Przewodnik

Linki-obrazki

Misje
I. Więzi przyjaźni
Spotykasz po latach kogoś, kto dawniej był ci bliski. Wplątuje cię on w jakąś historię, która nie dość, że z czasem się komplikuje, to w dodatku budzi w tobie wątpliwości co do intencji przyjaciela.

II. Linia frontu
Kerończy natarli na Prowincję Demarską. Oblegany jest sam Demar. Jedni ludzie stają do walki, inni uciekają ze spalonej ziemi. Napastnicy, obrońcy i cywile. Po której stronie staniesz?

Opcjonalnie: Udział w buncie niewolników w Wirginii bądź inne miejsca walk.

III. Rekonwalescencja
W nie najlepszej kondycji trafiasz do wioski lub klasztoru. Wydaje ci się, że trafiłeś w dobre ręce i że wkrótce będziesz mógł opuścić to miejsce. Okazuje się jednak, że z pozoru życzliwi i uprzejmi ludzie skrywają przed tobą jakąś tajemnicę.

IV. Zabij bestię
Coś napada, nęka mieszkańców. Zawierasz umowę z wójtem - dostarczysz głowę bestii za określoną cenę. Okazuje się jednak, że stworzenie nie działa bez powodu - jest w jakiś sposób prowokowane przez mieszkańców.

Opcjonalnie: Bestia jest wrażliwa na hałas z karczmy albo ludzie naruszyli w jakiś sposób jej rewir (weszli na jej teren, zajęli leże ze względu na drogie surowce itp.)

V. Nielegalne walki
Dochodzą cię słuchy o nielegalnych walkach prowadzonych w okolicy. Położysz im kres czy może postanowisz wziąć w nich udział dla własnego zysku? Pieniądze nie leżą na ulicy.

VI. Zlecone zabójstwo
Dochodzi do zamachu, w wyniku którego ginie ktoś ważny. Podejmujesz się odnalezienia zabójcy – albo jego zleceniodawcy. Od ciebie zależy, czy dojdzie do aresztowania winnych, czy pomożesz im uniknąć kary.

VII. Egzekucja
W mieście lub wiosce szykuje się egzekucja. Znasz sprawcę albo sam doprowadziłeś do jego schwytania. Realizacja wyroku coraz bliżej.

Opcjonalnie: Z czasem nabierasz wątpliwości, czy skazaniec faktycznie jest winny i chcesz go uwolnić lub dochodzą cię pogłoski, że ktoś może chcieć uwolnić kryminalistę.

zamknij
Dodaj do WTP Spis kodów
Spis opowiadań
Kiedyś przyjdzie mi za to wszystko zapłacić... Weselicho, czyli tańcz, jedz i chędoż za darmochę! Oszukać czas. Oszukać przeznaczenie. Oszukać... siebie. Baśń o wolności: Preludium Świątynia Ażubora (1) Wszystkiego krówkowego! (okolicznościowa, krótkie opowiadanie "Motyw przewodni - Prezent". Ta dam, pamiętaliśmy! I - Wezwanie pomocy: alchemio, przybywaj! Gdy demon odzyskuje człowieczeństwo, przypomina sobie jak być człowiekiem. Nikt nie zna prawdziwego bólu do czasu aż nie straci kogoś bliskiego sercu. Niedopowiedziane historie Wendigo i Driada Szczurzy dzień (autor: Szept, Silva) Domek, zupa, sukkub i historia (autor: Elias) Sen i niespodzianki (autor: Elias) Boląca strata i niepokojący gość! (autor: Elias) Cienie i nowy przyjaciel (autor: Elias) Kruki (autor: Elias) Cienie i Starsze Dusze (autor: Elias) Zawsze jest kolejna tajemnica (autor: Silva) Zło Kor'hu Dull (autor: Elias) Złodziej Twarzy i Koszmar (autor: Elias) Królewiec (autor: Elias) Przed świtem (autor: Nefryt) Król Żebraków i nowe drzwi (autor: Elias) Akceptacja (autor: Elias) Nostalgia (autor: Nefryt) Nowa droga i niespodziewane wyznanie? (autor: Elias) Biały i zielony daje czerwony! (autor: Elias) Nowe wyzwania w nowym życiu (autor: Elias) Krąg tajemnic (autor: Elias) Jack (autor: Elias) Czasami to mrok daje najwięcej światła (autor: Elias) Trzy sceny o szpiegowaniu (autor: Nefryt) Morze bólu. Promyk nadziei ... (autor: Elias) Nie ma sensu szukać guza. Chyba, że jest się najemnikiem (autor: Silva) Sól (autor: Aed) Dyjanna Muirne: Miecz może być dowodem wszystkiego (autor: Zorana) Opus Magnum I (autor: Iskra) Uszatek i Kwiatek na tropie przygody: Przypadłość parszywej gospody (autor: Paeonia i Szept) Gdy gasną świece (autor: Zombbiszon) ... Najjaśniej płoną gwiazdy nadziei. (autor: Zombbiszon) Elias cz. 1 (autor: Zombbiszon) Elias cz. 2 (autor: Zombbiszon) Historia (autor: Zombbiszon)
zamknij

Chat

Devealan, wtorek pierwszego tygodnia
  Podobno jeden z Quingheńskich władców powiedział kiedyś, że będąc w Devealanie nie sposób się nim nie zachwycić. Darrus powiedziałby, że to gówno prawda. Było mu gorąco i pocił się od słońca pustyni, które prażyło od wczesnego ranka do samego wieczora; duchota i skwar były jeszcze mocniejsze, kiedy chodził odsłoniętymi ulicami, a na niebie nie było widać ani jednej chmurki. Nawet wiatr nie przynosił ukojenia; był ciepły i niósł ze sobą drobne ziarenka piasku, wdzierające się pod ubranie.
  Spodnie kleiły mu się do tyłka; koszula przywierała do pleców i ciągle chciało mu się pić. Skóra swędziała od potu i jedyne, o czym marzył w tej chwili, to kąpiel w zimnej wodzie i pójście posiedzieć w najgłębszej piwnicy miasta. Drażniły go zapachy i kolory, którymi Devealan był przepełniony, a od tego ciepła tak bardzo nie chciało mu się nic robić...
  Ziewnął, szeroko rozdziawiają swoją paszczękę. Siedział w cieniu zadaszenia na kamiennym murku, obserwując ruch na ulicy. Chociaż nie minęło jeszcze południe i wciąż trwała najgorętsza godzina, ludzie dokądś się śpieszyli, gdzieś zmierzali, z czymś wracali. Widział kobiety i mężczyzn o ciemniejszej skórze, ubranych w te długie, powłóczyste stroje znane tylko w Wirgini. Łatwo odróżniał niewolników od wolnych mieszkańców; wychudzeni, zaniedbani, sunęli jak cienie za swoimi właścicielami.
  Obcych wyróżniających się w tłumie też było sporo. Słyszał wiele języków, nawet takie, które były dla niego tylko przypadkowym zlepkiem słów, jedynie bełkotem. Brzęczało jak w ulu. Do jego uszu dolatywały różne akcenty, a oczy widziały inne stroje, odcinające się na tle Wirgińczyków. Bokiem przemknął nawet jakiś krasnolud, widział też elfa w podróży. Jasna skóra obcych wyglądała niepoprawnie wśród mieszkańców i niewielu przyjezdnych robiło coś, by wpasować się w tłum; ich wygląd krzyczał, że są tu tylko na chwilę, że zaraz się stąd wyniosą. Ponad tym wszystkim, nad dachami, górowały cztery smukłe wieże pałacu królewskiego.
  Brzeszczot przeczytał gdzieś, albo usłyszał, że Devealan to miasto kontrastów. Można je albo kochać, albo nienawidzić. On zdecydowanie czuł złość na duszne miasto, na klimat, na słońce nad głową, na wszystko wokoło.
  Ziewnął jeszcze raz, zasłaniając dłonią usta; sięgające ramion włosy spiął w byle jaki kok na czubku głowy, koszulę miał rozpiętą, a spodnie podwinięte. Skórzane karwasze i kamizelkę musiał wepchnąć do torby, bo by się w nich upocił. W jukach miał upchnięty płaszcz i cieplejsze ciuchy. Zrezygnował nawet z sowiej zapinki i rodowego pierścienia, choć wciąż miał je przy sobie, w sakiewce.
  Był zmęczony i znudzony tym całym czekaniem. Przybył tu przedwczoraj razem z Szept. Magiczka miała w okolicach Devealanu do załatwienia jakieś ważne, elfie sprawy, w które go nie wtajemniczyła, bo nie mogła, a Dar miał na nią poczekać w mieście. Mówiła, że te ważne elfie sprawy mogą trwać nawet tydzień, więc powinien czymś się zająć do chwili jej powrotu. Posłuchał jej, co by przez to oczekiwanie w bezruchu się nie roztopić. Wolał nie skończyć jako smażony mieszaniec, a dodatkowe złoto w sakiewce zawsze było mile widziane. Tyle tylko, że do spotkania w gildii zostało jeszcze taaak dużo czasu…

Devealan, piątek pierwszego tygodnia
   “W Devealanie zaginęła mała dziewczynka. Rysopis zaginionej: czarne włosy splecione w warkocz, żółta sukienka. Cecha rozpoznawcza to znamię na prawym ramieniu w kształcie księżyca. Ostatni raz widziana w okolicy dworu Arhinów”.

   Brzeszczot zwinął pergamin i popatrzył na tego, który mu go podał. Najemnik, el-lemnanv. Mężczyzna miał ciemną karnację, typową dla mieszkańców miasta, był niewiele niższy, za to lepiej zbudowany i bardziej umięśniony. Przypominał trochę Jaruuta w pomniejszeniu. I musiał dostać kilka razy w nos, sądząc po jego krzywiźnie. Brody nie nosił, oczy miał w kolorze ziemi i w ogóle patrząc na niego, człowiek miał wrażenie, że to całkiem sympatyczny facet jest. Nosił się jak większość najemnych mieczy. Głowę miał ogoloną, a na łańcuszku wisiał znak tutejszej gildii najemników; poszczególne kolory krążka oznaczały stopnie, ale Dar nie potrafił ich określić. Przy pasie miał dwa ostrza; jatagan, który nosili tutejsi najemnicy i handżar, krótki sztylet. Obok zwinięty ciasno, wisiał bicz.
   - Egil?
   - No. - Chwila zawahania, zastanowienia czy to czerwone włosy, czy raczej rude, po czym padło pytanie: - Brzeszczot?
  - Ano. - No to poznanie mieli już za sobą. Gildia najemników w mieście, kiedy Dar tam przydreptał za robotą, przedstawiła mu ofertę odnalezienia dziewczynki, wyjaśniła warunki, w tym partnera, który był wymagany, bo przecież we dwójkę lepiej się szuka, i wyznaczyła ich miejsce spotkania; na końcu to oni wypłacą im sakiewkę pełną monet jakiegoś tam W., nie wnikał. - To co, idziemy na kufelek piwa? Poznać się trzeba, obgadać szukanie małej, a przy truneczku najlepiej. - Bo przecież nie będą o suchym pysku rozmawiać i to w pełnym słońcu; Dar już się spocił jak świnia. - Tylko weź wybierz chłodne miejsce, dobra?
   - Gorąco, co Keron?
   - Czy ty mnie właśnie obraziłeś?
   Egil roześmiał się wesoło, klepiąc mieszańca po ramieniu. - Jesteś z Keronii, czyli dla nas zawsze będziesz Keron. Trzeba cię nauczyć naszego języka. Kosave to karczma.
   - A macie tu miód?
   - Kron! Najlepszy jest u Koślawego. Chodź, bracie z Keronii!

  Karczma u Koślawego wyglądała jak każda inna karczma, tylko właściciel był całkiem odmienny. Karzełek, którego wszyscy nazywali Koślawym, bo utykał po złamaniu, tak naprawdę miał na imię Jerk i urodził się w rodzinie piwowarów, a karczma przechodziła z ojca na syna już od kilku pokoleń. Miał dwie siostry i jednego brata; tatkę pochował trzy lata temu, a matkę ledwo pamiętał, bo zmarła przy porodzie najmłodszego syna. Zastanawiał się też nad otwarciem drugiej karczmy, ale nie był do końca pewny, czy tego właśnie chce. Myślał też o przeprowadzce na Wirgiński But, do Iluny, jednak nie umiał zostawić za sobą rodzinnego domu. Tego wszystkiego Dar dowiedział się od Jerka, którego nazwałby poczciwym gadułą, do tego piekielnie inteligentnym, ale karzełek był też wesołym chłopem, który nadrabiał brak wzrostu wszystkim innym, a przegadać go chyba nikt nie potrafił. I miód miał naprawdę zacny.
  - Powiadasz pan, że w Keronii macie śnieg? - Dla kogoś, kto nigdy nie opuścił Devealanu nawet na chwilę, inne kraje były czymś, o czym mógł usłyszeć wyłącznie z opowiadań wędrowców. Jerk uwielbiał słuchać takich historii, może dlatego jego karczma zawsze przyciągała podróżników. - Mówili mi o tym, ale wciąż nie mogę sobie tego wyobrazić.
   - Czekaj, cicho Koślawy. - Egil machnął ręką przed nosem karzełka, chcąc by przestał pytać o pierdoły. Cała trójka siedziała przy ladzie, przy kuflach z miodem i wcale nie rozmawiali o odnalezieniu dziewczynki, bo zeszło im na obyczaje i różnice kulturowe. - Nie wmówisz mi, że u was nekromancja jest mile widziana i jej nie tępicie. O nie, kłamiesz mi tu.
   - Znam jednego nekromantę. - Dar pociągnął łyk trunku. - Wołają go Ciapa, kompletnie sobie nie radzi ze swoim szkieletem, który nosi przy sobie i wcale nikt nie chce go powiesić. No, może poza Myśliwymi, ale ci to nie lubią żadnej magii.
   - Szkielet? Na bogów! Jesteście dziwnym narodem.
   - My? - Teraz to Dar się roześmiał. - Wy jecie rybie mięso wsadzone w beczkę, którą zakopujecie na pół roku w piaskach. To dopiero obrzydlistwo.
  - Ty mówisz o liha-vana. Chcesz spróbować? - Jerk już się podnosił, by przynieść najemnikowi gnijące ryby, których mięso skruszało i wcale nie śmierdziało zgnilizną, jak twierdzili niektórzy obcy.
   - Żaden Keron tego nie zje. Za mięcy są.
   - Dajcie mi kaczkę, to zrobię wam naszą czarną polewkę - Dar wcale nie był zgorszony. - Ciekawe który z was zje, cwaniaczki.
  - Mówisz o gulaszu? - Koślawy poczuł nutkę zaciekawienia, która szybko minęła, kiedy usłyszał odpowiedź.
   - O polewce z krwi kaczki.
   - Fuuj! - Egil skrzywił się na samą myśl o jedzeniu czegoś takiego. - Dziwni jesteście. I macie olbrzymy.
   - Wolę naszych wielkoludów niż piaskale. Człowiek lezie wydmą i nigdy nie wie, kiedy go coś zeżre. - Mieszaniec pamiętał dolinę piaskali i plemię, które je czciło, modląc się do nich i składając im roślinne ofiary, korzystając z tych potworów jak z koni.
   - Są tylko w dwóch dolinach. - Karzełek machnął ręką. - Pod oazy nie podchodzą, bo unikają wody.
   - Jakiś przyjezdny powiedział mi, że wy przed ożenkiem pytacie ojca wybranki o zgodę, prawda to? - Egil okazał się studnią pełną pytań.
   - Taki zwyczaj. - Dar przez chwilę przyglądał się, co robi dziwnie milczący Jerk. Nie podobał mu się uśmiech na jego twarzy, taki niepokojący i łobuzerski, jakby karzełek zaraz miał na blat wyciągnąć śmierdzące, zepsute ryby. - Przynosimy też podarek dla matki. A wśród rodów męża czy żonę wybierają ci rodzice.
   - Ale dziwnie. - Młodzik nie potrafił sobie tego wyobrazić, za to do głowy przyszło mu kolejne pytanie: - A jak ja kocham jakąś inną?
   - Wtedy masz problem. - No i jak tu wytłumaczyć zawiłości rodowych małżeństw i wszystkie związane z nimi problemy. - Dla niektórych dobro rodu i powiązania są ważniejsze niż uczucia dzieci.
   - Ciężko tam u was…
   Jerk przestał się krzątać i postawił przed najemnikami butelcynę z jakimś czerwonawym, mętnym płynem, a obok dwie szklanice. - Robimy tu gorzałkę z kaktusów.
   - Powiedz, że nie pływa w niej robal…
   - Larwa, dodaje słonawego smaczku. - Strzelił korek, kiedy karzełek wyciągnął go z butelki - Wypijmy za różnice kulturowe, panowie! Zdrowie!

Devealan, środa drugiego tygodnia
   Znaleźli ją. W końcu, po tylu dniach, trudach wreszcie się im udało. Niepotrzebnie nadłożyli drogi, aby popytać przy dworze Arhinów. Niczego się tam nie dowiedzieli; ktoś widział po zmroku dziewczynkę w żółtej sukience, ale nie pamiętał dokąd poszła; ktoś inny zapamiętał czarnowłosą panienkę i nic więcej. Zmarnowali tylko czas. Mogli od razu skorzystać z ulicznych informatorów, nie pytać na własną rękę, szybciej dowiedzieliby się, że trzeba iść do dzielnicy biedoty, na nabrzeże. Ale w końcu im się udało. Znaleźli tę, której szukali od tylu dni. Tylko, że dla Brzeszczota wszystko się skomplikowało.
   Siedzieli trzeci dzień w rybackiej chatce, w sercu dzielnicy biedoty; licha, trzeszcząca szopka, śmierdziała rybą i wilgocią. Szczęście, że w Develanie deszcze były wielką rzadkością, bo dach miał dziury wielkości pieści dorosłego mężczyzny. Okna pozasłaniano szmatami, a szyby były utytłane brudem i tłustą smołą; o klepisko od dawna nikt nie dbał, pajęczyn nie ściągano - licha, zapomniana chatka, której nikt nie potrzebował. To Egil ją wybrał, aby mieć gdzie przetrzymać dziewczynkę do czasu przybycia zleceniodawcy, w końcu najlepiej znał miasto. Teraz sam wyszedł po chleb i owoce.
   Gildia najemników kazała im przetrzymać dziewczynkę. Zleceniodawca chciał ją sam odebrać i nie miał zamiaru tego robić w tłumie ludzi albo własnym domostwie. Jeśli była kłopotliwym bachorem, nic dziwnego. Kazali ją związać, aby nie nawiała i przetrzymać, więc to zrobili. Dziewczynka początkowo gryzła, kopała i wierzgała, ale o dziwo się nie darła; być może to te ziółka Egila zadziałały.
   Brzeszczot pilnował dziewczynki. Źle znosił miejscowe upały, ciągle mu było zbyt gorąco i cały czas chciało się pić. Nawet spięte i zwinięte w kok włosy sprawiały, że głowa mu niemal parowała. Pocił się, a podwinięte rękawy koszuli tylko potęgowały to uczucie. Gdyby tylko mógł, ściągnąłby buciory i chodził na boso, ale ulice Develanu do tego nie zachęcały.
   Przed nim, na rozchybotanym, obdartym z farby zydelku, siedziała dziewczynka. Miała nie więcej niż czternaście lat. Nieco pyzata buzia umorusana była kurzem i brudem, miała kilka piegów na nosie; włosy, kiedyś w kolorze kruczych skrzydeł, musiała źle pofarbować ochrą i korą, bo kilka pasemek wciąż było ciemnych, a cała reszta mocno brązowa. Były źle ścięte, krzywo, w pośpiechu; pewnie złapała je przy skórze i ucięła nożem. Teraz, kiedy nie nosiła czapki, było to jeszcze bardziej widoczne. Przebrana za chłopaka, też sobie wymyśliła. Chociaż jej drobne, chude ciałko wcale aż tak się nie wyróżniało w podartych, zniszczonych spodniach i byle jakiej koszuli, na którą zarzuciła wełnianą kamizelkę. Żółta sukienka pewnie przepadła.
   Siedziała na zydelku ze związanymi w tyle rękoma, z rozdartą koszulą i odsłoniętym prawym ramieniem, na którym widniało znamię w kształcie księżyca; nieco nieregularny, ciemny sierp odznaczający się na jasnej skórze. Egil rozrywając rzemienie, już ich nie poprawił. Dziewczyna przestała już szlochać, nie błagała, by ją wypuścili, nie odezwała się słowem odkąd ją związali. Trwała nieruchomo, patrząc pod nogi, jakby nic do niej nie docierało.
   Brzeszczot przestał się jej przyglądać; siedział oparty o ścianę z zamkniętymi powiekami i wyciągniętymi przed siebie nogami. W przytłumionym świetle, wyglądał jakby spał. Nic bardziej mylnego. Nie potrzebował wzroku, by wiedzieć, co się dzieje wokół niego, wystarczył mu słuch, aby to stwierdzić. Wszystko wydawało dźwięk, a on mógł go usłyszeć.
   Dziewczynka uniosła głowę; jej jasne oczy już dawno przyzwyczaiły się do półmroku i chociaż światło dzienne wpadało tylko przez dziury w dachu, widziała siedzącego pod ścianą najemnika. Czerwone włosy upięte na czubku głowy rzemieniem, szczupła, miła dla oka twarz, chociaż wcześniej ją przerażała. Był blady jak na tutejsze standardy, musiał pochodzić zza gór; nikt stąd nie miał tak jasnej skóry, pustynne, mocne słońce opalało każdego, prędzej czy później. Ciekawe ile miał lat, wyglądał młodo, chociaż jego dłonie były szorstkie, kiedy ją wiązał. Nie był tak dobrze zbudowany jak ten drugi, ale był od niego zwinniejszy. Nie tak narwany i porywczy. I więcej miał w głowie, widziała to w jego miodowych oczach.
   - Nie pilnujesz mnie. - Głos miała lekko zachrypnięty. - Śpisz, panie najemniku?
   - Skąd wiesz, że nim jestem?
  - Szukałeś mnie dla tego strasznego człowieka. - Poruszyła się nieznacznie, próbując znaleźć lepszą pozycję, jakby taka w ogóle istniała w tej sytuacji. Zaczynały jej cierpnąć palce, a poruszenie dłonią stało się niemal niemożliwe. Skrzywiła się, kiedy powoli, wolno zaczęła podnosić jeden palec, a potem drugi. - Wujek mi opowiadał, że tylko najemnicy robią takie rzeczy. Ale ty nie wyglądasz, wiesz? Widziałam kiedyś najemników, jak przychodzili do wuja. Byli wielcy jak góra, bardzo brzydcy i strasznie śmierdzieli. I mieli miecz. Ty też taki masz?
   - Wolę coś mniejszego. - Uniósł jedną powiekę, zerkając na dziewczynkę. Gaduła? W takiej sytuacji? - Mówisz do mnie, bo próbujesz rozwiązać supły? - Ale nie słyszał ocierających się o siebie włókien lnu, nie było szelestu skóry. Czyżby mówiła, aby zagłuszyć własny strach? Oddychała szybciej, na policzkach miała ślady po łzach, a mina wcale nie wyglądała na zadowoloną, była raczej przybita i smutna. - Nie ważne. - Machnął ręką. - Czemu wyznaczono za ciebie cały mieszek złotych monet? - Mogła być krnąbrną córeczką, która uciekła z domu, mogła nie chcieć wychodzić za mąż, mogła mieć taki kaprys, by zwiać, mogła coś ukraść, mogła coś zobaczyć, mogła być niechcianym dzieckiem, mogła być osobą, której należało się pozbyć. Było wiele możliwości. Facet pisząc zlecenie nie wdawał się w szczegóły, płacił przez gildię, robota była prosta, a czasami po prostu lepiej było nie wiedzieć, nie znać motywów. Tak żyło większość najemnych mieczy.
   - Moja mama jest chora. Chciałam poprosić tatę o pomoc. Ale on mnie wyrzucił z dworu. Dawno go nie widziałam, wiesz? I nie chciał mi pomóc. Nazwał mnie jakoś tak dziwnie… To on mnie szuka, tak? Może się o mnie martwi?
   - Z tego dworu w dzielnicy El-ehmro? - Dar otworzył drugie oko; teraz poczuł się zaciekawiony.
   Dziewczynka kiwnęła tylko głową, pociągając nosem.
   - Twój ojciec jest z Arhinów?
   - Ja nie wiem… Mama kazała mi tam iść, to poszłam. - Jej głos się zmienił, barwa i ton brzmiały inaczej, jakoś tak… dziwnie, przyjemnie dla ucha.
   - Czyli on chciał cię znaleźć... - Niewiarygodne, ale bardzo możliwe, że ta mała dziewczynka może być nieślubnym, niechcianym dzieckiem jakiegoś Arhina, który postanowił się jej pozbyć, aby zatrzeć ślady swoich małych grzeszków. Ale czy posłużył by się gildią i otwierał oficjalne zlecenie dla pozorów normalności?
   - Może mnie szuka, by pomóc mamie. - W jej głosie zabrzmiała nadzieja. - Chciałabym ją zobaczyć, panie najemniku. - Pociąganie nosem zamieniło się w kilka łez, które popłynęły jej po twarzy, by zaraz przerodzić się w cichy szloch. - Niech mnie pan wypuści… - załkała. - Chcę do mamy...
   Brzeszczot patrzył na nią już nie tylko z zaciekawieniem, ale pewną troską, której się nie spodziewał i nie do końca rozumiał. Nie wiedział skąd się wzięła i nie pojmował, czemu poczuł chęć, aby ją wypuścić i odprowadzić nie do ojca, a do matki. Dlaczego zapragnął jej pomóc, zapominając o brzęczącej, pełnej sakiewce. Musiał ją uratować, po prostu musiał. - Jak masz na imię? - To pytanie przesądziło o wszystkim, już zdecydował.
   - Lana.
   - Słuchaj Lana, pomogę ci, dobra?
   Dziewczynka pokiwała głową, ale nie potrafiła uśmiechnąć się przez łzy.

Devealan, piątek drugiego tygodnia
   Wszystko się popsuło i nic nie trzymało się kupy. Wszystko było nie tak, jak powinno i nic nie zgadzało się z tym, czego oczekiwali. Pewniki stały się niewiadomymi, a pytania, których wcześniej nie było, zalewały głowę. Pojawiła się niepewność i wątpliwości. Misja, która miała być tylko prostym odnalezieniem dziewczynki, właśnie się skomplikowała.
   Na drewnianym zydelku siedziała Lana. Trzęsła się, rozmasowując palcami lewy nadgarstek, na którym odcisnęła się konopna lina, przecierając w niektórych miejscach skórę; więzy zostały przecięte, leżały teraz u jej bosych stóp.
  Obok, całkiem niedaleko, na klepisku leżał Egil. Z poderżniętym gardłem, w kałuży własnej krwi, z uniesionymi powiekami, z pytaniem, którego już nigdy nie wypowie na zimnych ustach. Martwy.
  Brzeszczot siedział pod ścianą, ocierając z twarzy czerwoną posokę; w ręce trzymał dziadkowy sztylet, z którego kapały rubinowe krople. Oddychał szybko, jego pierś unosiła się w górę i w dół, jak po długim i męczącym biegu. Zabił Egila, rozwiązał dzieciaka i… zbyt dużo emocji - Kurwa… na obwisłe cycki Fortuny…
   Nic nie poszło tak, jak powinno. Wszystko się pochrzaniło.
   Skrzypnęło krzesło; to Lana się podniosła, rozprostowując plecy, zastane od siedzenia w jednej pozycji. Była niska jak na swój wiek, jeszcze drobniejsza w przyćmionym świetle brudnego okienka. - Naprawdę… - zwróciła się do najemnika swoim dziecinnym głosem, po kilku krokach klękając przed nim. - Uratowałeś mnie. Uwierzyłeś mi. Myślałam, że mnie zabijesz… - kiedy Dar na nią spojrzał, uśmiechnęła się; szczerze, chociaż ze zmęczeniem i łzami w oczach. Trzęsła się, ale nie z zimna. Wciąż się bała. Była taka drobniutka. - Naprawdę mnie uratowałeś… - powtórzyła i rozpłakała się jak przysłowiowy bóbr, a łzy płynęły jej po policzkach, ścierając kurz i brud z twarzy.
   - No już maleńka, nie płacz. Ciiii... - Odrzucił sztylet i odruchowo przygarnął rozpłakaną Lanę do piersi, głaszcząc ją po włosach, kołysząc w ramionach. - Wszystko będzie dobrze. Pomogę ci, obiecuję.
   Dziewczynka załkała, nie przestając się trząść. Trzymała się kurczowo najemnikowej koszuli, aż knykcie jej zbielały. Dławiąc się własnymi łzami, nie mogła powiedzieć słowa, chociaż pełna była emocji. Chciała mówić, krzyczeć, ale kiwnęła tylko głową. A gdyby ktoś mógł zobaczyć jej oczy, nie dostrzegłby w nich tych wszystkich uczuć, które szarpały ciałem; były spokojne, jak tafla jeziora.
   - No już, cichutko. - Lana pociągnęła nosem, mocząc najemnikowe ramię. Uspokoiła się trochę, już się tak nie trzęsła i nie dygotała jak w febrze. Oddech też miała równiejszy. - No widzisz, dzielna dziewczynka. Już lepiej?
   - Lepiej to dopiero będzie. - Głos dziewczynki nagle się zmienił; był poważny, mocny, jakby mówiła dorosła kobieta, ociekał zimnem; zniknęła z niego niepewność, dziecinność i strach. Tak nie mówiły czternastoletnie dziewczynki. - Wpadł pan, panie najemniku. - Usta Lany się uniosły i nim Brzeszczot zdążył zareagować, poczuł jak łapią go silne dłonie, jak unieruchamiają, a w szyję wbijają się ostre kły.
   Wampir pił jego krew, osłabiając go coraz bardziej; im dłużej to robił, tym bardziej kręciło mu się w głowie, tym mocniej opadały powieki. Próbował ją odepchnąć, tę małą dziewczynę, której chciał pomóc, ale zwyczajnie nie miał sił. Miała cholernie mocny uścisk, jak olbrzym. Był w jej dłoniach jak szmaciana laleczka. A ona wciąż piła, a powieki robiły się coraz cięższe, aż w końcu opadły i…

Devealan, chwilę później

   Na terenie Wirginii żyło wiele ras, także wampiry uważane za zdrajców ojczyzny. Postrzegani jako najwięksi złoczyńcy, funkcjonowali nocą, uciekając od światła dnia, które odbierało im nieśmiertelność. Mieszkali w ludzkich miastach, dostosowując się do warunków, także w stolicy kraju.
   Lana otarła rękawem usta; słodka, pożywna krew napełniła jej żołądek, wywołując spełniony uśmiech na twarzy. Zerknęła na zabitego mężczyznę; taka szkoda, taka strata dobrej, świeżej posoki młodego Egila. Nieruchoma, martwa ofiara nie była już tak atrakcyjna, a wśród wampirów przyjęło się powiedzenie, że na umrzykach ucztuje tylko biedota.
   Czerwonowłosy oddychał słabo, nierówno, ledwie dosłyszalnie; wypiła z niego tyle, ile potrzebowała, a to, co się z nim teraz stanie, już jej nie interesowało. Jej słodki, kuszący głos oczarował kolejną ofiarę, a zmiana osobowości i udawana niewinność tylko jej pomogły. Znowu oszukała, znowu zagrała w swoją ulubioną grę i wygrała.
   Poza tym, wypełniła swoje zadanie. Przeszła inicjację, jaką każdy wampir musi odbyć w wieku czternastu lat. Miała uknuć intrygę, zwabić dwójkę mężczyzn i wypiwszy ich krew, zabić i powiesić, odcinając uszy i nosy. I zrobiła, co jej nakazali starsi. No prawie, musiała jeszcze poodcinać co nieco i napiwszy się ostatni raz, pozbawić życia czerwonowłosego. Nikt nie musiał wiedzieć, że jeden nie zginął z jej ręki, choć powinien. Nikt nie musiał wiedzieć, że...
   Lana złapała się za pierś, w miejscu, gdzie kiedyś biło jej serce. Teraz tkwiło w nim osikowe ostrze, obwiązane rzemieniem, by poprawić uchwyt palców, z wypalonymi, czarnymi runami. Na jej twarzy malowało się zdziwienie, niedowierzanie. Znała tę broń. Służyła do likwidowania tych, którzy zawiedli. Oni… obserwowali ją. Musieli widzieć. Zawiodła...
   Kupkę popiołu rozwiał wiatr, wdzierający się do rybackiej chatki każdą dziurą i szparą, omiatając ciało martwego mężczyzny i nieprzytomnego najemnika.
   Brzeszczot nigdy nie miał się dowiedzieć, dlaczego to zlecenie tak cholernie się spieprzyło. Czemu zamiast ludzkiej dziewczynki, ktoś szukał wampira, czemu zginął Egil i dlaczego sam stał się posiłkiem dla krwiopijcy. Zleceniodawca, który kazał na siebie mówić W., zniknął i nikt nie wiedział, gdzie się podział. Nie było też złotych moment w sakiewce, zostały tylko dwie dziurki na szyi i rosnący siniec.
   Wszystko się pochrzaniło.



___________________________________
Niby prosta misja, a troszeczkę się skomplikowała, prawda? Ot to moja interpretacja, nie chciałam iść szablonowo.
W opisie rasy nie było nic o przemienianiu. Założyłam więc, że nie każde ugryzienie powoduje przemianę. Spokojnie, boskie pośladki nie będą wampirzymi pośladkami.
Ojcostwo Arhina było tylko manipulacją/intrygą wampirzycy, jednym słowem: kłamstwo.
Pani kochana recenzentko: cześć i chwała ci na wieki! Za burzę mózgów i odpowiednie motywowanie i że mogłam się wygadać, szukając drogi tej notki :) Ludziska, nawet nie wiecie, jak to jest fajnie mieć swoją własną, cudną, panią recenzentkę. Szeptucho powiem ci: słowo i poezja!

11 komentarzy:

root pisze...

Podoba mi się ;) Przyznaję, że do końca nie dało się przewidzieć, co z tego wyniknie i jakie będzie zakończenie. A same wampiry stosunkowo rzadko gdzieś tu się pojawiają, więc to trochę jak przyjemna odmiana.
Notka przyjemna w odbiorze, płynnie i lekko się czytało. Podoba mi się taki styl, nic na siłę, tak naturalnie.

Szept pisze...

I co ja mam powiedzieć... jak ty już wiesz wszystko, co miałam do powiedzenia.
Kocham sposób, w jaki poprowadziłaś akcję. Z niby zwykłego, sztandarowego zlecenia zrobiło się coś zupełnie nieprzewidywalnego. Nawet mój mózg - lekko śpiący, nie widzi tu nieścisłości i naciągania akcji.
Uwielbiam lekki sposób, subtelny, w jaki zaznaczasz, że Dar dostał się pod wpływ wampirzycy.
To, że jestem pod wrażeniem twoich opisów i budowania fabuły, to już wiesz i wcale nie od dzisiaj. Ten short, misja, tylko potwierdza moją już z dawna ugruntowaną opinię. Z poprawną korektą poczekaj jednak lepiej na Aedówkę, bo ja czasem nie wyłapuję ortografów :P
Wiem, że krótko, ale prawda taka, że komentarz szedł na bieżąco i teraz ciężko mi to wszystko zebrać do kupy. Generalnie, genialnie.

P.S. Nadal utrzymuję, że te ryby gniją. Surowe, oślizgłe, szarzejące, zieleniejące i niechybnie z pasożytami rybie mięso. Pychota. :P Już wiem, czemu Szept nie przepada za Wirginią.

Silva pisze...

Root Bardzo się cieszę, że nie było pogubienia się w meandrach tej notki. W pewnym momencie miałam tyle pomysł, że ktoś musiał mnie przystopować i powiedzieć, że przesadzam. I przyznam się, że początkowo to miała być dwuczęściowa notka, całkiem normalna, z ludźmi. A że w połowie pisania do głowy przyszedł mi wampir, to już inna sprawa :D Wiesz, że też uznałam je (wampiry) za mało wykorzystywane? Nie lubię ich wizji tutaj, na blogu, zresztą książkowe też mi nie odpowiadają za bardzo, ale skoro Lana tylko w tej jednej notce ma być, to machnęłam ręką i mówię :a co, niech zostanie, będzie ciekawiej" :D

Szeptucho Wisz, Dar jest wrażliwy na magię/kuszenie przez dźwięk, a nigdy tego w pełni w notce żadnej nie wykorzystała, więc postanowiłam teraz. Kurde, same pierwsze razy tu mam :D Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że to subtelne kuszenie było jednak wyraźne w tekście.
Kurde, dwie recenzentki: Szept i Aedówka - ja to mam dobrze :D
A nie poprawiłam tego? Że gniją, bo może mi nie zapisało... Dar też przestanie za Wirginią przepadać; ich jedzenie jest fuj i be, chociaż pewne rzeczy całkiem fajne są dla niego. Pomijając, że ja całe życie na blogu pisałam Develan, a tu patrzę na misję i pisze Devealan i konsternacja i mina pod tytułem "ale jak to?" :D

Sorcha pisze...

Powiem Ci, że nieziemsko mnie wciągnęło. Początkowo te rozmowy w karczmie nie zapowiadały, że będzie aż tak świetnie, a tu nagle bach! Najpierw zrobiło mi się żal Lany i pomyślałam, że biedny Darrus, on to ma szczęście do niańczenia dzieci, ale dobrze, że jej pomaga, a nagle taki zwrot akcji. Aż mnie zmroziło. No i to takie zastanawiające zakończanie, niczym w horrorze, że jeszcze coś się wydarzy, a ty sobie uważaj. Naprawdę, jestem pod wrażeniem!

Nefryt pisze...

"Podobno jeden z Quingheńskich władców powiedział kiedyś, że będąc w Devealanie nie sposób się nim nie zachwycić. Darrus powiedziałby, że to gówno prawda". – kocham. Oczami wyobraźni widzę Devealan i tym bardziej kocham. Swoją drogą, ten – nie wiem, jak to nazwać – cynizm? Postaci mnie powala. W wypadku Dara i Luciena (stare doświadczenia) jest tak wiarygodnie opisany, tak… niepretensjonalnie, że aż fajnie.
"- Gorąco, co Keron?
- Czy ty mnie właśnie obraziłeś?" – padłam. Dar nie znający języka w Wirgini to prawie jak moja Nef w Quinghenie… choć w wypadku Dara jest śmieszniej.

Ogólnie mówiąc, podobało mi się. Na początku podejrzewałam, że z Laną jest coś nie tak. Potem, przez chwilę, kiedy Dar ją uwolnił, pomyślałam z niejakim zdziwieniem, że jednak wszystko jest okej... a potem taki fabularny zakręt. Dobre.

Silva pisze...

Sorcha, ta notka żyła własnym życiem i tworzyła się na bieżąco, ale bardzo się cieszę, że nie zanudziłam, nie zamotałam i wsio jasne było i się podobał :)
Nef, a tu Ci się przyznam, że opis stolicy całkiem ładnie wpasował się w początkowe wrażenia najemnika. A pierwsze zdanie to już w ogóle, musiałam użyć i nie było mowy, bym odpuściła. Wirgiński Dara... cóż, będę mu musiała kiedyś naukę u kogoś załatwić, żeby chociaż wiedział, czy go obrażają, czy nie.

Nefryt pisze...

Silva, Shel zgłasza się na ochotnika. Nauczy Dara wirgińskiego w zamian za lekcje kerońskiego. Albo sztuki dogadywania się z elfami... choć z tym ostatnim to nie wiem, czy powinien uderzać akurat do Brzeszczota :D

Silva pisze...

On już dorósł! Teraz uważa, że elfy z jego rodu są fajne, a te inne to wciąż niekoniecznie xD Nie... on się z nimi nie dogaduje. Może zapłaci Shelowi w miodzie?

Nefryt pisze...

Tylko czy on taką zapłatę przyjmie..? Po tym, jak swego czasu Isleen zobaczyła go ekhem, dość mocno pijanego, chyba się będzie bał dotknąć do miodu - tzn. w sensie trunku xD

Szept pisze...

A ja nie wiem, czy poprawiłaś, tak rzuciłam, bo mi przypadło do gustu. Nazwij to osobistym shizem.
Sława!

Olżunia pisze...

Bo sobie na deser zostawiłam, Babciu Sowo, na deser!

"Spodnie kleiły mu się do tyłka" - tak bardzo uroczo się zaczyna. <3 #pośladki
"Ważne, elfie sprawy"? Bardzo ważne kocie sprawy! Bardzo ważne sowie sprawy!
"Wolał nie skończyć jako smażony mieszaniec", nie przekonało go nawet zmarznięcie na kość w Runn. A to ci dopiero sceptyczny najemnik.
Podoba mi się pomysł na oznaczenie rangi najemnych. I są nazwy broni, kocham. I się dokształcam. XD
Ale, ale! Świnie się nie pocą i są bardzo czystymi zwierzętami! Co to za niegodziwe insynuacje?
Jerk kupił mnie od razu, całą. Taki kochaneczek z niego. Zastanawia mnie tylko, w jakim języku gadał z Darem.
Przy wzmiance o ziółkach Egila zaczęłam mocno wątpić w ich metody. xD
Babciu Sowo, jesteś moją mistrzynią plot twistów i właśnie utwierdziłaś mnie w tym przekonaniu. Jeśli chodzi o styl, opisy, dialogi i akcję, to tak się zaczytałam, że nie zauważałam, że mi się playlista skończyła. Trochę sobie odebrałam przyjemność z lektury, bo czytałam we fragmentach, w przerwach między wykładami i w tramwaju, i pewne rzeczy mi przez to umknęły (jak kuszenie przez wampirzycę), ale komentarze dziewczyn pozwoliły mi to nieco nadrobić. Cóż, trzeba będzie wrócić do misji i tyle. ;)

Szept, chcecie mojego czepialstwa i skutków traumy po wielogodzinnym poprawianiu szkolnej gazetki na ostatnią chwilę albo na wczoraj? Dobrze. XD "Brzeszczot nigdy nie miał się dowiedzieć" - raczej "miał się nigdy nie dowiedzieć". I już, po krzyku, więcej nie znalazłam. :P

Nef, też padłam w tym momencie. XD Nie dało się nie.

Widzę że problem wstawiania się w nieodpowiednim momencie nie dotyczy tylko mojego srokołaka… Z Midem on więcej nie pije, oj, nie.

I... już myślałam, że chucher nie został sam w swojej naiwności... a to wszystko sprawka wampirzycy była. Kurde. ._."

Prawa autorskie

© Zastrzegamy sobie prawa autorskie do umieszczanych na blogu tekstów, wymyślonego na jego potrzeby świata oraz postaci.
Nie rościmy sobie natomiast praw autorskich do tych artów, które nie są naszego autorstwa.

Szukaj




˅ ^
+ postacie
Rinne Lasair