Przewodnik

Linki-obrazki

Misje
I. Więzi przyjaźni
Spotykasz po latach kogoś, kto dawniej był ci bliski. Wplątuje cię on w jakąś historię, która nie dość, że z czasem się komplikuje, to w dodatku budzi w tobie wątpliwości co do intencji przyjaciela.

II. Linia frontu
Kerończy natarli na Prowincję Demarską. Oblegany jest sam Demar. Jedni ludzie stają do walki, inni uciekają ze spalonej ziemi. Napastnicy, obrońcy i cywile. Po której stronie staniesz?

Opcjonalnie: Udział w buncie niewolników w Wirginii bądź inne miejsca walk.

III. Rekonwalescencja
W nie najlepszej kondycji trafiasz do wioski lub klasztoru. Wydaje ci się, że trafiłeś w dobre ręce i że wkrótce będziesz mógł opuścić to miejsce. Okazuje się jednak, że z pozoru życzliwi i uprzejmi ludzie skrywają przed tobą jakąś tajemnicę.

IV. Zabij bestię
Coś napada, nęka mieszkańców. Zawierasz umowę z wójtem - dostarczysz głowę bestii za określoną cenę. Okazuje się jednak, że stworzenie nie działa bez powodu - jest w jakiś sposób prowokowane przez mieszkańców.

Opcjonalnie: Bestia jest wrażliwa na hałas z karczmy albo ludzie naruszyli w jakiś sposób jej rewir (weszli na jej teren, zajęli leże ze względu na drogie surowce itp.)

V. Nielegalne walki
Dochodzą cię słuchy o nielegalnych walkach prowadzonych w okolicy. Położysz im kres czy może postanowisz wziąć w nich udział dla własnego zysku? Pieniądze nie leżą na ulicy.

VI. Zlecone zabójstwo
Dochodzi do zamachu, w wyniku którego ginie ktoś ważny. Podejmujesz się odnalezienia zabójcy – albo jego zleceniodawcy. Od ciebie zależy, czy dojdzie do aresztowania winnych, czy pomożesz im uniknąć kary.

VII. Egzekucja
W mieście lub wiosce szykuje się egzekucja. Znasz sprawcę albo sam doprowadziłeś do jego schwytania. Realizacja wyroku coraz bliżej.

Opcjonalnie: Z czasem nabierasz wątpliwości, czy skazaniec faktycznie jest winny i chcesz go uwolnić lub dochodzą cię pogłoski, że ktoś może chcieć uwolnić kryminalistę.

zamknij
Dodaj do WTP Spis kodów
Spis opowiadań
Kiedyś przyjdzie mi za to wszystko zapłacić... Weselicho, czyli tańcz, jedz i chędoż za darmochę! Oszukać czas. Oszukać przeznaczenie. Oszukać... siebie. Baśń o wolności: Preludium Świątynia Ażubora (1) Wszystkiego krówkowego! (okolicznościowa, krótkie opowiadanie "Motyw przewodni - Prezent". Ta dam, pamiętaliśmy! I - Wezwanie pomocy: alchemio, przybywaj! Gdy demon odzyskuje człowieczeństwo, przypomina sobie jak być człowiekiem. Nikt nie zna prawdziwego bólu do czasu aż nie straci kogoś bliskiego sercu. Niedopowiedziane historie Wendigo i Driada Szczurzy dzień (autor: Szept, Silva) Domek, zupa, sukkub i historia (autor: Elias) Sen i niespodzianki (autor: Elias) Boląca strata i niepokojący gość! (autor: Elias) Cienie i nowy przyjaciel (autor: Elias) Kruki (autor: Elias) Cienie i Starsze Dusze (autor: Elias) Zawsze jest kolejna tajemnica (autor: Silva) Zło Kor'hu Dull (autor: Elias) Złodziej Twarzy i Koszmar (autor: Elias) Królewiec (autor: Elias) Przed świtem (autor: Nefryt) Król Żebraków i nowe drzwi (autor: Elias) Akceptacja (autor: Elias) Nostalgia (autor: Nefryt) Nowa droga i niespodziewane wyznanie? (autor: Elias) Biały i zielony daje czerwony! (autor: Elias) Nowe wyzwania w nowym życiu (autor: Elias) Krąg tajemnic (autor: Elias) Jack (autor: Elias) Czasami to mrok daje najwięcej światła (autor: Elias) Trzy sceny o szpiegowaniu (autor: Nefryt) Morze bólu. Promyk nadziei ... (autor: Elias) Nie ma sensu szukać guza. Chyba, że jest się najemnikiem (autor: Silva) Sól (autor: Aed) Dyjanna Muirne: Miecz może być dowodem wszystkiego (autor: Zorana) Opus Magnum I (autor: Iskra) Uszatek i Kwiatek na tropie przygody: Przypadłość parszywej gospody (autor: Paeonia i Szept) Gdy gasną świece (autor: Zombbiszon) ... Najjaśniej płoną gwiazdy nadziei. (autor: Zombbiszon) Elias cz. 1 (autor: Zombbiszon) Elias cz. 2 (autor: Zombbiszon) Historia (autor: Zombbiszon)
zamknij

Chat

czerwiec, 12 rok Ery Świetlnych Dni

Powoli zmierzchało, szarówka zamieniała się w noc. Ściany drewnianych domów, i tak poczerniałe od starości i nawarstwionych na nich, wżartych w deski kurzu i błota, ciemniały jeszcze bardziej. Białe niegdyś, wzniesione z kamienia budynki teraz wyglądały jak nieforemne ciosy, nikły pod warstwą brudu, wtapiały się w tło – w burą, pstrą mozaikę ruder, przybudówek i pustostanów. Jasny piaskowiec niszczał szybciej niż ceglane ściany, odłupywał się, zaciekał. Cuchnęło szczynami, wymiocinami i gównem. Oby psim.
Tu i ówdzie dało się dostrzec migotliwy blask lampionu czy pochodni, ale większość przechodniów rezygnowała z oświetlania sobie rozmoczonej letnią ulewą drogi, upstrzonej sterczącymi tu i ówdzie kamieniami. Zaczynała się nocna pora, wyczekiwana przez tych, którym blask dnia utrudniał załatwienie swoich spraw.
Gniady wierzchowiec, nieco przerażony tym, do jak szybkiego biegu zmusza go jeździec w tak ludnym, ciasnym i błotnistym miejscu, wpadł w kolejną ulicę, zatłoczoną jeszcze bardziej niż poprzednia. Tym razem poczuł jednak, jak jeździec gwałtownie ściąga wodze. Klaczka wparła się kopytami w rozmiękłą ziemię, parsknęła z niezadowoleniem, potrząsnęła łbem. Zdenerwowanie tego człowieka wyraźnie jej się udzielało. Jego spięcie i nie do końca kontrolowane przezeń ruchy drażniły ją. Zmęczenie przebytą drogą i dochodząca zewsząd kakofonia odgłosów potęgowały odczuwany niepokój.
Mężczyzna rozejrzał się dookoła siebie. Głęboki kaptur nie ułatwiał mu obserwowania przechodniów, jednak umożliwiał przejechanie aleją bez obwieszczania wszem wobec swojej tożsamości.
Aleją Podmokłych Bobrów.
Jeździec mimowolnie przesunął opuszkami palców po skrytej pod połami płaszcza rękojeści miecza. Czuł się niepewnie w dzielnicach takich jak ta. Nie dlatego, że było tu niebezpiecznie. Szkolił się w mieczu odkąd pamiętał i dopóki miał go przy sobie, nie obawiał się zaczepek. Tutaj było po prostu... obco. I nie chodziło tu o, delikatnie rzecz ujmując, nieco ekscentryczny wygląd – sięgający pasa warkocz związany ciemnoczerwoną wstążką czy kolczyk w lewym uchu. Z częścią szlachectwa Meryn zerwał w momencie przystania do Zakonu Wśród Wzgórz. Nie było już spędzania całych dni na wystawnych posiłkach, flirtowaniu z dobrze urodzonymi panienkami i polowaniach. Po złożeniu przysięgi czekały go trudy drogi, setki godzin spędzonych na ćwiczeniu ręki i umysłu, a także przytłaczająca odpowiedzialność. Czekał go również sprawdzian cierpliwości podczas siedzenia nad książkami, które dotąd traktował jak niezobowiązującą rozrywkę – teraz wymagano od niego, że będzie oczytany, zaznajomiony z geografią, historią, panującą na świecie sytuacją polityczną, nastrojami ludu i bogowie niejedyni wiedzą, czym jeszcze. Poznał, co to praca. Jednak dystans między nim a prostymi ludźmi utrzymywał się nadal, choć znacznie zmniejszył się przez te wszystkie lata.
Wtedy owszem, nie było łatwo, ale nie było też na co narzekać. Po powrocie z drugiego krańca Keronii można było skorzystać z chwili zasłużonego odpoczynku, schronić się za dającymi bezpieczeństwo murami Twierdzy. W dodatku członkowie Zakonu podlegali Mistrzowi i dynastii Marvolów, nikomu więcej.
Teraz nie było Twierdzy. Rezydowali w niej Wirgińczycy, a w ich posiadaniu, oprócz dobrze ufortyfikowanego zamku, znalazła się przepastna biblioteka, pełna cennych dokumentów. Zakonni utracili wiekowe księgi, kopie ważnych traktatów, rodowody rodzin panujących i szlacheckich.
Zabrakło również Mistrza. Przez parę lat przebywał w Twierdzy, przytrzymywany tam przez Wirgińczyków jako zakładnik. Jednak ci tylko czekali na pretekst, by zamknąć go w Kansas. Gdy go zyskali, mając przy tym pewność, że żaden Zakonny nie wejdzie im w paradę, wykorzystali go bez zbędnego namysłu.
Nie było też poczucia bezpieczeństwa. Siatka szpiegowska Wirgińczyków nie była tak rozwinięta jak keroński wywiad, nie wykorzystywała wszystkich swoich możliwości. Zakonni zwykli złośliwie mawiać, że do pięt nie dorastała kierowanemu przez Regentkę podziemiu, ale potrafiła być najzwyczajniej w świecie upierdliwa. Spora przesada i nieśmieszny żart, powtarzany tak długo, aż zaczął bawić. A świadomość zagrożenia jak była, tak była. I nikomu nie wychodziła na zdrowie.
Nie było już wsparcia królewskiego skarbca. Nagle, z dnia na dzień okazało się, że każdy musi sam zarobić na swoje utrzymanie. Niegdysiejszy Zakon, gromadzący ludzi z różną przeszłością, ale oddanych wyższej sprawie, przeistoczył się w zbieraninę średniozamożnych przedstawicieli rozmaitych profesji, zbyt zajętych pogonią za zarobkiem, by zaprzątały ich sprawy polityki.
Można powiedzieć, że Wirgińczycy mieli ich z głowy.
Ale było coś, co trwało nadal. Coś, co łączyło mimo przeciwności. Przysięga. Przysięga wierności prawowitej władzy królewskiej. Przysięga walki o wolność, walki do ostatniego tchnienia. Co prawda różnie tę wolność pojmowano, a przysięgę każdy interpretował na swoją modłę, ale nadal w nie wierzono. Może było to naiwne, dziecinne wręcz, ale nadawało utracony sens. Gdy znika coś, czemu poświęciłeś prawie całe życie, nie jest łatwo się z tym rozstać, choćby nie wiadomo jak bezsensowne było.
To właśnie wierność przysiędze przywiodła Meryna do tego zaułka, przywiodła przed karczmę. Zaprowadziła go do wychodzącego z tegoż budynku mężczyzny.
Mężczyzna był średniego wzrostu, lat około trzydziestu pięciu, czarnowłosy i kompletnie pijany. Odziany był tak, jakby całe wierzchni ubiór i wszystkie koszule na zmianę przegrał w karty. Przydługie, krzywo przycięte pasma włosów sięgających ramion, co najmniej dwutygodniowy zarost i maska niezmywanego od wielu dni brudu ukrywały jego twarz przed ciekawskimi spojrzeniami. Tych, których nie zniechęcił jego wygląd, odstraszało przenikliwe, niespokojne spojrzenie ciemnych oczu.
Czarnowłosy spojrzał na jeźdźca, po czym przytaknął kilkukrotnie w odpowiedzi na swoją niezwerbalizowaną myśl, nad czymś się zastanawiając, próbując sobie coś przypomnieć. Jednak wspomnienie wymykało mu się niczym wyciągnięta z wody, szamocząca się ryba.
- A więc w końcu się zjawiasz, hm? – zapytał w końcu tak bełkotliwie, że Meryn miał problem z oddzieleniem od siebie poszczególnych wyrazów.
- Bogowie, jak ty wyglądasz...
Brunet symbolicznie otrzepał wyświechtany przyodziewek i podejrzliwie, niemal wzgardliwie zerknął na jeźdźca.
- Panie Oxestierne, długo pana nie widzieliśmy w tych stronach – rzekł poważnym, uroczystym tonem, już nieco wyraźniej, choć kosztem nienaturalnego przeciągania sylab. Wziął się pod boki i cmoknął z niezadowoleniem. – Czyżby obowiązki mości panu nie pozwalały na odwiedziny?
Jeździec prychnął cicho. I cała zabawa w przebierańce mogła pójść się gonić. Jego rozmówca mówił na tyle głośno, że przechodnie słyszeli go doskonale. Kilku obejrzało się przez ramię, inni zerknęli ukradkiem na tę dwójkę, nie przerywając prowadzonych rozmów.
- Wsiadaj – uciął Meryn bez zbędnych ceremonii. – Mam z tobą do pogadania.
Kargier wymownie pokręcił głową i z pozoru niechętnie, choć bez słowa sprzeciwu wsunął nogę w puste strzemię. Odbił się od błotnistej drogi niemal w tym samym momencie, w którym ktoś pochwycił go za koszulę i ściągnął z powrotem na ziemię. Brunet zatoczył się, w ostatniej chwili chwytając się jednej z przytroczonych do siodła sakw. Nie dość, że ziemia huśtała się niczym łódka obracana przez wodny wir, to jeszcze ktoś ciągnął go za fraki. I jeszcze się awanturował. Niedoczekanie.
- Oddawaj pieniądze, ty skurwy...
Łysawy, postawny mężczyzna urwał, gdy zarobił głowicą puginału w twarz, tracąc przy tym ząb czy dwa.
- Uważaj, do kogo mówisz. – Meryn położył broń przed sobą, wolną ręką zsuwając kaptur z głowy. Drugą podał Kargierowi. Wciągnął mężczyznę na konia i ponaglająco uderzył w boki wierzchowca.
Klacz parsknęła, wiernie naśladując swojego jeźdźca. To był dla niej parszywy, męczący dzień.
Karczma była zatłoczona, brakowało miejsc. Niewielki stolik pod prowadzącymi na piętro schodami musiał wystarczyć. Nie mieli gdzie się zatrzymać, a tu przynajmniej wtapiali się w tłum. Spory, hałaśliwy, rozpychający się łokciami, tupiący w schody ubłoconymi buciorami tłum.
- Opowiedz mi, co się z tobą działo – poprosił Mer.
Kargier spojrzał na niego z politowaniem.
- Gadaj lepiej, o co ci chodzi. Tylko mi nie mów, że cię zdjęło miłosierdzie. Gdyby tak było, zjawiłbyś się wcześniej.
Meryn udał, że nie dosłyszał ostatniego zdania. Nie miał na podorędziu żadnego wytłumaczenia.
Czekał na odpowiedni moment; na okoliczności, w których będzie mógł wyciągnąć karty z rękawa. Ale to nie było wszystko.
Bał się, że Wirgińczycy wpadną na jego trop, że go przygwożdżą. Stchórzył.
- O to – odparł krótko, wyciągając z kalety jakiś niewielki, ciemny przedmiot. Rzucił go na stół. – Rozwiąż.
Brunet wziął do ręki wyświechtane, materiałowe zawiniątko i rozsupłał opasający je sznurek. Na jego dłoń wypadł pierścień o cienkiej obręczy z brązu i trzech srebrnych oczkach.
- Prawowita władza, posłuszeństwo i oddanie – mruknął, w zamyśleniu przesuwając palcami po metalowym odlewie. Skromny symbol przydzielonej władzy i przemawiająca do wyobraźni zapowiedź wyrzeczeń. Kargier zacisnął pięść na pierścieniu i w milczeniu przytknął ją do ust. Tęsknił. Tęsknił za czymś nieokreślonym, czymś bardo ulotnym i jednocześnie niemożliwym do zastąpienia. Za czymś, co mógł znaleźć tylko w jednym miejscu.
- Kargier... – Meryn utkwił w nim pełne rozpaczliwej nadziei spojrzenie.
- Chcesz, żebym wrócił? – zapytał z niedowierzaniem, zmieszanym z nieszczerym rozbawieniem.
- Potrzebujemy cię.
Mężczyzna zaprzeczył, potrząsając głową.
- To niemożliwe – odparł krótko. Chwycił ucho kufla i pociągnął długi łyk. Odstawił naczynie z napitkiem i westchnął ciężko. – Dla tego samego powodu, dla którego stamtąd odszedłem, nie mogę tam wrócić. Ale zaspokój, proszę, moją ciekawość... O co chodzi? Nie radzicie sobie? Nie ma komu wypytywać, pertraktować, szukać informatorów, tak? Pomagiera wam zabrakło?
- Zmieniłeś się. – Meryn na moment zamknął oczy, by nieco ochłonąć i okiełznać narastającą w nim wściekłość. Nienawidził bezsilności, nie potrafił sobie z nią radzić. – To cię zmieniło. – Trzasnął ręką w kufel, który przejechał przez blat stolika i zatrzymał się na piersi Kargiera. Ten tylko spojrzał z udawanym zaciekawieniem na swoją zachlapaną trunkiem koszulę.
Służebna, która właśnie przedzierała się przez stłoczoną we wnętrzu karczmy klientelę, przystanęła i spojrzała na nich uważnie. Siniec pod jej okiem i wyraz twarzy zdradzający obawę pozwalały odgadnąć, że kobieta nie życzyła sobie tu żadnej burdy.
- Wszyscy piją. – Jedyną reakcją bruneta było wysuszenie kufla i otarcie wąsów rękawem.
- Ale nie w takich ilościach. – Meryn schwycił rękę, którą Kargier miał zamiar podnieść, by zamówić kolejną porcję wypalanki, i przycisnął ją do stołu. – Chcesz, żeby zobaczyła cię w takim stanie?
- Kto? – Mężczyzna zerknął na niego szyderczo. Był niezmącenie pewien, że nic go nie zaskoczy – w przeciwieństwie do Meryna, który zmierzył go długim spojrzeniem, w którym dało się dostrzec cień triumfu, który miał zaraz dla niego nadejść.
- Jej dwór poszedł z dymem, jej ojca spotkał samosąd. Teraz jest u nas. Niemsta.
Kargier nie odpowiedział.
Pamiętał, kiedy po raz pierwszy ją zobaczył. Przyjechał do dworu jej ojca, by załatwić z poczciwym, łatwowiernym Arbrisselem sprawę Wirgińczyków, chcących skłonić go do współpracy. Efekty tego spotkania były długofalowe, zarówno dla pana okazałego domostwa i jego córki, jak i dla samego Kargiera.
Widział ją tylko przez chwilę. Weszła, by odejść z ojcem na stronę, szeptem zamienić z nim kilka słów i wyjść, obdarzając niecodziennego gościa długim, zdradzającym ciekawość spojrzeniem. Nie było w nim wyniosłości ani pogardy dla jego pochodzenia czy wyglądu. A było czym pogardzać – drobnomieszczanin, miernie odziany, o półdługich, krzywo przystrzyżonych włosach, mimo stosunkowo młodego wieku ich posiadacza przeplatanych siwymi nitkami. Ona była szlachcianką, i to z nie byle jakiego zaściankowego rodu. Wywodził się co prawda z prowincji i nie mieszał w politykę stolicy, ale na wschodzie Keronii należało się z nim liczyć.
Jako pierwszy Kargiera przyłapał mości szermierzyna.
- Co tym razem zapijasz? – Meryn przysiadł się do ławy, na której stały pusty już dzban po winie. Do stojącego obok glinianego kubka nalano znacznie mocniejszego trunku.
Brunet nie odpowiedział od razu. Pociągnął z kubka długi łyk, otarł wąsy rękawem pocerowanej koszuli i wsparł podbródek na zwiniętej w pięści dłoń.
- Twarzyczkę pewnej panny... – mruknął, w zamyśleniu patrząc w przestrzeń.
- Twarzyczkę? No, to coś nowego... – skomentował prześmiewczo Meryn.
- Bogowie, jakież ona ma śliczne oczy... – ciągnął głuchy i ślepy na wszystko wokół Kargier, do cna rozebrany ze wszelkich zahamowań przez okowitę.
Mer spojrzał na niego z niepokojem.
Jest źle.
Na jednej wizycie Kargiera w posiadłości Arbrisselów się nie skończyło. Pertraktacje szły opornie, podstarzała głowa rodu okazała się głową wyjątkowo upartą, żyjącą w swoim własnym, nieco oderwanym od „tu i teraz” świecie.
Szlachcianka, której zubożały ojciec przez prawie trzydzieści lat szukał odpowiednio zamożnego kandydata oraz mieszczanin, który powinien był wżenić się w jakąś bogatą rodzinę, by móc się wybić, podobnie jak zrobił to jego przedsiębiorczy ojciec. Spotykali się. Spacerowali łąkami i sadami, spędzając czas na długich rozmowach o wszystkim i o niczym, udając, że nie stoją po przeciwnych stronach. Pilnowali, by nie widziano ich razem. Byli dorośli, a zachowywali się jak dzieci. Idylla.
A potem wszystko się skończyło. Kargiera, zamiast w ważnej delegacji, znaleziono w jednej z królewieckich karczm, zalanego w pestkę. Miarka się przebrała, kolejny „ostatni raz” nie wchodził już w grę. Odsunięto go od obowiązków, dając mu tym samym do zrozumienia, że może pakować manatki.
Złamał przysięgę. Powinni byli go ukarać, a zamiast tego puścili go wolno. Kto wie, czy to nie było gorsze.
Ze wszystkich argumentów, jakich mógł użyć, Meryn wywlókł akurat ten. Bo wiedział, że nawet teraz, po tylu miesiącach, Niemsta nie była Kargierowi obojętna. Jej wspomnienie przebijało się przez wszystkie dni spędzone na piciu i zabijaniu czasu, z którym nie było co począć… zabijaniu czasu oraz poczucia winy.
Uścisk wokół nadgarstka nasilał się. Kargier zaprzestał prób uwolnienia ręki. Nieznacznie się skulił, wolną dłonią zakrył twarz. Meryn puścił go, podniósł się z zydla, wsparł się na stole i nachylił się nad mężczyzną.
- Alaryk potrafi cię z tego wyciągnąć, pojmujesz? – wycedził przez zaciśnięte zęby, szepcząc mu do ucha. – Sam mi to powiedział.
- Potrafisz mi to obiecać? – zapytał Kargier cicho. – Potrafisz? I masz pewność, że się nie pomylisz?
Szermierz nie odpowiedział od razu. Potrzebował chwili, by uwierzyć w to, co usłyszał.
- Mam – zapewnił. – Ale od tej pory nikt nie będzie pytał cię o zdanie. Aż do momentu, w którym Al uzna, że jest w porządku. Rozumiemy się?
Kargier skinął głową. Podał Merynowi pierścień.
- Zachowaj to. Oddasz mi, kiedy uznasz za stosowne.
Klaczka sapała ciężko. Była raczej wątłym wierzchowcem i z pewnością nie została stworzona do noszenia na swym grzbiecie dwóch rosłych mężczyzn. Musiała jednak wytrzymać, póki nie znajdą się za miastem, gdzie czekał na nich wóz.
Wspomnienia nie dawały Kargierowi spokoju. Zapach ulewy, zapadająca ciemność i płonące gdzieniegdzie latarenki przypominały mu tamtą noc. Choć, jeśli miał być szczery, wspomnienia nie miał tu nic do rzeczy. Kiedy miały miejsce zdarzenia, do których usiłował wrócić pamięcią, był pijany jak gówniarz, który pierwszy raz spróbował mocnego wina i, nie dzieląc się z nikim, wychlał na raz cały dzban. Był więc zmuszony polegać na relacji gospodarza o krótkotrwałej pamięci i awersji do nieodpłatnego przypominania sobie minionych zdarzeń, opryskliwego, chcącego go jak najszybciej zbyć dowódcy straży miejskiej i pewnego kramarza, który wolał podlizywać mu się, chcąc zwiększyć swoje dochody ze sprzedaży nadpsutych owoców, niż uczciwie go o wszystkim poinformować.

dwa miesiące wcześniej – początek kwietnia

Wiosenny wieczór był przyjemnie ciepły. Ulewny deszcz, który spadł w nocy, zapobiegł upałowi od samego rana, ale przez cały dzień słońce zdążyło nagrzać bruk i stojącą w zagłębieniach, mętną wodę.
Niemsta przechadzała się zatłoczonymi uliczkami Królewca, przyciskając do siebie wiklinowy kosz z pałąkiem.
W tym ludnym mieście, poprzecinanym siecią zawile kluczących ulic, uliczek, placów i podwórzy, była ledwie od paru dni. Przejechała pół Keronii, by odwiedzić schorowaną ciotkę. Krewna lubiła jej towarzystwo, lecz nie czuła się na siłach, by długo z nią rozmawiać, toteż Niemsta często wymykała się z ogromnej, obskurnej kamienicy, położonej w sercu miasta – chyba w najludniejszym i najgłośniejszym miejscu, jakie można było znaleźć w całej stolicy.
Teraz spacerowała wzdłuż stoisk z owocami. Mijała już stragany z już glinianymi naczyniami, ciętymi kwiatami, amuletami, haftowanymi sakiewkami, a także zasuszonymi ptasimi łapkami, które zdaniem bezzębnej handlarki miały przynosić ich posiadaczowi szczęście. Od jakiejś godziny błądziła bez żadnego konkretnego celu, ot, poznając te dzielnice stolicy, których jeszcze nie widziała. Od tego spacerowania zgłodniała. Ukradkiem zważyła w dłoni sakiewkę, jednak po przelotnym spojrzeniu na owoce zaściełające rozklekotany, rozkraczony stragan mogła stwierdzić, że zaczęły one gnić nie później jak przedwczoraj. Straciła apetyt.
Nie miała nic do roboty, więc kontynuowała swoją przechadzkę. Jeszcze kilkanaście minut i będzie musiała wracać, robiło się ciemno. Zmrok zapadał szybko, z ulic i placów znikali ostatni kupcy.
Skręciła w wąskie przejście między ślepymi ścianami domów. Uliczka prowadziła w kierunku centrum miasta, a przynajmniej tak jej się wydawało. Minęła jedną przecznicę, potem drugą. Zatrzymała się na środku szerokiej alei, otoczonej chylącymi się ze starości budynkami. W przeciwieństwie do reszty miasta, ta ulica po zmierzchu tętniła życiem.
Kobieta nie znała Królewca i nie wiedziała, w które jego dzielnice mogła się bez obaw zapuszczać, a które powinna była omijać. I to się zemściło.
- Dokąd się panienka wybiera?
Cofnęła się o krok.
- Ja... właśnie wracam do domu.
Odwróciła się, ale już zdążyli ją otoczyć i odciąć jej odwrót.
- Gdzie się panience tak spieszy?
Niemsta zaczęła rozglądać się, szukając pomocy. Jakiejkolwiek, skądkolwiek. Przechodnie omijali ją jednak szerokim łukiem, spuszczając wzrok. Obok przejechał okutany opończą jeździec, zaszczycając ją jedynie obojętnym spojrzeniem.
To była niepisana zasada, która obowiązywała na Alei Podmokłych Bobrów. Jeśli nie chcesz zostać zaczepionym, nie zaczepiaj. Zajmij się swoimi sprawami i nie wtykaj nosa w cudze. Nie wychylaj się, nie zwracaj na siebie uwagi. Wtop się w tłum i patrz na czubki swoich butów.
Z karczmy chwiejnym krokiem wytoczył się jakiś mężczyzna. Początkowo nie zwrócił jej uwagi. Dopiero jego uporczywe spojrzenie kazało jej uważniej się mu przyjrzeć.
Ku jej zaskoczeniu rozpoznała w nim tego, który pertraktował z jej ojcem. Znała to spojrzenie – długie, badawcze, oscylujące na granicy natarczywości i ciekawości. Wtedy był wysłannikiem Zakonu, jednym z jego członków. Kim był teraz – odziany w znoszony, brudny strój i kompletnie pijany?
Czy o nim pamiętała? Nie umiałaby odpowiedzieć na to pytanie. Wiedziała natomiast, co czuła, a przynajmniej tak jej się wydawało. Uprzejme zainteresowanie przeistoczyło się w zaintrygowanie. To z czasem wygasło, by ustąpić miejsca sentymentowi, towarzyszącemu stopniowemu zapomnieniu. Zniknął, nagle i bez uprzedzenia. Wspomnienia i słowa, choć próbowała je zatrzymać, zacierały się w pamięci. Pogodziła się z tym, że nigdy go już nie spotka. Gdy jej ojciec opowiadał jej o świetnym kandydacie na męża, tylko kiwała głową, nie odrywając się od czytanej książki.
Krzyknęła, gdy jeden z oprychów objął ją w pasie, drugą ręką chwycił za nadgarstek i pociągnął za sobą. Na próżno szamotała się, usiłując się wyswobodzić. Zdawał się tego nie czuć. W dodatku naumyślnie chwycił ją tak, że rumieniec wstydu oblał jej twarz. Nie potrafiła się obronić. Przez pryzmat ciężkich, słonych kropli mogła jedynie obserwować, jak przechodnie lękliwie spoglądali na grupę rosłych mężczyzn i potulnie schodzili jej z drogi. Straży miejskiej nigdzie nie było widać. Po policzkach kobiety popłynęły łzy. Upokorzenia? Raczej bezsilnej złości.
Jedna zasada: nie wychylać się.
Czy był wtedy pijany?
Owszem, był. Jednak nie grało to większej roli. Był pijany bez przerwy od niemal roku. Mocny trunek był mu tak samo niezbędny do przeżycia, jak otaczające go powietrze. Ojciec nie wiedział, jak wygląda jego życie. Przysyłał mu pieniądze. Nie za dużo, ale wystarczało. Wystarczało, żeby się napić i nie zdechnąć z głodu.
To, co zobaczył, gdy wytoczył się z gospody, nieco pomogło mu zacząć trzeźwo myśleć.
Znał ją. Znał ją bardzo dobrze.
Pobiegł aleją, błyszczącą od deszczu i wylewanych przez okna pomyj, niezdarnie przepychając się między ludźmi, dysząc wonią nieprzetrawionej gorzałki. Wyminął oprawców, kupując sobie tym samym trochę czasu. Wiedział, dokąd się udadzą, a oni nie wiedzieli, co zamierza. Tylko dzięki temu mógł działać. Z niemałym wysiłkiem odepchnął otumaniającą go senność. Zmusił się nawet, by zapomnieć, że właściwie to chętnie napiłby się czegoś jeszcze.
Tak się bowiem złożyło, że tę bandę również znał. Oni jego zapewne też, byli wszak bywalcami tej samej szynkowni, ale teraz najwidoczniej nie zwracali na niego uwagi. Przemytnicy, szmuglujący towary pochodzące głównie z Quingheny, luksusowe i obłożone solidną marżą. Obłowili się na tym, ale nieokrzesanie mieszkańców dzielnic takich jak ta tkwiło w nich, i to głęboko.
Szczęśliwy zbieg okoliczności? Niekoniecznie. Kargier znał to miasto na wylot. Znał wszystkie jego zakamarki i zaułki, znał jego mieszkańców, znał krążące po Królewcu plotki. Nawet doprowadziwszy się do takiego stanu nie rezygnował ze swojego nawyku – z kolekcjonowania wszystkich, nawet tych z pozoru najbłahszych, informacji. Bo wiedza mogła być bronią. Wystarczyło potrafić się nią posługiwać i robić to szybciej niż przeciwnicy. To było niczym układanka. Samo zebranie wszystkich elementów jeszcze niczego nie oznaczało. Trzeba było jeszcze umieć je ułożyć. Kargierowi się to zazwyczaj udawało.
... dopóki nie zaczął pić.
Wąska, wciśnięta pomiędzy dwa sąsiadujące budynki kamieniczka, do której zmierzał, nie znajdowała się daleko. Wszedł na wąskie, strome schodki, załomotał zaciśniętą kurczowo pięścią w zbite z wypaczonych desek drzwi raz i drugi, po czym odsunął się od nich.
Szczęknęła kłódka, gdy kryjący się za skrzydłem drzwi domownik otwierał ją kluczykiem i wyjmował ze skobla.
- Czego...? – zapytał opryskliwie. W dłoni trzymał skórzaną, misternie tłoczoną, szeroką pochew, z której wystawała rękojeść potężnego miecza. Nie dobył ostrza, jednak zastawiał się nim na wypadek ataku. Miał za dużo długów, a zarazem zbyt wielu dłużników, by zapraszać na podwieczorek i szklankę wina każdego, kto zbłądził pod okap daszka nad wejściem do jego domu. – To ty... – mruknął, spuszczając z tonu, gdy zdał sobie sprawę, kto stoi pod schodkami. Nie, nie pałał entuzjazmem na jego widok. Mężczyźnie, którego los, złośliwi bogowie lub zwykły przypadek przygnali akurat w to miejsce, winien był przysługę. I to niemałą.
- Dobrze, że wziąłeś swój tasak, Vilem – ucieszył się Kargier. – Chodź ze mną. To zajmie tylko chwilę.
Dogonili ich w ciemnej, wąskiej uliczce, odchodzącej od Alei. Szli za nimi przez dłuższą chwilę, starając się nie zwracać na siebie ich uwagi. Zbieranina podchmielonych przemytników bynajmniej się nie kryła. Mężczyźni śmiali się w głos, basowy rechot niemal zupełnie zagłuszał protesty prowadzonej przez nich kobiety.
Vilem nie ostrzegał ani o nic nie pytał. Ostrze miecza błysnęło, gdy odbiło się od niego odległe światło lampy. Bryzgnęła krew, rozległ się skowyt bólu. Niemsta skorzystała z okazji i wyrwała się z objęć mężczyzny nim ten przygniótł ją swoim ciężarem.
Dowódca straży miejskiej stanął nad leżącą w błocie, skuloną postacią. Uliczka opustoszała. Zniknęli zarówno przechodnie, jak i wspólnicy rannego oprycha. Chcieli się tylko zabawić, nie walczyć na śmierć i życie. Nie na tym polegały uliczne burdy i używanie sobie na ślicznych panienkach czy młodych mężatkach. A już na pewno nie chcieli mieć na rękach krwi dowódcy straży.
- Masz u mnie długi, psie... – wycedził Vilem, po czym splunął na ziemię. – Chcesz, żebym zażądał spłaty pierwszej raty, którą ze szczerej sympatii dla ciebie odwlekam?
W odpowiedzi usłyszał jedynie bełkot. Ranny czołgał się, wlokąc za sobą broczącą krwią nogę, byleby dalej od miecza i potrafiącego się nim posługiwać właściciela.
- Możesz wracać do domu, panienko – powiedział Vilem do Niemsty. Dług spłacił i w nic ponadto angażować się nie zamierzał. Podał Kargierowi rękę. – Żegnam.
- Dzięki – odparł brunet. – Przy okazji... mógłbyś powiedzieć swoim podkomendnym, żeby częściej się tu zapuszczali – zauważył, choć znał odpowiedź nim ją usłyszał.
Dowódca wzruszył ramionami.
- Wolą omijać takie dzielnice. Wychodzą z założenia, że Alei i tak nie upilnują, a żołdu trupom nikt nie wypłaci. Nie chcę być niemiły, stary, ale kąpiel by ci nie zaszkodziła. – To mówiąc, odwrócił się do swojego rozmówcy plecami i odszedł bez pożegnania. Było chłodno, a on miał na sobie jedynie cieniutką tunikę, nogawice i niskie ciżmy.
Niemsta wciąż była oszołomiona. Nie potrafiła wydusić z siebie ani słowa i nie wiedziała, dokąd powinna iść.
- Chodźmy – powiedział do niej Kargier, wyciągając do niej rękę. – Odprowadzę cię.
Zawahała się, spojrzała na niego. Wyglądał nie lepiej niż tamci i też cuchnęło od niego mocnym winem. Ale… on był inny, zupełnie inny.
Wzdrygnęła się mimowolnie, gdy jej dotknął, chcąc wziąć ją pod rękę. Kargier zrozumiał, że posunął się za daleko. Cofnął się o krok, uśmiechnął się lekko. W głowie mu huczało.
Po tym, co się stało, nie powinna była mu zaufać, przynajmniej nie od razu. A mimo to pozwoliła poprowadzić się nieznanymi jej ulicami. Przez całą drogę nie zamienili ani słowa. Niemsta potrzebowała czasu, żeby się pozbierać. Nie tak wyobrażała sobie stołeczne miasto – ona, szlachcianka urodzona i wychowana na prowincji, gdzie nie spuszczano z niej oka, a służba czekała na najmniejsze jej skinienie. Gdzie właściwie nic się nie działo, a jeśli już się działo, to z pewnością nie tak szybko.
A teraz spotkała jego. Po tylu miesiącach i po tym wszystkim, co się w ciągu nich wydarzyło. Mężczyzna jak tamci. Pijany jak tamci. Ale nie bała się go, choć zdrowy rozsądek nakazywał mieć się na baczności.
Teraz wszystko było inaczej.
Gdy zdecydowała się przerwać milczenie, wreszcie go dostrzegła – najemnika, czy może raczej dobrego znajomego ojca, który miał jej pilnować, który odpowiadał za jej bezpieczeństwo. Nie za darmo, rzecz jasna. Mężczyzna szedł właśnie ulicą, osuszając bukłak i ledwo dostrzegalnie chwiejąc się na nogach przy każdym kroku.
- Więc za to ci płaci mój ojciec, tak?! – wykrzyknęła, wymijając przechodniów i zostawiając Kargiera w tyle.
- Och, panienka... – zauważył jej ochroniarz. Czknął, rozejrzał się i zainteresował się obcym mężczyzną o wyglądzie kogoś pomiędzy żebrakiem a włóczęgą, który stanął za kobietą. – A ty kto? – warknął, zataczając się lekko. – Proszę nie niepokoić panienki!
- Płaci ci za włóczenie się, kiedy miałeś mnie pilnować, i używanie sobie na tych, którzy zrobili to za ciebie! – ciągnęła dalej Niemsta. – Doprawdy, na to bym nie wpadła... – Gdy zabrakło jej wystarczająco dobitnych, a zarazem przyzwoitych słów, po prostu z niedowierzaniem pokręciła głową, wpijając w mężczyznę nienawistne spojrzenie.
- Ależ panienko... – Najemny wciąż żył w przekonaniu, że ma do czynienia z kobietą o osobowości rozpieszczonej dziewczynki. – Niech się panienka uspokoi, ochłonie...
Drgnęła. Dopiero teraz w pełni uświadomiła sobie, że najemnik był pijany. Był kompletnie pijany.
- Panienko najmilsza, przecież nic się nie stało...
Niemsta postanowiła uświadomić zbrojnego, jak bardzo się myli, mając ją za dziecko. W tym celu posłużyła się otwartą dłonią i chłodną precyzją.
- Zejdź... mi... z oczu… natychmiast – wycedziła przez zaciśnięte zęby, usiłując zapanować nad drżeniem podbródka i tłoczącymi jej się do oczu łzami nagłej wściekłości, zmieszanej z niedawnym upokorzeniem.
Poczuła dziwną satysfakcję. Jeszcze nigdy nie pozwoliła sobie na taką otwartość... czy wręcz agresję.
Potem wszystko wokół znów przyspieszyło. Ktoś podbiegł, krzycząc, ktoś pytał, czemu ma tak ubłoconą suknię, ktoś wziął ją pod rękę i zaczął dawać wykład o tym, jak powinna zachowywać się przyzwoita panna z dobrego rodu, która nie wystawia na pośmiewisko nazwiska swojego ojca. Nie słuchała ich. Miała inne zmartwienie. Bo przecież...
Bogowie. Nie podziękowała mu.
Ta myśl dotknęła ją niczym rozpalony pogrzebacz. Jak mogła zapomnieć?
Odwróciła się. Stał tam, gdzie uprzednio spuściła go z oczu. Patrzył, jak odchodzi, prowadzona przez bogato odzianego mężczyznę. Jej ramiona uniosły się pod naporem wdychanego powietrza, jednak głos uwiązł gdzieś głęboko w gardle. Łzy napłynęły jej do oczu. Zamrugała, błyszcząc wilgotnymi rzęsami. Nie mogła wydobyć z siebie ani słowa – nic poza cichym, nienadającym się do zapisu dźwiękiem, którego źródła ani przyczyny nie była pewna.
Znów to samo. Znów chciało jej się płakać i nie mogła zdusić w sobie szlochu. Wiedziała, że za chwilę to minie, że nie rozbeczy się jak byle gówniara, że odzyska panowanie nad sobą. Ale przez tych kilka sekund nie potrafiła zrobić nic z zaciśniętym gardłem i trzęsącymi się ramionami.
Nienawidziła tego uczucia.
Dziwne. Kargierowi zawsze wydawało się, że gdy ludzie stają się dorośli, już się w sobie nie zakochują. Owszem, znajdują sobie partnerów, biorą śluby i idą do łóżka z kim im się podoba, ale zakochują się? Bzdura.
Najlepiej zapamiętał jej uśmiech. Boleśnie wyrył mu się w pamięci. Ciepły, łagodny, przez łzy. Balansujący na granicy wymuszonej wdzięczności i jakiegoś skrytego uczucia, którego żadne z nich nigdy nie nazwało. Senne wspomnienie, którego nie jest się pewnym, mącące wcześniejsze przekonanie o obojętności.
Wszystko to przewróciło mu w głowie.
Zaradny Kargier, jako mężczyzna wykształcony, doświadczony i nie bez grosza, znalazł lek na tę tajemniczą chorobę, która spadła na niego znienacka i nie przypominała ani tyfusu, ani cholery, ani dżumy, ani żadnych innych znanych mu dolegliwości czy uszczerbków na zdrowiu.
Przynajmniej wydawało mu się, że rozwiązanie to było doskonałe. Wszak wino, jak na jego kieszeń, nie było zbyt drogie. A działało.

czerwiec, 12 rok Ery Świetlnych Dni

Nyrax przywitało dwóch podróżnych chmarą wiecznie głodnych komarów, rozmiękłą od letniego deszczu drogą, bardziej przypominającą stratowane rykowisko niż ulicę, oraz smrodem nadpsutych ryb. Mimo zapadającego zmierzchu miasto nie kładło się do snu. Ulice nie były co prawda puste, ale nie wypełniał ich gwar rozmów. Co najwyżej krótkie zakrzyknięcia, mające zwrócić czyjąś uwagę, albo pojedyncze zdania, szybko ginące pośród szurania ciżem i stukotu końskich kopyt. Tłum widzów, którzy woleli pozostać w roli obserwatorów, nie wychylać się, nie ściągać na siebie uwagi. Uważnie śledzić bieg wydarzeń. I właśnie to sprawiało, że było tu tak nieswojo. Jak na pogrzebie, na którym – poza grupką mężczyzn, którzy upili się na smutno i zawodzili jakieś dwuoktawowe smęty – nie wypada się odzywać.
Obskurna kamienica, przed którą się zatrzymali, osypywała się ze zwietrzałego tynku. Okna zabite były deskami, drzwi obłaziły z farby. Wyglądała na opuszczoną i właśnie takie wrażenie miała sprawiać.
- Uroczo – skwitował Kargier, zadzierając głowę. Dwupiętrowy budynek górował nad okoliczną zabudową.
- Światło wpada przez okna wychodzące na wewnętrzny dziedziniec – odparł Meryn.
Zgrzytnął przekręcany w zamku klucz. Przedsionek pachniał wilgocią i kurzem. Przy akompaniamencie skrzypiącej podłogi Zakonni mijali kolejne, spowite w półmroku i pajęczynach pomieszczenia – jedne puste, inne zagracone uszkodzonymi meblami. Wstąpili do kuchni, niknącej pod stertami brudnych naczyń. Meryn zszedł po coś do spiżarni.
Dopiero drugie piętro, najwyższe, było uprzątnięte. Biegnących przez sufit pęknięć ani ubytków w podłodze nikt nie załatał, wymieciono jedynie kurz i pył. Światło wpadało przez dwa niewielkie, półkoliste okna na końcach korytarza. Ze ścian sterczały gwoździe, kiedyś zapewne wisiały na nich obrazy. Powietrze było rozgrzane, panował zaduch – znajdujące się nad ich głowami poddasze właśnie oddawało zgromadzone w ciągu całego dnia ciepło.
Od biedy przytulnie.
Meryn zapukał do drzwi, odczekał chwilę. Nic. Cisza.
- Vince?
Szermierz zapukał raz jeszcze, po czym nacisnął klamkę i otworzył drzwi. Wszedł do środka; za nim podążył Kargier.
W drzwi ktoś wbił widelec.
- Siedzę tu ile mi się podoba i nikt ma nie wchodzić, dziękuję za uwagę, możesz wyjść – odezwał się nazwany Vincentem, uwity z pocerowanego koca, skulony na łóżku kokon.
- Przyniosłem ci… – zaczął Meryn, skinieniem głowy wskazując na trzymany talerz z kilkoma pajdami chleba i kawałkiem białego sera.
- Nie chcę.
- Więc stawiam tutaj.
Wychodząc z pokoju, z pozoru obojętnie, ot, tak, od niechcenia rzucił przez ramię:
- Ach, byłbym zapomniał... Ściągnąłem Kargiera. Chce się z tobą widzieć.

[Jeżeli jeszcze macie jakieś wątpliwości: tak, to był zakład.
No więc stworzyłam coś takiego. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że bardzo ciężko jest poprawić coś, co pisze się od paru lat (czterech?) i ma się sentymenty do zaskakująco bezsensownych scen. Nie wiem, kiedy ogarnę część drugą, bo to generalnie fabuły nie ma, raczej jest zlepkiem scen, które sobie kiedyś wymyśliłam/przyśniły mi się/zaadaptowałam/zgapiłam od kogoś/whatever i które mi się spodobały. Tak, o zgrozo, jest tego więcej. Tak, ja też myślałam, że nie napiszę romansidła. Tak, broniłam się przed tym rękami i nogami, Zorana może poświadczyć. Tak, miało nie być naiwną telenowelą. Tak, nie wyszło. Ale wrzucam, bo lubię tych bohaterów i chciałam, żebyście ich poznali. Choćby dlatego, że nie potrafię do nich nie nawiązywać.
Ach, no i założyłam się z Szeptuchą. <3
Podziękowania lecą do Zorany, Szept i Darrusowej. Do Zorany za znoszenie moich dzikich chichotów, czytanie fragmentów tekstu o każdej porze dnia i nocy i za zrecenzowanie tego cholerstwa, czego szczerze współczuję, ale cóż, taka jest dola pijawki. Do Szept za zmotywowanie mnie, wspieranie i dodanie mi wiary w siebie, bo u mnie to kluczowy czynnik wszelkich przedsięwzięć. Do Darrusowej również za motywację, a także przehandlowywanie uroczych fragmentów. Wdzięczność Wam dozgonna.
Opis Nyrax perfidnie skopiowany z wątku. Tyle razy się do niego zabierałam (jak pies do jeża), że w końcu skapitulowałam.
Gdyby ktoś się gubił w chronologii, to nie jesteście w tym sami, ja też się w niej gubię.
Bosze.
*chowa się do szafy*]

3 komentarze:

Nefryt pisze...

Moim zdaniem nie masz powodu, żeby się chować do szafy ;) Najbardziej podobały mi się dwie rzeczy:
- po pierwsze ogólny klimat Alei Podmokłych Bobrów, a później innych miejsc. Bardzo naturalnie pokazałaś tę ciemną ale jednocześnie codzienną stronę miasta, to "bezpieczniej się nie interesować".
- po drugie, pokazałaś różne postawy i różnych ludzi. Z jednej strony pijany w sztok Kargier, któremu bliżej do rynsztoka, niż do Zakonu, z drugiej subtelna Niemsta, a gdzieś pomiędzy nimi Meryn, niby pozytywna postać, ale - jak wszyscy w notce - niepozbawiona skazy. Podoba mi się to.
Jestem ciekawa, co dalej.
I, hm. Wiem z którego wątku i co zapożyczyłaś :P Dałaś mi tym po oczach jak halogenem, ale fraza była trafna, co by nie mówić.
Wiesz co? Nie umiem komentować. Po prostu częściej zakładaj się z Szept ;D

Szept pisze...

Jeden z solidniejszych komentarzy. Najpierw... Ech, żadnym specem nie jestem, kilka zdań wzbudziło moje wątpliwości, głównie w sprawie przecinków. Wstawiam je mocno intuicyjnie, toteż to żaden wskaźnik ani gwarancja, że tak trzeba.

Białe niegdyś, wzniesione z kamienia budynki teraz wyglądały jak nieforemne ciosy osobiście dałabym przecinek przed teraz.
Niegdysiejszy Zakon, gromadzący ludzi z różną przeszłością, ale oddanych wyższej sprawie przeistoczył się w zbieraninę średniozamożnych przedstawicieli rozmaitych profesji, zbyt zajętych pogonią za zarobkiem, by zaprzątały ich sprawy polityki. dałabym przecinek przed przeistoczył się
Co prawda różnie tę wolność pojmowano, a przysięgę każdy interpretował na swoją modłę, ale nadal w nie wierzono. Po co prawda dałabym przecinek, i chyba zamiast nie powinno być nią. Bo mowa o nadal o przysiędze.
Odziany był tak, jakby całe wierzchnie odzienie i wszystkie koszule na zmianę przegrał w karty.Odziany i odzienie... któreś bym zastąpiła, bo niby nie to samo słowo, ale troszkę mi trąca powtórką.
tonem,już nieco wyraźniej, spacyjkę się zjadło
Ze wszystkich argumentów, jakich mógł użyć, Meryn wywlókł akurat ten. Bo wiedział, że nawet teraz, po tylu miesiącach Niemsta nie była Kargierowi obojętna.dałabym przecinek przed Niemstą
Wspomnienia nie dawały Kargiera spokoju czy imię nie powinno być odmienione inaczej?
Co najwyżej krótkie zakrzyknięcia, mające zwrócić czyjąś uwagę, albo pojedyncze zdania, szybko ginące pośród szurania ciżem i stukotu końskich kopyt. Przed albo nie dawałabym przecinka. Występuje tylko raz w zdaniu, nie ma też tutaj zasady wtrącenia/dopowiedzenia rozpoczynającego się od "albo"

Mam wątpliwości... Ząb by nie wypadł. Nie z konia :P Znaczy, mam wrażenie, że nieco za mały zasięg i ciężko trafić w buźkę. Ale to taki malutki shiz. Nie, nie jestem tak szalona, by to sprawdzać na sobie :P
Poza tym, zrobiłaś mi aktualizację słownika w mózgu. Proszę czekać.

Podoba mi się przejście na Aleję Podmokłych Borów. Mocne, dobitne. Ekstra.
Niezwykle dokładny opis budowli. Nie jestem fanką miast i budynków, więc mniej mnie porusza, acz potrafię docenić jego kunszt, dokładność.
Poza tym, widać, że masz rozeznanie w klimacie, realiach. Bez bicie przyznaję, nie lubię, gdy notka jest przeładowana historycznie, za niezrozumiała dla laików i wymagająca zbyt częstego googlowania, ale tutaj wstawki są subtelne i robią klimat. Udziela się takie miasto, z jego brudami, oprychy, bronie...
Podoba mi się kontrast między Merynem a Kargierem... ale to Kargier wypada dla mnie lepiej. Meryn wydaje mi się zbyt idealny... i zaślepiony ideami Zakonu. Pod tym względem przypomina mi Luciena. O wiele bardziej ludzki wydaje mi się Kargier, z jego problemami, uzależnieniami, w które nie popadł przecież ot tak. To równia pochyła. Teraz słyszy, że Alaryk go wyciągnie... a ja się mimo woli zastanawiam, jak go wyciągnie, jeśli dobrze rozumiem, że z uzależnienia. Skądinąd wiem, że to wcale nie takie łatwe i tak naprawdę... nigdy nie można mówić o całkowitym uleczeniu. Mimo woli zastanawiam się, czy oni go nie zwodzą. No i nasuwa się stwierdzenie... Kargier nie zaczął pić od jednego dnia. Gdzie byli wtedy ci wszyscy przyjaciele? Wykopali go, bo złamał przysięgę... i pchnęli ostatecznie na dno. Teraz przychodzą z obietnicami... dla mnie to duża skaza. I duża obłuda.
Kocham, jak notka wzbudza emocje.
Na drugim miejscu jest nasza panienka z dobrego domu. Niemsta. Nieco mniej jej niż Kargiera, ale urzeka swoją odmiennością, spojrzeniem, nawet niewiedzą.

Szept pisze...

No i w końcu, uczucie, jakie mamy. Na razie raczej zarys, sugestie, duże pole do wyobraźni, więcej pytań niż odpowiedzi, ale już wiem, że będę śledzić losy tej dwójki. Koniecznie.
To była niepisana zasada, która obowiązywała na Alei Podmokłych Bobrów. Jeśli nie chcesz zostać zaczepionym, nie zaczepiaj. Zajmij się swoimi sprawami i nie wtykaj nosa w cudze. A teraz pytanie kluczowe, prześladujące autora. Co tam robi Szept? :D Przez ciebie mam ochotę na rozróbę w ciemnej uliczce.
Dziwne. Kargierowi zawsze wydawało się, że gdy ludzie stają się dorośli, już się w sobie nie zakochują. Owszem, znajdują sobie partnerów, biorą śluby i idą do łóżka z kim im się podoba, ale zakochują się? Bzdura.Ujęło mnie. Kocham. Ujęło bez dwóch zdań.
Nie wiem, gdzie ty tu widzisz bezsensowne sceny. Ja nie widziałam żadnej. Nie wiem, gdzie ty tu widzisz brak fabuły, bo ja widzę ją spójną i znacznie bardziej złożoną niż na zasadzie prosta misja. Gdzie ty tu widzisz romansidło? Romansidło to tania poczytajka dla szczeniaków, a nie dojrzałość i prawdziwe uczucie. Ja tu widzę prędzej to drugie - to znaczy na tyle, na ile mogę stwierdzić po tych kilku fragmentach.
Telenowela? Po telenoweli przewracałabym oczami i udawała wymioty, a tutaj siedzę wbita w fotel i zamiast poprawiać wywiad (Nefryt, nie zabijaj) skrobię komentarz.
Ja i motywator... chciałaś powiedzieć, demotywator. Z resztą mogę się ewentualnie zgodzić :P
Poza tym... takiego krytycznego komentarza odautorskiego to nawet ja nie stworzyłam. I za to masz się wstydzić i kryć w szafie. Normalnie ...

I zapomniałam, co jeszcze miałam powiedzieć. A! W cz.1 brakowało mi Aeda. Nie poradzę, nie mogę, nie będę kłamać, przez pewien opis półelfa kupił mnie do reszty. A na bardziej serio, bardzo fajne przypomnienie, że jest coś takiego jak poboczne, że to nie tylko Aed. I bardzo ładne przedstawienie ich.
Lecąc dalej, po szczerości, przyzwyczaiłaś mnie do Aeda i naszej kompanii. Więc najpierw przyznaję, musiałam się przestawić. Potem poleciało. Wciągnęłam się. I co tu mówić, fragmenty tego, co nazywasz "telenowelą" dla mnie okazały się jednymi z najlepszych. I tak ciekawie ujęte. I przeskoki. Tu jeden punkt widzenia, tu inny, tu innej postaci. Sposób, w jaki się w nie wcielasz, jak lekko. Majstersztyk.

I czego ty, dziewczyno, piszesz tak mało? Za co nas tak karzesz, odmawiając dostępu do swoich opek? No za coś takiego to tak, jak najbardziej do szafy.

Czekam na więcej. Zdecydowanie, tak, czekam na więcej. Nawet jeśli będę musiała się znowu założyć i zmusić do pisania solo.

Prawa autorskie

© Zastrzegamy sobie prawa autorskie do umieszczanych na blogu tekstów, wymyślonego na jego potrzeby świata oraz postaci.
Nie rościmy sobie natomiast praw autorskich do tych artów, które nie są naszego autorstwa.

Szukaj




˅ ^
+ postacie
Rinne Lasair