Przewodnik

Linki-obrazki

Misje
I. Więzi przyjaźni
Spotykasz po latach kogoś, kto dawniej był ci bliski. Wplątuje cię on w jakąś historię, która nie dość, że z czasem się komplikuje, to w dodatku budzi w tobie wątpliwości co do intencji przyjaciela.

II. Linia frontu
Kerończy natarli na Prowincję Demarską. Oblegany jest sam Demar. Jedni ludzie stają do walki, inni uciekają ze spalonej ziemi. Napastnicy, obrońcy i cywile. Po której stronie staniesz?

Opcjonalnie: Udział w buncie niewolników w Wirginii bądź inne miejsca walk.

III. Rekonwalescencja
W nie najlepszej kondycji trafiasz do wioski lub klasztoru. Wydaje ci się, że trafiłeś w dobre ręce i że wkrótce będziesz mógł opuścić to miejsce. Okazuje się jednak, że z pozoru życzliwi i uprzejmi ludzie skrywają przed tobą jakąś tajemnicę.

IV. Zabij bestię
Coś napada, nęka mieszkańców. Zawierasz umowę z wójtem - dostarczysz głowę bestii za określoną cenę. Okazuje się jednak, że stworzenie nie działa bez powodu - jest w jakiś sposób prowokowane przez mieszkańców.

Opcjonalnie: Bestia jest wrażliwa na hałas z karczmy albo ludzie naruszyli w jakiś sposób jej rewir (weszli na jej teren, zajęli leże ze względu na drogie surowce itp.)

V. Nielegalne walki
Dochodzą cię słuchy o nielegalnych walkach prowadzonych w okolicy. Położysz im kres czy może postanowisz wziąć w nich udział dla własnego zysku? Pieniądze nie leżą na ulicy.

VI. Zlecone zabójstwo
Dochodzi do zamachu, w wyniku którego ginie ktoś ważny. Podejmujesz się odnalezienia zabójcy – albo jego zleceniodawcy. Od ciebie zależy, czy dojdzie do aresztowania winnych, czy pomożesz im uniknąć kary.

VII. Egzekucja
W mieście lub wiosce szykuje się egzekucja. Znasz sprawcę albo sam doprowadziłeś do jego schwytania. Realizacja wyroku coraz bliżej.

Opcjonalnie: Z czasem nabierasz wątpliwości, czy skazaniec faktycznie jest winny i chcesz go uwolnić lub dochodzą cię pogłoski, że ktoś może chcieć uwolnić kryminalistę.

zamknij
Dodaj do WTP Spis kodów
Spis opowiadań
Kiedyś przyjdzie mi za to wszystko zapłacić... Weselicho, czyli tańcz, jedz i chędoż za darmochę! Oszukać czas. Oszukać przeznaczenie. Oszukać... siebie. Baśń o wolności: Preludium Świątynia Ażubora (1) Wszystkiego krówkowego! (okolicznościowa, krótkie opowiadanie "Motyw przewodni - Prezent". Ta dam, pamiętaliśmy! I - Wezwanie pomocy: alchemio, przybywaj! Gdy demon odzyskuje człowieczeństwo, przypomina sobie jak być człowiekiem. Nikt nie zna prawdziwego bólu do czasu aż nie straci kogoś bliskiego sercu. Niedopowiedziane historie Wendigo i Driada Szczurzy dzień (autor: Szept, Silva) Domek, zupa, sukkub i historia (autor: Elias) Sen i niespodzianki (autor: Elias) Boląca strata i niepokojący gość! (autor: Elias) Cienie i nowy przyjaciel (autor: Elias) Kruki (autor: Elias) Cienie i Starsze Dusze (autor: Elias) Zawsze jest kolejna tajemnica (autor: Silva) Zło Kor'hu Dull (autor: Elias) Złodziej Twarzy i Koszmar (autor: Elias) Królewiec (autor: Elias) Przed świtem (autor: Nefryt) Król Żebraków i nowe drzwi (autor: Elias) Akceptacja (autor: Elias) Nostalgia (autor: Nefryt) Nowa droga i niespodziewane wyznanie? (autor: Elias) Biały i zielony daje czerwony! (autor: Elias) Nowe wyzwania w nowym życiu (autor: Elias) Krąg tajemnic (autor: Elias) Jack (autor: Elias) Czasami to mrok daje najwięcej światła (autor: Elias) Trzy sceny o szpiegowaniu (autor: Nefryt) Morze bólu. Promyk nadziei ... (autor: Elias) Nie ma sensu szukać guza. Chyba, że jest się najemnikiem (autor: Silva) Sól (autor: Aed) Dyjanna Muirne: Miecz może być dowodem wszystkiego (autor: Zorana) Opus Magnum I (autor: Iskra) Uszatek i Kwiatek na tropie przygody: Przypadłość parszywej gospody (autor: Paeonia i Szept) Gdy gasną świece (autor: Zombbiszon) ... Najjaśniej płoną gwiazdy nadziei. (autor: Zombbiszon) Elias cz. 1 (autor: Zombbiszon) Elias cz. 2 (autor: Zombbiszon) Historia (autor: Zombbiszon)
zamknij

Chat

Jeżanka, Wyżyna Makowa
   Dźwięk ciężkich kroków i trzeszczącego pod butami żwiru, rozbrzmiewał w powietrzu od dłuższej chwili, zakłócając beczenie kóz i owiec, gdakanie kur i szczekanie psów. Niósł się od strony targowiska, gdzie przekupki zachwalały swoje warzywa, a uprawiający maki wychwalali ich kolory: nie bez powodu ta wyżyna nazywa się Makową, tak samo jako dolina u jej stóp. Dźwięk kroków kłócił się ze stukotem młotów i trzaskiem pił. Kilkanaście kroków w stronę lasu wieśniacy wznosili nowy dom; na kamiennej podmurówce, z grubych, szerokich bali układanych na zrąb. Brakowało tylko dachu, nie było nawet krokwi, na których mógłby się wesprzeć.
   Kroki zwolniły, kiedy idący człowiek zatrzymał się przed furtką i podniósł skobelek. Teraz skrzypiał piach pod butami, gdy obchodził dom, kierując się do wejścia, które ktoś z niewiadomych powodów umieścił tam, gdzie zazwyczaj był tył chaty.
   Na schodach siedział Brzeszczot. Ubrany w strój do konnej jazdy, z tobołkami i kobyłką skubiącą trawę w cieniu drzew. Słuchał zbliżających się kroków i dobrze je znał; rozpoznałby je wszędzie.
   - Kiggs!
   Przed mieszańcem wyrósł mężczyzna. Miał smoliście czarne włosy przycięte na pięć palców, równie gęstą brodę i ciemne oczy, które wyglądały tak, jakby nie miały źrenicy. Krzywy nos, kilka blizn po ospie na policzkach, nieco skrzywiona postawa przez krótszą od urodzenia nogę - cały Kiggs. Nosił się krzykliwie jak na Jeżankę, bo wybierał stroje skrojone na modłę Wirgińską; bardziej kolorowe i ozdobniejsze, haftowane motywami południowymi. I lubił żuć najtańszy tytoń, śmierdzący gorzej niż machorka do palenia.
   - Brzeszczot! - Kiggs uśmiechnął się, spluwając czarnym sokiem w trawę i wyciągnął ramiona, chcąc objąć przyjaciela, którego nie spodziewał się zobaczyć. Podły dzień, który rozpoczął się wraz z wczesną pobudką, deszczem i krzykami wioski, właśnie wszedł na dobrą drogę.
   - Nie zbliżaj się! Śmierdzisz tytoniem. - Nic jednak nie wskórał, bo Kiggs już go obejmował i klepał po plecach, zamykając w niedźwiedzim uścisku. Był starszy i uchodził w oczach mieszańca za brata, który potrafił zganić i pochwalić. Przyjacielowi, który uratował twój kark tyle razy, nie sposób odmówić pewnych rzeczy. Gdyby nie Kiggs, najemnik ucztowałby przy wielkim stole wojów już dawno temu. - No już, już. Ach ci staruszkowie, tacy ckliwi - zażartował, oddając uścisk.
   - Udław się tym słonecznikiem - urażone burknięcie i Kiggs już stał wyprostowany; nie, nie obraził się, ale czasami lubił poudawać, że dotknięto go do żywego. - Włamałeś się do mnie.
   - Przecież nie wlazłem, czekam na schodach. - Co w oczach Brzeszczota było oczywistym znakiem, że wcale się nie włamał, że nie jest żadnym złodziejem, ani nic. On grzecznie czekał na właściciela. - Furtka się nie liczy.
   - To co tu robisz? - W głosie Kiggsa pojawiło się coś dziwnego.
   - Bo…? - Coś, co Brzeszczot usłyszał i już węszył paskudny podstęp. Na dzień dobry! Tak się nie powinno robić! Na dzień dobry powinno się dostać kufel piwa, miskę mięsa i kości na stół, o. Zwłaszcza od brata najemnika, którego się nie widziało od dawna, a z którym się zaczynało swoje najemne przygody.
   - Bo… Tag, Else i ja mamy robótkę. - Mężczyzna postawił masywnego buciora na stopniu schodów, pochylając się ku najemnikowi. Dorównywał wzrostem mieszańcowi i trochę przysłonił mu słońce, rzucając na niego cień. Cóż, nie miał też zamiaru owijać w bawełnę i tracić darowanej okazji. - Ruszysz dupsko i się przyłączysz?
   - W coście się znowu wpakowali? - Siedzący na schodku Brzeszczot nie wyglądał na zainteresowanego; przesunął się, nie odrywając boskich pośladków od drewna, by wystawić twarz do jesiennego słońca. Wciąż dłubał słonecznik. - Chciałem z wami wychylić kilka kufli, a nie na koń.
   - Jesteśmy najemnikami, my się nie pakujemy, my wybieramy świadomie - przypomniał mu Kiggs, opierając się plecami o barierkę i zabierając przyjacielowi kilka ziarenek z główki. Obrócił jedno w palcach i wsadził między zęby, z politowaniem patrząc, jak Darrus rozłupuje je w palcach. Jakby to była najbardziej haniebna rzecz na świecie. - Trzeba obić kilka mord i połamać kości.
   - Serio? I trzech rosłych byczków sobie nie poradzi? Chciałem u ciebie przenocować, chłopie. Droga od Królewca była koszmarna. Wczoraj przestało lać, a szlak przez góry… - splunął pestką słonecznika, wciąż czując zimno na karku.
   - Rozruszasz się. Twoje pięści się przydadzą - w jego głosie pojawiła się nutka złośliwości. Była jak igła krawca, całkiem przypadkiem wbita w ciało. - To jak, stetryczały najemniku, będziesz tu gnił, czy idziesz wybić kilka zębów?
   - Znowu się spóźnię do staruszka. - Brzeszczot wiedział, że nie pozbędzie się tego dziada, dopóki nie da mu się wygadać. Niech mówi, on sobie dłubie słonecznik. No, może trochę go zachęci. - Rozwiń.
   - Tartak za Bagiennikami, kilka staj od tej wioski. - Kiggs wskazał północ, gdzieś w stronę Gór Przodków; niedbałym ruchem ręki, jakby nie do końca wiedział, co powinien pokazać. - Rabusie wykurzyli drwali i zasadzili się na szlaku handlowym ze Starego Łęgu do Sevilli.
   - Złoto czy srebro?
   - Jedenaście żółtych i dwadzieścia białych. - Może i cena, którą proponowali drwale nie była królewska, ale to zawsze kilka monet w sakiewce, nawet jeśli podzielą to na czterech. - Nie tchórz, nie damy uszkodzić twojej ślicznej, półelfiej mordki.
   - Pierdol się Kiggs. - Dar wstał, strzepując ze spodni łupinki słonecznika. Przeciągnął się, aż strzeliło mu w kościach, na co Kiggs spojrzał na niego z miną: mówiłem, starzejesz się chłopie. - Przydaj się i weź mi coś do żarcia. Idę osiodłać kobyłkę.

Na wschód od Bagiennik, tartak, szesnaście dni później
   Łańcuchy zagrzechotały, skrzypnęły cicho zamykane za wychodzącym mężczyzną kraty, trzasnął przekręcany zamek. Kroki oddalającego się mężczyzny i łuna płonącej żagwi zniknęły po chwili. W niskim, płytkim tunelu zapadła cisza, przerywana od czasu do czasu kapaniem wody, skraplającej się na kamiennym sklepieniu, tworzącej w zagłębieniach kałuże. Ciemność rozświetlał słaby blask pochodni, dopalającej się w małym, zaokrąglonym składziku; była to naturalna jaskinia, wieki temu wyrzeźbiona przez płynącą tędy wodę. Bez okien, bez dziennego światła. Powietrze było tu zatęchłe, nie było przeciągów, które wywiały by ciężki zapach zmieszany z wonią wilgoci, grzybów i porostów obrastających ściany. Śmierdziało spalenizną od osmolonych kamieni, czarnych, pokrytych sadzą. Ciemne plamy na posadzce, smród niemytego ciała, wilgoć i cuchnący, charakterystyczny zapaszek starej krwi z przesiąkniętych szmat rzuconych w kąt. Woń rozkładu, którego źródło zostało usunięte. A nad tym wszystkim obrzydliwy zapach świeżej, upuszczonej dopiero co posoki, ludzkiego potu i swąd przypalanego ciała.
   Blask dogasającej pochodni migotał, odbijając się w zebranej w zagłębieniu krwi. W nierównym sklepieniu ktoś zamocował hak, na którym zawisły brudne, rdzewiejące łańcuchy; kajdany na ich końcu zatrzaśnięto na ludzkich nadgarstkach. Mężczyzna wisiał, ręce miał uniesione do góry, związane razem nad głową, naprężone, a jego stopy nie dotykały dna jaskini. Wisiał nie mając oparcia, nie mogąc wesprzeć się rękoma; ciężar własnego ciała i obciążniki zawiązane na jego kostkach, ciągnęły go w dół.
   Na sobie miał coś, co kiedyś mogło być lnianą koszulą. Teraz podarty materiał ledwo przypominał ubranie; przesiąknięty krwią i potem, z rozerwanymi rękawami, lepił się do ciała. O wiele lepiej wyglądały spodnie, choć mokre, były niemal całe. Rozdarte karwasze leżały w kącie, sakiewka i sztylet spoczęły tuż obok pierścienia i ptasiej zapinki.
   Pod strzępami koszuli widać było gołe ciało. Plecy znaczyły miejsca przypalonej skóry; czerwone, opuchnięte, z żółtawymi strupami i bąblami od ognia, gdzieniegdzie czarne. Czerwone kudły obcięto nierówno. Na ziemi leżało żelazne urządzenie, przypominające śrubę z otworami, służące do miażdżenia palców; wiszący mężczyzna miał ściągnięte buciory, a kilka palców u lewej nogi wykrzywionych.
   Pochodnia gasła, ledwo się tląc. W jej świetle dało się dostrzec twarz najemnika...

Chwilę później
   - Łeb mnie tak napierdala, że już lepiej się czuję po chlaniu berbeluchy…
   - Zjedz pieczoną rzepę… - Brzeszczot usłużnie, z miną niewiniątka, hamując śmiech, podsunął Kiggsowi pod nos lekko sczerniałe warzywko. Siedzieli przy wygasłym ognisku obłożonym polnymi kamieniami; żar zgasł kiedy przewrócił się kociołek, wylewając na polana wodę.
   - A wsadź se ją w dupę, mądralo.
   Dar przewrócił oczami i wyrzucił za siebie niedojedzone warzywo, krzywiąc się przy tym; nie był w stanie zrobić kolejnego gryza. Rozcięta warga piekła coraz bardziej. Mógłby sobie posiedzieć w chłodnym cieniu gór, z wyciągniętymi nogami, drzemiąc i… Nawet nie zauważył, kiedy powieki same mu się przymknęły.
   Z rabusiami wcale nie poszło tak łatwo, jak opowiadał o tym Kiggs. Mieli przytłoczyć ich liczebnością, zaskoczyć szybkim atakiem i przepędzić w siną dal. Wyszło trochę inaczej. Sami dostali łomot, chociaż szczęśliwym trafem tamci zwiali pierwsi.
   Tartak nie był w lepszym stanie. Pocięte na równe części drewno, wcześniej ułożone i pozbawione gałęzi, leżało wszędzie tam, gdzie się zatrzymało, kiedy odcięto podpierające je słupki. Niewielkie, proste chatki gdzie mieszkali drwale miały tylko wybite szyby w kilku oknach. Skład obrobionego już drewna spłonął; pozostały po nim jedynie zwęglone, poczerniałe resztki. Wóz i furmankę przewrócono na bok, by lepiej się za nimi bronić.
   Nad tym wszystkim wznosiły się Góry Przodków, wysokie szczyty sięgające nieba; gładkie i nagie skały, niemal pionowe.
   - Chłopie, nie śpij! - rozbrzmiał podniesiony głos. Brzeszczot drgnął, podnosząc głowę. - Tag i Else ściągnęli już wisielca? - spytał Kiggs, masując palcami skronie i czoło; jego babka zawsze w ten sposób uśmierzała bóle głowy; powolnymi, okrężnymi ruchami i o dziwo to działało. Ciekawe czy pomoże też na rąbnięcie pięścią.
   Najpierw zabrzmiało sapnięcie, kiedy najemnik ziewnął potężnie. - No. Obkładają go kamieniami. Ciekawe czemu się go pozbyli… - lekko, ostrożnie przekręcił się na bok, nie chcąc urazić świeżych ran i stłuczeń, które zaczynały pulsować tępym, mdłym bólem. Najbardziej ciągnęło spod żeber.
   - Może poszło o podział łupów, o babę, może o pierdołę jakąś. - Dla Kiggsa to nie było najważniejsze. Powód, który sprawił, że biedny nieszczęśnik zawisnął w jaskini mało go interesował. Miał pecha, Los i Fortuna mu nie sprzyjali. Stało się, co mogli teraz zrobić? Gadaniem mu życia nie wrócą. - Może chodzi o coś więcej, a może na niego polowali i zaznawszy w końcu zemsty, mieli spokój.
   - Trupy nam raczej nic nie powiedzą.
   - A odpowiedzi spierdzieliły razem z rabusiami. - Powolne masowanie skroni przyniosło efekt: Kiggs wkurwił się jeszcze bardziej i zaczęły go boleć ręce. Babcine metody poszły w las, a nie ku pomocy. - Ważne, że dostaniemy brzęczące. Pieprzyć ich powody. To nie nasza sprawa.
   - Słuchaj, gdzie my się z nimi spotykamy? - Brzeszczot ucisnął stłuczone ramię dłonią, próbując jakoś zmniejszyć ból.
   - W Bagiennikach. Ruszymy, jak tylko chłopaki skończą.
   - To mnie obudź - i najemnik oparł się o drzewo, przymykając powieki.

Bagienniki, pięć dni później
   Samopoczucie, szczerze mówiąc, Brzeszczot miał do niczego. Bolało go stłuczone biodro, w które oberwał buciorem, bolało w kroczu, bolał prawy łokieć, którym przygrzmocił w ziemię, bolała spuchnięta warga i rwała przecięta dłoń. Policzek piekł żywym ogniem, zaczerwieniony, a na głowie tańcowały krasnoludki w okutych butach. Na piersi, na wysokości żeber, rósł siniak od uderzenia głowicą miecza. Szum w uszach, przywodzący na myśl łoskot fal rozbijających się o brzeg podczas sztormu, przyprawiał o mdłości.
  Póki krew wrzała w żyłach, Brzeszczot nie czuł bólu; niewiele brakowało, a zacząłby pomagać innym i to w podskokach, uparcie twierdząc, że nic mu nie jest, że krew to nie jego, on się ma dobrze i dajcie mu spokój. Ale czas mijał, a krew stygła i dopiero teraz Dar poczuł, że nie ma już szesnastu lat. I dwudziestu dwóch też nie, ani nawet trzydziestu.
   - Chyba robię się na to za stary…
   - Nie za stary. Zasiedziały. Trzeba cię rozruszać, dzieciaku.
   - Masz coś jeszcze w zanadrzu?
   - Co powiesz na Ilunę? Rudobrody oferuje monety.
   - Ale to daleko.
   - Im dalej od twoich wygodnych elfów, tym lepiej dla ciebie jako najemnika.
   Wyprawa do tartaku była już przeszłością. Tage i Else zabrali swoją część monet od pracowników tartaku, uzupełnili zapasy, zmienili konie i z Bagiennik pognali ku myśliwym na wyżynie; kolejne najemne zlecenie, którego się podjęli, aby ich sakiewki zrobiły się przyjemnie ciężkie. Dar i Kiggs zostali w Bagiennikach jeden dzień, a potem mieli ruszyć ku Mall Resz.
   - Nie lubię statków...
   - Konno to do usranej śmierci nie dojedziemy. Pomyśl o tym, przydałbyś się.
   Kiggs, szczerze mówiąc, też czuł się podle. Bolała go głowa od ostatniego uderzenia zbira, przed oczami wciąż migały mu iskierki. Ciężką miał dłoń, w dodatku wiedział, gdzie trafić. Miał zdrętwiały kark i łydkę; dziś dowiedział się, że nie trzeba magii, by unieruchomić ciało, wystarczyło wiedzieć, gdzie należy dotknąć, które miejsce na ciele ucisnąć, aby paść i nie móc się ruszyć. Tępym bólem rwały go obtarte knykcie i stłuczony bark. Siniaki wyrosną mu na każdym kawałku skóry, już widział te mieniące się kolorami placki. I był przekonany, że rusza mu się jeden ząb od uderzenia w szczękę, a gdyby nie zrobił uniku, miałby złamane żebro. Bolały go nawet miejsca, o których nie miał pojęcia, że istnieją.
   - Koń… zeżarłbym całego, z racicami...
   - Kopytami - poprawił najemnika Kiggs.
   - Je też bym zjadł…

6 komentarzy:

Szept pisze...

Tytuł bardzo adekwatny. Pasuje. Zresztą, to u ciebie nie nowina.
Ja to już widziałam chyba. Przelotnie. We fragmentach. Chyba. Mylę się? Ten początek coś mi mówi. Pamiętam motyw słonecznika.

Mała uwaga: przecinki :P
Z innych uwag, nie powinno być nazywała się zamiast nazywa? Jakoś mi tak dziwnie brzmi. Jakby niezgodnie czasowo. I kroków… kroków - powtórzenia.
Czytając opis mam wrażenie, że te kroki musiały być mega głośne, skoro się aż tak wybiły. Wszystko wyciszone, tylko kroki. No, chyba że chodzi o słuch Brzeszczota, który aż tak wyłapuje.
Równie gęstą brodę - jak co? Domyślam się, że włosy, ale nie pisałaś nic, że włosy są gęste, tylko że są czarne.
wirgińską (jaką) to przymiotnik, z małej litery
Nieznane, mniej znane słowa należy wyjaśniać, jeśli się chce, by czytelnik je zrozumiał i przełożył sobie na wyobraźnię. Serio, budowy domu mnie uczysz?
wywiałyby chyba

Dalszą część też nam. Tylko postać zmieniłaś. Mylę się?

Chyba za bardzo znam innego Brzeszczota. I trochę mi go brakowało tutaj.
Chyba jestem w nastroju na czepianie się, ale szum w uszach jak fale podczas sztormu wydaje mi się mocno przesadzonym porównaniem.
Za to coś, co mi się podobało: psychologizm i stwierdzenie o starości. Za stary na coś. Ładnie, swobodnie i naturalnie ujęte. Taka rozmowa między przyjaciółmi i chwila zmęczenia.
Swobodnie, szybko się czytało.
Tylko chyba nie mój klimat, czegoś mi brakowało. Ale są gusta i guściki.
Przy okazji: nie myślałaś, żeby potorturować najemnika? TEGO? Jestem spaczona.

Silva pisze...

Tak, widziałaś, bo kiedyś Ci podsyłałam; potrzebowałam opinii, szczególnie Twojego świeżego oka.
Przecinki - cóż, nigdy cię nie zadowolę przecinkowo :D
Chodziło mi o słuch Brzeszczota; bez przesady, że w całym głosie okolicy kroki mogłyby być najgłośniejsze ;p
Chciałaś architekturę to masz - zaczynamy od prostego domu, a kończymy na świątyni *złośliwy śmiech*
Myślałam by potorturować TEGO najemnika, ale stwierdziłam, że to byłoby oczywiste i typowe, na zasadzie - znowu Dara krzywdzą, ble. Ale, jeśli cię to pocieszy, w Ilunie może być gorąco.

Szept pisze...

Ale ten wisielec, to był fragment z wątków? Czy ...?
Prawdę mówiąc, nie wiem, jak przewidywalność, ja pomyślałam: szkoda, że to nie on. Zdecydowanie jestem spaczona.
Czy ty wróciłaś do Cooka, że tak za tobą notki najemnikowe chodzą? :P

Olżunia pisze...

"Dźwięk kroków kłócił się ze stukotem młotów i trzaskiem pił." Bardzo lubię to zdanie. No i jak, Szeptucho, wspomniałaś o słuchu Brzeszczkota, a Ty, pani autorko, potwierdziłaś, wszystko spoiło się w logiczną całość. Cztery godziny snu czytaniu jednak nie służą.
"Krew wrząca w żyłach" - dobre klimatyczne określenie na adrenalinę. Aw.
"Mężczyzna postawił masywnego buciora na stopniu schodów, pochylając się ku najemnikowi." - masywny bucior powinien być w bierniku ("postawił masywny bucior").
Berbelucha. Człowiek uczy się przez całe życie. Strasznie mi się to słowo podoba.
"Dalszą część też znam. Tylko postać zmieniłaś. Mylę się?" Ja chyba dostałam podobny kawałek kiedyś na GG, jak ładnie poprosiłam. ♥ Dobra scena (mimo spoileru) i fajne, szybkie przejście od wzmianek nakierowujących na to, że to Dar, do rozmowy przy zgaszonym ognisku, gdzie Brzeszczot jest poobijany co prawda, ale żywy. Gorzej jak się ma mój paskudny zwyczaj zerkania, co dalej (a konkretnie między kim a kim toczy się rozmowa). Ale dzisiaj (może dzięki niewyspaniu) udało mi się powstrzymać. I napięcie było.
Ilość szczegółów i smaczków mnie zachwyca. Przyjemnie się czytało. Hm, co by tu na zakończenie napisać... Iluna? *robi maślane oczy*

Silva pisze...

Eeej, czy wszyscy zapomnieli o jego słuchu?! xD
Aedówko, że Ci się chciało czytać ;) I powiem Ci jedno... Iluna! Oj Iluna.
Szeptucho, nie wróciłam do czytania Cooka, ale Dar to w końcu najemnik, nie? :D

Olżunia pisze...

Ja na pewno zapomniałam. xD Powoli odżywam jeśli chodzi o aktywność, będę powoli wszystko nadrabiać. Co nie zmienia faktu, że czekam na więcej. Oj, czekam. "Swojski" taki jakiś jest ten tekst, bardzo darrusowy, to i czytać miło.

Prawa autorskie

© Zastrzegamy sobie prawa autorskie do umieszczanych na blogu tekstów, wymyślonego na jego potrzeby świata oraz postaci.
Nie rościmy sobie natomiast praw autorskich do tych artów, które nie są naszego autorstwa.

Szukaj




˅ ^
+ postacie
Rinne Lasair