Przewodnik

Linki-obrazki

Misje
I. Więzi przyjaźni
Spotykasz po latach kogoś, kto dawniej był ci bliski. Wplątuje cię on w jakąś historię, która nie dość, że z czasem się komplikuje, to w dodatku budzi w tobie wątpliwości co do intencji przyjaciela.

II. Linia frontu
Kerończy natarli na Prowincję Demarską. Oblegany jest sam Demar. Jedni ludzie stają do walki, inni uciekają ze spalonej ziemi. Napastnicy, obrońcy i cywile. Po której stronie staniesz?

Opcjonalnie: Udział w buncie niewolników w Wirginii bądź inne miejsca walk.

III. Rekonwalescencja
W nie najlepszej kondycji trafiasz do wioski lub klasztoru. Wydaje ci się, że trafiłeś w dobre ręce i że wkrótce będziesz mógł opuścić to miejsce. Okazuje się jednak, że z pozoru życzliwi i uprzejmi ludzie skrywają przed tobą jakąś tajemnicę.

IV. Zabij bestię
Coś napada, nęka mieszkańców. Zawierasz umowę z wójtem - dostarczysz głowę bestii za określoną cenę. Okazuje się jednak, że stworzenie nie działa bez powodu - jest w jakiś sposób prowokowane przez mieszkańców.

Opcjonalnie: Bestia jest wrażliwa na hałas z karczmy albo ludzie naruszyli w jakiś sposób jej rewir (weszli na jej teren, zajęli leże ze względu na drogie surowce itp.)

V. Nielegalne walki
Dochodzą cię słuchy o nielegalnych walkach prowadzonych w okolicy. Położysz im kres czy może postanowisz wziąć w nich udział dla własnego zysku? Pieniądze nie leżą na ulicy.

VI. Zlecone zabójstwo
Dochodzi do zamachu, w wyniku którego ginie ktoś ważny. Podejmujesz się odnalezienia zabójcy – albo jego zleceniodawcy. Od ciebie zależy, czy dojdzie do aresztowania winnych, czy pomożesz im uniknąć kary.

VII. Egzekucja
W mieście lub wiosce szykuje się egzekucja. Znasz sprawcę albo sam doprowadziłeś do jego schwytania. Realizacja wyroku coraz bliżej.

Opcjonalnie: Z czasem nabierasz wątpliwości, czy skazaniec faktycznie jest winny i chcesz go uwolnić lub dochodzą cię pogłoski, że ktoś może chcieć uwolnić kryminalistę.

zamknij
Dodaj do WTP Spis kodów
Spis opowiadań
Kiedyś przyjdzie mi za to wszystko zapłacić... Weselicho, czyli tańcz, jedz i chędoż za darmochę! Oszukać czas. Oszukać przeznaczenie. Oszukać... siebie. Baśń o wolności: Preludium Świątynia Ażubora (1) Wszystkiego krówkowego! (okolicznościowa, krótkie opowiadanie "Motyw przewodni - Prezent". Ta dam, pamiętaliśmy! I - Wezwanie pomocy: alchemio, przybywaj! Gdy demon odzyskuje człowieczeństwo, przypomina sobie jak być człowiekiem. Nikt nie zna prawdziwego bólu do czasu aż nie straci kogoś bliskiego sercu. Niedopowiedziane historie Wendigo i Driada Szczurzy dzień (autor: Szept, Silva) Domek, zupa, sukkub i historia (autor: Elias) Sen i niespodzianki (autor: Elias) Boląca strata i niepokojący gość! (autor: Elias) Cienie i nowy przyjaciel (autor: Elias) Kruki (autor: Elias) Cienie i Starsze Dusze (autor: Elias) Zawsze jest kolejna tajemnica (autor: Silva) Zło Kor'hu Dull (autor: Elias) Złodziej Twarzy i Koszmar (autor: Elias) Królewiec (autor: Elias) Przed świtem (autor: Nefryt) Król Żebraków i nowe drzwi (autor: Elias) Akceptacja (autor: Elias) Nostalgia (autor: Nefryt) Nowa droga i niespodziewane wyznanie? (autor: Elias) Biały i zielony daje czerwony! (autor: Elias) Nowe wyzwania w nowym życiu (autor: Elias) Krąg tajemnic (autor: Elias) Jack (autor: Elias) Czasami to mrok daje najwięcej światła (autor: Elias) Trzy sceny o szpiegowaniu (autor: Nefryt) Morze bólu. Promyk nadziei ... (autor: Elias) Nie ma sensu szukać guza. Chyba, że jest się najemnikiem (autor: Silva) Sól (autor: Aed) Dyjanna Muirne: Miecz może być dowodem wszystkiego (autor: Zorana) Opus Magnum I (autor: Iskra) Uszatek i Kwiatek na tropie przygody: Przypadłość parszywej gospody (autor: Paeonia i Szept) Gdy gasną świece (autor: Zombbiszon) ... Najjaśniej płoną gwiazdy nadziei. (autor: Zombbiszon) Elias cz. 1 (autor: Zombbiszon) Elias cz. 2 (autor: Zombbiszon) Historia (autor: Zombbiszon)
zamknij

Chat

  Wierzchowce szły jeden za drugim. Prowadziła od dłuższej chwili Szept, a Zahir nadawał tempo reszcie; tuż obok niego lekko stąpała biała wilczyca. Za magiczką kroczył deresz przybocznego, a dalej, na końcu, wlokła się gniadoszka najemnika. Podróżowali w ciszy odkąd wyruszyli. Słychać było tylko stukot końskich kopyt na żwirowej, polnej drodze, ich oddech, czasem parsknięcie. Jeźdźcy nie odzywali się wcale. Jadący na końcu Dar, który postanowił sprawdzać tyły, ale tak naprawdę nie chciał być blisko przybocznego, nie odezwał się nawet słowem. Cisza była dziwna, nieswoja, jakby to konwój pogrzebowy był, kroczący do kaplicy, lub na cmentarz, z płaczkami i żałobnikami, a nie wyprawa przyjaciół na północ. Gdyby był tu Jaruut, stwierdziłby po prostu, że wszystkich tu musiało dopaść jakieś zaklęcie, klątwa, czy czar, a może i zaraza. Nie poznałby szamanki, magiczki i najemnego miecza. I pewnie by powiedział, że wszystkich popierdoliło i nakazał im wziąć się w garść i ogarnąć, bo to, co tu odwalają to cuda jakieś są.
  Szamance cisza nie przeszkadzała. Lubiła ją, ale sama czuła się nieswojo. Nigdy nie podróżowali w ciszy, jeśli w grupie była magiczka, czy uzdrowicielka, najemnik i inni, którzy się przypałętali. Zawsze było głośno, zawsze ktoś z kimś się kłócił, przegadywał, nawet pouczał. Lamenty też były, marudzenia, wznoszenie modłów do bogów, bo świat jest taki niesprawiedliwy i zły. Coś się działo. Ta cisza była nieswoja. Gdyby był tu wilkołak, pewnie podgryzłby kilka łydek, czy pośladków, żeby obudzić towarzyszy z tego letargu.
  Wokół siebie mieli pola, dzikie pola, na których niczyja ręka nie zasiała zboża, nie naruszyła w żaden sposób. Wsi i domostw nie było tu wcale. Jeszcze przez długi czas nie będą mieli okazji spotkać żadnego człowieka czy ludzkiej zabudowy. Dopiero, kiedy wrócą na handlowy gościniec prowadzący na wybrzeże, będą mogli uzupełnić zapasy, odetchnąć i poszukać statku kursującego na Wyspy Złoczyńców.
  Żaden z podróżnych nie koncentrował się na otaczającej ich przyrodzie. Darrusa pochłaniały niewesołe myśli o towarzyszącym magiczce przybocznym, Szept zbyt troskała się stanem Odrina i tym, że przez przypadek niepotrzebnie naskoczyła na najemny mieczyk. Przyczyna niechęci Dara, Emis, w milczeniu śledził otoczenie. Nie dostrzegał jednak śladów otaczającego ich lata, kwitnącego kwiecia, roznoszącego słodki zapach, mieszaniny ziół i polnych kwiatów. Nie widział zieleni traw, miejscami pożółkłej od intensywnego słońca. Nie zwrócił uwagi na stado jeleni, prowadzące przez starego kozła z imponującym porożem, świadectwem przebytych lat. Rozkosznie stąpający, młody koziołek, od czasu do czasu poruszający kikutkiem ogonka nie wzbudził zachwytu elfa. On wypatrywał znaków napaści, odciśniętych na błotnistej ścieżynce końskich kopyt, ludzkim zwyczajem obutych w podkowy, śladów przeładowanych wozów kupieckich, krążących od miasta do miasta w poszukiwaniu zarobku i złota. On nie szukał piękna. On szukał niebezpieczeństwa, jakie mogłoby zawisnąć nad magiczką.
  Brzeszczot nie był zły, właściwie złość całkiem mu przeszła, ale wolał nie zadawać się z Emisem przybocznym, cholernym fircykiem. Po pierwsze nie chciał pogrążać się przed magiczką, bo to i tak była jej wina, że zabrała właśnie Emisa, po drugie w końcu to, co wpoił mu Maltorn przeważyło nad dumą. Powstrzymał się nawet wtedy, gdy przypomniał sobie, że cudowny Emis przyboczny, strażnik jej królewskiej mości, kiedyś swoją królową zgubił. Miał ochotę to perfidnie wykorzystać, nawet powiedzieć przybocznemu w twarz, wytykając mu brak profesjonalizmu, jednak ugryzł się w język. No, może jednak zachował to na później. W swojej złości, która uszła z niego jak powietrze z przebitego balonu, Dar zapomniał o tym, co najważniejsze. Za takie zachowanie Soren wytargałby go za okrągłe uszy i sprał po tyłku. Bo stary mag nie tego go uczył, a wydawać by się mogło, że w tej chwili zapomnienia, najemnik rzucił w krzaki wszystko, co wyniósł z ciepłego, pachnącego sosną domu staruszka. Skupił się na sobie, na marudzeniu, rozproszył się, zapomniał o ważniejszych sprawach i dlatego to, co mógł usłyszeć dobrą chwilę wcześniej, dotarło do niego za późno, w chwili, gdy cholerny przyboczny już otwierał buźkę i...
  Naraz Emis krzyknął: - Konni za nami! – elfie ucho, chociaż nie tak czułe jak zmysły najemnika, wyraźnie wyłowiło rytmiczne uderzenia podkutych kopyt, szczęk zbroi, okrzyki dowódców. Słowa, jakie padały, pochodziły z obcej dla elfa mowy. Wirgiński. Emis w jednej chwili podgonił deresza, znajdując się tuż obok gniadosza Szept. Gdyby Zahir nosił rząd, pewnie pochwyciłby za wodze, przytrzymując go, sprowadzając na bok. – Ustąpmy na bok.
  Jeszcze nie skończył mówić, dojrzeli oddział. Kolumna jeźdźców poruszała się kłusem, promienie słońca odbijały się od zbroi. Chorągwie łopotały na lekkim wietrze. Na przedzie jechał odziany w purpurowy płaszcz mężczyzna o surowym, ostrym spojrzeniu przebiegłych, wyraźnie złotych oczu. Szpet rozpoznała go od razu. Był to Redan.
  Kapitan Redan. Ten, który poprowadził swoich ludzi do ataku na elfią stolicę.
  W tej samej chwili wydarzyły się dwie rzeczy. Szept wyciągnęła prze siebie dłoń, tę samą, w której trzymała kostur maga. Emis pochwycił długi rękaw szaty.
  - Niraneth-elda, nie teraz – upomniał ją ostro, jakby ganił rozwydrzone dziecko. – Zaczekajmy aż przejadą.
  Szept wymruczała pod nosem jakieś słowo, które z całą pewnością nie było godne królowej.
  Brzeszczot może i był marudą, może czasami zachowywał się jak dziecko, może bywał nie do zniesienia i w ogóle sprawiał więcej kłopotu niż pożytku, ale instynktu samozachowawczego nie zgubił. Soren dobrze wyszkolił swojego ucznia, a i umysł wraz z ciałem pamiętał, że lepiej zejść z drogi przeciwnikowi, którego można podejść dużo później, zadawszy mu bardziej dotkliwą ranę. Brzeszczot nie widział wcześniej kapitana Redana, ale nasłuchał się dość, by wiedzieć, że ten wirgińczyk przyczynił się do upadku elfiej stolicy i zniszczenia domu jego dziadka, ukochanego sowiego gniazda. Od jego łuczników padły też sowy, które służyły podczas ataku za informatorów i oczy elfów; za to nienawidziły je ptaszyska z Wielkiego Lasy na wschodzie.
  Chowając się za wapiennym występem, których na tych ziemiach było wiele, najemnik trzymał za uzdę swoją złośliwą kobyłkę. O dziwo Wolha się nie wyrywała, może rozumiała na równi z innymi, że w tej sytuacji lepiej się nie wychylać. Obok usadowiła się biała wilczyca. Czujna, uważna i w razie konieczności zaatakowałaby pierwsza, rzucając się z kłami i pazurami na tych, którzy wyciągnęliby swoje miecze przeciwko nim.
   Wapienny występ nie był tak duży. Już ochłonąwszy z palącego gniewu, magiczka zaniepokoiła się, że Wirgińczycy mogą ich dostrzec. Trzy konie, dwa i pół elfa plus wilczyca to niezgorsza kompania, niełatwa do ukrycia. Chyba, że… Sytuacja nie była ku temu sprzyjająca, nie była pewna, czy deresz będzie skłonny do współpracy i czy nie udzieli mu się napięcie jeźdźca, wprawiając go w niepokój i odbierając poczucie bezpieczeństwa, tak niezbędne do wykonania jej zamysłu. Przynajmniej podłoże nie było odstręczające. Krótka, zielona trawa, którą w myśli można było przyrównać do miękkiego, puszystego dywanu. Jeszcze niewypalona słońcem, na oko bez twardych, kujących źdźbeł.
   - Meti eam - rzuciła ściszonym głosem.
   Połóż go. Emis od razu pojął jej myśl. W przypadku wyszkolonego konia wystarczyłaby komenda, krótki, wcześniej wyuczony gest. Oddziały zwiadowców i Strażników Medrethu specjalnie szkolili w ten sposób rumaki. Deresz jednak do nich nie należał. Trzeba było zadziałać inaczej. Imitując naturalne zachowanie kładącego się konia, Emis spowodował, że ten obrócił się wokół osi, jednocześnie ściągając jego łeb ku dołowi. Dla bezpieczeństwa, przyboczny wysunął nogi ze strzemion, nie chcąc, by kładąc się deresz przygniótł je. Przednie nogi rumaka ugięły się lekko, najpierw jedna, potem druga, w parodii ukłonu czy klęknięcia, zad powędrował ku górze. Deresz przechylił się na jeden bok, schodzac niżej na nogach. W końcu, nieco niezgrabnie, bez wyćwiczonej płynności, ogier bardziej poleciał niż położył się na boku.
   Czuł zdenerwowanie deresza, napięte miast rozluźnione mięśnie. Ledwo się położył, rumak już chciał wstawać. Podniósł łeb ku górze, wyginając szyję. Elf zadziałał od razu, ściągając mocniej wodze, nieco za mocno. Poklepał końską szyję, w próbie uspokojenia. Zdziwiony poczuł, jak napięcie ustępuje. Udało się. Kiedy uniósł głowę, spostrzegł, że Zahir leży całkowicie na płasko, nawet nie unosząc łba. Królowa klęczała obok, pochylała się nisko, przylegając do końskiego ciała. Drobną dłoń ułożyła na szyi gniadosza, jak gdyby w ten sposób powstrzymując go przed przedwczesnym podniesieniem się, lecz spoglądała nie na Zahira, a na jego deresza. Gdyby to był ktoś inny, elf prychnąłby na ten widok. Niraneth jednak miała prawdziwy dar jeśli chodziło o zwierzęta.
  Kolumna jeźdźców zbliżyła się, a Brzeszczot usłyszał kilka ciekawych zdań, które powinni poznać także inni. Dlatego najcichszym szeptem, aby nie zdradzić swojej obecności, najemnik zaczął powtarzać każde słowo wypowiedziane przez człowieka odzianego w purpurę, która w niektórych społecznościach uważana była za kolor królów.
  - Plugawe elfy odbudowują swoje miasto. Jakby nic się nie stało! - najemnik słyszał, jak jadący obok kapitana przyboczny odburknął tylko coś pod nosem; Redan najwyraźniej był usatysfakcjonowany tym, że mu się nie przerywa. - Popełniliśmy błąd - Dar miał problem, akcent wirgiński był tak mocny, że musiał chwilę zastanowić się, co tak naprawdę słyszy, aby nie popełnić błędu. Nie lubił tego języka, był szorstki, ostry i nieprzyjazny. - Gdy dotrzemy na Kresy, być może szczęście się do nas uśmiechnie. Ale najpierw Sevilla, gdzie ukrywa się martwy elf - najwyraźniej kapitan miał kogoś pozbawić życia, a potem ruszyć na kresy.
  - Oni się wybierają na Kresy, przez Sevillę - najemnik wątpił w to, że magiczka zdradziła jeszcze komuś, dokąd się udaje wraz ze swoim przybocznym. Czy było więc tylko zwykłym przypadkiem to, że obecny największy wróg elfów także się tam udaje? I czego szukałby na dalekiej północy, w krainie śniegów i mrozu? Sojuszników? Sposobu na zdobycie władzy, którą po części już dzierżył? Tego Brzeszczot nie wiedział. Poza tym, najemnik miał wrażenie, że w orszaku mości kapitana wyczuł maga-nekromantę; mdły, słodki zapach rozkładu i mokrej ziemi drażnił go w nos. Woń była mocna i najpewniej pochodziła od jeźdźca, który jechał po prawicy Redana; tego, który ukrywał twarz pod czarnym kapturem.
  Szept westchnęła z żalem. W innych okolicznościach z przyjemnością pokrzyżowałaby wirgińskiej plany. Wyśledziłaby krok po kroku. A na końcu dopadłaby Redana. Opuszczonego przez wszystkich zauszników, odartego z zaszczytów, pozbawionego łask jego państwa. Zapłaciłaby. Ale był Odrin. Zemsta mogła poczekać. Karzełek nie. - Już ja wam pomogę w Sevilli – mruknęła dokładnie w chwili, gdy Emis podsumował:
  - W tych okolicznościach powinniśmy ominąć Sevillę jak najszerszym łukiem – jeszcze by ktoś rozpoznał magiczkę, zidentyfikował ją jako królową elfów i mieliby poważne kłopoty. Mogli bronić się przed bandytami, potworami, zwierzyną dziką, ale wirgińskimi oddziałami?
  - Sevilla jest duża – mruknęła bez większego przekonania. – Trzeba powiadomić elfy. Jeśli Wirgińczycy wiedzą o odbudowie, mogą chcieć w niej przeszkodzić – dodała energicznie, już przywołując do siebie Corvusa. Nie znała lepszego posłańca niż kruk. Kilka naprędce skreślonych słów może służyć za wystarczające ostrzeżenie, a ptak dotrze tam szybciej niż jeździec. Zakładając, że Emis zgodziłby się jechać i zostawić ją samą. Już to widziała.
  – Mówiłeś, że znasz kogoś, kto przewiezie nas na wyspy? – przyboczny zwrócił się do Dara, rzucił na niego jedno krótkie, oceniające spojrzenie, po czym znów popatrzył za oddalającym się oddziałem.
  Brzeszczot znał kogoś takiego. Szemrany typek. Śmierdzący goblin uzależniony od tabaki, z wiecznie cieknącym krzywym nosem. Przemytnik. Za odpowiednią cenę przerzuci z wysp na stały ląd i z powrotem wszystko, co zmieści się na jego tratwie z podwójnym dnem. I zniknie w sekundzie, w której pojawi się choćby cień niebezpieczeństwa, pozostawiają innych na pastwę losu. Jaka była jednak szansa, że przewiezie także Redana ze swoimi wesołymi żołnierzykami, gdyby okazało się, że stopień kapitana nie pomoże mu w znalezieniu łodzi gotowej do drogi?
  - Znam. Są jednak pewne… trudności - najemnik słuchał, jak kolumna jeźdźców coraz bardziej się oddala. Zapach mokrej ziemi bladnął, aż w końcu zniknął. - Trun zna mnie jako Łaskę, łowcę rolaków. Będziemy potrzebować kilka tych lisów i złotych monet. - Goblin był nie tylko przewoźnikiem, ale także plotkarzem i ciekawskim osobnikiem - Powinniście przedstawić się jako ktoś inny. I najlepiej nie mówcie przy nim, bo zaraz doniesie to ważniejszym. Gdybym wiedział, poprosiłbym sowy… - tak, wtedy nie musieliby trudzić się drogą i podróżą do Sevilli.
  - Łowca rolaków? Nawet nie myśl, że pozwolę wybijać listy tylko dlatego, że jakaś nadęta arystokrata chce się pochwalić ich pięknym futrem! Ludzie nie szanują ani natury ani jej praw. Marnują to, co daje, biorąc tylko część. Do tego w nadmiarze. I jeśli mi powiesz, że kiedykolwiek spełniałeś te zachcianki, to… to… - Szept zapowietrzyła się – Nie rozumiesz natury! – dokończyła, sama niezadowolona z takiego podsumowania. – Lisy są częścią łańcucha życia. Jak wszystko…
  - W takich okolicznościach może lepiej… - spróbował jeszcze raz Emis, lecz nie dano mu skończyć.
  - Nie. Nie wrócę do… - no właśnie. Dokąd? Na gruzy Eilendyr? Do Dolnego Królestwa? Nieważne. Tak czy inaczej nie zamierzała puszczać ich samych. – Nie wrócę – powtórzyła uparcie i nawet Emis wiedział, że na nic próby perswazji. Królowa była uparta.
  - Myślisz, że może nas wydać? Gdyby poznał prawdę? – Emis zapytał ostro, nie kierując pytania do konkretnej osoby. Spojrzeniem jednak szukał Darrusa.
  Brzeszczot sądził, że wyraził się dość jasno o charakterze Truna; goblin z całą pewnością, jeśli zwietrzy korzyść dla siebie, sprzeda ich bez mrugnięcia okiem, nie będzie nawet patrzył na to, że mu zapłacili, że obiecał im spokojną przeprawę. Jeżeli nie będą się pilnować wpadną po uszy. Trun był jednak przewoźnikiem, który z Sevilli, najmniej uczęszczanymi wodami, zabierze ich na wyspy tak, żeby nawet ptak nie zauważył ich przybycia.
  - Jestem pewny tak, jak tego, że ten wilk to szamanka.
  Duszołap warknęła na najemnika; jak nic upominała go, że nie godzi się stosować takich porównań w stosunku do jej osoby. Brzmiała w tym też groźba, że jak spróbuje drugi raz, to będzie miał pogryzione pośladki.
  - Gdyby pomogła nam magia i odmieniła wasze oblicza, bylibyśmy bezpieczniejsi. Ale… to magia - Dar nie lubił korzystać z czarów i zaklęć przez to, że bywały zawodne i łatwe do wykrycia. Goblin co prawda na magii zna się jak na szydełkowaniu, ale co się z nimi stanie, jeśli kogoś niepowołanego zainteresuje fakt, że wędrowcy ukrywają swoją twarz pod iluzją, a prowadzi ich półelf? Zamyślony, obgryzając paznokieć, co zawsze czynił, kiedy się nad czymś głowił - Trzeba będzie mu zapłacić. I albo złapiemy lisy, albo zainteresuje się tym, co mamy przy sobie. Nie oddasz mu swojego kostura, prawda? - Dar wstał, otrzepał spodnie odpychając Wolhę, która zainteresowała się jego spodniami i złapał za lejce, by mu nie uciekła. Elfy czasami naprawdę były marudne i problematyczne, ale Dar rozumiał, że taka już była ich natura. Tylko, że czasami trzeba było odpuścić i coś poświęcić. - Sevilla, czy szukamy gdzie indziej?
  - Jakiego kostura? – zapytała niewinnie magiczka. Kostur, chluba maga zniknął z jej ręki, zamiast tego miała zwykły, powykręcany kij, na którym przewiesiła juki. Ani chybi iluzja. Tylko kiedy ta wredota rzuciła zaklęcie? - A na lisy nie będziemy polować i basta. Oni nie potrzebują tych futer dla ochrony przed zimnem i chłodem, tylko dla ozdoby. A to jest różnica!
  - Niraneth-elda, sądzę… - Emis odezwał się wtrącić do rozmowy. Logiczne byłoby, gdyby zapłacili przewoźnikowi i mieli to już za sobą. Wprawdzie Emis był pełnokrwistym elfem, niemniej to nie rolaków nakazano mu pilnować, a władczyni. Przecież jakby jej coś się stało, to nie mógłby pokazać się w stolicy. Toć Starszyzna, choć ci niesprzyjający magiczce zacieraliby ręce, oficjalnie urwaliby mu te jego spiczaste uszy, a władca to już… Wzrok Emisa nabrał ostrości. – Zapolujemy i…
  - Ktoś cię pytał o zdanie?
  Emis umilkł. Niech się mieszaniec kłóci z magiczką. On sobie po prostu postoi.
  - Z ciebie będziemy musieli zrobić psa. Wilki są zbyt charakterystyczne – zwróciła się do szamanki. – Albo będziesz musiała przybrać ludzką postać, a ja odpowiednio cię ucharakteryzuję. Ciebie też – to było do wciąż zirytowanego Emisa. – I nie martw się, swoje uszy też zmienię. Jak chcesz, mogę zrobić z siebie nawet zgrzybiałą staruszkę z kijaszkiem do podparcia się. Ale o lisach zapomnijcie. Oboje. Jak usłyszę o tym chociaż jedni słowo, to żaden z was nie pojedzie ze mną na Kresy.
  Emis pod pantoflem. To się najemnikowi spodobało, nawet bardzo i pomimo tego, że wolał zapolować na lisy, a nie iść w ciemno, z pustymi rękami i improwizować. Ciekawe, co magiczka powie goblinowi. Kichnął, wycierając nos w rękaw. Niech go jeszcze zrobią zarażającym staruszkiem, albo pijakiem z chronicznym wydmuchiwaniem nosa. Już miał zamiar zaprotestować, kiedy...
  - Pies także będzie zbyt dziwnym towarzyszem - szamanka wtrąciła swoje, co by przerwać kłótnię i rozładować sytuację. Nie wiedzieć kiedy znów przybrała swoją postać; w jednej chwili na ziemi siedział pies, a w drugiej młoda kobieta. Co jak co, ale skutecznie odwróciła uwagę od kłótni, chociaż najemnik wciąż coś mamrotał pod nosem łypiąc złowrogo to na magiczkę to na przybocznego. Zazdrosny był jak nic, nawet szamanka nieznająca się na uczuciach to wiedziała.
  - Konie też mogą stanowić problem.
   - Nie planowałam brać koni. Na wyspach nie będą zbyt przydatne, bo tak czy inaczej drogę na Kresy musimy pokonać wodą. Zaś w zimowym klimacie, jaki tam panuje, część nie dałaby sobie rady. Może oprócz Zahira – poklepała szyję gniadosza przyjacielskim gestem. – Może na wybrzeżu na Kresach jeszcze by się przydały, ale jeśli zapuścimy się w głąb, będziemy brnąć w śniegu.
  Dla Emisa brzmiało to aż nazbyt jasno. I aż nazbyt jasno sugerowało, że nie jest to miejsce dla królowej. - Niraneth-elda, to nie zmienia faktu, że za przewóz trzeba zapłacić. Lisy…
  - Powiedziałam, żadnych lisów – obruszyła się, ale na Emisie nie zrobiło to większego wrażenia. Jego obowiązkiem było chronić królową, nie lisy.
  - Niraneth-elda, tar’hur twierdzi…
  - Darrus, Brzeszczot. Dla mnie najemnik i kula u nogi, ale jeszcze raz nazwiesz go w ten sposób, to osobiście wyślę cię z powrotem do stolicy.
  - Nie miałem nic obraźliwego na myśli – Emis nie był głupi, wiedział, że utrafił w czuły punkt. – Cokolwiek jednak nie powiesz, nie jest czystej krwi elfem, to fakt.
  - Cokolwiek nie powiesz, ma imię. Sugeruję zwracać się do niego w ten właśnie sposób – ton magiczki był lodowaty, śmiało mogła w tej chwili konkurować z szamanką.
  Brzeszczot zbierał szczękę z ziemi, nie dosłownie, ale stał z rozdziawioną paszczą i gapił się na magiczkę, jakby chciał zapytać: kim jesteś i co zrobiłaś z moją wredną marudą? Poza tym, czy Szept właśnie stanęła w jego obronie, tak po prostu, przy innych, łamiąc ich niespisane zasady, że się nie znoszą?
  Szamanka niby przypadkiem łupnęła najemnika dębową laską w kark.
  - Ała! Za co to?
  - Za niestosowne zachowanie.
  - Niby przy kim? Przy... - chciał powiedzieć przydupasie, ale się powstrzymał - Elfie?
  - Królowej.
  - Aktualnie to ona se w buty wsadziła królowanie - burknął, patrząc krzywo na niską, sięgającą mu do piersi szamankę. Takie małe, a tak złośliwe. Zdawało się, że tym gorsze im dłużej nie było w pobliżu wilkołaczego pchlarza.
  - To przed magią.
  - Magię to ja sobie w buty wsadziłem.
  Silva spiorunowała wzrokiem najemnika, ale na niego to nie działało, nabrał praktyki i odporności przy magiczce, więc sam spojrzał na szamankę wilczym wzrokiem. I stali tak oboje, piorunując się na spojrzenia.
  Jeżeli ktoś zaraz nie zainterweniuje to spędzą tu resztę dnia. Zdecydowanie zbyt długo.
  - Skoro tak mówisz, elda – Emis stwierdził, że rozsądniej będzie się wycofać. Najlepiej też będzie chwilowo się nie odzywać, tylko mieć oczy dookoła głowy na wypadek ataku, niebezpieczeństwa, czegoś innego w podobnym guście.
  Na nieszczęście Dara, Szept usłyszała ostarnie słowa.
  - Ale ja sobie magii nie wsadziłam – nie do końca była w temacie, ale swoje zdanie zaakcentować można. To niewybaczalne, lekceważyć magię. Królową można, jej przybocznego też. Ale magię? W życiu. – Zwłaszcza, że to ta magia zamaskuje twoją buźkę przed goblinim wzrokiem, panie czerwonowłosy błaźnie. Możemy ruszać dalej, czy chcecie jeszcze coś przedyskutować?
  A ponieważ Emis nie protestował, Szept uznała, że chyba można. Przez chwilę nawet prowadziła, po czym z ulgą oddała to stanowisko przybocznemu, sama zrównała się z najemnikiem. Było to wyczynem nie lada dla jej konika, bo Wolha szła wyjątkowo opornie, a Zahir rwał do przodu.
  Najemnik pogonił swojego konika, co by nie zostać w tyle, chociaż Wolha i tak mu utrudniała, rozglądając się na boki za jakimś smakowitym zielskiem. Miało to też swoje plusy; Dar otworzył się na świat, opuścił mentalne zasłony i skrzywił się, kiedy w czułe uszy wdarły się najmniejsze dźwięki; gdyby nie oparł się o koński grzbiet, zleciałby z kobyłki jak kamień. Uchylił zasłony tylko na chwilę, aby posłuchać i upewnić się, że są naprawdę sami, ale najmniejszy dźwięk sprawiał mu ból. Kiedy upewnił się, że nic i nikt im nie zagraża, znów odciął się od świata, znowu stał się jak głuchy.
  Szept wybrała dobry moment. - Brzeszczot? Co jeszcze przyjąłby twój goblin?
  - Na pewno nie ja zamieniony w lisa. Prędzej elf - chwila zastanowienia.
  - Brzeszczot, nie waż się nawet tego sugerować! – obruszyła się. Gdyby zhandlowała Emisa Starszyzna nie dałaby jej żyć! Owszem, mogła okazyjnie gubić swoich przybocznych, ale przerabiać go na futro? To się raczej nie kwalifikowało. Tym bardziej, że biedny elf tylko wypełniał swoje obowiązki. A raczej wypada powiedzieć starał się to robić. Zważywszy na okoliczności i charakterek magiczki nie zawsze wychodziło, ale to już była inna sprawa.
  Emis obejrzał się na jej lekko podniesiony głos, sprawdzając, czy wszystko w porządku. Na koniu prezentował się całkiem nieźle, z tą pańską postawą, czujnym spojrzeniem i elfią dumą wypisaną na twarzy. A że w jego oczach było coś posępnego, dodawało mu to jeszcze, przynajmniej w oczach niektórych elfek, uroku. Czy nie coś takiego sugerowała Heiana?
   Widząc oburzenie magiczki, Dar nachylił się ku jej ogierowi i z cwanym uśmiechem zapytał - Nie mów mi, że nie przemknęło ci to przez myśl - po czym stwierdziwszy, że i tak wie lepiej, a elfka nie musi nic więcej mówić, wyprostował się i uśmiechnął uroczo do Emisa. Tak, wciąż długouchego nie lubił, ale tolerował go ze względu na swoją wredotę.
  - Wiem. Jest coś takiego - z goblinem zbyt dawno się zadawał, już nie pamiętał, ale Trun pragnął wszystkiego, co wartościowe, cenne i drogie. Im więcej tego było, tym bardziej zamykało mu się gębę, a i chętniej wodował swoją łódkę. Coś wartościowego. Coś, na widok czego zaświecą mu się wyłupiaste oczka, a paluszki zaczną ku temu wyciągać.
  – Nie trzymaj mnie w niepewności, skoro wiesz, to powiedz, panie chwalipięto.
  - Ej, mogłabyś mnie docenić. Staram się ratować głupie lisy - burknął i wziął i szturchną magiczkę paluchem w szpiczaste ucha, a zaraz potem, co by nie dostać kosturem, odciągnął na bok Wolhę. - Spotkamy się na rozstaju! - zawołał i poganiając swoją kobyłkę, odjechał w bok.
Biały wilk przystanął na chwilę; z uniesionym łbem wąchał i patrzył za odjeżdżającym najemnikiem.
  - Lisy wcale nie są głupie! – zawołała jeszcze za jeźdźcem. Tętent kopyt stłumił jej głos, ale była pewna, że Darrus i tak usłyszy. Nawet jeśli uda, że nie dotarło do niego ani słowo. Ani najmniejsze słóweczko. Szept spojrzała porozumiewawczo na białego wilka - No i to by było na tyle. Odpowiedź na pytanie – prychnęła. – Na rozstaju, też coś. Wymyślił, najemnik jeden.
  Emis, nawet gdyby nie wiedział, że pod postacią wilka kryje się szamanka, nie zdziwiłby się widokiem Szept rozmawiającej z waderą. Magiczka miała tendencję do rozmawiania ze zwierzętami wszelakiej maści i wielkości, od jucznego osła, po maleńkiego, szarego wróbelka. Dziwny nawyk nawet jak na elfka. No, ale cóż się dziwić, skoro jej zwierzątka odpowiadały.
  Droga mijała im nazbyt spokojnie. Nic nie zaniepokoiło czujnego Emisa, nie dano mu szansy zaprezentowania wychwalanych przez Heianę umiejętności. Raz, jeden z zabłąkanych rolaków przebiegł im drogę. Spotkali samotnego kupca, któremu urwało się koło od wozu. Chcieli nawet pomóc, ale ten tylko popatrzył na spiczastouchą zgraję i splunął na bok, przypominając, że niechęć rasowa jest obustronna. Emis aż poczerwieniał z oburzenia, że taki oto człeczyna ośmiela się w taki sposób odnosić do przedstawicieli elfiej rasy. Do tego Wysokiego Rodu! Samej królowej, nawet jeśli w podróżnych szatach! Szept zniosła to znacznie lepiej, bo jako Wygnaniec trochę czasu spędziła wśród ludzi, do różnych zachowań i reakcji przywykła. Gdyby ten kupczyna wiedział, że oprócz tego jest jeszcze magiem, to by dopiero Emis miał pokaz. O ile mężczyzna odważyłby się cokolwiek zrobić w obawie, żeby nie zamieniła go w ropuchę.
  Tak, ludzie byli naprawdę dziwni. Co złego jest w ropuchach? Przecież to takie pożyteczne stworzonko.
~*~
  Brzeszczot czekał na towarzyszy podróży tam, gdzie obiecał; na rozstaju dróg, przy kapliczce poświęconej bogom podróży. Niewielka konstrukcja wzniesiona została z rzecznych, nierównych i różnokolorowych otoczaków, połączona wykruszającą się spoiną. Stała przechylona na bok, z wyblakłym wizerunkiem dwóch najważniejszych bóstw, porośnięta mchem, z daszkiem, z którego odpadło kilka dachówek. Najwyraźniej zapomniana, bo w kaganku nie płonął ofiarny ogień, a na kamiennej misie siedział ślimak, nie dary.
  Tutaj cztery drogi łączyły się w jedno; szlak na północ, południe, wschód i zachód. Wszystkie drogi były żwirowe, nierówne i biegły przez pola, wzniesienia i dolinki. Dopiero bliżej miast stawały się brukowanymi gościńcami. Chociaż do cywilizacji było stąd daleko, nigdzie indziej nocne niebo nie było tak czyste, setki gwiazd tak widoczne; tylko tutaj żyły świetliki pyłowe, według tutejszej ludności przynoszące szczęście.
  Brzeszczot siedział na polnym kamieniu, opierając się ramieniem o kapliczkę. Miał zamknięte oczy, głowę przekrzywioną i zdawał się drzemać. Pomyliłby się jednak ten, co uznałby, że głuchy jest na wszystko i stanowi łatwy cel dla rabusiów.
  Obok nogi, pod ręką, leżał lniany worek skrywający to, co miało się stać zapłatą dla goblina. Nic pochodzenia zwierzęcego, żadna sierść, nawet nie pazur, czy ząb. Owoc ziemi. Skarb, który najemnik wygrzebał z jamy zenko, podkradając mu kosztowności, które zwierzak ten chomikuje. Klejnot nazywany sercówką, bowiem rodzi się on w ziemi, a po wydobyciu zamknięty jest w porowatej skorupie.
  Najemnik siedział i czekał na tych, których nie widział, ale słyszał już od dobrej chwili.
   Wkrótce pojawili się w jego polu widzenia, ci, których od dłuższego czasu słyszał, a których jeszcze nie dojrzały jego oczy. Emis na swym dereszu zamykał pochód. Elf rozglądał się czujnie, wydawał się śledzić okolicę z każdej strony, jakby miał oczy dookoła głowy. Najmniejszy szelest, nietypowy dźwięk powodował, że złote oczy obracały się w tamtą stronę, elfie zmysły chłonęły dalsze wrażenia, doszukując się grożących powierzonej mu elfce niebezpieczeństw. Darrus mógł go nie lubić, ale nawet on musiał przyznać. Czegokolwiek elf nie robił, robił by chronić Szept. Ta prowadziła. Nic dziwnego. Zawsze lubiła wybierać drogę. Poza tym, wbrew temu, co sugerowała twarz, nieco martwiła się o najemnika i żałowała, że nie pojechała za nim. Jeszcze się toto wpakuje w kłopoty i co wówczas będzie? Mało mu było Tarok i łowców niewolników? Znowu chciał spróbować szczęścia?
  - No i co, panie wiem? Masz? – powitała go życzliwie magiczka, zerkając w dół na siedzącego sobie spokojnie, jakby nigdy nic, najemnika. – I gdzieś ty podział Wolhę? Znowu cię zrzuciła?
  Emis uniósł lekko brew, ale nic nie powiedział. Na głównym trakcie czuł się nieco nieswojo. Tu częściej mogli spotkać ludzi. Póki co Emis miał ich po czubki spiczastych uszu.
  Czegokolwiek Emis nie robił, robił by chronić Szept - problem w tym, że głupi Darrus chciał samemu to robić; w swojej pustej pałce ubzdurał sobie, że przyboczni mości wrednej królowej, zostali wciśnięci na jego miejsce, chociaż to on przed nimi dbał o magiczkę. Nie chciał się przyznać, za nic, przed nikim i przed sobą, że tak naprawdę rad jest z obecności przybocznych. Sam nie miał już tyle czasu co kiedyś, na jego barkach spoczął cały ród. Brakowało mu tych dni, kiedy beztrosko brał się i podróżował z magiczką gdzie tylko się dało. Wtedy mógł, zgodnie z prośbą Alastaira, dbać o nią i chronić tę wkurzającą, gadatliwą i wredną długouchę. Wciąż był jej najemnym mieczem, ale nie mógł już być krok za nią; był ze trzy, cholerne trzy kroki za daleko.
  Powieki najemnika drgnęły i uniosły się, ukazując oczy w kolorze miodu - Tak, lisie ogony - odpowiedział, łapiąc za lniany worek i rzucając do elfki. Wyglądał jakby mówił całkiem poważnie o zawartości sakiewki. Znając go… - Wolha… przywiązałem ją - powiedział z wyrzutem, no bo przecież zadbał o to, by wredna kobyła mu nie uciekła. A jednak to zrobiła - Ale przegryzła grubą, podwójną skórę! Niech idzie w cholerę.
  Obok najemnika przysiadła szamanka.
  - Czyli ci uciekła – stwierdziła z tryumfem. – Aż dziw, że jeszcze się nie zgubiłeś, skoro konia upilnować nie potrafisz – dogryzła mu. – Teraz niby będziesz szedł za nami pieszo? Zdążymy dotrzeć na Kresy i wrócić, a ty doczłapiesz do Sevilli.
   Darrus nawet nie miał pojęcia, jak bardzo on i Szept są podobni. Jak bardzo magiczka tęskni za swobodą, którą początkowo jej narzucono jako karę, a która stała się tak bliską. Wolność, niezależność. Szept należała do osób, które niezbyt dobrze radzą sobie z rozkazami. Marzyła, by po prostu, bez żadnych konsekwencji, zagłębić się w zapomniane ruiny. By zbadać zapomnianą magię, przepaść na dzikich Pustkowiach i szlakach Gór Mgieł. Tak po prostu.
  Niestety, to było nieosiągalne. Zyskany przez małżeństwo status królowej na powrót przywrócił ją do elfiej społeczności. I złożył na barki obowiązki, których wcale nie chciała.
  - Idiota! – twarz Szept pobladła ze złości, gdy jednym ruchem pochwyciła worek, rozwiązując wiążące go rzemyki. Gdyby się zastanowiła, po samym dotyku oceniłaby, że zawartość nie jest tak miękka w dotyku. Ona jednak myślała tylko o bursztynowych, błyszczących ślepkach, które już miały nie zapalić się iskierkami życia tylko dlatego, że jakiś głupi goblin zapragnął ich skórek. Rozchyliła worek, zajrzała… - Idiota! Bałwan! To wcale nie było zabawne! – warknęła, wściekła, rzuciła w niego workiem, pozwalając, by uderzył go w twarz. Dokładnie tak, jak chciała.
  Emis zaniepokojony spojrzał to na jedno, to na drugie, spodziewając się kolejnego wybuchu. Ten jednak nie nastąpił. Jeszcze nie. Mimo woli się uśmiechnął, ukazując odrobinę normalnych uczuć, oprócz palącej potrzeby ochrony królowej.
  Cała Szept. A przecież jakby tylko pomyślała, wiedziałaby, że w worku zwierzaka nie ma. Co jak co, ale jak najemnik powiedział, że lisa nie upoluje i nie oskóruje, to tego nie zrobi. Będzie miał guza, albo siniaka… I magiczka się zezłościła. To ostatnie było najgorsze, ale jak to Brzeszczot, najpierw zrobił a potem pomyślał. Głupich żartów mu się zachciało.
  - Tyś głupia – po czym wskazał paluchem na Szept – Wpadł krasnolud do piwnicy – teraz przesunął go na Emisa – Do beczułek się dobierał – i znowu na magiczkę – Miodu nie zostawił – i na przybocznego – Wina mu zabrakło… - wyliczanka najemnika zatrzymała się na elfie, co nie zostało przyjęte z entuzjazmem – Szept, jadę z tobą. Mogę nie?
   - Nie. - Brak entuzjazmu Darrusa został odnotowany, chociaż elfka zinterpretowała go po swojemu. Przecież nie cuchnęła. No dobrze, może trochę koniem, ale trudno, żeby było inaczej po całym dniu spędzonym w siodle. A jak tak bardzo chciał jechać z Emisem, trzeba było nie bawić się w wyliczankę, tylko od razu ustawiać się do elfa. Emis może by dostał białej gorączki, ale poza tym nic wielkiego by się nie stało. - Wskakuj, panie piąte koło. Zahir poniesie nas oboje. - Musiał przecież zrozumieć, że w przypadku dobrze znanych osób i głupich pytań, “nie” magiczki znaczyło “tak błaźnie”.
  Ogólnie do wybrzeża nie pozostało im wiele drogi. Powinni do Sevilli dotrzeć po zapadnięciu zmroku i jeśli nie zdecydują się wejść do miasta po ciemku, poczekają do świtu i otuleni magicznym zaklęciem odnajdą goblina, zapłacą mu i wio na wyspy, a z nich na mroźne Kresy.
Na zachodzie, w oddali, za mgłą widoczne były szczyty gór Przodków, gdzie ukryte pośród prastarych lasów podnosiło się z ruiny nowe Ataxiar. Na wschodzie, nad leniwą rzeką było ukochane Mall Resz, a dalej rozciągał się las wielkich sów. Był w domu, wszędzie miał blisko, a zarazem tak daleko. Ciekawe, czy świat by o nim zapomniał, gdyby tak na chwilę zaszył się na odludziu.
  - Powinniśmy ruszać – nie wiedzieć kiedy, szamanka znów była w ludzkiej postaci, do tego stała przy Emisowym koniu, najwyraźniej z zamiarem wdrapania się na niego. Wydawała się być spokojna, jak zawsze żadne uczucie nie odbijało się na jej twarzy, ale w duchu wiedziała, że coś się skrada za nimi, podąża ich śladem jak cień, będąc jednocześnie na tyle blisko, by nie zgubić śladu, ale wystarczająco daleko, aby samemu nie zostać odkrytym. Kim był ów osobnik, wciąż pozostawało zagadką, nawet dla duchów, co niepokoiło szamankę jeszcze bardziej.
  Emis, nieco lepiej wychowany, wyciągnął dłoń w stronę szamanki. Wsiąść na wysokiego konia wcale nie jest łatwo. Wsiąść na takiegoż, nie mając do dyspozycji strzemion, jeszcze trudniej. Wdrapać się na nieosiodłanego – naprawdę karkołomna sztuka.
   Biedny Dar.

Później, tego samego dnia
  Do miasta dotarli o zachodzie słońca. Czerwona łuna zasnuła horyzont. Słońce zachodziło wysoko, co oznaczało, że chmury gromadzą się na niebie, a następnego dnia pogoda prawdopodobnie nie dopisze strudzonym wędrowcom. Bramy miasta zastali jeszcze otwarte, chociaż niewiele brakowało, a miejski strażnik zamknąłby im podwoje tuż przed nosem. I chociaż trochę się krzywił na widok elfów, nie miał powodów, by szukającej schronienia w Sevilli kompanii nie wpuścić. Może tylko wyklinał pod nosem długouche plemię, ale na tym się skończyło.
  Ulice świeciły pustkami. Jakiś spóźniony gospodarz wracał do domu, jakiegoś jegomościa, który zbytnio raczył się winem wyrzucono za poły z karczmy. Kilka koni stało przywiązanych do koniowiązu, jakiś rozładowany wóz, zapomniany, zagracał pobocze.
  - O tej porze raczej nie ma co szukać goblina – zauważył Emis. I chociaż przyboczny nie zamierzał się skarżyć, to nieco był obolały po całodniowej jeździe i chętnie by powitał choć krótki spoczynek, nawet w niezbyt komfortowych warunkach. Byleby choć oko zmrużyć i rozprostować kości. – Chyba, że działać zaczyna dopiero w nocy…
  Szept nie odpowiedziała, zapatrzona w przestrzeń między dwoma budynkami – chylącą się ku ziemi, nieco zrujnowaną posiadłością i wyższą, strzelistą wieżyczką. Zamrugała, jakby chcąc pozbyć się wspomnień, może snu sprzed oczu.
  - Niraneth-elda? – Emis upomniał się o uwagę magiczki.
  - Wydawało mi się, że widziałam znajomą twarz.
  - Kogo? – przyboczny, jeszcze przed chwilą marzący o spoczynku, teraz wyprostował się w siodle, czujny, na kształt wypatrującego łupu chyżego jastrzębia.
  - To nie ma znaczenia. To musiało być przywidzenie. Zdaje się, że mówiłeś o spoczynku?
   Emis przez jedną, może dwie chwile wyglądał, jakby zamierzał drążyć temat. Nauczony doświadczeniem wiedział jednak, że jeśli magiczka czegoś nie chce, najczęściej stawia na swoim. Słowem, był bez szans.
  - Powinniśmy odpocząć.

Kresy, osada jarla Sigruna
  Śnieżna kuna o białym futerku i czarnych oczkach, węsząca wśród wystających korzeni brzozy, posłyszała hałas i czmychnęła na drzewo, kryjąc się wśród ośnieżonych gałęzi, wysoko nad ziemią. Ciekawskim stworzeniem była, więc przekrzywiając łebek spoglądała w dół.
  Leśną ścieżyną, oblodzoną, uczęszczaną jedynie przez mieszkańców wioski jarla Sigruna, przemieszczali się konni jeźdźcy. Dwóch ich było, a ich wierzchowce przypominały zjawy i demony; nieumarłe konie, powołane do życia przez magię, bardziej martwe niż żywe, zgniłe nie zdrowe. Ślepia mieniły się czerwienią, przez rozdartą, nadgniłą skórę wystawały kości i mięśnie. Zmartwychwstałe wierzchowce.
  Ich jeźdźcy okryci byli grubymi płaszczami z kożuchami, chroniąc dłonie w rękawicach i nogi w skórzanych buciorach. Para z ich ust kiedy mówili i nosów gdy oddychali, buchała niczym z miechów. Oszronione kaptury przymarzły, siodła stwardniały, jednak nie przeszkadzały ni koniom ni ludziom. Martwego kasztana prowadził Ryld Sinodzioby, obok na siwku jechała jego córa Gorma. Nekromanta i lalkarka. Bezcześciciel oraz złodziejka dusz. Forpoczta kłopotów.
  Ryld pogonił kasztana. Śpieszno mu było dotrzeć do wioski klanu Ryby jeszcze przed pełnią; miał dzień, jutrzejszej nocy na granatowym, północnym niebie zalśni okrągły księżyc. Musiał zdążyć. Oboje musieli. Kiedy drgnęły palce nekromanty, a wokół jeźdźców zebrała się magia, śnieżna kuna czmychnęła przestraszona.



______________
Darrusowa: bo jak nic kocham i chcę więcej, o.

5 komentarzy:

Szept pisze...

Hehe, hehe. Hehe. Od razu powiem, że oprócz składania, drugi czy tam enty raz nie czytałam. Ponieważ jednak wisi i wisi, to i ja coś napiszę.
A ponieważ nie pozwoliłaś - niedobra, pod notką, dostajesz w komentarzu. Jak nic kocham i jak nic chcę więcej. Darrusowa, dziękuję :P
I tak. To jest ta część, w której maniakalnie oglądałam pokładającego konia Kmicica. Nawiasem, Skrzetuski, Wołodyjowski, niech się chowają. Kmicic to był, Potop to było - powiedziała ta nieobiektywna.

paulina patrycja pisze...

Ten blog i pomysł na tą historię jest niesamowity!
Gorąco zachęcam cię do zgłoszenia bloga do rejestru blogów:
"Czytać znaczy żyć drug raz".
http://czytac-zyc-drugi-raz-rejestrblogow.blogspot.com/

Rejestr powstał niedawno i zachęca do rozpowszechniania niesamowitych prac.

♥♥♥

Olżunia pisze...

Wreszcie przeczytałam. To i skomentuję.
Bardzo dobrze złożone. I napisane, napisane jest naprawdę świetnie. Archaizmów i fachowych terminów aż miło, a przy tym nie są upchnięte na siłę. Scena z kładzeniem konia wyszła genialnie - Szept, ukłon w Twoją stronę za taką analizę. Wielbię Truna, pogryzione pośladki i Nirę Obrończynię Lisów. I ropuchy. Urzekł mnie opis kapliczki na rozstajach. I wyliczanka. I Ryld, będzie Ryld! *-*
To tyle z ochów, przemęczona jestem, dużo nie napiszę. xD Ale podobało mi się, wciągnęło i było dobrej długości (czasami opka są dla mnie za długie).
Bo jak nic kocham i chcę więcej, o.

Babciu Sowo, Iskro, czytam i komentuję nie po kolei, ale do Waszego opowiadania wrócę. ;)

Silva pisze...

Bo na Aedówkę zawsze można liczyć <3

Szept pisze...

Archaizmy i fachowe terminy to raczej nie ja xD Ukłon w stronę Darrusowej. I za kapliczkę też do niej ukłon. Ja tu chwalę Darrusowa, więc się nie obruszać.
Nawiasem... to ja pisałam to o jeleniu i koziołku? Bo mi się ten opis podoba.
Nie wiem czemu, ale na scenie Redan przypomniało mi się "Ogniem i mieczem". Moment ulotny, zdaje się, że jak wracali z podjazdu. I ta muzyczka w tle.
I kocham Szept wkurzoną o określanie Dara mieszańcem.
Ropuchy, obrona lisów... tak, Szept ma zdecydowanie za dużo ze mnie.
I Wolha i znowu cię zrzuciła xD Bo Szept nie może być za miła.

A ponieważ Szept nie umie trzymać języka za zębami... tak, będzie Ryld. I ktoś jeszcze.

Prawa autorskie

© Zastrzegamy sobie prawa autorskie do umieszczanych na blogu tekstów, wymyślonego na jego potrzeby świata oraz postaci.
Nie rościmy sobie natomiast praw autorskich do tych artów, które nie są naszego autorstwa.

Szukaj




˅ ^
+ postacie
Rinne Lasair