Przewodnik

Linki-obrazki

Misje
I. Więzi przyjaźni
Spotykasz po latach kogoś, kto dawniej był ci bliski. Wplątuje cię on w jakąś historię, która nie dość, że z czasem się komplikuje, to w dodatku budzi w tobie wątpliwości co do intencji przyjaciela.

II. Linia frontu
Kerończy natarli na Prowincję Demarską. Oblegany jest sam Demar. Jedni ludzie stają do walki, inni uciekają ze spalonej ziemi. Napastnicy, obrońcy i cywile. Po której stronie staniesz?

Opcjonalnie: Udział w buncie niewolników w Wirginii bądź inne miejsca walk.

III. Rekonwalescencja
W nie najlepszej kondycji trafiasz do wioski lub klasztoru. Wydaje ci się, że trafiłeś w dobre ręce i że wkrótce będziesz mógł opuścić to miejsce. Okazuje się jednak, że z pozoru życzliwi i uprzejmi ludzie skrywają przed tobą jakąś tajemnicę.

IV. Zabij bestię
Coś napada, nęka mieszkańców. Zawierasz umowę z wójtem - dostarczysz głowę bestii za określoną cenę. Okazuje się jednak, że stworzenie nie działa bez powodu - jest w jakiś sposób prowokowane przez mieszkańców.

Opcjonalnie: Bestia jest wrażliwa na hałas z karczmy albo ludzie naruszyli w jakiś sposób jej rewir (weszli na jej teren, zajęli leże ze względu na drogie surowce itp.)

V. Nielegalne walki
Dochodzą cię słuchy o nielegalnych walkach prowadzonych w okolicy. Położysz im kres czy może postanowisz wziąć w nich udział dla własnego zysku? Pieniądze nie leżą na ulicy.

VI. Zlecone zabójstwo
Dochodzi do zamachu, w wyniku którego ginie ktoś ważny. Podejmujesz się odnalezienia zabójcy – albo jego zleceniodawcy. Od ciebie zależy, czy dojdzie do aresztowania winnych, czy pomożesz im uniknąć kary.

VII. Egzekucja
W mieście lub wiosce szykuje się egzekucja. Znasz sprawcę albo sam doprowadziłeś do jego schwytania. Realizacja wyroku coraz bliżej.

Opcjonalnie: Z czasem nabierasz wątpliwości, czy skazaniec faktycznie jest winny i chcesz go uwolnić lub dochodzą cię pogłoski, że ktoś może chcieć uwolnić kryminalistę.

zamknij
Dodaj do WTP Spis kodów
Spis opowiadań
Kiedyś przyjdzie mi za to wszystko zapłacić... Weselicho, czyli tańcz, jedz i chędoż za darmochę! Oszukać czas. Oszukać przeznaczenie. Oszukać... siebie. Baśń o wolności: Preludium Świątynia Ażubora (1) Wszystkiego krówkowego! (okolicznościowa, krótkie opowiadanie "Motyw przewodni - Prezent". Ta dam, pamiętaliśmy! I - Wezwanie pomocy: alchemio, przybywaj! Gdy demon odzyskuje człowieczeństwo, przypomina sobie jak być człowiekiem. Nikt nie zna prawdziwego bólu do czasu aż nie straci kogoś bliskiego sercu. Niedopowiedziane historie Wendigo i Driada Szczurzy dzień (autor: Szept, Silva) Domek, zupa, sukkub i historia (autor: Elias) Sen i niespodzianki (autor: Elias) Boląca strata i niepokojący gość! (autor: Elias) Cienie i nowy przyjaciel (autor: Elias) Kruki (autor: Elias) Cienie i Starsze Dusze (autor: Elias) Zawsze jest kolejna tajemnica (autor: Silva) Zło Kor'hu Dull (autor: Elias) Złodziej Twarzy i Koszmar (autor: Elias) Królewiec (autor: Elias) Przed świtem (autor: Nefryt) Król Żebraków i nowe drzwi (autor: Elias) Akceptacja (autor: Elias) Nostalgia (autor: Nefryt) Nowa droga i niespodziewane wyznanie? (autor: Elias) Biały i zielony daje czerwony! (autor: Elias) Nowe wyzwania w nowym życiu (autor: Elias) Krąg tajemnic (autor: Elias) Jack (autor: Elias) Czasami to mrok daje najwięcej światła (autor: Elias) Trzy sceny o szpiegowaniu (autor: Nefryt) Morze bólu. Promyk nadziei ... (autor: Elias) Nie ma sensu szukać guza. Chyba, że jest się najemnikiem (autor: Silva) Sól (autor: Aed) Dyjanna Muirne: Miecz może być dowodem wszystkiego (autor: Zorana) Opus Magnum I (autor: Iskra) Uszatek i Kwiatek na tropie przygody: Przypadłość parszywej gospody (autor: Paeonia i Szept) Gdy gasną świece (autor: Zombbiszon) ... Najjaśniej płoną gwiazdy nadziei. (autor: Zombbiszon) Elias cz. 1 (autor: Zombbiszon) Elias cz. 2 (autor: Zombbiszon) Historia (autor: Zombbiszon)
zamknij

Chat

   Pod ziemią wszystko wyglądało inaczej. Nie było zieleni, szumu drzew, śpiewu ptaków. Brakowało furkotu skrzydeł spłoszonego ptaka, płochliwego uderzenia skokami zająca, tupotu racic sarny. Każdy krok niósł się dalej niż na powierzchni, nie tłumił go mech i trawa, słoma nie szeleściła pod stopami, buty nie ślizgały się na mokrych liściach, nie skrzypiał pod nimi mróz. Nie było wiatru, takiego, do jakiego przywykła, ożywczego, niosącego mróz i śnieg. Nie było roszącego trawę deszczu, nie było twardych kulek gradu ani płatków śniegu. Słońce nie ogrzewało twarzy, sprawiając, że nawet w zimowe, mroźne dni wydawało się cieplej, niż wskazywałaby na to temperatura.
   Znajdowali się w Dolnym Królestwie, głęboko pod Górami Mgieł. Krasnoludzkie, podziemne państwo, którego granice na powierzchni wyznaczały rzeki Inka, Lannier, Loara i Surana, Wielki Ocean Wschodu, omijało Wielką Równinę, by następnie pochłonąć las Larven i zakończyć się gdzieś na wysokości j.Peverell. Sieć tuneli łączyła ze sobą poszczególne miasta, splatając się, skomplikowana ta plątanina nie ułatwiała poruszania osobom nieobeznanym w ternie. Niektóre miasta leżały blisko siebie, ot dzień drogi, inne dzieliły dni, tygodnie marszu, a wszystko w czasie, gdy dzień i noc zlewały się w jedno, wyznaczane jedynie zmęczeniem strudzonego wędrowca. Od serca krasnoludzkiego królestwa dzieliło ich wiele stajań, a każdy przyszły krok miał ich jeszcze oddalać od Grah’knar.
   Wewnętrzny Szlak, Thmerk’mir, był pomniejszą drogą, z rzadka tylko uczęszczaną. Kiedyś tętniący życiem, wiódł ku Morii, stolicy krasnoludzkiego królestwa i zarazem największej jego kopalni. Stamtąd transportowano srebrny, matowy teras, jasnobrązowy samandrinium i niezwykle szlachetny, lśniący mithril, nim do rąk krasnoludzkich hutników trafiały rudy stalowoszarego żelaza i mosiężnożółtej, metalicznie połyskującej miedzi; tędy wynoszono na handel i sól kamienną w postaci solnych bałwanów. Moria upadła, opanowana przez wrogie siły, a Wewnętrzny Szlak stał się tylko kolejną drogą wiodącą w ciemność. Spękany, zakurzony, niszczał stopniowo, tu coś się odkruszyło, tu ucierpiały posągi bóstw i patronów klanów, które krasnoludy lubiły stawiać na rozstajach, by czuwały nad podróżnymi, pilnując, by nie zeszli na manowce; tu runął służący jako źródło światła kamienny słup zwieńczony mlecznobiałym kryształem. Krasnoludy już dawno przestały używać pochodni. Sprawdzały się znakomicie w krótkich tunelach i kopalnianych szybach, na drogach oznaczały konieczność ustawicznego pilnowania, by żadna z nich nie zgasła, pogrążając chodniki w mroku. Główne drogi rozjaśniał więc bhazud, nieszczególnie piękny, mlecznobiały kryształ mocowany na kamiennych słupach. 
   Traktów strzegły krasnoludzkie posterunki. Mniejsze i większe, położone zupełnie blisko miast i na całkowitym odludziu, z mniej lub bardziej liczną załogą, zazwyczaj złożoną z przedstawicieli jednego klanu. Nadawano im nazwy, te oficjalne i długie, związane z wielkim przodkiem, ze szczególnie odznaczonym krasnoludem, czasem odwoływały się do roli, jaką pełnił dany klan, czasem do odcinka, jakiego strzegł posterunek; te krótkie i zwięzłe, potoczne, znacznie łatwiej wpadały w ucho. Nierzadko te oficjalne stały tylko na mapach i dokumentach, społeczność zaś używała krótkich, zwyczajowych. Dochodziło do zabawnych pomyłek, gdy dwaj podróżni kłócili się zawzięcie o wybór trasy, w rzeczywistości zaś obaj mówili o tej samej, wyznaczając ją wzdłuż tych samych posterunków, acz używając nań innych nazw.
  - Widać, że to świeżaki. - Krasnoludzka mowa brzmiała twardo i nie przypominała żadnego innego języka; niektórym przypominała dźwięk uderzanego kamienia o kamień.
  - Ślepyś. Elfka jest pewna, musiała bywać tu wcześniej. Nie kuli się jak ten szczyl.
  - Ten głupiec pewnie myśli, że mu się tunele na łeb zwalą.
  - Ktoś mu wcisnął amulet z Grungnim. - Było to bóstwo górnictwa, wydobycia, ale także sprawujące pieczę nad tunelami i korytarzami. - Powierzchniowcy - krasnolud splunął, może nie z pogardą, ale na pewno z niezrozumieniem.
   Durakh, jeden z posterunków Wewnętrznego Szlaku, w bocznym, mało uczęszczanym tunelu, ulokowano w najszerszym miejscu drogi; kilkanaście kroków za nim i przed nim korytarz zwężał się niknąc w ciemności. Takich miejsc jak to było wiele, ich zadaniem było ostrzegać przed nadciągającym zagrożeniem i likwidować je w miarę możliwości, a jeśli przeciwnik okazałby się zbyt liczny i silny, miały opóźnić nieprzyjaciół, dając innym czas na przygotowanie obrony. Ich obsada dbała o stan chodników i korytarzy, naprawiała podpory, usuwała zawaliska i poszerzała tunele, odgradzając ich zalane części albo te całkiem nie nadające się do przebycia.
   Służbę na posterunku pełniono przez osiem miesięcy, by po tym czasie wrócić do domów, żon i dzieci na cztery; w tym czasie na ich miejsce wysyłano dwójkę innych krasnoludów. Posterunki były mniej lub bardziej samowystarczalne; hodowano tutaj jadalne grzyby i warzywa niepotrzebujące światła słonecznego, a wodę czerpano z podziemnego źródełka. Mięso i inne produkty dostarczał goniec raz na dwa tygodnie; przynosił też wieści, nowinki, trunki i gorzałeczkę oraz wszystko to, o co go ostatnim razem poprosili.
  Wszytko tutaj było zapomniane, trochę wysłużone i swoje najlepsze dni mające już za sobą. Taboreciki trzeszczały, połatane i podbite deseczkami, by wciąż się trzymały. Kamienny mur obronny nosił wyraźne ślady zużycia, w niektórych miejscach był wyszczerbiony i zbytnio wygładzony, a zaprawa, trzymająca kamienie w kupie, już dawno zaczęła się kruszyć. Dwaj strażnicy łatali go i naprawiali w miarę swoich możliwości, jak wszystko inne. Broń też mieli od dawna tą samą; nikt nie przysłał im nowej, nikt nie pomyślał, że by im się przydała. Według góry powinni sobie radzić z tym, co mieli.
  - Bracie, oni gadali wczoraj, czego szukają? - W ciemności rozbrzmiała krasnoludka mowa.
  - Elfka pytała o grzyby. Może to stara szurnięta wariatka, co ma ptaki we łbie? - Krasnolud pokręcił palcem przy głowie, jak to się robi przy osobach szalonych i niezrównoważonych. - Kto szuka grzybów na takim zadupiu?
  - Było jej pokazać tego na paluchu - rozbrzmiał męski, rubaszny śmiech. - Po co leź w ciemność, jak ty masz wyhodowanego grzyba jak się patrzy.
  - Spadaj na kamień. - Drugiemu krasnoludowi wcale takie żarty się nie spodobały. - Przynajmniej orżnąłem ludzkie szczenie w znajdźkę. - Duża ręka poklepała sakiewkę przy pasie - Gołowąs nawet raz nie trafił.
   Drewniana skrzynia obok której stali, służyła krasnoludom za stolik; stały na niej wyszczerbione kubki, ułożone jedną na drugiej miski i powyginane łyżki. Pusta butelka służyła im za wazonik, w który wsadzono zeschłe już grzybki na długiej nóżce. Mała przybudówka pełniła rolę krasnoludzkiej sypialni; ustawiono w niej tylko dwa polowe łóżka na stelażu. Proste, spartańskie warunki.
  - Elfia baba by zagrała…
  - ...w samych butach bym ją puścił! - Tym razem roześmiali się oboje, ale tylko jeden się ruszył i dorzucił kilka szczapek do trzaskających płomieni; ogień płonął w wykutym zagłębieniu, na trójnogu wisiał kociołek, w którym gotowała się woda; obok leżały ruszta, na których pieczono złapane szczury i nietoperze, których najlepszą i najbardziej chrupiącą częścią były skrzydełka. Jadali też mocno przyprawiony pasztet z grzybów, nietoperzą zupę z korzonkami, większe robaki pieczone nad ogniem, marynowane jaszczurki i ślimaki, a wszystko to popijali grzybową gorzałeczką.
   Plotkowali, podśmiewali się, bo cóż innego robić? Nie mieli tutaj zbyt wiele pracy; posterunek znajdował się w bocznych tunelach, daleko od głównych traktów i ani góra, ani mieszkańcy podziemi się nim nie interesowali. Zazwyczaj mieli spokój, czasem tylko musieli pogonić szczury rozmiarów kota albo jakiegoś szalonego wędrowca, który zmierzał donikąd; droga kończyła się ślepym zaułkiem, odchodziło od nich wiele korytarzy, ale żaden nie wychodził na powierzchnię lub wyższe poziomy, a strażnicy rzadko widzieli wracających wędrowców.
   Czas, gdy nie polowali na szczury, kiedy nie walczyli między sobą dla zabawy, czy nie dbali o broń, urozmaicali sobie grą w karty, w których nagrodą było skręcane fajkowe ziele. Często też, na zakłady o większą porcję mięsa czy jakiś smakołyk, grali w znajdźkę; były cztery kubki i pod jednym chowano kamyk, który należało odkryć za pierwszym podejściem, a utrudnieniem był fakt, że kubki przesuwano między sobą tak szybko, by zgadujący nie dostrzegł, gdzie jest ten jeden jedyny z kamyczkiem.
   - Powinni zabrać krasnoluda.
   - Hum?
   - Jednego z nas, na przewodnika. My znamy nasze tunele, wiemy gdzie są skróty, a oni pewnie polezą najdłuższą drogą.
   - Widziałem u elfki mapy. Krasnoludzkie.
   - Stare papierzyska. - Krasnolud machnął ręką, będąc pewnym, że przybysze nie mają nic aktualnego. - Ile tuneli się zapadło? Sami drążyliśmy jeden, żeby przeleźć.
   - Może by im pomóc?
   Jego towarzysz nie odpowiedział. Zmienił tylko pozycję, przestąpił z nogi na nogę i ułożył usta w dzióbek; posterunek rozbrzmiał jego pogwizdywaniem, a krępy krasnolud oparł się ramionami o szeroki  trzonek swojego topora, wspartego w zagłębieniu w skale. Był nieco niskim strażnikiem; głowę miał ogoloną na łyso i tylko spleciona w warkocz broda sugerowała, że jest rudzielcem. Jasne, bystre oczy spoglądały na świat spod krzaczastych, gęstych brwi, znad lekko krzywego nosa z małym pieprzykiem. Nosił na sobie strój strażnika: lekką zbroję, nagolenniki, ciężkie buciory i rękawice; hełm i okrągła tarcza zostały na taborecie.
  Obok niego stał drugi strażnik; krasnolud był odrobinę tylko wyższy, bardziej pucołowaty i miał czarne niczym węgiel włosy na głowie, związane w kucyk. Lewy policzek szpeciła mu wygojona blizna, lekko tylko zaczerwieniona: pamiątka ostatniej bójki przy chmielowym piwie. Ciemne oczy wyglądały na zaspane z tymi jego lekko opadającymi powiekami. Nosił się podobnie, ale jego bronią był młot.
   Thoreg i Gorin z mało licznego i mniej ważnego klanu Andang. Thoreg, starszy stażem na posterunku i wiekiem, pełnił rolę dowódcy. Młodszy, ten z młotem, Gorin, bardziej był gadatliwy i skory do żartów, częściej wyprawiał się poza bezpieczne obwarowania Durakh, badając okolicę. Z niespodziewanymi gośćmi porozumiewali się głównie w gardłowej, krasnoludzkiej mowie, trochę uniwersalnymi gestami; Gorin, jako młodszy, znał kilka słów w mowie wspólnej, nie na tyle jednak, by móc swobodnie rozmawiać. Elfickiego i kerońskiego nie znali. Sytuację ratowała elfia kobieta.  
   - Pomoc przyda się zawsze. - Jej krasnoludzki był niemal idealny, gardłowy, bez charakterystycznej, elfiej miękkości i melodyjnej nuty, posługiwała się nim swobodnie, tak, jakby był jej rodzimą mową. Nie było przerw, jąkania się i szukania właściwego słowa w chwili, gdy brakowało odpowiedniego określenia. - Jeśli gdzieś był zawał, dobrze byłoby wiedzieć zawczasu niż potem się cofać, szukając innego tunelu. - Strażnicy, lepiej niż mapy, znali stan pobliskich dróg i poziom zagrożenia, przynajmniej tam, gdzie sięgał rewir ich posterunku.
   - Thmerk’mir jest stary, ale to solidna robota. Prędzej kamień skruszeje. - Krasnoludy, jako symbol trwałości, lubiły powoływać się na kamień. Wiele porzekadeł odwoływało się do niego, był nieodłączną częścią życia w Dolnym Królestwie.
   - Thmerk’mir pamięta początki Dolnego Królestwa - przyznała grzecznie, odruchowo odgarniając kasztanowy kosmyk za ucho. - My jednak musimy zagłębić się w jego boczne odnogi.
   - Kto z chodników schodzi, ten do celu nie dochodzi, jako szczurze danie kończy. - Thoreg lubił przytaczać krasnoludzkie porzekadła. Chodnikami krasnoludy nazywały główne, wybrukowane kamieniem drogi, bezpieczniejsze i stabilniejsze, podróżowanie nimi było prawdziwą przyjemnością. Co innego boczne odnogi, zakurzone, ciemne, bez świateł, ze szczurami, jadowitymi pająkami, czasem wildrenami. W wąskich korytarzach przemykały chyłkiem, tchórzliwie, gobliny, kryły się orki.
  - Thmerk’mir to i tamto, blablablabla… - Markotny Brzeszczot siedział na drewnianym taborecie, który skrzypiał przy każdym jego ruchu; miał na sobie strój podróżny, przykurzony i brudny, z pajęczynami w kapturze i błotem na butach. Czerwone kudły związał w kok na czubku głowy, by nie wyciągać z nich co chwila srebrnych nitek zostawionych w tunelach przez pająki, o które co jakiś czas zahaczał, kiedy musiał iść zgięty za magiczką. - Wymyśli sobie tę gardłową, chrzęszczącą mowę. - Zawiązując ostatnią sakwę, jedną z trzech, które ze sobą zabrali, najemnik przysłuchiwał się krasnoludom rozmawiającym z elfką. I nic z tego nie rozumiał. Kojarzył nazwy własne miejsc, ale reszta pozostawała zagadką. Znał elficki ze względu na ród, znał mowę wspólną, bo bez niej byłoby ciężko, znał też keroński, bo w połowie przecież był człowiekiem, ale gardłowe dźwięki krasnoludzkiego dialektu były poza jego zasięgiem. I zazdrościł Szept, że tak łatwo przychodzi jej używanie tego języka, zupełnie tak, jakby urodziła się z jego znajomością. Tak po prawdzie to się nie dziwił, mieszkając w Irandal musiała go znać. - Ni tego zrozumieć, ni powtórzyć. - Był zirytowany. Nie lubił czuć się jak głupiec, a tak właśnie było odkąd weszli do tuneli Dolnego Królestwa. Wszystkie rozmowy prowadziła Szept, a on tylko stał i słuchał. Jak kompletny głupiec. Nawet w znajdźkę te dwa krasnoludy go orżnęły, bo dogadywał się z nimi w najstarszy znany sposób: na gesty. - Wymawiaj z przepony… Niby, kurde, jak? - gadał do siebie, właściwie prowadził ten monolog od dobrej chwili. - Oni by się nauczyli wspólnej, to nie byłoby problemu. - Podpierając brodę na ręce, złapał za mały kamyk i rzucił nim w ścianę. Westchnął z rezygnacją; prawda była taka, że on przyszedł do nich i sam powinien się dogadać. - Chodź Dar, pójdziemy do DK, będzie fajnie, zobaczysz, raz dwa się uwiniemy, znajdziemy grzybka, a przy okazji zobaczysz tunele… - teraz spojrzał na plecy magiczki, przedrzeźniając jej wcześniejsze słowa - kłamca. 
   - Słyszałam to. - Zadziwiające, jak łatwo z języka krasnoludzkiego przeszła na miękką mowę swej rasy. Stare tunele i kamień jeszcze pamiętały czasy, gdy długowieczna rasa pojawiała się tu częściej, a chodniki wypełniał ich głos; dla strażników było to nowością, nader niespotykaną i rzadką. Cóż za szkoda.
   - Oczywiście, że słyszałaś, długoucha wredoto - odburknął usłużnie najemnik, uśmiechając się wielce miło. - Ty patrz, by cię nie okradli i nie podsłuchuj.
   - To ciebie ograli do portek - przypomniała jak na wredotę przystało, nadal nie obracając się w jego stronę, rozchmurzona. Zaledwie wtrąceniem zdołał rozproszyć melancholię, w jaką mimo woli popadła, wspominając przeszłość.
   Na te słowa Brzeszczot się zapowietrzył. Oczywiście, że go ograli, bo nie znał cholernej krasnoludzkiej mowy! Był niemal pewien, chociaż nie rozumiał, że ci dwaj sobie pomagali. - Bo mi nie pomogłaś... - I wziął się i obraził, ale oczywiście udawał tylko, ale nie miał zamiaru się do tego przyznać. Nawet bokiem się obrócił, co by magiczce pokazać plecy i swoje niezadowolenie.
   - Zapasów mamy mało, czego dzielić nie ma - zabrzmiał mocny głos Thorega. - Przy zachodnim murze bije źródło Nar’hke, czysta, dobra woda. Napełnijcie bukłaki, jeden Grungni wie, kiedy znowu trafi się wam taka. Gorin pójdzie z wami, posłuży wam za przewodnika do rozstajów Phehnar. Dalej musicie radzić sobie sami.
   - Chodźcie, pokażę wam. - Gorin zwyczajem wartownika, nie tracił czasu na gadanie. Polecenie padło, należało je wykonać. Przy tej okazji sprawdzi boczną odnogę, niewielki Alradtz, bardziej podobny do kopalni i do drążonych przez gobliny nor niż do krasnoludzkich chodników. Już dawno powinien był to zrobić, ale przy Durakh i Thmerk’mir było co robić, a ich tylko dwoje, taki zaś Alradtz był po prostu mniej ważny i spychany z konieczności, z potrzeb na dalszy plan.
   - Dar, zbieramy się. Gorin nas zaprowadzi na rozstaje Phehnar - Szept na wszelki wypadek przetłumaczyła Brzeszczotowi, troszkę go przy tym poganiając.
   Przeciągając się tak, że aż strzeliło mu w kościach, rozciągając ramiona na całą ich szerokość, Brzeszczot podniósł swoje cztery litery. Jak się zbierać to się zbierać, nareszcie ruszają dalej. Zbierając włosy z czoła, zawiązał jeszcze raz kucyka, wciągając go pod rzemyk, by zrobić niechlujnego koka. Podciągnął opadające portki, zasznurował jeszcze raz wysokie buty, poprawił sprezentowane mu karwasze, sprawdził, czy nóż oraz sztylet są w futerale i stwierdziwszy, że wszystko ma, zerknął na resztę towarzystwa. Krasnoludy były w gotowości przez całą swoją służbę, więc Gorin nie musiał się zbytnio przygotowywać do drogi. Magiczka też. A że on już dawno sprawdził i przepakował sakwy, nie musiał teraz się tym martwić; wystarczyło zarzucić je na ramię, swoją i elfki, drugą przypiąć do pasa i jedną dać Szept i mogli już iść.
   - Melduję gotowość do drogi, pani dowódco - zażartował, stojąc jak strażnik przy spotkaniu kapitana. Zrobił to na czas, bo Gorin już szedł w stronę korytarza. Nie mógł zostać w tyle, za jego wredotą i krasnoludem, który znowu zaczął paplać w swojej mocnej, twardej mowie.
   - A wam to na górze, to całe niebo na łeb nie spadnie? Jak nic tego nie trzyma, to poleci - zagadnął krasnolud, który całe swe życie spędził pod ziemią, widywał jedynie tunele, zaś rozległe, nieograniczone przestrzenie sprawiały, że przechodziły go dreszcze.
   - Niebo… - zawahała się magiczka, nie wiedząc, jak ma wytłumaczyć krasnoludowi, czym jest, krótko, zwięźle, przede wszystkim zaś zrozumiale. Za mało informacji oznaczało niedosyt, więcej pytań niż odpowiedzi, za dużo natłok nowych wiadomości i mętlik w głowie. - Niebo po prostu jest… nie potrzebuje kolumn i ścian, żeby być nad nami. - Po wyrazie twarzy, powątpiewaniu wiedziała, że nie zrozumiał.
   - Taka elfia magia?
   - Dzieło natury - skorygowała. - Jak … jak… - zająknęła się, w myśli szukając porównania. Musiało być z Dolnego Królestwa, innego nie pojmie. Na górnictwie się nie znała, o budownictwie nie miała pojęcia na tyle, by się w nie zagłębiać. Co więc zostawało…, coś prostego…, co mogła... - Jak bhazud. Świeci jaśniej niż płomień, a nie potrzebuje drewna ani rozpałki. Nie spala się, jego blask trwa - dokończyła, zadowolona z siebie. - Tak i niebo.
   - Aaaa… - Gorin pokiwał mądrze głową. Teraz zrozumiał. Nikt nie miał pojęcia, jak to działa, grunt, że działało.
   Brzeszczot wlekąc się obok nich, szturchnął magiczkę łokciem, by przetłumaczyła mu na język elfów to, co mówił krasnolud - Niebo? Ono nie spada. - Nawet Dar to wiedział. - Jak można się nim martwić, mając nad sobą kamień? - Wymowne spojrzenie w górę, na wykuty sufit; gdyby jakiś wstrząs poruszył skałę, korytarz stałby się ich grobowcem. Świadomość, jak głęboko pod ziemią są, wywoływała na karku najemnika ciarki; ciasne, ciemne tunele, drążone wieki temu, cisza i jednocześnie echo powielające najlichszy dźwięk. Nie było tu słońca, nie było wiatru. Wszędzie korytarze, ciągnące się w nieskończoność. - Cały czas mam wrażenie, że skała mi runie na łeb - mamrotał cicho do siebie, może też do magiczki, ale rozmowę z krasnoludem zostawił przyjaciółce, nie chcąc kłopotać jej dodatkowym tłumaczeniem.
   - Nie runie, nie tak łatwo. To solidna konstrukcja, tę technikę dzieci kamienia udoskonaliły do perfekcji, od tego zależało ich przetrwanie. Dar, oni żyją od lat…, nie, od wieków pod ziemią. To nie byle kopalnia ani tunel, oni naprawdę znają się na rzeczy. To całe podziemne państwo - argumentowała.
   - Nie tak łatwo? Czyli jednak może... - uczepiając się tej myśli, najemnik zerknął na magiczkę, potem na ściany korytarza, na jego kamienny sufit, zupełnie tak, jakby szukał oznak tego, że zaraz na łeb spadnie mu cała masa skał. - Ty w ogóle nie myślisz o tym, co masz nad sobą? Bo ja nie mogę się od tej myśli uwolnić. To jak... wiszący kamień nade mną. - I po chwili, kiedy zdał sobie sprawę, co właśnie powiedział, zachichotał. - Cały czas masz w głowie… wiesz, to uczucie - nie umiał tego lepiej wyrazić.
   - Dar, dorastałam w Dolinie Ciszy. Wiesz, ile tam jest wejść do Dolnego Królestwa? Tych głównych i pomniejszych? - Pokręciła głową. - Właziłam tam jeszcze jako dziecko. - Elfi podrostek, który denerwował krasnoludzkich strażników, plątając się pod nogami i włażąc tam, gdzie nie powinien. Dziwne, że z przygód pod ziemią wyszła cało i nic jej tam nie zjadło ani nie pobłądziła w ciemnych korytarzach.
   - A jak tam nie zabłądzić, jak chodników nie ma? - Gardłowy krasnoludzki zabrzmiał ponownie; Gorin dawał upust swej ciekawości, chłonąc nowinki z powierzchni. Nic nie rozumiał z wcześniejszej, toczonej w obcym języku rozmowy swych towarzyszy, a mimo to ciekawie nadstawiał ucha, chłonąc melodyjny głos elfki i mocny półelfa.
   - Też mamy drogi i ścieżki. - To była ta łatwiejsza część odpowiedzi; Szept znów przeszła na krasnoludzki, czując się cokolwiek dziwnie, zaniedbując raz jednego, innym razem drugiego, wykluczając z rozmowy raz Gorina, raz Dara. - I znaki. Podają najbliższe miasto, odległość, jaka jest do niego i kierunek, w którym powinno się udać. Tak, jak wasze runy wyżłobione w kamieniu. Zawsze można też zapytać miejscowych i napotkanych na drodze podróżnych.
   - O czym znowu gadacie? - Brzeszczot był trochę z boku, nie rozumiejąc ich rozmowy. Szedł dość szerokim korytarzem, który wyglądał jak wszystkie inne, którymi już podążał. Podkute buciory stukały nieco na wygładzonej powierzchni skały. Słuch też dokuczał, ale nie dlatego, że słyszał za dużo; dźwięki były dziwne, zniekształcone, obce. Nieprzyjemne uczucie.
   Obce dla niego, nie dla krasnoluda. Gorin zdawał się doskonale odróżniać korytarze i tunele, dźwięki mu nie dokuczały, znajome, takie, wśród których urodził się i dorastał. Czasem zatrzymywał się, coś opowiadał swoim gardłowym krasnoludzkim, rzadziej gestykulował oszczędnymi ruchami. Czasem, gdy opowiadał coś zabawnego, w jego głosie dźwięczał śmiech, innym razem poważniał, nuty smutku zdradzały melancholię; zdarzało się, że dawał się ponieść emocjom, pryskało opanowanie strażnika, przysłonięte entuzjazmem i rozgorączkowaniem. Mówił wówczas szybko, ledwie otwierając usta, słowa wypadały z nich prędkie, niedbałe, z uciętymi końcówkami; mowa nie nadążała za myślami pochłoniętego swą opowieścią krasnoluda. Wówczas gestykulował najwięcej; tu wskazał na posąg, tu na boczny korytarz, na zdobiące ściany runy, twarz ożywiała się, wymowne uzupełnienie odczuć i gorączki, jaka go ogarniała.
   Im bliżej byli celu, tym mogli dostrzec coraz więcej oznak starości i zniszczenia wywołanego upływem czasu. Chodniki zmieniały się, coraz bardziej spękane, kamienne słupy rozjaśniające korytarze pojawiały się coraz rzadziej, a ciemność wokół nich narastała i wkrótce Szept wezwała na pomoc magię, rozjaśniając tunele dawno tu niewidzianym, lśniącym pulsarem.
   - Światło przyciąga - pouczył ją Gorin. Jak na przedstawiciela rasy uznawanej za pozbawioną daru magii, nie był zdziwiony efektami czaru; wieloletnia, wielowiekowa przyjaźń z elfami nauczyła krasnoludy co nieco o kształtowaniu świata za pomocą słów i gestów. - Lgną do niego, lepiej go unikać. Gobliny, orki i popielni. Tfu!
   - Ryzyko, jakie trzeba podjąć. Bez niego zbłądzimy. - Nawet krasnoludy nie zapuszczały się w nieoświetlone słupami tunele bez pochodni. Przynajmniej tak sądziła.
   - A z nim cię znajdą i zeżrą. Wybieraj, elfko. - Gorin nie podzielał jej zdania. W podejściu dotąd prostodusznego krasnoluda pojawiła się lekko protekcjonalna nuta. Chęci miał dobre, niemniej tę elfkę drażniła nazbyt duża pewność siebie, wzbudzała w niej chęć do polemiki i zbicia rozmówcy z tropu.
   - Wildreny polegają na zapachu, są niemal ślepe - przypomniała, obstając przy swoim. - Nie wypatrzą światła, wywęszą łup. - Ubrania, pot, łój. Krew otwartych ran. Czy tego chcieli, nie byli niewidzialni dla polegających na węchu drapieżców.
   Brzeszczot zrozumiał kilka słów. Jeszcze na powierzchni, tam na górze, magiczka opisując mu korytarze DK, wspomniała także o zagrożeniach, wymawiając drapieżne gatunki w języku krasnoludów, bu słysząc krzyk kamiennego brata, najemnik wiedział, że należy albo szykować się do walki, albo uciekać gdzie kamienie rosną. Teraz rozpoznał gobliny, orki, popielnych i wildreny; o ile dwa pierwsze gatunki znał, o tyle pozostałe były dla niego czymś, o czym czasami się słyszy, kiedy siedzi się w karczmie nad kuflem piwa.
  - Najgorsze są pająki. Nie te wielkie, olbrzymie, te mniejsze, są bardziej jadowite. Nie potrzebują rozmiarów i silnych odnóż, szczęk. Ich jad robi robotę. - Kto raz widział pająki Dolnego Królestwa, doskonale zdawał sobie sprawę, o czym mówi Gorin. Nie straszyły włochatym tułowiem i długimi odnóżami jak te z powierzchni; owszem, bywały i takie maleńkie, większość jednak rozmiarem przypominała młode koźlę, a bywały i większe. One nie polowały na drobne, maleńkie robactwo, chwytając je w swe lepkie sieci. One polowały na gobliny, orki i krasnoludy.
   Pająki. Ten gatunek też znał i prawdę powiedziawszy nienawidził ich najbardziej. Małe, włochate kulki, z tuzinami odnóży, chodzące w taki sposób, że aż ciarki mu na karku wyskakiwały. Poruszały się tak, że mieszaniec miał ochotę pisnąć jak mała dziewczynka i wskoczyć na krzesło, byle wyżej od tego dziadostwa. Gdyby wiedział wcześniej, nawet by tu nie wlazł. Gdyby Thoreg nie uraczył go opowieściami o pająkach, które jakże usłużnie przetłumaczyła mu magiczka, spałby znacznie lepiej. Teraz obsesyjnie sprawdzał, czy po nocy nic mu nie wlazło do kieszeni, butów, czy ust, bo pewna wredota stwierdziła, że pająki tak lubią, bo ciepło, ciemno i wilgotno. Jednym słowem: witamy w uroczym DK!

~*~
   Rozstaje Phehnar poświęcono bogom kowalstwa, bliźniaczym bóstwom. Tu Thmerk’mir rozdzielał się, jedną odnogą zmierzając w stronę Morii, drugą w stronę Grah’knar, trzecią, mniejszą, biegł w stronę Pogórza, czwartą w stronę, gdzie na powierzchni rósł Las Larven. To od tej ostatniej drogi odchodził Alradtz, który sprawdzić miał Gorin, tą ostatnią drogą mieli pójść Dar i Szept.
  Ścieżka miała ich wieść zapomnianym przez czas, rzadko uczęszczanym korytarzem; z popękanym sklepieniem wspierającym się na deskach, wodą kapiącą z góry i zbierającą się w zagłębieniach podłogi. Mieli iść cały czas prosto, zostawiając za sobą krasnoluda, głównym szlakiem, nie zwracając uwagi na boczne odnogi, które służyły kiedyś dzieciom kamienia do odpoczynku podczas pracy. Mieli do przejścia średniej długości tunel, kończący się nad podziemnym jeziorkiem i tam skręcić w boczny korytarz oznaczony znakiem. Mieli zapasy, świeżą wodę i światło; broń przy pasie, pięści i magię. Byli przygotowani. A przynajmniej tak myśleli.
   Pewne powiedzenie mówi, że dziwka Fortuna nigdy nie śpi, a jej towarzysz Pech zawsze ma dla ciebie czas. Powiedzenia mają w sobie ziarnko prawdy.
  Rozstaje Phehnar spływały krwią. Po nierównym chodniku potoczyła się głowa Gorina; otwarte, martwe oczy pełne zdziwienia patrzyły w mrok, nie widząc już tego świata, oddając się w czułe ręce bogini zaświatów. Tułów jeszcze przez chwilę dygotał, a plama ciemnej posoki zbierała się w zagłębieniach ścieżki.
  Krzyk magiczki rozerwał ciszę. Obok, z łoskotem upadło drugie ciało; najemnik zdążył tylko sapnąć, a potem wszystko umilkło. Magiczne światło zaczynało gasnąć.
  Zabrudzony krwią kamienny posążek bliźniaczych bóstw, patronów Phehnar, spoglądał na złożoną u jego stóp ofiarę.
  Magiczne światło zamigotało i zgasło.
  W zapadającej ciemności rozległo się mlaskanie.

_________________________________
O krasnoludach i DK wciąż mało na blogu, w zakładkach, wizja opisana w notce jest więc typowo własna. 
Mamy nadzieję, że z niczym się nie kłóci i ładnie wpasuje. 
Słowo i poezja!

6 komentarzy:

Iskra pisze...

Hmm... Wiecie co? Ja to bym chciała, żebyście jednak wyszły z mojej głowy i zostawiły ją w spokoju. Bo o ile ja i moje pseudo-pisarstwo nie umiemy przenieść na papier swojej wizji, to to... Aż nie wiem od czego zacząć. Może od tego, że wizja jakby wyciągnięta mi z mózgu (co pewnie było do przewidzenia czytając wcześniejsze zdania), do tego końcówka tak nieoczekiwana, że aż zakryłam sobie usta dłonią, taki to był szok i... I szkoda no. Zdążyłam polubić te krasnoludy, a tu taka niemiła niespodzianka... Prawie jak w Grze o Tron xD
Poza tym to już kolejna notka, którą przeczytałam i UWAGA > nie udaję, że mnie nie ma< i komentuję! No normalnie sukces!
I tradycyjnie czekam na ciąg dalszy, winszuję stylu w jakim to to napisane jest i zazdroszczę, bo ja tak pisać nie umim.
<3

Szept pisze...

Czyli rozumiem, że wizja pasuje :D I bardzo mnie to cieszy, bo zakochałam się w takim DK i ciężko byłoby mi się z nim rozstać. Szacunek za komentowanie, że ci się chciało (co zrobić, poniosło nas podczas pisania i wyszło dłuższe niż początkowo miało). A skoro o tym mowa... opisujemy krasnoludy jako rasę i DK jako państwo? Zakładki czekają :D

I specjalnie dla ciebie, na złość Wilkowi, <3 ("pośladki")

Nawiasem... GoT było dla mnie zaskakujące tylko na początku. Potem... zaraz mnie ktoś zlinczuje, jak to powiem... ale zrobiło się... nudne. Chyba się uderzyłam w głowę albo aż tak odstaję od grona zachwyconych Martinem i serialem osób.

Nefryt pisze...

W końcu przeczytałam - ja wiem, zamulam, ale jednak czytam ;) Klimat tej notki jest świetny. Zarówno opisy jak i te "pierdółki" w rodzaju problemów z językiem, pytania, czy niebo nie spadnie i innych takich, sprawiły, że po prostu czułam te ponure korytarze, ten kamień wokół, czułam, że to "inny świat" niż powierzchnia.
I... nie spodziewałam się takiego końca. Jakiegoś starcia, ataku (jawnego) tak, ale nie czegoś takiego. Szkoda krasnoludów. Ciekawe, jak teraz poradzą sobie Szept i Dar.

Szept pisze...

Jakie zamulasz? Na ciebie jeśli chodzi o wypowiedzi i komentarz, zawsze można liczyć. Prawdę mówiąc, jak w pierwszej chwili rzuciłam hasło, że chcę DK, bałyśmy się, co z tego wyjdzie, bo żadna z nas w krasnoludach nie siedzi. A tu się Szept zachciało odmiany.
Wiesz... pierwotnie miało być kilka porad, żegnamy się, każde idzie w swoją stronę. Ja nawet tego Gorina lubiłam bardziej niż Thorega, stąd dostał imię, które mi się przyjemniej kojarzyło.
A na koniec coś nam odbiło i wyszło jak wyszło. :D

Olżunia pisze...

Przeczytawszy dość dawno, ale zamuliwszy. Nadganiam.
No i teraz oprócz elfów będę wielbić krasnoludy. Bo są... tak, krasnoludzkie. To była fajnie edukacyjna notka, sporo można się z niej dowiedzieć, no i podłapać klimat. Lubię dialogi i lubię nazwy, które brzmią jak mieszanka wybuchowa niemieckiego i węgierskiego.
Elfi podrostek, który denerwował krasnoludzkich strażników, plątając się pod nogami i włażąc tam, gdzie nie powinien. Dziwne, że z przygód pod ziemią wyszła cało i nic jej tam nie zjadło ani nie pobłądziła w ciemnych korytarzach. Mała wredota! <3
Nawet po tym, jak sobie zaspoilowałam komentarzami (wtf, czemu czytam komentarze zanim skończę notkę...), końcówka i tak była sporym zaskoczeniem. I ten myk z krwią na posągu krasnoludzkich bóstw. Kocham.
Spodobane, czekam z niecierpliwością na część drugą. :D Tylko komentarz krótki, za długo odkładałam jego napisanie. Meh.

Szept pisze...

Aedówko, a uwierzysz, jak ci powiem... że to nawet koło tego nie stało? Nazwy? Znaczy, początkowo faktycznie chodził mi po głowie niemiecki, ale potem... odkryłam mix arabsko-khmersko-ormiański. Bingo, strzał w dziesiątkę i ... Jak zwykle nie lubię wymyślania obcych słów, tak te pokochałam.
I tak, krasnoludy też wielbię. Zwłaszcza po DK. A ile było obaw, bo to nowe, nieznane i dziewicze tereny. Notka potraktowana w sumie głównie jako edukacyjna.
Końcówkę popełniła, w pięknym stylu, Darrusowa. Pomnik stawiam. Bo i rozegranie i krew na pomniku boskie.
A mała wredota... nawet jako mała musiała ludzi wkurzać obok.

Prawa autorskie

© Zastrzegamy sobie prawa autorskie do umieszczanych na blogu tekstów, wymyślonego na jego potrzeby świata oraz postaci.
Nie rościmy sobie natomiast praw autorskich do tych artów, które nie są naszego autorstwa.

Szukaj




˅ ^
+ postacie
Rinne Lasair