Przewodnik

Linki-obrazki

Misje
I. Więzi przyjaźni
Spotykasz po latach kogoś, kto dawniej był ci bliski. Wplątuje cię on w jakąś historię, która nie dość, że z czasem się komplikuje, to w dodatku budzi w tobie wątpliwości co do intencji przyjaciela.

II. Linia frontu
Kerończy natarli na Prowincję Demarską. Oblegany jest sam Demar. Jedni ludzie stają do walki, inni uciekają ze spalonej ziemi. Napastnicy, obrońcy i cywile. Po której stronie staniesz?

Opcjonalnie: Udział w buncie niewolników w Wirginii bądź inne miejsca walk.

III. Rekonwalescencja
W nie najlepszej kondycji trafiasz do wioski lub klasztoru. Wydaje ci się, że trafiłeś w dobre ręce i że wkrótce będziesz mógł opuścić to miejsce. Okazuje się jednak, że z pozoru życzliwi i uprzejmi ludzie skrywają przed tobą jakąś tajemnicę.

IV. Zabij bestię
Coś napada, nęka mieszkańców. Zawierasz umowę z wójtem - dostarczysz głowę bestii za określoną cenę. Okazuje się jednak, że stworzenie nie działa bez powodu - jest w jakiś sposób prowokowane przez mieszkańców.

Opcjonalnie: Bestia jest wrażliwa na hałas z karczmy albo ludzie naruszyli w jakiś sposób jej rewir (weszli na jej teren, zajęli leże ze względu na drogie surowce itp.)

V. Nielegalne walki
Dochodzą cię słuchy o nielegalnych walkach prowadzonych w okolicy. Położysz im kres czy może postanowisz wziąć w nich udział dla własnego zysku? Pieniądze nie leżą na ulicy.

VI. Zlecone zabójstwo
Dochodzi do zamachu, w wyniku którego ginie ktoś ważny. Podejmujesz się odnalezienia zabójcy – albo jego zleceniodawcy. Od ciebie zależy, czy dojdzie do aresztowania winnych, czy pomożesz im uniknąć kary.

VII. Egzekucja
W mieście lub wiosce szykuje się egzekucja. Znasz sprawcę albo sam doprowadziłeś do jego schwytania. Realizacja wyroku coraz bliżej.

Opcjonalnie: Z czasem nabierasz wątpliwości, czy skazaniec faktycznie jest winny i chcesz go uwolnić lub dochodzą cię pogłoski, że ktoś może chcieć uwolnić kryminalistę.

zamknij
Dodaj do WTP Spis kodów
Spis opowiadań
Kiedyś przyjdzie mi za to wszystko zapłacić... Weselicho, czyli tańcz, jedz i chędoż za darmochę! Oszukać czas. Oszukać przeznaczenie. Oszukać... siebie. Baśń o wolności: Preludium Świątynia Ażubora (1) Wszystkiego krówkowego! (okolicznościowa, krótkie opowiadanie "Motyw przewodni - Prezent". Ta dam, pamiętaliśmy! I - Wezwanie pomocy: alchemio, przybywaj! Gdy demon odzyskuje człowieczeństwo, przypomina sobie jak być człowiekiem. Nikt nie zna prawdziwego bólu do czasu aż nie straci kogoś bliskiego sercu. Niedopowiedziane historie Wendigo i Driada Szczurzy dzień (autor: Szept, Silva) Domek, zupa, sukkub i historia (autor: Elias) Sen i niespodzianki (autor: Elias) Boląca strata i niepokojący gość! (autor: Elias) Cienie i nowy przyjaciel (autor: Elias) Kruki (autor: Elias) Cienie i Starsze Dusze (autor: Elias) Zawsze jest kolejna tajemnica (autor: Silva) Zło Kor'hu Dull (autor: Elias) Złodziej Twarzy i Koszmar (autor: Elias) Królewiec (autor: Elias) Przed świtem (autor: Nefryt) Król Żebraków i nowe drzwi (autor: Elias) Akceptacja (autor: Elias) Nostalgia (autor: Nefryt) Nowa droga i niespodziewane wyznanie? (autor: Elias) Biały i zielony daje czerwony! (autor: Elias) Nowe wyzwania w nowym życiu (autor: Elias) Krąg tajemnic (autor: Elias) Jack (autor: Elias) Czasami to mrok daje najwięcej światła (autor: Elias) Trzy sceny o szpiegowaniu (autor: Nefryt) Morze bólu. Promyk nadziei ... (autor: Elias) Nie ma sensu szukać guza. Chyba, że jest się najemnikiem (autor: Silva) Sól (autor: Aed) Dyjanna Muirne: Miecz może być dowodem wszystkiego (autor: Zorana) Opus Magnum I (autor: Iskra) Uszatek i Kwiatek na tropie przygody: Przypadłość parszywej gospody (autor: Paeonia i Szept) Gdy gasną świece (autor: Zombbiszon) ... Najjaśniej płoną gwiazdy nadziei. (autor: Zombbiszon) Elias cz. 1 (autor: Zombbiszon) Elias cz. 2 (autor: Zombbiszon) Historia (autor: Zombbiszon)
zamknij

Chat



   - Braciszku - krótki gwizd i z korony najbliższego drzewa sfrunęła sowa; płomykówka zwyczajna o długich, wąskich skrzydłach, teraz szeroko rozłożonych w locie; pióra miały jasnobrązowy kolor i poprzecinane były ciemnymi pasami; miała biały brzuch i szlarę w kształcie serca. W locie jej skrzydła zdawały się być większe, niż naprawdę, a kiedy przestała nimi machać, by szybując wyrównać lot, tuż przed ramieniem wysunęła opierzone nogi. Wylądowała na wyciągniętym przedramieniu półelfa; mocne, silne pazury wbiły się w skórzany karwasz, podszyty watą, by lepiej łagodzić ostrość pazurów i siłę lądowania. Przez chwilę sowa łapała równowagę, machając wielkimi skrzydłami, aż w końcu usiadła spokojnie. Darrus też rozluźnił mięśnie; nie było już potrzeby, aby stał twardo i mocno, to pomagało ptakowi tylko wtedy, kiedy lądował, wytracając prędkość lotu. Czarne, okrągłe oczy wpatrywały się w najemnika. - Kveel - Dar podrapał palcami sowi łepek, wkładając w to więcej siły, by poprzez pióra ptaszysko to poczuło; płomykówka była towarzyszem najemnika, wybrała go, tak jak inne sowy wybierały członków rodu Crevan, którzy szczególnie umiłowali sowy. Kveel przekrzywił głowę, przekazując do umysłu Brzeszczota obrazy i uczucia związane z pełnym brzuchem, sytością i radością wciąż go rozpierającą, chociaż od polowania na mysz minęła już chwila. Ze strony najemnika popłynęło uczucie dumy i zadowolenie, na które sowa zahukała, a Dar wiedział, że to oznaka pogodnego przyjęcia komplementu.
   - Leć im naprzeciw - Kveel odfrunął. Nie żeby najemnik się martwił, bo się spóźniają, ale zaczynało mu być niewygodnie na starym, omszałym pniu, w cieniu modrzewia, przy wygasłym ognisku, którego nie opłacało mu się już na nowo rozniecać. Drwa płonęły do świtu, głównie po to, aby rozjaśnić ciemności nocy. Teraz, w pierwszych promieniach wstającego na wschodzie słońca, ogień nie był potrzebny.
   Siedział już od godziny, bo zwyczajnie przybył za wcześnie, za wioską Nowe Dhar, na Równinie Przeoczenia, przy lesie Kor’Hu Dull. Był pieszo, bo jego uparta i złośliwa kasztanka znowu przegryzła wodze, którymi przywiązał ją do wierzby; teraz pewnie objada jakiemuś sadownikowi jabłka, które tak lubią uprawiać mieszkańcy okolicznych wiosek.
   Czekał, pogwizdując wesołą melodię, odganiając od łysej głowy komary i muchy; tak, zły na niebieskie włosy, które potem stały się zielone poprzez próby przefarbowania ich, Dar w końcu je ściął. Ma teraz piękne, łyse jajo. Czekał sobie na jeźdźców z nadzieją, że dostali jego list; sowy leśne ostatnio zrobiły się kapryśne i mniej ufne wobec ludzi, a nawet elfów. Czekał, bo szukał pomocy i miał nadzieję, że nadciągający jeźdźcy pomogą.
   Kichnął od mocnego zapachu pyłków i pogrzebał paluchem w uchu; od tygodnia słabo na nie słyszał, jak nic przez to, że nalało mu się tam słonej wody z zatoki, w której wodach wylądował.
    No gdzie oni byli? Nudził się i tyłek mu ścierpnął.

Tymczasem na trakcie…
   "Pomocy, łyse pośladki w niebezpieczeństwie, spotkajmy się za Nowym Dhar. Sowy potrzebują pomocy! Pilne!" - Char po raz kolejny tego dnia przeczytała liścik, które przeszedł swoje, wiele widział i zapewne wiele miejsc zwiedził by dotrzeć do Ataxiar, gdzie z królewskiej poczty trafił do podziemi, do alchemików. Przyniósł do w zasadzie Wilk, nie wiedząc co mógłby zrobić ze wstrząsającym faktem łysych pośladków. Poza tym cierpieli na Niedostatek Elfich Furiatek, więc nie miał komu przekazać tej sprawy. Co, miał iść do Szept, żeby znowu ją gdzieś wywiało na długie miesiące? Co to to nie moi mili państwo. Wiedziony nadzieją na jakiekolwiek sensowne rozwiązanie zjawił się w laboratorium alchemików, od razu szukając siostry.
   Była tam, a jakże. Jak zwykle zresztą, bo zamiast spać jak normalny (prawie) człowiek to ona siedziała po nocy w laboratorium usiłując wytworzyć coś podobnego do kamienia filozoficznego. Niestety, bez sensownego skutku. Jak dotąd największym osiągiem był niewielki wybuch, który przysmolił rude włosy i je nieco nadpalił. Sprawę przekazano, liścik przeszedł dalej chociaż Vetinari nie miała zielonego pojęcia co za pośladki i jakie Dhar. Dopiero rozłożenie mapy dało jej jako taki pogląd na sytuację, a że rodzinie pomocy się nie odmawia... Spakowała manatki, zostawiła instrukcje Desmondowi, najbardziej zaufanemu alchemikowi i ruszyła w trasę. Najpierw do portu Atax, na niewielki stateczek kupiecki, który D'vissem spływał (nadal nie wiedziała jakim cudem nie rozbili się o te cholerne skały) w dół, aż w końcu wpływał na wody kolejnej rzeki, Sowelu. Całkiem przyjazną załogę opuściła dopiero w Norgate, gdzie wykupiła jednego z ostatnich wierzchowców i ruszyła w dalszą trasę, trzymając się możliwie najdalej od Bagien by uniknąć nieprzyjemnych niespodzianek. reszta drogi do tajemniczego "za Nowym Dhar" minęła dość... nudno. Może to jej wrodzony talent do niepakowania się w kłopoty (którego nie posiadała, ale wygodnie było myśleć o tym, że jednak go ma), albo ktoś nad nią czuwał. Zresztą, było to nieistotne. Najistotniejsze w tej chwili były pośladki.
    Niedawno też nawiedziła ją sowa. Char nie znała się na sowach, podobnie jak nie znała się na psach czy kotach, więc obecność zwierzęcia podsumowała jako Wyjątkowo Ciekawski Osobnik. Co prawda sowa krążąca jej nad głową od jakiegoś kwadransa wzbudzała pewne podejrzenia, ale kto by się tym przejmował. Prowadziła konia ostrożnie, nieco ciągnąc go za ogłowie co by nie postanowił nagle gdzieś zostać i sobie nie iść dalej. Po drodze straciła siodło w niewyjaśnionych okolicznościach, o których powinna napisać do WPT, a że na oklep jeździć nie lubiła... Pozostawał tylko marsz.
    Pod lasem zauważyła kogoś. Kogoś łysego, bo promienie porannego słońca gładko oświetlały łyse jajo, które tak wdzięcznie odbijało światło dając znać każdemu w promieniu parudziesięciu metrów znać, że tu siedzi ktoś łysy. Alchemiczka zbliżyła się niepewnie, naciągając na ramiona ciemnoczerwony płaszcz z wyhaftowanym Flamelem na plecach, rzuciła człowieczkowi dziwne spojrzenie, jedno, drugie.

A pod lasem…
   Znudzony czekaniem najemnik, zajął się obgryzaniem jabłek, które najzwyczajniej w świecie zerwał z pobliskich sadów; były słodkie, twarde i za darmo, a brak kilku sztuk będzie można zrzucić na dzieciaki, czy wiatr targający gałęzie jabłonek. Obok nogi, na pieńku, ustawione były w równym rządku ogryzki.
   Sielski poranek, śpiew ptaków i wychodzący w pole chłopi; zaczynała się praca na polach i w sadach. Jeszcze chwila i będzie można usłyszeć śpiewające kobiety, idące z tobołkami na plecach, ich mężów i synów z narzędziami, kierujących się na swoje ziemie. Nowe Dhar nie znajdowało się aż tak daleko od linii lasu.
   Stukot końskich kopyt zakłócił dźwięki poranka. Był inny, obcy, nie pasował do wiosek. Tutaj nie korzystano z koni, nie zaprzęgano ich do wozów, do orki, były rzadkością nawet jako wierzchowce. Równina Przeoczenia wolała woły, których tutaj na pastwiskach nie brakowało; tak samo jak owce zastąpiono kozami, które lepiej chowały się na łąkach i w obejściach.
   Jeździec prowadził konia, szedł wolno, od strony Gór Przodków, z ziemi, na której wiosek było mniej, gdzie ludzie woleli się nie osiedlać. Z różnych powodów. Tutejszy lud, choć młody, uparcie trzymał się niektórych zwyczajów i przesądów; kot nie mógł przebiec drogi idącemu człowiekowi, nie można było przejść pod drabiną, a nocą zapuszczać się w las. Ot mniej lub bardziej zwariowane zabobony.
   Przybysz pojawił się po chwili. Kobieta prowadząca za wodze konia. Może wędrowiec, pielgrzym, albo w odwiedziny do wioskowych rodzin. Nie była to osoba, której spodziewał się najemnik, więc Dar nie poświęcił jej większej uwagi. Wrócił do obgryzania jabłka. Wędrowiec minie go, pójdzie dalej drogą, do swoich spraw, a on poczeka na elfią furiatkę. Iskra mogła się spóźnić, ale nie była osobą, która ignoruje prośbę o pomoc. Poza tym, jako sprawczyni Boskich Pośladków, nie mogła się wymigać, w pewien sposób była odpowiedzialna.
   Siedząc w cieniu, nie mając nic innego do roboty, Dar obserwował kobietę. O dziwo skręciła ona w stronę lasu, schodząc na polną drogę, porzucając główny trakt do Nowego Dhar. Szła ku niemu. Zgubiła się?
   Tutaj nie było to nic dziwnego; szlaki na Równinie były praktycznie nie wytyczone, od wioski do wioski szło się wydeptaną trawą, a wśród pól jedynie kamienie wyznaczały drogę. Brak gościńców nie był aż tak odczuwalny, bo każdy wieśniak, chłop, a nawet dziecko, chętnie wskazywali zagubionym kierunek.
 ~~


   - Pomocy, łyse pośladki w niebezpieczeństwie, spotkajmy się za Nowym Dhar? Sowy potrzebują pomocy? Pilne...? - nie zdołała ukryć nadziei w głosie. Już raz zadała komuś takie pytanie sądząc że oto dotarła do celu wędrówki, to tylko patrzyli na nią jak na kogoś, kto dawno nie odwiedzał jakiegoś małego, przytulnego szpitalika z takimi fajnymi kaftanikami... Oczywiście do głowy jej nie przyszło, że ten oto mężczyzna mógł oczekiwać całkowicie innej pomocy. Mógł spodziewać się kogo innego, kogoś znajomego, zamiast... No właśnie, miała mu się przedstawić? Tak od razu zdradzić? teoretycznie Wilk mówił, że nadawcy można ufać i te sprawy... Ale jeśli to był kolejny przypadkowo spotkany gość, który skieruje ją do najbliższego lekarza? Poczeka, wybada sprawę. Najwyżej potem powie kim ona w ogóle jest i co u licha tu robi.
   Wędrowiec się odezwał. Mniej lub bardziej dokładnie powtarzając treść listu, który napisał. Ale o co chodzi i co to za baba z koniem? Klasyczne zaskoczenie. Brzeszczot przeżuł kawałek jabłka, połknął i poklepał się po piersi. Elfia furiatka miałaby problem z poznaniem go. Przede wszystkim nie miał włosów. Łysy najemnik siedział sobie na powalonym pniaku, w lnianej koszuli, skórzanej kamizelce, spodniach co by nie latać z boskimi pośladkami na wierzchu, w podkutych buciorach i z karwaszami na przedramionach. Przy pasie miał sztylet dziadka, sakiewki, na kołnierzu zapinkę w kształcie sowy, a pod koszulą matczyną gwiazdę. Na palec założył pierścień z cymofanem, bursztynowym kamieniem, symbolem jego statusu jako hyvana rodu. W uchu, jak mężczyźni z zachodnich plemion, zaczął nosić koraliki. Jego oczy w kolorze miodu spojrzały na kobietę jakby dokładniej.
   - Ale… ty nie jesteś Iskra - zdziwienie i rozczarowanie były aż nazbyt słyszalne w głosie najemnika. Nie znał tej kobiety. Oczekiwał furiatki. Czy jego list został przechwycony, a może dotarł nie tam, gdzie powinien? - Kto cię przysłał? – teraz w jego głosie pojawiła się nieufność, a ciało najemnika sprężyło się, gotowe do odparcia ciosu. Nieznajoma urodą przypominała elfa; mógł też przysiąc, że pod długimi włosami skrywała szpiczaste uszy. Jej ciało nie wyglądało na zapomniane, z pewnością umiała walczyć, a przynajmniej się obronić. Poza zakręconym krzyżem na płaszczu, nie miała szczególnych znaków. Coś w jej postawie sugerowało mu maga, ale to nie było to.
   Kveel zahukał nad nimi. Sowa przysiadła na gałęzi dębu, kryjąc się w cieniu. W umyśle Dara pojawiły się obrazy pustej drogi, niepewności, żadnego innego jeźdźca. Kveel nie widział innych wędrowców, znał Iskrę, rozpoznałby ją, a jednak nigdzie jej nie było. Czy furiatka nie mogła przybyć? To, że nieznajoma znała treść jego listu, nie czyniło jej jeszcze przyjacielem. Pieczęci można było zerwać, zalać na nowo, sowy przechwycić. Magia sprawiała, że można było oszukać wzrok. Nawet jeśli pierścień z cymofanem wykrywał przepływa many i użycie zaklęcia, niewiele to dawało, bo nie potrafił czarom zaradzić, a człowiek nie wiedział, czego się spodziewać. - No, mówże.
   - Wilk. Twój list, podejrzewam że twój, trafił do Ataxiar. Mój brat nie wiedział co z nim zrobić, sam przybyć nie mógł więc wysłał mnie. Iskra jest w Czeluści i miną całe wieki nim stamtąd wyjdzie. Znaczy... Nie wiem, może Wilk wysłał jakąś notkę albo co, jakiegoś chochlika z przekazem i się zjawi, ale na razie jestem ja. Tylko ja - uściśliła, mając niejasne przeczucie, że mężczyźnie się to nie spodoba. Spodziewał się furiatki, ale jej nie było. W zasadzie Char nie była nawet pewna informacji o Czeluści, bo elfka przepadła jak kamień w wodę i koniec. Zawiodły próby rozmów mentalnych, nawet magia nie mogła wskazać miejsca jej pobytu. Alchemiczka założyła więc, że albo siedzi w Bractwie do którego przecież wróciła ze względu na rodzinę, albo się po prostu zapadła pod ziemię. Chociaż nie, wtedy widziałyby ją krasnoludy.
   - Przykro mi, że nie jestem tym kogo się spodziewałeś, ale może będę mogła pomóc nim mój brat znajdzie Zhao - zdawała sobie sprawę z tego, że magia to nie alchemia i na odwrót i pewnych rzeczy po prostu nie przeskoczy, ale zawsze można spróbować. W końcu była całkiem zdolna. Tak mówili.
   Ostrożnie, co by nie wzbudzić jakiś niepotrzebnych podejrzeń i przypadkiem nie doprowadzić do rozlewu krwi, sięgnęła do kieszeni płaszcza wyjmując stamtąd mniej lub bardziej udany portret.
   Portret najemnika, ale jeszcze z włosami. Parę razy spojrzała na portrecik, parę razy na najemnika i doszła do wniosku, że to chyba rzeczywiście on, sławne Boskie Pośladki. Czy powinna powiedzieć, że to zaszczyt?
   - Ty jesteś Darrus najemnik o boskich pośladkach, prawda? - jednak wolała się upewnić. Ten na rysunku miał włosy. Ten tutaj jajo. Jakby nie patrzeć rude kudły nie były równe jaju, więc coś tu było nie tak. A Char, która w większości czasu posługiwała się równaniami stwierdziła, że to się nie kalkuluje.
   Brzeszczot sapnął, skrzywił się i marszcząc brwi ustawił ostatni ogryzek obok innych. Czy naprawdę wszyscy muszą go kojarzyć tylko z pośladkami? Może powinien coś innego wykombinować, albo poprosić twórczynię tego głupiego kultu, o zmianę, tak dla odmiany.
   - Prawda. A ty jesteś… j e g o siostra? - to było trudne do zaakceptowania, do wymówienia i w ogóle do pomyślenia. Jasnowidz, co to własnego kataru przewidzieć nie może i nawet jakby mógł to by był nazywany wciąż tak samo, jak nazywany jest najemnik boskimi pośladkami, nie mógł mieć siostry. Nie, to takie dziwne. W sumie bardziej prawdopodobne było, że siostra była pierwsza, a pan Wilk wyszedł jakoś tak przypadkiem. - Słyszałem plotki, ale… - oglądając sobie Char od góry do dołu, najemnik doszedł do wniosku, że wcale nie są podobni. - Nie wyglądasz jak on - a to już było na plus i będąc przykładem ciekawskości, wziął się i dźwignął, bezczelnie zabrał portrecik i przyjrzał mu się, siadając na pieńku. - Ja też nie wyglądam jak ja… Mam duży nos - pomacał się po nim, robiąc dziwną minę. I brakowało mu włosów.
   - Nie wyglądasz. I masz łyse jajo - raczyła usłużnie zauważyć, jak gdyby najemnik nie był świadom tego co ma na głowie - Nie jestem podobna, bo jestem z innego ojca. Bękart, te sprawy - wzruszyła ramionami, nie wiedząc czy zagłębiając się dalej w historie swoje życia, czy jednak mu darować. O portrecik nawet nie walczyła, skoro znalazła już pana najemnika to nie był już jej dłużej potrzebny.
   - Czy oni cię po prostu wkopali, w pomoc mi?
   - Poniekąd wkopali, poniekąd sama się zaoferowałam. W stolicy bywa duszno, zwłaszcza jeśli Radni wbijają w ciebie ten swój palący wzrok. Jestem Charlotte - uśmiechnęła się, po raz pierwszy odkąd wyruszyła w długą drogę na pomoc Darrusowi, którego nigdy nie widziała na oczy. - Powiesz mi o co chodzi? Co to za sprawa?
   O elfich Radnych pan najemnik coś wiedział; znacznie mniej niż pewna magiczka i jej mąż, pewnie nie tak dużo jak wszędobylska furiatka, ale swoje z nimi przeszedł. Nie polubili się, na ogół unikali, od nich był wujaszek Fril i to on miał się nimi zajmować. Miał szczęście, że przenieśli się do Gniazdowiska, choć niektórzy uznali to za wyrwanie starego drzewa z korzeniami, gdzie Radni nie mieli mieszanego hyvana stale na oku; on im nie zawadzał, a i oni jego nie denerwowali.
   - Dlatego się stamtąd wyniosłem - powiedział cicho, bardziej do siebie niż do niej; ot stwierdzenie osobistego faktu i jego decyzji, słusznej czy nie, to już mieli ocenić członkowie rodu. - Brzeszczot, Darrus, zwij mnie jak chcesz - machnął ręką, wstał, zrobił kulkę z własnego portretu i wsadził do kieszeni; potem się go ładnie spopieli. Przez chwilę zastanowił się, czy aby nie zagwizdać na swoją upartą klacz, ale ostatecznie doszedł do wniosku, że Wolha i tak na zawołanie nie przyjdzie, o ile jest gdzieś w pobliżu. Nie miał szczęścia do koni, może więc powinien pomyśleć o ośle? - Jesteś alchemiczką? - plotki z WPT czasami się przydawały, o ile były prawdziwe - Może to i dobrze...? - to też powiedział do siebie.
   - Nie taką jak ci się wydaje - mruknęła, zaskoczona faktem Darrusowej wiedzy, ale nie drązyła tematu. Nie pytała skąd wie, czy może się domyślił, czy zna symbolikę, a może rozpoznał co takiego ma na plecach. Wilk mówił, że to przyjaciel, a przyjaciołom przecież się ufa.
   Przeciągając się, Dar stanął obok nieznajomej, bo wciąż nią była, nawet jeśli znał jej imię. Był od niej wyższy, o łysą głowę. Mimo czystych ubrań, wyglądał trochę niepoprawnie, jak to najemnik; ubłocone buciory, koszula niedopięta, rzemień od kamizelki zerwany, tu odstająca nitka, tam odpadający koralik. I przewieszona przez ramię podróżna torba. - Coś atakuje las. I to nie siekierami. On choruje, a turdusy się niepokoją.
   Specjalistą od drzew nie była, ale wiele można było wyciągnąć z otoczenia z prostej obserwacji, albo z rozłożenia materii. Coś jej mówiło, szósty zmysł albo kobieca intuicja, że jednak bez maga się nie obejdzie i aż się obejrzała w nadziei, że oto nagle zza zakrętu wypadnie furiatka na swoim czarnym koniu. - Elfy... Elfy śpiewem nakłaniały drzewa do wzrostu, czy teraz ta metoda zawiodła? W sensie czy ktoś im śpiewał żeby wyzdrowiały, albo żeby wypłoszyć tego szkodnika, czymkolwiek jest? Sprawdzaliście stężenie magii? Może jest za wysokie - dopiero kiedy zadała swoje pytania wpadło jej do głowy, że musieli przecież coś już robić i to nie zadziałało. Inaczej nie ściągaliby na pomoc Iskry - Wybacz, głośno myślę... - mruknęła na usprawiedliwienie i zaczęła rozważać przypadek od strony czysto alchemicznej. Rozkład materii trzeba zrobić najpierw, jak nic. Chociaż podejrzewała, że elfy nie będą skore do wycięcia jednego z drzew - Jeśli mam pomóc, a nie tylko poprawić wam humor w oczekiwaniu na Iskrę, to muszę dokonać rozkładu materii. Jedno drzewo trzeba będzie ściąć. Może nie całe, może wystarczy gałąź... W zasadzie tego dowiem się dopiero jak zobaczę jak wygląda sytuacja. Macie tam na miejscu jakieś laboratorium? - pewnie nie, upomniała się w myśli. Alchemików i tak było niewielu, a dobrze wyposażone laboratoria można było policzyć na palcach jednej ręki. Mimo wszystko liczyła, że jakieś szkiełka, czy może fiolki będą. Rzecz jasna potrafią sobie poradzić i bez tego, w ostateczności nawet mogła je stworzyć, ale nie lubiła bawić się materią tylko dlatego, że nie ma pod ręką fiolki, czy słodkiej bułki.
   - Tym drzewom śpiewał Giorsal Szlachetny, jeszcze za Dawnych Dni - najemnik podrapał się za uchem, spoglądając na drzewa; te tutaj były młode, niskie, zaledwie dzieci drzewnych starców, którym śpiewał Giorsal, pan dębów i buków, nucący drzewom. Serce puszczy, jej najstarsza część, była znacznie wyższa. - Jego magia wciąż krąży w ich pniach, a na inny głos zdają się nie reagować. Ścięcie… a nie zrobisz tego samego z powalonym? Jestem tylko najemnikiem, ale nawet ja wiem, że turdusy mogą się nie zgodzić - wielkie sowy i jego matka, ale tego już nie powiedział na głos; Laurion przybyła tutaj razem z Diarmudem, miała być ich ostatnią deską ratunku, jak mawiają ludzie, ale i jej śpiew zawiódł, co nie spodobało się tej, która umiłowała sobie drzewa. - Z resztą, chodź.
   Na polach i w sadach podnosiły się głosy wieśniaków; ludzie zaczynali pracę, zbierając to, co zasiali i dbając o to, co jesienią przyniesie im monety. Byli prostymi ludźmi, sąsiedztwo wielkiego lasu im nie przeszkadzało, jednak wywoływało w nich pewne obawy, jak to u bogobojnych i przesądnych mieszkańców, zwłaszcza tutaj na wschodzie.
   - Lepiej żebyś to zobaczyła, a przed nami kawałek drogi. Będziesz czegoś potrzebowała? W lesie nie ma nic, co by z niego nie pochodziło, a okoliczne wioski mogą nie mieć wszystkiego. Być może sowy pomogą, ale ja nie będę mógł wpłynąć na ich decyzje.
   - W zasadzie czy ścięte czy powalone to już mnie nie interesuje. Grunt, żeby nosiło ślady infekcji, a najlepiej żeby było całkiem chore. Wtedy prościej będzie odgadnąć co to. O ile to nie magia - właśnie tego się najbardziej obawiała, że to nie jest jakaś naturalna choroba, że to właśnie czkawką odbijają się stare pieśni i zastała w drzewach magia. Już raz widziała taki przypadek, choć wtedy chodziło o Medreth i jego bóstwa. One też były chowane na magicznych śpiewach, choć może na nieco innych zasadach. Tak czy inaczej, do tamtej choroby trzeba było maga i to wściekle dobrego.
   - Jeśli nikt mnie nie zlinczuje za transmutacje to nie muszę nic ze sobą brać. Wszystko mogę zrobić na miejscu, choć zajmie to dodatkową ilość czasu - o specjalistycznej aparaturze do niektórych reakcji nawet nie mówiła. Taką wytworzyć nawet alchemią było ciężko, bo jak spamiętać te wszystkie wypukłości szkła, wygięcia, odnogi i to wszystko... Poza tym, miała cichą nadzieję że wcale takich rzeczy nie trzeba będzie używać. - Jeśli to kawałek drogi to możemy jechać konno. W sensie wiesz, we dwójkę. Szybciej będzie - w zasadzie najlepiej byłoby gdyby wzięła gryfa, ale jej towarzyszka nie była skora ani do opuszczania Ataxiar ani do zbytniego dialogu w tej kwestii. Gdyby Vetinari znała Wolhę to mogłaby z pełną swobodą uznać, że te dwie panie mają coś ze sobą wspólnego - W międzyczasie możesz mi streścić coś o tej chorobie. Jak ją wykryliście, od kiedy widać jej wpływy i tak dalej.. Na pewno będzie to pomocne.
   - Tutaj nie ma ludzi - miał na myśli las - Wieśniacy wchodzą do niego, ale na kilkanaście kroków. Głębiej się nie zapuszczają. Stare drzewa i wielkie ptaszyska wywołują strach - gdyby Char przybyła na gryfie, istniało duże prawdopodobieństwo, że turdusy nie przyjęłyby go z radością. O ile pozwoliłyby stworzeniu przelecieć nad sercem lasu, o tyle za nic w świecie nie dałyby mu wylądować, ani przebywać wśród swoich. Za dawnych dni sowy toczyły boje i z gryfami, i ze smokami. A stare waśnie nie zawsze wygasają z czasem. - Będziesz miała tylko towarzystwo mojej rodziny - kilku osób z rodu; Laurion i Diarmud - Oraz turdusów, choć w ich sprawie będzie mówił Maar. Czasu też będziesz miała dość, spanie na drzewie może okazać się uciążliwe. Nie zapewnię ci elfich luksusów. Gniazda w ogóle nie są dostosowane dla ludzi.
   Zerknął na konia. Nie mógł powiedzieć, że darzył je sympatią, raczej tolerował, choć gdyby mógł, unikał by ich całkowicie, ale piechotą daleko się nie zajdzie, a turdusy nie są chętne do noszenia jeźdźców, więc nie miał wyjścia. Najpierw przywitał się z konikiem, potem wsadzając nogę w strzemię podźwignął się, zaparł i wskoczył za siodło, sadowiąc się z tyłu. - Nie pojedziemy tak długo, ale póki możemy - wzruszył ramionami, dając znać, że dopóki mogą jechać konno to niech jadą, będzie im lżej.
   W ślad za nim usadowiła się w siodle, cmoknęła i konik ruszył do przodu niosąc ich w las. Widmo braku luksusów średnio ją obeszło, informacja jak każda inna. Przywykła do polowych warunków, często z alchemikami spali w jakichś pieczarach za okrycie mając tylko własny płaszcz. Niektórzy słuchając tych opowieści dziwili się, że nie transmutowali skał, czy ziemi w coś bardziej użytecznego, ale spanie gdzie popadnie zazwyczaj wiązało się z pościgami Gildii. A ci od razu zwietrzyliby trop alchemii, wystarczyłaby nawet malutka dekompozycja.
   - Mieszkacie na drzewach? - ale to była nowość. Nigdy nie spotkała kogoś, kto tak oficjalnie i cały czas mieszkał na drzewie. Ciekawe czy budowali chatki, takie o których zwykle marzyły ludzkie dzieciaki, choć Dar wspominał coś o gniazdach. Char ściągnęła brwi wyobrażając sobie bardzo wielkie gniazdo pełne piór i odłamków po jajkach, a wśród nich maleńkie, elfie stoliczki i krzesełka, parę łóżek... Nie, to chyba nie tak funkcjonowało. - I jak wyglądają te gniazda? Są takie... duże? I macie tam meble? Takie małe? A jak jakaś sowa na was usiądzie to co? A nie traktują was jak robaki? no bo turdusy to duże chyba są... - kwestia gniazd i bycia robakiem dla sów najwidoczniej nie dawała alchemiczce spokoju. Podobnie jak wizja maleńkich mebelków rodem z domków dla lalek.
   Brzeszczot mrugnął, parsknął, zachichotał aż w końcu roześmiał się w głos; przez chwilę trząsł się cały, podskakując za siodłem w śmiechu. Umilkł na chwilę, ale znów wesoło parsknął. - Jesteś zabawnie urocza - ale jak dziecko, które jest ciekawe świata, które zadaje tuzin pytań i wszystko chce wiedzieć i sprawdzić, czy to, co sobie wyobraża jest takie naprawdę. A jak sowa na was usiądzie?"... znów zachichotał za plecami dziewczyny. Będzie to musiał opowiedzieć Maarowi. - Las należy do turdusów. Nie mieszkamy z nimi - co prawda przez pewien okres po zniszczeniu Eilendyr osiedli tam, ale były to chwilowe zamiary; sowy nigdy nie pozwoliłyby im zostać tam na dłużej lub na zawsze. Mogły być ptakami Turdura, jego iskrą, mogły zawrzeć sojusz z elfami, ale przede wszystkim były pierzastymi smokami. Elfy przyszły do nich potem. I choć Giorsal wyśpiewał im drzewa, nucąc przez wiele tygodni, nie byli najważniejsi. - Śpimy pod dachem z liści, w hamakach, nad gałęziami - zamilkł na chwilę - Giorsal swoją magią, swym umiłowaniem do drzew i zawartą w śpiewie miłością zmieszaną z szacunkiem, przyśpieszył wzrost drzew, otoczył je opieką, a ci, co byli po nim, pielęgnowali ten las. Po Giorsalu nikt nie śpiewał drzewom, elfy z rodu nie chciały mieszać magii dwóch jej użytkowników. Jedynie w nagłych przypadkach, Umiłowana Siostra Drzew nuciła im swą pieśń - tak, jego matka pomagała, ale podchodziła do serca lasu z ostrożnością; był bowiem zbyt waży i cenny, aby spleść melodię pradziada z jej własną. - Być może drzewa w sercu wciąż są chronione, wciąż przesycone starą magią. Chorują znacznie młodsze, na obrzeżach. Zaczyna się od korzeni, zaraza idzie w górę pnia. Wkopywaliśmy przy nich sadzonki; schły po kilku dniach, ale niektóre rosną. I to nie jest tak, że jeden gatunek, nie ma schematu - Crevanowie robili wiele, aby pomóc drzewom, próbowali, starali się, jednak w pewniej chwili byli jak człowiek próbujący przebić głową mur. Nic więcej nie potrafili zdziałać, poza czasowym zahamowaniem zarazy. Fakt, że poprosili kogoś z zewnątrz oznaczał, że nie mieli wyjścia. - Na korze pojawia się pleśń, grzyb? - wzruszył ramionami, nie był specjalistą - Obkopane korzenie wyglądały tak, jakby coś wysysało z nich soki. Siostra Drzew powie ci więcej - i oczywiście Laurion będzie patrzeć Char przez ramię, zaglądać w każdą fiolkę, pytać o każdą substancję, o wszystko. Być może Maar Mówca będzie robił to samo. To nie będzie łatwa praca dla alchemiczki, Dar o tym wiedział i chociaż przyrzekł sobie, że będzie hamował matkę i ludzką sowę, może być tak, że niewiele wskóra. Sojusz turdusów z mieszańcem był... delikatny.
   - I ja też mam spać w takim hamaku? - spytała, wciąż ciekawa, bo ciekawość Vetinari nie miała ani granic, ani końca. Była naukowcem i w jej naturze było drążyć, szukać odpowiedzi i ciągle poszukiwać nowej wiedzy. Las turdusów był kopalnią nowych informacji dotąd nie odkrytą, bardzo ciekawą, ale jednocześnie mającą w sobie coś, co nakazywało Charlotte trzymać się na baczności. Widmo rozdeptanie przez sowę, mimo słów Dara, miało teraz ją prześladować w snach. - Nie żeby mi hamaki przeszkadzały. Przypomina mi to trochę dzieciństwo - a raczej tę jego część, kiedy jako mały dzieciak pływała na statkach. Nim znalazł ją Alastair, nim załogę powieszono w Brushtonin za piractwo i grabieże. Gdyby nie ruch oporu, gdyby nie alchemia i to co obiecała ostatnim dziewięciu alchemikom Brzasku najpewniej wróciłaby na morze by robić dokładnie to samo czego była świadkiem za brzdąca.
   Rewelacji odnośnie choroby słuchała z najwyższą uwagą, ale niestety nie potrafiła dopasować modelu znanych jej anomalii do tego o czym mówił najemnik. Grzyb, pleśnie... Ale z kolei nie wszystkie sadzonki wymierały. No dobra, czyli byli w martwym punkcie. Musi zdobyć próbkę z korzeni chorego drzewa, to wiedziała już na pewno. I odłamek chorej kory też byłby mile widziany. O wycinku ze słoja drzewa nawet nie marzyła, nawet elfy z Medrethu dostałyby białej gorączki na sam pomysł wycinania czegoś z żyjącego drzewa. Podejrzewała, że tu będzie podobnie, o ile nie gorzej.
   - Jesteś taka, jak ja, prawda? - najemnik długi czas zastanawiał się nad tym, czy ptakom powiedzieć od razu, kto ma ratować ich niemal święte drzewa, czy zataić ten fakt, aby nie patrzyły na dziewczynę krzywym okiem.
   - Prawda - niemiła i dość gorzka, biorąc pod uwagę to jak Radni na nią patrzyli, ale jednak prawda.
   - Raa'sheal jest twoim bratem, mimo wszystko. Tego powinniśmy się trzymać - czuł się jak pomiędzy młotem i kowadłem; sytuacja choć po odnowieniu sojuszu uspokoiła się, wciąż działania hyvana wokół turdusów były jak stąpanie po kruchym lodzie.
   - Mamy tą samą matkę, a ojców różnych, więc... Może i jest moim bratem, może uważa mnie za część swojego rodu i rodziny, ale inne elfy widzą to inaczej. Nie jestem z krwi Raa'sheal, tak mówią. Gdybyśmy mieli jednego ojca to pewnie wyglądałoby to inaczej - nie był to lekki temat do omówienia, zwłaszcza kiedy żyło się ze świadomością, że Amon, ojciec Wilka, dokładał wszelkich starań by się jej pozbyć jeszcze kiedy była niemowlakiem. A ona jakby na złość mu przeżyła i wróciła. Jak bumerang, burknęła do siebie w myślach. - Alchemikom się nie ufa. Bękarcim alchemikom jeszcze mniej. A takim alchemikom jak ja to już wcale - w końcu nie każdy potrafi zdeformować materię tylko składając dłonie. Zwykle są okręgi transmutacyjne, składniki... Albo są też alchemicy korzystający tylko z dobrodziejstw laboratoriów, tacy teoretycy, jak pozwoliła ich sobie nazwać Charlotte - Nie spodziewam się ciepłego przyjęcia, nie spodziewam się miłej i owocnej współpracy. Ale wysłali mnie tu żebym spróbowała pomóc. I to zamierzam zrobić - nawet jeśli groziło to rozdeptaniem przez sowę.
   - I... W sumie to co powiedziałeś, o tym byciu uroczym... To jedna z najmilszych rzeczy jakie ostatnio usłyszałam - stolica elfów nie należała do miłych miejsc. Nie kiedy nie miało się odpowiedniej pozycji i historii. Nie, kiedy było się mieszańcem, w dodatku królewskim bękartem.
   - Radni potrafią być drzazgą w zadku, nie? - przemycenie do rodowego domu mieszańca, tar'hura zostało potraktowane przez Radnych jako chwilowy kaprys, który nie potrwa zbyt długo. Jak przygarnięcie bezpańskiego, chorego zwierzęcia przed śmiercią, by zobaczyło jak mogło żyć, gdyby było szlachetne. Ivelios nie miał jednak zamiaru rezygnować z wnuka, a nowina, że widzi go na swoim miejscu, że chce przekazać na jego palec pierścień z cymofanem i przekazać rolę hyvana... to nie mogło się spodobać radnym i nie mogli też przymknąć na to oczu. Cóż, Los i Fortuna, mieszając w życiu sprawili, że wyszło jak wyszło. Brudna Krew została hyvanem. Tar'hur stał na czele wielkiego rodu. Mieszaniec był wśród elfów. Tak, Dar mógł sobie wyobrazić, co radni zgotowali Char. - Moja matka to elfka, córka byłego hyvana. Nasi starsi uważają ją za świętą drzew - lepiej nie wnikać w miłość elfów do drzew - A ojciec to kowal, ze wsi, co ogniem i młotem zarabia na życie. Część mojego rodu została w Ataxiar, jawnie pokazali, co sądzą o mnie. Reszta przeniosła się do Doliny, razem ze mną. Wypieli się na mnie ci, co pochodzą od Faolina. Radni szukali sposobów, by się mnie pozbyć i wiesz co? Niech się pierdolą w tej swojej świętej, złotej stolicy. Skoro ten głupek uważa cię za siostrę, czy jest ważne, że inni tego nie akceptują? Kij, że będą niezadowoleni, to nie ich siostrą jesteś - no dobra, najemnik nam się rozgadał, ale to dlatego, że sam musiał sobie radzić z radnymi, elfami i całym tym ich społeczeństwem. W dodatku jego postawa, słowa, zachowanie: wszystko to wpływało na ród, który reprezentował. Nie mógł nazwać elfa wysokiego rodu zarośniętą małpą bez konsekwencji. To też nauczyło go uważać na słowa. Ale czy przejmował się radnymi? Owszem, gdy szkodziło to rodowi, ale na co dzień traktował ich jak muchy latające wokół głowy. Nie będzie się przejmował arystokratycznymi dupkami, bo były w życiu inne rzeczy.
   - No ja pierdolę, jak jesteś skuteczna to do dzieła, a nie. Możesz być nawet bękartem gnoma i ślimaka, ale jak pomożesz to powiem ci: witaj! Możesz wyrwać jedno drzewo, ale jak to pomoże uratować resztę, zetnę ci je własnoręcznie. To ograniczone elfie myślenie... - nagle przyszło mu coś do głowy - A to może być ziemia? W sensie... dziadek mówił kiedyś coś o strumieniach naturalnej many płynących we wnętrzu ziemi. Chyba. Mogłem coś pokręcić, albo dodać. Chyba, że tu potrzebny mag ziemi. - A to może być ziemia? W sensie... dziadek mówił kiedyś coś o strumieniach naturalnej many płynących we wnętrzu ziemi. Chyba. Mogłem coś pokręcić, albo dodać. Chyba, że tu potrzebny mag ziemi.
   - Mag ziemi byłby całkiem dobry, pomógłby wykluczyć parę teorii, ale ja osobiście żadnego nie znam - Szept klasyfikowała jako kogoś... jakby to ująć, wszechstronnego, a Zhao specjalizowała się w snach i czasie, tego była pewna. No i w ogniu. A elfy chroniące drzewa i chuchające na nie na każdym kroku raczej nie byłyby zadowolone z specjalności Iskry - Co do pomysłu z ziemią... Nie wiem Dar. Nie znam się na magii, ale skoro jej strumienie są naturalne i są tu od zawsze to nie powinny drzewom szkodzić. Chyba, że tak jak strumienie rzek mają gdzieś swój początek, w jakimś źródle może. I może to źródło jest zatrute? To by najbardziej pasowało, chociaż wolałabym się upewnić, że wzorzec choróbska nie odpowie żadnej znanej mi infekcji - skierowała konia nieco inną ścieżką, chcąc ominąć dziwną dziurę, która kojarzyła jej się z króliczą norą, choć na nią była za duża i położona w dziwnym miejscu. Może to była dziura po gigantycznym robaku? W końcu gigantyczne sowy muszą coś jeść...
   - Jak znaleźć źródło rzeki, która płynie w ziemi i jest magią? To w ogóle ma koryto? - i szczegółem było to, że najemnik zadawał te pytania alchemikowi, choć powinien pytać maga. Sprawa była o tyle pilna, że turdusy w pewnym momencie mogły zacząć obawiać się o swoje życie. Ich migracja w inne miejsce... Dar nawet nie chciał o tym myśleć. Ród, ci jego członkowie, którzy byli mu przeciwni, z pewnością uznaliby to za wystarczające, by pozbawić go głowy. - Będę musiał pokazać ci miejsce, gdzie to się zaczęło. Choroba nie atakuje młodych drzew, jedynie te, którym śpiewano. Sugerowano mi, że coś żeruje na magii, którą mają w sobie - wzruszył ramionami - Ale to tylko drzewa. Nie magazyny na manę...
   - A bo ja wiem, czy ma koryto. Wiem, że wszystko ma swój początek i koniec. Podziemne rzeki magii też muszą mieć gdzieś początek - tak przynajmniej wskazywała logika. Charlotte lubiła polegać na logice, bo logika była czymś pewnym. Stabilnym. Nie lubiła natomiast, kiedy logiczne wytłumaczenie okazywało się kompletną bzdurą, a brak logiki zwyciężał. Może tak bardzo nie lubiła magii. Tam rzadko kiedy coś było naprawdę logiczne.
   Przez chwilę jechali w ciszy. Myśli Dara zaprzątały obawy i niepokoje. Jeszcze kilka tygodni temu siedział sobie spokojnie w Gniazdowisku, w Dolinie, popijał piwo i grał w szachy z Ardanielem, a tu łubudubu i pojawia się wielka sowa, elfy krzyczą, turdus domaga się hyvana i dawaj, lecimy nad Równinę Przeoczenia, do turdusów, bo coś się złego dzieje z drzewami. I tyle było ze spokojnego picia piwa.
   - Spotkałam niedawno takich dwóch jegomości. Jeden rudy z długim warkoczem, wyglądał na elfa. Drugi ciemnowłosy, loki miał i w sumie to chyba zarośnięty był. No i miał dziwnie pachnącą torbę, która się ruszała, jak pytałam o Darrusa to ten rudy powiedział, że nie widział, a ten drugi to powiedział, że mam ci przekazać żebyś koszule zmienił, bo on to cię czuje aż tam, za górami. A potem jak pojechałam dalej to słyszałam jak się o coś kłócili, chyba o to że ten drugi nie powinien tak mówić. Jak on do niego powiedział... Ach, Marcus. Chyba Marcus. Znasz jakiegoś rudego elfa albo półelfa i Marcusa?
   W jego myśli wdarło się pytanie. Że kogo spotkała?
   - Marcus ojciec siczowych dzieci? - no nie mógł się powstrzymać; ten przydomek przylgnął do Marcusa tak samo, jak do Dara boskie pośladki, do Luciena kaczki, a do Iskry furiatka. Wilk już zawsze będzie gościem od kataru, szamanka Sopelkiem, a wilkołak pchlarzem. I należało się z tym pogodzić. - Gdzieś ty trafiła na tę parę? To oni w ogóle żyją? - to było pytanie bardziej do siebie. Dar nie pamiętał już, kiedy widział tych gagatków. To było dawno temu. Więcej słyszał o wyczynach legendarnego ojca i pana truciciela, co tylko na tobie poeksperymentuje. - Marcus i Gabriel... z tym pierwszym mógłbym wychylić kufelek miodu...
   Kveel lecący nad ich głowami, nieco z przodu, początkowo był białą plamką, później wyprzedził ich na tyle, że zniknął pośród zieleni koron. Co chwila przekazywał do umysłu najemnika swoje uczucia; zadowolenie związane z lotem, ekscytacje, bo przecież tu żyły turdusy, jego wielcy bracia. Zaczynał odczuwać też głód i coraz większą ochotę na polowanie.
   Pośród pni drzew panował przyjemny chłód, a słońce zatrzymywało się tam, u góry, nie mogąc przebić się do ziemi. Otaczał ich zapach lasu; grzybów, wilgoci i mchów. Ptasie trele odzywały się co chwila. To jeszcze był las, który znali mieszkańcy okolicznych wiosek, ale wkrótce otoczenie zacznie się zmieniać. Wkrótce wejdą do królestwa wielkich sów.
   - Tak, to chyba ten Marcus jeśli wierzyć temu, co wypisują w WPT. I w sumie byli niedaleko. Mieli ze sobą jakiegoś osła, który miał osiem nóg i był bardzo włochaty. Marcus nie wyglądał na szczęśliwego tym widokiem - chwilę przyglądała się lecącej sówce, nim ta zniknęła gdzieś na horyzoncie. Zauważyła, że ptak ciągle im towarzyszy, choć nie wiedziała dlaczego. Może takie były tu zwyczaje?
   - Dlaczego ta sowa nas śledzi? - spytała konspiracyjnym szeptem, kiedy Kveel całkiem zniknął z pola widzenia - To szpieg tych wielkich sów? - wzdrygnęła się, kiedy obok nich przeleciał całkiem spory żuk. I jeżeli Vetinari czegoś bała się bardziej niż samej śmierci, to na pewno były to leśne robale i robale ogólnie pojęte. Otuliła się szczelniej płaszczem, nawet narzuciła kaptur, byleby żadna niespodzianka nie wleciała jej na przykład do ucha, albo nie zaplątała się we włosach. Najgorsze i tak były takie glizdałki, które wpełzały na biednego półelfa, kiedy ten usiłował się zdrzemnąć...
   Brzeszczot znowu się zaśmiał pod nosem. Chyba nie odbierał Char tak, jakby tego chciała dziewczyna, co nie znaczyło, że robił to źle. Raczej wyglądała dla niego jak ciekawska kobieta, która chyba nie wyrosła z wieku dziecięcego. A pozory czasem lubią mylić. - To Kveel. Mój przyjaciel. Ten Marcus z włochatym czymś… to pewnie był pająk Figiel. Ta sama zasada. Podobnie jak inne zwierzęta, które się bratają z elfami. Turdusy nie są na każdą zachciankę hyvana, a czasem trzeba przesłać wiadomość i nie zawsze goniec się do tego nada. To trochę skomplikowane - najemnik nigdy nie był dobry w tłumaczeniu zawiłych rzeczy; albo coś plątał, albo dodawał, albo tak się zakręcił, że wszystko pomieszał. Teraz na przykład wolał nie wnikać w szczegóły związane z sową, bo pewnie nic by z jego wyjaśnień nie wyszło.
   W dodatku założył, że alchemiczka od razu będzie chciała zobaczyć zmienione zarazą miejsca, więc bez pytania w tę stronę skierował jej konika. Drzewa zaczęły robić się wyższe; ot pnie sięgały znacznie wyżej, gałęzie uciekały w górę, a korony znikały hen nad głowami. Zrobiło się ciemniej; to przez to, że światło słoneczne zatrzymywało się tam w górze. Las był czysty, gdzieniegdzie tylko rosły krzaki i krzewy. Tam jakiś pagórek, rów. Tu brzęczały owady, dalej ćwierkały ptaki. Tylko drzewa zdawały się zmieniać. Dopóki nie przekroczą rzeki, wciąż będą daleko.
   - Taki... chowaniec? Widziałam już coś takiego, na przykład Szept ma takiego kruka. Też chciałam mieć chowańca, ale chyba jestem za głupia - zamyśliła się na chwilę. Czy Dar też był magiem? Czy tamten Marcus też nim był? Dotychczas spotykała tylko magiczne chowańce, przyjaciół potężnych lub mniej potężnych magów.
   Brzeszczot znowu się roześmiał. Kiedy zaś Kveel okazał zainteresowanie jego wesołym nastrojem, przekazał mu obrazami to, z czego się śmiał. Po chwili poczuł rozbawienie płynące od płomykówki; on też uważał, że to zabawne nazywać go chowańcem. - Musisz powtórzyć to Szept. Ktoś pomyślał o mnie, jak o magu. Nie, to trzeba wysłać do WPT, jako żart. Kveel to sowa. Ale błagam, nie każ mi wyjaśniać jakim cudem zostaliśmy połączeni, bo ja tego nie ogarnąłem, gdy mi Gwarek wyjaśniał. Ty mi lepiej powiedz, czemu w ogóle się zgodziłaś? Pomagać obcym elfom?
   - Trudne pytanie panie najemnik - odpowiedziała wymijająco, kupując sobie czas na odpowiedź. W zasadzie nie wiedziała czy jest konkretny powód. Być może była to chęć zabłyśnięcia, być może chęć pomocy, a być może chęć zwiedzenia kawałka świata. Nie potrafiła do końca tego sprecyzować - Po części dlatego, że nigdy nie widziałam "obcych elfów", po części dlatego, że nie mogłam usiedzieć na miejscu a najbardziej to chyba dlatego, że Wilk mnie prosił. No i lubię wyzwania, a skoro wszystko to po trochu się zgadza, to czemu nie? Przecież nie ukręcicie mi tu nóg jak przypadkiem nadepnę jakiegoś żuka? Prawda? Prawda? - w ostatnim pytaniu wkradła się lekka nuta niepokoju, jakby jednak nie dla wszystkich było oczywiste, że żuki się czasem nadeptuje i to całkiem niechcący.
   Po chwili dotarła do niej subtelna zmiana w otoczeniu. Nie była magiem, ale mimo wszystko nauka alchemii wykształcała w człowieku taki zmysł, że po prostu czuło się magię. Nie tak dosłownie, bardziej jak jakąś siłę napierającą na umysł, irytujące bzyczenie w uszach. Alchemicy uczyli się obserwować otoczenie, wyciągać wnioski i rozumieć jak działa natura. Uczyli się jej dekompozycji i ponownej syntezy materii. Nie sposób było przy tym ominąć magię, poza tym dla niektórych pomiędzy alchemią, a magią nie było w ogóle różnicy. Pf, ignoranci.
   - To już blisko pewnie. Czuć, że wleźliśmy w magiczny obszar.
   Miała rację.

c.d.n.

[w końcu coś z Iskierką ^^ - nie zabij mnie, zbyt mocno]

12 komentarzy:

Iskra pisze...

Nie mam zamiaru bić, ani zabijać tym bardziej, w końcu sama powiedziałam, że możesz sobie edytować i w ogóle, więc skąd ten strach?:p I w ogóle dziwnie się czyta swoje wątkowe wypociny tak oficjalnie na blogu... Naprawdę dziwnie. Ale tak jak sądziłam, że moje odpisy to totalny chaos to jakoś udało ci się to ładnie powycinać i poukładać, że wyszedł fragmencik jakby z książki.

Szept pisze...

Czytane na słoneczku, więc mogę to i owo mieszać, to i owo przeskoczyć, a to i owo przeoczyć, bo przegrzana główka nie sprzyja myśleniu, za to sprzyja czepialskiemu oczku. I żeby nie było, Szeptuszce się podoba. Ona tylko musi się czepiać, bo to ona.
Do rzeczy jednak.

Jak to jest, że ja wątki partaczę, a wam to tak ładnie razem wychodzi? Szeptucha pod wrażeniem i Szeptucha zazdrosna. Może wstawiłaby miejscami parę przecinków, ale ja zawsze czepiałam się przecinków.

Braciszku... pierwsze słowo, a ja mam przed oczami mnicha w burej szacie i sznurkiem. Do tego z pokaźnym brzuszkiem. Takie moje skojarzenie. Taki brat Tuck z Robin Hooda za mną chodzi.

Już wiem, ale i tak zapytam. Ja ten cudny opis sówki już widziałam. Czyś ty leniuszku go skopiowała? :P Ja tak kiedyś, się przyznam, opis Vinniego kopiowałam. Nawiasem... nie pojmuję fascynacji sowami. Wolę myszy.
Scena z domu. Wszedł duży pająk. Wrzask. Krzyk. I zabij. Szeptucha z drugiego pokoju: Nie, nie wolno! Ja wyniosę

Wilk podpadł. Podpadł jak nic. Iskierko, ty się bój i nawet nie mów o nim biedny. Doigrał się. Jak nic. No, normalnie foch. Jak on mógł? Najpierw pomyśleć o furiatce, a potem ewentualnie sobie przypomnieć, że ma żonę maga i ona by mogła sobie zniknąć zamiast furiatki? Zgroza. Trzeba go wyedukować. I dziwić się potem, że o Iskrę zazdrosna. O!

O, jest moja alchemia. Znaczy, ta bliższa mojemu wyobrażeniu. Laboratorium, fioleczki, eksperymenty.

I kolejny szok. D'viss to rzeka. O kurczaczek. Nie wiedzieć czemu miałam go za strumień. Może większy, ale strumień. Iskra, mapa okolic Ataxiar do zrobienia, raz! Zamawiam.

Wilk ma bana, teraz bana ma Dar. Zgroza. Foch jak się patrzy. Jak można twierdzić, że alchemik podobny do maga? Nie, nie, nie. A fe.
Portrecik Dara. Moment, chwila, w portkach czy bez? Kto uchwycił boskie pośladki? Darrusowa, powiedz, że to to zdjęcie. Dar się powinien nie nosa, a cyców czepiać. I miecza.

Dla osób niewtajemniczonych
Rozmowa odnośnie wątku. Szeptucha swoim zwyczajem smęci i ma kłopotliwe, durne pytania typu budowa ciała Drava i wygląd zewnętrzny. Tak, jest art w karcie, ale tam Szeptucha widzi tylko zarostu brak, kolor włosów, cera jasna i tyle. Słowem, Szeptucha domaga się szczegółów.
Darrusowa: Masz budowę ciała art Dałabym na Dara, ale ma dwie wady.
Szept: włosy? cycki?
Darrusowa: oO i miecz.
Szept: To na pewno on?
Darrusowa: Zniszczyłaś mi art. Nienawidzę cię.
Szept: On ma nawet dwa miecze. I jakieś kije.
Darrusowa: Ale to na pewno on!
Szept: No, budowa ciała między udami wskazuje na niego.
Darrusowa: O.O
Szept: ale cycki na nią, obstawiam obojniaka

Szept pisze...

Umarłam. Najpierw ja, potem mój realizm. Sowa walcząca z gryfem i smokiem. Umarłam jak sobie wyobraziłam łysego, upieczonego kurczaka w rozmiarze XXL. A jacy ludzie zadowoleni. Pieczyste z nieba leci.
Realizm umarł mi nieco później - przy siadaniu na konia. Najpierw siada Dar. Do tyłu. Potem Char - do przodu... musiała się chyba troszkę pogimnastykować :P Normalnie, ale ona gibka. Iskra, bez skojarzeń :P
Potem Dar kieruje konikiem. Z tyłu. A on mówi, że sobie z końmi nie radzi, no to trzeba sprostować, jak nic.

Char - jej pytania rozbrajają. Te o gniazdko. Ptaszki. Normalnie duże dziecko. Naukowiec? Ja najpierw i tak pomyślałam dziecko. Normalnie, chyba drugie dziecko, oprócz Mer, którego nie chcę zabić :P Iskra wie, o co chodzi.

Jest i ta alchemia, za którą nie przepadam, bo dla mnie to magia :P Wbijajcie do łba co chcecie, mówcie co chcecie, nazywajcie to jak chcecie, a ja powiem swoje. Kwestia gustu i upodobań i przyczyna, dla której alchemików nie prowadzę. Chyba, że wsadzam ich do laboratorium. No i dla mnie alchemia zdecydowanie potrzebuje czasu, by zadziałać. Wybiegając do przodu, do końca opka, ja tej różnicy naprawdę nie widzę. Przynajmniej w działaniu.

Lethias się obraża. Jak nic. Starsi nie są tacy źli. On jest Starszym. Za ograniczone elfie myślenie obraża się Szept. No jak tak można. To jest dopiero ograniczone półelfie myślenie.

Ciekawa jestem, co psuje drzewa. Szept sprawdziłaby nieco jak Char, grzybki, pleśnie, bakterie, robale, może wirusy. Wodę, ziemię. Magię. Nawet by w powietrzu węszyła. Ściółkę leśną jak nic. No i sprawdzić, jak choroba się szerzy i od czego zaczyna. Korzenie? Liście? Kora? No i wskaźniki. Zachowanie zwierzaków. Robali. I już nie podpowiadam, czekam na wyjaśnienia i obserwuję, do czego dojdziecie.

Nawiasem,wracając do początku, ja troszkę się czepiam, ale to z sympatii :P Mi się podoba, fabuła zgrabna, wyjaśnienie i wplątanie postaci też. Fajnie przedstawiona podróż Char i trasa, jaką musiała pokonać Char do lasu. Mapa się przydała, mam nadzieję.

Poza tym, ja zazdrosna. Raz, przypominam, Kompania czeka, a Darrusowa zapomniała. Dwa, kamień czeka. Trzy, ja pominięta, a cztery... czemu my nie skrobnęłyśmy jeszcze nic we trójkę?

Iskra, usuwaj komentarz. Przez ciebie nie mogę nawet napisać tryumfalnego "pierwsza". A tak się człowiek starał.

Silva pisze...

I jak tu człowiek ma mieć kamienną twarz i udawać, że wcale się nie cieszy, bo w pracy i ludzie patrzą... Kiedy człowiekowi aż oczka się cieszą i buzia szczerzy z radości :D mamy nowe powiedzenie: na Aedówkę i Szept zawsze można liczyć!
Braciszku - Szeptucha i jej skojarzenia. Jak jeszcze Iskra mi powie, że i jej się tak kojarzy to ómrę. I tak, opis Kveela pierwszy raz zaistniał w wątku z Tiamuuri, ale jest tak cudny, że musiałam :D
"Scena z domu. Wszedł duży pająk. Wrzask. Krzyk. I zabij. Szeptucha z drugiego pokoju: Nie, nie wolno! Ja wyniosę" - rada Darrusowej na to? TAKA
Iskierko, patrz jaka ta magiczka niedobra, tak się na Wilka i Dara obrażać, nie? ;p
Turdusy walczące ze smokami, wisz, nigdzie nie napisałam, że one wygrywały więc takie pieczone ptaki to nawet całkiem realny obraz :D
Iskierko nie przejmuj się, jak Szept mówi, że alchemika to magia, ostatnio tak samo skomentowała mój szamanizm i duchy :D
Co do arta, który miał być Darem, a nie stał się nawet Dravem - on nie ma cycuszków, Szept ma za słabe okulary, to są mięśnie, jak u Statmana! :D
I, dziewczyny, konferencja na gg i piszemy coś we trójkę! <3

Szept pisze...

No wiesz, nie tylko. Ostatnio zdaje się mówiłam jeszcze o kimś innym :P
Nie, nie, jeśli to ta rada, nie. Nie palimy.
W pierwszej chwili myślałam, że to albo z pobocznych, albo z notatek własnych na kompie, z których mi podsyłałaś kiedyś, bo coś.
Ale ja nie mówię, że wygrywały. Mówię tylko, co sobie wyobraziłam. A teraz powiedz, że jestem normalna, jeśli widzę pieczonego... w zasadzie to grillowanego kurczaka lecącego z nieba.
Poza tym wiesz, wizja wizją, każdy swoją może mieć. Dlatego ja prowadzę tylko alchemika alchemika, a nigdy alchemika maga. Tak, w starych pobocznych miałam takowego (tego pierwszego). W nowych jeszcze nie mam... bo nowych nie mam. A szamanizmu... szamana nie prowadzę, bo się na nim nie znam, o! Przy twojej szerokiej wiedzy to nawet bym się bała tykać. To by dopiero było.
Owszem, ma! Takie ala Iskry, malutkie :P Furiatka, nie wkurzać się, zrób sobie przeszczep od Charlotte. Poza tym Lu je lubi.
Konferencja na gg... co to ty ostatnio o Darze mówiłaś odnośnie wątku?

Silva pisze...

To ja będę po ciebie dzwonić za każdy razem, gdy coś mi wleci/wskoczy/wpełznie przez okno... wczoraj słyszałam tylko "puk" o podłogę i... świerszcz xxl *zawał*
Wisz, też wolę alchemików w laboratorium, bo wtedy to dla mnie faktycznie alchemik i nie jest mu tak blisko do maga. Ale rozumiem postać Char i inspiracje z FMA, gdzie taka alchemia jest normalna, ale to wymyślili Japończycy :D
ómarłam, ómarłam - Dar ma cyski, Iskra cycusie... Szeptucho, ty się opanuj z porównywaniem! xD
Em... o najemniku w wątku? A bo ja wim? Jak ja mam różne, dziwne pomysły oO

Szept pisze...

To wymyślili Japończycy... Darrusowa, to mówi samo za siebie :P
Dobra, złazimy z alchemii.
Ja i porównania? A podobno ty je lubisz. No wiesz co, jak możesz. Zdecyduj się. Jasne, już do ciebie pędzę... ty uważaj, bo się poczuję zaproszona.

Iskra pisze...

Dobrze, zaraz ją przerobię i nie będzie alchemikiem-magiem wymyślonym przez Japończyków.

Szept pisze...

Ej, my się tylko nabijamy lekko? Poza tym, nikt ci nie powie, jak masz własną postać prowadzić. Tak samo, jak ty nie powiesz komuś, że ma tę wizję lubić. Ma ci tylko jej nie niszczyć i nie wchodzić w paradę.
Poza tym, no, moja antypatia do anime jest chyba raczej znana... a przynajmniej myślałam, że jest.
I kończę z offtopem, bo taką notkę spamować to zbrodnia.

Silva pisze...

Wiesz, inspirowalas ja FMA, wiec zawsze bedzie troche japonska. Tak samo jak Brzeszczot bedzie zawsze tr6oche Glena Cooka, a Iskra troche Sapka. Po co sie spinc?

Iskra pisze...

Ja się nie spinam. Po prostu zauważam, że zwykle cokolwiek wymyślę to jest fuj, bo inspirowane czymś tam. Wszyscy wolą wizję B od wizji A, a potem weź się dogadaj jak nikt tego nie podziela. Gdyby tobie też każdy mówił, że wizja szamanów mu niezbyt pasuje to chyba też nie byłoby Ci zbyt fajnie...? Zresztą, to tylko przykład.

Silva pisze...

I nie jest mi z tym fajnie, bo szamanizm kocham, a tu slysze ze jak magia, ze duchy to nawet wrozka przyzwie, ze gryzie sie z wierzeniami, ze inni szamanki nie potrzebuja... Ale ilu jest ludzi tyle bedzie wizji postaci, i kazdy bedzie wiedzial lepiej, inaczej sobie wyobrazal. Podoba ci sie Char jako taki bojowy alchemik? Trzymaj sie tego, bo to twoja postac i to ty ochcesz by tak a nie inaczej wygladala. Bo ja nie mam zamiaru np zmieniac szamanki.

Prawa autorskie

© Zastrzegamy sobie prawa autorskie do umieszczanych na blogu tekstów, wymyślonego na jego potrzeby świata oraz postaci.
Nie rościmy sobie natomiast praw autorskich do tych artów, które nie są naszego autorstwa.

Szukaj




˅ ^
+ postacie
Rinne Lasair