Przewodnik

Linki-obrazki

Misje
I. Więzi przyjaźni
Spotykasz po latach kogoś, kto dawniej był ci bliski. Wplątuje cię on w jakąś historię, która nie dość, że z czasem się komplikuje, to w dodatku budzi w tobie wątpliwości co do intencji przyjaciela.

II. Linia frontu
Kerończy natarli na Prowincję Demarską. Oblegany jest sam Demar. Jedni ludzie stają do walki, inni uciekają ze spalonej ziemi. Napastnicy, obrońcy i cywile. Po której stronie staniesz?

Opcjonalnie: Udział w buncie niewolników w Wirginii bądź inne miejsca walk.

III. Rekonwalescencja
W nie najlepszej kondycji trafiasz do wioski lub klasztoru. Wydaje ci się, że trafiłeś w dobre ręce i że wkrótce będziesz mógł opuścić to miejsce. Okazuje się jednak, że z pozoru życzliwi i uprzejmi ludzie skrywają przed tobą jakąś tajemnicę.

IV. Zabij bestię
Coś napada, nęka mieszkańców. Zawierasz umowę z wójtem - dostarczysz głowę bestii za określoną cenę. Okazuje się jednak, że stworzenie nie działa bez powodu - jest w jakiś sposób prowokowane przez mieszkańców.

Opcjonalnie: Bestia jest wrażliwa na hałas z karczmy albo ludzie naruszyli w jakiś sposób jej rewir (weszli na jej teren, zajęli leże ze względu na drogie surowce itp.)

V. Nielegalne walki
Dochodzą cię słuchy o nielegalnych walkach prowadzonych w okolicy. Położysz im kres czy może postanowisz wziąć w nich udział dla własnego zysku? Pieniądze nie leżą na ulicy.

VI. Zlecone zabójstwo
Dochodzi do zamachu, w wyniku którego ginie ktoś ważny. Podejmujesz się odnalezienia zabójcy – albo jego zleceniodawcy. Od ciebie zależy, czy dojdzie do aresztowania winnych, czy pomożesz im uniknąć kary.

VII. Egzekucja
W mieście lub wiosce szykuje się egzekucja. Znasz sprawcę albo sam doprowadziłeś do jego schwytania. Realizacja wyroku coraz bliżej.

Opcjonalnie: Z czasem nabierasz wątpliwości, czy skazaniec faktycznie jest winny i chcesz go uwolnić lub dochodzą cię pogłoski, że ktoś może chcieć uwolnić kryminalistę.

zamknij
Spis kodów
Spis opowiadań
Baśń o wolności: Preludium (autor: Nefryt) Gdy demon odzyskuje człowieczeństwo, przypomina sobie jak być człowiekiem.(autor: Zombbiszon) Nikt nie zna prawdziwego bólu do czasu aż nie straci kogoś bliskiego sercu. (autor: Zombbiszon) Wendigo i Driada (autor: Zombbiszon) Domek, zupa, sukkub i historia (autor: Zombbiszon) Sen i niespodzianki (autor: Zombbiszon) Boląca strata i niepokojący gość! (autor: Zombbiszon) Cienie i nowy przyjaciel (autor: Zombbiszon) Kruki (autor: Zombbiszon) Cienie i Starsze Dusze (autor: Zombbiszon) Zło Kor'hu Dull (autor: Zombbiszon) Złodziej Twarzy i Koszmar (autor: Zombbiszon) Królewiec (autor: Zombbiszon) Przed świtem (autor: Nefryt) Król Żebraków i nowe drzwi (autor: Zombbiszon) Akceptacja (autor: Zombbiszon) Nostalgia (autor: Nefryt) Nowa droga i niespodziewane wyznanie? (autor: Zombbiszon) Biały i zielony daje czerwony! (autor: Zombbiszon) Nowe wyzwania w nowym życiu (autor: Zombbiszon) Krąg tajemnic (autor: Zombbiszon) Jack (autor: Zombbiszon) Czasami to mrok daje najwięcej światła (autor: Zombbiszon) Trzy sceny o szpiegowaniu (autor: Nefryt) Morze bólu. Promyk nadziei ... (autor: Zombbiszon) Sól (autor: Olżunia) Dyjanna Muirne: Miecz może być dowodem wszystkiego (autor: Zorana) Uszatek i Kwiatek na tropie przygody: Przypadłość parszywej gospody (autor: Paeonia i Szept) Gdy gasną świece (autor: Zombbiszon) ... Najjaśniej płoną gwiazdy nadziei. (autor: Zombbiszon) Elias cz. 1 (autor: Zombbiszon) Elias cz. 2 (autor: Zombbiszon) Historia (autor: Zombbiszon)
zamknij

Chat

UWAGA TEKST MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI ORZECHÓW ORAZ SCEN DRASTYCZNYCH. CZYTASZ NA WŁASNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ!

   Owieczki, baranki, ociekające krwią mięsko, owieczki, baranki, mięso, zielona trawa.  
   Paeonia śniąc o tych wszystkich przyjemnych rzeczach przeciągnęła się i uderzyła ręką w ścianę. Zaraz co? Ściana? W jej kwaterze nigdy nie uderzała w ścianę. To było bardzo dziwne. Albo jeszcze śni albo coś jest nie tak.  Postanowiła spać dalej, gdy do jej uszu dobiegł irytujący dźwięk chrapania. To uświadczyło ją w pełni, iż coś jest nie tak. Ona nie chrapała. Spała zawsze sama. Jeszcze ta ściana, w którą uderzyła!
   Otworzyła najpierw jedno oko. Ciemno. Otworzyła drugie. Ciemno. Ciemno jak w króliczej norze. Skoro na oczach polegać nie mogła, to musi się przerzucić na inne zmysły.
   Wiedziała już, że nie jest sama, bo ktoś chrapał. Wiedziała, że za sobą ma ścianę i że jest ciemno. Podniosła się do pozycji siedzącej i odkryła, iż boli ją całe ciało, jakby nie wiadomo co robiła. Właśnie. Ona nie pamiętała, co robiła wcześniej, zanim się tu znalazła! Podejrzane… Wiedziała jednak, że jechała do tego miejsca sama. Więc, skąd by się tu znalazły inne osoby? Ciekawiło ją, o co w tym wszystkim chodzi. 
   Obmacała się i dostrzegła, że nie ma na sobie żadnego odzienia. Tylko sztylet. No nieźle. Jednak z czym do ludzi? Nago? W sumie, jeśli spojrzeć na to, w czym miała przyjemność występować Paeonia… No tak. Nie przeszkadzało jej paradowanie nago, ale czy nie zostałaby za to aresztowana albo co?  Za szerzenie potencjalnego nierządu. Nie znała całego prawa na pamięć, jednak była niemalże pewna, że chodzenie tak jak ją stworzyli podlega pod jakiś paragraf. Na szczęście miała długie włosy, to się mogła jakoś zakryć. Przynajmniej na czas, gdy nie znajdzie jakiegoś odzienia.
   Teraz postanowiła zająć się sprawą chrapiącej osoby. Może był tu jeszcze ktoś? W każdym razie wyglądało na to, że wszystko prócz niej spało... Tak jej się wydawało. Ona nic nie pamiętała, może za to oni cokolwiek wiedzieli.
   - Pobudka! - krzyknęła i zaczęła wstawać. Na szczęście nie przywaliła głową w sufit. - Wstajemy! Kto rano wstaje, temu klejnoty dają! - Co prawda nie wiedziała, czy jest rano, ale zupełnie nie miała z tym problemu.
   Obcy głos wdarł się w ciszę i przyjemny sen bez koszmarów.
   - Nie chcę klejnotów … - wymamrotała sennie współtowarzyszka Paeonii, na wpół obudzona. Spała na brzuchu, z głową wtuloną w niegdyś białą, obecnie zszarzałą poduszkę, okryta lekko nadjedzonym przez mole kocem. Umysł, dopiero wyrwany ze snu, nie pojął, że ostatnie, co pamięta, to gwiazdy nad głową, blask płonącego ogniska, parskanie podjadającego świeżą trawę Zahira i cykanie świerszczy, nocnych grajków.
   W każdym razie na pewno nie czuła dziwnego łupania w czaszce i suchości w gardle.
   Oczy niechętnie się otworzyły, głowa przekręciła w bok. Miękkość materaca kontrastowała ze wspomnieniem uciskających tyłek kamieni, szorstki koc, chociaż ciepły, drażnił gołą skórę.
   Gołą.
   - Tylko nie to, nie znowu - jęknęła, gwałtownie podnosząc się do siadu i otulając rzeczonym kocem. Czy ona coś piła? Dziura w pamięci dobitnie o tym świadczyła. Mogłaby jeszcze, przy lada okazji, oberwać czymś w głowę…
   Chyba by wtedy to czuła.
   Obok, naga jak ją bogowie stworzyli, stała ta od pobudki i klejnotów. Z całą pewnością twarz, okolona długimi, rudymi włosami, nie należała do kogoś, kogo zaliczyłaby do swojej kompanii. W istocie, nawet jej nie znała.
   - Czemu tu tak ciemno… - mruknęła, jakoś tak mało rozumnie, bo przecież wystarczyło odwołać się do magii… albo poszukać świeczki. Biorąc pod uwagę jej rozbicie ani jedno, ani drugie nie było prawdopodobne, mogła polegać tylko na elfich zmysłach.
   Ktoś zapukał do drzwi i nie czekając na odpowiedź, wszedł do pokoju jak do siebie, przerywając im. Pukanie i kroki były energiczne, szybkie, znać w nich było zdecydowanie. Odruchowo spojrzały w tamtą stronę.
   Do pomieszczenia wpadło nieco światła, smuga zaledwie, lecz rozjaśniła je troszkę, nim zniknęła, światło z korytarza przysłoniła niewysoka sylwetka, ucinając jego dopływ do pomieszczenia, skupiając na sobie. Coś uderzyło o podłogę. Coś ciężkiego i przyjemnie brzęczącego
   - Świetna robota! Naprawdę wspaniała. Sam lepiej bym tego nie zrobił. Jestem bardzo usatysfakcjonowany. To wasza zapłata. - powiedział bardzo zadowolony, stojący w progu elf i jakby nigdy nic wyszedł. Nawet nie zdążyły mu się dokładnie przyjrzeć. Wydawał się śniady jak na elfa, ciemnowłosy i nieco niski, a więc prawdopodobnie nie należał do Wysokich Rodów, elfiej arystokracji. Był miejskim, niezwiązanym ze stolicą i królestwem? Ubiór prosty, podróżny, znoszony, lecz nawet elfi władca, wymykając się incognito ze stolicy, nosił takowy, nie chcąc rzucać się w oczy. Jakby dwukolorowe tęczówki nie były zbyt dosadną wskazówką odnośnie tożsamości Raa’sheala.
   - Jestem pewna, że to on to zrobił. Nie ufam elfom. To takie podejrzane stworzenia. W dodatku zawsze coś kręcą! Mówię, wszystko co złe to elfy - wygłosiła swoje mądrości Paeonia i zaczęła szukać czegoś do ubrania. Zaczynało robić jej się zimnawo. Zupełnie nie wiedziała, kim oni są. Jednak chyba trzeba było się dowiedzieć. Może nieświadomie uczestniczyła w jakieś orgii? Nie wiedziała, a trzeba było się dowiedzieć. Tak dla bezpieczeństwa przecież. - Kim jesteś ? Wiesz co się stało? Mam nadzieje, że nie jesteś elfem… I gdzie są moje diamenty! - tupnęła nogą przetrząsając swój skąpy ubiór sceniczny. - Nie pamiętam, żebym gdziekolwiek i cokolwiek z tobą  robiła. Czy wiadomo ci, za co zapłacił nam ten parszywy elf? Mam nadzieję, że to prawdziwe pieniądze, a nie na przykład kamienie czy guziki. - Ubrała się bez skrępowania w swój skąpy strój. Odgarnęła włosy do tyłu. Spróbowała sobie przypomnieć coś sprzed pobudki. Nieudanie. Jedynym, co pamiętała, był jej występ i droga… Tak z tego, co pamiętała, jeszcze podczas wędrówki miała na sobie swoją biżuterię. Był to jednak zbyt długi odstęp czasu. Coś musiało dziać się pomiędzy. Jak się w to wpakowała? Jednak nie miała żadnego sztyletu. A teraz ma. Czyżby to był znak, że miała kogoś zadźgać? A może stanowił on jakąś wskazówkę odnośnie zlecenia? Właśnie. Miło byłoby się w końcu dowiedzieć, co zrobili. Miała nadzieję, że nic zbyt… Brawurowego. 
   Patrzyła na nią wyczekująco, jakby zaraz miała zarzucić ją gradem wyjaśnień. Wyjaśnień jednak nie miała. Wszystko działo się szybko, gwałtowne przebudzenie, wciąż dominujące poczucie senności, sytuacja, w jakiej się znalazła i z której nic nie rozumiała. Wyjaśnienia… wyjaśnienia… Ona ich nie miała, ona sama ich potrzebowała.
   - Nazywam się Szept i tak się składa, że jestem tym zawsze kręcącym, podejrzanym stworzeniem. Elfką. Masz z tym jakiś problem? - oznajmiła tylko odrobinę złośliwie, wciąż siedząc na łóżku. Wtargnięcie obcego dało jej chwilę, by pozbierała się, zmusiła umysł do wysiłku. Dawniej, pewna siebie, dumna z własnej rasy, ofuknęłaby głupiego, maluczkiego człowieka. Teraz już wiedziała, że wśród ras, nawet wśród przedstawicieli tej samej rasy, istnieje zbyt duża różnorodność, by móc je klasyfikować. Wszędzie byli ci dobrzy i ci źli, głupi i mądrzy, pocieszni i odpychający. - Zamiast gdybać, możesz po prostu otworzyć sakiewkę. Sądząc z dźwięku, diamentów tam nie znajdziesz. - Nie trzeba było mieć elfiego ucha, by wychwycić charakterystyczny brzęk monet. Odrobinę stłumiony, sakiewka musiała być dość ciasno upakowana. Zawahała się, rozdarta między chęcią poszukania własnych rzeczy, a zajrzeniem do niej. Ciekawość wygrała.
   Sakiewka zawierała kerońskie denary. Lżejsze niż quingheńskie dirhemy, na pierwszej monecie, jaką wzięła, dostrzegła wizerunek mężczyzny w koronie. Król zapewne, lecz ludzkich królów nie znała tak dobrze jak elfich i krasnoludzkich linii, zgadywała jednak, że należy do rodu Marvolo. Na rewersie dostrzegła kobietę z wagą, symbolem sprawiedliwości i mieczem, który niesprawiedliwość karał. Verena, ludzka bogini sprawiedliwości, uświadomiła sobie z pewnym trudem.
   - Chyba prawdziwe - mruknęła, przyglądając się monetom i wzruszając ramionami, wrzucając denary na powrót do sakiewki. - Przynajmniej mamy czym zapłacić za gospodę - i za ewentualne szkody, dodała w myśli. - Nie mam pojęcia, co tu robimy, czemu we dwójkę - ciągnęła. - Jeśli jednak jeszcze raz nazwiesz moją rasę parszywym plugastwem, zapoznam cię z orkami.
   Jeszcze mówiąc, rozglądała się po pokoju, po raz kolejny błogosławiąc elfi wzrok, który pomógł jej zlokalizować rzucone w kącie, jak jakieś niepotrzebne śmieci, rzeczy. Innymi słowy, ubranie, bo nic więcej nie było. Zniknęły wszystkie sakwy, kaleta z monetami, pas, mapy, biżuteria, nawet naszyjnik, który dostała w prezencie od pewnego nieco nadopiekuńczego jasnowidza. To już ją wkurzyło. Spomiędzy zaciśniętych zębów wydobyło się coś jak warknięcie. Potem posypał się stek krasnoludzkich przekleństw, świadczących o towarzystwie Ymira i Midara, a zdecydowanie niegodnych elfki.
   Nie pomogło.
   - Chyba wolałabym obudzić się z orkiem niż z elfem - rzuciła pod nosem Paeonia i uśmiechnęła się wesoło. Przynajmniej nikt nie poodczepiał dzwoneczków od jej stroju. Tyle dobrego. Potrząsnęła nimi i wraz z tym rozbrzmiał przyjemny dźwięk, który przy odpowiednim natężeniu mógł być naprawdę irytujący. 
   - Mogłabyś się wtedy w ogóle nie obudzić - burknęła pod nosem elfka, krzywo patrząc na dzwoneczki. Dziwne, ale kojarzyły jej się z jakimś skrzatem, błaznem zabawiającym arystokrację, a nie noszonym na co dzień strojem. - Podsumowując… nie znamy się nawzajem, nie pamiętamy, jak tu trafiłyśmy i co robiłyśmy, budzimy się nago, ktoś nas okradł, a jakiś elf płaci nam za świetną robotę. Możemy iść każda w swoją stronę i udawać, że nic się nie stało albo poszukać co nasze i tego, kto nas tak urządził. - Oczywiście, mogły też urządzić się same, wciąż jednak pozostawała kradzież i zlecenie, które rzekomo cudownie wykonały.
   Świetnie. Chwalą ją, a ona nawet nie pamięta za co. 
   - Darowanej świni nie zagląda się w bebechy, jak mówi stare rzeźnicze przysłowie, prawda. Ale, jeśli ta świnia, mimo swej świeżości i pełnej swej krasy, nie przyciąga zwierząt domowych to znak, że coś jest nie tak! Więc dzięki temu wiemy, że jak nie ma moich klejnotów to źle, prawda. Proste i jedno z drugiego wynika. - Paeonia uderzyła pięścią w dłoń. - Nie dam się tak urobić, idę po to, co moje - powiedziała. Podeszła do elfki i delikatnie wzięła od niej sakiewkę. Była zaiste ciężka. - Nie masz nic przeciwko, jeśli to ja na razie zaopiekuje się tymi monetami? - Paeonia nie ufała jej. W zasadzie chciała przy pierwszej lepszej okazji zwiać wraz z zawartością tej sakwy. Czemu miała się nią z kimkolwiek dzielić?
   - Mam. - Naiwnością byłoby twierdzić, że każdy ma dobre intencje, nie zamierza nikogo skrzywdzić, a nade wszystko zatroszczy się o kogoś więcej niż o siebie. Takich osób, o złotym sercu, było zaiste niewiele, a magiczka nie zamierzała pozostać tutaj, goła, bez pieniędzy i wbrew powiedzeniu, bez najmniejszej cząstki dobrego humoru.
   Jej sprzeciw został odnotowany, ale nie odniósł należytego skutku. Paeonia podeszła do drzwi. Z przesadną ostrożnością otworzyła drzwi przez które wszedł elf. Do pomieszczenia wpadło światło. Światło dnia. Był dzień. Cóż za fascynujące odkrycie. 
   - Ruszaj uszatku. Chyba nie chcesz tu zostać na zawsze, co? - rzuciła Paeonia wychodząc z pomieszczenia, w którym się obudziły.
   - Uszatek musi się ubrać. - Dobry humor wrócił. Pośpiesznie ubrała się, ciesząc, że nic nie musi przewracać na prawą stronę, po czym ruszyła za swoją tymczasową towarzyszką podróży. Ta nie odeszła daleko.
   Stały teraz w korytarzu. Ściany był drewniane tak samo jak podłoga. Na której, swoją drogą, widniały jakieś dziwne znaki. Dziwne, ciemne, jakby wypalone. Korytarz pachniał drewnem, kurzem i leciuteńko grzybem. Dymu nie było czuć. Szept przeszła nad znakami na podłodze, poświęcając im taka samą uwagę, co rysom na drewnianej powierzchni. Pociągnęła nosem raz jeszcze i kichnęła. 
    - Ze wszystkich, ja muszę trafić do jakiejś dziury - sarknęła pod nosem magiczka, podsumowując czystość korytarza i dziwną pustkę. Jak taka dziura, to nic dziwnego. Nikt się nie pcha, żeby spędzać tu dnie, zatrzymuje się tylko na noc.
   Przy ścianie, niedaleko drzwi ich pokoju, stała szafa. Pierwszym, co zrobiła Paeonia, gdy ją zobaczyła było, oczywiście, przeszukanie jej. Niestety szafa była pusta. To akurat można było przewidzieć.  Podeszła do drugich drzwi na końcu korytarza i znów ostrożnie zaczęła je otwierać.
   Otwierane drzwi skrzypnęły, przykuwając uwagę. Elfka, ignorując wyraźną niechęć swej towarzyszki do jej rasy, podeszła bliżej, zaglądając jej przez ramię. Nieco ciemno - bo po co komu świece. Nieco ciasno. I schody w dół. Powiew chłodu, jakby prowadziły na zewnątrz albo gdzieś było nieszczelne okno. Do tego… Przechyliła głowę, nasłuchując.
   - Słyszysz? - Czy jej się wydawało, czy też na dole niosło się echo głosów, jakby gwar wspólnej izby?
   - Tak. Tam gdzie głosy tam i ludzie albo podobne im istoty. Sądzę, że powinnyśmy tam iść. Sądzę, że powinnam iść pierwsza, a ty powinnaś się jakoś dozbroić, połam szafę albo co - rzuciła Paeonia. Drzwi otworzyła najszerzej jak się dało i poczekała chwilę na swoją towarzyszkę. Naprawdę nie było jej w smak działać z elfem albo działać z kimkolwiek. Praktycznie zawsze działała sama. Na początku pracowała z pewną osobą. Jednak ta osoba nie była warta wspominania. Na pewno nie teraz. Teraz chciała odzyskać, co swoje i dalej iść swoją drogą.
   Dozbroić było się trudno. Zwłaszcza, że jej najważniejszą broń miała ciągle przy sobie i nawet najlepszy złodziej nie mógł jej tego pozbawić. Była to magia. Nie kuglarskie sztuczki, nie ubogie, wiedźmie pseudoczary, ale prawdziwa, wrodzona i wyuczona przez lata magia, która, jeśli sądzić z kolejnego pytania Paeonii, miała być przydatna.
   - Nie masz jakiś swoich magicznych sztuczek by zrobiło się jasno? - zapytała ta, wchodząc w całkowitą ciemność. By się nie przewrócić lub nie spaść w jakąś ciemną dziurę, macała wszystko wokół dłońmi i stopami. Oczywiście ściany były pokryte jakimś obrzydlistwem i Paeonia miała nadzieje, że nie jest to nic toksycznego. Właściwie to miała nadzieje, że to tylko truskawkowa galaretka. 
   Miała. W nieznanym otoczeniu, pustej gospodzie, nie wiedząc, kto czeka na dole, wolała jednak otwarcie nie korzystać z magii, chyba że do tego zmuszona. Jeśli to, w jakim stanie pojawią się na dole miało zadecydować o ciepłocie przyjęcia, było to uzasadnione. Ludzie nie znali za dobrze elfów. Ludzie bali się magów. Pozostawała ciemność i to, co już rozpoczęła Paeonia. Schodzenie na oślep, macając ściany.
   Nic dziwnego, że Paeonia prawie wywróciła się, kiedy zaczęły się schody. Miała nadzieje, że tego “prawie” ten uszatek nie dostrzegł. Im dalej schodziły tym robiło się głośniej i trochę jaśniej. Na końcu nie było drzwi tylko bezpośrednie przejście do, wydawać by się mogło, centrum tego budynku. Siedziało tam mnóstwo ludzi. Roześmianych, wesołych popijali coś i jedli. W kominku palił się ogień i tutaj wszystko wyglądało zupełnie inaczej niż na górze. Tu wszystko aż zachęcało, by się przysiąść, było przytulnie i pachniało jakimś mięsem. Na węch Paeoni był to dzik. Aż zaburczało jej w brzuchu. Z chęcią by coś zjadła.
   - To trochę podejrzane nie sądzisz? - spytała Paeonia. - Nie zaprosili nas na obiad! - Zeskoczyła z ostatnich stopni. - O tam, widzisz? Tam jest ta pokraka, ten elf! - Prócz elfa dostrzegła kogoś jeszcze. Kogoś, kogo nie widziała od bardzo długiego czasu, a wiedziała, że tej osoby nie ma. Coś było zdecydowanie nie tak. - Eja, to jakieś szarlatańskie sztuczki! Tu jest ewidentnie coś nie tak! - Odwróciła się gwałtownie w stronę swej elfiej towarzyszki i ścisnęła ją mocno za ramię, przy okazji wycierając swą dłoń pokrytą dziwnym szlamem w jej ubranie. - Uszatku, istnieje szansa, że ty nie jesteś prawdziwa. Że to tylko sen. A skoro tak, to możemy coś zjeść… Chyba. Tobie też coś tutaj nie gra….
   - Nie wiem… jeszcze. - Mrugając, uszatek wpatrywał się w otoczenie i twarze. W większości nieznane, ale było kilka takich, które rozpoznawała. Pokrakę elfa wskazała jej Paeonia, ale… Tam siedziała czerwonowłosa maruda, naprzeciwko zaś wiecznie pijany krasnolud Midar, a oboje udawali, że jej nie widzą. Nawet gdy machnęła ręką pośpiesznie odwrócili spojrzenia, zerkając wgłąb sali. Czy to była Iskra? Iskra z Wilkiem! Postąpiła kilka kroków, ruszając w tamtą stronę, w myśli zaczynając litanię przekleństw pod adresem zdradliwych towarzyszy. Przynajmniej uwolni się od towarzystwa niezadowolonej z widoku uszatka dziwnej kobiety...
   - Patrzcie to nasze bohaterki! Brawo dla nich brawo! - zawołał nagle ten dziwny elf, a wszystkie spojrzenia podniosły się na nie, a potem słychać było gromkie brawa. Paeonia odruchowo ukłoniła się, Szept zwolniła kroku, przystając. 
   - Żebym jeszcze wiedziała, co takiego bohaterskiego zrobiłam - wymruczała pod nosem, ale niczyja twarz nie zdradziła jej tej tajemnicy. Do tego przyjaciele, których widziała jeszcze przed chwilą, zniknęli. Paeonia miała rację. Tu coś ewidentnie było nie tak. Umysł płatał figle, prawda mieszała się z fikcją, wspomnienia z majakami.
   - Nie tylko brawa, ale i strawa! Dzika mam dla was! - zawołał ktoś i na największym stole pojawił się ów dzik. Wyglądał naprawdę smakowicie. Osoby zgromadzone w izbie machały do nich przyjacielsko, by usiadły na honorowych miejscach. Nieco oszołomione, usiadły.
   Paeonia chwyciła za sztućce i zamarła. Wpatrywała się kobietę, której nie powinno tu być, bo jej nie ma. Nie żyje. Wpatrywała się w ducha. Kobieta wpatrywała się w nią z wielką nienawiścią. Nigdy tak nie patrzyła. Przynajmniej nigdy za życia. To było naprawdę przykre. Ten wzrok jakby rzucał małe szpilki, które wbijały się w jej ciało. Paeonia odwróciła wzrok od kobiety i skupiła się na dziku, chciała właśnie wbić sztuciec w zwierza, gdy nagle wszystko znikło i pozostał tylko dzik na stole. Jednak ten nie był już martwy, ale całkiem wkurzony i zamierzał na nie ruszyć właśnie w tej chwili. Poza tym wydawał się jakby sto razy większy. Zamiast ciepła kominka przeszywał je chłód. Okna trzeszczały, podłoga się dziwnie wyginała. Wokół dzika również były owe dziwne wypalone znaki. Ktoś zaczął się śmiać. Tak histerycznie. Paeonia rozejrzała się. Odetchnęła z ulgą, uszatek przynajmniej z nią był. Razem raźniej.
   Dzik wydał z siebie dziwny dźwięk. Wpływ na niego nie działał. Zwykle w obecności elfki zwierzęta pokorniały, jeśli nie przyjacielskie, to przynajmniej obojętne. Dzik był ewidentnie wrogi, przed chwilą zaś wyglądał jak pieczyste.
   - On nie jest normalny! - Szept poderwała się ze swojego miejsca. Gwałtownie odsuwane krzesło z łoskotem upadło na podłogę. Jeśli wpływ nie działał, zwierzę albo było zaklęte, oszalałe pod wpływem magii, było bestią, istotą magiczną albo też wskrzeszoną do życia czarami. I znów te znaki, znaki, które uprzednio zlekceważyła. - To jakieś czary. - Jak na wyspecjalizowanego maga miała wyjątkowo mało do powiedzenia. Iluzja? Parskający dzik z wielkimi, ostrymi szablami żuchwy i zaokrąglonymi ku górze fajkami nie wyglądał, jakby pod wpływem samej myśli miał rozpłynąć się w powietrzu. Na ducha też nie wyglądał, zbyt materialny, zbyt rzeczywisty. Racice stukały po drewnianej podłodze, gdy zeskoczył ze stołu, krok był ciężki, szczecina postawiona jak przed atakiem, krótki ogon uniesiony ku górze. Brakowało wściekłej pary z nozdrzy. Dzik był z natury wszystkożercą, nie pogardziłby padliną… Ona padliną się nie czuła, ale to nie był normalny dzik.    - Taktyczny odwrót? - zasugerowała, co w wolnym tłumaczeniu oznaczało “w nogi”.
   Dzik nie dał im szansy na przetestowanie tego manewru. Zaszarżował przed siebie z głośnym, wojowniczym kwikiem. W odpowiedzi Szept, zapominając o użyciu magii, rzuciła się w bok. Umysł podpowiadał, że świnia popędzi prosto, a mając do wyboru dwie osoby, niekoniecznie wybierze ją.
   Miała pecha. Dzik skręcił, kierując się jej śladem. Paeonia pozostała tymczasowo bezpieczna po drugiej stronie pokoju. Nawet pomału zaczynała rozumieć plan jej elfiej towarzyszki. O ile ona miała jakiś plan.
   Szept nie miała broni, zresztą, z tego, co pamiętała, szarżujące odyńce, ranne, były jeszcze groźniejsze. Gruba skóra stanowiła skuteczny pancerz, a szable trzymały na dystans nawet najgroźniejsze drapieżniki kniei i najdzielniejszych myśliwych. Jaka szkoda, że tym razem to nie dzik, a ona, była zwierzyną. Wyobrażanie sobie, że dzik wcale nie istnieje albo jest tylko małą wiewiórką na niewiele się zdały. Może nie była to iluzja, a może starała się za słabo, a siła jej własnych wyobrażeń nie była w stanie przełamać cudzego wytworu?
   Niewiele myśląc, zrobiła to, co zrobiłby każdy, szanujący się mag. Odwołała się do swej mocy, uformowała w dłoni i cisnęła w stronę odyńca kulę ognia. To go powinno zatrzymać bądź przywrócić do postaci grzanki, tudzież spalonej, za długo trzymanej nad ogniem świni. Trafiła w pierś, lecz ten nie zareagował, płonąc, pędził dalej, a jego ciało zajmowało się ogniem. Nawet nie kwiczał, zupełnie, jakby nie czuł bólu. Wydawało jej się, że czuje słabą woń spalonego mięsa i kości, za słabą.
   Dzik potknął się, runął na przednie kończyny, rozpędzony, przekoziołkował. Gdy upadł na podłogę, nie miały już przed sobą wielkiej, dzikiej świni, a pieczyste. Idealnie upieczone, lekko brązowe, ale nie spalone, tłuste mięso wieprzowe. Była to tylko chwila, gdy kuszący zapach nęcił zmysły, bo i ten obraz zniknął, a przed nimi leżały tylko poczerniałe kości, a czaszka zwieńczona kością ryjową i potężne kły nie pozostawiały wątpliwości, do jakiego gatunku należy szkielet. Świnia. Dzik.
   - Wynosimy się stąd. To może być albo bardzo potężna iluzja, albo jeszcze bardziej pokręcony sen, czar. - Tylko czemu nikt jej nie obudził? Gdyby śniła o samych przyjemnościach, na pewno ktoś by szarpnął ją za ramię, że pora ruszyć tyłek i zwlec się z posłania. Skoro to jednak tylko koszmar, to niech sobie bidulka pośpi.
   Omijając stertę kości, ruszyła w kierunku drzwi. Pomieszczenie wyglądało na ciemniejsze, jakby na zewnątrz nagle zapadła noc albo ktoś pozamykał wszystkie okiennice. Podłoga, porysowana, brudna, z kilkoma wgnieceniami. Echo kroków niosło się po całym, pustym pomieszczeniu. Zniknął nawet stół i krzesła. Wszystko to miało dziwnie złowróżebny charakter, cienie kładły się na niegdyś jasnych, bielonych ścianach. Podłoga skrzypiała, jęcząc. Słyszała za sobą kroki swej towarzyszki, gdy ta podążała jej śladem. Dłoń spoczęła na klamce, nacisnęła. Nic się nie stało. Całym ciałem naparła na drzwi, ponawiając manewr…
   Drzwi ustąpiły, otwierając się. Na korytarz z drewnianą podłogą, drewnianymi ścianami, z jedną, pustą szafą, dziwnymi znakami na podłodze. Znów znalazła się na górze, wychodząc z pokoju, w którym ona i Paeonia teoretycznie spędziły noc. 
   - Co jest grane? - zapytała samą siebie, teraz już zaniepokojona, odkrywając, że jej przymusowa towarzyszka miała rację. W tym domu, gospodzie, naprawdę było coś nie w porządku i wcale nie chodziło tylko o dziwną misję, miano bohaterek i szarżującego dzika. - Czy ja zawsze muszę wpakować się w kłopoty? - Była jednak różnica. Zwykle w kłopoty wchodziła sama, z mniejsza lub większą świadomością. Tym razem nie miała pojęcia, kiedy, jak i dlaczego.
   Ładne bagno.
   Tym razem dokładniej przyjrzała się znakom na podłodze. Runy. Nawet nie do końca rozumiejąc ich znaczenie, potrafiła to pojąć. Nie był to elficki, krasnoludzki też nie. Z całą pewnością nie keroński czy mowa wspólna. Przeszła nad nimi, w stronę znów nieoświetlonych schodów, tym razem nie wzbraniała się przed przyzwaniem pulsaru, by rozjaśnić im drogę.
   - Boisz się? - spytała Paeonia. Naprawdę nie mogło być już chyba gorzej. Nie było tu nic przytulnego. Serce biło jej w piersi szybciej niż zazwyczaj. Bolała ją głowa. Ukryty sztylet ciążył jej. Palił. Jakby dawał jej jakieś znaki. Na przykład że powinna go pokazać Szept. Po chwili poczuła jak ją przypala. Zdecydowała szybko się go pozbyć. Upadł na podłogę z głośnym łoskotem, odbijając się echem po pomieszczeniu. Na pewno zdziwiło to uszatka. Była tego pewna.
   - Moi przyjaciele by powiedzieli, że boję się za mało - wyznała zapytana. Czuła lęk, lęk taki, jaki wzbudzało nieznane, lecz nie prawdziwy strach. Czuła niepokój, lecz nie związany z tym, co się wydarzy, jedynie z nieznajomością sposobu wyjścia. Bardziej niepokoiło ją nieznane towarzystwo niż fakt, że znów może na nie czekać dzik, a gospoda w jakiś sposób zapieczętowana, nie zamierza ich wypuścić. Wbrew zapewnieniom, że boi się za mało, podskoczyła, cofając się, patrząc na rudą spod byka. A to co, broń miała i się nie przyznała? A teraz co, wyrzucała, bo…? Szalona.
   - No co? Znalazłam go przy sobie. Schowałam i teraz mi się przypomniało. - Ruda starała się jakoś usprawiedliwić. - Patrz! On też ma na rękojeści te dziwne, wypalone znaki. Jesteś elfem. Wy znacie się na takich tajemnych symbolach. Wiesz może, co to oznacza? Ekspertem nie jestem. Jednak moim zdaniem, jeśli to iluzja, jakieś czary, a my znajdujemy wszędzie podobne znaki, to chyba oznacza, że one jakoś tu działają. Może nas trzymają? Może coś pieczętują… Może, może, może. Chciałabym jednak w miarę szybko wrócić do rzeczywistości, więc działaj Uszatku. - Ukradkiem sprawdziła jak jej rana po oparzeniu przez ten sztylet. Jednak żadnej rany nie było. Czyżby jej się tylko zdawało? To była kolejna dziwna rzecz. Widziała dzisiaj ducha, oparzyła się sztyletem, obudziła się w obcym miejscu z elfem, walczyła z obiadem i jeszcze nie ma swoich diamentów. 
   - Jeśli coś pieczętują, nie jestem pewna, czy powinnyśmy to wypuszczać - mruknęła elfka. Coś, co zamykano runami, coś, na co nakładano pieczęcie, zazwyczaj było zbyt silne, by je po prostu unicestwić, zniszczyć, pokonać. Czegokolwiek strzegł dom, lepiej by pozostało w nim. Tylko, na co tu one? - Może nas trzymają, wówczas trzeba je wszystkie znaleźć i zniszczyć. Każdy znak ma znaczenie, jeśli zmyć, przerobić chociaż jeden, całość zmieni sens - mruczała do siebie, przyklękając przy sztylecie, lecz nie biorąc go do ręki. Z doświadczenia wiedziała, że przedmioty oznaczone runami mogą okazać się niebezpieczne, naznaczone własną mocą. Artefakty. Rzuciła znów krótkie spojrzenie na Paeonię, wydawało się, że nic jej nie jest, w każdym razie pomimo kontaktu z bronią. Wyszeptała słowa zaklęcia obserwując, jak zareaguje na nie ostrze. Znów inne, znów obserwacja. Straciła nieco poczucie czasu, skupiona na swoim zadaniu.
   Paeonia przeciągnęła się, a dzwoneczki przy jej stroju zadzwoniły. Na jej gust zbyt radośnie. Zwykle je lubiła, teraz nieznośnie ją irytowały. Odeszła od Szept i przeszła się powolnym krokiem po pomieszczeniu. Kiedy znalazła się w najodleglejszym miejscu od Uszatka, coś skapnęło jej na nos. Spojrzała w górę i już się wyjaśniło, gdzie podziało się całe towarzystwo. Wszyscy obecni w głównej sali, teraz tkwili na suficie. Może nie zupełnie w całości, a w częściach. Może nie do końca żywi, a martwi. Twarze, a raczej to, co z nich pozostało, wykrzywione było w okropny grymas. Wnętrzności zwisały trochę niżej niż same ciała. Tak, że Paeonia mogła ich dotknąć, stając na palcach. To, co spadło jej na nos było  oczywiście krwią. Nogi, ręce, mózgi, kawałki skóry, mięsa, oczu i innych obrzydlistw ciała posplatanych ze sobą, to wszystko tworzyło makabryczne dzieło.
   - Em… Elfie… Nie chce cię straszyć, ale spójrz do góry i powiedz mi, czemu ktoś tak okrutnie z nami pogrywa?
   Już sam wstęp pod tytułem “nie chcę cię straszyć” sprawiał, że ciarki przebiegały po plecach, a włosy jeżyły się na głowie. To tak, jak ze stwierdzeniem “nie patrz”. Dziewięć na dziesięć osób spojrzy. Ona też spojrzała, a żołądek w jednej chwili podjechał jej do gardła, ślinianki przypomniały sobie o nadprodukcji śliny, a twarz przypominała papier.
   - Cholera - wyszeptał uszatek, nie mogąc patrzeć. Krew kapała z sufitu, fragmenty żołądka z nadtrawioną zawartością, płynny, brunatny stolec, żółć, tłustawy płyn z jam ciała, fragmenty czerwonych mięśni, pienisty płyn z dróg oddechowych, język, zęby, białe, twarde twory w tej miękkiej masie. Myślała, że widziała już wiele, że jest odporna na takie widoki. Nie była, nawet odwrócenie wzroku i wbicie go w podłogę niewiele dało.
   - Patrz pociągnę za to jelito i zobaczymy co się stanie. - To może nie był zbyt dobry pomysł. Paeonia wspięła się na palce i chwyciła za zwisające jelito. Wraz z tym ruchem z sufitu spadła noga. Również miała na sobie wypalone owe symbole. A to już nie mógł być przypadek. - Skoro to sen albo iluzja... Możemy tak założyć. To to wszystko powinno nie być prawdziwe. Dlatego łap! - Paeonia rzuciła odciętą nogą w stronę Szept. Jakby to była piłka albo smakowite jabłko. - Zbadaj to. Ma podobne symbole. Może to jakaś układanka? A jak pomyślę, że to diamenty, to zamiast nogi rzuciłam ci wielki diament? - Zrobiło jej się nagle strasznie wesoło. - Może ktoś chce, żebyśmy ruszyły głową? Może to jakiś trening? - Paeonia podeszła do swojej towarzyszki. - I jak tam, masz coś ciekawego? 
   Noga w magiczny sposób nie zmieniła się w diamenty. Nadal była nogą. Kość bielała wśród czerwonych mięśni, obciągnięta skórą. Zachowało się nawet kilka włosków. Miejscami wdał się zielono-szary nalot zgnilizny i lepka, śluzowata wydzielina. Zapachu rozkładu jednak nie poczuła, co tylko upewniło ją w mniemaniu, że to jakieś czary. Upadła niemal pod jej nogami, dopraszając się uwagi, której magiczka wcale nie chciała jej poświęcić. W zasadzie, nadal walczyła z mdłościami, jakie zaatakowały ją na widok tego, co przedstawiał sufit. Sytuację pogorszył widok rany na nodze. Biegła przez udo, głęboka, ciągnęła się w poprzek, rozdzielając skórę i mięśnie. W plamie czerwieni wiły się, kręciły, drążąc kanały, białe larwy, spod zaś ich ciał wyzierała czarna, objęta martwicą tkanka. Runy były jedyną, względnie normalną rzeczą, na jakiej mogła skupić uwagę. Odrywały myśli od makabrycznego widoku, zmuszały umysł do dodatkowego wysiłku, angażując i zdobytą dotąd wiedzę, i wspomnienia. 
   - To magiczne runy wiążące. - Makabryczny widok na suficie przeszkadzał w skupieniu się, burzył koncentrację. - Mieszanina staroelfickiego i języka mocy. Trzymają nas tutaj, ale chyba też spajają to, co widzimy. Mieszaninę tego, co kryje się w naszych umysłach, obawy, wizje twórcy… ale wydaje mi się, że coś jeszcze. Dzik nie był iluzją. Przypominał nekromancję. Duchy też były prawdziwe… Tak, jakby coś było w tym miejscu. Pamięć wydarzeń. W każdym razie, nie możemy stąd wyjść, póki nie przerwiemy runów. Sama świadomość nie wystarczy i dlatego noga, którą mi rzuciłaś, nie zamieniła się w diamenty.
   Jakby mało było nieszczęść, jeszcze nim skończyła zdanie, poczuła mokrą kroplę na nosie. Odruchowo uniosła dłoń, dotknęła, podsunęła do oczu. Krew. Uczucie wilgoci powtórzyło się ponownie, tym razem na ręku, nadgarstku. Krople były znacznie większe tak, jakby ktoś odkręcił jakiś zawór albo mała mżawka powoli przeradzała się w ulewę.
   Krople były czerwone. Wkrótce one całe, podłoga, sprzęty, nawet ściany barwiły się na czerwono. Mokre ubrania lepiły się do ciała, włosy do twarzy, krew padała w dół strumieniami, pokryła podłogę, sięgnęła obutych stóp, zakrywając je.
   A to nie był koniec. Chlupnęło, gdy ciało spadło z sufitu, rozpryskując krew naokoło. Tym razem ręka. Za chwilę fragment korpusu, głowa. Z czerwonej cieczy wyłoniły się bielejące gałki oczne, unosząc się na powierzchni. Kolejny plusk i kolejne fragmenty lecące w dół, na nie. 
   Szept odruchowo osłoniła głowę rękami, ale niewiele to dało. Była przemoczona, a części ciała odbijały się od rąk z nieprzyjemnym plaskiem, mięsiste, śliskie od krwi. Chwyciła całkiem rozbawioną Paeonię  za ramię, pociągnęła w stronę schodów, chcąc schronić się przed nawałnicą, jaka w nie uderzyła. Wtedy też po raz pierwszy to poczuła. Lekkie, delikatnie muśnięcie magii, gdzieś od góry. Zamierając, przysłoniła oczy dłonią, szukając. Cały sufit pokrywały runy, czarne, czerwone, wijące się i krzyżujące. To od nich szła magia, lecz… gdy zamrugała, zdawały się zanikać.
   Było też coś jeszcze. Przelotnie, przez jedną chwilę, tak krótką, że równie dobrze mogła być złudzeniem, czuła obcą świadomość. Złudzenie? Szczelinę, tutaj, gdzieś w świecie wykreowanym, w którym ich zamknięto. Sięgnęła w tamtą stronę, ignorując krew, jelita, ciała, jeszcze nie wiedząc, co spodziewa się znaleźć. Poczuła obcą świadomość, zdziwienie, chyba własne, może jego, jej, kimkolwiek był. Poczuła opór świadomości, szok, niedowierzanie, gdy zaczęła, coraz głośniej i głośniej, mamrotać słowa czaru. Poznając istotę jego magii, poznając jego manę, wplatała w nią swoją, przejmując kontrolę, łącząc go z jego własną iluzją, robiąc go nie panem i twórcą, a częścią.
   Bardzo rozbawił Paeonię ten deszcz krwi i części ciała. Wiedziała już, że nie jest to prawdziwe. Więc równie dobrze mogła wyobrażać sobie, że zamiast żółci spływa na nią piwo, a zamiast odciętych kończyn słodkie jabłka. Wyczuwała coś dziwnego, jednak nie wiedziała, co to mogło być. Dostała gęsiej skórki i tyle. Dalej musiała unikać lecących szczątków z sufitu. Zupełnie nie rozumiała Szept. Czy one uciekają? Czy wracają? Nie rozumiała. A choć śmierć przez utopienie się w piwie była piękną śmiercią, to ona jednak nie chciała umierać. Chociaż skoro to wszystko nie istnieje, to nie jest możliwe, by się utopiły. Tak logicznie myśląc, choć było to trudne i nie wiedziała,  czy do końca logiczne. Czy takie wydarzenia można nazwać logicznymi?
   W każdym razie nie mogła zostawić tego elfa samego. To wiedziała, dlatego przedzierała się teraz przez tą osobliwą powódź, próbując sobie wyobrazić, że brodzi w czymś przyjemnym. Dotarła do Szept zdecydowanie za wolno. Poziom tego zalewu ciągle się podnosił. Ciągle nowe to części ciał, organów, cieczy spadały z sufitu, odsłaniając mglistość tego sufitu. Mglistość. To było takie dziwne. Jakby jego tam nie było. Falował. Był niczym mgła, może bardziej chmura ciskająca deszcz. Paeonia zapatrzyła się. Nagle spadająca z góry dłoń uderzyła ją prosto w twarz. Zamotała się i poślizgnęła na czymś, co chyba było podłogą, a może to nie była podłoga tylko czyjś korpusu? Wpadła tyłem do osobliwej mieszaniny. Wydawało jej się, że była naprawdę głęboka. Nie widziała nic. Coś skleiło jej powieki, nie mogła ich otworzyć. Czuła tylko jak coś obślizgłego co chwila ociera się o nią. Walczyła, by się wydostać. Niby mogłaby oddychać, ale świadomość, że wdycha czy połyka czyjeś płyny nie wpływała na nią zbyt dobrze. Nawet pozytywna wizualizacja, że to piwo i jabłka nie pomagała w tym momencie. Nie dawała za wygraną i jakby kopała w górę, by się wydostać. Przerzucała ręce, nogi, głowy, brzuchy, flaki, by utorować sobie drogę do świeżego powietrza, które jej się kończyło, a naprawdę nie chciała otwierać ust ani wdychać tej brei przez nos. Dawno tak niczego się nie brzydziła. Ani siebie za zabójstwa, ani oprawianie mięsa.  Dłońmi trafiła na twardą powierzchnię. Czyżby były już zasypane po sufit? Może po prostu zamiast w górę, kopała w dół? Bez wzroku trochę ciężko się zorientować. Zaczęła panikować nerwowo macać powierzchnię. Otworzyła niechcący usta wleciało jej trochę tego czegoś do ust. Na szczęście nie miało smaku. No tak zapomniała, że to wszystko nie było prawdziwe!
   Wyczuła coś wystającego. W kształcie uciętego stożka. Pociągnęła, ale nic to nie dało. Zaparła się drugą dłonią i udało jej się wyrwać to coś. Poczuła jakiś wir, który wciągał te wszystkie pocięte ciała, krew i inne obrzydliwe substancje, które były takie tylko z widoku. Bo ani nie pachniały ani nie smakowały. To wiedziała z autopsji.
   Podczas odwirowywania tego wszystkiego zachłysnęła się po raz kolejny i odkaszlnęła na znak, że tutaj jest. Jednak nadal nic nie widziała. Czuła jakby coś obślizgłego jakaś macka albo co owinęła się niczym przepaska na jej oczach. Ciągle trzymała dziwną rzecz, która najwidoczniej była jakimś korkiem, w rękach. Było to coś na kształt uciętego stożka. Naprawdę dziwne. Nigdy nie spotkała się z czymś takim. Przejechała palcem parokrotnie po powierzchni tego przedmiotu, wyczuwając maleńkie zagłębienia, które tworzył chyba jakiś wzór.
   - Halo?! Uszatku! Uszatku gdzie jesteś! Nic nie widzę! - wołała głośno i próbowała ściągnąć obślizgłą mackę z oczu, ale jakoś nie potrafiła sobie poradzić. - Mam coś! - Czuła się taka bezradna. Bez wzroku nie mogła praktycznie nic. Nie lubiła tego stanu. Nie lubiła być bezradną. Oczekiwać na pomoc od innych.
   Wstała z podłogi całkiem niezgrabnie uważając, by nie upuścić przedmiotu trzymanego w dłoni. Wolną ręką zamachnęła się we wszystkie strony, jednak natrafiła na pustkę.
   - Halo? - znów zawołała, tym razem trochę mniej pewnie niż za pierwszym razem.
   Głos wdarł się w myśli, przerwał skupienie, jedna chwila wystarczyła, by poczucie, że kogoś ma, obcą magię, świadomość, ulotniło się. Znów była tylko ona i Paeonia, w brudnym, cuchnącym pokoju, z krwawymi śladami na posadzce i czarnymi, jakby wypalonymi, runami na suficie. I dziwnym, trzymanym przez Paeonię stożkiem.
   Powiało chłodem. Zimno zmroziło ją, poczucie niepokoju nasiliło się, gdy patrzyła na swą towarzyszkę, dziwnie, niemal nieludzko opanowaną. Przysięgłaby, że coś było nie w porządku, nie tak, jak powinno. Spojrzała na przedmiot. Lśnił dziwnie, metalicznie, niewielkie uwypuklenia zdawały się tworzyć jakiś wzór. Wyciągnęła dłoń, chcąc go dotknąć, zawahała się, bo poczucie zimna nasiliło się tak, jakby emanowało od tajemniczego przedmiotu.
   Odrobinę zdezorientowana, uniosła głowę, spoglądając na Paeonię. Jeśli ona czuła chłód, osoba trzymająca coś, co niewątpliwie było więcej niż tylko przedmiotem, musiała odczuć to tym bardziej. Twarz Paeonii jednak wyglądała jak zza jakiejś mgły, częściowo rozmyta, niewyraźna. Tak, jakby nagle zawiódł ją tak chwalony elfi wzrok. Zamrugała, lecz wrażenie nie zniknęło, przeciwnie, nasiliło się. Postać rudowłosej była teraz wielokolorową plamą, a i kolory blakły, szarzejąc, zanikając.
   - Hej, czekaj, co…
   Nie miał jednak kto czekać. Była sama, a wzrok, zamiast się poprawiać, nadal ją zawodził. Pokój wirował przed oczami, nie widziała dokładnie ani bielonych ścian, ani drewnianej, porysowanej czasem podłogi. Gdyby teraz coś ją zaatakowało, byłaby bezradna jak dziecko w kołysce.
   Nic jednak nie atakowało. Obraz już się nie rozmywał, teraz pokrywał go płaszcz ciemności. Coraz ciemniej, aż nie była w stanie dostrzec nawet własnej dłoni. Powoli, stopniowo, wszystko zniknęło.
   Paeonia krzyczała tak głośno i rozpaczliwie jak nigdy wcześniej. Stożek trzymany w dłoniach sprawiał jej ból. Czuła, jak wypala jej dziurę w dłoniach. Rzuciła nim w odległy kąt pokoju i zaczęła nerwowo machać dłońmi, chcąc pozbyć się dymu, który przykrywał jej dłonie. Chciała zobaczyć ranę, którą wypalił jej przedmiot. Jednak w raz z kolejnymi machnięciami dymu przybywało. Pokój się oddalał, a ona już po chwili nie widziała nic, prócz dymu. Nie czuła nic, prócz spalenizny. Duszący dym wdarł się do jej nozdrzy, czuła ciepło. Ktoś szturchał jej ramieniem. Ktoś uderzył ją w twarz. Zaczynały dochodzić do niej głosy.
   - Obudź się głupia kobieto! Pali się! Musimy uciekać! - Nie była do końca świadoma. Jaki pożar? Kto ją szturcha? Otworzyła oczy z pewnym ociągnięciem i faktycznie paliło się. Przy pomocy tego mężczyzny, w którym rozpoznała wynajętego przewodnika, wydostała się z budynku. Zupełnie nie wiedziała, co się dzieje. Kasłała i patrzyła jak ogień trawi gospodę. Jak pali rzeczy, które tam zostały. Oczywiście, jacyś ludzie próbowali gasić palący się budynek. Jednak nie wychodziło im to zbyt dobrze. 
   Paeonia zupełnie tego nie rozumiała. Czy ta cała niesamowita przygoda była tylko snem? Przecież to nie mogła być prawda. To było zbyt realne. Zbyt dokładne. Poza tym miała wrażenie, że Uszatek to ktoś realny, a nie wytwór jej wyobraźni. Zawsze ufała swojemu instynktowi, nawet gdy podpowiadał jej zupełnie głupie rzeczy czy zachowania, praktycznie zawsze wychodziła na tym dobrze.
   - Chyba ktoś podłożył…
   - Wszyscy się uratowali, prócz biednego karczmarza…
   - Biedna, biedna pani karczmarzowa...
   Ludzie wokół niej gadali o tym, jaką ten pożar jest tragedią i że na pewno ktoś go podłożył, i że to pewnie wina bogów, bo córka karczmarza postanowiła zostać nierządnicą, a syna wygnali, gdy dowiedzieli się o jego dewiacji, dlatego pokarano ich jeszcze pożarem. To było tak histerycznie idiotyczne, przecież Paeonia przeżywała prawdziwy dramat! Co z tego, że właśnie komuś palił się dobytek. Jej też się palił. Przecież tam też był jej rzeczy, a jakoś nad tymi świecidełkami tak mocno nie rozpaczała. Bo to minie i ludzie jak to ludzie, poradzą sobie, dorobią się znów, ale to, co ona przeżyła, nie dało jej zapomnieć. Kolejna tajemnica wkroczyła w jej życie. Ciekawe, czy kiedyś przytrafi jej się coś podobnego? Uszatek był nawet całkiem porządnym elfem. Ratował w oczach Paeoni wizerunek elfów.

Okolice Lurn, Równina Przeoczenia
   Wiatr zawył mocniej, wdzierając się pod kaptur i płaszcz, którym daremnie próbowała się otulić. Niewyspana, wciąż towarzyszyło jej wrażenie ciężkiej głowy i piasku w oczach. Zahir szedł równo, a miarowy chód tylko kołysał, monotonny, usypiający. Pogoda też wołała o pomstę do nieba, niby wiosna, a czuć jej nie było, tylko wiatr, lekka mżawka i wilgoć.
   Od takiej mżawki ziemia nie zdążyła nawet rozmięknąć. Droga, mocno ubita kołami powozów i kopytami wierzchowców, nie mlaskała wesoło przy każdym kroku dzikiego konia. Wąska, wybiegała z lasu, w którym spędziła ostatnią noc, biegła dalej, podobno w stronę wioski, o ile nie kłamały stare, “znalezione” przez Odrina mapy Równiny Przeoczenia. Do ostatecznego celu, Ataxiar, pozostał jej szmat drogi, przebycie Gór Przodków i Bagien Tysiąca Rzek. Może zboczy z drogi i wstąpi do Mall Resz do Maltorna, uspokoi staruszka, że jego synek wykazał się czymś takim, jak rozsądek i nie dał się przerobić na zombie?
   Na horyzoncie widziała już wysokie, pnące się ku niebu, szczyty. Zatrzyma się w Lurn, uzupełni zapasy, przeprawi przez Suranę i dalej, hen przed siebie. Nie oglądając się za siebie i nie rozpamiętując, nie szukając rozwiązania zagadki, które, jak na ten moment, zdawało się poza jej zasięgiem.
   Czemu opustoszałe domostwo? Stara gospoda?  Przecież ona nawet nie była w gospodzie, nocowała w lesie! Czym były dziwne, nietypowe runiczne znaki? Czy w ogóle miały jakiś sens? Krew, duchy, obca świadomość. Dzik. Sakiewka pełna monet. Wszystko prowadziło ich tak, jakby wskazując, że to pamięć, wspomnienie domostwa. Coś złego, ogromna krzywda. Emocje, natłok emocji, wszystko to jakby pozostało, gnieżdżąc się w murach. A w to wplecione wspomnienia, jej własne. Przyjaciele. Magia. Kim była ludzka kobieta, czy była jak ona, wpleciona w to szaleństwo, czy należała do części snu, należała do domu czy kreacji snu? A może była… demonem? Może nie chodziło o pamięć miejsc, a jedynie o sen i kuszące wizje? Tyle, że jej nic nie kusiło… albo tego nie zauważyła, pochłonięta szukaniem rozwiązania. Może w lesie kiedyś była osada, może samotna gospoda? Może stąd… Zwykle nie pamiętała snów. Tych zwykłych. Rozmywały się, zacierając po przebudzeniu. Ten trwał wciąż, z każdym szczegółem przed oczami elfki. Czuła, chociaż nie miała pewności, że jego źródłem była magia, nie zaś fantazje umysłu.
   Sen łatwo ocenić. Nic strasznego, tylko sen, irracjonalne, przecież to od razu widać. Nie trzyma się kupy, takie rzeczy nie dzieją się nawet w świecie, gdzie magia żyje własnym życiem. Łatwo to dostrzec, łatwo zauważyć... , kiedy się nie śni.
   Śniąc nie widzisz. Barw, rozmytych krawędzi, ognia, który nie gaśnie po polaniu wodą i kości, które łamie ręka dziecka. Widzisz obraz. Widzisz wytwór myśli, wspomnień. Przyjmujesz je. Działasz. We śnie boisz się, lękasz, śmiejesz. Stajesz do walki o własne życie, tulisz do piersi krwawiący kikut ręki i naprawdę czujesz ten ból. Płaczesz. Umierasz.
   Sen trwa póki się nie obudzisz. Sen trwa, póki nie zdasz sobie sprawy, że śnisz.
   Jednego była pewna. To nie był tylko sen.



_________________
Jeżeli ktoś dotarł do końca to gratulujemy!
Pisanie tego tworu sprawiło nam ogromną przyjemność, powstał on z akcji "Budzimy się".
Dziękujemy również za utworzenie takiej akcji i niejako "przymuszenie" nas do współpracy, dzięki temu poznałyśmy się troszkę lepiej i naprawdę dobrze się bawiłyśmy.
Mamy nadzieje że nie utracimy żadnej z części naszego ciała za długość tego opowiadania.
No i w sumie to tyle.

11 komentarzy:

Nefryt pisze...

Część I.:

Patrząc na tytuł notki, nie miałam pojęcia, czego się spodziewać. Zanim skojarzyłam, że to notka z „budzimy się”, uszatek skojarzył mi się – jak się później okazało prawidłowo – z Szept, a kwiatek – z Tiammuri. Potem rozumiałam, że to przecież „budzimy się” i inny duet. Szczerze mówiąc, na początku miałam bardzo mieszane uczucia. Obawiałam się, co tego wyjdzie raz – bo „budzimy się” było niejako eksperymentem na żywym organizmie, dwa – wasz pomysł dopracowałam chyba najmniej, w dodatku narzucając pewne dziwactwo fabuły. Trzy – macie zupełnie różny styl pisania i prowadzenia postaci. Generalnie, mieszanka wybuchowa.
Czytając, zapisywałam na bieżąco swoje wrażenia i skojarzenia, nawet te głupie, oraz znalezione błędy, bo komentując dopiero po przeczytaniu, zwykle ulatuje mi połowa spostrzeżeń. Więc, po kolei:
"uświadczyło ją w pełni iż coś jest nie tak. Ona nie chrapała. Spała zawsze sama. Jeszcze ta ściana w którą uderzyła!" - przed iż powinien być przecinek. Nie do końca pasuje mi tu słowo "uświadczyć", kojarzy mi się ono raczej z "spotkać, zobaczyć, ew. znaleźć" - ale możliwe, że błędnie
"Obmacała się i dostrzegła, że nie ma na sobie żadnego odzienia". - hm, albo mi się wydaje, albo tego nie było w pomyśle xD Autorska inwencja, super!
"- Nie chcę klejnotów … - wymamrotała sennie współtowarzyszka Paeonii, na wpół obudzona. Spała na brzuchu, z głową wtuloną w niegdyś białą, obecnie zszarzałą poduszkę, okryta lekko nadjedzonym przez mole kocem. Umysł, dopiero wyrwany ze snu, nie pojął, że ostatnie, co pamięta, to gwiazdy nad głową, blask płonącego ogniska, parskanie podjadającego świeżą trawę Zahira i cykanie świerszczy, nocnych grajków." - widzę senną Szept. Jeszcze nie wiem, czy to ona, ale ją widzę. Słodka, senna Szeptucha :D
"Z całą pewnością twarz, okolona długimi, rudymi włosami, nie należała do kogoś, kogo zaliczyłaby do swojej kompanii" - kompania wrednej magiczki :D
"Ubiór prosty, podróżny, znoszony, lecz nawet elfi władca, wymykając się incognito ze stolicy, nosił takowy, nie chcąc rzucać się w oczy. Jakby dwukolorowe tęczówki nie były zbyt dosadną wskazówką odnośnie tożsamości Raa’sheala"- czyli istota kamuflażu w fantasy :D
"- Jestem pewna, że to on to zrobił. Nie ufam elfom. To takie podejrzane stworzenia. W dodatku zawsze coś kręcą! Mówię, wszystko co złe to elfy - wygłosiła swoje mądrości Paeonia i zaczęła szukać czegoś do ubrania" - kocham, biorąc pod uwagę, do kogo Paeonia to mówi.
" Patrzyła na nią wyczekująco jakby zaraz miała zarzucić ją gradem wyjaśnień" - przed jakby powinien być przecinek

Nefryt pisze...

Część II.:

Spodobał mi się opis monet - niby szczegół, ale ładnie umiejscawia wszystko w realiach i dodaje smaczku.
"Możemy iść każda w swoją stronę i udawać, że nic się nie stało albo poszukać co nasze i tego, kto nas tak urządził" - przed albo powinien być przecinek
" - Darowanej świni nie zagląda się w bebechy jak mówi stare rzeźnicze przysłowie, prawda. " - przecinek przed jak
"Ale jeśli ta świnia mimo swej świeżości i pełnej swej krasy nie przyciąga zwierząt domowych to znak, że coś jest nie tak!" - przecinek po domowych
Nie wiedziałam, czy to zamierzony efekt, ale czytając o tym, jak Paeonia i Szept szły ciemnym korytarzem, czułam dreszcz niepokoju. A potem, kiedy zobaczyły, kto siedzi na dole, niepokój zmienił się w pewne niekoniecznie miłe przypuszczenia. Coś było bardzo, bardzo nie tak. Natomiast trochę zdziwiło mnie, że Szept nie zwróciła uwagi na dziwne znaki, że jej to nie zaniepokoiło, że - jako mag - nie zaczęła czegoś podejrzewać.
Świetnie wyszło wam to wrażenie nierealności, czytając, cały czas zastanawiałam się, czy to sen, czy jednak jawa. I wcale nie byłam pewna żadnej opcji. I potem to odkrycie na suficie. Wiecie co? Podoba mi się groza w waszym wydaniu. Prawdopodobnie, gdybym była pewna, że to dzieje się naprawdę, odczułabym tę ilość krwi i flaków jako kiczowatą, ale w kontekście nierealności wszystkiego, klimat został uratowany.
Więc jednak sen... W zasadzie logiczne. Nawet bardzo, ale jakoś mi tak dziwnie i chyba trochę... smutno, że nie spotkały się naprawdę?
Opis snu na końcu jest piękny. Trochę poetycki i jednocześnie oddający sedno tych najbardziej realnych. Aż mi się przypomniały moje sny.
Jako inicjatorka akcji "budzimy się", bardzo się cieszę, że - po pierwsze, chciało się wam to doprowadzić do końca, nawet pomimo trudności. Po drugie - że udało wam się zgrać i stworzyć naprawdę intrygującą fabułę z bardzo niedopracowanego zalążka pomysłu. Największą radość sprawia mi jednak to, że dobrze się bawiłyście. Nie wiem, jak dla pozostałych, dla mnie długość nie miała znaczenia.
Możecie coś opowiedzieć o wrażeniach, jakie towarzyszyły wam przy pisaniu? I w ogóle, jestem ciekawa, jak wyglądał proces tworzenia. Umawiałyście się góry, czy improwizowałyście? Które sceny pisało wam się najprzyjemniej, a które wymagały wysiłku? Skąd wziął się pomysły, by spotkanie i wydarzenia z karczmy okazały się snem?

Szept pisze...

Ojoj, ależ ktoś nam tu skrobnął komentarz :D

No to po kolei, dzięki za wskazanie błędów, przynajmniej tych przecinkowych. Poprawiłam tam, gdzie się zgadzałam, tam gdzie nie... cóż, nie poprawiam na ślepo, najpierw dopytam. Duety są ciężki do poprawy, każdy ma inny styl pisania, inaczej buduje zdania, ktoś by coś napisał inaczej, użył innego słowa... przecinki to stosunkowo najłatwiejsza rzecz do edycji, podobnie momenty, w których trzeba scalić teksty 2 autorów albo zaznaczyć, kto coś mówi.
Mam wątpliwości w 2 podanych przez ciebie zdaniach.
"Ale jeśli ta świnia mimo swej świeżości i pełnej swej krasy nie przyciąga zwierząt domowych to znak, że coś jest nie tak!" - przecinek po domowych
Hmm... ja bym to raczej rozpisała tak:
"Ale, jeśli ta świnia, mimo swej świeżości i pełnej swej krasy, nie przyciąga zwierząt domowych to znak, że coś jest nie tak!" acz przyznaję, głowy za to nie dam. Co myślisz? Od "mimo" do "krasy" traktuję jako wtrącenie.
Plus, tutaj:
"Możemy iść każda w swoją stronę i udawać, że nic się nie stało albo poszukać co nasze i tego, kto nas tak urządził" - przed albo powinien być przecinek
Z mojej wiedzy zasadniczo przed występującym pojedynczo "albo" nie stawia się przecinka, stawiamy dopiero, gdy albo powtarza się w zdaniu, wówczas przed tym powtarzającym się i każdym kolejnym go stawiamy. Są sytuacje, kiedy "albo" rozpoczyna wtrącenie, wówczas można postawić przed nim przecinek. Szerzej tutaj: link
Zastanawia mnie natomiast, czy nie powinien wystąpić przecinek przed "co nasze". Patrząc na zasadę stąd link chyba tak?

Dobra. Koniec rozkmin odnośnie poprawności. Założę się, że gdybym przeczytała jeszcze raz cały tekst, znalazłabym jeszcze więcej smaczków, bo zawsze jest coś, co umknie. Także dziękuję Nefryt.

To... hmm... o czym by teraz, żeby to miało ręce i nogi? Ah! Opis monet. Za opis monet dziękuję Aedówce. Przyznaję, należę do osób, które czasem podglądają szkice, a ponieważ wiedziałam, że ktoś tu się brał za monety i uznałam, że może to być fajny smaczek, tak, popełniłam to. Podejrzałam. Bezczelnie spisałam. Powiedziałabym, że żałuję, że więcej tego nie zrobię, ale to byłoby kłamstwo. No to... ten tego... Dziękuję, że mogłam się posiłkować opisem, niejako przed jego publikacją, robiąc taki mały spojler.

Nawiasem, Nefryt, ja też od razu zapisuje wrażenia. Bez tego trudno się odnaleźć. Tyle, że ja od razu robię to w komentarzu, stąd czasem wychodzi mi mały chaos. Błędów tylko nie zapisuję, bo nie zawsze wiem, czy ktoś chce, żeby je wytykać, a kopiować całych zdań, by wskazać przecinki... czasem mi się po prostu nie chce.

Słodka, senna Szeptucha... Cieszę się, że przemówiło do Ciebie. No i w sumie z tym kamuflażem to tak... większość elfów wie, że nietypowe oczy. Jednak, przeciętny człowiek mógłby się nie połapać, że ma przed sobą elfiego władcę. Ostatecznie, świat długi i szeroki, więc się po prostu nie znają, no i po prostu też się koronowanej głowy śpiącej pod gołym niebem nie spodziewa. Myślę, że gdyby Szafira ubrała się jak chłopka, no i zachowywała niezbyt dostojnie, też by jej nie rozpoznano, chyba że osoby będące bliżej władczyni. Z tym, że mogę się mylić.

Biorąc pod uwagę ... tak, Paeonia cięty języczek. Szept musiała znieść jeszcze porównanie do orka.

Szept pisze...

Co zaś do znaków... Prawdę mówiąc, ich pominięcie przeze mnie było całkowicie celowe. Raz, że nie chciałam zrobić z magiczki nieomylnej alfy i omegi, która wszystko wie. Stwierdziłam, że jest tylko elfem, ma prawo do błędów i pominięć. Dwa, założyłam, że właśnie tego się spodziewacie. Mag, więc zauważy. A ja bardzo nie chciałam iść w przewidywalność. No i trzy... gdyby przyszła do dziwnej gospody z misją, wiedząc np o jej nawiedzeniu, zwróciłaby uwagę. Byłaby gotowa, nastawiona na magię. Tutaj jest ona, prywatne życie, a żyje się nie tylko 1 dziedziną czy uprawianym zawodem, w każdym razie Szept tak robi. Chodzi mi o fakt, że gdyby zawód determinował wszystko, lekarze by nie chorowali, mechanikowi nie psułby się samochód, a weterynarzowi zwierzaki by nie chorowały. Stety czy nie, tak nie ma. Stąd taka, a nie inna decyzja odnośnie magiczki i uwagi poświęconej runom. Dopiero zaniepokojona, zwraca na nie uwagę, ale wtedy już spodziewa się, że coś jest nie tak.

Co jeszcze... ah. Ilość krwi i flaków. Nefryt, no wiesz co? Gdyby to było naprawdę, nie wwaliłabym tam tyle krwi. Może troszkę flaków, ale nie zalewałabym nimi postaci :D A tak trochę pojechałyśmy.

Poza tym, odnotowuję autorski sukces. Mianowicie, opisy nie są takie złe, skoro ktoś je chwali. To teraz trzeba popracować nad budowaniem fabuły, bo to moja kolejna pięta Achillesa.

I tyle z notki. Wnioski odnośnie akcji budzimy się i wrażenia muszę dopiero skrobnąć. Nefryt, ja lubię dużo gadać, na pewno chcesz mnie o to pytać?

Szept pisze...

Mówiąc szczerze, na początku też miałam mieszane uczucia co do samej akcji. Wybranego dla mnie początku też.
Mam swój styl pisania, zwykle nie lubię tekstów, gdzie autor bombarduje mnie komizmem, ironią i tego typu sprawami, bo w nadmiarze przestają mnie bawić - dlatego panu Pratchettowi powiedziałam nie.
Przyznam, że czytając początki, najbardziej podobał mi się ten Aedówki i Iskry, nie pamiętam twojego i Zorany, za to patrząc na Darrusowej i Tiamuuri nasunęło mi się oblężenie i... opisać to w dobrym stylu to wyzwanie. Skoro mówimy szczerze, mój podobał mi się średnio, nie do końca widziałam akcję, a Luciena od razu zamieniłam na bardziej elastyczną Szept. No i nie potrafiłam sobie wyobrazić, co takiego musiałaby zrobić magiczka, żeby Midar (czy inni przyjaciele) miał ją gdzieś. Słowem, nie widziałam mojej ukochanej logiki i realizmu.
No i byliśmy w parach mniej lub bardziej znających się. W naszym przypadku kompletnie nic wcześniej nie pisałyśmy razem, więc nie znałyśmy ani swoich stylów, ani siebie nawzajem. Można mówić, co się chce, ale znając się, łatwiej ruszyć do przodu.
Może od razu powiem, że budzimy się to dla mnie strzał w dziesiątkę, jeśli chodzi o integrowanie autorów (bo ożywienie już nieco mniej, zwłaszcza że miałam obudzić się w wakacje, nie zaś ze snu zimowego, ale dobre i to). Zwłaszcza, jeśli oboje w to wejdą. Tutaj pięknie podziękuję Paeonii za wyrozumiałość dla mojego napiszę jutro (czyt. za 3 dni do tygodnia), muszę zebrać pomysły (czyt. chwilowo choruję na lenia i nie myślę). Muszę też nadmienić, że moja współautorka w tworzeniu tego eksperymentu wykazała dużo więcej inicjatywy niż ja, poruszając sam temat pisania, szturchając mnie, no i zawsze mogłam liczyć na podpowiedzi i tzw. burze mózgów, gdy pojawiało się pytanie, co dalej. Patrząc wstecz, z tego ostatniego korzystałam za rzadko. No i dziękuję za opublikowanie, za nazwanie i stworzenie dopisku pod tekstem. Za coś jeszcze miałam, ale nie pamiętam, za co.
No i Kwiatku, dziękuję, że wytrzymałaś ze mną i ci się chciało :D Naprawdę miło, jeśli trafi się na kogoś, kto ma dużo zapału i chęci, za to kocham duety, bo jak dopadnie mnie dołek wenowy, mogę liczyć na drugą stronę i pomoc.
Na początek: na notki, wspólne akcje, google dysk wymiata. W połączeniu z gg i krótkim komunikatem: "dopisałam swoje, teraz ty" idealne. Zdecydowanie mój ulubiony sposób pisania notek, początkowo, z racji że była nas trójka, jedyny, który tak naprawdę wchodził w grę (nie wyobrażam sobie przesyłania w 3 maili albo przez gg pisanie na konferencji).
Muszę też przyznać, że jako jeden ze starszych autorów (starszych stażem) troszkę dałam plamę, bo nie zawsze ogarniałam wszystko czy wychodziłam z propozycjami. Po części wynikało to z faktu, że największy problem w przypadku notek mam z fabułą - przynajmniej w mojej ocenie i dlatego nie paliłam się z jej konstruowaniem i przejęciem pałeczki. Przyznaję, że początkowo, gdy byłyśmy przy samych ustaleniach, miałam obawy, czy starczy nam zapału i nikt się nie wykruszy.
Notka była klecona na zasadzie: kilka pomysłów, luźno rzuconych - jak choćby pomysł z nagim początkiem autorstwa Paeonii. Potem troszkę weny, czasem przedłużania, słowem, raczej spontan, mniej zarysu akcji. Nie jest to sposób, w jaki zwykle piszę notki, więc troszkę miałam obawy, co z tego wyjdzie i jak fabuła ułoży się logicznie (bijcie, walcie po głowie, ale ja powiem, że logika musi być, nawet jak owce spadają z nieba, to da się to wyjaśnić).
Czasem było tak, że miałam dzika, miałam go usunąć, a nie miałam pojęcia, czym ten dzik jest, czasem były runy, a ja nie wiedziałam, czy mają być prawdziwe, wytworem iluzji, czy naprawdę mają moc. Niemal do końca nie wiedziałam czy to sen, czy jednak pamięć domu, czy duchy, czy jeszcze jakieś inne twory, magiczne pułapki.

Szept pisze...

Co pisało mi się najprzyjemniej? Ojej, notka ma takie rozciągnięcie czasowe, że trudno mi sobie przypomnieć. Na pewno bardzo ładnie poszedł początek. Na pewno bomba opisywało mi się nóżki, mięśnie, kosteczki i flaczki. I sama końcówka, gdy w końcu wpadłam na to, jak ja ją widzę i jaki punkt opisać. Pierwszy powstał fragment o śnie, potem wypełniałam luki. Kiedy wyszło, że to sen? Chyba jak Paeonia napisała, że się obudziła. Chociaż, w moim przypadku nie byłam pewna, jak Szept współdzieliła ten sen i czy to nie jakaś magia. W sumie, co najlepsze, nadal tego nie wiem.
Kryzys wenowy miałam mniej więcej w połowie, po zejściu postaci na dół, do wspólnej izby, stąd w tamtym okresie napisanie czegokolwiek było po prostu cięższe i wiązało się z wysiłkiem. Ponieważ kocham logikę, problemem było też zakończenie: wpaść na nie. Nie chciałam opisywać typowego przebudzenia, chciałam coś wyjaśnić, nawiązać do tego, co się wydarzyło, ale sama jeszcze nie wiedziałam, jak. Dopóki nie wpadłam, że idę w sen, siedziałam, czytałam, myślałam, znowu czytałam.
Co jeszcze? Naprawdę dobrze mi się pisało. Raz ciężej, raz gorzej, raz lepiej - wena kapryśna. Podobała mi się atmosfera naszej akcji, podobało uderzanie do siebie nawzajem... podobał mi się też piękny, zaprezentowany mi dzik i jeszcze kilka scenek wybranych z notki.
I już są efekty. Myślimy nad wątkiem. :D

P.S. Mówiłam, że będzie dłuugaśne

Nefryt pisze...

Masz rację co do fragmentu "Ale jeśli ta świnia mimo swej świeżości i pełnej swej krasy nie przyciąga zwierząt domowych to znak, że coś jest nie tak!". Przynajmniej tak mi się teraz wydaje :)
Hm, z drugim zdaniem zadałaś mi ćwieka. Szczerze mówiąc, nie wiem.
Ale Szept, nie musisz was tłumaczyć ;) Przecież ja nie mówię, że mi się nie podobało.
Serio w momencie zejścia na dół zabrakło ci weny? Kurczę, w życiu bym nie powiedziała.

Szept pisze...

Haha, musiałaś mi pokazać to zdanie, żebym mu się przyjrzała. W zasadzie, tym obu, bo z drugim przykładem nadal nie wiem, jak powinnam postąpić :D
A tłumaczenie... ja choruję na coś zwanego słowotokiem i chęcią do gadania. Jak to włączysz, będę paplać o wszystkim, ważne czy nieważne, chcecie wiedzieć czy nie chcecie. Ale nic tutaj nie odbierałam jako zarzut czy że się nie podoba. Aż tak nie biorę do siebie :P (haha, ale nadal boję się publikować notki solo, bo sama ją zjechałam od góry do dołu, krytyk jeden).
Aha, dokładnie. Na dole ratowała nas Paeonia. Przynajmniej do trupków. Musiałam być wtedy w naprawdę mrocznym, ponurym nastroju. Cieszę się, że aż tak tego nie widać.

Olżunia pisze...

I

Słowotok? Czuję się wywołana do tablicy.

Dziwnie to brzmi w moich ustach (a raczej dziwnie wygląda po przejściu przez moją klawiaturę), ale podoba mi się ta wzmianka o mięchu na samym początku w kontekście tej postaci. Mocny kontrast z (oficjalną) profesją Paeonii. I taka, chciana czy nie, spuścizna po ojcowskim fachu. Tak, mimo że próbuję
I opis wybudzania się ze snu mi się podoba. Tak, ja lubię szczególiki. I fascynuje mnie ten moment, w którym bardzo powoli przypomina się sobie kolejne fakty i składa w jako tako spójną całość. A tu jest to fajnie opisane.
“Oczy niechętnie się otworzyły, głowa przekręciła w bok. Miękkość materaca kontrastowała ze wspomnieniem uciskających tyłek kamieni, szorstki koc, chociaż ciepły, drażnił gołą skórę./Gołą.” Ten kawałek jest… cudowny. I ten moment, w którym brak kaca staje się większym problemem niż byłby nim sam kac. Natomiast pierwsze słowa Szeptuchy po tym fragmencie… Moje skojarzenia każą mi podejrzewać o coś Wilka. Ta bardziej pruderyjna część mnie każe mi przestać się zastanawiać. Zostanę pośrodku i to tu zostawię, niech obraz aedówkowego odbioru tekstu będzie bardziej pełny. xD
“Jakby dwukolorowe tęczówki nie były zbyt dosadną wskazówką odnośnie tożsamości Raa’sheala.” Kisnę dalej. xD
W paru miejscach gubiłam się, gdy brakowało mi imienia albo innego określenia odnoszącego się do danej postaci. Ale odnajdywałam się szybko, to są charakterystyczne osobistości.
O rety, są dirhemy. <3 Tak, muszę się wziąć za tę zakładkę i ją w końcu napisać, żeby było co konsultować. Spoiler w takim wydaniu… o lepszym marzyć nie mogłam chyba. <3
Elfia królowa bluzgająca po krasnoludzku - to nie wymaga komentarza, to jest po prostu piękne.
“[...] uśmiechnęła się wesoło. Przynajmniej nikt nie poodczepiał dzwoneczków od jej stroju.” Obosz, uwielbiam tę postać. xD I wyobraziłam sobie, jak uśmiechając się, przygryza dolną wargę i lekko marszczy nos. Tak, MUSICIE wiedzieć, co mi siedzi w głowie.
“Świetnie. Chwalą ją, a ona nawet nie pamięta za co.” Brzmi jak Rada. To nie tak, że ja nie lubię Rady. Ja ją właśnie bardzo, bardzo, baaardzo lubię.
“Do pomieszczenia wpadło światło. Światło dnia. Był dzień. Cóż za fascynujące odkrycie.” Kisnę bez ustanku jak przystało na dobrze wychowane ogórki.
“Pośpiesznie ubrała się, ciesząc, że nic nie musi przewracać na prawą stronę [...].” Przewracanie ubrań na prawą stronę jest takie nieelfie, podobnie jak pranie.
Opis nastroszonego, rozwścieczonego dzika. Rozpływam się.
Magiczka ignorująca wypalone w podłodze runy. I takie: “ależejaktomożliwe”. Pasuje to do konwencji snu, podkręca kuriozalność całej sytuacji, a i wyjaśnienie z komentarza do mnie przemawia. A mój mózg bardzo ładnie sobie tę scenę wyreżyserował. Żabia perspektywa i spowolnienie. Tak, tak, Olżuniu.
Ten moment, w którym pokręcony sen zaczyna zmieniać się w koszmar… Khem. To jest dobrze napisane, if you know what I mean. Za dobrze. I do tego reakcja Paeonii. “Uszatku, znajdź no szybko jakieś rozwiązanie, a ja się pobawię tym tutaj dyndającym jelitem.” Ktoś tu, zdaje się, oglądał “Miasto 44”, a konkretnie scenę z wybuchu bomby. Zresztą… Yhm, mniejsza. Niedobrze mi. *zapija Pepsi (serio)*
“Poczuła obcą świadomość, zdziwienie, chyba własne, może jego, jej, kimkolwiek był.” Tak, jaram się odczuwaniem emocji bez sprecyzowania, czyja ona jest, nawet jeśli połowę podejrzanych stanowi odczuwający tę emocję. Muszę częściej poruszać temat magii w wątku, Szept. :D Żebyś “wsiadła na swojego konika” i żebym się tym jarała. Pazerność w wydaniu de luxe.
O Wielki Jeżu, jakie epickie schizy. Tak epickie, że w pewnym momencie ma się ochotę powiedzieć “dość, wystarczy mi tej epickości jak na jeden raz”. Wystarczyło i poczułam naddatek. Spory naddatek.
I końcówka, właściwie końcówki. Fajne. Ja rzadko lubię zakończenia, zwykle nie satysfakcjonuje mnie sposób i jakość domknięcia wątków. Tutaj nie mam zastrzeżeń. Wszystko jest jednocześnie domknięte i otwarte, wyjaśnione i delikatnie zasugerowane. No i powstał nowy rodzaj powiązania. Status: spotkana_y we śnie.

Olżunia pisze...

II

To ja się trochę poczepiam. :D “Było zaiste niewielu osób o złotym sercu” - powinno być “niewiele”. “Naprzeciwko” i “wgłąb” pisze się razem. “Wąska, wybiegała z lasu, w którym spędziła ostatnią noc, biegła dalej” - rozumiem zamysł, ale jednak niezgodność podmiotów trochę dezorientuje.
Co do przecinka przed “albo” - jeśli ten spójnik się nie powtarza, zostaje bez przecinka. ;)

Podoba mi się to, że nie tylko mag może ogarniać magiczną zagadkę. Nie jak na kiepskiej sesji RPG, na której albo jesteś magiem, albo sorry, wpadłaś w pułapkę, możesz sobie rzucić kostką, licząc na krytyczny sukces… a potem rzucić jeszcze raz i jeszcze raz, i jeszcze. U Was każda postać wykorzystuje swoje umiejętności i cechy, by dołożyć kolejny element do układanki. I to jest fajne.
Kolejna rzecz to upchnięcie koszmaru w komedii i zarazem komedii w koszmarze. Kurde, nie wiem, jak to zrobiłyście. Nie mam pojęcia.
“[...] nie byłam pewna, jak Szept współdzieliła ten sen i czy to nie jakaś magia. W sumie, co najlepsze, nadal tego nie wiem.” I właśnie to mi się w tej notce podoba najbardziej. Bo ja wcale nie chcę tego wiedzieć. :D

“Znalezione” przez Odrina mapy. I wszystko jasne.

“Na pewno bomba opisywało mi się nóżki, mięśnie, kosteczki i flaczki.” Tak, to było czuć. I kto mnie teraz pozbiera? Odrin? ;__;

Szept pisze...

To się trochę czepiam = zabrzmiało złowrogo. Po czym patrzę, czytam i oł... tylko tyle? :P Zasadniczo poprawione, oprócz lasku i ścieżki.
A! Przed albo wiem, że bez przecinka, ale zastanawia mnie "co nasze". Jeśli traktować to jako w domyśle "co jest nasze", postawiłabym przecinek. Ale czy tak ma być?
"Możemy iść każda w swoją stronę i udawać, że nic się nie stało albo poszukać co nasze i tego, kto nas tak urządził"

Miasto 44... chyba nie widziałam... Chyba. Chyba muszę zobaczyć. :D

Tak, zakończenia... Zmora. Znaczy, nie lubię zbyt zamkniętych, ale za otwarte też są bleh. Chociaż, najgorsze i tak jest łączenie 2 całkiem ładnych fragmentów, jeśli się nie ma pomysłu na ten wypełniacz.

Jak miło odnotować, że nie tylko ja cierpię na słowotok.

I wiesz co? Ja naprawdę lubię Radę. Zwłaszcza jak mam na kogo zrzucić utrudnianie życia moim i cudzym postaciom. Rada jest wtedy idealna. Zastanawiam się, kiedy ci, których nią katuję, w końcu się wkurzą. Albo kiedy Iskra zdecyduje, że Wilk znosi Radę, bo ma jej dosyć :D

Przewracanie na prawą stronę... Zwłaszcza, kiedy się zaspało :D

Ja i magia. Gdyby nie fakt, że potrzebuje fabuły jako tła, już bym pisała notkę i katowała was magią. Chyba macie szczęście.

Prawa autorskie

© Zastrzegamy sobie prawa autorskie do umieszczanych na blogu tekstów, wymyślonego na jego potrzeby świata oraz postaci.
Nie rościmy sobie natomiast praw autorskich do tych artów, które nie są naszego autorstwa.

Szukaj




˅ ^
+ postacie
Rinne Lasair