Przewodnik

Linki-obrazki

Misje
I. Więzi przyjaźni
Spotykasz po latach kogoś, kto dawniej był ci bliski. Wplątuje cię on w jakąś historię, która nie dość, że z czasem się komplikuje, to w dodatku budzi w tobie wątpliwości co do intencji przyjaciela.

II. Linia frontu
Kerończy natarli na Prowincję Demarską. Oblegany jest sam Demar. Jedni ludzie stają do walki, inni uciekają ze spalonej ziemi. Napastnicy, obrońcy i cywile. Po której stronie staniesz?

Opcjonalnie: Udział w buncie niewolników w Wirginii bądź inne miejsca walk.

III. Rekonwalescencja
W nie najlepszej kondycji trafiasz do wioski lub klasztoru. Wydaje ci się, że trafiłeś w dobre ręce i że wkrótce będziesz mógł opuścić to miejsce. Okazuje się jednak, że z pozoru życzliwi i uprzejmi ludzie skrywają przed tobą jakąś tajemnicę.

IV. Zabij bestię
Coś napada, nęka mieszkańców. Zawierasz umowę z wójtem - dostarczysz głowę bestii za określoną cenę. Okazuje się jednak, że stworzenie nie działa bez powodu - jest w jakiś sposób prowokowane przez mieszkańców.

Opcjonalnie: Bestia jest wrażliwa na hałas z karczmy albo ludzie naruszyli w jakiś sposób jej rewir (weszli na jej teren, zajęli leże ze względu na drogie surowce itp.)

V. Nielegalne walki
Dochodzą cię słuchy o nielegalnych walkach prowadzonych w okolicy. Położysz im kres czy może postanowisz wziąć w nich udział dla własnego zysku? Pieniądze nie leżą na ulicy.

VI. Zlecone zabójstwo
Dochodzi do zamachu, w wyniku którego ginie ktoś ważny. Podejmujesz się odnalezienia zabójcy – albo jego zleceniodawcy. Od ciebie zależy, czy dojdzie do aresztowania winnych, czy pomożesz im uniknąć kary.

VII. Egzekucja
W mieście lub wiosce szykuje się egzekucja. Znasz sprawcę albo sam doprowadziłeś do jego schwytania. Realizacja wyroku coraz bliżej.

Opcjonalnie: Z czasem nabierasz wątpliwości, czy skazaniec faktycznie jest winny i chcesz go uwolnić lub dochodzą cię pogłoski, że ktoś może chcieć uwolnić kryminalistę.

zamknij
Spis kodów
Spis opowiadań
Baśń o wolności: Preludium (autor: Nefryt) Gdy demon odzyskuje człowieczeństwo, przypomina sobie jak być człowiekiem.(autor: Zombbiszon) Nikt nie zna prawdziwego bólu do czasu aż nie straci kogoś bliskiego sercu. (autor: Zombbiszon) Wendigo i Driada (autor: Zombbiszon) Domek, zupa, sukkub i historia (autor: Zombbiszon) Sen i niespodzianki (autor: Zombbiszon) Boląca strata i niepokojący gość! (autor: Zombbiszon) Cienie i nowy przyjaciel (autor: Zombbiszon) Kruki (autor: Zombbiszon) Cienie i Starsze Dusze (autor: Zombbiszon) Zło Kor'hu Dull (autor: Zombbiszon) Złodziej Twarzy i Koszmar (autor: Zombbiszon) Królewiec (autor: Zombbiszon) Przed świtem (autor: Nefryt) Król Żebraków i nowe drzwi (autor: Zombbiszon) Akceptacja (autor: Zombbiszon) Nostalgia (autor: Nefryt) Nowa droga i niespodziewane wyznanie? (autor: Zombbiszon) Biały i zielony daje czerwony! (autor: Zombbiszon) Nowe wyzwania w nowym życiu (autor: Zombbiszon) Krąg tajemnic (autor: Zombbiszon) Jack (autor: Zombbiszon) Czasami to mrok daje najwięcej światła (autor: Zombbiszon) Trzy sceny o szpiegowaniu (autor: Nefryt) Morze bólu. Promyk nadziei ... (autor: Zombbiszon) Sól (autor: Olżunia) Dyjanna Muirne: Miecz może być dowodem wszystkiego (autor: Zorana) Uszatek i Kwiatek na tropie przygody: Przypadłość parszywej gospody (autor: Paeonia i Szept) Gdy gasną świece (autor: Zombbiszon) ... Najjaśniej płoną gwiazdy nadziei. (autor: Zombbiszon) Elias cz. 1 (autor: Zombbiszon) Elias cz. 2 (autor: Zombbiszon) Historia (autor: Zombbiszon)
zamknij

Chat



Nowe Dhar, Równina Przeoczenia
 Młody chłopak szedł przed siebie. Jego równy oddech przemieniał się w obłoczek pary, a buty skrzypiały na lekkim mrozie, jaki ściął świeży śnieg. Wiatr ustał, tylko czasem zahukała sowa. Granatowe niebo pełne było gwiazd, a księżyc schował się za chmurami. Dookoła rozciągały się pola uprawne, leżące odłogiem, czekające na pierwszy zasiew. Z lewej, jeśli się skupić, szumiały wody zatoki, a na wprost lśniły jasne punkciki w oknach mieszkańców Nowego Dhar.
 Oluf, siedemnastoletni syn garncarza, zaczął gwizdać wesoło. Z uśmiechem na twarzy, rumieńcami i zmarzniętym nosem, otulił się szczelniej wytartym płaszczem, który najlepszy czas miał już dawno za sobą i wcisnął ręce do kieszeni. Nie śpieszyło mu się do domu, w myślach nadal rozpamiętywał spotkanie ze słodką i uroczą Line; pachniał sianem z rozklekotanej przybudówki i ziołami, w którym dziewczyna myła włosy, wciąż czując ciepło jej dłoni. Miał dobry humor. Ich schadzki były tajemnicą, ani ojciec Olufa, ani ojczym Line nie wiedzieli, że ich dzieci się spotykają. Wymykali się co trzecią noc, czasami częściej, bywało, że i rzadziej, a dreszczyk łamania zakazów sprawiał, że podobało się im to jeszcze bardziej.
 Chłopak zatrzymał się, spoglądając w stronę zatoki; gdzieś tam, pośród mroków nocy, stały domki rybackie. Line powinna już dotrzeć do chatki, miała krótszą drogę do przejścia. Właśnie dlatego wybrali starą przybudówkę; by dziewczyna mogła szybko wrócić i wślizgnąć się do łóżka, nim ojczym wróci z nocnego połowu jeżowców. Z kolei garncarz miał gdzieś poczynania syna, o ile nie zrobi jakiejś dziewczynie dzieciaka.
 Skrzypnął śnieg. Trzasnęła gałązka. Oluf odwrócił się w prawo, w stronę gdzie usłyszał dziwne dźwięki. W kierunku starego cmentarza, gdzie mieszkańcy wioski chowali swoich zmarłych, a przed nimi inni; były tam zapomniane mogiły, zapadnięte kamienie z wyrytymi symbolami, których nie rozumieli. Dziwne miejsce, ale łatwiej było wykorzystać to, co zostawili przodkowie niż zaczynać od nowa.
 Znów trzasnęło i Oluf zrozumiał, że to wcale nie gałązka, nawet nie śnieg. To pękał cienki lód na jeziorkach, z których czerpali wodę do nawadniania pól. Musiał załamać się pod czymś ciężkim. Zwierzę? Nie słyszał ludzkiego krzyku. Nie miał latarni ani pochodni, by pójść sprawdzić. Drogę wskazywały mu światła wioskowych okien; widział już zarysy budynków i wzruszając ramionami, ruszył przed siebie, myśląc tylko o ciepłej kolacji i kuflu podkradzionego ojcu piwa.
 Wchodząc pomiędzy pierwsze domy, po prawej mając chatkę kowala, a po lewej miejscowego handlarza, Oluf zatrzymał się nagle. Coś mu nie pasowało w widoku spokojnej, częściowo uśpionej wioski. Coś było nie tak, ale nie potrafił stwierdzić co. W oknach paliło się światło, na centralnym placu kręcili się jacyś ludzie, ktoś krzyczał na żonę, płakało dziecko, czyli całkiem zwyczajne odgłosy późnego wieczora w Nowym Dhar.
 Robiąc kilka kroków w przód, chłopak znów stanął. Zrozumienie przyszło nagle. Dolne i górne okiennice w domach były zatrzaśnięte, światło wydobywało się tylko z okrągłych świetlików na poddaszach. Podniesione głosy, które słyszał, były nerwowe, przepełnione strachem; dziecięcy szloch łapał za serce. I szczekające psy, rolnicy nigdy nie pozwalali im tak ujadać po zmroku. Było nerwowo, czuł to, chociaż nie umiał powiedzieć dlaczego nagle strach złapał jego serce w żelaznym uścisku, a na karku stanęły mu włosy i czemu miał gęsią skórkę na rękach.
 Coś złapało go za nogę. Oluf wrzasnął, zrywając się do biegu, ale uścisk był zbyt mocny i nie chciał puścić. Krzycząc szarpał się i wierzgał, przewracając na plecy; kopiąc na oślep trafił butem w coś twardego. Usłyszał jęk i trzask, a chwyt, który go krępował zelżał. Chłopak w jednej chwili poderwał się i zaczął biec, ale… coś wciąż trzymało się jego nogi. Zwolnił i w blasku wiszącej pod dachem latarni, spojrzał w dół.
 Sine, blade i przeraźliwe chude palce zaciskały się na kostce; paznokcie odeszły od ciała, gdzieniegdzie mięso zostało wyrwane odsłaniając kości i poszarpaną tkankę. Skóra popękała, ciągnąc się aż do miejsca, w którym powinien być łokieć. Tylko, że go nie było; spod resztek ścięgien wystawały dwie kości, a reszta… Kiedy Oluf podniósł głowę zobaczył, jak reszta ciała pokracznie czołga się w jego stronę. Trup nie miał głowy, pomiędzy zgniłymi, rozdartymi resztkami tkaniny, która kiedyś musiała być koszulą, widział wystający kręgosłup. Była też druga ręka, którą nieboszczyk się podciągał, by przeć na przód. Wyglądał, jakby nie miał nóg.
 Szuranie po prawej zwróciło uwagę chłopaka. Na centralnym placu wioski wcale nie kręcili się mieszkańcy. Powoli, niezdarnie, powłócząc nogami poruszały się po nim ożywione trupy; jedne kręciły się w kółko, inne potykały i wstawały co chwilę. Widział tam wuja Konela, którego pochowali z ojcem przed trzema tygodniami. Widział wdowę po handlarzu, starą i złośliwą Olsę. Było też kilku innych mieszkańców wioski, których kojarzył, ale nie pamiętał ich imienia. Wszyscy powinni być martwi, pochowani w mogiłach na starym cmentarzu.
 Uderzenie w plecy powaliło Olufa na ziemię. Pomiędzy żywe trupy wkradły się szybsze, zwinniejsze sylwetki. W blasku pochodni mignęły blade, białe kości obleczone resztkami tkanin, strzępkami materiałów. Szkielety tych, których pochowano lata temu. Nad chłopakiem pochylał się jeden z nich, a on czuł, jak po karku spływa mu krew, a w głowie kręci się od uderzenia. Chciał krzyczeć, ale strach ścisnął mu gardło, odbierając mowę i paraliżując mięśnie. Czuł chłód śniegu na skórze, mokry materiał spodni i strach.
 Nagłe wycie przerwało otępienie Olufa. Pomiędzy trupami powołanymi z grobów i szkieletami, którym przerwano wieczny sen, poruszały się ghule; pokraczne stworzenia, powykrzywiane ludzkie sylwetki, przypominające bardziej zwierzęta. Były szybsze, jakby bardziej rozumne i nie kręciły się w kółko jak inni nieumarli; śladowa inteligencja i świadomość w ich oczach budziły niepokój.
  Oluf nie tracił czasu; w jednej chwili zerwał się z miejsca, odskakując od szkieletu i skręcił za róg, byle dalej od nieumarłych powołanych do życia.

Kilka dni później - okolice Nowego Dhar, cmentarz
  Przywiązała konia do drzewa, rozglądając się po otoczeniu. Las był dziwnie spokojny i nieruchomy. Nie chciała dopuścić do siebie porównania, że… martwy. Nie zawiał wiatr, nie poruszył się ani jeden liść, nigdzie nic nie stąpało, nie trzeszczało, nie wydawało dziwnych, leśnych odgłosów.
  Nic. Kompletna cisza. Tylko mgła zdawała się wić i gęstnieć między pniami drzew jak smutny, rozszarpany szal, a w szczelinach koron można było dojrzeć ponure skrawki nieba, okryte równie ponuro szarym płaszczem z chmur.
  Narzuciła na konia derkę i poklepała go uspakajająco po grzbiecie. Ogier od jakiegoś czasu niespokojnie przestępował z kopyta na kopyto.
   — No już dobrze, szkapo. Niedługo wrócę — rzekła i pociągając nieelegancko nosem, ruszyła przed siebie, by po chwili usłyszeć za plecami karcące rżenie.
  Przewróciła oczami, oglądając się z powrotem na zwierzę.
  — No co? — Rozłożyła pytająco ramiona, jakby śniady ogier miał jej odpowiedzieć. — To nie próba samobójcza, jasne? W gruncie rzeczy tu jest nawet miło. — Omiotła spojrzeniem las i jeszcze raz konia. — W takiej ciszy można sobie uciąć porządną drzemkę. Tobie by się z przydała. — Pomachała na niego palcem z głupim uśmiechem. — Nie wyjadę stąd bez tego po co tu przyjechałam i dobrze o tym wiesz, szkapo, a ty poczekasz tu na mnie, jak przystało na grzecznie wychowanego konia — dodała buńczucznie, by na dowód swojej stanowczości ostro odwrócić się na pięcie, aż poszycie leśne zaszurało jej pod podeszwą. 
  Koń jeszcze raz zarżał, zarzucając łbem, ale Rysa szła już dziarsko przed siebie, mając poczucie złudnego bezpieczeństwa, wynikającego z posiadania miecza w pokrowcu oraz zestawu jeszcze kilku noży, poupychanych to tu i tam, ale tak, by w razie czego, błyskawicznie po nie sięgnąć.
  Już dawno nie miała tak odprężającej misji, bo – nazwijcie ją głupcem – przez ostatnie tygodnie wynudziła się jak zdechlak, wykonując rutynowe zadania przeciętnego delvivera. A przecież stać ją było na więcej i szybko zrozumiała, że jest uzależniona od adrenaliny.
  Była więc zadowolona z perspektywy rychłego kontaktu z niebezpieczeństwem, choć w tym przypadku adekwatniejszym określeniem byłoby spotkanie ze śmiercią.
  Już po chwili grunt zaczął piąć się nieco w górę i po kilku minutowym marszu Rysę złapała lekka zadyszka, a z ust buchały kłęby białej pary, ale nie było nic przyjemniejszego od uczucia posiadania mięśni w ciele, które dawały znać o wysiłku.
  W lesie elfka czuła się znakomicie. Zapach drzew i wilgotne powietrze pobudzały jej zmysły. Nie szkodzi, że tym razem las postanowił zamknąć swoje usta, nie odzywając się nawet jednym dźwiękiem. Las to las, a jak wszystkie krętouszce, Sorcha odzyskiwała radość w kontakcie z naturą, a szczególnie z drzewami.
  Szybko jednak zweryfikowała swoją euforię, gdy wychodząc z lasu znalazła się na szczycie wzgórza, ozdobionego zatrważającymi murami cmentarzyska w Nowym Dharl.
  — Jasny gwint! — wyrwało się nieświadomie z ust dziewczyny, gdy nerwowym wzrokiem przebiegła po kruszącym się kamieniu murów, by dojść wzrokiem do bramy z kutego żelaza o ostrych szpikulcach na szczycie.
  Nikt by nie powiedział, że coś tu się nie zgadza. Próżno przecież oczekiwać, by cmentarze wyzwalały w kimkolwiek pozytywne odczucia, ale z bramy ściekały właśnie stróżki intensywnej, czerwonej krwi.
Początkowo Sorcha nie umiała znaleźć przyczyny jej istnienia, lecz gdy tylko ostrożnie i bezszelestnie zbliżyła się do wejścia cmentarzyska, dostrzegła kilka zabitych i wybebeszonych kruków, leżących odłogiem wśród wyblakłej trawy.
  Ktoś musiał je zabić w celu pożywienia, gdyż wyglądały na niedbale rzucone, ale pojedyncze punkciki krwawych kropel znaczyły drogę od ich zwłok aż do bramy. Wyglądało na to, że krew ściekała później z palców tego, kto się nimi pożywił i tymi samymi rękoma musiał dotknąć również bramy.
  Sorcha nie znajdowała lepszego wytłumaczenia, a ponieważ krew była świeża, ten ktoś oddalił się stąd niedawno.
  — Myślałam, do diaska, że tu będą duchy, a nie jakieś upiory — mruknęła pod nosem, uważnie omijając zwłoki ptaszysk, których małe, paciorkowe oczy, wciąż otwarte, zdawały się odprowadzać ją oskarżycielskim wzrokiem.
  Kiedy znalazła się za bramą cmentarza, spłynął na nią otępiający szok. Uniosła brwi, lustrując otaczające ją nagrobki, a raczej to, co z nich zostało. Gdzie nie posłała spojrzenia, tam mogła przekonać się, że niemal wszystkie groby zostały rozkopane.
  Albo trupy postanowiły masowo wydostać się z pod ziemi, albo cmentarz wypatroszył jakiś chory kolekcjoner umarlaków, który lubuje się w stawianiu gnijących zwłok za gablotką.
  A jeśli przyjście tutaj było błędem? Może wcale nie należało szukać tego tutaj?, pomyślała Sorcha z nagłym sceptycyzmem.

Nowe Dhar, kilka dni później
  — Dajemy dwa mieszki srebrnych monet i kilka złociaków. — Wójt Hakan, mężczyzna w kwiecie wieku, od dobrej chwili próbował przekonać Brzeszczota, by ten im pomógł. Oferował mu jedzenie, piwo i gorzałkę, żeby umilić mu czas w jego domu, gdzie zebrała się część mieszkańców.
  Za oknami chodzili ożywieni umarli.
  Dar przybył do Nowego Dhar, aby uzupełnić zapasy przed dalszą drogą. Wyruszył z Sowiego Lasu, gdzie miał kilka spraw do załatwienia, a potem planował udać się do Królewca, aby tam spędzić kilka dni. W Nowym Dhar chciał kupić jedzenie i konia, ale nic nie wyszło z jego planów. Wioska była pełna trupów.
  — Jak najemnikowi dajemy ci zlecenie. Widzisz, co się tu dzieje. To cholerstwo lezie z cmentarza.
  Wójt gadał tak od dobrych kilkunastu minut, jak tylko się dowiedział, że podróżny to najemny miecz.
 — Słuchaj Hakan. Rozejrzę się, ale nic więcej ci nie obiecuję.
 — Jesteś najemnikiem, a my mamy pieniądze, wszyscy dali, co mogli. Czego jeszcze chcesz? Kobiety? Ziemi? — Świat Hakana kręcił się wokół jednego; pieniądze kupią wszystko i załatwią wszystko, otwierając nowe drogi i rozwiązania. Teraz był zdziwiony, że brzęcząca sakiewka nie jest w stanie pomóc w rozmowie z najemnikiem.
 — Nic nie rozumiesz, człowieku — Brzeszczot westchnął pocierając skronie; coraz bardziej się denerwował — Tu jest potrzebny cholerny mag. To nie duchy, to ożywione trupy, które coś powołało z ziemi. Nie śmierdzi wam tu czarami? Bo mi aż na kilometr.
 — Jesteś najemnikiem, nie mógłbyś…
 — Czy ty mnie słuchasz? - Dar cmoknął — Odetnę trupowi głowę, a to polezie dalej. Trzeba wykończyć to, co je kontroluje.
 — Więc zabij to. Zapłacimy ci! Wiosną, kiedy ruszymy na młode walenie...
 — Ja pierdolę… Jeden najemnik przeciwko czemuś magicznemu? Czy ty siebie słyszysz, Hakan? Zanim dotrę na cmentarz, stanę się jednym z nich. Co ma miecz do magii?
 — Nasz czarownik nie jest specjalnie bystry i niebezpieczny. Nie sprowadziłby burzy czy piorunów.
 — Wybacz stary, ale wioskowy czarownik to bardziej kuglarz. Widziałem jak przegania trupy ziołową wodą. Spotkałeś kiedykolwiek prawdziwych użytkowników many, którzy kształtują świat za pomocą słów?
 Hakan nie odpowiedział. Nie widział. W Nowym Dhar, małej wiosce na wschodzie kraju, niewiele mieli przyjezdnych. Wszystko w wielkim świecie, do którego nie należeli, budziło ich zdziwienie i strach. Wielcy magowie, królowie i różne rasy? Dla nich to były opowieści innych ludzi.
 — Właśnie. Hakan, ja się nie migam, jestem cholernie uczciwy, a mógłbym wziąć wasze monety i zniknąć i tyle byście mnie widzieli. - wójt wyglądał na zdziwionego, a Dar westchnął - Dobrze wiem, że mag nie jest przeciwnikiem dla mnie, po co miałbym ryzykować, jak dalibyście mi część nagrody?
 — Jesteśmy zdesperowani. Ludzie nie wychodzą z domów. Dzieciaka Roma zabrali. Musimy coś zrobić.
 — Pójdę, zobaczę jak to wygląda. Znam jednego, piekielnie dobrego maga, który pomoże, jeśli będzie trzeba.
 — A jak nie wrócisz?
 — Wtedy poślijcie do Królewca, do krasnoluda Lofara i powiedzcie, że potrzebujecie Szept, że ja was posłałem do niej. Nie odmówią wam.
 — I ona, ten mag, tak po prostu pomoże?
 — Jak jej powiedzieć, że Brzeszczot polazł sprawdzić magię, to powinna.
 — Niech ci będzie.
  Starszy mężczyzna, od początku ich rozmowy stojący przy małym świetliku, podszedł do najemnika; był zdenerwowany, blady, a oczy miał tak podkrążone i przekrwione, jakby nie spał od kilku dni. — Brzeszczot, tak? — Kiedy najemnik skinął głową, garncarz położył dłoń na jego ramieniu, pochylając się ku niemu; był odrobinę niższy, musiał więc podnieść głowę, by spojrzeć mu w oczy. — Tam jest mój syn. Oluf. Musisz mu pomóc. Musisz.
 Twardy uścisk palców na ramieniu jeszcze się wzmocnił. Dar czuł jak mężczyzna dygocze i chociaż twarz miał po męsku spokojną, wewnątrz musiała szaleć burza emocji. Mógł mówić co chciał, ale oczy go zdradzały. — Jeśli jest z nimi…
 — Musisz go uratować!
 Jak miał powiedzieć garncarzowi, że jego syn jest już stracony? Nawet jeśli ta klątwa, urok, magia, czy cokolwiek innego, co powołało do drugiego życia umarłych zostanie przerwane, chłopak nie wróci. Wójt pokazywał mu Olufa. Jasnowłosego chłopaka ze skręconym karkiem, któremu głowa opadła na bok. Śmierci nie można było odwrócić, nie w taki sposób, jakby chciał i chociaż wszyscy o tym wiedzieli, stary garncarz wciąż miał nadzieję. On naprawdę wierzył, że kiedy to wszystko się skończy, syn wróci do niego jak odczarowany. - Zobaczę, co da się zrobić - co miał mu powiedzieć, nie chciał dawać złudnej nadziei, ale nie umiał powiedzieć mu wprost, że dzieciak nie żyje i nic go nie wskrzesi, że jak to wszystko się skończy, będzie musiał go pochować. - Nic nie obiecuję, ale zobaczę.

Okolice Nowego Dhar, cmentarz
  Cmentarz wyglądał na bardziej opuszczony niż jakikolwiek z którym miała do czynienia w całym swoim życiu  i po raz pierwszy poczuła, że wśród kamiennych tablic nie spotkałaby ani jednego ducha, co przecież nie godziło się z miejscami takimi jak to, gdzie dusze powinny przede wszystkim przyprawiać nieproszonych gości o zawał.
  Przemieszczała się powoli między nagrobkami, wśród wstęg mgły i pojedynczych, karłowatych drzew, aż dotarła do kamiennej, smutnie wyglądającej figury Mora, który został uwieczniony, jako starzec o groteskowo pustej twarzy, mającej zarazem w sobie coś przenikliwego. Jakby posąg bóstwa miał wgląd do duszy elfki.
  — Nie patrz tak — rzekła ostrzegawczo, zdając sobie sprawę, że gadanie z koniem, a teraz z kamienną figurą nie jest czymś, co postronny obserwator uznałby za normalne. Nie zdziwiłaby się, gdyby teraz wyglądała jak jedna z upiorzyc z postradanymi zmysłami. — To nie ja wybebeszyłam ci cmentarz i zabrałam trupy na balangę. Gdziekolwiek teraz się bujają — rzekła z przekąsem, rozglądając się na boki. — W ogóle to fatalne z ciebie bóstwo — dodała, nie przejmując się ewentualną karą niebios. Sorcha nie orientowała się w imionach wszystkich bogów, a jeżeli coś nie miało imienia, nie było też straszne. — Gdzie byłeś, gdy dziesiątki duchów dało nogę z zaświatów?
  Ominęła figurę i ruszyła dalej, aż omal nie poślizgnęła się na wyrwie, jaka powstała z ziemi. Była ogromna, jakby ktoś utworzył w ziemi krater. Nie wyglądało na to, aby ten kto tu leżał mozolnie wygrzebywał się z pod gruntu jak pozostali. Nie, oczami wyobraźni Rysa zaczęła dostrzegać moc, która musiała zadziałać, aby powstało coś takiego.
  Wstrzymując oddech dojrzała wewnątrz wyrwy tablicę nagrobkową, która najpewniej wpadła do środka, gdy ziemia zaczęła się zapadać. Nawet gdyby chciała, nie odczytałaby nic z tego, co na niej wyryto. Znaki były dziwne. Poza tym… poza tym pod nagrobkiem leżał szkielet ze zmiażdżoną klatką piersiową. Jego żuchwa była groteskowo rozwarta, jakby nawet teraz, po śmierci szkielet był przerażony i zastygły w wiecznym krzyku.
  Skoro jednak szkielet wciąż znajdował się w środku, co tak naprawdę uwolniło się z grobu?
  Wtedy za jej plecami coś trzasnęło.
 — Właź na górę. No już, zanim cię zobaczą.
 Wysoko nad głową Sorchy, na grubej gałęzi starego dębu, w koronie drzewa, całkiem niewidoczny z dołu, siedział Brzeszczot; ubrany w strój podróżnika, swoje ulubione podkute buciory i kamizelkę, pomachał do niej, ponaglając ją. Włosy upięte miał w niezgrabny kok na czubku głowy tak, aby mu nie wpadały do oczu, a w wolnej dłoni trzymał małą lunetę.
Elfka dobyła noża, celując nim w nieznane widmo, nawołujące ją niespokojnym głosem. Tyle, że wokół nawet mucha się nie plątała, a co dopiero jakiś upiór, więc w końcu doszła do wniosku, że musi przeprosić się z myślą, jakby to potworne cmentarzysko było wolne od duchów, bo ewidentnie jakiś teraz zakłócał jej spokój.
 Gdzieś pośród drzew dookoła nich znów coś trzasnęło. Szuranie rozległo się bliżej i wyraźniej. Trzeszczały gniecione gałązki, szurały krzaki i udeptywany śnieg pod nierównym, wolnym marszem. Upiornej ciszy nie przerywały nawet odgłosy leśnej zwierzyny. Cmentarzysko znajdowało się pomiędzy Sowim Lasem, a wioską, ale rosło tutaj sporo drzew.
 — Rysa, no już!
Kiedy nawoływanie się powtórzyło się, dopiero wtedy zadarła głowę i wycelowała nożem w siedzącego na drzewie Brzeszczota. Jeszcze na dobre nie opuściła ostrza, a już przewróciła oczami, wzdychając męczeńsko.
— Niech mnie piorun trzaśnie, to znowu ty! Czy bogowie chcą mi coś powiedzieć, bo póki co, nie bardzo rozumiem, czemu pałętasz mi się przed oczami — mruknęła, mając na myśli, że ostatnimi czasy jej losy bardzo łatwo przeplatały się z losami dawnego przyjaciela.
  — Właźże do góry! Nie słyszysz, że się zbliżają? - najemnik cmoknął, ale ból w skroniach na chwilę go ogłuszył; jego uszy wyłapywały zbyt dużo dźwięków, zbyt mocno chłonąc to, co działo się dookoła; tyle głosów chodzących trupów! Potrząsnął głową, by się z tego otrząsnąć. - Rysa!
Dopiero po chwili uzmysłowiła sobie, że siedzenie Brzeszczota na drzewie ma sens i najpewniej tkwi on w podejrzanych dźwiękach, rozlegających się na cmentarzu.
— Co do…? — Zmarszczyła brwi, kiedy nagle coś z impetem złapało ją za kostkę i runęła na ziemie.
   Najemnik zaklął. Te cholerstwa pojawiały się jak duchy, a mnogość dźwięków sprawiała, że ciężko było wychwycić ten właściwy, ten którego się szukało. To jak znalezienie tej jednej, konkretnej kijanki w stawie, który jest ich pełen.
 Ożywiony trup, przypominający wszystkie inne, trzymał elfkę za kostkę i ciągnął ku sobie. Musiał być dość świeży, ponieważ gnijącą twarz wciąż pokrywała skóra, postrzępiona w okolicach żuchwy, przez co umarlak raził w oczy zepsutymi zębami i odsłoniętą kością szczękową. Z każdym ruchem zwisający płat skóry dyndał, grożąc odpadnięciem w najmniej spodziewanej chwili.
 Dziwnie przechylona głowa świadczyła, że nieszczęśnikowi przyszło się rozstać ze światem w wyniku złamanego karku. Sorcha wrzasnęła i nie czekając na nic wbiła nóż w rękę napastnika, słysząc dźwięk pękającej kości. Smród był nie do zniesienia, a groteskowo spokojna twarz nieboszczyka wskazywała, że ten kompletnie nie odczuwał bólu. Mimo, że dłoń odparła od reszty, uścisk wcale nie zelżał, jakby miała wokół kostki oplecionego pająka.
 Skupiając się na dźwiękach, sprawdzając okolicę, czy żaden inny trup nie wlezie mu na plecy, Brzeszczot zeskoczył z drzewa; nie był aż tak wysoko, by się połamać, więc wylądował na lekko ugiętych nogach, szybko łapiąc równowagę. W jego ręku błysnął metal. Robiąc krok w stronę elfki, usłyszał za sobą stukot. Białe kości palców wyciągnęły się ku niemu, a on odtrącił je łokciem, uskakując na bok. Sorcha musiała poradzić sobie sama. Szkielet był szybszy i zwinniejszy niż obciążone gnijącymi mięśniami trupy; nie czekał i nie myślał, zaatakował od razu próbując trafić najemnika w twarz, byłby tam sięgnął gdyby Dar nie zasłonił się przedramionami; cios był zadziwiająco mocny jak na szkielet. Ale i mieszaniec nie próżnował: jego pięść uzbrojona w kastet, tym razem bez szpikulców, które były dobre do rozrywania i targania mięśni, uderzyła w czaszkę. Nieumarły zachwiał się, zaklekotał i… już atakował. Kości nie mogły czuć bólu; trzymały je czary, magia, która je napędzała. Człowiek jak walnie się w piszczel, chce się zes… popłakać z bólu, ale czy trup odbierał ból? Uh. Będzie musiał je albo rozdzielić, albo obezwładnić tak, by mogli uciec. Uchylając się przed kolejnym ciosem, Dar odwrócił się i wymierzył kopniaka w kręgosłup; dlatego właśnie nosił podkute buty. Szkielet tracąc równowagę wyrżnął w kępę krzaków.
— Rysa, musimy uciekać!
— No ja wiem! Tylko, jakbym puściła się w niechciane tany z truposzem! — zawołała, wciąż walcząc z “Panem Szczęką”, jak to go sobie żartobliwie nazwała i rzuciwszy się na niego z wściekłym okrzykiem, złapała za czaszkę i z całej siły wyrwała z karku. Gnijące kości z łatwością dawały się łamać, a głowa umarlaka potoczyła się po ziemi jak piłka, wciąż kłapiąc zębami i wodząc spojrzeniem za winowajczynią. Zdezorientowane ciało wyciągnęło przed siebie bezradnie ręce, a raczej rękę i pozostałość drugiej po ostatnim ataku nożem. Z tętnicy polały się resztki, zaschniętej, czarnej krwi, lecz było jej - dzięki bogom - niewiele.
 — Nic z tego, Szczękusiu — warknęła Sorcha, gdy ciało próbowało sięgnąć po głowę. Elfka z uciechą kopnęła ją nieco dalej, aż wpadła do otworu jednego z grobów.
  Dopiero wtedy pobiegła za Brzeszczotem, doganiając go w pewnym momencie ze słowami:
   — Zmywamy się stąd!

 __________________________________________
Chociaż misja z Lutego nie mogłyśmy z Darrusową znaleźć dogodnego terminu na publikacje pierwszej części tak, aby nie kolidowała z innymi postami na blogu. Mam nadzieję, że nikt nam za to opóźnienie głowy nie urwie. ;) To pierwsza nasza notka i mam nadzieję, że duet naszych bohaterów choć trochę Wam się spodobał! Pozdrawiam wszystkich! Miłego dnia, kochani! :)

5 komentarzy:

Szept pisze...

[Zdecydowanie uwielbiam tytuł. Wiem, że jest z misji, ale też wiem, że 1 z was go nadała tej misji, pisząc ją. Więc co tu mówić, daje klimat i uwielbiam. I jak bardzo, bardzo pasuje. <3
I póki pamiętam, nazwy własne są cudowne. Ale to naprawdę C-U-D-O-W-N-E. A już Równina Przeoczenia... no, kurcze, niby zlepek słów, a brzmi genialnie.
Podoba mi się swoboda w notce. Postacie nie są obce. Niby zwykły chłopak, ale przedstawia nam się jego myśli, historię, sposób bycia. Przestaje być anonimowy. Do tego idealnie oddany. Taka sama z wójtem i garncarzem. I ten żal, desperacja ojca. No cudne. Prawdziwy smaczek, który mocno do mnie przemawia.
Darrusowa, kieszenie :P <3 Dobra, bijcie, kocham kieszenie znacznie bardziej niż sakwy i mieszki.
I te plastyczne, śliczne opisy.
I naprawdę podoba mi się budowanie napięcia. Zazdroszczę. Serio.
I rozmowa z koniem. Biedna szkapina chyba umrze ze strachu. Ogierek powinien pani ślicznie podziękować, jak wróci. Ząbkami.
No i ukochany motyw: nieumarli. Coś czuję, że Sorcha dostanie porządną dawkę adrenaliny.
Rozsądny Dar. Chłopiec nam dorasta. Piekielnie dobry mag to by przybył, a jakże. Skopać Darowi tyłek, że dał się zombiaczkom. Dobrze, że ów mag tego nie słyszy, co ktoś tu gada, że może nie wrócić... Oj, najemny miecz dostałby w skórę, jak nic.
Zawał i dusze i cmentarz :D Lepiej bym tego nie ujęła. <3
Dodać gadanie z posągiem. Sorcha rozkręca się. Ujmujący szczególik. Prawdę mówiąc, o zdziwienie, w tym duecie Dar zdaje się tym rozsądnie myślącym, a Sorcha tą idącą na żywioł i co będzie to będzie. Nie powiem, ciekawy duet się stworzył.
No naprawdę, jak ja bym chciała tak pisać.
I zabrałyście mi moją radochę. Nawet się przecinków nie mogę poczepiać. Zbytnio :D
Poza tym, rzecz jasna, czekam, bardzo czekam na ciąg dalszy. Ciekawa jestem, jak to rozwiążecie i jak pozbyć się nieumarłych bez maga.]

Sorcha pisze...

Szept: Dzięki śliczne za komentarz <3 Obawiam się, że przy Rysie to i pięciolatek będzie zmuszony wykazać się rozwagą, której ona nie ma. xD Sama wiesz, jak trudno temu uszastemu gamoniowi przetłumaczyć, że Szept jest królową. ^^

Szept pisze...

Sorcha przy Rysie to Dar dostanie ładną szkołę dojrzałości i rozwagi, aż miło patrzeć jak go edukujesz. Duet się dobrał jak nic.
Uszaty gamoń... kocham <3
I nie ma za co :D Komentować notkę pełną magii i takiego duetu sama przyjemność

Nefryt pisze...

Podoba mi się natrój pierwszych kilku akapitów - jak w dobrym thlirrerze. Niby nie dzieje się nic złego, a jednak napięcie narasta, narasta, i... ojej. Zombie. Nie lubię Zombie. Wiem, to dziwne, skoro prowadze nekromantę, ale... no, nie ważne.

"Oferował mu jedzenie, piwo i gorzałkę, żeby umilić mu czas w jego domu, gdzie zebrała się część mieszkańców.
Za oknami chodzili ożywieni umarli." - nie wiem czemu, ale mnie to bawi. Taka fajna groteska wyszła ;)

" — I ona, ten mag, tak po prostu pomoże?
— Jak jej powiedzieć, że Brzeszczot polazł sprawdzić magię, to powinna." - kocham. To jest takie... urocze. Przyjaźń tej dwójki.

Poza tym, Równina Przeoczenia też mi się podoba. Magiczno-mistyczna.

Olżunia pisze...

Czytane dwa razy, bo pierwszy raz był dawno. Fajny powrót.

Pierwsza myśl po przeczytaniu wstępu - to się musi źle skończyć. Potem zrobiło się sielsko i uwierzyłam, że tak będzie do końca sceny. Ale dzięki opisowi pierwszego truposzcza jakoś nie czuję się oszukana. <3
Serduszko za imiona mieszkańców osady: <3 Wpadające w ucho, fajne.
"[...] dziwnych, leśnych odgłosów." - jak mi to pasuje do tego, że Sorcha na co dzień pracuje w mieście. :D I teraz za każdym drzewem widzę nieumarłego. Superświetnie. Tym razem serduszko za metaforę opisującą mgłę. <3
"— Nic nie rozumiesz, człowieku. Tu jest potrzebny cholerny mag." Brzeszczot tak bardzo. <3
"— Jak jej powiedzieć, że Brzeszczot polazł sprawdzić magię, to powinna." Szept tak bardzo. <3 Chyba nie ma lepszego wabika na nią.
"Sorcha nie orientowała się w imionach wszystkich bogów, a jeżeli coś nie miało imienia, nie było też straszne." Kocham. :D
"Człowiek jak walnie się w piszczel, chce się zes… popłakać z bólu, ale czy trup odbierał ból? Uh." & "Tylko, jakbym puściła się w niechciane tany z truposzem!" Teraz to już płaczę. xD

"Oluf odwrócił się w prawo, w stronę gdzie usłyszał dziwne dźwięki." - wydaje mi się, że powinno być "z której".
"Tyle, że wokół nawet mucha się nie plątała, a co dopiero jakiś upiór, więc w końcu doszła do wniosku, że musi przeprosić się z myślą, jakby to potworne cmentarzysko było wolne od duchów, bo ewidentnie jakiś teraz zakłócał jej spokój." Tu się chyba wkradł błąd logiczny, bo skoro Rysa przeprasza się z myślą, to wcześniej musiała twierdzić inaczej, a teraz zmienić zdanie. *mistrz tłumaczenia* Chyba że źle przeczytałam, a się czepiam (zdarza mi się notorycznie). xD

I dopiszcie mnie do funclubu Równiny Przeoczenia, rozmowy z koniem i ożywionych umarłych chodzących za oknem, pls.

Między początkiem a końcem pisania komentarza ściągnęłam komputer z zaświatów, tudzież z Krainy Zepsutych Laptopów. Więc trochę cud i chwała bogom niejedynym, że się udało dokończyć szkic koma zamiast zaczynać od początku. xD

No i by formalności stało się za dość, strasznie jestem ciekawa, jak się sprawy potoczą (z naciskiem na "strasznie").

Prawa autorskie

© Zastrzegamy sobie prawa autorskie do umieszczanych na blogu tekstów, wymyślonego na jego potrzeby świata oraz postaci.
Nie rościmy sobie natomiast praw autorskich do tych artów, które nie są naszego autorstwa.

Szukaj




˅ ^
+ postacie
Rinne Lasair