Przewodnik

Linki-obrazki

Misje
I. Więzi przyjaźni
Spotykasz po latach kogoś, kto dawniej był ci bliski. Wplątuje cię on w jakąś historię, która nie dość, że z czasem się komplikuje, to w dodatku budzi w tobie wątpliwości co do intencji przyjaciela.

II. Linia frontu
Kerończy natarli na Prowincję Demarską. Oblegany jest sam Demar. Jedni ludzie stają do walki, inni uciekają ze spalonej ziemi. Napastnicy, obrońcy i cywile. Po której stronie staniesz?

Opcjonalnie: Udział w buncie niewolników w Wirginii bądź inne miejsca walk.

III. Rekonwalescencja
W nie najlepszej kondycji trafiasz do wioski lub klasztoru. Wydaje ci się, że trafiłeś w dobre ręce i że wkrótce będziesz mógł opuścić to miejsce. Okazuje się jednak, że z pozoru życzliwi i uprzejmi ludzie skrywają przed tobą jakąś tajemnicę.

IV. Zabij bestię
Coś napada, nęka mieszkańców. Zawierasz umowę z wójtem - dostarczysz głowę bestii za określoną cenę. Okazuje się jednak, że stworzenie nie działa bez powodu - jest w jakiś sposób prowokowane przez mieszkańców.

Opcjonalnie: Bestia jest wrażliwa na hałas z karczmy albo ludzie naruszyli w jakiś sposób jej rewir (weszli na jej teren, zajęli leże ze względu na drogie surowce itp.)

V. Nielegalne walki
Dochodzą cię słuchy o nielegalnych walkach prowadzonych w okolicy. Położysz im kres czy może postanowisz wziąć w nich udział dla własnego zysku? Pieniądze nie leżą na ulicy.

VI. Zlecone zabójstwo
Dochodzi do zamachu, w wyniku którego ginie ktoś ważny. Podejmujesz się odnalezienia zabójcy – albo jego zleceniodawcy. Od ciebie zależy, czy dojdzie do aresztowania winnych, czy pomożesz im uniknąć kary.

VII. Egzekucja
W mieście lub wiosce szykuje się egzekucja. Znasz sprawcę albo sam doprowadziłeś do jego schwytania. Realizacja wyroku coraz bliżej.

Opcjonalnie: Z czasem nabierasz wątpliwości, czy skazaniec faktycznie jest winny i chcesz go uwolnić lub dochodzą cię pogłoski, że ktoś może chcieć uwolnić kryminalistę.

zamknij
Spis kodów
Spis opowiadań
Baśń o wolności: Preludium (autor: Nefryt) Gdy demon odzyskuje człowieczeństwo, przypomina sobie jak być człowiekiem.(autor: Zombbiszon) Nikt nie zna prawdziwego bólu do czasu aż nie straci kogoś bliskiego sercu. (autor: Zombbiszon) Wendigo i Driada (autor: Zombbiszon) Domek, zupa, sukkub i historia (autor: Zombbiszon) Sen i niespodzianki (autor: Zombbiszon) Boląca strata i niepokojący gość! (autor: Zombbiszon) Cienie i nowy przyjaciel (autor: Zombbiszon) Kruki (autor: Zombbiszon) Cienie i Starsze Dusze (autor: Zombbiszon) Zło Kor'hu Dull (autor: Zombbiszon) Złodziej Twarzy i Koszmar (autor: Zombbiszon) Królewiec (autor: Zombbiszon) Przed świtem (autor: Nefryt) Król Żebraków i nowe drzwi (autor: Zombbiszon) Akceptacja (autor: Zombbiszon) Nostalgia (autor: Nefryt) Nowa droga i niespodziewane wyznanie? (autor: Zombbiszon) Biały i zielony daje czerwony! (autor: Zombbiszon) Nowe wyzwania w nowym życiu (autor: Zombbiszon) Krąg tajemnic (autor: Zombbiszon) Jack (autor: Zombbiszon) Czasami to mrok daje najwięcej światła (autor: Zombbiszon) Trzy sceny o szpiegowaniu (autor: Nefryt) Morze bólu. Promyk nadziei ... (autor: Zombbiszon) Sól (autor: Olżunia) Dyjanna Muirne: Miecz może być dowodem wszystkiego (autor: Zorana) Uszatek i Kwiatek na tropie przygody: Przypadłość parszywej gospody (autor: Paeonia i Szept) Gdy gasną świece (autor: Zombbiszon) ... Najjaśniej płoną gwiazdy nadziei. (autor: Zombbiszon) Elias cz. 1 (autor: Zombbiszon) Elias cz. 2 (autor: Zombbiszon) Historia (autor: Zombbiszon)
zamknij

Chat


That is not dead which can eternal lie,
And with strange aeons, even Death may die.
~H. P. Lovecraft



Milla D’Aragnon ściskała w rękach suknię, unosząc ją, aby jej skraj nie zawadzał o krzewy i połamane gałęzie. Przemykała wśród poczerniałych martwych pni i świeżych zarośli szybkim marszem, co jakiś czas prawie zrywając się do biegu. Włosy miała częściowo upięte na czubku głowy, resztę puściła luzem i ta reszta teraz zawadzała o gałęzie.
Elfka miała wrażenie, że jest obserwowana. Właściwie nie było w tym nic dziwnego. Medreth żył, a zanim spłonął oprócz zwierząt było tu wiele istot i duchów, ale tym razem Milla miała wrażenie, że coś lub ktoś celowo ją śledzi. Otuliła się płaszczem, zwalniając kroku. Fioletowy materiał ściśle opiął jej plecy, teraz widoczny stał się kolorowy, ozdobiony złotą nicią herb D’Aragnonów – dębowe liście, wyrastające ogonkami jakby z jednego punktu, pod którymi zwisały na rozdwojonej szypułce żołędzie.
Między drzewami coś przemknęło. Zbyt duże jak na gryzonia, za małe na polującego drapieżnika. Zresztą wyglądało, jakby raczej umykało a nie próbowało zaatakować.
Dlaczego to musi rosnąć w najtrudniej dostępnych miejscach, pomyślała dziewczyna z irytacją. Może czułaby się pewniej, gdyby miała przy sobie Berło Rogacza? W jakiś sposób przywykła do jego bliskiej obecności, jakby stopniowo stawało się to jej drugim uzależnieniem. Nie, nie czuła w jakiś sposób szczególnej mocy. Odczuwał coś jej ojciec, władający magią, ale sama Milla nic takiego nie doświadczyła. Raczej była zdania, że zaczęła traktować tę laskę jako rodzaj szczęśliwego amuletu, bez którego czuła się naga i bezbronna.
Wskoczyła do płytkiego rowu. Znajome miejsce, część jednej z jej stałych tras. Milla rozpoznawała bez problemu swoje punkty orientacyjne. Pewnie już nie robiłoby jej to różnicy, gdyby jeszcze więcej chmur zakryło gwiazdy. Szła wzdłuż rowu. Stopy częściowo zagłębiały się w miękki grunt na jego dnie. Na drodze elfki pojawił się pień powalonego drzewa, kolejny znajomy punkt. Dziewczyna wygramoliła się z rowu. W tym miejscu ocalało kilka grup starych, pierwotnie rosnących tu drzew. I jak zauważyła Milla, coś znów przemknęło, zanim zniknęło za którymś pniem, czarny kształt ze świecącymi w ciemności plamami. Może duch, poruszał się zresztą wyjątkowo zwinnie.
Spokojnie, powtarzała sobie w myślach Milla. Zdała sobie sprawę, że ma lekko wilgotne dłonie. To zdenerwowanie. I może lekkie wyrzuty sumienia, bo znów tu była, bo musiała tu bywać w ostatnim czasie częściej. Ale nic więcej. Jeszcze nie.
Przeszła pomiędzy drzewami, oparła się na chwilę ręką o pień. Przed sobą miała polanę, skąpo porośniętą trawą i niskimi krzewinkami. Jeśli dobrze pamiętała, było to jedno z tych miejsc, gdzie jeszcze zachowało się dużo śladów popiołu i zwęglonego drewna. Po przeciwnej stronie leżał obalony, częściowo spalony i w znacznym stopniu pusty już w środku pień. Jego średnica pozwoliłaby Milli bez problemu stanąć w jego wnętrzu jak w korytarzu, gdyby został całkiem wydrążony.
Ile to drzewo mogło mieć lat w chwili, kiedy las Medreth płonął? Tysiąc? Tysiąc pięćset? A może stało tu już w tym czasie, kiedy elfy pierwszy raz przybyły na kontynent…
Elfka otuliła się ramionami, czując nagły dreszcz. Tylko zdenerwowanie, nic ponadto.
Powoli zaczęła obchodzić pień. Była już blisko, to miejsce też było dobre. Może nie najlepsze z tych, które do tej pory zdążyła odkryć, ale tutaj stosunkowo łatwo było dotrzeć. I wrócić do Ataxiar w odpowiednim czasie, tak, żeby nie wzbudzać niepotrzebnych podejrzeń. Znów miała wrażenie, że czuje na sobie czyjś wzrok. Teraz to uczucie było inne, jakby to spojrzenie było zdolne przepalić ją na wskroś, elfka miała wrażenie, że od jego siły powietrze zaczyna gęstnieć. Rozejrzała się nerwowo. Nikogo nie było, była prawie pewna, ale jakoś zrobiło się… inaczej. Dziwnie.
Milla niecierpliwie rozgarnęła ręką wysokie trawy. Krzew, wciąż młody, niski, o powykręcanych gałęziach rósł tam, gdzie powinien być. Dziewczyna natychmiast znalazła się tuż przy nim.
- ‡∂»þ'œ, ﮔœ«ꝊþⰚ – odezwał się niski, głęboki głos dochodzący jakby z kilku miejsc jednocześnie. Milla drgnęła. Ręce, już wyciągające się ku młodym wąskim listkom na gałęziach krzewu, opadły. Elfka spróbowała się szybko opanować, myśląc, że w innej sytuacji nie byłaby tak zdenerwowana.
- Bądź pozdrowiony, potężny leśny duchu – odezwała się, skłaniając z szacunkiem głowę, ale zrobiła to na tyle nieznacznie, żeby nie tracić z oczu najbliższego otoczenia.
Kimkolwiek właściwie jesteś, dodała w myślach.
- Boisz się mnie? - spytał głos z lekko wyczuwalną drwiną. Duch bez problemu przeszedł na arystokratyczny elfi dialekt. Teraz wydawał się znajdować gdzieś bliżej, Milli wydało się, że widzi ruch na jednej z martwych gałęzi powalonego drzewa. Po chwili w ciemności zaświeciły oczy, na moment zniknęły, a w ich miejscu pojawił się słaby odblask światła, w końcu oczy przybliżyły się wraz z otoczonym grzywą wilczym łbem. Na szerokim martwym pniu stał stillid pokryty połyskującą łuską, smukły, podobny nieco do hieny, z grzbietem porośniętym gęstą kępą bordowych, czarnych i granatowych piór. Ee’ngyan, prastary, Duch w Kolorze Nocy.
- Nie, panie – odparła Milla, mając nadzieję, że jej głos nie drży za bardzo – Wybacz mi, że zakłócam twój spokój tym wtargnięciem.
Wiedziała, z kim ma do czynienia i słusznie czuła respekt. A niewiele było osób i rzeczy, które panna D’Aragnon traktowała poważnie. Zresztą nawet gdyby nie znała go wcześniej, teraz i tak, z wrażliwością dodatkowo rozbudzoną przez Berło Rogacza, musiałaby odczuć szczególną aurę tej potężnej istoty, znacznie starszej niż elfie i ludzkie cywilizacje, podróżującej między fizycznym światem a krainami duchów w czasach, kiedy po świecie chodzili półbogowie i potężne istoty a każdy skrawek ziemi należał do pomniejszych bóstw. Ee’ngyan musiał być jednym z tych, którzy przed wiekami mieli swój udział w nadawaniu naturze kształtów.
Duch w Kolorze Nocy parsknął, co chyba miało być śmiechem. Porastająca jego łeb i smukłą szyję grzywa zafalowała, brzęknęły zwieszające z jego szyi i włosów kryształy i amulety.
- Myślisz, że doznam jakiejś krzywdy, przez to, że tu jesteś? Albo przez to, że znów przychodzisz zbierać liście rozetki?
Widząc jak elfka gwałtownie odskakuje od młodego krzaka, znów się zaśmiał. Milli wydawało się, że więcej było w tym pobłażliwej rezygnacji niż gniewu.
- Bierz ile chcesz, elfie dziecko – ciągnął stillid – Przeceniasz się chyba, a twoje kłopoty dotkną tylko ciebie. I może parę bliskich ci osób. Nie musisz zaprzeczać, nie radzę ci próbować kłamać, bo i tak widzę to wypisane na twojej twarzy.
- Mój ród pewnie nadal nosi na sobie piętno tej hańby – bąknęła Milla. Czuła się onieśmielona, a to nie był dla niej stan naturalny. Zwykle to ona potrafiła sprawić, że ktoś zapominał języka w gębie.
Ee’ngyan potrząsnął głową, jakby pokazując jej, że znów się pomyliła.
- Znów się przeceniasz – powiedział spokojne – Wy, elfy, macie to chyba we krwi. Naprawdę uważasz, że bogowie plotkują między sobą o tym, że hyvan Ilmidiel niezbyt rozważnie dobierał sobie przyjaciół? Albo, że to ma dla nich jakieś znaczenie, że po wszystkim dobrowolnie przyjął los Wygnańca?
Milla poczuła, jak coś w niej się zaciska. Nie była pewna, czy chce zaprotestować, nie zastanawiając się nawet, czy powinna. Poczuła się trochę dotknięta, a jednocześnie wiedziała, że stary duch ma rację. Kim była ona, kim był cały jej ród dla świata? Mogła przeżyć kilka wieków. I co z tego? Ee’ngyan mógłby oglądać narodziny i śmierć wielu elfich pokoleń. I oglądał je pewnie od czasów, kiedy elfy tworzyły w głębi znacznie bujniejszych niż obecnie puszczy pierwsze niewielkie społeczności, ludzie niewiele różnili się od drapieżnych zwierząt a po ziemi chodziły rasy gigantów o częściowo boskim rodowodzie. Gdy na chwilę się pochylił, przyglądając jej się bacznie, elfka mogła wyczytać to w jego płonących oczach. Dla prawdziwie nieśmiertelnych czas musiał płynąć zupełnie inaczej.
- Niewielu jest… takich jak ty… prawda? - spytała. Głos jednak jej zadrżał, nie zdołała nad tym zapanować. Mimo, że noc była ciepła i parna, Milla miała gęsią skórkę.
- Gdybym nie mógł bez przeszkód czytać w twoim umyśle, trudno byłoby mi zrozumieć, co dokładnie masz na myśli, elfie dziecko – stwierdził Ee’ngyan. Milla wyczuła, że potężny duch uważa ją za zabawną, w innym przypadku wzbudziłoby to w niej słuszny poniekąd gniew.
- Chciałaś wiedzieć, czy wielu zachowało więź z tym światem, po tym, jak z woli bogów został oddany we władanie istotom śmiertelnym, tak? - spytał stillid. Odwrócił się gwałtownie i w kilku susach znalazł się przy krawędzi ogromnego martwego pnia. Sprężył się do skoku i wylądował na ziemi kilka stóp od miejsca, w którym stała Milla. Elfka mogła zobaczyć teraz, że smukły ciemny pysk znajduje się na wysokości jej klatki piersiowej. Niektóre pasma bujnej grzywy Ducha w Kolorze Nocy splecione były w przyozdobione koralikami warkoczyki. Z tej odległości dało się dostrzec inskrypcje i symbole na amuletach zwierzających się na rzemieniach z wilczej szyi i przednich łap, ale Milla i tak nie znała ich znaczenia. Dziewczyna odruchowo zaczęła się cofać. Zanim zastanowiła się nad tym, upadła na kolana i pochyliła głowę, lękając się spojrzeć w te świecące w mroku oczy. Ee’ngyan trącił ją nosem w ramię, skłaniając do uniesienia wzroku.
- Jak na jedną z tych, którzy dostali świat do rozporządzania, coś zbytnio ulegasz lękom i słabościom – powiedział stillid – Mogę ci odpowiedzieć, zresztą słusznie się domyślasz. Większość z Chodzących po Ziemi odeszła albo do innych wymiarów, albo dołączyła do domeny bogów. Taka była wola, takie było przeznaczenie. Gdy fizyczne światy wyłoniły się z pierwotnego chaosu, duchy i bóstwa dzieliły tereny między siebie, ignorując siłę, która wyrastała z materii tuż obok nich. Pierwiastek życia, który nieustannie podlegał przemianom. Potem wielu próbowało go kształtować, jak jeszcze jeden, bardziej złożony materiał. Niektórzy w swojej mądrości wyczuwali, że ma on potencjał stać się podobny do nas. I stawał się, czasem jeszcze wspomagany wolą bogów. Zgodnie z tą wolą światom dany był porządek, chaos musiał zostać odtrącony.
Milla czuła na karku gorący oddech Ee’ngyana. Najdłużej była w stanie patrzeć na dwie stojące przed nią łapy, o smukłych palcach, z długimi lśniącymi szponami, teraz częściowo zarytymi w wilgotny grunt. Pomimo rosnącego strachu coś kazało jej wyciągnąć rękę i dotknąć jednego z tych pazurów. Najpierw nieśmiało, po czym cofnęła się jak poparzona. Odczuła może silną, skoncentrowaną esencję życia, ale nie padła na miejscu porażona gromem. Sam Ee’ngyan nie zareagował na to, więc trochę ośmielona, elfka sięgnęła znowu, tym razem przesuwając palcami w górę, do miejsca, gdzie rzemienie oplatały nadgarstek pokryty połyskującą zielonkawo łuską. Oprócz lekkiego uderzenia mocy zauważyła teraz coś jeszcze. Z zewnątrz chłodne jak mokre liście, ciało stillida płonęło od środka żarem. Jaka krew mogła płynąć w żyłach duchów, kiedy te w fizycznej postaci stawały się dostrzegalne dla żyjących? Instynktownie czuła, że to może mieć wielkie znaczenie, to musiało mieć wielkie znaczenie.
- Ale bogowie mroku nie zostali zniszczeni – odezwała się po dłuższej chwili – Teraz czarni magowie mogą wzywać ich podczas swoich plugawych rytuałów.
- Spróbuj sama całkowicie zniszczyć nieśmiertelnych – parsknął Ee’ngyan. Milla natychmiast zapragnęła przepraszać, tłumaczyć się ze swoich nierozważnie rzuconych słów, ale Duch w Kolorze Nocy nie wydawał się ani trochę zagniewany.
- Żyłeś przed pojawieniem się istot rozumnych, panie? - spytała elfka. Ee’ngyan powoli, z powagą skinął głową.
- Narodziłem się zaraz przed tym jak bogowie zaczęli ingerować w bardzo różnorodne wówczas żywe istoty. Stworzenia, tknięte nagle nieziemską mocą, zmieniały się, co niekoniecznie prowadziło do pozytywnych efektów. Rodziło się mnóstwo bestii, z których nie wszystkie przepadły całkowicie w mrokach historii. Ale jakiś czas później dumny lud salamander wzniósł wspaniałe miasta na ziemiach obecnej Pustyni Wirgińskiej. Karłowaty, pół boski, pół zwierzęcy lud o kamiennej skórze przebijał tunele w głąb skał. Długowieczni giganci stawiali z głazów monumenty. Duchy i bóstwa lubiły się łączyć z istotami fizycznymi, żeby odświeżyć krew. Tak powstawały w krótkim czasie imponujące cywilizacje, które równie szybko doprowadzały się wzajemnie do upadku, zanim najmądrzejszy bogowie postanowili to ukrócić. Duchy musiały odejść do swoich wymiarów albo w inny sposób się wycofać. Bogowie mieli tylko z ukrycia wspierać rozwój natury, która miała znacznie większe szanse przetrwać bez dotykających ją skutków wojen między potężnymi istotami. Wiele bóstw wybrało sobie rasy, którym sprzyjały, czasem udzielając swoich łask.
- My jesteśmy dziećmi Asuryana i Aszary – bąknęła Milla odruchowo. Ee’ngyan, który mówiąc, w którymś momencie zaczął powoli spacerować wokół niej, teraz na chwilę się zatrzymał.
- No, wobec was byli wyjątkowo hojni – odpowiedział – Podobnie inni wybierali swoje ludy albo plemiona, kiedy śmiertelne istoty uzyskiwały, właściwie od siebie niezależnie, odpowiednio rozwinięty umysł. W tamtych czasach pierwsze wielkie cywilizacje właściwie już wyginęły, zostawiając świat stworzeniom przynależącym do niego. Wam, krasnoludom, ludziom… w głębi mórz pojawiły się syreny, częściowo zmuszając pradawne potwory do wycofania się. Chociaż kto wie… krążą plotki, że tam, w otchłaniach, gdzie nie dociera światło dnia, to i owo przetrwało. Ale na lądzie niewiele jest miejsc, gdzie duchy zachowały swoją władzę. Gdzieś na wysokich grzbietach gór. Albo w sercach starych lasów. Wstań, dziecko i rozejrzyj się.
Milla wstała machinalnie. Zwyczajnie nie mogła nie spełnić tego polecenia.
- Spójrz, gdzie jesteśmy – wymruczał Ee’ngyan.
- W Medreth. W lesie duchów…
Elfka znów poczuła jak coś w niej zaciska się w supeł. Las w większości był martwy, to, co żyło obecnie na tych ziemiach stanowiło efekt rozpaczliwych wysiłków Strażników, aby odtworzyć spaloną puszczę. Kiedy drzewa podrosły, do Medreth powróciły ptaki, pośród krzewów i wysokich traw znów przebiegały mniejsze zwierzęta. Ale jakie było prawdopodobieństwo, że będzie tu kiedykolwiek chociaż w jakimś stopniu tak jak wcześniej.
- Duch Lasu, Moka i Udunra nie wrócą? - spytała cicho.
- Z jakiegoś powodu już nie mogą, tak?
- Albo nie chcą. Nie wiem dokładnie, jakie prawa nimi rządzą. Byli znacznie starsi i znacznie potężniejsi ode mnie. Mogli zostać na świecie dowolnie długo, droga, którą obrali pozwoliła im na to. Niewiele starych bóstw natury zdecydowało się na to. Trzeba było wyzbyć się swojej dumy i dążenia do wywierania wpływu. Usunąć się na margines, nie kształtować dziejów. Duchom i nielicznym ocalałym półboskim istotom było jeszcze trudniej. Ostatnim potężnym, poza bóstwami natury, który miał zostać zapamiętany był ◊⊍πœ«Ⱑ’þҙⰊ...
Ee’ngyan urwał, przypuszczalnie dlatego, że dostrzegł na twarzy Milli zadumę i pewien wysiłek.
- Obecnie w legendach nazywacie go chyba Kohren-Tugtanem – podpowiedział – Albo Marionetkarzem.
Milla szeroko otworzyła oczy, w których błysnęło zrozumienie.
- Marionetkarz był… - zaczęła.
- Chodzącym po Ziemi. Znanym tylko z niektórych ostatnich czynów, których dokonał zanim na dobre opuścił ten wymiar, skłoniony zresztą do tego przez bogów. A wcześniej przez wiele wieków walczył z bestiami powoływanymi przez mrocznych bogów, z ludźmi-gadami, wcielonymi demonami z wulkanów i agresywnymi gigantami, którzy nie chcieli oddać władzy.
W głosie stillida dała się wyczuć nagła gorycz.
- Tak, jakby spełnił swoje zadanie i mógł już zniknąć. Odszedł w czasie, kiedy rozumne rasy zaczynały budować pierwsze osady. Na tym świecie nie było już dla niego miejsca.
Ee’ngyan cofnął się gwałtownie, z szelestem wpadając w wysokie trawy. Zmrużył oczy i zmarszczył nos.
- Z tych co pozostali… teraz ty, panie, jesteś najsilniejszy? - Milla wyraziła przypuszczenie, które wydało jej się teraz jak najbardziej słuszne.
- Jestem jednym z trzech – uściślił Duch w Kolorze Nocy – Jeśli liczyć duchy. Bo są jeszcze bogowie natury, w swoich lasach, na wierzchołkach gór i bezludnych wyspach. I, być może, do obecnych czasów przetrwali jeszcze jacyś Chodzący po Ziemi.
Milla znów spuściła wzrok.
- I czego znów się tak obawiasz, elfie dziecko? - parsknął Ee’ngyan – To teraz wasz świat, wasze lasy. Wasz czas, wasze życia, perypetie i problemy. Możecie walczyć między sobą albo z innymi ludami, podbijać kolejne ziemie, budować i palić miasta, świat od tego się nie zawali. Dla gwiazd na niebie wasze śmieszne małe konflikty i sojusze nie mają znaczenia. Mogę zapewnić cię, że twój ród otrzymał wybaczenie, że piętno zostało zmyte, ale czy to coś zmieni?
Wślizgnął się między plątaninę krzewów. Gałęzie zachrzęściły o pokrywające jego ciało lśniące łuski.
- Bądź spokojna, nie bój się niczego, zbierając te liście – rzucił, nie odwracając się już do Milli – To jest twoja rola i twoje miejsce w dziejach. I twoja wola ciągle sączyć do krwi truciznę, szczęśliwa, póki nie poczujesz, jak zacznie cię niszczyć. Mam nadzieję, że kiedy nadejdzie dla ciebie ten czas, będziesz miała świadomość, że możesz prosić o lekarstwo. Teraz pewnie i tak byś tego nie doceniła. Młodzi nie uwierzą na słowo tym, którzy bardzo dużo już widzieli, póki sami tego nie doświadczą. I życzę ci, żeby wówczas ktoś z duchów nocy mógł cię uzdrowić.
Nie odszedł, ale bezszelestnie zniknął, rozpływając się po prostu w powietrzu. Milla poczuła, że teraz naprawdę została sama, żadne nieokreślone przeczucie nie podpowiadało jej już, że może być obserwowana. Wewnątrz też poczuła nagłą pustkę, nie mającą nic wspólnego ze zniknięciem Ee’ngyana. To bardziej łączyło się z nią samą, z niejasnym poczuciem winy i wstrętu, z jej rodem, bliskimi, znajomymi elfami, co do których nie miała nawet pewności, czy może ich nazywać przyjaciółmi.
Pośród wysokich traw rósł krzew rozetki, dla którego wymknęła się tej nocy z miasta. Nic nie stało jej na przeszkodzie, kiedy wyciągnęła ręce do jego gałęzi i zaczęła szybko, ale uważnie, pojedynczo zrywać wąskie, ostro zakończone listki. Dwa od razu włożyła do ust i zaczęła przeżuwać. Z doświadczenia wiedziała, że zaraz poczuje znajomy przypływ siły i orzeźwienia, a krew zacznie płynąć szybciej.





[Tak jak zapowiadałam, trochę tu posmęcę. Mam nadzieję, że reszta Autorów jakoś to wytrzyma. Jeśli coś w notce nie pasuje do przyjętej na blogu wizji, proszę krzyczeć i gryźć.]

Brak komentarzy:

Prawa autorskie

© Zastrzegamy sobie prawa autorskie do umieszczanych na blogu tekstów, wymyślonego na jego potrzeby świata oraz postaci.
Nie rościmy sobie natomiast praw autorskich do tych artów, które nie są naszego autorstwa.

Szukaj




˅ ^
+ postacie
Rinne Lasair