Przewodnik

Linki-obrazki

Misje
I. Więzi przyjaźni
Spotykasz po latach kogoś, kto dawniej był ci bliski. Wplątuje cię on w jakąś historię, która nie dość, że z czasem się komplikuje, to w dodatku budzi w tobie wątpliwości co do intencji przyjaciela.

II. Linia frontu
Kerończy natarli na Prowincję Demarską. Oblegany jest sam Demar. Jedni ludzie stają do walki, inni uciekają ze spalonej ziemi. Napastnicy, obrońcy i cywile. Po której stronie staniesz?

Opcjonalnie: Udział w buncie niewolników w Wirginii bądź inne miejsca walk.

III. Rekonwalescencja
W nie najlepszej kondycji trafiasz do wioski lub klasztoru. Wydaje ci się, że trafiłeś w dobre ręce i że wkrótce będziesz mógł opuścić to miejsce. Okazuje się jednak, że z pozoru życzliwi i uprzejmi ludzie skrywają przed tobą jakąś tajemnicę.

IV. Zabij bestię
Coś napada, nęka mieszkańców. Zawierasz umowę z wójtem - dostarczysz głowę bestii za określoną cenę. Okazuje się jednak, że stworzenie nie działa bez powodu - jest w jakiś sposób prowokowane przez mieszkańców.

Opcjonalnie: Bestia jest wrażliwa na hałas z karczmy albo ludzie naruszyli w jakiś sposób jej rewir (weszli na jej teren, zajęli leże ze względu na drogie surowce itp.)

V. Nielegalne walki
Dochodzą cię słuchy o nielegalnych walkach prowadzonych w okolicy. Położysz im kres czy może postanowisz wziąć w nich udział dla własnego zysku? Pieniądze nie leżą na ulicy.

VI. Zlecone zabójstwo
Dochodzi do zamachu, w wyniku którego ginie ktoś ważny. Podejmujesz się odnalezienia zabójcy – albo jego zleceniodawcy. Od ciebie zależy, czy dojdzie do aresztowania winnych, czy pomożesz im uniknąć kary.

VII. Egzekucja
W mieście lub wiosce szykuje się egzekucja. Znasz sprawcę albo sam doprowadziłeś do jego schwytania. Realizacja wyroku coraz bliżej.

Opcjonalnie: Z czasem nabierasz wątpliwości, czy skazaniec faktycznie jest winny i chcesz go uwolnić lub dochodzą cię pogłoski, że ktoś może chcieć uwolnić kryminalistę.

zamknij
Spis kodów
Spis opowiadań
Baśń o wolności: Preludium (autor: Nefryt) Gdy demon odzyskuje człowieczeństwo, przypomina sobie jak być człowiekiem.(autor: Zombbiszon) Nikt nie zna prawdziwego bólu do czasu aż nie straci kogoś bliskiego sercu. (autor: Zombbiszon) Wendigo i Driada (autor: Zombbiszon) Domek, zupa, sukkub i historia (autor: Zombbiszon) Sen i niespodzianki (autor: Zombbiszon) Boląca strata i niepokojący gość! (autor: Zombbiszon) Cienie i nowy przyjaciel (autor: Zombbiszon) Kruki (autor: Zombbiszon) Cienie i Starsze Dusze (autor: Zombbiszon) Zło Kor'hu Dull (autor: Zombbiszon) Złodziej Twarzy i Koszmar (autor: Zombbiszon) Królewiec (autor: Zombbiszon) Przed świtem (autor: Nefryt) Król Żebraków i nowe drzwi (autor: Zombbiszon) Akceptacja (autor: Zombbiszon) Nostalgia (autor: Nefryt) Nowa droga i niespodziewane wyznanie? (autor: Zombbiszon) Biały i zielony daje czerwony! (autor: Zombbiszon) Nowe wyzwania w nowym życiu (autor: Zombbiszon) Krąg tajemnic (autor: Zombbiszon) Jack (autor: Zombbiszon) Czasami to mrok daje najwięcej światła (autor: Zombbiszon) Trzy sceny o szpiegowaniu (autor: Nefryt) Morze bólu. Promyk nadziei ... (autor: Zombbiszon) Sól (autor: Olżunia) Dyjanna Muirne: Miecz może być dowodem wszystkiego (autor: Zorana) Uszatek i Kwiatek na tropie przygody: Przypadłość parszywej gospody (autor: Paeonia i Szept) Gdy gasną świece (autor: Zombbiszon) ... Najjaśniej płoną gwiazdy nadziei. (autor: Zombbiszon) Elias cz. 1 (autor: Zombbiszon) Elias cz. 2 (autor: Zombbiszon) Historia (autor: Zombbiszon)
zamknij

Chat

Nowe Dhar, las
   Kastet uderzył w kość, kiedy zaciśnięta pięść wyprowadziła cios od dołu, trafiając w szczękę; kościotrup zachwiał się, zrobił kilka niezdarnych kroków do tyłu i zatrzymał. Siła uderzenia przekręciła jego czaszkę, więc puste oczodoły spoglądały w zupełnie inną stronę niż powinny.
   Z boku zaatakował ghul; pokraczny stwór, kiedyś będący człowiekiem, teraz poruszający się jak pies. Ciało miał obleczone mięśniami i skórą, raczej gnijącą niż kwitnącą, ostre zęby i pazury, które potrafiły roztrzaskać tarczę. Ten celował w plecy, ale Brzeszczot usłyszał jego dudniące susy już wcześniej i był przygotowany; sztylet przywiązany do nadgarstka rzemieniem, tak by mógł spokojnie po niego sięgnąć i go nie zgubić, jakby sam wskoczył w jego rękę. Polegając na słuchu, dostrajając go do sytuacji, Dar odwrócił się na pięcie, zamachnął i poczuł jak ostrze wchodzi w miękkie ciało. Wykorzystując siłę impetu, uderzając kastetem w głowicę noża, wepchnął go głębiej, po samą rękojeść i przekręcił, zadając większe obrażenia. Ghul zawył potępieńczo, szarpnął się i zamachnął pazurami, ale w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą był najemnik, ziała pusta.
   Dar nigdy nie był ani tak szybki, ani tak lekki jak elfy, ale wykorzystywał wszystko, co dała mu mieszana krew. Odskoczył zwinnie, wyciągając nóż, ale nie po to, by zwiększyć odległość. Chciał uderzyć w kark, wbić ostrze aż po kręgosłup. Musiał go unieruchomić, obezwładnić; ghula do ponownego życia powołała magia i tylko ona mogła odesłać go do grobu. Ghul jednak nie chciał współpracować; przekręcił się, kłapnął zębiskami, atakując od razu z jeszcze większą wściekłością. Z boku klekotały kości szkieletu. Powinien mieć tarczę, ale nie był cholernym rycerzem! Wyciągnął zza paska nóż. Im dłużej zajmował się tą potworą, tym więcej marnował cennego czasu. Kiedy więc ghul skoczył na niego, mając już w dłoni kamień, najemnik rzucił nim, trafiając w głowę; to ostudziło trochę zapał przeciwnika, ale go nie zniechęciło. Ghul zatopił pazury w Darowej łydce, rozcinając materiał spodni i skórę. Brzeszczot trafił zaś w łeb, ale ostrze nie przebiło się przez czaszkę, ześlizgując po karku, sięgając kręgosłupa. Obaj, zarówno ghul jak i mieszaniec, zawyli.
   Z krzaków wyszło kolejne ciało. Poruszało się powoli, powłócząc nogami. Trup obwinięty paskami materiału, pochowany za czasów, kiedy zamożnych zmarłych namaszczano olejkami i zawiniętych, składano do kamiennych grobów. Zdawał się nie wiedzieć gdzie jest, ani co powinien robić. Snuł się tylko, nie czyniąc ani krzywdy ani pożytku.
   - Wlazłaś?! - krzyk Brzeszczota przeciął pomrukiwania nieumarłych. Kiedy on walczył, Sorcha właziła po starej, trzeszczącej linie na drewniany podest ulokowany wysoko w koronie wiekowego dębu. Mógł służyć do obserwacji ptactwa, zwierzyny albo do polowań. Ważne, że był wysoko i znacznie bliżej niż Nowe Dhar.
   - Tak! - Dało się słyszeć z góry.
   - Dobrze. - Nie było gdzie uciekać, bo wątłe, młode drzewa nie dawały oparcia dla stóp, nie utrzymałyby też ciężkiego ciała. Parszywy młodnik. Ghul był jeszcze gorszy, a rana na łydce zaczynała piec. Koniec tego parowania i unikania. Musiał dostać się do liny. Ignorując ból, wspierając się na zranionej nodze, wymierzył kopniaka okutym buciorem szkieletowi w żebra i przywalił z łokcia, na którym miał zapięte szpikulce, ghulowi. Chciał je tylko spowolnić, i tak nie czuły bólu, aby czmychnąć na drzewo. Teraz miał okazję.
   Nad polanką przeleciał ptak. Czarny kruk z wykrzywioną nogą i przekręconym łebkiem. Był też wróbel bez jednego skrzydła, podskakujący po trawie. Po młodniku kicał nawet zając z robaczywą raną na karku. Gdzieś między drzewami zawył wilk, kolejny ożywieniec. Magia powoływała do życia wszystko, co umarło.
   Brzeszczot dopadł do liny, złapał się jej jak pewien krasnolud gorzałeczki i zaczął wspinać. Coś złapało go za nogę, ale zaraz puściło; śmierdzące najemnikowe onuce. Kilka rubinowych kropli krwi spłynęło z rozciętego materiału i spadło na pogniecioną, wydeptaną trawę. W dole, coraz niżej, mamrotały i gulgotały umrzyki.
   Dar w końcu zawiesił się na krawędzi podestu, sapnął i wgramolił się cały, podciągając nieco.
   - Powiedz, że jesteś magiem, co? - mruknął do Sorchy, nie patrząc na nią, a spoglądając w niebo; minęło południe, słońce przechyliło się nieco ku zachodowi. Bez użytkownika many nic tu nie zdziałają. Szept, gdzie jesteś, kiedy byś się przydała? Z tą myślą i cichym westchnieniem, najemnik ściągnął z palców kastet, odczepił z rzemyka sztylet i sięgnął po swoją sakwę, którą wtaszczyła tutaj Sorcha. Grzebiąc w środku, wyciągnął starannie zawinięty pakunek, pachnący ziołami. Heiana zawsze była najpierw uzdrowicielką, a dopiero potem elfką. W tobołku znalazł maści, czyste skrawki materiału, kościaną igłę, pajęczą nić, buteleczki i mniejsze zawiniątka. Wszystko starannie opisane: to na siniaki, wcieraj dwa razy dziennie w miejsce, gdzie się uderzyłeś. To by odkazić ranę… i tak ze wszystkim, co tu miał. - Że studiowałaś u mistrza i znasz się na nieumarłych, co? - Rozrywając i tak potarganą nogawkę spodni, najemnik cmoknął widząc to, co miał na łydce. Heiana mówiła, że liczy się czystość, więc opłukał dłonie wodą, a potem dotknął skóry palcem, sprawdzając jak głęboko sięgnęły szpony. Kość, ścięgna i mięśnie miał całe. Chyba.
   Na dole zawył ghul.
  - Magikiem! Też coś! Może od razu Aszarą, co? - Sorcha posłała Brzeszczotowi spojrzenie, które – dziękować bogom – nie zabijało, ale ewidentnie niosło taki zamiar. Potem zerknęła na torbę pół-elfa, marszcząc brwi. — Rozumiem, że masz tam całą aptekę, tak? Powiedz mi jeszcze, że mam to zszyć i stwierdzę, że bawię się cudownie.
   - To? - Wskazał na pakunek. - Nie, podróżne takie, od Heiany, co bym przeżył wystarczająco długo, aby dopełznąć do medyka. - Ghule miały brudne pazury; ziemia, krew, tkanka, wszystko, co drapały zbierało się im pod zaostrzoną, długą płytką. Takie rany należało dobrze odkazić i nawet taki ignorant jak Dar wiedział, że powinien to zrobić teraz, jeżeli nie chciał zakażenia, od którego mógł nawet stracić nogę. - Obejdzie się bez szycia - mruknął, chociaż poszarpana, nierówna rana pod palcami zaczęła krwawić obficiej. Zabandażuje i przeżyje. W życiu bolało go bardziej. I tak nie miał możliwości zszycia tego, ognia też brakło, żeby przypalić ranę. - Masz coś do jedzenia?
  Sorcha łypnęła na niego okiem, ściskając pasek od skórzanej torby, która wydawała się stosunkowo niewielka, ale mogła pomieścić w środku więcej niźli się ktokolwiek spodziewał.
   - Mam, a co? Będziemy piknikować na tym drzewie? - Skrzywiła nos, czując zapach leczniczych maści. Dobrze wiedziała, że im coś bardziej śmierci tym skuteczniej leczy.
   - Do Nowego Dhar mamy daleko. - Dar zalał ranę gorzałką z bukłaczka, krzywiąc się i klnąc jak szewc, bo szczypało, piekło, aż mu noga zdrętwiała i ani myślał nią ruszać. Kiedy trochę przeszło, ostrożnie posypał śmierdzącym proszkiem od Heiany. - Żadne z nas nie włada magią. Nie, ja chcę tu poczekać.
   - I jesteś pewien, że nie oberwałeś za mocno? - W jej głosie pojawiała się nieco cieplejsza nuta. Co jak co, ale nie życzyła wszak Darowi utraty nogi, a cokolwiek nie mówił, rana wyglądała tak sobie. Czasem nawet niewielka rana mogła przynieść nieszczęście, jeżeli wdało się w nią zakażenie.
    W zasadzie... zamiast nogą, winna zastanawiać się, gdzie teraz pójdą lub co zrobią, a może po prostu przekimają na drzewie, bo… czemu nie? Hej! To przecież lepiej niż kontakt pierwszego stopnia z umarlakiem, a raczej dziesiątkami umarlaków.
   - Do uzdrowicieli też mamy daleko - mruknął, przecierając twarz dłonią. - Musi mi to wystarczyć. - Rana może i wyglądała kiepsko, ale po przemyciu, prowizorycznym oczyszczeniu, okazała się być niewielką; pazur rozdarł skórę, ale nie sięgnął głębiej. - Jak się zamienię w umrzyka, to pozwalam ci mnie zabić, ale proszę o szybką śmierć i w miarę bezbolesną. - I Dar uśmiechnął się jakoś tak złowieszczo.
  - Obym się tylko zorientowała w porę. Już ciężko odróżnić cię od zdechlaka - powiedziała obojętnie, zaglądając do torby. - Jedno pytanie Dar: kiego ducha ty tu szukasz? - Wbiła nagle w niego ciekawskie spojrzenie.
   - Przypadek - mruknął, zakrywając czystym materiałem ranę. - Wracałem z Sowiego Lasu, w Dhar chciałem uzupełnić zapasy i kupić konia. - Krzywiąc się, zawiązał ciasny supeł. - Konia zeżarły ghule, a wioskowi siedzą w domach. A jak zobaczyli najemnika, to im odbiło. To im powiedziałem, że się rozejrzę. Mogą mnie złotem zasypać, ale to robota dla maga.
  - Czyli dzień jak co dzień, prawda? Trochę śmierdzi nudą - skwitowała Sorcha, wzruszywszy ramionami, po czym wyjęła z torby nieco suszonego mięsiwa, w które Kirk zawsze zaopatrzył ją w dalekie podróże i które… smakowało pewnie jak niejeden zdechlak i może było zdechlakiem, bo kto rozróżnia baraninę od dwunożnego ssaka? Ale kiedy piknikuje się na drzewie, kilka metrów nad ziemią, w czasie balangi umarlaków to nie wolno narzekać. Bogowie są gotowi skarać czymś gorszym. - Jedz i nie zadław się - dodała troskliwiej, aczkolwiek nadal z nutą przekornego niezadowolenia.
   Niechętnie spojrzał na suszone mięso; zawsze smakowało jak podeszwa buta, chociaż nigdy żadnej nie jadł, ale na pewno smakowała tak samo. Ciągnące, gumiaste mięcho, zupełnie bez smaku, albo z posmakiem kurzu. Fuj. - Może mi jeszcze szmatkę pod brodę podetkniesz? - spytał kąśliwie, częstując się paskiem niezidentyfikowanego mięsa; Heiana pewnie by tego nie pochwaliła. Jakby co, wyciągnął swój bukłak, mniejszy, skórzany, który pachniał miodem. Na odkażenie.
   - Jedno, Dar, że tak cię ciągnie do złota to ja nie wiedziałam. - Wyszczerzyła do niego zęby w uśmiechu.
   Brzeszczot prychnął, opierając się plecami o pień drzewa. Nad głową szumiały liście, a w dole powarkiwały umarlaki.  Nie miał większej ochoty tłumaczyć jej, o co mu chodziło z zasypaniem złotem, więc przemilczał; ostatnio często to robił, kiedy ktoś go nie umiał zrozumieć. - Z czegoś trzeba żyć - mruknął jednak, drapiąc się po nieogolonej brodzie, na której wyhodował sobie już całkiem sporo włosów. - A ty co, dzieciaku? Tatko Kirk wysłał cię na drugi koniec świata z jakąś ważną przesyłką?
   - Co ty! Tak hobbistycznie sobie lubię tańcować z umarlakami! - Sorcha uśmiechnęła się szeroko, nie ukrywając także podszytego w tym wszystkim cynizmu. Nagle jednak spoważniała, obdarzając Dara przenikliwymi oczami. - A propos tego całego bagna, w jakim, kurde jesteśmy… może tak moglibyśmy sobie wzajemnie pomóc, co? Ty chcesz złota, a ja chcę pewnego świecidełka, co to jeden truposz nosi na szyi i robi ten cały bałagan. Razem sprzątniemy dziada, możesz sobie przypisać chwałę, mnie to lata i zwisa, chcę tylko tej błyskotki, ty zgarniasz nagrodę. Nie wiem, jak tobie, ale mnie to się wydaje uczciwe, o ile takie pojęcie istnieje w naszej relacji. - Uśmiechnęła się półgębkiem. 
   - Nie jesteś magiem… - Dar zaczął niepewnie, nie wiedząc, czy dobrze usłyszał. - Nie znasz ani jednego zaklęcia mocy, a chcesz świecidełko od umarlaka, który narobił tego bałaganu? - Jego śmiech zakłócił na chwilę szurania pod nimi. - Jesteś szurnięta. Co zrobisz z trupami na cmentarzu? Każesz im poczekać? A może przekonasz, że je uwolnisz z uścisku tej dziwnej magii? Bo chyba nie liczysz na mnie, bo cudotwórcą nie jestem.
   Sorcha wbiła w mężczyznę długie, świecące przenikliwością spojrzenie, które z minuty na minutę się pogłębiało, aż skończyło się nieznacznym, mało wesołym półuśmiechem na wargach.
    - A niech mnie! Czasem zastanawiam się, czy ja cię w ogóle lubię, Dar - westchnęła karcąco, a potem dmuchnęła w spoconą grzywkę. - Nie wiem, czy naprawdę wyglądam na taką idiotkę, czy jak, ale uwierz mi Panie Przemądrzały, że wzięłam ze sobą co nieco, żeby się obronić przez tym całym zdechłym towarzystwem i bynajmniej to nie uroczy mieczyk. - Mówiąc to pomachała mu przed twarzą zwyczajnie wyglądającymi rękawicami powyżej nadgarstków, z wyciętymi miejscami na palce. - Widzisz te cudeńka? To nie byle rękawice, to karwasze i do tego zaczarowane. Nie tylko ty masz znajome wiedźmy, Dar.
   No dobrze, znajoma rzekoma wiedźma nie była jej znajomą tylko Kirka, ale o tym czerwonowłosy nie musiał wiedzieć, prawda?
   - Ale ty znasz różnicę między magiem, a wiedźmą, co? - spytał niepewnie, jak dzieciaka na naukach, jak nowicjusza niemalże. - Wiedźma nie jest magiem. Jak ona ci to zaklęła? Posypała ziółkami? Odśpiewała modły i pomachała rękami?
   Sorcha zmarszczyła nos, jakby nieprzyjemna woń ukuła ją w nozddża i szturchnęła Dara z łokcia.
   - A może i napluła na to, albo rozsmarowała na tym swoje odchody, co mnie to? - Wyszczerzyła zęby w nieznacznym uśmiechu. - Działa to działa, nie? Już parę takich delikwentów z połową gęby i gnijącymi nogami to ja już posłałam do ich właściwego świata. Toć ta impreza tutaj to nie jest mój debiut na salonach, Panie Mądralo po raz drugi.
    I spróbowała nie zawstydzić się, że z tą znajomą wiedźmą to przekłamała, że karwasze to prezent od Kirka i ona mało co wiedziała na temat ich powstania.
   - Kij z tym - burknął, przygryzając wargę. - Kładź się spać. - Oboje zasnąć nie mogli, bo w tym nawiedzonym, ożywionym lesie, nawet ptaki były umarlakami. A jak wiewiórka zeskoczy z drzewa i odgryzie im palce, kiedy oni będą chrapać i przewracać się z boku na bok? Latające trupy ptaków już widzieli. - Obudzę cię za kilka godzin, potem pomyślimy. Śpij, nie gadaj.

Nowe Dhar, kolejny dzień, las przy cmentarzysku
  - Ja wiem, że on gdzieś tam jest. Musi być. - Głowa Sorchy wychyliła się nieznacznie zza drzewa, gdy oboje z półelfem przybliżali się do bram upiornego cmentarzyska. W jego okolicach wciąż było znacznie zimniej, przypominając, że tu dzieją się rzeczy od których lepiej uciekać, gdzie pieprz rośnie. Niestety rozsądek nie był mocną stroną obojga. - Bo wiesz, on nie może oddalić się od miejsca pochówku. Tam, gdzie zwłoki, tam on. A jego zwłoki nie mogą wędrować. Całe szczęście, prawda? Tych wędrujących zgnilców to ja mam powyżej uszu.
   Brzeszczot słuchał, idąc za nią; kiedy było to potrzebne, potrafił poruszać się cicho, chociaż nigdy nie robił tego tak, jak elfy. Nie mówił nic, bo co miał powiedzieć? Że szczerze wątpi w powodzenie tej wyprawy? Że walka z ożywionymi trupami jest z góry skazana na porażkę? Że wolałby tu być z magiem, a nie elfim dzieckiem, które podejmuje się zadań znacznie poważniejszych niż dostarczenie przesyłki? Do tego bolała go głowa; łupanie w skroniach nie dawało mu spokoju odkąd się obudził.
   Sorcha zatrzymała się koło bramy, odwracając nagle ku Darowi.
   - Potrzebujesz jednego karwasza? - Uniosła lewą ręką. - Mogę się podzielić, w razie czego. Chyba, że Twoja Słodka wyposażyła cię w coś więcej niż maść na bolączki. Draśniesz takiego pół-żywka chociażby jednym kolcem i po nim, totalnie. - Mówiąc to, przejechała sobie palcem po szyi w sugestywnym geście.
   Powstrzymał prychnięcie i tylko pokręcił głową. - Moja Słodka - przedrzeźniał ją, ale nie powiedział nic więcej, chociaż cisnęło mu się co nieco na usta. - To będzie cię potem składać. - Znowu zerknął na karwasze, które nosiła Sorcha. Serio? Magiczny przedmiocik, co rozwala trupa? Bogowie… To gorsze niż magia, która nie zawsze może być użyta. Masakra. - Naprawdę chcesz to zrobić? A jak cię oblezie ich z tuzin? - Dar miał poważne wątpliwości.
  Sorcha posłała mu rozbawiony uśmiech. - Jak mnie oblezie tuzin truposzy to mam zdrowo przerąbane, wiesz? Ale kto powiedział, że będzie łatwo? Jak jest łatwo to nie ma zabawy. I nie wiedziałam, że jesteś taki dobry, żeby powierzyć mnie w rączki Twojej Słodkiej. To więcej dobroci niż się po tobie spodziewałam, Dar.
   - Ustalmy coś, dobra? To jest Heiana i albo zwracaj się do niej w ten sposób, albo sobie daruj te przygryzki… - burknął, robiąc kwaśną minę, kiedy młoda odwróciła twarz w jego stronę. Po czym dodał: - I nie wierzę w magiczne bronie. Są jeszcze gorsze niż te normalne.
    Przewróciła oczami, przejęta tyle co nic.
    - No przepraszam, już przepraszam! Czasem zapominam, jacy drażliwi robią się faceci, gdy jakaś baba uwiążę ich na smyczy. - Uśmiechnęła się półgębkiem, a potem poprawiła jeden z karwaszy. - Nie chcesz to nie, rozumiem, że masz fajniejszy pomysł? To zamieniam się w słuch. - Powiedziawszy to, ujęła się pod bokiem. Dar przecież nie mógł wybrać się na samobójczą misję z pustymi rękoma. Była ciekawa, co ze sobą przyniósł.
   Westchnął, czując jak zaczyna go to wszystko denerwować. Głupkowate żarty Rysy wcale nie pomagały/ Był rozdrażniony i zły; pewien krasnolud powiedziałby, że przydałoby się go wychędożyć, to wtedy napięcie minie. Ale… Co on tu w ogóle robił? Po cholerę się w to pakował? Fortuna znowu okazała się być prawdziwą dziwką. Gdyby tylko Los okazał się łaskawy.   
   - Zawrócimy, poślemy po cholernie dobrych magów i wrócimy tu z nimi. - To był rozsądny pomysł. Jedyny, jaki powinni brać pod uwagę. On tu nie przybył na misję… Nie był przygotowany, ani nic. To cholerna Fortuna sprawiła, że w ogóle się tu znalazł. A mógł zmierzać teraz do Królewca i mieć trupy i ożywione zwłoki w nosie, zachciało mu się… - Co ty w ogóle wiesz o tym cmentarzysku, hm?
   - Jak to co? Zagrzebali tu jakiegoś gościa z artefaktem, ponoć wojownik czy jakiś inny, co to uwielbia popisywać się, jak to mieczem nie macha na lewo i prawo. To było wieki temu, kto by to pamiętał? Ja taka stara nie jestem. Magowie, Dar? - Przechyliła ciekawsko głowę. - Serio? Teraz widzi mi się, już za późno jest. Ja tam biorę się do roboty, nie wiem jak ty. - Poklepała go po ramieniu. - W każdym razie powodzenia i już się tak denerwuj o tą swoją kobietę. Wiesz, że ja z miłości ci dogryzam - zażartowała.
   - A ić się chędożyć w krzaczory - burknął i tylko brakowało, by pewien krasnolud wyskoczył zza drzewa i krzyknął: a nie mówiłem! Za to najemnik zrobił obrażoną minę i sobie gdzieś poszedł, mrucząc pod nosem: - Nie doceniasz prawdziwych magów… I najemników.

Nowe Dhar, cmentarzysko
   Podobne do zdeformowanych ciał tych, jako którzy funkcjonowali za życia, zgarbione, z wypaczonymi twarzami, krótkimi pazurami do rozkopywania ziemi, mocnymi zębami i długim językiem*. Ghule.
   Zaatakowały go dwa. Silne, zwinne i zdecydowanie bardziej niebezpieczne od ospałych zombie. Brzeszczot przykucnął, a potem kopnął wysoko; nieumarły zachwiał się od siły uderzenia i pokracznie zrobił kilka kroków w tył. Drugi, z bulgoczącym krzykiem, zaatakował z zwierzęcą furią, rozcapierzając paluchy z ostrymi pazurami. Dar uchylił się i przetoczył po ziemi. Musiał znaleźć pochodnię; ogień był jedynym jego ratunkiem, bo to, co spłonie doszczętnie, nie ma z czego się odrodzić. Nawet gdyby próbował dokonać tego Mroczny. Ghul znajdował się kilka kroków od najemnika. Dar go usłyszał i nim dosięgły go pazury, zerwał się z miejsca i wyprowadzając mocny cios pięścią uzbrojoną w kastet, uderzył trupa w zaciśniętą rękę, słysząc i czując, jak pękają kościste palce.
   Cios w plecy zaskoczył go, kiedy cofał się przed ghulem. Szkielet podszedł od tyłu, a Dar chociaż go usłyszał, nie zdążył zareagować. Drugie uderzenie przyjął na przedramię; poczuł jego siłę, ale karwasz, który dostał dawno temu, ochronił delikatną skórę. Potrzebował ognia!
   Pochodnia leżała na piasku, zaledwie kilka kroków od najemnika. Na wyciągnięcie ręki, ale przy atakujących nieustannie nieumarłych, nie mógł tak po prostu po nią sięgnąć. Ghul rzucił się na niego z pazurami, a on wbijając dziadkowy sztylet w jego ciało poczuł, jak ostrze wchodzi w miękką, gnijącą tkankę. Mógł kopać, bić, ciąć i atakować na wszelkie możliwe sposoby, ale jedynym osiągnięciem był czas. Opóźniał to, co w końcu stanie się nieuniknione, jeśli podejrzane karwasze Rysy nie zadziałają. A Dar bardzo wątpił w to, że cokolwiek mogą. Bez magii to nieumarli mieli przewagę, napędzani przez jej czary.
    Z otwartej paszczy ghula wyrwał się zwierzęcy, wściekły ryk, zaś z przegniłych zębów wystrzeliły drobinki resztek jedzenia, o fetorze tak obrzydliwym, że co wątlejszy umysł mógłby na chwilę stracić zdolność racjonalnego myślenia.
    Nagle upiorna twarz potwora zastygła w bezruchu, a w bezdennych oczach na moment pojawił się błysk dezorientacji. Z zatrważającą szybkością odwrócił głowę w kierunku napastnika, który miał czelność zaatakować go od tyłu, zdobiąc jego plecy paskudną szramą, chociaż dość płytką. Kolejny ryk, tym razem wścieklejszy wydobył się z gardzieli ghula, przeczesując włosy Rysy, zaliczającej niemiły upadek na pośladki.
     Bestia wyciągnęła długą, szponiastą rękę, by za pomocą ostrych pazurów dokonać krwawej zemsty za zadaną ranę, kiedy nagle ponownie zastygła w bezruchu i PAF… rozpłynęła się w kupkę szarawego dymu, po którym został jedynie zapach przykrej spalenizny.
      Za ściany rozmywającego się dymu, Sorcha dostrzegła twarz Brzeszczota. - Może jednak karwasz? - Podniosła brwi, a potem sięgnęła po pochodnie i podała ją mężczyźnie. Wtedy właśnie jej wzrok padł na zielonkawą, nienaturalną mgłę unoszącą się po drugiej stronie cmentarzyska.
    - Nie wierzę, że taka moc nie niesie za sobą problemów - mruknął, sięgając po pochodnię - Wolę ogień, stary, sprawdzony ogień. Jak coś spierdolę, to wiem, że mnie poparzy. Magia jest niepewna. - I za nic Dar zdania nie zmieni. Nawet jakby go kołem łamali. Nie ufał magii, nie wierzył czemuś, co powstawało z niczego; mana była dla niego nieuchwytna. Ojciec nauczył go twardego stąpania po ziemi i pewności wynikającej z broni, którą mógł trzymać w dłoni. Nie był ignorantem, potrafił docenić zaklęcia mocy, ale nigdy nie staną się one jego kluczem do rozwiązania.
   - A znasz cokolwiek, Dar, co nie niesie ze sobą problemów? - Sorcha podniosła w górę ręce i zadziornie poprawiła wstążkę wokół kucyka, szykując się do cięższego starcia. - No to zaczynamy.
    Powiedziawszy ruszyła krok za pół-elfem w stronę dziwnego zjawiska, które w takim stopniu odstraszało, co nęciło. Głównie tych, co mieli zamiłowanie do kłopotów i balansowania na ostrzu noża, a trudno nie rzec, coby Sorcha od takich przyjemności stroniła.
     Nie uszli nawet pięciu kroków, gdy zza zielonkawej mgły, lekko kulejąc pojawiła się kolejna porcja gnijących upiorzyc, mających rządzę krwi w oczach i bardzo, ale to bardzo głodne żołądki.
     - Nie wiem, jak ty, ale ja nie robię dzisiaj za obiad. - Po tych słowach zamachnęła się karwaszem i uderzyła najbliższego napastnika z prawego sierpowego.
      Potem sięgnęła po dwa, niewielkie ostrza z bocznych pokrowców pasa i efektownie obracając je w dłoniach, zaczęła nimi ciąć na prawo i lewo z wściekłością niepodobną do osoby jej wątpliwej postury.
      Przez kilka sekund radziła sobie całkiem nieźle, dopóki jeden nie zaszedł ją od tyłu i nie wbił ostrych jak brzytwa zębisk głęboko w prawe ramię. Okrzyk bólu wyrwał się z jej ust, a kiedy upadła na kolana, jeden z noży wysunął jej się z ręki. Miała jednak jeszcze drugi i wyginając się lekko w bok, zanurzyła srebrzystą taflę prosto w policzek głodomora, robiącego sobie ucztę z jej ramienia.
     Bestia zaryczała wściekle, chwytając elfkę za włosy i ciągnąc jej głowę w swoją stronę, dążąc ewidentnie do złamania karku, gdyby ta nie stanęła w płomieniach, skowycząc jak ranny pies.
     -  Dzięki, Dar. Spłaciłeś swój dług. - Mrugnęła do przyjaciela i nieco obolała stanęła na nogach. Nie mieli jednak czasu na wątpliwie miłe pogaduszki, gdyż następna horda upiorzyc ruszyła w ich stronę, jakby broniąc dostępu do grobu.
   - Będziesz mi winna cholernie wielką beczkę pitnego miodu, dzieciaku - mruknął, uderzając kolejnego nieumarłego, który podszedł zdecydowanie za blisko.
    Przez kilka minut cmentarz był widowiskiem wątpliwie miłego, ale efektownego tańca na karwasze, ogień i noże w akompaniamencie niewybrednych przekleństw i zwierzęcych, wściekłych skowytów to płonących to wybuchających w parę bestii. Bywało też gorzej. Kiedy żywych otoczyły nieumarłe istoty, a pazury próbowały trafić w ciało, czyhająca na skraju świadomości obawa, że nie wyjdą z tego cało, wzrastała. Walka o własne życie. Niepewność i strach. Człowiek nie był nieśmiertelny; zraniony mógł umrzeć równie łatwo, jak wróbelek z rozbitą głową. Tylko głupcy sądzą, że wyjdą cało z każdej potyczki, a ich umiejętności są wystarczające, by pokonać wszystko, co się pojawi.
    Gdy Sorcha i Dar przedarli się już do grobu zapewne własne matki by ich nie poznały. Brudni, obolali, ze śladami krwi i świeżo zadanymi ranami, śmierdząc jak sto czortów i jeszcze gorzej wyglądając, byli szczęśliwi, że żaden truposz nie objawił się już więcej we mgle. Tylko, że szczęście bywało kapryśne, a dziwka Fortuna nigdy nie spała. Kerońskie przysłowie mówiło, że jeśli coś idzie zbyt dobrze, zaraz wszystko pierdolnie. Elfy mawiały, że nie wolno osiadać na laurach zbyt wcześnie.
   Brzeszczot był pełen obaw. Uspokojenie się nieumarłych nie wróżyło niczego dobrego, ale wolał te myśli zachować dla siebie i nie wywoływać czortów z lasu.
    - Nie ma to, jak wiekuista drzemka, co nie, Dar? - Ująwszy się pod boki, Sorcha dmuchnęła w opadający jej na nos kosmyk ciemnoszarych włosów. To, co znaleźli w gardzieli było potężnym, wykopanym na kilkanaście metrów w dół grobem, gdzie groteskowo spoczywał rozkruszający się szkielet nieboszczyka.
   - Kości… - mruknął, jakby spodziewał się zobaczyć całkiem coś innego. - Zwykłe kości. - Zabrzmiało to tak: i tyle szumu wokół tego? Ale nawet on, ignorant magiczny, wiedział, że szkielet w świecie przepełnionym użytkownikami many, potrafi być niebezpieczny. - To tego szukałaś? - spytał, nie podchodząc nawet na krok, za to wskazując paluchem błyskotkę.
      Sorcha dostrzegła niewielki błysk w dole i jej oczy od razu rozszerzyły się pożądliwie. - No i mam cię, skarbeńku. - Nie czekając na nic skoczyła zgrabnie w dół, lądując na stopach z gracją dzikiego kota. Tam, gdzie zapewne w latach świetności znajdowała się szyja nieboszczyka, a teraz ziała po prostu upiorna dziura, widniał średniej wielkości amulet, z owalnym, jadeitowym oczkiem, spoglądającym nieprzyjemnie z koronowej ramy zaśniedziałego złota, zawieszonego na grubym, także złotym łańcuszku. Sorcha, nauczona nieco ostrożności, wyciągnęła nóż i jego ostrzem sięgnęła po łańcuszek, tak, by podnieść amulet do góry.
   Właśnie wtedy uruchomił się łańcuch wszelakich nieszczęść.
   I zgromadziły się cienie, rozkwitnął zły los i nastała droga zimnego serca.
   A elfie życia zamarły w okowach mroku.




___________
   *Inspiracja z zakładki “nieumarli: ghule”, bo lepszego opisu nie zrobię.
   Szept, DZIĘKUJĘ za pomoc medyczno-cielesno-magiczną. Niech słowo i poezja będzie z Tobą <3
   Sorcha, DZIĘKI WIELKIE za fajną współpracę!
   Ja też dziękuję! <3 Jest debeściarsko <3

4 komentarze:

AnneU pisze...

Nie możecie tak tego zostawić! Tak się nie robi czytelnikom! :P
Będę z niecierpliwością czekać na następną część, bo los Sorchy i Darrusa ciekawi mnie niezmiernie.

Odnośnie ewentualnych błędów się nie wypowiem, ale niewprawne oko ścisłowca nie odczuło dużych zmian w stylu, zgrabnie udało się Wam notkę złożyć.

Silva pisze...

AnneU my to tak specjalnie, celowo i z premedytacją :D

Szept pisze...

Darrusowa, jaka konsultacja ze mną :P Ja się wypieram. Babka ze stomy by mnie zabiła. Szczęka i żuchwa. Żuchwa na dole, szczęka na górze
To teraz na poważnie. Nie ma za co. Bo serio nie ma. Luźna pogawędka, a nie konsultacje, czysta przyjemność. I mały, mini spojler.
raczej gnijącą niż kwitnącą <3
Chciał je tylko spowolnić, i tak nie czuły bólu, aby czmychnąć na drzewo. coś mi się w tym zdaniu nie klei, ale nie wiem, co
nieumarłe zwierzątka! <3
Brzeszczot dopadł do liny, złapał się jej jak pewien krasnolud gorzałeczki i zaczął wspinać. TO porównanie :D
I Sorcha i jej cięty język <3
kto rozróżnia baraninę od dwunożnego ssaka zabiłyście... właśnie zaczęłam się zastanawiać, czy to nie człowiek
I co ja widzę, Dar też ma cięty języczek.
Ale i tak Sorcha bardziej cięta :D I ten tekst o smyczy <3 Normalnie, Dar w słownych rozgrywkach przegrywa.

Całkiem zgrabnie złożone, intrygujące i zdecydowanie wpasowane. Postacie, różne pod względem charakteru, uzupełniają się idealnie. No i samo miejsce akcji i nieumarli. Smaczki magiczne.
Czekam na więcej.

Nefryt pisze...

Dopiero teraz, bo mnie zabieganie zgubiło.
Z rzeczy, które nasunęły mi się podczas czytania:
- Wydaje mi się, że wyłapałam nieścisłość: skoro ghul nie czuje bólu, to czemu zawył, kiedy Brzeszczot go trafił? Chyba, że jakoś na opak zrozumiałam tamten fragment.
W dole, coraz niżej, mamrotały i gulgotały umrzyki - wielbię to stwierdzenie :D
Tych wędrujących zgnilców to ja mam powyżej uszu - i to też kocham.
To, co rzuciło mi się w oczy, to zupełnie inny niż mój sposób opisywania walki - dokładny, szczegółowy, ale jednocześnie nie odbierający scenie dynamizmu. Nie wiem, jak to robicie :) Mi wychodzi albo ślimacze tempo, albo chaos. A u was jest to ładnie wypośrodkowane.
Czytało się nieźle, czekam na następną część. Tak w ogóle, to urwane w dobrym momencie. Pozostawia niedosyt, ciekawość, niepokój. Te ostatnie zdania - świetne jako zakończenie i zapowiedź, ale jednocześnie (na szczęście) bez spoilera. Chociaż, jeżeli mam być szczera, to wolałam cześć pierwszą. Bo umarlaki i kwestia dosłowności. Ale to już kwestia wyłącznie moich upodobań, więc nie ma się czym przejmować.

Prawa autorskie

© Zastrzegamy sobie prawa autorskie do umieszczanych na blogu tekstów, wymyślonego na jego potrzeby świata oraz postaci.
Nie rościmy sobie natomiast praw autorskich do tych artów, które nie są naszego autorstwa.

Szukaj




˅ ^
+ postacie
Rinne Lasair