Przewodnik

Linki-obrazki

Misje
I. Więzi przyjaźni
Spotykasz po latach kogoś, kto dawniej był ci bliski. Wplątuje cię on w jakąś historię, która nie dość, że z czasem się komplikuje, to w dodatku budzi w tobie wątpliwości co do intencji przyjaciela.

II. Linia frontu
Kerończy natarli na Prowincję Demarską. Oblegany jest sam Demar. Jedni ludzie stają do walki, inni uciekają ze spalonej ziemi. Napastnicy, obrońcy i cywile. Po której stronie staniesz?

Opcjonalnie: Udział w buncie niewolników w Wirginii bądź inne miejsca walk.

III. Rekonwalescencja
W nie najlepszej kondycji trafiasz do wioski lub klasztoru. Wydaje ci się, że trafiłeś w dobre ręce i że wkrótce będziesz mógł opuścić to miejsce. Okazuje się jednak, że z pozoru życzliwi i uprzejmi ludzie skrywają przed tobą jakąś tajemnicę.

IV. Zabij bestię
Coś napada, nęka mieszkańców. Zawierasz umowę z wójtem - dostarczysz głowę bestii za określoną cenę. Okazuje się jednak, że stworzenie nie działa bez powodu - jest w jakiś sposób prowokowane przez mieszkańców.

Opcjonalnie: Bestia jest wrażliwa na hałas z karczmy albo ludzie naruszyli w jakiś sposób jej rewir (weszli na jej teren, zajęli leże ze względu na drogie surowce itp.)

V. Nielegalne walki
Dochodzą cię słuchy o nielegalnych walkach prowadzonych w okolicy. Położysz im kres czy może postanowisz wziąć w nich udział dla własnego zysku? Pieniądze nie leżą na ulicy.

VI. Zlecone zabójstwo
Dochodzi do zamachu, w wyniku którego ginie ktoś ważny. Podejmujesz się odnalezienia zabójcy – albo jego zleceniodawcy. Od ciebie zależy, czy dojdzie do aresztowania winnych, czy pomożesz im uniknąć kary.

VII. Egzekucja
W mieście lub wiosce szykuje się egzekucja. Znasz sprawcę albo sam doprowadziłeś do jego schwytania. Realizacja wyroku coraz bliżej.

Opcjonalnie: Z czasem nabierasz wątpliwości, czy skazaniec faktycznie jest winny i chcesz go uwolnić lub dochodzą cię pogłoski, że ktoś może chcieć uwolnić kryminalistę.

zamknij
Dodaj do WTP Spis kodów
Spis opowiadań
Kiedyś przyjdzie mi za to wszystko zapłacić... Weselicho, czyli tańcz, jedz i chędoż za darmochę! Oszukać czas. Oszukać przeznaczenie. Oszukać... siebie. Baśń o wolności: Preludium Świątynia Ażubora (1) Wszystkiego krówkowego! (okolicznościowa, krótkie opowiadanie "Motyw przewodni - Prezent". Ta dam, pamiętaliśmy! I - Wezwanie pomocy: alchemio, przybywaj! Gdy demon odzyskuje człowieczeństwo, przypomina sobie jak być człowiekiem. Nikt nie zna prawdziwego bólu do czasu aż nie straci kogoś bliskiego sercu. Niedopowiedziane historie Wendigo i Driada Szczurzy dzień (autor: Szept, Silva) Domek, zupa, sukkub i historia (autor: Elias) Sen i niespodzianki (autor: Elias) Boląca strata i niepokojący gość! (autor: Elias) Cienie i nowy przyjaciel (autor: Elias) Kruki (autor: Elias) Cienie i Starsze Dusze (autor: Elias) Zawsze jest kolejna tajemnica (autor: Silva) Zło Kor'hu Dull (autor: Elias) Złodziej Twarzy i Koszmar (autor: Elias) Królewiec (autor: Elias) Przed świtem (autor: Nefryt) Król Żebraków i nowe drzwi (autor: Elias) Akceptacja (autor: Elias) Nostalgia (autor: Nefryt) Nowa droga i niespodziewane wyznanie? (autor: Elias) Biały i zielony daje czerwony! (autor: Elias) Nowe wyzwania w nowym życiu (autor: Elias) Krąg tajemnic (autor: Elias) Jack (autor: Elias) Czasami to mrok daje najwięcej światła (autor: Elias) Trzy sceny o szpiegowaniu (autor: Nefryt) Morze bólu. Promyk nadziei ... (autor: Elias) Nie ma sensu szukać guza. Chyba, że jest się najemnikiem (autor: Silva) Sól (autor: Aed) Dyjanna Muirne: Miecz może być dowodem wszystkiego (autor: Zorana) Opus Magnum I (autor: Iskra) Uszatek i Kwiatek na tropie przygody: Przypadłość parszywej gospody (autor: Paeonia i Szept) Gdy gasną świece (autor: Zombbiszon) ... Najjaśniej płoną gwiazdy nadziei. (autor: Zombbiszon) Elias cz. 1 (autor: Zombbiszon) Elias cz. 2 (autor: Zombbiszon) Historia (autor: Zombbiszon)
zamknij

Chat

Światło przygasa.
Tak wygląda śmierć czy narodziny? ╫ϞΛð'∩≈ι to przecież życie bez zmian, wieczność. ℓµ╪∆ϡ.
Budzę się!
Zjednoczony łańcuch jaźni nagle się rozrywa. Ꝼ∂Ɯœ° oddziela się od nieskończoności.
Dlaczego? Dziwna myśl, obca. Ð¥µ°Ŋℓ»πə czuje nagły lęk, że zaraz coś się wydarzy. Duchy są obojętne, nie zwracają na to uwagi. Że jakiś proces więcej się dokonywał... Jaki to niewielki udział w mnogości wydarzeń, rozciągniętych w setki lat!
Ƕҙ⊛ꝼ∂
. Przebudzenie... Czy może wyrwanie z błogiego snu...

Pęka kora, skrawki odrywają się i upadają na ściółkę. To nie jest już pień drzewa, ale sam jego zarys, pusta, jakby idealnie wydrążona tuba z kory. Przestały działać utrzymujące ją w całości siły i przedziwna beczka zostaje rozerwana od środka, słabe ścianki łamią się pod ciężarem bezwładnie upadającego na ziemię ciała.
W pierwszej chwili ciemną skórę dziewczyny otaczały jakby żywe żyłki, pulsujące miękkie włókna, które w piorunującym tempie uległy łańcuchowej reakcji zasuszenia, zapoczątkowanej przez pęknięcie niektórych z nich. Początkowo ciało wypuszczało kolejne, jakby chciało uzupełniać na bieżąco ich utratę, ale również i ten proces ustał. Po kilkunastu minutach pozostał tylko pylisty czarny granulat, jedynie z głowy dziewczyny, z miejsca, gdzie zaczynały się jej długie czarne włosy, sterczały suche gałęzie, połamane od upadku.
Ð¥µ°Ŋℓ»πə wzięła głęboki oddech. Miała wrażenie, że jej ciało wypełnia się ogniem, trwało to krótką chwilę, ale dość skutecznie zniechęciło ją do gwałtownego podniesienia się z ziemi.
Drzewna pomyślała, że jednocześnie pozbawiono ją wszystkich zmysłów, niepewnie zaczęła badać dłońmi obce ciało, kształtem przypominające te istoty, które czasem zapuszczały się w starą puszczę Larven albo formę jaką przyjmowały niektóre duchy.
Duchy! ⋈ꜷ'ꝋ°!
Dziewczyna gwałtownie się wyprostowała, po raz kolejny nabierając duży haust powietrza, tym razem bez towarzyszących temu nieprzyjemnych sensacji. Dlaczego wokół panowała taka pustka, jakby las w jednej chwili umarł?
Zajęło jej to dłuższą chwilę, zanim zorientowała się, że nie oślepła i ogłuchła całkowicie na przejawy wypełniającego przyrodę życia. Nadal czuła przepływ tej energii, chociaż miała wrażenie, że otacza ją gruby mur, przez który przenikało jedynie zniekształcone echo i pojedyncze przebłyski światła. Wyzwalając się z ⊒œŋʠҙ»ι Δ·ҩþīҺð, tego cudownego zespolenia w otchłani istnień, Ð¥µ°Ŋℓ»πə została okaleczona.
Powoli wstała, pawie nie odrywając nóg od ziemi przeszła kilka metrów, przesuwając bosymi stopami po ściółce. Sprawiło jej to przyjemność.
Przyjrzała się swoim nogom z ciekawością, ogarnęło ją dziwne uczucie, jakby nie po raz pierwszy spoglądała na siebie z tej perspektywy. Miała kiedyś podobne ciało? Kiedy? W ¥⌘ð⎬« √ꜿҦι, gdzie nie sięgała już jej pamięć? Czy to miało jakiekolwiek znaczenie? Potem było ╫ϞΛð'∩≈ι, było cudownie i mogło trwać na zawsze. Na ℓµ╪∆ϡ.
Nie zdawała sobie sprawy, że zaczęła chodzić w kółko, próbując przypomnieć sobie przyczyny, dla których zapragnęła zmienić ten cudowny stan. Zatrzymała się, kiedy nadepnęła na szyszkę. Zmarszczyła brwi, jej twarz przez chwilę jeszcze bardziej przypominała pyszczek kota, potem Ð¥µ°Ŋℓ»πə schyliła się i podniosła szyszkę. Gładziła jej fakturę, usiłując poczuć ją tak jak wcześniej mogła badać każdy skrawek lasu, przeniknąć jej wielowymiarową głębię, wczuć się w każdą cząstkę... Na ułamek sekundy zdołała to zrobić, ale nie utrzymała tego stanu zbyt długo. Nie potrzafiła jeszcze kontrolować tego ciała. Zniechęcona rzuciła szyszkę za siebie i ruszyła w przypadkowym kierunku.
Wokół nieustannie rozbrzmiewały odgłosy owadów i jęki wiatru w koronach wiekowych drzew, ale dźwięki straciły większość warstw znaczeń. Możliwe, że gdyby Drzewna bardziej się postarała...
Nie podjęła kolejnej próby, chociaż nie zakładała z góry, że poniesie porażkę. Istniała szansa, nawet całkiem spora, że chociaż częściowo zdoła odzyskać to, co w ╫ϞΛð'∩≈ι było naturalne.
Dziewczyna zrobiła krótki postój, nieruchomiejąc wśród kępy paproci. Przez chwilę miała ochotę oprzeć się o najbliższy pokryty popękaną korą pień, ale zmusiła się do zachowania wyprostowanej sylwetki. Nie chciała czuć się jeszcze bardziej kaleka. Odetchnęła kilka razy i znów podjęła wędrówkę.
Po jakimś czasie poczuła niejasny niepokój, a ponieważ uczucie to w takiej formie było jej obce, dopiero po dłuższej chwili zdołała je zidentyfikować. Czuła się obserwowana, jednocześnie nie mogła upewnić się, czy jedynie uległa złudzeniu, czy mimo wszystko ktoś lub coś znajdowało się w pobliżu.
Próbowała przekonać samą siebie, że duchy lasu są przecież cały czas obecne, ale uczucie nie stawało się przez to mniej irytujące. Tak chciałaby dosięgnąć świadomością tego domniemanego towarzysza wędrówki...
Zapach moczarów i kumkanie żab usłyszała jeszcze zanim dotarła do niskiego urwiska i jej oczom ukazał się zarośnięty zbiornik wodny, prawie całkowicie pokryty zielonym kożuchem rzęsy i glonów. Drzewa po jego przeciwległej stronie, w pewnej odległości od błotnistego brzegu były znacznie młodsze niż niknące gdzieś wysoko nad ziemią sosny i jodły, rosły też znacznie rzadziej niż w dalszej części tonącej w półmroku puszczy. Przy jednym z krańców z grubsza owalnego zbiornika widoczna była powierzchnia wody, połyskująca od promieni słońca, przebijających się przez ten prześwit w zwartym baldachimie ciemnych igieł. Ruch wody usunął warstwę glonów, brzeg tam był kamienisty, tworząc coś rodzaju naturalnej tamy, odgradzającej niewielkie jeziorko od kolejnego obniżenia terenu, tamę jednakże nie dość szczelną, aby nie powstał strumyk, ciągnący się gdzieś w głąb lasu.
Ð¥µ°Ŋℓ»πə zbiegła w dół, właściwie ześlizgnęła się z niskiego urwiska wraz z warstwą wilgotnej gleby. Stopy dziewczyny zapadły się w błoto z cichym mlaśnięciem, z miejsca, gdzie stanęła szybko umknęły pająki i większe owady o czarnych, członowanych ciałach, z których wyrastały niezliczone pary odnóży. Drzewna zignorowała je, nie wywoływały one w niej niepokoju ani odrazy. Z pewnością nie stanowiły zagrożenia. Po prostu istniały.
Powoli szła wzdłuż brzegu, z pewnym wysiłkiem wyrywając stopy z lepkiej mieszaniny błota i mułu, czasami natrafiając na suchy brzeg, częściej jednak zdarzało jej się wchodzić nieco w głąb zbiornika, gdzie woda sięgała jej do połowy łydek. Na króki moment dziewczynie wydało się, że chłód wody przeniknął w głąb jej ciała, znów poczuła jak jej energia życiowa stapia się z energią wody, mogła wczuć się w każde subtelne zawirowanie mętnych warstw, szybko jednak odczucie zniknęło. Ð¥µ°Ŋℓ»πə była już prawie pewna, że jeszcze wielokrotnie powróci. I chwała za to prastarym bogom natury.
Dziewczyna dotarła do naturalnej tamy z kamieni. Weszła na najwyższy punkt, tknięta przeczuciem spojrzała za siebie...
Pomiędzy drzewami zamajaczył świetlisty kształt. Coś jak sarna, jednak ciało zwierzęcia zdało się płonąć jaskrawo żółtym ogniem, zwierzę miało też długi gadzi ogon, którym szybko poruszało, sypiąc snopy iskier. Poruszało się szybko, wbiegło między drzewa i zniknęło z pola widzenia.
- Bądź pozdrowiony, ⋈ꜷ'ꝋ, mój bracie – wyszeptała dziewczyna, odwracając wzrok od punktu, w którym zniknął ogon stworzenia. Widok leśnego ducha nie uspokoił jej do końca, denerwujące uczucie nie ustąpiło po jego odejściu. Możliwe, że to było tylko oszołomienie...
Drzewna ruszyła w dół, wzdłuż strumyka. Nie miało dla niej znaczenia, dokąd ta struga wody ją zaprowadzi, istotna była dla niej sama obecność wody. Podejrzewała, że za jakiś czas będzie jej potrzebować.
Szła kilka godzin, teraz, kiedy oszołomienie ustępowało, Ð¥µ°Ŋℓ»πə nie czuła zmęczenia. Strumyk wił się pomiędzy łagodnymi pagórkami, poszerzył się nieco, woda nad pokrytym piaskiem i drobnymi kamykami dnie w większości miejsc sięgała jej do kolan. Idąc przez wodę, Drzewna wchłaniała ją przez skórę na nogach, czuła jednak znaczną różnicę w porównaniu z możliwościami, jakie dawały korzenie. Wcześniej wszystko działało tak dobrze...
Zniecierpliwiona pochyliła się i przesunęła dłońmi po dnie, wymacała w końcu kamień o dość ostrych krawędziach. Podniosła go, chwyciła mocno i zaciskając zęby, rozcięła jednym z ostrych brzegów skórę pod prawym kolanem, odsłaniając znajdującą się pod nią plątaninę włókien. Sycząc z bólu, poszerzyła ranę. Mogła rozróżnić grube szarozielone twory przypominające pnącza o gumowatej strukturze, cieńsze i twardsze ciemnoszare włókna występujące w mniejszym zagęszczeniu, półprzezroczystą sieć cienkościennych naczyń, wypełnionych pomarańczowym płynem, który natychmiast zaczął wyciekać po rozcięciu kilku z nich i pajęczynki różnej grubości żyłek, podobnych do unerwienia liści. Lekko zaskoczona obserwowała jak zniszczone tkanki zaczynają się regenerować, jedynie te zielonkawe liny o grubości nieco większej niż jej kciuk napęczniały i dwa zakończenia włókien wysunęły się przez uszkodzoną skórę na zewnątrz, jakby wabione obecnością wody.
Korzenie, zrozumiała nagle Ð¥µ°Ŋℓ»πə, czując jak jej ciało chciwie pochłania wodę, korzystając z tych wypustek. Ku lekkiemu zaskoczeniu zdała sobie sprawę, że ma wpływ na ruch włókien, chwilowo nieskoordynowany, ale może i to miało kiedyś się zmienić. Ҵҙ⌆ꜿ·æ. Kiedyś. Teraz, jak najbardziej próbując zwiększyć efektywność procesu, pochyliła się i nabrała wody w dłonie, które uniosła do ust. Skosztowała i mimowolnie się uśmiechnęła. Orzeźwiający smak wody znów obudził w niej jakieś mgliste skojarzenie, wspomnienie, którego nie potrafiła nigdzie umiejscowić ani do niczego dopasować. Jeszcze kilka razy pochylała się i piła, w końcu wyprostowała się i spojrzała na swoją nogę. Rana prawie całkiem się zamknęła, naturalnie poza szczeliną, z której wystawały długie na ponad stopę giętkie włókna. Dziewczyna spróbowała je cofnąć, poruszanie nimi było trudniejsze niż kontrolowanie tego ciała, ale ostatecznie jakoś udało jej się to zrobić. Rozcięcie w skórze na jej oczach zrosło się, nie pozostawiając śladu. Na wszelki wypadek Ð¥µ°Ŋℓ»πə przesunęła po skórze palcami, aby się upewnić, ale nie wyczuła żadnej zmiany.
Drzewna usiadła na dnie, rozprostowała nogi, powoli kładła się na kamieniach. Nie zdołała całkiem położyć się na dnie, woda uniosła ją i zdążyła przemieścić na niewielką odległość, zanim rozbawiona dziewczyna wstała. Odsunęła z twarzy mokre włosy, ze spokojem przyjęła do wiadomości istnienie wyrastających jej znad czoła suchych gałęzi, zdołała odłamać część cieńszych odgałęzień, które najbardziej jej przeszkadzały i tym razem nic nie poczuła. Zupełnie, jakby łamała martwy patyk, jeden z wielu zaścielających ziemię.
Z wysiłkiem przerwała badanie swojego nowego ciała, zmuszając się do dalszej wędrówki. Czuła, że powinna to zrobić, chwilowo nie zastanawiała się nad tym, co kazało jej podążać wzdłuż strumienia ku nieznanemu celowi.

***

Kiedy pierwsze promienie słońca przebiły się przez chmury, Ð¥µ°Ŋℓ»πə zdała sobie sprawę, że światło jest znacznie jaśniejsze niż przez większość poprzedniego dnia, chociaż słońce było jeszcze nisko na niebie.
Wyczołgała się z nory między poskręcanymi korzeniami starej sosny, w której zatrzymała się dla odpoczynku, chyba po raz szósty tej nocy i gdzie spędziła nieokreślony czas w dziwnym stanie zawieszenia między świadomością a odurzeniem. Potrzebowała światła, to najbardziej się liczyło, ale chciała dokładniej zbadać otoczenie. Coś się zmieniło, teraz, otrzeźwiona, wyczuła że powietrze było inne niż kilka godzin wcześniej.
Dziewczyna wstała, spróbowała pozbyć się części oblepiającej je ciało ziemi. Przez noc suchy szarawy pył zwilgotniał i nie dawał się teraz łatwo usunąć. Ð¥µ°Ŋℓ»πə uniosła wreszcie głowę i rozejrzała się uważnie.
Drzewa rosły tu znacznie rzadziej, większość porośniętych ciemnymi igłami gałęzi też nie wyglądała już, jakby w pewnym momencie stopiła się, zaczęła płynąć i znów zastygła. Kiedy Drzewna podeszła do kamienia, na którym już z daleka mogła dostrzec szybki ruch mrówek, zwróciła uwagę, że owady były mniejsze od tych, które widziała poprzedniego dnia. Dotyczyło to nie tylko mrówek, także sieci pająków były mniej gęste, miały za to bardziej regularne kształty, między koronami drzew przefruwało też zdecydowanie więcej ptaków. Ð¥µ°Ŋℓ»πə uśmiechnęła się do siebie i rozłożyła ramiona, pozwalając promieniom słońca padać na skórę, z przyjemnością zamknęła oczy i odchyliła głowę w tył. Nie potrzebowała poszerzonej percepcji, żeby wiedzieć, że światło wlewa się w jej ciało, przenika ją, dając siłę. To była jedna z najbardziej naturalnych rzeczy pod słońcem.
Trwała tak co najmniej kilkanaście minut, może dłużej. Leniwie wsłuchiwała się w stukanie dzięcioła, chrobotanie owadów pod starą korą sosen, oddalony szelest łap lisów i racic jeleni na ściółce. Była nadal u siebie, w ҨÞ·⌆µœ, to było najważniejsze, nie miało znaczenia, co straciła, tymczasowo rezygnując z ╫ϞΛð'∩≈ι, skoro jej dom, Larven trwał nadal, niezmiennie.
Potrząsnęła głową i otworzyła oczy. Jaszczurki, który wyszły ze swoich norek, aby wygrzewać się na słońcu, umknęły do swoich kryjówek, spłoszone jej nagłym ruchem. Drzewna machinalnie powiodła wzrokiem za jedną z nich, zatrzymując spojrzenie przy korzeniach świerka. Jaszczurki już nie było, schowała się w jakiejś szczelinie, ale zza drzewa wyłoniło się inne zwierzę, niskie, poruszające się na czterech krótkich łapach z łuskowatymi pazurami, o łysej, szarej, pomarszczonej skórze, z kilkoma różkami nad szeroką paszczą i jaskrawo pomarańczowymi tworami, wyratającymi z grzbietu jak cudaczne grzyby. Stwór powęszył, rozszerzając i zwężając nozdrza, obojętnie spojrzał w stronę dziewczyny parą tonących w fałdach skóry małych czarnych oczek i ruszył dalej, sunąc po ściółce szerokim ogonem, zakończonym dwoma zakrzywionymi ku górze haczykami. Ð¥µ°Ŋℓ»πə czuła, że zwierzak nie jest płochliwy ani nie spróbuje jej ugryźć, kiedy go dotknie, ale kiedy wyciągała do niego rękę, był już zbyt daleko, zrezygnowała więc z tego.
Od momentu, w którym poczuła, że las się zmienia, przeszła jeszcze prawie pięć stajań, zanim po raz pierwszy od co najmniej półtora tysiąca lat zobaczyła ludzi i usłyszała ich głosy.
Było ich pięcioro, znajdowali się na terenie, gdzie las był już znacznie rzadszy. Drzewna zbliżając się do nich, instynktownie zaczęła się kryć, przykucając wśród wysokiej trawy i krzewów, albo przywierając do pni. Nie czuła jeszcze lęku, jedynie ostrożną ciekawość.
Mężczyźni, poza jednym, mieli na sobie lekkie skórzane zbroje, poza tym nosili stroje utrzymane w odcieniach brązu, czerni i czerwieni. Co najmniej trzej mieli przy pasach pochwy z mieczami, jeden nosił łuk i kołczan, oprócz tego dwa łuki leżały obok pnia powalonego drzewa, na którym siedzieli dwa z nich. Wyglądający na najstarszego z grupy, czarnowłosy, brodaty człowiek chodził wokó pozostałych mówiąc coś nerwowym głosem. Słów Ð¥µ°Ŋℓ»πə nie rozpoznawała, nie wiedziała jeszcze, że tak brzmi wirgiński język. Dla niej był to bełkot, dziwnie ubogi w dźwięki, w jej odczuciu kaleki i niedoskonały w porównaniu do Þ╪ŋ'Ϡδœ·Λ⌠, pradawnej mowy natury. Dziewczyna skupiła się więc bardziej na gestach, zdradzających zdenerwowanie, niecierpliwość i coś jeszcze, co kryło się w ich oczach, pod maskami ich twarzy, w głębi czaszki.
Ich intencje nie są dobre.
Wiedza sama wpłynęła do świadomości Ð¥µ°Ŋℓ»πə, w sposób czysty, naturalny i doskonały, do którego przywykła w ciągu minionych wieków. Zaskoczyła ją jednak sama treść przekazu.
- Możliwe, że już szlag trafił ich wszystkich! - zawołał głośno jeden z mężczyzn. Pod wpływem tonu jego głosu, dziewczyna skuliła się jeszcze bardziej za modrzewiem, który od biedy osłaniał ją przed wzrokiem tych ludzi.
- Zeżarły ich robaki – odpowiedział drugi i nieprzyjemnie zarechotał – Pełno tu tego cholerstwa jak diabli...
Uderzył się w osłonięte skórzanymi nagolennikami udo. Ð¥µ°Ŋℓ»πə zrozumiała, że zabił owada, który po nim chodził i poczuła nagłą irytację tym bezsensownym unicestwieniem żywej istoty. Czy to niewinne stworzenie zrobiło mu jakąś krzywdę?
- Bedziemy mogli powiedzieć to tylko wtedy, kiedy zobaczymy ich ścierwa – warknął brodaty człowiek i położył rękę na rękojeści zawieszonego u boku miecza. Drzewna zauważyła, że zrobił to nie pierwszy raz, niezmordowanie zataczając koła wokół towarzyszy, to musiał być już podświadomy odruch.
Niejako wbrew sobie odczekała do chwili, kiedy najstarszy jegomość z brodą odwróci się plecami do jej kryjówki, opadła na kolana i zaryzykowała dalsze zmniejszenie dzielącej ich odległości. W miejscu, gdzie się czołgała, porośnięta mokrą trawą ziemia tworzyła coś pomędzy lejem a rowem, co w połączeniu z wysoką trawą dawało jej szansę na uniknięcie dostrzeżenia. Bardzo możliwe, że zdołałaby pozostać tam jeszcze przez długi czas, gdyby z przeciwnej strony, ścieżką będącą bardziej wspomnieniem niż prawdziwą drogą, nie nadjechał konno szósty mężczyzna, w odróżnieniu od tamtych blondyn, o niemal kobiecej twarzy.
Ze swojej pozycji doskonale widział przyczajoną za kępami traw istotę, obchodzącą od lewej strony jego towarzyszy, skończonych kretynów skądinąd, skoro nie potrafili zachować czujności. Bądź co bądź, byli w końcu w chędożonej Keronii, kraju, który jeszcze w całości nie należał do nich i mężczyzna od dawna już nie łudził się, że ta chwila nadejdzie wkrótce.
- Giń, szpiegu! - krzyknął dobywając miecza, zwracając uwagę pozostałych. Poza najstarszym, grupa była zdezorientowana, chwilę zajęło im zrozumienie, co właściwie się dzieje. Dosiadający gniadego wierzchowca blondyn doskoczył do Ð¥µ°Ŋℓ»πə i zamierzył się do ciosu.
Dziewczyna uległa instynktowi, odskoczyła w tył, ostrze obosiecznego miecza przecięło powietrze półtorej stopy od jej twarzy. Widziała zdumienie malujące się na twarzy Wirgińczyka, ale nie mogła w tej sytuacji rozważać tego, co mógł poczuć ten człowiek na widok takiej istoty jak ona. Najwyraźniej z nieznaych jej przyczyn ów osbnik zamierzał ją zabić.
Dobiegł ją szczęk stali, dziewczyna rzuciła się na oślep w bok. Trawy oplatały jej łydki, Drzewna upadła na mokrą ziemię w momencie, w którym dwaj Wirgińczycy podbiegli do niej z wyciągniętymi mieczami, krzycząc coś jeden przez drugiego.
- Pierwszą z nich już mamy! - zawołał trzeci osobnik zza pleców tamtych dwóch. Ð¥µ°Ŋℓ»πə nie rozumiała słów, ale doskonale rozpoznawała niedobrą satysfakcję w jego głosie.
- To ma być wojowniczka? - spytał pogardliwie brodaty – Naga i bez broni?
Dziewczyna skuliła się i rozpaczliwie skoczyła do przodu, uderzając głową i ramionami w kolana człowieka stojącego najbliżej. Był od niej cięższy, ale zupelnie się tego nie spodziewał, zadziałało zaskoczenie. Kiedy leżał na trawie, dziewczyna wstała, w akcie beznadziejnej determinacji otoczyła ramieniem szyję drugiego Wirgińczyka i zaczęła go dusić. Jej ofiara szarpnęła się, Ð¥µ°Ŋℓ»πə kilka razy dostała łokciem w bok, wycofała się jednak dopiero, kiedy czubek miecza któregoś z pozostałych drasnął jej ramię. Nie rozumiała ich języka, ale w tej chwili mogłaby zgodzić się ze słowami najstarszego z nich. Była naga i bez broni. A ich było sześciu.
Blondyn znów się zamachnął, ciął od góry, jakby uderzał toporem. Ð¥µ°Ŋℓ»πə na szczęście była szybsza i kolejny raz uniknęła ciosu. Chwyciła za szyję kolejnego osobnika, który akurat znalazła się najbliżej, tym razem użyła obu rąk i dodatkowo zaczęła wycofywać się z zasięgu mieczy pozostałych, ciągnąc przeciwnika za sobą. Usłyszała, jak Wirgińczyk się krztusi, rozpaczliwie walcząc o oddech. Zcisnęła ręce mocniej, niecierpliwie uderzyła mężczyznę kolanem w plecy. Bez sensu, skoro skórzany pancerz i warstwa odzieży stłumiły siłę uderzenia. Ciało mężczyzny służyło jej częściowo jako tarcza, trzymając go pomiędzy nimi a sobą urudniała im wyprowadzanie ciosów. Jeden spróbował zaatakować, zamachnął się mieczem, celując mniej więcej w jej twarz, na co Drzewna zareagowała automatycznie. Ostrze tylko skróciło część wyrastających jej z głowy gałązek. Kiedy jasnowłosy jeździec spróbował zajść ją od boku i uderzyć z góry, wiedziona instynktem odchyli ła się w tył. Częściowo straciła równowagę, pociągając za sobą Wirgińczyka, jego stopy na chwilę oderwały się od ziemi.
Miesz świsnął w powietrzu. Blondyn za późno zrozumiał błąd nie mógł zatrzymać ostrza, pchanego w dół siłą bezwładności.. Z obydliwym chrupnięciem wbił miecz w czaszkę towarzysza. Krzyknęli obaj, krótko, potem twarz trafionego zalała się krwią i jego ciało ciężko zwaliło się na trawę.
Ð¥µ°Ŋℓ»πə odskoczyła, w ostatniej chwili, bo chociaż jasnowłosy był oszołomiony dokonanym właśnie przypadkowym zabójstwem, pozostali pozwolili ponieść się gniewowi. Czemuś w rodzaju nietypowego, szybkiego tańca między rozbłyskanymi klingami dziewczyna zawdzięczała fakt, że skończylo się tylko na kilku zadrapaniach. Ból w zupełności pozwalał się ignorować. I dobrze. Drzewna miała znacznie poważniejszy problem.
Wyciągnęła przed siebie puste ręce, żałując, że od razu nie schyliła się po broń zabitego. Pewna pociechę stanowila myśl, że i tak nie zdoła tak sprawnie posłużyć się mieczem. Wydała więc z siebie nieartykułowany odgłos frustracji, szykując się na konieczność odepchnięcia dłońmi zbliżającego się ostrza, ale nieoczekiwanie poczuła, jak skóra na wewnętrznych stronach jej dłoni pęka.
A przecież ostrze nawet jej nie...
Z rąk dziewczyny ze świstem wystrzeliły zielonkawe, przypominające pnącze twory. Z szybkością, która zaskoczyła ją samą, kilka organicznych linek owinęło się wokół zmierzającej ku niej klingi, inne odnalazły szyję Wirgińczyka i zacisnęły się na niej. Ð¥µ°Ŋℓ»πə nie kierowała nimi, bardziej czuła się jakby jej ciało samo przejęło kontrolę. Nie miało to znaczenia, w gruncie rzeczy nawet ją to cieszyło. Kilka włókien zostało odciętych przez miecz przeciwnika, opadły na ziemię, gdzie momentalnie skurczyły się i wyschły, niemal rozsypując w szarawy pył. Przez krótką chwilę Drzewna czuła w miejscu ucięcia rwący ból ale jeszcze szybciej uczucie ustąpiło. Ð¥µ°Ŋℓ»πə zaatakowała jeszcze raz, tym razem dosięgnęła dwóch mężczyzn, jednocześnie wypuściła z ramion kolejne włókna i skierowała je ku jeźdźcowi. W całym ciele czuła pulsowanie, wypełniała ją furia, niemal tak silna jak gniew tamtych. Walczyli na śmierć i życie, z każdą chwilą docierało to do niej coraz bardziej.
Jeden już nie żył, drugi, którego pociągnęła w swoją stronę i przewróciła na trawę, usiłował mieczem ściąć duszące go pnącze. Na szczęście dla dziewczyny, ciął na oślep, szarpał się i słabł z każdą chwilą. Inne włókniste twory owinęły się wokół nogi blondyna, szybki skurcz zrzucił go z konia. Chroniąc się odruchowo przed upadkiem, mężczyna upuścił miecz i kiedy Drzewna przyciągnęła go bliżej siebie, broń znalazła się poza jego zasięgiem. Ostatni przeciwnik chwilowo zniknął jej z pola widzenia. Jego położenie odkryła w momencie, kiedy poczuła szarpiący ból z tyłu kolan, kiedy sięgnął tam jego miecz. Nogi ugięły się pod nią, dziewczyna z krzykiem upadła na ziemię, mimowolnie zaciskając włókna na ciałach pochwyconych wrogów, skutecznie skracając ich mękę. Miała wrażenie, że jej krzyk wisiał w powietrzu długo po tym, jak zacisnęła zęby i odchyliła się do tyłu, próbując dojrzeć ostatniego żywego Wirgińczyka. Niektóre pnącza odpadły od jej ciała i poczerniały, inne cofnęły się do środka. Dziewczyna skoncentrowała się na ostatnim uderzeniu, które musiało być celne.
Wypuściła włókna z wnętrza prawej dłoni, powstała pętla, która objęła szyję wroga jak stryczek. Ð¥µ°Ŋℓ»πə pociągnęła w dół, zmuszając mężczyznę do opadnięcia na kolana. Pchnęła go, spróbowała całym ciężarem opaść na jego ciało, położyła się na nim, wolną dłonią szukała szyi, jednocześnie myśląc o tym, że na trawie w zasięgu jej rąk leżą co najmniej trzy miecze, które właścicielom już raczej nie były potrzebne. W końcu jednak mężczyzna znieruchomiał, zanim Drzewna zdążyła do końca rozważyć możliwość rozpłatania mu gardła.
Ð¥µ°Ŋℓ»πə ciężko dysząc opadła na trawę. Wbiła palce w ziemię, przeczołgała się kawałek, chcąc oddalić się od martwego mężczyzny. Odór śmierci budził w niej wstręt, nie chciała nim przeniknąć. Odwróciła się na bok, bezmyślnie spojrzała na swoje dłonie, nie noszące już żadnych śladów tego, co przed chwilą się wydarzyło. Odczekała chwilę, zmusiła się, żeby usiąść, spojrzała na swoje nogi i niechętnie sięgnęła palcami do miejsca, gdzie przeciwnik zdołał ją zranić. Nie było tak źle jak myślała, rany już się zamykały, tylko po łydkach spływało jeszcze trochę tego pomarańczowego płynu, przypominającego roślinny sok. Z westchnieniem opadła na plecy, pozwalając, żeby proces regeneracji dobiegł końca. Była wykończona.
Zamknęła oczy. Słyszała rżenie konia, teraz nieco oddalone, jakby wierzchowiec spłoszony walką postanowił ratować się ucieczką. To nie miało znaczenia. Przynajmniej tak długo, jak długo zwierzę nie zobaczy w niej zagrożenia i nie zawładną nim paniczne odruchy.
Przeklęty Ꜭ∩ϛ°ꙓ, pomyślała ze złością. Rżyj dalej i idź w diabły.
Sama chwilowo nie miała zamiaru ruszać się z miejsca. A jeśli tych ludzi było tu więcej...
Coś mówiło jej, że nie musi się obawiać, że wszyscy, którzy mogli ją skrzywdzić, nie żyli, leżeli obok zabici jej ręką. Nie chciała tego, ale stało się. Chyba nie dało się postąpić inaczej.
Czy właśnie tego chciała, dla czegoś takiego zrezygnowała z ╫ϞΛð'∩≈ι? Oddała życie za śmierć?




[Ciąg dalszy nastąpi, przynajmniej taką mam nadzieję. Chyba po raz pierwszy od naprawdę długiego czasu mam postać, którą "czuję". I poza jednym znaczkiem mogłabym pisać jej imię z klawiatury, ach te uroki Linuxa...
Dołączam podobiznę ⋈ꜷ'ꝋ (ducha) widzianego przez Tiamuuri. [→LINK]
Pewnie będę musiała na bieżąco ogarniać bohaterów pobocznych.
Koniec odautorskiego bełkotu, bo jest środek nocy i padam trupem nad laptopem.]

7 komentarzy:

Rosa pisze...

[No to skomentuję i będę pierwsza. :)
Powiem tak: Rasa Tiamuuri jest ciekawa...
Notka mi się podoba, może wkradło się kilka literówek, ale nie rażą zbytnio w oczy.
I oczywiście czekam na ciąg dalszy! :]

Silva pisze...

Jak to miło jest czytać nowe opowiadanie... Radko mam okazję jakieś tutaj poczytać, więc tym bardziej ;p
Po pierwsze, jestem pod wrażeniem, że podjęłaś się takiego zadania. Drzewna... to nie jest człowiek, nawet nie zwierze, odczuwa i postrzega inaczej i ja osobiście bym się za prowadzenie takiej postaci nie wzięła, bo bym się bała, że nie dam rady jej dobrze przedstawić - dlatego też gratuluję, bo Ci się udaje ^^
Nie sądziłam też, że postać, którą będzie drzewna istota, może być tak... interesującą postacią, czapki z głów normalnie.
Początkowo uznałam, że szkoda, że nie tłumaczysz słów w tym innym języku, ale teraz przyznaję już mi to nie przeszkadza, nawet w odbiorze notki.
Jeden problem? Szkoda, że tekst nie jest wyjustowany, ale to takie tam moje fanaberie.

Tiamuuri pisze...

[Dzięki za zachętę do dalszego pisania ;-) Po prostu w miarę łatwo mi idzie prowadzenie niezbyt dostosowanych społecznie, lekko obłąkanych postaci, może dlatego, że sama mam pokrzywiony umysł... A że mam Drzewną to przypadek, bo szukałam właściwie innych obrazków na DA, zobaczyłam ten i pomyślałam, że może wyjątkowo zamiast powiększać bałagan na dysku, od razu go wykorzystam.
Silva, starałam się, aby te słowa były obok tłumaczeń, albo w takim kontekście, gdzie są zupełnie oczywiste, a jeśli tego nie dopilnowałam, to po prostu niedopatrzenie.

Silva pisze...

Z tłumaczeniami to po prostu przywykłam, że ludzie albo dają gwiazdkę, jako odnośnik na dole notki, albo w nawiasie zaraz obok tłumaczą ;)
Ja i tak podziwiam, bo zawsze zapominam, prowadząc wilkołaka, że on ma bardziej zwierzęce zmysły niż ludzkie. Umyka mi, a jak sobie przypomnę to raz na ileś tam odpisów - tym bardziej fajniej mi czytać notki innych, którzy o takich rzeczach pamiętają.

Szept pisze...

A ja obiecuję przeczytać i solidnie skomentować jak znajdę wolniejszą chwilkę.

Aed pisze...

[Mój komentarz ogarnięty nie będzie, bo zaraz pacnę nosem w klawiaturę z niewyspania, ale czytam, czytam, bo mnie wciągnęło. :D A jak już czytam, to od razu napiszę, co i jak.
Narracją urzekłaś mnie od pierwszego (napisanego kursywą) fragmentu. Masz bardzo fajny styl – lekki, ale jednocześnie wprowadzasz dużo treści. Nie suchych informacji, ale odczuć postaci, dzięki którym podczas czytania – mimo abstrakcyjności doznań, o których opowiadasz - można się z nią do pewnego stopnia utożsamić. I to, że narracja jest jednocześnie dialogiem wewnętrznym też jest mega.
Śliczne biologiczne opisy. :D W liceum przez rok siedziałam na profilu biologicznym i „trochę” mi tego bio-zboczenia zostało. ;) W ogóle opisy są bardzo plastyczne. Śliczne, słowem.
Doszłam do spotkania Wirgińczyków – doczytam w domu, bo zaraz skończy się informatyka. :P I postaram się, żeby przestało to brzmieć jak fragment rozprawki na lekcję polskiego… Co do pytania w wątku – muszę to troszkę przemyśleć. Postaram się niedługo wziąć za odpis.]

Szept pisze...

Powiem tak: jak miło w końcu usiąść przed kompem, wysączyć kawę, żeby postawić się na nogi i znaleźć chwilę na delektowanie się notką.
Miałam w odpisie do Ciebie pisać, że z niecierpliwością czekam na opowiadania, bo pamiętam, że było na co czekać. Teraz mogę powiedzieć, że czekam na ciąg dalszy. Ale po kolei.
Z racji zbyt małej ilości snu i kawy nie wypowiem się odnośnie literówek - moje oczy ich nie widzą, a jak widzą, to pomijają. Może 1 czy dwa przecinki mnie zastanowiły, ale interpunkcja nie jest moją najmocniejszą stroną.
Początkowo, jak Darrusowa, mój umysł domagał się tłumaczenia. Potem było tak jak mówisz - dało się wywnioskować z kontekstu i tekst jakoś tak sam szedł dalej, śledzony tylko wzrokiem.
Poza tym - szkoda, że tekst nie jest wyjustowany - Silva zaraziła mnie tym przyzwyczajeniem. I szkoda, że blogspot nie daje możliwości akapitów, bo te też ułatwiają odbiór notki (nawet jeśli ja zawsze stawiam je na czuja, niekoniecznie zgodnie z zasadami). Ale to można obejść kopiując z worda notkę, bawiąc się kodami w tekście albo po prostu spacją.
To teraz najlepsze. Samo opowiadanie.
Przede wszystkim wspaniała i ciekawa postać - chociaż faktycznie, pamiętając twoje wcześniejsze, może wybór Drzewnej nie jest tak zaskakujący. Podoba mi się sposób odczuwania Tiamuuri, wpleciona w opowiadanie biologia, nawet fizjologia Drzewnych. I opisy. Plastyczne. Wcale nie musisz się nad nimi rozwodzić, a tak manipulujesz słowami, tak zgrabnie, że widzi się daną scenę jakby się ją miało przed oczami, nie mając przy tym wrażenia przesytu czy nagromadzenia obcych określeń, niezrozumiałych. Ta lekkość.
No i myślenie Tiamuuri (wybacz, używam tego imienia, bo naprawdę dużo czasu upłynie zanim napiszę imię używając własnej mowy Drzewnych). Jej postrzeganie natury, tak odmienne od przyjętego. Dla niej robak, komar, mucha, to coś, co istnieje. Nie brzydzę się pająkami, ale taki łażący po nodze komar od razu powoduje, że mam ochotę go zabić. Wiem, taki prosty przykład, ale ... właśnie te proste czynności, te najprostsze, ukazują odmienność i inną "kulturę".
Jedyne, co mnie zastanowiło, to myśl Drzewnej o śmierci. To znaczy, ja wiem, że musi ją znać, bardziej zastanawiam się, czym jest dla niej i jak ją odczuwa. Ale lepiej żebym tu nie filozofowała.

PS Aedówka, ja w liceum miałam tę przyjemność siedzieć na tym profilu przez 3 lata :D
PPS Darrusowa, mówisz zwierzęce zmysły? Uwaga, maniak cię słucha.

Prawa autorskie

© Zastrzegamy sobie prawa autorskie do umieszczanych na blogu tekstów, wymyślonego na jego potrzeby świata oraz postaci.
Nie rościmy sobie natomiast praw autorskich do tych artów, które nie są naszego autorstwa.

Szukaj




˅ ^
+ postacie
Rinne Lasair