Przewodnik

Linki-obrazki

Misje
I. Więzi przyjaźni
Spotykasz po latach kogoś, kto dawniej był ci bliski. Wplątuje cię on w jakąś historię, która nie dość, że z czasem się komplikuje, to w dodatku budzi w tobie wątpliwości co do intencji przyjaciela.

II. Linia frontu
Kerończy natarli na Prowincję Demarską. Oblegany jest sam Demar. Jedni ludzie stają do walki, inni uciekają ze spalonej ziemi. Napastnicy, obrońcy i cywile. Po której stronie staniesz?

Opcjonalnie: Udział w buncie niewolników w Wirginii bądź inne miejsca walk.

III. Rekonwalescencja
W nie najlepszej kondycji trafiasz do wioski lub klasztoru. Wydaje ci się, że trafiłeś w dobre ręce i że wkrótce będziesz mógł opuścić to miejsce. Okazuje się jednak, że z pozoru życzliwi i uprzejmi ludzie skrywają przed tobą jakąś tajemnicę.

IV. Zabij bestię
Coś napada, nęka mieszkańców. Zawierasz umowę z wójtem - dostarczysz głowę bestii za określoną cenę. Okazuje się jednak, że stworzenie nie działa bez powodu - jest w jakiś sposób prowokowane przez mieszkańców.

Opcjonalnie: Bestia jest wrażliwa na hałas z karczmy albo ludzie naruszyli w jakiś sposób jej rewir (weszli na jej teren, zajęli leże ze względu na drogie surowce itp.)

V. Nielegalne walki
Dochodzą cię słuchy o nielegalnych walkach prowadzonych w okolicy. Położysz im kres czy może postanowisz wziąć w nich udział dla własnego zysku? Pieniądze nie leżą na ulicy.

VI. Zlecone zabójstwo
Dochodzi do zamachu, w wyniku którego ginie ktoś ważny. Podejmujesz się odnalezienia zabójcy – albo jego zleceniodawcy. Od ciebie zależy, czy dojdzie do aresztowania winnych, czy pomożesz im uniknąć kary.

VII. Egzekucja
W mieście lub wiosce szykuje się egzekucja. Znasz sprawcę albo sam doprowadziłeś do jego schwytania. Realizacja wyroku coraz bliżej.

Opcjonalnie: Z czasem nabierasz wątpliwości, czy skazaniec faktycznie jest winny i chcesz go uwolnić lub dochodzą cię pogłoski, że ktoś może chcieć uwolnić kryminalistę.

zamknij
Spis kodów
Spis opowiadań
Baśń o wolności: Preludium (autor: Nefryt) Gdy demon odzyskuje człowieczeństwo, przypomina sobie jak być człowiekiem.(autor: Zombbiszon) Nikt nie zna prawdziwego bólu do czasu aż nie straci kogoś bliskiego sercu. (autor: Zombbiszon) Wendigo i Driada (autor: Zombbiszon) Domek, zupa, sukkub i historia (autor: Zombbiszon) Sen i niespodzianki (autor: Zombbiszon) Boląca strata i niepokojący gość! (autor: Zombbiszon) Cienie i nowy przyjaciel (autor: Zombbiszon) Kruki (autor: Zombbiszon) Cienie i Starsze Dusze (autor: Zombbiszon) Zło Kor'hu Dull (autor: Zombbiszon) Złodziej Twarzy i Koszmar (autor: Zombbiszon) Królewiec (autor: Zombbiszon) Przed świtem (autor: Nefryt) Król Żebraków i nowe drzwi (autor: Zombbiszon) Akceptacja (autor: Zombbiszon) Nostalgia (autor: Nefryt) Nowa droga i niespodziewane wyznanie? (autor: Zombbiszon) Biały i zielony daje czerwony! (autor: Zombbiszon) Nowe wyzwania w nowym życiu (autor: Zombbiszon) Krąg tajemnic (autor: Zombbiszon) Jack (autor: Zombbiszon) Czasami to mrok daje najwięcej światła (autor: Zombbiszon) Trzy sceny o szpiegowaniu (autor: Nefryt) Morze bólu. Promyk nadziei ... (autor: Zombbiszon) Sól (autor: Olżunia) Dyjanna Muirne: Miecz może być dowodem wszystkiego (autor: Zorana) Uszatek i Kwiatek na tropie przygody: Przypadłość parszywej gospody (autor: Paeonia i Szept) Gdy gasną świece (autor: Zombbiszon) ... Najjaśniej płoną gwiazdy nadziei. (autor: Zombbiszon) Elias cz. 1 (autor: Zombbiszon) Elias cz. 2 (autor: Zombbiszon) Historia (autor: Zombbiszon)
zamknij

Chat




Farsundhoff nad fiordem Farsunder, koniec marca

Bezgwiezdna noc rozciągnęła czarny całun nad fiordem Farsunder. Zimne, suche powietrze nie pachniało już morzem, woń towarzysząca paleniu ciał wyciskała z oczu łzy. Zamarznięte plamy krwi na katowskim pieńku lśniły w srebrnym świetle księżyca, cienie rzucane przez mury wyciągały się, chcąc pochłonąć jak największy obszar wzgórza. Chłód w sercu, palący, pulsujący ból w ranie, osłabiająca ciało gorączka... Mistrz Stenborg miał wrażenie, że w pionie trzyma go już tylko jego determinacja. Ostatnia bitwa uświadomiła mu, że strasznie zardzewiał, a może nawet i zdziadział. Rozprostował skostniałe z zimna, artretyczne palce i westchnął cicho. Był już stary, chory i słaby, przewidywał, że Rada Zakonna będzie musiała rychło znaleźć zastępcę na jego stanowisko.
Ostatni ze stosów dopalał się.
- Już czas, Mistrzu. Rada czeka. - powiadomił go goniec.
- Powiadom ich, że zaraz się pojawię.


*** 
Obrady trwały już kilka dobrych godzin, lecz prócz kłótni i rzucania wzajemnych oskarżeń nie przyniosły dotąd żadnego rozwiązania czy choćby zarysu planu. Siedzący obok Mistrza Tkacz Cieni uśmiechał się tajemniczo, często chichocząc pod nosem. Z cierpliwością znosił wszystkie te razy, gdy chciał zabrać głos, ale szybko zostawał zagłuszany. Tak było i tym razem. Ułożył brodę na dłoniach i przyglądał się obecnemu mówcy.
- Skrwawiły nas, skurwysyny. - Kevan Aderrin, seneszal Zakonu, pogładził rękojeść miecza. - Jakim cudem truposz może mieć w sobie tyle, psia mać, życia? Tłukłem i tłukłem, a te cholerstwa dalej usiłowały walczyć, mimo utraty kończyn!
On również odwykł od wojaczki - pomyślał Mistrz. Seneszal drastycznie utył, jego nalana twarz wciąż była purpurowa z wysiłku, mimo że od bitwy minął już cały dzień, a naprędce założona podczas obrony twierdzy zbroja nie układa się na jego tłustym brzuchu tak, jak powinna. Nie dziwota, skoro przez ostatnie pięć zim miast mieczem, wojował mową, piórem i liczydłem. Wielu nim gardziło, zapominając o fakcie, że odkąd Aderrin objął swą funkcję, w spichlerzu nigdy nie zabrakło ziarna na chleb.
- Ano, skrwawiły. - przyznał marszałek, barczysty nord imieniem Sven Krzywomordy, pochodzący z klanu Wilka. Lekko seplenił przez fakt, że po otrzymaniu ciosu maczugą w twarz nikt porządnie nie nastawił mu żuchwy, a ta krzywo się zrosła, prócz tego nosił mnóstwo blizn, jego twarz była wiecznie wykrzywiona przerażającym grymasem.
- Biały Wilk patrzy na nas dziś z pogardą. Nie zdarzyło się jeszcze, byśmy musieli bronić domu przed wrogiem, którego sami wpuściliśmy do środka! - kontynuował marszałek - To zniewaga nie tylko dla komandorii w Farsunderhoff, ale i całego Zakonu. Zniewaga, którą może zmyć tylko krew. Musimy odnaleźć tych... te efekty eksperymentów. Wszystkich i co do jednego, wyrżnąć, spalić, zmienić w proch! I to samo uczynić ze skażonymi magią. Jak się żaden nie uchowa, to spokój będzie. Tfu! Niech przeklęci będą po koniec czasów!
- Daj pokój! - syknął kasztelan - Sugerujesz że mamy najechać na Stavanger i prewencyjnie wszystkich wyrżnąć, bo z tamtych okolic przybyli Odmieńcy? Chcesz zrobić to, co uczyniłeś we Wschodniopolu, rozkazać Wilczym Braciom zarżnąć własne rodziny? Jasne. Jedź. Ale pojedziesz tam sam. Matka Villena z chęcią udzieli ci błogosławieństwa na ostatnią drogę. Posłać pachołka, by osiodłał ci konia czy wzorem Wilczego Boga popędzisz na piechotę?
- Panowie! - fuknęła Matka Villena, jednak jej głos zginął wśród wściekłych wrzasków.

- Panowie... - upomniał ich Mistrz, ale kasztelan i marszałek wdali się w wyjątkowo wulgarną "polemikę", nie szczędząc sobie personalnych złośliwości i rzecz po imieniu nazywając, przez dłuższy czas mieli dowódcę bardzo głęboko gdzieś. - Zawrzecie te psie mordy i przestaniecie szczekać?! - krzyknął w końcu zniecierpliwiony Stenborg - Czy może więcej pokory okażecie, jak wam języki każę wyrwać?
- Z pewnością wzrośnie wtedy poziom dyskusji. - rzucił seneszal. Dwa pozostali dostojnicy rzucili mu wściekłe spojrzenia, ale Aderrin szczególnie się tym nie przejął.
- Wysłaliśmy grupy zwiadowcze do wszystkich komandorii na Kresach. - do rozmowy włączył się dotychczas milczący Tkacz Cieni, Moir Labhras. Formalnie nie należał do Zakonu, więc nie wiązał go kodeks, ani zakonne zwyczaje. Było to niezbędne, by mógł wykonywać swą pracę. - Mam pierwsze raporty. Nie napawają optymizmem. Jeśli zechcecie, panowie w końcu mnie wysłuchać...
- Mów. - zachęcił Mistrz.
- Wiarygodne źródło twierdzi, że tu, na Kresach, zostały same niedobitki. Ożywieńcy, pierwsze efekty eksperymentów brata Sverrira. Bezwolne zombie, ghule, które zaatakują tylko z potrzeby pożywienia się ludzkim mięsem. - zawiesił głos i rozejrzał się po sali, upewniając się, że wszyscy słuchają. - Natomiast... Sverrir postanowił poprowadzić resztę na kontynent. Do Keronii.
- Resztę... to znaczy kogo? - zainteresowała się Arcykapłanka.
- Rzekłbym "co", bo to nie są już ludzie. Skazańcy, uratowani ze stryczka w ostatniej chwili, torturowani. Zszywali ciała ludzkie ze zwierzęcymi, a czego natura nie pozwalała połączyć, scalali magią, tworząc kalekie hybrydy. Ale to szybko się naszemu bratu, Sverrirowi, znudziło. Nie dawało... pożądanych efektów, tak, dokładnie tak to ujął. A więc sięgnął po moc pradawnych bóstw, istot dawno zapomnianych, przyzwał mroczne sługi cienia, bestie z chaosu. Wtedy nie musiał już doszywać skazańcom i pechowym nowicjuszom dodatkowych nóg, czy macek, same rosły. Spaczeni zaś robią z tych mutacji coraz lepszy użytek.
Po izbie poniósł się pomruk oburzenia, przerażenia i obrzydzenia.
- Podczas przesłuchań magów, alchemików i braci, którzy z nim współpracowali ustaliliśmy, że Sverrir już zapłacił swoją cenę, on również utracił swoje człowieczeństwo. Stał się Cieniokształtnym. Nie jesteśmy w stanie określić, jaką posiadł moc, oraz ile dokładnie Odmieńców ze sobą prowadzi.

- Nie powiedziemy do Keronii wszystkich Braci. - zauważył seneszal - To niewykonalne.
- Potrzebujemy grupy, watahy. Doświadczonych ludzi, potrafiących zachować zimną krew.- zgodził się szef wywiadu - Grupy, która uda się na miejsce, zweryfikuje sytuację, a potem pozbędzie się problemu po cichu, zanim nasz kochany brat Sverrir zdąży za dużo napsocić.



***

Gęsie pióro niemalże bezgłośnie ślizgało się po pergaminie, prowadzone ręką Wielkiego Mistrza. Rangvald Stenborg czuł niematerialny ciężar odpowiedzialności, który osiadł mu na ramionach. Cienie tańczyły na ścianach, co i rusz Mistrz podnosił wzrok nad pergaminu, przekonany, że przybierają ludzkie kształty. Głosy jego demonów śmiały się w jego głowie. Figura Wilczego Boga, stojąca za paleniskiem uśmiechała się kpiąco, bezgłośnie szydząc ze starego wojownika, starego głupca, który mimo tych wszystkich doświadczeń, jakimi obdarowało go życie był wciąż zbyt naiwny by ufać, by wierzyć swym podwładnym. Mimo zimna w komnacie czuł pot na skroniach.
Stojąca w kącie Arcykapłanka patrzyła, jak dowódca zakonu kończy pisać, jak odkłada pióro. Zwinął pergamin, stopił lak nad świecą, po czym zapieczętował dokument, pieczętując także los kilkorga swoich podwładnych.
- Rada Zakonna podjęła decyzję. Gdy tylko stopnieją śniegi, udacie się do Keronii. - głos Mistrza drżał - Naprawić zło, które nasi bracia sprowadzili na ten świat.
Milczeli. Wzrok Matki Villeny przesunął się po twarzach zebranych w izbie wojowników. Przystojny i dostojny Ulf z Engberg, syn wikinga i kerońskiej szlachcianki, Przewodnik Watahy. Po jego prawicy Solveig Østergaard, pochodząca ze Wschodniopola łowczyni, Mówca Bestii. Tuż obok niej Rolf Maurer, kerończyk, najmłodszy dziedzic mało znaczącego baroneta, który na dalekiej Północy szukał tego, czego poskąpiły mu rodzinne ziemie - sławy, chwały oraz trochę grosza. I wreszcie Halvard z klanu Niedźwiedzia, nieustraszony olbrzym, zdolny gołymi dłońmi miażdżyć ludzkie czaszki.
Arcykapłanka widziała ich w boju. Nieustępliwych, zdeterminowanych, brutalnie odbierających Odmieńcom ich nieżycie, teraz dostrzegała w ich oczach strach i wątpliwości, które tak bardzo chcieli ukryć.
Stenborg schował pergamin do skórzanej tuby i wyczekująco spojrzał w stronę wojowników.
- Wyruszymy, gdy stopnieją śniegi. - zapewnił Ulf, odbierając od Mistrza glejt. List, zwany żelaznym, bo często chronił posłańców i dyplomatów niczym stal, wyraźnie ciążył w dłoni Przewodnika.
- I wrócimy, gdy wykonamy powierzoną nam misję. - dodał pewnie, butnie, zaklinając los.
O ile ją wykonacie. - pomyślała Matka.
Wielki Mistrz wstał, obszedł stół i położył ciężką, wielką jak bochen chleba dłoń na ramieniu Ulfa, po czym głęboko spojrzał mu w oczy. Arcykapłanka zadrżała. Wizje, od dawna dręczące ją w snach urzeczywistniały się.
- Oby Ulryk cię prowadził, Wilku.
Oby bogowie czuwali teraz nad nami wszystkimi. - dodała w myślach Villena. - A szczególnie nad tobą, Przewodniku.

***

Sevilla, tawerna Pod Zardzewiałą Podkową, kwiecień

Choć minęło już kilka dobrych godzin odkąd zeszli na ląd, Solveig Østergaard wciąż nie mogła pozbyć się dziwnego przeświadczenia, że grunt pod jej nogami kiwa się, tak samo jak wcześniej pokład statku. To była jej pierwsza podróż przez morze i jak na nowicjusza przystało, oddała daninę morskim bóstwom, ale nikt z watahy nie odważył się z niej śmiać, bo przez szalejący żywioł morza, wszyscy Wilczy Bracia doświadczyli podobnych sensacji. Wszyscy poza dowódcą, nawykłym do częstych morskich podróży pomiędzy Keronią a Północnymi Kresami. Pierwszą rzeczą, jaką wojownicy zrobili po dobiciu do portu w Sevilli było wybranie tawerny i napchanie zziębniętych, udręczonych żołądków porządnym obiadem oraz zapicie dziczyzny kilkoma kuflami piwa, by się biednej sarnie nie zdawało, że ją psy szarpią i później wodę z miski chłepcą. Z pewnością pijaństwo i obżarstwo w Sevillskiej karczmie nie wzbudziłoby szczególnej aprobaty wśród Rady Zakonnej, ale Ulf z Engberg wielokrotnie przekonał się już o ważności morale.  
Pierwszą część pobytu w przybytku zakończyli opróżnieniem jeszcze małej baryłki gorzałki, tak „na rozgrzewkę”. Teraz Solveig nie wiedziała już, co jest powodem kołysania się świata, ale przynajmniej było jej ciepło. Frode, jej wilk-towarzysz położył głowę na kolanach pani i co chwilę cicho popiskiwał, domagając się drapania za uchem.
- No paczcie go. - Connor nie mógł powstrzymać się od chichotu - Patrzcie, jaka wielka, groźna bestia.
Wyciągnął rękę do zwierzęcia, chcąc je pogłaskać, ale szybko tego pożałował. Frode warknął, po czym gwałtownie kłapnął zębami, zostawiając na dłoni mężczyzny kilka płytkich zadrapań.
- To było ostrzeżenie, że nie chce być dotykany. - usłużnie przetłumaczyła Solveig, tak na wszelki wypadek, w razie gdyby Connor nie zrozumiał.
- Cholerny wirgińczyk. – sapnął Rolf Maurer, kapryśny syn baroneta, przypatrując się właścicielowi tawerny, stojącemu za ladą. Był zły, bo ciężko przeżył podróż, a rozwodnione piwo wcale nie poprawiło mu nastroju. Wyglądało na to, że właściciel przybytku oszczędza nieco, podając nie do końca już trzeźwym gościom chrzczone trunki. – Odkąd Escanor zasiada na tronie, te pustynne wszy wszędzie się panoszą, ciągle tylko psują i mącą. Tfu! Co to ma być? Szczyny? Gdybym się chciał szczyn napić, to bym sam do kufla narobił, a nie…!
- Oj zawrzyj ten pysk, szlachciuro, w Farsundhoff gorsze gówno piłeś i słowa nie rzekłeś. – warknął dowódca, a dla podkreślenia swoich słów, mocno uderzył dłonią w stół, aż podskoczyły kufle. Rozlane piwo skrzyło się w świetle świec i paleniska. Przy ławach obok natychmiast zrobiło się znacznie ciszej. Wirgiński najemnik usiadł, powstrzymując się od komentarza już w momencie, gdy zobaczył biały łeb wilka na kaftanie najbliższego z wojowników, rozsądek zwyciężył nad patriotyzmem. Gdyby miał do czynienia z kim innym, niż słudzy Ulryka, to zapewne brat Maurer już dawno wypluwałby wybite zęby. Nikt nie chciał ryzykować ewentualnego starcia z uzbrojonymi po zęby Wilczymi Braćmi. Kilkoro cywili przesiadło się dalej, strażnicy miejscy i najemnicy zostali, zapewne przyzwyczajeni.
- Ale on znieważa naszą Kerońską tradycję, naszą dumę narodową, nasze browary! – próbował się bronić Rolf, żywo gestykulując – To tak, jakby mi napluł w twarz. Jakby ubrudzonymi butami proporzec podeptał! Jakby mi matkę obraził. Mam to… tak zostawić? Tak po prostu?!
- Twój ryj obraża twoją matkę, Rolf. Jakbym gacie zdjął i pokazał zad, a obok byłaby twoja głowa, to stwierdziliby, żeśmy ładne bliźniaki. – zarechotał Halvard, a zaraz potem dało się słyszeć cichy syk Birgera, pokonanego w siłowaniu się na rękę. Łysy olbrzym dalej chichotał, brzmiąc trochę jak ropucha, a trochę jak staruszek z dychawicą, natomiast pokonany przystojny młodzik mamrotał pod nosem przekleństwa po nordycku, rozcierając bolący nadgarstek. Ulf, jak przystało na dowódcę najbardziej dojrzały z całego towarzystwa przysłuchiwał się przekomarzaniom z lekkim zażenowaniem, choć w duchu się śmiał.
- Odezwał się syn olbrzyma i ropuchy. – mruknął pod nosem Maurer. Potem zamilkł, lecz spojrzenie jego małych, brązowych oczu wciąż zawieszone było na wirgińskim karczmarzu. Siedzący przy stole bracia wrócili do rozmów o wszystkim i o niczym, a gdy po chwili wrócił Aage, niosąc kubełek z kośćmi i dwie sakiewki, wszystkim nagle roześmiały się twarze. Nawet Rolfowi.
- Wstydu nie masz, oszuście? – żartobliwie spytał Ulf, przekrzywiając głowę. Siwe pasmo wysunęło się z prostego węzła, mężczyzna odgarnął je za ucho. – Myślisz, Aage, elfi pokurczu, że Ulryk nie widzi, co czynisz w Keronii?
- Jak go znam to niewinny jest i jako ta łza czysty. Nieskalany grzechem niczym dziewiczy śnieg. – Solveig puściła do elfa oko, on odpowiedział szelmowskim uśmiechem.
- To oni mieli rżnięte kości, a ja się w tym zorientowałem. Sakiewkę oddali po dobroci, by za grzech odpokutować i wspomóc Zakon. – tłumaczył się chudzielec. Był najniższy z całej watahy, nie licząc Solveig, i najgorzej walczył wręcz, za to z łuku strzelał wybornie, jak na elfa przystało. Posiadał też cały wachlarz innych, przydatnych umiejętności, nie do końca zgodnych z kodeksem Zakonu, ale wielokrotnie dowiódł już ich wartości. – Wiem że Ulryk gardzi oszustwem, dlategom oszustów ujawnił i ukarał. Nigdy nie słyszałem zaś, by Biały Wilk wzgardzał brzęczącą od złota sakiewką darowaną na potrzeby Wilczych Braci. Hej! Karczmarz! Gorzały dla wszystkich!
Wirgiński gospodarz tym razem się spisał. Wódka paliła, jakby pili żywy ogień. Solveig zauważyła, że jej towarzysze stają się coraz głośniejsi, to znaczy poza tymi trzema, którzy zasnęli na stole. Już im współczuła. Faelan, Connor i Brann, pochodzący z różnych zakątków Keronii i Wirginii nie byli tak zaprawieni w alkoholowych bojach jak reszta watahy, nie mogli więc znieść tempa narzuconego przez nordów z krwi i kości. Czekał ich ciężki poranek. Nie pierwszy jednak i nie ostatni w życiu.
- A niech was… To ostatnia kolejka, leniwe opijusy! Chcę być jutro w Vestby do południa, o świcie trzeba nam wyruszyć. Jeśli kogoś będę musiał skopać rano z siennika, to mu taki kopniak w rzyć zasadzę, że do gwiazd poleci i bogów ujrzy! – lojalnie ostrzegł dowódca ze swoim charakterystycznym, Ulfowym uśmiechem. Wilczy Bracia wiedzieli, że nie żartuje i pobudka będzie należała do mało przyjemnych.
– Pomodlić się idę, a potem spać. Rolf, Halvard, wy stawiacie pierwszą wartę przed drzwiami, po was Aage i Birger. Reszta niech robi co chce, bylebym się za was wstydzić nie musiał, albo z lochu rano wyciągać.
- Spokojna twoja rozczochrana! – Rolf uderzył rękawicą o napierśnik, aż zadzwoniło. Jako jeden z nielicznych w grupie miał na sobie niemalże pełne uzbrojenie. – Nikt ci sztyletu pod żebra nie wsadzi, Przewodniku.


***
Nadbrzeże portowe w Sevilli, kwiecień

Noc była spokojna i ciepła. Zaskoczona tym ciepłem Solveig rozpięła kaftan i rozluźniła sznurowanie koszuli przy szyi, by się nie zgrzać. Usiadła na najmniej uczęszczanej części portowego pomostu i patrzyła na morze, na srebrzone przez księżyc grzbiety fal. Nie mogła spać, a przyczyną wcale nie był zamieszkany przez kilkanaście pchlich rodzin siennik. Należała do tych, którzy upijają się albo na smutno, albo na umór, więc pomijając rzadkie przypadki gdy zalegała pod stołem, wybierała miejsce oddalone od reszty pijanego towarzystwa by nikt nie rzucał uwag na temat jej smęcenia.
- Taka piękna noc, jak w balladach... Promyczku, na kochanka czekasz? – usłyszała znajomy głos, a po chwili dosiadł się do niej Ulf. Rzucił Frode kawał uwędzonego kurczaka, a wilk zaczął obgryzać udko, przytrzymując je sobie łapami.
- Już nie. Wystraszyłeś go, brutalu, nie przyjdzie. – mruknęła kobieta, siląc się na kontynuację żartu. Wsunęła dłoń w miękką sierść na karku wilka. Zauważyła, że dowódca patrzy na jej twarz, jakby starał się coś wyczytać z jej miny. Przez chwilę panowała cisza.
- Ciągle o nim myślisz. - bardziej stwierdził, niż spytał mężczyzna.
- Ta... Myślę. Śni mi się. Praktycznie co noc.
- Nie umiesz zapomnieć...
- Ciężko zapomnieć, że mój własny brat, rodzony brat, wstał z pogrzebowego stosu i zabił kilku strażników? – wybuchła, rzucając Ulfowi wściekłe spojrzenie. - Byłam przy nim, gdy oddawał ostatnie tchnienie. On umarł. Ale powrócił, ożywiony przez mroczną magię. Wezwaną przez zdrajcę z naszego Zakonu! Jak mam zapomnieć polowanie? Tropienie potwora, odmieńca, który kiedyś należał do mojej rodziny? Nigdy nie zapomnę wzroku matek, które przez Maniego straciły swe dzieci. Byłam silna. Uwolniłam udręczoną duszę. Pomściłam śmierć wszystkich ofiar, rozpłatując głowę trupiego władcy czarnoksiężnika. Jestem silna. Nie płaczę, jak byle dziewka, idę dalej. Będę walczyć, będę zabijać, będę skupiona na zadaniu. Ale czy nie uważasz, że wymagać, bym zapomniała to nieco… zbyt wiele? Do końca życia zapamiętam wygląd Odmieńców. To kiedyś byli nasi towarzysze. Nie uwierzę, byś ty przez moment choć się nie zawahał, przed uniesieniem miecza przeciw nim.
Dowódca westchnął ciężko. Żałował użycia wspólnej mowy, w której Solveig niekiedy opacznie rozumiała intencje rozmówcy.
- To nie miał być wyrzut. Przepraszam. - rzucił po nordycku, ostrożnie dobierając słowa. Choć urodził się w Farsund, to większość życia spędził w Keronii, przez co ojczysty język matki znał dużo lepiej niż mowę ojca. - Nie oczekuję, że kiedykolwiek zapomnisz, bo to niemożliwe. Martwię się, ostatnio jesteś... inna. Inaczej walczysz, rzucasz się na wściekle na wroga, coraz częściej dajesz się trafić, a kiedy wszyscy rozprawiają o głupotach, ty toniesz w myślach.
Kobieta mięła między palcami materiał kaftanu, dolna warga lekko drżała, jak za każdym razem, gdy zaczynała się denerwować.
- Solveig... Nie chcę, by wspomnienia i gniew cię zniszczyły.
- Co ty w ogóle o tym wiesz? – kobieta niemalże krzyknęła, wstając. Ulf uniósł brwi i spojrzał na nią znacząco, to wystarczyło, natychmiast wyprostowała palce, przed chwilą zwinięte w pięści i usiadła przed nim, schylając głowę. Zdała sobie sprawę, że postąpiła nieodpowiednio.
- Także straciłem kogoś bliskiego. I nadal nie zapomniałem, choć minęło już dobre dwanaście lat. Po śmierci ojca przenieśliśmy się z Farsund do rodzinnej wsi matki, tu w Keronii, by moja siostra Ingrid mogła odebrać właściwe wykształcenie od zacnego maga. Tak, była przeklęta, choć matka nazywała to darem. Ingrid spłonęła na stosie jako czarownica, po tym jak okaleczyła magią syna dziedzica z sąsiedniej wioski. Drań próbował ją zgwałcić. Ona tylko się broniła. Wiedziony gniewem i pijany, napadłem samotnie na kata. Waliłem jego głową o ziemię, aż odłamki czaszki pokaleczyły mi ręce. Ale gniew nie minął. Znalazłem winowajcę i jego koleżków, po czym upewniłem się, że jako martwi już nikogo innego nie skrzywdzą. A potem ukradłem z domu konia i wyruszyłem na północ. Parę tygodni po Próbie dotarł do mnie list od sługi, w którym powiadamiał, że matka z żalu powiesiła się w stodole. Przeczytałem go kilka godzin po tym, jak własnoręcznie poderżnąłem gardło choremu na wściekliznę bestiarowi z naszej watahy.
- Dlaczego mi o tym opowiedziałeś? – spytała Solveig.
- Równa wymiana. Historia za historię. Myślałem, że pomoże ci świadomość posiadania obok kogoś, kto choć trochę rozumie. Takie głupie myślenie.
Przysunął się do niej, widząc, jak Bestiar walczy ze łzami i przegrywa. Lekko objął ją ramieniem, niezbyt nachalnie. Pozwoliła się przytulić, ale na krótko.
- Ulf…
- Tak?
- Po śmierci Maniego wysłuchałeś mnie... Czy chciałbyś teraz opowiedzieć mi o Ingrid?


***

Trakt z Sevilli do Vestby, początek kwietnia bieżącego roku

Poranne słońce, zawieszone wysoko na niebie, pozbawionym bieli chmur, przeświecało między gałęziami drzew, rzucając na ziemię fantazyjne cienie. Znikła nocna mgiełka, czmychając w głąb ciemności mrocznej puszczy niczym dzikie zwierzę. Parskały konie, Frode gadał coś do siebie po wilczemu, szumiały liście, poruszane wiatrem, z głębi lasu słychać było radosne ptasie trele. Równie radosne były rozmowy pomiędzy Wilczymi Braćmi.
- I wtedy Aste weszła do izby, nie mając innej broni pogrzebacz złapała i rozbroiła suczego syna! Sama w domu była. Jak rodzice wrócili z targu, zobaczyli złodzieja już związanego. I wiecie, że Aste nie odwracała też wzroku, jak powiesili drania na rynku. Dziesięć lat ma berbeć, ale coś czuję, że niedługo Wilkowi też zacznie służyć, jak brat. – Halvard uwielbiał chwalić się wyczynami swej małej siostry, uwielbiał także koloryzować.
- Tak, tak. Za kilka lat sama rozpędzi dzikie hordy Mroźnego Węża swym pogrzebaczem, a potwory zadrżą przed jej potęgą. – skomentował Ulf z ironicznym uśmiechem.
- A żebyś wiedział. – oburzył się olbrzymi nord i parsknął, udając że jest śmiertelnie obrażony. Szybko jednak mu przeszło i kontynuował swą opowieść, zmieniając jednak bohaterów, tym razem wychwalając czyny swego kuzyna. Birger i skacowany Faelan co chwilę rzucali kąśliwe uwagi, wytykając nieścisłości fabularne. Connor i Bran, obydwoje pochodzący z pogranicza pomiędzy Keronią a Wirginią dysputowali na tematy polityczne, analizując zasłyszane w Sevilli plotki.
- Ej, Przewodniku! – zakrzyknął Maurer, wyłamując się szyku i podjeżdżając bliżej dowódcy – Powiesz gdzie w nocy byłeś, czy to wielka tajemnica? Po modłach wyszedłeś w miasto, Solveig też nie było, szukalim was do rana z Halvardem. Już się nawet martwić zacząłem, że was kto w ciemnej alejce zasztyletował.
- Łżesz jak pies, Rolf. Jak wróciłem, spałeś, przyciskając twarz do cycków dziwki a Halvard chrapał tak głośno kowalski miech w krasnoludzkiej kuźni, tuląc drugą nagą dziunię. – parsknął Ulf, Maurer się roześmiał.
- No dobra, dobra, nie szukaliśmy do rana. – przyznał - Ale Ulryk nie potępia przecież chędożenia… I zeszliśmy już z warty. Zanim znaleźliśmy panie, szukaliśmy was, ale Olbrzym uznał, że jak nie ma was razem, to może cosik… no wiesz, Ulf. I żeby wam nie przeszkadzać, bo…
- Rolf byłby doskonałą damą dworu dla Królowej, nie sądzisz, Solveig? Tylko mu plotki i romanse w głowie, wciąż wietrzy jakieś intrygi. Halvard również. On to by tylko włosy zapuścić musiał, bo biustu już mu niejedna białogłowa zazdrości. – widząc czerwone od złości policzki Bestiar, dowódca klepnął jadącego obok wojownika w ramię. – No już. Do szyku wracaj, Maurer, zanim Østergaard cię w mordę walnie za tą zniewagę.
Nim Rolf się cofnął, zobaczył jak Solveig przesuwa po swojej szyi palcem, patrząc na niego z dziwnym wyrazem twarzy.
- Promyczku, nie bij go. Rolfowi należy się współczucie. – odezwał się Aage – Zaleca się do każdej po kolei, każda go odrzuca. Nawet rozmawiać z nim żadna nie chce. Raz mu nawet dziwka odmówiła, ze względu na jego twarz.
Wilczy Bracia kontynuowali wymianę wzajemnych złośliwości przez kolejne godziny, umilając sobie tym podróż. Mijani przez nich kupcy, prowadzący karawany przyglądali im się ze sporym zainteresowaniem, tym bardziej że wojownicy rozmawiali w nieznanym Kerończykom języku. Wyróżniali się także strojami i uzbrojeniem na tle pstrokatych najemników, czy skromnie wyposażonych żołnierzy służących pomniejszym lordom. Zakon Białego Wilka dbał o to, by bracia nosili podobne pancerze, pozwalając jedynie na niewielkie modyfikacje, miało to zapewniać większą rozpoznawalność i było praktyczne zwłaszcza podczas walki.
Nie niepokojeni dotarli do Vestby w okolicy południa.
- No wreszcie! – radosny okrzyk Connora poniósł się echem, gdy przejeżdżali przez bramę, prowadzącą na dziedziniec twierdzy. Ci z wojowników, którzy w nocy wypili zbyt dużo szybko porzucili konie i popędzili ku studni. Zwierzętami zajęli się ponurzy pachołkowie, na których po kerońsku pokrzykiwał młody, pryszczaty akolita, wyglądający na niezłą szuję. Ulf, Aage i Solveig zatrzymali konie w rogu dziedzińca, nieco dalej od reszty oddziału. Frode był wyjątkowo niespokojny, Bestiar uważnie słuchała pomruków wilka.
- Nie podoba mi się to Vestby. Coś tu za cicho, a strażnicy nietęgie mieli miny. – zauważył elf – Nie sądzę, że to tylko ich wstręt to długouchych.
- Zaraz się dowiemy, co tu nie gra. – stwierdził dowódca, zeskakując z siodła. Szedł ku nim komitet powitalny, dwójka kapłanów i rycerz z ręką na temblaku. - Chodźcie. Nie lubię przewagi liczebnej po drugiej stronie, czy to rzekomy przyjaciel, wróg czy obcy.

// No to tego, pierwsze koty za płoty. Mam nadzieję, że się spodoba.
Bardzo starałam się pilnować blogowych realiów, fabuły, historii, geografii etc. Gdyby ktoś dostrzegł błęda, niech da mi znać, to poprawię.

PS. Dla ewentualnych czepialskich: Z racji faktu, że notka czasowo umiejscowiona jest dwa miesiące wstecz, w karcie postaci jest mały spoiler - mianowicie jeden z bohaterów pobocznych umiera.



4 komentarze:

Szept pisze...

Ojej, wychodzi... że jestem pierwsza :D
Podoba mi się styl pisania. Podoba mi się sposób przedstawienia postaci i fakt, że nie są pięknymi, silnymi i koniecznie umięśnionymi wojownikami, ale czas i funkcje, jakie pełnią, odbił na nich swoje piętno.
Myśli Mistrza to wisienka na torcie. W ogóle, fragmenty z nim. Szczerze, początek na Kresach kupił mnie całkowicie i wciągnął bardziej niż część w KK. Część w KK pokazywała braterstwo wilków, przybliżała postacie, ale... brakowało mi tej psychologii, jaką poczułam we wstępie. Tutaj już byli głównie przerażający wojownicy, którym nikt nie śmie się postawić.
Jedynie co mi nie gra, to zapis dialogów. Mam nadzieję, że nie uznasz tego za czepianie się, bo nie mam takiego celu. Chodzi mi np: o sytuację:
- Mów. - zachęcił Mistrz. -> po mów bez kropki.
Ale mogę się mylić, bo sama przyswajam te zasady zapisu dopiero. Lepiej wyjaśni to Nefryt :D albo po prostu niezrównany wujek google.
Nawiasem, mam odpowiedź na swoje pytanie :D Dodając Wilczych do zakładki, zastanawiałam się nad ich powiązaniami z Keronią. Normalnie... prawie jakbyś czytała mi w myślach. Czyś ty aby nie mag?
No i jeśli Kerończyk traktować jako narodowość, to z dużej litery. Podobnie Wirgińczyk, zaś kerońska to już przymiotnik, można z małej. Gdzieś mi się to rzuciło w oczy w tekście, nie pamiętam gdzie.
A fabularnie niezgodności nie zauważyłam.
Z czystej ciekawości... Odmieńce mają coś wspólnego z wizją z GoT?
Ogólnie tak, podoba się. By nie było wątpliwości. Chętnie dowiem się, co jest nie tak w Vestby i skąd niepokoje.

P.S. Pewien brodaty krasnolud z Keronii dziwi się twierdzeniu, jakoby Kerończyk nie mógł w piciu sprostać Nordom. Tyle, że on powszechnie znany opój i nie mieści się w żadnych ramach :P Midar mówi dzień dobry kompanii.

AnneU pisze...

Dziękuję za opinię i cieszę się, że dostarczyłam rozrywki.
Dialogi - cóż, dawno nie pisałam nic dłuższego, więc trochę zapomniałam "po polskiemu", w internetowych rpg rzadko zwraca się aż taką uwagę na poprawność językową. Poguglałam, zajrzałam w książki i chyba masz rację.
Czarować potrafię - specjalizuję się w ożywianiu martwych komputerów, jeden niewdzięcznik też często wspomina, że jestem wredną wiedźmą.
Odmieńce to krzyżówka spaczonych chaosem ludzi z Warhammera z moją prywatną wizją, ich dokładny opis pojawi się w kolejnych opowiadaniach (hej, nie dam Wam od razu wszystkiego na tacy).
W odpowiedzi na PS. - kransoludy jakoś mają to do siebie, że gdy człowiek zaśnie już pod stołem, to oni ledwo w rauszowy humor wchodzą.

Nefryt pisze...

Kurczę, ja miałam właśnie skojarzenie z Warhammerem :D

Przepraszam, że komentuję dopiero teraz, chociaż notka dosyć długo widniała na głównej. Dużo rzeczy napisała już Szept, więc ode mnie krócej. Podobał mi się przede wszystkim klimat, zwłaszcza pożegnanie watahy i przekomarzanki w tawernie. Dosyć zgrabnie opisane, po niektórych tekstach z tawerny nie udawało mi się powstrzymać i parskałam :) Podoba mi się stopniowe odkrywanie celu wyprawy i to, że twoja drużyna to nie jakiś bliżej nieokreślony "bohater zbiorowy", a zgrana drużyna, składająca się z dopracowanych indywidualności.

Nefryt pisze...

Aha. I jeszcze Wschodniopole. Wpadła mi w ucho ta nazwa i uważam, że jest piękna. W sensie, językowo. Bo się czymś kojarzy, bo ładnie brzmi, bo tajemniczo.

Prawa autorskie

© Zastrzegamy sobie prawa autorskie do umieszczanych na blogu tekstów, wymyślonego na jego potrzeby świata oraz postaci.
Nie rościmy sobie natomiast praw autorskich do tych artów, które nie są naszego autorstwa.

Szukaj




˅ ^
+ postacie
Rinne Lasair