mnie - nieskromnie - mistrzowska jest. Biorąc pod uwagę całość notek, ale nie cykli, chyba najlepsza, w każdym razie z tych moich.
No i jest twój ukochany czarny charakterek w osobie Darmara.

Silva pisze...

To teraz pourodinowo upijemy Iskrę! - to proponuje najemnik xD

Olżunia pisze...

Podoba mi się ta literówka. Jakby Dar już trochę wypił. xD

Przeczytawszy i usiadłszy do komentowania. Kom niestety nie będzie zbyt konkretny, bo piszę go po przeczytaniu, a nie w trakcie - notka umilała mi podróż pociągami i tramwajami, to się pisać nie chciało.
O, widzę, że Darmar ma więcej fanek. xD *ustawia się w kolejce* I Gormę z jej odzywkami też wielbię. Nawiasem: kocham to imię. I Emisa, Emis jak zwykle cudny. Każda rzecz, którą robi, jest w stu procentach emisowa. I scenę z Silvą i Dravem kocham. ("Pchły doprawdy musiały ci wygryźć mózg." Kwiczę.) W końcówce, podczas rozmowy najemnika z Darmarem świetnie czuć atmosferę. Poskładane jest to tak, że zapomina się o tym, że to składanka. Opisy są dość długie, ale wiecie, że je kocham i nic tylko czekam na kolejną notkę, bo kolejna notka to więcej opisów. :3

Redakcja odbita, teraz można odbijać gnoma Jędrzeja.

Silva pisze...

Dar nigdy nie przychodzi na czysto z gorzałką; on najpierw sprawdza, czy gorzałka jest godna podniebienia innych, w tym wypadku Iskry. I była :D
Też lubię Gormę, w przeciwieństwie do Rylda, ona myśli praktycznie; co prawda bawi się ludzkimi duszami, ale działa, a nie siedzi i obmyśla dalekosiężne plany.
Emis-sremis - tu się uaktywniła zazdrość Dara xD
Też jestem fanką Darmara! Też z innego powodu, Szeptucha wie jakiego *konspiracja*
Wróżka Pierdziusza wzięła sprawy w swoje ręce - teraz mamy wróżkę Pierdziuszkę wybawicielkę.

Szept pisze...

Darrusowa, Szeptucha chyba nie wie, jakiego, ale jest fanką Darmara i uwielbia pana mrocznego. Inna sprawa, że pan mroczny to klasyk i mega powtarzalny motyw w literaturze, ale co zrobić. Chciałam to mam. I by być szczerą, nie jest to do końca mój twór, bo inspirowany postacią Raistlina, którego pokochałam.
Hmm... był magiem. A to wszystko wyjaśnia w kwestii mojego kocham.
Aedówko, rozwiniesz stwierdzenie takie emisowe? Bo mnie zaintrygowało. Bo zawsze mi się wydawał takim pobocznym, przybocznym, ale mniej ciekawym. Ale to takie autorskie gdybanie.
Chlip... nikt nie chwali mojej ulubionej postaci.
A ja jeszcze sobie o nekromantach nie wyrobiłam zdania. Poczekam. Chociaż, jedna myśl się nasuwa, ale to Darrusowa wie, jaka *konspiracja*.

Olżunia pisze...

"Taki emisowy" - wiadomo, jak się zachowa. Nie że postać jest przewidywalna, absolutnie nie o to chodzi. Tylko taki z niego sztywniak, odtąd dotąd, to wolno, tego nie wolno, to nie przystoi, tak być nie powinno. Mam wrażenie, że jak sytuacja, w której się znalazł, wpisuje się w znany mu schemat, doskonale wie, jak się zachować, natomiast jeśli poza ten schemat wykracza, brakuje mu wiary w intuicję i nie wie, co ze sobą zrobić. Taki Darmar w środku nocy w ich pokoju na przykład. Wymachiwanie potężnemu magowi nożem przed nosem nie jest rozsądne i sprawdziłoby się co najwyżej w przypadku zapijaczonego powsinogi. Krótko mówiąc Emis jest taki, że Darowi działa na nerwy tak bardzo, jak to tylko możliwe. xD

Silva pisze...

"Krótko mówiąc Emis jest taki, że Darowi działa na nerwy tak bardzo, jak to tylko możliwe. xD" kocham i wielbię i lepiej bym tego nie określiła. Dla mnie Emis to też taki... pan prawny i porządny, co to za przeklinanie przy królowej zabija. Zdecydowanie nie towarzystwo dla Dara. Chociaż najemnik miał olej w głowie i nie podskakiwał Darmarowi AŻ tak xD
Ej, Szeptucho - jaka myśl? Chcę wiedzieć, czy to to, o czym myślę.

Szept pisze...

Myśl... niech pomyślę. Dar ma kłopoty... czyżby nekromancja? :P
I tak, Emis właśnie miał być takim panem porządnym, panem obowiązkowym i panem prawym. Co nie zmienia faktu, że go takim lubię. Prawdę mówiąc, taka już jestem, nieco dziwna.

Prawa autorskie

© Zastrzegamy sobie prawa autorskie do umieszczanych na blogu tekstów, wymyślonego na jego potrzeby świata oraz postaci.
Nie rościmy sobie natomiast praw autorskich do tych artów, które nie są naszego autorstwa.

Szukaj




˅ ^
+ postacie
Rinne Lasair