[MOŻE ZAWIERAĆ OBRAZY NIE ODPOWIEDNIE DLA MŁODYCH WIDZÓW!]
Mówi się, że ten kto nie kochał
nie zna życia. Wielu dla tego jednego uczucia jest w stanie
wycierpieć. Inni są gotowi oddać nawet za nie życie. A jeszcze
inni pójść i sięgnąć po mrok. Mrok tak ciemny i głęboki, że
nie ma z niego powrotu.
Wszystko działo się ponad pięćset
lat temu. Młody żeglarz zakochał się bez pamięci w pewnej
szlachciance. Jednak ona nie zwracała na niego uwagi i pomimo
wszelkich starań zawsze zamykano mu drzwi. Dziewczyna jednak nic nie
wiedziała o owym żeglarzu. Od zawsze marzyła o tym by wydostać
się z jej pałacu oraz uścisku ojca. Gdyż to właśnie ojciec nie
chciał wydać swojej ukochanej córki za marynarza. Żeglarz nie
należał do tych typowych chłopców pokładowych. Ciemna skóra
spalona słońcem i wyświechtana słonym wiatrem oceanu. Spod
bujnych rudych włosów spoglądały na ludzi bystre zielone oczy. Do
tego zawsze okazywał szacunek innym oraz pomagał tym, którzy
pomocy potrzebowali. Wiele dziewcząt było w niego zapatrzonych, ale
on był tylko w tą jedną. W ową szlachciankę. Dziewczyna również
posiadała wielu amantów. Długie do pasa blond włosy związane
czerwoną wstążką, niebieskie oczy. Jednak każdego kandydata,
którego przysyłał jej ojciec odsyłała. Rodzice dziewczyny
martwili się coraz bardziej.
Którejś nocy, żeglarz spotkał
dziwnego starca. Ubrany był w czarny płaszcz z kapturem
zaciągniętym tak mocno na głowę, że nie można było dostrzec
twarzy. Obiecał że pomoże mu zdobyć rękę ukochanej, ale w
zamian będzie chciał coś cennego. Żeglarz zastanawiał się co
mógłby mu dać, aż w końcu wyciągnął z kieszeni jedną
wartościową rzecz jaką miał: stary srebrny zegarek. Pamiątka po
jego ojcu. Starzec zabrał zegarek i poradził mu, by nazajutrz udał
się do domu dziewczyny. Po czym dał młodzieńcowi srebrną
obrączkę i nim się zorientował starca nie było. Mimo to
postanowił zrobić tak jak mu staruszek poradził. Jakie było jego
zdumienie, gdy zastał ukochaną płacząca nad zgliszczami jej
rodzinnego dworku. W ramach pocieszeń wręczył jej srebrny
pierścień, który dostał wczorajszej nocy od nieznajomego.
Pomogło. Dziewczyna się uspokoiła i zakochała się ze
wzajemnością w żeglarzu. Rok później się pobrali i zamieszkali
w innym mieście. Tak, by dziewczyna nie musiała oglądać resztek
swojego dawnego więzienia.
Jednak ich szczęście nie trwało
długo. Wkrótce dziewczyna ciężko zachorowała na nieznaną
chorobę. Lekarze tylko rozkładali ręce. A kilka dni później
kobieta zmarła. Po pogrzebie mężczyzna w swoim domu spotkał tą
samą postać, która dała mu rok wcześniej pierścień. W rozpaczy
wołał o pomoc. Prosił, że chce tylko zobaczyć swoją ukochaną.
- Zgoda. - Powiedział ochryple
mężczyzna w kapturze – Pomogę Ci. Tylko co dostane w zamian?
- Co tylko chcesz. - Padło odpowiedź.
- Niech i tak będzie. - Po tych
słowach wręczył mu małą karteczkę z opisem jak może przywrócić
żonę do życia. Według niej musiał to zrobić dzisiaj podczas
pełni. Uradowany mężczyzna zrobił wszystko tak jak pisało na
karteczce. Po czym podczas pełni gdy zegar wybił północ udał się
na cmentarz. I tam odprawił rytuał, który miał wskrzesić jego
zmarłą żonę. Gdy skończył recytować inskrypcję. Zaklęcie
zaczęło działać. Płyta nagrobna zaczęła dygotać, aż w
reszcie pękła na pół. Wtedy podniosła się mgła a z grobu
zaczęła wyłaniać się postać kobiety. Jednak w żaden sposób
nie przypominała jego zmarłej ukochanej. Choć miała jej
poszarpaną suknię.
Ziemista skóra w żadnym razie nie
przypominała ludzkiej. Na głowie miała tylko resztki swoich
długich włosów, ale zmieniły kolor z blond na biały niczym
śnieg. Niebieskie oczy stały się zimne i mleczne. Jak u ślepca. Z
twarzy zniknął jej zgrabny nos ukazując tylko kość. Z lewej
strony, gdzie nie było wcale spadających na twarz włosów widać
było fragment żuchwy oraz jak wychodzą z niej grube, białe robaki. Skóra z twarzy w kilku miejscach wisiała
niczym rozdarta tapeta. Z prawego ramienia znikła skóra oraz
mięśnie ukazując fragment kości. To nie była jego ukochana. To
był potwór. Jednak nie zdążył zareagować, gdyż wskrzeszona
postać rzuciła się na biednego żeglarza zabijając go na miejscu.
Ostatnie co widział, to jak jego ukochana wgryza mu się w szyję
rozrywając mięśnie. Ciepła plama posoki w której teraz leżał
powoli krzepła. Ostatnią rzeczą jaką słyszał to słowa „
Jestem demonem. To ja spaliłem i zamordowałem jej rodziców. To
ja ci ją dałem i odebrałem. A ceną za twoją prośbę będzie
twoje życie”. Rano znaleziono martwe ciało żeglarza oraz
rozwalony nagrobek.
Mówi się, że rozwścieczony żeglarz
poszukuje owego demona co zabił jego ukochaną. Ludzie nazywają go
Wyjącym Liczem albo Pierwszym Nekromantą. Podobno wciąż można go
spotkać podczas każdej pełni gdy tylko zegar wybije północ.
Chodzi po cmentarzu szukając zagubionej duszy swojej ukochanej oraz
ukradkiem wspomagając potrzebujących. Czasami za dnia można
usłyszeć głosy owych kochanków, które mówią „Strzeżcie
się demona w czarnym kapturze!”. Od tamtej pory przy bramie cmentarza widnieje miedziana tabliczka, a na niej napis:
„Nie bójcie się kochać. Bójcie
się tylko by nie utonąć w jej mroku”.
[Mam nadzieję, że oddałem charakter wskrzeszonego oraz, że notatka trzyma poziom poprzednich.A skoro mamy sezon strachów to może moja chora psychika sobie pożyje. I przepraszam za błędy jak się wkradły.Obym i tym razem trafił z tytułem.]
Zombbiszon
3 komentarze:
O, jestem pierwsza? *rozgląda się niedowierzaniem*
Wychodzą ci te legendy, wiesz? Ta podoba mi się tym bardziej, że - mimo iż traktuje o miłości - nie jest słodko-kiczowata bajką. Podoba mi się zagranie z wskrzeszeniem ukochanej, z tym, że nie była tą, którą zapamiętał żeglarz.
Co do błędów - we fragmencie "Uradowany mężczyzna zrobił wszystko tak jak pisało na karteczce" - poprawnie byłoby: tak, jak było napisane.
No proszę. Miłosne legenda. Najbardziej mimo wszystko podoba mi się kwestia demona i układu z nim: czyli nie ważne, co zrobisz, on i tak cię oszuka i wyjdzie na jego. Do tego mowa o pierwszym nekromancie. No i ukochany motyw wskrzeszania zmarłych: owszem, da się, lecz nigdy nie są oni takimi, jak za życia. To nieumarli. <3
Pisze i jest napisane... jak to u mnie mówiono, obie formy są dopuszczalne. Przynajmniej ja zawsze słyszałam taką wersję odnośnie poprawności. Niby zawsze ktoś się wykłócał, że bardziej, a mniej poprawne, ale... cóż, akurat to jest przypadek, którego wypominania zawsze nie lubiłam :D
I znów, tak jak przy poprzedniej legendzie wyobraziłam sobie starego bajarza, przygrywającego sobie na jakimś dziwnym, niezidentyfikowalnym strunowym instrumencie, a wokół niego wianuszek słuchaczy. Klimat.
"Młody żeglarz zakochał się bez pamięci w pewnej szlachciance." Oh god, skisłam. Wypisz wymaluj Aed i Mabel. xD Nefryt, trzymaj mnie, mdleję. Yhm, dobra, koniec wygłupów.
"Gdy skończył recytować inskrypcję. Zaklęcie zaczęło działać." Podoba mi się ten podział na dwa zdania, naprawdę.
No i zaczytałam się, tyle z komentowania na bieżąco. xD Wciągnęło mnie. A wzmianka o Wyjącym Liczu kupiła mnie bez reszty. Siłą rzeczy podoba mi się zakończenie - nieumarli nie wrócili grzecznie "tam, gdzie ich miejsce". I to właśnie ujmuje moją spaczoną duszyczkę ("moja chora psychika sobie pożyje" <3).
"Wreszcie" piszemy razem. "Dzisiaj podczas pełni" - skoro piszesz o czasie przeszłym, powinno być "tego/tamtego/owego dnia" (inaczej określenie czasu odnosi się do teraźniejszości, a reszta zdania - do przeszłości). Co do "pisało" - tak, to uzus. :D Czyli forma jest dopuszczalna i poprawna.
Prześlij komentarz