Przewodnik

Linki-obrazki

Misje
I. Więzi przyjaźni
Spotykasz po latach kogoś, kto dawniej był ci bliski. Wplątuje cię on w jakąś historię, która nie dość, że z czasem się komplikuje, to w dodatku budzi w tobie wątpliwości co do intencji przyjaciela.

II. Linia frontu
Kerończy natarli na Prowincję Demarską. Oblegany jest sam Demar. Jedni ludzie stają do walki, inni uciekają ze spalonej ziemi. Napastnicy, obrońcy i cywile. Po której stronie staniesz?

Opcjonalnie: Udział w buncie niewolników w Wirginii bądź inne miejsca walk.

III. Rekonwalescencja
W nie najlepszej kondycji trafiasz do wioski lub klasztoru. Wydaje ci się, że trafiłeś w dobre ręce i że wkrótce będziesz mógł opuścić to miejsce. Okazuje się jednak, że z pozoru życzliwi i uprzejmi ludzie skrywają przed tobą jakąś tajemnicę.

IV. Zabij bestię
Coś napada, nęka mieszkańców. Zawierasz umowę z wójtem - dostarczysz głowę bestii za określoną cenę. Okazuje się jednak, że stworzenie nie działa bez powodu - jest w jakiś sposób prowokowane przez mieszkańców.

Opcjonalnie: Bestia jest wrażliwa na hałas z karczmy albo ludzie naruszyli w jakiś sposób jej rewir (weszli na jej teren, zajęli leże ze względu na drogie surowce itp.)

V. Nielegalne walki
Dochodzą cię słuchy o nielegalnych walkach prowadzonych w okolicy. Położysz im kres czy może postanowisz wziąć w nich udział dla własnego zysku? Pieniądze nie leżą na ulicy.

VI. Zlecone zabójstwo
Dochodzi do zamachu, w wyniku którego ginie ktoś ważny. Podejmujesz się odnalezienia zabójcy – albo jego zleceniodawcy. Od ciebie zależy, czy dojdzie do aresztowania winnych, czy pomożesz im uniknąć kary.

VII. Egzekucja
W mieście lub wiosce szykuje się egzekucja. Znasz sprawcę albo sam doprowadziłeś do jego schwytania. Realizacja wyroku coraz bliżej.

Opcjonalnie: Z czasem nabierasz wątpliwości, czy skazaniec faktycznie jest winny i chcesz go uwolnić lub dochodzą cię pogłoski, że ktoś może chcieć uwolnić kryminalistę.

zamknij
Spis kodów
Spis opowiadań
Baśń o wolności: Preludium (autor: Nefryt) Gdy demon odzyskuje człowieczeństwo, przypomina sobie jak być człowiekiem.(autor: Zombbiszon) Nikt nie zna prawdziwego bólu do czasu aż nie straci kogoś bliskiego sercu. (autor: Zombbiszon) Wendigo i Driada (autor: Zombbiszon) Domek, zupa, sukkub i historia (autor: Zombbiszon) Sen i niespodzianki (autor: Zombbiszon) Boląca strata i niepokojący gość! (autor: Zombbiszon) Cienie i nowy przyjaciel (autor: Zombbiszon) Kruki (autor: Zombbiszon) Cienie i Starsze Dusze (autor: Zombbiszon) Zło Kor'hu Dull (autor: Zombbiszon) Złodziej Twarzy i Koszmar (autor: Zombbiszon) Królewiec (autor: Zombbiszon) Przed świtem (autor: Nefryt) Król Żebraków i nowe drzwi (autor: Zombbiszon) Akceptacja (autor: Zombbiszon) Nostalgia (autor: Nefryt) Nowa droga i niespodziewane wyznanie? (autor: Zombbiszon) Biały i zielony daje czerwony! (autor: Zombbiszon) Nowe wyzwania w nowym życiu (autor: Zombbiszon) Krąg tajemnic (autor: Zombbiszon) Jack (autor: Zombbiszon) Czasami to mrok daje najwięcej światła (autor: Zombbiszon) Trzy sceny o szpiegowaniu (autor: Nefryt) Morze bólu. Promyk nadziei ... (autor: Zombbiszon) Sól (autor: Olżunia) Dyjanna Muirne: Miecz może być dowodem wszystkiego (autor: Zorana) Uszatek i Kwiatek na tropie przygody: Przypadłość parszywej gospody (autor: Paeonia i Szept) Gdy gasną świece (autor: Zombbiszon) ... Najjaśniej płoną gwiazdy nadziei. (autor: Zombbiszon) Elias cz. 1 (autor: Zombbiszon) Elias cz. 2 (autor: Zombbiszon) Historia (autor: Zombbiszon)
zamknij

Chat

Sorcha Nalgrive
 || 19 lat || elfka z rasy krętouchych || szemrana kurierka || Rysa

Krótka historia:
 Jej matka, Evera była zaklinaczką zwierząt, dorastającą w małej, górskiej osadzie, do czasu, aż odezwał się w niej zew przygody w wielkim świecie. Ów zew uczynił z niej wędrowca na blisko siedem lat, aż ostatecznie skuł jej serce w sercu mrocznego elfa i wydał owoc w postaci elfiego dziecięcia, do którego nie przyznają się ani dobre elfy ani mroczne. A owoc ten nosi imię Sorcha, chociaż sama woli nazywać siebie po prostu Rysą.
  Dorastała u boku matki do jedenastego roku życia, mieszkając głównie w Królewcu, chociaż raz na jakiś czas zdarzało im się zmienić otoczenie.
 Karty losu odmieniły się, gdy w stolicy królestwa zawitał Utrus - bar matki - niosąc ze sobą
śmiercionośny miecz zemsty za zdradę, jakiej dopuściła się Evera, decydując się na związek z mrocznym elfem.
 "Małą", jak wtedy określił nieletnią Sorchę, Utrus postanowił miłosiernie oszczędzić, chociaż tym samym naraził się kodeksowi swego plemienia. Sorcha od tej pory miała nigdy nie wracać chociażby myślami w rodzinne strony matki. Wolne żarty! Jakby naprawdę wyrażała chęć myślenia o miejscu, którego nigdy nie widziała na oczy.
 Pozostawiona łasce losu dziewczynka poradziła sobie nadspodziewanie dobrze. Przywykła przecież, że życie ma zamiłowanie do szyderstw wobec wszystkich istnień.
 Żyjąc z drobnych kradzieży i włamań została dostrzeżona przez lorda Kirka, mrocznego, zmumifikowanego jegomościa o nieznanym i tajemniczym pochodzeniu, który wciągnął ją w świat delviverów, czyli tak zwanych szemranych kurierów. Od tej pory zyskała stałe źródło dochodu.

Zalety:
 Jest dziewczyną zdecydowanie silną i nie oczekującą wiele od losu, co nie znaczy, że godzi się na jego najgorszy scenariusz. Chce żyć tak, aby mieć pełny żołądek, ciepłe i wygodne miejsce do spania. Nie brzydzi się brudnej roboty, a szemrane kurierstwo to profesja wprost stworzona pod jej warunki, bo jako elfka jest lekka i potrafi skradać się niczym cień. Świetnie jeździ też konno i rzuca nożami. Ma wprawne oko i doskonały słuch, a także jest w miarę zwinna, chociaż wciąż doskonali się w tej sztuce.

Wady:
 Nie potrafi posługiwać się żadnym językiem elfów. Nie zna się też za bardzo na magii. Ma słabą głowę do alkoholu i gdy wypije chociażby dwa kieliszki czystej wódki lub wina zaczyna się robić nieznośnie głośna i namolna. Jest określana również żarłokiem i śpiochem.

Wygląd:
 Jej fizjonomia nie odbiega za bardzo od typowego elfa: jest ładna, jest filigranowa, ma spiczaste uszy, ale to właśnie uszy odróżniają ją przede wszystkim od elfów chociażby szlachetnych. Jej uszy bowiem są nachylone bardziej pod kątem prostym, przez co nie da się ich ukryć włosami. Dodatkowo potrafi tymi uszami poruszać, wyrażając swoje emocje. To oraz niższy wzrost są cechami charakterystycznymi elfów krętouchych bądź nazywanych także strzygouchych.
 Ponad to, ma szaroniebieskie włosy i błękitne oczy.

Dobytek:
 Medalion po matce zwany "Błękitnym okiem". W przeszłości, w trakcie mordu Utrus próbował odnaleźć klejnot i go zabrać, jednakże doskonale ukryty przetrwał i stał się jedyną pamiątką po rodzicielce i jej elfim pochodzeniu.

INFORMACJE DODATKOWE:

Ren Carivalu 
dziedzic smoczego tronu
||27 lat || Taling || Syn Niebios || Ognisto-krwisty || Władca złotych smoków || Książę Wyklęty ||

 Krótka historia:
Urodził się, jako syn Jedeidy i Antarona Carivalu i zarazem dziedzic smoczego tronu, jako taling
 W przyjaznym mu królestwie dorastał pod okiem swych generałów i doradców, wpajającym mu jego tożsamość, pochodzenie oraz misje, jaka na nim spoczywa, a jest nią odzyskanie smoczego tronu i uwolnienie ojca i matki z ponad dwudziestosiedmioletniej niewoli Sigvarów.
Jest księciem na wygnaniu, znającym swą ojczyznę jedynie z opowieści.
W celach bezpieczeństwa ukryto jego serce, które stało się obiektem pożądania wielu istot i ugrupowań, a przede wszystkim samych najeźdźców. Pozyskanie owego serca daje nieograniczoną możliwość kontrolowania bezrozumnych smoków.  
zrodzony z czystej, smoczej krwi. Wykluł się ze złocistego jaja jak i jego przodkowie. Nie dane mu jednak było zaznać rozkoszy królewskiego życia. Terytorium talingów zostało najechane przez wrogie plemię Sigvarów - jeźdźców czarnych smoków, które szybko wzięło ziemie we własne posiadanie. Młody dziedzic, raptem niemowlę oderwane od piersi matki w towarzystwie najbardziej zaufanych ludzi dworu, w tym swej niańki, zdołał umknąć przed wrogą siłą i znaleźć schronienie w Królewcu.

Zalety:
Szkolony od dziecka w różnych dziedzinach wojskowych. Potrafi obchodzić się ze sztyletem, świetnie włada włócznią, doskonale jeździ konno. Pobiera nauki dyplomatyczne, historyczne, kaligraficzne i ścisłe. Można by rzec, że to mężczyzna utkany z samych zalet, a jednak jest zarazem największym zmartwieniem swego dworu, który ma tendencje wzdychać ilekroć spojrzy na swego młodego władcę. O co zatem chodzi?

Wady:
Książę, chociaż szkolony w tak szerokim zakresie, wydaje się mieć niewiele ambicji. Niechętnie
rozmawia o swoim kraju, nie czuje się także jego prawowitym władcą. Ma zamiłowanie do lekkiego życia, słuchania muzyki, bazgrania pędzlem po płótnie i oglądania sztuki tańca. Konia siodła jedynie w celu rekreacyjnych przejażdżek. Rozmowy polityczne śmiertelnie go nudzą, niechętnie też spotyka się z przedstawicielami kerońskiej władzy. Nie szuka z należytym zapałem sojuszników.

Wygląd:
Jak przystało na talinga jest dość szczupły, ale dzięki ćwiczeniom odpowiednio wyrzeźbiony. Charakteryzuje go długa, dobrze zarysowana talia i długie nogi, a także smukłe dłonie. Oczy ma pociągłe, z podwójną powieką, ale o orientalnej rysie i czerwonych tęczówkach. Czarne włosy nosi rozpuszczone, albo związane w koka. Jako taling ma zamiłowanie do błyskotek, które cechuje każdego potomka smoka, dlatego nosi przesadnie strojne szaty, nie mówiąc o licznych ozdobach, które na siebie wkłada. To przyczyniło się do wielu drwin ze strony złośliwców, uważających księcia za „damulkę”. Nie posiada serca, przez co nie sposób wyczuć bicie w lewej piersi, co nie ma jednak wpływu na jego uczucia.


||Plemię Talingów || Smoczy Dwór || Postacie poboczne ||
 || Legenda o podziemnych skarbcach || 
|| Historia ||

___________________________________________
Zmieniłam włosy Rena na czarne, bo znalazłam cudne arty i po prostu nie mogłam się im oprzeć.
Serdecznie dziękuję Szept za tę cudną kartę <3
Arty pochodzą z: KLIK
oraz z KLIK 

Kontakt: sorcha.nalgrive@gmail.com // GG: 56831997

143 komentarze:

Silva pisze...

[Witam w Keronii :D Co by nie owijać w bawełnę, masz może ochotę na wątek? Do wyboru jest najemnik Brzeszczot i parka szamanka Silva i wilkołak Dravaren]

Szept pisze...

[Karta przeczytana, zakładki przeczytane. Na dniach pewnie ktoś z administracji wyśle zaproszenie do galerii, żebyś mogła dodać tam używane przez siebie arty.
Aha, czy chciałabyś, żeby opis rasy elfów został dodany do zakładki w menu? Tam, gdzie są pozostałe elfy? Podobna sprawa z frakcją Delviverów? Rzecz jasna byłabyś podpisana jako autorka :D
Co do wbicia, bardzo ładnie się twoja postać w świat i naszą wizję wbiła, ładnie uzupełnia luki, jakie istniały :D Super.
To skoro administracyjne mamy za sobą, to się ciepło witam. Prowadzę tu trzy postacie, Luciena, Devrila i Szept. Najczęściej piszę tą ostatnią, ale jeśli preferowałabyś któregoś z panów, spróbuję podołać. Mam też całą masę pobocznych - dlatego zakładka poboczne świeci pustkami, bo muszę tam zrobić małą czystkę. :D Ale w razie potrzeby mam opisy tamtych postaci na dysku, więc w razie ich użycia podrzucałabym na bieżąco.]

root pisze...

[Witam. Jak tak czytam kartę, dochodzę do wniosku, że jedna postać z moich pobocznych być może miała dalekiego przodka z rasy krętouchych, sądząc po wyglądzie ;)
Zapraszam do wątków, jeśli jesteś zainteresowana, mam obecnie jedną postać, Tiamuuri.]

Olżunia pisze...

[Karty i zakładki przeczytane. Witam cieplutko, niech Ci się fajnie pisze. :)
Bardzo podobają mi się imiona i nazwiska (zarówno głównych postaci, jak i pobocznych) oraz nazwa "delviverzy" - to tak mojo, bo mam fioła na punkcie imion i nazw. :D Co powiesz na wątek? Prowadzę postać Aeda. Zaintrygowała mnie historia dwójki Twoich bohaterów, no i przychodzi mi do głowy kilka pomysłów, które można by wykorzystać podczas pisania.]

Silva pisze...

[Racja, racja, Laurion pochodzi z jednego z wielkich rodów. Wiesz, że pomysł mi się naprawdę podoba? Tylko mam maluśkie dwie uwagi. Laurion od najmłodszych lat kocha drzewa, swoją magię też na nie ukierunkowała, elfy traktują troszkę jak... drugoplanowe, odrobinę mniej ważne, dlatego myślę, że przy porodzie by nie pomogła, bo po prostu nie wiedziałaby jak. Myślę jednak, że skoro się przyjaźniły z Everą, bo chcę chcę, to Laurion mogła przy porodzie towarzyszyć, a odbierałby ktoś inny i mamy sprawę załatwioną :D
Między Darem a Rysą jest osiem lat różnicy, więc pierwszy raz mogli się spotkać jak on miał 13 lat, a Rysa 5.
Drugi problem pojawia się z Królewcem. Dar gdy przybył do stolicy, nienawidził elfów, bo one go jako mieszańca i tar'hura ignorowali. Wiadomo, jako mieszana krew nie był mile widziany, a że elfy go źle traktowały, on je też. Więc ich nie znosił. Dopiero po dłuuuugim czasie zaczął je tolerować, ale to długa historia. Więc... nie wiem, czy tak chętnie by pomógł Rysie, nawet jeśli to dzieciak z przeszłości i córka przyjaciółki matki. Królewiec to był ciężki okres w jego życiu; wiesz, młody, nienawidzę elfów, jestem bardziej człowiekiem, mój elfi ród to rodzina matki, ja elfem nie będę, one są złe i be i niedobre. Nad tym motywem bym bardziej pomyślała.
Okoliczności trzeciego spotkania... nad tym zaraz pomyślę, ale powiedz mi... Co zrobimy z tym wyżej, tym drugim kłopotliwym spotkaniem?
Co do Twojego pytania, ja bym pokazała paluszkiem Szept, by wyjaśniła albo pomogła z dwiema zakładkami w karcie ;)]

Silva pisze...

[Podoba mi się drugie spotkanie, nie byłoby pomiędzy nimi takiej przepaści w znajomości. Ewentualnie załóżmy, że Dar pomarudził, popsioczył i znalazł jej lokum, bo to od znajomej matki dzieciak, więc machnął ręką, a potem sobie poszedł, bo elfy są złe. Przynajmniej wtedy głupek tak myślał.
Co do trzeciego spotkania, może być i takie, czemu nie :) Hm, chcesz zacząć wątek żeby się czuć, czy mam ja? ]

Olżunia pisze...

[Jeśli chodzi o Sorchę, to myślałam o przypadkowym spotkaniu (bez lub z powiązaniem, tu nie mam sprecyzowanej wizji) - obydwoje mają coś cennego i niekoniecznie legalnie nabytego, obydwoje mają ogon, wpadają na siebie i razem próbują wykonać swoje zadania. Słowem: kłopoty i akcja spontan. Mniej naciągane: Aed widział kiedyś Sorchę i dowiedział się, że jest delviverką, spotyka ją przypadkiem i prosi o pomoc - oferuje zapłatę, ale z pominięciem pośrednika. Z mniej ważnych szczegółów - obydwoje noszą pamiątkę po matce (Sorcha naszyjnik, Aed pierścień), można coś z tym kombinować. Niedoprecyzowane to bardzo, ale zazwyczaj ciężko mi wymyślić coś od początku, lubię mieć czego się uczepić. ;) Z Renem na razie nic nie przychodzi mi do głowy, ale można go wpleść do wątku, jeśli nadarzy się sposobność. Chyba że jakimś cudem zrobimy z niego zleceniodawcę Aeda. xD
Moja karta postaci jest trochę przestarzała i sporo w niej lania wody, więc jak coś to pytaj. ;)
PS. Jeśli chodzi o wzbogacanie realiów świata, to to jest jak najbardziej na plus, nikt nie będzie miał tego za złe. :)]

Silva pisze...

[O, jak szybko, a ja już okulary z nosa zdjęłam ;p
Odpiszę jutro, ok? Tak porządnie i poprawnie, bo dziś już późno]

Olżunia pisze...

[Hm, skrytobójstwem może niekoniecznie, chyba że w grę wchodzą przy okazji jakieś osobiste sprawy, ale ktoś mógł go nająć, coby jakiemuś jegomościowi uprzejmie przypomniał o spłacie długu na przykład. A tu pojawia się taka Sorcha i co teraz. ;) Potem z tym wątkiem można zrobić właściwie wszystko - dalsza współpraca, jakieś nowe komplikacje, co tylko przyjdzie do głowy. Jak spontan, to spontan.
Chcesz zacząć czy ja mam pisać wstępniaka? :)]

Silva pisze...

[Ważne pytanie mama: czy oni są w Królewcu? :D]

Silva pisze...

Karczma pod Brykającym Kurczakiem, w której Brzeszczot przebywał najczęściej, była dzisiaj zamknięta na cztery spusty. Krasnolud Lofar, który ją prowadził, musiał wyjechać w ważnych sprawach, o których nie chciał mówić, a że nie miał kogo za ladą postawić, zgasił lampiony, przekręcił kluczyk swojego przybytku i zapowiedział, że wróci za dwa dni. Brzeszczot musiał więc poradzić sobie inaczej. Wybrał tawernę w północnej dzielnicy Królewca, blisko strumyka przecinającego miasto. Bywał tu czasem, bo mieli dobry gulasz i podpalany miód, a i właściciel też był konkretnym jegomościem, z którym można było pogadać.
Siedział przodem do wejściowych drzwi, pod oknem, z dala od zgiełku i harmideru tawerny. Czerwone włosy sięgające za ramiona, związał w byle jaki kucyk, a i tak część pasemek wymsknęła się spod rzemienia, opadając na twarz. Ubrany był praktycznie, w spodnie, podkute buciory, koszulę i skórzaną kamizelkę, a na przedramionach nosił karwasze; lewy był bardziej wytarty i nosił ślady ptasich pazurów. Przy pasie miał sztylet dziadka, sakiewkę na drobne monety i jedną z ziarnami, na kołnierzu zapinkę w kształcie sowy, a pod koszulą matczyną gwiazdę. W uchu, jak mężczyźni z zachodnich plemion, zaczął nosić koraliki. Jego oczy w kolorze miodu obserwowały salę. Przed sobą miał kufelek pełen słodkiego, podpalanego miodu, czyli to, czego dzisiaj potrzebował.
- Ej! Czemu nie ma muzyki?! Muzyka! No już! Na pewno ktoś tu umie brzdękolić na skrzypcach, nie pogardzę nawet fletem!
Obserwował ją od samego początku. Odkąd weszła do tawerny. Siedział z tyłu, więc nie mogła go zobaczyć, ale on ją poznał. Początkowo nie był pewny, ale pamięć podsuwała mu obrazy dawno minionych dni, wspomnienia z młodych lat. Zmieniła się. Wyrosła. Już nie była małym berbeciem. Ile mogła mieć lat? Nie więcej niż dwadzieścia wiosen, a może? Nie był pewny. Ostatni raz widział ją jakieś… Miała wtedy dwanaście lat, a on dwadzieścia. Naprawdę dzieliło ich aż osiem wiosen? Spotkali się tutaj, w Królewcu; wtedy jeszcze sądził, że elfy są tylko złe i tylko złośliwe, więc załatwił jej lokum i tyle ją widział. Głupi był. Teraz elfi ród był dla niego jak dom, a reszta mogła być zła, o ile nie szkodziła jego rodzinie.
Miała na imię Socha, Sacha, Sach.... Cholera, nie pamiętał. Jej matka przyjaźniła się z Laurion; dawno, dawno temu, w czasach gdy sam był podlotkiem. Niewiele czasu ze sobą spędzali, ale w odmętach swej pamięci, miał obraz małej dziewczynki, z którą się bawił. Tak dawno temu.
Co tutaj robiła? Wciąż żyła w stolicy? Nie wyglądała jak panienka, czym się więc zajmowała? Zadziwiające, kogo można było spotkać w Królewcu; tak wielkie miasto, a mieszaniec z elfem nie może się zejść, a tu nagle proszę, jednak się da.
O dziwo los popchnął dziewczynę trochę bliżej.
- Aua! Moje ramię!
Pachniała winem. Zdecydowanie zbyt dużą ilością trunku, jak na takiego podlotka.
- Ty! Skrzypki masz?
O, w końcu go zauważyła. Zapowiadało się ciekawie.
- Ty masz za dużo wypite, dzieciaku - mruknął, patrząc na nią spod przymrużonych powiek; uwagę o skrzypcach po prostu zignorował, za to pochylił się nad nią i tak, by tylko ona usłyszała jego słowa dodał: - Od kiedy córka Every pije jak krasnolud?

[mam nadzieję, że pan najemnik nie przesadził, ale on już taki jest. I że to nie kłopot, że tak ją poznał od razu ;)]

Silva pisze...

O, użyła jego ludzkiego imienia, a nie tego, które nadała mu matka po porodzie, gdy chciała przybliżyć go do elfiej rasy. To już sukces. Ale jak ona miała na imię. Nie będzie pytał, bo to głupio nie wiedzieć. Może samo wyjdzie.
- Ciebie. Śmierdzącego wińskiem podlotka - wytarganie za policzek skwitował pstryknięciem w elfi nos; jej, nie swój. Różnica wieku pomiędzy nimi to osiem lat, niby nie dużo, ale jednak sporo i najemnik chyba poczuł obowiązek uświadomienia dzieciakowi, że to nie jest wiek na trunki i szlajanie się po tawernach. Była za młoda. Pamiętał ją jak dzieciaka, nic dziwnego, że wciąż ją tak traktował - Co ty robisz w takim miejscu?

[Tylko musimy wiek przesunąć, bo jak ona miała osiem to on szesnaście i to za późno. Co powiesz na wiek Sorchy tak z sześć lat? Dar miałby wtedy czternaście i to mi pasuje :D Wyjdę na wredną i w ogóle złą i przepraszam, ale obcięcie włosów nie leżało w jego naturze, mimo wszystko to nie jego charakter. Ale mógłby jej np te włosy na ładny kolorek przefarbować, co ty na to?]

Szept pisze...

[Haha, z tą królową to wyszło niechcący. Własna postać mi się wymknęła spod kontroli :P Miała być tylko wygnańcem, a wątek na spontanie z autorką Iskry, Charlotte i Wilka doprowadził ją na tron. No to się porobiło. Acz przyznaje, często zdarza mi się ignorować ten fakt z życia Szept i po prostu wysyłam ją w teren.
Pomysł mi odpowiada.
Zastanawiam się – takie włamanie i kradzież byłoby więc świeżą sprawą? Czy raczej zadawnioną, a elfy po prostu nie mogły znaleźć złodziejaszka, a o córce dowiedzieli się dopiero co? Czy twój mroczny elf jest magiem? Bo zastanawiam się nad uczynieniem tej pamiątki magicznym artefaktem i w ten sposób chodziłoby nie tylko o to, że to cenna pamiątka i sentyment, ale też niebezpieczna… albo po prostu pamiątka. Nad tym jeszcze pomyślę. Na razie chodzi mi o to, na ile mroczny elf byłby w stanie oszacować wartość danego przedmiotu – czy to w złocie czy też w tym, co naprawdę może zrobić.
Czy Rysa w tej chwili bawi w Królewcu? Masz ochotę zacząć od samego opisu porwania i transportu do Ataxiar bądź Irandal, czy też zaczynamy dopiero przed obliczem monarchini mimo woli? W tym pierwszym wypadku pewnie bym wplotła poboczne, bo porwanie raczej mniej pasuje do Szept – chyba, że byłaby to z jej strony akcja samowolna.
Super, że tak ładnie wyszłaś z pomysłem, przyznaję bez bicia, że u mnie ostatnio z samymi pomysłami na początek nieco ciężej niż zwykle.

Co do zakładeczek. Powiedz mi, obczajasz kody html i podstawy angielskiego? Wzięłam sam sposób z tej strony
Jako że takie coś funkcjonuje już, CSS i js mamy już na blogu wstawione i kwestią jest tylko wstawienie kody html do notki, w której chce się dany efekt uzyskać.
Komentarz troszkę przeszkadza w tłumaczeniu, bo jakikolwiek kod przykładowy tu nie wpiszę, to go zamieni na efekt. Jeśli chcesz, b. szczegółowo mogę wytłumaczyć w mailu - może być ten z zapisów? Mogę też po prostu kod ci wstawić.
A, przed < ul class="idTabs" > dałam znacznik < center > i po znaczniku < /ul > znacznik < /center >- żeby wyśrodkować. Niestety, inaczej nie umiałam, a wyśrodkowane dla mnie wygląda lepiej. A i tutaj musiałam wstawić spację, spacji pierwotnie w kodzie nie ma - po prostu nie chciałam, by komentarz mi to podmienił na efekt.
< li > musisz mieć tyle samo, ile chcesz mieć głównych zakładek, w twoim wypadku dwie. Zamiast First i Second, wpisujesz swój tekst - przypuszczam imiona postaci. Zaś przed każde #tab dajesz link do posta (rzecz jasna nawias ma być zachowany).
Tam, gdzie w przykładzie w podanym wyżej linku pisze ma być treść karty danej postaci. Czyli jeśli jako #tab1 dasz Sorchę, to jej kartę ujmujesz w div id=#tab1 (koniecznie zamykając div), a pana potem, w następnym.
Kijowo tłumaczę :D
Cieszę się, że uznajesz taki sposób za estetyczny i że się podoba.]

Olżunia pisze...

[Omg, jaki ładny tekst. *-* Kocham i nie mogę się doczekać kolejnego.
No właśnie… tylko że nie mogę obiecać, że dam radę odpisać przed weekendem. Postaram się odpowiedzieć jutro wieczorem, ale jestem ostatnimi czasy strasznie zabiegana i przemęczona, może wyjść różnie. Dziś muszę się skupić na uczelnianych sprawach, jutro robota… ech.
Ale dość jojczenia. Dziś jeszcze jedna rzecz przyszła mi do głowy. Niewiele ma to wspólnego ze spontanicznym rozwojem akcji, bo dotyczy sceny, którą można by wpleść w wątek, ale nie mogę się powstrzymać przed zapytaniem.
Mianowicie: jeśli Aed i Sorcha dochodzą już do względnego porozumienia, a przynajmniej nie chcą się pozabijać i z lepszym lub gorszym skutkiem wykonują swoją robotę, można ich wrzucić w środek walki dwóch magów. Od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie opisanie frakcji magów, którzy rzucają zaklęcia, grając na instrumentach i, co za tym idzie, łatwo jest im się podszyć pod wędrownych grajków. W grę mogłyby wchodzić jakieś osobiste zatargi, sprzeciwienie się grupie przez jednego z magów albo jeszcze coś innego, okazałoby się w trakcie. Sama scena wyglądałaby tak, że bardowie zaczynają kontrolować naszą dwójkę swoją magią, czyniąc ich swoimi “szermierzami” i wykorzystując ich do załatwienia własnych spraw. Pojedynek wbrew woli pojedynkujących się.
Podoba Ci się coś takiego? Jeśli nie, to można to wywalić bez żadnej szkody dla fabuły, bo nie jest z nią w żaden sposób powiązane. Po prostu taka wizja mnie naszła.]

Olżunia pisze...

[Fajnie, że się podoba. :D Co do opisywania scen walki to również mam z nimi problem. Ale nikt nie wymaga od nas pisania traktatów szermierczych, ja zwykle zdaję się na wyobraźnię. No i opisując po kolei co się dzieje nie sposób oddać dynamiki walki, bo się akcja rozwlecze w czasie. Myślę, że mieszanka ogólnego opisu, co postacie czują i robią (na przykład kto zyskuje lub traci przewagę, do tego od czasu do czasu jakieś urywki w stylu "sparował cięcie" czy "odskoczyła w bok w zwinnym uniku") powinna się sprawdzić. Zwłaszcza że podczas działania zaklęcia nie muszą być do końca świadomi tego, co się z nimi dzieje.
Mam pewien pomysł, jak uwolnią się od czaru, ale na razie nie zdradzam. :D]

Silva pisze...

- Ja jestem drań? - oburzył się, robiąc nadąsaną minę - Drań? Ty w ogóle nie powinnaś znać takich słów, dzieciaku. Kto to widział, żeby małe dziecko... - prychnął, kręcąc głową. Najemnik pamiętał ją z dzieciństwa, trudno było mu zaakceptować prosty fakt, że nawet ktoś taki jak koleżanka z dzieciństwa, mogła dorosnąć. Dla niego wciąż była dzieciakiem. Nieoczekiwanie spotkanym po latach, w najmniej spodziewanym miejscu.
- Słuchać no mnie ludzie i inne tępe paskudy! Ten tu to mój najlepsiejszy kolega na świecie! Nie widzieliśmy się tyle lat, że kto by liczył, nie?
Tawernę wypełnił śmiech, a potem odezwał się męski głos - Elfiątko się upiło! - trudno było nie zauważysz szpiczastych uszów wystających spod włosów.
- No i widzisz? Nie jesteś krasnoludem żeby tak pić - cmoknął niezadowolony, kiedy wylała zawartość jego kufelka. Taki dobry miód, taki miodek pyszny, taka strata i marnotrawstwo. Cholera, trzeba będzie zamówić jeszcze jeden.
- Więcej wina, mówię!
Służka kiwnęła głową, ale Brzeszczot był szybszy. - Ten dzieciak już nie pije, ani kropelki więcej - służka zatrzymała się w połowie kroku, w sumie nie wiedząc, co ma robić; podać kielich wina, czy jednak nie. Ostatecznie postanowiła zaczekać. Dar z kolei popatrzył na dziewczynę zbierającą się z podłogi. Elfka, a taka niezdara, myślałby kto. Przyjrzał się jej z zaciekawieniem; wypite to ona miała całkiem sporo. Dzieciak jeden. - Koniec tego picia, młoda.

[Normalnie Dar ją traktuje jak dzieciaka - to będzie ciekawe :)
Tak sobie myślę, że po tej nocy trzeba im też coś wymyślić]

root pisze...

[Ruch Oporu współpracuje z wieloma grupami i organizacjami. Z delviverami może również, to jeszcze zależy od osób, które stworzyły Ruch Oporu. Sama Tiamuuri jest w Ruchu dość krótko, więc nie wiem, czy ona osobiście mogłaby kogoś dobrze znać, chociaż w ogóle poznać już by mogła. Co do Mrocznych Elfów, to parę osób z Ruchu i paru Jeźdźców Gryfów ma o nich nie najlepszą opinię. Jak najbardziej możliwe jest, że kolejnego Mrocznego Elfa oskarżą o kradzież czegoś czy inne wykroczenie i choćby dla ambicji zaczną szukać, bo przecież Mroczny Elf to zło i ma na sumieniu najgorsze ;) Więc połączenie sił w próbie poszukiwania go to całkiem dobry pomysł.]

Silva pisze...

Dar westchnął, kręcąc głową. Dlatego lubił karczmę Lofara; tam takie rzeczy się po prostu nie zdarzały i każdy wiedział, że krasnolud awanturnikom przywali patelnią w głowę i wywali za próg. Tutaj nie mogli na to liczyć.
- O, mamuni mojej to ty w to nie mieszaj, lala! Ostrzegam!
- Słuchaj no, kanalio, to ja cię wygrzmocę po gębie tak, że własna matka cię nie pozna!
Teraz to wszystko zaszło za daleko. Brzeszczot wstał; był wyższy niż łysawy, zmęczony życiem i bójkami chłop, który zaczął krzyczeć. Miodowe oczy były poważne, kiedy patrzyły na pijanego dzieciaka. - Sorcha, ty już masz dość. Siadaj i nie pyskuj - kiedy dziewczyna zaprała się i wyciągnęła pięści, gotowa do bóki, westchnął kręcąc głową. Same kłopoty i to jeszcze z nachlanymi dzieciakami, które dawno powinny spać, a nie szlajać się po tawernach jak dorośli. - A ty kolego daj spokój dzieciakowi.

[No to dobra, mamy ustalone ^^]

root pisze...

[Najczęsciej to w okolicach Wielkiej Równiny, bo tam stacjonuje oddział, z którym współpracuje Tiamuuri. Możemy zacząć tam, chyba, że jest jakieś inne miejsce, które w jakiś sposób może być związane z ojcem Sorchy.]

Silva pisze...

Jacy oni byli upierdliwi i męczący, normalnie nie dadzą mieszańcowi się napić w spokoju. Czy naprawdę wszędzie tam, gdzie pójdzie, zaraz ktoś musi się wyzywać, tłuc i okładać pięściami? Powinien jednak zostać na progu Brykającego Kurczaka. Sorchę, której imię nagle sobie przypomniał, mógł jeszcze zrozumieć; była młoda, pstro miała w głowie, wino zrobiło też swoje, ale awanturnik? Rzucać się na dziecko? Jego akurat w myśleniu najemnika nic nie tłumaczyło.
Widać los nad nimi czuwał, bo Sorcha wyrżnęła pięknego, majestatycznego orła na plamie z podpalanego miodu, której nie zauważyła. Rąbnęła w podłogę aż zadźwięczało, nakryła się nogami i Dar już myślał, że się zabiła i trzeba będzie kopać dół za tawerną, ale dziewczyna zaczęła się śmiać... No tak, pijanego nic nie tyka, nawet pech; mogą się potykać, spadać i wywracać, ale nogi czy ręki to nie złamią.
- To se tak leż teraz, mała pokrako - burknął, bardziej się drocząc niż ją obrażając. Jak dziecko, normalnie jak małe dziecko. Upitego drągala zignorował, nie miał ochoty się tłuc i bić; machnął tylko ręką i łapiąc za fraki Sorchę, podniósł ją do góry, stawiając na chwiejne nogi.
- Panie! Trzeba zapłacić!
Mina Dara mówiła: no serio, naprawdę trzeba? Jakie to irytujące, jakby miał zamiar wyjść i nie zapłacić za podpalany miód, którego nawet do końca nie wypił. Ten wieczór robił się cholernie denerwujący.
Brzeszczot rzucił właścicielowi tawerny srebrną monetę, płacąc za siebie i na wszelki wypadek za małego, wrednego wywrotowca, który uczepił się jego ramienia, aby nie wywinąć fikołka po raz kolejny.
- Dzieciaku, wychodzimy - chyba trudno będzie mieszańcowi zrozumieć, że Sorcha już dzieckiem nie jest, a on nie musi jej niańczyć, bo sama powinna dbać o siebie i pewnie już to robiła od kilku lat.

Nefryt pisze...

[Witaj na blogu :) Byłam trochę nieobecna, ale wróciłam, więc zapraszam do siebie - prowadzę dwie postacie, Nefryt i Shela].

Nefryt pisze...

[PS. Zauważyłam jeden błąd - mianowicie, w podzakładce "Talingowie" wspomniałaś o rzece. Devealan to miasto, stolica Wirgini. Jeśli miałaś na myśli przepływającą tamtędy rzekę, to ona nazywa się Kaanai - ale to szczegół ;) Poza tym karty są jak najbardziej okej. O postaciach na razie się nie wypowiadam, bo mam nadzieje, że lepiej poznam je w wątkach.]

Olżunia pisze...

Cz. I

Batley Manor sprawiało wrażenie pogrążonego w płytkim śnie. Aed wiedział jednak, że to tylko złudzenie. Domy takie jak ten nigdy nie spały. Służba zawsze miała ręce pełne roboty, zachcianki wielkich panów spełniały się same tylko w ich przeświadczeniu. A nawet gdy pracę można było uznać za zakończoną, na warcie pozostawał stróż – czasami jeden, czasami kilku. Często trzymano również psy.
Mieszaniec sam w takim dworze mieszkał. Krótko bo krótko, ale nie wspominał tego pobytu najlepiej, żeby nie powiedzieć: miał ochotę wyprzeć go z pamięci raz na zawsze. Jednak jedno przyznać musiał – dzięki temu epizodowi poznał ten budynek od podszewki, a w jego umyśle wreszcie powstał obraz jego całości, zastępując tym samym mgliste, szczątkowe obrazy, których szczegóły ginęły zatarte w ciemności. Najczęściej pracował w nocy, szybko, w pośpiechu.
Tym razem nie było psów. Ominięcie zaspanego, oślepionego światłem swojej własnej latarenki stróża było czystą formalnością.
Lord Batley najwyraźniej nie spodziewał się, że jego dłużnicy upomną się o swoje. A raczej nie spodziewał się, że posłużą się kimś, kto w swojej karierze najemnego miecza niejednokrotnie kradł i mordował.
Aed był niemal pewien, że zastanie lorda w sypialni przylegającej do rubinowej komnaty. Sądząc po dobiegającym zza jej drzwi świszczącym oddechu, nie pomylił się w doborze informatorów. To było dobrze płatne zlecenie, stać go było na kupno sprawdzonych informacje. A te były na wagę złota, dosłownie.
Nie krył się. Ubrany był zwyczajnie, w ciepłą, wełnianą tunikę, spodnie oraz niewysokie, sięgające za kostkę ciżmy. Spiczaste uszy skrył pod napotkiem – lnianym czepkiem z wiązanymi pod brodą trokami, noszonym przez mężczyzn głównie podczas pracy. Dopóki panowała ciemność, wyglądał jak jeden ze służących i budził znacznie mniej podejrzeń niż skradający się, uzbrojony mężczyzna, otwierający zamek wytrychem. Bo klucze również miał, znów dzięki zaliczce, którą otrzymał od zleceniodawcy. Wystarczyło nieco się rozejrzeć i mieć pieniądze, a robota szła jak z płatka. Jak to mówią, pod latarnią najciemniej.
Służka przeszła korytarzem krótką chwilę po tym, jak Aed ostrożnie zamknął za sobą drzwi komnaty. Odczekał jeszcze pół minuty, zastanawiając się, czy zamykać je na zasuwkę, czy też nie. Zdecydował się zostawić je otwarte, by nie ryzykować niepotrzebnym, alarmującym służbę i strażników hałasem. Jak się później miało okazać, nie była to decyzja do końca słuszna.
Szybko stało się jasne, że komnata nie nazywała się rubinową bez powodu. Lord Batley musiał uwielbiać czerwień. Czerwone był nieco wydeptane kobierce, czerwone były zdobiące ściany gobeliny, czerwone były malowane karminową farbą wykończenia mebli. Czerwone były również kamienie szlachetne, którymi wysadzono odlane ze złota i srebra naczynia, misternie grawerowane i rytowane. Nie chowano ich do skrzyń, by mogły cieszyć oko. W istocie, cieszyły, bo Aed na chwilę zapomniał o swoim zleceniu, zmagając się z własną słabością. Wiedział, że nie wolno mu nic stąd wynieść, niczego przestawić czy choćby dotknąć, ale natura srokołaka dawała o sobie znać. I to w najmniej odpowiednim momencie.
Gdy jednak skierował się w stronę drzwi sypialni, coś go zatrzymało. I nie był to leżący na stole pierścień o turkusowym oczku, którego przechodzący w zieleń kolor idealnie pasowałby do skrytego pod najemnikową koszulą, oprawionego w srebro koralu. Jakieś przeczucie, wwiercające się w tył głowy, kazało mu się obejrzeć. Zrobił to. I nie pożałował.
Musiał nie domknąć drzwi, zostawić je nieznacznie uchylone. Gdy on przyglądał się drogocennym przedmiotom, do pomieszczenia wsunęła się drobna, niewysoka postać. Poruszała się bezszelestnie, kryła się w głębokich cieniach, była niemal niewidoczna. I udało jej się zajść Aeda, który na moment stracił całą pewność siebie.
Najemnik położył palec na ustach w uciszającym geście. Zamarł, czekając na ruch nieznajomego... lub nieznajomej.
Szach. Impas. Matnia.

Olżunia pisze...

Cz. II

[Niestety, nie udało mi się odpisać w weekend, brak czasu i komputera. Ale już nadrabiam.
A wiesz, że właśnie tak sobie wyobrażałam tę scenę z magami? :D Niech żyje gnanie ku przygodom razem! Albo nienawiść aż po grób, wyjdzie w wątku. xD]

root pisze...

[Mógł należeć. A pod jakim nazwiskiem i w jakim mniej więcej czasie? Zaczynamy akcję w obozowisku, Sorcha tam jakoś się pojawi?]

Olżunia pisze...

Aed drgnął, spoglądając na skrytą w cieniach i półmroku twarz intruza. Kobieta, czy może raczej dziewczyna. Elfka – dopowiedział sobie. Zdołała niepostrzeżenie zajść go od tyłu i nawet teraz nie porzucała zupełnie swojego najlepszego kamuflażu, jakim był mrok. Przestała się kryć, ale nie wkroczyła w krąg rzucanego przez świece światła. Przewyższała go umiejętnościami bezszelestnego poruszania się, a to udawało się przedstawicielom tylko jednej rasy.
Odpowiedział najcichszym słyszalnym z dzielącej ich odległości szeptem, przypominającym niski pomruk.
- Jeśli masz do pogadania z lordem, nie przeszkadzam... pod warunkiem że za bardzo go nie uszkodzisz. Jeżeli chcesz go zabić, mamy problem. Chyba że przyszłaś po coś innego. W takim razie droga wolna.
Mimo że za uśmiech zrewanżował się uśmiechem, krzywym i odrobinę szyderczym, wcale mu do śmiechu nie było.
Te pertraktacje były dla niego niczym więcej jak grą pozorów. Im szybciej wracało poczucie względnego bezpieczeństwa, tym większa była podświadoma obawa, że dziewczyna wbije mu swój krótki miecz w plecy, gdy tylko spuści ją z oczu. Mierzył ją swoją miarą i miarą tych, których spotykał dotąd na swojej drodze. Nauczył się, że każdy dbał o siebie i nie martwił się przypadkowo poznanymi ludźmi i nieludźmi. A nieboszczycy byli z reguły mniej skorzy do rozgadywania cudzych tajemnic niż żywi.
Jednak póki istniała szansa na dojście do porozumienia, mieszaniec postanowił zrobić wszystko, by uniknąć walki.
Zrobił dwa kroki do przodu, miękko stąpając po bordowym dywanie. Wyciągnął do dziewczyny rękę, w jego dłoni błysnął klucz. Przypieczętowanie ich małej tajemnicy, która właśnie rozgrywała się w rubinowej komnacie.
- Zamknij drzwi.

[To właśnie lubię w wątkowaniu – że jest dwa razy więcej pomysłów, opisy są dwa razy bardziej szczegółowe i wszystko jest dwa razy bardziej. A ja miałam bardzo dobry punkt wyjściowy, bo w Twoim wstępniaku czuć jest klimat tego miejsca.
Hmm... Gdzie znajduje się Batley Manor? Pytam żeby czegoś nie strzelić, sytuując je ni z tego, ni z owego w jakimś dziwnym miejscu. :P
Nie, gest nie miał tego oznaczać. Ale nawet jeśli, to postacie mogą się przecież nie zrozumieć, nie dogadać. I jest ciekawie, nie ma najmniejszego powodu do gniewania się. ;)]

Olżunia pisze...

[Jeśli mam być szczera, to improwizuję. xD Kieruję się mieszanką tego, co zasłyszę na studiach oraz przeczytanych książek i obejrzanych filmów. Owszem, seria jest inspirowana średniowieczem, ale nic się nie stanie, jeśli pojawią się elementy z wcześniejszych lub późniejszych epok, co zresztą często się zdarza. Nie ma na to parcia, każdy może mieć swoją wizję, wiele rzeczy (np. święta, zwyczaje) budowanych jest wspólnymi siłami w oparciu o różne inspiracje i pomysły. No i nie musi to być stricte europejskie czy środkowoeuropejskie średniowiecze, a w historii region regionowi nierówny.
A ja XIX wiek kocham. :D Chociaż powinnam się trochę dokształcić, za mało książek przeczytałam i za mało wiem, żeby tak od razu krzyczeć, że kocham i wielbię. :P
Bogowie niejedyni, nie załapałam, że chodzi o zamek. xD Podczas pisania poprzedniego tekstu miałam przed oczyma coś w rodzaju dworku szlacheckiego lub większej średniowiecznej posiadłości. Co powiesz na naprawdę dużą posiadłość z elementami fortyfikacji (na zasadzie „mam pieniądze, kto mi zabroni? nie dam się okraść!”), stylizowaną na mały zamek, położoną gdzieś nieopodal stołecznego Królewca?]

- Myślisz, że gdybym polowała na sir Batleya, spotkałbyś mnie tutaj?
Aed uśmiechnął się nieco szerzej, kręcąc głową w przeczącym geście. Zachowanie nieznajomej coraz bardziej go intrygowało. Powinno zależeć jej na szybkim załatwieniu swoich spraw i opuszczeniu tego miejsca, zwłaszcza, że słynna kąpiel najemnika lorda Batleya nie mogła trwać w nieskończoność. Ona tymczasem gawędziła z nim jak gdyby nigdy nic.
Nie dekoncentrowała się jednak. Cały czas uważnie go obserwowała.
- Skąd ta troska o zdrowie sir Batleya? Żywisz do niego jakiś sentyment?
Sięgnął do zawiązanego pod brodą supła, po czym pociągnął za jeden z troków. Chciał choć przez chwilę dać odpocząć spiczastym uszom, którymi obdarzyła go mieszana krew. Ciasny, idealnie przylegający do głowy czepek działał mu na nerwy. Nic dziwnego, że dla wielu Aed wyglądał jak elf, choć żadnemu szanującemu się długouchemu nie przemknęłoby to przez myśl. Nie bez satysfakcji wcisnął lnianą czapkę do torby.
- Gdy nie wiadomo, w czym rzecz, najpewniej chodzi o pieniądze – przytoczył utarte porzekadło. – Na które ktoś czeka. I się niecierpliwi – dopowiedział. Nie było w tej kwestii nic do ukrycia, lord Batley słynął wręcz ze swoich długów. Wystarczyło chwilę wytężyć umysł, by dojść do wniosku, że mieszańca wynajął ktoś, u kogo lord się zapożyczył.
Dostrzegł, jak jej spojrzenie prześlizguje się po ścianach, szukając czegoś bardzo konkretnego.
- Muszę złożyć lordowi krótką wizytę – rzekł przepraszająco, kłaniając się lekko, trochę kurtuazyjnie, trochę prześmiewczo. Cała ta sytuacja zaczynała go bawić. Sięgnął do cholewy buta i dobył z niej krótkiego noża, wykonanego z czernionego, nieodbijającego światła metalu, oprawionego w płaski trzonek. Broń została wykonana specjalnie po to, by można ją było ukryć w tak niepozornym obuwiu jak to, które przywdział mieszaniec.
Ruszył w stronę drzwi do sypialni lorda. Nie spieszył się, bacząc, by nie zdradziła go któraś ze skrzypiących desek. Naumyślne obluzowanie kilku z nich byłoby niegłupim pomysłem, pozwoliłoby ostrzec przed intruzami. Takimi jak oni.
Aed nie przestawał śledzić elfki kątem oka, starając się nie robić tego ostentacyjnie. Zastanawiał się, czego tu szukała i jak zamierzała to osiągnąć. Złodziej nieczęsto widywał przy pracy innego złodzieja.

Sorcha pisze...

[Haha, ja też improwizuje! XD Jest nas dwie! W sumie, jest mi wszystko jedno, czy to zamek czy dworek. Dla Rysy nie ma to większego znaczenia. :)]

Gdy zdjął nakrycie, Sorcha otworzyła szerzej oczy, a jej uszy podniosły się w geście zdziwienia.
— Więc jesteś elfem. Tak myślałam! — powiedziała, odprowadzając go wzrokiem, gdy zaczął się kierować w stronę drzwi. — Po cóż jednak wizyta u tego wieprza? Nie lepiej zgarnąć stąd coś, co będzie równowartością długu? — spytała, wzruszając ramionami.
Może się myliła, nie miała zbyt dużej wiedzy na temat windykacji, ale jej życie krążyło wokół prostych zasad, jedna z nich mówiła: bierz, co ci się należy i wiej, a druga: bierz, co musisz i też wiej.
— Tak się akurat składa, że jedno z miejsc w tej komnacie skrywa ciekawe skarby. Ja potrzebuje wziąć tylko jedną rzecz, reszta dla ciebie. Wystarczy, że mi pomożesz. — Skrzyżowała ramiona, czekając na odpowiedź. Nóż, wyjęty tak nagle z buciora niewiele ją obszedł. Jeżeli ją zaatakuje, będzie to największy błąd jego życia.

Olżunia pisze...

- Więc jesteś elfem. Tak myślałam!
Aed niekontrolowanie uniósł jedną brew. Ta dziewczyna zaczynała coraz bardziej go bawić. Ani z niej zwyczajna złodziejka, ani zwyczajna elfka... Wymykała się kategoriom.
Nie wyprowadzał jej z błędu. Po raz kolejny założył niewidzialną maskę, tkaną z odpowiedzi na niewygodne pytania oraz drobnych nieporozumień. Przychodziło mu to łatwo, łatwiej niż kłamstwo. Bo to nie było kłamstwo. To była gra.
- Po cóż jednak wizyta u tego wieprza? Nie lepiej zgarnąć stąd coś, co będzie równowartością długu?
- Czasami opinia bywa warta więcej niż te błyskotki – odparł zgodnie z prawdą. – A dobra renoma oznacza kolejne zlecenia.
Elfka jednak nie odpuszczała.
- Tak się akurat składa, że jedno z miejsc w tej komnacie skrywa ciekawe skarby. Ja potrzebuje wziąć tylko jedną rzecz, reszta dla ciebie. Wystarczy, że mi pomożesz.
Aed nie wyglądał jakby miał się rozmyślić. Upieranie się i zawzięte obstawanie przy swoim było jego specjalnością. Jeżeli nawet chciał wyciągnąć do niej pomocną dłoń, nie dał tego po sobie poznać.
- A więc szukasz czegoś cennego... – zastanowił się głośno. – Tak się składa, że wczoraj lord przeniósł kilka swoich drogocennych pamiątek do sypialni i tam je podziwiał. Może twoja też się tam znalazła?
Trzymając się blisko ściany, gdzie deski mniej skrzypiały, podszedł do drzwi. Powoli, bardzo powoli nacisnął klamkę. Obejrzał się na elfkę i znów przyłożył palec do ust, dając jej tym samym znać, że cokolwiek postanowiła, ma zachować ciszę. Inaczej krucho z nimi.

[Muszę uciekać, łacina sama się nie nauczy, budzik rano sam się nie wyłączy. ;__;]

root pisze...

[Ok, teraz będzie mi trochę łatwiej.]

-Justus Keiman -Alavar powtórzył nazwisko takim tonem, jakby je smakował - No tak...
Urwał, przypatrując się młodemu dziewczęciu o szarawych włosach, które pojawiło się w obozie już z rana, rozglądając się i zadając pytania. W końcu wszyscy przebywający tu również zainteresowali się sprawą, która ją tu sprowadziła.
-W sumie niewiele obecnie mogę o nim powiedzieć. Nie zabawił tu zbyt długo. Podobno miał wspólnych znajomych z Salimirem i Joramem. Nikt nie mógł tego potwierdzić ani temu zaprzeczyć.
Obaj wymienieni znajdowali się tuż obok, obserwując spokojnie przybyłą. Joram Corrobar stał wsparty na włóczni a Salimir Orfis siedział na pniaku służącym za taboret, w zamyśleniu rwąc źdźbła trawy.
-Wtedy mieliśmy bardzo spokojny czas -ciągnął Alavar -Nie było żadnego problemu w tym, aby nam towarzyszył, przypuszczaliśmy, że jest z tych rebeliantów, którzy działają na własną rękę w drobnych kwestiach.
-Wypiło się kilka razy wieczorem przy ognisku, pogadało - mruknął Salimir -Umiał chłop opowiadać, dało się go słuchać godzinami. I co z tego, że mroczny elf, nas te ich rozłamy mało interesują. Ten nie wyglądał na czarnego maga ani takiego, co sprowadza duchy z zaświatów, więc nic do niego nie miałem.
Przez chwilę przyglądał się badawczo twarzy Alavara, sprawdzając, czy przypadkiem przyjaciel nie poczuł się urażony. Słyszał coś o tym, że elfy żyjące pośród ludzi raczej także nie są zbyt dobrze widziane przez swoich pobratymców. Jednak twarz Alavara nie zdradzała żadnych emocji, kiedy znów podjął wątek.
-Raczej nie wyglądał na człowieka, który miałby coś na sumieniu. Nie wyglądał, jakby uciekał albo się ukrywał. Nie był zdenerwowany, albo potrafił tak dobrze nad sobą panować.
-Zachowywał się tak, jakby chciał być potrzebny - wtrąciła siedząca nieco dalej Tiamuuri. Siedziała na podkulonych nogach na trawie przy ognisku, wpatrując się w jakiś punkt nad horyzontem.
-I właśnie dlatego jego zniknięcie którejś nocy było co najmniej nieoczekiwane -westchnął Salimir.
-Jak możemy ci pomóc? -spytała Tiamuuri, wstając. Schyliła się i otrzepała nogawki z ziemi.
-Tutaj w obozie małe są szanse, aby znaleźć jakiś jego ślad. Chociaż nie zaszkodzi zacząć od tego...
Włąściwie nikt nad tym nawet się nie zastanawiał, nie mieli powodów, po zniknięciu Justusa właściwie dość szybko machnęli na to ręką. A od dłuższego czasu główne obozowisko znajdowało się w tym samym miejscu.

Szept pisze...

Dziecko. Tyle pomyślał Midar, spoglądając na młodą elfkę. Był jedynym, który nie należał do elfie rasy i zarazem jedynym, który mógł się tutaj mienić więcej niż poddanym elfiej królowej. Był krasnoludem i przyjacielem na dobre i na złe. Nic dziwnego, że w obliczu kłopotów, zwróciła się do niego. Elfy mogły być wojownikami, mogły łucznikami, myśliwymi. Mogli idealnie czytać las i magię, lecz Królewiec on, krasnolud powierzchniowy i bywalec karczm, znał jak własną kieszeń. Zadanie, którzy inni wykonywali dla rasy, dla rozkazu i królowej, on wykonywał dla Małej. Dzieciaka, jakiego poznał, żółtodzioba, Wygnańca. Gdyby ktoś mu powiedział, że ten Wygnaniec zasiądzie na tronie, zarobiłby trzepnięcie w plecy.
Dobry żart.
Żart okazał się prawdą.
Krasnolud niedyskretnie podrapał się po nosie. Gęsta, ruda broda zakrywała znaczną część twarzy i nadawała mu zbirowaty wygląd. W zestawieniu z młodymi, szlachetnymi twarzami Emisa, Gallara i Eredina, wydawał się krępy i… co tu mówić, pospolity. Eredin, z jego tatuażami, brązowymi włosami i zielonymi, intensywnymi oczami, przykuwał uwagę bardziej niż ktokolwiek inny. Kołczan na plecach, łuk, wysoki wzrost, strój w kolorach ziemi, tak najprawdopodobniej wyglądały elfy w oczach tych, którzy ich nie znali. Dodatkowo, był bratem królowej.
Gallar i Emis należeli do jej straży przybocznej. Ogień i woda. Jeden blondyn, drugi czarnowłosy i śniady. Jeden był przyjacielem z dzieciństwa, pobłażliwym wobec jej zachcianek, drugi surowym strażnikiem, dla którego najpierw liczyło się jej bezpieczeństwo, potem szaleńcze pomysły.
Zebrała się kompania.
Samej królowej jeszcze nie było. Tron przed nimi świecił pustkami. Nie było władcy, Raa’sheal niechybnie był na radzie bądź w lazarecie. Wilk, oprócz zaszczytnej roli pana królestwa, był też medykiem, magiem uzdrawiania i jasnowidzem. Ponoć niezgorszym. Szept utrzymywała, że ona sama jest magiem i małym dodatkiem do królowania, lecz Midar podejrzewał, że jego dzieciak nie zdaje sobie sprawy z tego, jak znaczną rolę odgrywa.
Prawie był z Małej dumny.
- Dzieciak, Mała cię nie zje. – Puścił oko do miejskiej elfki.
- Nie powinieneś rozmawiać z podejrzaną – zwrócił mu uwagę Emis, a Midar zrozumiał, co miał na myśli Dar, opisując tego elfa. Ktoś wsadził mu w dupsko kij od szczotki.

[Nie, nadużyciem nie było :D W żadnym wypadku. Można powiedzieć, że ostatnio wstawiałam ten kod hurtowo, bo i do zakładek z menu i do niektórych kp, więc w razie czego służę pomocą w takich i podobnych sprawach z kodami :D
Nie lubię ingerować w cudze postacie, nie opisywałam więc, jak ją złapali. Jeśli się wyrywała, próbowała uciekać, jest związana. Jeśli poszła po dobroci, jest szansa, że potraktowano ją łagodniej. Zakładam, że 3 elfy trzymają raczej dystans od Rysy, bo to jednak córka podejrzanego i kto wie, co tam o nim wie, do tego elf miejski, a więc nie swój. Midar pewnie jest nieco bardziej pobłażliwy. Szeptuchę pewnie wprowadzę w następnym komie.
Przy okazji – jak się tatuś nazywał ewentualnie pod jakim mianem mogły znać go elfy?]

root pisze...

[Ok. Nawet nie zauważyłam, że już udzieliła mi się tutejsza skłonność do dynamicznej akcji w wątkach. Możemy zwolnić, czemu nie ;-)]

Zaprosili Sorchę, bo jakoś tak chyba było jej na imię, aby spożyła z nimi posiłek. Savardi, na której zwykle spoczywał obowiązek dbania o wyżywienie dzielnych patriotów, raczej nie przyjęłaby odmowy. Wszystkie dostępne pniaki i gładkie, oskrobane z kory konary, które mogłyby posłużyć za siedziska, znalazły się wokół ognia. Jeden konar przysunięto szczególnie blisko, tam zaproponowano miejsce gościowi. Tiamuuri zajęła miejsce obok Sorchy, kiedy dostrzegła jej zainteresowanie. Przebywała wśród ludzi już jakiś czas, ale nadal zdarzało jej się nie pamiętać, że jej widok nie jest czymś zwyczajnym. Spędzając większość czasu w obozowisku łatwiej było o tym zapomnieć, przebywając praktycznie cały czas w jednym gronie. Jednak kiedy na drodze pojawiał się ktoś nowy, Drzewna mogła spodziewać się, że jej wygląd zwróci czyjąś uwagę, wzbudzając bardziej czy mniej jawnie okazane zaciekawienie.
-Wy, elfy, macie szacunek do natury - odezwała się Tiamuuri z uśmiechem -Tak, zgadłaś, jestem drzewożytem. I jestem według ogólnie przyjętych norm, strasznie stara. Co najmniej półtora tysiąca lat, głębiej niestety moja pamięć nie sięga...
To była jedna z niewyjaśnionych kwestii. Tiamuuri nie miała pojęcia, dlaczego nie pamiętała nic z czasów zanim stała się drzewem, ani samej przemiany. Nie wszyscy Drzewni mieli chyba ten problem. Zresztą ich rozwinięte umysły dawały im znakomitą pamięć.
Savardi podała elfce gliniany kubek z wodą. Szybko napełniła kolejne, rozdając siedzącym nieco dalej mężczyznom, którzy wyciągnęli ku niej ręce. Potem podała kubek Tiamuuri, która opróżniła go natychmiast i poprosiła o więcej.
-Płynna dieta - wyjaśniła gościowi z lekkim rozbawieniem -Trudno powiedzieć, czy to dla mnie lepiej, czy gorzej. Tyle, że niewątpliwie znacznie łatwiej.
Wyczuwała ciekawość elfki, była gotowa w razie potrzeby odpowiadać na pytania. Savardi podała Drzewnej całą manierkę z wodą, nie zawracając sobie już głowy przelewaniem jej do kubka. Drugą manierkę położyła w pobliżu ogniska.

Silva pisze...

- Mam pić z dzieckiem? Tak nisko to nie upadłem, chociaż dużo brzydkiego można o mnie powiedzieć - mruknął, drapiąc się palcami po karku; ucięła go jakaś wredna mucha. Poprawił kaptur płaszcza, podciągając go bliżej szyi; wiatr dzisiejszej nocy był zimny, niósł ze sobą zapowiedzieć zimy; ponoć wysoko w górach już spadł śnieg. Żałował, że nie ma ze sobą rękawic i chusty, ale wieczorem, kiedy wychodził, nic nie zapowiadało takiej zimnicy. A patrząc na tą małą, skaczącą pchłę u jego boku, tylko jemu musiało być chłodno. Nie wypił miody, to dlatego.
- Co ty tu robisz? W karczmie? - spytał w końcu, wciąż trochę zaskoczony, że ją tu spotkał. Gdzie była Evera? Młoda znów jej uciekła, czy już dawno nie mieszkały ze sobą? Ciekawe, jak jej się wiodło. Powinien spytać matki, jak ją kiedyś zobaczy, w końcu elfki przyjaźniły się od lat.

[Przepraszam, że tak długo!]

Silva pisze...

- Całe życie oglądam twoje cholerne plecy!
Gdyby usłyszał to za dawnych dni, kiedy jako młody, zbuntowany półelf wylądował w stolicy Keronii, aby zawojować cały świat, który miał mu paść u stóp, zapłonąłby jak oliwa. Wkurzyłby się, zaczął krzyczeć i awanturować na pół ulicy. Że to wcale nie tak, że ona nic nie rozumie, że nie zna go wcale, a ocenia i jako elf powinna się wypchać, bo jest tym cholernym elfem, zapatrzonym w siebie, zadufanym fascynatem natury. To było kiedyś. Teraz już nie był tamtym młodym, głupi mieszańcem.
- Przesadzasz, dzieciaku - nie miał zamiaru się sprzeczać z pijanym dzieckiem, ani tłumaczyć, ani jej atakować. - Dużo częściej widziałaś moją piękną buźkę - dodał z szerokim uśmiechem.

Silva pisze...

Wino potrafiło rozwiązywać języki, wyciągać z ludzi to, co im myśl przyniesie; czasami człowiek gadał o tym, co leżało mu na sercu, a czasami wyolbrzymiał sobie swoje żale i urazy. Brzeszczot coś o tym wiedział, dlatego pił tylko z tymi, którym ufał, czasami na umór i do przesady.
Sorcha gadała, co jej ślina na język przyniesie. Nigdy nie byli bliskimi przyjaciółmi, dzielili się jedynie dziecięcymi przygodami, zabawami i śmiechami. Potem, zwyczajnie, jak to w życiu bywa, ich drogi się rozeszły, nie mogła mieć o to pretensji.
Ale... Evera nie żyła. Zamordowana? Nie mógł powiedzieć, że ta śmierć go dotknęła, nie szczególnie mocno. Elfy, ludzie, wszystkie rasy umierały i traciły swe życia. Śmierć jak każda inna, ale pamiętał Everę. Była obrazem z przeszłości przez chwilę jego młodzieńczego życia, ale poczuł żal.
- Słuchaj, nie będę z tobą rozmawiał w takim stanie...
Potknęła się i usnęła. Pięknie. Pijane, śpiące dziecko w środku nocy. Westchnął bezradnie. Trzeba coś zrobić i kiedy już miał przerzucić Sorchę przez ramię, poczuł ukłucie. Coś go ucięło w kark. Zabolało, zaczęło szczypać i Darowi zakręciło się w głowie. W oczach mu pociemniało. Na raz runął na ziemię, upuszczając też elfkę.
Z ciemności, z bocznej uliczki wyszła czwórka mężczyzn; kaptury na głowach nie pozwalały dostrzec ich twarzy. Trójka podeszła po nieprzytomnej dwójki; jeden z nich wbił czubek buta w najemnikowy bok.
- Śpi - padło mrukliwe, mocne słowo. Mężczyzna.
- Zabierzcie ich - polecił niższy od nich człowiek, trzymający się z tyłu.

[Spoczko ;) Hm, nie chciałam lecieć do przodu, więc nie opisywałam. Ale podpowiem o co mi chodziło: jak się obudzą to są w jakimś obskurnym pokoju/namiocie/piwnicy, związani i zakneblowani - żeby nie mieli za łatwo :D ]

Nefryt pisze...

[Hej! Zauważyłam, że nie podałaś w karcie kontaktu do siebie. Proszę o uzupełnienie tego ;) I takie pytanie - czy masz GG? Bo robimy konferencję i nie mając twojego numeru, nie mogłam Cię zaprosić.]

root pisze...

Tiamuuri uśmiechnęła się. Sama miała możliwość to obserwować i mogła potwierdzić. Drzewa oddychały.
-Elfy krętouche? - spytała. Odruchowo uniosła wzrok ponad głową Rysy, zatrzymując się na twarzy Alavara. Tak, widziała różnicę. Znacznie poważniejszą niż te, które dzieliły Voryndasa i jego dzieci od Savardi i Alavara.
-Nie należycie do tego dumnego ludu stolicy -powiedziała Drzewna cicho, słuchając jak Sorcha opowiada o zwyczajach swoich krewnych -Nie potrzebujecie budować pełnych przepychu miast...
Jej twarz przybrała pogodny wyraz. Dziewczyna, chociaż nie miała okazji wcześniej spotkać elfa krętouchego, przynajmniej nie na tym etapie życia, poczuła, jakby łączyła ją z nimi nić porozumienia.
Podała elfce drugą manierkę z wodą.
-Czuję, że przydałoby ci się. Trochę daleko mamy stąd do cywilizowanego świata i nieźle musiałaś nadrobić drogi. W okolicy pewnie nie było gdzie się zatrzymać.
Gdzieś za ich plecami rozległ się tubalny śmiech. Kątem oka Tiamuuri zobaczyła, jak Joram Corrobar potężną łapą poklepuje po plecach Salimira. Stąd domyśliła się, że w obieg poszedł bukłak z winem i może wkrótce ktoś podsunie trunek jej i ich gościowi.
Na chwilę spuściła głowę i w zamyśleniu przeczesała palcami źdźbła trawy. Kiedy znów spojrzała na Sorchę, znów się uśmiechała a w jej oczach zalśniły figlarne ogniki.
-Być może, jeżeli jeszcze żyje w tych czasch ktoś, kto potrafiłby porzucić całkowicie swoje życie i oddać się lasom, należy do waszego ludu - zażartowała.

Olżunia pisze...

- Jeżeli mnie oszukujesz, to nie ręczę za siebie.
Najemnik tylko wzruszył lekko ramionami, robiąc przy tym minę niewiniątka. Nie mówił już nic. Wsłuchiwał się w świszczący oddech dobiegający zza drzwi, doszukując się jakichkolwiek oznak przedwczesnej pobudki lorda i czułby się co najmniej głupio, gdyby nie napięcie sytuacji.
Zawiasy skrzypnęły cicho.
Pokój był pogrążony w ciemności, świece były zgaszone albo wypalone, niektóre okiennice – przymknięte. W okiennych ramach połyskiwały niewielkie tafle barwionego szkła, osadzone w ołowianej siatce rozet. Nie tak dawno Aed klął na nie siarczyście, nie mogąc nic przez nie dojrzeć, gdy obserwował posiadłość lorda. Teraz widać było jeszcze mniej – do wnętrza wpadało jedynie blade, przygaszone światło cienkiego księżycowego sierpa.
Ciężkie, bordowe kotary wokół łoża były zaciągnięte. Na podłużnym stole niedaleko wejścia ktoś poustawiał najrozmaitsze przedmioty – wysadzane szlachetnymi kamieniami kielichy, złocone i posrebrzane klepsydry, malowane naczynia wykonane przez rzemieślników z Cesarstwa Środka Świata albo z Akshary, kilka pierścieni i okazałych naszyjników. Aed obejrzał się przez ramię na krętouchą i skinął głową.
Poczuł się pewniej, gdy elfka straciła możliwość wbicia mu ostrza w plecy bez ryzyka wszczęcia alarmu. Teraz dziewczyna powinna zająć się swoim zadaniem, a on – swoim. Miękko stąpając, podszedł do łoża. Odgarnął dłonią kotarę, bacząc, by jej kółka nie przesunęły się ani nie zadzwoniły o siebie i... zamarł w bezruchu.
Lord Batley spał w najlepsze. Musiał sporo wypić, bo czuć było od niego woń nieprzetrawionego wina. U jego boku zaś leżała kobieta. Rude, kręcone włosy rozrzucone były na poduszce. Ozdoba z pereł nanizanych na srebrne nitki musiała się z nich zsunąć, teraz leżała na prześcieradle. Nagie ramiona rudowłosej unosiły się w rytm spokojnych, głębokich oddechów.
- Nawet nie myśl o tym, żeby machać mi nożem przed oczyma – mruknęła cicho, niewyraźnie, jakby przez sen. Nie spała.

Szept pisze...

[Prawdę mówiąc, troszkę egoista ze mnie, bo kierowałam się głównie tym, że i mnie łatwiej było zacząć w ten sposób :D Moment porwania był dla mnie kłopotliwy, bo więcej byłoby do obmyślania, uzgadniania, niepewny grunt, bo jeszcze nie znam twojej postaci i ciebie, więc nie wiem, na ile sobie mogę pozwolić i takie tam. No i łatwiej mi się było wczuć. I pierwszych odczuć Emisa i Midara nie bierz do siebie czy coś, tak po prostu mi podeszło w danym momencie pisać. Tak na wszelki wypadek mówię. Wybacz na razie mało interakcji z Sorchą, dopiero się rozkręcam z akcją, a dziwnie mi było tak od razu przeskoczyć do pytań i badania, co wie o ojcu.]

- Chrzań się.
Midar parsknął krótkim śmiechem, co dobitnie pokazywało, jak bardzo krasnolud przejął się strofowaniem przez elfa i oporem ich więźnia. Spoważniał dopiero na wzmiankę o królowej, bo chociaż rubaszny i prostoduszny, nie należał do takich, którzy będą spokojnie stać, gdy jego przyjaciółkę, dzieciaka – nawet jeśli starszego od niego, którego nauczył świata ludzi, nazywa się popaprańcem. Do tego robi to dziecko prawdziwe, szczeniak, który więcej szczeka, mniej gryzie. Cóż ta mała wiedziała o świecie? Jak bardzo starała się pokazać, że jest silną, pyskówką nadrobić to, czego nie miała?
- Nawet się do niej nie zbliżysz – oznajmił niemal z politowaniem. Związana. To raz. Dwa, zanim podejdzie do maga, by wykonać swą groźbę, byłaby martwa. Strażnicy zawsze kręcili się obok królowej, a i ona sama nie była przecież bezbronną.
- Nie masz prawa się odzywać – Emis nadal nie wyjął swojego kija. Sztywny, wyniosły, wierny przede wszystkim królestwu i powierzonemu mu zadaniu. – Nie niepytana. – Okazując lekceważenie, rozdrażniony, że musiał się odezwać, obrócił się plecami do więźnia, ignorując dalsze pytania. Elfka miejska nie była warta uwagi, więzień został dostarczony tak, jak tego chciała rada. Groźby spłynęły po nim jak woda po kaczce, nie pozostawiając ani śladu. Był napięty, wsłuchany w otoczenie, lecz była to jego zwykła postawa, dowód wierności, czujność przede wszystkim, nieważne, czy istniało realne zagrożenie czy też nie. On musiał zakładać, że istnieje.
Kobieta, która pojawiła się przed nimi, nie wyglądała na królową. Tron ominęła z daleka, dośc dużym łukiem. Kasztanowe włosy miała spięte z tyłu w luźny, niedbały kok, kilka kosmków opadało na czoło, częściowo zakrywając prawe oko. Nie nosiła ani korony, ani diademu, zgrabnej, wysokiej sylwetki nie zdobiła suknia. Jedynie proste spodnie i za duża koszula z obszernymi rękawami. Jeśli nie liczyć małego krążka na palcu, obrączki, nie nosiła też ozdób. Mimo to czarnowłosy elf, ten sam, który uprzednio strofował krasnoluda, przyklęknął na kolano, pochylając z szacunkiem głowę. Starszyzna początkowo nie pojmowała, nie rozumieli, lecz Niraneth Raa’sheal nie potrzebowała stroju, by być królową. Gallar nie poszedł w jego ślady, skłonił się jednak głęboko. Jedynie Eredin stał w bezruchu, z delikatnym uśmiechem i dłonią przyłożoną do serca.
- Mała, znaleźliśmy dzieciaka, ale … - Midar minął klęczącego elfa, kierując się pod tron. Zmitygowany chrząknięciem Emisa, zatrzymał się, odrobinę zdezorientowany. Prostoduszny krasnolud czasem zapominał, że w elfie społeczności inaczej winno się witać Jej wysokość. Cofnął się, powoli, na powrót zrównał się z Emisem i związaną młodą elfką.
- Zauważyłam. – Głos miała spokojny, raczej miękki. Związanej przyglądała się uważnie, badawczo, lecz bez objawów wrogości. – Możesz wstać, Emisie. Dziękuję. – Strój nie sugerował wysokiej pozycji, lecz sugerował ją ton i postawa, właściwe komuś, kto zdaje sobie sprawę z tego, kim jest, jakie są jego obowiązki i czego się od niego wymaga.
- Stawiała opór, Wasza Wysokość. – Emis dotąd nie dał sobie wytłumaczyć, że czasem może pomijać tytuły.
- Nie jest więźniem. Jedynie krewną poszukiwanego. – Zabrzmiało prawie jak nagana.

Zorana pisze...

[Witam, przepraszam, że tak późno. Napiszemy coś razem?]

root pisze...

Tiamuuri roześmiała się serdecznie, po czym potrząsnęła głową.
-Nie przewodzę tu -wyjaśniła - Przeciwnie, wykonuję polecenia. Nie mam takiego pojęcia o polityce, jak choćby niektórzy z nich.
Gestem wskazała na otaczających ognisko członków ruchu oporu. Joram chyba źle zrozumiał jej wyciągniętą rękę, bo zaraz wcisnął jej w dłoń kubek z winem. Alavar wstał wówczas z miejsca. Znalazło się i kolejne naczynie, dla Sorchy. Elf z uśmiechem podał trunek gościowi.
Tiamuuri podziękowała. Taka ilość wina nie szkodziła jej, chociaż nie dane jej już było poznać skutków alkoholu. Mniejsze porcje poza doznaniami smakowymi nie dawały żadnego efektu, większe, te, przy których ludzie, elfy i wilkołaki w znacznym stopniu tracili kontakt z rzeczywistością, dla drzewożytów oznaczały poważne zatrucie, często kończące się śmiercią.
-Ci ludzie zupełnie przypadkowo stali się pierwszymi, których poznałam po przebudzeniu -podjęła wątek - Stacjonowali w okolicy, próbując przechwycić wirgiński zwiad. A Wirgińczycy zatrzymali się akurat przy skraju lasu, tak, że weszłam im w drogę. Zaatakowali mnie i nie miałam wyboru. Musiałam ich zabić.
Spuściła głowę. Nie podobało jej się to, nie podobała jej się w ogóle żadna wojna. Nie pojmowała dlaczego istoty uważające siebie za rozumne, potrafiły odbierać sobie wzajemnie życie za władzę, wpływy, honor i zaszczyty.
-Oczywiście nieświadomie w ten sposób oddałam oddziałowi Sokolnyka przysługę. Zaczęłam trzymać się z nimi, bo ktoś musiał nauczyć mnie języka i wyjaśnić sytuację, w jakiej się znalazłam.

Karou pisze...

Smutne było jej życie. Może i miała diamenty, może mogła paradować pół nago, może mogła swobodnie nawiązać kontakty ale... Miała krew na rękach i nie miała czystego sumienia. Przepełniał ją smutek i zgorzknienie. Była wypruta a to jej przeszkadzało. Chciała czegoś więcej. Chciała zemsty za swoją rodzinę chciała zemsty za osobę która zastępowała jej rodzinę. Jednak już nic innego nie umiała. Tylko zwodzić, tańczyć i zabijać. Wszystko co robiła przed tym zapomniała. Musiała jakoś się utrzymać i nie umiała oszczędzać poza tym w tym co robiła było coś takiego... Coś z czego nie mogła zrezygnować może była to więź z Salome dziewczyną która ją w to wkręciła może to uczucie wspaniałości gdy słyszała brawa i oklaski a mężczyźni zaczepiali ją po występie.
Dzisiaj dostała zlecenie. Lubiła zwiedzać bogate rezydencje czasem co nieco z nich podwędzać. Nikt jakoś nigdy się nie skapnął. Poza tym to był dodatkowy zarobek.
Posłano ją do bardzo ciekawej rezydencji. Nigdy tam nie była. Smoczy dwór robił naprawdę wielkie wrażenie. Nie miała tremy nie miała także okazji by coś podwędzić. Była pilnowana. Ściśle. Ciekawe czy uda jej się pogadać z kimś tak swobodnie. Nie lubiła gdy ktoś ciągle za nią łaził. Pilnował. Czuła się jak więzień albo jak jakieś nieporadne dziecko. Choć fakt istniało duże ryzyko że by się zgubiła.
Rozpoczęła swoje przedstawienie z zasłonami. Siedem tajemnic obnażały opadające lekkie zasłony. Był to taniec pełen gracji dość niespotykany. Jedyną osobą którą spotkała i która umiała tak tańczyć była Salome ale Salome już nie żyła. W tańcu się otwierała. Wyżywała. To był jedyny moment gdy była prawdziwa i nie kryła niczego. Gdy była bezbronna.
Po skończonym występie padły brawa i oklaski. Czuła się dumna. Teraz czekała ją mniej przyjemna część.
Zeszła ze sceny. Nie zakładała swojego długiego płaszcza który skutecznie zakrywał jej skąpy i świecący strój. W takich występowała w takich czuła się najlepiej. Stanik z dzwoneczkami wyszywany świecidełkami w kolorze złotym i majtki do kompletu również błyszczące z podoczepianymi zasłonami które sprawiały wrażenie spódnicy. Jednak bardzo przezroczystej spódnicy. Lśniące złote bransolety na stopach i nadgarstkach oraz długie kolczyki sprawiały że wyglądała dość egzotycznie. Jakby była cała ze złota. Specjalnie ubrała swój najznamienitszy strój. Chciała robić wrażenie. Choć i tak większość była ubrana jeszcze bardziej strojnie.
Postanowiła teraz wymknąć się straży i troszeczkę się zabawić. I tak odstawała od towarzystwa dlatego z łatwością ją znajdą i najpewniej w jakimś ustronnym miejscu powiedzą jej o zadaniu.
Na razie może się zabawić. Może uda jej się pochwycić ten świecący się jak diamenciki napój?

Paeonia

Karou pisze...

Nie zdążyła się nawet dobrze rozejrzeć czy zabawić. Jej strażnicy ją znaleźli i niesamowicie poważny mężczyzna przemówił do niej. Była pewna że nie zawahałby się użyć tego miecza którego rękojeść aktualnie nerwowo dotykał. A ona tak bardzo chciała spróbować tego błyszczącego napoju! Może jeszcze będzie mieć okazje.
Posłusznie choć wzrok miała rozbiegany nigdy nie widziała tylu świecidełek na raz. A widziała wiele. Szła za nimi aż do jakiegoś pokoju. Zostawili ją przed nimi. Wiedziała że oni raczej tam nie wchodzą. Pewnie jej zleceniodwaca tam czekał. I pewnie miał swoich osobistych strażników.
Jeszcze raz tęsknie obejrzała się za przyjęciem i z westchnieniem pchnęła drzwi wchodząc do środka. Zaraz zacznie się ta część za którą zbytnio nie przepadała. Była ciekawa kogo tym razem miała pozbawić życia. Była ciekawa ile za to dostanie. Wnioskując po tym miejscu szacowała że całkiem dużo. Może w końcu coś zaoszczędzi? Może...
Ktoś przed nią stanął. Ona nic nie mówiła. Nie znała zbytnio tutejszej etykiety wolała więc raczej od razu nie popełnić gafy. Kłaniać się jednak nie będzie. Cisza zrobiła się ciężka. Odchrząknęła i z mocą spojrzała mu w oczy. Uśmiechnęła się.
- Co mi oferujecie? - zapytała może zbyt buracko. Mężczyzna wydawał się kimś ważnym.

Paeonia

Karou pisze...

Kiedy przyjrzała się dokładniej temu człowiekowi omal nie parsknęła śmiechem. Stroił się lepiej niż ona. Świecił się bardziej niż gwiazdy na niebie, wyglądał tak jakby chciał je wręcz przyćmić. To było śmieszne i jednocześnie bardzo oburzało Paeonie. W życiu należnym było zachowanie pewnej skromności. Tak uczyła ją matka. Nie można było próbować równać się z bogami, bo to zawsze źle się kończyło. A jej wydawało się jakby jej zleceniodawca, jakiś wielmożny pan próbował uchodzić za boga. To sprawiło, że już sobie o nim zdanie wyrobiła i nie prędko je zmieni. Nie mogła jeszcze ścierpieć, że wyglądał lepiej niż ona. Ona jak księżyc za dnia skryta ledwo widoczna, a on jak słońce w swoim szczytowym momencie.
Zresztą tu wszystko wyglądało tak bajkowo tak bosko, wszystko się błyszczało, ale wystrój to co innego niż strój. Poza tym aż korciło ją żeby coś ukraść z tego miasta. Lubiła świecidełka.
Usiadła. Wolała się nie narażać przecież była ledwie narzędziem. Miała zapewnić rozrywkę i czasami wykonywać brudną robotę. Czasami chciałaby być po prostu gościem. Jednak gdyby nie była tancerką pewnie nie zawitałaby na tylu zabawnych przyjęciach. Jak widać wszystko miało swoje minusy i plusy.
Kiedy już siedziała podniosła swój przenikliwy wzrok. Patrzyła z ciekawością. Trochę przeszywała spojrzeniem na wskroś. Nie były to oczy morderczyni. Nie były to oczy bezdusznej istoty. Były pełne życia, pełne pewnej wrażliwości, którą można dostrzec u innych artystów. A że oczy to zwierciadła duszy widać było również coś złego. Coś wciąż płonącego. Zemstę ze smutkiem przemieszaną. Po dość niezręcznej chwili milczenia postanowiła coś powiedzieć. Jednak wciąż patrzyła się w oczy swojego zleceniodawcy. Chciała go przejrzeć zobaczyć powody. Lubiła to robić. Czasem jej się udawało, a może tak naprawdę wydawało, że umie odgadnąć wnętrze ich duszy i powody którymi kierowali się by zlecić jej coś tak okropnego jak zabójstwo.
- Gdybym nie była nie siedziałabym tu teraz. - odpowiedziała po prostu. - Co mi oferujecie? Potrzebuje konkretów. Szczegółów. - założyła nogę na nogę. Odgarnęła włosy bardzo frywolnym gestem. Lekko nachyliła się nad stolikiem. Z dziwnych nieznanych sobie przyczyn miała ochotę go sobą zauroczyć. Może dlatego, że był jednym wielkim świecidełkiem, a ona lubiła świecidełka? - Oraz tego dziwnego świecącego napoju. - Dzięki temu, że patrzyła mu w oczy to nie parsknęła śmiechem bo gdyby dalej musiała podziwiać strój jego i tego jego towarzysza który przypominał raczej wiernego pieska to nie mogłaby powstrzymać śmiechu.
- Żywię nadzieję że mój występ się podobał? - zagadnęła jeszcze. Oczekując pochwały. Co było zupełnie niedorzeczne.

Paeonia

Karou pisze...

Dostała swój wyczekany napój. Uśmiechnęła się szeroko gdy podniosła kieliszek na wysokość oczu sprawdzając coś. Ten gest pozornie wydawał się zbędny. Już nie tańczyła dlatego mogła robić parę zbędnych gestów. W prawdziwym życiu nie miała żadnego układu. Starała się zachowywać dość grzecznie. Nie ukazywać swojej porywczości czy gniewu wywołanego przez prośby swoich klientów.
Upiła duży łyk i westchnęła z pełnym zadowoleniem. To było naprawdę dobre. Była ciekawa co to i jak to produkują. Dawno nie piła czegoś tak dobrego. Odstawiła resztę delikatnie na stolik i wróciła spojrzeniem do oczu zleceniodawcy.
- Tak. To prawda. Nie przedstawiłam się wierząc, że wiesz już o mnie wszystko, a raczej to co jest potrzebne. - zwróciła się do niego bezpośrednio bez żadnych form typu "pan i władca". Uważała, że jest to niepotrzebne skoro i tak będą ze sobą dzielić coś intymnego. Tajemnice. On zleca, ona wykonuje. Wina ciąży na obydwu. A wina czy wspólny grzech łączą ludzi.
- A ileż ty możesz mieć lat? Sztuka nie zna wieku ani płci, religii czy pochodzenia. Ona po prostu jest spaja i uczy w dodatku bawi. Czasem objawia się różnie. Skoro sztuka cię nie dziwi to znak, że brak wrażliwości. Brak ciekawości. Bawić się nie umiesz... Czyżby... - ucięła powstrzymując się od niewybrednego komentarza. I tak pozwoliła sobie na dużo.
Wypiła do końca to co pozostało w kieliszku. Parę kropel spadło na jej dłoń.
- Z resztą nie moja rzecz zagłębianie się w takie tematy. Mnie interesują konkrety, szczegóły i zapłata. Cenię się wysoko. - dorzuciła z dozą dumy głupiego pawia. - Mogę prosić o kolejne parę kropel? - spytała.

Paeonia

Szept pisze...

[Wolałam na wszelki, bo ludzie różnie reagują, ale cieszę się, że nie masz nic przeciwko temu, a nawet, że ci się podoba. Jak mówię, to jest królowa z przypadku :D No i widzę, że coś nas łączy, bo też uwielbiam postacie z charakterem i prowadzone spójnie z nim.]

— Mała? Więc to ty jesteś małą? Co to za królowa, co pozwala nazywać siebie małą?
- Taka, która wpierw była Małą nim została królową – odparła niezrażona, obrzucając elfkę uważniejszym spojrzeniem. Patrząc głębiej niż na potargane, ubłocone ubranie, widziała typową elfkę. Drobną, błękitnooką, o nieco dłuższych, szaroniebieskich włosach i szpiczastych uszach, nieco dłuższych, typowych dla elfów krętouchych. Młoda, nawet wedle ludzkiej rachuby czasu.
Odrobinę bezczelna, lecz może słowem próbowała zagłuszyć własny strach. Zwykle bezczelność i nadmierna pewność siebie wywoływała w niej opór i niechęć, teraz wywołała jedynie pewne poruszenie, nutę ciekawości… i żalu.
Ta młoda elfka wychowywała się sama. Bez nikogo. Musiała sama o siebie zadbać, zatroszczyć się. Jeśli prawdą było to, co słyszała o jego ojcu… Nie zazdrościła jej.
- Jeśli zechcesz, Midar zaprowadzi cię do komnaty, będziesz mogła umyć się i przebrać. Później porozmawiamy, ty i ja.
- Stawiała opór. – Midar poczuł potrzebę wytłumaczenia się.
Szept posłała mu krzywe spojrzenie. Faktycznie, czterech dorosłych facetów, nie mogło sobie poradzić z młodą elfką i musieli użyć siły. Midar pochylił głowę, czując wstyd.

Olżunia pisze...

[Uch, powoli wygrzebuję się z zaległości. :I Pożyczyłam na chwilę postać Lilian.]

Lilian bez skrępowania odrzuciła pierzynę, po czym usiadła na krawędzi łoża, poprawiając fryzurę i rozglądając się za spinką. Aed odwrócił wzrok, na co kobieta parsknęła, szczerze rozbawiona. Nie kierowałaby drugim po Róży królewieckim domem uciech, gdyby wstydziła się swojego ciała.
- Patrzcie, jaki wstydliwy... – zaśmiała się. – Nieśmiały mężczyzna to dziś prawdziwa rzadkość. Ale wierzcie mi, każdego da się onieśmielić – dodała, uśmiechając się przy tym w taki sposób, że nie sposób było jej nie uwierzyć.
Zebrała ostatnie pasmo włosów i wpięła spinkę. Podniosła się z łóżka i podeszła do krzesła, przez które przewieszona była jedwabna koszula. Zdjęła ją z oparcia, założyła, owinęła się jej połami. Cienka, delikatna tkanina więcej odkrywała niż zasłaniała.
Lord wybełkotał coś przez sen, po czym przewrócił się na drugi bok. Aed znieruchomiał.
- Nie macie czego się obawiać – rzuciła Lilian, wzruszając ramionami. – Tyle dziś wypił, że możecie puścić z dymem Batley Manor, a on się nie obudzi.
Nalała sobie wina do szklanicy, umoczyła usta. Zmrużyła oczy niczym kotka. Lubiła dobre trunki.
- Ty musisz być tym klientem, o którym mówił mój przyjaciel – powiedziała do Aeda, bawiąc się naczyniem z barwionego na zielono szkła. Określenie „przyjaciel” w złodziejskim fachu najczęściej oznaczało po prostu współpracownika. Do najemnika powoli zaczynało docierać, że ma przed sobą kobietę, która zdobyła i sprzedała kupione przezeń informacje. – Po co przyszedłeś? – zapytała bez ogródek.
Aed znał to zagranie. Najpierw była szczera, odkryła przed nim prawdę, stworzyła iluzję zaufania, a teraz zadała pytanie w nadziei, że się odwdzięczy.
- Mam do pomówienia z lordem – odparł, wyjawiając to, co i tak nie pozostałoby tajemnicą.
Lilian obejrzała się na lorda Batleya.
- To może być trudne, musiałbyś go obudzić – mruknęła, po czym wychyliła resztę trunku. – Stać go na dobre wino, którego sobie nie żałuje.
Aed wsunął nóż za pasek. Chyba nie będzie mu w tej chwili potrzebny.
- Dobra myśl, proponuję poszukać innych metod – ciągnęła dalej Lilian. – Na przykład... na przykład napisać list. Zostawisz kartkę, ja narobię krzyku, omdleję z przerażenia, a gdy się ocknę, opowiem, co się stało. Nie za darmo oczywiście – dodała, gdy w wyrazie twarzy najemnika dostrzegła niezbyt skrzętnie skrywane niedowierzanie. – Szukasz czegoś, kochana? – zwróciła się do Sorchy. – Czy przyszłaś tu z nim?
Mieszaniec spojrzał ukradkiem na krętouchą. Jeśli obydwaj skorzystają z pomocy tej kobiety, zdradzą jej, po co tu przyszli. A potem być może wpakują się w jeszcze gorszą kabałę niż ta.

root pisze...

Tiamuuri nie była oburzona. Przyglądała się tylko elfce z ciekawością. Tamta wyglądała jeszcze na tak młodą, ale w tym krótkim czasie jaki zdążyła przeżyć na tym świecie mogła wiele już doświadczyć. W końcu mało kto miał ten luksus stałego poczucia bezpieczeństwa. A z jakiego to powodu pomimo braku otwartej wojny, ich oddział wciąż stacjonował na wielkiej równinie, gotów w mniej niż dwa dni znaleźć się na granicy z Wirginią lub w prowincji demarskiej?
-Ty nie jesteś także jak oni - ruchem głowy Drzewna wskazała na siedzących mniej więcej za jej plecami Alavara i Savardi. Z tego, co zdążyła pojąć do tej pory, ci dwoje, a przed nimi ich rodzice i dziadkowie, uważali się za Kerończyków. Żyli w Fenarze, małej miejscowości leżącej wzdłuż traktu łączącego centrum kraju z jego południowymi krańcami.
-Nie jesteś Keronijką. Ten, którego szukasz... twój ojciec... Znałaś go w ogóle? Pamiętasz go?
Kiedy Rysa pojawiła się w ich obozie, nie padło żadne nazwisko. Joram i Salimir używali tego, jakim ów elf przedstawiał się, przebywając z nimi. Nie musiało to być jego prawdziwe miano i, co Tiamuuri uważała za dość oczywiste, raczej nie było.
Z czystej ciekawości Drzewna zaczęła zastanawiać się nad tym, co wcześniej łączyło Sorchę z tym osobnikiem.

Silva pisze...

Sorcha, bo nikogo więcej z nimi nie było, narobiła hałasu.
Małe, wilgotne pomieszczenie zapachniało kurzem. Najemnik kichnął. Ocknął się jakiś czas temu, ale siedział z zamkniętymi powiekami, wsłuchując się w to, co słychać było dookoła nich. Dźwięków było sporo. Najbardziej wybijał się szum wody, nie spokojny, ale też nie rwący. Pokrzykiwania i łoskot wozów sugerowały, że wciąż są w mieście; nie mogli ich zawlec zbyt daleko bez zwracania na siebie uwagi. Od tamtej pory nikt do nich nie przyszedł. Noc dawno zmieniła się w dzień.
Brzeszczota bolała głowa, kark miał ścierpnięty i swędział cholernie. Było mu niewygodnie przez dłonie związane z tyłu i skrępowane nogi. Brudna szmata w ustach śmierdziała i smakowała rybami.
Los naprawdę był paskudną dziwką.
Dziewczyna się uspokoiła. Nie mogąc mówić, Dar wzruszył tylko ramionami, chcąc jej powiedzieć, że nie ma pojęcia co się dzieje i dlaczego się tutaj znajdują. Dla niego to uprowadzenie było tak samo nieoczekiwane, jak dla niej. I cholernie bardzo chciał się stąd wydostać.
Już próbował rozluźnić więzy, jednak związane były zbyt mocno; konopna lina wrzynała mu się w nadgarstki, nie pozwalając na większy ruch ręką; ścierpnięte palce też nie pomagały. Nóż w cholewce buciora był za daleko, a ten za paskiem gdzieś zniknął; nie czuł już jego ucisku. Nie było też sakiewki.
Głosy za ścianą stały się wyraźniejsze; nie słyszał kroków więc pewnie nikt nie podszedł bliżej. Rozmawiali dwaj mężczyźni.
Cholera. Miał dość tego siedzenia. Poruszał nogą, najpierw lewą, potem prawą. Chwilę nimi pokręcił i podciągnął pod siebie. Powiercił się, powiercił, a kiedy nie dał rady wstać ze skrępowanymi nogami, przewrócił się po prostu na plecy. Bardziej brudny i sponiewierany nie mógł być. Obrócił się na bok, przeturlał i będąc pod drzwiami, drewnianymi, lichymi, kopnął je niezgrabnie buciorami. Trzasnęły, zaskrzypiały, ale nie puściły. Cóż, nie liczył na to. Chciał zrobić hałas.

[Wybacz, że tak długo czekałaś
A propo rozrabiania: może nikt? a może oboje? :D]

Nefryt pisze...

[Hej :) Nie mamy ze sobą wątku, a mi jakoś tak przyszedł pomysł na coś z udziałem Rena i Nefryt. Miałabyś może ochotę?
Mam pomysł na wątek z powiązaniem, tylko nie wiem, czy takowe mogłoby zaistnieć, czy byłoby możliwe.
W Keronii istnieje legenda, mówiąca o tym, że jeżeli powrócą do niej smoki, kraj odzyska wolność. Większość ludzi uważa ją za czczy przesąd, bajkę ku pokrzepieniu serc, ale mimo to wywiera ona jakiś wpływ na ich postrzeganie smoków. Rodzice Nefryt (czyli król i królowa Keronii z poprzedniej dynastii) mogliby nawiązać kontakt z generałem Van Yoo lub innymi osobami z dworu Rena, w myśl zasady, że dwa kraje, nawet jeśli w kłopotach, są silniejsze, niż jeden. Dążyliby do sojuszu, w ramach którego Keronia miałaby wesprzeć ojczyznę Rena w walce z Sigvarami, a Tahibici drogą dyplomacji pomogliby Keronii zachować stare granice i nie dopuścić do eskalacji konfliktu z Wirginią. Sojusz miałoby przypieczętować dynastyczne małżeństwo Rena z Nefryt (wtedy jeszcze trzecią córką królewskiej pary, księżniczką Eleonorą Marvolo). Młodzi o planach opiekunów wiedzieliby piąte przez dziesiąte. Poznano by ich ze sobą, kiedy mieliby po naście lat. Mogliby się polubić, bo Eleonora też interesowała się sztuką. Tyle, że wszystkie plany wzięłyby w łeb, bo wojna w Keronii poszła na przód i najpierw zginęła para królewska, a potem w świat poszłaby informacja, że Eleonora popełniła samobójstwo. Tyle powiązania. Teraz wątek:
Ren stałby się dla kogoś wyjątkowo niewygodny, czy to ze względu na fakt bycia księciem, czy jeszcze coś innego i ktoś zleciłby jego zabójstwo. Renowi udałoby się ujść z życiem, ale wylądowałby gdzieś na trakcie całkiem sam, bramy miast już by zamknięto na noc, a dookoła zima, mróz, zamieć i ani żywej duszy. Ren byłby ciężko ranny albo krańcowo wyziębiony i zaczynałby zamarzać, generalnie byłby nieprzytomny (albo półprzytomny, w malignie) i potrzebowałby pomocy, żeby przeżyć.
Tymczasem Nefryt miałaby jakieś zadanie do wykonania gdzieś dalej i przypadkiem by go znalazła. Nie widziałaby na 100% kim on jest, ale jego wygląd i brak bijącego serca mogłyby obudzić w niej wspomnienia. Pomogłaby mu, opatrzyła i zabrała w jakieś ciepłe miejsce. Ren, kiedy by się ocknął, nie poznałby jej (raz, że minęło kilka lat, dwa - uważał, że ona nie żyje, trzy - Nefryt zmieniła się po pobycie w więzieniu, i z wyglądu i trochę z charakteru. No i już nie nosi sukien, wygląda na pospolitą rozbójniczkę albo najemnika). Mógłby myśleć, że to jakiś podstęp, że ona jest od tamtych, którzy chcieli go zabić, albo że należy do jakiejś bandy oprychów ( z Nefryt może być ktoś z jej ludzi), która będzie chciała wymienić go na okup - ogólnie raczej nie uwierzy w jej czyste intencje. Sprawa dodatkowo się skomplikuje, bo zadanie, które musi wykonać Nefryt jest pilne i nie będzie czasu, żeby odwieźć Rena w jakieś bezpieczne miejsce, więc książę nie będzie miał za bardzo innego wyboru, jak się do nich przyłączyć.
Co ty na to?
A może masz jakiś inny pomysł?]

Devil Butler pisze...

[Wybacz, że dopiero teraz odzywam się, ale dziekuję za powitanie :)
Można powiedzieć, że dosyc niedawno odkryłam w sobie zamiłowanie do kultury japońskiej a Koreę również lubię :)
Co do pomysłu nauczenia Rena czegoś to jestem jak najbardziej za, tylko ostrzegam, że nie zawsze mi wątki męsko-męskie idą, ale chętnie spróbuję wyjść temu naprzeciw :D]

Tomoe Yukimura

Sorcha pisze...

-Nie, pani, nie jestem. - Sorcha pokręciła głową. - Osiadłam tylko kilka lat temu z Królewcu wraz z matką. Po jej śmierci żal mi się było wyprowadzić. Polubiłam zgiełk dużego miasta i jego smród. - Uśmiechnęła się krzywo, przypomniawszy sobie swoje mieszkanko nad sklepem pani Muri, która miała w swojej krwi chyba coś z rasowej wiedźmy, ale była przesympatyczną i trochę zabawną kobietą, wykłócającą się z wszelakiej maści przekupkami i handlarzami rupieci, który mieli śmiałość zaglądać do jej sklepu z własnymi towarami. Lubiła hałas i niespokojne noce, jakie zapadały nad Królewcem. — Co do ojca… gdybym cokolwiek o nim wiedziała poza faktem, że to jeden z tych mrocznych elfów, od których należy trzymać się z daleka, to nie przybyłabym do ciebie, pani. Miałam nadzieję, że dowiem się od ciebie czegoś istotnego. Zawsze, gdzieś podskórnie czułam, że ojciec para się niedobrą magią i nie ma zbyt szlachetnego serca, ale nigdy by mi do głowy nie przyszło, że zechce mieszać się w królewskie sprawy i okradać samą królową.

Silva pisze...

Brzeszczot usłyszał kroki dużo wcześniej; ciężkie tupanie, które nie mogło należeć do elfa, bo brzmiało zbyt podobnie. Długouchy nigdy tak nie chodzą. Do jego uszu dolatywała także rozmowa mężczyzn na górze i potrzebował chwili, ledwie mrugnięcie oka, by nie skupiać się na tym, co na piętrze, a co dzieje się za drzwiami, tuż obok.
- Wybaczcie, Loyowi. Jeżeli nie napije się z rana, robi się trochę nerwowy Chcemy zadać tylko kilka pytań, a potem może nie skończycie na dnie rzeki. I nie próbujcie niczego podejrzanego, jest nas więcej.
Mieszaniec chrząknął, przekręcając się i siadając pokracznie. Ból w skroniach zaczął mijać, chociaż wciąż łupało mu w głowie, miał wrażenie, że to stado krasnoludów w podkutych buciorach skacze mu po czaszce. Burknął jeszcze raz, wyraźnie dając znać, że chce coś powiedzieć. W końcu po coś hałasował.
- Dobrze. Nie jesteś magiem, twoje słowo nie wzbudzi czarów - krasnolud wyrwał najemnikowi brudną szmatę z ust.
Pierwszym, co zrobił Dar było wyplucie śliny, tuż pod nogi mężczyzny. Oblizał spierzchnięte usta, zadzierając głowę wysoko, by spojrzeć w oczy krasnoluda. - Możemy pogadać? - zerknął na Sorchę - Bez niej? Chcę coś zaproponować.

[Albo tuzin innych rzeczy, które sprawiają im kłopoty ;) Mam nadzieję, że wybaczysz mi małe rządzenie się panem krasnoludem]

Silva pisze...

[Uwaga, uwaga! Porządziłam się bardzo mocno ]

- Proponować? Obudziłeś się raptem pięć minut temu i już chcesz negocjować? A wiesz w ogóle dlaczego tu jesteś?
Brzeszczot miał zamiar postawić wszystko na jedną kartę. Spróbować i nie żałować. Nie chciał zostawić Sorchy samej, nie planował jej wydać ani nic. Miał pewien plan i musiał się go trzymać, a to wymagało tego, co właśnie robił. Wychodził na świnię, cóż, jeśli się wydostaną, będzie miał to w nosie.
- Ponieważ uznaliście mnie za wspólnika tej małej - tutaj pokazał głową na Sorchę - Ona miała w rękach coś, co nazywacie kamieniem. Należało do was, ale zostało wam ukradzione jakiś tydzień temu. I chcecie to odzyskać. A raczej Rurik chce, prawda? - minę miał twardą, poważną. To, co zaraz powie sprawi, że Sorcha będzie go chciała zamordować, ale musi mu zaufać, choć trochę, odrobinę.
- Dziewczyna próbuje się rozwiązać - słyszał jak odpina bransoletkę, jak wysuwa się ostrze. Jego uszy słyszały wiele, chociaż nie zawsze dawał po sobie poznać, że tak jest. Elfia krew w żyłach, niechciane kiedyś dziedzictwo matki. - Ma nożyk w bransoletce - chciał zdobyć ich zaufanie. Rozwiązałby sznury na dłoniach, ale wolał tego nie robić, dla pozoru. Znał ich motywy, ich plany, usłyszał wszystkie ich rozmowy, odkąd ich tu zamknęli, ale oni nie znali jego; gdyby wiedzieli, że jest tym, kim jest, nic by nie słyszał.

Silva pisze...

Brzeszczot nie wiedział, że dziewczyna ma kamień. Powiedział to, co podsłuchał z rozmowy mężczyzn; nie kryli się ze swoimi słowami, będąc pewnie przekonanymi, że nikt ich nie słyszy. Cóż, on ich słyszał bardzo wyraźnie, zupełnie tak, jakby stał tuż obok nich.
Wiele się zmieniło w jego życiu, ale ci, co go znali, wiedzieli, że jest lojalny, chociaż czasami pokazywał to w bardzo dziwny sposób. Jak teraz. W jego czerwonej łepetynie uroiło się, że w ten sposób im pomoże. Nie miał zamiaru zostawiać Sorchy, miał zamiar spokojnie pogadać z krasnoludem, zdobyć jego zaufanie i wymknąć się razem z dzieciakiem.
Wrogość w spojrzeniu elfki pomagała jego planowi, jego sumieniu już nie bardzo. W ostateczność miał wyjść na wrednego i zdradliwego człowieka; brak szpiczastych uszów pomagał bardziej niż cokolwiek innego. Z elfem mogliby nie chcieć rozmawiać w ogóle, elf mógł być magiem. A mieszaniec? Nawet nie było widać, że nim jest.
- Wciąż mnie zaskakuje, czego to jeszcze nie wymyślą. Sprytnie, bardzo sprytnie - Powiedziawszy to, spojrzał na Dara - Skąd znasz Rurika?
- Słyszałem o nim to i owo - ryzykował nie mając pewności, czy to na pewno są ludzie tego Rurika, o którym huczały plotki, czy może jakiegoś innego. Podobne imiona nie były w Keronii niczym dziwnym. A w głosie krasnoluda dało się słyszeć niepewność i podejrzliwość. - Nie jest magiem, ale kolekcjonuje zaklęte artefakty. Po targach łażą jego ludzie i co lepsze kupują - nie wspomniał o tym, że także kradli, mordowali i robili wszystko, by Rurik miał to, co sobie upatrzył.

[Wyjdzie w praniu, jak zawsze u niego :D Nie wchodziłam za bardzo w to, co robi Rurik - możesz całą resztę sama dodać :) ]

Karou pisze...

Konkrety. To lubiła. Cudowne było to uczucie gdy wszystko było jasne. Nie trzeba było się domyślać. Dlatego aż się uśmiechnęła kiedy w końcu doszli do kwestii zapłaty. Oczy aż jej się zaświeciły gdy zobaczyła te wszystkie świecidełka które miały być jej. Jak widać książę umiał zadowolić każdą kobietę a przynajmniej ją. Już nie mogła się doczekać kiedy to dostanie to całe pudełko kosztowności w swoje rączki. Może i była materialistką ale przynajmniej tego nie ukrywała. Prócz wszystkich swoich kosztowności nie miała nikogo. Można powiedzieć że zastępowała sobie nimi bliskich. Jednak była też bardzo rozrzutna. Trudno przychodziło jej oszczędzanie.
Przeniosła pożądliwe spojrzenie z klejnotów na księcia. Uśmiechnęła się szeroko i potarła ręce.
- Myślę że tyle wystarczy. - starała się to powiedzieć trochę bez zbytniego zachwytu. - To poważny konkret. Podoba mi się. Skoro rozwiązaliśmy jedną kwestie pora przejść do następnej. Personalia ofiary jakiś preferowany rodzaj śmierci? Powód dlaczego ma zginąć? To nie jest tak że jestem zupełnie bez serca. Mam swoje zasady. Taki kodeks według którego postępuje. Drobnostka. Rzadko odmawiam ale jednak muszę wiedzieć to wszystko. - powiedziała zupełnie poważnie. Niestety musiała przestrzegać zasad. Choć bardzo chciała je porzucić bo to Salomea je ustanowiła a teraz nie żyje. To jedna z wielu rzeczy które przypominają jej o zmarłej towarzyszce i których nie jest w stanie porzucić.
- Jeśli mogę wtrącić to moim skromnym zdaniem bycie kimś wysoko urodzonym jest dość niewygodne. Mało kto powie ci prawdę bo wszyscy chcą się podlizać nikt nie chce głowy stracić, każdy chce cię zabić i cała masa powodów na to że takie życie wcale nie jest zbyt wygodne. Wbrew pozorom. - coś ją złapało na takie słowa. Od tak palnęła coś głupiego. To chyba wina tego napoju. Te bąbelki tak to one rozwiązały jej język.

Paeonia

Karou pisze...

- Co? To raczej nie mieści się w moich kompetencjach. Jestem zabójczynią nie szpiegiem. - powiedziała nieco urażona Paeonia. Miała niby szpiegować jakąś nadętą bogatą starą babę? Takie są najgorsze krytycznie wszystkich obrażają i w dodatku są takie... Takie nadęte. Naprawdę wolałaby nie zajmować się taką sprawą. Jednak trochę potrzebowała pieniędzy a mieszkanie tutaj byłoby dobrą okazją do podkradnięcia paru cennych przedmiotów. Postukała palcem w usta rozmyślając o wszystkich korzyściach.
- No dobrze. Mogę się na to zgodzić. Jednak chce czegoś więcej niż to pudełko. Kto mi wynagrodzi moje biedne zszargane nerwy gdy będę musiała spędzać czas z jakąś... Naden... Nad wyraz pewnie dostojną kobietą? - powstrzymała się od powiedzenia tego co wprost cisnęło jej się na usta. Uśmiechnęła się całkiem z siebie zadowolona. - Czy to wszystko? Mam zacząć już teraz? Szkoda takiego przyjęcia by się na nim nie zabawić choć chwile. Rozumiem że mam zacząć mówić "Wasza Wysokość" oraz że już mam wymyśloną "przykrywkę"? Kim jestem? Jakąś faworytą? Zaginioną kuzynką? Żoną? Pomocą domową? Przecież znacznie się od tego tutaj towarzystwa odcinam wyglądem. Czy po prostu błaznem? Choć czuje że teraz robię z siebie błazna...

Paeonia

Nefryt pisze...

[Cieszę się, że pomysł ci się spodobał. I łał, zaczęłaś. A myślałam, że ja będę musiała kombinować.
Wiem, że Ren może mieć kilka żon :) Myślę, że to by w niczym nie przeszkadzało, głównie z dwóch powodów: po pierwsze, Eleonora to trzecia córka, trzecia w kolei, czyli w normalnych warunkach nie mająca szans na objęcie tronu. Najbardziej atrakcyjna pod względem małżeństwa dynastycznego byłaby najstarsza z sióstr, bo jej mąż automatycznie zostałby królem Keronii – w tym kraju niby królowa ma więcej do powiedzenia, ale zawsze to jednak spora władza. Przeznaczeniem młodszych córek miało być po prostu jak najlepsze wyjście za mąż, a być jedną z kilku żon dziedzica tronu tallingów to i tak lepiej, niż jakiegoś magnata. To po pierwsze, po drugie – Marvolowie jako ród, w dawnych czasach, zanim zostali dynastią panującą w Keronii, też mogli mieć po kilka żon. Oni pochodzą z Kresów Północnych, w plemieniu, z którego się wywodzą było to normą – potem, w Keronii się „ucywilizowali”, ale pamięć o tym zwyczaju mogła pozostać, stąd możliwe, że nie odbieraliby wielożeństwa negatywnie. Także nie mam żadnych obiekcji ;P
A tak w ogóle, to wyszedł mi dłuuuugi i dziwny tekst.]


Część I:
Końskie kopyta uderzały o skutą mrozem ziemię. Stuk… Stuk... Monotonny rytm, kołysanie. Wiatr. Stuk… stuk, które nie było w stanie zagłuszyć dojmującego, wibrującego w przestrzeni wycia wilków.
Nefryt rozejrzała się dookoła. W jej szarych oczach tlił się niepokój. Trakt ciągnął się jak biała wstęga, tylko tym różniąca się od pokrytej śniegiem połaci ziemi wokół, że nie porastały go żadne krzewy, a w górę nie sterczały źdźbła starej, zbrązowiałej trawy. Dojmujący zew dzikich zwierząt tak trwale zapisał się w świadomości Keronijki, że nawet, gdyby wilki umilkły, słyszałaby je nadal.
Od zimna chronił ją płaszcz z szarego futra, na którym osadziły się lśniące szpileczki lodu. W blasku księżyca wyglądało jak przetykane srebrną nicią. Prosta czapka z królika przyjemnie grzała jej uszy. W mdłej poświacie nie było widać, że wystające spod niej proste, czarne włosy są cieńsze niż kiedyś, matowe i połamane. Pod płaszczem miała skromny, męski ubiór, nakryty gęsto plecioną kolczugą – dla bezpieczeństwa. Wydawała się szczupła, nawet żylasta. Jej twarz wyglądała, jakby nosiła znamiona przebytej niedawno ciężkiej choroby, ale towarzyszący jej Markus znał prawdę. Więzienie ją zmieniło, pomyślał. Z drugiej strony, cud, że w ogóle żyje.
Zauważyła, że na nią patrzy. Zmarszczyła brwi.
- Zaatakują nas? – zapytała głosem stłumionym przez zimny podmuch wiatru.
- Nie powinny. Mrozy nadeszły niedawno, zwierzyny jeszcze dużo… Jest pełnia. Śpiewają do księżyca.
Śpiewają. Kąciki ust Nefryt drgnęły. Liryzm w duszy byłego mordercy z Bractwa Nocy. Wciąż widziała w tym paradoks.
Markus, szczupły mężczyzna ubrany w długą, podbitą futrem pelerynę z kapturem, spod którego wysunęło się kilka nierównych kosmyków barwy zbliżonej do brązu, należał do zbójeckiej bandy od kilku lat. Wcześniej był członkiem skrytobójczej organizacji, bodaj najlepszej w całej Keronii, zwanej Bractwem Nocy. Właśnie. Był. On twierdził, że po prostu odszedł. Bractwo Nocy, że zdradził i zasługuje na śmierć. Nefryt nalegała, by nie opuszczał obozu. O ile zdążyła poznać metody działania Cieni, atakowali z zaskoczenia albo przygotowywali pułapki. Podróż taka jak ta była idealnym momentem… Tyle, że sama najlepiej rozumiała, iż niektórzy ludzie wolą żyć krócej, ale intensywniej.

Nefryt pisze...

Część II

Zresztą… do zadania, które mieli wykonać ich dwójka nadawała się najlepiej. Markus ze względu na swoją przeszłość, ona, ponieważ prócz głównego zadania, niejako przy okazji, musieli sprawdzić, czy przyjęcie nowego człowieka do zbójeckiej bandy nie będzie pochopne. Jako herszt, musiała w tym uczestniczyć.
- Zastanawiasz się, czy Hulier coś nam zwinie? – zapytała, znając podejście Markusa do ich nowego towarzysza, dla próby przydzielonego do pilnowania obozowiska. Wszystko, co najcenniejsze, w tym zapasowy namiot rozłożony i schowany dotąd w sakwach, zabrali ze sobą, ale Hulier o tym nie wiedział.
- Zastanawiam się, co nam zwinie.
Parsknęła. Markus westchnął.
- Nefryt, to jest stary wyga. Ma sporo na koncie, skoro chcieli go powiesić. A teraz nagle spotulniał. Nie podoba mi się to.
- Wszyscy mamy „sporo na koncie”. Trzeba dać mu szansę... A swoją drogą dowiedzieć się, w jakim naprawdę celu chce do nas dołącz... – urwała. Na śniegu przed nimi widniały odciski czyichś stóp. Obcy musiał wędrować od strony Królewca. Ślady przecinały trakt i biegły dalej, w nieznane. - Był sam. Zmęczony, albo… i ranny? – Miejscami śnieg znaczyły plamki krwi. Nefryt i Markus spojrzeli po sobie. Zimą, kiedy życie stawało się ciężkie, należało sobie pomagać. A jeśli to zasadzka? – Pojadę przodem. Trzymaj się z boku, będziesz mnie ubezpieczał.
Mężczyzna płynnym ruchem zdjął z pleców łuk. Zboczyli z traktu. Musieli sprawdzić, co się stało. To nie była normalna sytuacja. Tutaj podróżni wiedzieli, że samotne zejście z traktu, w dodatku pieszo, oznacza śmierć. Jadąc, dokładnie analizowali ślady. Ktokolwiek tędy szedł, słabł w przeciągu kolejnych minut. Widać było, że każdy krok stawiał wolniej, bardziej zapadając się w kopny śnieg.
Nefryt wysunęła się na prowadzenie. Kiedy zobaczyła leżącego w śniegu mężczyznę, zeskoczyła konia. Ostatnie kilka metrów pokonała pieszo. Rozejrzała się. To chyba nie była pułapka. Przyklęknęła przy nieznajomym. Ubrany był w bogaty, ale zupełnie nieprzystosowany do panującej temperatury strój. Ofiara napadu? Możliwe. Przynajmniej tyle, że nie Wirgińczyk. Przekręciła go na plecy. Jego skóra była zimna, jak u trupa, ale to jeszcze o niczym nie świadczyło. Położyła dłoń na jego piersi, w miejscu, w którym powinno bić serce. Nie biło. Stracili tylko czas. Dopiero teraz spojrzała na twarz obcego. Te dziwaczne rysy twarzy, kształt oczu… ona je znała. Kiedyś, dawno, dawno temu. To niemożliwe. Niemożliwe. Jej uwagę przyciągnęły usta mężczyzny. Wydobywała się spomiędzy nich słaba mgiełka oddechu.
- Markus! – krzyknęła. Odpięła z ramion płaszcz i okryła nim nieprzytomnego. Trzeba go natychmiast zawieźć do obozowiska, do ciepła. Inaczej nie przeżyje.
Na ramieniu, blisko obojczyka, miał paskudną ranę. Postrzał z łuku? Nie, gorzej. Z kuszy. Wyglądało, jakby przypadkowo wyszarpnął sobie z ciała grot, dodatkowo powiększając otwór. Krwi było zaskakująco mało.
- Wokół bezpiecznie – Markus, jak zwykle, pojawił się obok cicho jak duch. Nie musiała mu niczego tłumaczyć, sam zrozumiał. – Mróz ściął ranę. Kiedy się ogrzeje, krew poleci ciurkiem. Najpierw trzeba go opatrzyć.
Piękną, ale przemoczona i do niczego się już nie nadającą koszulę rozdarła jednym wprawnym ruchem. W ruch poszły paski płótna.
- Do niczego. Tu szyć trzeba – sapnęła.
- Niby czym? Postrzał był z kuszy, czyli kość ma pewnie strzaskaną. Najpierw trzeba to poskładać. Na razie musi wystarczyć.
Chwilę później wieźli rannego do obozowiska, czekającego na nich na skraju lasu. Czekającego? Nefryt przygryzła wargę. Jeśli Hulier się zwinął…
- W grubą rzyć z tym. – Nie dbała o to, czy powiedziała to na głos.

Nefryt pisze...

Część III (i ostatnia)

***
Obozowisko stało na miejscu. Karłowaty, szczapowaty Hulier doglądał ognia, siedząc na jednym z pakunków. Dwa namioty z grubego, nawoskowanego płótna wydawały się nienaruszone.
Ułożyli rannego w namiocie Nefryt. Był mniejszy, ale za to bardziej szczelny.
- Zagrzej wodę – poleciła herszt Markusowi. Ignorując występujący na jej policzki rumieniec, rozebrała nieprzytomnego mężczyznę do bielizny. Mokre ubranie go wyziębiało. Przykryła go skórami, wszystkimi, jakie miała w namiocie. Odsłonięte zostawiła tylko ranne ramię. Do namiotu wetknął głowę Hulier.
- Pokaż tę ranę. Znam parę technik z Quingheny. Jak mi pomożesz, może będę umiał go poskładać.
Keronijka spojrzała na niego zaskoczona.
– Markus mi powiedział – burknął. Przyniósł ze sobą zagotowaną wodę, jakieś ścierki, antałek mocnego, ale podłego w smaku wina.
- Umyj ręce w winie. Ranę też polej. - Zrobiła, co kazał. - Przytrzymaj brzegi. – Przyglądał się przez chwilę. – Szczęściarz, kość jest tylko pęknięta. – Wyłowił z wrzątku wrzuconą doń wcześniej igłę. Podał jej wraz z jedwabną nicią. Skąd to miał? Nieważne. – Szyj. Najpierw mięsień. Niezbyt gęsto. Teraz skórę. – Hulier pokazywał jej gdzie, nie dotykając niczego. Kikut jego drugiej ręki wisiał bezużytecznie u boku.
Rana zaczęła obficie krwawić. Palce Nefryt lśniły czerwienią mokrej posoki. Zszyła. Trzęsły jej się ręce, ale udało się. Raz jeszcze polała winem. Umyła dłonie we wciąż jeszcze ciepłej, ale już nie gorącej wodzie. Hulier wyślizgnął się z namiotu bez słowa. Jego rola już się skończyła. Teraz rannego trzeba było tylko ogrzać. Herszt dotknęła jego ciała. Dalej zbyt zimny. Cholera. Mężczyzna oddychał bardzo słabo. Te skóry to za mało, zdała sobie sprawę. To nic nie da. On umrze..
Raz jeszcze dotknęła jego piersi. Jak to możliwe, że żyje, że oddycha, skoro nie bije jego serce? Wspomnienie z przeszłości uderzyło w nią z siłą zdolną wydrzeć dech. Dziwny, filigranowy chłopiec. Wnętrze pałacu. On coś mówi. Ona rzuca mu się na szyję ze śmiechem. W dziecinnym wygłupie na chwilę opiera się o jego pierś, w której nie bije serce.
To niemożliwe.
A jeśli?
Zagryzła wargę. Zdjęła kolczugę. Zsunęła z siebie wszystko oprócz sięgającej do połowy ud koszuli. Przewróciła nieprzytomnego na bok i położyła się na posłaniu obok niego, przyciskając swoje, rozgrzane stresem i wędrówką plecy do jego kościstych, zmarzniętych łopatek. Starała się nie myśleć, że leży prawie naga obok obcego mężczyzny. Czuła jego oddech i to, jak jego skóra rozgrzewa się ciepłem jej ciała. Udawała, że nie czuje gorąca na własnej twarzy. Jeżeli ma rację, jeżeli jakimś porypanym zrządzeniem losu to naprawdę Ren Carivalu, nie może pozwolić mu umrzeć. Jest mu to winna, zwłaszcza po tym, jak rzekomym samobójstwem zerwała łączący ich kraje sojusz.

root pisze...

Tiamuuri uniosła brwi.
-Jeśli naprawdę był magiem, to nieźle się maskował -wyrwało jej się -Zupełnie nie dało się tego poznać. W sumie gdyby się przyznał, mógłby się nam trochę przysłużyć...
Urwała, czując na sobie pełne napięcia spojrzenia Savardi i Salimira. Z westchnieniem machnęła ręką.
-To tylko żart, dobra? Nie potrzeba nam czarnej magii i dobrze o tym wiem.
Podejrzewała, że z nich wszystkich to właśnie ona czuła największą awersję do ciemnej sztuki jako do wypaczania rzeczywistości i kalania doskonałej harmonii życia.
Znów spoglądała na Sorchę.
-Po prostu czasami w oddziale przydałby się ktoś władający mocą -wyjaśniła -A okraść królową... Cóż, swoją drogą wymaga to sporej odwagi. Z tego co słyszałam, królowa sama jest magiem, wyjątkowo potężnym. Nie każdy ośmieliłby się zaryzykować.
Przez chwilę w zamyśleniu wpatrywała się w ogień. Próbowała ocenić szanse na znalezienie w obozie jakiejkolwiek wskazówki. Obecnie nie przychodziło jej do głowy nic, cała sprawa była wielką niewiadomą.
-O jakim właściwie przedmiocie mówimy? -spytała w końcu. Może chociaż ta informacja dałaby im punkt zaczepienia. Gdyby ten obiekt sam w sobie mógł pozostawić jakiś ślad...

Karou pisze...

- Spokojnie umiem dbać o swoje życie. Chyba świadczę o tym sama. Jaka kobieta samotnie przemierzałaby świat zadając się z niewłaściwymi ludźmi? Taką masz przed sobą. Wciąż żyje. A moja tułaczka po świecie trwa już długo. Umiem zadbać o swoje życie. To jedyne o co się troszczę no może prócz pieniędzy. - uśmiechnęła się zalotnie i odgarnęła włosy do tyłu. - Poza tym może tutaj będzie całkiem zabawnie. Może kogoś uwiodę... Tak zdecydowanie będzie zabawne. - uśmiechnęła się jeszcze szerzej. - Oczywiście mam nadzieję że nikt wiecznie za mną chodzić nie będzie... Ci twoi drętwi strażnicy na przykład. Są tacy dołujący.
- No i teraz mój książę zyskujesz na uroku... Powinieneś więcej robić takich min. Więcej z jakąś emocją a nie jak porcelanowa lalka. Ale kim że ja jestem żeby pouczać arystokratów. Dobrze. Pokażcie mi tą kobietę i uwolnijcie. Muszę się napić. - wstała i zrobiła celowo śmiesznie niepoprawny ukłon i ruszyła do drzwi. - Ale bez pilnujących mnie strażników co?

Paeonia
[Przepraszam za długość może ruszymy już z czymś innym? ]

Nefryt pisze...

[Oj, przestań ;) Było dobre. I teraz też jest. Wprowadziłam kilka postaci, to mi łatwiej. Resztą, dla mnie długość nie ma większego znaczenia. Może być krótko, może być długo, grunt, żeby ciekawiło, a twoje teksty ten warunek spełniają :D.
I dziękuję za komplement! Nie sądziłam, że tak ci się spodoba.]

Cichy, niewyraźny jęk. Jakby słowo. Nie zrozumiała. To nie był jej język. Omal nie zaklęła. Nie pomyślała o tym. Ciekawe, czy ten mężczyzna zna chociaż keronijski. Albo mowę wspólną… albo chociaż wirgiński. Jeśli nie, mają problem. Możliwe, że Hulier potrafi po Quingheńsku, ale… Cholera. Kiedyś mogła się uczyć, to jej się nie chciało, a teraz…
Domyśliła się, że go boli. Trudno, żeby nie. Pamiętała, jak bolą odmrożone, rozgrzewające się dłonie. Jego stan był o wiele poważniejszy. I jeszcze ta rana.
- Obudziłeś się – odezwała się na próbę w swojej ojczystej mowie. – Rozumiesz, co mówię? – W jej głosie dało się słyszeć ulgę. Ocknął się. Będzie żył? Jeszcze nie wiadomo. Nie powinna się cieszyć, może się przecież okazać, że to wróg. Istniała opcja, że mimo iż zaledwie chwilę temu ogrzewała go własnym ciałem, będzie musiała go zabić albo wydać takie polecenie komuś innemu.
Wysunęła się spod okrycia. Starczy tego dobrego. Z kamienną twarzą zaczęła wciągać spodnie. Mimo, że miała na sobie luźną, lnianą koszulę, pod materiałem wyraźnie rysował się krągły, napięty brzuch kobiety noszącej w swym łonie dziecko.
- Nie ruszaj się. Zszyłam twoją ranę, ale i tak masz pękniętą kość. Będzie to trzeba usztywnić. Podróżowałeś sam? – Nie patrzyła na niego. Szukała czegoś w kupce, na którą rzuciła kolczugę i wierzchnie okrycie. W końcu znalazła niewielki, płócienny woreczek. Wyjęła z niego jeden wąski, zasuszony, podłużny liść. Zawahała się. Qete. Jeszcze jedno paskudztwo z Wirgini. Paskudny narkotyk odbierający ludziom wolę, w małych ilościach jednak tłumił ból jak mało co. Nosiła to przy sobie tylko dlatego, że nie znała nic skuteczniejszego. Przełamała listek. Jedną połowę podała rannemu, drugą schowała z powrotem.
- Włóż pod język i przeżuj. Złagodzi ból.
Uklękła naprzeciw niego tak, by mógł ją widzieć. Dopiero teraz przyjrzała się jego twarzy. Kiedy ich spojrzenia się spotkały, zauważyła, że mężczyzna ma czerwone tęczówki. I znów. Wspomnienie. Niechciane. Tak dalekie, że jakby należące do kogoś innego. Bal maskowy w Królewcu. Błyszczące klejnoty, stroje z jedwabiu i aksamitu. Dźwięk lutni… Słowa.
Jak deszcze wśród gór przeminęły,
Jak wiatr pośród łąk się rozwiały.
Dni nasze za wzgórza dalekie
W zachodu cienie zapadły.

Słyszana dawno temu pieśń na nowo odżyła w jej pamięci. Niemal poczuła pod łokciami zimną powierzchnię balustrady balkonu, z którego obserwowała wtedy tańczących. Nie schodziła na dół. Miała ubłoconą suknię, potargane włosy… Matka nie mogła tego zobaczyć. Dostałaby zawału, gdyby się dowiedziała, że Eleonora nie tylko wymknęła się całkiem sama do miasta, ale jeszcze bardzo aktywnie uczestniczyła w bitwie na błoto między dzieciakami z ulicy farbiarzy. Chciała wycofać się chyłkiem z balkonu, ale ktoś stał w drzwiach. Jeden z gości. Ten młody talling. Cofnęła się, rumieniąc się jak piwonia.
- Nie tańczysz? – zapytała, prezentując w szerokim, szczerym uśmiechu niechcący rozciętą górną wargę.

Spuściła wzrok. Było, minęło. Jakie to ma teraz znaczenie?

root pisze...

Drzewna w zamyśleniu pocierała podbródek. Istniały szanse, że jakiś ślad będzie dla niej wykrywalny? Nie szkodziło spróbować...
-Jeśli nie masz nic przeciwko, możemy zacząć się rozglądać już zaraz -powiedziała. Odruchowo zerknęła na niebo, które zaczynało szarzeć. Zmierzch miał zapaść juz niedługo.
-Jutro rano weźmiemy się do roboty na dobre.
Jak dotąd, ani ona ani Rysa nie wypiły za dużo. Nie tyle, żeby coś poczuć.
Savardi wstała z miejsca i podeszła do gościa.
-Przygotuję ci miejsce do spania -wyjaśniła -I nie przyjmuję odmowy. Nie puścimy cię samej w nocy na tym pustkowiu, niedaleko szlaku i granicy z Wirginią.
Tiamuuri przewróciła oczami, chociaż właściwie bardzo lubiła u Savardi tę troskliwość. Przysunęła się bliżej do Sorchy.
-Chcesz rzucić okiem na obóz? -spytała.

Nefryt pisze...

[Nawet jakbyś napisała coś odwrotnego, to by się pewnie nic nie stało, najwyżej musiałabym sprostować xD Swoją drogą, jesteś chyba pierwszą autorką, która dostaje to napisane wprost. Ren pytający, kto jest ojcem? Hm. Chyba powinnam go ostrzec… ale nie, nie będę mu ułatwiać sprawy :P
Nie mam nic przeciwko retrospekcji ;) Nie wiem, czy chcesz ją ciągnąć jeszcze dalej, czy urwać w tym momencie, i np. dawać fragmenty różnych scen w czasie wątku, jako wspomnienia. Także odpisz, jak ci wygodnie.]


- Ja też nie – przyznała, nieco się rozluźniając. W pierwszej chwili myślała, że potraktuje ją z góry, z naganą. Wyglądała jak pierwsze z brzegu czupiradło, a przecież podczas wizyty gości miała robić dobre wrażenie, być ładna, mądra, grzeczna, ułożona, dumna… Być księżniczką w pełnej krasie.
- Jestem Nora. To znaczy, Eleonora Marvolo. Ale mów mi Nora.- Posłała mu uśmiech, trochę niepewny, bo nie wiedziała, czego się po nim spodziewać ani o czym rozmawiać. Ciekawiło ją mnóstwo rzeczy – jak zawsze, gdy widziała kogoś egzotycznego, kogoś z dalekich krain, o których mogła zaledwie przeczytać w księgach albo usłyszeć opowieść. Problem polegał na tym, że za zbytnią gadatliwość karciły ją już nie tylko dwórki i starsze siostry, ale od niedawna także i królowa matka. Naprawdę, nie chciała znowu sprawić zawodu. Spuściła wzrok, zaczepiając nim o czubki wystających spod zielonej sukni ciżemek, z których właśnie odkleiła się porcyjka błota. Księżniczka przygryzła dolną wargę, jak zawsze, kiedy czuła się zmieszana.
- Podoba ci się w Keronii? – zapytała. – Wyglądasz tutaj tak… egzotycznie! – w jej głosie pobrzmiewał zachwyt. Ciekawiło ją wszystko, co nietuzinkowe, inne, niezależnie od tego, czy chodziło o orientalny strój, czy życie ludzi poza zamkiem.

Nefryt pisze...

[Cz. 1:]

- Po prostu: Noro – sprostowała, patrząc wprost w jego oczy. Śmiało, gniewnie. Zacisnęła usta w wąską kreskę. Księżniczko. Znów. Księżniczko to, księżniczko tamto. Nigdy normalnie. Nigdy ciepło jak do córki. Nigdy naturalnie, jak do towarzyszki zabaw. Ciągle tylko „księżniczko”, „pani”, „Wasza Wysokość” . Nie chodziło o sam fakt, a o mur, jaki oddzielał ją przez to od większości ludzi. Marzyła o tym, żeby ktoś potraktował ją normalnie. Żeby mogła w jego towarzystwie piszczeć i śmiać się w głos zamiast dyskretnie chichotać; biegać, drzeć się, bawić jak te dzieci, które widziała w mieście. Były biedne, obdarte i niekiedy musiały pracować na równi z dorosłymi, ale przynajmniej nikt nie odbierał im możliwości wyrażania emocji.
Księżniczko. Nie wytrzymała.
– Jesteś mi równy stanem czy nie?! To mów do mnie jak człowiek! Nienawidzę tego tytułu, rozumiesz? Nienawidzę! Chociaż ty mnie tak nie nazywaj! Chociaż ty – złość zaczęła ustępować, ramiona opadły. „Nakrzyczałam na gościa”, uświadomiła sobie. „Nawrzeszczałam na dziedzica sojuszniczego państwa, a po tym balu tata miał rozmawiać z nimi o jakimś sojuszu. Jeżeli Ren na mnie naskarży… Wszystko zepsułam”. Miała ochotę wyć. „Znowu wszystko zepsułam”.
Zauważyła wystraszone spojrzenie księcia. Chwilę potem biegli już korytarzem. Szarpnęła Rena za ramię.
- Czekaj, tędy – sapnęła. Szarpnęła wiszący na ścianie gobelin, odsłaniając sekretne przejście. Echo niosło rozproszony odgłos kroków na prowadzących na korytarz schodach.
- Co oni cię tak pilnują? – zapytała ledwie dosłyszalnym szeptem, kiedy znaleźli się w środku, a gobelin opadł na swoje miejsce, odgradzając ich od pogoni i wygłuszając większość dźwięków.


***
Delikatnie położyła dłoń na jego czole. Było rozpalone. Przygryzła dolną wargę. W ranę wdawało się zakażenie? Nie, nawet jeśli, to jeszcze za wcześnie na objawy.
Okup? W pierwszej chwili na jej twarzy odmalowało się zaskoczenie. Okup? Dlaczego? Chyba, że to taka wielkopańska maniera. Dam wam jałmużnę, dobrzy ludzie, tylko zróbcie przy mnie co trzeba i nie obrabujcie.
- Twoje bogactwo ogranicza się dla nas do tego, co masz przy sobie – stwierdziła spokojnie. – Twoja biżuteria, ta z kamieniami szlachetnymi, leży tam – machnęła ręką w stronę porzuconego przy ściance namiotu woreczka. – Ciuchy, nie powiem, na targu można by za nie sporo wziąć, ale nikt z moich ludzi nie może się teraz pokazać w mieście. Z resztą z koszuli nic nie będzie, cała ubabrana krwią. Buty też do kitu, do szczętu przemoczone. To już ja mam lepsze. – Wzruszyła ramionami. Nie trudno było zauważyć, że jej obuwie nie należy do lśniących nowością. Przyszarzała, nieco wytarta na czubkach skóra z przyszytą doń podeszwą, która, sądząc z ilości szwów, od jakiegoś czasu lubiła odpadać ze starości. Ale mimo wszystko, buty były ciepłe i suche, a to liczyło się zimą. – A co do złota, które masz w domu… Nie obraź się, każdy napadnięty tak mówi – westchnęła. – Także to tyle w kwestii okupu.
Chyba, że jednak… to jego: „czego chcecie”. Jeżeli ktoś faktycznie go napadł… a na to wskazywał postrzał z kuszy… Ciężka sprawa. Nie zaufa im.

Nefryt pisze...

[Cz. 2:]

Podniosła się i wyszła z namiotu, okrywszy się futrem. Podeszła do ogniska. Markus widocznie udał się na zwiad, bo Hulier siedział sam. Opierał na udzie niewielki kawałek drewna. Podtrzymywał go kikutem lewej reki. W prawej trzymał niewielki kozik. Rzeźbił. Szło mu to nadzwyczaj sprawnie. Spokojnym ruchem wbił nożyk w śnieg, potem zdjął z kolan niedokończoną figurkę i położył ją tuż obok.
- Ocknął się? – zapytał, podnosząc na nią wzrok.
- Tak. – Zerknęła na zawieszony nad ogniskiem kociołek, z którego unosił się smakowity zapach gęstej zupy. – Starczy na czwartą porcję?
- Pewnie. – Hulier podał jej wystruganą w drewnie miskę i toporną łyżkę. Potrzymała, a on nalał zupy. - Wnioskuję, że skoro chcesz karmić naszego gościa, jest przydatny?
- Jeszcze nie wiem. – Kiedy wziął miskę dla siebie, odruchowo chciała mu pomóc, ale tylko pokręcił głową. Przycisnął do siebie miskę kikutem ręki, po czym chochlą nalał zupy. Nie upuścił naczynia. Nawet rękawa sobie nie ubrudził.
- Kim on jest? Wygląda na bogatego – zapytał, upijając łyk wprost z miski. Straszliwie siorbał. Starała się to ignorować.
- Prawdopodobnie jest – mruknęła. – Obawiam się, że wpadł w jakieś poważne kłopoty. I… możliwe, że my razem z nim. Nie kładź się spać, póki nie wróci Markus. Lepiej trzymać teraz wartę. Później cię zmienię.
Wróciła do namiotu, przynosząc miskę zupy. Odstawiła naczynie, żeby jedzenie trochę ostygło. Przyniosła z dworu odrobinę śniegu i roztopiła go mocząc w rozpuszczonej wodzie szmatkę. Znów uklękła przy rannym. Położyła mu okład na czole. Uważając, by nie urazić go w ranny bok, pomogła mu usiąść i podtrzymała.
- Dasz radę sam zjeść? – Podała mu miskę. – Nie bój się, nie jest zatrute.
Przypomniała sobie, o co zapytał na początku. „Czego ode mnie chcecie”. Niczego nie pamiętał? Czy nie rozumiał? Raczej to drugie.
- Znaleźliśmy cię rannego w śniegu. Byłeś nieprzytomny. Zamarzałeś. Ktoś cię wcześniej napadł, prawda? Uciekałeś… Przed kim? – spojrzała na niego badawczo. Miał węższą, bardziej męską twarz, niż chłopiec, którego zapamiętała. Dłuższe włosy… inny głos, dojrzalszy. Ile lat miałby teraz Ren Carivalu? Zakładając, że przeżył zmianę panującej dynastii. A jeśli nawet… Czy mogła uznać go za przyjaciela albo chociaż sojusznika? Jeżeli jego dwór zawarł przymierze z nową królową, była teraz dla niego pospolitą rozbójniczką. Prawo nakazywało takich chwytać i oddawać w ręce straży.
- Jak… - zawahała się. Jaki to ma sens, wiedzieć? – Jak się nazywasz?

root pisze...

Tiamuuri wstała, przeciągając się przy tym. Siedzący wokół ognia przesunęli się, nieznacznie zmieniając miejsca. Na trawie zatańczył cień, kiedy Drzewna wychodziła z pomarańczowego kręgu światła dawanego przez ogień.
Kierowała się tam, gdzie stały namioty i proste szałasy stawiane z gałęzi. Tam też trzymali swoje rzeczy, torby i skrzynie z prowiantem, nieco dalej co jakiś czas pojawiały się wozy z zaopatrzeniem. Ziemia była stratowana od butów nieustannie przechodzących tędy ludzi i końskich kopyt.
Dziewczyna zmarszczyła czoło. Gdzie dokładnie sypiał ten elf podczas krótkiego pobytu w obozie? W szałasie? Jeśli tak, czy on tutaj nadal stał? W końcu drewno w każdej formie było w obozie wykorzystywane wielokrotnie, a na koniec najczęściej kończyło jako opał.
Przyglądała się uważnie ziemi. Zapadający mrok nie robił większej różnicy, tam gdzie inni mieliby już mały problem z dostrzeżeniem szczegółów, Tiamuuri widziała równie dobrze jak w pełnym dziennym świetle.
-Chodź -powiedziała zachęcającym tonem do Sorchy.

Karou pisze...

- Ale jest impreza! To całkiem niesprawiedliwe! - chciała nawet tupnąć nogą jak małe dziecko jednak na szczęście się od tego powstrzymała. Przy okazji nie dając gorszego świadectwa o sobie. A tak liczyła na możliwość szybkiego zarobku i wypicia większej ilości tego napoju. Był naprawdę bardzo pyszny.
- Problem w tym mój książę że ja nie mam domu. Moje życie to jedna wielka tułaczka. Dziś mogę być tu a jutro na drugim kontynencie. Łapcie mnie póki możecie! - uśmiechnęła się całkiem wesoło. - Będę czekać. Dotrzymuje słowa więc nie prysnę jak bańka mydlana. Nie teraz. Później. Poza tym jak mniemam będę obserwowana. - przewróciła oczyma, Nie lubiła kiedy ktoś śledził jej każdy krok. Nie lubiła niewiadomych. Dlatego tak strasznie się męczyła przy rozgryzaniu zagadki od swej matki. Była trochę hipokrytą bo sama starała się być tajemnicza i nieodgadniona a u innych strasznie ją to drażniło. Niby ktoś jest ale go nie ma bo zachowuje się zupełnie jak cień.
- Dobrej nocy. - rzuciła tylko na pożegnanie. Odprowadzana przez strażników bezpiecznie trafiła do swojej tymczasowej kwatery.

Kolejne parę dni spędziła na pakowaniu swoich rzeczy przecież niedługo miała zmienić miejsce pobytu a jej majątek może nie wyglądał na jakiś duży ale wymagał dobrego pakowania. Niektóre ze stroi czy rzeczy trzeba było zabezpieczyć by przypadkiem w podróży się nie uszkodziły. Było coś koło południa kiedy ktoś zapukał do drzwi jej pokoju. Ubrana była normalnie w prostą zieloną suknie włosy miała związane w warkocz i wyglądała jak prosta dziewczyna. Taka jaką była kiedyś.
Otworzyła drzwi i wpuściła "posłańca" do swojego mieszkania.
- Oczekuje szczegółów. - rzuciła mu na wstępie nie siadając tylko stojąc nad nim całkiem ponuro. Miała nadzieje że nie będzie aż tak nudno i źle.

Paeonia

Silva pisze...

[Em... Czy ja ci odpisałam? -.-]

Silva pisze...

- Możemy spróbować - najemnik wskazał na swoje nogi.
Krasnolud nie był do końca pewny, ale ostatecznie machnął ręką, by osiłek stojący obok, przeciął krępujące mężczyznę więzy. - Chodź, porozmawiamy - ale dłoni mu nie uwolniono i wciąż traktowano go jak potencjalne zagrożenie. Nawet wtedy, jak zamknęły się za nimi drzwi, a elfka tak po prostu została sama.

~~
Skrzypnęły drzwi do komórki, w której siedziała Sorcha. Była związana mocniej, podwójną liną, by nie próbowała już uciec. Nie była w najlepszej sytuacji, a ona mała się jeszcze pogorszyć.
- Człowiek cię wystawił, elfeczko - nie był to głos krasnoluda, a mężczyzny, który pierwszy zjawił się w dusznej, zakurzonej szopce. Wyraźnie był zadowolony z tego, co jej mówił. Cieszył się z nieszczęścia dziewczyny. - Mały czarodziej go wypuścił. Wiesz, co powiedział? - zadał jej pytanie, ale nawet nie dał czasu na odpowiedź, jakąkolwiek, zważywszy na knebel w ustach - Że ty masz kamień, dziecinko. Że nie oddałaś go nikomu. A on se poszedł. A ty zostałaś z nami - jego śmiech brzmiał jeszcze przez długą chwilę po tym, jak zatrzasnął za sobą drzwi.

[Ja to już od trzech lat nie studiuje i proszę się upominać, bo czasami mam sklerozę :D
Od razu uprzedzam, to nie koniec, Dar powróci w następnym moim odpisie, po Sorchę, ale ciiiii, elfka o tym nie wie xD]

Silva pisze...

I.
Ale nic nie było takie, jak się wydawało. Fortuna okazała się prawdziwą dziwką, pieprząc wszystkich dookoła, nie dając nikomu nic pewnego, bawiąc się życiem i grając na nosie swojemu ojcu Losowi. Wszystko się przez nią pochrzaniło, a prawda była taka, że zapowiadało się jeszcze gorzej.
Krasnolud, którego zwano Rhezusem, zamknął za sobą drzwi. Elfia dziewczyna nie chciała im nic powiedzieć. Nawet tortury nie wyciągnęły z tej cholernej suki choćby słówka. Była uparta i trzymała język za zębami. Krasnolud miał ochotę wyrwać go jej z gardła. Musiał mieć kamień, Rurik tego chciał, a on miał zamiar sprawić mu przyjemność i usłyszeć z jego świętych ust dobre słowo. Nie będzie mu w tym przeszkadzać byle jaka, elfia smarkula, co się zasłania uporem i lojalnością. Niech ją bagienne demony pochłoną.
Krasnolud potarł skronie; zaczęła go od tego wszystkiego boleć głowa. Niech Loy zajmie się małym szczylem, a on pójdzie porozmawiać z kimś inny. Skoro gówniarz milczy, nadszedł czas, aby przepytać kogoś jeszcze.
Rhezus zatrzymał się na korytarzu oświetlanym mdłym światłem zakurzonych lamp. Przysłuchiwał się chwilę dźwiękom dobiegającym zza drzwi, ale kiedy nic nie usłyszał, wszedł do środka.
- Dlaczego on nie kwiczy? - w głosie krasnoluda zabrzmiało niezadowolenie. Ten dzień bardziej spierdolony już być nie mógł. Bogowie się od niego odwrócili. Fortuna, choć składał jej ofiary, nie sprzyjała mu.
- Szefie, zemdlał. To po co bić?
- Od czego macie kubeł z wodą? - drzwi zamknęły się za nim z trzaskiem - Cackacie się z nim jak z dzieckiem. Wszystkiego muszę was uczyć?
- Szefie…
- Wypieprzać stąd. Wszyscy! - Rhezus stracił cierpliwość. Dwaj mężczyźni wymknęli się z pokoiku, a krasnolud spojrzał przed siebie.
Blask starej, zakurzonej lampy migotał, odbijając się w zebranej w zagłębieniu krwi. Podłoga była nierówna, wypaczona od kapiącej z góry wody; gdzieniegdzie popękana, gdzieniegdzie wybrzuszona, niektóre deski przegniły. W kiedyś białym, teraz burym i łuszczącym się suficie, ktoś zamocował hak, na którym zawisły brudne, rdzewiejące łańcuchy; kajdany zatrzaśnięte na ludzkich nadgarstkach. Mężczyzna wisiał, ręce miał uniesione do góry, związane razem nad głową, naprężone, a jego stopy nie dotykały podłogi. Wisiał nie mając oparcia, nie mogąc wesprzeć się rękoma; ciężar własnego ciała i obciążniki zawiązane na jego kostkach, ciągnęły go w dół.
Na sobie miał coś, co kiedyś mogło być lnianą koszulą. Teraz podarty materiał ledwo przypominał ubranie; przesiąknięty krwią i potem, z rozerwanymi rękawami, lepił się do ciała. O wiele lepiej wyglądały spodnie, choć mokre, były niemal całe.
Pod strzępami koszuli widać było gołe ciało. Plecy znaczyły miejsca przypalonej skóry; czerwone, opuchnięte, z żółtawymi strupami i bąblami od ognia, gdzieniegdzie czarne. Na ziemi leżało żelazne urządzenie, przypominające śrubę z otworami, służące do miażdżenia palców; wiszący mężczyzna miał ściągnięte buciory, a kilka palców u lewej nogi wykrzywionych. Nad jego głową, na drugim haku, wisiało dziurawe wiadro; przesz szparę metodycznie, powoli, nieprzerwanie kapała oleista, mętna substancja. Wyciąg z tojadu, trującej rośliny, zostawiający w miejscu kapnięcia swędzące zaczerwienienie. W zębach tkwił knebel z brudnej szmaty.
W świetle lampy dało się dostrzec twarz. Twarz Brzeszczota.

Silva pisze...

II.
- Chciałeś mnie wykiwać - krasnolud podszedł do nieprzytomnego najemnika; uśmiechał się paskudnie - Mnie, najwierniejszego powiernika Rurika! - krzyknął, wbijając mu w bok drewnianą laskę - Wiesz? Elfka myśli, że ją zostawiłeś. Loy umie być przekonywujący. I że ją pogrążyłeś! Torturowana przeklina ciebie! Tyle ci przyszło z ratowania jej dupy, rycerzyku - na chwilę zamilkł, zbierając myśli - Dobrze. Może ty mi zdradzisz, gdzie jest kamień, ludzki szczeniaku.

~~
Księżyc już od dawna świecił na zachmurzonym niebie. Nocy ubywało, mrok za jakąś chwilę zacznie się rozjaśniać na wschodzie. Wiatr szumiał w koronach drzew, a pijackie pokrzykiwania w końcu umilkły; gdzieniegdzie słychać było miauczące koty i szczekające psy.
- Jesteś pewny tego miejsca?
- Alf jest pewny. To sprawdzony informator.
Dwaj mężczyźni z kapturami na głowach, stali po przeciwnej stronie kanału; po drugiej stronie, tej gorszej części Królewca, wznosiły się slamsy i domy biedoty. Bliżej lustra wody stała stara rybacka chata z pomostem dla łódek. Ciche, zapomniane miejsce.
- Dobrze. Zobaczymy.

Silva pisze...

[Czytasz mi trochę w myślach. Też pomyślałam o Kirku i zaraz Ci dam możliwość wprowadzenia go :) Mam nadzieję, że nie gniewasz się też o to małe kłamstewko: Dar po prostu nie zostawiłby Sorchy, więc krasnolud musiał nakłamać elfce, żeby ją podpuścić. I już za chwilkę odpiszę ci]

Silva pisze...

[Łoki :D I chciałam ci dać trochę czasu na reakcję :D]

I.
- Jesteś tego pewny?
- Kurwa, ile jeszcze razy będziesz mnie o to pytał, Milczek? - mężczyzna był zdenerwowany. Był wysokim elfem o szarych oczach, czerwonych włosach i poważnej twarzy. Przypominał trochę złodzieja przez swój ubiór, ale on zbierał dla Crevanów informacje; kiedyś działał dla Iveliosa, teraz pomagał jego wnukowi. Umiał szybko i sprawnie się przemieszczać, wystarczyło, że odwrócił się bokiem i już był w Wirginii, czy gdziekolwiek indziej, o ile wcześniej widział to miejsce.
- Taran, miałeś się dogadać z Kirkiem - drugi też nie był oazą spokoju - Informator był od niego. Nie możemy tego spieprzyć.
- Milczek, ja cię proszę… Tam jest głowa elfiego rodu. Cholerny hyvan, wiesz co to oznacza? To dla nas tak, jak porwanie króla dla elfów - Taran oczywiście przesadził z porównaniem, ale sprawa dla rodu była poważna. Finarthil miał być w Królewcu tylko przejazdem, potem miał wracać do Irandal, ale ślad po nim zaginął. Jego koń stoi pod lofarową karczmą, a szanownej głowy rodu nigdzie nie ma! Potem zaniepokojone kilkudniową nieobecnością tego zapchlonego najemnika elfy, dowiadują się, że istnieje możliwość porwania. I co robią? Taran idź sprawdzić. I Taran sprawdził, a to, czego się dowiedział, wcale mu się nie spodobało. Szczęście, że w stolicy był Milczek.
- Dla twojej informacji, tam jest mój druh, z którym nie jeden łeb rozwaliłem i ja go pierwszy poznałem - mówił to wysoki mężczyzna o ostrych rysach twarzy, orlim nosie i ciemnych oczach, spoglądających na świat spod równie ciemnych rzęs; rudą brodę splecioną miał w warkocz, a głowę ogoloną; za prawym uchem wił się tatuaż przedstawiający węża. Wyglądał na jakieś trzydzieści kilka lat; bruzdy na twarzy, blizny na rękach - widać, że człowiek ten nie boi się wysiłku i pracy. Głupi jest ten, kto uzna go za wieśniaka, bowiem w jego postawie, w otaczającej go aurze i hardym spojrzeniu widać było dyscyplinę i pewność, która cechowała wojowników. Wyglądał jakby przebył długą drogę, miał kurz na butach i ramionach, a pot zrosił mu czoło. Sakwa przy pasie związana była rzemieniem, ale wymalowana na niej runa sugerowała, że zabezpieczała ją przed kradzieżą także magia. Przy boku miał pas z nożami do rzucania, a na plecach kuszę z kołczanem pełnym bełtów. Skórzany, nieco przybrudzony kaftan, krył w rękawach parę sztyletów. Nietutejszy, pewno nie obywatel Keronii, obcy. Milczek zwany też Rudobrodym. Dawny najemnik z bandy Charkota, najlepszy kusznik, można powiedzieć, że także mentor Darrusa. Za młodych lat, Brzeszczot był jednym z najemników Charkota; bandy znanej mniej lub bardziej, ale będącej w owych latach jedną z najlepszych. Niestety czas, los, śmierć i przypadek sprawiły, że gdy Brzeszczot ukończył dwadzieścia pięć lat, rozpadła się banda Charkota wraz z jego śmiercią. Ostatnimi weterani był Dar, Milczek, Burzan i sędziwy już Kostuch.
- Dobra, dobra. Wchodzimy tam, wyciągamy ich i spadamy. Yunnan i Nannuy czekają żeby ich w razie czego połatać.
- Kirk też. Na tą małą, pamiętasz?
- Przecież, do cholery, wiem! - Taran naprawdę nie miał dziś cierpliwości.
- Tylko zapytałem…

~~
- Ale, że jest tu mag, to się nie dowiedziałeś! - Milczek wypadł zza rogu korytarza, a zaraz za nim pomknęła błękitna kula, która uderzyła w ścianę, nie potrafiąc za nim skręcić. Oddychał szybko, na policzku miał rozcięcie nabiegłe krwią. Ruda broda zdawała się być ździebko nadpalona. W ręku trzymał nóż; kusza w tak wąskim korytarzu na nic mu była.
- Kundel Rurika, a nie mag - Taran faktycznie nie wiedział i był przez to zirytowany. - Zajmij go czymś - mruknął i odwrócił się bokiem, znikając.
- Taran! - ale jego towarzysz nie odpowiedział. - Świetnie - kolejna błękitna kula pomknęła w stronę ściany, ale nie uderzyła o nią; zatrzymała się, jakby szukając przeciwnika. Milczek patrzył na nią jak zahipnotyzowany - Świetnie, po prostu świetnie.

Silva pisze...

II.
- Gadasz do siebie? - Tarana nie było może z minutę, albo dwie; teraz stał za najemnikiem, ale podbite oko świadczyło o tym, że ktoś mu pięknie przywalił. - Jego ludzie już nie będą nam przeszkadzać. Został tylko on.
- Niby jak chcesz pokonać maga?
- Musi wleźć w pułapkę - Taran zapoznał się już z całym rybackim domkiem, więc mógł przemieszczać się po jego wnętrzu odwracając się bokiem. Nie mógł dostać się tylko do dwóch pomieszczeń. - Obluzowane deski. Wykąpiemy go.
- Lepiej poinformowani przodem…

~~
Z krasnoludem, który okazał się być magiem, nie poszło im tak łatwo. Jego ludzi obili i zostawili z rozkwaszonymi nosami, połamanymi żebrami i wybitymi zębami, ale mały karzeł za nic nie chciał zostawić ich w spokoju. Napędzała go jakaś dziwna, niezrozumiała siła, która kazała mu wyleźć z dziury, nawet jak wpadł do mulistego kanału. Pieprzony mag.
- Wiesz, gdzie oni są?
Zarówno Milczek, jak i Taran, nie mieli zamiaru czekać aż krasnolud znowu ich złapie. On i tak wiedział, po kogo tutaj przyszli. Musieli się śpieszyć.
- Idź po Dara, ja wezmę dzieciaka.

Silva pisze...

[Obojętnie, zostawiłam ci możliwość wyboru, który po nią pójdzie :) Wątek żyje własnym życiem, ale mi się to podoba ]

Rudobrody kopnięciem otworzył drzwi; zamek puścił, klamka odskoczyła. W brudnym, zapomnianym pokoiku odnalazł tego, którego szukał. Brzeszczot wisiał nad ziemią, skrępowany linami, nie dotykając stopami podłogi. Wyglądał okropnie. Poparzona skóra, wyłamane palce, blada twarz, wysypka. Obraz nieszczęścia i rozpaczy. Milczek zaklął, podchodząc bliżej; nie miał czasu, aby się przyglądać, a ranami hyvana zajmą się dwaj bracia bliźniaki.
- Że się kurka urządził, chłopie…
- On mnie urządził…
- O, ty gadasz… - Rudy nie spodziewał się, że najemnik mu odpowie. Właściwie sądził, że Dar jest nieprzytomny, pogrążony w błogiej nieświadomości.
- Języka mi nie ucięli - Brzeszczot mówił nieskładnie, trochę seplenił, plącząc słowa. - Mag… - chciał powiedzieć, że czytał mu w myślach, ale nie umiał tego zrobić. - W głowie… - opierał się krasnoludowi, kiedy ten przeglądał jego myśli, umiał to robić, chociaż trochę, ale to wciąż było grzebanie w głowie, która mu teraz pulsowała, bolała. Było mu niedobrze. Nie czuł rąk, ani nóg, zdrętwiałych i jakby obcych, nienależących do niego. Skóra paliła, rany szczypały. Był zdezorientowany, nie pamiętał, gdzie się znajdował i co się stało. Czas się zakręcił.
- Eh, ty to masz przygody. Uwaga, odetnę cię - Milczek chwycił mocniej nóż i podchodząc do najemnika, złapał go ostrożnie w pasie, chociaż i tak podrażnił rany, po czym unosząc go, przeciął liny. Ciężkie ciało Dara bezwładnie opadło, niemal przygniatając Rudego; ten sapnął przygnieciony i zgiął się w kolanach. - Możesz chodzić?
- Palce… - mruknął tylko, ledwie słyszalnie, z zamkniętymi oczami.
- Będziesz musiał dać radę, chłopie.
Jednak słowa Milczka już nie docierały do najemnika. Słyszał je, ale nie pojmował ich znaczenia. Brzęczały mu w uszach jak muchy.

~~
Zaskoczyli go. Taran nie zdążył odwrócić się bokiem, by zniknąć. Lina okazała się szybsza i oplotła jego nogi, przewracając na plecy; łupnął aż zadźwięczało. Szczęk wyjmowanych ostrzy otrzeźwił go szybciej niż lodowate powietrze, wpadające do środka przez otwarte okno.
- Jestem z wami! - wykrzyknął od razu, chociaż w ręce już trzymał nóż; cóż, lina powinna opleść także jego ręce, bo to one mogły stanowić zagrożenie, a wolał nie ryzykować i nie sprawdzać na sucho, czy ci mężczyźni to są dobrzy, czy raczej to posiłki przeciwnika. - Za nami idzie mag.
- Cholernie wkurzony mag… - to Milczek wpakował się do pomieszczenia, targając ze sobą bełkoczącego bez składu i ładu Dara. Podtrzymywał go ręką, otoczył ramieniem, bo inaczej by upadł. Jego czerwona łepetyna opadła, a rozdarta lniana koszula nieprzyjemnie kleiła się do ropy i krwi. - Trzeba stąd spieprzać - dodał, patrząc na leżącego Tarana, a potem na resztę. - Jak jesteście z nami to z drogi - teraz spojrzał na elfkę, oceniając jej kondycję - Mamy uzdrowiciela ze sobą.

Silva pisze...

[Żaden chaos, to jest uporządkowana, radosna twórczość ^^]

- Przysięgam, że cię zabiję!
Cóż takiego zrobił jej Brzeszczot, albo co zasugerował krasnolud, że dziewczyna pałała taką nienawiścią? W ogóle, dlaczego ich schwytali, po jaką cholerę? I co chcieli wyciągnąć z nich torturami? Taranowi nie podobały się myśli i skojarzenia, które przychodziły mu do głowy. Hyvan nie powinien narażać rodu, a ród nie mógł pozwolić, by porywano jego hyvana. Zamknięte koło. Sytuacja, którą należało wyjaśnić i rozwiązać, by nie pociągnęła się za Finarthilem aż do Doliny.
- Nie przejmujcie się nią. Bredzi. Wychodzicie oknem, czy szukacie innego wyjścia, bo ja wybieram okno i już mnie tu nie ma.
- Jeśli przytargacie ją do karczmy Lofara, bracia bliźniacy jej pomogą - Tarana bolała potylica od uderzenia w deski podłogi, ale cóż, nie żywił urazy. Sam pewnie zachowałby się podobnie. Wstał więc pomagając Milczkowi utrzymać to nieprzytomne cielsko najemnika. - To dobrzy uzdrowiciele, a tylko tak możemy jej pomóc.
- Pożar w zachodniej części domu!
Jeszcze tego im brakowało. Czas. Czas. Czas!
- Zrobicie, jak uważacie. My zabieramy to poturbowane mięso do Lofara - pożar odcinał im drogę ucieczki korytarzem, okno nie nadawało się do targania najemnika w tym stanie, więc Taran zrobił to, co umiał najlepiej: zniknął. Złapał najemników, obrócił się bokiem i już ich nie było.

~~
Yunnan i Nannuy, dwaj elfi bracia, mający ludzkiego ojca i długouchą matkę, siedzieli w karczmie krasnoluda Lofara; przybytek wciąż był zamknięty, nie było jego właściciela, ale klucze zdobyli już dawno temu. Rozgościli się, ulokowali Brzeszczota w jego starym pokoiku, który zajmował lata temu i zostawili go w rękach braci bliźniaków, którzy właśnie wrócili.
- Nastawiliśmy palce i zasklepiliśmy złamane żebro - obaj wyglądali tak samo, jak dwie krople wody. Długie, jasne włosy nosili splecione w warkocz, a kapelusze z piórkiem trzymali w dłoniach. Wyglądali na zmęczonych, więc Milczek postawił przed nimi kufle z pitnym miodem, najlepszym napitkiem Lofara. - Poparzenia, siniaki i stłuczenia muszą wygoić się same - bliźniacy zostawiali to, co mogło wyleczyć ciało, by samo się uleczyło. Resztą zajęli się najlepiej, jak umieli. - Pokaż wargę.
Milczek posłusznie odwrócił twarz w stronę Nana.
- Maść pomoże w wygojeniu - powiedział i z sakwy wyciągnął szklany pojemniczek z zielonkawą maścią.
- Gdzie Taran? Miał podbite oko - Yunnan rozejrzał się po pustej, trochę ciemnej sali karczmy, ale nigdzie nie dostrzegł czerwonowłosego elfa.
- Chciał coś sprawdzić.
- A dziewczyna? - jej również Yun nie widział.
- Bogowie wiedzą, czy się zjawi.

Silva pisze...

- Ciebie zwą Lofarem?
Krępy krasnolud odłożył paterę na bok, na niej ułożył złożoną w kostkę ściereczkę i sięgnął po kufel z ciemnym, spienionym piwem, upijając kilka łyków. Był kilka cali wyższy niż przedstawiciele jego rasy, ale tak jak jego bracia w kamieniu, nosił długą, ciemną brodę splecioną w warkocze, ozdobioną metalowymi spinkami. Nosił na sobie koszulę, grubszy kubraczek i wiecznie opadające portki, jak to mówią złośliwcy, by wykorzystać każdą okazję. Ręce miał zniszczone od pracy w kopalniach, a to na Wirgińskim Bucie, a to w Kopalniach Ruun; warzenie miodów, nalewek i wszelakich trunków też nie było lekkim zajęciem.
Krasnolud rozejrzał się po sali, sprawdzając czy wszystko jest w porządku i dopiero po tym przyjrzał się dziewczynie, która go zagadnęła. - Tak mnie nazwała matuchna, niech kamień lekki jej będzie. Czego szuka tak rozkoszne, młode elfiątko, w trzewiach Kurczaka?
Karczma rozbrzmiewała śmiechem, to okoliczny mieszkańcy, same postawne chłopy, co przy obróbce drewna pracują. Czasem któremuś się odbiło po tłustej kiełbasce z cebulką i skwarkami, czasem padły głośniejsze przekleństwa, jak to przy grze w kości czy karty. Gdzieś ktoś zanucił fałszując sprośną piosenkę, zaraz ktoś krzyknął, by ten ktoś się zamknął.

[Spoczko, zazwyczaj staram się zostawić dwie możliwości wyboru :D
Lubię Twoje odpisy, a już to, że korzystasz z zakładek wręcz uwielbiam :)
Krótko, bo krótko, ale jest]

Silva pisze...

- Jestem przyjaciółką Darrusa. Niektórzy nazywają go Brzeszczotem. Albo Finarthil, jak kto woli.
Lofar parsknął, nachylił się ku elfce i konspiracyjnym szeptem zaczął: - Ja nazywam go boskimi pośladkami, ale ty lepiej nie, bo to go denerwuje, zupełnie nie wiem czemu - cóż, tak właściwie krasnolud nie odpowiedział na zadane pytanie.
- Podobno zatrzymał się w tej gospodzie.
Krasnolud przymrużył oczy, nabrał powietrza w ustach i zdawać by się mogło, że zaraz krzyknie, ale tylko powiedział: - On sobie zawłaszczył moją kochanieńką! - tak Lofar nazywał karczmę. - Wparował tutaj jak do siebie, z buciorami, z boskimi pośladkami, z żądaniami i tymi swoimi elfami! Cholerny najemnik… Ale i tak go kocham - powiedział z westchnieniem i rozmarzeniem krasnolud, ale u niego takie wyznania były czymś normalnym. Mówił to swoim ulubionym klientom, oczywiście płci męskiej, szeptał to też kobietom, bo czemu niby nie? - Ciebie też bym mógł, ale to się zobaczy. Po co ci ta mieszana powsinoga?

[Nawet nie wiesz, jak miło się czyta, że dla kogoś zakładki też są ważne :D mało takich osób ostatnio, a część nowych zakładki przerażają.
Lofar jest dziwny, nawet mnie zaskakuje :D]

root pisze...

Tiamuuri gwałtownie znieruchmomiała. Powoli odwróciła głowę w stronę Sorchy.
- Runy? - spytała - Poważnie?
Podeszła do elfki i tego, czemu tamta się przyglądała. Niepewnie przesunęła palcem po wyrytych w drewnie symbolach. Na wszelki wypadek przyjrzała się pozostałościom dwóch innych, najbliżej znajdujących się szałasów. Tam jednak nic podobnego nie zauważyła.
- Zwykle takich rzeczy się tutaj nie robi - odpowiedziała na pytanie, które wcześniej zadała elfka - Jak mówiłam, magów od długiego czasu tutaj nie było. Parę osób mogłabym podejrzewać o wiarę w to, że pewne magiczne symbole przynoszą szczęście, chronią przed wrogiem czy coś podobnego... Ale wtedy raczej nosiliby amulety na sobie, nie wycinali runy w podporze szałasu.
Myśl, że znaki zostały wyryte w gałęzi przed jej odpadnięciem od drzewa i znalezieniem przez ich oddział, Tiamuuri z góry odrzuciła. Nie wierzyła, że przypadkiem umieszczone zostały w miejscu dostępnym dla właściciela szałasu i pod odpowiednim kątem.
- Znaki są bardzo małe. Jakby ktoś nie chciał, żeby na pierwszy rzut oka były widoczne.
Mimowolnie pomyślała o nie zdradzającym swojej tożsamości magu.


[Tak się zastanawiam, czy możliwe jest na przykład, że ojciec Sorchy zostawił jako pułapkę jakieś działające zaklęcie. Pasowałaby do niego taka złośliwość? ;)]

Rosa pisze...

[Cześć. Zbliża się czas publikacji (15-16 luty) nowego numeru WPT. Na GG stworzyłam konferencję, na której ustalamy wszystkie szczegóły dotyczące tego wydania gazetki. Czy chciałabyś coś do niej dodać? Z wolnych działów zostały jeszcze: ogłoszenia, imiennik, reportaż. Można też dodawać plotki i informacje. Jeśli masz pomysł na nowy dział, napisz o tym na konferencji. :]

Karou pisze...

- Jakie ładne. - mruknęła biorąc do ręki zwój papieru. - Cóż... Moja historia aż tak bardzo od tej fałszywej się nie różni. Mam zabrać jakieś zwiewne ciuszki? Zgaduje że paradowanie pół nago nie będzie tam potrzebne więc nie odpowiadaj. - machnęła na niego ręką. - Możesz iść zaraz zejdę tylko lekko się ogarnę. Wiesz kobiece sprawy. - powiedziała i zaczęła splatać włosy w długi warkocz który zawinęła na czubku głowy i zrobiła koka. Jako że miała służyć to musiała wyglądać schludnie. Co kojarzyło jej się z ujarzmieniem tych dzikich włosów. Wzięła do ręki swój bagaż spakowany wcześniej wygładziła fałdy sukni, sprawdziła czy kok jej się trzyma i zeszła na dół.
Teraz miała służyć i mieszkać w bardzo ładnym miejscu. Dorobiła parę ukrytych kieszeni do swoich zwyczajnych sukni by móc zwinąć wiele błyskotek. Musiała przyswoić myśl że będzie komuś podległa. To będzie naprawdę męczące zadanie. Chciała mu podołać bo to było wyzwanie.
Wsiadła do powozu. Powtarzała to co ten człowieczek jej powiedział. Raz na głos raz w sobie. Trochę się denerwowała. Wszak to było dla niej zupełnie nowe. Nienawidziła podróży powozem. Zawsze ją mdliło i zbierało jej się na wymioty. Przez całą podróż była nienaturalnie blada.
Tak jak powiedział jej ten mężczyzna ktoś pokierował jej do owej kobiety. Nawet nie wiedziała kiedy stała przed nią z kamienną miną. Mierzyły się wzrokiem. Paeonia bez słowa podała jej swoje lewe referencje. Odkaszlnęła i uważnie patrzyła jak kobieta je czyta. Po tym faktycznie zdobyła pracę. Była nawet z siebie dumna.
- Co teraz? - mruknęła sama do siebie. Nigdy nie robiła za służącą. Miała ścielić łóżka, podawać śniadania czy przygotowywać kąpiele? Sama nie wiedziała mogła tylko się domyślać co będzie na liście jej obowiązków. Bo coś takiego chyba dostanie prawda?

Paeonia

Silva pisze...

- Mam z nim niedokończone interesy. Ale spokojna głowa, nie zamierzam gamonia odsyłać na tamten świat, tylko się z nim poważnie rozmówić i jak dobrze pójdzie to dostanie tylko w gębę, nic więcej.
- Jego obita gęba to moje bolące uszy - krasnolud może nie specjalnie przeciągał rozmowę, ale skoro mógł sobie z elfeczką pogadać, to korzystał z okazji.
- Mam nadzieję, że pomoże mi pan rozmówić się z tym krótkouszcem.
- Nie nazywaj go tak - miły, wesoły ton Lofara na krótką chwilę stał się poważny i twardy. Nikt nie będzie obrażał jego najemnika, chociaż krótkouszec i tak brzmi lepiej niż tar’hur, jak lubiły niektóre elfy o czystej krwi nazywać mieszańców, dla nich brudną, wodnistą krew. - Możesz za to tutaj oberwać - to była dobra rada, pierwsza i ostatnia, po której Lofar znów się uśmiechnął i jak dobry, porządny karczmarz, postawił przed nią gliniany kufel ze swoim popisowym, pitnym miodem. - Na mój koszt - mruknął, podsuwając go bliżej dziewczyny, zupełnie nie przejmując się tym, że może jest za młoda na takie napitki; ważne, że jak będzie chciała więcej, zapłaci, a krasnoludzki mieszek zrobi się przyjemnie ciężki. - Nie tłuc go tutaj, dobra? Szkoda stołów i kufli.

Silva pisze...

- Normalnie bym nie odmówiła, ale w tej sytuacji wolę zachować trzeźwą głowę.
Krasnolud wzruszył ramionami. Phi, skoro nie chciała jego pitnego miodu, niech się elfeczka pocałuje; będzie jego napitek marnować, nawet go nie próbując. Phi. Zabierając od niej kufel, Lofar sam pociągnął sporego łyka złocistego płynu - Pijana byś mi go nie uszkodziła. Z resztą, co taka elfeczka będzie sobie piąstki niszczyła? Warto to tak? - nie żeby zagadywał Rysę, no może troszeczkę i odrobinkę tylko.

[Ja podobnie myślę - przeca mogą się źle zrozumieć :D
Lofar to specjalnie przeciąga xD
Czyżby zmiana w stylu pisania?]

root pisze...

-Nie jestem pewna -odparła Tiamuuri z wahaniem -Stawiałabym raczej, że to w celach ochronnych.
Wcisnęła się bardziej w głąb szałasu. Nawet wchodząc na kolanach, musiała schylać głowę.
-Może jest tutaj tego więcej.
Myślała w tym momencie o kilku rzeczach jednocześnie. Chyba tylko ktoś znający się na magii wpadłby na pomysł chronienia szałasu. Musiałby mieć w tym także jakiś cel. Po co ktoś chroniłby konstrukcję z gałęzi, przeznaczoną głównie do osłaniania się podczas snu?
W niewielkim wnętrzu zapanowała ciemność, kiedy Tiamuuri zasłoniła swoim ciałem wejście. Ziemia pod dłońmi dziewczyny była mokra i chłodna. W kącie znajdowało się płytkie zagłębienie - w sumie normalna rzecz, niektórzy w podobnych dołkach trzymali złożony komplet ubrań. Nic cenniejszego niż sakiewki z pieniędzmi, których również nie noszono przy sobie zbyt wiele, zazwyczaj nie znajdowało się w obozowisku.
-Im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej jest to podejrzane -odezwała się Tiamuuri -Nikt nie przechowuje w szałasie wartościowych przedmiotów i żadnemu potencjalnemu złodziejowi nie przyszłoby do głowy czegokolwiek tu szukać.
Przesuwała się coraz dalej, w końcu przypadkowo potrąciła oznaczony runami drąg podpierający konstrukcję. Cały szałas zaczął przechylać się na bok. Chwilę później, zanim Drzewna zdążyła zorientować się, co się dzieje, rozległ się huk. Nagły wstrząs rozerwał drewnianą konstrukcję, przez ziemię przeszły drgania. Chwilę póxniej Tiamuuri leżała na ziemi osiem stóp dalej, a wokół poniewierały się połamane patyki. Nad miejscem, gdzie jeszcze przed chwilą stał szałas, unosił się zielonkawy, lekko świecący w półmroku dym.
-Co się dzieje? - w oddali rozległ się zaniepokojony męski głos, zadudniły czyjeś kroki.
Tiamuuri z jękiem zaczęła gramolić się z ziemi i z niepokojem szukała wzrokiem Rysy. Czy elfka przypadkiem nie ucierpiała w wyniku tej nagłej eksplozji?
Na miejscu pojawił się Joram, Tiamuuri zobaczyła na tle granatowego nieba potężną sylwetkę wojownika. Kilka kroków za nim biegła przerażona, blada na twarzy Savardi.

Nefryt pisze...

Pokiwała głową, dopiero po chwili zdając sobie sprawę, że w prawie absolutnej ciemności młody książę nie może tego zobaczyć.
- Moi są dokładnie tacy sami – szepnęła. – Ale… ja czasami nawet bym tak chciała. Umieć tak z nimi siedzieć, bo oni… moja mama… - urwała. – Bo wiem, że powinnam być inna. To mój obowiązek – jej głos stał się twardszy. Powtarzała wyuczoną lekcję. Coś, co słyszała tyle razy, że w końcu w to uwierzyła. - Tylko że cały czas wszystko psuję. – Spuściła głowę, opierając się o chłodną ścianę z chropawej cegły.
Kiedy się do niej uśmiechnął, nie wytrzymała. Parsknęła cicho, natychmiast zakrywając usta dłonią.
- Tajne przejście. – Mrugnęła do niego. – Znalazłam przypadkiem, tylko mój tata o nim wie. Ale nikomu nie powie. Nie wam, bo jesteście obcy. – W przeciwieństwie do swojego ojca nie rozumiała jeszcze, jak zmienne bywają sojusze. Nie pomyślała nawet, że Tallingowie, którzy dziś są przyjaciółmi dynastii, w przyszłości mogą się od nich odwrócić. Nie przyszło jej do głowy, że właśnie zdradziła jeden z sekretów państwa, bo owe „tajne przejście” było jedną z tajnych dróg ucieczki z zamku, na wypadek, gdyby Królewiec został zdobyty przez wrogie wojska.
Przysunęła się bliżej niego. Z korytarza, z którego tu weszli dobiegały pośpieszne kroki i nerwowe głosy. Opiekunowie Rena. Wstrzymała oddech, choć przecież wiedziała, że ściany tunelu i gruby gobelin zasłaniający wejście stanowią wystarczające wyciszenie. Nie rozumiała, jak to możliwe, ale sprawdziła kiedyś, że będąc w tajnym korytarzu można doskonale słyszeć wszystko, co dzieje się na zewnątrz, ale w drugą stronę już to nie działa.
Kiedy kroki ucichły, niknąc w górze wraz z następną kondygnacją, Nora posłała chłopcu łobuzerski uśmiech.
- Boisz się duchów?

***
Widząc, jak z trudem podpiera się na łokciu, herszt podłożyła mu pod plecy wypchany bagażem worek, żeby mógł się o niego oprzeć i w miarę wygodnie usiąść.
- Ren Carivalu – nie pytała, po prostu stwierdziła fakt. Nawet gdyby nie znała jego nazwiska, łatwo mogłaby je skojarzyć. – Miło cię poznać, książę. – powiedziała, myśląc : miło znowu cię zobaczyć. Cieszę się, że wciąż żyjesz. Posłała mu nikły uśmiech. – Na mnie mówią Nefryt.
Domyśliła się, że musi być bardzo spragniony. Podała mu niewielki bukłak z wodą.
„Ocaliłaś mnie?”
Jak to patetycznie brzmi. Tak… ładnie. Dystyngowanie, jakby całe zajście było czymś celowym i estetycznym, jak na ilustracji. Jakby nie było przypadku, zgrabiałych z zimna, nieposłusznych rąk i lejącej się na wszystko krwi. Ocaliła? Bezwiednie spuściła wzrok.
- Chyba można to tak nazwać. – Milczała przez dłuższą chwilę, nie znajdując odpowiednich słów. Płócienna ściana za jej plecami wydymała się lekko, uginając się pod naporem wiatru, ale wewnątrz namiotu było ciepło.
- Zajmiemy się tobą… - zorientowała się, że mówi w liczbie mnogiej - …my to znaczy ja i moi ludzie, dopóki nie wydobrzejesz na tyle, żeby jechać dalej. Mamy do wykonania pewne zadanie. Brakuje czasu, by zawracać do Królewca. Będziesz musiał pojechać z nami do Rivendall. – Nie chciała, by poczuł się więźniem, ale nie było innej opcji. Nie po to ominęli stolicę, by teraz do niej wracać i, oby nie, wpaść tam w ręce straży.
Wsłuchała się w odgłosy dobiegające z zewnątrz. Stłumiony przez śnieg tętent końskich kopyt. Markus wrócił?
Chwilę później poły namiotu rozchyliły się, wpuszczając do środka lodowaty powiew. Były zabójca z Bractwa Nocy wsunął się do środka, nanosząc na suchą dotąd podłogę bryłki zmarzniętego śniegu. Nefryt chciała go już ochrzanić, ale obaczyła minę mężczyzny i zamknęła dopiero co otwarte usta.
- Wokół krąży zorganizowana grupa zbrojnych - Markus nie bawił się we wstępy. – Są w promieniu kilku stajań. Wyraźnie kogoś szukają.
Spojrzenie kobiety szybko przesunęło się towarzysza na księcia i z powrotem.
- Ilu ich jest?

Silva pisze...

- A tam, a tam, takie gadanie twoje - krasnolud upił kolejny łysk, zastanawiając się cały czas, czy ta najemnikowa paskuda z boskimi pośladkami, raczy w końcu zleźć na dół i spotkać się z dziewczyną. Na pewno wszystko słyszał, całą tę rozmowę, jego cholerne uszy nie mogły jej przegapić; kiedy chciał, potrafił usłyszeć naprawdę wiele, ponoć i szepty umarłych, jak głosiła wieść plotkarska. - Może nie chcesz go bić, a uwieść perfidnie? Ty wiesz, że on już zajęty, co? - i tu Lofar pogroził jej palcem - Nie wolno odczepiać już przyczepionego wagonika!
- Zostaw mój uroczy wagonik w spokoju, kurduplu - oparty o poręcz schodów prowadzących na piętro, gdzie krasnolud miał kilka pokoików do wynajęcia, stał nieco skrzywiony Brzeszczot. Siniaki na twarzy zmieniły się na żółte plamy, świeży strup zakrywał gojące się rozcięcie na wardze. Elfi bliźniacy połatali to, co było konieczne, by żył, reszcie pozwolili zagoić się w swoim tempie. Bąble po poparzeniach zeszły, choć skóra wciąż go bolała.
- To ty zgubiłeś pierścionek zaręczynowy.
- Nie ja, tylko sowa - schodząc po stopniach, robił to ostrożnie; najpierw stawiał jedną nogę, potem drugą, starając się nie naciskać na połamane palce stopy. Wciąż miał z nią problemy i nadal nieco na nią utykał. - Z resztą, nie interesuj się moim wagonikiem. Weź mi lepiej podaj piwo - mruknął, zerkając w końcu na Rysę. Cóż, wiedział, że nie będzie łatwo. Ale siadając w swoim ulubionym miejscu, pod ścianą, zaprosił elfkę do siebie.

[Ale mi to absolutnie nie przeszkadza! Po prostu się zdziwiłam, bo wcześniej było inaczej :D]

Karou pisze...

Przez ostatnie tygodnie chodziła całkiem zła. Musiała się bowiem powstrzymywać przed brzydkimi odzywkami, musiała być grzeczna, cicha i co najgorsze wstawać o barbarzyńskich porach! To była istna udręka. W dodatku znosić te umizgi i chłodne traktowanie ze strony absolutnie wszystkich! Czy w tych ludziach nie ma ani krzty ciepła? To było nawet straszniejsze od wstawania. Miała wrażenie że otaczają ją chodzące kamienie nie ludzie a zimne, wredne kamienie. Z chęcią roztłukłaby je wszystkie o inne kamienie. Cokolwiek. To źle że tak krótki pobyt w tym miejscu wywlekał jej żądze mordu tak szybko. Zdecydowała że zażąda znacznie więcej jako rekompensatę za zszargane nerwy.
Aktualnie dźwigała kosze z drewnem. Przecież ktoś musiał rozpalać w komnatach. Pod nosem mamrotała jakieś przekleństwa i starała się nie zrobić bałaganu. Jedna ze służących minęła ją nawet nie zaszczycając spojrzeniem.
- Głupi kamień. - mruknęła pod nosem. Udało jej się dostać do komnaty. Zaczęła więc rozpalać jednak szybko usłyszała kolejne polecenie. Jej pani żądała kwiatów z ogrodu. Teraz, zaraz, natychmiast. Cóż... Pani chce, pani ma. Ukrywając swoje rozdrażnienie udała się by szybko wypełnić polecenie. Nie nawykła do rozkazów. Nie nawykła do oschłości i zimnych kamieni którzy nawet swoje wkurzenie skrzętnie ukrywali tak że nawet nie było śladu na ich twarzach. Czuła się tu źle. Nawet w otoczeniu takich pięknych rzeczy.
W ogrodzie było cicho. Cicho i ładnie. Spokój choć na chwilę. Chwilę bo zaraz musiała wracać. Zaczęła się oglądać za ogrodnikiem albo kimś kto opiekował się tymi kwiatami. Wolała nie popełniać kolejnych gaf i zrywać coś czego nie powinna. Nie widząc nikogo na widoku zaczęła się przechadzać.

Paeonia

Olżunia pisze...

Najemnik usiadł na jednym z puszystych kobierców, możliwie najciszej przegrzebał zawartość swojej torby i zaczął pisać. Kiedy zaostrzonym węgielkiem pospiesznie kreślił pochyłe litery na wymiętym kawałku papieru, wciąż zastanawiał się, czy to dobry pomysł… a raczej na ile kiepski to plan i czy istniało jakiekolwiek inne wyjście. Próbując wybudzić lorda z pijackiego snu zaryzykowałby zaalarmowanie reszty mieszkańców Batley Manor, a w tym momencie liczyła się dyskrecja. Charakter pisma zmienił, podpisu naturalnie nie zostawił, ale widział, że istniały sposoby, by dzięki temu świstkowi papieru określić, kto go zapisał. Nic innego nie przychodziło mu jednak do głowy, a im dłużej nad tym rozmyślał, tym bardziej czuł, że jest w kropce. Zero, cholerna pustka, cała spontaniczność poszła się gdzieś gonić wraz z pomysłowością.
- To jak, złociutki, co z tym listem?
Złożył kartkę na pół, zagiął ją i wręczył Lilian. Skorzystał z okazji, by przyjrzeć się kobiecie. Półmrok wygładził mimiczne zmarszczki, ale pogłębił cienie pod oczyma. Blizna bieliła się w świetle księżyca.
Zastanawiające, jak bardzo opanowana była An w sytuacji takiej jak ta. Niejedna dama na jej miejscu zaczęłaby się drzeć albo padła, czy to zemdlona, czy to omdlenie udając. Lilian jednak cały czas kontrolowała sytuację. Oni włamali się do jej komnaty, ale to ona miała ich w garści, nie odwrotnie. Była wszak kurtyzaną i miała na głowie zawiadywanie całym domem uciech. Z pewnością bywała w gorszych tarapatach.
Aed już miał odezwać się do Lilian, gdy coś przykuło jego uwagę. Cichy, rytmiczny odgłos. Kroki, uświadomił sobie. Ktoś szedł korytarzem.
Mieszaniec gestem nakazał elfce, by zachowała ciszę. Nie spuszczał An z oczu; wiedział, że w każdej chwili może zdradzić ich obecność tutaj.
A potem stuknęła klamka drzwi do sąsiedniego pokoju.
Zapomnieli o sir Hamerze i o tym, że jego kąpiel nie mogła trwać w nieskończoność.
- Jest tu kto…? – Z sąsiedniego pokoju dał się słyszeć niski, basowy głos. Aed powoli sięgnął do wsuniętego za pas noża, jego palce zacisnęły się wokół drewnianej, wygładzonej od użytkowania rękojeści. Lilian nadal zachowywała się swobodnie, chyba nawet się uśmiechała.
- Lordzie Batley?
Kolejne szczęknięcie klamki, po nim skrzypnięcie drzwi. A potem głuche stuknięcie, z którym ostrze wbiło się w pierś zaskoczonego najemnika. Aed spojrzał na An, która tylko wzruszyła ramionami.
- Dobry rzut – skwitował cicho mieszaniec.
Nie chował swojego noża do cholewy buta, jeszcze nie teraz. Biernie, jakby z uprzejmym zainteresowaniem przyglądał się, jak sir Hamer zaciska pięść na wzorzystej materii spodniej szaty, drugą ręką chwytając się futryny; jak wycofuje się do rubinowej komnaty i jak chce wziąć oddech, by wezwać straże, ale z jękiem bólu wypuszcza powietrze z płuc.
- Dobry, ale nie śmiertelny – mruknął Aed, ruszając w stronę drzwi, by sfinalizować sprawę.
- Daj mi pół minuty – odparła. Podeszła do stołu zastawionego kosztownościami i przekręciła jedną z klepsydr. Na wydmuchanym szkle wygrawerowano podziałkę.
Aed uśmiechnął się do siebie. A więc trucizna. I to nie byle jaka, bo zabijająca niemal natychmiast.

[Lil puszczająca oczko i mówiąca do kogoś, kto włamał się jej do komnaty “złociutki” rozkłada mnie na łopatki. I jak jej nie uwielbiać. xD
Przepraszam, że tyle to trwało. Dopadło mnie sporo stresów, a ze stresami się nie lubimy, przeszkadzają mi w pisaniu. :I
Naczytałam się wrzuconych niedawno opowiadań i zaczyna mi chodzić po głowie złożenie tego wątku w całość i opublikowanie… *porozumiewawcze spojrzenie*]

Szept pisze...

[Wybacz zwłokę. Przydarzył mi się wyjątkowo długi urlop, w każdym razie długi jak na mnie. Mam nadzieję, że pomimo tego, że długo minęło odkąd zaczęłyśmy pisać, uda ci się przypomnieć sobie, o co tam w ogóle chodziło i pociągnąć to dalej.]

— Czemu niby miałabyś być dla mnie taka dobra, królowo?
- Może mój królewski nos nawykł do przyjemniejszych woni? – odparowała królowa.
- Ta – burknął Midar, który pamiętał, jak Jej Wysokość brodziła w ściekach i jak włóczyła się po katakumbach w poszukiwaniu jakiegoś magicznego, całkiem brzydkiego, ale ponoć potężnego, świecidełka. Elfie zmysły może były bardziej czułe niż krasnoludzkie, ale z całą pewnością nie nazwałby ich wydelikaconymi. W każdym razie nie u tej elfki.
I wcale, ale to wcale nie zdawał sobie sprawy, że swoją osobą i komentarzami nie pomaga przekonać młódki do współpracy, podważając i osobę królowej i autorytet przywódczy. Cóż, po prawdzie, pokazując się w takim stanie, sama Szept podważała go całkiem skutecznie, nie potrzebowała do tego ciętego, niewyparzonego krasnoludzkiego języka.
- Jeśli wolisz, porozmawiamy teraz. Tak jak stoisz. Twój wybór – dokończyła, odrobinę chłodno, podświadomie czując, że w przypadku tej elfki, na nic się zda uprzejmość, w którą i tak nie wierzyła, mając za oszukańczą, taką, która ma uśpić czujność.
Twarda szkoła życia i nic za darmo.

root pisze...

-Nie ruszajcie jej! - krzyk Savardi pohamował Jorama i Salimira, którzy już byli gotowi podnieść drobne ciało elfki z ziemi. Uzdrowicielka domyśliła się, że to mogłoby tylko pogorszyć stan rannej.
-Przynieście nosze -poleciła, wspomagając się gwałtownym gestem. Mężczyźni oddalili się i zniknęli pomiędzy szałasami.
Tiamuuri i Savardi pochyliły się nad Sorchą.
- Noga złamana mniej więcej na wysokości biodra -mruknęła elfka -Trzeba będzie nastawić i unieruchomić. I sprawdzić, czy nie ma obrażeń wewnętrznych. Porządnie was uderzyło.
Pojawili się mężczyźni z noszami. Savardi spojrzała na nich z wahaniem i w końcu przywołała gestem swojego brata. Alavar chyba będzie najbardziej ostrożny.
Położyli Sorchę na noszach i ruszyli za Savardi. Uzdrowicielka wskazała część obozu odgrodzoną parawanami ze skór, gdzie przechowywano większość zapasów żywności oraz leki i narzędzia chirurgiczne przydatne w polowych warunkach. Na polecenie Savardi pozostawiono tam Sorchę. Uzdrowicielka przywołała gestem Tiamuuri.
- Pomóż mi ją rozebrać -mruknęła.
Dziewczyny odsłoniły biodra Sorchy, Savardi zagryzając wargę, zaczęła nastawiać złamane kości. Tiamuuri chwyciła rękę Rysy.
-Wytrzymaj - powiedziała do rannej szeptem. Gdyby w tym momencie młoda elfka zemdlała z bólu, Drzewna nie zdziwiłaby się zbytnio.
Savardi unieruchomiła nogę Sorchy przy pomocy wąskich deseczek i skórzanych pasków. Okryła ranną kocami i skórami, aby częściowo rozebrana elfka nie wychłodziła się.
Tiamuuri przymknęła oczy, czując na sobie wyczekujące spojrzenie Savardi. Skoncentrowała się na wnętrzu ciała Sorchy, szukając poważniejszych uszkodzeń.
-Nic nie widzę -wymamrotała po dłuższej chwili. Nie ufała sobie bezgranicznie, ale liczyła na to, że gdyby coś było nie tak, zauważyłaby to.
-Trochę się stłukła od uderzenia, ale nie ma krwotoku wewnętrznego ani połamanych żeber.
-Zostań przy niej -poprosiła Savardi -Muszę przyrządzić coś na rozrzedzenie krwi. Trochę może mi to zająć i wolałabym, żeby ktoś w tym czasie kontorlował jej stan.
Drzewna pokiwała głową. Usiadła przy naprędce przygotowanym posłaniu Sorchy.

Karou pisze...

Zaczepił ją jeden ze strażników który ostatnimi czasu podejrzanie znajdywał się w tych samych miejscach co ona. Nie wiedziała do końca dlaczego tak się dzieje. Chociaż jego zachowanie było podejrzane. Może miał ją pilnować, może go zauroczyła a może po prostu to był tylko przypadek? W każdym razie jak dla niej nie był on zbytnio przydatny jak na razie. Więc pozostawała miła ale neutralna. W jej aktualnym problemie nawet się przydał. Z dziwną chęcią znalazł dla niej ogrodnika i nawet nadzorował jego pracę tak by dobrał odpowiednie kwiaty. Potem jego dłoń trochę zbyt długo stykała się z dłonią Paeonii. Głupi strażnik. Nawet nie zasługiwał na większą uwagę. Nawet trochę było jej szkoda.
Wracając z naręczem kwiatów miała nadzieje że już żadne przygody jej nie spotkają. Skuliła się i próbowała przemknąć niczym cień nie napotkawszy już nikogo. Aż usłyszała to...
Wzdrygnęła się. Wyprostowała i upewniła się że chodzi o nią. Wołał ją. Z uśmieszkiem na ustach. Skrzywiła się i posłała tylko dla niego mordercze spojrzenie. Podeszła do zgromadzonego towarzystwa.
- Pani moja oczekuje tych kwiatów. - mówiła nie podnosząc wzroku. Pokorna sługa się znalazła. Jej głos był przepełniony uległością próbowała naśladować te bezduszne kamienie. - Pani moja Cesarzowa Wdowa. - dodała i mocniej zacisnęła dłonie na koszyku w którym znajdowały się prześliczne kwiaty. Nie podnosząc zbytnio głowy starała się wszystko ogarnąć i rozpracować. Zobaczyła ranę i potłuczoną porcelanę. Nie ma mowy żeby to sprzątała o nie. Jednak wypadałoby pomóc tej kobiecie. Wydawała się teraz taką sierotą.
Pogrzebała w koszyku wyjmując mały okrągły jasnozielony liść.
- Jeśli mogę. Ta roślina pomaga na skaleczenie. Pani moja mnie oczekuje... - położyła listek na stoliku obok siebie i oczekiwała na pozwolenie by odejść.

Paeonia

Karou pisze...

- Obawiam się że jedyne co jeszcze mogę zaoferować do osty. Podobno dobre na zwyrodnienie stawów. - burknęła Paeonia. Wcale nie chciała tu być. Stać przed nimi i grać sługę. Było to dla niej okropnie poniżające gdyby mogła... Gdyby tylko ta kobieta wyszła to wtedy by im pokazała prawdziwy gniew tygrysa. A tak to.. Musiała się trzymać i pilnować żeby nie powiedzieć niczego zbyt wrednego przed tą kobietą która prawdopodobnie nie znała ich sprawy.
- Kwiaty dla mojej pani. Najładniejsze jakie udało się ściąć ogrodnikowi... - palnęła bezsensu. - Moja matka... Lubiła... Nadal lubi zajmować się ogrodem. To w Keronii nic nadzwyczajnego - dodała. Jasne że miała taką wiedzę! Przecież jakoś musiała truć niektóre ze swoich ofiar. Choć powiadali że trucizna to broń tchórzy i kobiet jakby kobietę na równi z tchórzem stawiali. Mimo to Paeonia lubiła ten sposób zabijania. Przez niego miała tylko skazę w myśli a nie na rękach.
Podniosła wreszcie głowę. Miała czerwone policzki a jej oczy strzelały iskrami. Obdarzyła złowrogim spojrzeniem panów. Miała ochotę się na nich wydrzeć. Odstawiła koszyk.
- Ojej! Panienka nie powinna niczego nosić! A jakby wrzątek się rozlał na panienkę a nie na podłogę? Toż to skaza do końca życia! Żaden panienki by nie zechciał takiej poparzonej i w dodatku zły omen! A nawet jeśli... To jeśli mogę... Jakby była panienka w ten czas w ciąży... To dziecko miałoby wielkie znamię tam gdzie by u panienki było poparzenie. A nie daj Bogowie na tych panów wrzątkiem! U nas rany i blizny to skaza a u panów niby męstwo. Choć i tak pewnie najpaskudniejszych ran nabawić się mogli u ojca jak ich pasem lał. Ja wiem ja świat znam... Panienka takie ma szczęście... Bogowie mają w opiece. - miała nadzieje że trochę ją wystraszy. Choć wiedziała że straszenie jej jako odgrywanie się na tym nadętym pacanie nie było dobrą taktyką.

Paeonia

Karou pisze...

Paeonia zdziwiła się. Jego żona? Kochanka? Kim była ta dziewczyna? Coś w środku niej drgnęło. Może lekka zazdrość. Tylko lekka. Niezbyt duża. Nie mogła być o niego zazdrosna. Co najwyżej o wygląd gładkiego chłopca. Chyba ma jakieś dziwne pedofilskie zapędy...
Zachowała kamienną twarz przed kobieta.
- Ależ nie. To prawda. Absolutna. Nie żadne zabobony. Mężczyźni... Oni strachu przed niczym nie mają. A my kobiety nie ważne jakiego stanu dbać o ducha rodziny musimy. Zły omen. Może nie będzie panienka mogła rodzić dzieci... Może umrzeć przy porodzie a może! Nie daj Bogowie... Ktoś umrze. Tak jak zakończony został żywot tej porcelany tak może też kogoś jeszcze nić przerwana. Och! Nie chce złorzeczyć naprawdę... Ale panienka mogła właśnie nieumyślnie kogoś zabić! - straszyła ją dalej Paeonia czerpiąc z tego dziką satysfakcje. - Moja matka gdy była ze mną w ciąży stłukła urnę z prochami swej ciotecznej babki. Tak. I ledwo uszła z życiem gdy mnie rodziła. Ledwo. Pomogły jedynie modły. Nie wolno panience niczego tłuc. Ni rozlewać. Ja życie znam. Teraz za pokutę nie może panienka spółkować z ukochanym... Bo jeszcze suszę sprowadzi! - to wszystko było tak idiotyczne że aż śmieszne w dodatku Paeonia mówiła to wszystko z grobową miną. Specjalnie modulując głos tak żeby dziewczyna jej uwierzyła. - Ah... Ale nikt nigdy nie chce mnie słuchać a potem tak to wychodzi. Giną rody, dzieci porywają albo ich mieć nie mogą... Tak to jest. - westchnęła ciężko. - Dobrze cóż mam zrobić?

Paeonia

Karou pisze...

- Nie wiem czy jestem na tyle odpowiednia by rozkazywać panience! - widząc jawną rozpacz u dziewczyny Paeonia postanowiła to ciągnąć dalej. Może uda jej się ośmieszyć ją jakoś choć niczym jej nie zawiniła.
- Sposób jest prosty. Obrócić się osiem razy na zachód pięć na wschód śpiewając jakąś piosenkę by skołować nieszczęścia które się garną. Posolić sobie głowę i octem nasmarować. I tak przez noc zostawić. Można jeszcze zapalić świeczkę białą długą i myśleć tylko pozytywnie. Zły los się na pewno odwróci. Ah! I zapomniałabym podczas gdy będziesz solić i octem smarować głowę to musisz to zrobić sama. I nikt nie może cię w tym stanie oglądać. Poza tym na drugi raz nie tłuc filiżanek. To tyle... Oczywiście ja nie śmiem rozkazywać. Ah! Panowie nie śmiać się. To nic śmiesznego to istna katastrofa chyba nie chcecie mieć suszy prawda? - fuknęła na nich Paeonia śmiejąc się w duchu. - Ale dobrze panienko. Ja tu tylko służę a panowie czegoś potrzebowali. Słucham. Słucham łaskawie. - zrobiła paradny ukłon chwyciła róże z koszyka i wielce dżentelmeńskim gestem przyklęknowszy na jedno kolano wręczyła ów kwiat Hun Jinowi (idk czy to się jakoś odmienia wybacz).
- Pan chce pan ma. - westchnęła.

Paeonia

Karou pisze...

Kiedy obrażona dziewczyna odeszła, Paeonia uśmiechnęła się.
- Cóż to może akurat dobrze byśmy się dobrali. On łamie serca i ja łamie serca. Ciężko jest mi kochać za dużo doświadczyłam a moje serce cóż... Chyba go nie ma. - uśmiechnęła się zalotnie delikatnie gładząc pozostałe kwiaty w koszyku. - Nie będę tego sprzątać. - zwróciła się do Rena. - Nic innego nie robię jak sprzątam i usługuje! Kto to widział. Na każde zawołanie. Pff i jeszcze pozostała służba! Kamienie nie ludzie! Ni uśmiechu ni żadnej emocji. KAMIENIE! Ja mam ognisty temperament. A ten chłód próbuje go zgasić. Jak możesz otaczać się takimi bezdusznymi istotami? - musiała to z siebie wygarnąć. Tłamsiła to zdecydowanie za długo. - Nawet wasi mężczyźni jakoś tak bez wigoru. Nudni, zimni... Nic do zabawy. I obiecuje. Jeśli nie każesz mi zabić tej baby to sama to zrobię! - mogła sobie pozwolić na takie słowa gdy zostali sami. Brakowało jej wszystkiego z dawnego życia. Nie mogła się stroić spać do późna ani uwodzić ciekawych ludzi. Bo tu nikt nie był ciekawy. No może oprócz jej zleceniodawcy.
Klękła i zaczęła zbierać rozbite kawałki porcelany na jedną kupkę.
- Powiedz szczerze. Czego teraz ode mnie chcesz? - powiedziała spoglądając w górę na niego z klęczek przyciskając szmatkę którą zawsze miała przy sobie to plamy herbaty.

Paeonia

Karou pisze...

- Przecież sprzątam ponury panie. - burknęła. - Nic nie robię tylko sprzątam. Już zapomniałam jak to jest. Jednak urodziłam się niżej to nie uniknę losu większości społeczeństwa. - dodała i znów zaczęła wycierać tą plamę. To nie do pomyślenia. Toż to absurd. To zniewaga a najgorsze było to że on miał racje! Nie lubiła jak ktoś inny miał racje.
- Masz racje ale przyznaj... Było przed chwilą całkiem zabawnie. A od narzekania nikt nie umarł prawda? Poza tym ja wszystko robię. Nie ma na mnie żadnych skarg. Tylko służące... - westchnęła. - Ten dwór jest zepsuty. - wstała z kolan. Uśmiechała się wesoło znowu odzyskała humor. - Wiesz książę ty też byś narzekał. Służba nie jest zbytnio miła. Więc nie groź mi tutaj. Bo choć mam opiłowane pazurki to jednak są i nadal mogę zrobić krzywdę. Nie zapominaj kogo wpuściłeś do swojego domu. - teraz ona trochę mu pogroziła. - Czy teraz mogę wrócić do mojej Pani i zanieść jej kwiaty? - spytała z grobową miną i głosem jak tych wszystkich służących. - Aha... I jest jeden strażnik. Może to szpieg. - rzuciła od tak.

Paeonia

Karou pisze...

Wzdrygnęła się. Troszeczkę się przestraszyła na tą reakcje.
- Drażliwy punkt co ? - zaczynała ich przeglądać. Uczyć się ich i o nich. Uczyć się ich reakcji by potem to wykorzystać. - Tylko się drażnię. Jak widać nie znacie się na żartach i prawdziwych kobietach. - uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Było jej naprawdę wesoło. - Wracając do niego. On... Albo się zakochał albo jest szpiegiem. Ciągle się kręci. Koło mnie. Dzisiaj mnie wystraszył. Dotknął mnie. Pff... Nie lubię takich pseudo romantycznych ciap które myślą że uwodzą a tak naprawdę się kręcą i zaraz tak się zakręcą że się wywrócą. Wszędzie gdzie ja. Obserwuje mnie. W dodatku jest abstynentem. Nie ufam takim. Co do twojej ciotki... Kazała mi przynieść bardzo ciekawe ziele. Jest ono równie ozdobne ale w odpowiednich znajomych rękach może stanowić niezłą trutkę. Czyż to nie podejrzane? Poza tym... Coś paliła co pachniało tak słodko... Znam ja ten zapach... Śmierć wyczułam. Radziłabym zainwestować w testerów. - szepnęła. Taka była prawda choć nie widywała jej na co dzień to obserwowała wystrój jej pokoi i tego jak się zmieniał. Umiała patrzeć. Więc widziała więcej. Umiała słuchać i nie marudziła na głos tylko w głowie kiedy była pośród wroga. Dobrze mimo wszystko się sprawowała.

Paeonia

Nefryt pisze...

- Za mury miasta. Ale nie da się nim przejść, w paru miejscach stoi woda. Ale… - dziewczynka zawahała się. Mimowolnie rozejrzała się dookoła. – Kiedyś wydawało mi się, że słyszę głosy. Ale to było dalej, przy jednej z zalanych części. Ktoś mówił zza ściany – zniżyła głos do urywanego szeptu. Jak na zawołanie przypomniały jej się wszystkie straszne historie, jakie kiedykolwiek słyszała. – Kazałam służbie przynieść mapę zamku i okazało się, że tam nic nie ma. Ale ja jestem pewna, że słyszałam, jak ktoś tam rozmawia.

***
- Jest ich co najmniej siedmiu – Markus odpowiedział najpierw herszt, dopiero potem odpowiedział obcemu: - Pół godziny, może trochę więcej. Obozowisko chowa się za skarpą, wracając, zacierałem ślady. Ale nie odpuszczą, tego jestem pewien.
Nefryt utkwiła spojrzenie w ścianie namiotu, zastanawiając się, co robić. Czy tropiciele faktycznie stanowili zagrożenie, czy może nie należało się nimi przejmować? A jeżeli jej wcześniejsze domysły były słuszne i naprawdę szukali Rena, to czy nie powinni go wydać i zająć się własnymi sprawami? Tym cholernym zadaniem? Dała sobie sprawę, że bezwiednie mnie w palcach dół rękawa swojej koszuli. Oczywiście, że powinni go wydać. Nie narażać się. Nie byli wystarczająco silni, by walczyć, a zadanie nie mogło czekać w nieskończoność. Tyle, że Nefryt zbyt wiele razy znalazła się w sytuacji, w której ktoś ocalił ją, gdy była bezbronna.
- Szukają nas, czy jego? – zapytała wprost.
- Jego. – Nie potrafiła odgadnąć, co Markus sądzi na temat obecności Rena.
- Zwijamy obóz. Weźmiecie z Hulierem konie, wszystkie oprócz mojego, i pojedziecie na północ. Wezmą was za zwykłych podróżnych. – Wiedziała, że nie mają szans ukryć się z całym majdanem, ze sporo warzącymi namiotami, wszystkimi jukami i końmi. – Ja i Ren – kiwnęła głową w stronę księcia – przeczekamy w lesie. Znam tę okolicę, niedaleko stąd jest sosnowy młodnik. Nigdy nas tam nie znajdą.
- Jesteś pewna?
Uśmiechnęła się, kiwając głową. Spojrzała na Rena.
- Dasz radę iść?
Chwilę później podała mu pakunek z jego rzeczami i wyciągnięty z kąta obszerny, obszyty futrem płaszcz, robiący zazwyczaj za dodatkowe okrycie w zimne noce. Bardziej niż dla księciu, pasowałby pospolitemu najemnikowi, ale nie miała niczego innego, a pamiętała, że kiedy znaleźli Rena, nie miał niczego ciepłego.

Szept pisze...

[O, to super, bardzo się cieszę. Z powrotu również. Egzaminy też poszły po mojej myśli, więc mam potrójną radochę]

— Och, Wasza Wysokość, racz wybaczyć, że naniosłam tyle smrodu w twoje cudowne włości.
Jej Wysokość uśmiechnęła się z nutą pobłażania, patrząc na opuszczoną, przysłoniętą włosami głowę młodej elfki. Niepohamowany język i nadrabianie nim bardziej niż cokolwiek innego świadczyło o wieku. Dziecko. Pyskate. Wygadane. Pewnie na ulicach było to potrzebne, aż tak dobrze nie znała takiego życia, ale patrząc na Midara… Był równie pyskaty, równie wygadany i jak mała, nie miał pojęcia, kiedy powinien milczeć.
Czyli raczej z tego nie wyrośnie. Szkoda.
— Wolałabym od razu dowiedzieć się, czemu przywleczono mnie tu jak psa i co to właściwie jest za miejsce?
- Znajdujesz się w Ataxiar, stolicy Królestwa elfów. Jeśli potrzebujesz potwierdzenia, podejdź do okna. W dole płynie D’viss, dalej, na drugim brzegu, dostrzeżesz umarłe miasto. Pozostałość po Eilendyr. – Nie pozwoliła, by smutek skradł się w jej głos, chociaż wydarzenia z oblężenia wciąż bolały. Ruina, w jaką obróciło się miasto. Atak. Śmierć. Odejście i płomienie, jakie im towarzyszyły, ogarniając Medreth. Śmierć. Za dużo śmierci. – I Medreth. – Potrząsnęła głową, otrząsając się z przygnębienia, melancholii, jaka ją, nie w porę, ogarnęła. – Jesteś tu z powodu Justusa Keimana. Mrocznego elfa. Swojego ojca.
Reakcje mogą wiele zdradzić. Mogła spodziewać się, że chodzi o niego. Mógł to być niespodziewany cios. Córka mogła znać całą sprawę, nawet brać w niej udział; mogła być jeszcze młoda, ale Szept nie łudziła się, że brakuje jej doświadczenia czy walki. Może nawet sama uczestniczyła w kradzieży?

Olżunia pisze...

[Lilki to szkoda nie angażować. Same ciekawe i pokręcone rzeczy z tego wychodzą, fajnie. :D Szanowni magowie, wasze zabawki nadchodzą. <3 Teraz przyszło mi do głowy, że skoro to całe magiczne sprzysiężenie jest tak silnie zhierarchizowane, mogłoby być tak: dwóch “bardów” chce się pojedynkować, ale Szef nie chce, żeby się pozabijali, bo są utalentowani i godni zaufania, a cała organizacja jest bardzo hermetyczna, więc nie może spobie pozwolić na utratę członków w głupich pojedynkach. Tak więc pan Szef kazał im znaleźć kogoś, kto będzie się pojedynkował zamiast nich, w ich imieniu (może zależeć mu też na tym, by ten spór trwał dalej… tylko musiałabym wymyślić, co to dokładnie był za spór, bo od tyłu układać intrygę to ciężko xD). A że oni są magami i lubią wszystko interpretować na swoją modłę, a i możliwości mają inne niż na przykład klienci gildii zwadźców… To znajdą naszych. Z pomocą Lilian.]

Aed ruszył powoli za Sorchą, stawiając bezgłośne kroki na miękkim kobiercu. Smuga spienionej, jasnoczerwonej krwi była niemal niewidoczna; szybko wsiąkała w bordową materię dywanu o kwiecistym wzorze. Jednak dwójce włamywaczy nie zależało na ukrywaniu ciała ani na dyskrecji. Zwłoki zamordowanego sir Hamera były im niezbędne do spektaklu, jaki zamierzali odegrać.
- Rozumiem, że wysyłamy go w bezpowrotną podróż w zaświaty?
Mieszaniec stanął nad konającym. Zmrużył oczy, by dostrzec coś w półmroku. Hamer posiniał na twarzy, oddychał z coraz większym trudem, w końcu z jego gardła zaczął wydobywać się narastający charkot. Z kącika ust spłynęła mu strużka zmieszanej ze śliną krwi. Trucizna dostała się do krwiobiegu płuc, prawdopodobnie także do serca.
Aed przytaknął, nie podzielając jednak pogodnego nastroju Sorchy. Coś w nim drgnęło, powstrzymując go przed uśmiechnięciem się, dopóki patrzył w oczy temu konającemu człowiekowi, którego w innych okolicznościach nie musieliby zabijać. Poczucie winy? Nie, chyba nie. Raczej złość na to, że przez jego nieudolność ktoś niepotrzebnie ucierpiał. Złość na brak profesjonalizmu. Tego nie było wszak w planie.
Hamer zakrztusił się własną krwią. Przestał oddychać.
- To jak? Rozumiem, że zakładamy teraz stowarzyszenie wspólników zbrodni?
Teraz, gdy upewnił się, że świadek całego zajścia jest martwy, gdy mógł odwrócić od niego wzrok, zdobył się na odwzajemnienie uśmiechu. Nieco krzywy grymas z nutą nonszalancji. Od razu poprawił mu się humor.
- Obawiam się, że już je założyliśmy – odparł, odwracając się na pięcie, by wrócić do sypialni lorda po swoją torbę. – Skrytobójczo zamordowaliśmy ochroniarza wielmożnego Batleya – ciągnął tonem bajarza snującego jedną ze swoich najlepszych, najbardziej intrygujących opowieści – a zwłoki zobaczyła zbudzona niepokojącymi hałasami ukochana lorda. Pytanie… – zawiesił głos, w jednej chwili kończąc swoją aktorską gierkę. – Pytanie, czego oczekuje w zamian rzeczona ukochana.
Lilian uśmiechnęła się skromnie, spuszczając wzroku.
- Ukochana lorda jest wdzięczna za darowanie jej życia – odpowiedziała w tym samym tonie. Nic dziwnego, że okręciła sobie Batleya wokół palca. Gdy zniżała głos do aksamitnego półszeptu i uśmiechała się delikatnie, bawiąc się przy tym sznurkiem od jedwabnej koszuli, można było stracić dla niej głowę. – Ale skoro mości pan tak nalega… – podjęła, podobnie jak Aed w pewnym momencie urywając wypowiedź. – Skoro mości pan tak nalega, skontaktuję się z nim. Może się okazać przydatny.
Aed skinął głową, naśladując gest uchylania kapelusza. Wiedział, że długi wdzięczności się spłaca – prędzej czy później, w ten lub inny sposób.
- Wynośmy się stąd póki możemy – zwrócił się do Sorchy.
Zamknęli za sobą ciężkie, płaskorzeźbione drzwi prowadzące do rubinowej komnaty. Skrzydło stuknęło głucho o odrzwia, ale zaraz potem we dworze z powrotem zapadła idealna, zdawałoby się, cisza. Nikt niczego nie zauważył, nikogo nie było nawet w pobliżu.
A chwilę potem tę idealną ciszę rozdarł krzyk przerażenia, wydobywający się z wnętrza sypialni.
Przedstawienie czas zacząć.

root pisze...

Tiamuuri parsknęła krótkim śmiechem i potrząsnęła głową.
-Nie sądzę -stwierdziła z rozbawieniem -To pułapka. Drań zostawił magiczne zabezpieczenie, przypuszczalnie w połączeniu z pewnymi ilościami prochu zakopanymi pod ziemią.
Położyła się na ziemi bokiem, zwrócona do Sorchy. Podparła głowę ręką. Myślami była jednocześnie przy kontuzjowanej elfce i nasłuchiwała pracującej Savardi. Elfka wkrótce miała skończyć, tutaj nie było problemów z przygotowaniem leków. Wszystkie niezbędne składniki znajdowały się pod ręką, ktoś stale dbał o uzupełnianie zapasów.
Savardi w końcu się pojawiła, jej postać przez chwilę górowała nad parawanem. Podeszła do rannej i podała jej niewielki gliniany kubek z gorącą miksturą o zapachu ziół. Tiamuuri wyczuła jej troskę i niepokój, podkreślał to też wyraz twarzy uzdrowicielki. Savardi miała ściągnięte brwi, nieświadomie zagryzała wargę. To, czym się martwiła, było prawie oczywiste. Sorcha poszukując informacji trafiła do ich obozu. Ugościli ją, poprosili, aby została na noc. I gdy była niejako pod ich opieką, musiało dojść do wypadku.
Jakby czując na sobie spojrzenie Drzewnej, Savardi odwróciła się do niej. Gestem podbródka wskazała jakby na nią.
-Może spróbowałabyś... -zaczęła, ale Tiamuuri szybko jej przerwała.
-W takim przypadku to nie pomoże. To znaczy... pomoże, ale bez takich spektakularnych rezultatów. Poza tym nie wiem, czy to działa na elfy...
-Ale nie zaszkodzi?- upewniła się elfka. Tiamuuri z jękiem potrząsnęła głową.
-Nie powinno. Ale zrobię to tylko, jeśli Sorcha sama o to poprosi. Nie jest naszym królikiem doświadczalnym.
Savardi wydęła usta i oddaliła się. Nie miała widocznie potrzeby upewnienia się, że Rysa wypije lekarstwo do końca. I zostawiła przy niej Tiamuuri.
-Ma straszne wyrzuty sumienia -wyjaśniła Tiamuuri -Woli okazywać irytację niż poczucie winy.

Rewa pisze...

[Cześć, cześć. :) Ja w sprawie tego wątku. Jestem dopiero w trakcie przeglądania tutejszych kart postaci i póki co raczej trudno mi wymyślić coś trzymającego się kupy, więc na razie po prostu daję znać, że na wątek jak najbardziej jestem chętna. Jak masz jakiś pomysł, to mów, a ja i tak poczytam karty Sorchy i Rena, to może uda mi się wpaść na coś po drodze. :)]

Eh'orhje

Szept pisze...

[Hej, takie pytanie zabezpieczające dla mnie. Czy ja zgubiłam odpis od ciebie? Bo czasem zdarza mi się pobłądzić pod własną kartą, a mój ostatni tutaj widzę, pod twoją. W każdym razie ostatni, jaki pamiętam, że pisałam :D]

Szept pisze...

[Znam ten ból. Właśnie usiłuję wyjść z blogowych długów, ale to chyba niemożliwe :D Nie w moim wypadku. Jak nie notki, to wątki, to własna kp... skaranie]

Szept pisze...

[Wesołych Świat! Smacznego jajka i puszystego, milutkiego zajączka]

— Ja nie mam ojca.
- Oczywiście. Przyniósł cię bocian czy znaleziono w kapuście? – ciągnęła dalej, kpiąco, rzecz można znęcając się nad młodą elfką. Opór ze strony dziecka ulicy nie był niczym niezwykłym, podobnie jak jej podejrzliwość. To, że grała zuchwałą, nie zamierzając się zdradzić… Szept natrafiła na problem, zastanawiając się, jak dotrzeć do Sorchy. – Daj spokój. Ja wiem, że był tym, który cię spłodził, wypieranie się nie ma większego sensu. Chcemy wiedzieć, kiedy ostatnio miałaś z nim kontakt i co o nim wiesz. Czy wiesz, gdzie jest teraz? – spróbowała w ten sposób. – Obawiasz się nas. Nie wiem, kto zaszczepił w tobie ten lęk – może uczyniło to po prostu nieznane i podejrzliwość – ale nie chcemy twojej krzywdy. Jesteś tu z powodu swego ojca. Nie siebie samej.
Prawdopodobieństwo, że uwierzy jej na słowo, było raczej znikome. Czasem jednak ktoś, kto nie ma nikogo innego, stroniący, podświadomie pragnie mieć kogoś, komu w końcu może zaufać. Może była naiwna, ale po części na to liczyła.

Karou pisze...

-Ach a ja liczyłam na mężnego prześladowce który przyparłby mnie mocno nie dając drogi ucieczki a dając chwile rozkoszy... - rozmarzyła się na chwilę. Naprawdę ostatnie tygodnie były bardzo stresujące. - Jak widać u was wszyscy takie fretki. Toż tu baby mają więcej wigoru od was. Ja przynajmniej mam. - bąknęła. - Cóż lepszego tutaj i tak nie znajdę. I taki ktoś co się byle bitki czy noża boi jest tutaj strażnikiem? No bardzo rozsądne. - mruknęła i założyła ręce na piersi. - Tak. W waszym królewskim ogrodzie. A niby gdzie indziej to zdobyłam? Ach przepraszam znów zapominam by okazywać należyty szacunek. - Naprawdę to miejsce to zupełny absurd. Nie chciała tu być. Jednak obiecała. To była jej misja. Miała dostać za to pieniądze i w dodatku jakby patrzeć pozytywnie to całe bawienie się w służącą przypominało jej trochę czasy niewinności gdy jeszcze ten okrutny świat tak mocno jej nie dotyczył. Kiedy nie musiała robić tego co teraz robi.
- Jeżeli panie pozwolisz. Jestem potrzebna gdzie indziej. Kominki się same nie wyczyszczą. - dodała ze sztucznym entuzjazmem. Gorsze już chyba było czyszczenie latryn. Jej dłonie nigdy nie wyglądały gorzej. Jednak miało to też swoje plusy. Była bliżej jego ciotki i mogła podsłuchiwać. Oczywiście z reguły były to plotki. Nic ciekawego. Jeśli kogoś ciekawią najnowsze stroje czy to co jaka arystokratka ma za uszami oraz to jakie maści są najlepsze na skórę.

Paeonia

root pisze...

Tiamuuri, ponuro wpatrująca się w plecy pracującej nad wywarem Savardi, potrząsnęła głową.
-Cudownych leków to jak dotąd nie wynaleziono -stwierdziła z żalem. Przeniosła wzrok na Sorchę. Przez chwilę się zawahała.
-Jest pewna substancja... - zaczęła niepewnie -Mam ją we krwi... jeśli tak to można nazwać. Powoduje szybką regenerację... To znaczy to zależy od okoliczności. Nie sądzę, żeby kości od tego zrosły się w kilka minut... ale niewykluczone, że i tak kilkakrotnie przyspieszy czas leczenia.
Przymknęła oczy i przycisnęła dłonie do twarzy.
-Przyznaję, testowaliśmy to trochę -powiedziała cicho po chwili -Na ludziach. Nie ma wśród nas biegłego alchemika ani nie mamy na to warunków, dlatego nie udało się wyodrębnić czystej substancji. Savardi nauczyła się to trochę zagęszczać. Sama jeszcze tego nie próbowała... to znaczy nie nadarzyła się okazja. Dlatego nie wiemy, czy na elfy to działa... ale może działać. No, zaszkodzić to raczej nie może.
Sama nie była pewna, dlaczego wahała się co najmniej tak, jakby zamierzały wysłać młodą elfkę w zaświaty. W końcu to nie była trucizna. Tiamuuri miała to w sobie od dawna i jakoś żyła.
-Jeśli chcesz, możemy spróbować wypreparować tego ile zdołamy.

Szept pisze...

— Ja nie mam z nim nic wspólnego.
- Jesteś jego dzieckiem – zauważyła, jakby zdziwiona. Więzy rodzinne, to, w jakich warunkach się dorastało, odciskały piętno na charakterze i często późniejszym życiu. Można było być kochanym i uwielbianym, dorastać w poczuciu bycia nikim, zerem, a każda z tych rzeczy kształtowała nową osobę. Nie zawsze w pozytywny, chciany sposób. Nie zawsze z korzyścią dla niewinnego dziecka.
— Kto sprzedał wam informacje, że cokolwiek mogę wiedzieć? Skąd w ogóle wiecie, kto jest moim ojcem?
- Pełno w tobie pytań – mruknęła. Byłaby się zaśmiała, lecz nieprzejednana młoda elfka mogłaby nie docenić tego przejawu wesołości i uznać go za kpinę. Twarz królowej pozostała więc nieprzenikniona, a przynajmniej miała taką nadzieję, bojąc się, że w oczach odbija się coś, co mogłoby urazić tę, która chciała być tak silną i niezależną: litość i współczucie.
- A jeżeli jesteście już tak świetnie doinformowani, to jedno wam powiem: nigdy nawet nie widziałam go na oczy. Cokolwiek uczynił, jest to sprawa między nim a wami. Nie mogę być nawet waszym zakładnikiem. Ten gość… gdziekolwiek teraz jest i cokolwiek teraz robi, nie uznaje we mnie żadnej wartości.
Drgnęła, jakby miast słowami, Sorcha uderzyła ją biczem, a maska opanowania na chwilę zniknęła. Opanowała się prędko, splotła dłonie, wpatrując się w noszony na palcu krążek, oznakę małżeńskiego stanu. O tym jej nie powiedzieli, wyklinała pod nosem informatorów. Ten szczegół pominęli. Uznali za nieważny? Uznali, że nie ma takiego ojca, że co za ojciec nie dbałby o swoje dziecko? Zapatrzeni w siebie durnie!
- Ma coś, co należy do nas – oznajmiła oględnie. – Coś, czego nie powinien mieć. Wierzymy, że pomożesz nam go odnaleźć. – Przynajmniej dotąd w to wierzyli. Teraz… Szept przekrzywiła głowę, przyglądając się młodej elfce. Czy, jeśli naprawdę nic nie wiedziała, powinni ją w to mieszać? Dziecko nie odpowiada za grzechy rodziców.

Silva pisze...

Przybyła szamanka.
Była niską, drobną kobietą, sięgającą prowadzącemu ją mężczyźnie do piersi. Białe, przywodzące na myśl śnieg włosy, związane miała w ciasny warkocz, nieco już rozluźniony; w splotach wetknięte miała pióra kvezala, świętego ptaka i koraliki. Jasne, niemal białe oczy patrzyły na dwóch mężczyzn z lodowym spokojem; były nieporuszone.
Nie miała na sobie plemiennego stroju szamana; opuszczając wioskę zostawiła go w tipi. Tutaj, w drodze, wśród innych ras, o wiele praktyczniejsze okazały się być ludzkie stroje. Teraz miała na sobie typowy ubiór podróżny; buty do konnej jazdy, sznurowane rzemieniami, spodnie i dłuższą kamizelkę z koszulą pod nią, spiętą pasem. Na ramionach miała płaszcz. W ręku trzymała, wspierając się na niej, dębową laskę, z górskim kryształem na czubku i piórami kvezala.
- Jestem Awahka'towa:ni - przedstawiła się, używając plemiennego imienia, patrząc w oczy temu, kogo uznała za wyższego statusem; o czarnych włosach i czerwonych tęczówkach, szczupłemu choć nie chudemu. Potomkowi smoków, o których krążyło wiele legend i zakłamań. - Silva, to imię, którym również możecie się do mnie zwracać. - Z pewnością było łatwiejsze do wymówienia.

Karou pisze...

[ Wysłałam ci wiadomość na GG odnośnie dalszych losów naszego wątku ;)]

Paeonia

Szept pisze...

— Coś takiego! Mam ojca złodzieja!
Okrzyk został potraktowany ze stoickim spokojem. Elfia królowa zdawała się zbyt zatopiona w myślach, by odpowiedzieć na zawarty w nich sarkazm.
— Jaka królowa pozwala się okraść?
- Jedna z wielu – odrzekła lakonicznie, zdając sobie sprawę, że to słaba riposta. Po prawdzie, artefakt skradziono wcześniej, niż w ogóle rościła sobie prawo do tytułu, lecz we własne dzieje nie chciała wprowadzać młódki. Już i tak nie miała szacunku do elfów i korony. Dowiedzieć się, że stojąca przed nią jej wysokość parała się mroczniejszą magią, była wygnańcem i włóczęgą nie pomogłoby w odbudowie wizerunku elfów w jej oczach.
A może właśnie by pomogło? Może królowa włóczęga i wygnaniec zdobyłaby coś więcej niż wielka i można, odległa pani?
Nie wiedziała.
— Naprawdę liczycie, że wam pomogę? A co będę z tego miała?
- Może własną wolność dla odmiany? – zagadnęła. – Albo konfrontację ze swoim ojcem? – zaryzykowała, strzał na ślepo. Ją przepełniałby gniew. Za pozostawienie samej sobie. Za odejście. Za myśl, że nie była dla niego wystarczająco dobra, wystarczająco ważna i cenna. Ona chciałaby spojrzeć w twarz tego, który ją opuścił.
Może jednak dla Sorchy nie miało to znaczenia?

[Spokojnie, nie tak łatwo mnie przerazić :D A harda Sorcha tylko sprawia, że wątek jest taki, jakie kocham.
Nawiasem, w jakich krajach działają delviverzy? Tylko w Keronii czy w innych krajach też?]

Silva pisze...

- Dobrze, Sivo. Cieszymy się, że przybyłaś.
- Silvo - poprawiła go od razu, nieznacznie marszcząc brwi; chociaż wyraźnie przeszkadzało jej, że przekręcono jej imię, co zdarzało się bardzo często, chociaż było ono nadawane ludziom tej ziemi, twarz miała spokojną. Dla niewprawnego oka była pozbawiona emocji, a dla kogoś, kto nie potrafił czytać drobnych gestów, mogła uchodzić za bezbarwną. - Nazywam się Silva. Zjadłeś l.
- Pewnie wiesz kim jestem, ale pro forma powiem, że nazywają mnie Synem Niebios, Wielkim Taligiem z rodu Carivaliu, namaszczonym przez Czcigodną Matkę Yangashiri Tahibitem, księciem Renem. Jak widać, też lepiej nazywać mnie po prostu Ren, tudzież Książę Ren dla bardziej nieśmiałych. Ten tutaj, to mój zaprzysiężony brat Hun Jim, bez zbędnych tytułów.
Szamanka stwierdziła, że stojący przed nią mężczyzna lubi dużo mówić. Zdecydowanie był gadatliwy, bardziej niż do tego przywykła. Jednak skinęła im głową, witając się z obojgiem. - Niech sprzyjają wam duchy - wypowiadając słowa we wspólnej mowie, miała dziwny, nieco nosowy akcent, który zniekształcał niektóre słowa.
- Spocznij, przygotowaliśmy dla ciebie stół.
- Wolałabym od razu zobaczyć to, po co tu przybyłam.

Silva pisze...

- Jest niegrzecznym odmawiać Synowi Niebios, gdy ten zaprasza…
- Nie interesują mnie wasze protokoły - ostatnie słowo wypowiedziała dość niewyraźnie, zupełnie nie wiedząc, czy w ogóle mówi je we właściwy sposób. - Jedzenie możecie zachować na inny czas. Nie przyszłam tu w gości. Mówiliście, że nawiedzają was duchy. Chcę pomóc im przejść na drugą stronę, zaznać spokoju. Nie jestem tu dla was - jeśli panowie ze smoczego dworu mieli jeszcze jakieś nadzieje, że wszystko pójdzie zgodnie z wymogami, szamanka właśnie rozwiała ich nadzieje. Ludzie zawsze byli dla niej na drugim miejscu. Służyła duchom.

Nefryt pisze...

- I chodzi mu o duchy? – Uniosła lewą brew, wyraźnie zaintrygowana. Kogo jak kogo, ale Eleonorę trudno było wystraszyć. Tym bardziej, że dziewczynka dosłownie kochała wtryniać nos tam, gdzie nie powinna. – Van Yoo to ten wasz rycerz, tak? Ten, który patrzy na ciebie, jakby był twoim tatą? – upewniała się, mając na myśli opiekuńczość względem księcia, jaką zauważyła w zachowaniu tamtego człowieka. Nie orientowała się w strukturach, zwłaszcza wojskowych, i to było od razu widać. Dla niej każdy, kto wyglądał odpowiednio bogato i do tego nosił broń, był rycerzem.
Słysząc pytanie księcia, splotła palce, wyraźnie zakłopotana.
- Właściwie to ja… Ja tu drugi raz weszłam. – Spojrzała na niego, trochę niepewnie, a trochę z wyzwaniem. – Chodź – pociągnęła go w głąb tunelu. – Niby co tam może być? Nie boisz się szczurów, prawda? Ani pająków? – zapytała z troską. – Bo moja starsza siostra się boi. Zaczyna wtedy tak strasznie krzyczeć. – Mina księżniczki świadczyła to tym, że reakcja Edithe przynajmniej raz została przetestowana metodą eksperymentalną.


***
- Pojedziesz ze mną. – Wzruszyła ramionami, w tej chwili to był najmniej istotny problem i nieszczególnie się nad tym zastanawiała. Bardziej zajmował ją temat tajemniczych łowców, nie potrafiła jeszcze określić, czy im zagrażają, ale zakładała taką możliwość i wolała zejść im z drogi. Ostatecznie, cała ich grupa, licząc nawet – jak zakładała – niezbyt przydatnego w razie walki Rena, liczyła zaledwie cztery osoby. Ona też długo nie powalczy, jej stan miał swoje ograniczenia. Leylith, obozowa zielarka, i tak urwie jej łeb za to, co wyrabia. Miała się oszczędzać, uważać na siebie i dziecko… Jasne. Powiedzmy, że można na siebie uważać, będąc hersztem zbójeckiej bandy.
Podeszli do nieco beczułkowatej z wyglądu brązowej klaczy z czarną łezką nad chrapami. Nefryt poczęstowała konia niewielką bryłką cukru, pośpiesznie wyjętą z sakwy wiszącej u łęku siodła.
Sporo czasu musiało minąć, żeby zdobyczny wierzchowiec dał do siebie podejść, nie mówiąc już o jeździe, ale tygodnie oswajania zrobiły swoje i teraz klacz nie protestowała, kiedy kobieta sprawnie wsunęła się na jej grzbiet. Warto było zaczekać, koń, może nie tak szybki jak rasy hodowane specjalnie pod wierzch, był znacznie od nich wytrzymalszy, a w obozowych warunkach była to ogromna zaleta.
- Twoja kolej – Nefryt uśmiechnęła się do Rena.
***
Zagajnik był wystarczająco gęsty, by ukryć ich nawet, gdyby tropiciele przejechali w odległości kilku metrów. Wystarczyło zachować ciszę i nie poruszać zbytnio gałęziami. Gdy dotarli na miejsce, Nefryt pośpiesznie odprowadziła klacz na bok, w kępę liściastych drzewek splątanych z krzakami. Wystarczyła wyszeptana półgłosem komenda, by mądre zwierzę zwiesiło łeb i pozwoliło się przykryć gałązkami dla lepszego kamuflażu. Poprzedni właściciel dobrze ją wyszkolił.
Herszt wróciła, zacierając za sobą ślady. Ona i Ren ukryli się pod sosenkami, pomijając kłujące igliwie i bijący od ziemi chłód, dało się wytrzymać. Szkoda, że nie pomyślała, żeby wziąć derkę do rozłożenia na ziemi… Teraz było już na to za późno.
Najpierw usłyszeli głosy. Rozmowę, sądząc z tonu głosu raczej nieprzyjemną, toczyło dwóch mężczyzn. Nefryt nie rozumiała ani słowa, mówili w nieznanym jej języku. Miała ochotę zakląć. Pierwszego zobaczyli niemal natychmiast. Niski, krepy mężczyzna w średnim wieku wpatrywał się w okolicę, raz po raz omiatając wzrokiem młodnik. Kobieta zacisnęła wargi. Tropiciel, taka ich mać! Jeśli coś zauważy, koniec… Ale nie zauważył. W ślad za nim przejechało jeszcze kilku jeźdźców, Nefryt naliczyła równo ośmiu. Tamtych dwóch cały czas się kłóciło, któryś z końca coś do nich powiedział… Pojechali. Nefryt odczekała chwilę i odetchnęła z ulgą. Nie zanosiło się, by mieli wrócić.
- Ja pierniczę, ile bym dała za takie cudo… - westchnęła z rozmarzeniem, mając na myśli brygantynę* jednego z łowców, złożoną z niewielkich, dobrze dopasowanych blaszek.
Spojrzała na Rena.
- Rozumiałeś, co mówili?

[* rodzaj pancerza z metalowymi płytkami przynitowanymi na skórzaną "kurtkę", lżejszy od pełnej zbroi]

Szept pisze...

— Wolność? Więc jednak wasze zamiary nie są, aż tak sympatyczne, jak próbowaliście zapewnić? Robi się milutko.
- Cóż, jeśli nie będziesz współpracować – wzruszyła ramionami, ale cofnęła się o krok. Prawdopodobnie ten ruch wywołał reakcję strażnika, zakończoną mocnym chwytem na ramieniu drobnej elfki i próbą zmuszenia jej do bardziej przyzwoitego zachowania wobec jej wysokości.
Zirytowana, jej wysokość zmarszczyła brwi, zdecydowanie niezadowolona.
— Ojciec mnie nie obchodzi. Wolę święty spokój. Ale dobra… kończmy to nudne spotkanie. Jak go nazwałaś, pani? Justus Keiman? Jeżeli o czymś mogę cię stanowczo zapewnić to to, że nie jest to jego prawdziwe imię i nazwisko.
Rozmowa była ciężka, trudna. Nie spodziewała się, że pójdzie łatwo. Nie oczekiwała tego. Mimo wszystko jednak, był to jakiś postęp. Powoli, stopniowo, okraszony uśmieszkami i złośliwościami. Jak jej brakowało humorku Dara. Może Brzeszczot łatwiej by się dogadał z młodą, krnąbrną elfką?
- Zatem, jakie jest jego prawdziwe miano? – podpytała, dłonią nakazując przybocznemu odsunąć się. To z całą pewnością miało jakiś skutek, nieco większy niż groźby ich gościa wbrew własnej woli. – Po prostu powiedz nam co o nim wiesz. Potem zobaczymy, co dalej i czy możemy sobie nawzajem pomóc.

AnneU pisze...

// Bry... noc...? Masz jakiś konkretny pomysł na wątek?
Mi tak wpadło do głowy, że Sorcha mogłaby coś dla Vanji przewieźć, jakąś taką drobną, czarnomagiczną kontrabandę, potrzebną hmm... do eksperymentów nad świadomością golema. //

AnneU pisze...

// Jestem za dłuższą znajomością - Vanja jest raczej miła i jeśli dobrze jej się z kimś pracuje to dąży do zachowania tej osoby blisko. Mogę zacząć, czy Ty wolisz?

AnneU pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
AnneU pisze...

Dom Vanji mieścił się na obrzeżach dzielnicy rzemieślniczej, przy malutkim ryneczku, na którym swe produkty wystawiali nietypowi sprzedawcy. Iwo twiedził, że bliskie położenie kramów szarlatanów i oszustów zaszkodzi opinii jego przyjaciółki, ale mylił się - w tę część miasta po zmroku nie zapuszczał się nikt porządny lub chcący choćby zachować pozory porządności, co dostarczało Kugge ciekawych zleceń od hersztów band, zabójców, czy szlachty, nie chcącej otwarcie przyznać się do montowania pułapek w sypialniach dla gości. Dzięki lokalizacji Vanja nie musiała się tłoczyć z golemami w wąskiej, a wysokiej kamienicy. Było miejsce na sypialnię, łaźnię, salon, gabinet w którym omawiała z klientami szczegóły zleceń, ale i na warsztat. Za budynkiem znajdował się rozległy, otoczony wysokim murem plac, na którym kobieta testowała między innymi siłę rażenia kolejnych zaprojektowanych przez siebie rusznic i pistoletów. Na pewną oszczędność miejsca pozwalał fakt, że służebne golemy nie musiały spać i nie potrzebowały własnych kwater jak zwykła służba, zatem pomieszczenia przeznaczone dla parobków Vanja przekształciła na magazyn.

Tego wieczora, po wydaniu instrukcji golemom, inżynier pozwoliła sobie na drzemkę w salonie. Miała za sobą ciężki dzień, podczas którego dobijała targu z wymagającym szlachciurą, a czekała ją już niedługo podobnie intensywna noc. Chciała złapać dwie kapki odpoczynku. Warkot, mechaniczny pies ułożył się obok jej nóg i pozostawał czujny. Co jakiś czas przekręcał głowę, zgrzytając zębatkami, by niewidzącymi oczami spojrzeć na Markiza i Barona, dwa obronne konstrukty pilnujące głównych drzwi wejściowych. Golemy były ślepe, nie posiadały także innych zmysłów, ale ich ograniczona rozkazem świadomość wyczuwała magiczne zmiany w otoczeniu, stąd stwory wiedziały, jeśli ktoś pojawiał się w pomieszczeniu, czy że wykazuje złe intencje wobec właściciela.

Szept pisze...

— Rail… jestem pewna, że nazywa się Rail. No chyba, że mojej matce też się fałszywie przedstawił.
- Świetnie. Ilu może być Railów w Keronii? O ile to jego prawdziwe miano? – wtrącił jeden z przybocznych, elf. Widocznie był kimś ważniejszym, skoro tak się wtrącał do rozmowy. Ani jednak ubiór, ani wygląd, nie świadczyły o pozycji i znaczeniu w królestwie długouchej rasy. Pewną wskazówką, dla wprawnego oka, dostrzegającego szczegóły ukryte pod pokrytą tatuażami twarzą, było podobieństwo w rysach twarzy między mówiącym i królową.
W istocie, Eredin był bratem Niraneth.
- Pamiętasz może coś więcej? – ciągnęła niezrażona magiczka. – Znajomi, o których wspominał, miasta, miejscowości… nawet gospody. Cokolwiek pamiętasz, może okazać się pomocne. Może coś, co go szczególnie interesowało… - Po prawdzie, sama nie wiedziała, o co pyta. Szukała czegoś, czegokolwiek, co mogłoby okazać się punktem zaczepienia. Wskazówką, od której mogliby zacząć szukać. – Gdzie mieszkaliście? – Wkraczała na cienki grunt. Dzieciństwo. Czy ten osobnik, o ile można było go nazwać ojcem – chyba tylko biologicznym, w ogóle z nimi mieszkał choć trochę czy od razu dał nogę na widok brzucha i widma dzieciaka, którego zmajstrował?
Wiedziała jedynie, że Sorcha jest córką mężczyzny, którego poszukują.
- Może znajomi twojej matki będą pamiętać coś więcej? – Brnęła dalej, świadoma, że jeśli tak, Sorcha zazna wątpliwej przyjemności podróży w przeszłość i tych rozdziałów życia, które możliwe, już dawno pozostawiła za sobą.
Prawdopodobnie nie było mowy, by ona sama mogła z nią jechać. Gdziekolwiek była ta przeszłość. Prawdopodobnie.

[Na ile z wyglądu Sorcha jest podobna do ojca? Czy wdała się b. w matkę?]

Nefryt pisze...

Uśmiechnęła się.
- Mam trzy siostry, Ren. Dwie starsze i młodszą. Ale… Tak naprawdę, to chciałabym mieć brata. Starszego. Bo wiesz… Jak czasami patrzę, jak chłopaki w moim wieku ćwiczą na dziedzińcu, to… ja też bym tak chciała. Ja nie potrafię, nie chcę sobie tu siedzieć i czekać nie wiadomo na co! Chciałabym pojechać w siną dal, zobaczyć czy to prawda, że w górach żyją elfy, sama walczyć z trollem albo przejechać na wielbłądzie przez wirgińską pustynię i zobaczyć te piaskale z opowieści! A jak już miałabym mieć męża – głos dziewczynki nabrał powagi, co w jej wykonaniu było raczej zabawne – to takiego, żebyśmy mogli robić to wszystko razem.
Nie wiedziała, że jej przyszłość została już starannie zaplanowana. Nawet nie przyszło jej przez myśl, że rodzice planują w przyszłości wydać ją za chłopca, z którym właśnie rozmawiała. Trudno powiedzieć, jak by zareagowała. W tej chwili po prostu go lubiła. Był… wydawał się miły.
Miała wrażenie, że, mimo zapewnień Ren się jednak boi. Bez słowa wzięła go za rękę.
Przeszli kilkadziesiąt metrów. Korytarz stawał się coraz bardziej wilgotny. Biegł w dół, aż doszli do miejsca, w którym kamienna podłoga przechodziła w wąskie stopnie. Schody nikły w brudno brązowej wodzie, cuchnącej starym szlamem. Dalszej drogi nie było.
- Sam widzisz – mruknęła. Przyjrzała się ceglanym ścianom. Zaczęła je opukiwać, tak, jak opowiadał jej kiedyś nadworny mag ojca, Alastair. Twierdził, że nie znając magii, można w ten sposób sprawdzić, czy za ścianą jest jakieś pomieszczenie. Po dźwięku. Problem polegał na tym, że kiedy stukała drobnymi palcami w cegłę, nie było żadnego dźwięku. Przypuszczała, że do tego potrzebne było jakieś narzędzie. Miała już odpuścić, zrezygnowana, gdy wydało jej się, że słyszy jakiś dźwięk. Głos. Położyła palec na ustach i pokazała Renowi, by posłuchał.
- Przyniosłeś? – męski, schrypnięty jakby od nieużywania głos był ledwie słyszalny. Chwila ciszy. I znów, ten sam głos: - Skąd mam wiedzieć. Stary cap dobrze to ukrył.

***
- Wiem, kto to Sigvarowie – powiedziała cicho. Milczała dłuższą chwilę, obserwując go i zbierając myśli. – Nie obawiaj się. Nie wydamy cię. Dopilnuję, żeby tak było, ale będziesz nam musiał pomóc w jednym zadaniu. W bandzie – w jej oczach pojawił się błysk rozbawienia, kiedy zdała sobie sprawę, jak mówi o sobie i swoich ludziach. No cóż, tym właśnie byli. Zbójecką bandą, nawet jeśli z jakimiś zasadami. – nie ma miejsca dla bezużytecznych – jej głos był twardy, mówiła z przekonaniem. – Muszę wiedzieć, co potrafisz. W czym można na tobie polegać. Potem, po tym zadaniu, obiecuję, załatwimy ci bezpieczny powrót do twoich.
Zawahała się na chwilę. Coś nie dawało jej spokoju.
- Ten jeniec, o którym wspomniałeś. To ktoś, kogo warto ratować?

Szept pisze...

— Obawiam się, że to bardzo grząskie podłoże.
Nie, żeby tego nie przepuszczała. Same trudności. Jeśli Rysa nic nie wiedziała o swoich przodkach, mogłoby być trudne odnaleźć jej ojca. Kogokolwiek. Grymas ni to niezadowolenia, ni zniecierpliwienia, przemknął przez twarz królowej. Lekko zagryzła wargi, obróciła twarz, spoglądając przez okno. Zwykle natura uspokajała jej i pomagała odnaleźć równowagę.
Zwykle nie oznaczało, że tak będzie i tym razem.
Zbytnio się zamartwiasz skarciła się w myśli.
— Pamiętam, że matka miała pukiel białych włosów ojca, przewiązane wstążką. Tak sobie myślę, że te włosy… one mogłyby pomóc go zlokalizować. W sensie Raila. Najpierw jednak należałoby odnaleźć Utrusa, mego wuja.
- To możliwe. Coś podobnego do magii krwi – mruknęła pod nosem, bardziej do siebie. Tendencja rozważania na głos magicznych zagadnień. Włosy były dobre. Wprawdzie ścięte jakiś czas temu, nosiły znamiona czasu, zużycia, lecz wciąż najbardziej związane pozostawały z tym, od kogo pochodziły. To byłoby lepsze niż krew potomka. Ta najpewniej doprowadziłaby ją do Sorchy. Oczywiście, ideałem byłoby, gdyby mieli krew Riala.
Marzenie ściętej głowy.
- To się może udać. – Utrus nie było bardzo popularnym imieniem, szczególnie nie wśród szlachetnych elfów. Elfom krętouchym nie przyglądała się szczególnie mocno. Dotąd. Istnieli obok, nie lekceważyła ich, ale też nie dążyła do zażyłości. – Można spróbować ze zwierciadłem… odbiciem poszukiwanej osoby. Ale to bardzo nieprecyzyjny czar lokalizacyjny. Pokazuje osobę, jej otoczenie, ale to czasem za mało… Wzmocnione kryształem górskim… i gdyby mieć mapę… to wskaże lokalizację. Połączenie tych obu … - Elfka spojrzała na Sorchę, poniewczasie przypominając sobie, że młoda delviverka stoi tuż obok.
Delviverka. Pracując dla Alastaira, słyszała o nich. Niewiele i wówczas nie przywiązywała do tych wieści należytej wagi.
- Jak ci idzie z odnajdywaniem osób? – zagadnęła.

[Jeśli źle zrozumiałam pochodzenie Sorchy i jej rodziny to przepraszam. Możesz udać, że tego nie było w odpisie.]

Silva pisze...

- Zaprosiliście mnie, abym wam pomogła… - po chwili zastanowienia i przypomnienia sobie, że w szerokim świecie są pewne wymogi w zachowaniu i kontaktach z wyżej urodzonymi, dodała: - Szlachetni panowie - nigdy nie potrafiła zrozumieć, nawet jak jej tłumaczono, zawiłości tytułowania możnych. Wiedziała, że nad każdym państwem jest ktoś, kto sprawuje najwyższą władzę, ale inne powinowactwa, zależności i statusy były ponad jej logikę i plemienną racjonalność. - Jedzenie, picie mogą poczekać. Dusze, które was dręczą utknęły tutaj. To nie jest ich miejsce, nie należą już do tego świata. Im dłużej zwlekają, tym mocniej się na nich to odbija.

Silva pisze...

Silva westchnęła w duchu, nie rozumiejąc przywiązania do zdobnych i odpowiednich strojów; jej plemię nosiło ręcznie tkane ubrania, proste o naturalnym kolorze; takie, które łatwo zacerować lub można wyrzucić bez żalu. Stroje odświętne nosili tylko szamani podczas rytuałów i wodzowie wioski.
- Jeżeli to sprawi, że będę mogła w spokoju zająć się duchami, niech będzie - zgodziła się w końcu, rozglądając się po otoczeniu i próbując odgadnąć, gdzie powinna iść. Pomiędzy drzewami widziała blade, niewyraźne smugi: emanacje duszków natury, nieszkodliwych istot, które były wszędzie tam, gdzie matka ziemia.

[nie widziałam jakie stroje więc brzydko zostawiłam to Tobie :D]

Olżunia pisze...

[Ależ prowadź akcję, prowadź. :D To “strategiczne myślenie” nie przychodzi mi lekko i zwykle muszę się nieźle nagłowić, żeby nie palnąć jakiejś głupoty i nie zapędzić fabuły w kozi róg. A że wolę dobrą zabawę od skrzętnego planowania akcji, piszmy to razem. :D
Skojarzyło mi się z Renem: link. xD
Przepraszam, że tak długo; dorwały mnie egzaminy i sprawy osobiste.]

Kluczyli nieznanymi korytarzami, stąpając miękko, zdając się na swoją intuicję i łaskawy uśmiech Fortuny. Biegli, stąpając miękko, raz po raz chwiejąc się, gdy kobierzec uciekł im spod stóp lub posadzka okazała się zbyt śliska. Umysły gorączkowo przypominały sobie wszystko, co dwójka włamywaczy wiedziała o tym domostwie, i pospiesznie, na bieżąco kreśliły mapę, nakładając ją na zatarty w głębokim półmroku obraz tego, co widzieli.
Sorcha, jako elfka, miała lepszy słuch. Aed zdał się na nią, ciesząc się w duchu, że ją tu spotkał. Razem byli głośniejsi, ale byli też szybsi. Współpracowali. Krętoucha właśnie udowodniła mieszańcowi, jak bardzo powinien być jej wdzięczny.
Zawias zgrzytnął i w końcu ustąpił, okno otworzyło się na oścież. Chłodny podmuch zgarnął z parapetu kurz i martwe owady.
Dłoń Aeda odruchowo powędrowała na biodro, na którym zawsze spoczywała płócienna, wypakowana najpotrzebniejszymi rzeczami torba. Do wspomnianych najpotrzebniejszych rzeczy zaliczał się między innymi wytrzymały powróz, dostatecznie długi, by pomógł w ucieczce z drugiego piętra. Tym razem od ziemi włamywaczy dzieliło półtorej kondygnacji, ale nie było ani torby, ani konopnej liny.
Najemnik omiótł pomieszczenie spojrzeniem. Pokój wyglądał na apartament wystarczająco reprezentacyjny, by nie znalazło się w nim nic przydatnego w ryglowaniu drzwi bądź ucieczce. Chyba że pianino. Nim mogli chociaż zastawić drzwi.
Na co brakowało czasu i co było raczej bez sensu, zważywszy na to, że drzwi otwierały się do zewnątrz.
- Kotary – stwierdził w końcu najemnik, mrucząc do siebie pod nosem. – Najwyższa pora zabawić się w sztampową opowieść o awanturnikach – dodał jakby na usprawiedliwienie, wzruszając lekko ramionami. Zerknął na elfkę, potem na ciężkie zasłony, potem znów na elfkę. Gruby materiał o dość ciasnym splocie powinien był wytrzymać.
Aed wskrabał się na parapet, dobył ukrytego w fałdach ubioru noża, po czym zaczął ciąć przy samym karniszu. Mosiężne kółka pobrzękiwały cicho.
- Pomóż mi z drugą – poprosił, spoglądając na Sorchę. Jego słowa wytłumił rękaw koszuli.
Zza drzwi dobiegł ich odgłos pospiesznie stawianych kroków. Ktoś właśnie minął drzwi. Kończył im się czas. A raczej zaczynał. Czas na modlenie się, by Fortunie nie zrzedła mina.
Materia opadła na podłogę, wzbijając w powietrze tumany kurzu.

Szept pisze...

- Jeżeli pytasz mnie, czy potrafię jakąś magiczną sztuczką przywołać poszukiwanego to muszę cię rozczarować. Nas, krętouchych rzadko dopuszcza się do wiedzy o magii.
- Magiczne hokus-pokus możesz zostawić mnie –zakpiła, po raz pierwszy czując się pewniej. Sorcha była krnąbrną, nieufną istotą i prawdę mówiąc, Szept lepiej było odnaleźć się w planowaniu samej małej wyprawy i rozważaniach o magii niż w rozmowie z krętouchą elfką. Po raz kolejny zdała sobie sprawę, jak wielu rzeczy nie wie, jak ciężko jej przystosować się do innej kultury i wychowania. Pomyśleć, że obcowanie z krasnoludami, ludźmi i półelfami powinno ją do tego jakoś przystosować.
Cóż, jeśli znalazła wspólny język z watażką olbrzymów, Jaruutem, poradzi sobie i teraz.
Chyba.
- Ale wiem, gdzie matka ukryła owy pukiel włosów. Od razu mówię, że to nie będzie łatwe, bo dom, w którym kiedyś mieszkałyśmy, obecnie znajduje się w posiadaniu kogoś innego. Nie mam pojęcia kogo, ale trzeba mieć dobre wytłumaczenie, by wtargnąć w jego włości. No chyba, że faktycznie jesteś królową, pani.
- Jeśli znajduje się na terenie elfów, nie będzie to problemem. – Ostatecznie, ktoś ważny czy nie, nie mógł stać wyżej niż królowa. No, chyba że sam król. Raa’sheal jednak w sprawie zaginionego artefaktu dawał jej wolną rękę w poszukiwaniach. Innymi słowy, prośba jej wysokości była faktycznie rzecz biorąc rozkazem. Nawet ci, którzy nie sprzyjali magini na tronie, nie mogli jej ot tak zlekceważyć. – Jeśli poza nim, lepiej będzie skorzystać z twoich umiejętności niż powoływać się na stanowiska i dyplomację.
Dyplomacja tylko niepotrzebnie by wszystko rozwlekła. Stosunki między elfami a ludzkimi państwami były… nie zawsze układne i neutralne, zwłaszcza z Wirginią. Poprzez powiązania z ruchem oporu i krasnoludami, jednocześnie występowali, nawet jeśli jeszcze w skrytości, przeciwko Szafirze i jej władzy, narzuconej przez Wirginię. Oficjalne kanały wzbudziłyby też ciekawość, pytania. Pytania, na które nie zawsze elfy chciałyby odpowiadać.
- Chodź za mną – mruknęła. Skoro Sorcha nie chciała ani odpoczywać, ani odświeżyć się, równie dobrze mogły zaplanować kolejne posunięcia.
Kroki elfki, chociaż ciche, poniosły się po korytarzu pałacu. Szła zdecydowanie, wybierając drogę bez namysłu, jak ktoś, kto porusza się po swoim, dobrze znanym terenie. Nikogo z napotkanych elfów nie dziwił widok kasztanowłosej kobiety w luźnej koszuli i spodniach; większość zawieszała spojrzenie na jej towarzyszce, elfce krętouchej. Kilku pochylało nisko głowę, w geście pozdrowienia, niektórzy dodatkowo kładli rękę na piersi. To powitanie raczej nie było przeznaczone dla nikomu nie znanej tutaj, w murach pałacu Ataxiar, Sorchy.
Szept zatrzymała się dopiero przed dużymi, podwójnymi drzwiami. Drewniane, zdobione motywami natury, roślinnością i wijącymi się pnączami; pchnęła je. Uderzył je zapach kurzu, książek i drewna.
Elfia biblioteka. Wszędzie, aż pod sufit, wypełnione książkami regały. Poustawiane przy nich drabinki ułatwiały dostęp do najwyżej położonych pozycji. Tam, gdzie nie stały regały, ściany zdobiły malowidła. Pokrywały także ukształtowany w kopułę sufit; duże, przestronne okna zapewniały dostęp światła, sprawiając, że pomieszczenie nie było zaciemnione i parne. Któreś musiało być otwarte, dało się to wyczuć po lekkim podmuchu świeżego powietrza i wplecionym w woń papierów nikłym zapachu drzew.
- Więc, gdzie to jest? – zagadnęła magiczka podchodząc do jednego z regałów. Wedle jej wiedzy na nim znajdowały się mapy. Te dawno nieaktualne, przedstawiające świat z wieku Przybyłych zza Morza, te współczesne. Te ostatnie interesowały ją szczególnie. O ile w świecie, w kraju elfów orientowała się całkiem dobrze, o ile miała blade pojęcie o Dolnym Królestwie i większych miastach Keronii, na tym kończyły się jej zdolności i wiedza z geografii.
Potrzebowała mapy.

Rosa pisze...

[Cześć. Miałabyś może ochotę na wątek z Isleen? :]

Isleen

root pisze...

[Nom, chyba nie odpisałaś. Piszemy dalej, czy nie masz już weny na ten wątek?]

Isleen pisze...

[I Ren jak i Sorcha są bardzo ciekawi, więc wybór jest trudny... ;)
Bardzo podoba mi się wizja Talingów, więc może spróbujemy połączyć jakoś elfkę i dziedzica smoczego tronu?
Isleen i Ren są podobni po kilkoma względami: oboje musieli uciekać z rodzinnego państwa (z tym, że Isleen Wegi nie pamięta, a Ren na ojczyznę tylko z opowieści), oboje pochodzą z królewskich/książęcych dynastii. I zarówno i Isleen jak i Ren nie nadawaliby się raczej do przejęcia tronu. ;) Można by spróbować wykorzystać to jakoś w pomyśle na wątek.]

Nefryt pisze...

[Pewnie, że wybaczę, zresztą ja też odpisuję raz na sto lat, jak widać ;)]

Gwałtownie wciągnęła powietrze, zaskoczona. Obejrzała się na niego. Wysunęła się z jego chwytu. Przygryzła wargę, patrząc na niego z wyraźnym wahaniem. Iść, czy zostać? Wybrać bezpieczeństwo, czy ulec ciekawości?
- Zaczekaj. Chcę… zrozumieć – wyszeptała, ponownie przykładając ucho do muru.
Ludzie po drugiej stronie ściany - teraz już była pewna, że to tylko ludzie – mówili zbyt cicho, by mogła zrozumieć sens rozmowy. Usłyszała jednak wystarczająco, by rozpoznać głos jednego z dwóch mężczyzn. Jej zaciśnięte na wystającej cegle, drobne palce zaczęły blednąć. Odczekała, aż wszelkie dźwięki po drugiej stronie ucichną i przysunęła się do Rena.
- Jeden z nich to Arlan Fallax, astronom i doradca mojego ojca. Drugi… jestem pewna, że miał wirgiński akcent. – W jej oczach wyrazie widać było niepewność. – Ren, co robimy?

***
- W porządku – uśmiechnęła się. Zmarszczyła lekko brwi. – Markus, wzięliśmy w końcu ten elficki łuk, nie?
Mężczyzna potakująco kiwnął głową i w sobie tylko znany sposób dostał się do umocowanego gdzieś pomiędzy sakwami drewnianego łuku, nie najpiękniejszego może, bo pozbawionego wszelkich ozdobników, ale wykonanego naprawdę porządnie. Z obszernego tubusu wyjął kołczan ze strzałami i podał to wszystko Renowi.
Kiedy Nefryt usłyszała odpowiedź Rena dotyczącą jeńca, w jej oczach na chwilę pojawiło się zaskoczenie, które ustąpiło miejsca trudnemu do sprecyzowania cieniowi. Można było odnieść, wrażenie, że herszt się waha. Wreszcie wolno skinęła głową.
- W takim razie przedstawię ci szczegóły naszej akcji. Tak jak mówiłam ci wcześniej, musimy dotrzeć do Rivnedall. Problem jest taki, że to miasto się zbuntowało, więc jako Kerończycy możemy mieć problemy z wjazdem… Mniejsza. W Rivendall mieszka człowiek, który najprawdopodobniej zdradził ruch oporu. Nasze zadanie, to sprawdzić, czy faktycznie nas sypie. Jeżeli tak, musi mu się przytrafić bardzo niefortunny wypadek, jeśli rozumiesz, co mam na myśli. Ustaliliśmy z Markusem i Hulierem, że urządzimy małą prowokację. Jedno z nas będzie udawało człowieka, który, według informacji zebranych przez ruch oporu, ma odebrać od niego informacje. Spotkanie nastąpi gdzieś w mieście. Myślę, że skoro jest nas czworo, będzie dobrze, jeżeli ktoś będzie tę osobę ubezpieczał, na wszelki wypadek. Dwie pozostałe osoby przeszukają w tym czasie dom. Wstępnie była mowa o tym, że Markus udaje kontakt, a ja z Hulierem robimy rewizję. Więc pytanie, czy poradzisz sobie z ubezpieczaniem Markusa, czy wolisz pomóc mi przeszukiwać dom.

Szept pisze...

— Królewiec.
Królewiec. Na krótką chwilę opuściła dłonie wzdłuż ciała, trochę zaskoczona. Nie takiej odpowiedzi się spodziewała. Mogło być gorzej. Mogło trafić na Demar albo Nyrax, albo jeszcze dalej, na Wedze, Quinghenie, w Wirgini. Keronię jeszcze jako tako znała. Królewiec jako tako znała. Była tam, kiedyś, w innym życiu.
Miała kilku znajomych. Kilka miejsc, w których chętnie bywała.
Tak, zdecydowanie mogło być gorzej.
— Dokładnie, dzielnica Goblinie Uroczysko. Oczywiście, nie ma nic wspólnego z uroczyskiem, chociaż przekleństwo szwęda się tam, jak smród po gaciach.
Wciąż odrobinę zszokowana, nawet nie zareagowała na bardziej wulgarne określenia, które sprawiłyby, że niejeden elf skrzywiłby się, nie jednemu Starszemu włosy stanęłyby na głowie, a szpiczaste uszy uschły.
— Nie byłam tam od kilku lat. Wiele mogło się zmienić.
- W takim wypadku będziemy musiały przystosować się do tych zmian – mruknęła. – Ja też nie byłam tam od dawna – dodała po chwili przedłużającej się ciszy, poddając się nostalgii. Ten raz, nim znów była sobą i rozkładała mapy, szukając tej przestawiającej Królewiec.
- Do stolicy Keronii … - zawahała się. – Ludzie nie przepadają za magią. Możemy albo skorzystać z naszych teleportów do Irandal, stamtąd zaś dotrzeć do Królewca, wyruszyć konno lub spłynąć rzeką – zerknęła spod oka na przyszłą towarzyszkę podróży, zastanawiając się, czy ta ma jakieś, jakiekolwiek preferencje odnośnie podróży i czy istnieją jakieś jej formy, których wolałaby nie doświadczyć na własnej skórze.

root pisze...

[Tak, Sorcha była ranna. Uzdrowicielka z Ruchu Oporu chciała przetestować wszystkie możliwe, nawet eksperymentalne metody, żeby przyspieszyć leczenie.]

avatari pisze...

[ Dziękuję za powitanie i z przyjemnością podejmę się wątku. Jakiś zarys pomysłu może? Bo doprawdy wolę bezgranicznie zaczynać, niżeli myśleć. Ot tak, mała wada moja :) ]

Nadira

Szept pisze...

- A to już jak sobie panna… pani życzy.
- Jak znosisz magiczne podróże? - Szybciej bez wątpienia byłoby teleportem, a i z Irandal było bliżej do Królewca niż z Ataxiar. Niemniej, gdyby jej towarzyszka miała później ten skrót odchorowywać, lepiej było skupić się na tradycyjnych sposobach pokonywania przestrzeni: dobry koń, siodło i jazda.
Przerzuciła kilka map. Podniósł się kurz, wznosząc nad papierami, od jego natężenia zakręciło jej się w nosie, znać, że nikt dawno tutaj nie zaglądał.
- Ja tylko chcę wiedzieć, co mnie potem czeka? Jak już będziemy w Królewcu. Wciąż będę waszym przestój]
zakładnikiem?
Delikatne kwestie polityki zmieszały ją. Nie na tyle, by się zaczerwieniła czy uciekła wzrokiem w bok, na tyle jednak, by przez chwilę nie mogła znaleźć odpowiednich słów, czując jedynie pustkę w głowie. Podobne pytania często kłóciły się z jej moralnością, z sumieniem i funkcją królowej. Jak Wilk sobie z tym radził?
- To będzie zależało od okoliczności - mruknęła zdawkowo, wiedząc, że to żadna odpowiedź. - Od tego, czy znajdziemy twojego ojca i czy powiedziałaś prawdę o waszych relacjach - uspokoiła, rozdarta między świadomością, że Sorcha może i tak będzie ich zakładniczką, że elfka wcale nie chce i nie potrzebuje uspokojenia, nawykła, by radzić sobie samej, nawet jak życie daje w kość…

[Nie ma sprawy, zdarza się każdemu, sama miałam przestój teraz, w każdym razie wątkowo-opkowy]

Strzyga pisze...

[Pewnie, że jest chęć na wątek. W końcu po to tu jestem ;)
Przyznam szczerze, że na chwilę obecną nie przychodzi mi do głowy nic, co mogłoby połączyć nasze postaci... ale może Ty masz pomysł? Jeśli nie, to pogłówkuję. W sumie, to i tak będę myśleć cały czas nad wątkiem ;)]

Dobrawa

Zombbiszon pisze...

(Witam po raz ...4 :D Bo tyle postaci się tu przerzuciło xD I jak masz koncepcją na watek to zapraszam ;) )

Oliver

Strzyga pisze...

Potrafiła opowiadać baśnie. Jeszcze wtedy, gdy zbiegały się do niej dzieciaki z wioski, tuż przed zmrokiem, aby wyciągnąć od niej kolejną, pełną przygód opowieść. I ona lubiła te chwile. Były jedynymi, gdy mogła uwolnić się od swojego życia. Czasem, gdy patrzyła na te pełne zachwytu dziecięce buzie, nie mogła powstrzymać myśli, czy i jej mały chłopiec lubiłby słuchać baśni…
Przerwała swoją opowieść, zwilżając wyschnięte gardło wodą z drewnianego kubka. Otarła wąskie usta otoczone zmarszczkami chudą dłonią o krzywych palcach. - No, uciekajcie do domów. Dość na dzisiaj - powiedziała, pozostając niewzruszoną na jęki rozczarowania. Było już późno, a ona czuła się zmęczona. Młodemu duchowi trudno było pogodzić się ze starczym ciałem, jednak wiedziała, że to konieczne, jeżeli nie chciała zostać odnaleziona.
Oparła się ciężko na sękatym kosturze, naciągając na zgarbione ramiona ciepły płaszcz. Zimno dokuczało jej bardziej niż kiedykolwiek i czym prędzej chciała znaleźć się bliżej ognia. Stłumiła w sobie irytację, czując, jak coś ciągnie ją za szatę. Obejrzała się na małego chłopca. - Czego chcesz, smyku? - Zapytała łagodnie licząc, że dzieciak szybko da jej spokój. Można powiedzieć, że z całego gatunku ludzkiego to właśnie dzieci lubiła najbardziej i tylko dlatego nie przepędziła chłopca od razu. Uśmiechnęła się nawet łagodnie, choć w ciemnych, lecz wypłowiałych już oczach pozostawał ślad znużenia.

Dobrawa

Nefryt pisze...

[Hej, odezwałam się do ciebie na gg :)]

Nefryt pisze...

[Hej! Rinne, dziewczyna, która pracuje nad naszym szablonem, potrzebuje naszych avatarów - najlepiej na już. Wrzuć swój avatar na hosting http://tinypic.com i prześlij jej link (nr. GG: 36209554).]

Szept pisze...

- Jak daleko stąd jest do Królewca?
- Musimy przejechać niemal pół kraju – wyjaśniła, pochylając się nad mapą. – Jesteśmy tutaj – smukły palec wylądował na ciemnej kropce, oznaczającej elfią stolicę, Ataxiar, ukrytą za drzewami lasu Medreth. – Tu są Góry Przodków i rzeka Sowelu. Gdybyśmy nią spłynęły, uprości to drogę. Wpada do Surany.
Elfka umilkła, patrząc na mapę.
- Trudno mi ocenić zatem, czy z radością zaryzykuje rozszarpanie bebechów w transporcie jakąś podejrzaną magią, czy wolę posadzić zadek na koniu. Ostrzegam, że przy pierwszej opcji, mój żołądek bywa nieobliczalny.
- Możemy spłynąć. A potem przesiąść się na konie - poszła na ugodę. Sama droga pokonywana w siodle, od Ataxiar do Królewca, zajęłaby na jej gust za długo. Do tego dochodziły niebezpieczeństwa podróży: banici, włóczędzy, dzikie zwierzęta, bestie. Magiczne istoty. Czasem także regularna armia – wszak między Keronią i Wirginią wciąż trwały starcia.
- Raz, jeden jedyny raz przelazła przez dziwne wrota i obiecała sobie solennie, że będzie unikać takich sytuacji niczym diabelskiego ognia.
- Dobrze, zrozumiałam. Żadnych teleportów – zirytowała się. Dla niej, jako dla elfki i do tego maga, lepiej byłoby przesiąść się na konie najdalej w Norgate, ominąć Zamek Duor, siedzibę zakonu MUE, Myśliwych Ulotnych Energii. Oni… delikatnie mówiąc, między nimi i magami nie było pokoju. Nie mogło być o nim mowy biorąc pod uwagę poglądy obu profesji. Z innej strony, droga przez otaczające Nyrax bagna byłaby uciążliwa; podmokły teren wymuszałby raczej prowadzenie konia suchymi groblami niż jazdę wierzchem. Samo Nyrax, jako miasto, cieszyło się jak najgorszą sławą.
- Chyba, że chorobę morską też masz – rzuciła nieco podejrzliwie, przypuszczając, że młoda elfka po prostu kłamie.
Mogliby użyć też starych korytarzy krasnoludów. Podziemne, łączyły Dolne Królestwo z elfami. Pamiątka sojuszu, jaki łączył obie rasy niegdyś. I teraz. Dla nieobytego w podziemiach stanowiłyby śmiertelną pułapkę, w której łatwo zatracić orientację.
Ona urodziła się w Dolinie Ciszy. Jako dziecko wchodziła do tuneli. Dolne Królestwo miało tez inny plus. Nie musiałaby obawiać się nieczystych zagrań ze strony krętouchej. Bez niej Sorcha nie wydostałaby się z tuneli.

[Wyrozumiałość… mi samej jej potrzeba, biorąc pod uwagę moją ostatnią, mniejszą aktywność. Obiecuję w następnym komentarzu bardziej pociągnąć akcję, ruszyć je może z Ataxiar albo coś. Jak już ustalą jak. Wybacz przynudzanie powyżej.]

Strzyga pisze...

Słysząc słowa chłopca, zmrużyła oczy, gwałtownie kierując wzrok w stronę obcych mężczyzn. Czego mogli od niej chcieć? W tym wcieleniu była zwykłą, starą babą, która opowiada dzieciakom bajki i tym samym zarabia na skromne utrzymanie. Suche, spracowane dłonie zacisnęły się na szalu otaczającym przygarbione ramiona. Jeżeli odkryli prawdę, będzie musiała się ich pozbyć. Nie może przecież ryzykować.
Znów spojrzała na chłopca i uśmiechnęła się łagodnie. - Dziękuję, synku – powiedziała i zmierzwiła palcami jego czuprynę. Pochyliła się z wyraźnym trudem, jak na starszą panią przystało i wyciągnęła zza pazuchy srebrną monetę. - To dla ciebie, za fatygę. Zmykaj już – wręczyła dziecku pieniądz i wyprostowała się, podpierając się na swoim kosturze. Co powinna zrobić? Zniknąć i uciec, czy podejść do nich? Nie zaatakują otwarcie staruszki w takim tłumie. Odetchnęła i ruszyła w ich stronę, przeciskając się przez tłum.
- Wielmożni panowie – skłoniła się, oddając młodszym i zamożniejszym należny szacunek. - Ten miły chłopiec powiedział mi właśnie, że chcieliście ze mną rozmawiać. Czy to nie żadna pomyłka? - Zapytała. W końcu czego mogli chcieć od takiej starej wiedźmy jak ona?

Dobrawa

Prawa autorskie

© Zastrzegamy sobie prawa autorskie do umieszczanych na blogu tekstów, wymyślonego na jego potrzeby świata oraz postaci.
Nie rościmy sobie natomiast praw autorskich do tych artów, które nie są naszego autorstwa.

Szukaj




˅ ^
+ postacie
Rinne Lasair