Przewodnik

Linki-obrazki

Misje
I. Więzi przyjaźni
Spotykasz po latach kogoś, kto dawniej był ci bliski. Wplątuje cię on w jakąś historię, która nie dość, że z czasem się komplikuje, to w dodatku budzi w tobie wątpliwości co do intencji przyjaciela.

II. Linia frontu
Kerończy natarli na Prowincję Demarską. Oblegany jest sam Demar. Jedni ludzie stają do walki, inni uciekają ze spalonej ziemi. Napastnicy, obrońcy i cywile. Po której stronie staniesz?

Opcjonalnie: Udział w buncie niewolników w Wirginii bądź inne miejsca walk.

III. Rekonwalescencja
W nie najlepszej kondycji trafiasz do wioski lub klasztoru. Wydaje ci się, że trafiłeś w dobre ręce i że wkrótce będziesz mógł opuścić to miejsce. Okazuje się jednak, że z pozoru życzliwi i uprzejmi ludzie skrywają przed tobą jakąś tajemnicę.

IV. Zabij bestię
Coś napada, nęka mieszkańców. Zawierasz umowę z wójtem - dostarczysz głowę bestii za określoną cenę. Okazuje się jednak, że stworzenie nie działa bez powodu - jest w jakiś sposób prowokowane przez mieszkańców.

Opcjonalnie: Bestia jest wrażliwa na hałas z karczmy albo ludzie naruszyli w jakiś sposób jej rewir (weszli na jej teren, zajęli leże ze względu na drogie surowce itp.)

V. Nielegalne walki
Dochodzą cię słuchy o nielegalnych walkach prowadzonych w okolicy. Położysz im kres czy może postanowisz wziąć w nich udział dla własnego zysku? Pieniądze nie leżą na ulicy.

VI. Zlecone zabójstwo
Dochodzi do zamachu, w wyniku którego ginie ktoś ważny. Podejmujesz się odnalezienia zabójcy – albo jego zleceniodawcy. Od ciebie zależy, czy dojdzie do aresztowania winnych, czy pomożesz im uniknąć kary.

VII. Egzekucja
W mieście lub wiosce szykuje się egzekucja. Znasz sprawcę albo sam doprowadziłeś do jego schwytania. Realizacja wyroku coraz bliżej.

Opcjonalnie: Z czasem nabierasz wątpliwości, czy skazaniec faktycznie jest winny i chcesz go uwolnić lub dochodzą cię pogłoski, że ktoś może chcieć uwolnić kryminalistę.

zamknij
Dodaj do WTP Spis kodów
Spis opowiadań
Kiedyś przyjdzie mi za to wszystko zapłacić... Weselicho, czyli tańcz, jedz i chędoż za darmochę! Oszukać czas. Oszukać przeznaczenie. Oszukać... siebie. Baśń o wolności: Preludium Świątynia Ażubora (1) Wszystkiego krówkowego! (okolicznościowa, krótkie opowiadanie "Motyw przewodni - Prezent". Ta dam, pamiętaliśmy! I - Wezwanie pomocy: alchemio, przybywaj! Gdy demon odzyskuje człowieczeństwo, przypomina sobie jak być człowiekiem. Nikt nie zna prawdziwego bólu do czasu aż nie straci kogoś bliskiego sercu. Niedopowiedziane historie Wendigo i Driada Szczurzy dzień (autor: Szept, Silva) Domek, zupa, sukkub i historia (autor: Elias) Sen i niespodzianki (autor: Elias) Boląca strata i niepokojący gość! (autor: Elias) Cienie i nowy przyjaciel (autor: Elias) Kruki (autor: Elias) Cienie i Starsze Dusze (autor: Elias) Zawsze jest kolejna tajemnica (autor: Silva) Zło Kor'hu Dull (autor: Elias) Złodziej Twarzy i Koszmar (autor: Elias) Królewiec (autor: Elias) Przed świtem (autor: Nefryt) Król Żebraków i nowe drzwi (autor: Elias) Akceptacja (autor: Elias) Nostalgia (autor: Nefryt) Nowa droga i niespodziewane wyznanie? (autor: Elias) Biały i zielony daje czerwony! (autor: Elias) Nowe wyzwania w nowym życiu (autor: Elias) Krąg tajemnic (autor: Elias) Jack (autor: Elias) Czasami to mrok daje najwięcej światła (autor: Elias) Trzy sceny o szpiegowaniu (autor: Nefryt) Morze bólu. Promyk nadziei ... (autor: Elias) Nie ma sensu szukać guza. Chyba, że jest się najemnikiem (autor: Silva) Sól (autor: Aed) Dyjanna Muirne: Miecz może być dowodem wszystkiego (autor: Zorana) Opus Magnum I (autor: Iskra) Uszatek i Kwiatek na tropie przygody: Przypadłość parszywej gospody (autor: Paeonia i Szept) Gdy gasną świece (autor: Zombbiszon) ... Najjaśniej płoną gwiazdy nadziei. (autor: Zombbiszon) Elias cz. 1 (autor: Zombbiszon) Elias cz. 2 (autor: Zombbiszon) Historia (autor: Zombbiszon)
zamknij

Chat

  - Ten zielarz śmierdział ziołami. Taki gorzki zapach, co to drażnił nos.
  Dwójka wędrowców szła leśną ścieżynką, wydeptaną przez zwierzęta; oboje mieli na sobie grube, obszyte futrem płaszcze zapięte na guziki i kaptury odrzucone na plecy. Ich szyje przed zimnem i wiatrem chroniły chusty, a mimo to mieli zaczerwienione policzki i nosy jak pijacy. Dzisiejszy dzień był zimny, zupełnie tak, jakby wysoko w górach spadł śnieg i tylko czekał by zasypać równiny, obwieszczając nadejście zimy.
  Wyższy z wędrowców niósł przerzuconą przez ramię sakwę, niższy tylko mały tobołek przytroczony do boku. Nie mieli broni, a przynajmniej nie nosili żadnej na widoku; nikt jednak nie zapuszcza się w las bez ostrza. Nie mieli też koni, szli piechotą, nie zawsze utwardzonymi drogami; ich płaszcze już dawno przestały być czyste. Kroki stawiali rozważnie, nie hałasowali, nie łamali gałązek, nie zostawiali za sobą niczego, co nie należało do lasu, wszak byli tu tylko gośćmi.
  - Jak można mieszkać w chacie śmierdzącej zielskiem? Nie mógłbym być zielarzem. - Mężczyzna szedł z tyłu i nawet jeśli chciał zrównać się z towarzyszem, nie mógł, bo ścieżynka mu na to nie pozwalała. Wąska, wiła się i kręciła pomiędzy drzewami, powalonymi pniami i nad rozpadlinami.
  - Zerwałbyś muchomora, pokroił i spróbował zrobić z niego napar, prawda? - Niższy wędrowiec odwrócił się, spoglądając na mężczyznę; uśmiechał się, chociaż nie powiedział nic śmiesznego.
  - To mogłoby się udać. Myślisz, że ktoś kiedyś to sprawdził?
  Las Medreth wydawał się być uśpiony. Słońce już dawno wzeszło, ale poprzez gęste korony drzew niewiele dziennego światła docierało do podstaw pni. Co jakiś czas odzywały się ptaki, gdzieś trzasnęła gałązka, kiedy jakieś zwierze przestraszone ich obecnością, uciekło. Zdawać by się mogło, że są tu sami, ale ten las żył własnym życiem, we własnym tempie i po swojemu wracał do utraconej harmonii. Walka odcisnęła na nim swe piętno, zostawiła blizny i rany, które wymagały czasu i spokojnej pielęgnacji.
  - Nawet jeśli, potem musiał wyzionąć ducha.
  Nie weszli pomiędzy drzewa aż tak głęboko, by elfy poczuły się zagrożone, ale nie zdziwiliby się, gdyby już ich obserwowały. Chcieli dojść tylko do strumienia przecinającego las, jak dla nich, będącego granicą królestwa elfów. Oboje uważali, że gdyby go przekroczyli, ich misja potoczyłaby się w zdecydowanie złym kierunku; za wszelką cenę woleli uniknąć spotkania z długouchymi.
  - Ale... Krasnoludy mają muchomorową gorzałkę, więc te grzyby nie mogą być trujące. Aż tak.
  - My stosujemy je do odurzania, w niewielkich ilościach, ale nikt nie śmiałby zjeść ich więcej. - Podobno kiedyś, dawno temu, ktoś z ich ludzi próbował, jednak nie skończyło się to dobrze, tak naprawdę nie skończyło się w ogóle; rodzina musiała wykopać kolejny grób na cmentarzysku. Niemniej jednak, byli tacy, którzy stosowali sproszkowane muchomory, wywary i wyciągi, a wcale nie trzeba było ich potem grzebać. - Podobno znachorki zalewają muchomory gorzałką i zalecają nacieranie bolących mięśni.
  - Ale krasnoludy robią z tego gorzałkę - padło uparte, stanowcze stwierdzenie.
  - Zrób gulasz i dorzuć czerwony kapelusik, a pozbędziesz się durnego męża. - Można powiedzieć, że jedno mówiło o trujących właściwościach czerwonego grzyba, a drugie upierało się przy tym, że można z niego zrobić gorzałkę, która cię nie zabije, nie sponiewiera i nie wyśle na tamten świat, by pić słodki miód z bogami.
  - Gorzałkę robią! - Każdy paplał sobie, żadne nie zwracało uwagi na to, co mówi drugie; tylko las dookoła słuchał wszystkiego.
  - No przecież słyszę - westchnięcie zmieszało się z targanym materiałem; rąbek płaszcza zaczepił się o kolce jeżynowego krzaczka i nie chciał się z nimi rozstać po dobroci, a że ktoś tu nie miał cierpliwości, pociągnął za mocno i kilka nitek się przerwało. - Robią, robią. Piłeś kiedyś?
  - Rozmawiałem z kimś, kto próbował. - Jego głos wcale nie był tak pewny, jak jeszcze chwilę temu. Z kimś rozmawiał, nie wiadomo czy na trzeźwo, czy po kufelku wina. Ktoś mu mówił, ale ile w tym prawdy było, tego nikt nie wiedział. - Smakowała jak borowikowa. - Czyli w myśl zasady, że wąż pieczony nad ogniem przypomina w smaku kurczaka, tak samo jak szczur polny, upolowany przez wygłodniałego wędrowca.
  - Teraz korci ciebie, prawda?
  - Nie żebym był ciekaw, ale mógłbym kufelek wypić. - Oczywiście, że go korciło, oczywiście, że chciałby spróbować, przecież inaczej nie byłby sobą. Musiał włożyć łapy w ogień, żeby się przekonać, że się poparzy, tak samo jak chciał teraz choćby łyka muchomorkowej gorzałki zrobić, by pokazać, że inni mają rację i ona wcale trucizną nie jest.
  - Tylko, że ja nie mam zamiaru płacić potem grabarzowi, by wykopał ci dół.
  - Oj no, spróbowałbym tylko raz.
  - Bo drugiego już może nie być! - Pod butem trzasnął patyczek; złość zakłóciła równy krok, a podeszwa natrafiła na ułamaną, uschłą gałąź, oderwaną od drzewa, pochylonego nienaturalnie na bok; jego kora była poprzecinana zadrapaniami, jakby jakieś zwierzę wbiło w nią pazury. Duże zwierzę i duże pazury, sądząc po śladach.
  - Krasnoludom nie szkodzi.
  - Od kiedy zmieniłeś rasę? Może mają tak twarde brzuchy, jak mówią. Pomyślałeś o tym?
  - Znaczy, że ona nie dla wszystkich? - Teraz to mężczyzna się zmartwił - Po co robić coś, co mogą pić tylko krasnoludy? Rozumiem nalewkę z orzechów, młodych kwiatów lipy, czy nawet z robalem w środku. Ale z muchomora, której nikt inny się nie napije? To takie… niekrasnoludzkie.
  - Bo ty wiesz, co jest krasnoludzkie, jak tylko z dwoma miałeś okazję porozmawiać.
  - No i właśnie to mi wystarczyło.
  - To tak, jakbyś po dwóch opatrzeniach skaleczenia powiedział, że jesteś zielarzem.
  - Mógłbym być… gdybym tylko chciał. - Wiedział to i czuł głęboko w środku, w sobie, że dałby radę; musiał tylko wyciągnąć ten potencjał z siebie na zewnątrz. - Nie sztuka nauczyć się jak mieszać roślinki w papkę i na co je nakładać. Jak jedno nie pomoże, to spróbuję z drugim. - Naprawdę wydawało mu się, że to wszystko jest takie proste - Nastawić nogę? Phi, wykręcam i w deskę. Wszystkiego idzie się nauczyć.
  - Wyuczony zielarz i uzdrowiciel ma wiedzę z ksiąg. A co, gdybyś spotkał chorobę, której ci nie opisano na kartach?
  - Wykopałbym dół - burknął niezadowolony, rozumiejąc tę logikę. - No dobra, nie wiem, co bym zrobił. - Po czym wielce obrażony i urażony i zraniony do żywego, do tego potencjału ukrytego głęboko w środku, mruknął: - Daj mi spokój, w ogóle mnie nie rozumiesz - a żeby jeszcze dopiec swojemu towarzyszowi, dodał cichutko: - Mały kurdupel.
  - Słyszałam to, zapchlony kundlu.
  I tak to szamanka Silva i wilkołak Dravaren szli sobie przez las Medreth.

~*~
  Siedzieli na powalonym pniu sosny; jej gałęzie zaczynały dopiero obsychać i tracić igły, nie mogła więc upaść dawno. Środek drzewa był pusty, spróchniały i pewnie nie wytrzymał ostatnich wiatrów. Obok leniwie, wolniutko płynął strumyk w wąskim, płytkim korycie; woda gdzieniegdzie stała, tworząc małe rozlewiska, zatamowana zebranymi na kamieniach liśćmi, ale wciąż płynęła, szukając ujścia do rzeki.
  Szamanka podgryzała mały chlebek podróżny z przepisu Babci Gąski, na przemian z suszonym kawałkiem mięsa. Wilkołak siedział obok, już najedzony, z przymkniętymi powiekami i głową opartą o ramię jego kurdupla. W ręce wciąż trzymał bukłak z wodą.
  - Powinniśmy ruszać - słowa były miękkie, leniwe; wcale nie chciało jej się wstawać i iść szukać tego ziela. - Za kilka godzin będzie ciemno - przy korzeniach drzew, pod koronami, gdzie słońce nie docierało, mrok zapadał zdecydowanie zbyt szybko.
  - Rozpalmy ogień, poszukamy go jutro. - Zioło Sokolego Szponu, którego szukali w lesie Medreth dla miejscowego zielarza, nie chciało dać się odnaleźć. Drugi dzień spędzali na poszukiwaniach i wciąż nic nie mieli. Proste odnalezienie zielska, jak to mówił wilkołak, okazało się dużo bardziej kłopotliwe. Szukali już w miejscach, które sprzyjały tej roślinie i tam, gdzie im poradzono, by sprawdzili. W jednym miejscu zostały same korzenie, wyraźnie odcięte od reszty nożykiem, kolejna była przegniła, a kiedy już myśleli, że znaleźli zdrowy, świeży okaz, okazało się, że to zwykły chwast był. Nie mieli szczęścia, a natura im nie ułatwiała.
  - Jeśli  Kanen'tókon nam nie pomoże, wrócimy do zielarza - wyciągając z ręki Drava bukłak, upiła łyk wody. - Duchy tutaj… przyprawiają mnie o dreszcze. W niczym nie przypominają tych, które spotkałam. Niepokoją mnie, bo nie potrafię ich zrozumieć. Duszki natury stały się tu czymś odmiennym, jakby coś je zmieniło. Nie podlegają żadnym prawom, którym powinny. Kiedy ku nim sięgam, czuję pustkę.
  Wisielec uniósł najpierw jedną powiekę, potem drugą i z dołu spojrzał na swoją szamankę. Ona czuła dreszcze przed duszkami tego lasu? One ją niepokoiły? Duszki, nad którymi szaman miał władzę? Teraz sam poczuł ucisk w sercu.
  - Duchy powinny być po drugiej stronie, w miejscu, które do nich należy, a nie trwać w świecie żywych - Silva mówiła dalej, wyrażając to, co leżało jej na sercu. - To nie jest ich dom, a kręcą się pomiędzy drzewami. Co je tu trzyma? Jaka siła? Kto nie pozwala im odejść?
  - Próbowałaś je odesłać?
  - Są rasy i osoby, które czczą je jak bogów - niewygodny był to temat, kwestie wierzeń zawsze niosły ze sobą ziarno kłopotów. - Dla mnie to tylko duchy. Mądrzejsze i pomniejsze, ale duchy, które powinny stąd odejść. Nie lubię tego lasu. Jest sprzecznością.
  Jakby na potwierdzenie jej słów, po drugiej stronie strumyka, zza drzew wyłoniła się dorodna łania z młodym; cielak trzymał się nieco z tyłu, blisko samicy, nie wyrywając do przodu. Oboje stali i patrzyli, obserwowali ludzi za szemrzącą wodą. Nic w nich nie było naturalne; zachowywały się jak udomowione, a powinny uciekać przed człowiekiem, który na nie polował. Stały tak chwilę, po czym łania ruszyła i przekroczyła strumyk zaledwie kilka kroków przed nimi, a za nią podążyło jej młode. Bez strachu.
  - Ruszamy - wstała nagle, zabierając oparcie dla głowy wilkołaka; Drav się zakołysał, ale zdawało się, że nie dostrzegł nad strumieniem nic niepokojącego. - Chodź, poszukajmy tego ziela.
  - Pójdziemy w górę strumienia? - otrzepał spodnie, przeciągnął się i przerzucił sakwę przez ramię; był gotowy do drogi.
  - Możemy, chociaż i tak pewnie znajdziemy kluskę - obejrzała się za siebie, spoglądając w miejsce, gdzie zniknęła łania; nic, pusto. Nawet nie trzasnęła gałązka.
  - Co znajdziemy?
  - Kluskę? - wyglądała zabawnie, kiedy się dziwiła czymś, czego była pewna. - Kerończycy tak mówią, jak nic nie znajdują.
  Chichot wyrwał się z jego gardła - Figę, taki owoc z Q. Mówi się, że znajdę figę z makiem.
  - Co ma ta figa do maku?
  - Hej, ja nie stąd, ja z Wirginii. Ty weź lepiej szukaj tego zielska - przeskakując przez zagłębienie, w którym rosły dwa dorodne, żółte grzyby, wilkołak przydeptał coś, co wyglądało jak purchawka i wypuściło z siebie dymek jak ona. - Nie można tego kupić na straganie?
  - Wioskowy zielarz zawsze mi powtarzał, że zioła lepiej mieć świeże i samemu je suszyć. Kupowanie sproszkowanych jest ryzykowne, a leczący nimi nie zawsze mają czas, by ich szukać. Widzisz ile nam to zajmuje.
  - Ale jak go nie znajdziemy, to nie dostaniemy monet, a są nam potrzebne.
  - Wiem. Zobacz tam, pod krzaczkiem. - Blisko strumienia, niemal na jego brzegu, pod dziką różą, rosło coś, co mogło być ich zielem. Wilkołak podszedł, przykucnął i sprawdził, by po chwili pokręcić głową. Pudło.
  - Gdzie ten lis? Miał nam pomóc.
  - Kanen'tókon cały czas szuka. - Dziewięcioogoniasty lisi opiekun szamanki mógł odnaleźć ziele i wskazać im miejsce, w którym rosło. Silva musiała mu jednak przekazać obraz tego, co miał odnaleźć. Jako duch mógł przekraczać granice, które krępowały żywych, przenikać to, co byłoby przeszkodą dla nich i zaglądać tam, gdzie oko ludzkie by nie sięgnęło. Miał jednak swoje ograniczenia; nie był szybszy, nie miał lepszego wzroku, wszak był tylko duchem, nawet jeśli posiadał dziewięć ogonów.
  - To tak ważne ziele, że aż trzeba płacić za szukanie go?
  - Jeśli masz monety, a brakuje ci czasu… - szamanka wzruszyła ramionami; cóż mogła powiedzieć. Ważność czegoś była indywidualną sprawą każdej osoby. Dla jednego to było cenne, dla drugiego tamto. - Wiedzieliśmy, że możemy…
  Dźwięk dzwonków sanku, przywiązanych do szamańskiej laski, oznajmił pojawienie się ducha. Przed nimi, na wyciągnięcie ręki, siedział biały lis, odrobinę tylko większy od jego żywych braci. Nie miał jednej kity, miał ich aż dziewięć. U dołu, przy łapach był niewyraźny, rozmyty; nie należał do tego świta i tylko dzięki szamance, mógł się w nim materializować i wpływać na niego. Oto powrócił duch opiekun. Cichy i niemy dla głuchych na jego głos.
  - Nie wyszła nam ta misja - Kanen'tókon lubił pojawiać się w świecie, do którego kiedyś należał. Chciał, jak wszystkie duchy, choć przez chwilę poczuć, że znowu żyje. Ukoić tęsknotę za tym, co utracił. To dlatego złośliwe duchy, przepełnione negatywnymi emocjami, czujące żal i nienawiść, opętywały żywych. Aby znów żyć, nawet w cudzym ciele. - Sokolego Szponu tu nie ma.
  - Jesteś pewna, że tego zielska nie znajdziemy?
  - Jest głębiej, na terenach elfów.
  - Nie chcemy przekraczać strumienia, prawda?
  - Wolałabym tego uniknąć. Mam dość tego lasu. - Źle się w nim czuła, a atmosfera sprawiała, że cały czas miała wrażenie osaczenia. Duchy Medrethu nie były normalne i nie chciała z nimi przebywać. Nie znaleźli zioła, to się zdarzało i będą musieli się z tym pogodzić. - Heiana nas uprzedzała, że możemy nic nie znaleźć po tej stronie.
  - Ale powiedziała też, żeby poszukać, bo sama je tutaj znalazła latem. Wracamy do tego starucha z pustymi rękami?
  - Wracamy.

~*~
  Jaxis Baldvin, siwy i lekko łysiejący na czubku głowy, w swoim szaro-brunatnym odzieniu i podniszczonym brązowym płaszczu z kapturem, przypominał niskiego rangą maga, zmęczonego życiem i pracą*. Nic się nie zmienił od chwili, gdy opuścili jego chatę kilka tygodni temu. Palce umazane miał białym pyłem; musieli oderwać go od pracy. Wyglądał na zdziwionego ich powrotem, jakby zupełnie zapomniał, że mieli mu dostarczyć zioło. Po chwili zdziwienie zastąpiła niepewność i zakłopotanie, jakby nie wiedział, co ma teraz począć.
  - Wróciliście.
  Na progu, za zamkniętymi przed chwilą drzwiami, stała wymęczona dwójka wędrowców; ślad przebytej drogi odcisnął się na ich szarych, zmęczonych twarzach, przygaszonych oczach i opuszczonych ramionach. Ciepło wewnątrz chatki powoli zaczęło przywracać na ich policzka rumieńce, a w ciała wlewać błogie gorąco. Buciory i płaszcze mieli ubłocone.
  - Cały tydzień tego cholernego zielska szukaliśmy! - Wilkołak stojący za szamanką, wyższy od niej o dwie głowy, nie ukrywał swojego niezadowolenia. - Guzik znaleźliśmy. Nie ma chwastu. Ktoś go zabrał - złapał się tego, co znaleźli w lesie.
  Jaxis rozsądnie milczał. Wolał nie mówić tej dwójce, że zioło zostało mu już dostarczone przez Tiamuuri, że właśnie jego część wykorzystuje, a na palcach ma jego pokrojone korzonki i liście. Niezręczna sytuacja. Mógł nie zlecać dwa razy tej samej misji, ale bał się, że pierwsi nie znajdą Sokolego Szponu.
  - Co to za robota? Ktoś przed nami je wyrwał? - Drav zaczął się pieklić, jak to on. Był głodny, było mu zimno i zmókł przez ten rzęsisty deszcz; w buciorach miał wodę, palców nie czuł, a o odgniotach nawet nie chciał myśleć. Jak wilkołak był przemoczony, robił się zły i śmierdział niczym mokry pies. - Po coś nas tam wysłał, dziadku?
  Drav skrzywił się, kiedy but szamanki naparł na jego stopę. Wredny, mały kurdupel jeszcze go uspokaja. Zerknął na czubek jej głowy i bezczelnie, za plecami, tak że Jaxis tego nie widział, pociągnął ją za warkocz. Niech ma, mała wredota.
  - Prawdą jest, że nie znaleźliśmy Sokolego Szponu i nie możemy żądać zapłaty za nie. - Silva miała spokojną twarz, a przecież poczuła szarpnięcie za włosy. Nie omieszkała jednak wbić okutego końca dębowej laski w wilkołaczy but. - Nie potrzebujesz może rozkownika? Znaleźliśmy go na bagnach.
  Dravaren wyłączył się z rozmowy; chuchał teraz złośliwie w szamankowe ucho, żeby nie miała spokoju.
  - Znaleźliście Ziele Które Wszystko Rozkuwa? - Jaxis, pierwszy raz odkąd weszli do jego chaty, okazał zainteresowanie; jego twarz zmieniła wyraz, oczy się otworzyły i już wycierał palce w szmatkę, przykrywając nią miseczkę z ugniataną rośliną. - Nie jest tak cenne, jak Sokole Ziele, ale jeśli to prawda, mogę wam za nie zapłacić. Pokażcie mi.
  Silva ruszyła się z miejsca, akurat w chwili, gdy wilkołak miał ją dźgnąć palcem; został biedak z wyciągniętym paluchem, jakby coś pokazywał i nawet Jaxis na niego spojrzał, nic nie rozumiejąc. Drav wzruszył ramionami i oparł się o framugę.
  - Nie pomyliliście go czasem z czterolistką? - Jaxis wiedział, że oba zioła są do siebie bardzo podobne i różniły się tylko drobnymi szczegółami; kolorem, wielkością płatków, i smakiem. Za to rosły w tych samych warunkach, na terenach mokrych, ze stojącą wodą, w półcieniu. Zielarze nie lubili szukać tej rośliny, bo pochłaniało to zbyt dużo ich cennego czasu, a zazwyczaj wszystko kończyło się pomyłką i zerwaniem czterolistki.
  - Szamani także używają tego ziela. Późnym latem. Wy nim leczycie, my otwieramy to, co zamknięte. - Wyciągając z podróżnej sakwy lniany woreczek, Silva podała go mężczyźnie.
  Jaxis rozsupłał rzemyk; otworzył, wziął w palce, roztarł, powąchał i spróbował czubkiem języka. Prawdziwy rozkownik. - Moglibyście go sprzedać poszukiwaczom skarbów. - Ziele to, według tradycji niektórych ludów, ma moc zdolną odblokować lub odkryć coś, co jest zablokowane lub zamknięte. Dotyczy to dosłownie wszystkiego, co zamknięte, zakluczone, ukryte. Niezadowolone ze swych mężów żony, które chciały pozbyć się więzów ślubnych, szukały rozkownika. Poszukiwacze, by otworzyć skrzynie i zamknięte wejścia, nosili ziele w amuletach. - Daliby więcej. Ja jednak użyję go do rozkuwania choroby. - Oderwał wzrok od woreczka - Dwie złote monety. Za Sokole Ziele dałem dużo więcej, ale wam oferuję dwie złote monety. Bierzecie?
  Dravaren już otwierał usta, by zaprotestować. Nie po to łaził po lesie, a potem po bagnie. Nie po to mókł i jadł suszony chleb i spadł pod gołym niebem, by teraz dostał za to jedną złotą monetę. Przecież na tych trzęsawiskach to go prawie żmija ucięła! To się nie godziło po prostu, by…
  Szamanka odezwała się pierwsza: - Bierzemy.



________________
*Jaxis należy oczywiście do Tiamuuri, w całości, z zapożyczonym tekstem na początku ostatniego fragmentu. Mam nadzieję, że się nie gniewasz.
*Heiana oczywista oczywistość: Szeptuchy.
Misja skusiła mnie od początku, a że jestem ślamazara i się guzdram, a motyw został już wykorzystany, stwierdziła, że zrobimy to inaczej. Tiamuuri już ładnie opisała las i znalazła ziele, stwierdziłam, że moi go nie znajdą i ładnie połączę nasze notki, a co. W końcu takie rzeczy też się zdarzają :)
Słowo i poezja!
A, popatrzcie co znalazła kiedyś Aedówka -> klik

9 komentarzy:

root pisze...

No, podoba mi się. Lubię Twoje notki i tych facetów, którzy nie potrafią zachowywać się poważnie. Na razie Darrus na pierwszym miejscu, za całokształt jak do tej pory, wkrótce może konkretny ranking zrobię. Wilkołak przez ciągłe przekomarzanie się z szamanką też wysoko będzie ;)
Nie mam nic przeciwko wykorzystaniu postaci, i tak niektórzy pisali, że dla mojej historii przydałaby się kontynuacja ;)

Silva pisze...

Bo ty musisz zrobić kontynuację, ja ją chcę przeczytać, ale twoją własną 😀 Moje to tylko inne spojrzenie na tę misję, jedyne pasujące mi do duetu. Także Ty tam pisz, bo ja czekam.
Zdradze Ci sekret - ja nie umiem pisać poważnych postaci, po prostu, nigdy mi nie wychodzą. A jak jakimś cudem się uda, to jest to okupione męczarnią umysłową, zawsze kombinuję, by to ominąć 😉

Sorcha pisze...

Początkowo się dziwiłam kto tu z kim rozmawia, a potem takie wyjaśnienie na końcu fragmentu. Niezły myk. XD Świetny pomysł z lasem. Aż sama miałam ochotę uciec, gdzie pieprz rośnie. Nawet nie chcę myśleć, co Silvia tam wyczuła. Strach się bać, ale niesamowicie działa na wyobraźnie. XD
No i podoba mi się bardzo ich relacja. Taka swobodna, że każde może drugiemu najgorsze rzeczy napluć, a i tak jest spoko, kochamy się bardzo. To mój pierwszy kontakt z Wilczkiem i Szamanką i bardzo ich polubiłam, ot co!

Szept pisze...

[I co ja teraz mam powiedzieć, znowu przyjdzie mi się powtarzać. W co ty mnie wrabiasz, że już twojej notki nie mogę na zaskoczeniu przeczytać :P
Haha, od razu widać, czego mi nie podesłałaś do sprawdzenia. No wiesz, duże literki po myślniku. Tak, musiałam.
Poza tym, uwielbiam twoje podejście do duchów. I ten fragment o pragnieniu życia. Kupiona do reszty, ale to wiesz. Przekomarzanie się szamanki i wilkołaka jest wysoko w moim rankingu tego, co lubię. I opis lasu i łani.
Tak, zwłaszcza łani.
Co myślę o rozkowniku wiesz, ale fajnie, że wplatasz takie rzeczy. Ja czasem jestem za racjonalna i logiczna i zdarza mi się pomijać wierzenia i zabobony. Szacunek, że znajdujesz równowagę pomiędzy obiema.
Nawiasem, a szamanka to poważna nie jest?]

Silva pisze...

Sorcha to był celowy zabieg, głównie dla tych, co nie znają szamanki i wilkołaka, ale bardzo się cieszę, że mi wyszedł. Notka pisana na szybko, mało przemyślana, ot potrzeba ruszenia szamanki i wilkołaka; ostatnio mi zardzewieli :D Szkoda, że nie widziałaś ich początków - dość ciekawe ^^
Mogę o coś spytać? Jesteś drugą osobą, która pisze Silvia - cemu? :D

Pani Marudo, opis łani powinien powstać Twoimi paluszkami, wtedy by był wybitny i naprawdę dobry, a nie fajny jak u mnie :D Ja co najwyżej wybitnie mogę opisać architekturę, ot co.
Ja mogę powiedzieć, że Ty dużo częściej pamiętasz o rzeczach, na które ja nie zwracam uwagi, albo zapominam, bo uznaję je za oczywiste - czyli jestę geniuszę.

Szept pisze...

No to się wydało. Jestem marudą.
Ty wybitnie możesz opisać chyba wszystko, czy się na tym znasz, czy się nie znasz. I to dopiero jest szacunek. Masz rację, jesteś geniuszem.
Gdyby opis łani był mój, uśpiłabym :P
A ponieważ już się przyczepiłam do literek, teraz słodzimy dalej. Potrafisz prowadzić fabułę. Naprawdę to widzisz, czy to żywiołowa akcja, czy spokojna przechadzka po lesie. Umiejętnie łączysz opisy z dialogami, nie jest nudno czy monotonnie.

Silva pisze...

Komuś tu trzeba sprezentować nowe soczewki - albo niedowidzi, albo zdecydowanie przesadza i wyolbrzymia :D I ktoś tu nie docenia swoich opisów zwierzątek, bardzo nie docenia, bo wcale nie są nudne i nie usypiają. I przepraszam bardzo, a kto potrafi też prowadzić tak postać, że w człowieku wzbudza szacunek mimo, że jest fikcyjna? Nie mówiąc już o innych rzeczach.
Wzajemne kółko adoracji? :D

Szept pisze...

O soczewkach to ty mi nawet nie mów. Soczewek mam na razie dosyć :P
A i owszem, niedowidzę, zwłaszcza jak jest ciemno, skoro pytasz. Wydało się. Poza tym, my tu o twojej notce mówimy, nie o moim pisaniu i w związku z tym twoje, nie moje pisanie chwalimy.
Stop wzajemne kółko adoracji, wiadomo wszak, że ani ty, ani ja nie jesteśmy obiektywne w tej chwili.

Olżunia pisze...

Kółko wzajemnej adoracji! *dosiada się*
Ja ten duet uwielbiam do tego stopnia, że pan najemnik ma sporą konkurencję. Ani to przesłodzone, ani na siłę... Długo by pisać. Po prostu. Kocham.
Strasznie mi się to opowiadanie podoba. Wiem, że nie powinnam pisać, że mi się coś "strasznie podoba", ale nie mogę się powstrzymać. Jest tak bardzo... bardzo, że mnie kupiło. Ja chcę warsztaty z pisania przekomarzanek, bo nie umiem, a chcę umieć. A te są naj. I tu też jest fajny plot twist, nawet jak o zwykłego kwiatka chodzi.
Kocham kluskę, kluska niszczy. xD
Ale najbardziej kocham to, jak różni się sposób postrzegania duchów. Drastycznie różny, ale bez jakichś niespójności, po prostu inny pogląd na sprawę. Bardzo to dodaj realizmu - i jednemu opowiadaniu, i drugiemu.
Naprawdę wydawało mu się, że to wszystko jest takie proste. I ten moment, w którym narrator_ka półgłosem, ukradkiem zdradza, że Wilkołak nie mówi tego na złość szamance, tylko naprawdę tak myśli.
I jest muchomorkowa gorzałka! <3
Niniejszym zezwalam na zamknięcie kółka adoracji. Chyba że ktoś jeszcze będzie chciał dołączyć. To wtedy nie.

Prawa autorskie

© Zastrzegamy sobie prawa autorskie do umieszczanych na blogu tekstów, wymyślonego na jego potrzeby świata oraz postaci.
Nie rościmy sobie natomiast praw autorskich do tych artów, które nie są naszego autorstwa.

Szukaj




˅ ^
+ postacie
Rinne Lasair