Przewodnik

Linki-obrazki

Misje
I. Więzi przyjaźni
Spotykasz po latach kogoś, kto dawniej był ci bliski. Wplątuje cię on w jakąś historię, która nie dość, że z czasem się komplikuje, to w dodatku budzi w tobie wątpliwości co do intencji przyjaciela.

II. Linia frontu
Kerończy natarli na Prowincję Demarską. Oblegany jest sam Demar. Jedni ludzie stają do walki, inni uciekają ze spalonej ziemi. Napastnicy, obrońcy i cywile. Po której stronie staniesz?

Opcjonalnie: Udział w buncie niewolników w Wirginii bądź inne miejsca walk.

III. Rekonwalescencja
W nie najlepszej kondycji trafiasz do wioski lub klasztoru. Wydaje ci się, że trafiłeś w dobre ręce i że wkrótce będziesz mógł opuścić to miejsce. Okazuje się jednak, że z pozoru życzliwi i uprzejmi ludzie skrywają przed tobą jakąś tajemnicę.

IV. Zabij bestię
Coś napada, nęka mieszkańców. Zawierasz umowę z wójtem - dostarczysz głowę bestii za określoną cenę. Okazuje się jednak, że stworzenie nie działa bez powodu - jest w jakiś sposób prowokowane przez mieszkańców.

Opcjonalnie: Bestia jest wrażliwa na hałas z karczmy albo ludzie naruszyli w jakiś sposób jej rewir (weszli na jej teren, zajęli leże ze względu na drogie surowce itp.)

V. Nielegalne walki
Dochodzą cię słuchy o nielegalnych walkach prowadzonych w okolicy. Położysz im kres czy może postanowisz wziąć w nich udział dla własnego zysku? Pieniądze nie leżą na ulicy.

VI. Zlecone zabójstwo
Dochodzi do zamachu, w wyniku którego ginie ktoś ważny. Podejmujesz się odnalezienia zabójcy – albo jego zleceniodawcy. Od ciebie zależy, czy dojdzie do aresztowania winnych, czy pomożesz im uniknąć kary.

VII. Egzekucja
W mieście lub wiosce szykuje się egzekucja. Znasz sprawcę albo sam doprowadziłeś do jego schwytania. Realizacja wyroku coraz bliżej.

Opcjonalnie: Z czasem nabierasz wątpliwości, czy skazaniec faktycznie jest winny i chcesz go uwolnić lub dochodzą cię pogłoski, że ktoś może chcieć uwolnić kryminalistę.

zamknij
Spis kodów
Spis opowiadań
Baśń o wolności: Preludium (autor: Nefryt) Gdy demon odzyskuje człowieczeństwo, przypomina sobie jak być człowiekiem.(autor: Zombbiszon) Nikt nie zna prawdziwego bólu do czasu aż nie straci kogoś bliskiego sercu. (autor: Zombbiszon) Wendigo i Driada (autor: Zombbiszon) Domek, zupa, sukkub i historia (autor: Zombbiszon) Sen i niespodzianki (autor: Zombbiszon) Boląca strata i niepokojący gość! (autor: Zombbiszon) Cienie i nowy przyjaciel (autor: Zombbiszon) Kruki (autor: Zombbiszon) Cienie i Starsze Dusze (autor: Zombbiszon) Zło Kor'hu Dull (autor: Zombbiszon) Złodziej Twarzy i Koszmar (autor: Zombbiszon) Królewiec (autor: Zombbiszon) Przed świtem (autor: Nefryt) Król Żebraków i nowe drzwi (autor: Zombbiszon) Akceptacja (autor: Zombbiszon) Nostalgia (autor: Nefryt) Nowa droga i niespodziewane wyznanie? (autor: Zombbiszon) Biały i zielony daje czerwony! (autor: Zombbiszon) Nowe wyzwania w nowym życiu (autor: Zombbiszon) Krąg tajemnic (autor: Zombbiszon) Jack (autor: Zombbiszon) Czasami to mrok daje najwięcej światła (autor: Zombbiszon) Trzy sceny o szpiegowaniu (autor: Nefryt) Morze bólu. Promyk nadziei ... (autor: Zombbiszon) Sól (autor: Olżunia) Dyjanna Muirne: Miecz może być dowodem wszystkiego (autor: Zorana) Uszatek i Kwiatek na tropie przygody: Przypadłość parszywej gospody (autor: Paeonia i Szept) Gdy gasną świece (autor: Zombbiszon) ... Najjaśniej płoną gwiazdy nadziei. (autor: Zombbiszon) Elias cz. 1 (autor: Zombbiszon) Elias cz. 2 (autor: Zombbiszon) Historia (autor: Zombbiszon)
zamknij

Chat



Jedna z południowych prowincji Wirginii, gospoda, rok 2040.

-  Piękne  panie i zacni panowie, pozwólcie, że opowiem wam historię najwznioślejszą z możliwych, historię pewnego... - zaczął wędrowny bajarz, patrząc na podekscytowane twarze gawiedzi, ale nieoczekiwanie od sąsiedniego stołu podszedł do nich barczysty, choć mocno już siwiejący blondyn.
- I znowu ta sama baśń, Yannie... Że też ci się ona nie znudziła.  Może tym razem to ja coś opowiem twej publice?
- Ty?  Odkąd skończyła się wojna, głównie rozpijasz się po karczmach. Co ty możesz im opowiedzieć?
- Prawdę?
Yann prychnął pogardliwie.
- O czym będzie ta twoja historia? O najlepszym gatunku piwa? Wolałbym wiedzieć, w którym momencie zacznę umierać z nudów.
- Nie zwykłem zdradzać sensu opowieści jeszcze zanim ją zacznę. Powiem tylko, że to historia najdzielniejszej Keronijki, jaką kiedykolwiek znałem. A raczej... jaką poznał mój ojciec, służąc jako wojownik u boku poprzedniego gubernatora, Wilhelma Escanor.
- Opowiadaj więc.  Piękne panie, zacni panowie, posłuchajmy więc, co opowie na ten...  ostatni wirgiński romantyk! - każde jego słowo bardziej nasączone było kpiną, ale spore grono słuchaczy otoczyło blondyna, kierując na niego ciekawskie spojrzenia.
- Romantyków ci u nas niedostatek tylko dlatego, że większość zginęła broniąc takich jak ty, bajarzu. - powiedział ostro. Potem zaś głębiej odetchnął i zaczął swą opowieść:

Inicjał Wszystko zaczęło się kilkadziesiąt lat temu, podczas jednej z wielu podróży kerońskiej pary królewskiej - Sabriny I Mądrej i Briana II Srogiego. Kiedy przejeżdżali przez maleńką wieś w okolicy Kansas, królowa, która była brzemienna, poczuła, że zbliża się czas narodzin jej dziecka. Nie mogąc dotrzeć do żadnego opowiedniego miejsca, urodziła trzecią córkę w zwykłej chłopskiej chałupie, jakich wiele widział zapewne każdy z nas.  Lud uznał to za swoistą przepowiednię, świadectwo, że nowonarodzona księżniczka będzie różna od  swoich starszych sióstr wychowywanych na podobieństwo dostojnej matki. Dziewczynkę nazwano Eleonorą, a wieści o miejscu narodzin dziecka starannie tuszowano, by nie zaszkodzić nimi reputacji rodu Marvolów.
Kilkanaście lat później cała Keronia usłyszała o młodziutkiej księżniczce... a raczej o tym, że ma w pogardzie całą etykietę. Eleonora nienawidziła, kiedy krępowały ją sztywne szablony zachowań. Chciała wolności i nieraz wymykała się z królewskich komnat, by zasmakować życia zwykłych ludzi. Bywało, że na kilka dni znikała z królewieckiego zamku, zapominając o upływie czasu i dając się wciągać dzieciom ulicy w nieznane sobie dotychczas, pełne przygód i ryzyka zabawy. Wydawało jej się wtedy, że nie ma nic lepszego, niż takie życie. Niż wolność. Z upływem lat przekonała się jednak, że ci ludzie, których często obserwowała z okien swojego pokoju, do których nieraz wychodziła, także mają problemy. Wtedy po raz pierwszy zobaczyła z bliska biedę, chorobę, głód... Zadziwiona, że coś takiego może mieć miejsce tak blisko bogactwa, jakim dysponowali jej rodzice, próbowała zrozumieć, niekiedy nawet pomóc. Wciąż była jednak dzieckiem, naiwnym i oddanym. Komu, albo czemu? Najbardziej chyba ideałom, wyczytanym w ludowych baśniach. Księżniczka interesowała się także astrologią, geografią i historią, a ojciec rozbudził w niej ciekawość do polityki zagranicznej. Coraz częściej czynnie brała udział w dyskusjach, ucząc się sprytu i snucia intryg.
W obawie przed pretensjami Eleonory do korony, królowa zdecydowała się rozesłać swoje córki w różne strony kraju. Najstarsza, Enea, została w Królewcu, jako potencjalna następczyni tronu. Drugiej, Edithe, wzniesiono zamek we wschodniej części Keroni, Eleonorze przypadło pomorze, a najmłodszej, Elisie - zachodnia część kraju.

Inicjał D
ecyzja ta rozpoczęła lawinę nieszczęść.  Mówiono, że to skutki przekleństwa, jakie stara wiedźma rzuciła na ród Marvolów siedem pokoleń wcześniej. Tak czy inaczej w niewielkich odstępach czasu tragicznie zamrli rodzice  siostry księżniczki. Tym samym Eleonora została pretendentką do tronu Keronii. Nie śpieszyła się jednak z wyjazdem do Królewca. 
Mogłoby się wydawać, że już wtedy coś planowała. Często bywali u niej nie tylko ekscentryczni ludzie, ale także istoty innych kultur, nieraz nieprzychylnie nastawione do człowieczej rasy.
W przededniu koronacji księżniczki na królową Keronii, kraj obiegła wieść o samobójstwie księżniczki. Nie ustalono jednak żadnych szczegółów, nie znaleziono ciała nieszczęśliwej władczyni, a jedynie list. Pisała w nim (co ciekawe, litery były niewprawne, a przecież księżniczka od dziecka potrafiła dobrze pisać), że zbyt dużo już musiała cierpieć, że nie chce władzy, a jedynie spotkania z ukochanymi osobami w drugim, lepszym świecie, o ile taki wogóle istnieje.
Tak zakończyła się historia księżniczki Eleonory Minervy Nefryty Marvolo, będąc zarazem wstępem do nowej opowieści.


ilka miesięcy później, w okolicach Królewca pojawiła się wyglądająca na osiemnaście lat dziewczyna o czarnych, sięgających bioder włosach i dziwnie smutnych, stalowoszarych oczach. Z wyglądu odrobinę przypominała niedoszłą królową, ale w odróżnieniu od niej nie była blada, a mocno opalona, jakby spędzała całe dni na dworzu. Miała pomalowane na czerwono usta, a jej dłonie... Nie, tak nie mogła wyglądać arystokratka. Taka dbałaby o swoje rączki, nie dopuszczając, by jej ciało szpeciły zadrapania i niewielkie blizny po oparzeniach.
W ciągu następnych trzech lat zebrała grupę złożoną z ludzi i elfów różnej profesji i przeszłości. Byli wśród nich i zbiegli wieźniowie i awanturnicy, byli także tacy, którym wymordowano rodziny i szukali zemsty na oprawcach, lub mieli dość cierpliwego czekania, aż regularna armia rozprawi się z Wirgińczykami. Oni wszyscy gotowi byliby chyba skoczyć w ogień za swoją przywódczynią. Ojciec nie raz widział, z jaką pasją słuchali jej słów, jak chętnie wypełniali jej rozkazy. To była kobieta z prawdziwą charyzmą.
Pokochali ją także mieszkańcy wsi i miast napadanych przez wrogie wojska. Kobieta ta, obrawszy miano Nefryt, chroniła potrzebujących. Razem ze swoimi ludźmi zasadzała się na wirgińskie oddziały. Rabowała bez skrupułów, bywała okrutna. Pewnym jest, iż ona i jej poplecznicy żyli z rozbojów, większość zrabowanych dóbr oddawali jednak biedocie. Nikt nie wnikał, ile dokładnie zostawiali da siebie...
W Keronii Nefryt stała się legendą, symbolem wolności.

W skrócie

| Nefryt | 21 lat |
 |herszt bandy zbójeckiej, prawowita następczyni tronu Keroni|
|zwykle uzbrojona w dwuręczny miecz, ma czarnego jednorożca - Donna|

~*~


____________________________________________
I jest moja nowa karta postaci... Niezbyt mi się ona podoba, ale ma jeden plus. Przynajmniej nie rozjeżdża się tak, jak poprzednia.
Zapraszam do wątków!
Ostatnia edycja: 10.08.12r --> zmieniłam zdjęcia w karcie; dodałam wizerunki postaci pobocznych w zakładce znajomości.

261 komentarzy:

1 – 200 z 261   Nowsze›   Najnowsze»
czarna_maggie pisze...

Dobra, to ja sobie życzę wątek.:)
(Galathil)

czarna_maggie pisze...

[Dobrze by było zacząć od początku.:) Prawdę mówiąc to on pojawia się wszędzie...Może lepiej napisz gdzie podziewa się Nefryt, a on już sam na nią wpadnie.:)]

Galathil pisze...

Zatopionego w myślach elfa trochę rozsierdziło wyrwanie z planów i marzeń. Zwłaszcza przez kobietę. Przetoczył błędnym wzrokiem po twarzach jeźdźców by po chwili oprzytomnieć i zastanowić się nad zadanym pytaniem.
-Nie jestem panem-sprostował natychmiast. Słowo to kojarzyło mu się negatywnie z wyzyskiem i nędzą społeczeństwa. Ze stanem szlacheckim i nagrodą za jego głowę-Ale wiem gdzie złotnik was przyjmie. Pytajcie na rynku o Edharda. Jeśli tam go nie ma...no cóż, pewnie dobrze zarobił i opróżnia swą sakwę w karczmie...
Sam bardzo dobrze znał się na złotnictwie ale zdradzenie swoich talentów za wiele by go kosztowało. Nie mógł ryzykować...Wbrew swojemu wyczulonemu instynktowi samozachowawczemu, nie posądzał dziewczyny o nic złego. Nie wyglądała na podstępną kreaturę, gotową sprzedać go za kilka dukatów. Mimo to nie chciał ryzykować.

Ailla pisze...

Jak zwykle wieczorem Ailla dawała występ. Tylko, że to zwykle nie było przed samą królową! Artystka była bardzo stremowana. Na tę okazję zaoszczędziła i uszyła sobie piękną zieloną sukienkę z cekinami. Kolor trawy zawsze się jej podobał. Jej wszystkie wspomnienia i marzenia były związane z wolnością, łąką i lasem. Ktoś z dworu załatwił jej grajka. Był to chłopak grający na fujarce. Poprosiła go o zagranie jej ulubionej melodii. Ludzie obserwowali ja gdy zaczęła. Znowu stała się jednością z ogniem i muzyką. Ogień ją otaczał i wyskakiwał z jej palców lub lizał policzki. Uwielbiała to uczucie. Kątem oka zauważyła jakąś zdenerwowaną brunetkę stającą obok. Uśmiechnęła się. Cieszyło ją to, że przyciąga ludzi. Muzyka poprawiała im nastrój a wesołe ogniki wokół niej odganiały ich wszelkie smutki. Gdy skończyła ukłoniła się lekko i robiąc lekki piruet zeszła ze sceny. gdy prawie wszyscy odeszli zerknęła do swojej misy i... Zatkało ją.W naczyniu oprócz kilkunastu złotych monet były też dwa szmaragdy. Nigdy nie miała takiej fortuny. Szybko wyszukała w tłumie brunetkę i podbiegła do niej. Ukłoniła się jej.
- Dziękuję o Pani, ale to naprawdę za dużo.- wyjąkała trochę zawstydzona.

Galathil pisze...

-Nie uraziłaś mnie- elf wzruszył obojętnie ramionami-Raczej mile połechtałaś moje ego. Bo czy ja wyglądam na pana?
Zaiste, nie prezentował się najlepiej w tym podartym stroju.
-Miło jest ci służyć, pani- dodał po chwili Olwe kłaniając się lekko. Dziewczyna wydawała mu się uczciwa a takim ludziom często pomagał. Jasne, sam do końca nie był kryształowy, ale może właśnie to traktował jako odkupienie swoich win?

Galathil pisze...

Olwe skrzywił się słysząc tą poufałość. Nie miał zamiaru wogóle jej nazywać. Ludzie przyjacielscy byli niebezpieczni- zawsze coś się za tym kryło. Może i był podejrzliwy, ale lepiej być podejrzliwym i przeżyć niż naiwnym i za to płacić.
-Nie powinnaś tak się narzucać pani- powiedział najuprzejmiej jak potrafił, chociaż w jego głosie dało się wyczuć fałsz.
Dziewczyna była śliczna, młoda i delikatna ale trzeba było wyłożyć karty na stół. Żadnych poufałości.

Zorana pisze...

[Z moich obserwacji wynika, że powinnam pisać właśnie tutaj ;)]
[A może taki podkład?
http://www.youtube.com/watch?v=sKv0rtgI7mw&feature=related ]

Wtopiła palce w gęstą grzywę karosza. Ogier zamoczył pysk w wodzie, nie odmawiając sobie tej drobnej pieszczoty. Kobieta w zamyśleniu wbiła wzrok w mgłę nad jeziorem; jej źrenice zwęziły się w szparki pod wpływem porannego słońca. Obraz powoli się wyostrzał, zarysowując na przeciwnym brzegu jeziora sylwetkę nieznajomej dziewczyny o czarnych włosach.
~ Ocho, towarzystwo ~ stwierdził Vestus, wynurzając łeb z wody i spoglądając w tym samym kierunku ~ Co to jest?
Pojedyncza fala nieznanego pochodzenia przesunęła ku nim zielono-białą obręcz. Blondynka nie kwapiła się, by go podnieść, choć podążał w jej stronę. Ruchem ręki wywołała falę przeciwną do tej, która przyniosła plecionkę na brzeg.
~ Wieniec ~ odparła ~ Jej.
Wskazała podbródkiem przeciwny brzeg, choć wcale nie musiała tego robić. Rozumieli się bez słów i gestów.
Rzuciła ostatnie spojrzenie w kierunku zaplecionych lilii. Tchnęły one żalem, smutkiem, bólem.
~ Podwieź mnie na drugi brzeg ~ poprosiła wierzchowca. Ten spojrzał na nią mądrymi ślepiami.
~ Jaką drogą?
~ Normalną.
~ Wiesz ile to zajmie?
~ Postaraj się, Wietrze ~ odparła ze znaczącym uśmieszkiem.

Zorana pisze...

[Ostatnie zdanie zabrzmiało jak... wyznanie ateistki ;) Takie sugestywne.]

Vestus, wiatr, tornado. Powiew, prędkość, wolność. Wszystko to zapewniał jej wierzchowiec, uosobienie żywiołu równie pożądanego, jak i znienawidzonego przez ludzi. Podróż taka była krótka i zapewniała jej całkowitą dyskrecję i bezpieczeństwo. I niezauważalność.
Przemknęli wśród nabrzeżnych skał, pozostawiając za sobą jedynie szum powietrza uderzającego o kamień. Umysł amazonki wychwycił nostalgię; mimowolnie zadrżała. Brzęk stali zdawał się być zaprzeczeniem rozmyślań i zapowiedzią życia. Pojawił się jednak tylko raz, co mogło oznaczać tyle, co rezygnacja zarówno z walki, jak i z roztargnienia.
Szum w uszach zmienił się w rytmiczny stukot, rozbrzmiewający na wilgotnych kamieniach. Po chwili jednak wdzięczny, taneczny chód karosza zamilkł wśród traw.
Czarny, kudłaty łeb wychynął zza skał, spoglądając ostrożnie na źródło ostatniego, niezbyt przyjaznego dźwięku.

Melody Klethe pisze...

[To serdecznie zaspraszam jeszcze raz. I dziękuje za poprawienie błędu]

Ailla pisze...

- Ailla, Pani - jeszcze raz ukłoniłam się brunetce. Nie sądziłam, że mój występ może się tak spodobać. A za te diamenty mogłabym kupić sobie konia! Ale, czy naprawdę tego chcę? Oczywiście wolałabym żeby przyszedł do mnie piękny kasztanowy jednorożec tak jak w legendach... Jednak raczej nie mogę na to liczyć... Te stworzenia są bardzo płochliwe. Do dzisiaj pamiętam jak mój brat Clar opowiadali mi o różnych stworzeniach Keronii. Na razie postanowiłam zjeść porządną kolację. Od wieków porządnie się nie najadłam... Nagle przyszło mi coś do głowy.
- Czy, Chciałaby Pani ze mną zjeść? - dopiero gdy to powiedziałam uświadomiłam sobie jak to głupio zabrzmiało i zaczerwieniłam się po czubki uszu. Ze zdenerwowanie zaczęłam bawić się płomieniami. Zawsze tak robiłam...

Zorana pisze...

[A więc udało Ci się to idealnie :)
Hmm, jak to jest być ateistą/tką? Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, jak to jest...]

Kątem oka wychwyciła nerwowy gest nieznajomej. Ruch znany każdemu, kto miał choć jeden powód, by nie móc zasnąć - nie bez noża pod poduszką. Głowa amazonki jakby przekrzywiła się minimalnie, gdy wychwyciła potencjalne źródło zagrożenia. Nie sięgnęła jednak po broń, choć była to decyzja nie całkiem zgodna z jej instynktem samozachowawczym. W walce liczyła się każda sekunda, a nawet jej ułamek. Ale nie miała przecież walczyć.
Brak energii w głosie rozmówczyni nie uszedł jej uwadze.
- I od razu mam powiedzieć, co tutaj robię? - spytała, zgadując. Zmrużyła powieki - Czy to oby nie za prostackie pytania w tak kontemplacyjnym miejscu?
Nawet jeśli ironizowała, nie zdradzała kpiny żadną z nut swojego głosu, który - przy zastosowaniu tylu tonacji - zdawał się być wyjątkowo melodyjny. Jak kawał drewna w rękach mistrza: stawał się instrumentem. Tym razem pobrzmiewał beztroską, lecz spojrzenie pozostało czujne, wrażliwe na każdy ruch i grymas brunetki

Zorana pisze...

[Niemal zakrztusiłam się zupką chińską. Siostra Miecza? :D Jestem damskim przedstawicielem Serpens Bellatorum, tj. Bractwa Rycerskiego na Zamku Książęcym w Łowiczu ;)]

- Możliwe - przyznała, a kącik jej ust powędrował nieco do góry; nie na tyle, by obnażyć zęby, które były swego rodzaju częścią kompletu kocich cech - ale nie każdy lubi nieść tę przydatną wiedzę innym - zrobiła pauzę - Jestem Zorana.
Spostrzegłszy kolejny, powolniejszy ruch spytała.
- Nie za szybko rezygnujesz z dobycia broni? - spytała nieco ciszej niż przedtem - Skąd ta rezygnacja?

Asgir Lucien Thorne pisze...

[Myślę, że tak. Nie dokładnie pamiętam wprawdzie, na czym stanęło, oprócz tego, że jakoś po ataku było na nich przez zdrajcę i że Lucien dowiedział się, że Nefryt jest i księżniczką. Tyle z mojej pamięci. Zresztą, zawsze można to sprawdzić :D
No i jeszcze raz proszę o wybaczenie, jeśli o zwłokę idzie. Termin na pewno przekroczyłam. ]

Asgir Lucien Thorne pisze...

Do oszustw i kłamstw był przyzwyczajony. Były na pierwszym miejscu wśród misji Bractwa, a życie na ulicy wcale nie sprzyjało honorowemu zachowaniu i zdobywaniu szacunku. Może jeden, jedyny raz pojawił się moment, kiedy młody chłopak mógł wyjść na ludzi, wprawdzie biednych i skromnych, ale żyjących w zgodzie z ogólnie pojętym sumieniem, prawem i porządkiem i nakazami bogów. Ale ten moment dawno minął, zaszedł już za daleko, by mógł od tak się odwrócić i odejść. Bez konsekwencji. Zresztą, do Bractwa przystępowało się na zawsze, nie była to służba, jaką można było porzucić. Wiedział to i widział. Niejednokrotnie sam wykonywał wyrok Rady.
Odebrał z jej dłoni bukłak, chowając go z powrotem do juków. Przez chwilę stał, wpatrzony gdzieś przed siebie, nie na nią. Księżniczka... Żyła. Spadkobierczyni tronu, ta o której wiele się mówiło, fikcja spleciona z prawdą... Gdyby był patriotą, albo choć odrobinę lojalny wobec państwa... ale nie był. A jednak, gdy odwrócił się w jej stronę, choć rysy pozostały spokojne, oczy mówiły jedno. Wiedział. I bogowie jedni wiedzą, co z tym zamierzał zrobić.
- Czas nam w dalszą drogę, Nefryt. - nie zawahał się, nazywając ją imieniem rozbójniczki, tym, pod którym ją poznał, a nie mianem rzekomo zmarłej księżniczki.

[Dziękuję za wyrozumiałość. :D Przy okazji zapytam, bo jeszcze na blogspocie się aż tak dobrze nie orientuję, nie da się jak na onecie, na 1 mailu mieć na dwóch różnych blogach postacie o różnych imionach? (tak, mam nadzieję, że w miarę da się zrozumieć o co mi chodzi)]

Asgir Lucien Thorne pisze...

Uśmiech, dotąd widoczny na jego twarzy, a zarazem tak bardzo do niej nie pasujący, zamarł pod wpływem jej pytania.
- Nie wybiegajmy za daleko myślami w przyszłość. Kto wie, może po tej misji wcale nie będziesz musiała się martwić, że zdradzę twoją tajemnicę. - kto wie, może miał zginąć? Nie był to z jego strony melodramatyczny ton, po prostu zabójca mógł zginąć w każdej chwili, za wielu miał wrogów. A czyż nie rozwiązałoby to w prosty sposób jej problemu? I nie chciał, nie zamierzał uspokajać ją kłamstwami, choć prawdą było, że nie zamierzał sam z siebie wykorzystywać tej wiedzy. Ale... nigdy nie wiadomo, co może się zdarzyć. Zwłaszcza, że szanował ją, poznawszy jako Nefryt, a teraz, znając jej prawdziwą tożsamość szanował jeszcze bardziej. Co więcej... w jej obecności nie mógł pozbyć się myśli, jak patrzy na niego, jakim go widzi człowiekiem. Czy nie mógłby być lepszym, honorowym... szlachetniejszym? Budziło się w jego umyśle pytanie, czy naprawdę nie było dla niego innej drogi niż ta, którą wybrał.
- Sam z siebie nie zamierzam z tym robić nic. - oboje jednak wiedzieli, że nie tylko o to chodzi. Było przecież Bractwo, a on sam nie miał pojęcia, co by zrobił, postawiony przed wyborem. Zanim poznał Nefryt wszystko wydawało mu się proste... może dlatego, że nic nie czuł. Nic do kogoś, kto nie działał razem z nim w Bractwie, nie miał takiej samej hierarchii i wyrobionych zachowań... To mogło być kłopotliwe, wiedział, że będzie, wszak nie urodził się wczoraj. Lecz pomimo to... niech te kilka wyrwanych z życia dni będzie wszystkim, co miał.
- I bogowie mi świadkiem, sam chciałbym wiedzieć, co dalej.

[Dziękuję, od razu trochę jaśniej. Potwierdziłaś moje przypuszczenia, ale zawsze to lepiej się upewnić, przynajmniej tak sądzę. Bo się zastanawiam nad jeszcze jednym blogiem na blogspocie, nawiasem mówiąc, nad twoimi Przedwiecznymi. :D Morrigan? Byłaś może jako taka postać na HT? (bo pamiętam, że takie imię na pewno się tam przewinęło).]

Zorana pisze...

[Przepraszam, że tak późno ;) Ja jednak obstawiam na porząnego półtoraka]

Przez chwilę milczała,wpatrując się w brunetkę złotymi oczyma. W myślach analizowała potok słów, który wyrwał się z jej ust. Słów, które wcale nie były jej obce.
- Czasem sama walka sama w sobie jest celem i sensem - odparła, pochylając nad szyją wierzchowca - I przede wszystkim: pozwala przeżyć - po czym dodała prawie niedosłyszalnym szeptem - Temu, kto chce przeżyć.
Wróciła do normalnego głosu.
- Jeśli już zaczęłaś walczyć, wiedz, że nie przestaniesz. Wrogowie skutecznie zamykają za tobą drzwi do spokoju. Tego tak po prostu nie da się zmienić. Także faktem jest, że trudno, a wręcz niemożliwym jest nie opowiedzenie się za żadną ze stron. Neutralni w końcu i tak kończą życie z pomocą któregoś z przeciwników.
W pewnym momencie wyprostowała się i zesztywniała.
- Widzisz, od walki zależy wiele. Także w tym momencie. Pytanie tylko, czy ten, kto właśnie celuje do mnie z łuku, jest twoim przyjacielem, czy naszym wrogiem?

Galathil pisze...

-Nie wiem jak dojść do portu- przyznał niechętnie. Nie lubił okazywać swojej niewiedzy. Zastanawiał się dlaczego dziewczyna zmierza właśnie w tą stronę. Taki już był- chciał wiedzieć wszystko, jednocześnie nie zdradzając nic o sobie.
-Ale możesz spytać tamtego karczmarza- wskazał na małą gospodę, w której podawano najlepsze piwo na świecie- Za drobną opłatą ci pomoże.

Galathil pisze...

Spoglądał na odchodzącą postać i musiał przyznać sam przed sobą, że piękniejszej dziewczyny nie widział do tej pory. Musiała być kimś ważniejszym, szlachetniej urodzonym, niż się przedstawiała. Z taką gracją człowiek po prostu się rodził, a była to gracja iście książęca.
Ukłonił się przed nią, jak to robili mieszkańcy miasta na pożegnanie. Teraz będzie mógł wrócić do warsztatu i zająć się wyrobem biżuterii.

Zorana pisze...

Ściągnęła brwi, niezadowolona z odpowiedzi rozmówczyni. Poddała swoje położenie szybkiej, bezgłośnej analizie. Bynajmniej nie było ono zbyt szczęśliwe. Pechowość faktu, że ktoś do niej mierzył, pogłębiała jeszcze jej pozycja: zupełny brak jakiejkolwiek osłony. Wszystkie możliwe za daleko, by uchronić się przed niebezpiecznym, a skuteczny pociskiem. Także brak gotowego oręża zmniejszał szanse na dobre wyjście z jakże 'niewygodnej' sytuacji.
- Ach, zapomniałam o swoich wrogach? - spytała samą siebie ironicznym szeptem połączonym z grymasem, który oznaczał ni miej, ni więcej niźli pogardę dla paradoksalnego spotkania na drugim globie. Na którym spędziła zbyt mało czasu, by zniechęcić kogoś do siebie.
Z największą niechęcią szykując się na przyjęcie strzały, powiedziała donośnym głosem:
- Opuść łuk, bo cięciwa może ci się omsknąć i zmusisz mnie do czegoś, czego nie chcę robić - 'Cokolwiek to będzie' dopowiedziała sobie w myślach. Możliwości miała niewiarygodnie wiele i żadna w tym momencie nie była zadowalająca. Nie bez powodu zdecydowała się na tak złowróżebny ton.
Nie musiała długo czekać na reakcję.

[Nie masz nic przeciwko szybkiemu rozegraniu akcji? Niewiele znanych mi z blogów postaci godziło się na ryzykowne (dla bohatera) rozwinięcie wątku. Większość była bardzo pokojowa;)
Spróbuj stworzyć coś szybkiego, nieoczekiwanego; ja się dostosuję. Poprowadź tego 'NN' bohatera, ja ewentualnie później zajmę się jego opisem. Odważnie :)

Ailla pisze...

- Tak Królowa zaprosiła nas, ale... Ja wolałam jednak sama zjeść. Nigdy nie byłam u Królowej, więc nie wiedziałabym jak mam się zachowywać. Powiedziałam naszej Władczyni, że po prostu nie mogę przyjść. - dziewczyna uśmiechnęła się lekko. - Jesteś może stąd? - spytała się Nefryt. Sama nie za bardzo znała Królewiec, a nie chciała by się w nim zgubić. Miała więc nadzieję, że brunetka wskaże im jakąś dobrą karczmę. Miała dość już tych obskurnych i śmierdzących tłuszczem i spalenizną.

Chocolate997 pisze...

[Oj! Bardzo przepraszam za błędy. To z pośpiechu i niechlujstwa. Niech będzie, że się wcześniej nie znały]

Erianna pisze...

Szatynka wzięła jeden głęboki wdech i cofnęła się o krok. Nie dość, że w koło nic nie widać, jedynie ciemność to jeszcze w jej stronę ktoś się zbliżał. Czarne oczy dziewczyny, które jeszcze nie zdążyły przestać się szklić, zaczęły poszukiwać jakiegoś schronienia. Nie miała wyboru, albo uciekać albo ginąć na miejscu. Gdy tylko udało jej się dostrzec niewielką wnękę po cichu skierowała się w jej stronę. Jej szczupła sylwetka bez trudu ukryła się w wąskiej szparze. Odgłosy głośnego stąpania były coraz to głośniejsze, aż nagle usłyszała czyjś śmiech. Wsłuchała się uważniej i udało się jej dostrzec typową dla Wirgińczyków dbałość mowy, a raczej jej brak. Wyjrzała na chwilę na zewnątrz i dostrzegła jak kilku, dobrze uzbrojonych mężczyzn ciągnie za sobą czyjeś ciało. Martwe? Dziewczyna nie miała pojęcia, ale w każdym bądź razie nie ruszało się. ,,Jestem od tego by pomagać''. Pomyślałam i ruszyła za nimi. Strażnicy nagle zmienili kierunek, więc mogła spokojnie za nimi podążać. Ciało wrzucili do jednej z celi, a sami głośno się śmiejąc odeszli. Eri uważnie przyjrzała się okolicy, by wiedzieć jak tu trafić z powrotem i ruszyła dalej za jednym z strażników. To właśnie on mia klucz. Kiedy się rozproszyli miała szansę. Podbiegła do mężczyzny i wbiła mu sztylet w sam środek pleców. Łysy osobnik jeszcze się bronił, jednak po drugim ciosie padł na ziemię. Dziewczyna szybko przeszukała martwe ciało mężczyzny i znajdując w jednej z kieszeni klucz, ruszyła biegiem w stronę celi. W między czasie zarzuciła na głowę kaptur, by nikt jej nie rozpoznał, a było to bardzo możliwe. Wszyscy ją tu znali jako tą ,,podejrzaną''. Z pomieszczenia ogrodzonego kratami dało się słyszeć ciche posykiwanie. Nie chcąc ryzykować Erianna podeszła bliżej i przyjrzała się uważnie postaci. Dziewczyna miała ciemne włosy, które opadały na ramiona i oczy przewiązane opaską, którą aktualnie starała się rozwiązać. Gdy tylko jej się to udało wzrok przeniosła na zakapturzoną postać stojącą koło jej celi. Eri spuściła głowę całkowicie wtapiając się w panującą ciemność.
-Kim jesteś?-spytała zachrypniętym głosem i odkaszlnęła szatynka, nadal nie podnosząc wzroku.

Erianna pisze...

Nefryt. WEri wiele o niej słyszała i w większości były to obelgi Wirgińczyków. Jednak ,,Kto dla nich wróg, dla mnie przyjaciel''. Przywołała słowa swojego starszego brata, który niedawno poległ. Nie miała nikogo. Co jej szkodziło uwolnić nieznajomą? Szatynka przebiegła ją wzrokiem, po czym utkwiła go w ranie na ramieniu. Uniosła jedną brew wyżej, a prawy kącik jej ust powędrował leciutko ku górze. Erianne ostrożnie zrzuciła kaptur z głowy, ukazując się w pełnej krasie. Jasny blask oświetlał teraz jej twarz, a ciemne i zadowolone z ostatniej potyczki z Wirgińczykiem oczy,jeszcze się świeciły.
-Pomogę ci. Jeśli ty pomożesz mi.- powiedziała wyciągając w jej stronę klucz.- Zgoda?- Nefryt wyglądała na zaskoczoną tą propozycję, bo stała w bezruchu przegryzając dolną wargę. Myślałam... Intensywnie myślała. Zapewne czy jej się to opłaca. Eri w tym czasie kręciła kluczem uwieszonym na palcu opierając się przy tym o kraty celi. Co takiego mogła potrzebować wojowniczka imieniem Erianne?

Erianna pisze...

Uśmiech sam cisnął się dziewczynie na usta. Potrzebowała teraz Nefryt, potrzebowała kogokolwiek. Przytaknęła głową i szybko przekręciła klucz w otworze przeznaczonym do tego. Nim Eri zdążyła zamknąć ponownie celę brunetka pociągnęła ją za rękę i ruszyła biegiem w nieznaną dla Erianny miejsce. Szybko dogoniła brunetkę nie chcąc zostawać w tyle. Tak na prawdę to bała się, że jeśli ją zgubi jej pomoc nie zostanie nagrodzona. Eri cicho się zaśmiała słysząc jak strażnicy Wirginii krzyczą zdenerwowani.
-Jasna cholera! Gdzie ona jest! Przeszukać całą okolicę!- krzyknął któryś. Dalszego przebiegu nie zrozumiała, bo były już za daleko.
-Chyba ktoś ci powinien to obejrzeć.- powiedziała wojowniczka przyglądając się ranie dziewczyny.- A tak właściwie to jestem Erianna. Dla przyjaciół Eri.- wysapała gdy już stanęły. Może i dziewczyna wyglądała na wysportowana, ale taka nie była. Rzadko kiedy biegała. Jej jedyny treningiem wysiłkowym była samoobrona i walka wręcz.

Erianna pisze...

Dziewczyny szły ciemną uliczką dość długi czas i to w kompletnej ciszy. Słońce powoli zaczęło wschodzić budząc mieszkańców Demaru. Tak, to właśnie tu się znajdowały od jakiegoś czasu. Ciszę przerwał dopiero jakiś chłopiec, który bez zastanowienia podbiegł do nich i zaczął kręcić się w koło Nefryt. Eri ukradkiem na nią spojrzała i zauważyła na jej ustach delikatny uśmiech.
- Chcę do was dołączyć.-powiedziałam gdy tylko zostałyśmy same. Nefryt spojrzała na mnie zaskoczona i nie wiedząc co powiedzieć odwróciła wzrok. Jednak Erianna nie zadała pytania czy prośby, a stwierdzenie. To właśnie była jej zapłata. Nie chciała całe życie pałętać się samemu po uliczkach Keronii, pragnęła chociaż towarzystwa i świadomości, że komuś na niej zależy. Nie było to jej zdaniem wygórowane żądanie.

Erianna pisze...

- Wszystko jest mi jasne. Widzisz... Moja historia nie jest kolorowa, a wszystko co tu robiła, robiłam na przekór sobie. Zależy mi na tym by do was dołączyć jak na niczym innym. Morderstwa i okradanie to nic nowego dla mnie. Często by mieć co włożyć do ust muszę kraść. - powiedziała szatynka odgarniając z twarzy włosy i przypatrując się swoim zniszczonym butom. Była naprawdę zdesperowana i trochę zawiedziona, ale przecież mogła się tego spodziewać. Nefryt nie jest jakimś bóstwem, by móc przyjąć kogo chce.
-Co miałabym zrobić?- zapytała Eri zatrzymując się i spoglądając na brunetkę. Była gotowa na wszystko, nawet na śmierć z rąk swoich rodaków.

[Nie wiem czy dobrze to sprecyzowałam i czy o to ci chodziło, ale cóż...]

Asgir Lucien Thorne pisze...

Zmieszanie odbiło się na jego twarzy. Przy niej nie kontrolował się tak dobrze, jak zwykle, znikała gdzieś maska jaką nosił na co dzień, odgradzająca go od całego świata. W murze, w jakim się otoczył pojawił się wyłom, może drobny, może dla innych niewidoczny. Ale on sam widział go aż nazbyt wyraźnie. Miał go ocalić, czy być przyczyną zguby?
- W Bractwie żyjesz z dnia na dzień, od misji do misji. Szkoliłem wielu rekrutów, widziałem jak nie wracali z misji... Widziałem tych, którzy uchodzili za najlepszych. Nikt nie jest doskonały. Nikt nie jest niezwyciężony i niepokonany. Zabijałem Nefryt. Z ukrycia, ostrzem, trucizną. - wpatrywał się w jej twarz, jakby chciał utrwalić to wspomnienie, rysy. Nią całą.
- Byłoby hipokryzją sądzić, że mnie to nigdy nie spotka. - prawdę mówiąc, czasem, w chwilach większego zwątpienia odczuwał lekkie znudzenie. Misja, misja, Rada, Bractwo. Śmierć. Oto jego życie. Ci, którym kiedyś zależało na człowieku, jakim był, teraz odczuli by tylko wstręt i niesmak, spotkawszy go ponownie, zobaczywszy to, kim się stał. Przez większość życia nie dbał o to. Lecz czasem... czasem odczuwał boleśnie tę samotność.
- Istnieją... nie istnieją. Dla niektórych lepiej, by ich nie było. By liczyło się tylko teraz, tylko to życie. Nic innego. Żadnego rozliczenia.

[Też zwykle (acz zdarzają się wyjątki) tworzę nowe postacie. Wybacz milczenie, sesja zapasem. Więc i chwilowo muszę myśli nad nowym blogiem odłożyć na czas po niej, bo i tak nie mam wiele czasu na stare blogi, a dołączyć i się nie udzielać... nie widzę sensu. Ale wrócę do pomysłu po sesji, bo mi właśnie fantasty w czasach współczesnych po głowie chodzi. ]

Erianna pisze...

-Dziękuję.- odparła Eri delikatnie się kłaniając. Sama nie wiedziała czemu tak uczyniła, ale wydawało jej się, że Nefryt jest kimś więcej niż zwykłą zbójniczką. Brunetka powoli oddaliła się znikając z pola widzenia dziewczyny. Erianne ruszyła wolnym krokiem w kierunku miejsca gdzie przesiadywała ostatnio bardzo często, a była to ogromna polana za miastem. Znajdowało się tam kilka kamieni, drzew i szeroka rzeka. Tego miejsca jeszcze chyba nikt prócz niej nie znał. Przynajmniej nigdy nikogo tam nie spotkała. Trudno było sobie wyobrazić, gdzieś nieopodal tego szarego miasta miejsce, gdzie trawa rosła soczyście zielona, a słońce świeciło jak nigdzie.

Erianna pisze...

[Dobrze zróbmy tak;)]

Erianna szła powoli ciemnymi uliczkami będąc coraz bliżej celu. Już tak niewiele brakowało, gdy zza rogu wyszedł jeden z Wirgińczyków. Dziewczyna raptownie schowała się w jednej z wnęk. Kiedy jej serce zaczęło szybciej bić, a adrenalina podskoczyła do maksimum przeciwnik ją zauważył. Eri szybko założyła na głowę kaptur i wymijając jednego z wojowników ruszyła ile sił w nogach przed siebie. Musiała go zgubić. Gdy siły powoli ją opuszczały zauważyła, że nikt jej nie goni. Było to dla niej dziwne i nienaturalne, bo przywykła do ciągłych ucieczek przed swoimi rodakami. Znajdowała się właśnie przed karczmą ,,Dwa miecze'' z czego była niezmiernie zadowolona. Powoli i delikatnie uchyliła drzwi od knajpy, a jej oczom ukazało się przepełnione pomieszczenie. Odpoczywający Kerończycy nabierali sił przy kuflu piwa, a kilka tancerek skakało wokół nich. Gdy tylko drzwi za mną zatrzasnęły się, wszyscy skupili swoje spojrzenia na mnie. Przełknęłam głośno ślinę i spróbowałam odszukać tego właściwego osobnika.

Asgir Lucien Thorne pisze...

- Myślę, że wiesz. - skorygował, tym razem bez wahania, z jakąś pewnością w głosie. Czy jej spokój byłby taki sam, gdyby wiedziała, że czasem z rozmysłem zadawał ból swoim ofiarom, że nie zawsze śmierć była dlań łagodna, a czasem była i wyzwoleniem? Lecz musiała podejrzewać. Po ich rozmowie w obozie, po tym, jak szukał zdrajcy i badał jeńców musiała podejrzewać.
Nawet dla niego samego to wahanie było dziwne, nie pasowało do całości, do świata, w jakim wybrał sobie życie i który sobie niejako zbudował. Nikt przecież nie zmuszał go do tej drogi, to był jego własny wybór, jego pragnienie... i marzenie. Lecz... lecz czasami to, czego pragniemy nade wszystko, to co wydaje się celem... czasami to nie przynosi tego, co myśleliśmy, że nam da. Czasami osiągnięcie celu nie cieszy tak bardzo, a marzenia po ich realizacji okazują się szare i bezbarwne... o wiele mniej piękne niż kiedy wydawały się odległe i niemożliwe do realizacji.
- Każdy kiedyś wątpi. - zwłaszcza w chwilach, gdy nie wszystko idzie tak gładko, jakby się tego chciało. - Widocznie na mnie przyszedł czas teraz. - lecz nie w Bractwo Nocy i swoją lojalność wątpił. To było bezsprzeczne. On tylko w końcu dostrzegł, że jest jeszcze jakieś inne życie, oprócz tego które wiódł. I zawahał się, czy aby nie położył na szali zbyt wiele, zyskując w zamian niemało, lecz jeszcze więcej tracąc.
- Nefryt... - czy tak powinien się do niej zwracać? Czy nie powinien użyć jej imienia, nawet jeśli nie pod nim się poznali? Ale z drugiej strony, ona też nie nazywała go Asgirem... każde z nich miało jakąś przeszłość... i każdego z nich coś przyciągało do drugiej osoby. - Znamy się od niedawna... a jednak jesteś kimś, kogo nie chciałbym ... - zabrakło słów. Zamiast tego gwałtownie odwrócił głowę, kaptur lekko zsunął się z jego głowy przy tym ruchu.

Erianna pisze...

[Hah... dobrze wiedzieć;D]

Eri rozejrzała się w koło i wyczuła na sobie niemiłe spojrzenia Kerończyków. Wiedziała, że nie jest w tym miejscu mile widziana. Kiedyś walczyłam po stronie Wirginii i właśnie tym sobie zasłużyłam na takie traktowanie. Moją uwagę przykuł dobrze zbudowany, rudowłosy chłopak spoglądający na nią ukradkiem.Zachowywał się jak pozostali, ale w odróżnieniu od nich nie pił całej zawartości kufla duszkiem. Sama nie wiedząc czemu podeszła do niego i odsuwając krzesło przysiadła się. Machnęłam ręką na karczmarza, by podał mi coś do picia.
-Gdzie ogień schowała jarzębina?- spytała odgarniając z twarzy kosmyk opadających włosów i spoglądając na chłopaka.

Erianna pisze...

[ Przepraszam, że w kilku miejscach zmieniłam osobę, ale sama nie wiem czemu tak zrobiłam ;)]

Asgir Lucien Thorne pisze...

Zabawne, bo większość, nawet najbliżsi przyjaciele nie widzieli w nim więcej, jak Cienia. Nie potrafił dostrzec tego i Kruk, choć kiedyś byli nierozłączni. Ale dostrzegła to niemal od razu Nefryt... Czy zawsze był taki, czy może to spotkanie obudziło w nim ludzką naturę?
- Tajemnice mają to do siebie, że kiedyś wychodzą na jaw. Im więcej osób o nich wie, tym trudniej je utrzymać. - jego sposób okazania troski. Gdyby gubernator choć posłyszał plotkę, Nefryt mogłaby znaleźć się w niebezpieczeństwie. Dużym niebezpieczeństwie. A przeszłość miała to do siebie, że nie chciała tak łatwo odejść...
- Ale jak sobie życzysz, Nefryt. - głos, nawet ku zdziwieniu jego samego, zabrzmiał dość miękko, zwłaszcza gdy wymówił jej imię. - Nie mogę obiecać ci wiele... ale podczas tej misji, będę cię bronił. - czy zabrzmiało by zbyt górnolotnie, gdyby dodał "nawet za cenę mojego życia"? - I nie zdradzę cię. Nawet jeśli nic więcej nie mogę ci dać...

Lady Call pisze...

[Szczerze mówiąc zbiłaś mnie z tropu pytaniem o miejsca, w których Irae bywa. Zapożyczyłam ją ze swojego bloga, lecz teraz mam dylemat czy zrobić ją tutaj zupełnie inną osobą, niemającą nic wspólnego z opowiadaniem czy może jednak powiązać. Postaram się uczestniczyć w sesji.]

Erianna pisze...

-Nie znam cię. Nie będę ci o sobie nic mówić. Może i jesteś wysłannikiem Nefryt, ale to nie pozwala ci na takie prośby. Opowiem ci o sobie dopiero gdy zyskam twoje zaufanie.- odparła podejrzliwie patrząc w jego oczy. Wydawał się być zaskoczony zachowaniem Eri, ale po chwili ujrzała ona jak kącik jego ust wędruje leciutko ku górze. Szatynka zacisnęłam zęby i schowała dłonie pod stół. Była bardzo zdenerwowana przed tą rozmową i nawet teraz stres z niej nie zszedł. W koło słychać było wiwaty, okrzyki i śmiechy, ale ona starała się skupić na tym co było dla niej ważne. Tak bardzo chciała stać się jedną z nich.

[Przepraszam, ze dopiero teraz.

Lady Call pisze...

[O, jestem pod wrażeniem, że skojarzył Ci się nick, ponieważ to oznacza, że gdzieś, kiedyś trafiłaś na bloga. Dobrze więc, Irae, pozostanie Irae. Proponuję niewinny demoniczny "bal", jeśli nie masz nic przeciwko temu. Miejsce schadzek, gdzie istoty przychodzą by się dobrze bawić i może załapać na coś ciekawszego. Jeśli masz inną propozycję to jestem za. To mój pierwszy raz, więc pozwól, że będę laikiem]

Lady Call pisze...

[Ty mnie prowadź ;). Zacznij proszę, jak Ci wygodnie, ja się wpasuję]

Asgir Lucien Thorne pisze...

Nagłe przyśpieszenie zaskoczyło go, lekko nawet zdziwiło. Nie od razu popędził Cienistego, by zrównać się z Nefryt. Przez chwilę na jego twarzy gościł zamyślony wyraz. Musiał najwidoczniej wszystko to jakoś ułożyć, przemyśleć. Od początku uczono go jednej logiki, jednego życia. A w przypadku Nefryt... jej nie potrafił pojąć, ogarnąć nie wciągając w to emocji... emocji, których nie powinien czuć.
W końcu popędził Cienistego, lekko uderzając piętami w jego bok, tak, by karosz znalazł się tuż za jednorożcem, nie idąc jednak, jak wcześniej, łeb w łeb. Nadal dźwięczały mu w głowie jej słowa "O mojej przeszłości wiedzą tylko dwie osoby. Neresza, która znała mnie jeszcze zanim zaczęłam walczyć i...i ty." Czym sobie zasłużył, na tak wielkie zaufanie? Owszem, potrafił dotrzymywać tajemnic, lecz tylko wtedy gdy leżało to w interesie Bractwa Nocy... przynajmniej jak dotąd tak było.
Patrzył przed siebie, lecz czasem jego wzrok, wbrew woli, błądził, zahaczając o jadącą przed nim sylwetkę Nefryt. To, by ją obserwować, by na nią patrzeć, to było silniejsze od niego. A choć nie widział jej twarzy, podświadomie czuł, że coś jest nie tak. Gdyby tylko wiedział, co...

[Nie, jak najbardziej, że nie mam nic przeciwko temu. ]

Asgir Lucien Thorne pisze...

Każde z nich miało jakieś zobowiązania, każde z nich miało coś jeszcze, co wpływało w istotny sposób na ich życie, nie pozwalając być aż tak szczerym jak by chcieli. Jeśli chcieli żyć w zgodzie z samym sobą... tak, jak dotąd.
Ścisnął boki Cienistego, pozwalając, by karosz zrównał się na powrót z jednorożcem. Jednak nie od razu na nią spojrzał. Nie nadawał się na kogoś, kto pociesza ani rozwiązuje prywatne problemy, przynajmniej w jego mniemaniu. Nie wiedział nigdy, jak się zachować. Zawsze był rzeczowy, czasem aż za bardzo. Okazanie emocji było dla niego, delikatnie mówiąc, trudne. Nawet jeśli czasem wysłuchiwał kłopotów młodzików w Bractwie, to i tak uważał, że nie nadaje się do tego. Brakowało mu empatii. Uczuć. Zrozumienia. Przynajmniej w jego mniemaniu.
- Coś jest nie tak, prawda? - zapytał, ryzykując spojrzenie na jej profil, akurat w chwili, gdy ocierała łzy. Wojowniczka nie płacze. Przynajmniej niektórzy twierdzili, że łzy są słabością, że w niczym nie pomogą. Niby, że silny człowiek nie płacze. On uważał, że silny człowiek przede wszystkim nie załamie się. Pójdzie dalej, podnosząc się po upadku.
- Co się aż tak zasmuciło? - poczuł się niezręcznie, bo zazwyczaj i takich pytań nie zadawał, w myśl zasady, że to nie jego sprawa, nie jego kłopot, że z butami w cudze życie się nie wchodzi. A jednak zapytał. Coś było w Nefryt, co zmieniło go i jeszcze sam nie wiedział, co o tej zmianie myśleć. O jej wpływie na niego samego i coś, co inni nazywali sumieniem, a o czym on starał się zapomnieć, że je w ogóle posiada.

[Wynikły drobne komplikacje i jutro mogę być max do 20.00 na kompie. Przepraszam, że tak zawalam, po prostu u mnie plany zawsze wyskakują na ostatnią chwilę... Naturalnie pojawię się na sesji, ale nie będę mogła być tak długo, jak pozostali. ]

Lady Call pisze...

- Zawsze możemy wrócić do Pustki. Pałac wydaje się lepszym miejscem na spoczynek niż gospoda. - powiedział Beleth, podążając wraz z Irae szerokim traktem.
- Nie wrócę tam. - syknęła.
- Jesteś Namiestniczką, nie uciekniesz.
- Powiedz mi. - podjęła. - Dlaczego cię przywołałam?
Powoli zaczynała żałować swego genialnego planu.
- Tęskniłaś. - stwierdził.
- I tu się mylisz, demonie. - powiedziała. - I tu się mylisz.
Nie pałała do niego przychylnymi uczuciami. Nie wiedziała jeszcze na jakich zasadach został zawarty pakt, ale dobrze zdawała sobie sprawę z tego, że chwila w której się dowie, będzie jej piętnem.
- Czujesz? - spytał
- Czuję. Kogoś szukają.
Niewielka gospoda wyjrzała zza rogu, odstraszając klientów wyglądem. To właśnie tam zmierzała Irae, mając nadzieję, że tym razem nie wpakuje się w bagno, z którego nie ma już wyjścia.

Asgir Lucien Thorne pisze...

Jego rysy na moment stężały, gdy zrozumiał jej słowa. W oczach pojawił się błysk, nad którym nie próbował zapanować. Gdy pojął, że tym kimś jest prawdopodobnie on, że w swoich obawach i troskach nie jest osamotniony, a i ona zmaga się z dokładnie tym samym. Tymi samymi obawami, tymi samymi emocjami. Uczuciami. Wróciło do niego wspomnienie słów mentora i przyjaciela... o których zapomniał albo starał się zapomnieć.
- Ja... - znów brakowało mu słów, znów nie wiedział, co powiedzieć. Zresztą, cokolwiek by padło, czy miało to zmienić sytuację, w jakiej się znaleźli? Chyba nie. Przynajmniej on nigdy nie potrzebował słów, nie wierząc w nie. Ale może...
To było normalne, że jego pojawienie się mogło krzyżować plany, mieszać szyki. Tak samo, jak i jego uczucie do niej mogło zaburzyć styl życia i jego funkcjonowanie w Bractwie. Czy było warto? Może mieli tylko tę podróż, nic więcej, nie mogąc sobie pozwolić na coś innego?
- Ten ktoś... ja... z pewnością nie powinien... nie chcę być przyczyną twojego smutku Nefryt. Nie chcę, żebyś cierpiała. - lecz łatwiej powiedzieć, niż wykonać.

[Dziękuję za wyrozumiałość.]

Zorana pisze...

[Tym razem ja :) Napociłam się troszeczkę i użyłam mięska pod kopułą, efekt jest taki:]

Zareagowała natychmiast, nie pozwalając sobie nawet na stratę czasu wywołaną myślą 'Co ona robi?!'. Iluzję miała we krwi, bez oporów wprowadziła ją w życie. Otumaniła myśli wroga iluzją stałości, by widział to, co widział przedtem, i by przemieszczenie dziewczyny umknęło jego uwadze. Tak jak wiele innych rzeczy umykało ludziom: także jej skrzydła.
Zmiana rzeczywistości widzialnej wiązała się niezmiennie z jedną, istotną rzeczą: z ruchem, gestem. Nie było od tego wyjątków: i tym razem musiała rozczapierzyć palce, by wprowadzić iluzję w życie. Łucznik miał jednak dobry wzrok.
- Nawet nie próbuj, Złotooka - powiedział mężczyzna nieswoim głosem, a raczej głosem zbyt twardym i niskim na chuderlawego, choć wysokiego człowieka po trzydziestce. Zmrużyła oczy. Coś jej w nim nie odpowiadało - Zejdź z konia. I nie próbuj sztuczek.
Zmrużyła oczy jeszcze bardziej. Na jej twarzy pojawił się bliżej nieokreślony grymas.
- A co, jeśli odmówię?
To było oczywiste.
Ruch, który w moment później wykonała, był co najmniej nieprzemyślany. Bez oporów opuściła koński grzbiet. Niezgrabnie zsunęła się bokiem i w tej samej chwili rozłożyła skrzydła, unikając bolesnego zderzenia z ziemią. Poczuła, jak coś smaga jej pióra. Wylądowała na plecach.
Mężczyzna stęknął.

Asgir Lucien Thorne pisze...

[Wybacz opóźnienie. Miałam właśnie pytać, czy można się wkręcić. Z przyjemnością popiszę na sesji, o 16.00 start, tak? Nie gwarantuję, że będę siedzieć przez cały czas na necie, bo wiem, że koło 18 na jakiś czas mogę zniknąć, bo koleżance wypełniam badania (test) na studia.
Postaram się jakoś wkrótce odpisać na wątek, wybacz mi proszę opieszałość.]

Asgir Lucien Thorne pisze...

Nie pozostał bierny, a w odwzajemnionym pocałunku czuć było szczerość. Nie można powiedzieć, by stronił od towarzystwa kobiet, bo zdarzało się, że wykorzystywał ich zainteresowanie do swoich celów, kłamiąc i oszukując. Ale to była Nefryt. Nefryt, którą podziwiał, którą szanował. Nefryt, przy której czuł się kimś innym... zaczynając od faktu, że przy niej w ogóle czuł. Nefryt, przy której odczuwał lekki wyrzut sumienia za popełnione czyny.
Dotąd myślał tylko o Bractwie Nocy, gotów życiem i czynami chronić jego tajemnic i sekretów. Teraz w myślach pojawiała się i ta kobieta, wcale nie bezbronna, a jednak i o jej bezpieczeństwo gotów był dbać.
Oby tylko nikt nigdy nie odkrył tej słabości, jaką miał do niej. A zwłaszcza Nieuchwytny. Oby nikt nie dowiedział się, jak bardzo mu na niej zależy. Miał zbyt wielu wrogów, by na to pozwolić. Zbyt wielu wrogów, którzy mogliby chcieć ją wykorzystać, by dotrzeć do niego.
Powoli odsunął się, niechętnie, a w ciemnych oczach znowu pojawił się ten błysk, ten sam, co wcześniej. Nawet wargi ułożyły się mimowolnie na kształt uśmiechu, delikatnego, ale wyraźnego.

Galathil pisze...

[Pozwolę sobie zacząć...]
Upał dawał się we znaki. Ludzie rzadko opuszczali swoje domostwa, a gdy już wychodzili szukali ożywczego cienia lub kierowali się nad rzekę. Handel zamarł. Olwe całymi dniami siedział w warsztacie, przychody jednak były nieduże. Elf pomimo to niezmordowanie wyrabiał bransolety, ponieważ nic nie przynosiło mu większej radości.
Podniósł głowę znad warsztatu i wtedy zobaczył ją po raz kolejny. Nie myślał o niej od chwili rozstania, ale widok jej delikatnej urody natychmiast przypomniał mu z kim ma do czynienia.
Nuda letniego popołudnia dawała mu się we znaki, więc postanowił przerwać tą monotonię. Zabrał z blatu najładniejszą broszę jaką znalazł i skierował swe kroki w stronę nieznajomej. Nie ubędzie mu przez to klientów a ozdoba wspaniale pasowała do urody dziewczyny.
[przepraszam że tak długo...}

Zorana pisze...

[Nie ma sprawy. Teraz i ja mam problemy z... publikacją *wymowne spojrzenie*]
Uderzając plecami o ziemię uświadomiła sobie, że nie wszystko poszło po jej myśli. Uczucie ognia liżącego delikatną skórę skrzydeł dało jej do zrozumienia, że strzała nie przeleciała obojętnie obok niewidzialnych piór. Zorana ze świstem wypuściła powietrze z płuc. Przetoczyła się na klęczki: zdołała dostrzec jak Nefryt znika wraz z mężczyzną w gęstwinie. Anielica wstała, sięgając po nóż. Skrzywiła się - choć grot zaledwie ją drasnął, rana piekła dotkliwie. Ku jej niezadowoleniu skrzydła, choć nadal niewidoczne, zaczęły nienaturalnie rozpraszać światło. Z prawego natomiast ciekła strużka krwi. Nie czerwonej.
Z ulgą dostrzegła twarz wojowniczki spoglądającej w jej kierunku. Ruszyła ku niej sprężystym krokiem.
- Uważaj! - krzyknęła, widząc, że napastnik jest tylko zamroczony. Zareagowała odrobinę za późno - mężczyzna chwycił Nefryt za gardło.
Zorana zrezygnowała z biegu i wzbiła się w powietrze. Dwoma uderzeniami skrzydeł przebyła dzielącą ich przestrzeń i zaatakowała z wysokości niczym sokół. Chwyciła mężczyznę za kołnierz - zaskoczony, odwrócił się mimowolnie. W tym samym momencie rękojeść sztyletu uderzyła go w skroń. Przewrócił oczyma i zwiotczał. Puściła go: zwalił się na ziemię niczym wór kartofli. Zorana wylądowała lekko obok.
Tym razem rzeczywiście stracił przytomność.
- Nic ci nie jest?

Aed Senthis Querieth pisze...

[Cieszę się niezmiernie, że i karta, i muzyka się spodobały :)
Co do wątku myślę, że postacie mogą się znać - obydwoje ścigani, uważani za wrogów społeczeństwa i tak dalej... Mają sporo wspólnego ;)]

Anonimowy pisze...

- Nie jestem typem domatora. - wyznał, tylko po części mijając się z prawdą. Bo... gdyby spojrzeć głębiej, on nigdy nie miał domu, tego prawdziwego. Może w dzieciństwie starano się stworzyć jakieś podstawy, lecz zostało to brutalnie przerwane. Potem była ulica, włóczęga... aż w końcu przyszło Bractwo Nocy i rzecz można, to ono stało się dla niego domem. Dla nich walczył, zabijał, kradł i kłamał. W Sanktuarium i ich kryjówkach mieszkał, nocował pod gołym niebem i w jakiejś przydrożnej karczmie.
- Może czasem zatrzymuję się w okolicy Demaru na trochę... - dodał, nie mijając się z prawdą, choć tam nie znano go jako Luciena Czarnego Cienia. Tam żył tylko kowal, Asgir Thorne. - Ale i to wiąże się z Bractwem Nocy, więc nie wiem, czy się liczy.

[Nie musisz przepraszać, spójrz na moje milczenie. I takie pytanie, czy planujemy cdn sesji i jak coś, jaki dzień? Niestety w najbliższym tygodniu w weekend będzie mi ciężko coś wygrzebać, jeśli o czas idzie, bo wracam do domu dopiero i mi pewnie na rozpakowaniu zejdzie i samej drodze :D Ale w tygodniu jak najbardziej, może z wykluczeniem środy bo i na nią mam jakieś wstępne plany]

Asgir Lucien Thorne

Aed Senthis Querieth pisze...

[Jeżeli chcesz, możesz napisać coś o owym przekupstwie, tzn. kto i po co, bo mnie, szczerze mówiąc, zabrakło pomysłu. Taka sugestia mająca uzupełnić pozostawione przeze mnie luki ;)]

Aed Senthis Querieth pisze...

Szczelnie otulona burą opończą postać brnęła przez wąską, niemiłosiernie zatłoczoną uliczkę. Cień głębokiego kaptura uniemożliwiał dostrzeżenie rysów twarzy mężczyzny. Jego czujny wzrok bezustannie sondował otoczenie, nic więc dziwnego, że zauważył wyróżniającą się spośród tłumu parę niemal natychmiast po tym, jak wyłoniła się zza rogu pobliskiego budynku.
Zatrzymał się na uboczu, przyglądając się przez chwilę. Postanowił podejść dopiero, gdy wartownik zniknął za drzwiami gospody. Wciąż nie mógł wygrać z bliżej nieokreśloną niechęcią do wojskowych i najemników.
Dźwięk jego kroków został pochłonięty przez kakofonię ludzkich głosów. Niezauważony, stanął za brunetką. Uśmiechnął się do siebie, widząc, że kobieta jest uzbrojona.
- Dawno się nie widzieliśmy, Nefryto - powiedział powoli, starannie akcentując każde słowo. - Liczyłem na to spotkanie. Potrzebuję twojej pomocy - dodał po chwili, jakby nieco ciszej.

Aed Senthis Querieth pisze...

[Mam nadzieję, że dobrze zrozumiałem, jeśli nie, to proszę mnie jak najszybciej uświadomić ;)]

Aed Senthis Querieth pisze...

- Nic wielkiego - uspokoił ją. - Od ponad dwóch i pół roku nie wyściubiałem nosa poza mury pewnej, hm... uroczej budowli. Chciałbym wiedzieć, co słychać w świecie.
Zauważył nieco nerwowe zachowanie Nefryt. Jednak póki co z jego strony nie było się czego obawiać. Niedożywiany, pozbawiony możliwości ruchu, świeżego powietrza czy choćby większej ilości światła słonecznego znajdował się w raczej kiepskim stanie. Sprawność fizyczna pozostawiała wiele do życzenia, o fechtunku nie było mowy - musiał przypomnieć sobie wszystko od podstaw, jak zawsze, kiedy odsiadywał w dobrze strzeżonej budowli. Ucieczki z Kansas nawet nie próbował.
- Myślę, że jakaś pobliska karczma nada się na tego typu rozmowę... - zaproponował, a jego wzrok powędrował w stronę budynku, w którym przebywał towarzyszący Nefryt wartownik. - O ile nie jesteś teraz zajęta - dokończył, patrząc na nią wyczekująco.

Zorana pisze...

Schowała broń.
- I vice versa - odparła, przyglądając się brunetce z niepokojem, gotowa w każdej chwili uchronić ją przed ponownym upadkiem - chociaż muszę przyznać, że twoje metody są dość ryzykowne - chciała ponowić pytanie, czy wszystko w porządku, jednak rozmyśliła się czując, że odpowiedź może być podobna jak przedtem.
Ściągnęła ciasno skrzydła. 'Weź się w garść' pomyślała, nie mogąc zapanować nad zanikającym zaklęciem. Tu i ówdzie pokazały się przebłyski bieli. Sięgnęła przez ramię i odszukała sklejone srebrną cieczą pióra. Rzuciła groźne spojrzenie w kierunku obezwładnionego mężczyzny i także oparła się o pień.
- Przydałby się sznur - mruknęła i zacisnęła z całej siły dłoń na krawędzi zranionego skrzydła. Zbielały jej knykcie. Zmrużyła nieco oczy z wysiłku, ale po chwili osiągnęła oczekiwany efekt: skrzydła stały się całkiem niewidzialne, choć nadal można było ich dotknąć.

Zorana pisze...

[Nie przejmuj się. Ja też nie mam za dużo czasu, a wątki tak mi się jakoś posypały hurtem, że nie nadążam za odpisywaniem :)]

Aed Senthis Querieth pisze...

Aed uśmiechnął się ciepło w odpowiedzi na smutek, który zagościł na jej twarzy. Nie zamierzał się nad sobą użalać, nie chciał też, by ona obwiniała o coś siebie.
- Nie żebym wątpił w twoje możliwości, ale ingerowanie w to, co dzieje się w Kansas nie jest... - zawahał się przez moment, lekko się krzywiąc - bezpieczne. W każdym bądź razie wszystko jakoś się ułożyło. Trochę ponad godzinę? - powtórzył, zmieniając temat. - Skoro tak się sprawy mają, po skończonym posiłku proponuję jak najszybciej się stąd oddalić lub przynajmniej sprawiać wrażenie nieobecnych - zasugerował. Kiedy usłyszał wzmiankę o wartowniku i o niedawnej ucieczce Nefryt, nagle miał ochotę wypytać ją o masę rzeczy. Postanowił jednak milczeć taktownie i nie wtykać nosa w sprawy, które go bezpośrednio nie dotyczą.
Z rozmyślań wyrwał go dotyk dłoni brunetki. Kiedy przemierzali ulicę, retrospekcje same przewijały mu się przed oczyma. Określenie "stare, dobre czasy", mimo, iż banalne, idealnie do owych wspomnień pasowało. Pokręcił głową z niedowierzaniem. "Chyba jednak mury więzienne wyssały ze mnie resztki normalności", westchnął.

Anonimowy pisze...

[Lucien]

- Ja... dziękuję. Chyba. - jak dotąd, nie licząc więzów Bractwa Nocy tylko stary kowal zaproponował schronienie pętającemu się po mieście dzieciakowi, jakim był wówczas Lucien Czarny Cień.
Trudno powiedzieć, że nie lubił takiego życia, jakie wiódł. Nie znał nic innego, jak więc miał tęsknić do czegoś, czego tak naprawdę nie rozumiał? Może na krawędzi świadomości zachowało się wspomnienie tamtej kuźni, dnia pracy, zapachu miasta i portu... lecz jedynym odzwierciedleniem tego była praca, jaką wykonywał, gdy ukrywał swą tożsamość i jego własna kuźnia w okolicy Demaru. Zastanowił się... gdyby chciał...
- Nie zawsze mamy to, czego pragniemy, Nefryt. Mam nadzieję, że nie przyjdzie ci nigdy żałować tego zaproszenia... i naszego spotkania.

Anonimowy pisze...

[Wybacz, ale sprawdzałam adres mailowy i albo jestem ślepa, albo nic nowego od ciebie nie przyszło... wysyłałaś na adres z onetu czy gmaila? Bo onet podawałam w zapisach, ale loguję się teraz na gmaila na bloga. Tak czy inaczej, sprawdzałam oba, więc jakbyś mi mogła wysłać jeszcze raz, ewentualnie pod KP Luciena przybliżyć o co chodzi...
Swoją drogą, ciekawa rozbudowa karty Nefryt - o te tak zwane przeze mnie poboczne :D ]

Vescerys pisze...

[Oj, tam, ona jest zupełnie nieszkodliwa i bardzo przyjacielska. Po prostu nad pewnymi nawykami nie panuje ;> No ba, że powątkujemy. Jakieś propozycje czy improwizacja i będzie, co będzie?]

Zorana pisze...

[Niczego w skrzynce nie zauważyłam :( Zaraz biorę się za odpis.]

Asgir Lucien Thorne pisze...

[Teraz doszło, więc się martwić nie musisz.]

On myślami krążył gdzie indziej. Bractwo Nocy nie było idealne, wiedział to, nie był pozbawiony złudzeń. Ludzie też zdradzali, też oszukiwali i kłamali. Jak wszyscy. Ale byli jego braćmi, tymi, którzy go zaakceptowali, przyjęli do swego grona. Może kłócił się z Nieuchwytnym, może szczwany lis obawiał się Czarnego Cienia, może chętnie by się go pozbył... ale tworzyli rodzinę. A żadna rodzina idealna nie jest. Zresztą była jeszcze pamięć Jastrzębia, tego, co go wszystkiego nauczył, co tak wierzył, że Lucien jest w stanie poprowadzić Bractwo Nocy... miałby zawieść to zaufanie i te ideały? Kiedyś zdradził człowieka, który dał mu dom. A Jastrząb dał mu jeszcze więcej....
- Nie wiem. - odpowiedział, nieco zmęczony, ale patrząc na jej oczy, w których błyskały przekorne błyski. Nie musiał jej mówić, że to nie zabawa, ona to wiedziała. Może i nawet wiedziała znacznie więcej, niż on był w stanie pojąć.
- Nie mogę pozwolić, by coś stało się moim braciom. Nie mogę, Nefryt. - wiedział, że uczucie to nie jest jej obce. Tak samo troszczyła się o swoich wojowników, leśną hałastrę znajdującą się pod jje dowództwem. - Ale jednocześnie nie zniósłbym myśli, że coś ci się stało... że na to pozwoliłem. Pozostaje mi tylko modlitwa do bogów - w których nie całkiem wierzył - że oszczędzą mi tego wyboru. - a znając miłosierdzie losu raczej w to wątpił.
- Jesteś zmęczona... - nie było tego po niej widać. Ale on czuł zmęczenie w całym swoim ciele, słabość ogarniającą ściskające wodze dłonie; czuł ciężar powiek, walcząc z ich opadaniem. Ona musiała czuć podobnie.
- Powinniśmy się zatrzymać. Krótki odpoczynek pozwoli na regenerację sił... w takim stanie jesteśmy zbyt podatni na atak. - nie można było się oszukiwać, zmęczenie obniżało ostrożność. Skutecznie.

Dyplomaci OCA pisze...

[Witaj. Ponieważ czytałam regulamin, przeglądałam bloga i nigdzie nie znalazłam wzmianki o tym, gdzie kierować się z sojuszem, piszę tutaj. Z góry przepraszam, jeśli to wynikło z niedoczytania/nieuwagi. Sojusz przyjęty :) Pozdrawiam!]
www.zakon-jezdzcow-smokow..blog.onet.pl
www.ordo-corvus-albus.blog.onet.pl

Zorana pisze...

Ze zmrużonymi oczyma i zwężonymi w szparki źrenicami obserwowała, jak dziewczyna wraca ze zwojem liny. 'Ludzie. Jakże różnorodni', przeszło jej przez myśl. O dziwo, rozmówczyni wzbudziła w niej szacunek. W międzyczasie Vestus podszedł do niej i oparł łeb na jej ramieniu.
Odebrała sznur i oplotła nim lekko dłoń. Spojrzała na nieprzytomnego napastnika spojrzeniem wyzutym z uczuć.
- Trzeba go związać. I odczekać, aż się obudzi: najlepiej w obozowisku, bo nie wiem na jak długo go uśpiłam. A skrzydła muszą poczekać do zmroku.
Po chwili przyklękła stabilnie na jednym kolanie i zaczęła robić użytek z liny owiniętej na jej lewej ręce. Przewróciła jeńca do wygodnej dla wiążącego pozycji i zajęła się wiązaniem mu rąk.
- Chciałabyś zająć się jego ekwipunkiem? Wiele mówi o posiadaczu.

['Przyjaciele po fachu' są w obozie?
Nareszcie. Jestem wolna do 20 sierpnia.
Mam nadzieję, że otrzymałaś ode mnie maila?]

Vescerys pisze...

[Myślałam o powiązaniu z kimś z bandy Nefryt, ale to tylko luźny pomysł, bo nie wiem, kto mógłby pasować, jako że Vescerys trafiła do Keronii po raz pierwszy. Jeśli miałabyś jakąś propozycję, co do tego, byłabym wdzięczna. A jeśli nie, to postaram się pomyśleć jeszcze nad czymś, co trochę zawiązałoby akcję ;) I przepraszam za opóźnienie, ale miałam mały mejdej w pracy i nie tyle brakowało mi czasu, żeby odpisać, co żeby pozastanawiać się nad jakimś wątkiem.]

Zhaotrise pisze...

[Myślę, że może być i tak, choć, dodałabym tutaj jakiejś akcji xD
Jeśli Nefryt podróżowałaby sama - Iskra mogłaby niespodziewanie pomóc jej, gdyby wpadła w zasadzkę zastawioną na nią, czy kogoś innego.
Jeśli z bandą, to Iskra mogłaby ich śledzić z czystej nudy, a potem wplątać się jakiś napad.]

Aed Senthis Querieth pisze...

- Cała Nefryt – skwitował, nie spuszczając z niej rozbawionego spojrzenia. Zatęsknił już za normalną rozmową, za starymi, dobrymi znajomymi, od których go odizolowano.
~ Sam się odizolowałem ~ poprawił się w myśli. ~ Za kratami powinienem wylądować nie za popełnione przestępstwa, ale za głupotę podczas wykonywanej roboty.
- Chodźmy już – zaproponował. – Nie mamy dużo czasu, a tematów do omówienia – owszem.
Otoczył ją ramieniem i odciągnął w lewo, wtapiając się w tłum, by zręcznie uniknąć zbrojnego patrolu. Skrzywił się z niezadowoleniem – schodził z drogi już siódmej grupie żołdaków, i to tego samego dnia. Niepodobne to nawet do okupowanych terenów. Domyślił się, że coś się szykuje; nie wiedział tylko, co.
- Chciałbym wiedzieć, jaka jest sytuacja w kraju – zaczął, mając na myśli Keronię, która już dawno stałą mu się bliższa niż Wirginia – i czy szykuje się jakieś powstanie, mniej lub bardziej zorganizowane. Docierały do mnie jedynie strzępki informacji, i to dość subiektywnych. Muszę w końcu coś ze sobą zrobić, chleb nie rośnie przecież na drzewach – zażartował, nie wspominając nic o złotowłosej kobiecie ani o zaoferowanym przez nią zleceniu. – To tutaj? – zapytał, wskazując na dębowe drzwi, których ciężarowi ustępowały niepewnie wyglądające zawiasy. Do ceglanej ściany był przymocowany podstarzały szyld. Ozdobne litery były tak wyblakłe od słońca, że Aed nie mógł odczytać nazwy gospody. Jednak nauczył się już, że o jadłodajni świadczy dopiero wnętrze, a przede wszystkim podawane w niej posiłki, nie zaś wygląd często rozlatującego się budynku.
[Przepraszam, że tak długo mi się z tym zeszło, ale ostatnio nie mogę wymyślić nic sensownego. ZUPEŁNIE NIC!]

Lucien pisze...

[Wybacz zwłokę, tym razem ja się zbierałam do odpisania. Niby wakacje, niby tyle czasu... a i tak dla mnie coś go za mało]

On też rozpoczął od wierzchowca, zresztą, zawsze najpierw zajmował się Cienistym wychodząc z założenia, że rumak w dobrym stanie to podstawa w podróży i ucieczce. Rozkulbaczył karosza, sprawdził stan kopyt. Delikatnie pogładził pysk rumaka, niezłomnie spoglądając w czerwone ślepia. Po czym puścił go luzem, wiedząc, że i tak daleko nie odbiegnie. Delikatnie poruszył ramieniem, chcąc rozruszać zesztywniałe ze zmęczenia i długiej jazdy mięśnie.
Czasami zastanawiał się, po co zawsze pakuje się w jak największe kłopoty. Czy nie mógłby się zadowolić zwykłym życiem kowala? Bez Bractwa Nocy, ciągłych intryg, zdrad, szpiegostwa i zabójstw? Lecz wtedy wracało wspomnienie Jastrzębia... wracała myśl o Sanktuarium które było mu domem znacznie bardziej niż cokolwiek innego.
Z westchnieniem, które mogło oznaczać prawie wszystko, podszedł do strumienia, przemywając twarz zimną wodą, która w zamyśle miała go nieco rozbudzić i odpędzić niechciane myśli.
Przelotnie pomyślał o posiłku. Powinien być głodny, lecz prawdę mówiąc, jedyne co nadal czuł, to zmęczenie. To i lekki, ćmiący ból w urażonej w czasie walki ranie. Wrócił powoli w stronę koni, skupiając wzrok na postaci Nefryt. Pochylił się nad zrzuconymi przez siebie jukami.
- Jesteś ranna? - zapytał, przeszukując tobołki. W końcu znalazł bukłak, ten sam, który wcześniej oferował Nefryt. Pociągnął z niego kolejny łyk, większy niż wcześniej, czując, jak przyjemne, kojące ciepło rozlewa się po jego ciele i jednocześnie odzyskuje jasność myślenia. Chwilowo.

Vescerys pisze...

[O, bardzo chętnie, nawet mam już na to pomysł. A konkretnie pomoc bandy w wyciągnięciu potrzebnego jej więźnia z wirgińskiego lochu w zamian za spokój Nereszy... i tyle zdradzę ;) Jeśli pasuje, to daj znać - mogę zacząć.]

Vescerys pisze...

[Zaczynam, zaczynam ;)]

Kiedy pomiędzy drzewami błysnęła w oddali pierwsza łuna ogniska, Ves przysiadła konia, wstrzymała. Kary ogier zaparskał, zachrapał, zaparł się nogami w poszycie, zwalniając do galopu, opryskując pierś kropelkami białej piany. Dziewczyna powstrzymała uśmiech, cisnący się jej na usta - ciągle jeszcze dawała się zaskakiwać zwierzakowi; jeździła wiele dobrych koni, ale ten biegał jak szarańcza, aż żal było do niego ręki. Przynajmniej nadrabiała czas, stracony na gubieniu drogi w tych cholernych zasiekach. Kiedyś bezbłędnie odnajdywała się w morzu przesypywanych wiatrem piasków, gdzie od horyzontu po horyzont nie padał choćby cień, a ludzie ginęli z wycieńczenia, nigdy nie znajdując szlaku, i pośród spalonych słońcem skał, lecz nieprzebyte bory i lasy Keronii wydawały jej się wszędzie te same. Tylko drzewa, liście i gałęzie.
Tym razem jednak byli niedaleko, musieli być. Wjechała w gęstą brzezinę, kręcąc wierzchowca między pniami w tanecznym, okrągłym galopie, w stronę lśniących coraz bliżej płomieni. Nie zamierzała dowiedzieć się, że spędziła w siodle niemal półtorej dnia, błądząc po puszczach tylko po to, by znaleźć przypadkowych wędrowców, nocujących w środku lasu ze zdrożnej beztroski. A co najmniej nie życzyła swojemu małemu informatorowi być tam, gdzie był ostatnio, jeśli by do tego doszło. Dość miała potykania się we mgle i odsiewania plotek od użytecznych wieści.
Zatrzymała ogiera, będąc dość blisko, by słyszeć strzępki rozmów przy ognisku i krzątających się ludzi, lecz gęste krzewy przysłaniały jej widok. Zaklęła. Przynajmniej cień spod splątanych koron drzew dawał jej schronienie przed wzrokiem. Nocny wietrzyk muskał lekko twarz dziewczyny, poruszając gałęziami.
Kupieckie karawany nie zapuszczały się tak głęboko w las, by rozbić obóz i nie mieściły w tak gęstym mateczniku, a zwykli podróżni nie ryzykowaliby spotkania z dzikimi zwierzętami oraz kryjącymi się po kniejach grupami grasantów. Mogła mieć do czynienia albo z popasającymi bandytami, albo wreszcie, z ludźmi, których poszukiwała. Przekonać mogła się w jeden sposób.
Sirraz zakwiczał, bryknął i zadrobił obrażony w miejscu wysokim, roztańczonym chodem, poderwany ostrogą. A potem zarżał głośno, przeciągle, potrząsając grzywą.

Zhaotrise pisze...

[uwielbiam tasiemce i sama czasem piszę podobne epopeje :D więc nic się nie stało ^^]

Kelpie jechała stępa po mokradłach od czasu do czasu zapadając się lekko w mulistej wodzie. Wtedy też Iskra musiała zsiąść i ciągnąć ją za wodze pomagając wyjść. To był właśnie jeden z takich momentów, ale klacz tym razem zarżała żałośnie, jak gdyby chcąc przekazać elfce, że to koniec, że ugrzęzła na dobre. Błysk zawziętości pojawił się w fiołkowych oczach Iskry, a potem wszystko zdarzyło się samo.
Puściła wodze i wyskoczyła zwinnie z bagna na w miarę stabilną kępkę trawy. Uniosła dłonie przed siebie i wymamrotała pod nosem parę dziwnych frazesów. Ni to zaklęcie, ni to elfia mowa, ale klacz nagle coś poderwało w górę i przelewitowało tuż obok elfki. Gdy tylko kopyta dotknęły ziemi, Iskra sapnęła głośno i oparła dłonie na kolanach powstrzymując ciało przed upadkiem.

Zhaotrise pisze...

Starsza Krew dawała o sobie znać w najmniej oczekiwanych momentach. Spojrzała zagadkowym spojrzeniem na swojego wierzchowca
- Wiesz Kelpie, lepiej będzie, jak będziesz iść za mną. - klacz machnęła parę razy łbem i wywinęła górną wargę do góry pokazując zęby.
- Tu nie ma nic śmiesznego. Albowiem znowu nie wiem gdzie trafiłyśmy. Jeszcze jakie zbóje nas, kurwa, napadną i wychędożą, zobaczysz. - poprawiła łuk na ramieniu, sięgnęła także dłonią do kołczanu sprawdzając czy strzały nadal są na swoim miejscu. Oderwała także skrawek zapasowej koszuli i zwinęła ją w podłużny pasek, a następnie przewiązała ją sobie na czole czyniąc z niej coś w rodzaju opaski. Gdyby wpadła w wir walki długie włosy stanowiły by duży problem. Opaska natomiast trzymała większość niesfornych loków tam, gdzie pierwotne było ich miejsce. Schwyciła dłonią wodze i ruszyła wolnym krokiem przed siebie. Coś ją tam ciągnęło i nie była w stanie powiedzieć co to.

Minęły dwa dni nim wyłoniła się z podmokłej puszczy. Dwa długie dni ubijania utopców, wilkołaków i przerośniętych roślin. Dwa dni zawziętego marszu ku nieznanemu.
Pierwszą noc po wyjściu przespała bez żadnych przeszkód. Następnej nie mogła spać, przed sobą miała ludzi. Z tego co widziała, jakaś banda, zbójcy pewnie. A od takich lepiej powinna trzymać się z dala. I trzymała się. Tak długo jak pozwolił jej na to Czas, Los i Przeznaczenie.
W dniach zatraciła rachubę, był to może trzeci, bądź czwarty dzień po wyjściu. Ze swojej kryjówki w niewielkim gaiku widziała, jak banda szybko zagasza ogniska, jak błyskawicznie szykują się do opuszczenia tego miejsca. A z drugiej strony, galopujący jeźdźcy. Jej wyczulony słuch odebrał dzikie wrzaski popędzające konie. Odruchowo sprawdziła łuk i kołczan.
Nie lubiła ludzi strzegących prawa. Dla niej były to zwykłe potwory w mundurach. Zwykle bili wieśniaków żądając po parę razy tych samych podatków. Gwałcili i zabijali. Płynęła w niej krew buntownika. Nie mogła patrzeć jak mordują jej podobnych ludzi. Błyskawicznie zeskoczyła z brzozy na której siedziała i zaczęła siodłać Kelpie
- Będzie zabawa, mówię ci. Tylko żebyś się nie popisywała zbytnio, bo nie wyceluję. - pouczała konia poprawiając popręg, ścigając się z czasem. Z tego co mogła wywnioskować słuchając, stróże prawa byli coraz bliżej bandy. W mig skoczyła na koński grzbiet i uderzyła piętami o boki karej klaczy.
Kelpie byłą prawdziwym, narwanym demonem. Nie trzeba było jej dwa razy powtarzać. Poszła w cwał.
Iskra mrużyła oczy i zamykała je każdej chwili, kiedy wydawało jej się, że widzi muchę. Mucha oku dla łucznika to jak dzida w brzuchu dla miecznika. Przytulona do końskiej szyi, by zmniejszyć opór powietrza, wypadła z gaju. Obie grupy ją zauważyły, z tym, że nikt się nią nie przejął. Dopóki nie wpadła między te dwa zgrupowania. Schwyciła mocniej łęk siodła, zeskoczyła w pełnym cwale na ziemię, odbiła się lekko i wyskoczyła w górę odwracając się w locie. Siedziała teraz tyłem do bandy i kierunku jazdy. Dobyła strzały o pięknej czarnej lotce. Chwyciła łuk i nałożyła bełt. Naciągnęła cięciwę, a całkiem niedaleko niej jechały przyszłe ofiary. Część z nich wciąż wciąż nie mogła się ocknąć po jej manewrze. Widać, młodziki jakieś. Strzała poszła równo i pewnie. Trafiła młodego blondynka w twarz. Truchło jego spadło z konia i wywróciło parę koni. Ktoś także posłał w jej kierunku strzałę, ale uniknęła jej cudem. Odwróciła się w siodle i przywarła do szyi Kelpie. Musiała się zbliżyć do bandy. Po tym jak narobiła lekkiego zamieszania w szeregach wspólnego wroga, nie powinni do niej strzelać. Ani próbować zabić. Kolejna strzała śmignęła jej koło ucha pozostawiając na jej policzku lekkie cięcie. Poczuła ciepłe krople krwi.

Zhaotrise pisze...

[no, i to był mój tasiemiec, mam nadzieję, że teraz ja nic nie popsułam :D]

Lucien pisze...

Lucien poruszył się, nieco nerwowo na jej wzmiankę o zaklęciu. Zaklęć w mniemaniu kogoś, kto trochę się znał na magii nie wolno było lekceważyć. A widząc jawny niepokój w jej spojrzeniu, w pierwszej chwili nie domyślił się, o co może chodzić. Dopiero gdy przeniósł wzrok na trzymaną przez siebie butelkę, przypomniał sobie słowa, jakie rzucił, gdy wcześniej rozmawiali.
- Cienie... - zaczął, po czym zamrugał, słysząc kolejne pytanie. - Nie musisz gotować, Nefryt. - jednak, jakby coś mu podpowiadało, że coś to dla niej znaczy, szybko zdecydował. - Pieczyste.
Przez jeszcze jedną chwilę obserwował ją w milczeniu, jakby niezdecydowany. W końcu, odłożył flakon do swoich juków i podążył za nią. Skoro ona gotuje, on zajmie się ogniskiem.
Wyszukał cienki chrust, służący bardziej do rozpalenia niż podtrzymania ognia, kilka większych gałęzi. Przyklęknął, układając misterną konstrukcję.
- Nie wiem, co Marcus mówił ci o Bractwie. - zaczął. - Ale nie jesteśmy... Przed przystąpieniem każdy przechodzi inicjację. - nie uniósł głowy, pochłonięty zajęciem. - Musimy zyskać odporność na niektóre dawki trucizn. - niektórzy nie przeżywali takiego eksperymentu. On przeżył, choć nadal pamiętał tamten ból... Nie było to przyjemne. Lecz z całą pewnością konieczne, jeśli chciało się być zabójcą. Zabójcą doskonałym.
Nie kłopotał się krzesaniem ognia. Kilka słów wypowiedzianych w starym języku, by poczuł, jak magia szybciej krąży w jego żyłach, jak wzmaga się jej siła, w końcu ostatecznie uwalniając się w postaci ognia. Zaraz wzrok jego poszybował ku górze, by sprawdzić, czy ognisko za bardzo nie dymi, zdradzając ich pozycję. Nie potrzebowali teraz nieproszonych gości.
- Mimo wszystko... wolałbym później sprawdzić skutki tego zaklęcia. - wyjaśnił, nadal śledząc cienką, prawie niewidoczną stróżkę dymu.

[to ty widzę wszechstronnie uzdolniona jesteś :)]

Zhaotrise pisze...

Wiedziała, że Kelpie nie zdąży wyhamować przed ludźmi bandy. Widziała też opłakane skutki takiego manewru. W głowie zaświtał jej nowy, aczkolwiek nieco szalony pomysł. Schowała łuk i dobyła sztyletu. Klacz nieco zwolniła, a elfka stanęła w siodle niepewnie. Nie czekając ani chwili dłużej niż trzeba było, przeskoczyła na konia niosącego kolejnego ze stróżów. Nim zdążył ją zrzucić poderżnęła mu wprawnie gardło. Ciężar trupa jednak zwyciężył i zwalił ją razem z nim na ziemię. Chwilę trwało nim się wygrzebała spod zwłok zaciekle klnąc przy tym i sapiąc. Nastąpiła cholernie szybka zmiana broni. Znów łuk. Przeskoczyła nad trupami i kątem oka dostrzegła obiegającą ludzi Kelpie. Uśmiechnęła się lekko. Banda zderzyła się ze stróżami. Nie wiedzieć czemu, Iskra czuła się w tej walce jak część bandy. Zabijanie wroga niemal ją cieszyło. Odskoczyła na tyły i nałożyła na cięciwę dwie strzały. Obie trafiły celu miażdżąc kości twarzy, tak, by nikt nigdy nie był stanie odgadnąć tożsamości nieboszczyka. Unikała zabijania koni. W końcu konie niczemu jej nie zawiniły.
Jeden z wrogów zabił jednego z "jej" ludzi. Iskra została odsłonięta, a nie było czasu na zmianę broni. Mogła się jedynie modlić o kogoś, kto akurat w tym momencie nie wypruwa straży flaków i jej pomoże.

Zorana pisze...

[Ja od sztalugi wolę ołówek. Poręczny i skuteczny ;)]

Spojrzała ze zdumieniem na zawiniątko. Nieprędko uwinęła się z więzami, bo swemu doświadczeniu zawdzięczała głównie umiejętność uwalniania się z nich. Po dłuższym jednak rozpracowywaniu postronków mogła mieć jednak pewność, że mężczyzna się nie uwolni. Nie wiązała mu nóg: nawet gdyby chciał, nie uciekłby daleko. I ona miała o to zadbać.
- I nadmiar... i brak – mruknęła, podobnie jak rozmówczyni zauważając brak jednej z najważniejszych części ekwipunku. Puściła nieprzytomnego i związanego już mężczyznę, pozwalając mu znów zwalić się bezwładnie na poszycie. Całą swoją uwagę skupiła na zawartości sakwy.
Wzięła do ręki garść monet znajdujących się w torbie. Przerzuciła je w palcach.
- Zbyt mało na nocleg, na wyżywienie też skromnie – jak zwykle, gdy coś rozważała, mrużyła oczy. Jak gdyby pod powiekami wypisane miała odpowiedzi na dręczące ją pytania. Powtórnie podrzuciła krążki w dłoni – Myślisz, że tyle wystarczy by wieśniak nadłożył kawałka drogi w głąb lasu?
Choć do najbliższej ludzkiej osady pozostawał znaczny odcinek do przebycia, droga kończyła się dopiero w połowie lasu, który od tej strony otaczał jezioro. Dalsza trasa nie była trudna dla samotnego piechura.
- Brak prowiantu może usprawiedliwić długie oczekiwanie. Choć rozejrzałabym się za pustym bukłakiem – stwierdziła – Chociaż jest jeszcze jedna opcja – zastanowiła się, czy powinna to w ogóle mówić – Demony mają zarówno bardzo duże zasoby wiedzy, jak i ograniczony sposób myślenia.
Po chwili doszła do wniosku, że Nefryt mogła nie zrozumieć nic z jej słów.
- Czyli, najprościej rzecz ujmując, on mógł wiedzieć co dzieje się po drugiej stronie jeziora, a jednocześnie zupełnie zapomnieć o problemach pustego żołądka. Nie mam jednak żadnych pomysłów, jak one mogły się u niego znaleźć – wskazała na sfałszowane pieczęcie. Przemilczała jednak fakt, że podczas dawniejszych misji można było znaleźć pojedyncze ich sztuki także w jej ekwipunku.
Wstała z klęczek i otrzepała bryczesy z resztek mchu. Zielone pędy dzielnie trzymały się srebrnych klamer przy cholewach. Zorana wezwała wierzchowca gestem.
- Pozwolisz? – spytała, patrząc wyczekująco na karosza. Towarzysz rzucił jej pytające spojrzenie, po czym ugiął kolano. Kobieta, nie bez wysiłku, dźwignęła mężczyznę i przerzuciła go przez grzbiet. Vestus wyprostował kolano – Dziękuję.
~ Czuję krew.
- Wsiadaj. Tak dotrzemy szybciej. Po prostu powiedz mu, gdzie chcesz jechać. I trzymaj się mocno, bo o uprzęży nie ma co marzyć – zatrzymała się – jesteś ranna?

[Nie jestem pewna, czy jest potrzeba się usprawiedliwiać, ale połowy napisanej na jednym wydechu nie czytałam. Pewnie czegoś zapomniałam, ale nie mam siły tego poprawiać.]

Galathil pisze...

[Mail nie doszedł? A na jaki adres?]

.... pisze...

Możesz ponownie wcielić się w postać żyjącą w sercu Nowego Jorku. Pamiętasz High-School-Life i atmosferę tam panującą? Jeśli tak, to zapraszam ponownie, jeśli nie to koniecznie musisz sprawdzić!
www.bradley-high-school.blogspot.com

Aed Senthis Querieth pisze...

Wieści o działaniach powstańców skwitował skinieniem głowy. Wybrał stół stojący na uboczu i odsunął krzesło, by Nefryt mogła na nim usiąść. Potem zajął miejsce naprzeciwko niej.
- Złotnik? Tak, znam jednego… – zamyślił się przez moment. – Od północno-wschodniego rogu małego rynku odchodzi wąska uliczka. Między warsztatem bednarza a opuszczonym domem znajduje się niewielkie piętrowe mieszkanie. Temu mężczyźnie możesz zaufać, a gdybyś miała jakieś wątpliwości, powiedz, kto wskazał ci do niego drogę. O ile mnie pamięć nie myli, jest mi coś winien. I raczej zależy mu na stałych klientach – dodał po krótkiej chwili zastanowienia – bo ma do wyżywienia gromadkę dzieci.
Rozejrzał się po pomieszczeniu. Nic w tej karczmie nie było jednolite – zastawa stołowa i meble najwyraźniej były wynikiem długotrwałego kompletowania poszczególnych egzemplarzy. Poza tym nie wyróżniała się niczym szczególnym.
- A więc czego sobie pani zażyczy? – zapytał, ruchem głowy wskazując na szynk, za którym krzątał się przysadzisty mężczyzna. Aed z zadowoleniem stwierdził, że dziś stać go na lekki posiłek dla dwóch osób, a nie zdarzało się to zbyt często.

[Email jak najbardziej doszedł, obecnie zastanawiam się nad odpowiedzią. Muszę przyznać, że propozycja mnie zainteresowała ;)]

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

[Witam serdecznie panią herszt z powrotem :D ]

- Nie ma wiele do opowiadania. To raczej... bolesne, choć całkiem przydatne doświadczenie. - uniósł głowę, spoglądając na Nefryt. - Po prostu zażywasz coraz to większe dawki konkretnej trucizny w coraz to mniejszych odstępach. Na niektóre uodpornisz się całkowicie, inne będę potrzebowały większej niż normalnie dawki, by mieć na ciebie wpływ. Możesz się domyślić, że dużo zależy od własnej odporności... niektórzy tego nie przeżywają.
Jeszcze nie odpiął miecza, dopiero po chwili pieczołowicie, z należną ostrożnością złożył obok siebie Zabójcę, wzorem Nefryt kładąc go w zasięgu ręki. Podobnie postąpił z Żarem.
Z początku też milczał, jakby trudno było mu przyznać się do tego, co było w tej chwili oczywiste.
- Tak, jestem. Choć mówić o mnie mag, to za dużo. Znam kilka zaklęć szkoły zniszczenia. Ale specjalizuję się głównie w iluzji i wszystkiego, co związane z zagadnieniami mentalnymi. To mi było potrzebne. I nie, nie wszyscy tacy jesteśmy. Bractwo to mieszanina, wiele dziedzin, a każda przydatna i równie potrzebna.
Znów umilkł, tym razem zdziwiony łatwością, z jaką mówił, gdy już tylko zaczął. Jakby pierwsze słowo porwało lawinę kolejnych, których trudno było mu zatrzymać.
- To nie zaboli. Ale będzie wymagało od ciebie zaufania... do mnie. Na tyle, byś pozwoliła na mentalny kontakt. Resztę będziesz mogła pozostawić mnie.

[Lucien]

Iskra pisze...

[no nareszcie! :D]

Nie oglądając się nawet kto krzyczy, padła na ziemię przy okazji dobywając paru noży do rzucania. Cztery na każdą dłoń. Jeden między dwa palce. Gdy tylko ciało pozbawione głowy opadło, krew osiadła na jej ubiorze, a elfka podniosła się zwinnie z ziemi. Odskoczyła znów do tyłu, ugięła nogi w kolanach przyczajając się jak kot, drapieżnik, jak osaczone i zmuszone do mordu zwierzę. Zamach jedną ręką, noże wypuszczone. Cztery, celnie trafione trupy efektywnie spadły z koni wzbijając w powietrze obłoczki kurzu. Druga ręka, to samo. Zobaczyła zwątpienie w oddziałach wroga. Dobyła dwóch sztyletów i włączyła się w śmiercionośny taniec ostrza. Nie panowała nad sobą. Zapach krwi, strach w oczach zabijanych przez nią ludzi... To wszystko budziło w niej agresję. Agresję, której nic nie mogło wstrzymać. Agresję, która kończyła się dopiero wtedy, gdy wróg został ostatecznie pokonany.
Nie była w walce bezpośredniej, a ludzie i tak padali obryzgując wszystko krwią. Nie osłaniali się. Nie mieli nawet porządnych zbroi, by było słabe przy szyi i pachach.
Sztylety cięły ciała jak nóż rzeźnika tnie mięso. Skóra ustępowała z dziecinną łatwością. Wtedy kątem oka zauważyła, że nie walczy sama w tej pozbawionej rozumu, szalonej pierwszej linii. Była z nią kobieta o długim ostrzu. Ona też nie znała litości.
Szły stąpając po zwłokach, miażdżąc czaszki i żebra.
Szły po wolność.

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

Głosy słychać było już z daleka, przenikały przez codzienny gwar obozu, zakłócając jego naturalny rytm. W jednym z nich rozpoznać można było bez problemu Roberta, ze względu na liczne blizny zwanego Szramą. Drugim był jeden ze strażników, człowiek wychowany na Pograniczu i tym samym pamiętający liczne walki z elfami, jakie tam miały miejsce. Stąd jego uprzedzenia.
- Czy ci do reszty odbiło? Nie masz oczu, głupcze! A może Wirgińczycy zamiast miecza zabrali ci mózg? To pieprzona długoucha! Elfka, jak matkę kocham. Przyprowadziłeś tu elfa!
- Nie wiem, o co się pieklisz. Abo to pierwszy elf u nas? Poza tym pomogła mi uciec. Bez niej…
- Bla, bla, bla. Już to słyszałem. I niby jak ci pomogła? Tym sztylecikiem? Wciskaj te bajki dzieciom w gospodach, a nie wojownikom. Myślisz, że po co ci pomogła, hę? Żebyś ją tu, idiota jeden, z wdzięczności przyprowadził.
- Kiedy ci mówię, to nie tak. Całkiem sprawnie tym sztyletem włada. Widziałem też jak strzela z łuku. Niejeden z naszych tak nie szyje, strzała za strzałą. I z taką precyzją.
- Pięknie, jestem pod wrażeniem. Ale nadal nie wiem. Do czego nam taki szpicel w obozie?
- Do walki. Poza tym zna się na ziołach. Przyda się, wiesz. Ma dużą wiedzę. I wyczynia niesamowite rzeczy z żywiołami… a żebyś widział jak...
- Jasna, kutwa, cholera. Do tego jeszcze pieprzony mag! Tobie naprawdę odbiło.
A przyczyna sporu, wspomniana elfka stała z boku, jakby to nie o nią było tyle krzyku. Całą sylwetkę chronił ciemnoszary płaszcz z lekko nasuniętym na głowę kapturem zza którego wyślizgiwały się kasztanowobrązowe włosy. Czekała, jakby było jej obojętne to, czy pozwolą jej tu zostać, czy karzą odejść. Czy cokolwiek innego. A kłótnia trwała w najlepsze, przyciągając coraz to większą uwagę tych, co akurat byli w obozie i w danej chwili nic ciekawszego nie mieli do roboty.

[Wybacz, że tak się wgryzłam z wątkiem. I wybacz że u Luciena nie wydusiłam z Poszukiwacza nic więcej. W zamian tutaj wysiliłam się trochę bardziej. Myślałam, żeby wykorzystać pomysł z karty postaci, dostosowując sytuację do obozu Nefryt. Jeśli coś nie tak, to zmienię. I tym razem, podpisuję - Szept, Niraneth]

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

[Też mam taką nadzieję, bo się za osobą Nefryt stęskniłam :) I dzięki za dodanie Niraneth]

- Czemu miałabyś mnie przepraszać? Wypowiedziałaś swoje zdanie, każdy ma do tego prawo. - stwierdził, zupełnie tak, jakby słowa negatywne odnośnie postępowania Bractwa Nocy do niego nie docierały.
- Czy żałujesz swych słów czy też nagle zmieniłaś zdanie odnośnie Bractwa Nocy? - dopytywał się dalej, dopiero po chwili zdając sobie sprawę z tego, że miast złości czuje żal. Nie do niej, nie za jej słowa. Żal, że są oboje z dwóch różnych światów jakby, chcąc się zrozumieć nawzajem, a jednak nie mogąc.
- Odpowiem ci tak. Nikt ich nie zmusza, by wstąpili. Nikt przed nimi nie tai, że droga jest trudna. Zanim zostaną pełnoprawnym członkiem mogą się wycofać. Że jesteśmy okrutni, że nie dbamy o rekrutów? Może i nie, nie w taki sposób, jak dbasz o nich ty, gdy przychodzą do twego obozu. Lecz ludzie giną za wiele różnych rzeczy. Za kraj, za obowiązek, honor i uczucia. Za rodzinę. Za zemstę. Czemu i nie za Bractwo Nocy?
Tak przynajmniej on do tego podchodził. Zdziwiło go tylko to, że myśli, które dotąd zachowywał dla siebie, czasem dzieląc się nimi z którymś z Cieni tak bez oporu przedstawił Nefryt. Chciał ją przekonać za wszelką cenę do Bractwa... czy może raczej do siebie samego?
A fakt, że Bractwo nie pozwalało odejść... dla niego to była konieczność. Ktoś kto odszedł z Bractwa nie czuł, przynajmniej w większości przypadków żadnych związków z nim. Zerwał je. Co miało powstrzymać go przed zdradzeniem tajemnic i kryjówek? Przed zdradzeniem drogi do Sanktuarium? W dobrą wolę nie wierzył, nie należał do tych, co ufają. Sam nigdy nie czując pokusy odejścia, nie rozumiał tych, co opuszczali szeregi Cieni.
- Iluzja nie zabije. Chyba, że w nią uwierzysz. Tamto... to była siła zniszczenia. I kontroli umysłu. - wyjaśnił, nadal czując lekką niechęć na wspomnienie własnej wówczas słabości. Dawno tak się nie odsłonił, całkowicie bezradny. A jak łatwo się domyślić, tego u siebie nie lubił.
- Chodzi mi tylko o to, że nie jest to dziedzina, w której się specjalizuję. Magia... magia była zawsze dodatkiem, a nie celem samym w sobie. - może gdyby sytuacja wyglądała inaczej... Pokręcił głową, odrzucając myśli natrętne. Nie lubił wracać do przeszłości, żałować jej i myśleć, co by było gdyby. Gdyby... to już nic nie miało zmienić. A on, wbrew wszystkiemu, nie żałował decyzji o przyłączeniu do Bractwa. Nie czuł się źle żyjąc tak, jak żyło Bractwo. Morderstwa, kradzieże, szantaże, kupno i sprzedaż informacji... Ludzie zabijali z wielu przyczyn. A że brali za to pieniądze? Za coś żyć trzeba. A on tylko to potrafił. Zabijać. Kraść. Oszukiwać i kłamać. Miałby tego nie wykorzystać? Nie, tu też nie miał wątpliwości. Nie był bohaterem w złotej zbroi, gardził rycerskim honorem, przyjmując tylko swój własny, specyficznie pojęty. A mimo to...
- Ale naturalnie zrozumiem, jeśli tego nie chcesz. - ludzie boją się tego, czego nie znają. A magia... magia wciąż dla wielu była tajemnicą.

[Lucien]

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

[Się trochę rozpisałam. :)]

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

[Szept]

[Nie szkodzi, się tłumaczyć nawet nie musisz. Ja to przecież doskonale rozumiem i sobie spokojnie poczekam. Przecież się nie obrażę, jak nawet dłużej to będzie, zawsze lepszy dobry kawałek niż pisanie na siłę, byleby było. Póki co zawsze masz Luciena, tam wątek bardziej rozwinięty mamy :D
A ten kawałek. Moim skromnym zdaniem tamten fragment to jedno z lepszych w karcie. Może dlatego, że jak go pisałam faktycznie coś w rodzaju weny, ubogiej bo ubogiej, ale miałam.]

Ayanna Joserro pisze...

[Zastanawiam się kiedy Ayanna miałaby okazje być na dworze królewskim, ale z drugiej strony musiała gdzieś zobaczyć króla, żeby się w nim bez pamiętnie zakochać. Na dworze, w pałacu nie bardzo mi pasuje, ale co powiesz np. w momencie kiedy odbywał się turniej rycerski? Ayanna mogła się tak zakraść i zobaczyć Nefryt. Co do króla... to wiesz... Ayanna ma zamiar zdobyć jego serce, ale nie chciałabym kłopocić cię np. tym, że podrywa ojca Nefryt. Więc miałabym prośbę, czy mogę sobie dodać, wymyślić jakieś państewko, które mogłoby być sojusznikiem Keronii i ich król byłby do mojej dyspozycji :) Bo widzisz... jakiegoś króla potrzebuje do mojej historii :D Aha, ten król mógłby przebywać w Keroni w gościach na dłużej w ramach ustalania strategii czy coś takiego. No, chyba, że chcesz żeby padło na twojego króla i wtedy na tej podstawie wyszłoby głębsze powiązanie.]

Ayanna Joserro pisze...

[O, to kamień spadł mi z serca! Jestem ci ogromnie wdzięczna za to. W takim razie turniej. Może na nim Ayanna jakoś omal by nie została zdemaskowana i twoja by jej pomogła się schować. Wiesz, wątek - retrospekcje też można by napisać :D]

Iskra pisze...

Po skończonej walce zostawiła ich samych sobie udając się na pobojowisko. Cóż, strzały nie spadały z nieba, więc trzeba było o nie dbać. Wytargała jedną z nich z truchła żołnierza. No, grot był cały.
Nawet nie zdawała sobie sprawy ile ma rzeczywiście tych strzał, póki nie przyszło jej wszystkich wyszarpywać z trupów. Nie było to miłe zajęcie. Niektórzy jeszcze trzymali się życia, a ona bezlitośnie wyrywała z nich drzewce otwierając drogę zarazkom i krwi. Taki był los przegranych. Kelpie nieopodal grzebała kopytem w ziemi co chwila rejestrując nowe dźwięki. Coś się w bandzie działo i nie było to ani trochę dobre.
Stanęła na uboczu gładząc lotki strzał w kołczanie. Obserwowała, jak jeden z ludzi obszukuje zmarłych. Ruchy jego były nerwowe, szybkie, jakby szukał czegoś i miał rzeczywistą nadzieję, że to znajdzie. Elfka zastanowiła się chwilę. Nawet jeśli mieli niewielkie fiolki z lekarstwami, musiały się zbić gdy padali na ziemię.
Ściągnęła brwi czując jak jej ubranie zaczyna się do niej kleić. Była niemal cała we krwi, czerwona ciecz nawet sklejała kosmyki włosów w grubsze pasma. Na twarzy czuła zasychające smugi.
- Trzeba się umyć... - mruknęła doczepiając kołczan i strzały do kulbaki Kelpie, gdy powietrze rozdarł krzyk bezsilności. Klacz wierzgnęła głową niezadowolona, a Iskra cichym, niemal bezszelestnym krokiem podeszła do ciemnowłosej kobiety, która to krzyczała. No tak, miała powód.
- Nie powinien już żyć, a jednak, wola życia we wszystkich ludziach jest tak silna... - mruknęła jakby do siebie. Niestety, nie miała pojęcia o uzdrawianiu, ale jako tako znała się na roślinach. A tak się składało, że uprzednio szła mokradłami i lasem, więc i ziół był dostatek. Gwizdnęła ostro, krótko, a karoszka podeszła do swej czarnowłosej pani.
Iskra sięgnęła do juków grzebiąc w nich chwilę, a potem wyciągnęła niewielką fioletową buteleczkę o dziwnych wzorach na szkle. Zaczęła nucić pod nosem jakąś melodię, która wdzierała się do serca i przynosiła smutek, żal. Potem popłynęły słowa w elfiej mowie. Uklęknęła przy rannym układając jego głowę na swych kolanach.
- Laurië lantar...Lassi súrinen...*- otarła rękawem jego czoło. Każdy elf miał dar głosu. Głos mógł działać wiele, bardzo wiele. Oddech rannego stał się nieco głębszy. Odkorkowała buteleczkę ciągnąc zębami za korek, potem wypluła go gdzieś obok.

Iskra pisze...

[cz. 2 xd]

- ...Yéni únótimë ve rámar - głos jej lekko się załamał, oczy zaszkliły się lekko. Pieśń traktowała o domu, o tym ile jeszcze przed nimi. Gęsta, lekko zielona zawartość buteleczki trafiła na ranę chłopaka, a ten w odpowiedzi cicho zawył. Wersy pieśni płynęły, a Iskra wcierała maź w cięcie.
- Yéni ve lintë yuldar avánier... - otarła palce o swoją koszulę i zaczęła gładzić młodzieńca po włosach, uspokajając go, zupełnie jakby miał zaraz umrzeć. Ciemnowłosy jęknął cicho w odpowiedzi na kolejny wers. Zapewne tęsknił za spokojem. Za domem.
Iskra przymknęła oczy kontynuując pieśń, maź zaczęła wsiąkać, a rana zasklepiać, proces regeneracji tkanek powoli dokonywał rzeczy niemożliwych w ciele chłopaka.
- Ar hísië untúpa calaciryo míri oialë... - zakończyła cicho, uchylając zmęczone powieki. Takie wyczyny osłabiały również ją, ale co mogła poradzić. Mimo tego, że uważała iż wszyscy mężczyźni z tej rasy powinni zginąć... Nie mogła zostawić tak tego chłopaka. Była zbyt wrażliwa.
Poza tym, walczyła po ich stronie, więc i teraz mogła im pomóc. I miała niby przejść obojętnie tylko dlatego, że jakiś drań ją w sobie rozkochał i porzucił? Światopogląd Iskry znów ulegał zmianie.
Lunn wkrótce otworzył oczy, dokładnie wtedy, gdy po ranie została długa, biała blizna. Rozglądał się zdezorientowany, a Iskra wstała lekko, uprzednio układając jego głowę delikatnie na ziemi. Uśmiechnęła się lekko, nieco smutno i odeszła do Kelpie. Wskoczyła na siodło i ściągnęła wodze.
Nie była już tu potrzebna.

[* - nasłuchałam się ścieżki z Władcy Pierścieni i nie mogłam tego nie użyć. wkleję Ci linka do piosenki, co prawda jest ona po angielsku a ja tutaj użyłam elfickiego, ale to w celach upiększających i podkreślających Iskry pochodzenie xD poza tym, do każdego z członków bandy trafił sens pieśni nawet, jeśli słowa były dla nich niezrozumiałe~
http://www.youtube.com/watch?v=jY9dQ8hUi7U&feature=fvwrel
i wybacz, że Ci nie odp. wcześniej, ale nie miałam pomysłu, a teraz proszę, całkiem sensownie wyszło ^^]

Ayanna Joserro pisze...

[Za to, że użyczyłaś mi króla, jestem zobowiązana zacząć :D:D]

Było parne popołudnie. Na niebie wisiały ciężkie, ciemne chmury, ale nie spadła z nich nawet kropla rześkiego deszczu. Konarami drzew nie ruszał wiatr, wielkie, powyginane drzewa stały nieruchomo, jakby zaklęte przez złą magię.
Ayanna widząc je w bezruchu odczuła głęboki strach. Dziwnie było przechadzać się po świecie, który zdawał się już dawno być martwy. Gorące słońce buchało żarem na spaloną ziemię, która chrzęściła pod jej bosymi stopami.
"Ayanno, ty bezmyślna dziewucho, od tego stwardnieją ci nogi!" - słyszała w głowie denerwujący głos starszej siostry, która surowo zabraniała jej wychodzić bez sandałów. Z czasem skóra pod stopami mogła stwardnieć, a kto chciałby do swojego łoża dziewczę o tak nieapetycznych nogach?
Ayanna złamała jednak ten zakaz. Chodzenie boso było jej głosem sprzeciwu, doznaniem chwili wolności, bo zrobiła coś na przekór swym siostrom.
Z oddali słyszała odgłosy odbywającego się turnieju i jej serce zabiło z podniecenia. Nigdy nie widziała prawdziwych rycerzy, takich w lśniących zbrojach, dzierżących ostre miecze i popędzających swoje muskularne konie o pięknych grzywach.
Była już dość blisko królewskiego placu i wspięła na najbliższe drzewo, wychodząc na sam jego czubek. Z tej wysokości zobaczyła loże królewską, gdzie zasiadał sam król i królowa wraz ze swą ukochaną córeczką. Ulubienica królestwa miała ciemne włosy i piękną, aksamitną suknie o jakiej Ayanna mogła jedynie marzyć. Nałożnice nosiły takowe pod warunkiem, że zostały im one ofiarowane przez ręce kochanków.
Ayanna zeskoczyła z drzewa i prześlizgnęła się między strażnikami, chowając się pod lożą. W cieniu było chłodno chodź duszno. Przed sobą miała suknię samej księżniczki.

Iskra pisze...

[ach tam, ach tam, może Iskra zacznie uczyć Nefryt... xD]

Przyzwyczaiła się do tego, że ludzie nie dziękują. Ba, nie okazują nawet krzty wdzięczności, ale tu... Bogowie, czy to był jakiś inny odłam ludzi? A może oni nie byli ludźmi? Może tak naprawdę to elfy po przejściach? Kelpie wierzgnęła poirytowana. Chciała pójść w cwał, Iskra to czuła. Ale tak nie można było postąpić. Ściągnęła mocniej wodze by uspokoić klacz. Szybko przemyślała możliwe scenariusze.
- Nie sądzę by ten oddział działał sam. Inni pewnie są już w drodze, więc lepiej będzie jak się oddalimy od tego miejsca. Znam miejsce gdzie będziecie mogli w spokoju odpocząć parę dni. - spojrzała znów na chłopaka. Będzie żył, ale teraz nawet nie utrzyma się w siodle. Jak zna swoje leki, to za godzinę czy dwie zacznie trawić go gorączka. Ludzie dziwnie reagowali na elfickie leki.
Tymczasem wolała nie odpowiadać na ich wdzięczność. Zachowa to na później, gdy ona będzie w potrzebie. Wtedy może na coś się zda słowo herszt, bo teraz nie mogli jej pomóc. Nie mieli takich mocy, które był jej potrzebne... Niestety.
- Chłopak nie da rady utrzymać się w kulbace, ktoś z nim musi jechać.

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

[Niraneth]

Zapadła cisza. Cisza, którą spowodowało co najmniej kilka czynników. Pierwszym było bez wątpienia pojawienie się pani herszt we własnej osobie. Drugą stan, w jakim się zjawiła, a którego to nie łatwo było zignorować. Jedynie obca nie miała z tym najmniejszego problemu, szare oczy utkwiły w twarzy przywódczyni, jakby szukała tam czegoś.
W końcu jednak cisza pękła. Wszak padło pytanie, na które pani herszt chciała poznać odpowiedź. A to znaczyło, że prędzej czy później ktoś odezwać się musiał.
- Ona jest problemem. I on. - wskazano na Szramę, który aż zmarszczył brwi. Zbój dopiero niedawno powrócił do obozu, dotąd miano go za martwego, skróconego o głowę po tym, jak niefortunnie go schwytano. Z tym, że Szrama nie powrócił sam.
- Pieprzona długoucha, niechby bogowie wytłukli to plemię. Do tego służy demonom, mag jeden. Tacy jak ona mordowali naszych. - ktoś tu zdaje się zapomniał, że w obozie było jeszcze paru innych elfów. Ale obca nie zapomniała. W szarych oczach zamigotał gniew, aż nazbyt widoczny. Czoła nie przecięła zmarszczka, słowo nie ulotniło się z mocno zaciśniętych ust, lecz uważny obserwator mógłby dostrzec iskrę przebiegającą po palcach magiczki.
- Szrama przyprowadził toto tutaj, bo jakiś urok dibalica na niego rzuciła, czy coś takiego. Tfu! Takie jak to coś powinno się palić na stosie albo topić od razu po urodzeniu.
Elfa uniosła wyżej głowę. Cechą Niraneth zawsze była duma. A teraz człowiek nędzy obrażał ją. Nade wszystko, obrażał jej lud. A sam po lasach się ukrywał.
- Jestem elfem, rodem starszym niż myślisz człowieku. - przemówiła czystym, dźwięcznym głosem, który jakby zlewał się z lasem. - Jestem tym, czego ty nigdy nie pojmiesz, czego twój człowieczy wzrok nie ogarnie. Nie obrażaj sił, których nie znasz, bo możesz się z nimi zapoznać.
- Grozisz mi! Nefryt, to szpieg nasłany przez Wirginię! Tylko po to wypuścili ją i Szramę, by doprowadzili ich do nas! Pułapka, zasadzka, mówi c to coś, zakuty łbie? - to ostatnie zdanie skierował mówca nie do herszta, lecz Szramy. Ten zaś, jak mantrę jakąś powtórzył ostatnie zdanie.
- Uratowała mi życie. Pomogła uciec. Miałem ją zostawić?
Magiczka nie spodziewała się widocznie takiego obrotu sprawy i słów takich, bo jej postawa jakby zawahała się, kurcząc w sobie. Widocznie dużo jeszcze musiała się o tej ludzkiej rasie nauczyć.

[normalnie kocham ten kawałek. Zwłaszcza końcówka xD]

Ayanna Joserro pisze...

Ayanna pożałowała w tamtej chwili, że nie wzięła sobie do serca przestróg starszych sióstr. Teraz, kiedy była bliska temu, aby stracić życie z powodu demaskacji, zapragnęła znaleźć się daleko stąd.
Wczołgała się jeszcze głębiej w ciemności i skryła za odnogą loży, która pachniała zakurzonym drewnem. Pod opuszkami palców wyczuła liczne drzazgi, które odchodziły od słupa niczym łuszcząca się skóra.
Ayanna próbowała zapanować nad ciężkim oddechem, który dobywał się z jej ust i niechybnie zdradzał jej położenie. Podkurczyła nogi bod brodę i patrzyła na dziwne "Coś", które zdawało sobie sprawę z jej obecności i szukało jej.

Iskra pisze...

[to co biedna Nefryt zrobi jak się dowie co potrafi z magią Iskra wyczyniać xD]

- Miejsce to zwie się Varnweldem. Wam znany będzie on pod nazwą Siedmiu Nieszczęść. - mimo wszystko, mimo tego jakie krążyły opowieści o tym lesie, Iskra nie spotkała jeszcze żadnego z rzekomych potworów. Jedynie paru najemników, co to pobłądzili, ale szybko odnaleźli właściwą drogę i spokój za pomocą jej strzały. Ludzie byli tacy przewidywalni... Przynajmniej ci, którzy zapuszczali się na elfie tereny bez wiedzy gdzie się zapuszczają.
Powiodła wzrokiem po resztkach bandy. Imię?
- Na moim imieniu połamalibyście sobie języki, więc mówcie po prostu Iskra. - wzruszyła ramionami. Już raz był jeden jegomość co to uparł się, by wymówić jej imię. Nie wiedziała czy to rzeczywiście beztalencie ludzkie, czy też magia, ale człek ten autentycznie połamał sobie szczękę.
A potem przysłuchiwała się ich ostrej wymianie zdań. Dziwnie tak było jej słuchać tego ostrego, szorstkiego języka pozbawionego akcentu, z którym mówiły elfy. Mowa ta brzmiała nieco barbarzyńsko dla jej uszu. A może tylko jej się tak zdawało?
Wtem padła wzmianka o Cieniach. Iskra mimowolnie uniosła głowę patrząc nagle z większym zaciekawieniem. Ale nic więcej o nich nie padło. Większość z nich to ludzie? No tak, przecież ona sama człowiekiem nie była... A nawet taki Dibbler, choć z rasy najprawdopodobniej człowiek, to na pewno jednak człowiekiem nie był. Bractwo zamieszkiwało wiele demonów. A ta herszt chyba miała w przeszłości styczność z Bractwem. Iskra postanowiła bardziej uważać, jeszcze się zdradzi i dostanie po łbie od Nieuchwytnego.
- Być może propozycja wyda się wam szaloną, ale i mnie się wybrać trzeba w tamtym kierunku. A chyba strzała zapewne się przyda, gdziekolwiek trzymają twego kompana. - rzuciła mijając Nefryt sadowiącą się w siodle. A potem był szum wiatru. Nie było na nic czasu. Ziemia przemawiała do Iskry, ostrzegała ją. Wrogowie są niedaleko. Kelpie galopowała w stronę Varnweld, a jej jeźdźczyni szykowała w myślach dobrą wymówkę w razie czego. Przecież elfie patrole chadzały wszędzie.

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

[Lucien]

Podobne myśli wywołały wcześniej u niego jej słowa, z tym, że on myślał wówczas o Bractwie Nocy, swojej lojalności i o tym w co wierzył, a co wydawało mu się jak najbardziej słuszne. Było marzeniem młodego chłopaka, wizją, którą roztoczył przed nim Jastrząb. Wizją tego, co wówczas nie miał, czego nie doświadczył, a czego tak usilnie pragnął. Przynależności. Więzi. Rodziny. A nade wszystko wielkości. Bycia kimś więcej niż popychadłem ulicznym, biedakiem i złodziejem. Kimś, od kogo coś zależy. W czyich rękach spoczywają losy innych, rozstrzyga się ich życie i śmierć. Pragnął być najlepszym.
- Zawsze ... nie wiemy, co przyniesie przyszłość. Bałem się magii, potem podziwiałem i szanowałem. Magia to coś, to siła, której nie obejmiesz wzrokiem, nie zmierzysz. Magia nie jest złem, jak i złem nie jest miecz a ręka, która go dzierży. Przynajmniej takimi słowami ktoś kiedyś ... całkiem niedawno mnie uraczył. - umilkł, pamiętając swoją własną słabość w momencie, gdy doszły doń te słowa.
- Nie wierzysz w przekleństwa, klątwy? - jakby go to zdziwiło, bo chwilę milczał, nieobecny, zanim w końcu przemówił. - Czy nie chciałem? Chciałem. Same chęci nie wystarczyły. Byłem samoukiem. Moja matka... nie akceptowała magii we mnie. To dopiero było przekleństwo. Poza tym... byliśmy biedni. Za biedni bym miał czas na zabawę w magika. Zacząłem się uczyć dopiero w Bractwie. Biorąc to pod uwagę i tak zrobiłem duże postępy. Ale musiałem też skoncentrować się głownie na jednej dziedzinie. Wszystkich... nie było szans bym je opanował po mistrzowsku. Wybrałem iluzję i mentalne sztuki.

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

Prawdę mówiąc, nie spodziewała się słowa "proszę". Nie z ust człowieka, tego ludu co to myśli, że świat należy do nich i musi być mu posłuszny. Tego, co buduje miasta, niszczy lasy i tłamsi jej własną kulturę. Spodziewała się oszczerstw, wyzwisk i oskarżeń. Zachowanie tego tam krzykacza pasowało do obrazu, jaki stworzyła w swoim umyśle przez lata toczących się walk, obrazu który jednak chwiał się coraz bardziej, rozmywając. Po tym, jak musiała opuścić elfią stolicę zetknęła się z wieloma ludźmi. Jedni sprawiali, że ogarniała ją jedna myśl - szuje, mordercy i złodzieje. Druga kuła serce elfki i jej sumienie, niemy wyrzut. Ludzie byli jak oni... nawet jeśli Niraneth nie potrafiła się z tym pogodzić. Zaskakiwali ją. Sprawiali, że nic już nie rozumiała, niczego nie była pewna.
Obojętnie, jakby bezwolnie podążyła za hersztem bandy. Nie rozglądała się na boki, raz tylko, gdy spostrzegła jednorożca zatrzymała się, obserwując. Nic więcej. Szybko jednak ruszyła za oddalającym się Szramą i Nefryt, bądź co bądź w tyle zostać nie chciała.
Pozwoliła też Szramie zacząć się tłumaczyć. W swoim mniemaniu nie uczyniła nic, co powinno wymagać usprawiedliwień.
- Bez niej bym nie uciekł. Nie jestem pod wpływem magii, cokolwiek by inni sądzili. - lecz może nie magia sprawiła, że upierał się by szła z nim. Może sprawiła to siła znacznie od niej starsza, znacznie bardziej silna, uderzająca bez wyjątku? Może sprawiło to zauroczenie?
- Była ranna. Była osłabiona po użyciu magii. Wróg Wirginii jest naszym wrogiem, tak myślałem. A oni chcieli ją ściąć. Nie rozumiem... brakuje nam magów. Zdolnych magów.
Niraneth spostrzegła dopiero teraz, że właśnie otrzymała rekomendację od człowieka. Zmarszczyła brwi, nie wiedząc, czy powinna się śmiać czy też złościć. Nie potrzebowała pomocy, a z całą pewnością jej nie chciała. Poradzi sobie. Na bogów, na magię i jej lud, nie ma innego wyjścia.

[Niraneth]
[Oj nie ma, nie ma. A tobie wyszło wyśmienicie. Ostatnie zdanie znowu mnie rozbroiło kompletnie. A i przy okazji natchnęło. Mam nadzieję, że pomimo lekkiego pokazu pychy i dumy ze strony magiczki jednak kiedyś się polubią.
Mam nadzieję też, że nie masz nic przeciwko powiększeniu grona ludzi Nefryt? Bo w sumie to zrobiłam bez konsultacji. I czy mogę dodać obóz do miejsc w KP elfki? I ewentualnie też gospodę? ]

Iskra pisze...

[nie jest tak źle ;p]

Przez większość drogi kontemplowała nad problemem, który poruszyła Nefryt. Jak się to działo, że jej bez trudu szło wymawianie szorstkich, ludzkich nazw, a ludzie musieli męczyć się latami by wymówić choć jedno zdanie w jej języku? Być może miało to związek z magią. W każdym elfie była magia, dlatego też, niemal wszyscy operowali doskonale głosem, by w razie czego zrobić z niego użytek, jak Iskra niedawno. Ich język opierał się na melodycznych dźwiękach i lekkich sylabach. Słowa były do siebie łudząco podobne, więc i wielkiej sztuki trzeba było by mówić płynnie, wyraźnie.
Ludzie zawierający w sobie gen magii lepiej uczyli się starego języka, mieli tą smykałkę, tą lekkość w słowie jaką miały elfy. A może to wszystko sprowadzało się do tego, że elfy były ludem starszym niż ludzie, tak samo jak krasnoludy. Z kolei jednak... Język krasnoludów nie sprawiał aż takiej trudności ludziom. Był także szorstki i większość słów opierała swój dźwięk na gardle, dzięki czemu niektóre ze słów brzmiały jak charkot.
Knowania Iskry przerwał impuls magii jaki wdarł się w jej ciało. Zimne dreszcze urządziły sobie na jej plecach maraton, a źrenice nieco się zwężyły. Na granicach lasu dopadnie ich patrol, który już teraz o nich wie. Będzie musiała się gęsto tłumaczyć...

Mimo iż wyczuwała słabą aurę rannego chłopca, nie dała nikomu odpocząć, a wręcz przeciwnie. Im szybciej dotrą na miejsce tym lepiej, poza tym, zwiadowcy będą może mieli jakieś zioła i zechcą się nimi podzielić.
Nim księżyc stanął w zenicie, byli już na miejscu. Iskra ściągnęła nieco wodze przechodząc w kłus. Przed nimi majaczył las, a spękane pnie drzew i łyse gałęzie nie wyglądały zachęcająco. Słyszała jak jej towarzysze zwalniają, także schodząc w kłus. Nie obejrzała się jednak. Jeszcze nie teraz. Wzięła głęboki wdech i wjechała między drzewa wkraczając na mroczną ścieżkę zwaną przez elfy Friss'thurn, czyli Nieszczęściem Pierwszym.
Panowała tu cisza, jaką aż strach był zmącić, żadnego ptaka, żadnego zwierza, nic prócz jeźdźców i ich koni. Elfka rozglądała się uważnie przeskakując wzrokiem od drzewa do drzewa na każdym kroku węsząc ostrzeżenia.
W końcu, po niemal godzinie, wyjechali na polankę na której to rosła krótka, przerzedzona trawa. Iskra zeskoczyła z konia i rozejrzała się.
- Tu będzie dobrze. Zbierzcie gałęzie, te które leżą na ziemi i rozpalcie ognisko. Drewna jest pod dostatkiem, więc nie rańcie drzew bezpodstawnie. - rzekła podchodząc do następnych drzew, które to otaczały polanę od północnej strony.
- Merit'his, Navr'this, est cur noroidlih kva'sghr ne kru est celei don - wypowiedziała te słowa niby do drzew, niby pustka je pochłonęła, aczkolwiek ona wiedziała, że patrol usłyszał ją, że wie. Teraz pozostało jej tylko czekać aż się zjawią. A to zwykle trwa. Odwróciła się gwałtownie wprawiając swój warkocz w ruch i omiotła polankę spojrzeniem. Ognisko zaczynało przypominać rzeczywiście ognisko, a jej marna kompania siedziała na trawie. Dostrzegła małą dziewczynkę, widziała strach w jej oczach. Strach w sercu, strach w duszy. To dziecko musiało wiele przejść. Westchnęła i lekkim, bezszelestnym krokiem podeszła ku Lunnowi i Nefryt, przykucnęła przy rannym i dotknęła dłonią jego rozpalonego czoła.
- Ech, ludzie... - znów westchnęła i opadła zadkiem na trawę.

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

- Mierzi? - zapytała, jakby dziwiła się znaczeniu tego słowa w kontekście zbójeckiej bandy. Prawdę mówiąc, nie sądziła, że ją tu przyjmą i ani też wiedziała, czy sama tego chce. Dotąd wydawało jej się, że świat ludzi i ludzkie problemy są dla nich tylko przeznaczone, podobnie jak elfie należą do elfów.
Ale tutaj, w obozie widziała i elfy. Na trakcie spotykała życzliwe dla niej samej osoby, nie zawsze tej samej co ona rasy. Przeciwnie. Nierzadko człowiek pochylił się nad nią, pomagając. A jeden z jej najlepszych przyjaciół był kerońskim magiem.
- Ufasz mi na tyle, by przyjąć tutaj? - zapytała zamiast tego, wpatrując się w Nefryt jakby chciała prześwietlić ją na wylot.
- Nic o mnie nie wiesz. - kolejne wahanie. - Czemu? - jednym były racje rozumu, że mag się mógł przydać. To potrafiłaby pojąć. Czemu jednak człowiek miałby się przejmować, że skrzywdzi niewłaściwą oceną elfią krew?
- Rana... to nie było nic poważnego. Twój człowiek... - wypaliła, ale zaraz się poprawiła - Logan trochę przesadził. To po prostu magiczne osłabienie, gdy zużyjesz za dużo many. Wtedy... jesteśmy bezbronni... lub też prawie bezbronni.

[Zmienię więc zaraz wizerunek Nefryt w Powiązaniach i Niry i Luciena. Odnośnie wizerunków postaci - uważam, że są jak najbardziej dopasowane, zwłaszcza podoba mi się Morgan i Meri :D Nie mówiąc o jednorożcu, ale to już jest moje własne zboczenie, że tak to nazwę.
A skoro już przy radzeniu się jesteśmy. Wiedziałam, że o czymś zapomniałam w mailu. Odnośnie Kruka i jego spotkania z Lucienem. Zastanawiam się, czy lepiej by spotkali się dopiero w Bractwie Nocy, czy też może razem żyli w tym samym mieście, musząc sobie radzić samemu (i to zbliżyło ich do siebie). Ewentualnie opcja pośrednia - raz się spotkali, gdy dośwaidczony w życiu ulicznika Lucien pomógł młodemu szlachetce, potem zaś ich drogi się rozeszły i spotkali ponownie w Bractwie Nocy... hmmm... (cóż zrobić, czasem lubię się poradzić)]

Rowindale pisze...

Na http://malach-tow.blogspot.pl pojawiło się twoje zamówienie. Mam nadzieję, że się spodoba. Pozdrawiam :)

Zorana [Dyjanna] pisze...

"Co kraj, to obyczaj", przeszło jej przez myśl. Zrezygnowała jednak z podzielenia się tą uwagą z rozmówczynią. Przygryzła wewnętrzną część policzka, gdy temat zbliżył się niebezpiecznie do krawędzi, której nie lubiła przekraczać. Przymknęła oczy z irytacją. Tłumaczenie ludziom spraw, które ich nie dotyczyły, było najgorszą sprawą pod słońcem. To było zwykłe strzępienie sobie języka z nadzieją, że dociekliwemu ludzkiemu nasieniu to wystarczy.
- Mniej więcej to miałam na myśli - unikała drążenia tematu - Możesz je zabrać, jeśli chcesz. Mnie się one nie przydadzą.

Pytanie zadane z grzbietu karosza rozbawiło ją.
- To zależy od tego, co rozumiesz poprzez słowo 'normalnie' - pogłaskała Vestusa po chrapach - Rozumie ludzką mowę, ale też sygnały jeźdźców - jeśli o to chodzi. Ale lepiej nie używać ostróg.
Dostrzegając objawy zaskoczenia, odparła jak gdyby nigdy nic:
- Woń krwi jest mocna i specyficzna.
Miała już powiedzieć, by ruszały, lecz zmieniła zdanie.
- Myślę, że twoja teoria z kimś wysoko postawionym jest całkiem prawdopodobna. Tylko wtedy zamach nie miał być na mnie - przerwała, oszczędzając jej dalszych wywodów. Resztę miała jej opowiedzieć później - Jedźcie. Pobiegnę za wami.
Nie próbując nawet nic tłumaczyć, odsunęła się od konia. Wzruszyła barkami, jak gdyby próbowała rozluźnić obolałe mięśnie. Pochyliła się, próbując palcami dotknąć ziemi... i już po chwili nie była człowiekiem. Czarna sierść pokryła ją od koniuszków kosmatych uszu aż po miękkie kocie łapy, a złota tęczówka zapełniła białka oczu. Jej rozmiary przekraczały nawet wielkość pantery, w którą się przedzierzgnęła. Mogłaby konkurować z kucem.

[Bez ładu i składu. Zupełnie nie mogę się skupić :( Postanowiłam napisać co trzeba już teraz, bo przypomniało mi się, że mam wyjazd integracyjny za tydzień i wracam dopiero w piątek - a nie potrafię zrezygnować z pisania na ćwierć wakacji :) ]

Ayanna Joserro pisze...

Odpowiedziała jej cisza. W ciszy znów mogła wyraźnie słyszeć przyśpieszony oddech chowającej się osoby.
Ayanna była rozdygotana, nagle zrobiło jej się zimno i wtedy poczuła jak coś łaskocze ją w nos. Widocznie pył piaskowej ziemi dostał się do jej nozdrzy i kichnęła głośno, podskakując odruchowo. Uderzyła czubkiem głowy w loże i jęknęła z bólu.
- Auć - rozmasowała obolałe miejsce i zastygła w bezruchu. Otworzyła szerzej oczy, czując, że ktoś na nią patrzy. Została zdemaskowana, nie mogła już uciec - Proszę nie mów nikomu, że tu jestem - poprosiła cichym, dziecięcym głosem.

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

- Nie wiem czy znasz. Nawet ja jej nie znam, choć los kilka razy skrzyżował nasze ścieżki. I za każdym razem dziwiło mnie, że można tak gardzić człowiekiem i jednocześnie mu pomagać. - nawet nie domyślał się, że osobę, o której mówił mógł znaleźć i w obozie bandy Nefryt.
Dalsze jednak słowa Nefryt odciągnęły myśli Cienia od postaci elfiej magiczki. Skupił się na czarnowłosej kobiecie, nagle tak cichej i jakby... zgaszonej. Powracającej w czasy, do których, coś mu mówiło, niechętnie wracała, a które zostawić jej nie chciały.
- Wybrać śmierć... może to było tchórzostwem. Lecz sam skok... według mnie wymagał pewnej odwagi. - nic nie mógł poradzić na to, że nie rozumiał jej złości, a może nie całkiem. Bo chodź wiedział, czym jest poświęcenie, sam bowiem ten właśnie rodzaj służby wybrał dla siebie, nie mógł pojąć i zmierzyć honoru i tchórzostwa. Nie raz wybierał to, co ktoś inny okrzyknąłby tym ostatnim mianem.
- Mogłoby być większe. Kto by walczył teraz z Wirginią? Kto wie, co by się wydarzyło. Nie ma sensu rozdrapywać ran, trzeba dać im się zabliźnić. Zrobiłaś to, co zrobiłaś. Nie cofniesz już tego nigdy i nie przekonasz się, co by było gdyby...
Ich życie mogło być inne, jednak teraz były i cechy, które łączyły ich ze sobą. Jak choćby te słowa, których był pewien, nie usłyszała. Mylił się. I jeszcze nie do końca był pewien, jak się z tym czuje.
- To dlatego, że nie widziałaś prawdziwego maga. Ale dziękuję za twe słowa uznania. Skłamię, jeśli powiem, że nic dla mnie nie znaczą.

D. pisze...

[Jednorożec Donn... Donnel złodziej się obraża, Mroiś ^^ Wiesz, Szept mnie goniła, naciskała to: ta dam! Z powiązaniem lepiej się pisze, może... Dor kiedyś ze swoimi umiejętnościami przeprowadzałby przez coś panią herszt?]

Darrus

Friese pisze...

[No ba, że wątek z Nefryt i spółką :D Coś mnie, kurde, już wciągnął ten Friese, za długo mi chodził taki typek po głowie, żeby nie stworzyć go w końcu - ja, która się zarzekałam, że nigdy-przenigdy postaci męskiej :> To jak, z powiązaniem, czy improwizujemy pierwsze 'zderzenie' postaci?]

Galathil pisze...

-Zabawne, właśnie miałem powiedzieć to samo-elf zdziwił się nagłym pojawieniem dziewczyny przed straganem. Zwykle takie kobiety się tu nie zatrzymują. Jego wyroby przyciągają uwagę plebsu, zbyt biednego by je nabyć, lub wielkich dam, obnoszących się swoim bogactwem-Nefryt, tak?
Zadowolony, że udało mu się przypomnieć imię znajomej, oparł się o ladę.
-Co cię tu sprowadza?
{Krótki z braku czasu. Bardzo pomysłowy szablon.xD]

Iskra pisze...

[jakby rzeczywiście tak źle było, to bym przerwała wątek >D]

Iskra słuchała słów dziewczynki z nadzwyczajną obojętnością. Powszechnie wiadomo było przecież, że ludzie, zwłaszcza ci biedni, którzy niewiele rozumieli, zwalali winę za nieurodzaj, pożary, czy ogólne niepowodzenie na wszystko. Winna była władza, winni byli poborcy podatków. Ale ostatnim krzykiem mody było winienie nieludzi. Elfów, krasnoludów, niziołków. Pewnie dlatego też tak wiele jej braci i sióstr płonęło na stosach bez konkretnego powodu.
Gdy dziewczynka skończyła swój wywód, Iskra podniosła spojrzenie fiołkowych oczu na jej drobną twarz, a postronnym mogłoby się wydawać, że tęczówki elfki stały się niemal czarne. Przypominała w tym momencie swego mentora, Czarnego Cienia.
- Posłuchaj mnie uważnie, dziecko. - rzekła tonem spokojnym, ale i w jakiś magiczny sposób budzący trwogę. - Gdyby twoja mamusia mówiła prawdę, nie włączyłabym się do walki. Nie pomogłabym temu tu - w tym momencie dźgnęła Lunna palcem w ramię - Ani też nie narażałabym siebie. - ostatnie słowa niemal wywarczała. Och, daleko jej było do opanowania Luciena.
Poczuła na swym ramieniu dłoń. Miękką, ciepłą, lekką. Zamknęła oczy.
- Wassen lan, Enid. - mruknęła, a postać stojąca za nią odpowiedziała podobnym powitaniem. Patrol elfów zjawił się w prowizorycznym obozie. Jedni przyglądali się ludziom, inni trzymali konie. Jeszcze inni grzali dłonie przy ogniu. Było ich w sumie dziewięciu. Wszyscy wymalowani farbami jakby szli na wojnę, wszyscy tak samo skąpo ubrani. Każdy z nich jednak był zabójczą bronią samą w sobie. Iskra podniosła się i zaciągnęła się mocno powietrzem, a potem zaczęła tłumaczyć jakim prawem, czy też obyczajem, wprowadziła tu... Ludzi.

Zorana [Dyjanna] pisze...

[Shanley opublikowała propozycje artów. Forma dosyć dziwna, ale przy szwankującym onecie innego wyjścia nie ma :)]

Zorana [Dyjanna] pisze...

[Wracając do wątku. Liczyłam na jakieś wprowadzenie do obozu, bo to poniekąd Twoje 'królestwo'. Mam się tym zająć osobiście? ;)]

D. pisze...

[Co ja będę owijać w bawełnę... Zaczynaj! Ja wredna *niewinna*]

Darrus

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

- Nie jest ważne to, co ja uważam. To twój świat i twoja domena, królestwo... Mój lud żyje w nieufności, stąd i ja mam ją w sobie. - wyjaśniła magiczka, po raz pierwszy jakby nieco zmieszana takim obrotem rozmowy.
- Wiem na czym polega rola przywódcy. Wiem też, jak powinien zachować się ten, co na wzór ma służyć. Rozumiem więc twe słowa. - pochyliła lekko głowę, trudno powiedzieć jednak, cóż ten gest w wykonaniu magiczki miał oznaczać. Usłyszała za sobą nerwowe szurganie butów Szramy, jakby wojownik oczekiwał, że już teraz orzeknie, że w obozie zostaje i włącza się do walki w ich sprawie.
- Dziękuję. - musiała go rozczarować. Problem polegał bowiem na tym, że sama nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Obóz kusił ciepłem, kusił towarzystwem, którego czasem brakowało jej w leśnej głuszy. Ale było to i zobowiązanie. Zobowiązanie, którego, jeśli je podejmie, nie może nie dotrzymać.

Szept

[Dziękuję za poradę odnośnie Marcusa i Lu. Sama skłaniam się właśnie do tej wersji, tym bardziej, że miałam wizję ich pierwszego spotkania (szkoda, że akurat nie mogłam tego zapisać :( - odwieczny problem).
A skoro o Meri mowa, to po tym, co właśnie usłyszałam, tym chętniej jej kartę przeczytam i zapoznam się ]

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

- Takie słowa nie mogą mnie urazić. - zaprzeczył tym swoim spokojnym tonem. - Może sam siebie tchórzem bym nie okrzyknął... lecz z całą pewnością człowiekiem wyrachowanym. Robię to, co w danej chwili jest korzystne. Dla Bractwa, a tym samym dla mnie. Wiele z czynów, jakich się dopuściłem w życiu można śmiało nazwać tchórzliwymi... można nazwać pozbawionymi honoru. - miał ochotę wstać i przejść się kawałek, jakby miało to uspokoić jego rozbiegane na wszystkie strony myśli.
- Nauczono mnie żyć dniem. Walczyć ... na wszystkie możliwe sposoby. Mogłaś mieć więc całkowitą rację, Nefryt. A ja... nie oczekiwałem innej reakcji. Arlan musiał wierzyć, że taki właśnie jestem. Musiał wierzyć w moje słowa. A tym samym... musiałaś w nie uwierzyć i ty.

Friese pisze...

[Oj, bliżej, znacznie bliżej ^^ I tak, normalnie się odmienia. Co do wątku, to raczej skłaniam się ku pierwszemu wariantowi, bo Friese w Keronii siłą rzeczy rozgaszcza się pierwszy raz (jego sława jeszcze nie dogoniła go na tyle, żeby musiał z niej uciekać ;)), a przedtem włóczył się po różnych krajach i kraikach - chyba, że Nefryt również swego czasu podróżowała. Generalnie pomysł mi pasuje, miałabym tylko prośbę... mogłabyś zacząć? Jeśli jeszcze trochę będę musiała wysilać mózg, to mi eksploduje i znowu będzie monitor do czyszczenia...]

Meri pisze...

[Może wątek z przeszłości? Może czas gdy Meri chce dołączyć do bandy? Moim zdaniem mogłoby wyjść coś ciekawego...]

Galathil pisze...

Galtahil coś już o tym wiedział... Jego głowa też była poszukiwana, chociaż nie tak pilnie. Każdy jego oddech był darowany, ale nie przejmował się tym zbytnio.
-Królowa...-zmarszczył brwii-Tak dobrze być bogatym. Sam wiele bym oddał za przywilej objadania się i pewnego dachu nad głową.
Jego usta przemówiły, ale dusza czuła coś innego. Znów chciał być wolny i beztroski. Las go wołał, a on nie mógł zignorowac tego zewu.

Virdiana Stern pisze...

[Witam, witam :) Skoro jest chęć na wątek, to zaraz coś wykombinujemy. Jako autorka negatywnych relacji z nikim mieć nie lubię, ale Vi to co innego ^^ Co prawda tez nie lubi robić sobie wrogów, ale wydaje mi się, że w przypadku Nefryt inaczej się nie da. A skoro jest hersztem bandy zbójeckiej, to można założyć, że panie już na pewno miały ze sobą styczność. Hm, a co do wątku... Na początek przychodzi mi na myśl coś nieco spokojniejszego, żeby zbadać grunt, że tak powiem ;)
Nefryt i Vi mogłyby się spotkać późno w nocy, Vi byłaby już po służbie, wracałaby nieco podchmielona z jakiejś knajpki do kwatery. Zaznaczam, podchmielona, a nie pijana w sztok, bo potrzebna tu nam zdolność do kontaktowania z otoczeniem ^^ Wtedy mogłaby spotkać Nefryt, ale nie wyraziłaby najmniejszych chęci jej aresztowania, tylko, dajmy na to, zupełnie niewinnie spytała, czy może ta szykuje jakiś kolejny przekręt. I tak by ja wypytywała i podjudzała, i, i, i... I zobaczymy, co nam z tego wyjdzie? ;)]

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

[Nie ma sprawy. Wybacz jakość poniższych wypocin.]

Elfka na wzmiankę o imieniu zastygła chwilę bez ruchu i niechętnie skinęła głową. Prawdopodobnie mieli prawo dowiedzieć się, z kim przystają i obóz dzielić będą... może.
Szrama zaś ochoczo zgodził się pomóc. Równie ochoczo, już na spokojnie, opowiedział o tym, co ich spotkało. Zaczął od swojej części, gdy pochwycono ich na granicy z wirgińską prowincją. Nieprzyjemnie, tym bardziej, że z miejsca skazano ich osądzono jako buntowników. Nieprzyjemnie. Więzienie i sami strażnicy nie pozostawili im wątpliwości, co ich czeka. Mieli ich ściąć dla przykładu.
- Cele tam były przepełnione. To mnie i schwytanego tego samego dnia złodzieja zamknęli z magiem. Tym magiem była Szept. - Szrama w końcu doszedł do pojawienia się elfki. - Była dziwnie obojętna, jakby zupełnie nic ją nie obchodziło. Ludzie się darli, żebrali... - skrzywił się z odrazą na samą myśl. - Ona nic. Ale też towarzyska zbytnio nie była. Milcząca... Praktycznie więc, nie wiem o niej więcej niż ty. Jest elfem, magiem, wydaje mi się, że dość potężnym. I przedstawia się jako Szept, choć to chyba bardziej przydomek, niż imię. I uratowała nas. Magią. Uśpiła strażników w dzień ucieczki. A potem, gdy pogoń deptała nam po piętach, zmyliła ich iluzją. Nie wiem, co jeszcze mogę powiedzieć. Nie narzucała się, by iść ze mną... Odniosłem wrażenie, że nie ma miejsca, do którego może wrócić...

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

- Prawdę mówiąc, też mnie zdziwiła - przyznał szczerze. Bo choć bronił elfiej pani, nie potrafił... i nie chciał okłamywać Nefryt. - Nie wtajemniczyliśmy jej w plan ucieczki. Ja i ten złodziej. On otworzył celę. Ja wyeliminowałem strażnika. Wszystko szło zgodnie z planem. - uśmiechnął się na to wspomnienie. Jak mogli nie przewidzieć tego, co stało się potem?
- Ktoś podniósł alarm. Mieli kogoś wśród więźniów, nie wiem, czy zdrajcę czy wtyczkę. Zaczął krzyczeć. Wołał... trzymałem w dłoniach odebrany strażnikowi miecz i ... - nie dokończył. W tamtej chwili plan ucieczki posypał się, a on widział tylko twarze członków bandy i siostry. Z dziwną rezygnacją, ale wiedział, że już ich więcej nie ujrzy. Zginie, tutaj i teraz. Nawet gdy złodziej zginał od ciosu nadbiegłych w tym czasie...
- W jednej chwili biegli na mnie... potem osunęli się na ziemię. Jak martwi. Ale żyli, pogrążeni w głębokim śnie. Nie spałem tylko ja... i ona. Po tym, nie mogłem jej zostawić w więzieniu. Ocaliła mi życie. Nie jestem dobry w te klocki... ale wydaje mi się, że nie zamierzała uciekać. Nie ważne, czy mogła.
Szrama pokręcił głową, wciąż nie rozumiejąc motywów kierujących elfką. Ale chyba nie musiał. Bo oto na horyzoncie pojawił się ktoś, kto mógł wyjaśnić im znacznie więcej, gdyby tylko zechciał. Nikt inny, jak elfia pani.
Z pewnym wahaniem podeszła do rozmawiających, zatrzymując się kilka kroków przed nimi. Jakby czekała cierpliwie, dopóki nie skończą rozmowy. Jakby czekała, aż Nefryt pozwoli jej zbliżyć się na tyle, by mogła włączyć się do rozmowy i przedstawić swoją sprawę. Coś, co musiało być ważne, skoro szukała towarzystwa pani herszt.

Sz

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

Na to pytanie nie znalazł odpowiedzi. Oczywistym wydawało się zbieranie informacji na zasadzie coś za coś. Gdyby tylko on zadawał pytania, obudziłoby to podejrzenia pani herszt, zresztą całkiem słuszne. Skoro on mówił, nie budziło to zastrzeżeń. Ot, zwykła, toczona przy okazji wspólnej podróży rozmowa o wszystkim, co tylko na myśl przyjdzie. Jako Cień mógł kłamać. Cel uświęca środki. Kłamstwo też.
Wiedział lepiej. Nie kłamał. Nie zbierał informacji, przynajmniej nie celowo. Ciekawość. To nim kierowało. I jak tylko to sobie uświadomił, postanowił, że o nic już nie zapyta i nic ważnego dla siebie nie powie. Nie pozwoli sobie na to. Nie może opuścić Bractwa, był tam potrzebny. Tam było jego miejsce, marzenie i życiowy cel.
- Jak sobie życzysz - stwierdził oględnie, bardzo ostrożnie. Sam zamierzał czuwać. Potem przyjdzie jego kolej na chwilę snu, jeśli będzie miał to szczęście. Podróż Cienia nigdy nie była bezpieczna. Droga Cienia najeżona pułapkami, a na końcu, nawet jeśli czekało zwycięstwo i chwała, nie zawsze czekało nań życie. Droga, jaką wybrał. Jedyna, jakiej chciał.

L

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

On kiedyś potrafił. Wiedział, cym są uczucia. Znał siłę miłości, przyjaźni, bliskości rodziny i ciepła. Znał braterskie przepychanki, znał siostrzaną słodycz i łagodność. Znał matczyne spojrzenie i troskę w jej oczach. W końcu, nawet jeśli jak przez mgłę, pamiętał ojcowską surowość i kryjącą się za nią miłość i pragnienie tego, co jak najlepsze dla jego dzieci. Potem poznał ból. Ból straty. Ból samotności. Strach i przerażenie. Samotność i zimno ulicy. Brutalność świata, kłamstwo i oszustwo. Za wcześnie. Za wcześnie przyszło mu wkroczyć w życie. Zbyt wiele stracił. Był nikim. I już więcej nie chciał poznać tego uczucia. Sam, pozbawiony alternatywy przynajmniej wedle jego opinii, skorzystał z szansy, jaką dało mu Bractwo. Stał się zabójcą. Cieniem. A stając się nim, postanowił być najlepszym zabójcą.
I wyrzekł się wszystkiego, co mogło mu w tym przeszkodzić. Stał się taki, jak wedle jego mniemania powinien być zabójca doskonały. W tym życiu brakło miejsca dla uczuć i osobistych pobudek.
- Obudzę - potaknął, choć nie był pewien, czy słyszała jego słowa. Wiatr lekko szeleścił, poruszając liśćmi pobliskich drzew i wysokich traw. Pobliska rzeka szemrała, wokół niosło się cykanie świerszczy. W niebo wzniósł się samotny świetlik, zupełnie, jakby gnany marzeniem pragnął sięgnąć gwiazd. Najjaśniejszej z nich, poświęconej magii, Arze.
Poruszył się, słysząc słowa. Musiało jej się coś śnić, uznał. Sny nie były dobre. Lucien nie lubił śnić. Czasem we snach wracało to, o czym wolałby zapomnieć. Lubił zmęczenie. Zmęczony człowiek rzadko śni.

L

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

O ile wcześniej, gdy z boku stała niepewność można było z jej postawy wyczytać, teraz, zaproszona do rozmowy podeszła śmiało, szybkimi krokami, a spojrzenie jej, zdradzające upór i silną wolę odszukało wzrok Nefryt.
- Jeśli można na słowo... i jeśli propozycja przyłączenia jest aktualna, musisz coś o mnie, pani wiedzieć - głos jej był spokojny, dość opanowany.
- Mam pewne zobowiązania - zaczęła, ostrożnie ważąc słowa, niepewna jak opisać swoje relacje z Alastairem - Czasem przeszukuję ruiny, na zlecenie maga z Królewca. Kolekcjonuje on artefakty i wszelkie starocie. Wiem, że mi nie ufasz, nie w pełni i to rozumiem. Wiem też, że proszę o wiele... o odrobinę niezależności, bym z tych poszukiwań nie musiała rezygnować. Nie przyniosę ci pani kłopotów, nie ściągnę oddziałów na twoje progi, to ci obiecać mogę, o ile znaczy coś dla ciebie słowo elfa bez domu i przeszłości - może w tej chwili głos jej ścichł odrobinę, zupełnie jakby w szepcie chciała ukryć jakąś z emocji, drgającą nutę żalu w głosie. Jej historia zwykłą być nie mogła, bo postawa zdradzała, że takim znowu zwykłym elfem nie była, a i do Nefryt zwróciła się elfia pani nie w mowie wspólnej, lecz w kerońskim języku.

Sz

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

Tutaj panowała cisza, wszechogarniająca tak, że miało się ochotę krzyknąć, byleby przerwać to milczenie. Świat budził się do życia, leniwie, powoli. Lekki wietrzyk poruszał nadrzecznym tatarakiem, a jakaś ryba cicho pluskała wśród kamieni. Ale Cień milczał. Wyglądał jakby spał, z przymkniętymi oczyma, zastygły w jednej pozie. Dopiero po dłuższej chwili, czując jej wzrok na sobie otworzył oczy. Czuwał.
- Mówiłaś, żeby cię zbudzić - odezwał się, jakoby z pewnego rodzaju wyjaśnieniem. - A skoro wstałaś, możemy chyba ruszać dalej.
Pomimo tego, że niewiele spał, nie wyglądał na sennego. Może cienie pod jego oczami pogłębiły się, ale spojrzenie jego było równie żywe, jakby noc przespał w karczmie, w wygodnym łóżku pod ciepłymi kocami i płonącym w kominku ogniem. Z powyżej wymienionych mieli tylko ogień i do tego prawie wygasły, jakby Cień specjalnie zdusił jego żar.

L

Sol pisze...

[niech będzie nędzny ochłap o ;D]

Lasy nie sprzyjaly samotnym wędrowkom. Zwłaszcza, gdy na spacer wybierala sie mloda kobieta o fizycznych walorach, które moga oko przykuć. Sol jednak wściekła jak sto diabłow, szła za szybko, przez co potykala sie co chwila o brzeg dlugiej sukni. W głowie jej wir myśli aż huczal, w uszach szumiało, na policzkach ciemne rumieńce się pojawiły, za kazdym krokiem materiał płaszcza zdawał sie warczeć złowrogo, a usta ognistowłosej tylko do rzucania siarczystych przekleństw szykowały. jej opiekun zniknął, znowu. Znowu po ostrej kłótni.
I nim zorientowala sie, ze ptaki przestaly śpiewać, ze muzyka lasu ucichla nie wiadomo skąd przed nią wylądowała wysoka postać.
Ognistowłosa zatrzymala sie gwałtownie, okrzyk zdziwienia z ust jej sie wyrwał i zadarła podbródek, a oczy barwy plynnego zlota rozrzażonego ogniem spoczęły na twarzy skrytej pod kapturem, ktorej dostrzec nie mogła.

Sol pisze...

[ a w ogóle to grafikę masz cudną, ten ostatni obrazek, co i w avatarze zamkniety jest przepiekniusi ^^ bardzo ładna odpowiedx, ja nie wiem, czego się czepiasz? ;p a ja ochłapy rzucam, bo ja to ja, zazwyczaj nedza szargam xD]

Sol nie była stąd. Nazwy wiosek, tras traktów handlowych, jezior, lasów i wszystkiego na tym kontynencie byly jej zupełnie obce. Szła tedy, bo tak jej Alasdair nakazal, takie jej wskazowki dał. Ona sama nic innego nie miala do roboty, jak to wszystko spełnić. Bo nie była sama, opiekun ja uratował, uciekając wraz z nia obydwojgu dal znak, że maja teraz tylko siebie i ufać sobie moga bezgranicznie. Szkoda tylko, ze to ufanie bezgraniczne w przypadku ognistowlosej i w uczucie powoli mienić się zaczęło, a ona wiedziała, że nim dwie pełnie mina, to tylko cierpiec będzie z tego platonizmu.
A teraz o kierunek, o maga jakiegos tamta ja pytała. Tamta co znikąd zjawila sie, z lasu wyskoczyła i teraz stala naprzeciw w stroju wojowniczki, az Sol nie była pewna, czy może, czy powinna cokolwiek powiedziec, zdradzić niewiedza, bo moze i i dostanie po glowie?
- Ja... ja nie stąd - bezradnie ręce rozlożyła, tymi sowimi dziwnymi oczyma o barwie płynnego zlota w tamta sie wpatrując, tymi źrenicami swidrując blade lico brunetki. Och patrzyla na nią tym kolorem, który innym wiele razy podrzucal pomysł, ze to oto przed nimi stoi demon, czarownica jakas, bo oczy takie jak u smoka dziwne, ogień zbytnio przypominały. A Sol nic o tym nie wiedziała, jak magie znać mogła jakakolwiek, skoro tej co w niej żyła, była jej obca?
- Nie znam krain tych w ogóle, ide do stolicy... Ja nie stąd - czuła sie glupio, zawsze cos zaradzic mogła, a teraz nic. - A co sie stalo? Ktoś chory? ranny? - jej matka zielarką była znana na całe okolice rodzinnych stron plomiennowlosej, a i ona wiele wiedziała, liczyła siec na to, że i sama cos może poradzi?

Sol pisze...

Sol czula sie bezradna i wcale jej sie to nie podobało. Oczywiście determinacja i zdecydowanie w jej krwi płynęło, możnaby i stwierdzic, ze byly do siebie podobne przez pochdozenie i historie przyblizone, Sol i Nefryt, a jednak w tej chwili jakies zagubienie czailo sie w głebi spojrzenia płomiennowlosej. Bo na jak wiele moze sobie pozwolic? Jak wiele zrobić, co powiedzieć?
- Jesli zielarza macie i zbiory leków, moge sama cokolwiek... sprobować - zaczęła niesmiało proponowac, bo i moze w podziece dostanie jakakolwiek strawe i skrawek ciepłego posłania? Byla wyczerpana, glodna i senna, a jednak nie na tyle jeszcze, by zacząć sie kłaniać na prawo i lewo i kolysac jak osika na wietrze.
Z magią to ona cos wspólnego miała, nie odkryla co to takiego jeszcze, aczkolwiek przynajmniej zielarska wiedza, nie takz wyczajna, bo i o elfie specyfiki i gnomów bzdurne sposoby na pewne urazy urozmaicona. Matke miała tak dobra, że wszystkiego ją nauczyc chciala. I nauczyła.

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

- Nie ma takiej potrzeby. Wolałbym ruszyć w drogę, jeśli ci to różnicy nie robi - odpowiedział Cień, zbyt pochłonięty pakowaniem i wiązaniem rzemieni przy siodle Cienistego. Jednak czujność jego na tym nie osłabła, bo ledwie Nefryt do niego podeszła, obrócił się w jej stronę, kolejny z wyćwiczonych przezeń nawyków. Jakby sprawdzał, czy nie zdradziecki cios zaraz ma na niego spaść i pilnując w tenże sposób, by plecami do nadchodzącej osoby, kimkolwiek by nie była, się nie ustawić.
- Przekonamy się na miejscu, na czym stoimy i co najlepiej, a nade wszystko najłatwiej wykonać będzie. Możliwe, że się rozdzielimy. Ktoś podrzuci dokumenty, ktoś inny zajmie się celem, a jeszcze inny czuwaniem, by nas przedwcześnie nie odkryto - jeśli sobie samemu miał coś wyznaczyć, byłoby to z pewnością morderstwo lub pilnowanie, by ich nie spostrzeżono.
- Zobaczymy, czy Niedźwiedź i Łowczyni dotrą do Kansas przed nami. Porozmawiam z oczami w mieście.

L

[Takiego mleka to nie piłam jeszcze. Ale jeśli wenę wspomaga, to jak nic spróbować muszę, bo siadam.]

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

- To naturalna reakcja, pani. Nie powinno się ufać na ślepo, bo łatwo zdradzić to nas może - oświadczyła z przekonaniem - Nie potrzebuję więc żadnych w tej materii, pani wyjaśnień.
Poufałością elfiej pani nie zraziła Nefryt ani trochę. Bardziej ubodła ją duma, świeżo nadwyrężona wygnaniem. Niegdyś jedna z ważniejszych osób w Iranadal, teraz godna jedynie współczucia i litości.
- Zbieramy to, co posialiśmy - oświadczyła sucho, broniąc się w tenże sposób przed współczuciem.
- Dziękuję zatem - przeszła do rzeczy i do tego, co wypadało uczynić - Za zgodę i możliwość przystania. Od tego momentu, jestem na twe usługi, pani. Ayê re'sh nýotis - powtórzyła po elficku, jakby dla nadania mocy swym słowom. Córka rodu Erathira, nawet jeśli wygnana, nie łamie swych słów.

Sz

Lilith pisze...

[Ja? Tak! Oczywiście! :D *już się zarejestrowała*
I wątek oczywiście trza napisać. Pomysłu co prawda nie mam, ale Ty się na tym świecie lepiej znasz, więc jak coś zaproponujesz ładnego to ja zacznę z chęcią :P ]

Lilith pisze...

[Ten pomysł jest taki... zajebisty *.* Jestem bardzo na tak!
To zacznę, ale troszkę później, bo muszę się jeszcze spakować na wyjazd :D ]

Lilith pisze...

[Podobał! Podobał! :D
Do Poznania. I szkołę już dawno rozpoczęłam (w końcu!), to wycieczka jest. A i tak nawiasem, to nie mnie do czwartego (włącznie), nie do dziesiątego ;) ]

Dzisiaj szczęście jej nie dopisywało. Bardzo nie dopisywało. Stanowczo nie dopisywało. Cholernie nie dopisywało. Na bogów wszystkich możliwych! Czym oni ją struli, że nie używać magii? Może jakieś zaklęcie na nią wsrętne rzucili? A może jakieś zielsko wcisnęli, gdy była nieprzytomna? Przeklęte zielarstwo i jej brak talentu do niego! Szlag by ich wszystkich trafił! A szczególnie Eliasa! Gdzie był debil, gdy go potrzebowała? Pomijając fakt, że chciał ją zabić to może by najpierw pozbył się tych co ją pierwsi schwytali. W końcu to głównie jego wina, że Temer ich nie znosił i latał za nimi po całej Keroni. Chociaż z drugiej strony chyba lepiej było tak. Chyba prędzej się dogada z tym oprawcą, niż z Eliasem. Tak, z pewnością. Jej były towarzysz nie darzy ją już taką sympatią co kiedyś... Na prawdę zbyt łatwo sobie robiła wrogów.
Temer - człek wpływowy, przy okazji też sadysta, nadal szukał głównie Eliasa. Ale znalazł Lilith, która ostatnio spaliła mu domostwo wielkie, by pomóc swemu towarzyszowi, więc do niej też jakieś wąty miał. Poza tym przekonany był, iż wiedźma wie gdzie znajduje się Elias. I nie potrafił uwierzyć, iż biedna nie ma pojęcia gdzie jej "przyjaciel" (nie ma co się przyznawać, iż już takowymi nie są, bo jeszcze świr to wykorzysta). Nie wspomniała, że specjalnie nie wie. Bo jakby się dowiedziała to jeszcze by swój błąd próbować zechciała i go przepraszać za swe grzechy, nie myśląc o tym, że jedyne rozgrzeszenie dla niej w jego mniemaniu to poderżnięcie gardła. Bardzo nie chciała wiedzieć gdzie jest Elias.
Zamknięta została w jakiejś klitce. Kij wie gdzie, tu się dopiero obudziła. Dopiero później klitka zaczęła się kiwac na boki i ogólnie poruszać, więc zrozumiała iż muszą ją gdzieś w takowym więzieniu wieść. Czasem na prawdę samotne podróżowanie dawać w kość potrafiło i trochę zatęskniła do radosnego życia z dwoma prostakami, którzy jednak obronić się umieli i każdy na każdego uważał. Jednak szybko wyrzuciła te myśli z głowy, starając sobie wmówić iż brak nawiązywania kontaktów jest znacznie lepszy. Nie robisz sobie takich Eliasów, którzy marzą o twej śmierci.
Już od dłuższego czasu dręczyło ją, czemu jej magia słuchać nie chce, gdy ostatnie promienie słońca wpadały jeszcze przez okienko. Spojrzała wtedy nie wiadomo czemu w górę, na drewniany sufit. Zaklęła głośno. Zapełniony on był wypalonymi symbolami runicznymi blokującymi moc magiczną. Szlag by tego sadystę trafił. Pewnie nie wiedział, iż Wiedźma Ognia teraz przeżywa największe tortury. Fakt iż magii używać nie mogła był najgorszy. Cóż z tego, że pewnie zaraz zginie, ale najpierw musi o to ładnie poprosić. No rzesz musiała trafić na Temera.
Tracąc już wszelką nadzieję na natychmiastową ucieczkę (bowiem plan trochę bardziej długotrwałej jej się już w głowie kreował) czekała, aż się w końcu zatrzymają. Dojadą gdzieś tam i otworzą klitkę. Wtedy swój wspaniały plan wcieli w życie. I nadszedł też wieczór, a oni nadal w drodze... miała dziwne wrażenie, jak słuchała ludzi jadących na zewnątrz, że się jakoś ta cała zgraja spieszyła i denerwowała.

[I mam nadzieję, że bez błędów...]

Kai/Ashadri pisze...

[Tak, to ja. Dzięki.]

Kaino (Czarne Skrzydło) pisze...

[Ej, ja chcę wątek :) Co powiesz na to, żeby Nef znalazła Kaino rannego w lesie, mogło mu się przytrafić cokolwiek, ale byłby tak poważnie ranny, że zabrałaby go gdzieś do swojej zbójczej bandy, coby sobie trochę wydobrzał :) Jestem też otwarta na inne propozycje ^^]

Kaino (Czarne Skrzydło) pisze...

[Jestem jak najbardziej za połączeniem obu pomysłów. Kaino przybył do Keronii, żeby uczyć się od Białego Królika wiedzy o truciznach etc. Ale nie mam nic przeciwko temu, żeby matka napisała do niego list i wyjaśniła nowe misje i zadania dla syna. W końcu to do niej pasuje :D:D]

Kiedy po raz ostatni widział świat przytomnymi oczami, był jeszcze jasny dzień. Jednak to właśnie gwieździste niebo, przebijające się skrawkami z pomiędzy drzew, zobaczył Kaino kiedy otworzył oczy.
Silny ból rozszedł się wzdłuż kręgosłupa i zapłonął niczym ogień palący igliwie. Jęknął.
Chciało mu się pić, co było rzadkością u Walkorów. Oblizał spękane suche wargi i pomyślał, że umiera.
Była ciemna noc, samotny las, który wydawał niepokojące dźwięki i ani śladu żywej duszy, którą mógłby zawołać na pomoc.
Z trudem dotknął głowy, okazało się, że włosy sklejone miał zaschłą krwią. Musiał nieźle oberwać, szkoda, że nie pamiętał co się stało. Ale pamięć mogła wrócić.
Wiedział, albo raczej czuł, że ma kilka złamań i że nie jest dobrze.
Wtedy pojawiła się nikła nadzieja. Gdzieś w oddali słyszał odgłos końskich kopyt.

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

Teraz elfka spuściła głowę, swoim postępowaniem zażenowana. O ile bowiem Łowczyni mogłaby specjalnie do elfiej mowy się uciekać, by Nefryt z rozmowy wyłączyć, nie było to intencją Szept. Nie chciała nikogo zażenować, ani tym bardziej zawstydzać. Chciała tylko...
- Przepraszam... - przeprosiny nigdy nie przychodziły jej łatwo. Co nie znaczyło, że słowo to nie padało z jej ust. Działo się to jednak tylko wtedy, gdy naprawdę żałowała.
- Nie zamierzałam... Nie chciałam ... - poszukała w pamięci odpowiedniego słowa - ukazywać wyższości? - dokończyła niepewnie, nieco pytającym tonem. Nie, nie o to jej chodziło, lecz od biedy ujść mogło.
- Ayê re'sh nýotis - powtórzyła wcześniej wypowiedziane słowa, tym razem jednak jakby wolniej, skupiając się na samym brzmieniu słów - po waszemu oznacza to, że jestem twoim sługą... oddaję siebie do twojej dyspozycji Nefryt.
Chwila ciszy, lecz widocznie elfka wciąż czuła silną potrzebę wytłumaczenie się.
- Może zabrzmi to naiwnie, może dziwnie, a z pewnością niezrozumiale. Ale wypowiadając to, co czuję po elficku... mam wrażenie, że wówczas ma to większą siłę... Silniej przemawia do mnie. To był jedyny powód, dla którego przemówiłam w taki, a nie inny sposób.

Sz

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

Komplement, szczera prawda, próba przypodobania się... każdą z nich pewnie by Poszukiwacz potraktował w ten sam sposób. Milczeniem i lekkim, skinięciem głową, który to ruch mógł wyrażać praktycznie wszystko, a zarazem i nic.
- Poświęciłem wszystko, by dążyć do doskonałości. Nie mogłoby być inaczej. Jestem Bractwem, a Bractwo jest mną - usprawiedliwił się, ale także i w pewien sposób ostrzegł. Jakby chciał, pragnął... by nic więcej w nim nie szukała, by nie widziała więcej, niż jest. By nie oczekiwała, że opuści Bractwo, że się zmieni. A może też były to zbyt daleko wysnute wnioski i chodziło tylko o uzasadnienie jego postępowań, a nie nic więcej?
- Bractwo zajmie się celem - oświadczył, jakby było to zgoła oczywiste - Im mniej osób, tym lepiej - lecz pomimo że sam nie uczynił żadnego gestu, nie cofnął dłoni, to także i nie uścisnął jej. Ręka Cienia pozostawała zimna. Bezwładna.
- Jeszcze w tej chwili nie zdecyduję kto. Ani jak. Lecz na pewno będzie to ktoś z nas - znający zaś Poszukiwacza lepiej i ci, co odbyli z nim niejedną misję wiedzieliby, że prawdopodobnie on sam podejmie się eliminacji celu. Słowa te nie padły jednak na głos. Cień milczał. Były tylko ich połączone dłonie. I cisza.
Przynajmniej było tak dopóki nie padło na nie spojrzenie Poszukiwacza. Podniósł się wówczas pośpiesznie, czar chwili prysł.
- Musimy ruszać.

L
[Ja oszalałam. Musisz mnie powstrzymać. Ale to musisz. Mi po głowie chodzi pomysł na postać! ]

Dibbler pisze...

[Dibbler, to Dibbler, zawsze był jako Dibbler, choć niekiedy jacyś szaleńcy wpisywali go pod pełnym mianem. Jeśli jesteś szaleńcem, wpisz pełne.

Co do wątku... Bogowie. Wystarczyło bym przeczytał ostatnią odpowiedź Nefryt do Luciena żeby iście szatański pomysł mnie nawiedził.
Nefryt będzie potrzebowała znów pomocy Cieni... I rzecz jasna, zażyczy sobie, by to Lucien znów przybył. I tak też zostanie jej obiecane.
Nadchodzi dzień stosowny do pojawienia się Czarnego, a tu proszę. Dibbler. Ten, który zbiegł z więzienia, gdyż jakiś inny Cień go zdradził. Zły, okropny, bezczelny i podstępny.
Brat Nieuchwytnego, choć to informacja, którą znają jedynie on i jego braciszek.
Słowem, Nefryt wpadnie w ładne tarapaty, bo Dibbler to nie Lucien i czasem dobro misji ma w nosie. Podobnie jak dobro zleceniodawcy.]

Dibbler pisze...

Zlecenie - zleceniem, ale zabawić zawsze się można.
Według takiej to zasady Dibbler zwykł działać. Dlatego zapewne jedynie jacyś zamachowcy samobójcy wybierali go jako Cienia do kontraktu. Zapewne rzeczona Nefryt też nie została powiadomiona o tej małej zmianie planów, jaką była nieobecność Czarnego Cienia.
Cóż, w zamian jednak Bractwo wysyłało jednego z najlepszych. Co prawda, szalonego, ale jednego z najlepszych.
Dibbler potrafił wiele. Ale jego osobistą umiejętnością, niepowtarzalną i zarazem tą, której najczęściej używał, była zmiana własnego ciała w dym, czy też cień.
Tak to też, tym właśnie sposobem, przekradł się on na tereny obozowiska Nefryt. Gdzie znalazł się zabójca, tam cień nieco gęstniał. I chwilę musiał czekać, nim reszta jego jestestwa go dogoni. Dematerializacja miała także swoje minusy, jak na przykład rozłażące się ciało w postaci dymu. Czasami na scalenie musiał czekać godzinami. Ale było warto.
Siedziała ona na kłodzie, przy ognisku, a otaczali ją ludzie. Ludzie z bandy. Dibbler wyróżnił zielonowłosą, co do której miał ciekawe informacje, jednak, nie zamierzał ich wyjawiać. Nie to obejmował kontrakt.
Smużka dymu wywędrowała z lasu w którym się krył i leniwie przesunęła się nad trawami, w końcu nad ogniskiem, przy okazji ściągając na siebie liczne spojrzenia.
Teraz chwila, moment, dym osiadł na ziemi, zgęstniał i uformowała się z niego sylwetka. Już ktoś impulsywny ciął, lecz ostrze jedynie przez dym płynnie przeszło. I dopiero potem dym zmienił konsystencję na tkanki, ścięgna, krew i kości. Potem pojawiło się i ubranie jego, ciemny płaszcz. A wszystko to trwało nie dłużej niż chwilę, dwa uderzenia serca.
Znów jakiś impulsywny człowiek rzucił się na jego plecy. On jednak uchylił się zwinnie, z drwiącym uśmieszkiem na ustach, w pół zgiął ciało, a delikwent przeleciał nad jego plecami i łupnął na ziemię. Następna była jakaś kobieta, którą Dibbler błyskawicznie pochwycił za nadgarstek i wykręcił go. Dziewczyna zawyła z bólu. Byli też inni, lecz ich powstrzymał on. Zdrajca.
Tak tytułowany przez Czarną Rękę, a Phantomhive miał głęboko gdzieś czy wydał on ich sekrety czy kto inny.
Kruk, bo to właśnie on był Zdrajcą, wyszedł przed szereg.
- To Cień. I nie ma tu nikogo, kto mógłby mu zaszkodzić. - to chyba ostudziło zapał ludzki, bo gniewne pomruki podniosły się. Jednak nikt nie atakował.
A on, Gardło Sobie Podrzynam Dibbler zwrócił swe oblicze ku Nefryt. Szare oczy zdawały się wwiercać w jej osobę, przepalać duszę.
- W sprawie kontraktu w zastępstwie za Poszukiwacza - rzucił niedbale i wyprostował idealnie swe plecy. Gdyby słuchała opowieści, wiedziałaby co opowiadają o nim to na gościńcach.

[prosz.]

Lucien - Szept - Devril pisze...

Orszak poruszał się powoli, kilku zbrojnych rycerzy otaczających dwie karety. Biorąc pod uwagę trakt, po którym się poruszali, niechybnie zmierzali do Królewca. Zaś spoglądając na herby, można było odgadnąć, że z Demaru ich droga wiodła, gośćmi dostojnymi pana gubernatora będąc. Zwykli chłopi mogli tego nie widzieć, bo im symbole rodowe niewiele zdradzały. Lecz oko kogoś, kto choć trochę co zamożniejsze rody poznał, zasmucić mogło oblicze. Była to kerońska arystokracja, która to z taką łatwością zaakceptowała to, co się wydarzyło, nowej władzy się podporządkowując. Wstyd patrzeć, jeszcze większy wstyd mówić.
Lecz ci ludzie, bogacze, magnateria... oni zdawali się nie odczuwać wstydu. Wystrojeni, obsypani klejnotami i złotem, cieszyli się, podczas gdy prości ludzie marli z głodu, ciemiężeni pod surowym jarzmem Wirginii. Nic to.
Jeden z arystokratów, widno znudzony monotonią jazy i kołysaniem powozu przesiadł się na wierzchowca. Kasztan, sam przez earla wybrany, prezentował się wspaniale. Może zresztą dlatego młody Winters wybrał właśnie jego. Ale odchodząc od wierzchowca, można przyjrzeć się panu. Szatyn, spod ściągniętych brwi spoglądały zielone, ciemnozielone oczy. W nieskazitelny strój miał wpięty rubin, zaś na palcu serdecznym widoczny był rodowy sygnet. Niektórzy uważali, że mężczyzna jest przystojny. Dominowała jednak opinia, że zbytni z niego utracjusz i hulaka, choć wyborowy towarzysz zabaw i uciech wszelkich. Niegdyś całkiem ochoczo stawał w szranki, popisując się umiejętnościami. Podobno jednak po wojnie porzucił ćwiczenia, oddając się pijaństwie, nocnym balom i uciechom.
Te i inne słowa powiedzieć można o earlu Drummor, jak i o każdym z arystokratów. Przede wszystkim zaś, żaden z nich nie był zapobiegliwy. Żaden z nich nie zważał na to, co w drodze podróżnego spotkać może. Powinni byli o tym pomyśleć.

D

Kaino (Czarne Skrzydło) pisze...

[Si <3 Och widzę, że ktoś lubuje Pieśń Lodu i ognia <33333 (czyt. lato trwało trzydzieści lat). To cudownie, ponieważ ja też jestem wielką i niezawodną fanką tegoż serialu i tejże sagi *.*]

Kiedy usłyszał w ciemnościach słodki, kobiecy głos, pomyślał, że Bogowie czuwają nawet nad taką podłą istotą, jak on.
Przezwyciężył w sobie otępiający ból i wyciągnął ku nieznajomej drżącą rękę. Była zimna, biała i koścista, ale wyraźnie domagała się pomocy.
W tamtej chwili Kaino nie zastanawiał się czy aby pojawienie się nieznanej mu istoty zwiastowało jakieś problemy. Nawet jeżeli kobieta była plugawą istotą nie obawiał się jej. Wszak sam należał do świata mroku, nie bał się śmierci.
- Pomóż mi, dobra kobieto. - wychrypiał - Błagam.

Lucien - Szept - Devril pisze...

Elfka spojrzała gdzieś w bok. Jakże trafnie ujęła to wszystko stojąca przed nią kobieta. Cząstka domu. Domu odległego, do którego nie miała prawa wrócić i do którego nawet nie powinna rościć sobie praw. Miała tylko wspomnienia. I elfią mowę.
Dom jest tylko jeden. Mniej więcej tak w pierwszej chwili zareagowała. Dopóki nie pojęła, że i namiastką domu była dla niej dawno opuszczona Strażnica Ife, kamienica w Królewcu gdzie rezydował Alastair... Las Larven. Nie, dom nie był tylko jeden.
- Wszystko zależy od okoliczności. Może ten, kto nazwał cię okropnym uczniem, sam był okropnym nauczycielem? - zdała sobie sprawę jak to mogło zabrzmieć i uściśliła - Nie twierdzę, że potrafię uczyć. Ale wiem, że mogę spróbować.

Sz

Lucien - Szept - Devril pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Lucien - Szept - Devril pisze...

Prawdopodobnie nawet wśród Cieni było niewiele osób, które żyły tylko i wyłącznie Bractwem Nocy. Może popełniał błąd Poszukiwacz, lecz któż ich nie popełnia? Każdy miał prawo do błędów.
Wierzył w Cienie, bo tylko je miał. Nie jest łatwo zmienić zdanie z dnia na dzień, porzucić to, co było dla niego najistotniejsze. To, co było jedyną rzeczą, która kiedyś trzymała go przy życiu.
Jeszcze nie wiedział, że nie wszystko poszło zgodnie z planem. Jeszcze nie wiedział, że Łowczyni i Niedźwiedź zostali w drodze rozdzieleni, że do Kansas dotarła tylko elfka. Jeszcze nie wiedział, że zgotowano im tam powitanie. Powitanie nie należące do przyjemnych.

L

Lucien - Szept - Devril pisze...

W zasadzie równie dobrze powiedzieć można, że wrzasnął. Dość pokaźnych rozmiarów szlachcic wytoczył się z karety, wymachując desperacko rękami i wyklinając eskortę, która tak łatwo dała się pokonać i podejść. Devril z ledwością zapanował nad sobą, by grymasem nie zdradzić, jak bardzo brzydzi go zachowanie desperata. Lecz z drugiej strony sam różnił się od niego tylko tym, że potrafił zachować milczenie. Gdyby jeszcze Nessa nie była wśród podróżnych.
- Klejnoty, złoto, nasze rodziny zapłacą okup! Puśćcie nas tylko, darujcie życie! - niewiele brakowało, a zacząłby kwiczeć niczym zarzynane prosię. Czy wszyscy ci pożal się bogowie arystokraci byli ślepi?
A może to po prostu on, od czasu spotkania w Kansas podświadomie oczekiwał, że jeszcze raz zejdą się ich ścieżki?
- Oni nie chcą twojego złota, tylko żywności - rzucił dość głośno, zdawałoby się, że nie panując nad nerwami - Ale i to pewnie wezmą, jak przekonają się, że akurat żywności tu nie masz zbyt wiele.
- Nie musiałeś im tego mówić! Jestem szlachetnie urodzonym... - urwał, wpatrując się rozszerzonymi oczami w postać czarnowłosej pani herszt. Devril poruszył się, lekko, niemal niedostrzegalnie. Czyżby...
- To Nefryt! Nasza rodaczka! Jesteśmy uratowani. Nie grabisz i nie zabijasz rodaków. Jesteśmy....
Earl Drummor znów poruszył się w siodle, tym razem z tej przyczyny, że kazano mu zsiąść. Dziwnie przy tym kaszlnął, jakby maskując śmiech.
Rodaczka, dobre sobie. Baron musiał być albo pijany, albo ślepy. I do tego zapomniał, że Nefryt była zaciekłym wrogiem Wirginii. W jej oczach wszyscy oni musieli być zdrajcami.
Poprawka. Byli zdrajcami. Nefryt... Nessa zawsze lubowała się w opowieściach o pani herszt i miał nadzieję, że nie wyskoczy teraz z żadną prośbą, by przyjęto ją do bandy. Póki co była chyba zbyt przerażona... i dobrze.
- Pozwolisz nam jechać dalej, prawda? - baron wyciągnął przyozdobione zbyt dużą liczbą pierścieni palce w stronę pani herszt.

D

Kaino (Czarne Skrzydło) pisze...

[Wieelka szkoda, w takim razie polecam i obejrzenie tego serialu. Jest mega wyczesany! To właśnie tam lato i zima trwają po kilka lat, a problemem wszystkich ludzi jest zbliżająca się po długim lecie zima <3 I wygląda na to, że będzie to jedna z okropniejszych jaka może być :D]

Kaino odetchnął z ulgą, kiedy z ciemności wyłoniła się nieznajoma. Zrozumiał, że jego modlitwy zostały wysłuchane i Bogowie zesłali ją ku niemu.
Wiedział, że nie wygląda w chwili obecnej na zbyt przyjaznego więc z trudem schował kły, żałując, że nie może zrobić tego samego ze skrzydłami, ale połamanych nie miał odwagi ruszać.
- Nie wiem nawet gdzie jestem, pani. - Odezwał się ledwie słyszalnym głosem. Odpływał. Obrazy przed oczami przychodziły do niego i odchodziły. Sama wybawicielka stawała się na chwile wyraźna tylko po to, aby za chwile spowiła ją mgła jego otępiałego umysłu. - Wilki... stado Wilkołaków... było ich tak wiele, nie miałem szans - Wyjaśnił z trudem dobierając słowa i zamknął oczy.

Dibbler pisze...

Dibbler, on, sadysta i morderca bez sumienia prócz swej dematerializacji potrafił jeszcze całkiem sporo innych, nieprzydatnych rzeczy. Jak na przykład... Na przykład czytanie mowy ciała i tego, co głęboko w oczach siedzi. Być może dlatego był takim niebezpiecznym rozmówcą. Być może dlatego w ogóle był niebezpieczny i w kontaktach z nim zalecano ostrożność z najwyższej półki. Dibbler był szalony.
- Czyżbyś miała wątpliwości? - drwiący ton i szarmancki uśmiech na ustach. To zestawienie kompletnie się ze sobą kłóciło. I te oczy.
- Poszukiwacza wezwała... Nagła sprawa. Jego podopieczna zaginęła. - odpowiedział nad wyraz gładko, bo i taka była prawda. Iskrę wcięło.
A gdyby tego było mało... Dibbler sięgnął do rękawa i wydobył stamtąd zgięty kawałek papieru. Wytyczne misji. I teraz bezczelnie sobie usiadł wśród ludzi Nefryt i zaczął się zaznajamiać z misją. Cóż, wcześniej nie miał na to ani czasu, ani ochoty.

Lucien - Szept - Devril pisze...

Baron zatoczył się, jakby go uderzyła. Devril przypuszczał jednak, że to ze strachu. Chyba widział już swoja głowę oddzieloną od tułowia i zastanawiał się, co też stanie się z całym, tak skrzętnie nagromadzonym majątkiem. Cóż, nawet teraz nie potrafił nie ujawnić lekkiego grymasu... pogardy. Może i miał uchodzić za zdrajcę, lecz nie będzie żebrał o litość. Na to był zbyt dumny. Nie przewidział jednego. Gdy zawodzący głośno i szlochający baron skulił się, chyłkiem wycofując, nierozsądna jego własna kuzynka wychyliła głowę, szukając źródła zamieszania.
Tego było za wiele nawet dla earla. Zaklął, dość brzydko, dziwnym trafem po wirgińsku. Samo to wzburzenie spowodowało, że pytanie zamarło na ustach dziewczyny i pośpiesznie schowała się.
A Devril, już po kerońsku, zwrócił się do tej, którą zwano Nefryt.
- Dobrze, zrozumiałem. Żadnego okupu nie chcesz. Plugawe złoto ci na nic... nawet do napchania waszych brzuchów i okolicznej ludności. Masz ochotę na samosąd? Proszę bardzo, wykonuj - kątem oka zobaczył, że baron znajdował się już poza zasięgiem słuchu.
- W karecie są dwie kobiety. Małżonka pana barona, którego miałaś przed chwilą zaszczyt - dziwnie ironicznie wymówił to słowo - poznać, a także Elain Winters. Może chociaż rozważysz ich sytuację.
Jak na kogoś, kto nie miał tu nic do decydowania, przemawiał z dość dużą pewnością siebie. Cóż, widocznie był aż tak pyszny. Głos nie pozostawiał jednak wątpliwości. Był to Devril Winters.
Zam zaś earl był przekonany, że księżniczka... znaczy się Nefryt, musiała go nie rozpoznać. Dobrze, To ułatwiało sprawę.

D

[Nie ma sprawy, jasne. Ja nie gryzę, ani moje postacie też raczej nie. Poczekamy spokojnie. Odnośnie przybycia - mamy kilka opcji. Po pierwsze, ile Cieni się stawi? Może być, że przybędzie Łowczyni + ranny Niedźwiedź. Byłabym jednak za opcją, by zjawiła się sama elfka, a Niedźwiedź został w jednej z kryjówek, lecząc rany. Ktoś ich słowem napadł... dość dobrze zorientowany. Następna kwestia. Mieli wyznaczony czas. Sugeruję, by Łowczyni zjawiła się na ostatnią chwilę. Tyle odnośnie Cieni.
Druga sprawa. Wejście. Sugerowałabym kłopoty przy bramie. Nie wiem, czy czytałaś na forum. Ale jeśli gubernator myśli, że N chce się przyłączyć do powstania, może pilnować aż nazbyt pilnie (tylko nie wiem, czemu by sam nie chciał go stłumić... chyba, że chce "złowić większą rybę"). Do tego bym dodała, by byli świadkami jakiejś egzekucji. Potem L dowiaduje się o wzmożonych strażnikach i o tym, że Nefryt jest poszukiwana. Zaś w chwilę później zjawia się posłaniec, który wypytuje o kobietę odpowiadającą wyglądowi twojej pani - wiem, w dużym skrócie, ale tak z grubsza bym to widziała. Dalej nie piszę, bo chwilowo wena prysła]

Sol pisze...

lekko się zawahała, patrząc przez ramie w tyl, na drogę która tu przyszła. Cóż. Cóz, mogła pomoc, spróbowac zawsze, ale cz zaplatę za to brać. Nie złota potrzebowała, a prawdy i spokoju. To ostatnie moż ei mogłaby za pomoca brunetki uzyskac, ale to pierwsze.... to pierwsze wiązało się z czym innym, wiazalo się z tym, że musiała wrócić do domu i rozwiązac sprawy wazne i wazniejsze dla niej i dla Alasdaira. Do cięzkiego diaska, gdzie on się podziewał!?
- Jestem Sol - wyciagneła rekę, nie bojąc sie, ze miecz w pochwie u pasa kobiety, zaraz jej ją odetnie. Znać swoje imiona chyba powinny, skoro prócz krotkiej rozmowy, do pewnego konsensusu doszły?
- Złota nie potrzebuję, a bezpiecznej drogi do stolicy tego kraju - tego kraju, bogowie, nawet jego nazwy nie znała dobrze. Jeszcze. Niedlugo miałaby sie tu poczuc, niemal jak w domu.
Skinela głowa, zgadzajac sie ruszyc za kobieta i zaraz też poprawiła sznureczki pod szyja, wiążące w supełek tasiemki obszernej peleryny, która utrzymywala sie na ramionach, która w jakikolwiek sposób mogła chronić od wiatru, zimna, deszczu.
- Prowadź.

Kaino - Danell pisze...

[Ja oglądam na kinomaniak.tv :) Naprawdę warto oglądnąć, super serial. Ale książka jeszcze lepsza <3]

Kaino jęknął, kiedy ktoś wsunął mu rękę pod plecy i oderwał ciało od ziemi. Każda rana, jaką zadano mu w skrzydła dała o sobie teraz znać.
Gdzieś z otchłani dochodziły go cudze głosy, ich musiał się trzymać.
Nie poddawaj się.
Nie poddawaj się.
Kiedy otwierał oczy widział tylko skrawek obrazu, resztę przysłaniały cienie, które chichotały do jego uszu, nie rozumiał jednak ich słów.
Ktoś położył go na grzbiecie konia i przywiązał jego kończyny, mocnymi linami. Nie było mu zbyt wygodnie, ale wiedział, że cierpienie to, zaprowadzi go ku uldze.
Ludzi było więcej, rozróżniał ich głosy, ich kroki, widział zarys ich sylwetek, ale oczami szukał tej, która znalazła go jako pierwsza.

Kaino.

[Zachęcam również do wątku z Danellem :D]

Lucien - Szept - Devril pisze...

Uniosła głowę, wcale nie przestraszona czekającej ją próby. Raczej zdeterminowana, by przejść ją pomyślnie. Jeśli nawet miała jakieś obawy, te były ukryte głęboko na dnie jej oczu... i w sercu elfiej pani.
- Mam moją magię - odpowiedziała dźwięcznie, odruchowo muskając dłonią Amulet Kosiarza. Potem, z dziwnym, nieco przebiegłym uśmiechem, tak niepodobnym do poważnej elfki dodała:
- I sztylet. Nie znaleźli go - jakim cudem nadgorliwi strażnicy pominęli ostrze miało pozostać tajemnicą. Lecz mogły przypomnieć się Nefryt słowa Szramy o dziwnej rezygnacji elfki...
- Więcej mi nie trzeba... Nie wiem, jaką próbę masz dla mnie, ale nie jestem sama. Znajdę obronę wśród natury - Nefryt nie mogła wiedzieć o podążających za elfką wilkach i kruczym chowańcu. Jeszcze nie miała okazji ich poznać.
- Jestem gotowa.

Sz

Lucien - Szept - Devril pisze...

- Jakbyś nie zauważyła, one nie napadają wędrowców - teraz chyba pozwalał sobie na zbyt dużo. I pożałował tych słów chwilę później. Jeśli coś stanie się Elain... Ale jego kuzynka nie wydawała się przestraszoną. Już przynajmniej nie. Niebieskie oczy dziewczyny śledziły każdy krok Nefryt...
- Z zaproszenia królowej i gubernatora... zmierzamy na turniej do Królewca i bal na cześć Jej Wysokości - baronowa nie mogła popisać się większą głupotą. Ale może to strach kazał jej powiedzieć prawdę. Elain mruknęła coś pod nosem, a earl był niemal pewny, że nie było to nic pochlebnego. Jego kuzyneczka miała zapatrywania takie same jak jej brat... i jego ojciec, niech bogowie przyjmą ich do siebie. Boleśnie świadom, że pani herszt jakby unika patrzenia na niego zmarszczył brwi. Poruszył skrępowanymi rękami...
- Earl Drummor, Devril Winters. Tak się nazywam - zapragnął zwrócić na siebie uwagę - Będą nas szukać. Jesteśmy oczekiwani - miał nadzieję, że tylko on i ona wychwycą to ostrzeżenie, wplecione jakoby w słowa zmartwionego arystokraty.
- Jeśli chcesz coś wiedzieć... pytaj mnie - Podejdź, tak, podejdź - Jeśli chcesz kogoś zatrzymać, jako rękojmię, gwarancję okupu, zatrzymaj mnie - miał nadzieję, że chęci te zostaną przypisane tylko próbie bronienia kuzynki, oczka w głowie Devrila.

D

Kaino - Danell pisze...

[Nie wiem, to może być dość trudne, bo Danell siedzi sobie w swojej rybackiej wiosce. Naturalnie obóz Nefryt mógłby tam za biwakować, jednak nie wiem czy wtedy byłby z nimi już Kaino :) No, ale pożyjemy, zobaczymy ^^]

Kaino już nie spał, ale nie otworzył oczu. Ciemne włosy rozkładały się na worku, wypchanym słomą, który podłożono mu pod głowę. Ktoś dał mu wcześniej wody, a spękane usta posmarował lepką maścią, która najpewniej była ślimaczym śluzem.
Ciemne, jak smoła rzęsy drgały na szczupłej, niemal zapadniętej twarzy.
Dłonie nieświadomie zaciskał na twardym kocu, którym go okryto.
Jasny płomień, drgający w palenisku, muskał go łuną pomarańczowego światła.
Północy wiatr dął w materiał namiotu, ale wewnątrz i tak było ciepło. Gdzieś poza nim dochodziły go odgłosy rozmów, śmiechów i biesiadowania.
Kiedy usłyszał jej kroki, lekko uniósł powieki i zawiesił na niej swoje spojrzenie.
- Ty... - odezwał się cicho -... ty mnie wybawiłaś.

Sol pisze...

Rozpromieniła sie na te propozycje i ochoczo skinela głowa. O tak, bardzo, bardzo chcialaby w twoarzystwie do stolicy dotrzeć. To i bezpieczniejsze i wygodniejsze, nawet przyjemniejsze, niż samotna wędrowka. W końcu kto jak kto,a le ona chciałaby móc się do kogos odezwac, chcialaby mieć tę świadomośc, ze nie musi co chwila rozgladać sie na boki w poszukiwaniu zagrożenia. Niesttey juz takie jej szczęście było, ze tylko i wyłącznie kłopoty na siebie ściagala!
- Z chęcia udam sie do stolicy wraz z tobą - nie musiała sie nawet zastanawiać, czy to rozsądna decyzja, byla pewna, że tak.
A gdy dotarly do obozu, gdy wreszcie zostala wprowadzona w namiot, brwi jej ściagniete zostały nisko. Hmmm, jej matka zielarka była najznamienitszą z jaką miala okazję się spotkac, z medykami współpracowała i nie raz zdarzało sie, ze ich prace poprawiała, bo w swych ambicjach i na lekarke chciała się uczyć. Sol na szczęście po niej wiedzę odziedziczyła, choc zmudna to była praca i trudne lekcje. Plusem jednak dodatkowym bylo to, ze w Sol tetnił zywy ogien, jakkolwiek to brzmiało, ona po prostu nie tylko na głowie i w oku, ale i w sercu miała ten zywiol, we krwi jej płynął, jak lawa leniwie w kraterze wulkanu.
- Od kiedy on taki? - skineła na leżącego slabego męzczyzne, przenosząc wzrok z Nefryt na driadę.

Dibbler pisze...

Zignorował jej pierwsze pytanie i zagłębił się w tekst pisany pochyłym pismem. Mamrotał pod nosem, wyklinał i przeklinał. Kiedy to niemal na niego nakrzyczała, poczuł przypływ irytacji. Warknął pod nosem, wzrok podniósł i utkwił w jej twarzy. Grymas gniewu wykrzywił rysy jego.
- Wcześniej nie było na to czasu. - burknął i wrócił do zaznajamiania się ze szczegółami. Mógł być w wielu miejscach na raz, mógł słuchać wielu wieści. I przede wszystkim, widzieć mógł. Choć jako wiązka dymu, choć jako cień jakowyś, mógł.
Niebezpiecznym było wiedzieć. A najgorszym było świadomie podsłuchiwać, a potem świadomie tą wiedzę wykorzystywać. Dibbler właśnie to robił. Ostatnim razem przyglądał się misji Luciena. Wiedział o słabości herszt do tegoż Cienia. Wiedział i ogromnie go to bawiło, jak każde pozytywne uczucie.

Kaino - Danell pisze...

Słuchał jej uważnie, każdego słowa, które wypowiadały jej usta. Musiał się skupiać na jej wargach, aby zrozumieć w pełni wszystkie wyrazy. Dźwięki wciąż dochodziły do jego uszu, jakby z wielkiej, dzikiej otchłani, ale czuł się dużo lepiej. Nie wiedział kto go opatrzył, ale musiał użyć niesamowicie dobrych maści i ziół, bo gorączka zaczęła spadać.
- Nazywam się Kaino - powiedział, przyciskając do ust zwiniętą dłoń i zakaszlał. Przymknął na chwile oczy i znów je otworzył - Pochodzę z gatunku Walkorów, ale... - zaczerpnął powietrza -... ale nie oczekuje, że słyszałaś o nich.
Po chwili ujął jej dłoń i mocno zacisnął ją we własnej.
- Chcę ci gorąco podziękować. To... to, co mówisz jest prawdą, dlatego dziękuje ci, że postąpiłaś szlachetnie i nie zostawiłaś mnie tam samego.

Kaino - Danell pisze...

[Mnie pasuje :D Potem wiesz, jak oni się skapną, że są braćmi to ich wspólnie spotkać będzie można :D Mnie obojętnie czy wątek zaczniemy dziś czy jutro, czy kiedyś tam, więc nie ma pośpiechu :)]

Lucien - Szept - Devril pisze...

Uniósł głowę, jakby wyczuwając jej obecność, zielone oczy wycelowane prosto w jej twarz. Ostrzeżenie we wzroku.
- On jeszcze nie wie, kim jesteś... - tylko tyle. Wieloznaczne. Ale choć stała tak blisko, bał się mówić znacznie bardziej otwarcie. Nie chciał... Po prostu wolał powiedzieć za mało niż za dużo. Kolejne słowa wywołały istną burzę. Przeczący gest. I wrzask barona, który zaczął gwałtownie protestować, krzyczeć coś o mordowaniu, bezprawiu i godności.
Elain zbladła może odrobinę, bardziej przestraszona krzykami barona niż niewolą. Jej brat zginął wraz z ojcem Devrila, walcząc do ostatku z Wirginią. Może była głupią, naiwną gąską, lecz chciała zostać w obozie Nefryt. Dziewczyna, w przeciwieństwie do kuzyna ani podejrzewała, kogo ma przed sobą.
- Dowodem uznania byłaby wolność mojej kuzynki. Niemniej, widzę, że pokładasz we mnie spore zaufanie - przekonać gubernatora i wrócić. Baronowa wydawała się przekonana, że Escanor na to przystanie. Devril w to nie wierzył. I tym bardziej martwił się o Elain.
- Jeśli taka jest cena, wypełnię zlecone mi posłannictwo. I wrócę, niezależnie od jego wyniku - odezwał się, na chwilę przenosząc wzrok na kuzynkę. Niema obietnica. Nessa mogłaby bać się znacznie bardziej... nie była bowiem bezpieczna. Gubernator dość miał już napadów Nefryt i nie miał cofnąć się przed niczym, by nie pozbyć się pani herszt. W najlepszym zaś razie po prostu odmówi. Na miejsce barona zaraz znajdzie innych. A Elain... dziewczyna była dlań nic nieznaczącą gąską...

D

Sol pisze...

Zgadywała, ze leżacy przed nimi chory to ktoś dla Nefryt bliski. Sam jej ton, to smutne spojrzenie i opuszczone ramiona świadczyły o tym wlasnie, ze bardzo zalezy jej na uzdrowieniu mężczyzny. Moze Sol popełniła błąd dajac im nadzieję? Nie była uzdrowicielka, a i nie znała sie tez na uleczaniu tak dobrze jak jej matka.
- Potrzebuje wrzątku i alkoholu i wszystkich waszych ziół, nie zapas caly, ale by przynajmniej po jednej gałązce sie tu znalazło, musze wiedziec co macie u siebie - stwierdzila pospiesznie, zdejmując z ramion peleryna, włosy odrzucając dla wygody na plecy i przysiadła na brzegu poslania chorego. Pot kroplił mu sie na skroniach, oddech mial cięzki i płytki, jakby coś go w płucach uciskało, na dodatek blady był jak snieg, tylko usta jakos dziwnie wyschniete, skora wokół nich pomarszczona, a kolor warg siny niemal. Dziwne, jakby pocalunek smierci zdolal jakos przezyc, takie pierwsze skojarzenie.
- I zimnej wody do zbicia goraczki trzeba nam - dodala, przykaldając reke do czoła chorego. Gorące.
Intuicyjnie zazwyczaj działała, bo i wiele nauk z medycznego leczenia i zielarstwa nie pobierała nigdy, a więc teraz tez zgadywała. Chwyciła za gliniana miskę i wlała na dno niezwykle aromatyczny olejek, który wyciagnela z swojej torby podróżnej, byla to mieszanka ktorej zapach aż draznił nos, powodował nieustępliwe swedzenie w nosie i już po chwili sama Sol musiała kichnąć.

Lucien - Szept - Devril pisze...

Przez chwilę przyglądał się jej badawczo, jakby zastanawiał się, czy coś jeszcze dodać. Wierzył jej słowu. Lecz co zamierzała zrobić, gdy powróci z niczym? Któż wtedy miał na tym ucierpieć? I co, jeśli gubernator będzie miał w zanadrzu jakiś niecny sposób...
Skłonił się tylko. Zamiast słów. Arystokrata. Po czym dosiadł kasztana, tego samego, na którym uprzednio jechał, a którego teraz mu podano, nawet jeśli nieco niechętnie.
- Elain, trzymaj się blisko pana barona - polecił kuzynce. I nie chodziło o to, że będzie w niebezpieczeństwie w obozie. Bał się raczej o to, co powie. Nessa... cóż, w niektórych sprawach była tylko dzieckiem. Nie rozumiała...
Zmusił konia do kłusa, za chwilę znikając wśród drzew. Stojąca obok Elain wyszeptała.
- Uważaj na siebie... - z oczu młodej dziewczyny spoglądała troska. Ale zaraz spojrzała na Nefryt. Z niezdrową jak na więźnia ciekawością.
- Słyszałam o tobie - zaczęła - Mówią, że chronisz Kerończyków. I że jeszcze cię żaden Wirgińczyk nie przechytrzył. Jesteś dzielna. Naprawdę. I odważna - szczęściem, barona nie było w pobliżu.
- Pewnie myślisz o nas jak najgorzej. Słyszałam. Wtedy... - młoda dziewczyna nie była jednak aż tak nieświadoma - Chyba nie jestem tak odważna jak ty, by coś zrobić. Sama. A Dev... Devril... earl Drummor... - urwała. Niewiele było słów na usprawiedliwienie czynów earla i Elain była tego świadoma.
- Mój brat walczył za Wolną Keronię. Stracili go w Kansas, razem ze wszystkimi. Razem z ojcem Deva, starym earlem - wyznała już ciszej.

D

Lucien - Szept - Devril pisze...

Dziewczyna z wdzięcznością przyjęła oferowane jej okrycie. Zimno zaczęło jej dawać się we znaki. Otuliła się mocniej płaszczem, ewidentnie nie zamierzając słuchać kuzyna. I ewidentnie nie zamierzając trzymać się barona. Elain może była naiwną, może gąską, ale nie lubiła tego tchórza. Był... Nie.
- Ale... - zawahała się - Ja ... Dev zawsze mi mówił, że za dużo mówię. Ja po prostu... - Elain, przez bliskich nazywana Nessą, zmieszała się.
- Może więc... mogłybyśmy się poznać? - zapytała nieśmiało, z pewną dozą nadziei widoczną w oczach.
- Może... może będę mogła zostać u ciebie? W obozie? Ja... ja nie chcę wracać do Drummor. Ani do Królewca. Ani tym bardziej do Twierdzy. Mój brat zginął walcząc za ten kraj... a ja... - widocznie dziewczyna uznała, że może to powiedzieć komuś, kto sam walczy za sprawę.
- Ja mówiłam o tym Devrilowi... ale on ... cóż, on mnie może nie wyśmiał. Ale coś w jego oczach... Czy, gdybyś mi zaufała, mogłabym zostać? - znów wróciła do pytania. Nie zdawała sobie sprawy, nie mogła wiedzieć, że to co widziała wtedy w oczach kuzyna było troską. Troską o nią. I żal. Żal, bo i ona, jedyna osoba z rodziny, widziała w nim zdrajcę. Ale tego już poczciwe dziewczę nie zrozumiało.
- W Drummor jestem tylko ja... I matka Deva... Ale ona... cóż, służba mówi, że popadła w obłęd. Ja ... - urwała, przypominając sobie ostrzeżenie Nefryt i zaczerwieniła się.

D

Kaino - Danell pisze...

[Zamierzam pisać notki, więc pewnie wszystko będzie rozgrywać się na łamach opowiadania, jednak nie mam nic przeciw temu, aby Danell poczekał na swój wątek cierpliwie. xD]

Zdziwił się słysząc, że zna jego rasę. To skłoniło go, żeby zebrał w sobie siły i przyjrzeć się jej z uwagą. Kiedy to zrobił, kiedy jego ciemne oczy prześlizgnęły się po jej twarzy, uśmiechną się delikatnie.
- Nefryt, ładne imię. Pasuje do silnej i pewnej siebie kobiety... i tak jestem tym, za kogo mnie bierzesz - znów zakasłał - Domyśliłem się, że musisz być jakimś zbójem. Tylko takich można spotkać późną nocą, ale... - przetarł czoło, odgarniając z nosa grzywkę - Nie mam wątpliwości, że nie jeden lord odmówiłby mi pomocy, ale nie ty. Powiedz mi proszę, gdzie obecnie się znajduje - próbował się rozluźnić, ale obolałe ciało zdawało się do niego już nie należeć.

Lucien - Szept - Devril pisze...

- Nie wymagam tego od ciebie. Zresztą, tych problemów chyba nic nie rozwiąże. Jak powiedziałaś, zmarłym nie zwróci się życia. A chyba tylko to uleczyłoby... - urwała, spoglądając w bok. Z dziwnym smutkiem. Rozumiejąc, jak duża przepaść istnieje między życiem, jakie dotąd wiodła ona, a jakie przyszło wieść pani herszt. Może nieco zbladła na wspomnienie czynów, jakie Nefryt wytknęła jej, nie oszczędzając żadnego. Ale odpowiedź jej, była nad wyraz poważna.
- Nie wiem. Wiem, że robisz to, do czego zmusiły cię okoliczności i wybory. Walczysz za ludzi z tych ziemi, wspomagasz ich. Nie mów mi, że jest inaczej. Ludzie mają mnie za naiwną, młodą... Ale aż tak naiwna nie jestem. Wiem, że zabijałaś. Wiem, że świat nie jest czysty i piękny. Znam śmierć, moi bliscy wszak nie żyją. I nic ich już nie wróci. Kocham Devrila, ale wiem, że i on nie jest nieskazitelny i czysty. Wiem, choć on o tym nie ma pojęcia, gdzie czasem znika na całe dnie... Ci, którzy walczyli do ostatku podczas najazdu też zabijali. Robili rzeczy... - urwała, oczy dziwnie jej błyszczały.
- Pozostaje mi tylko prosić bogów, by Devril przekonał gubernatora. By znalazł sposób - dziewczyna, może właśnie przez młodość pokładała dość duże nadzieje w earlu.
- A czy ty przyjęłabyś moje zaufanie? Kogoś, kogo zastałaś w towarzystwie zdrajców, kto przebywa w ich towarzystwie na co dzień? Czyj własny kuzyn uważany jest za jednego z najlepszych towarzyszy gubernatora i jego siostry? Czy może oceniłabyś mnie przez pryzmat czynów moich bliskich?
Urwała.
- Może jesteś zbójem. Lecz jesteś szczerza niż cała ta arystokracja w Królewcu. Szczersza niż ludzie, których dotąd spotkałam. Mówisz, że jeśli przyjdzie odpowiedź odmowna, to czeka... powinna czekać nas śmierć. Ale jednocześnie ostrzegasz. Gdybyś była zła, nie robiłabyś tego. Robisz coś dobrego. Słyszałam pieśni i opowieści o tobie i twojej bandzie. Prawda jest lepsza.

D

[A ty wiesz, jak mi się dobrze, twe "tasiemce" czyta? A z Sz i L poczekam spokojnie, acz zaczynałam myśleć, że może ja ci nie odpisałam jakoś]

Iskra - Marcus - Gabriel - Neitsyt pisze...

[Bogowie, wybacz,że dopiero teraz, ale... Gubię się już we własnych wątkach i Cię nie zauważyłam... Oo
Co do rymów - Bogowie! - ja tak nie umiem i zazdroszczę...
Co do wątku - pas, brak weny, pasuje mi wszystko, jak coś mnie olśni, to zapewne to dodam... Jeśli możesz - zacznij, bo jestem właśnie po 4-ro częściowym wątku do Dara i nie mam siły :c
A, PS. Neitsyt będzie należała do ruchu oporu, jak Devril.]

N.

Lucien - Szept - Devril pisze...

- Więc ja zrobię to za nas dwie - stwierdziła młoda dziewczyna z uporem - I za Deva, bo on pewnie też o tym nie pomyśli... - znów jakby młode dziewczę posmutniało. Najwyraźniej kuzyn, choć ukochany i tak mile przez nią widziany, jednocześnie był i przyczyną jej smutku. Na to chyba jednak nie było już rady. Próbowała rozmawiać z Devrilem, lecz on wówczas albo ucinał temat, albo też zbywał ją półsłówkami. Nie traktował poważnie jej napomnień. I dlaczego? Bo była odeń młodsza i nie znała świata?
- Ja... ja potrafię też dochować tajemnicy i milczeć. Po prostu... - zabrakło jej słów, ciężko jej było przyznać, że po prostu pani herszt ufa. I że chciałby, by kiedyś i Nefryt mogła powiedzieć to samo o niej, o Elain Winters. Cóż, młoda panienka spotkała właśnie bohaterkę, o której tyle słyszała i którą tak podziwiała.
- Ja... On jest earlem. Zapraszają go na wiele balów, przyjęć, polowań. Mówią, że za mało zajmuje się swoimi włościami. Nie dba o ludzi i to, co ojciec zostawił mu w spadku, tylko ... hula w stolicy. I... on był jednym z pierwszych, którzy przysięgli wierność nowej królowej. Ledwie co przejął tytuł, ledwie co stracono jego ojca - wyrzuciła. Tego akurat nie mogła darować młodemu arystokracie.
- On... dużo bawi w Twierdzy i u królowej. Zbyt dużo. Ludzie mówią, że tylko w zabawach tam uczestniczy i że z racji jego zachowań tak mile jest witany. Ale... ja mam wątpliwości. Ja go znam lepiej. Wiem, że... on nie jest taki, jak sądzą ludzie. Nie wiem czemu, ale przed nimi jest większym utracjuszem niż naprawdę. Przed nimi nie pokazuje troski o Drummor. Ale ja ją widziałam - cisza. Widocznie młoda dziewczyna, choć z całą pewnością naiwna, miała jakieś opory w mówieniu o kuzynie.
- Sądzę, że on zna plany gubernatora. Sądzę, że jest w nie wtajemniczony, przynajmniej w nich część. Nie jest nadętym pajacem, jak baron, który nic nie wie, wszystko odziedziczywszy. Devril potrafi myśleć.
Gdyby earl słyszał te wynurzenia, złapałby się za głowę. Cały misternie przez niego ułożony plan mógł się zawalić przez to, że Nessa odsłaniała swe myśli przed panią herszt. Zdradzała to, jaki naprawdę był. A od tego już całkiem niedaleko było do zasadniczego pytania. Dlaczego? Dlaczego udawał? Jaki miał w tym cel? Może zbierał informacje dla gubernatora i stąd ta cała maskarada? A może dla królowej? A może miał własne aspiracje i plany, którymi się kierował?

D

Kaino - Danell pisze...

[Dobrze, pomysł mi pasuje. Chociaż pewnie porwanie Tary będzie się u nich wiązać z jakąś chęcią, będą chcieli coś w zamian... więc skoro Danell ma być powiązany z inicjacją Nefryt, to mogą postawić smokom warunek, że Danell idzie do nich, a oni wypuszczą Tarę (to zamiast przepowiedni) - wydaje mi się to bowiem bardziej logiczne :D I porwanie Tary powinno się odbyć po wstąpieniu Nefryt do zakonu, bo Łowcy nie porywają Bogów dla picu. Musi istnieć dla nich jakiś cel dla którego to zrobią :)]

Pokiwał głową na znak, że rozumie. Obraz przed oczami mu wirował, ale nie chciał zapadać sen, musiał z nią jeszcze chwile porozmawiać i jak najwięcej się wywiedzieć. Nie ufał jej bandzie, ale jej samej już tak. Czuł, że ona powie mu prawdę, niczego nie zamydli.
- To dobrze. Nikt nie zobaczy moich skrzydeł, nie lubię tego - Wyznał trochę ze wstydem i zadał trudniejsze dla niego pytanie - A co z moim zdrowiem? Bardzo ucierpiałem? Czy moje skrzydła są trwale złamane?

Dibbler pisze...

Oczy zabójcy niebezpiecznie zabłysły. Wiedział on dużo o poprzednich misjach. Może nawet więcej niżby Nefryt chciała.
- Wierz mi, że orientuję się doskonale. - znów zaczął czytać.
Złośliwość. Z natury był złośliwym i okropnym. Bezlitosnym. Więc zaraz oderwał wzrok od kartek swoich i znów wpatrzył się w Nefryt.
- Będę wdzięczny jeśli mnie za dłoń chwytać nie będziesz. - uśmiechnął się niczym aniołek; a to stworzenia tego daleko mu było i znów wsadził nos w kartki.

Lucien - Szept - Devril pisze...

- Jest jedyną rodziną, jaką mam. Jaka mi została. Tak, kocham go. Nawet jeśli czyni mnie to ślepą.
Znała tradycję, o jakiej wspominała Nefryt. Wychowana wśród wyższych sfer, a co za tym idzie poznała nie tylko historię, ale także zwyczaje i tradycje, jakie obowiązywały w Keronii. Cedrick Winters, ojciec Devrila zadbał o to.
- A jednak byli tacy, co się oparli. Nie mówię o tych, co walczyli i zginęli, ani o tych, których stracono jeszcze na początku. Próbuję sobie tłumaczyć, że może miał dobre chęci, może próbował chronić matkę, mnie i Drummor... Ale... - westchnięcie. Łatwo było osądzać, nie znając prawdy. Znacznie trudniej było potępić tych, którzy byli bliscy sercu.
Elain spojrzała na wojownika, zaskoczona nie tylko jego pojawieniem się, lecz i słowami. Gestem. Devril traktował ją jak małą dziewczynkę... a ona dziewczynką już nie była. Nie była dzieckiem. Wolno wyciągnęła dłoń, ujmując bransoletkę. Jednak oczy jej w kolorze szafirów, tak pasujących do zdobionych kamieni, utkwione były nie w klejnocie. One patrzyły w twarz nieznanego jej mężczyzny.
- Jeśli tobie przypadła, tobie się należy, panie - zaoponowała - Jeśli nie chcesz jej dla siebie, zachowaj ją, jako wkład... w waszą walkę. Niewiele więcej mogę zaoferować. Ale... - zabrakło jej słów i spojrzała na Nefryt, jakby oczekując z jej strony wybawienia. Albo gwałtownego sprzeciwu. W końcu, w obliczu wcześniejszej rozmowy...
- Proszę, zachowaj ją - uśmiechem spróbowała nadrobić wcześniejsze potknięcie i tę niepewność malującą się na twarzy. Dla niej była to tylko błyskotka, nawet jeśli stosunkowo przez nią lubiana. Lecz czyż klejnoty i bogactwo jest wszystkim? Wierzyła, że nie. Chciała w to wierzyć.

D

Kaino - Danell pisze...

[Hm... rozumiem. W takim razie po co porywać Tarę? Niech porwą kogoś innego, jakiegoś smoka, którego użyją, jako przynętę. Tylko, że skoro Nefryt nie ma przejść inicjacji, a Danell nie jest im potrzebny, to urywa się też cel porwania. Sądzę, że najgorzej opracować motywy. Może niech po prost porwą jakiegoś przyjaciela Danella, np. Malaikę i w zamian za to będą chcieli np. smoczego złota, bo krążą legendy, że przez wieki te bestie gromadziły po grotach bogactwa, które zagrabiły marynarzom i kupcom. Oczywiście to nie prawda. Smoki mają zdolności do wyczuwania złota, ale nigdy nie kradły masowo, tylko wyjątki od reguły się zdarzały, jak w każdej rasie: byli lepsi i gorsi.
Tylko, że jak Nefryt wstąpi do Zakonu to wątek się urywa, bo ja za ich członków raczej nie pisuje, więc może lepiej, żeby Nefryt, że swoją bandą po prostu poparła smoki i zaczęła im pomagać w uwolnieniu Mal? :D]

Kaino - Danell pisze...

[Raczej wyzdrowieje, ale może mu trochę to zająć, coby miał sposobność zostać z nimi dłużej ^^]

W oczach chłopaka pojawiło się najpierw niedowierzanie. Jakby zaraz miał się roześmiać i wyśmiać otwarcie jej słowa. Potem zaś, kiedy rozum przetrawił usłyszane wieści, jego twarz zszarzała jeszcze bardziej, a resztka tlącego się w oczach światła, zupełnie wygasła.
- To niemożliwe - pokręcił głową, zbyt słaby, żeby wrzeszczeć z przerażenia. Tak, Kaino Czarne Skrzydło umierał ze strachu i czuł się niczym małe, bezbronne dziecko - Bez skrzydeł nie będę mógł wrócić do domu - uświadomił sobie, z trudem przełykając gęstą ślinę w ustach. I wtedy się uspokoił, rozluźnienie spadło na niego niczym nasenny balsam. Nie wróci do domu, a nawet jeżeli matka go odnajdzie, będzie bezużyteczny. Już nie będzie musiał spełniać jej morderczych, bestialskich zachcianek. Bez skrzydeł się nie liczył, nie miał już takiej władzy.
Mogło to wydawać się nieprawdopodobne, ale gdyby nie szaleńczy ból w uszkodzonym skrzydle, Kaino poczułby się wolny.
- Nefryt? - spojrzał na nią pół-przytomnie - Czy mogę tu zostać dopóki nie wydobrzeje? Wydaje mi się, że to może trochę mi zająć, ale... - uśmiechnął się kwaśno - ... ja mam pieniądze, za wszystko zapłacę. Po prostu... - westchnął ze wstydem -... nie mam się gdzie podziać, u kogo szukać pomocy.

Kaino.

Lucien - Szept - Devril pisze...

[Powaliłaś mnie wizją Varena i uprzęży.]

Arystokratka obserwowała oddalającego się wojownika, już nie ze zdziwieniem, ale swego rodzaju ciekawością. Pomyśleć można, że ktoś, kto na co dzień odbiera liczne hołdy i prezenty, nie powinien przywiązywać aż tak wielkiej wagi do tego gestu. Pomyślałby ktoś, że powinna przywyknąć. Przywykła. Nauczyła się kiwać z wdzięcznością głową i uśmiechać się wdzięcznie. Wiedząc, że i dar i komplement wiąże się z jej pochodzeniem i majątkiem Wintersów. Nauczyła się patrzeć dalej. I pragnąc, by widziano ją, a nie bogatą pannę, tę, która kiedyś mogła zapewnić wejście w stary ród keroński. Z racji zaś, że nawykła do pochlebstw i prób przypodobania się, tym więcej znaczyły dla niej szczere słowa.
A widząc, że na powrót Varena nie zanosi się, chwilę pomęczyła się z zapięciem delikatnej ozdoby. Zalśniły błękitne kamienie, komponując się z ciemniejszym o kilka tonów spojrzeniem młodej kobiety. Ciekawe, skąd się tutaj wziął, wśród bandy. Kim był wcześniej. Czemu dołączył do zbójców. Skąd pochodzi i jaką historię ma do opowiedzenia... Ciekawe, czy Nefryt... - mniej więcej w tym momencie młoda panienka zorientowała się, że Nefryt coś do niej mówiła. I najwyraźniej czekała na odpowiedź. Tylko o co mogła pytać?
- Ja... - desperacko rozejrzała się, wytrącona z rozmyślań. I zawstydzona, że pani herszt przyłapała ją na takowym roztargnieniu. A widząc co się dzieje, earl może i by uznał, że Elain znalazła obrońcę. Lecz i widziałby w tym następne ryzyko. Elain była młoda. Podatna na emocje. A tym samym łatwo było i o zauroczenie wojownikiem, bandytą. A stamtąd już niedaleko do zranienia. Przynajmniej tak by to widział earl. Nikt jednak nie mógł twierdzić, że Devril Winters jest wyrocznią w tych sprawach. Raczej martwiącym się na zapas kuzynem i opiekunem.
- Jeżdżę konno. Kiedyś razem z Devrilem. Teraz rzadziej i częściej też sama. Tylko wtedy, gdy bawię w Drummor. W Królewcu i w Demarze podobno mi nie wypada - arystokratka jak widać miała dość lekkie podejście odnośnie tego, co wypada, a co nie damie.

D

Kaino - Danell pisze...

[haha, czasem też się niebotycznie rozpisuje <3]

- Zgoda - słowa chłopaka przebiły się przez delikatny uśmiech, który wstąpił na jego spękane wargi.
Ulga, jaką odczuł, całkowicie przyćmiła żal z powodu uszkodzonych skrzydeł. Był pewien, że tutaj matka nigdy go nie znajdzie i że na długi czas odzyska dawno utracony spokój. Nie lękał się tutejszych zbójów, od dziecka wychowywał się pośród tych, którzy cudze życie nigdy nie mieli w poszanowaniu.
Cieszył się, że to Nefryt, a nie ktoś inny dotrzymuje mu teraz towarzystwa. Kobiety miały do tego rękę, mimo iż ta wydawała mu się jakaś niezwykła, bo z jej oczu biła siła, Kainowi dotąd nieznana.
- Czy możesz podać mi wody? Umieram z pragnienia. - czuł, że coraz trudniej wypowiadać mu słowa, przy tak suchym i obolałym gardle.

Kaino.

Meri pisze...

Pierwsze przymrozki nie należały do jej ulubionej pogody. Jechała dość szybko a zimny wiatr rozwiewał jej zielone włosy. Zmrużyła lekko oczy i nałożyła kaptur czarnego płaszcza. Żałowała, że założyła rękawiczki bez palców. Pogoda coraz bardziej się pogarszała a ostatnie listki, porwane silnym wichrem uleciały w powietrze. Gałęzie pozostały nie poruszone takim obrotem sprawy. Zostały same. Lecz co je to obchodziło? Dalej trwały. To było dla nich najważniejsze.
Meri spuściła głowę i pogalopowała dalej. Wiedziała, że do ich obozu będzie musiała zaraz skręcić. Wiedziała również, że w odległości kilkunastu metrów jedzie za nią mały oddział wirgińczyków. Zdradzała. Czy to bolało? Spojrzała w niebo lekko prześwitujące z nad pustych gałęzi. Opuszczonych... Liście wolały być grupą. Wiedziała również, że być może to ostatni dzień zobaczy tych ludzi. Że to może być już koniec tej misji. Koniec grupy zbójów - partyzantów walczących o dobre imię Keronii.
Wyjechała zza zakrętu i zatrzymała gwałtownie konia. Stanęła na środku drogi. Czy to? A niech to! To Nefryt! Chciała zawrócić, ale nie mogła. Herszt bandy już ją zobaczyła. Musiała już dokończyć tę grę. Jak nie tak to inaczej.

Lucien - Szept - Devril pisze...

Prawdę mówiąc, wolałaby nie dzielić z nikim namiotu. Dostać choćby najmniejszy, ale tylko dla siebie. Albo postawić własny, na modłę leśnych plemion czy wędrowców. Ale, jeśliś gościem, nie wybrzydzasz. Jeśli proponując, grzechem byłoby odmówić. Tym bardziej jeszcze, że i elfka miała okazję przekonać się, że tutaj w bandzie ludzie są równi, te same prawa i te same obowiązki mają, dzielą te same trudy i niedogodności. Tym bardziej nie wypadało krzywić się.
Może nie miała w sobie nadmiaru ufności, może nie była tak otwarta jakby tego chciała, nade zaś wszystko była zbyt opanowana, zbyt cicha i jakby odległa, lecz nie znaczyło to, że i w jej sercu nie ma życzliwości. Było jej całkiem sporo, wszak całkiem niedawno zarzucono jej, że dla każdego musi szukać usprawiedliwienia... dla każdego oprócz siebie.
- Potrafię się dostosować, Nefryt. Nie sprawię trudności i w tym przypadku. Do kogo mnie przydzielisz, tam zamieszkam, póki nie zmienisz zdania - stwierdziła zgodnie z prawdą, nie zamierzając uciekać się do pochlebstw i słów, jak to się cieszy i jest zaszczycona takim pomysłem. To byłoby niegodne. Niegodne niej samej... i tej ludzkiej kobiety, która przeczyła wyobrażeniu elfki o ludzkiej rasie. Widać wiele się jeszcze magiczka musiała nauczyć. I nie raz dać się zaskoczyć. Przez wydarzenia. I ludzkie czyny.
Wtedy też im przerwano. Chłopak, dość młody. Znów człowiek. Lecz człowiek najwyraźniej bez uprzedzeń, bo powitał dość życzliwie elfią panią. Niemożliwe było przecież, by nie dostrzegł spiczastych uszu i odrobinę lżejszej sylwetki. A że ją pozdrowiono, tak i ona skinęła głową, bez słów oddając powitanie. I zaraz skupiła się na wieściach, które musiały być nie lada intrygujące. I pożałować jej przyszło, że mniej o ludzkich sprawach i polityce wiedziała. Wróg to był, czy przyjaciel?
Lecz zachowała milczenie, czekając. Nie odzywając się niepytana. Kto szybko mówi, nim pomyśli, nierzadko potem żałuje. Odrobina spokoju nikomu jeszcze nie zaszkodziła, a temu młodzikowi mogłaby się przydać. Cóż, przywilej wieku, najwidoczniej.

Sz

[Nie no, spoko. Tłumaczyć się nie musisz, ja to rozumiem. Sama czasem miewam takie dni]

Sol pisze...

Gdy Nefryt zniknęła po goracą wodę się udając gdziekolwiek, a druga z kobiet po paczki ziół, Sol dość pewnie, przeczuciem jakimś wiedziona którego nie rozumiała zupełnie; odkryła pierś mężczyzny, która ledwo ledwo unosila sie i opadała. Niedobrze z nim było, cos w środku, w nim tkwiło i walczyło z organizmem, o zdrowie, o życie. Tu byc jej matka powinna, zdolna zielarka, uzdrowicielka, która swym darem nigdy sie nie chwaliła. Cóż... dobrze, że Sol siebie nie znala, swoich mocy, ze je ma, że w ogóle cos w niej drzemie.
Przesuneła z wolna reka po nagiej skórze biedaka i gdy poczuła przejmujące zimno, dloń w pięść zacisnęła. westchnela ciężko, jakby nadziei nie było na nic.
- Potrzebuje lulka czarnego, wilczego ziela, lipy i krwawnika - że jeszcze kilka rzeczy w woreczku przy pasie miała to nic, wszystkiego zdradzac nie musi. O świetle myślec powinna...
Uniosła sie znad posłania chorego w momencie, gdy wróciła Nefryt. SPojrzała nań przepraszająco,a le nie dlatego, ze rady miała sobie nie dać. Nie chciala nikogo zawstydzic i już. Nachyliła się nad chorym i mocno szarpnela za material odzienia, rozrywając koszulę, jego rozbierając. Bogowie co one sobie pomyslą... Zwłaszcza, ze zaraz też Sol za rozwiazywanie własnej suknis ię zabrała i po chwili w samej koszuli polożyła sie obok nieprzytomnego zbója.
- Lulek, wilcze ziele i krwawnik po trzy miarki w stosunku do lipy rzućcie do wrzątku i zaparzcie - powiedziała cicho, szeptem niemal, glosem niskim i polożyła dłoń na piersi chorego.
Iskry nie poszły, ogień sie nie wzniecił, za to cieplej się zrobiło. Ona to czuła, mógł czuc i leżący obok niej czlonek bandy herszta. Moze sama Nefryt i tamta druga ja za wariatke wzięły, naciagaczkę, Sol nie wiedziała co i dlaczego to robi, ale wiedziała, ze z pewnymi rzeczami walczyc nie powinna. Spod jej palców, muskających piers chorego, wyszło światło, mdłe, bardzo blade, ale wyraxnie biło ono spod dloni Sol, co wiecej nie rozchodziło się na namiot, a w ciało chorego wnikalo.
Lezała tak dlugo, a gdy zioła zaparzone jej podano, mazia ta wysmarowała piers i szyję mężczyzny, jego skronie i czoło i dopiero po chwili wychlodzona uniosła sie, siegając woreczka u pasa. Ciemny proszek nasypała na palec i podsunela pod nozdrza chorego trzymajac poki nie wciagnąl substancji na oddechu. trwało to kilka jego oddechow, choć proszku było niewiele i wreszcie wstała, po suknie swa siegając bez słowa. W leżącym żadna zmiana nie zaszła, procz tego że plomiennowlosa odzienie mu zniszczyla i mazia naparu ziołowego wysmarowała. Ale do rana koloru nabierze, oddech będzie mial głębszy, pewniejszy, acz rownie spokojny. Trzeba czasu.

Odium pisze...

[Ja? Coś przeciwko? Ależ skąd! :D Jeśli zaczniesz oczywiście xd]

Bor pisze...

[To co z tym wątkiem?:P]

Meri pisze...

Meri z niepokojem spojrzała zza siebie. Uśmiechnęła się szeroko, nieszczerze.
- Doprawdy? No widzisz, normalnie nie mogę tak często wyjeżdżać nie? - zaczęła rozmowę. W jej głowie myśli kłębiły się jak chmury na burzystym niebie. Chyba już wiedziała co robić.
Nagle zza zakrętu wyłoniła się grupa Wirgińczyków. Pognali w ich stronę. Zielonowłosa spojrzała ukradkiem na wodza całej tej grupy. Dobyła miecza i przerzuciła go do drugiej ręki. Czas zacząć przedstawienie. Jak nie w ten sposób to w inny.

Bor pisze...

[Karczma Bora znajduje się w Królewcu. Jestem prawię pewien że gdzieś o tym napisałem, a jak nie to zaraz poprawię. Bor, gdy nie pracuje w karczmie włóczy się po mieście. Chociaż włóczyć się to złe określenie. Najczęściej załatwia zaopatrzenie, rzadziej odwiedza znajomych. Świątynię bardzo rzadko. Generalnie możesz go wrzucić gdzie chcesz, daję Ci wolną rękę]

Darrus - Silva - Drav pisze...

[Pewno! Wątek, wątek, wąteeeek!]

Imie nie jest wazne.... pisze...

Rozumiem, że chyba się zniechęciłaś...

Bor pisze...

[To na górze jest moje, nie przelogowałem się:P]

Lucien - Szept - Devril pisze...

Elfka nie znała jego historii. Lecz prawdę też powiedziawszy, niewiele wiedziała o ludziach. Przez okres walk byli dla niej wrogami. Tymi, którzy przychodzą z ogniem, niszczą co napotkają. Niszczą ich. Później, gdy siłą rzeczy musiała wraz z nimi żyć, dopiero wtedy zaczęła widzieć, że ludzie i elfy to nie czerń i biel, że może różnią się wyglądem, lecz charakterem już nie. Wszak istniał też jeszcze jeden odcień. A była nim szarość. Lecz część niej, ta zbyt dumna, nie chciała się z tym pogodzić. Nie łatwo jest odrzucić przeszłość...
I nawet jeśli elfka odnotowała ten dziwny zbieg okoliczności, ten dziwny przypadek, iż pani herszt zna jej miano, nie zapytała. Jakże mogła być zaskoczona i zastanawiać się, skoro wystarczyło chwilę pomyśleć? Była obca. O obcych zaś trzeba coś wiedzieć. A Szrama, choć wcale nie taki zły jak na człowieka, z całą pewnością nie widział potrzeby, by cokolwiek przed panią herszt ukrywać.
Szept mało mówiła. Niektórych mogło to niepokoić, kojarzyć się faktycznie ze szpiegiem, co to tylko obserwuje, gromadzi informacje, a wszytko po to, by ostatecznie zdradzić. Ale ona taka już była. Wolała odezwać się dopiero wtedy, gdy zyska pewność.
- Niepokoisz się - zauważyła cicho, gdy po chwili wahania zrównała się z Nefryt. Szare oczy spoglądały prosto w twarz Nefryt. Niekoniecznie zachęcały do zwierzeń, były bowiem zbyt tajemnicze, zbyt wiele kryły, niewiele mówiąc. Lecz z postaci elfki tchnął jakiś spokój, choć ona sama pewnie nie zdawała sobie z tego sprawy.
- Skoro tu przybywa, to albo się ciebie obawiają albo obawiają się i chcą się pozbyć. Mogą chcieć prowadzi rozmowy... albo rozmowa to tylko pretekst, by zwabić ciebie - podsumowała. Może nie znała sytuacji Nefryt, może mało rozumiała jeśli chodziło o ludzką wojnę i spory... ale zamierzała to nadrobić. Wkrótce.
Myliła się. Żyła wśród ludzi, czy tego chciała, czy też nie. Aresztowano ją, teraz była w bandzie zbójców... najlepszy dowód na to, że jednak ta wojna ją dotyczyła. A skoro tak, to musiała wiedzieć, czego oczekiwać. I o co chodzi.
Wyglądało na to, że nie tylko Nefryt zamierzała się uczyć.

Sz

[Nie przejmuj się, pewnie bym nie wyłapała, gdybyś nie zwróciła mojej uwagi. Albo bym wyłapała i tyle. Zdarza się każdemu]

Lucien - Szept - Devril pisze...

[Prawdę mówiąc, nie ma sprawy. Liczę tylko, że dasz mi czas choć do jutra, bo nie chcę raczyć cię byle ochłapem, a sama bardzo dokładnej wizji nie mam, jedynie zarys jakiś. Pozwolę sobie więc to doszlifować... zresztą, dzisiaj jakoś mi pisanie średnio idzie, chyba dlatego, że się nie wyspałam, to i mam efekty. Może tak być?]

Bor pisze...

Bor siedział w głównej izbie zajazdu. Leżał dokładnie rzecz ujmując. Na stole stał kufel piwa, spocony przyjemnie i z dumną czapą piany. W głównym palenisku trzaskał wesoło ogień, a karczmarz walczył ze sobą by wstać i dorzucić.Na ogniem dochodził gulasz. Dzień odpoczynku robił Borowi bardzo błogo. Łojenie we framugę z początku go zirytowało. W końcu musiał już odprawić kilka, mniejszych lub większych grup, chcących uczcić mniejszą lub większą okazję. Lecz wysoki głos domagający się pomocy... No cholera zam miękki się robił z wiekiem, a tu przecież trzeci krzyżyk na kark wchodził. Podniósł się tedy, przezornie nie zapominając pałki i podniósł sztabę z drzwi.
- Czego? - Zapytał zbolałym tonem człowieka umęczonego przez życie. Nie umęczonego jak żebrak, czy ciężko chory. Zmęczeniem kogoś strudzonego po pracy, kto właśnie zażywał zasłużonego odpoczynku. - Królewiec... Miał swoje prawa jak każde inne miasto. A w tych prawach mieścili się żebracy, pomyślał widząc kobietę z dzieckiem na ręku.

Darrus - Silva - Drav pisze...

[Dara najprędzej to albo u Lofara, albo kręcącego się po Królewcu, ewentualnie w rodzinnym Mall Resz u ojca, albo swojego mistrza.
Szamanka i wilkołak. Na pewno nie w mieście. Nie ma konkretnego miejsca, ale na pewno nie w mieście xD]

Lucien - Szept - Devril pisze...

Jeszcze nie dotarli do Kansas on już wiedział, że coś jest nie tak. Kansas, mała mieścina, nigdy nie cieszyło się zbyt dobrą sławą, tym bardziej odkąd wybudowano tam więzienie. Lecz dziwnym trafem tym razem chodziło o coś innego. Dwa razy minęły ich patrole złożone z wirgińskich rycerzy. To było normalne. Odkąd pamiętał w pobliżu Kansas krążyły niewielkie grupki. Lecz e były znacznie bardziej liczne, poza tym doświadczone oko Cienia widziało w nich wprawionych weteranów.
To było pierwsze, co go zaniepokoiło.
Drugim była cisza ze strony informatorów z Kansas. Nikt z nich się nie odezwał, nie przesłał żadnej wieści. Jakby coś blokowało kontakt z miastem. I dopiero od jednego z mijanych kupców dowiedział się o blokadzie miasta. Wirgińscy strażnicy sprawdzali każdego, kto wjeżdżał w miejskie mury, zupełnie jakby kogoś szukali. I to ostatnie zaniepokoiło go najbardziej.
Toteż nie trudno się dziwić, że jechał nieco na przedzie, szybciej pragnąc rozeznać się w sytuacji i ewentualnie wyszukać inny sposób dostania się do miasta, z pominięciem bram. I owej kontroli. Możliwe, że martwił się na daremno, niemniej jednak obawiał się, że jego najgorsze przeczucia mogły się sprawdzić.

L

Bor pisze...

Bor roztarł oczy palcami. Nosił się z zamiarem wyrzucenia dziewczyny. Wiedział, że wpuszczenie jej do środka było błędem. Przypuszczał, na co miał podstawy, że nigdy nie zobaczy złamanego grosza za wikt i opierunek. I mimo to wszystko podniósł głowę. - Pokoje są na górze, wszystkie oprócz ostatniego po lewej są wolne, wybierzcie sobie jeden. Możesz wziąć stamtąd koc, i ogrzać małą. - Przeczesał włosy palcami. - Zrobię wam coś ciepłego do jedzenia. - Dodał jeszcze niepewnie patrząc na małą. Nie znał się na dzieciach i o ile przypuszczał, że pieczony świniak to raczej nie dla niej, to co do rosołu miał wątpliwości.

Szept pisze...

- Władca, który gnie się pod cudzą wolą nie jest władcą, a jedynie marionetką - możliwe, że zbyt ostro oceniała władczynię. Możliwe, że postawiona w jej sytuacji wcale nie poradziłaby sobie lepiej. Możliwe, że zawiodłaby wszystkich. Lecz w sytuacji królowej nie była.
Mgliście przypomniała sobie Alastaira. Mag czasem coś mamrotał pod nosem. Czasami nie tyczyło się to niczego konkretnego. Kilka słów o zaklęciach, legendach, artefaktach, nieudanej miksturze na sen i ... Czasem jednak mówił i o kraju.
- Gubernator... - powtórzyła, z zamiarem zapamiętania i jęła wypatrywać posłańca. Ktokolwiek go przysłał i czegokolwiek chciał, elfka zamierzała mu się przyjrzeć. Dokładnie.
Rozumiała, że świat nie jest idealny. Rozumiała, że nawet wśród doradców trafi się ktoś, kto jeno własnej korzyści szuka. A raczej wiedziała, że tak jest, choć nie potrafiła pojąć dlaczego. Prawda była taka, że z jej strony Nefryt nie musiała obawiać się zdrady i odpłaty złem za okazaną jej dobroć. Ale tego Nefryt wiedzieć nie mogła.

Sz

Lucien pisze...

- Nie wiadomo, czy czekają na nas, czy zaszło też i coś jeszcze, o czym nie wiemy - stwierdził, uważnie śledząc mury miasta. Jakby te miały zdradzić mu całą tajemnicę. Daremnie.
- Możemy użyć iluzji... ale... nie wiem, czy mają magów wśród swoich - niby, sam będąc obdarzony genem magii, potrafił wyczuć innych o tej samej zdolności. Lecz naprawdę utalentowany mag mógł ukryć swoją obecność. A Lucien wolał przedwcześnie nie ryzykować.
- Ale... są różne drogi do miasta. Te jawne, te mniej znane... i te znane, ale pomijane ze wstrętem. Nie sądzę, by droga o której myślę wydała ci się przyjemną. Więc jeśli pozwolisz - nadal nie spuszczał wzroku z murów - chętnie usłyszę, co ci chodzi po głowie, zanim podejmę... podejmiemy decyzję - poprawił się, ujawniając, jak bardzo nawykł do samodzielnych działań i liczenia się tylko z samym sobą.

L

[Chyba mnie olśniło odnośnie Deva]

Sol pisze...

Sol spojrzala na nie przez ramie i pokręciła głową. Nie była wiedźma. Wyglądala jak królwoa, tańczyc umiała jak elfka, z równie płynna i czarujaca gracją się poruszac, pic kiedy trzeba jak... jak ktos, kto pić w gospodzie z motłochem umie i znała czary. Ale przede wszystkim byla córka swojej matki i Khola, wychowanką kapłanów świątyni Ignis i podopieczna Egzekutora. Była Sol. Nie wiedźmą. Jej moce, dary, jakkolwiek to nazwać mozna, były czyms, dzieki czemu teraz i tutaj mogła pomóc. Ale nazwanie jej wiedźma, bylo spora przesadą, już prędzej prawidlowym słowem byłoby cudotwórczyni.
Usłyszala szelest z zewnatrz i niepewnie spojrzała w wyjście do obszernego namiotu. Ale nikt nie stanal na progu, a ona najwidoczniej spodziewała sie czyjąć twarz tu ujrzeć.
- Trzeba zadbac, by miał on tu sucho i ciepło, mysle, ze blizej mu do poprawy niźli dalej - usmiechneła sie lekko, same tylko kąciki ust podnosząc i spojrzala na Nefryt. Młoda i piekna, a jakże silna, to ona chyba tu dowodziła...?
Obróciła sie tylem do obu kobiet i chwycila material swej sukni, zaraz ją sobie na głowe narzucając i powoli sie ubierać zaczęła. gdy tylko zawiązanie tasiem w boku pozostało do kompletnego ubioru, znowu w twarz tamtym spojrzała.
- Zielarka sobie poradzi na pewno, najgorsze wydawalo sie wychłodzenie i osłabienie ciała - to dziwne, to wszystko takie dziwne było. Sol nigdy jakos nie brała nauk od medyków, kaplani nie to jej przekazywali, ale jednak... wiedziała, ze jej słwoa nie pojda w próżnie.

Kaino - Danell pisze...

Kaino, którego początkowo wcale nie interesował świat po za granicami namiotu, teraz zebrał w sobie wszystkie siły, aby obudzić przygaszone zmysły. Czujność przemknęła cieniem po jego twarzy, kiedy zaczął uważnie nasłuchiwać. Trzask gałęzi. Czyjś oddech. Otarcie się o korę drzewa. Ciche chrząknięcie.
- Słyszę - przytaknął, domyślając się, że nadciąga jakieś niebezpieczeństwo. Początkowo obawiał się, że został znaleziony przez swoich, ale było to całkowicie niedorzeczne. Po pierwsze minie wiele tygodni, nim matka zrozumie, że Kaino nie wypełnia swoich obowiązków, a po drugie wampiry nigdy nie robiły hałasu, nawet takiego, który uchwyci jedynie dobre ucho - Ktoś czyha na wasze życie? - wsparł się z trudem na łokciu i wciąż gorączkując, popatrzył pytająco na złodziejkę. Wiedział, że jeżeli dojdzie do walki, będzie prawie bez szans.

[Nie szkodzi :)]

Kaino.

Kaino - Danell pisze...

Dotknął spierzchniętych ust i pozwolił, aby głowa ciężko opadła mu na poduszkę. Był tak zmęczony iż wydawało mu się, że jego ciało pogrąży się w wielotygodniowym śnie.
Liczni wrogowie zbójców nie wywołali w nim zbytniego zdziwienia, sam miał doświadczenie w tych sprawach, jako, że wampirzy klan również do pokojowych ugrupowań nie należał. Wojna toczyła się wszędzie, na wielu płaszczyznach.
Obraz przed oczami wciąż był rozmazany, zmysły powoli traciły na sile, dlatego kiedy niepokojące wycie przesiąkło w powietrzu, Kaino usłyszał je jakby za grubej ściany. Czyżby to były wilki?

Kaino.

Lucien - Szept - Devril pisze...

Obrzucił ją badawczym spojrzeniem. Nieco czujnym, jakby doszukiwał się jeszcze jakiegoś znaczenia jej słów, ukrytego sensu. Jednak nic takiego nie znalazł. Nie potrafił.
- Głupcem może nie... ale desperatem? Kto wie. - zastanowił się głośno. Uważał, że Nefryt nie docenia gubernatora i tego, jak bardzo nienawidził tych ziem. I tego, jak bardzo zalazła mu za skórę "banda dzikusów pod przewodnictwem jakiejś kobiety". Cóż, przynajmniej ostatnio gdy widział Escanora, był świadkiem tych jakże ciepłych uczuć... i wyładowanego na strażniku gniewu. Bywa.
- Mnie? - nie sądził, że jest nietykalny. Przeciwnie. Lecz nie sądził też, by gubernator był gotowy zadrzeć z Bractwem, nie teraz gdy byli mu potrzebni. A gdyby tknął Poszukiwacza to nawet nienawiść, jaką darzył Luciena Nieuchwytny, nie powstrzymałaby Cieni przed odpowiedzią. Po prawcie, nie sądził też, by Cienie były gotowe na takie starcie... I dopiero czas miał pokazać, czy się mylił czy nie.
- Mimo wszystko twoja propozycja brzmi przyjemniej, niż stęchłe kanały, którymi ja zamierzałem cię poprowadzić. Lecz nie znam tej drogi - niełatwo było mu przyznać się do tego... ale musiał być szczerym jeśli mieli dostać się do Kansas.

L

Lucien - Szept - Devril pisze...

Tymczasem od wysłanego do gubernatora posłańca, a raczej posłańców, jeśli wliczać i panią baronową, nie było ani znaku życia. Jakby zniknęli, albo i zapomnieli o zleconym im zadaniu. I o zakładnikach, których los był w rękach tejże dwójki.
I nawet twarz pogodnej zwykle Elain zaczęła zdradzać zaniepokojenie. I choć zapytana, odpowiadała niezłomnie, że Devril jej nie zawiedzie, to oczy zdradzały niepokój. I nutkę strachu. Bo co jeśli earl naprawdę nie zamierzał wywiązać się z przyrzeczenia? Co jeśli... jeśli pomyliła się co do niego? Jeśli zaślepiało ją jej własne, głupie serce i więzi? Wszak mogła go widzieć takim, jakim chciała go oglądać, nie zaś takim, jakim był naprawdę...
W końcu jednak strażnicy dali znać, że w lesie pojawił się jeździec. Lecz nie był nim earl. Morgan zaś rozpoznał w nim kapitana straży gubernatora, tego samego, którego prosta ludność Keronii ochrzciła Rzeźnikiem, nie bez powodu zresztą...
Najwyraźniej nadeszła wyczekiwana odpowiedź. I tylko Elain wyglądała na przygnębioną gdy pojęła, że Devril nie zjawił się osobiście...

D

[Cóż, w zasadzie lekki zarys tego, co się może zdarzyć. Jeszcze zależy, jak poprowadzisz Nefryt. Przyznam się, że nie mam pomysłu odnośnie warunków wymiany, na które mógłby się zgodzić gubernator i na które mogłaby przystać Nefryt... ]

Kaino - Danell - Loa pisze...

[Źle, że wątek z Danellem się nie nawiązał, za to proponuje ci wątek z Loa. Wpadłam na pomysł, że kiedy oboje będą w jednym miejscu, Loa może być świadkiem, jak Nefryt coś kradnie albo robi coś innego, podejrzanego i tchnięty poczuciem honoru, podąży za nią, żeby wymierzyć sprawiedliwość. Ale obrót spraw może być niespodziewany :D]

Loa.

Lucien - Szept - Devril pisze...

Prawdopodobnie nie. Prawdopodobnie po prostu nie myślała o tym w ten sposób. Wszak ona dążyła za większą sprawą, za pewnymi szczytnymi celami. On... on nie dbał o to, jak głęboko i w jakie bagno wejdzie. Dążył do celu, jaki by on nie był i jakim kosztem by go nie osiągnął. A raczej nie tylko on sam w sobie, lecz i Cienie. Byli podobni. Lecz jakże różni.
- Łączą nas wspólne interesy - stwierdził krótko. Prawdopodobnie nie żywił ciepłych uczuć do Escanora. Gubernator był ważnym zleceniodawcą, nie przyjacielem... jeśli Cień w ogóle wiedział, co oznacza przyjaźń. A biorąc pod uwagę ostatnie dokonania Luciena i jego decyzje, prawdopodobnie tego akurat nie wiedział.
Konflikty w Bractwie już były, choć nie tak bardzo nasilone. Lecz Cienie starały się, by nikt o tym nie wiedział. Gubernator zaś... gubernator jeszcze nie zdawał sobie sprawy z mocy tejże organizacji. Na razie brał ich po prosty za bardziej wykwalifikowanych i znacznie droższych najemników. Na razie.
- Zatem prowadź - stwierdził krótko. Decyduj - słowem, na czas przejścia Cień oddawał jej przywództwo. Całkowicie.

L

Lunn pisze...

[A jestem chętna, jestem. A apropo sekretu... Może kiedyś Ci go wyjawię... ;)
Wątek poprowadziłabym z duetem, jeśli mogę wybierać. Z Nefryt Lunn mógłby się spotkać gdzieś w Królewcu, gdy herszt by coś załatwiała.
PS. Czy podczas naszej pisaniny mogłabyś mi wytykać moje błędy interpunkcyjne?

Lunn Stave pisze...

W Królewcu trwało święto pełne radości. Ciekawie przyglądałem się tradycji kerończyków. Razem tańczyli i śmieli się na rynku. Spacerowałem po ulicach i oglądałem walki wojowników i występy tancerzy. Dziwny był ten kraj...
Podążyłem w kierunku bramy. Potrącany i popychany znalazłem się na przeciwko niej. Usłyszałem jakiś płacz i krzyki. Obejrzałem się a jeden ze strażników coś powiedział i machnął na mnie ręką. Ni w ząb nie zrozumiałem o co mu chodziło. Podszedłem bliżej i stanąłem obok nieznanej mi kobiety z chustką na głowie. Strażnik powiedział coś niezrozumiałego a ona spojrzała na mnie błagalnie.Nie wiedziałem co robić. Naprawdę... Nie zrozumiałem słów strażnika, ale na szczęście udało mi się wywnioskować, że chodzi o coś ważnego. Spojrzałem przepraszająco na strażnika i pokręciłem głową. Pokazałam na gardło i otworzyłem usta jak niema ryba. Ciekawe czy mnie zrozumiał?

[Może nie wyszło to taj jak zamierzałam, ale mam nadzieję, że da się znieść. Wena mi dzisiaj za bardzo nie dopisuje. "Przepraszający uśmiech"
;]

Lunn pisze...

Gdy kobieta pociągnęła mnie w tłum ludzi odetchnęłem głęboko. Nie znosiłem robić z siebie cyrku, szczególnie wtedy gdy nie znałem języku i musiałem się wygłupić. Keronijka powiedziała coś w swoim języku, ale ja ze złością pokręciłem głową. Czy ona na prawdę nie zrozumiała o co mi chodziło?! Jeśli pod bramą nie umiałem wydusić żadnego sensownego zdania to raczej tutaj też mi się to nie uda.
-Mi bedaŭras, sed mi ne komprenas, Przepraszam ,ale nie rozumiem. - powiedziałem we Wspólnym języku i spojrzałem przepraszająco w jej oczy.

[Zdanie z języka esperanto ;]

Lucien - Szept - Devril pisze...

Cóż, dla Devrila nie było to tak oczywiste i śmiało można powiedzieć, że zrobił wszystko, co tylko mógł, by posłano niego, a nie Rzeźnika. Po pierwsze, zarzekał się, że wróci nieważne od wyników swego posłannictwa. Po drugie, w rękach zbójeckiej bandy wciąż była Nessa i baron, choć o tego ostatniego najmniej Devrilowi chodziło. No i w końcu, wietrzył podstęp. Słowem, wedle zdania arystokraty gubernator coś miał w zanadrzu. Jak widać jednak na daremno próbował i wysilał się earl Drummor. Przed obliczem Nefryt stał nie on, a zaufany sługus i osoba niemal z piekła rodem, Rzeźnik.
- Gubernator jest gotowy przystać na wymianę. Jednak tylko wtedy, gdy to on wybierze miejsce i czas - niezbyt to korzystne, a i łatwo o jakąkolwiek pułapkę, gdyby Escanor nie zamierzał dochować uczciwie postanowień. Z drugiej zaś strony, nieprzyjęcie takich warunków mogłoby przerwać pertraktacje. Wszak Escanor dbał tylko o tych, którzy byli mu w danej chwili potrzebni.

D

Lucien - Szept - Devril pisze...

[zapomniałam. Akurat ja nikogo za tempo odpisywania ganić nie zamierzam. Wystarczy spojrzeć na to, co sama wyrabiam ostatnio. Także wybacz opóźnienia ze str Lu i Szeptuchy :D]

Lucien - Szept - Devril pisze...

- To możesz zostawić mnie. Jeśli tylko przybyli do miasta, będę o tym wiedział. Jeśli nie... wtedy dowiem się, co ich zatrzymało i czy zagraża naszej misji. Będzie się to wiązało z opóźnieniem, ale wydaje mi się, że mamy trochę czasu w zapasie - kontynuował. O Cieniach, o tych, którzy byli mu podobno jak brat i siostra, nie wspomniał. Nie w taki sposób, jak powinien. Misja, zadanie, cel i kontrakt. Troska. O wypełnienie zobowiązań.
Rozejrzał się ponownie. Miasto.
- Znam kogoś takiego. Ale musimy poczekać do zmierzchu, równo o północy. Tuż przy zachodnim murze jest Stare Kansas, jak na to mówią mieszkańcy. Kupa kamieni, nic więcej - osobiście wolał spróbować tego sposobu, dopiero potem uciec się do przekupstwa. Lecz, jako że nie był tu sam, nie tylko on miał podjąć tę decyzję.
- To kolejna zwłoka - lojalnie ją ostrzegł.

L

Lucien - Szept - Devril pisze...

To rozumiał. Zresztą, skoro i tak musieli czekać... W normalnym przypadku pewnie skryłby się w którejś z kryjówek Bractwa, czekając zmroku i ... cóż, jego życie kręciło się wokół misji, walki, Bractwa. Albo by nieco poćwiczył, albo by uzupełnił swą wiedzę o celu i miejscu, do którego się udawał, albo jeszcze by uzupełnił zapasy trucizn... Ale teraz kryjówki Cieni stały się dla nich zamknięte. Na czas tej misji. Na czas współpracy.
- Skoro tego sobie właśnie życzysz - a czego pragnął Cień? Czasem zdawał się nie być ludzką istotą... bez pragnień... Jakby wszystkie jego marzenia mieściły się w granicach działalności Bractwa. Albo jakby zapomniał, jak to jest marzyć i śnić.

L

«Najstarsze ‹Starsze   1 – 200 z 261   Nowsze› Najnowsze»

Prawa autorskie

© Zastrzegamy sobie prawa autorskie do umieszczanych na blogu tekstów, wymyślonego na jego potrzeby świata oraz postaci.
Nie rościmy sobie natomiast praw autorskich do tych artów, które nie są naszego autorstwa.

Szukaj

˅ ^
+ postacie
Rinne Lasair