Przewodnik

Linki-obrazki

Misje
I. Więzi przyjaźni
Spotykasz po latach kogoś, kto dawniej był ci bliski. Wplątuje cię on w jakąś historię, która nie dość, że z czasem się komplikuje, to w dodatku budzi w tobie wątpliwości co do intencji przyjaciela.

II. Linia frontu
Kerończy natarli na Prowincję Demarską. Oblegany jest sam Demar. Jedni ludzie stają do walki, inni uciekają ze spalonej ziemi. Napastnicy, obrońcy i cywile. Po której stronie staniesz?

Opcjonalnie: Udział w buncie niewolników w Wirginii bądź inne miejsca walk.

III. Rekonwalescencja
W nie najlepszej kondycji trafiasz do wioski lub klasztoru. Wydaje ci się, że trafiłeś w dobre ręce i że wkrótce będziesz mógł opuścić to miejsce. Okazuje się jednak, że z pozoru życzliwi i uprzejmi ludzie skrywają przed tobą jakąś tajemnicę.

IV. Zabij bestię
Coś napada, nęka mieszkańców. Zawierasz umowę z wójtem - dostarczysz głowę bestii za określoną cenę. Okazuje się jednak, że stworzenie nie działa bez powodu - jest w jakiś sposób prowokowane przez mieszkańców.

Opcjonalnie: Bestia jest wrażliwa na hałas z karczmy albo ludzie naruszyli w jakiś sposób jej rewir (weszli na jej teren, zajęli leże ze względu na drogie surowce itp.)

V. Nielegalne walki
Dochodzą cię słuchy o nielegalnych walkach prowadzonych w okolicy. Położysz im kres czy może postanowisz wziąć w nich udział dla własnego zysku? Pieniądze nie leżą na ulicy.

VI. Zlecone zabójstwo
Dochodzi do zamachu, w wyniku którego ginie ktoś ważny. Podejmujesz się odnalezienia zabójcy – albo jego zleceniodawcy. Od ciebie zależy, czy dojdzie do aresztowania winnych, czy pomożesz im uniknąć kary.

VII. Egzekucja
W mieście lub wiosce szykuje się egzekucja. Znasz sprawcę albo sam doprowadziłeś do jego schwytania. Realizacja wyroku coraz bliżej.

Opcjonalnie: Z czasem nabierasz wątpliwości, czy skazaniec faktycznie jest winny i chcesz go uwolnić lub dochodzą cię pogłoski, że ktoś może chcieć uwolnić kryminalistę.

zamknij
Dodaj do WTP Spis kodów
Spis opowiadań
Kiedyś przyjdzie mi za to wszystko zapłacić... Weselicho, czyli tańcz, jedz i chędoż za darmochę! Oszukać czas. Oszukać przeznaczenie. Oszukać... siebie. Baśń o wolności: Preludium Świątynia Ażubora (1) Wszystkiego krówkowego! (okolicznościowa, krótkie opowiadanie "Motyw przewodni - Prezent". Ta dam, pamiętaliśmy! I - Wezwanie pomocy: alchemio, przybywaj! Gdy demon odzyskuje człowieczeństwo, przypomina sobie jak być człowiekiem. Nikt nie zna prawdziwego bólu do czasu aż nie straci kogoś bliskiego sercu. Niedopowiedziane historie Wendigo i Driada Szczurzy dzień (autor: Szept, Silva) Domek, zupa, sukkub i historia (autor: Elias) Sen i niespodzianki (autor: Elias) Boląca strata i niepokojący gość! (autor: Elias) Cienie i nowy przyjaciel (autor: Elias) Kruki (autor: Elias) Cienie i Starsze Dusze (autor: Elias) Zawsze jest kolejna tajemnica (autor: Silva) Zło Kor'hu Dull (autor: Elias) Złodziej Twarzy i Koszmar (autor: Elias) Królewiec (autor: Elias) Przed świtem (autor: Nefryt) Król Żebraków i nowe drzwi (autor: Elias) Akceptacja (autor: Elias) Nostalgia (autor: Nefryt) Nowa droga i niespodziewane wyznanie? (autor: Elias) Biały i zielony daje czerwony! (autor: Elias) Nowe wyzwania w nowym życiu (autor: Elias) Krąg tajemnic (autor: Elias) Jack (autor: Elias) Czasami to mrok daje najwięcej światła (autor: Elias) Trzy sceny o szpiegowaniu (autor: Nefryt) Morze bólu. Promyk nadziei ... (autor: Elias) Nie ma sensu szukać guza. Chyba, że jest się najemnikiem (autor: Silva) Sól (autor: Aed) Dyjanna Muirne: Miecz może być dowodem wszystkiego (autor: Zorana) Opus Magnum I (autor: Iskra) Uszatek i Kwiatek na tropie przygody: Przypadłość parszywej gospody (autor: Paeonia i Szept) Gdy gasną świece (autor: Zombbiszon) ... Najjaśniej płoną gwiazdy nadziei. (autor: Zombbiszon) Elias cz. 1 (autor: Zombbiszon) Elias cz. 2 (autor: Zombbiszon) Historia (autor: Zombbiszon)
zamknij

Chat

  Biegła. Oddech rwał się, nogi ciążyły.
  Nocą las wydawał się straszny. Ciemne, upiorne kształty, każdy chrzęst krzyczał, że nie jest tu sama, każdy szelest zdawał się wywołany przez niego. Oddech, zbyt głośny, zagłuszał wszystko inne, serce telepało się w piersi, nierówny, szybki rytm. Łzy przerażenia ciekły po twarzy, tętno pulsowało, nawet nie wiedziała, gdzie jest, już dawno straciła orientację. 
  Ścigało ją.
  Cokolwiek dopadło Olfrega, teraz szło po nią.
  Upadła. Noga zahaczyła o wystający korzeń, ciemność zdradziła ją po raz wtóry. Kamień boleśnie wbił się w brzuch, spotkanie z ziemią wywołało jęk bólu i głośniejszy szloch.
  Krzyczał. Słyszała krzyk.
  Zostawiła go tam, uciekła, ratując siebie. Zabrakło jej odwagi, by sprawdzić, by iść mu na pomoc...
  Załkała głośniej, rękawem ocierając cieknący nos, rozmazując brud i łzy po twarzy. Wioska nie mogła być daleko. Światła. Ludzie. Schronienie. Musiała tylko iść, biec dalej. Nie oglądać się. Podparła się rękami, podniosła, znów biegnąc. Na ubraniu, włosach miała pełno liści, jakiś krzak chlasnął ją w twarz, pozostawiając długie, płytkie cięcie na policzku. Ubranie miała porwane, kolana zdarte od ostatniego upadku.
  Kiedy dostrzegła światła, kiedy dotarła do pierwszych zabudowań, była pół żywa ze zmęczenia, zmarznięta, przerażona. Opiekuńcze ręce chwyciły ją, chroniąc przed ponownym upadkiem, ktoś litościwy zarzucił jej płaszcz na plecy. A ona i tak mogła wydyszeć tylko jedno:
  - Jaskinia... Potwór...

~*~

  Nikt z wioski nie chciał ich zaprowadzić. Udzielono im lakonicznych instrukcji, by trzymali się traktu do Królewca, na pierwszym zaś rozwidleniu skręcili w las. Legenda o potworach z groty zdążyła już zebrać swe żniwo wśród mieszkańców. Nagle przypomniano sobie, że ten i ów, znajdując się po zmroku w pobliżu kamieniołomu, słyszał dziwne jęki, wycia i krzyki. Jeśli w najbliższym czasie ktoś nie wrócił do swego domostwa, uważano go za ofiarę tajemniczej bestii, ducha, widma. Mieszkańca groty. Pojawiały się szepty, że lepiej go nie drażnić, lepiej złożyć ofiarę, nakarmić, a zostawi miejscowych w spokoju.
  - Nakarmić. Może jeszcze niech sobie lokalnego bożka zrobią. - Niski osobnik splunął na ziemię z niesmakiem. Gęsta, ruda broda niemal skutecznie zakrywała jego twarz, krzaczaste brwi nadawały półdziki wygląd. Brązowe oczy z niechęcią patrzyły i na ubogie chaty, i na grzbiet kuca. Jak on nie znosił podróży w siodle. - Będą mu składać ofiary i modlić się do bezrozumnego zwierzęcia.
  Bezrozumne zwierzę w postaci kuca parsknęło, obruszone, gdy krasnolud za mocno dociągnął popręg. Konopiasta, jasna grzywa opadała na oczy wierzchowca, nadając mu bajkowy wygląd. Stojący obok kasztanowego kuca gniadosz był znacznie wyższy, sierść miał nie tak aksamitną, grubszą, ciemna pręga przez grzbiet dobitnie świadczyła o przynależności do ras pierwotnych. Nie nosił ani siodła, ani ogłowia, kopyta miał niepodkute. Jednym słowem dzikus z Wielkiej Równiny.
  - To prości ludzie. - Kobieta odsunęła dłonie krasnoluda, popuszczając jedno oczko paska. Miała kasztanowe włosy założone za spiczaste uszy i szare, migdałowe oczy; nie wyglądała na wojowniczkę, nie nosiła broni, prędzej można by ją wziąć za uzdrowicielkę, lecz i ziół nie miała poupychanych w sakwach zbyt wiele. 
  Kuc sapnął z wdzięcznością, radośnie machnął ogonem na boki, przy okazji chlastając stojącego zbyt blisko brodacza w twarz.
  - A ja prosty krasnolud, ale mi by nie przyszło do głowy paść potworka przejezdnymi. - Na wszelki wypadek odsunął się na bezpieczną odległość, a kuc otrzymał jeszcze jedno, wrogie spojrzenie, z którego nic sobie nie robił, dalej spokojnie przeżuwając resztki trawki. - Mała, myślisz, że co tam siedzi?
  Nazwana Małą nie zdążyła odpowiedzieć.
  Zadudniły kopyta, w ich rytm wdarły się ciężkie kroki. Znaczy cień padł na krasnoluda, w nagle zapadłą ciszę wdarło się parsknięcie trzeciego konia i głos jego właściciela:
  - Jedziecie ubić potworę?
  Gdyby podobne pytanie zadał Midar, Szept popatrzyłaby nań z politowaniem i rzuciła “Nie, na piknik”. Pytającym jednak nie był krasnolud. Mężczyzna w trudnym do określenia wieku, nie młody już, nie stary. Nietutejszy, chłopi i myśliwi nie nosili ze sobą tyle żelastwa. Prawie, jakby spodziewał się, że w jaskini czai się wiekowy wampir, mityczny smok albo ghul i tylko siła oręża i mikstury są w stanie wyeliminować zagrożenie. To i rzecz jasna, umiejętności. Nie nosi się broni, której nie potrafi się używać, w przeciwnym wypadku powstaje z niej zbędny balast, nie dożywa się wieku średniego, nie umiejąc walczyć. Naznaczona bliznami twarz obcego mogła świadczyć albo o wielu trudnych starciach, jakie stoczył, albo o miernych umiejętnościach i noszonej na pokaz, mającej dodać mu szacunku, broni.
  - Jedziemy zbadać kamieniołom i tamtejsze jaskinie - w obliczu milczenia krasnoluda, to Szept udzieliła odpowiedzi.
   - Czyli jedziemy w tę samą stronę.
  - No i? - burknięciem powitał tę deklarację Moczymorda. Szkoła kompanii Żelaznej Pięści nauczyła go tego i owego o współpracy między najemnikami. Pojechać razem, a chętnie. Większa grupa, radośniej, żwawiej, jest i do kogo gęby otworzyć i za czyimi plecami się schować. Jak dochodzi do wykonania zadania jest gorzej; ten robi po swojemu, tamten inaczej, ten weźmie nogi za pas i spierdzieli, tamten obróci się plecami, jak będziesz go najbardziej potrzebować. Jak zaś przychodziło do podziału nagrody… jatka. Wypróbowani towarzysze albo wcale, ot cały sekret, jeśli nie chcesz obudzić się ze sztyletem na szyjce. No, albo w brzuchu, tyle że wtedy się nie budzisz.
  - Nie wiadomo, co w jamie siedzi - podpowiedział cierpliwie obcy, niezrażony niezbyt przyjazną postawą krasnoluda. Na naiwniaka i prostodusznego człeka nie wyglądał, miał swój cel, musiał więc udawać, że nie dostrzega niechęci, ignorować ją. - A w grupie siła.
   - Może tam nic nie być - wtrąciła Szept, zanim Midar zdążyłby powiedzieć o kilka słów za dużo.
  - A to nie wiecie, że sołtysowi owce coś porywa?
  - Może kradną?
  - Ech, wy szpicouche ino zło w ludziach widzicie, od razu, że kradną, znalazła się mądra - obruszył się. Musiał obserwować ich wcześniej, może też zdradził ją akcent czy postawa, może tylko uszy; fakt, że rozpoznał jej przynależność rasową, zaklasyfikował, przypisując dumę, z jaką stara, długowieczna rasa miała patrzeć na ludzi, co więcej, dumę nieuzasadnioną.
 - My przejazdem - warknął ostrzegawczo Midar. Nie będzie mu tu byle włóczęga, co z mieczami lata, na Małą kłapał ozorem, pyska otwierał, bo mu krasnoludzka piącha ząbki wybije. Nosz, kurka, nie na Małą takie gadanie. - Wczoraj jedna taka przyleciała z krzykiem, że potwora z groty widziała i zżarło jej kolegę - dokończył niefrasobliwie, ale w oczkach czaiły się iskry gniewu i jawne pytanie: A chcesz w ryj?
 - Słyszała - poprawiła Szept, ale nikt nie zwrócił uwagi na jej ostrożne sprostowanie. Nie, gdy ta dwójka patrzyła na siebie tak, jak krążące wokół siebie, walczące o przywództwo, wilki. Niefrasobliwy ton Midara nie załagodził wcześniejszych słów, a skory do bitki bywalec karczm nie brał pod uwagę ewentualnej przewagi bitewnej łowcy potworów. Napięcie unosiło się w powietrzu, namacalne, a podział rasowy nie poprawił sytuacji i nie wróżył najlepiej współpracy. 
  Wróżył bójkę.
  Pierwszy poddał się łowca.
  - Nie chowaj urazy, elfia pani - odezwał się. Głos drgał, zdradzając napięcie, wciąż nagromadzoną złość, której nie uwolnił; stopniowo uspokajał się, łagodniejąc, lecz na to trzeba było czasu. Każdego mogą ponieść nerwy, słowem zaś łatwo zranić. - Prosty najemnik, czasem coś chlapnę, co ślina przyniesie, krzywdy twojej nie chciałem.
  - Szept. Po prostu Szept - przedstawiła się, jak kiedyś Aedowi. - Ta gorąca głowa obok mnie to Midar.
 - Kadok. - Skinął głową elfce. Krasnoluda zignorował. Nic dziwnego, ten wciąż czerwony na twarzy, bliżej mu było do bitki niż grzecznego podania ręki. Sapał jak miech, łypał spod oka, brakowało jeszcze piany z buźki; był obrażony znacznie bardziej niż sama elfka. Szturchnięty w bok, wykrzywił wargi w czymś, co miało być uśmiechem, w teorii, bo w praktyce wyglądało bardziej jak obnażone zęby. Żółte zęby.
  - Nie tak łatwo mnie obrazić - zapewniła, wzruszając ramionami. Poczułaby, gdyby stało się to kiedyś, teraz przywykła. Włóczący się wśród obcych wygnaniec nie mógł zbyt grymasić na towarzystwo, w jakim się obracał. Nie miał po prostu wyboru. Nie myślałaby, że to powie, ale wyszło jej to na dobre, pozwoliło docenić inne rasy, ich talenty, ale także i swoją; coś, co wydawało się największym nieszczęściem, okazało się mieć zbawienny wpływ. Nie poznałaby Nefryt, Aeda. Midara, Odrina. Alastaira, Devrila, Silvy i Drava, w końcu zaś, Dara. A nawet gdyby poznała, to czy potrafiłaby ich docenić, zbliżyć się do nich, zaprzyjaźnić… a w niektórych przypadkach nawet pokochać?
  Coś jej w twarzy musiało się zmienić, nieuchwytne dla Kadoka, ułagodziło naburmuszonego Midara szybciej niż łyk ulubionej gorzałki. Nieco pyskaty, prostoduszny krasnolud, skrywał w sobie poczciwość, lojalny względem tych, którzy pozyskają jego przyjaźń, dałby się za nich i pokroić. Jeśli Szept nie miała nic przeciwko towarzystwu tej kupy żelastwa, on mógł go tolerować i mieć na oku. Ostatecznie, nie był to Brzeszczot, nie był też Aed. Nie był to nawet Wilk. Zaufanie ograniczone. Krasnolud niechętnie sięgnął po wodze swojego kuca, żałując, że nie idą piechotą. Jeszcze się zbłaźni przed tym zadufanym… znaczy się, przed obcym.
  - To cię sołtys wynajął? - zagadnął prawie grzecznie, chowając zęby. On gryźć nie będzie. Na razie.
  - Nie, w okolicy byłem, posłyszałem co nieco o grocie. Skąd pomysł?
 - Boś o sołtysie i jego owcach gadał.
 - Dużo ich zginęło? - wtrąciła Szept.
  - On ich dużo nie ma. - Kadok prychnął, odrobinę lekceważąco. - Ot kilka, coś mu je systematycznie podkrada. Nie upilnujesz, próbowali różnych sztuczek, a i tak nic nie widzieli. A owiec ubywa.
 - A to nagroda jest? - badał dalej krasnolud, teraz już żywo zainteresowany. Łączyć przyjemne z pożytecznym, dobra zasada, przydatna zasada. To było coś, o czym nie pomyślał wcześniej. Zjawiła się ta obca, narobiła wrzasku, trzeba było ją ogrzać, nakarmić, opatrzyć, wysłuchać. Nie robili wywiadu, bo i po co? Szept powiedziała, że idą, zbadają, sprawdzą. Po prostu. Przygoda wzywała. Przygoda bądź dobre towarzystwo. Sołtysa nawet nie widzieli, w nocy nie przyszedł, tyle co posłuchali miejscowych, acz to wiadomo, tałatajstwo przerażone, srało w gacie na samo wspomnienie kamieniołomu.
  - Nagroda? A gdzie tu nagroda. Wiocha zabita dechami, chłopska biedne, w komorze pusto. Coś tam dają, bo im za darmochę nikt do groty nie wlezie, ale marne toto, grosiwo.
  Tego można się było spodziewać. Mimo to łowca szedł, szła Szept, za nią zaś Midar. Grosz się przyda, a i taki potwór, ubity, zarobić na jego ścierwie można. Skóra, rogi, pancerz, zęby, kamienie z żołądka. Wszystko można było sprzedać albo wykorzystać do własnych celów. Sam potwór, gdy padnie, był nagrodą.
  - 10 denarów, że ta pani szpicoucha prędzej ubije potwora - zadeklarował Moczymorda.
  Szept poczuła na sobie spojrzenie obcego. Taksujące. Poddające ocenie. Widok musiał go wielce rozbawić, ani to wojowniczka, ani to łuczniczka, nawet nie nożownik, kobieta, chociaż szczupła, to przecież nie mocno umięśniona. Wargi mężczyzny uniosły się w wyraźnym rozbawieniu.
  - Przyjmuję.

~*~

  Jaskinie znajdowały się w naturalnym zagłębieniu terenu. Zbocze z dwóch stron opadało stromo, prawie pionowo, usłane kamieniami i drobnymi kamyczkami, piaszczysta ziemia usuwała się spod stóp, a wejście nań bez zabezpieczeń wydawało się niemożliwością; z jednej łagodnie pięło się ku górze, porosłe resztkami trawy i karłowatymi krzewami. Dawniej wydobywano tu wapień, teraz wszystko umilkło, a przyroda wdarła się w to, co niegdyś odebrali jej ludzie. Jedyna bezpieczna droga, leśna ścieżyna, wiodła od strony Lasu Królewskiego i kończyła się w połowie kamieniołomu.
  Teraz wszystko straszyło. Drzewa, łyse, pozbawione liści, pożółkła, brązowa trawa, miejscami usłana białymi skałami, częściowo okryta dywanem gnijących liści, wszystko to nadawało okolicy wygląd obumarłego, pustego cmentarzyska. Jedynie sosny i świerki ożywiały tę szarość zielenią igieł, czasem też jakiś ptak poderwał się do lotu spomiędzy pustych gałęzi.
  Jaskinie były dwie. Pierwsza, położona na zewnętrznym zboczu, ginęła wśród drzew porastających skraj lasu, osłonięta, musiała być niewidoczna z dna kamieniołomu. Prowadziły do niej porosłe mchem kamienne schody, pamiątka po tym, jak swego czasu, jeszcze gdy kamieniołom był aktywny, służyła za magazyn. Niewielka, wpisana w kwadrat komora z wysokim sklepieniem idealnie nadawała się do chowania sprzętu, a szerokie wejście gwarantowało łatwy transport skrzyń.
  W jej pobliżu znaleźli resztki ogniska. Czarny, otoczony kamieniami krąg, z szarym popiołem i na wpół zwęglonymi szczapami, pozostałość po ostatnich gościach; głownie dawno ostygły, zimne i ponure, dym nie unosił się ku górze, nie było nawet żaru. Ktokolwiek je rozpalił, nie dbał o czystość, poszanowanie natury było mu obce. Tu leżały porzucone resztki, tu śmieci, tu jakiś papier, a tam pusta manierka.
  Szept skrzywiła się nieznacznie na ten widok.
  - Chłodne. Dawno odeszli. - Kadok pochylił się nad popiołami, dłonie wysunął przed siebie, badając temperaturę. Zniżył je, niemal dotknął poczerniałych głowni i szarego, systematycznie unoszonego przez wietrzyk, popiołu. 
  Dawno mogło oznaczać wszystko. Wczoraj. Jeszcze dawniej. Słowem: nic.
  - Ciemno jak w dupie trolla. - Midar zszedł po schodkach, zaglądając do jaskini. Nie wszedł do niej, przystanął u wejścia. Stąd widział całe wnętrze, tylko kąty ginęły w ciemności. Dziwne, wyrzeźbione przez wodę formy naścienne, powywijane, nie przedstawiały nic, a jednocześnie znaczyły całe lata istnienia tego miejsca.
  Jaskinia była pusta. Na środku resztki jakiejś skrzyni w postaci nadgniłych desek. Nic więcej. Midar cofnął się, zniechęcony, zachwiał, gdy zdradliwy kamyczek umknął mu spod nogi. Zamachał rękami, łapiąc równowagę…
  - Uważaj. - Silna, mocna dłoń podtrzymała go, nad uchem zabrzmiał basowy głos łowcy. - Stare toto. - Ręka cofnęła się, widząc, że krasnolud już stoi pewnie na swoich krótkich nogach. Kontrolnie, nie dowierzając słowom, Kadok zajrzał do wnętrza. Rozczarowanie zagościło na naznaczonej bliznami twarzy łowcy. - Coś tu musi być - mruknął.
  - Może wyłazi tylko nocą? - Midar podrapał się po głowie, rozejrzał, patrząc za elfką. Jeśli siedziała tu jakaś bestia wierzył, że kto jak kto, ale ona ją rozpozna. W końcu, jeśli coś przylgnęło do elfiej sławy, była to natura i magia. - Mała, a może to jakaś wiwerna? Albo nie wiem, niedźwiak? Jakiś nieumarły, ghul?
  - Ślady - zauważyła lakonicznie elfka. - Bestia powinna jakieś zostawiać. Skrzydlata, ssak, nawet nieumarły. - Podczas gdy oni zajęci byli jaskinią, ona myszkowała po najbliższej jej okolicy, póki co z raczej miernym skutkiem. Konie i kuca pozostawili, przywiązane, na skraju lasu, przy niewielkich krzewach, tu przyszli pieszo, zakładając konieczność zejścia w dół, na samo dno.
  - Myhy - potaknął Kadok. Łowca nieco się oddalił, schodząc ostrożnie po zboczu. Małe kamyczki usuwały się spod jego stóp, balansował całym ciałem, utrzymując równowagę, czasem pochylił się, czasem przytrzymał jakiegoś większego kamienia czy gałęzi.
  Szept patrzyła za nim w milczeniu.
  - Hmm, Szpetuś? Ślady - przypomniał Midar, chrząkając.
  - Pamiętam. - Elfka otrząsnęła się z zamyślenia.
  Krasnolud stał obok, patrząc na nią wyczekująco, sam nie mając właściwie pojęcia, od czego zacząć. Miecz naostrzyć, kolczugę wyczyścić, temu i owemu przywalić, przegonić bandę zbirów, to wiedział. Od biedy to i jakiś atak, obronę zaplanuje, ale tropienie i wyszukiwanie śladów było dobre dla zwiadowcy. On był po prostu wojakiem. Swoich wątpliwych umiejętności nie zdążył jednak należycie udowodnić. Poczuł miękki dotyk, gdy elfka dotknęła jego dłoni, zwracając na siebie uwagę brodacza.
  - Na dole - mruknęła cicho.
  Kadok piął się z powrotem w ich stronę. Szło mu to nieco niemrawo. Co jakiś czas przystawał, łapiąc oddech i szukając łatwiejszego podejścia. Kilka razy machnął ręką, przywołując ich do siebie w nadziei, że jeszcze się nie rozeszli po krzakach i dostrzegą ten gest. Miał szczęście. Szept dostrzegła. Gdy dwie strony idą do siebie, spotkają się szybciej, a i tajemnicą nie było, że z górki łatwiej schodzić niż pod nią podchodzić, nawet jeśli zejście oznaczało wątpliwej przyjemności zjazd na tyłku i dziurawe, przetarte na tej części ciała portki. Nic dziwnego, że łowca rozsądnie poczekał, nie pchając się do góry, aż dołączy do niego pozostała dwójka. Na co mu było pokonywać dwa razy tę samą drogę? Starczyło mu jednak na tyle uprzejmości, by podać rękę schodzącym.
  Midar rękę olał. Szept skorzystała, ujmując ją.
  - Macie swoje ślady - poinformował ją ściszonym głosem łowca, bo chociaż użył liczby mnogiej, to do elfki się zwracał.
  Teren był tu nieco nierówny, wciąż dominowały piaski i wapienne skały. Dno kamieniołomu porastały drzewa i kolczaste, rozłożyste, acz niewysokie krzewy. Łyse gałęzie nie stanowiły zasłony przed oczami wędrowców, lecz krzewy i iglaki tworzyły barierę, przez którą nie przedarł się nawet bystry wzrok elfki. To dlatego Kadok dostrzegł je dopiero, gdy dotarła doń przykra woń i niemal potknął się o truchła.
  - Zwyczajem bestyji jest zaciągać ofiary do leża. Czyni tak każden drapieżnik i każda potwora - oznajmił pewnie, przedstawiając im swoje znalezisko.
  Ofiary tu były. Dwie owce, obie z rozerwanymi brzuchami i rozwleczonymi obok wnętrznościami. Gnijące liście plamiła posoka, czarna, ciemna, już częściowo zakrzepła. Tak cenna wełna nie nadawała się do niczego, poplamiona, brudna od juchy, brudnożółtej zawartości jelit, skołtuniona, poszarpana. Pomimo chłodu nad truchłami unosiły się muchy; zielonkawe zabarwienie większej owcy świadczyło, że leży tu dłużej, drugiej nie dotknął jeszcze rozkład, nosiła jedynie ślady, jakie pozostawia natura, w której nic się nie marnuje. Ptasie dzioby tu i ówdzie wydziobały wnętrzności, tu wgryzły się zęby lisa. Jeśli drapieżnik, bestyja, pozostawił jakieś ślady czy to obok, czy na ciele owiec, ci, którzy przyszli po nim już dawno je zatarli, padlinożercy, mięsożercy i wszystkożercy, zwierz lądowy, podziemny i królujący w przestworzach.
  - Tylko dwie? - zdziwił się Midar.
  - Dwie tutaj. Pewnie te ostatnie. - Magiczka z zainteresowaniem przyjrzała się ranom, dotknęła nawet pożółkłej trawy i zwłok mniejszej owieczki. Zimna i miękka, musiała leżeć tutaj dłużej niż dzień.
  Kadok potaknął skinieniem głowy.
  Wszyscy troje, odruchowo, rozejrzeli się. Wcześniejsza niefrasobliwość gdzieś zniknęła, luźny, gawędziarski ton ulotnił się. Pomiędzy nich wkradło się napięcie. Coś tu musiało się dziać. Oczy, mimo woli, kierowały się dalej, w głąb kamieniołomu, mijając sosny, liściaste drzewa, skałki. Kierując się tam.
  Druga jaskinia. Umiejscowiona na samym końcu kamieniołomu, w połowie wysokości zbocza, wejście do niej było zaledwie wąską szczeliną. Chociaż znajdowało się na zboczu, nie było zbyt dobrze widoczne. Ulokowane w zagłębieniu, najpierw trzeba było wspiąć się ku górze, potem zejść ostrożnie w dół, dość stromo. Dopiero tam czekała grota. Stare legendy mówiły, jakoby była połączona z lochami Zamku Królewskiego, jeśli jednak takowe przejście kiedykolwiek istniało, nikt go dotąd nie odnalazł.
  - Smok to się tam nie zmieści.
 - Ledwie człowiek wlezie - krasnolud poparł swoją towarzyszkę.
  - Może mieć drugie wejście - podpowiedział ich towarzysz.
  Z wnętrza jaskini wiało chłodem. Nie takim, jakie daje morska bryza, przypominało raczej świeże, mroźne, górskie powietrze. Latem, gdy temperatura sięgała trzydziestu stopni, musiało tu być cudownie, rześko, wystarczyło przysiąść na krawędzi, by upalne słońce przestało dokuczać, a pot spływać po plecach; teraz było cokolwiek za zimno. Było też ciemno. Światło dnia sięgało tylko wejścia do groty, dalej panował mrok, tym silniejszy, że kontrastował z jasną skałą. Lekka mgiełka unosiła się znad wejścia, to mroźne, zimne powietrze kontrastowało z zaledwie chłodnym.
  - To co, włazimy tam, nie?
  - Tylko nie po ciemku. Ej, krasnolud, zakręć się tu za jakąś gałęzią, co? - Kobiety o nic nie prosił. Słaba płeć, zmęczy się jeszcze, a i tak długo wytrwała, nie narzekając ani słowem podczas podróży. Po kiego czorta włóczyła się z brodaczem, po kiego grzyba on ciągał ją ze sobą, Kadok nie wiedział i nie wnikał. Życie nauczyło go nie wtykać nosa w cudze sprawy. Może jego kobita? Jaka elfka puściłaby się z krasnalem, jeden demon wie. Ten świat był pełen różnych dziwów.
 - Sam się zakręć - burknął krasnolud, ale widząc, że łowca już zbiera chrust i układa w mały stosik, posłusznie ruszył pomiędzy pobliskie drzewa.
  Szept na krótką chwilę została sama.
  - Te, a ty masz coś, żeby dłużej płonęło? - Midar łypnął na Kadoka. Kilka większych, dłuższych gałęzi upadło u jego stóp, gdy bezceremonialnie rzucił je na ziemię. Mało się wygadał, że pochodni nie potrzebują, ale to wiadomo, czy przed obcym tak ozorem mielić, że maga ze sobą mają? Szept też nie paliła się do zdradzania swoich umiejętności, jego szkoła, o!
  Odpowiedziała cisza. W dowolnym tłumaczeniu, odpowiedź była przecząca. Midar westchnął z rezygnacją.
  - Midar, masz gorzałkę? - zagadnęła przymilnie magiczka.
  - O! To się nada! - ucieszył się Kadok.
  - Nie mam. Skończyła się - pośpiesznie odparował krasnolud.
  Kadoka to oszukało, magiczkę nie. Szare oczy zdawały się przewiercać krasnoluda na wylot. 
  Przestąpił z nogi na nogę, czując się mocno niezręcznie. Nie pomogło. - Nooo… coś tam jeszcze mam - przyznał z ociąganiem. Łowcy to by się i nie wygadał, niech trolla w tyłek całuje, ale Szept do czorta przecież nie wyśle. - Ale na pochodnię nie zmarnuję! Pogięło was?
  Cisza. Nikt nie palił się, by krasnoluda przymusić, ale i nikt nie palił się, by odstąpić od zamysłu.
  Midar z miną cierpiętnika sięgnął do paska. Skrzywił się, gdy uniósł bukłak, potrząsając nim nieco. Zachlupotało zdrowo, z połowę pełną jeszcze i miał, tak dla zwilżenia gardła, rozluźnienia atmosfery i dodania sobie animuszu. Niczym skazaniec, powlókł się w stronę łowcy, sztywno wyciągając przed siebie manierkę. - Masz - warknął, jednocześnie odwracając wzrok, by nie patrzeć na to marnotrawstwo. Bestialstwo.
  Mając pochodnię, jakoś każdemu zrobiło się raźniej. Midar wciąż chrząkał i narzekał, ale nawet i on tak śmielej zerkał na ciemną plamę wejścia do groty.
  - A toto się nie zawali? Jak stare? - zaciekawił się, przypominając sobie wcześniejsze ostrzeżenie Kadoka. Włażąc do zapadłej dziury, lepiej wiedzieć, czego oczekiwać. Pogrzebany wątpliwa przyjemność, nawet jeśli duch miał sobie ucztować w zaświatach, Midar wolał ucztować na ziemi. Pogrzebany żywcem, bez gorzałki, brzmiało jeszcze gorzej. Ani to martwy, ani to żywy, ani pijany.
  Tyle, że z magiem obok.
  - Jestem elfem. To krasnoludy specjalizują się w kamieniu.
  - Jestem krasnoludem powierzchniowym. Wiem o kamieniu tyle, co ty o… - Midar podrapał się po głowie, szukając odpowiedniego porównania, po czym dokończył: - Co ty o uzdrawianiu, o!
  - Wiem, jak założyć opatrunek - obruszyła się magiczka, odnotowując, że w końcu musi nauczyć się czegoś więcej od Wilka albo od Heiany. Ten pierwszy bywał mocno zajęty, a jeśli znalazł czas, to raczej nie po to, żeby bawić się w nauczyciela. Ta druga aż nazbyt chętnie dzieliła się wiedzą, to jej zawdzięczała rozpoznawanie leczniczych roślin i wrażenie, że od nadmiaru informacji zaraz pęknie jej głowa. Heiana lubiła przesadzać.
  - A ja wiem, że to wapń. Wapień. Wapno. No, jedna cholera.
  - Panie przodem. - Obojgu panom zebrało się na szarmanckość.

_________________________________________
Po pierwsze: dziękuję za motywację Aedówce. Wprawdzie miało być dużo wcześniej, ale lepiej późno niż wcale.
Po drugie: dziękuję za szturchanie, kuksańce i motywację pani nieobiektywnej. Również za natchnienie, mimowolną burzę mózgów i wysłuchiwanie narzekań.
Po trzecie: za natchnienie podziękowanie dla autorów misji, bo to z nich zaczerpnęłam grotę.
Po czwarte: pierwsza od dawna, bardzo dawna notka solo, która została ukończona i ujrzała światło dzienne. Nieco nudzi, nieco smęci, nieco powoli się toczy, ale jest moja. A ponieważ nikt jej nie skrytykuje tak, jak ja, wy możecie tylko chwalić :P A na poważnie luźna tematyka, pisane na odprężenie, nic skomplikowanego, bo nadal uczę się tworzyć fabułę. Jako taką.

6 komentarzy:

Silva pisze...

Podobno oczekiwanie wzmaga apetyt... Dar powiedziałby, że to gówno prawda i ja się z nim zgadzam, bo ja chcę tu i teraz, już, zaraz, a nie dopiero, jak Autor pozwoli. Podobno nie można mieć też wszystkiego i tu się zgadzam, ale w końcu jest i mam!
Czytam to trzeci raz. Pierwszy, kiedy wszystko było jeszcze w zarodku, jeden fragment niepowiązany z drugim i luźne myśli. Drugi zaledwie wczoraj, kiedy opowiadanie nabrało już odpowiedniego kształtu. Dziś jest trzeci raz, już na blogu, jako pierwsza notka solo Szeptuchy <3
Wiem, co mówisz o tym tekście, ale powiem ci, że masz guzik do gadania. Chociaż prawdą jest, że nikt tak krytycznie nie skomentuje notki, jak sam autor. Skoro więc Ty krytykujesz, pozwól mi pochwalić.

- Za każdy razem wstęp podoba mi się coraz bardziej. Ja biegnę z tą dziewczyną, czuję, że mnie coś goni, uciekam gdzie pieprz rośnie, zostawiając za sobą towarzysza, ale i potwora. Idealny wstęp.
- Szept i Midar - znam ich, zdążyłam do nich przywyknąć i umiem mniej lub bardziej przewidzieć ich zachowanie. Kadok jest powiewem świeżości w tej notce. Nowym elementem w układance życia Szept. Ot jedna z wielu przygód i spotkany obcy. Kadok robi robotę w tej notce, a wisienką na torcie będzie sama wiesz co. Lubię najemnika obwieszonego żelastwem, sposób jego mówienia. Nie, on naprawdę robi robotę.
- Kocham to, że magiczka nie chwali się na prawo i lewo: "patrzcie, jestem magiem! zrobię ogień" - dla mnie to przejaw rozsądku i zdrowego myślenia. Niech Kadok ją ma za elfią kobietę, nawet za partnerkę Midara. Niech się potem zdziwi.
- Midar marnujący gorzałkę... jeśli bogowie kiedykolwiek założyli się, czy taki dzień w końcu nadejdzie i jak zachowa się krasnolud, musieli właśnie przegrać, niedowierzając. Ale w końcu to dla Małej, nie?
- Nie wiem, czy to efekt zamierzony, ale spokój jaki otaczał wyrobisko, brak czegokolwiek, co by zaniepokoiło, poza owcami, przemawia do mnie bardziej niż ciarkowy opis, jak to tam jest groźnie i strasznie. Podobnie ze sceptycyzmem bohaterów: jest potwora, nie ma jej, a może w ogóle pójdziemy na gorzałkę?
- Wredna: jak długo pali się gorzałka? :D Kocham tę naszą rozmowę o pochodniach, jak je zrobić, o smole, o tym, co zamiast niej. Kocham, pisząc notki, przekopywać internet i się dokształcać. I wiem, że ty też kochasz <3
- Umiesz budować napięcie, stopniując je odpowiednio. Opisać otoczenie tak, że nie przytłacza. Wprowadzać nowe postacie w sposób taki, że od razu przyciągają oko. I nie ma tu nierealności w tym sensie, że wsio, co opisujesz mogłoby się zdarzyć (nie mówię o sprawach magii). Lubisz mi powtarzać, że jesteś za logiczna, ale ja uwielbiam czytać logiczne teksty, bo nic w nich nie wyskakuje z kapelusza, nie wiadomo skąd i po co.
- Twierdzisz, że masz suche dialogi. Naprawdę? Gdzie? Rozmowa tej trójki jest tak naturalna, tak niewymuszona, że słyszę ją w głowie (może to schizofrenia?). Nie ma tego problemu: co ja mam odpowiedzieć? Rozmowa się klei, jednocześnie będąc całością. I pyskówki, jak ja je lubię, bo dodają smaczku.
- Owieczki, czyli powrót do ciarkowości :D Bo kto lepiej opisze owcze zwłoki, jak nie ty? <3

Z żali hyvana - Szept chodzi z każdym na misje, tylko nie ze mną - burknął obrażony najemnik i zazdrosny jak cholera.

Tak, wiem co teraz powiesz: że Darrusowa jest nieobiektywna. Mów sobie, mów...

Jestem z ciebie dumna. Masz za sobą pierwszy kamień milowy. Wkopałaś piękny kamień węgielny, na którym możesz teraz budować dalsze notki solo. W końcu się przełamałaś, zmobilizowałaś i napisałaś do końca. I co, było tak strasznie? ;)

Szept pisze...

Możesz sobie wyobrazić, ile razy ja to czytałam.
Pierwsza w życiu to nie, ale pierwsza na KK z całą pewnością. Się dotąd nie zdarzyło przy moim zapale i organizacji. Dlatego tak podziwiam, bo masz ochotę, piszesz, sprawnie, ładnie, a nie czekasz, aż ochota przejdzie i pisanie będzie przypominało wyrywanie zęba.
Z tą notką tak trochę było. Rwiemy :D

Kadok... Kadoka osobiście nie lubię, bo mi się brzydko z nie powiem kim kojarzy. Ale potrzebowałam najemnika, innego niż Midar, więc jest Kadok. Tyle, że ja go oceniam z punktu widzenia skojarzenia, profesji i charakteru. W samych dialogach prezentuje się niczego sobie, przyznam.

Gorzałkę sama mi niechcący podsunęłaś podczas jednej rozmówki na gg. Nie mam pojęcia, ile to się pali, nigdy nie paliłam gorzałki. Krócej niż magiczne światło na pewno :P

Spokój... prawdę mówiąc, całkowicie niezamierzony. Po prostu miałam przed oczami moje jaskinie i moje Kielniki, plus wspomnienia z końcówki lata. Przez to miałam nieco wrażenie, że te opisy przyrody przytłaczają. Ale przynajmniej, bądź dumna, powstrzymałam się od dokładnego opisu skał, form w jaskiniach i gatunków drzewek.

No i sztuką dialogu dla mnie jest realizm. Czyli nie zawsze postacie się zrozumieją, są powtórzenia, skróty, kłótnie, jest jąkanie się, nawet błędy czy kulawa gramatyka. No bo dla mnie sposób, w jaki ktoś mówi, świadczy o postaci. Pyskówki użyłam, bo to najprostszy znany mi sposób dodania realizmu, przyznaję. Poza tym, osobiście twierdzę, że najgorszy jest mój zapał. Potem kreowanie fabuły i wypełnianie luk. Potem opisy. Potem dialogi. A najlepsze są kreacje pod względem charakteru postaci i wszystko utrudniająca, logika.

Prawdę mówiąc, postępowanie Szept postrzegam w identyczny sposób jak ty. Ona może pomocna, serce na dłoni, może czasem za pomocna, ale ludzie na magów różnie patrzą, a czasem lepiej nie odkrywać od razu wszystkich kart. Gdyby była sama z Midarem, w życiu by się nie powstrzymywała.

Ale nowością jest dla mnie napięcie, zwłaszcza że w tej notce nieszczególnie je widzę. Może na samym początku, ale tam też... mieszane odczucia.

I masz rację. Też kocham szukać. Pisanie na KK dokształca.

Co jeszcze. Dziękuję, że ci się chciało to czytać, motywować, zachęcać. Gdyby nie ty, wątpię, czy by mi starczyło odwagi. Nie mówiąc o skończeniu tego tworu... Oh, zapomniałam. On jest nieskończony.
Na razie w planie i na tapecie zakładki, ale pomyślę i o kontynuacji groty. Jak tylko skończę z nieumarłymi i dowiem się, co z moją wizją demonów.

Nefryt pisze...

Szept, dlaczego ty jesteś wobec siebie taka krytyczna? Przecież to jest dobre! Serio. Pierwszy fragment bardzo wprowadza w klimat, naprawdę mogłam wyobrazić sobie tę dziewczynę i wszystko wokół.
Potem klimat się nieco zmienia, ale nie na gorsze. Lubię Kadoka, przynajmniej na razie. Jest taki specyficzny, że nie sposób go pomylić z kimś innym. Nie wiem, jak to się ma o rzeczywistości, ale mam odnośnie niego pewne podejrzenia.
Duet Midar i Szept jak zwykle dobry. Swoją drogą, to opowiadanie jest takie... klasyczne. Trochę jak te starsze, proste fantasy. Mamy standardową, mieszaną drużynę (elf, krasnolud, człowiek), do tego sam temat potwora w grocie. Ale wiesz co? To się dobrze czyta. O ile na ogół nie lubię takich typowych, RPGowych misji, o tyle w twojej notce wyszło okej.

Szept pisze...

Nefryt, bo to ja. Mi po prostu łatwiej przychodzi krytyka niż chwalenie :P I niemal zawsze znajdę coś, do czego można się przyczepić, a co poprawić.
Zaciekawiasz mnie... Mocno. Odnośnie Kadoka. Zdradzisz, co w związku z nim podejrzewasz?
Ej, faktycznie masz rację. Nie spojrzałam na to z tej strony, ale faktycznie, elf, człowiek, krasnolud. Mag i 2 wojowie... w sumie, do klasycznej drużyny brakuje łotrzyka. I uzdrowiciela, bo na Szept nie ma co w tej materii liczyć.
Co zaś do misji... nasze misje były inspiracją, a część z nich jest właśnie przeznaczona do shortów i krótkich akcji: pójdź, zrób, wróć. Zabij, zdobądź, śledź. I nie mówię, że to złe, czy niefajne, po prostu odmiana od nieco bardziej skomplikowanej fabuły. Można powiedzieć, że właśnie dlatego wzięłam jedną z nich: nie mam zaufania do swoich intryg, komplikacji i rozwiniętej fabuły, wolałam zacząć od czegoś prostego, zwłaszcza że i tak było spore ryzyko, że zacznę pisać i nie skończę. Mam brzydką tendencję do komplikowania sobie życia, także przy fabule, mogłoby to się rozrosnąć, a ja bym utknęła i nie wiedziała, co dalej.
Poza tym, urzekło mnie moje wspomnienie z kamieniołomu i kusiło, by wykorzystać przy okazji pisania tej notki. Dużo łatwiej mi się pisze, gdy coś odczułam na własnej skórze.

Olżunia pisze...

Najpierw było wzajemne motywowanie do pisania, był zakład, potem nastąpiły dwie publikacje, a po nich zaczęło się odkładanie. “Nie, dzisiaj nie mam czasu.” “Teraz jestem zmęczona, chcę to przeczytać, jak będę miała świeżą głowę.” I tak do wczorajszego wieczora.
Nie mam pojęcia, czemu zwlekałam z tym tyle miesięcy. Toż to była przyjemność. I to jaka.

Czytanie opisów postaci jest czystą radością. Radością zarówno dla tego, kto miał już z nimi do czynienia, jak i dla tego, kto do tej pory nie miał (tak przypuszczam). Raz, że przy pierwszym zetknięciu się z bohaterami ma się ich szczegółowy opis, a nie enigmatyczne imię i, dajcie bogowie, krótką, niezapadającą w pamięć charakterystykę. Dwa, że – jeśli się ich już jako tako zna – człowiek się wcale nie nudzi. Zawsze trafi się coś, co mu z głowy wyleciało, o czym wcześniej nie wiedział albo coś, co zostało opisane inaczej, bardziej obrazowo niż tkwiące w głowie suche informacje: “włosy takie, oczy takie, sylwetka taka”. Słowem: zawsze się trafi jakaś gratka. No i rozgryzanie na początku, kto jest kim. Tak, wciąż mnie to bawi.
Bardzo mi się ten zabieg podoba.

Lubię smaczki w rodzaju “posłyszałem”, “w komorze” czy “bestyja” zamiast “bestii”. Narracja jest przejrzysta, zrozumiała, a takie nienachalne wstawki dodają całości subtelnego klimatu.

Dialogi brzmią niewymuszenie, są autentyczne i zróżnicowane, każda postać mówi inaczej, po swojemu. Zdania są długie, odwzorowują mówiony język, który z kropkami się nie lubi i wszędzie soli przecinki (wnioski wyniesione ze sporządzania skryptów nagranych na dyktafon wywiadów). Kiedy czytam Twoje teksty, widzę, że muszę nad tym pracować. Moi zawsze się doskonale rozumieją, zawsze składają poprawne zdania. Czas zacząć patrzeć na sytuacje, w których znajdują się moi bohaterowie, ich oczyma. Bo inaczej ślepa kiszka. A Twoje dialogi naprawdę przyjemnie się czyta. I z całą pewnością nie są “suche”.

No i napięcie. Dzięki pierwszej scenie każda kolejna niebudząca podejrzenia rzecz była podejrzana. Paradoksalnie brak napięcia i spowolnienie akcji sprawiły, że siedziałam jak na szpilkach. Cisza przed burzą.

Jako że nigdy nie mogę się powstrzymać przed wypisywaniem ulubionych fragmentów:

Pojawiały się szepty, że lepiej go nie drażnić, lepiej złożyć ofiarę, nakarmić, a zostawi miejscowych w spokoju. Coś mi to przypomina… xD

Oczywiście, że wyobraziłam sobie Szept mówiącą “Nie, na piknik”.

Szkoła kompanii Żelaznej Pięści nauczyła go tego i owego o współpracy między najemnikami. Pojechać razem, a chętnie. Większa grupa, radośniej, żwawiej, jest i do kogo gęby otworzyć i za czyimi plecami się schować. Jak dochodzi do wykonania zadania jest gorzej; ten robi po swojemu, tamten inaczej, ten weźmie nogi za pas i spierdzieli, tamten obróci się plecami, jak będziesz go najbardziej potrzebować. Jak zaś przychodziło do podziału nagrody… jatka. Wypróbowani towarzysze albo wcale, ot cały sekret, jeśli nie chcesz obudzić się ze sztyletem na szyjce. No, albo w brzuchu, tyle że wtedy się nie budzisz. Jeden z moich ulubionych fragmentów. ♥

Olżunia pisze...

Ciąg dalszy

Nie będzie mu tu byle włóczęga, co z mieczami lata, na Małą kłapał ozorem, pyska otwierał, bo mu krasnoludzka piącha ząbki wybije. Nosz, kurka, nie na Małą takie gadanie. Tak, wciąż jestem zakochana w relacji Midar-Szept. Wciąż mi nie przeszło. No i lubię, kiedy dotycząca Midara narracja staje się midarowa. Analogicznie przy innych postaciach. Oj, lubię.

- Szept. Po prostu Szept – przedstawiła się, jak kiedyś Aedowi. Rzeczywiście głupia jestem, że wcześniej nie przeczytałam. Bardzo, bardzo głupia. Kocham.

[...] ułagodziło naburmuszonego Midara szybciej niż łyk ulubionej gorzałki. Bo trafne porównanie to podstawa.

Teraz wszystko straszyło. Drzewa, łyse, pozbawione liści, pożółkła, brązowa trawa, miejscami usłana białymi skałami, częściowo okryta dywanem gnijących liści, wszystko to nadawało okolicy wygląd obumarłego, pustego cmentarzyska. Jedynie sosny i świerki ożywiały tę szarość zielenią igieł, czasem też jakiś ptak poderwał się do lotu spomiędzy pustych gałęzi. Uwielbiam Twoje opisy. Kiedy je czytam, nie tylko widzę to, o czym opowiadasz, ale też czuję słońce na twarzy, czuję zapach zbutwiałych liści, słyszę, jak stąpają po nich bohaterowie. Oczywiście wszystko przez pryzmat moich wspomnień oraz ogrodu przy moim rodzinnym domu, który wiosną jest dla mnie najbardziej magicznym miejscem, jakie jestem w stanie sobie wyobrazić. Ale te opisy są lepsze niż kino 4D.
Jeszcze w temacie: Ale przynajmniej, bądź dumna, powstrzymałam się od dokładnego opisu skał, form w jaskiniach i gatunków drzewek. A to bym akurat chętnie przeczytała. xD Twoje specjalistyczne opisy to już w ogóle gratka.

Jaskinie były dwie. Nawet nie wiesz, jak mnie ten fakt zaskoczył. xD “Cooo? To to nie będzie standardowy quest?” Cytując Nef, to opowiadanie jest takie... klasyczne. Trochę jak te starsze, proste fantasy. Mamy standardową, mieszaną drużynę (elf, krasnolud, człowiek), do tego sam temat potwora w grocie. Dobrze opracowany temat. Nie po łebkach, a szczegółowo, intrygująco.

Wkradła się jedna literówka: Znaczy cień padł na krasnoluda [...].

Prawie, jakby spodziewał się [...] – po "prawie: nie stawiałabym przecinka (cytując Wikipedię: Nie stawiamy przecinka przed porównaniami, które są wprowadzane przez wyrazy: jak, jakby, niż, niby i tym podobne. Przykłady: “Jesteś piękna niczym poranek majowy.”, “Nie ma jak w domu.” Wyjątek: stawiamy przecinek przed wyrazami: “jak”, “jakby”, “niż”, “niby” i tym podobne w zdaniach złożonych porównawczych. Przykład: “Zróbcie to ćwiczenie tak, jak umiecie.”)

Podsumowując: bardzo przyjemnie mi się czytało. Odpowiadało mi tempo akcji, także wtedy, kiedy magiczka się nad czymś zamyślała – było po prostu akurat. Lubię Twój styl, lubię opisy, lubię dialogi.
Przepraszam, że dopiero teraz. Nieudolnie, pokracznie wręcz walczę z moim “co masz zrobić jutro, zrób pojutrze”.
Bardzo, baaardzo chętnie przeczytałabym drugą część.

Prawa autorskie

© Zastrzegamy sobie prawa autorskie do umieszczanych na blogu tekstów, wymyślonego na jego potrzeby świata oraz postaci.
Nie rościmy sobie natomiast praw autorskich do tych artów, które nie są naszego autorstwa.

Szukaj




˅ ^
+ postacie
Rinne Lasair