Przewodnik

Linki-obrazki

Misje
I. Więzi przyjaźni
Spotykasz po latach kogoś, kto dawniej był ci bliski. Wplątuje cię on w jakąś historię, która nie dość, że z czasem się komplikuje, to w dodatku budzi w tobie wątpliwości co do intencji przyjaciela.

II. Linia frontu
Kerończy natarli na Prowincję Demarską. Oblegany jest sam Demar. Jedni ludzie stają do walki, inni uciekają ze spalonej ziemi. Napastnicy, obrońcy i cywile. Po której stronie staniesz?

Opcjonalnie: Udział w buncie niewolników w Wirginii bądź inne miejsca walk.

III. Rekonwalescencja
W nie najlepszej kondycji trafiasz do wioski lub klasztoru. Wydaje ci się, że trafiłeś w dobre ręce i że wkrótce będziesz mógł opuścić to miejsce. Okazuje się jednak, że z pozoru życzliwi i uprzejmi ludzie skrywają przed tobą jakąś tajemnicę.

IV. Zabij bestię
Coś napada, nęka mieszkańców. Zawierasz umowę z wójtem - dostarczysz głowę bestii za określoną cenę. Okazuje się jednak, że stworzenie nie działa bez powodu - jest w jakiś sposób prowokowane przez mieszkańców.

Opcjonalnie: Bestia jest wrażliwa na hałas z karczmy albo ludzie naruszyli w jakiś sposób jej rewir (weszli na jej teren, zajęli leże ze względu na drogie surowce itp.)

V. Nielegalne walki
Dochodzą cię słuchy o nielegalnych walkach prowadzonych w okolicy. Położysz im kres czy może postanowisz wziąć w nich udział dla własnego zysku? Pieniądze nie leżą na ulicy.

VI. Zlecone zabójstwo
Dochodzi do zamachu, w wyniku którego ginie ktoś ważny. Podejmujesz się odnalezienia zabójcy – albo jego zleceniodawcy. Od ciebie zależy, czy dojdzie do aresztowania winnych, czy pomożesz im uniknąć kary.

VII. Egzekucja
W mieście lub wiosce szykuje się egzekucja. Znasz sprawcę albo sam doprowadziłeś do jego schwytania. Realizacja wyroku coraz bliżej.

Opcjonalnie: Z czasem nabierasz wątpliwości, czy skazaniec faktycznie jest winny i chcesz go uwolnić lub dochodzą cię pogłoski, że ktoś może chcieć uwolnić kryminalistę.

zamknij
Dodaj do WTP Spis kodów
Spis opowiadań
Kiedyś przyjdzie mi za to wszystko zapłacić... Weselicho, czyli tańcz, jedz i chędoż za darmochę! Oszukać czas. Oszukać przeznaczenie. Oszukać... siebie. Baśń o wolności: Preludium Świątynia Ażubora (1) Wszystkiego krówkowego! (okolicznościowa, krótkie opowiadanie "Motyw przewodni - Prezent". Ta dam, pamiętaliśmy! I - Wezwanie pomocy: alchemio, przybywaj! Gdy demon odzyskuje człowieczeństwo, przypomina sobie jak być człowiekiem. Nikt nie zna prawdziwego bólu do czasu aż nie straci kogoś bliskiego sercu. Niedopowiedziane historie Wendigo i Driada Szczurzy dzień (autor: Szept, Silva) Domek, zupa, sukkub i historia (autor: Elias) Sen i niespodzianki (autor: Elias) Boląca strata i niepokojący gość! (autor: Elias) Cienie i nowy przyjaciel (autor: Elias) Kruki (autor: Elias) Cienie i Starsze Dusze (autor: Elias) Zawsze jest kolejna tajemnica (autor: Silva) Zło Kor'hu Dull (autor: Elias) Złodziej Twarzy i Koszmar (autor: Elias) Królewiec (autor: Elias) Przed świtem (autor: Nefryt) Król Żebraków i nowe drzwi (autor: Elias) Akceptacja (autor: Elias) Nostalgia (autor: Nefryt) Nowa droga i niespodziewane wyznanie? (autor: Elias) Biały i zielony daje czerwony! (autor: Elias) Nowe wyzwania w nowym życiu (autor: Elias) Krąg tajemnic (autor: Elias) Jack (autor: Elias) Czasami to mrok daje najwięcej światła (autor: Elias) Trzy sceny o szpiegowaniu (autor: Nefryt) Morze bólu. Promyk nadziei ... (autor: Elias) Nie ma sensu szukać guza. Chyba, że jest się najemnikiem (autor: Silva) Sól (autor: Aed) Dyjanna Muirne: Miecz może być dowodem wszystkiego (autor: Zorana) Opus Magnum I (autor: Iskra) Uszatek i Kwiatek na tropie przygody: Przypadłość parszywej gospody (autor: Paeonia i Szept) Gdy gasną świece (autor: Zombbiszon) ... Najjaśniej płoną gwiazdy nadziei. (autor: Zombbiszon) Elias cz. 1 (autor: Zombbiszon) Elias cz. 2 (autor: Zombbiszon) Historia (autor: Zombbiszon)
zamknij

Chat

   Rozstaje Phehnar spłynęły krwią. Posoka splamiła kamienie, wsiąkała w ziemię. Zawsze mówiono, poetycko, że jest rubinowa. Czerwona. Nieprawda. Była ciemna, brudna, w mroku podziemi niemal czarna. Metaliczny zapach. Nie pachniała. Śmierdziała jak w ubojni po całym dniu pracy. Rozbryznęła, plamiąc ściany, stróżką spłynęła po pochyłości, od bezgłowego ciała dalej, do odciętej od niego głowy. Usta, jeszcze niedawno ruchome, były martwe, nieme, ciemne oczy nie zdradzały bólu, nawet zaskoczenia, wciąż wyglądały na zaspane jak w chwili, gdy się spotkali; to stało się zbyt szybko, w jednej chwili szedł przed nimi, opowiadając legendę o zagubionym klanie Phehnar, w drugiej zamilkł na zawsze. Nie dobył broni, jego młot wciąż tkwił za pasem.
   Szron po zaklęciu jeszcze nie zniknął, nietypowy, obcy w Dolnym Królestwie, pokrywał kamienie i część ściany, efekt śnieżynki, jak pieszczotliwie nazywała stożek lodu Szept. Nie zniknął od razu, trzymał, a chłód podziemi jeszcze to ułatwiał; zaklęcie miało spowolnić napastnika, zatrzymać go, gdy upadając, Dar pociągnął ją za sobą. Nieco dalej ziemia była jakby wypalona, sypka, tylko magiczny ogień miał taką siłę, że mógł się tu utrzymać, nie mając rozpałki i paliwa w postaci drewna. Tu sterta kamieni, gdy uderzenie w sufit obsypało je, naruszając strukturę, żaden efekt planowania, po prostu błyskawica nie trafiła w bestyjkę, ta odsunęła się, w porę dla siebie, nie w porę dla nich. Dalej chodnik plamiła zielonkawobrunatna, lepka ciecz, to, co wydostało się z wnętrzności w chwili, gdy ostrze Dara wbiło się w brunatny pancerz. Niewielka ilość, kilka kropel przy pomniku bliźniaczych bóstw, przy ścianie cała kałuża. Nieco przekrzywiony znak runiczny, gdy opędzając się od rozbłysków światła, wielki patykowaty stwór uderzył w niego; wrażliwe, przyzwyczajone do mroku Dolnego Królestwa oczy nie mogły znieść blasku, okazał się jego słabością i przyczynił się go zguby.
   Truchło leżało dalej, niemal równolegle do ciała swej ofiary. Długie, patykowate kończyny, cienki, owalny tułów płynnie przechodził w głowę, niczym nieodgraniczony. Stosunkowo małe oczka były trudnym celem; znacznie słabszą, podatną na zranienia stroną, były kończyny. Głowę wieńczyły cieniutkie czułki, zaś aparat gębowy uzupełniały cienkie, acz niezwykle ostre szczypce. Nie były tak potężne jak u kraba czy raka, dużo bardziej przypominały małe, igiełkowate ostrza; zabójcze jak miał nieszczęście przekonać się Gorin. 
   - Dar, jesteś cały? - Szept otarła twarz rękawem. Napięcie wywołane walką jeszcze nie ustąpiło, wciąż nie do końca docierało do niej, co się wydarzyło. Zasadniczo mag nie walczył w zwarciu, oszczędzono jej nurzania się w limfie, ale spodnie i włosy na czole zdobiły jednak małe, pstrokate plamki. Krew Gorina.
  - Rozwaliłem nos, jak upadłem. - Najemnik stał nieco z boku, pochylony, z ręką przy twarzy; wypluł zmieszaną z krwią ślinę i otarł rękawem usta, brudząc się jeszcze bardziej. Poza tym i kilkoma zadrapaniami, miał się całkiem dobrze. Zdecydowanie lepie niż Gorin. Martwy trup, który leżał bez głowy w zimnym tunelu. - Cholera, lubiłem tego krasnoluda…
   Ich sakwy leżały rozrzucone, a w jednej puścił rzemień, pozwalając wypaść zawartości. Tuż obok błysnął metal. Schylając się, najemnik podniósł sztylet i skrzywił się na widok płynnej, mętnej wydzieliny, która wypłynęła z patyczakowatego stwora; wolał nie wycierać tego we własne spodnie, więc wygrzebał z toreb kawałek materiału. - Zabiliśmy to? - spytał, czyszcząc dziadkowy sztylet. W tunelach panowała cisza, co jakiś czas przerywana szumem powietrza i kapaniem wody; najemnikowy słuch, teraz skupiony bardziej na tym, co dookoła, niczego nie wyłapywał.
   - To wygląda na martwe - orzekła magiczka, podchodząc powoli do truchła, ostrożnie szturchając patykowaty korpus butem. Bez większego rezultatu. Ośmielona, spróbowała mocniej, bardziej pewnie; korpus poruszył się pod wpływem włożonej w kopniak siły, lecz oznak życia nie dostrzegła. Nie była pewna, co ostatecznie wykończyło stwora, któreś z jej zaklęć, utrata posoki czy sztylet Dara przeciął coś ważnego, grunt, że potwora nie żyła. - Bardziej martwe nie będzie.
   Gorin też nie. Magiczka spochmurniała, patrząc na ciało ich przewodnika. Już zaczynała go lubić, taki żywy, towarzyski i pomocny. Nie bał się ciemności, nie unikał tego, co nowe. Ten umysł mógłby wiele osiągnąć, chłonny, głodny wiedzy, oczy jeszcze wiele zobaczyć, a język przemówić. Teraz był martwy.
   Brzeszczot zauważył, jak jej spojrzenie zatrzymuje się na krasnoludzie. Jedno zmarnowane życie. Niby człowiek wie, że czeka to każdego, prędzej czy później, łagodniej lub brutalnie, ale zobaczyć na własne oczy, to coś całkiem innego. Ten strażnik nie był obcym, nie był ofiarą wojny, potyczki. Mógł żyć, gdyby nie zrządzenie losu albo dziwki Fortuny. - Nie mogliśmy nic zrobić, wiesz o tym. - Trudno było w to uwierzyć samemu Darowi, choć próbował przekonać do tego magiczkę. - Możemy jedynie… - poruszył rękami, ale przerwała mu elfka.
   - Nie… - zająknęła się, walcząc z podjęciem decyzji. Zawsze mówiono, że nie można nic zrobić. Zawsze też wydawało się, że jednak było to coś, że reagując inaczej, wcześniej, uniknęłoby się tragedii. Cokolwiek by nie mówić, wątpliwości wracały, umysł nie godził się z tym, co się stało, wytykał, uporczywie wracał do tego, czego nie można było zmienić. Czego nie dało się zmienić. Czy gdyby zgasiła to głupie światło, żyłby? Tego już nigdy nie miała się dowiedzieć. - Dar… jego nie wypada… - Od kiedy liczyła się z opinią innych i normami społecznymi? - Nie chcę go tak zostawić. - Nie, by posłużył za żer innym patykowatym stworom, jakkolwiek się nazywały. Nie, by znalazł go jakiś ork. Nie, by zrobił zeń pożywkę pająk. W końcu zaś, nie, gdy mogła temu zapobiec. Chociaż tyle zrobić mogli. - Thoreg powinien wiedzieć, co tu się stało, że jego towarzysz nie żyje, a ta odnoga może nie być bezpieczna.
   - Myślisz, że ja chcę? Tak go zostawić? - burknął - Osypały się kamienie, możemy go pod nimi ułożyć. - Może nie było ich zbyt wiele, ale na małe ciałko powinno wystarczyć. Byleby tylko żadne tunelowe potworzysko nie zaczęło go obgryzać; nie zasłużył na to. - Z Thoregiem będzie większy problem. Albo wrócimy i zmarnujemy czas, albo… - Wzruszył ramionami. - Jakaś twoja magiczna sztuczka nie pomoże?
   Czasami moralność bywa przeszkodą. Czasem przywodzi na myśl naiwność. Utrudnia. Łatwiej byłoby rzucić to wszystko, nie oglądać się za siebie, po prostu pójść dalej. Dbać o własny interes. Przyszli po grzyb, mieli grzyb znaleźć. Gdyby role się odwróciły, z pozoru życzliwy krasnolud mógłby umknąć, zostawiając ich na pastwę losu i kleszczy zmutowanego owada, gdyby to ona leżała we krwi na chodniku Dolnego Królestwa, mógłby zabrać sakwy, bo wykrwawiającej się zapasy niepotrzebne, nie miała złudzeń. Miała jedynie własne sumienie i moralność.
   - Nie myślę - mruknęła niemal łagodnie, cicho. Gorin nie zasługiwał, by tak spocząć, by tak umrzeć. Zasługiwał, by ktoś za nim żałował, zapłakał, lecz ona nie miała łez. Jedynie wyrzut sumienia i własną niepewność. Prawie, jakby oprócz dręczącego, uporczywego głosu, spotkanie z owadem pozbawiło ją zdolności odczuwania.
   Przeniosła wzrok na kamienie. Niektóre były małe, zaledwie żwir. Inne większe. Kilka już tutaj leżało, gdy nadeszli, teraz burzyły harmonię chodnika, a raczej tego, co z niego pozostało. Tyle musiało wystarczyć. Ostrożnie zanurzyła się w mocy. Przepływ i siła, jakie dawały, niosły spokój i ukojenie. To była ekstaza, szczęście ze zjednoczenia z samym sobą, gdy magia pieściła zmysły, przemykając między palcami, posłuszna jej woli. Tym razem nie poczuła ekstazy. Jedynie ponurą konieczność i obowiązek. Magiczna sztuczka pomogła. Nie w tym jednak, co miał na myśli Dar.
   Ktoś musiał to zrobić. Brzeszczot wstał i ruszył się z miejsca. Zatrzymał na chwilę, po czym zrobił kilka kroków znów stając w miejscu. Pochylając się, ułożył głowę Gorina przy jego ciele. Dopiero teraz skinął głową magiczce.
   Kamienie przesunęły się, zsuwając na jedną stronę, powoli, pchane mocą, energią. Wydawało się, że z łatwością, bez wysiłku, przeczyło temu jednak zmarszczone czoło i znaczące je drobne krople potu.
   - Tak będzie szybciej - mruknęła, niejako na swoje usprawiedliwienie. Umysł, dziwnie pusty, nie potrafił sobie przypomnieć. Znała je, uczono ją. Krasnoludzkie zwyczaje, tradycje. Widziała ceremonię pochówku starego króla, widziała koronację nowego, lecz wszystko było odległe, jakby przez szok, otępienie, nie mogła sobie ich przypomnieć. Jedyne, co kołatało jej się w głowie, tłucząc niemiłosiernie, to żałobna pieśń,  nawet nie cała, zaledwie jej fragment.
   Brzeszczot kiwnął głową, przyglądając się kamieniom pchanym magiczną mocą; unoszone niewidzialną ręką układały się wokół krasnoluda, tworząc prowizoryczny grobowiec. Jeden na drugim, jeden za drugim, w górę. Dar nie chciał patrzeć na to bezczynnie, więc dźwignął się i zaczął układać większe kamienie, starając się nie patrzeć na ciało towarzysza ich drogi. Mimo, że tylko chwilowego. Zawahał się jednak, po czym pogrzebał w kieszeni i położył na piersi krasnoluda elficki amulet, jeden ze swoich noży i… ściągnął z ucha srebrną nausznicę.W dłoń wcisnął mu złotą monetę. Ludzki obrządek wymagał złożenia z umarłym daniny dla bogów i duchów, które będą prowadzić duszę na drugą stronę. Gdyby tylko miał miód, wypiłby za jego spokój i kilka kropli wlałby Gorinowi do ust.
   - Niech bogowie przyjmą twą duszę, otwierając bramy zaświatów. Pij i jedz ze swoimi przodkami - wyszeptał jedną z ludzkich modlitw pogrzebowych, kładąc dłoń na piersi, na wysokości serca. Nie wiedział, jak krasnoludy chowają swoich, ale chciał zrobić chociaż to. Nawet jeśli po ludzku. Nawet jeśli elfickie zwyczaje, które znał, byłyby właściwsze. Wolał tak.
   Strumień magii urwał się dopiero, gdy kamienny stos był gotowy. Nazwać go grobowcem było według Szept za dużo. Nie przypominał tych, jakie widywała w kamiennych miastach, solidnych, ozdobionych wyrytymi w kamieniu rysunkami, z rzeźbami wzniesionymi nad równą, idealnie gładką płytą. Mgliście pamiętała, że to kamień był najważniejszy. W Dolnym Królestwie wszystko brało swój początek z kamienia i doń wracało, mówiono o bogach, lecz prawdziwą cześć oddawano kamieniowi. On przyjmował twe ciało, dawał schronienie po śmierci.
   Cichym głosem, coraz głośniejszym w miarę jak mówiła, wygłosiła stare słowa. Gardłowy krasnoludzki wypełnił tunel, dla obcego ucha brzmiało jak mantra, powtarzane pomruki zlewające się ze sobą.

Kno kar dekir ngngut phnur k’nit rhaut,
Kar keng phnura kalb ban anak,
Onts vor mut tsnar khünd khar,
Uchir yerkir kno kar khol oron
K’ani ban khereg haverzh üürd nahn!

   Niektórzy wygłaszali mowy pogrzebowe, chwaląc zalety umysłu, ciała i duszy zmarłego. Ona Gorina znała za słabo, a i mówcą nie czuła się nigdy najlepszym. Myśl formułowała, oddawała lepiej niż słowa to, co leżało na sercu i wyryło się w umyśle. Tak i teraz, po wygłoszeniu fragmentu krasnoludzkiej modlitwy dodała proste, od siebie:
   - Niech cię kamień przyjmie.
   To były najlepsze życzenia, jakie mogła posłać w ślad za duszą Dziecka Kamienia.

~*~
   - Jak dobrze znasz te korytarze? - Brzeszczot wiedział, że zadaje głupie pytanie, na które zdecydowanie nie dostanie odpowiedzi, na którą liczył. Nawet jeśli magiczka znała DK, nie mogła bywać we wszystkich tunelach, a zwłaszcza tych bocznych, zapomnianych, o których nawet krasnoludy nie mówią. Mimo to, głęboko w duchu liczył, że ścieżyna wybrana na rozstajach Phehnar będzie jedną z tych, które magiczka zna. Jakimś cudem.
   Zamarudzili dzień, wracając na posterunek, aby powiedzieć o wszystkim Thoregowi. Uznali, że mu się to należy. I Gorinowi również. Mogli to zrobić innym sposobem, ale odarliby z szacunku wszystko to, co powinno go zachować; nie mogli tego zrobić krasnoludowi, który z taką chęcią ich ugościł i wyruszył ku Phehnar. Nawet jeśli znali go tak krótko.
   - Jak szeroko pod… - Zmienił pytanie, ale chęć by rozmawiać pozostała. Tematem tabu było to, co stało się na rozstajach. - … Doliną rozciąga się ich królestwo? - Kiedy szli w ciszy, milcząc, zaczynał wariować. Znów wracały do niego myśli, że nad głową ma kamień, ziemię, góry, drzewa i wszystko to, co na powierzchni. I obawa, że przecież korytarze wykute w skale nie są dość wytrzymałe, by to utrzymać. Rozmowa pomagała, a skoro już był w DK, mógł poznać lepiej krasnoludy i nie myśleć o tym, co nad głową i co zostawili za sobą; zaschniętą krew w tunelu, martwe ciało i cichy posterunek.
   - Sięga… - Dla krasnoludów nie istniało odniesienie do mapy fizycznej Keronii. Większość z nich nie miała pojęcia, co znajduje się na powierzchni, niebo było abstrakcją, cóż dopiero wspomnieć o nazwach. Może, jeśli któryś z nich wyściubił nos spod ziemi, jak Ymir, miałby jako takie rozeznanie; może wiedzieli, gdzie znajduje się Ataxiar i Irandal, w końcu elfy i krasnoludy łączył sojusz, odnoszenie się jednak do granic, prowincji, miast i krain geograficznych przeraziłoby przeciętnego krasnoluda. Oni preferowali swój własny system, anadrakh, ryte w kamieniu znaki graniczne - Dochodzi prawie do prowincji quingheńskiej. Sięga Królewca. Kończy się koło Duor. Na wschodzie jego granice wyznacza Surana, Loara i Lannier. Jest pod Doliną Ciszy. I dalej, za Ażuborem… Wiesz, gdzie jest Ażubor?
   - To jakieś zwierze? - zapytał, marszcząc brwi, pierwszy raz słysząc wypowiedzianą przez magiczkę nazwę.
   - Świątynia - poprawiła. Machnęła ręką, stwierdzając, że to nieważne. - W każdym razie dalej, za wirgińską granicę. - Geografia Wirgini nie była dla niej tak znajoma jak Keronii, nie potrafiła podać innej nazwy niż przypadkowo poznanej świątyni. Takie wyjaśnienie musiało wystarczyć.
   - To też dom Moczymordy?
   - Midara? - Aż przystanęła, wybita z rytmu. - Midar jest powierzchniowcem z krwi, ducha i kości - ciągnęła, przypominając sobie, że powinna poruszać się do przodu, a nie tkwić w miejscu, podjęła marsz. - Tylko z wyglądu jest Dzieckiem Kamienia. - Oznaczało to, że towarzysz magiczki i miłośnik gorzałki, karczemnych bójek i toporka owszem, jest dzieckiem krasnoludzkiej rasy, lecz urodzony na powierzchni, zna niebo nad głową i ziemię pod stopami, brońcie bogowie nie zaś wszędzie skalne podłoże i ciemność tuneli. - Midar nie uważa się za poddanego Ymira. Przypuszczam, że gdyby zmuszony, miał określić swoją przynależność, powiedziałby, że jest mieszkańcem Keronii. - Niemniej, trudno było oczekiwać po krasnoludzie politycznych deklaracji i żarliwego wspierania którejkolwiek dynastii.
   - Czyli… - najemnik zamyślił się na chwilę, pokręcił nosem, cały czas człapiąc za przyjaciółką w mdłym, magicznym świetle ognika, który stworzyła. - Ymir nie jest królem Midara? Czy powierzchniowcy mają swojego władcę?
   - To kwestia mentalności i poczucia przynależności - odparła. - Ja, będąc wygnańcem, nigdy nie nazwałabym ludzkich królów swoimi władcami. - Była na to za dumna i była elfką. - Nade mną mógł być tylko elf i ród Raa’sheal. Niektórzy jednak nie mają takich oporów. To kwestia poczucia przynależności - powtórzyła, zamyślona. - Więzi, jakie samemu tworzysz. Przywiązania i znajomości twego rodu. - Zwolniła kroku, rzuciła spojrzenie do tyłu, na człapiącego za nią półelfa, zastanawiając się, jak lepiej mu to wszystko wytłumaczyć. - Jesteś poddanym Królewca czy Ataxiar?
   - Znałem mieszańca, który mówił, że Ataxiar. Był też taki, co klękał przed Królewcem… - Zdawało się, że najemnik unika odpowiedzi albo gra na czas, by zebrać myśli i odpowiedzieć magiczce tak, by dobrze go zrozumiała. To nie było łatwe pytanie. - Znasz mnie, wredoto - mruknął w końcu z uśmieszkiem - Sam jestem sobie panem. Ale jeśli chodzi o moje elfiaki, podlegamy tobie i zasmarkanemu Wilkowi. Z dwojga złego, wolę ciebie, mości królowo, niż jego. Podejrzewam, że gdyby chodziło o ojca, musiałbym godzić się albo gryźć prawa ludzkie. - Miał na myśli to, że elfy wymagały elfiego prawa, a ludzie ludzkiego. - Mieszańce mają przesrane…
   - Wilk był od dzieciństwa przygotowywany do swej roli, ale to nie urodzenie czyni go władcą - napomniała. - On jest nim naprawdę. W sercu. - Bo władca to nie tylko tytuł. To odpowiedzialność, prawdziwy władca to myśl o dobrze tych, których ma w pieczy i czasem, tak, czasem poświęcenie. Trudne decyzje, których ona nie zawsze potrafiła dokonać. - Jestem pomocą, wsparciem, ale to on prowadzi elfy.

~*~
   W podziemiach zawsze panowała noc, rozjaśniona tylko nikłym, magicznym światłem. Zmęczenie wyznaczało chwile postoju i odpoczynku. Nie panowała cisza, lecz brakowało tego, co dla urodzonych na powierzchni było naturalne: świergotu ptaków rano, wschodów i zachodów słońca, gwiazd na niebie. Oczy szybko przyzwyczajały się do ciemności, lecz umysł działał wolniej. Zmęczenie zdawało się wszechogarniające, noc mamiła, oszukując, szepcząc, że to najwyższy czas zatrzymać się, odpocząć, pozwolić powiekom opaść. Powietrze przemieszczało się korytarzami i tunelami, lecz dla kogoś nawykłego do otwartych przestrzeni było jakby zatęchłe, nieświeże, a jego podmuch nikły, ledwie wyczuwalny. Grzyb, wilgoć. Ziemia. Ciągnęło od niej chłodem nawet pomimo pledów, w jakie owijali się, zasypiając.
   Posuwali się powoli, przynajmniej takie odnosiła wrażenie. Okolica zdawała się nic nie zmieniać, ciągle kamienne ściany, czarna ziemia i znów kamienie. Było łatwo popaść w monotonię. Znajdowali się w mniej znanej części Dolnego Królestwa, zapomnianej, takiej, jakiej nie przedstawiały mapy, takiej, o której nie opowiadały krasnoludzkie usta. Nie było o czym. Dawne tunele i miasta niszczały stopniowo, splądrowane przez orki, zamieszkane przez rzesze popielnych. Stracone.
   Nie mogli zapuścić się za daleko w poszukiwaniu próchnilca, lobhadh jak zwały go krasnoludy. Nie, jeśli chcieli wyjść cało z tej przygody.
   - Szept! - krzyknął nagle najemnik, ale nie był to głos pełen strachu czy ostrzegawczej nuty; pobrzmiewał raczej zaciekawieniem, zupełnie tak, jakby dzieciak znalazł złotą monetę zakopaną w polu. - Tam coś świeci. - Nie było to precyzyjne określenie słabego, jasnego blasku na końcu bocznego korytarza; przypominało promień słońca, który wpadł tutaj przez szczelinę w skale. - Idę sprawdzić! - Strach przed korytarzami nie przeszedł mu całkowicie, wciąż czaił się z tyłu głowy gotowy w każdej chwili zaatakować i objąć paniką zlękniony umysł, jednak ciekawość była odrobinę silniejsza, a myśl, że skoro już tu jest to i zajrzeć w krasnoludzkie tunele by można, nie dawała mu spokoju. Kto wie, co czai się w zapomnianych, starych korytarzach.
   Tupanie podkutych buciorów niosło się echem w niskim, wilgotnym chodniku i co tu dużo mówić, najemnik nie zaszedł za daleko; im bardziej się oddalał od magiczki, tym mniej światła miał, aż w końcu było go tak niewiele, że nie zaryzykował zrobienia choćby kroku więcej. Odwrócił się do elfki: - Poproszę mi tu poświecić.
   - Grzyb to raczej nie jest - mruknęła elfka, ale podążyła za nim, wyznając zasadę, iż w nieznanym terenie lepiej trzymać się razem niż w pojedynkę, a Dar oddalił się już wystarczająco. Blask pulsara, stworzonej magicznej kuli, ledwie doń docierało.
   - Grzyby nie świecą - dało się słyszeć małą złośliwość.
   Przesuwające się światło stopniowo ujawniało to, co dotąd skrywała ciemność. Korytarz, w tej części starszy niż widzieli dotąd, z kamiennymi, częściowo skruszałymi ścianami, z odpryskami, z rysami, dziurami w miejscach, z których odpadły bloki skalne. Tam, gdzie pozostały, lśniły dziwnie, głębokim odcieniem koloru, zdradzając, że tę część tuneli prawdopodobnie wykonano z innego tworzywa niż tę, którą dotąd podążali. Szept przystanęła, chwilę przyglądając się, wyciągnęła dłoń, dotykając chłodnego kamienia.
   - Starszy chodnik? - spróbowała zgadnąć. - Dużo starszy…
   Większość tuneli powstawała z kamienia, który był dostępny w danym miejscu. Zwożenie budulca z daleka było nieopłacalne i pracochłonne, zawłaszcza, że drążąc, krasnoludy miały pod dostatkiem innego tworzywa. Jedynie wyjątkowe chodniki ozdabiano w szczególny sposób. Wyjątkowe i bardzo stare, z czasów, gdy Dolne Królestwo było jeszcze młode, korytarze niezbyt rozległe i rozbudowane. Jak żartobliwie mawiał jej ojciec, wówczas chodnik był sztuką, a sztuka wymagała czasu i ofiary z potu, ciężkiej pracy Dzieci Kamienia.
   Jednak to nie chodnik i nie ściany swym świeceniem zwabiły tu Dara.
   - Metal? - Szept z dozą wątpliwości spojrzała na Dara. Coś, co świeci pod ziemią, mogło być albo kamieniem szlachetnym, albo rudą. Opcjonalnie czymś, co nie znalazło się tutaj w naturalny sposób. Dar, dziecko kowala, o rudach wiedział prawdopodobnie znacznie więcej niż ona. - Tylko. - Potrafiła docenić wartość rud jako budulca, lecz dla maga nie były już aż tak cenne. Nie były artefaktem; niektórzy magowie, wyznając zasadę, że moc tkwi we wszystkim, potrafili czerpać ją z bogactw naturalnych, niektórzy wręcz byli silniejsi w pobliżu takowego źródła. Metale były nośnikiem magii, niektóre magazynowały jej więcej, inne mniej, niektóre było łatwiej zakląć, inne trudniej. Jedne było łatwo zmienić, wpłynąć na ich strukturę, zmieniając materię. Tutaj, w oczach magiczki, były tylko źródłem słabego błysku, który przyciągnął oczy najemnika.
   - Może to skarb jakiegoś krasnoluda szaleńca? - Brzeszczot widząc, jak magiczne światło przesuwa się zaraz za nim, śmielej ruszył do przodu. Krok za krokiem korytarz robił się coraz gładszy, wygładzony nie siłami natury, a ręką krasnoluda. Był zaniedbany, ale zrobiony dużo staranniej niż tunele, którymi szli do tej pory. Wydawał się wręcz niezniszczalny; solidny, trwały kamień, który przetrwa wieki. Niestety Fortuna lubi toczyć swoje koło, bawiąc się losami żywych.
   Skała zadrżała. Wpierw delikatnie, ledwie wyczuwalnie. Kamień zajęczał, huknął i trzasnął jak łamane drewno. Dudnienie wzmogło się; zupełnie tak, jakby coś ciężkiego przesuwało się nad ich głowami. Jakby niewidzialna ręka olbrzyma kruszyła wszystko, co złapała. Gdzieś upadł kamień; trzask ogłuszał, dźwięcząc w uszach. Podłoga pod nogami drżała zdradliwie, nie dając oparcia stopom. Tunel się walił. Cholerne dzieło krasnoludów właśnie spadało im na karki!
   Huk. Trzask. I zapadła ciemność, a kamień pogrzebał żywych.


___________________
Słowo i poezja! 
Szept - dziękuję za cierpliwość i cierpliwość i jeszcze więcej cierpliwości.

8 komentarzy:

Szept pisze...

Proszę bardzo. To była czysta przyjemność, pisanie DK. Jest.

Silva pisze...

I robimy sobie ładną wycieczkę krajoznawczą :D

Szept pisze...

O tak, bardzo ładną i bardzo edukacyjną.
I sobie spamujemy pod notką same. No, ale ... skoro nikt inny tego nie robi, to czemu nie?
A na poważnie... A pamiętasz, jak bałaś się DK, bo go nie znacz, nic o nim nie wiesz i w ogóle nie twoje?
Trzeba pomyśleć, co bierzemy potem na tapetę.

Silva pisze...

I kto mi to mówi? Też nie chciałaś pisać DK *przypomina* Poza tym wciąż nieśmiało się poruszamy, ale i tak kocham krasnoludy i ich państwo :D
Wiesz, że wciąż mam ochotę na Wegę?

Szept pisze...

Ej, to ja nakręcałam Cię na pisanie DK. Bez takich.
Na Wegę... bliższa mi Quinghena. Wega jakoś mniej mnie kręci. Nie ten klimat :P

Iskra pisze...

Dawno nie czytałam żadnej notki... I miło było znów wrócić do tego. Co prawda dziwnie się czuję czytając o DK, nie wiem właściwie dlaczego, ale w waszym wykonaniu jak zwykle wszystko przychodzi łatwo i przyjemnie (możecie sobie również wyobrazić sobie moje zaskoczenie, kiedy czytając sobie przy herbatce natrafiam na całkiem zacny fragment o swoim zasmarkanym elfiaczku).
Czasami, jak czytam wasze duety to myślę sobie co by było, gdyby wsadzić tam naprawdę zasmarkanego elfiaka, czy najemnik by nie oszalał, a Szept nie umarła na zawał...
Tak czy inaczej, czekam na dalsze losy eksploratorów podziemi. I być może nie przeczytam notki w tym samym dniu co publikacja, może i nie w tym samym tygodniu, ale przeczytam na pewno. Jak zawsze :)

Szept pisze...

Czasami, jak czytam wasze duety to myślę sobie co by było, gdyby wsadzić tam naprawdę zasmarkanego elfiaka, czy najemnik by nie oszalał, a Szept nie umarła na zawał...

<3 chcę

Silva pisze...

Także chcę! ^^ Myślę, że Szept wymięknie po tym, jak setny raz każe się dwóm palantom zamknąć xD

Prawa autorskie

© Zastrzegamy sobie prawa autorskie do umieszczanych na blogu tekstów, wymyślonego na jego potrzeby świata oraz postaci.
Nie rościmy sobie natomiast praw autorskich do tych artów, które nie są naszego autorstwa.

Szukaj




˅ ^
+ postacie
Rinne Lasair