Przewodnik

Linki-obrazki

Misje
I. Więzi przyjaźni
Spotykasz po latach kogoś, kto dawniej był ci bliski. Wplątuje cię on w jakąś historię, która nie dość, że z czasem się komplikuje, to w dodatku budzi w tobie wątpliwości co do intencji przyjaciela.

II. Linia frontu
Kerończy natarli na Prowincję Demarską. Oblegany jest sam Demar. Jedni ludzie stają do walki, inni uciekają ze spalonej ziemi. Napastnicy, obrońcy i cywile. Po której stronie staniesz?

Opcjonalnie: Udział w buncie niewolników w Wirginii bądź inne miejsca walk.

III. Rekonwalescencja
W nie najlepszej kondycji trafiasz do wioski lub klasztoru. Wydaje ci się, że trafiłeś w dobre ręce i że wkrótce będziesz mógł opuścić to miejsce. Okazuje się jednak, że z pozoru życzliwi i uprzejmi ludzie skrywają przed tobą jakąś tajemnicę.

IV. Zabij bestię
Coś napada, nęka mieszkańców. Zawierasz umowę z wójtem - dostarczysz głowę bestii za określoną cenę. Okazuje się jednak, że stworzenie nie działa bez powodu - jest w jakiś sposób prowokowane przez mieszkańców.

Opcjonalnie: Bestia jest wrażliwa na hałas z karczmy albo ludzie naruszyli w jakiś sposób jej rewir (weszli na jej teren, zajęli leże ze względu na drogie surowce itp.)

V. Nielegalne walki
Dochodzą cię słuchy o nielegalnych walkach prowadzonych w okolicy. Położysz im kres czy może postanowisz wziąć w nich udział dla własnego zysku? Pieniądze nie leżą na ulicy.

VI. Zlecone zabójstwo
Dochodzi do zamachu, w wyniku którego ginie ktoś ważny. Podejmujesz się odnalezienia zabójcy – albo jego zleceniodawcy. Od ciebie zależy, czy dojdzie do aresztowania winnych, czy pomożesz im uniknąć kary.

VII. Egzekucja
W mieście lub wiosce szykuje się egzekucja. Znasz sprawcę albo sam doprowadziłeś do jego schwytania. Realizacja wyroku coraz bliżej.

Opcjonalnie: Z czasem nabierasz wątpliwości, czy skazaniec faktycznie jest winny i chcesz go uwolnić lub dochodzą cię pogłoski, że ktoś może chcieć uwolnić kryminalistę.

zamknij
Spis kodów
Spis opowiadań
Baśń o wolności: Preludium (autor: Nefryt) Gdy demon odzyskuje człowieczeństwo, przypomina sobie jak być człowiekiem.(autor: Zombbiszon) Nikt nie zna prawdziwego bólu do czasu aż nie straci kogoś bliskiego sercu. (autor: Zombbiszon) Wendigo i Driada (autor: Zombbiszon) Domek, zupa, sukkub i historia (autor: Zombbiszon) Sen i niespodzianki (autor: Zombbiszon) Boląca strata i niepokojący gość! (autor: Zombbiszon) Cienie i nowy przyjaciel (autor: Zombbiszon) Kruki (autor: Zombbiszon) Cienie i Starsze Dusze (autor: Zombbiszon) Zło Kor'hu Dull (autor: Zombbiszon) Złodziej Twarzy i Koszmar (autor: Zombbiszon) Królewiec (autor: Zombbiszon) Przed świtem (autor: Nefryt) Król Żebraków i nowe drzwi (autor: Zombbiszon) Akceptacja (autor: Zombbiszon) Nostalgia (autor: Nefryt) Nowa droga i niespodziewane wyznanie? (autor: Zombbiszon) Biały i zielony daje czerwony! (autor: Zombbiszon) Nowe wyzwania w nowym życiu (autor: Zombbiszon) Krąg tajemnic (autor: Zombbiszon) Jack (autor: Zombbiszon) Czasami to mrok daje najwięcej światła (autor: Zombbiszon) Trzy sceny o szpiegowaniu (autor: Nefryt) Morze bólu. Promyk nadziei ... (autor: Zombbiszon) Sól (autor: Olżunia) Dyjanna Muirne: Miecz może być dowodem wszystkiego (autor: Zorana) Uszatek i Kwiatek na tropie przygody: Przypadłość parszywej gospody (autor: Paeonia i Szept) Gdy gasną świece (autor: Zombbiszon) ... Najjaśniej płoną gwiazdy nadziei. (autor: Zombbiszon) Elias cz. 1 (autor: Zombbiszon) Elias cz. 2 (autor: Zombbiszon) Historia (autor: Zombbiszon)
zamknij

Chat



    Las przemierzała białowłosa dziewczyna. 
W ręce ściskała miecz runami i zdobieniami pokryty.
 Srebrna klinga połyskiwała w świetle księżyca.  Na twarzy jej widniała  
rana brocząca krwią, a szyję zdobił medalion.
 Medalion przedstawiający wilka.
 Medalion z Kear Morhen. 
                                                             
                                                                            *  *  *

Rana nie wyglądała za dobrze. Falka rozejrzała się wokoło. Widocznie udało jej się zgubić Hierr'a.  Słońce już dawno zaszło. Usłyszała szelest. Odruchowo wyostrzyła swój słuch i wzrok. To był tylko kot. Syknął na dziewczynę i odbiegł spłoszony. Zwierzęta te, zawsze tak na nią reagowały. Nie lubiły jej, a ona nie lubiła ich. Twarz piekielnie szczypała. Białowłosa miała ochotę rozszarpać swój policzek.
- Będzie z niej zacna blizna... - mruknęła do siebie.
Szukała swojego rumaka. Klaczy zwanej Sivir. Gdy Falka została zaatakowana, jej towarzyszka uciekła i zmusiła dziewczynę do długiego spaceru. Schowała miecz do pochwy na plecach. Poprawiła również drugi, stalowy. Czuła, jak traci siły. Usiadła na ziemi. Dziewczyna sięgnęła ręką po jeden z eliksirów, znajdujących się w jej skórzanej kurtce. Doskonale pamiętała zastosowanie każdego z nich. Potrząsnęła buteleczką i wyjęła z niej kurek. Wiedziała, że za chwilę dozna potwornych zawrotów głowy. Po chwili wahania wypiła zawartość eliksiru. Zrobiło jej się słabo. Serce Falki zaczęło bić jak szalone. Po upływie minuty, objawy ustąpiły. Zastąpiło je miłe ciepło. Rana przestała boleć, a po zmęczeniu nie było śladu. Co właściwie się stało? Otóż białowłosa ogłupiła swoje zmysły. Mogła wprawdzie użyć eliksirów regenerujących, ale nie chciała marnować ich na takie błahostki. Przeciągnęła się leniwie. Musiała kontynuować poszukiwania Sivir. Podniosła się z ziemi. Przeszła spory kawał drogi. W końcu zobaczyła karą klacz, pasącą się przy strumieniu.

- Teraz to masz przesrane. - zwróciła się do Sivir.
Ta, jakby rozumiejąc powagę sytuacji, pochyliła łeb i ze skruchą podeszła do dziewczyny.
- No już dobrze... - mruknęła, głaszcząc delikatną sierść swojego rumaka. Poprawiła strzemiona i wsiadła na grzbiet klaczy. Sivir była wyjątkowo szybka. Prędkością przewyższała inne konie. Była od nich znacznie zwinniejsza. Po godzinnej jeździe Falka zauważyła młodą elfkę.
- Witaj Gwynbleidd! Co sprowadza Cię w te strony? Dobrze wiesz, że to nasze terytorium. - powiedziała.
- Wiem Tiaro. Tylko tędy przejeżdżam. - odparła sucho. 
Z krzaków wyłoniła się inna długoucha. Była znacznie młodsza od Tiary.
- Kim jesteś ? - zapytała zaciekawiona elfka.
- Jestem Wiedźminką. - rzekła białowłosa.
- No proszę. Rzadko widujemy tutaj wiedźminów. A właściwie... co robią wiedźmini?
- Rozwiązujemy problemy.
- Och! A ja akurat mam problem z chłopakiem...
- Doprawdy? Znalazłaś jego wnętrzności rozwleczone na ganku, a głowę kilka kroków dalej? Bo ja właśnie zajmuję się takimi problemami... - odparła.
Elfka umilkła. Widocznie nie spodobała się jej odpowiedź Falki. 
- Nie mogę Cię tędy przepuścić. James urwałby mi głowę. Wtedy miałabyś swój problem do rozwiązania. - powiedziała Tiara.
- Nie ma tu innej drogi. Co twoim zdaniem powinnam zrobić, żebyś mnie przepuściła ? - rzekła.
- Rozwiązać problem. - odparła krótko.
Białowłosa westchnęła. Musiała się spieszyć. Nie miała czasu na pomaganie innym. Mogłaby zabić elfkę, ale wtedy była by ścigana przez rozzłoszczonych i żądnych zemsty towarzyszy Tiary. Nie miała wyboru. Im szybciej się uwinie, tym szybciej będzie mogła ruszyć w dalszą drogę.
- Jaki stwór tym razem? - zapytała zrezygnowana.
- Strzyga. Od jakiegoś czasu porywa młode elfy. - wymamrotała starsza elfka.
- Strzyga? Żartujesz sobie ze mnie? Myślisz, że zawsze noszę przy sobie srebrne łańcuchy i kolce? - rzekła białowłosa.
- Łańcuchów mamy wystarczająco dużo. A jak widzę, z kolcami nie będzie problemu. - powiedziała ,wskazując na kolczaste rękawice Falki.
Dziewczyna zeskoczyła z Sivir. Nie tak miało być. Samo wytropienie strzygi mogło zająć kilka dni. Nie mówiąc już o jej zabiciu.
                                                                           
                                                                               *  *  *

Słońce zaszło. Falka stała sama w ciemnościach
 nocy. Jedynym źródłem jakiegokolwiek światła był księżyc,
 lecz to nie mrok był jej wrogiem. Mutacja sprawiła, że oczy Wiedźminki, 
były niczym kocie. Białowłosa czekała. Czekała na monstrum
 zwane strzygą. Czekała o  strasznej godzinie. Północy.

    *  *  *

Strzyga niczym cień, bezszelestnie mknęła wśród drzew. Jej ślepia ciągle wpatrywały się w twarz Wiedźminki. Falka wyjęła z pochwy miecz. Klinga jego była srebrna, wykonana specjalnie po to, by zabijać monstra strzydze podobne. Sięgnęła po łańcuch, również z tego szlachetnego metalu. Każdy wychowanek Vesemira wiedział, że tylko srebro jest w stanie zranić potwory do ludzi nie podobne. Upiór wyszedł z ukrycia. Powoli sunął ku białowłosej. Strzyga wystawiła swój czarny język i obnażyła kły. Z piekielnym rykiem rzuciła się na dziewczynę, która tylko na to czekała. Łańcuch owinął się wokół klatki piersiowej napastniczki. W powietrzu unosił się smród spalenizny. Strzyga zawyła z bólu. Próbowała przerwać łańcuch, ale był on za mocny. Srebrna klinga zabłysnęła w świetle księżyca. Powędrowała ku sercu ofiary. Niestety, nie poszło tak gładko. Rozwścieczone od bólu monstrum, wyrwało łapę z więzi łańcucha. Szarpnęło nią i wyryło w nodze Falki głęboką ranę. Strzyga była bardzo potężna. Na pierwszy rzut oka było widać, że przez dziesięciolecia pożerała ludzi i rosła w siłę. Białowłosa nie chciała jej zabijać. Wolałaby przetrzymać ją do świtu i odczarować, ale nie miała wyjścia. Gdy poczwara znów zaatakowała, dziewczyna zrobiła zręczny unik. Złapała miecz w obie ręce i odcięła strzydze głowę. Porywaczka elfich dzieci została zabita. Falka padła na ziemię. Przyjrzała się swojej nodze. Widniał na niej ogromny ślad pazurów.

                                                                              *  *  *

Białowłosa dziewczyna jechała na swej karej klaczy. 
Kierowała się w stronę Królestwa Keronii.
W pochwie na plecach trzymała dwa miecze. 
Jeden srebrny, a drugi stalowy. Na szyi nosiła medalion.
 Medalion przedstawiający wilka. 
Symbol Wiedźminów.



Wygląd

Falka ma długie, mlecznobiałe włosy, gdyż jako
 Wiedźminka, straciła praktycznie cały ich pigment.
Jej oczy są koloru szmaragdowego. Ma
wysokie czoło, regularne łuki brwiowe,
 ładny rozstaw oczu i długie palce. 
Jest człowiekiem, choć ma w sobie niewiele
elfiej krwi.

           Historia            

Falka pochodzi z królewskiej rodziny.
Dzieciństwo spędziła w pałacach i zamkach,
strzeżona przez setki rycerzy. Wszyscy myśleli,
że zostanie wielką królową, ale przeznaczenie
chciało inaczej. Straciła rodziców, wrogowie 
zabili jej babkę i zagarnęli królestwo. Mimo
wszystko przeżyła. Zbieg okoliczności lub jeśli
wolicie, przeznaczenie, związało jej los z wiedźminami,
a konkretnie z jednym. Trafiła do Kaer Morhen, gdzie
                                      nauczyła się walczyć i znalazła nową rodzinę.                                                               

Charakter

Falka jest młodą, pewną siebie dziewczyną.
Sporo przeżyła i nauczyła się radzić
na świecie. Jak na księżniczkę, cechuje
się wyjątkową arogancją. Jest inteligentna , bystra
zdecydowana  i uparta. Ceni  sobie przyjaźń i jest
lojalna wobec bliskich.

Ciekawostki

♦ Falka jest imieniem wywodzącym się ze Starszej Mowy.
♦ Zireael ( nazwa srebrnego miecza Falki) znaczy : jaskółka.
♦ Mutacja naczyń krwionośnych uniemożliwia Falce rumienienie się,
 co uznała za bardzo przydatne w niektórych sytuacjach.
♦ Swoje białe włosy również zawdzięcza mutacji. 
To ona pozbawiła je barwnika.
♦ Za Falką nie przepadają koty. Typową ich reakcją
 na jej widok jest ucieczka.
♦ Dzięki mutacji, oczy Wiedźminki są podobne do kocich, 
a ich widok powoduje strach u ludzi.
♦ Ma siedemnaście lat.
♦ Przez driady i elfy jest nazywana Gwynbleidd, co oznacza : Biały Wilk.

25 komentarzy:

Nefryt pisze...

[Witaj w Keronii :D Mam nadzieję, że szybko się tu odnajdziesz i będziesz dobrze czuła w naszym gronie.
Bardzo podobają mi się arty w Twojej karcie. Co do treści – wielkim plusem było dla mnie uzasadnienie koloru włosów Falki. Nie wiem, na ile to z Wiedźmina, a na ile Twój autorski pomysł, ale niewielu autorów tłumaczy przyczyny takich rzeczy. Osobiście bardzo lubię, kiedy takie niby drobne rzeczy mają swoją przyczynę. Poza tym, plusem jest dla mnie także imię twojej bohaterki – nieangielskie i nie pretensjonalne.
Podczas czytania zawartej w karcie historii, w mojej głowie zrodziło się pytanie: z jakiego państwa pochodzi Falka?]

Triss Merigold pisze...

Falka pochodzi ze świata wiedźminów, stworzonego przez A.Sapkowskiego. Konkretnie z państwa o nazwie Cintra. :D

Triss Merigold pisze...

Właściwie królewną tamtych obszarów była Cirilla, a Falka jest postacią o podobnym wyglądzie i rodowodzie. :) Można powiedzieć, że Falka zastąpiła Cirille.xD

root pisze...

[Witam również, chciałam od razu, ale najpierw musiałam odpisy ogarnąć. Mam nadzieję, że dobrze będziesz się bawić w naszym wspólnie tworzonym świecie, a od siebie zapraszam do wątków.

~Tiamuuri]

Nefryt pisze...

[Okej, Triss,w takim razie w porządku. Bo u nas w Keronii kilka rzeczy wygląda inaczej, niż wspomniałaś w karcie. Natomiast jeżeli Falka jest z innego państwa, myślę, że nie będzie większych problemów. A właśnie. Czy mogłabyś przejrzeć w wolnej chwili mapy, zwłaszcza mapę świata? Dobrze byłoby dodać na niej Cintrę.]

Nefryt pisze...

[Aha. I jeszcze taka wskazówka: generalnie na blogach grupowych, w tym także u nas, panuje taki zwyczaj, że odpisujemy pod kartą drugiego autora, nie pod swoją. To tak na przyszłość ;)]

Aed pisze...

[A więc - już oficjalnie - witam Cię cieplutko, baw się dobrze. :D
Podobnie jak Nefryt, podobają mi się arty. Oprócz tego fajnie wplotłaś informacje o postaci w opowiadanie. Co mnie zaskakuje - najbardziej spodobało mi się czytanie informacji na końcu (wyglądu, historii i charakteru), nie wiem, dlaczego. ;) No i dzięki krótkim zdaniom wzrasta tempo akcji.
Co powiesz na wątek? Co do postaci: mojego elfiego chuchraka można krótko opisać jako najemnika z fiołem na punkcie poszukiwania przygód (czytaj: kłopotów), opowiadającego się raczej po stronie Keronii. Natomiast co do wątku, to mój mglisty pomysł obraca się wokół zlecenia na jakiegoś potwora (jedna z opcji wygląda tak: jest szansa na zarobek, ale Aed, jako kiepski najemnik i tym bardziej kiepski łowca potworów szuka współpracownika/współpracowniczki). Akcję można umieścić zarówno na lądzie, jak i na morzu/rzece, bo swego czasu Aed był dobry w żeglarskim fachu. Rzecz jasna wszystko do modyfikacji, przerabiania albo do wywalenia i wymyślenia czegoś nowego. Masz jakieś pomysły? Bo nie jestem najlepsza w te klocki. ;)]

Aed pisze...

[No pewnie, że wyjdzie! Bo wącenie jest po prostu fajne, samo z siebie. :D Dokręcamy pomysł czy pozostajemy przy tym, co natworzyłam i idziemy na połowicznego „spontana”? (Spontany są fajneee...) I kto zaczyna? Mam pewien zamysł, mam też czas, więc mogę, ale jeśli chcesz – nie wcinam się. ;)]

Rosa pisze...

[Witam w Keronii! Oczywiście zapraszam do wątku. Prowadzę tutaj dwójkę: Isleen i Nariusa.
I śliczne arty.
Króciutko, ale zaraz lecę piec ciasta na Wigilię. ;)]

Szept pisze...

[W końcu, z dużym opóźnieniem, się witam. Nieco bardziej oficjalnie niż na sb. Na początek powiedz mi, interesują cię wątki damsko-męskie czy damsko-damskie też? To mi pomoże w wyborze postaci, bo tutaj prowadzę je trzy: Devrila, Luciena i Szept. Wprawdzie ostatnio najlepiej mi się pisze efią magiczką, ale jeśli będziesz chciała, to spróbuję coś z panami.
Muszę jednak ostrzec, że akcję wolałabym osadzić w którymś z krajów blogowego świata, nie zaś wiedźmina Sapkowskiego. Podobnie, moja wizja wielu rzeczy może się różnić, bo wiedźmina czytałam dawno i … co tu ukrywać, niektóre wyobrażenia po prostu mi się nie podobały, więc wątpliwe, żebym się do nich odnosiła. Jeśli cię to nie zniechęca, jestem otwarta na pisanie]

Nicole pisze...

[To ja też się przywitam! c; Spóźnienie nad spóźnienia, ale ten. To nic. Mam nadzieję, że ci to nie przeszkadza, ewentualnie zapraszam pod kartę, żeby coś o wątku pomyśleć.]
Selene

Aed pisze...

[Ok, w takim razie jadę. :D]

Cz. I
Słońce chyliło się ku zachodowi. Rozświetlone obłoki sunęły po niebie, ustępując miejsca chmurom niosącym śnieg.
Wieczór był chłodny, jednak na pogodę nie było co narzekać. Goście właściciela karczmy „Pod Hubą”, leżącej przy trakcie z Nyrax do Etir, oraz mieszkańcy wioski, skupionej wokół tejże gospody, mogli obserwować wyjątkowo piękny schyłek dnia – jeden z ostatnich tej jesieni. Nadchodziła zima, a wraz z nią obawy o nadchodzące dni, tygodnie i miesiące. Czy starczy ziarna, słomy, obroków? Czy będzie co włożyć do garnka? Czy mrozy będą siarczyste? Koniec końców, czy Kerończycy i Wirgińczycy wytrzymają choć kilka miesięcy bez wszczynania walk? Granica była co prawda daleko, bardzo daleko, jednak podczas wojennej zawieruchy cierpiał cały kraj.
Pytania te zadawali sobie nie tylko chłopi. Stawiał je sobie również pewien elfi mieszaniec. Skończyła się robota przy przewożeniu podróżnych z jednego brzegu Jeziora Peverel na drugi. Wiosłowanie nic wspólnego z żeglugą na okrętach nie miało, jednak Aed tak zagadał swojego – jak się później okazało – pracodawcę, że ten nie miał jak się wykręcić i go zatrudnił. Zgodnie z umową Aed miał co dzień otrzymywać wynagrodzenie w wysokości zależnej od liczby przewozów. Gdy jednak po tygodniu nie zobaczył złamanego miedziaka, po krótkiej awanturze niezbyt uprzejmie podziękował za taką robotę i zwinął manatki. Podejrzewał – całkiem niebezpodstawnie – że brodaty właściciel łodzi przepił cały zarobek. W istocie, mieszaniec rzadko miał okazję widywać go trzeźwym. Nie miał więc siły dłużej słuchać plączącego się we własnych wymówkach mężczyzny i odjechał w siną dal.
To, że zapłaty dokonane w przystani na drugim końcu jeziora, gdzie właściciel łajby nie mógł odebrać ich osobiście, pozostały w aedowej sakiewce, mieszaniec naturalnie przemilczał.
Trafiło się inne zlecenie. Pewniejsze, ale zarazem trudniejsze.
Strzyga.
Nie mogło być mowy o tym, że poradzi sobie sam. W całej swojej zarozumiałości nie poszedłby zaczajać się na strzygę w pojedynkę. Potrzebował współpracownika.
Zaczął rozpytywać o człowieka, dla którego tropienie i zabijanie – bądź odczarowywanie – potworów to rzemiosło, to chleb powszedni. Rozpytywał o wiedźmina. I rzeczywiście, udało mu się wpaść na jego trop... a raczej jej. Cóż, takiego obrotu sprawy się nie spodziewał. Nie żeby go to martwiło, wręcz przeciwnie – pytani wypowiadali się o wiedźmince w pozytywach. Wieśniacze ględzenie niestworzonych historii z przyzwyczajenia ignorował. Nawet jemu, który niejedno już widział, trudno było uwierzyć, że wspomniana kobieta gołymi rękoma ubiła wilkołaka. Jednak i bez tej anegdotki wiedźminka wydawała się być godną zaufania.
A zaufanie było ważne, gdy nie chciało się skończyć jako przynęta.
Problem w tym, że ci, którzy mieli problem ze strzygą, nie słyszeli o wiedźmince, a ci, którzy spotkali ową łowczynię wszelkiego plugastwa, nie wiedzieli o strzydze i siłą rzeczy nie polecili wiedźmince wziąć zlecenia na nią. Problem oczywiście mieli nękani przez potwora, nie elfi mieszaniec. Elfi mieszaniec upatrywał w tym niefortunnym zbiegu okoliczności własnych korzyści.
Zamiast podążać za łowczynią potworów, postanowił doprowadzić do spotkania w inny sposób. Zaczął o nią rozpytywać. Rozpytywać na prawo i lewo. Rozpytywać aż nazbyt głośno. Jeśli się nie pomylił, uda mu się ściągnąć na siebie jej uwagę. Mało tego, być może bez zbędnej – jego zdaniem – fatygi ściągnie ją we własnej osobie do karczmy „Pod Hubą”, skąd do siedliska strzygi było zaledwie parę godzin jazdy. Podobno nie dalej jak dzień czy dwa dni temu wiedźminkę widziano w tych okolicach. Nikt nie lubi, kiedy się o nim za dużo gada. Czasem warto poświęcić dwa dni drogi, by przymknąć nieostrożnego delikwenta.

Aed pisze...

Cz. II

Rzeczona strzyga za gniazdo obrała sobie piwniczkę w jednej z okolicznych chat, której mieszkańców pożarła pewnego razu na spóźnioną kolację. Piwniczce daleko było do pojawiających się w mrocznych opowieściach krypt i sarkofagów, a to z tej racji, że dotychczas trzymano w niej buraki. Jednak nawet strzyga nie mogła sobie pozwolić na wybrzydzanie. W okolicy nic lepszego nie było. Tę stratę nadrabiała sobie kolejnymi posiłkami w postaci pechowych wędrowców, którzy nie zdążyli schronić się na noc i mimo zmroku podróżowali traktem. Gniazdo strzygi znajdowało się stanowczo za blisko gościńca. W końcu – w trosce o własne stanowisko – sprawą musiał zainteresować się kasztelan, w którego władaniu znajdowały się okolice pobliskiego Etir. Wyznaczono nagrodę.
Co do samej strzygi... Wieść niesie, że niegdyś była to wojowniczka, która oddała życie w obronie Keronii podczas walki z jakimś zbłąkanym w głębi kraju wirgińskim oddziałem. Nie doczekała się godnego pochówku – jej ciała nigdy nie odnaleziono. Kobieta powróciła więc, by mścić się na nieświadomych winy rodakach, którzy nie wypełnili uświęconego prawem boskim obowiązku.
Tak wieść niesie... O klątwie nikt nie słyszał. A przecież musiała jakaś być, skoro była strzyga. I to klątwa osobliwa, skoro mowa o dorosłej kobiecie, a nie o małej dziewczynce.
Tu pojawiało się zadanie dla wiedźminki.
Tymczasem mieszaniec przesiadywał w karczmie i coraz intensywniej zastanawiał się, czy nie powinien był dopędzić łowczyni na trakcie.

[Takie otwarte zakończenie mi wyszło... Zbrakło mi pomysłu na dociągnięcie tego do końca.
Przepraszam za powtórkę ze strzygą, ale mam straszny sentyment do tego wątku w Wiedźminie i nie mogłam się oprzeć – chcę zobaczyć, jak będzie to wyglądać w naszym wydaniu. :D Jeśli chcesz, zawsze można zamienić potworę na inne stworzonko.
Jeżeli coś nie gra, mów śmiało. Nie jestem najlepsza w zaczynaniu. A już na pewno nie w jakimkolwiek konstruowaniu fabuły. :P]

Zorana pisze...

[Witam panienkę w naszych skromnych progach :) Mnie karta spodobała się cała, choć nie ukrywam, że musiałam przełamać niechęć do wykorzystywania realiów innych twórców fantastyki, szczególnie w tak rozwinięty sposób.

Na początek życzę Ci miłej zabawy w naszym gronie i podpytam, na jaki wątek masz ochotę? Miejski, wiejski, polityczny, krwawy, knajpiany? Z moją skrzydlatem czy którymś z jej towarzyszy z pobocznych? Są do dyspozycji razem i osobno, może dostarczą Ci trochę rozrywki :D]

Nefryt pisze...

[Hej :) Zagadałam do Ciebie, ale nie zapytałaś o wątek. Masz ochotę napisać coś razem?]

Aed pisze...

Aed siedział wciśnięty w róg, z daleka od blasku płomieni świec i ognia buchającego z wnętrza kominka. Udawał znudzonego, bawiąc się monetą i raz po raz zaglądając do kufla z grzańcem. Grzaniec dawno już ostygł, a moneta nie była z kruszcu, którym można by cieszyć oko. Jednak mieszaniec był zmuszony robić dobrą minę do złej gry.
To on chciał przejąć rolę obserwatora. Znów był nieostrożny i przeholował. Ściągnął na siebie uwagę. Niepożądaną uwagę.
Moneta wystrzeliła w górę i błysnęła w świetle ognia, obracając się wokół własnej osi.
Jeden przy ścianie naprzeciwko wejścia.
Miedziak wylądował w jego prawej dłoni, by z cichym plaśnięciem spocząć na grzbiecie lewej.
Jeden blisko mnie, po prawej, ale w bezpiecznej odległości. Bezpiecznej dla niego.
Reszka.
Czego chcą? Pieniędzy. Ilu ich jeszcze jest? Nie wiem. Jeszcze. Z pewnością nie pozwolą mi cieszyć się nieświadomością. Dadzą mi spokój, gdy odjadę? Zależy, w którą stronę.
Ktoś rozlał wino, ktoś zaczął krzyczeć – wręcz pruć się jak stare gacie – ktoś komuś groził i wymachiwał zaciśniętą pięścią, ktoś oberwał w nalaną twarzyczkę.
Tego przynajmniej mieszaniec nie musiał udawać. Znudzenia.
Skrzypnęły zawiasy, otworzyły się ciężkie, dębowe drzwi. Do rozgrzanego wnętrza karczmy, śmierdzącego tanim trunkiem i przepoconą odzieżą, wtargnął chłodny podmuch. Aed podniósł wzrok, przy okazji lustrując swoje niańki. W progu zobaczył tę, której oczekiwał. A niańki zgodnie okazały zainteresowanie przybyłą. Amatorzy, niech ich cholera. Nawet jeśli nie stanowią poważnego zagrożenia, potrafią utrudnić życie i zirytować. Nieraz bardzo zirytować.
Miedziana moneta brzęknęła o deski podłogi. Znów reszka. Wstając ze swojego miejsca, Aed podniósł metalowy krążek, przy okazji omiatając karczmę wzrokiem. Przed odejściem chwycił kufel, by kilkoma wydłużonymi, ostrzegawczo pewnymi krokami opuścić swój uroczy kąt, po drodze pozostawiając naczynie na ławie przyjemniaczka siedzącego naprzeciw drzwi. Irytowało go, że facet tyle czasu udawał, że sączy trunek z pustego kubka. Oszczędność nie zawsze popłaca.
Szedł tak, jakby dźwięk jego kroków miał wypłoszyć z tego budynku głupią przesądność. Ciemnotę, której on sam również niejednokrotnie został ofiarą. Której nie dało się wyplenić.
Stanął naprzeciw wiedźminki nim ta zdążyła zdjąć wierzchnie odzienie bądź zająć miejsce za którymś ze stołów.
- Na imię mam Aed. Tyle z grzeczności, cenię twój czas. Możemy porozmawiać na zewnątrz?

Nefryt pisze...

[Dobra, mogę zacząć. Zanim to zrobię, mam parę pytań:
- Gdzie osadzamy akcję? Keronia, Cintra, jakieś inne państwo? Od razu mówię, że nie czytałam Wiedźmina, ale na potrzeby wątku mogę wygooglować to, co będzie potrzebne.
- Czy masz jakieś preferencje co do postaci, jako która mam pisać? Od dłuższego czasu mam pomysł na wątek z Shelem, ale jeżeli wolisz Nefryt, to mogę coś wykombinować.
- Czy jest coś, czego szczególnie nie lubisz w wątkach? Pytam, bo chiałabym wiedzieć, czego unikać, zwłaszcza jeśli chodzi o temat wątku.]

Szept pisze...

[Nieco się na mnie naczekałaś. Niestety, świąt za bardzo wolnych nie miałam… i jakoś tak wyszło.
Polityki pewnie tykać nie chcesz, zresztą, ja też ostatnio nie umiem dobrej intrygi rozpisywać.
Najprościej zrobić wspólne polowanie na potwory – ale widzę podobny wątek już masz z Aedem. Przychodzi mi jednak do głowy taki spontan. Powiedzmy, że Falka słyszy plotki o wiosce nękanej przez potwora. Powiedzmy, że plotki jak to plotki, są dość mętne i ma wiele informacji, w tym niektóre wykluczają się. Z racji jednak, że zima, ciężej o cokolwiek, mogłoby ją to zainteresować. Mogłaby nawet tam pojechać, popytać mieszkańców czy pana tamtejszych stron. Ten mógłby być bardziej lub mniej chętny do wtajemniczania, prawdopodobnie nie słyszałby o wiedźminach, więc by trochę Falkę przemaglował.
Prawdopodobnie przewinęłoby się tam kilka moich postaci – a to głównych, a to pobocznych. Kilku łowców nagród, najemników może. Stwór nękający wioskę – jeszcze nie wiem, jaki by to był. Możliwe, że jakiś z kanonu. Możliwe, że stworzyłybyśmy razem coś zupełnie nowego. A możliwe, że to nie stwór, a magia bądź człowiek. Wyszłoby w zasadzie w wątku. Taki spontan.

Ewentualnie można inaczej. Komuś by się nie spodobała Falka. Podstępem by ją gdzieś zaciągnął – powiedzmy grobowiec, mówiąc, że tam jest jakiś stwór. I grobowiec by zamknął. A ja do grobowca wsadzam kogoś z moich, przez przypadek.

Albo jeszcze inaczej. Jako, że nowa, trafia do więzienia w Keronii – oczywiście, jeśli chcesz żeby dała się zamknąć, bo wcale nie musi tak być. I tam siedzi ktoś z moich jako współtowarzysz w celi. Towarzysz czekać nie chce, ucieka, Falka z nim, bo po co ma siedzieć. Tu by się prosiło o związanie ich razem silniej, żeby przypadkiem nie poszło każde w swoją stronę… Może skłóci jednym łańcuchem?

Można jeszcze inaczej. Podróżnik na szlaku napadnięty przez bandytów. Nie wiem, czy Falka by mu pomogła czy pojechałaby dalej, bo nie chcę narzucać czegoś, co byłoby niezgodne z charakterem postaci. Zakładając, że by mu pomogła mógłby albo ją okraść i nawiać… (wtedy w późniejszym etapie Falka spotyka kogoś z moich, kogo w podobny sposób okpiono) albo też tenże podróżnik, chcąc się odwdzięczyć, zaprasza do siebie. Tu by się prosiło o jakieś dalsze kłopoty, ale że to wszystko spontaniczne… to kto wie, co by tu wskoczyło jeszcze.

Dużo chaosu. Dużo nieładu. Ale to cała ja. Niesprecyzowane coś. Na razie skłaniam się na wątek Szept, ale na panów też widzę miejsce. Nawet na wrednego, niezbyt miłego Luciena.]

Aed pisze...

Aedowi również nie uśmiechało się sterczenie na mrozie, w dodatku przed karczmą, w której można było rozgrzać się od płonącego w kominku ognia i od ciepłego napitku. Jednak zgromadzone w niej towarzystwo było wysoce niepożądane podczas tej rozmowy.
Niestety, towarzystwo nie dało im tak łatwo odejść na stronę. Bynajmniej nie przez troskę.
Dosyć postawny mężczyzna wepchnął się przed Aeda i chwycił wiedźminkę za rękę. Drugi wielkolud szedł tuż za mieszańcem, odcinając mu drogę odwrotu. Ten z kolei dobył masywnego sztyletu i, nie przejmując się obnażonym ostrzem miecza, wycelowanym w jego gardło, przystawił sztych krótkiej klingi do pleców dziewczyny.
Karczmarz, zajęty wycieraniem szklanic, nie reagował, udając, że nic nie widzi. Widocznie o wszystkim wiedział wcześniej.
Mieszańcowi nie grozili. Wiedzieli, że potrzebuje białowłosej, by wykonać zlecenie. Mieli go w garści.
Aed przyjrzał się jednemu z napastników. Widział go – siedział przy jednym ze stołów. Ale przecież wielkolud był tak pochłonięty graniem w kości i piciem na umór, że niemożliwym było, by zajmował się jeszcze obserwacją...
Chuchrak ich nie docenił. Niedobrze.
Z karczmy wyszło jeszcze dwóch jegomości. Aed rozpoznał w nich tych, których udało mu się zdemaskować. Jednak teraz nie wyglądali na takich, którzy dadzą sobie w kaszę napluć. Byli pewni siebie.
Tak samo jak wiedźminka. Napastnicy dysponowali przewagą liczebną, ale popełniali błąd, nie doceniając dziewczyny.
Chcieli pieniędzy. Ani Aed, ani Falka – nawet jeżeli znajdowali się w posiadaniu takowych – nie zamierzali się do tego przyznać.
- Czego chcecie? – zapytał mieszaniec spokojnie, ale zarazem stanowczo. Był niemal pewny, że zabawa w złodziei była tylko przykrywką. Mężczyźni nie zadawaliby sobie takiego trudu, chcąc jedynie dobrać się do ich sakiewek. Głupotą byłoby też wyciąganie ich na zewnątrz zamiast przeszukania juków przytroczonych do siodeł ich wierzchowców lub wykorzystania całego wachlarza sytuacji, jakie stwarzał pobyt w zatłoczonej karczmie. Mieszaniec i wiedźminka byli wyczerpani chłodem i jazdą na końskim grzbiecie. Odebranie im pieniędzy było kwestią wprawy i cierpliwości.
Napastnicy spojrzeli po sobie porozumiewawczo. Odezwał się ten oszczędny.
- Przejdźmy do rzeczy. Puścimy was wolno, jeśli...
- Jeśli chcecie ubić jakikolwiek interes, puścicie dziewczynę teraz – Aed wszedł mu w słowo, kładąc nacisk na ostatni wyraz. Nie zamierzał dać się zdominować. Niech nie będą tacy pewni siebie. Niech nie myślą, że mają do czynienia z nowicjuszami.
- Skoro tak ci zależy... – odparł po chwili jego rozmówca łaskawym tonem. Skinął głową na swoich towarzyszy.
Wielkolud niechętnie wypuścił ramię białowłosej z żelaznego uścisku. A miał nadzieję na trochę zabawy...
Mężczyźni byli pewni swojej przewagi, ale najwyraźniej nie zamierzali ryzykować. Tym lepiej dla nich.
- Schowaj miecz – polecił wiedźmince. – Czego chcecie? – powtórzył uparcie, mierząc ich spokojnym, czujnym spojrzeniem ciemnych oczu. Przestali im wygrażać, ale jeszcze nie pozwolili im odejść.
- Głowy strzygi.

Szept pisze...

Zimno, ciemno i mokro. Kamienne ściany były śliskie od wilgoci. Czuć było charakterystyczny, stęchły zapach kamieni, zaprawy murarskiej i ziemi. W kącie leżało częściowo zgniłe, szaro-brunatne siano. Gdyby nie ciemność, można by dostrzec zieleniejące w kątach glony i grzyby. Było jednak zbyt ciemno.
Duże, prostokątne pomieszczenie z wysokim sklepieniem miało tylko jedno, maleńkie okienko usytuowane na samej górze, zakratowane żelaznymi, przeżartymi rdzą prętami. Więzienna cela patrząc od wewnątrz wysoka, od zewnątrz okienko znajdowało się niewiele powyżej powierzchni ziemi, wybudowana na wzór starych piwnic i piwniczek.
Zimno, ciemno i mokro. Cele nie były mocno zaludnione. Jedynie kilku drobnych złodziejaszków pochwyconych na targu, grupa ulicznych bandytów przyłapanych na rozbojach, niszczeniu mienia publicznego – pomnika szanowanego gubernatora Wilhelma Escanora. W większej celi środkowej zamknięto kilku dłużników.
On siedział sam. Nikogo z nim nie zamknięto w mniejszej, najciemniejszej celi. Nie było tu pryczy. Tylko metalowe koło wbite w ścianę, do niego zaś uczepiony łańcuch. Na ziemię rzucono kilka wiązek zgniłej słomy.
Samotny, skuty i obdarty. Męczony bardziej własną niemocą niż podłym jadłem i zimnem. Miał ciemne, przydługie włosy do ramion i bladą, jasną cerę. Jego płaszcz miał brudnoszarą, nieciekawą barwę przypominającą popiół. Spojrzenie, jakie rzucał spod czarnych, krzaczastych brwi było ponure i posępne.
Takie też były jego myśli.
Miał całkiem sporo misji na swoim koncie. Mniej i bardziej udane. Czasem cel przeżył, umknął, misja kończyła się niepowodzeniem, kompletnym fiaskiem. Nigdy jednak go nie złapano.
Aż do teraz.
Do tego nawet nie był na misji. Zaledwie przejezdny, gość w mieście, podróżny w karczmie. Uczestnik awantury i bójki. Na jego nieszczęście to, co przy nim znaleziono nie świadczyło o jego niewinności i jasno wskazywało na jego profesję.
Zabójca i złodziej.
Lucien ukrył twarz w dłoniach. Łańcuchy brzęknęły lekko przy tym ruchu.
Czas płynął powoli. Wszystko zlewało się w jedną całość. Jak długo już tu siedział? Całe wieki? Chwilę zaledwie? Czy panował jeszcze dzień czy też noc okryła ziemię? Czy już go szukano? Wiedziano kim jest? Połączono ostatnie zabójstwo z jego osobą? Co dalej?
Klucz szczęknął w zamku. Ktoś skamlał o litość. Ktoś zapewniał o tym, że jest niewinny. Ten więzień nie uniósł głowy. Nawet wtedy, gdy usłyszał ponury głos strażnika.
- Skujcie ich razem.

[Wybacz, że czekałaś. Nie szłam dalej, bo nie wiem, w jakim stanie jest Falka i jak się tu znalazła]

Aed pisze...

Mężczyźni byli aż nazbyt pewni siebie. Mało brakowało, a roześmialiby im się w twarze lub rzucili jakiś szyderczy komentarz, wystawiając ich cierpliwość na poważną próbę. Aed zastanawiał się jednak, czy za tą butą nie kryło się coś innego. Na przykład strach. Przed czymś lub przed kimś. Jeżeli miał rację, kasztelan musiał być naprawdę ciekawym jegomościem. Chociaż... być może wcale nie chodziło tu o kasztelana.
Wiedźminka próbowała negocjacji. Konkretnych, niepodszytych urazami, do których miała prawo. Mieszaniec w duchu podziwiał ją za opanowanie. On prędzej sięgnąłby po delikatną sugestię podszytą groźbą niż próbował dalej rozmówić się z tymi typkami. Dziewczyna co prawda zamierzonego celu nie osiągnęła, jednak udało się jej wyciągnąć informację dużej wagi od rozmówców.
- Nie ma co tego dalej ukrywać... Przysłał nas kasztelan Etir. Za zlecenie wystawił nagrodę, ale nikt nie okazał zainteresowania. Mamy znaleźć kogoś, kto zabije to plugastwo i zaprowadzić do niego. Jeśli trzeba siłą.
Takiego obrotu sprawy Aed się nie spodziewał. Coś mu tu nie grało... Nagroda za uporanie się ze strzygą nie mogła być śmiesznie niska – kasztelan nie był przecież głupcem, skoro na swoim stanowisku utrzymywał się nie od wczoraj. Więc co odstraszało łowców? Był w tym jakiś haczyk? Nawet jeśli tak, to dlaczego nikt go nie połknął? Coraz ciężej było o porządne zlecenie, to aż niemożliwe, by „nikt nie okazał zainteresowania”...
- Do kasztelana trafimy sami, właśnie się do niego wybieraliśmy – odparował, ukradkiem zerkając na dziewczynę. W tym spojrzeniu był niemy nakaz chwilowego niewypytywania mieszańca o cokolwiek. Aed był gotów ze wszystkiego się przed nią wytłumaczyć, byleby tylko uwolnić się od oprychów.
Pozostawało nasuwające się na myśl pytanie, skąd szpicouchy wiedział, że białowłosa zamierza z nim współpracować, skoro przy kasztelańskich szpiegach zdradził, że dopiero się poznali... Cóż, sprawa długouchego. Będzie opowiadał bajki, jeśli zapytają.
By nie zapadła budząca podejrzenia cisza, szybko podjął wątek:
- Ale, ale... Skąd ten pośpiech? I czemu nikt nie wziął roboty?
Coś mu tu śmierdziało. Nie wiedział tylko, co.
Skrzyżował ręce na piersi i czekał na odpowiedź, zastanawiając się, czy – zgodnie z jego przewidywaniami – będzie ona mijać się z prawdą.
Jedno było pewne. Tu nie chodziło o zwyczajne zlecenie.

Szept pisze...

Przywlekli ją nieprzytomną, cisnęli na zgniłą ściółkę jak jakiś strzęp szmat, nie zaś człowieka. Twarz miała bladą, ubranie poszarpane, jasne włosy rozsypane dookoła twarzy. Młoda dziewczyna. Naście lat, oceniał, chociaż nigdy nie lubił orzekać cudzego wieku. Niemal zawsze się mylił, a to dodając, a to ujmując.
Z braku kolejnego koła w ścianie, przykuli ją do niego. Poruszeni, patrzeli na nią jak na jakąś kreaturę, potwora, który przywlekł ludzkie ciało. Zachowywali się podejrzanie cicho, nieufnie, szemrając między sobą. Wyłowił jedno słowo „morderczyni”, zaraz potem kolejne „mutant”.
Takie dziecko patrząc z jego perspektywy. Lecz wiedział przecież, jak bardzo wiek może zwodzić i że właśnie ten, którego się o nic nie podejrzewa… Niektórzy są niemal wiecznymi dzieciakami. Innych życie zmusza, by dojrzeli przedwcześnie i wzięli swój los w swoje ręce.
Tak jak ta dziewczyna.
Ktoś inny poczułby żal. Takie młode życie. On widział jeszcze młodsze, których zabierała śmierć. Czasem nawet on sam. Zabójca, o ile nim była, złapany, sam wydaje na siebie wyrok.
Tak jak on teraz.
Długo leżała, niemal bez życia. Bez ruchu. Jedynie wznosząca się pierś wskazywała, że wciąż żyje, że nie wrzucili mu tu do towarzystwa trupa. Obudziła się cicho, bez grymaszenia, bez jęku. Dopiero, gdy dotknęła głowy, usłyszał ten charakterystyczny, bolesny dźwięk. Pewnie ją ogłuszyli. Dość mocno. Założyłby się, że miała włosy pozlepiane krwią w tym miejscu, zaschłą już na ciemnoczerwoną skorupę.
Powoli wstała. Łańcuch cicho zaszemrał wraz z tym ruchem. Zaraz potem głośno brzęknął, oznajmiając, że jego współtowarzyszka znalazła się na ziemi. Łańcuch naprężył się, lekko pociągając go w jej stronę. Do jego uszu dobiegło przekleństwo. Przynajmniej przypuszczał, że to przekleństwo, bo samej mowy nie pojął. Ni to keroński, ni krasnoludzki, ni elficki.
Nietutejsza? Wirginka? Quinghenka? Weganka? Kresowa? Mógł zgadywać. Pytanie tylko, po co? To, że siedzieli w celi wcale nie mówiło, że ma nawiązywać jakąkolwiek znajomość i być miłym. On nigdy… prawie nigdy nie był miły. Jedyne słowo, jakie określało jego charakter, to wygodny. Robił to, co było dobre dla niego. I Bractwa Nocy.
Jeśli jednak mieli go zabić, mógł jakoś ten czas wykorzystać. Zakładając, że Cienie nie przyjdą mu z pomocą – Lucien nie należał do osób, które zawsze wybierają najłatwiejszy i najbardziej pomyślny scenariusz, byli do siebie przykuci. Tym samym… jeśli nie zdarzy się cud, będą musieli uciekać razem. Jeśli nadarzy się sposobność.
Gdzieś dalej zgrzytnęły drzwi, usłyszał setek przekleństw, jakiś chlust, uderzenie o kraty. No cóż. Zdaje się pora karmienia. Spleśniały chleb, może jakiś obrzydliwy gulasz z mięsa, którego pochodzenia nawet nie chciał znać. Zbyt podle smakował.
- Pora karmienia – burknął, spod oka zerkając na dziewczynę. – Trafiłaś w samą porę. Chyba, że masz zbyt wydelikacony żołądek.
On wytrzymał jeden dzień, nie tykając obrzydliwego jadła. Potem głód był tak silny, że pochłaniał swe racje na równi ze wszystkimi, nie wybrzydzając, starając się przełykać jak najszybciej, zanim poczuje podły smak zjełczałego tłuszczu na języku.

[Założyłam, że przeklinała w języku ze swoich stron, mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu.]

Szept pisze...

- Mam nadzieję, że potrafisz się bić...
- Jasne, jedną rękę, przykuty do dziewuszki i do ściany – prychnął jej współtowarzysz. Ona myślała, że jest olbrzymką i po prostu rozerwie łańcuchy na pół? A może wyrwie je ze ściany? Proszę bardzo, chętnie to zobaczy. Czy ona miała w ogóle jakiś plan? Może jej się przyśnił jak leżała nieprzytomna.
Nim jednak zdążył wyrazić chociaż trochę ze swych życzliwych, pełnych ciepła myśli, usłyszał brzęk kluczy i skrzypnięcie drewnianych drzwi. Ciężkie buty strażnika zadudniły po czarnej ziemi, zbroja chrzęściła na każdym kroku. W mroku, jaki ich otaczał, Lucien niewiele widział. Strażnik nie był młody, jego ruchy były opieszałe, podchodzące pod leniwe. Długo na służbie, ocenił Poszukiwacz. Powoli popada w rutynę. Będzie miał szczęście, jeśli ta go nie zabije. No i nie nosił hełmu. Wiadomo, ciężkie żelastwo, niewygodne i nieporęczne. Lucien też nigdy nie lubił hełmów. Tyle, że on nie byłby tak głupi, by bez wyraźnego powodu ładować się do celi zabójcy i oskarżonej o zabójstwo dziewki. W każdym razie nie bez wyraźnego powodu i nie zachowując należytej ostrożności.
Czekał. Cierpliwie. W całkowitym bezruchu. Nie zdradzając swojej obecności, pragnąc, by o nim zapomniano. Gdyby miał czas, gdyby łańcuch był chociaż odrobinę dłuższy, ukryłby się za drzwiami. Tam, przyczajony…
Nie zdążył. Strażnik już podchodził do białowłosej. Im był bliżej niej, tym bardziej się pilnował. Podejrzewał knucie, podstęp ze strony dziewczyny.
O Cieniu zapomniał.
Łańcuch zgrzytnął, zdradzając to, co zamierzał zrobić. Strażnik zaczął obracać się w bok, w jego stronę, poniewczasie pojmując swój błąd. Lecz i tak było za późno. Narzucony na szyję strażnika łańcuch zacisnął się, brzęcząc jeszcze głośniej. Ręce, w odruchu obronnym uniosły się, szarpiąc za żelastwo, chcąc się uwolnić, zerwać je. Paznokcie, chociaż krótkie, drapały własną skórę do krwi, usiłowały sięgnąć rąk oprawcy. Usta walczyły o oddech, o każdą, nawet najmniejszą ilość zbawczego tlenu, szeroko otwarte, wydobywał się z nich chrapliwy, charczący dźwięk, nie tak głośny, by kogokolwiek tu zwabić. Ruchy stawały się coraz bardziej chaotyczne, twarz nabrzmiała, czerwieniąc się, stopniowo siniejąc. Ciało zaczęło drgać, spazmatycznie, krew puściła się z nosa. W końcu ciało znieruchomiało, wiotczejąc na brudnej, pokrytej zgniłą słomą ziemi. Lecz nawet wtedy nie poluzował uścisku. Czekał wiedząc, że to nie koniec, że oddechy ustały, lecz serce jeszcze chwilę pracuje.
- Obszukaj go – ofuknął współtowarzyszkę, ciężko dysząc, dopiero teraz czując, ile siły go to kosztowało. Na marnym więziennym jadle raczej osłabł, sporo brakowało mu do pełni formy. Brudnym, pomiętym rękawem otarł zroszone potem czoło, pozostawiając na nim czarną smugę.
W kieszeniach strażnika były klucze. Klucze do kajdan, które łączyły ich ze ścianą. Do tych, które skuwały jego i białowłosą razem już nie. Musiał ich nie mieć, zostawić na stole albo wypadły podczas szamotaniny.

Szept pisze...

[Oj, się nie przejmuj. Akurat przegapiłaś okres, kiedy byłam kompletnie wyprana z chęci i weny do pisania. Nie wspominając o pomysłach. Mam nadzieję, że najgorsze za mną :D ]

Chwilę stał w bezruchu, jakby morderstwo pochłonęło jego całą energię. Potem poruszył się, zerknął na uchylone drzwi celi… i poczuł to. Nie zapach kurzu, wilgoci, nie mysich bobków, nawet nie długo niemytych ciał. Poczuł to. Wolność. Była tuż obok, na wyciągnięcie ręki. Widział jak dziewczyna unosi tryumfalnie klucz, jak uśmiech rozjaśnia jej spojrzenie, słyszał brzęk łańcucha… Wolność. Ruszył w stronę drzwi, pierwszej bariery, która dzieliła go od tego, czego pragnął. Krok, kolejny, następny… i szarpnięcie. Nagłe, niespodziewane, zatrzymało go w miejscu. Sfrustrowany, obejrzał się za siebie… zaklął. Zapomniał o łańcuchu, jaki łączył jego i rzekomą morderczynię.
Zaklął znowu. Wolność oddalała się. Zmieniając plany, wrócił do ciała strażnika, podnosząc odrzucony przez nią nóż. Nie zamierzał pogardzać nawet tak słabej jakości ostrzem. Ostatecznie, kto wie, czy nie będzie potrzebował broni, gdy tylko wyjdą za próg celi. Sztylet, nawet takiej jakości, był lepszą bronią niż puste ręce i łańcuch.
Teraz, co chwila nasłuchując, dotarł do drzwi. Chwilę czekał, usiłując wyłowić zagrożenie, po czym lekko pchnął drewniane drzwi. Ustąpiły łatwo, otwierając się bezgłośnie. Lucien odetchnął, wysunął się za próg zatęchłej celi. Pokój był nieco jaśniejszy, prawdopodobnie od blasku pochodni na ścianie i małej świeczki ustawionej na blacie wysłużonego, drewnianego stołu. Nawet z tej odległości widział porozrzucane na nim rzeczy. Blask przeskakiwał po żelastwie, odbijał się w szkle flakoników i buteleczek. Butelka z ciemnego szkła rzucała długi cień na leżącą za nią otwartą księgę.
Lucien uśmiechnął się szeroko. No proszę, kolejne graty, w które mógł się zaopatrzyć. Wątpił, by odzyskał Pokrzyk i Zabójcę. Dwa miecze były za cenne. Strażnicy niechybnie zagrali o nie w kości, ktoś oszukiwał, nabili sobie kilka guzów, a łup i tak zgarnął najsilniejszy typek. Poszukiwacz splunął na podłogę. To przepadło.
Tym samym trzeba się zaopatrzyć w broń. Nic dziwnego, że w stronę stołu ruszył równie entuzjastycznie, co Falka. Nawet jeszcze bardziej. Po minie towarzyszki wnioskował, że część, jeśli nie wszystkie rupiecie, są jej. Mówi się trudno. Jak jej zniknie kilka eliksirów albo kolejny sztylet, to może nie zauważy. W końcu, strażnicy mogli coś sprzedać, coś stłuc, coś sobie przywłaszczyć. A on nie zamierzał grzecznie stać obok stołu pełnego skarbów i trzymać rączek w kieszeni. Sztylet, który zgarnął ze stołu, był na pewno lepszej jakości niż ten strażnika. Zachowa oba. Nie był pewny działania kilku eliksirów, ale zawsze mógł je przetestować na strażnikach. Ku swojemu zdziwieniu i radości odnalazł też swój wysłużony, wytarty płaszcz. Widocznie Strażnicy uznali go za zbyt dużą szmatę, nienadającą się nawet na ścierki.
- Którędy? – burknął niechętnie, odzywając się po raz drugi, odkąd trafiła do tej samej celi. Mgliście pamiętał, jak go tu prowadzili… I pamiętał, że było całkiem sporo straży jak na taką… wiochę. W każdym razie wiochę w porównaniu z Królewcem. Wspólny łańcuch zaś ucieczki nie ułatwi.
Był tylko człowiekiem, jego zmysły nie były tak wyczulone. Nie musiały być. Tylko idiota po ucieczce z celi zapomniałby, gdzie jest i już skakałby do góry, ciesząc się z wolności. Lucien może sobie pochlebiał, ale idiotą nie był.
A to oznaczało, że trzeba uciekać.
I właśnie wtedy… Kroki. Pojedyncze, bliższe. Falka wiedziała, że zbliżają się z przeciwnej strony niż grupa strażników. Lucien nie wiedział. Nic dziwnego, że obrócił się na pięcie i ruszył byle dalej od nadchodzącego. Przynajmniej na tyle, na ile pozwalał mu łańcuch.
- Chodź, szybko – ponaglił ją jeszcze.

Szept pisze...

Nie wahał się dłużej. Kiedy go tu przyprowadzono, wyrobionym zwyczajem starał się zapamiętać jak najwięcej szczegółów na wypadek ucieczki. Na niewiele się to teraz zdało. Korytarze zdawały się podobne, droga mglista, wszędzie jednaka. Sytuacji nie poprawiał podzwaniający łańcuch, ciągnięta za sobą dziewczyna i pościg, który jeśli już nie ruszył, to niewątpliwie podąży za nimi przy pierwszej okazji. Jego towarzyszka była ranna. Białe włosy zmieniły barwę na czubku głowy, mieniąc się szkarłatem. Popijała jakieś mikstury, lecz raczej dla oszukania bólu niż leczeniu. W każdym razie on nie znał takich, które ranę zagoiłyby od razu. Magiem nie był, uzdrowicielem też nie, a to ograniczało jego szanse pomocy.
Kolejny korytarz, następny. Oddech rwał się, nogi i łańcuchy ciążyły. A za sobą wciąż słyszał strażników, raz cichszych, raz głośniejszych, raz bliższych, raz bardziej odległych. Za kolejnym zakrętem zatrzymał się, ciężko opierając o ścianę.
Pora zagrać w otwarte karty.
- Nie wiem, czy jesteś i co potrafisz, ale jeśli potrafisz znaleźć boczne wyjście, skorzystaj z tej umiejętności. Głównym nie wyjdziemy, nie przebijemy się… - wydyszał. – A i ty długo nie pociągniesz, jesteś ranna.
Sam może nie był ranny, lecz więzienie osłabiło go. I nie miał, jeśli nie liczyć niewielkiego sztyletu, odpowiedniej broni do walki ze strażnikami. Biorąc pod uwagę fakt, że nie był wojownikiem, a zabójcą, dawało to pełny obraz jego umiejętności. Atakował z zaskoczenia. Nie rzucał się jak ten głupi na przeważające siły wroga, licząc że mu się uda i przeżyje.
Tupot ciężkich butów nasilił się. Nie czekając na odpowiedź, mężczyzna podjął szaleńczy bieg… do następnego zakrętu. Do…
Wypadli zza zakrętu prosto na trzech strażników. Lucien bez wahania sięgnął po sztylet. Rzucił nim szybko, wyuczonym ruchem, błogosławiąc lekcje Jastrzębia, jednocześnie pozbawiając się jedynej broni, jaką zdobył. Kątem oka dostrzegł, że Falka rusza na drugiego strażnika.
- Więźniowie uciekają! Alarm, ogłosić alarm! – krzyknął w tej chwili trzeci strażnik, jednocześnie ruszając na nich.

Prawa autorskie

© Zastrzegamy sobie prawa autorskie do umieszczanych na blogu tekstów, wymyślonego na jego potrzeby świata oraz postaci.
Nie rościmy sobie natomiast praw autorskich do tych artów, które nie są naszego autorstwa.

Szukaj




˅ ^
+ postacie
Rinne Lasair