Przewodnik

Linki-obrazki

Misje
I. Więzi przyjaźni
Spotykasz po latach kogoś, kto dawniej był ci bliski. Wplątuje cię on w jakąś historię, która nie dość, że z czasem się komplikuje, to w dodatku budzi w tobie wątpliwości co do intencji przyjaciela.

II. Linia frontu
Kerończy natarli na Prowincję Demarską. Oblegany jest sam Demar. Jedni ludzie stają do walki, inni uciekają ze spalonej ziemi. Napastnicy, obrońcy i cywile. Po której stronie staniesz?

Opcjonalnie: Udział w buncie niewolników w Wirginii bądź inne miejsca walk.

III. Rekonwalescencja
W nie najlepszej kondycji trafiasz do wioski lub klasztoru. Wydaje ci się, że trafiłeś w dobre ręce i że wkrótce będziesz mógł opuścić to miejsce. Okazuje się jednak, że z pozoru życzliwi i uprzejmi ludzie skrywają przed tobą jakąś tajemnicę.

IV. Zabij bestię
Coś napada, nęka mieszkańców. Zawierasz umowę z wójtem - dostarczysz głowę bestii za określoną cenę. Okazuje się jednak, że stworzenie nie działa bez powodu - jest w jakiś sposób prowokowane przez mieszkańców.

Opcjonalnie: Bestia jest wrażliwa na hałas z karczmy albo ludzie naruszyli w jakiś sposób jej rewir (weszli na jej teren, zajęli leże ze względu na drogie surowce itp.)

V. Nielegalne walki
Dochodzą cię słuchy o nielegalnych walkach prowadzonych w okolicy. Położysz im kres czy może postanowisz wziąć w nich udział dla własnego zysku? Pieniądze nie leżą na ulicy.

VI. Zlecone zabójstwo
Dochodzi do zamachu, w wyniku którego ginie ktoś ważny. Podejmujesz się odnalezienia zabójcy – albo jego zleceniodawcy. Od ciebie zależy, czy dojdzie do aresztowania winnych, czy pomożesz im uniknąć kary.

VII. Egzekucja
W mieście lub wiosce szykuje się egzekucja. Znasz sprawcę albo sam doprowadziłeś do jego schwytania. Realizacja wyroku coraz bliżej.

Opcjonalnie: Z czasem nabierasz wątpliwości, czy skazaniec faktycznie jest winny i chcesz go uwolnić lub dochodzą cię pogłoski, że ktoś może chcieć uwolnić kryminalistę.

zamknij
Dodaj do WTP Spis kodów
Spis opowiadań
Kiedyś przyjdzie mi za to wszystko zapłacić... Weselicho, czyli tańcz, jedz i chędoż za darmochę! Oszukać czas. Oszukać przeznaczenie. Oszukać... siebie. Baśń o wolności: Preludium Świątynia Ażubora (1) Wszystkiego krówkowego! (okolicznościowa, krótkie opowiadanie "Motyw przewodni - Prezent". Ta dam, pamiętaliśmy! I - Wezwanie pomocy: alchemio, przybywaj! Gdy demon odzyskuje człowieczeństwo, przypomina sobie jak być człowiekiem. Nikt nie zna prawdziwego bólu do czasu aż nie straci kogoś bliskiego sercu. Niedopowiedziane historie Wendigo i Driada Szczurzy dzień (autor: Szept, Silva) Domek, zupa, sukkub i historia (autor: Elias) Sen i niespodzianki (autor: Elias) Boląca strata i niepokojący gość! (autor: Elias) Cienie i nowy przyjaciel (autor: Elias) Kruki (autor: Elias) Cienie i Starsze Dusze (autor: Elias) Zawsze jest kolejna tajemnica (autor: Silva) Zło Kor'hu Dull (autor: Elias) Złodziej Twarzy i Koszmar (autor: Elias) Królewiec (autor: Elias) Przed świtem (autor: Nefryt) Król Żebraków i nowe drzwi (autor: Elias) Akceptacja (autor: Elias) Nostalgia (autor: Nefryt) Nowa droga i niespodziewane wyznanie? (autor: Elias) Biały i zielony daje czerwony! (autor: Elias) Nowe wyzwania w nowym życiu (autor: Elias) Krąg tajemnic (autor: Elias) Jack (autor: Elias) Czasami to mrok daje najwięcej światła (autor: Elias) Trzy sceny o szpiegowaniu (autor: Nefryt) Morze bólu. Promyk nadziei ... (autor: Elias) Nie ma sensu szukać guza. Chyba, że jest się najemnikiem (autor: Silva) Sól (autor: Aed) Dyjanna Muirne: Miecz może być dowodem wszystkiego (autor: Zorana) Opus Magnum I (autor: Iskra) Uszatek i Kwiatek na tropie przygody: Przypadłość parszywej gospody (autor: Paeonia i Szept) Gdy gasną świece (autor: Zombbiszon) ... Najjaśniej płoną gwiazdy nadziei. (autor: Zombbiszon) Elias cz. 1 (autor: Zombbiszon) Elias cz. 2 (autor: Zombbiszon) Historia (autor: Zombbiszon)
zamknij

Chat

  Otworzyły się drzwi Karczmy pod Brykającym Kurczakiem.
 - Łapać go!
 - Tam polazł!
 Główna sala krasnoludzkiego przybytku wyglądała jak po sporej bójce, w której uczestniczyło przynajmniej tuzin ludzi. Stoły i ławy, zazwyczaj ustawione w równiutkich odległościach, czyste i wypolerowane, leżały powywracane, jakby duże dziecko rzuciło w kąt swe zabawki. Niektóre ustawiono jedne na drugich, inne przesunięto pod ściany, aby nie przeszkadzały. W słabym, mdłym świetle latarenek nie wyglądało to dobrze. Gdzieniegdzie walały się rozbite naczynia; gliniane kubki, wypalane talerze, szklane kufle. Podłoga mokra była od piwa, lepiła się też od miodu; rozgniecione i nienadające się do jedzenia, leżały byle gdzie smażone kiełbaski, resztki chleba i warzyw.
  Rejwach był niespotykany. Lofar dbał o porządek, nie tolerował burd i pijackich bijatyk, wyrzucając za drzwi wszystkich awanturników; znał wszystkich stałych klientów, miał dobrą pamięć do twarzy i osób, które odwiedzały jego przybytek, więc wiedział już od progu, kto będzie miłym klientem, a koto zaraz wywali na zbity pysk.
  Dziś krasnolud musiał mieć zły dzień. Burdel w karczmie był nad podziw okazały.
  Na ladzie siedział przejezdny bard; na błękitnej, lnianej koszuli zdobionej kolorowym haftem, wiązanej na piersi, narzucony miał jasny kubraczek z rozwiązanymi rzemieniami. Pod szyją obwinął sobie zieloną chustę, a na głowie, zadziornie przekrzywiony, wciśnięty miał kapelusik z długim, bażancim piórkiem. Sakwy przy pasie pobrzękiwały przy najmniejszym ruchu; to miedziane dzwoneczki i szklane koraliki. Na kolanach opierał lutnię, odruchowo, czule gładząc jej gryf, czasami szturchając palcami struny. Przyglądał się wszystkiemu, patrzył jak trzech chłopów, jeden goblin i krasnolud latają po sali. Palił fajkowe ziele, a dym unosił się ponad całym tym zamieszaniem.
  Na zapleczu coś fuczało i drapało w drzwi; to kot przybłęda starał się wydostać, ale wyjście zagrodzono mu beczką piwa.
 - Zamknij, kurwa, te drzwi! - padło polecenie, kiedy Lofar zorientował się, że ktoś stoi na progu, jak ta przysłowiowa kłoda i ani wejdzie, ani wyjdzie. Niezdecydowany typ. Lofar był niski jak na krasnoluda przystało, brodę miał ciemną, długą, zaplecioną w warkoczyki, a rumiane policzki świadczyły o wypiciu kilku kufli ulubionej gorzałeczki malinowej; miał na sobie spodnie, czyli nie było z nim jeszcze tak źle. Sapał i stękał, łapiąc się pod boki, ale głos wciąż miał mocny. - Bo nam ucieknie - nie zauważył, kto stał na progu, chyba nie miał czasu.
 Coś, gdzieś zapiszczało. Zamiauczał kot, próbując wydostać się z zamkniętego pomieszczenia. Goblin rzucił się za puste beczki, czekające na zniesienie do piwnicy, ale wpadł pomiędzy nie, robiąc jeszcze większy bałagan; z jednej wypadło denko, inna zgubiła czop, kilka potoczyło się pod ścianie, zatrzymując się pod nią. Goblin powiercił się, stęknął, krzyknął jednak: - Mam, sukinkota! - i chociaż rozciął sobie czoło, a krew kapała mu na nos, i kilka rubinowych kropli spłynęło mu po policzku, uniósł zwycięsko, wysoko dłoń, gramoląc się na nogi. W garści nie trzymał kota, miał w niej dużego, rudego szczura.
 Na sali zrobiło się jeszcze większe zamieszanie. Ktoś krzyknął, ktoś westchnął z ulgą, bard klasnął w dłonie, a Lofar splunął i ruszył w tamtą stronę, mamrocąc pod nosem, że musi się napić, bo inaczej tego nie zdzierży. Gryzoń jednak nie miał zamiaru czekać aż krasnolud podejdzie za blisko; niewiele myśląc zatopił ząbki w palcach goblina i gdy tylko jego uchwyt się rozluźnił, wyskoczył i lądując na podłodze, pomknął pod ścianę. Nie chciał być schwytany, a i towarzystwo śmierdzącego goblina mu najwyraźniej nie odpowiadało.
 - Mam tego dość. - Lofar zatrzymał się, podciągnął opadające portki, otarł ręką spocone czoło i złapał za szklanicę, jakimś cudem nierozbitą. Jak nic miał zamiar coś zrobić i rozwiązać ten problem. Żaden szczur nie będzie mu psuł dnia, a tym bardziej nie będzie wywracał do góry nogami jego ukochanej karczmy.
  W tym czasie bard zainteresował się osobą stojącą na progu, chyba jako jedyny; nie sądził, by krasnoludowi udało się to, co zamierzał, wolał więc przyjrzeć się przybyszowi: a nuż trafi mu się ciekawa postać do śpiewanej historyjki. W głowie miał już opowieść o przerażającej klątwie, która dotknęła pewnego nieszczęśnika, więc może oto nadszedł mag wybawiciel?
   Lofar z kolei nie zwrócił kompletnie uwagi na tego, który zamykał za sobą drzwi. Podróżnik, wędrowiec, jakiś obszarpany biedak, albo bogowie wiedzą kto, jego to nie obchodziło. Zainteresowałby się, gdyby ów przybysz był ładniutkim mężczyzną, ale nie był, więc niech wchodzi albo spierdala, jego wybór. On miał zamiar złapać tego tłustego szczura.
   Samotny wędrowiec wszedł do pomieszczenia. Była to najgorsza pora z możliwych na podróż. Jesień wyparła ciepłe lato i nie była to piękna, złota i słoneczna pani, a mokra, dżdżysta i wietrzna. Zziębnięty podróżnik mocno wciskał dłonie w rękawy płaszcza, chcąc złapać chociaż odrobinę ciepła i rozgrzać dłonie od utrzymującej stałą temperaturę skóry. Postąpił jeszcze kilka kroków w głąb, jedna dłonią, niechętnie, sięgnął, ściągając obszerny kaptur. Wędrowcem była kobieta. Nie nosiła broni, w każdym razie żadnej widocznej. Tutaj, w alei Podmokłych Bobrów było to jak wołanie, jak proszenie się o kłopoty.
   Czyli dokładnie o to, co przyciągała na każdym kroku.
   Szept rozejrzała się, wśród bywalców karczmy poszukując znajomej, czerwonowłosej czupryny. Wspólna izba świeciła pustkami i wyglądała, jakby ktoś przed chwilą wyrzucił stąd Midara. Tyle, że to nie jego rudej czupryny szukała.
   Nikt, oprócz szczupłego człowieka w kolorowym kubraczku, nie poświęcił jej większej uwagi. Lofar nadal gonił za nieszczęsnym gryzoniem, służka usiłowała coś tu posprzątać, a trzech chłopów “pomagało” w łowach, bardziej przeszkadzając i co chwila wpadając na siebie. Nic dziwnego, że to w stronę mężczyzny się skierowała, przysiadając obok, na jednym z nielicznych ocalałych stołków, który to nie zaliczył bliskiego spotkania z podłogą, potrącony przez biegających łowców.
   Rozejrzała się raz jeszcze, lecz ani Lofar, ani jego młoda pomocnica nie zauważyli nowego gościa. Dziewczę może i ją widziało, lecz strach przed gryzoniem był większy niż poczucie obowiązku. Magiczka prychnęła odrobinę  pogardliwie. Nieszczęsny gryzoń bał się jeszcze bardziej niż ta chmara głupców, w dodatku był od nich znacznie mniejszy. Miał ostre siekacze i rzekomo łysy ogon? Siekacze miał i człowiek, a ogon nie był łysy, bo pokryty łuskami i maleńkimi włoskami, lecz wytłumacz to niedouczonej ludzkości. Jednak z powodu tych zabobonów i faktu, że szczurek zrobił się głodny i przedwcześnie wyszedł z norki, ona nie miała dostać niczego rozgrzewającego. No i nie było Dara.
   - Nie było tutaj czerwonowłosego najemnika? Człowiek, nieco wyższy ode mnie, włosy krótsze, nie sięgają ramion? - zagadnęła, korzystając z tego, że bard wciąż się w nią wpatrywał.
   - Najemnik? W sumie wyglądał. - Młodzik przeczesał palcami jasne loki. - Tam gdzieś lata. - I machnął ręką w kierunku bandy łapiącej szczura. - Może panience nie najemny miecz jest potrzebny, a bard? Jestem gotowy do wynajęcia! - Był szczery, cały czas wesoło się uśmiechał, a w zielonych oczach błyszczała radość. Cieszył się życiem, tym co miał i śpiewem. - To był jakiś ważny najemnik? - zapytał ostrożnie, zerkając na nią z góry. Jeśli był cenny i drogie rzeczy przewoził, kobieta miała problem.
   W pierwszej chwili nie zrozumiała. Spojrzała we wskazanym kierunku, ale dostrzegła tylko polujących na szczura. Czerwonowłosego najemnika w tej bandzie nie było. Dla pewności spojrzała raz jeszcze. Nic. Zerknęła pytająco, na barda… Uśmiechał się, szczerze, radośnie, lecz w głosie czaiła się ostrożność. Użył też czasu przeszłego. Oświecenie przyszło nagle i wcale nie zalało jej ulgą. Obróciła się, gwałtownie. Pościgu zaniechano.
   Trzech chłopów zrezygnowało. Goblin machnął ręką, spluwając na podłogę. Miał dość; rozbite czoło i ugryziony palec skutecznie go zniechęciły do dalszej pomocy. Niech krasnolud radzi sobie sam. Chłopi podnieśli razem jeden stół, ustawili ławy i usiedli na nich ciężko. Goblin do nich dołączył, trzymając zranionego palucha w ustach, co by przestał krwawić; niezawodny sposób cioteczki Mech. Chcieli nawet zamówić po piwie, ale służka była zajęta czymś innym. Woleli nie ryzykować złości i bliskiego spotkania z Panem Opadające Portki.
   - Chcesz powiedzieć, że ten szczur… to ON?! - upewniła się. A dzień, pomimo wyjątkowo parszywej pogody, zapowiadał się tak pięknie.
   - Wie panienka jakie to było niespodziewane? - chłopak, blondynek był bardem, myślał jak bard, mówił jak bard i wszystko było dla niego opowieścią - Siedział sobie przy stole, o tamtym pod oknem, odganiał tego oto krasnoluda, co chyba chciał z nim pochędożyć i pijąc piwo odklejał pieczęć z jakiegoś pergaminu. Potem jak gruchnęło! - młodzik machnął rękami, pokazując wybuch - I z pana najemnika pozostały tylko portki i koszula. A potem wyszedł z nich szczur.
   - No to się porobiło - podsumowała mało entuzjastycznie, nie ciesząc się z barwnej opowieści. Nawet nie dziękując podniosła się. Oczywiście, na stoliku nic już nie było. Zniknęło podczas zawieruchy w karczmie albo, co bardziej prawdopodobne, w cudzej kieszeni. Szczura też nie było widać. Nic dziwnego, buciory Lofara robiły tyle hałasu, że gryzoń wolał zaszyć się w kąciku.
   - Lofarze? Na litość bóstw, ty go chyba nie chcesz złapać do tego kufla! To szczurzy samiec, nie mała myszka, nie zmieści się! - ofuknęła krasnoluda, biorąc sprawy w swoje ręce. Tylko jak tu wołać na szczurka? Frodo, oswojony chomik Tidora, przychodził na dźwięk cmokania i potrząsania pudełkiem z ziarnami. - Ty się lepiej gośćmi zajmuj, bo nie ma kto ich obsłużyć, a szczura zostaw mnie.
   - To sama se go łap. - Lofar, wielce niezadowolony, wcisnął w ręce magiczki kufel. - A rozbij go tylko, to zapłacisz.
   Wbrew pozorom, serek i szczurek to nie było najlepsze połączenie. Chyba, że serek biały. I jajko. Ziarna nie zaszkodziły, chociaż zwierzak i tak zawsze wyjadał najpierw te z większą zawartością tłuszczu, a tym samym mniej dla niego zdrowe. Nie pogardziłby też mięskiem. Wątpliwe jednak, by Lofar chciał gryzonia złapać na smakołyk.
   - Paskuda! Chodź tu do mnie! - zacmokała przykucając. Znając osobowość szczurów, nie siedział na widoku, krył się po kątach. - Chodź, bo cię z nimi zostawię!
   To chyba był naprawdę dobry argument, albo po prostu dała znać o sobie ręka magiczki do zwierząt, bo oto z pustej dziury pod podłogą, wyłoniła się kosmata główka; najpierw różowy nosek z wąsikami, trójkątny pyszczek z miodowymi, koralikowymi oczami, blade uszy i reszta szczurkowego tułowia, na którego końcu majtał się, dla wielu łysy ogonek, chociaż magiczka by pobiła za takie błędne stwierdzenie. Futerko miał czerwone. Paskuda przez chwilę się wahała, zastanawiała, jakby czekając na atak ze strony ludzi, co chcieli go zadeptać i skrzywdzić.On był mały i łatwo było go zdeptać, a tego wolał uniknąć. Może i w środku wciąż był najemnikiem, ale jakaś jego część stała się szczurem. Był malutki, przez co nawet krasnolud był dla niego olbrzymem. Świat widział z podłogi, bez kolorów; czuł więcej, zarówno zapachów jak i niepokoi; drapiący w zamknięte drzwi kot wywoływał w nim strach i paniczną ochotę ucieczki. Bardzo chciał wrócić do norki, bo jak tu inaczej zareagować, kiedy wszyscy krzyczą i biegają za nim? Wolał od nich uciec, ale druga część jego duszy pchała go do przodu, do magiczki. Szkoda, że nie mógł krzyczeć, nie mógł dać znaku, a kiedy próbował stojąc na tylnych łapkach, dostałby z lofarowego buta, gdyby nie czmychnął. Dla wszystkich był tylko szkodnikiem; no, dla goblina był obiadem.
   Na widok magiczki pisnął, jakby mówił: “Szept!” i ostrożnie, unikając otwartej przestrzeni, robiąc wbrew zwierzęcym instynktom, potuptał w jej stronę. Kto jak kto, ale ona na pewno nie upiecze go nad ogniem i nie potraktuje butem. Przecież był jej najemnikiem! Teraz to szczurzym najemnikiem, ale jednak.
   To musiała być wina mapy. Tego głupiego, durnego, starego, zapleśniałego, śmiecącego kawałka pergaminu. W sumie zjadłby serek. Ciekawe czy ktoś tu miał serek… Może się z nim podzielą? Może jakiś ma magiczka? To był dobry powód, by potuptać w jej stronę troszkę szybciej.
   Ogoniasty zdążył podbiec całkiem bliziutko, kiedy po prostu wyciągnęła rękę, jakby nigdy nic chcąc… Szept nie złapała przemienionego Dara, nie miała nawet ku temu większej okazji, bo oto zza jej pleców, na bosaka by nie hałasować, dając wcześniej bardowi miodu, by go nie wydał, wyłonił się uśmiechnięty Lofar. Krasnolud miał w dłoni drugi kufel, a jego uśmiech nie wróżył nic dobrego. Zdradził go zapaszek owłosionych stóp i drgnięcie szczura, ale ten jeden jedyny raz miał szczęście, bo kiedy rzucił się na gryzonia będącego tuż obok koniuszków palców magiczki, jakimś cudem go pochwycił. Szczur oczywiście nie zmieścił się w kuflu, ale mina krasnoluda jasno mówiła: No co, musiałem spróbować. I wyraźnie był zawiedziony, że magiczka miała rację i że mu się nie udało; nawet westchnął żałośnie, wielce bolejąc nad swoją porażką.
   Drugi kufel uderzył precyzyjnie, trafiając prosto w pustą głowę krasnoluda. Szkło rozpękło się, upadające odłamki zlały się z piskiem protestu uwięzionego gryzonia. Zwierzak, pochwycony, wił się, usiłując się uwolnić. Kufel nie zakrywał go w całości, ugniatał, a zwinne ciałko usiłowało spod niego wypełznąć, wymachując łapkami, drapiąc wszystko, co znalazło się w polu rażenia całkiem ostrych, niewystarczająco startych pazurków.
   Lofar zajęczał. Kiedy ten kufel trafił go w głowę i za co? Przecież on chciał tylko spróbować, sprawdzić, a gryzoniowi na pewno nic się nie stało; oj tam, popiszczał, powiercił się, ale żyje, nie? Żadna łapa mu się nie urwała, głowę ma na miejscu, ogon też. O co, cholera jej chodziło... Dobrze, że ma krasnoludzką głowę, bo by się gorzej skończyło. No co za głupia magiczka, tak go kuflem potraktować. A on całej redakcji użyczał miejsca! Dawał im dach nad głową, pomagał, karmił, pocieszał, a oni mu tak się odwdzięczają? Niech ich czorty zezrą, zaraza jedna.
   - Zgłupiałeś? Do reszty zgłupiałeś, używaj głowy! - ofuknęła go i tylko fakt, że nie chciała zranić szczurka odłamkami uratował drugi kufel przed podzieleniem losu pierwszego. Zamiast tego bezceremonialnie odepchnęła rękę Lofara, zgarniając opiekuńczo gryzonia, nie przejmując się ani ogonem, ani wąsikami, ani małym, walcowatym ciałkiem, chwytając go nieco poniżej linii barków, drugą dłoń podsunęła pod kończyny tylne, dając mu w miarę stabilne oparcie. Zaraz potem przygarnęła go do piersi, by przypadkiem nikt już go jej nie wyrwał. Chcesz szczura? Zadrzyj z magiem.
   Urażony, z rozciętą głową, nawet się nie odezwał. Obraził się za takie brzydkie potraktowanie go. Na amen się obraził. - Posprzątaj to - służka stojąca na krześle znała ten głos i wiedziała, że jeśli nie posłucha, dostanie o jedną mniej monetę niż powinna. Nie miała wyjścia, chociaż starała się nie zbliżać do szczurzyska.
   Za to młodziutki bard zaklaskał w dłonie, zwracając na siebie uwagę; był wręcz uradowany zaistniałą sytuacją. - Wspaniale! - Oto jego opowieść zyskała zaskakujący zwrot akcji, o którym będzie śpiewać w karczmach i w pałacowych salach. A do tego, jego oko wychwyciło jak trzech mężczyzn i goblin wychodzą, trochę się z tym kryjąc; czyżby ktoś nie zapłacił i chciał wyjść? Kolejny dreszczyk do jego historii!
   - To tylko pieprzony gryzoń, goblin by go zeżarł, a ty się z nim cackasz… - Brudną dłoń Lofar zaciskał na rozwalonej głowie, ale spojrzenie wciąż miał harde. I tak, on nie wiedział, że szczur to najemnik, że ten gryzoń to mieszaniec, że ten ogon to Brzeszczot. Dla niego był szkodnikiem, który dobrze smakował z cebulą, po namoczeniu w gorzałce.
   - Ty sobie klienterni pilnuj, a nie się Paskudy czepiaj - poradziła brzydko donosząc magiczka, litując się nad stanem krasnoludzkiej kiesy. Bądź co bądź Lofar był naprawdę pocieszny, poczciwy i skory do pomocy przyjaciołom. To tutaj gnieździła się redakcja, gdy nikt jej nie chciał przygarnąć, nawet Alastair kręcił nosem na za duży ruch w jego kamienicy i walające się wszędzie bazgroły, fachowo nazywane artytułem i poważną prasą.
   Ciekawe, czy Alastair miał coś przeciwko gryzoniom w swoim mieszkanku…
  
                                                                             ~*~
   - Chyba zalęgły mi się myszy - oświadczył z nieszczęśliwą miną Alastair. - Inaczej tego nie wytłumaczę. Dawno nie zaglądałem do tych książek, ale obwoluty z całą pewnością nie były tak obgryzione - pożalił się. - I to akurat te trzy. Ulubione. Nie mogły dorwać niczego z niższej półki? Musiały włazić na najwyższą?
   Szept miną niewinnej słuchaczki zatuszowała własne poczucie winy. Szkoda jej było trzymać Dara w zamknięciu, liczyła, że jego ludzki rozumek przeważy nad instynktami zwierzęcia i pojmie, że ofiarowane mu gałązki jabłoni nadają się do gryzienia podczas gdy książki, mapy i nogi krzeseł już nie. Pomijając kwestie przydatności wymienionych przedmiotów, gałązki jabłoni były też zdrowsze. Jak nie chciał jabłoni, mogła wziąć wiśni, porzeczki, innych drzew i krzewów owocowych, opcjonalnie wierzby lub korzeń mniszka. Nie. Dar preferował książki - szkoda, że nie w swej ludzkiej postaci, mapy, których normalnie czytać nie potrafił, o dywanach, drewnianych meblach i ubraniach nie wspominając.
   - Trutkę rozłożę, jak nic! Kota od Aeda pożyczę! - jął odgrażać się z pasją mag, wygrażając pięścią niewidzialnym myszom. I nieistniejącym.
   - Może to stare i już ich nie ma? - zasugerowała na wszelki wypadek, wyobrażając sobie łakomego Dara, chciwie pożerającego serek nafaszerowany strychniną. Dać mu ziarenek, dać ziółek? Nie, niedobre. Dać tłusty serek? Pychotka. Jeszcze dzień w tej postaci, a nie dość, że ząbki zaczną mu przeszkadzać, a Al dostrzeże wzmożoną aktywność czytelniczą gryzoni, to jeszcze tłuszcz zacznie mu się przelewać, a pękaty brzuszek sięgnie podłogi. - Może bibliotekarz coś ci poradzi? Oni mają stare woluminy i pewnie nie raz musieli oprawiać od nowa.
   Rada trafiła do przekonania Alastaira. Mag obrócił się na pięcie, sięgnął po kapelusz, a Szept ze zgrozą odkryła, że rzeczony kapelusz posiada dziurę mniej więcej na dwa palce, nierówne zaś brzegi dobitnie świadczyły o szczurzej robocie. Sam zainteresowany wychylił nosek ze szczeliny za biblioteczką. Nosek poruszył się, badając otoczenie, wąsiki pracowały, a Szept modliła się, by Alastair nie zerknął do tyłu.
   Paskuda. Paskuda jak nic. Chodziła, wołała, cmokała, a ten udawał, że nie słyszy. Próbowała wyciągnąć, wybawić zza szafy, nic. Udawał, że nie widzi machającej ręki. Teraz, w najmniej pożądanej chwili pchał się na środek pokoju. Na szczęście, Kolekcjoner ani nie obrócił się, ani też nie dostrzegł nowego kroju swojego nakrycia głowy. Wybiegł z pokoju jakby go ktoś gonił, a do elfich i szczurzych uszu doleciał tylko trzask zamykanych frontowych drzwi.
   - Paskudo, on nie wie. Poszczuje cię kotem i co zrobisz? Czy ja ci nie dałam gałązek? Co takiego miały w sobie te książki, że musiałeś ich skosztować?
   Szczuras miał ważny powód, aby wyjść na środek pokoju akurat w tym momencie. To było coś, co nie mogło poczekać ani sekundy, co musiało być już-teraz zrobione, bo przepadnie. Cholernie ważna sprawa. Darrus musiał sprawdzić, czy pod okrągłym dywanikiem na środku pomieszczenia, wciąż tkwi kawałek suszonego jabłuszka, który tam wczoraj schował, by mu go magiczka nie zabrała. To było ważne, dla niego, bo elfka zawsze zabierała mu najlepsze kąski, podtykając pod nos niedobre, niesmaczne i jałowe niby smakołyki, których nikt normalny by nie zjadł. Kto przy zdrowych zmysłach chrupie sobie gałązki jakiegoś drzewska albo napycha brzuch ziarnami? On wciąż był najemnikiem i chciał jeść jak najemnik; czasami tylko uciekał do dziury i bał się tych większych.
   Ogólnie nieoczekiwana zamiana w szczura nie była taka zła. Wiadomo, miało to swoje minusy: był mały, ludzie mogli go rozdeptać, złapać, upiec. Mycie polegało na lizaniu się, bo przygoda z wodą w misce skończyła się nieciekawie; wszystko zalane, on mokry i napity za wsze czasy. Niektóre jedzenie mu szkodziło i zdecydowanie zbyt często puszczał bąki; to musiała być wina tego żarcia od magiczki. No i był taki dzień, kiedy potuptał do sąsiedniego mieszkania, a jego szczurzy instynkt kazał mu podejść do kawałka serka, który leżał w pułapce. Kąsek był tak kuszący, apetyczny i pachnący, że nie mógł się mu oprzeć i podszedł zdecydowanie zbyt blisko. Uratował go tylko ludzi głos z tyłu głowy. I czym prędzej stamtąd zwiał.
   - Gałązki nie są lepsze? Normalne, dzikie szczury by się na nie połakomiły, wiesz? Na ziarna też, a nie szukałyby tylko kurczaka, jajek i sera. Paskuda.
   Niech tam sobie gada. Szczurek nawet jej nie słuchał. Wolał wsadzić nos pod dywan, poniuchać i łapkami wyciągnąć smakołyka; krótkie rączki też mu przeszkadzały i też były minusem. Ale oto mógł zjeść suszone jabłuszko! Ciekawe, czy orzeszek, który ukrył pomiędzy książkami, wciąż tam jest… Musiał to sprawdzić. Już-teraz-zaraz. Zostawił niedojedzone jabłuszko i pomknął w stronę regału, gdzie Alastair trzymał swoje woluminy i powciskane wszędzie zwinięte pergaminy. Lubił je podgryzać, bo fajnie smakowały, tak kusząco; nie jadł tych papierzysk, ot wypluwał i zabierał się za dalszy kawałek. Tylko jak tu wleźć na górę…
   Szczurek jak szczurek. Futerko, ogonek, chwytne łapki i ciekawski pyszczek, który trzeba wetknąć w każdą szczelnię. Z mieszaniną fascynacji i grozy - no bo może spaść, obswerowała, jak czerwona Paskuda wspina się na górę, po książkach, drewienku. Kombinuje, chwyta się łapkami, skacze, cofa. Parę razy wyglądało na to, że małe ciałko, cóż to jest te 450-500 g, zaraz przeważy, a szczurek poleci w dół i jeszcze sobie zrobi krzywdę. Małe kostki byłyby trudne do złożenia nawet dla takiej specjalistki jak Heiana, a Wilk musiałby posiłkować się magią.
   Myśl, która pojawiła się nie w porę. Małe łapki nie natrafiły na podporę, ciałko poleciało w dół. Na szczęście, nie wszedł na samą górę. Upadek był bolesny, ale nieszkodliwy. Paskuda zaraz stanęła na wszystkie cztery łapki, jak nigdy nic sunąc wzdłuż ściany. Szept westchnęła z rezygnacją. Redakcyjne szczurki lubiła. Nazwała każdego, jaki pojawił się swego czasu w piwniczce siedziby gazetki. Dara jednak wolała w jego półelfiej, uciążliwej i przyjaznej postaci.
   - Paskuda, jedzonko! - Cmokanie, wołanie po imieniu nie zawsze działało. Potrząsanie puszeczką z ziarnami i suszkami miało tę zaletę, że działało zawsze. Niezawodny sygnał nawet dla sytego, a co dopiero głodnego brzuszka. Oto smakołyk, oto jedzonko. Za tymczasową miskę robiła mniejsza miseczka. Zresztą, szczurek, chociaż część jedzonka pochłaniał przy niej, część roznosił po pokoju, chrupiąc gdzieś w kąciku, niedojedzone resztki pozostawiając gdzie popadnie i pędząc po więcej. Szczurek w pokoju, jak mogła się przekonać, nigdy nie równał się sterylnemu, wysprzątanemu pomieszczeniu.
   Pewna myśl pojawiła się w szczurkowej głowie; co by się stało, gdyby spróbował kurczaka, którego widział u Alastaira? Co tam miseczka ofiarowana przez magiczkę, tą mógł mieć w każdej chwili, ale takie przyprawione, soczyste mięso kuraka? Aż zgłodniał bardziej niż był. Jako dzieciak to jadł, jako dorosły też, więc będąc szczurem, a tak naprawdę człowiekiem w niego zamienionym, nie powinien się potruć, nie? Ciekawe, czy stary mag zauważy, jak mu podkradnie kawałeczek. Tylko jak tu się do niego dostać...
   - Paskudo! - zawołała po raz ostatni, stawiając napełnioną mieszanką ziaren miseczkę na podłodze. Obok trafiła, w niewielkiej nakrętce, świeża woda. Szczurek już nie próbował się w niej kąpać, ostatnie przygody z przezroczystą cieczą oduczyły go tego nawyku, służyła tylko do zaspokojenia pragnienia, a i tak Dar brudził ją stosunkowo szybko, wrzucając do niej resztki jedzenia, zioła i mniej smaczne części owoców.
   Szept go zawołała i odwróciła uwagę. Co on miał przed chwilą na myśli? Nie pamiętał… Elfka dawała jedzonko! Jedzonkoooo...
   No, to karmienie miała z głowy. Powinna mu jeszcze sprawdzić pazurki, ale Dar jako szczur bardzo nie lubił tego zabiegu, a utrzymanie go w miejscu było katorgą. Z nutą niepokoju zerknęła na oswojonego ogonka. A jak mu się coś zrobi? Słyszała, że szczury mają słabą odporność. Te jej trzymały się nad wyraz dobrze, lecz skłonność do paniki przeważyła i elfka zasiadła przed niewielkim stolikiem i złożoną na nim stertą ksiąg. Stare i nowe, rozpadające się i w stanie idealnym, czekały na nią niemal od chwili, gdy się tu zadomowili, ona i Paskuda.
   - Od czego powinniśmy zacząć? - zapytała samą siebie rzucając okiem na szczurka.
   Dar wiedział, od czego powinni zacząć, a już na pewno, od czego on sam musiał zacząć: oczywiście nie było to jedzenie, które zgrabnie ominął, bo wcale nie pachniało tal dobrze jak myślał i przecież miał ukryty kawałek tłuściutkiego serka w swojej norce, więc ziarenka go nie zainteresowały. Nie mógł przecież ułatwić życia magiczce, prawda? Od czego więc zaczął? Oczywiście od nadgryzienia twardej okładki księgi, którą magiczka miała na blacie; wspiął się skubaniec po jej nodze, potem na udo, na ułożoną na nim rękę i hops na stolik. I co zrobił od razu? Ano zanurzył ząbki w rogu, kiedy elfka nie patrzyła i oczywiście, kiedy jednak zobaczyła, popatrzył na nią oczkami pełnymi niewinności, jakby mówił, że on musi i to jest silniejsze od niego, a więc nie może z tym nic zrobić i mają go za to nie karać, bo to leży w jego naturze i koniec kropka.
   - Nie rusz - sarknęła, a Dar, dla zasady, otrzymał pstryczka w nos. Lekkiego, delikatnego, bo to przecież teraz takie małe i łatwo uszkodzić. Szczura, prawdziwego szczura, nie oduczy się gryzienia, leży w jego naturze. Tyle, że to był człowiek w szczurzym ciele i mógłby jej trochę pomóc, a nie tylko przeszkadzać i utrudniać. - Niedobry, fe. Nie rusz - upewniła się i z ciężkim westchnieniem odsunęła księgę poza zasięg szczurzych ząbków. Na razie. Sięgnęła dłonią, jednym palcem musnęła główkę i grzbiecik, dotknęła nawet ogona, tego, którym niektórzy tak się brzydzili.
   - Zjedz ziarenko, nie gwiazdorz - poradziła, podsuwając szczurkowi kilka na wyciągniętej, prostej dłoni. Troszkę powybierał, troszkę pogrymasił, kilka nadgryzł i odrzucił jako niedobre i niesmaczne. W końcu zdecydował się. Wyjątkowo duże ziarenko tkwiło między małymi łapkami, przytrzymywane przy pyszczku, a ząbki głośno pracowały, rozdrabniając twardy pokarm. Uspokojona chwilowo zajętym jedzeniem szczurkiem, strzepnęła resztę ziarenek na blat, na powrót zwracając uwagę na księgi. Pierwsza z brzegu, tan nadgryziona, w brunatnej oprawie, traktowała o klątwach i bestiach. O ile Dar bez wątpienia padł ofiarą klątwy, to bestią nie był na pewno. Cała sytuacja przypominała bardziej brzydki, dziwny żart, z którego Dar by się uśmiał…
   Gdyby nie był szczurem.
   Z prychnięciem odłożyła opasły wolumin na bok. Drugi zdawał się przyjemniejszy. Artefakty magiczne. Bez wątpienia mapa, list, kawałek papieru, czymkolwiek by nie był, w jakiś sposób okazał się magiczny.
   - Byłoby prościej, gdybyś był żabą. Żabę każdy wie, jak odczarować.
   Sratatata, powiedziała co wiedziała - to sobie pan najemnik w mniejszym ciele pomyślał. Przecież on nie wybierał, w co się przemienia. A może dałoby radę, tylko o tym nie pomyślał? Kurde, a mógł być ogierem… Miałby cztery kopytka, smukłą szyję, ogon i grzywę. Takiego to księżniczki mogłyby całować, a nie jakąś obślizgłą, zieloną żabę. Nikt nigdy nie słyszał o szlachetnej damie, która z radością całuje ropuchy. To prawie jak całowanie goblina albo gnoma; prędzej w tyłek kopnąć niż pomiziać.
  Mapa! Dar nagle sobie o niej przypomniał i zapiszczał; podbiegł do magiczki i stawiając przednie łapki na jej palcach, znów wydał z siebie dźwięk. Jak nic chciał zwrócić jej uwagę. Bo ona była kupiona na kramie jakiegoś maga, który w sumie wcisnął ją Darowi do ręki. Facet zachowywał się dziwnie, jąkał się i rozglądał na boki, jakby zaraz zza rogu wyskoczyć miał ktoś, kto chce mu zrobić krzywdę. Najemnik tak naprawdę nie chciał tej mapy, ale kupiec był tak upierdliwy, że w końcu ustąpił; mówił coś o klątwie, zaklęciu, wielkim skarbie i pechu, który trzyma się tego zrolowanego świstka, i że on tego nie chce, że odda za darmo, byleby się pozbyć. Dar nawet nie miał okazji zapytać o cokolwiek, bo kupczyk zniknął. W sumie mapę chciał wyrzucić, ale odruchowo wsadził ją do sakiewki i przypomniał sobie o niej dopiero na drugi dzień, kiedy siedział w Lofarowej karczmie. Pech musiał mu wisieć nad głową.
  Znów zapiszczał.
   - No i co tym razem? - zagadnęła, widząc, że szczurek nie zamierza iść i zająć się sobą. - Jedzenie masz, wodę masz, gałązki masz. Na spacer cię nie wyprowadzę, kotów tu nie ma. Paskudo, ja nie jestem jasnowidzem. Może byś tak sprecyzował? - Zerknęła na księgi, na czerwonego szczurka, na księgi. W elfiej główce zaświtało, że może tym razem nie chodzi o szczurze potrzeby, a do głosu doszedł człowiek. Człowiek, który coś wie o zamianie ciał i niewątpliwie zaczarowanej mapie. - Czekaj, jedną chwilę, ogonku. Zaraz porozmawiamy.
   W oczach osób postronnych, magiczka musiała być zdrowo postrzelona, jeśli mówiła do zwierząt, co więcej, oczekiwała, że ją zrozumieją i odpowiedzą. Pani postrzelona pokręciła się po pokoiku, niestety Alastair nie należał do osób, które utrzymują ład i porządek w swoich rzeczach. W całym mieszkaniu panował, delikatnie mówiąc, artystyczny nieład, w którym odnaleźć mógł się tylko twórca tego całego nieładu.
   Nie była to ona.
   W końcu znalazła. Mapa była grubo niedokładna. Zaznaczono na niej główne bramy, rynek i dzielnice. Ulice były zaledwie w zarysie i to tylko te najważniejsze. Kochająca mapy dusza magiczki aż się skrzywiła na taką profanację i marnotrawstwo papieru. Drzew.
   - Dobrze ogonku, chodź tutaj - zwróciła się do szczurka, rozkładając mapę stolicy Keronii na blacie stołu, uprzednio odsuwając na bok i książki i łupinki nasion pozostałe z posiłku jej małego przyjaciela. - Chodź i pokaż mi, skąd miałeś tę mapę. Gdzie ją kupiłeś, ukradłeś, znalazłeś czy nabyłeś w jakikolwiek inny sposób. No, śmiało - zachęciła szczurka.
   Dara nie trzeba było zachęcać. Czekał niecierpliwie aż guzdrała magiczka w końcu znajdzie to, o co mu chodziło; tak wolno jej szło, szukała tam, na niższej półce, w innym regale, a on się niecierpliwił, cały czas na nią patrząc. Jakie te elfy potrafią być nierozgarnięte. Ale jest! W końcu jest! Mapa na stole! Tylko, że… Kartografia nie była jego mocną stroną. Kreski, linie, znaczki i to z tej perspektywy… Źle mu się patrzyło szczurzymi oczyma. Ha! Zerwał się z miejsca i potuptał po ręce magiczki na jej ramię. Z góry od razu lepiej widać. Pomyślał… To wcale nie było łatwe. Ten bazar… Chętnie by zjadł orzeszka, może znajdzie jakiegoś w swoich zapasach… Nie, miał myśleć o placu targowym. Znajdował się gdzieś na obrzeżach, nie w samym centrum Królewca; żaden tam rynek, wcale nie targowisko, nie wielkie kramy. Przy wschodnim murze, ale to nie ten na ubitej ziemi, przy studni. Więc… Jakieś ptaszysko zaskrzeczało za oknem; szczurek odruchowo się spiął, szukając zagrożenia nad głową; musiał całą swą ludzką połową trzymać się myśli, że to za oknem, że tu nic mu się nie stanie, bo jeśli by oddał głos zwierzęciu, już krył by się w dziurze.
   Mapa. Kwadratowy ryneczek. Zbiegł po ręce i zatrzymał się przy prawej krawędzi papieru i… złapał go w łapki, po czym zaczął gryźć, zostawiając na nim ślady swoich zębów.
   - Paskudo! Pszyk! - syknęła na niego, tym razem powstrzymując się od pstryczka. Syk może podziałałby na psa, kota, ale nie na zajętego papierem szczurka. Całe szczęście, mapa była odeń znacznie większa i ciężka, inaczej uciekłby w podskokach, ciągnąc ją za sobą. - Ej, przestań, ty mała gadzino!
   Mała gadzina została pochwycona jak uprzednio, w karczmie Lofara. Dłoń otoczyła linię barków, unosząc szczurka ku górze, pozbawiając go kontaktu z mapą.
   - Nu, nu, nu. Nie wolno - oznajmiła poważnym tonem magiczka. - Map się nie je. Książek też nie. Możesz… jeść listy. Te przeczytane, dobrze? - przyzwoliła łaskawie. - A teraz cię puszczę, a ty pokażesz mi to, czego szukamy. I niczego nie zjesz, szczurku.
   Zawijasy czarnego tuszu i myślowe zmagania Dara, zaprowadziły ich do pustego, kwadratowego miejsca na mapie, tuż przy wewnętrznej stronie murów, nieopodal wejścia na blanki. Wyblakły, koślawy napis głosił: Czarnorynek.

~*~
 Czarnorynek śmierdział. Był jednym z tych miejsc, gdzie do człowieka docierał najpierw zapach, a dopiero potem cisza, jaka tu panowała. Cuchnęło tu spleśniałymi warzywami, słodkawy zapach zepsutych owoców przebijał się ponad smród starego, zaparzonego mięsa, oblepionego muchami. Cisza dominowała. Brakowało tu pokrzykiwania kupców, zachwalania swoich produktów, kłótni między sobą o to, kto ma świeższe, lepsze, ładniejsze, smaczniejsze. Nie było śmiechu, hałasu i rozmów, żaden uliczny grajek nie brzdękał na rogu, ani jeden goniec nie przebiegł z wieściami do ogłoszenia.   
  To był mały, kwadratowy placyk. Jednym bokiem przylegał do górujących nad nim murów miasta, drugim do ceglanej kamienicy, zapomnianej, opuszczonej, będącej domem dla włóczęgów. Z prawej ktoś miał zagrodę dla świń, a na lewo każdy wyrzucał śmieci. Można tu było kupić wszystko to, czego oficjalnie nie powinno być na miejskich targowiskach, wystarczyło zadać odpowiednie pytanie i wiedzieć, u kogo szukać.
   Wystarczyło też spojrzeć na kupców; smutni, markotni, poważni jegomoście, o twarzach zniszczonych życiem, z zaczerwienionymi oczami. Pewni siebie, twardzi. Z nożami pod ręką, aby poderżnąć pyskate gardło i uciąć rękę złodzieja. Podobnie wyglądali ci, którzy tu kupowali; odziani w długie płaszcze, z kapturami na głowach, przygarbieni i zawsze w pośpiechu.
  Czarnorynek śmierdział, był cichy, szary i bury; stoiska wyglądały tak, jakby zaraz miały się rozlecieć, jakby najlżejszy podmuch wiatru mógł je przewrócić. Sklecone z desek, stojące na beczkach i skrzyniach. Nikt tu nie dbał o dobry wygląd, o dekoracje, nikt nie bawił się w przyciąganie spojrzenia. Tutaj przychodzili ci, co wiedzieli czego chcą. Oglądali, kupowali i odchodzili. Nie potrzebowali rozmów, śmiechów, pozorów.
   - Gdzie ty mnie, Paskudo, przyprowadziłeś. - Stała z boku, przy kamienicy, daszek niewielkiej przybudówki rzucał głęboki cień na jej postać. Męski strój nie był w stanie ukryć kobiecych kształtów, obszerny płaszcz z kapturem nasuniętym na głowę skrywał elfie uszy i pozwalał na łatwiejsze wmieszanie się w klienterię.
   Brzeszczot przez chwilę nie poznał tego rynku i tak naprawdę nie wiedział, gdzie przyprowadził magiczkę. Musiała minąć dobra chwila zanim połapał się w sytuacji. Trudno jest myśleć o handlarzach, kiedy w głowie ma się jedzenie i serek. Niecierpliwie potuptał w miejscu, wiercąc się na ramieniu elfki, łapiąc pazurkami za materiał płaszcza.
   Jednak powinna była zignorować jego gorące protesty i wiercenie się, stwierdziła w myśli, czując małe pazurki wbijające się w ramię. Lekko, delikatnie, acz wyczuwalnie. Trzeba było mu je podciąć, a nie obawiać się, że przy okazji pozbawi go jednego palca albo urazi nerw. Szczurek też nie ułatwiał. Trudno jest wymagać, by zwierzak siedział spokojnie, wiercił się, wędrował z jednego ramienia na drugie, prężył się, wyciągając łebek jak najdalej, węsząc intensywnie, balansując ogonkiem, by utrzymać równowagę. Wąsiki lekko łaskotały ją po twarzy ilekroć zbliżył się na tyle, niemal dotykając jej noskiem. W pewnej chwili próbował nawet wdrapać się jej na głowę, przy okazji ryzykując upadkiem z niemałej dla istotki o jego gabarytach wysokości.
   - Paskudo? Ja nie mam pojęcia, jak wygląda ten twój handlarz. Nawet nie wiem, coś ty za papier od niego kupił. Nic wie wiem - sarknęła pod nosem, a przechodzący mimo, poruszający się lekko kaczkowatym chodem krasnolud spojrzał na nią dziwnie. Nie dostrzegł siedzącego na ramieniu szczura, w jego oczach kobieta mówiła do siebie bądź do jakiegoś swojego wyimaginowanego przyjaciela.
   Brzeszczot poruszył noskiem. Dotarli we właściwe miejsce, ale nie miał pojęcia, jak odnaleźć tego, który dał mu mapę; pamiętał, że pojawił się szybko i równie prędko odszedł, najpewniej wracając na swoje stoisko. Tylko jak ten mężczyzna wyglądał…
   - Będziesz musiał mnie jakoś poprowadzić - jęknęła na samą myśl, jak to będzie wyglądać. Nawiedzona, mówiąca sama do siebie kobieta, paradująca ze szczurem na ramieniu i święcie przekonana, że on mówi do niej. Cudowny widok. Gdyby ją widzieli, elfi Starsi spaliliby się ze wstydu i nawet poparcie Wilka nie uchroniłoby jej przed burzą i argumentami zaczynającymi się od słynnego już “to niegodne królowej”, o “wstyd i hańba” nie zapominając. - Ty to mnie zawsze wpakujesz w bagno.
   “Nieprawda”, chciał powiedzieć, ale przecież nie mógł, więc ją skubnął w ucho, które odnalazł pod materiałem płaszcza. Tak po przyjacielsku, ot na zaczepkę, co by nie wygadywała głupstw. Powinni przespacerować się po targowisku, zajrzeć na stoiska, rozejrzeć się. Szczurek pisnął, poganiając magiczkę. Kiedy zapadnie zmrok, nic tu nie zdziałają. Potrzebowali jasnego światła, potrzebowali handlarza papierem. Kogoś, kto ma coś jeszcze do sprzedania, ale całkiem nieoficjalnie. To był mężczyzna. Nie był wysoki, raczej krępy, ale jak to przekazać magiczce, kiedy nie mógł pisnąć nawet słówkiem.
   Szept jakby czytała w jego myślach, bo nim zdążył cokolwiek zrobić, ona już ruszyła się z miejsca. Szli przez Czarnorynek, a jego zapach wcale się nie poprawił, chociaż ich nosy się do niego przyzwyczaiły. Dalej cuchnął. Ludzi tu było mało, kręciło się tylko kilka osób, a i tak więcej było starszych, przygarbionych babuszek, które kupowały marne, oblepione ziemią warzywa; one jedyne nie nosiły kapturów i nie zasłaniały twarzy. Stoiska, chybocąc się na koślawych nóżkach, nie zachęcały do podejścia, do oglądania i obracania w dłoniach tego, co na nich leżało. Pod daszkami wisiały pęki dziwnych ziół, zebrane razem suszone grzyby, których najemnik nie odważyłby się nawet kupić. Były też kurze łapki, lisie ogony i inne części zwierząt; nie dziwiły świńskie uszy czy pływające w roztworach jaszczurki. Do tego zwinięte w rulony pergaminy i papirusy, a obok nich gliniane tabliczki. Była tu ceramika, były świece, noże i sakiewki, ponoć mające czar chroniący od kradzieży; były owoce ziemi i mięso, obok którego leżały talizmany i medaliony. Wszystko to, co można pokazać i za co nie wtrącą do lochów.
   Trudno powiedzieć, jakiego znaku oczekiwała. Przeszła się po rynku raz, drugi, trzeci. Oczka szczura widziały inaczej niż półelfie, chciała dać mu czas, by oswoił się z widokiem. Chciała dać mu czas, by rozeznał się w terenie, przyjrzał twarzom, straganom, wyszukując tego jednego. Dość szybko omijała te z plonami ziemi, mało prawdopodobne, by stare papierzysko nabył właśnie tutaj, a od niektórych owoców wionął silny zapach zgnilizny i psucia. Szybko też omijała handlarzy żywym inwentarzem, zwierzęta przetrzymywano w warunkach iście niegodnych, w za ciasnych kojcach, silnie stłoczone, jedno na drugim, tratowały się nawzajem, silniejszy deptał słabszego. Gdzie on ją przyprowadził?
   Brzeszczot nie widział nic znajomego. Chociaż nie, raz mu się zdawało, że coś dostrzegł, ale wtedy zaczęło go coś uciskać w maleńkim brzuszku i stracił tę chwilę.
   Siłą rzeczy, niezależnie od samej siebie, zmarudziła trochę przy ziołach i artefaktach, te ostatnie jednak nie okazały się niczym potężnym i przydatnym. Ich siłą była ludzka wiara w zabobony i mity, nie zaś prawdziwa, czysta magia. Dostrzegła stoisko z księgami, nie otrzymała jednak żadnego znaku od swego małego podopiecznego. Nic dziwnego, za ladą stała, garbiąc się, starsza kobieta, a księgi okazały się zbiorem starych przepisów kuchennych. Nie tego szukali.
   W końcu, po kolejnym takim kółku, przystanęła bezradnie, smętnie spoglądając na niezbyt zatłoczony placyk. Gdyby nie to, że czuła wbijające się w ramię pazurki i łaskoczące kark wąsiki pomyślałaby, że szczurek zniknął, taki był milczący. W ogóle nie pomagał. Mogłaby popytać, lecz nawet nie wiedziała, o co. Kim był sprzedawca, jakiej płci, co miał na stoisku, czy w ogóle był handlarzem czy też jakimś klientem chcącym pozbyć się kłopotliwego przedmiotu? Wiedziała tylko, że był to kawałek papieru i tenże papier sprawił, że zamiast półelfiego najemnika miała czerwonego szczura.
   - Widzisz ty w ogóle cokolwiek znajomego, co? - Poczucie klęski było przytłaczające. Będzie musiała spróbować odczarować go sama, testując kolejno zaklęcia i mając nadzieję, że na skutek tejże metody prób i błędów nie uszkodzi go jeszcze bardziej.
   Mrowienie w brzuszku nie ustawało. Czerwony szczurek już chwilę temu przestał się rozglądać. Całkowicie skupił się na sobie, bo coś było bardzo nie tak, jak powinno. Do tego zaczęło mu się kręcić w głowie, a i zaczęły swędzieć łapki. Drażnił go smród, denerwowały głosy, wszystko wpływało na niego i wkurzało. Był rozdrażniony i zaczął się wiercić. W końcu, kiedy to wszystko stało się nie do zniesienia i nie potrafił usiedzieć na ramieniu magiczki, zbiegł po jej ręce i zeskoczył na ubitą, wydeptaną ziemię. Tam powiercił się w miejscu i zaczął skrobać łapkami po brzuszku; swędziało go całe ciało, coraz bardziej i bardziej, aż w końcu, kiedy myślał, że już nie wytrzyma…
   Głośne puuf!, jakby ktoś przebijał worek z powietrzem, przerwało ciszę na Czarnorynku. Dym, szarawo-niebieski, wypełnił niewielką przestrzeń pomiędzy stoiskami. Czar się wypalił i jakby powiedziała to magiczka, dym był efektem ubocznym. Mogła też poczuć, jak ulatują ostatnie jego resztki. A kiedy dym zaczął opadać, nie odsłonił szczurka.
   Na ziemi leżał plackiem pan najemnik. Brzeszczot w całej swej okazałości. Nagusieńki, tak, jak go bogowie albo inne czorty stworzyły. Czar zadziałał, kiedy złamał pieczęć mapy, odebrał mu ubrania, ale po pryśnięciu już mu ich nie oddał. Jak tak dłużej gołym cielskiem na ziemi poleży, to przysłowiowego wilka złapie. Ale wystarczyło spojrzeć na jego twarzy, by zrozumieć, że szybko się z tego szoku nie podniesie, bo przecież jeszcze chwilę temu był szczurem i biegał na czterech łapkach.
   Zdarzenie to było tak nagłe i niespodziewane, że stała chwilę w bezruchu, wpatrując się w nagiego mężczyznę przed sobą. Nie tylko ona. Dym i głośne puuf ściągnęło uwagę pozostałych obecnych. Niektórzy z obojętnością, inni z zaciekawieniem, ktoś ze strachem, bo niecodziennie, znikąd, na środku rynku pojawia się nagi człowiek. Jakaś kobieta pisnęła, wstydliwie zakrywając oczy, ktoś pokazał palcem, śmiejąc się.
   - Ja wiem, że twoje pośladki są boskie, ale innych części ciała nie chciałam oglądać. Zresztą, nie musisz się nimi aż tak chwalić, na kolana nie powalają. - Magiczka, wytrącona z odrętwienia, pośpiesznie zdjęła swój płaszcz, podchodząc te kilka kroków do najemnika. Całe szczęście za obszerny, mógł chociaż częściowo zakryć Dara i oszczędzić mu paradowania ulicami Królewca tak, jak go bogowie stworzyli.

                                                                            ~*~
Gdzieś w Keronii
   Mała rączka sięgnęła do sakiewki. Całkiem odruchowo, chwilę w niej grzebiąc. Przyjemny brzęk monet, zimny dotyk metalu, miękkość materiału, szelest papieru i jego szorstkość, przyjemna, chropowata powierzchnia kory, kawałek wosku, idealny do kształtowania w dłoni, okrągły kawałek liny. Najbardziej kuszący okazał się szelest. Dłoń cofnęła się, wyciągając kawałek papieru z sakiewki. Znaczyły go ciemne wzory z atramentu, tworzące góry, wzgórza, linie rzek, lasy i miasta.
   Oczka rozbłysły nagle rozbudzonym entuzjazmem. Mapa. 
   - Ojej… skąd to się tu wzięło?
   Huknęło, strzeliła smużka dymu. Sterta ubrań opadła na wilgotne od deszczu, gnijące liście. Mały człowieczek zniknął. Mapa, nietrzymana żadną rączką, lżejsza niż materiał, wolniej opadła na ubrania. Lekka mżawka, w jaką zamienił się deszcz, zrosiła kartę, rozmazała tusz, wypisane zdobionym pismem nazwy czyniąc nie do odczytania.
   Ubrania poruszyły się nieznacznie. Najpierw wyjrzał z nich trójkątny pyszczek opatrzony wąsikami, uszka ustawione po bokach główki. Zielone oczka błyszczały leciutko, gdy zwierzątko wygrzebywało się z tej sterty, ukazując walcowate ciałko zwieńczone długim, pokrytym łuskami i drobnymi włoskami ogonkiem. Futerko miał brunatne, dość pospolite, acz dziwnie mięciutkie, biała plamka zdobiła pierś i końcówkę ogonka, jak na szczurka drobniutki, zdawał się dopiero co wychodzić z wieku dziecięcego, podekscytowany, skakał dookoła, prawie jakby ktoś go nakręcił. Gdyby mógł mówić, niechybnie całe zdarzenie podsumowałby jednym zdaniem. Jeszcze nigdy nie miałem czterech nóżek i ogonka.

6 komentarzy:

Szept pisze...

[No to ja tak krótko - kocham szczurki. I jaka miła niespodzianka. Człowiek wraca, patrzy, a tu notka wisi. Darrusowa, szacuneczek i podziękowanie się należy. Kawał dobrej roboty przy korekcie - zapewne :D
To jaki short teraz?]

Olżunia pisze...

Czyżby pierwsza...?

Relacja na żywo: zaczyna się dobrze.
[...] miał na sobie spodnie, czyli nie było z nim jeszcze tak źle. Poprawka. Lepiej niż dobrze.
"A nuż" przez "u" zwykłe - to tak żeby się dwuznaczności nie wkradały. Tak samo "pokaż" przez "ż", jeśli chodzi o pokazywanie, nie karanie. Dobra, dość tej upierdliwości, lecimy dalej. xD
Wspólna izba świeciła pustkami i wyglądała, jakby ktoś przed chwilą wyrzucił stąd Midara. To jest najbardziej pojemne znaczeniowo porównanie ever.
Jest szczurza anatomia i szczurze odżywianie, kocham!
Cioteczka Mech. <3
Bardzo ładny przeskok z pierwszej części do drugiej, ujął me serce, serio.
"Walające się wszędzie bazgroły, fachowo nazywane artykułem i poważną prasą." Poważną. Prasą. Określenia niegodne Jedynego, Prawdziwego WPT. Gardzimy wyniośle.
"Kota od Aeda pożyczę!" - leżę i nie wstaję.
"Wzmożona aktywność czytelnicza gryzoni" - dogorywam.
"Kolekcjoner ani nie obrócił się, ani też nie dostrzegł nowego kroju swojego nakrycia głowy." Mama: Weź zmień te spodnie. Ja: Co? Dlaczego? Mama: Koty powyciągały ci nitki. Ja: No to co?
Szczur myślący jak Dar, zachowujący się jak Dar, opisywany jak Dar i czerwony jak Dar, tyle że z pamięcią złotej rybki. To jest zbyt. Wszystko zbyt.
"Cmokanie, wołanie po imieniu nie zawsze działało. Potrząsanie puszeczką z ziarnami i suszkami miało tę zaletę, że działało zawsze." > koty
"To prawie jak całowanie goblina albo gnoma; prędzej w tyłek kopnąć niż pomiziać." - umarłam, Zwój Wskrzeszenia proszę. Tylko taki wskrzeszający, nie zamieniający w kotoelfa, wystarczy mi sama świadomość bycia kotoelfem.
Niech ktoś kupi chuchrakowi takie sakiewki chroniące przed kradzieżą. xD I dla dobra chuchra, i dla dobra Odrina, bo nikt nie powiedział, że tamte plany były ostatnią rzeczą chuchra, jaką sobie przywłaszczył. A rzeczy chuchra też lubią ściągać kłopoty, tylko inaczej.

Podsumowując. Opisy, opisy i jeszcze raz opisy. Aaargh, opisy są najlepsze. Podoba mi się tempo, bo nawet jeśli zwalnia, to to spowolnienie buduje napięcie. Czyli robi robotę. A nade wszystko robi robotę fabuła, bo nie ma imperatywu fabularnego, jest za to granie zaskoczeniem i dawkowanie informacji w odpowiednich momentach.
To jest pisane jako całość czy składane? Bo jeśli składane... Nie, to niemożliwe.

Nie obrazicie się, jak powiem Wam, które napisałyście kilka porządnych cykli, że opko o szczurach podobało mi się najbardziej? Nie obrażajcie się.

Szept pisze...

[A pierwsza. Niedobra Szeptucha się nie liczy.
Cofam pochwałę, korekty nie było :P Dzięki, pani rzekomo upierdliwa, a poprawnie pani uważna i czujna. Poprawione.
Nawiasem, zdradzając sekret, pogryzienie obwolut to fakt. Autentyk i z życia wzięte. Tyle, że to była upierdliwa mysz, a jej celem padła moja kolekcja Tolkiena. Mina bezcenna. Mord w oczach też.
Kapelusz w sumie też, tyle, że w tej roli zastąpił mój ulubiony sweter, w którym Pirat wygryzł piękną dziurę jak raz nie dosunęłam drzwi szafki.
Cieszę się, że anatomia i odżywianie nie odstraszyły. Przez chwilę obawiałam się, że mogą.
Nie, nie było składane. Pisane typowo jako notka, krótki short dla rozrywki i lekkiego odmóżdżenia. Pierwotnie nawet nie miało tam być szczura, a mapa skarbów. Potem wyszedł szczur :D
Kocham ten komentarz i sposób, w jaki jest napisany, to tak nawiasem. Nie mogę się obrazić, bo sama chyba jednak twierdzę tak samo. Szczurzy dzień wymiata. Nie ma to jak shorty, a pisanie opowiadań typowo od 0 jest chyba jednak lepsze niż składanie ich z komentarzy. A jak mi się przyjemnie pisało :D A to, że opisy się podobają, mile mnie podbudowuje, bo dotąd myślałam, że mam z nimi problem.]

Silva pisze...

Tak, nawaliłam - czytając nie wychwyciłam błędziorów, które pokazałaś Aedówko; może powinnam zmienić okulary, bo te za słabe?
Shorty są... zadziwiająco fajne i dobrze się je pisze. Wiadomo, całkiem inaczej niż składańce, ale i tak mam pewien sentyment do Tarok, więc ono pierwsze, ale Szczurzy dzień jest pierwszy na liście najlepszych szortów -> bo jedyny xD
Ja teraz czekam na shorta Szeptuchy i Aedówki - chcę je przeczytać, serio dziewczyny.
Aedówko! "Potrząsanie puszeczką z ziarnami i suszkami miało tę zaletę, że działało zawsze." > koty" -> psy! :D

Szept pisze...

[Jedzenie działa na każde zwierzę :P Cholera, na mnie też działa
I proszę tu farby nie puszczać, mamy czas do grudnia. Z moim tempem to ja już powinnam zacząć.
Tarok jako cykl. Tak. Ale najlepsze opko to Dzień szczura. Inna sprawa, że wątki się pisze inaczej, notki inaczej. Wątki są spontanem, z którego często wyjdzie coś fajnego. Notka ma plan, jest bardziej spójna i mniej rozwleczona (nawet jeśli shortem nie jest). Przynajmniej ja mam takie wrażenie.
No i jednak... tu jest zwierzę. Tu jest szczurek. Szeptucha kocha zwierzątka. Wielbi szczurki i dziękuje Darrusowej za zaznaczenie, że szczurzy ogon łysy nie jest.]

Olżunia pisze...

Żadne "nawaliłam", po prostu napisałam na wypadek, gdyby któraś z Was nie wiedziała (to nie ma uwłaczać Waszej inteligencji, ja czasem zapominam, jak się pisze "ponieważ" albo żyję w przekonaniu, że "o żesz" jest poprawne - a przynajmniej żyłam do wczoraj). Jak przez przypadek, to luuuz.
Tylko że ja nie jestem pewna, czy to będą shorty... Pierwszy cykl, za który się biorę, ma co najmniej cztery części. Pierwsza część (a raczej jej fragmenty) ma na Google Drive 8 stron. Strach się bać, co się może z tego wylęgnąć. :I

Prawa autorskie

© Zastrzegamy sobie prawa autorskie do umieszczanych na blogu tekstów, wymyślonego na jego potrzeby świata oraz postaci.
Nie rościmy sobie natomiast praw autorskich do tych artów, które nie są naszego autorstwa.

Szukaj




˅ ^
+ postacie
Rinne Lasair