Przewodnik

Linki-obrazki

Misje
I. Więzi przyjaźni
Spotykasz po latach kogoś, kto dawniej był ci bliski. Wplątuje cię on w jakąś historię, która nie dość, że z czasem się komplikuje, to w dodatku budzi w tobie wątpliwości co do intencji przyjaciela.

II. Linia frontu
Kerończy natarli na Prowincję Demarską. Oblegany jest sam Demar. Jedni ludzie stają do walki, inni uciekają ze spalonej ziemi. Napastnicy, obrońcy i cywile. Po której stronie staniesz?

Opcjonalnie: Udział w buncie niewolników w Wirginii bądź inne miejsca walk.

III. Rekonwalescencja
W nie najlepszej kondycji trafiasz do wioski lub klasztoru. Wydaje ci się, że trafiłeś w dobre ręce i że wkrótce będziesz mógł opuścić to miejsce. Okazuje się jednak, że z pozoru życzliwi i uprzejmi ludzie skrywają przed tobą jakąś tajemnicę.

IV. Zabij bestię
Coś napada, nęka mieszkańców. Zawierasz umowę z wójtem - dostarczysz głowę bestii za określoną cenę. Okazuje się jednak, że stworzenie nie działa bez powodu - jest w jakiś sposób prowokowane przez mieszkańców.

Opcjonalnie: Bestia jest wrażliwa na hałas z karczmy albo ludzie naruszyli w jakiś sposób jej rewir (weszli na jej teren, zajęli leże ze względu na drogie surowce itp.)

V. Nielegalne walki
Dochodzą cię słuchy o nielegalnych walkach prowadzonych w okolicy. Położysz im kres czy może postanowisz wziąć w nich udział dla własnego zysku? Pieniądze nie leżą na ulicy.

VI. Zlecone zabójstwo
Dochodzi do zamachu, w wyniku którego ginie ktoś ważny. Podejmujesz się odnalezienia zabójcy – albo jego zleceniodawcy. Od ciebie zależy, czy dojdzie do aresztowania winnych, czy pomożesz im uniknąć kary.

VII. Egzekucja
W mieście lub wiosce szykuje się egzekucja. Znasz sprawcę albo sam doprowadziłeś do jego schwytania. Realizacja wyroku coraz bliżej.

Opcjonalnie: Z czasem nabierasz wątpliwości, czy skazaniec faktycznie jest winny i chcesz go uwolnić lub dochodzą cię pogłoski, że ktoś może chcieć uwolnić kryminalistę.

zamknij
Dodaj do WTP Spis kodów
Spis opowiadań
Kiedyś przyjdzie mi za to wszystko zapłacić... Weselicho, czyli tańcz, jedz i chędoż za darmochę! Oszukać czas. Oszukać przeznaczenie. Oszukać... siebie. Baśń o wolności: Preludium Świątynia Ażubora (1) Wszystkiego krówkowego! (okolicznościowa, krótkie opowiadanie "Motyw przewodni - Prezent". Ta dam, pamiętaliśmy! I - Wezwanie pomocy: alchemio, przybywaj! Gdy demon odzyskuje człowieczeństwo, przypomina sobie jak być człowiekiem. Nikt nie zna prawdziwego bólu do czasu aż nie straci kogoś bliskiego sercu. Niedopowiedziane historie Wendigo i Driada Szczurzy dzień (autor: Szept, Silva) Domek, zupa, sukkub i historia (autor: Elias) Sen i niespodzianki (autor: Elias) Boląca strata i niepokojący gość! (autor: Elias) Cienie i nowy przyjaciel (autor: Elias) Kruki (autor: Elias) Cienie i Starsze Dusze (autor: Elias) Zawsze jest kolejna tajemnica (autor: Silva) Zło Kor'hu Dull (autor: Elias) Złodziej Twarzy i Koszmar (autor: Elias) Królewiec (autor: Elias) Przed świtem (autor: Nefryt) Król Żebraków i nowe drzwi (autor: Elias) Akceptacja (autor: Elias) Nostalgia (autor: Nefryt) Nowa droga i niespodziewane wyznanie? (autor: Elias) Biały i zielony daje czerwony! (autor: Elias) Nowe wyzwania w nowym życiu (autor: Elias) Krąg tajemnic (autor: Elias) Jack (autor: Elias) Czasami to mrok daje najwięcej światła (autor: Elias) Trzy sceny o szpiegowaniu (autor: Nefryt) Morze bólu. Promyk nadziei ... (autor: Elias) Nie ma sensu szukać guza. Chyba, że jest się najemnikiem (autor: Silva) Sól (autor: Aed) Dyjanna Muirne: Miecz może być dowodem wszystkiego (autor: Zorana) Opus Magnum I (autor: Iskra) Uszatek i Kwiatek na tropie przygody: Przypadłość parszywej gospody (autor: Paeonia i Szept) Gdy gasną świece (autor: Zombbiszon) ... Najjaśniej płoną gwiazdy nadziei. (autor: Zombbiszon) Elias cz. 1 (autor: Zombbiszon) Elias cz. 2 (autor: Zombbiszon) Historia (autor: Zombbiszon)
zamknij

Chat

  Brzeszczot był w drodze od ponad tygodnia i wszystko szło dobrze aż do wczoraj, kiedy Wolha postanowiła pokazać, że ona tu rządzi więc może zwiać, bo... tak. Konik zabrał większość juków, ale ten jeden, który spadł, zawierał suszone mięso i koc, czyli to, co najważniejsze. Gdzie się podziała kobyła później, tego nikt nie wiedział. Dar nawet nie miał zamiaru jej szukać, bo… po co marnować siły i czas na coś, co z góry skazane jest na niepowodzenie?
  Mijał dzień czternasty. Noc upływała spokojnie. Tu, na dalekiej północy Keronii, w okolicach Lasu Medreth, bliżej wybrzeża, na terenach niezamieszkałych, gdzie brukowanych gościńców i utwardzonych dróg nie było, człowiek mógł poczuć się wolny. Miasta tu nie istniały, jedynie małe wioski, zaledwie kilka domów. Wędrowców praktycznie się nie spotykało, a największym zagrożeniem były dzikie zwierzęta.
  Miejsce na występie skalnym, wysoko ponad lasem i rzeką w dole, wysunięte i bezdrzewne było dobrym wyborem na popas. Drwa w palenisku skleconym na szybkiego żarzyły się, dając i ciepło i odrobinę światła, a krzaki chroniły zarówno przed wiatrem jak i przed ciekawskimi spojrzeniami.
  Brzeszczot spał jeszcze przed chwilą, owinięty kocem, mamrocąc coś przez sen, ale zbudziły go dziwne dźwięki, których nie potrafił zidentyfikować. Wstał więc i od dobrej chwili stał nad przepaścią i patrzył na połacie lasu w dole, ciągnące się w nieskończoność. Coś usłyszał, ale nie umiał zrozumieć, co takiego. Pewnie gdyby była tu wredna magiczka, mogłaby rozjaśnić jego wątpliwości. Jednak Szept dotrze tu dopiero za kilka godzin. Ale był ktoś jeszcze.
  - Też to słyszałaś?
  Zaszeleściły liście, trzasnęła gałązka; biały wilk zatrzymał się kilka kroków przed krawędzią urwiska; w eterycznym świetle księżyca w pełni, jasna sierść zwierzęcia mieniła się, iskrząc niczym lód w słońcu. Orle pióro poruszał ciepły, przyjemny wiatr; dzisiejsza noc była wyjątkowo parna, a bezchmurne niebo lśniło tysiącem gwiazd.
  Szamanka przyklęknąwszy, będąc już w ludzkiej postaci, oparła się na dębowej lasce, wbijając jej koniec w miękką ziemię. - Poczułam, a ty nie? Twoja dusza zadrżała - Silva przestała wpatrywać się w las w dole i zerknęła na najemnika. Znowu zapomniała, że nie wszyscy są tak czuli i wrażliwi na odruchy duszy. Ona widziała jak drgnęła i skurczyła się jego dusza, jakby się czegoś bała, jak w strachu, którego nie czuło ciało. Cmoknęła niezadowolona, przygryzając wargę. Jeszcze wiele musiała się nauczyć.
  - Więc też słyszałaś - zdawać by się mogło, że Dar poczuł ulgę, jakby kamień spadł mu z serca; czasami nie był do końca pewny, czy wszystko, co odbierają jego uszy, brzmi w rzeczywistości. I bał się tego uczucia. - Zagraża nam? - byli tylko we dwójkę, na skalnym występie, w górze, daleko na północy, gdzieś po lewej mając Góry Przodków, a przed sobą wciąż odległe wybrzeże. - Wolałbym wiedzieć, czy coś mnie zeżre we śnie.
  - Obudziłbyś się - zdziwione spojrzenie najemnika sugerowało, że nie zrozumiał - Gdyby cię coś… - zawahała się, ale powtórzyła - żarło.
  Brzeszczot nie mógł uwierzyć w to, co właśnie usłyszał, ale szybko się zreflektował; parsknął śmiechem, zasłaniając sobie usta, trzęsąc się z wesołości, która go ogarnęła. Szamanka właśnie zażartowała! Bogowie niejedyni, świat się kończy. - Doceniam szczerość, serio, a tak poważniej?
  - Nie zobaczysz jej. Czuję ją. Jest w dole, między drzewami i szuka - Silva zacisnęła mocniej palce na dębowej lasce, bose stopy owiał wiatr, ale poważna twarz wciąż pozostała niezmienna, niezmącona żadnym uczuciem pomimo obaw, które czuła.
  - Jej? Czemu myślisz, że… - chciał zapytać, czemu to kobieta, ale poczuł uścisk w duszy, przeszywający ból, kiedy zwijała się i drżała niczym zaszczute zwierzę. Bolało. Tak, że upadł na kolana i zacisnął palce na koszuli na piersi, oddychając ciężej.
  - Matrona. Szalona kobieta - Duszołap pełna spokoju, tak kontrastująca z wypełnionym emocjami najemnikiem, złapała go za rękę. Ulga jaka wymalowała się na jego twarzy, westchnienie, które uleciało z ust… Dotyk szamanki przyniósł spokój, ukoił ból. - Ich wycie niszczy dusze.
  - Ale ja nic nie słyszę. I teraz też nie czuję.
  - Nie czujesz, ponieważ Kinko połączył się z twoim wewnętrznym strumieniem. Głos Matrony przestał na ciebie działać - i faktycznie, gdyby przyjrzeć się uważniej, albo gdyby mieć trzecie lub magiczne oko, dostrzec by można jak dziewięcioogoniasty lisi duch otula swoimi ogonami dłoń najemnika.
  - To ona? - spytał cicho, jakby się bał, że w dole zostanie usłyszany jego głos. Zarówno on jak i szamanka patrzyli z góry na las, nieruchomy, spokojny, pełny głosów zwierzyny. Wiatr targał im włosy, ale oni skupieni byli tylko na tym, co wyszło spomiędzy drzew, zatrzymując się nad brzegiem rzeki. Kobieta. Z siwymi, niemal białymi włosami, skórą szarzą, w świetle księżyca i wychudzonym ciałem. Poruszała się powoli, ale nogi zdradzały szybkość. Węszyła przygarbiona, z nosem nad wodą. - Odejdzie?
  - Tak. Szuka dusz, które może zniszczyć. Tu ich nie ma, a naszych nie widzi - Matrona wolnym, ociężałym krokiem wycofała się i odeszła. Tak po prostu weszła w las, jakby gnana jakimś niewidzialnym nakazem, jakby nie mogła pozostać w miejscu. Wciąż zdesperowana, wciąż łaknąca, szukająca opiekuna, którego już nie odnajdzie.
  - Nie powinnaś jej… No wiesz, odesłać?
  - Problem polega na tym, że matrony nie są duchami. To żywe kobiety, szamanki, które utraciły ducha opiekuna. - Silva wiedziała, że ktoś powinien przynieść ukojenie matronie. Wiedziała i posłała wiadomość jednym z mniejszych duchów do osób odpowiedniejszych niż ona - Los sprawił, że oszalały z rozpaczy. Więź szamana z duchem jest wyjątkowa, nie możemy bez niego funkcjonować. One popadły w obłęd, zatraciły się w rozpaczy. Teraz szukają zemsty, szukają opiekuna, ale nigdy go nie odnajdą. Widziałeś jak wyglądała, rozłąka z duchem odmienia ciało i ducha.
  Lisi duch o dziewięciu ogonach zniknął, kiedy cofnęła się dłoń szamanki.
  - Chcesz mi powiedzieć, że… Ciebie… Ty też możesz być matroną? - najemnik zapytał zanim zdołał ugryźć się w język. Gdyby była tu Szept, albo Heiana, pewnie zganiłyby go, trzepiąc po głowie. Bogowie, czasami naprawdę tego potrzebował. Ale teraz było za późno. I najgorsze było to, że z twarzy Silvy nie dało się nic wyczytać; człowiek nie mógł odgadnąć, czy się gniewa, czy złości.
  - Każdy szaman. Mężczyzna będzie patronem. Kobieta stanie się matroną - podniosła się, wspierając na lasce; w świetle księżyca jej blada skóra lśniła, jakby pokryta szronem, a oczy patrzyły znacznie dalej niż sięgać powinien ludzki wzrok, ponad świat, ponad życie. - Tak. Jeżeli zginie Atira - szamanka mówiła o swoim lisim duchu opiekunie, o białym lisie - ...a ja pozostanę, ból po utracie ducha przemieni mnie w matronę. To coś, co rozrywa duszę. My jesteśmy jednością.
  Brzeszczot nie rozumiał dokładnie. Nie pojmował, jak przerwana więź z duchem może poczynić takie szkody, jak może tak zmienić ciało i umysł. Nie rozumiał, że szaman bez ducha jest niczym, że tak naprawdę są oni jednym, jak palce i ręka. Ale pojmował coś innego.
  - Czy Wisielec wie?
  Szamanka, chociaż niższa, spojrzała na najemnika z… politowaniem i pretensją. Mniejsza, drobniejsza, ale jej wzrok potrafił przekonać rosłego mężczyznę i przyprawić go o dreszcze. Strachu. - Bardzo nisko mnie cenisz, panie półelfie. Poza tym… - błysk w jej oczach był niepokojący - Ta kobieta była tchórzem. Szaman może odebrać sobie życie. Nie powinna pozwolić, aby emocje przysłoniły jej zdrowy rozsądek. Wiedziała kim się stanie, a mimo to chciała żyć. To z naszych decyzji rodzą się zwyrodnieni.
  Nie takiej odpowiedzi spodziewał się Brzeszczot. Już by wolał dostać dębową laską po głowie. - I zabiłabyś się? Porzucają wszystko? Nawet tego pchlarza?
  - Ten pchlarz to rozumie. W przeciwieństwie do ciebie. Myślisz, że można pokonać tę rozpacz? Że można się jej oprzeć? Nic nie wiesz. Wolimy zginąć niż stać się… tym - pewnych decyzji i niektórych wyborów nie sposób było zrozumieć, jeżeli nie postawiło się na miejscu osoby, która je podjęła. Wtedy też było ciężko. A wyjaśnić… Nawet otwarty umysł często tego nie pojmował. - Wracajmy do ogniska. Słońce wstanie za godzinę. Niraneth powinna być blisko.
~*~
  Ciche pukanie, oczekiwanie na zaproszenie i nieśmiałe uchylenie drzwi zwiastowało tylko jednego gościa. Szept przerwała pakowanie się, zerknęła na wchodzącego mężczyznę. Jego zbroja, idealnie wypolerowana, lśniła, chrzęszczała przy każdym kroku, a zawieszony przy pasie miecz nie zachęcał do zaczepek. Nie nosił już symboli Myśliwych, chociaż był chyba najlepszym z nich.
  - Niraneth, powiedz mi, widziałaś już najnowszy numer gazety?
  - Tak - Zacisnęła wargi. Dawny członek oddziałów sir Tristana chyba czekał, aż rozwinie tę myśl. Na próżno.
  - Nie chcę być niegrzeczna, ale mam kilka rzeczy do zrobienia – przerwała ciszę, wskazując na pokój. Raczej w nieładzie. Zapakowane częściowo juki były sygnałem, którego rycerz nie mógł zignorować. Może nienajlepszym pomysłem było pakowanie się na chwilę przed wyjazdem miast z wyprzedzeniem, magiczka wolała jednak spontaniczność miast długotrwałego wybierania ubrań, sakiewek, koców i zapasów. Mieć więcej czasu wcale nie oznaczało niczego nie zapomnieć.
  - Wyjeżdżasz?
  - Odrin zniknął. Chyba widziałeś, skoro czytałeś WPT - rzuciła przez ramię, do stertki juków dorzucając płaszcz. Ciepły, czarny i odrobinę na nią za duży, ale zbyt wygodny, by miała zrezygnować z takiej ochrony przed kaprysami pogody i matki natury.
  Paladyn skrzywił się, zerknął na nią z dezaprobatą. Nigdy nie przepadał za wszędobylskim karzełkiem, złodziejem o lepkich rączkach, w dodatku takim, który uważa siebie za całkowicie niewinnego.
  - Nie proszę, żebyś ze mną jechał. Wezmę Midara.
  - Midara ktoś wynajął – ton głosu Carina nie pozostawał wątpliwości odnośnie stanu umysłowego tego ktosia. – Nie mogę pozwolić, żebyś jechała sama i ryzykowała.
  - Jak powiedziałeś, pewnie znowu ukradł sakiewkę nieodpowiedniej osobie.
  - Powiedziałem tak?
  - Nie. Ale pomyślałeś.
  Już miał wychodzić, kiedy przypomniał sobie, po co właściwie tu przyszedł. Chyba jednak Szept najnowszy numer WPT czytała niezwykle wybiórczo.
  - Piszą, że nie żyjesz – uświadomił ją.
  - Wiem. A skoro nie żyję, to nikt nie będzie mnie szukał. Nie patrz tak na mnie - prychnęła - najbliżsi wiedzą, że nie tak łatwo mnie zabić.
~*~
  Tym razem przeszukanie okolicznych więzień i karczm nie przyniosło należytego rezultatu. Odrina w nich nie było. Karzełek przepadł. Jak kamień w wodę. Nikomu nie zginęła sakiewka, tłuczek do ziemniaków i wałek do ciasta. Można więc wyobrazić sobie zdziwienie Szept, gdy Odrina odnalazła przez zupełny przypadek… u Heiany. Nie byłoby to najdziwniejsze. Odrina zawsze można było znaleźć, zwłaszcza wtedy, gdy się go nie szukało i tam, gdzie się go najmniej chciało. Tym razem żywotny karzełek wyglądał jak obraz nędzy i rozpaczy. Ubranie wisiało na nim jak na wieszaku. Musiał ostatnio sporo stracić na wadze. Oczy miał podkrążone, odrobinę przekrwione, twarz wychudłą, bladą, cerę ziemnistą i mokrą od potu. Wyglądał na bardzo nieszczęśliwego. I pozbawionego życia. Nawet nie poderwał się na widok wchodzącej magiczki, a na leżącą na stoliku sakiewkę Heiany nie zwrócił najmniejszej uwagi. A była przecież wypchana po brzegi. Nawet jeśli były to tylko zioła, to Odrin, którego znała Szept, nie przepuściłby takiej okazji.
  - Dobrze, że jesteś – powitała ją Heiana, rzucając dziwne spojrzenie na karzełka. Zatroskane, uświadomiła sobie Szept. I kojarzyło jej się ze spojrzeniami poniektórych uzdrowicieli, gdy czuli, że z ich pacjentem jest źle i nie wiedzieli, jak mu to powiedzieć. Albo raczej żaden z nich nie wyrywał się do takiej czynności. – Miałam po ciebie posłać. Możesz na niego spojrzeć?
  - Mogę. Ale to ty tutaj jesteś uzdrowicielką. Ja niewiele pomogę.
  - Szept, nie traktuj mnie jak dziecka. Jestem uzdrowicielką, ale z czymś takim jeszcze się nie spotkałam. Nic nie pomaga. Febris intermitens, pulsus…
  - Heiana, ja cię proszę. Możesz to przetłumaczyć na elfi?
  - Gorączka przerywana, tętno nitkowate. Do tego dziwne zmiany błoń śluzowych i obrzęki na ciele. Ma powiększone węzły chłonne… Ja myślę, że to jest choroba natury magicznej.
  - Masz na myśli klątwę? Urok? – w końcu coś, o czym miała jako takie pojęcie. Znów zerknęła na nieszczęsnego karzełka i podeszła do niego, chcąc bliżej mu się przyjrzeć. Łóżko zaskrzypiało, gdy przysiadła na brzegu.
  - O Szept… nie widziałem cię – odezwał się słabiutkim głosem Odrin. Wraz ze słowami Szept poczuła dziwne zimno, choć nie miała pojęcia, skąd ono się bierze. – Łazęgi nie ma? I pchlarza? Wczoraj… Powiesz mu, że olbrzymy wcale nie jedzą ludzi? Próbowałem im wepchnąć żeberka orka, ale żaden nie chciał. Może dlatego, że były trochę zielone…
  Mimo woli uśmiechnęła się. Ten Odrin. Nawet chory pozostawał sobą. Nawet chory musiał wszystko sprawdzić. I mówić. Odrin zawsze tyle mówił…
  - Szept… ja już nie wyruszę na żadną przygodę? – wyrwał ją z zamyślenia słabiutki głosik. Wzdrygnęła się, uczucie zimna nasiliło się. Strach, uświadomiła sobie.
  - Nonsens! W cokolwiek się wpakowałeś, wyciągnę cię z tego. W końcu to ja. Powiedz mi po prostu. Wszystko.
  Wszystko w wykonaniu Odrina sprowadzało się jak zwykle do jednego. Wsadzenia rączki w nie tę sakiewkę i nie temu człowiekowi.
~*~
  Konni posuwali się powoli. Droga nie była łatwa, wyboista, kamienna, pięła się pod górę niezwykle stromo, trzeba było uważać na każdy, nawet najmniejszy krok. Gniadosz Niraneth radził sobie z uporem dzikiego konia, jakim w istocie był. Jeszcze zanim wstał świt, oni już byli w drodze, chcąc jak najszybciej dotrzeć na wyznaczone miejsce spotkania. To znaczy, chciała tego magiczka, a Emis, jako przyboczny, nie protestował przeciwko takiemu rozwiązaniu zbyt gwałtownie. Był jej strażnikiem, był mieczem obronnym, nie zaś doradcą. To ona tu dowodziła, on tylko wykonywał rozkazy. I był w tym naprawdę dobry. Gdyby nie jego reakcja, Merileth zginęłaby podczas ataku Wirgińczyków i Szept wiedziała, że nigdy mu tego nie zapomni. Tak samo, jak nie zapomni rozczarowania i dziwnej zazdrości na twarzy Gallara, gdy z dwójki przybocznych to Emisa zabrała ze sobą. Nie miało to nic wspólnego z umiejętnościami obu panów. Gallar był jej bliższy, był przyjacielem z dziecięcych lat, stróżem z Irandal i pierwszym ideałem wojownika. Był też ranny, po ostatnich starciach dopiero dochodził do siebie. To byłoby niewłaściwe, przynajmniej według Niraneth, zabierać go ze sobą. Niestety, on rozumował całkowicie inaczej.
  - Tam – usłyszała głęboki głos za sobą. Emis wyciągnął przed siebie rękę, wskazując unoszącą się nad pobliskim wzgórzem cienką smużkę dymu. Jego spojrzenie jak zwykle było trudne do odczytania, a twarz znaczyły trudy życia i żywot elfiego wojownika. Powoli skinęła głową, ruchem nóg i odpowiednim naciskiem ciała zawracając gniadosza. Odruchowo pochyliła się do przodu, chcąc ułatwić zwierzęciu pięcie się pod górę. Emis, znów milczący, podążył w jej ślady, lecz tam, gdzie Zahir śmiało niczym górska kozica pokonywał progi skalne, deresz przybocznego odmówił karkołomnych skoków, w rezultacie czego elf musiał zsiąść, prowadząc szlachetnego rumaka za uzdę. To była przyczyna, dla których elfka pierwsza osiągnęła szczyt wzgórza.
~*~
  Noc jeszcze nie minęła. Niebo wciąż było ciemne, gwiazdy rozjaśniały ciemności , ciepły, letni wiatr targał liście, a w około panowała cisza przerywana pohukiwaniem sów, cykaniem świerszczy i chrobotem mniejszych zwierzątek. Drwa w ognisku paliły się powoli, dając przyjemne ciepło, strzelając iskrami w górę.
  Odkąd odeszła matrona, w lesie panował spokój; nic się nie działo, nic nie zakłócało odpoczynku wędrowców. Szamanka zapadła w trans, siedząc ze skrzyżowanymi nogami na ziemi, pozwalając swojemu duchowi szybować ponad ciałem. Najemnik siedział blisko ognia i przysypiał, chociaż wcale tego nie chciał; walczył z sennością, z opadającymi powiekami i głową, którą co rusz podrywał do góry. Nie chciał spać, nie chciał przegapić pojawienia się na granicy jego słyszalności magiczki, ani przeoczyć zapachu, który ją otaczał, woni magii - cynamonu i imbiru.
  Ostatecznie najemnik nie zasnął. Pokręcił się i powiercił, aż w końcu okrył kocem ramiona i zapatrzył się w ogień. Zastanawiał się, czy z magiczką nie podróżuje także jej kuzynka. Może uzdrowicielka dotrzyma Szept towarzystwa? Zdecydowanie zbyt dawno ją widział, jeszcze w górach olbrzymów, gdzie Jaruut ich ugościł o ile tak można nazwać surowe, ale przyjazne przyjęcie. Zniszczenie Eilendyr pochłonęło także czas elfów, jego wpychając na pochylnie razem z rodem, który osiadł wśród wielkich sów. Najemnik pokręcił głową, podrzucając od siebie nieprzyjemne myśli. Nie chciał kolejny raz zastanawiać się nad przyszłością rodziny. Myślał za to o uzdrowicielce i tęsknił za nią. Dlatego, kiedy jego uszy pochwyciły stukot końskich kopyt w leśnej ciszy, resztki snu zniknęły w jednej chwili. Wyprostowany, wpatrzony w las czekał. Czuł cynamon i imbir. Słyszał dwa wierzchowce. Bogowie, Heiana!
  Pierwsza pojawiła się jego ukochana wredota. Dar poderwał się i z uśmiechem na ustach ruszył w stronę magiczki. Jak dobrze było ją widzieć, w końcu znalazł się na odpowiednim miejscu, tam gdzie powinien zawsze być. I cieszyło go to, cholernie.
  - Gdzie wilkołak? – padło automatycznie, zanim magiczka mogła się zastanowić. Czyżby zamieniła się na móżdżek z Darem, że najpierw pyta, dopiero potem myśli? – Musimy się śpieszyć. Wyjaśnię wam wszystko w drodze, czas nagli – spróbowała zamaskować swoje pytanie. – Darrus, następnym razem wybierz na ognisko drewno dające jaśniejszy dym. Czasem opłaca się odróżniać gatunki drzew – w języku magiczki znaczyło to dokładnie to samo, co w wykonaniu innych ludzi proste „witaj, dobrze cię widzieć”.
  - Jest pełnia. Dotrzymuje swoich zobowiązań wobec watahy - szamanka przerwawszy trans, skinęła głową Niraneth, pozdrawiając ją i witając się na swój sposób.
  Dobra, pytania nie było. Wprawdzie relacje wilkołaka i szamanki można opisać jako specyficzne, ale Szept nie podchodziłaby z takim stoickim spokojem do tego typu zobowiązań. Inna kultura. Powiedzmy, że to rozumiała. Ale tylko powiedzmy.
  Z tyłu rozległo się rżenie i na wzgórzu pojawił się kolejny, zapomniany podróżny. Elf. Najwyraźniej przybył tutaj z Niraneth.
  - Jest z tobą… - najemnik okazał się niecierpliwy, ale kiedy zobaczył towarzyszącego magiczce jeźdźca, jego mina była nie do opisana. Rozczarowanie, smutek, które wpierw na niej się pojawiły zaraz ustąpiły miejsca złości i frustracji.
  - To jest Emis – kaszlnęła, nie zdając sobie sprawy, że Darrus słyszał już to i owo o TYM Emisie od pewnej wygadanej uzdrowicielki. – Mój przyboczny - i niemal zrobiło jej się żal Brzeszczota, gdy musiała rozwiać jego nadzieje. Może nie dokończył swojego pytania, ale nie musiał. Niestety, uzdrowicielki z nimi nie było. Szept zostawiła ją z Odrinem, chcąc, by na czas ich nieobecności miała pieczę nad karzełkiem. Bogowie niejedni, to była klątwa, a ta, jak sugeruje nazwa, miała magiczną naturę, lecz swoją znajomością ziół Heiana mogła co niektóre objawy ukoić.
  Brzeszczot nigdy wcześniej nie widział elfa prowadzącego konia, ale rozpoznał go od razu i nie miał wątpliwości, kim długouchy jest. Emis. Cholerny, cudowny Emis. I poczuł złość, poczuł jak wypełnia go także zazdrość. O tego fircyka. O to, że pieprzony Emis mógł podróżować z Szept, że strzegł jej pleców, dbał o nią i troszczył się, że był mieczem w potrzebie, który był akceptowany przez cholernych elfów, przez pieprzoną radę i mógł z nią podróżować bez przeszkód, bez uszczypliwości. Był zazdrosny o to, że sam nie mógł stać przy Szept nawet w sali tronowej elfiej stolicy i nie chodziło o pieprzoną równość, o szacunek, czy uznanie, nie. Chodziło o coś całkiem innego... Dar już wiedział, że nie polubi fircyka, który uosabia wszystko to, czego nie wolo jemu. A chciał być tylko mieczem w potrzebie dla magiczki, nikim więcej, tylko tyle.
  Bądź rozsądny. Nie zgrywaj obrażonej trzpiotki - głos Iveliosa był tak wyraźny, że najemnik niemal sądził, że dziadek stoi tuż obok niego, a nie odzywa się w jego głowie. Dawne wspomnienia.
  - Niraneth mówisz, że musimy się śpieszyć. Brzeszczot nie ma jednak wierzchowca - szamanka nie zagasiła jeszcze ognia, ale zawiązała już swoją sakwę, którą nosiła przy sobie od chwili, kiedy kobyłka najemnika pierzchnęła.
  Noc pomału zaczęła ustępować przed nadchodzącym świtem. Nad linią drzew, tam gdzie jeszcze przed chwilą królowała ciemność, pomału zaczęło jaśnieć; powoli i nieśmiało niebo zrobiło się czerwone, barwiąc chmury i las, przechodząc w całą paletę kolorów. Budziły się też ptaki; wśród liści i koron drzew coraz częściej odzywały się wróble, a zanikały pohukiwania sów. Pojawiła się też rosa i zaczęło robić się coraz cieplej - lada moment na horyzoncie pojawi się słońce.
   - Dar, znowu koń cię zgubił? - Szept nie mogła się powstrzymać od tej drobnej złośliwości.
  Emis uniósł brew, jakby się dziwił, że ktoś może być takim niedojdą, by nawet konia nie upilnować. A może była to tylko wyobraźnia Dara i przyboczny zastanawiał się, jak zaradzić temu problemowi, nie narażając jednocześnie królowej i nie opóźniając całej wyprawy. Bezpieczeństwo powierzonej mu magiczki, władczyni elfów, przede wszystkim.
  Ognisko przygasło samo, nie mając już czego spalać, ale odrobina piasku rzucona przez szamankę dawała pewność, że żadna iskra nie spadnie na trawę. Teraz wystarczyło zebrać odrobinę duchowej energii, szepnąć prośbę do Najwyższego i można było ruszać w drogę. Silva była gotowa i może dlatego od chwili przyglądała się najemnikowi, stojąc z boku i widząc, jak czerwonowłosą marudę zaczyna nosić.
  - Zawsze możesz jechać z …
  Emis chrząknął znacząco. No tak. Co godne wrednej długouchej, wcale nie musi być godne elfiej królowej. Zaraz kłania się cały protokół i szereg zachowań, które wpajali jej kolejno matka, potem zaś Starszyzna. Coś niezbyt wyszło. Bardziej niż niezbyt.
  - Możesz jechać z Emisem – dokończyła.
  Emis znów chrząknął, poruszył się. Zwykle przyjmujący bez sprzeciwu rozkazy przyboczny teraz zdawał się niezachwycony genialnym pomysłem magiczki. - Niraneth-elda, mam cię bronić. Nie jestem tragarzem.
  Oto skutki pójścia na rękę Starszyźnie. W zamian otrzymujesz przybocznych, szereg zakazów i nakazów. Do tego traktują cię jak bezradną kobietkę, która grzeczniutko powinna siedzieć na tyłku przed kominkiem i haftować. Igła, nitka, szmatka. To bardziej kojarzyło się magiczce z koniecznością zszycia rany, a nie pięknymi, wzorzystymi chusteczkami. Po co toto ozdabiać, jeśli służą potem do starcia kurzy albo krwi, którą ktoś nieostrożny wniósł do pomieszczenia?
  - A ja nie proszę, żebyś nosił moje juki, tylko żebyś się odrobinę przesunął dla Darrusa – stwierdziła, wciąż nie widząc problemu.
  - Niraneth-elda, ktoś czepiający się kurczowo moich pleców nie ułatwi mi twojej obrony.
     - Potrafię się bronić sama, dziękuję – opiekuńczość Emisa była tolerowana tylko ze względu na ratunek Merileth i na to, że w gruncie rzeczy to nie była jego wina. Dostał rozkaz, miał go wykonać. Nie można go winić za posłuszeństwo.
  - Będzie jak zechcesz.
  I im dłużej szamanka przyglądała się mieszańcowi, tym silniejsze miała wrażenie, że wokół jego ciała zaczyna pojawiać się czerwona aura, jakby parował. Ot wizualizacja w głowie tego, co widziała. A dostrzegała złość, wściekłość i zazdrość zmieszane jak zupa, które potęgowały się wraz z każdym słowem wypowiedzianym przez dwójkę elfów. Szamanka podejrzewała, że bardziej chodziło o szykownego przybocznego. Widać było, że najemnik siłą stara się nad sobą panować, że korci go aby w kilku słowach, dość dosadnie powiedzieć Emisowi, co o nim myśli.
  Dar postanowił ignorować Emisa. Elfa tu nie było, nikt do niego nie mówił. Była Szept. A on miał dwa wyjścia. Albo spróbuje gwizdem ściągnąć swoją kobyłkę, albo… Sowy były zbyt dumne, alby przylecieć tylko po to, by go ponieść gdzie trzeba, gryfa nie udało mu się ukraść, zostawało… Zerknął na szamankę, ale jej wzrok mówi wszystko. Spojrzał na magiczkę, ale pomyślał, że może sobie tego nie życzy przy cudownym Emisie. Więc złapał swój worek, przerzucił przez ramię i poprawiając buciory na grubej podeszwie, ruszył w stronę płaskich pól i polnych ścieżek, z których skręcili tu wczoraj. Nie ruszył jeszcze w dół, stanął tylko na krawędzi i zaczął gwizdać.
  Za jego plecami, na szarym niebie, pojawiło się słońce. Jasne promienie przebiły się przez chmury, oświetlając nie tylko puszczę, którą mieli zostawić za sobą, ale także wędrowców. Czerwone włosy najemnika zdawały się płonąć, skóra zwierząt zalśniła, rosa wyparowała, a Brzeszczot gwizdał, modląc się do cholernych bogów, aby sprowadzili tę głupią kobyłkę do niego.
  - Potrafisz wsiąść na konia, czy trzeba cię podsadzić? - Emis spojrzał na Darrusa; elf wcale nie chciał być wyniosły. Po prostu, na podstawie wcześniejszej rozmowy wyrobił sobie nieco fałszywy obraz zdolności jeździeckich półelfa.
  I Brzeszczot wybuchnął. Nie zachował się po męsku, nawet nie jak elf, nie jak człowiek, z rad Frila nie zostało nic, z upomnień Kelaris zero, a nauki Maltorna poszły w las, wyszedł za to z Dara olbrzym. Jaruut byłby dumny.
  - Pierdol się. - To było zachowanie godne Październikowego Dziecka. Na pewno nie hyvana. Normalny Dar też tak nie reagował, ale teraz czuł się zagrożony i całkiem niepewny. I wcale się nie wstydził tego, co właśnie powiedział. Cholerne elfy. Emis był przykładem tego, czego najemnik nienawidził w długouchej rasie; uosabiał każdą cechę, od dumy i pychy po wywyższanie się i nadęte ego. Brzeszczot wolał iść na piechotę, ale na pewno nie wsiądzie na konia, na którym siedzi już ten… przyboczny - kiedy o tym pomyślał, miał ochotę splunąć i wzdrygnąć się. Przyboczny, dobre sobie.
  Trzpiotka. Zachowywał się jak rozchisteryzowana trzpiotka.
  Emis spoglądał na Darrusa, jakby pierwszy raz widział takie dziwo na oczy. Słyszał, co Starsi mówili o potomku rodu, o nieokrzesanym charakterze, słyszał, że opisywano go jako szemrane towarzystwo niegodne małżonki władcy. Ani głowy rodu. Emis niewiele sobie robił z gadania, o ile nie uznał, że ów ktoś, temat rozmów, zagraża tej, którą miał chronić. Ten tutaj był porywczy i nieokrzesany. Ten tutaj nie panował nad sobą. Emis uznał, że lepiej mieć go na oku. Na wszelki wypadek, gdyby stracił nad sobą panowanie przy Niraneth. Jakby to ją obraził.
  Sama zainteresowana, poddając się irytacji, uderzyła otwartą ręką o udo, jakby wybijając jakiś sobie tylko znany rytm. Rzuciła nieodgadnione spojrzenie na Emisa. W przypadku tego przybocznego złość, gniew, pochlebstwo, wszystko na niewiele by się zdało. Emis po prostu robił swoje. Wobec tego łypnęła na Dara. Tyle, że ten stał już na skraju, zwrócony w kierunku rozległych, zielonych, porosłych kwieciem łąk, gdzieniegdzie przyozdobionych wapiennymi skałkami. Zaraz też jej czułych, elfich uszu doszedł długi, przeciągły gwizd. Seria krótszych. Czy Brzeszczot właśnie robił to, co ona myślała? Jej Brzeszczot? Ręka zawisła w pół drogi, nie opadając na udo. Wybijany przez magiczkę rytm umilkł.
  - Darrus, czy ty właśnie przywołujesz Wolhę?
  - Powinieneś gwizdać nieco niżej. Niższe tony. Konie lepiej na nie reagują. Nieco wydłużyć ostatnie dźwięki – pouczył go Emis, który uznał, że Niraneth się irytuje zwłoką. Wszak sama nagliła do pośpiechu ze względu na zdrowie przyjaciela. Karzełek i złodziej, specyficzny przyjaciel, lecz on nie był od oceny królowej, on był od obrony. Jeśli pomoże najemnemu ostrzu z wierzchowcem, to szybciej wyruszą w drogę. A jak wyruszą, to i Niraneth odetchnie. Wola królowej jest jego wolą, królowa powiedziała, że powinni jechać. I dopóki jej decyzje nie będą dla niej niebezpieczne, Emis będzie jej słuchał. - W ten sposób – stwierdził Emis, prezentując swe umiejętności. Gwizd zabrzmiał raz jeszcze, niższy, dłuższy. Deresz Emisa zarżał ochoczo, rozpoznając dźwięki i przystępując nerwowo. Tylko Zahir pozostał niemy na gwizd. Lecz konie Wielkich Równin były wierzchowcami jednego pana. W tym zaś wypadku pani.
  Jak na złość, żeby chyba Darrusa bardziej pogrążyć, ciemny kształt wyłonił się zza skałek. Nie na jego gwizd, lecz na zawołanie przybocznego. Nieśpiesznie, marudząc po drodze i skubiąc świeżutką trawę, w ich stronę zmierzała kobyłka. Głód i drapieżniki chyba niezbyt jej dokuczyły od czasu przykrego rozstania z jeźdźcem, a i do utraty wolności niezbyt jej się śpieszyło. Jeszcze parę razy złośnica przystanęła po drodze, rzuciła głową na boki. Raz nawet zboczyła z linii prostej, zaintrygowana jakimś kwiatkiem, który w mniemaniu jej końskiego łebka zdawał się zjadliwy. Złośliwy konik, kiedy okazało się, że kwiatek smakuje cierpko i nieprzyjemnie, zatrzymał się przed wzniesieniem i ani się ruszył. Jak nic Wolha dawała do zrozumienia wszystkim, a zwłaszcza swojemu głupiemu panu, że nie ma zamiaru wspinać się na górę, bo nie jest kozicą i jest zbyt dumnym koniem, aby tak się poniżać. Zarżała tylko, najwyraźniej poganiając najemnika.
Brzeszczot nie wierzył w to, co właśnie widział. Jego kobyłka zareagowała na gwizd przybocznego. Jakby nigdy nic, jakby była posłuszna i życzliwa. Do tego poganiała. Gdyby przybiegła na zawołanie magiczki, najemnik nawet by się ucieszył, a teraz miał ochotę machnąć ręką na Wolhę. Emis nie był życzliwy, nie był pomocy, on to zrobił tylko po to, aby nie tracić czasu, pretensjonalnie, z wyższością, żeby mości królowa nie czekała. I to jeszcze bardziej najemnika zdenerwowało.
  Patrząc tak na najemnika i elfiego przybocznego, szamanka pomyślała sobie, że w innych okolicznościach, przy innych relacjach i sytuacjach, ta dwójka mogłaby stanowić zgrany duet, który chroniłby elfią królową za cenę własnego życia; ramię w ramię, miecz przy mieczu, cios za cios. Los bywa jednak przekorny i teraz żaden z nich nie garnął się nawet do zwykłych uprzejmości. Wręcz przeciwnie, od najemnika biła taka niechęć i złość, że można ją był nie tylko odczuć, ale i zobaczyć. Emis był ostoją spokoju, jak stary dąb, którego pień stał niewzruszenie, podczas gdy wiatr targał liśćmi.
  - Szept, dokąd teraz? - kobyłka zarżała, ponaglając, ale musiała jeszcze chwilę poczekać; Dar odwrócił się w stronę magiczki, jakby Emis w ogóle mu nie pomógł, jakby wcale go tu nie było. Tak naprawdę miał gdzieś to, co sobie szlachetny elf o nim pomyśli. Jeśli uważał go za głupca, za tar’hura, który elfów nie rozumiał, a wręcz szykanował, jeśli słuchał Rady i plotek krążących wśród jego ludu, bez poznania jego, cóż, Dar nie będzie się tym kłopotał. Emis nie był kimś bliskim, nie znali się, więc nie zależało najemnikowi na jego akceptacji, czy sympatii, niech sobie je wsadzi głęboko w… buty. Problemem było jednak coś innego.
  - Ja również jestem ciekawa. Gdyby Wisielec chciał dołączyć - nie zapowiadało się, aby wilkołak szybko wrócił, pełnia trwać miała jeszcze przez kilka nocy, ale gdyby jednak coś się zmieniło, gdyby wyrwał się wcześniej, powinien wiedzieć dokąd zmierzają.
  Wolha zaczęła wiercić się w miejscu, niezawodny znak, że zaraz sobie pójdzie.
  - Dobra, idę, już idę, głupia kobyło - i Brzeszczot nie poczekał, aż magiczka odpowie, wolał nie tracić konia ponownie, a miał to szczęście, że usłyszy. Zeskoczył więc niżej, lądując na ugiętych nogach, potem zbiegł z pochyłości, zatrzymując się przed Wolhą; konik szturchnął torbę, którą miał przy sobie najemnik, najwyraźniej domagając się czegoś smacznego w nagrodę, bo w końcu przyszła na wołanie, nie swojego pana, ale jednak, więc się jej należy. Nie mając innego wyjścia, Dar pogrzebał w jukach i podsunął kostkę cukru pod brązowy pysk tej złośliwej, wrednej… Eh, szkoda gadać.
  Obok upadła torba. Wylądowała z hukiem. Wolha bez zainteresowania żuła słodki przysmak.
  - Zapomniałeś. - Szamanka. No tak, wszak na grzbiecie wilka trudno jest nieść juki.
   - Udajemy się na północ – oznajmiła z całą godnością, na jaką było ją stać, kolejno obrzucając ich wzrokiem. Najdłużej przypatrywała się Darrusowi, a raczej jego plecom. Teraz pasł swoją kobyłkę słodkim przysmakiem, jakby to miało gniadoszkę przekupić i nakłonić do grzecznego zachowania się. Nie ten konik. Ale i tak plusik dla najemnika za próbę.
  - Niraneth-elda, pragnę przypomnieć, już jesteśmy na północy – Emis przerwał ciszę, nie do końca pojmując wypowiedź swej podopiecznej.
  - Nie udajemy się na północ Keronii. Tylko na północ – poprawiła, wciąż z uprzejmym uśmiechem. – Na Kresy.
  Na twarzy Brzeszczota, który mocował dodatkową torbę na grzbiecie kobyłki, pojawił się uśmiech. Mógł się tego domyślić. Kiedy elfka się z nim skontaktowała, nie podając żadnych szczegółów zakładał, że chodzi raczej o wyspy złoczyńców, albo plemię tratw, które żyje na łodziach pływających po wodach przybrzeżnych. Kresów nie brał pod uwagę, ale też się nie zdziwił. Tylko Szept była na tyle szalona, aby udać się na daleką północ. Równie szalony był jej najemnik, który szedł krok za nią.
  - To niewykonalne! – Emis chyba się zapomniał. Co też ona sobie wyobrażała? I jak tu się nie dziwić, że Starsi z takim uporem jej pilnują? Wszak… Wszak stolica dopiero co padła, prace nad jej odbudową dopiero się zaczęły, a królowa, elfia władczyni co robi? Udaje się na Kresy! Elf lekko poczerwieniał.
  - Nikt nie karze ci jechać ze mną – jak się Szept uprze, to jej nie przekonasz. Jedna rzecz, której Emis zdążył się już nauczyć. Przecież jej nie przywiąże do konia i nie zawiezie z powrotem pod pieczołowitą opiekę i czujne oko elfiej Starszyzny. Z westchnieniem, które miało wyrażać jednocześnie dezaprobatę i niechęć do planów magiczki, przyboczny powlókł się za nią w dół zbocza, ostrożnie prowadząc deresza. Konik nie nawykł do tak karkołomnej wspinaczki, ale był dobrą podporą w razie, gdyby zdradziecki kamyk osunął się spod nóg elfa. Niraneth z zejściem nie miała problemu, acz to nie dziwiło zbytnio. Wychowała się wśród górskich szczytów, nawykła do ostrożnego stąpania i balansowania ciężarem ciała. Poza tym, Darrus zszedł. Nie mogła być gorsza.
  - Musimy odnaleźć jednego z czarowników tamtejszych plemion. Może zacznę od początku. Odrin pożyczył – uśmiechnęła się znacząco, bo każdy, kto znał karzełka wiedział, że pod słowem pożyczył kryje się inne. Ukradł. – od jednego z kupców jakąś statuetkę. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby była to zwykła statuetka. Niestety, na tę rzucono klątwę. Trochę poszperałam i myślę, że statuetka przedstawia jakieś tamtejsze bóstwo albo symbol. Magicznie mogę spowolnić działanie klątwy, ale nie zniosę jej całkowicie. Nie mamy zbyt wiele czasu i nie wiemy dokładnie, gdzie szukać, ale odpowiedź musi być na Kresach. Nie znamy tamtejszego kraju, jest on najmniej poznany ze wszystkich ziem Wszechoceanu – bo tak elfy nazywały wszystkie wielkie wody ziemi. – Znów, nie karzę wam iść ze mną, nie mam takiej mocy…
  - Nade mną masz… Mam cię bronić za cenę życia, Niraneth-elda.
  Pięknie. Szept skrzywiła się. Ostatnie, czego potrzebowała, to żeby ktoś za nią walczył. Wolałaby, żeby zrobił to dla Odrina. Ale kolejny miecz może się przydać na nowej ziemi. Emis nie był zbyt popędliwy, nie zrobi czegoś, co zaszkodzi badaniu Kresów.
  - Pojedziemy traktem do Sevilli. Stamtąd przedostaniemy się na Wyspy Złoczyńców. Tam na pewno znajdziemy kogoś, kto za odpowiednią opłatą zgodzi się przewieść nas na Kresy.
  - Albo skróci nas o głowę, a dobytek sprzeda – Emis jednym zdaniem podsumował sławę, jaką cieszyli się mieszkańcy wysp. Złodzieje, przemytnicy, czasem zbiegli więźniowie. W niektórych przypadkach prości rybacy, ale o nich, jako o ludziach pospólstwa, nieciekawych, nie mówiło się tak wiele jak o otoczonych złą sławą przestępcach.
  - Wtedy będziesz mógł mnie bronić – stwierdziła uszczypliwie – tak jak obiecałeś. – Słowem, ktoś tu, przynajmniej wedle zdania Emisa, nie przywiązywał należytej wagi do niebezpieczeństwa. Kogoś tu trzeba było bronić. Przed samym sobą.
  - Szept… - szamanka pociągnęła elfkę za rękaw i najcichszym szeptem mruknęła jej do ucha - Na Kresach wciąż aktywne są sługi Mrozu. Musimy na nie uważać - i nie mając nic więcej do powiedzenia, widząc, że towarzysze są gotowi do drogi, mruknęła prośbę do Najwyższego i przybrała postać swojego totemicznego zwierzęcia: wielkiego białego wilka z orlim piórem za uchem i szamańską bransoletą na przedniej łapie.
  Ucho Dara pochwyciło słowa szamanki, kiedy sadowił się na grzbiecie kobyłki. Wolha tylko raz próbowała go ugryźć, najwyraźniej przekupiona kostką cukru.
  - I watahy oszalałych białych wilków – uzupełniła magiczka. – Nikt nie mówił, że to będzie bezpieczna podróż. – Ale nie zaproponowała żadnemu z nich wycofania się. Nie musiała. Wiedziała, że tego po prostu nie zrobią.
  - Będziemy musieli zaopatrzyć się w futra. Być może nawet w karple. Większość portowych wiosek powinna je nam sprzedać - najemnik żałował, że nie dopytał Szept gdzie się wybierają. Mógłby lepiej się przygotować. W ogóle mieli szczęście, że przybrzeżne wioski chętnie sprzedawały lokalne wyroby; wędrowcy mieli monety, których tubylcy potrzebowali, a czasami, w szczególnych przypadkach, wymiana także na północy działała. - Znam kogoś, kto przerzuci nas na Wyspy Złoczyńców - ostatni pasek został zapięty i torba szamanki została zabezpieczona. Można było ruszać. Jeśli mieli dotrzeć na keronijskie wybrzeże za dnia, aby przeprawić się dalej, musieli się pośpieszyć. Nocą mało która łódź opuszczała port. Były takie, co kursowały i po zmroku, ale na ich pokładach nikt nie gwarantował wędrowcom przeżycia.
   - Brzeszczot, czy ty masz mnie za nowicjuszkę? – Szept uniosła brew, głęboko urażona w swych uczuciach. – Za zgnuśniałą arystokratkę, która nie wyściubi noska z pokoju w obawie, że ten jej zmarznie? Jestem urażona. Może zapytasz, czy suknie balowe i pantofelki wzięłam ze sobą? - Jak on mógł sugerować, że wybiera się w najzimniejsze miejsce na ziemi i zabiera ze sobą tylko lekki strój maga? Jak on mógł sugerować, że traktuje to jak przejażdżkę do stolicy, gdzie będą zatrzymywać się po gospodach, spać w cieplutkich łóżkach i jeść solidne, pożywne śniadanie, popite gorącą kawą. Na głowę upadł jej najemnik?
  Emis łypnął na jedno, to na drugie. Dla niego wyglądało to na praktyczne wyliczanie niezbędnych na wyprawę przedmiotów. Mieszaniec miał głowę na karku. Nawet jeśli nie miał za grosz podejścia do zwierząt.
  Szept zgrabnie dosiadła gniadosza, kierując go w stronę morza. Nie potrzebowała żadnych wskazówek, żadnego kompasu. Czuła w powietrzu lekko słonawy smak morskich fal, słyszała huk, z jakim uderzały o nadmorskie skały i klifowe wybrzeże. Słyszała okrzyk białych mew. Morski zew. Morze, które wzywało do domu. Wielu elfów miało ten obraz przed oczami. Widziało go, nawet będąc daleko. Śniło o nim. Tęskniło, by postawić stopę na chybotliwym pokładzie statku i pożeglować… w dal. Do domu.
  Szept zawsze wolała góry.
  Po tyradzie Szept, po każdym jej słowie, na twarzy najemnika coraz bardziej rysowało się zdziwienie i niezrozumienie; czemu ona odebrała jego uwagę jako atak na siebie? Czemu stwierdziła, że ma ją, właśnie ją za nowicjusza? Bogowie niejedyni. Ktoś mu podmienił magiczkę. Prawdziwa Szept powiedziałaby, że dobrze o tym wie i zakuta pałka nie musi się tym martwić. A może tak bardzo martwiła się stanem Odrina?
  - Szept, powinnaś spuścić parę, bo zaczynasz zachowywać się jak… - chciał powiedzieć wyniosła królowa, ale dodał - Wiemy, że się martwisz. Ja wiem, że przeanalizowałaś to jak mało kto, ale na bogów. Nie traktuj nas jak dodatku do twojej wyprawy - najemnik zawrócił Wolhę. Poprawił się jeszcze w siodle, poczekał aż wredna magiczka go wyprzedzi, aż minie go Emis i biała wilczyca, po czym sam ruszył gniadoszkę z miejsca.

9 komentarzy:

Aed pisze...

Spóźniona Aedówka siada do pisania koma. Nie wypunktuję, co mi się podobało, bo się zaczytałam i nie robiłam tego na bieżąco. Dobry znak. Było mrocznie. Lubię, jak jest mrocznie. Było dużo porównań. Lubię, jak jest dużo porównań. Było spójnie aż miło. Było ciekawie i ładnie napisane (delikatnie rzecz ujmując). Te postacie są tak dopracowane, że czyta się jeszcze milej. Kocham Wolhę. Kocham to, że Jaruut byłby dumny. Czekam na więcej. :D

Silva pisze...

Na Aedówkę zawsze można liczyć! <3
Wiesz, Jaruut jest dumny z całkiem dziwnych rzeczy, ale na pewno by wyśmiał pana najemnika, że jest zazdrosny jak rozhisteryzowana baba i dodałby jeszcze, że jest kompletnym idiotą, a nie chłopem z jajami, które ktoś mu najwyraźniej urwał...
Wbrew wszystkiemu, ja uwielbiam Emisa - nie będę się rozwodzić czemu, bo Szeptucha już to wie, a co za dużo komplementów to źle dla Szeptuchy ;p

Szept pisze...

Potwierdzam, na Aedówkę zawsze można liczyć.
A dla Szeptuchy komplementów nigdy nie jest za mało, bo ja na komplementy oporna, co dziesiąty może dotrze.
Też czekam na więcej, zwłaszcza na swoją ulubioną część i na NIEGO. Bo on jeszcze lepszy niż Emis - nawiasem, ja nie wiem, czemu ty go tak uwielbiasz albo udaję, że nie wiem, bo chcę to usłyszeć.
Lubię mroczno, nawet jeśli mi samej lepiej wychodzą śmieszki niż opis mrocznego klimatu. Wolha - ja kocham niemal wszystko, co jest zwierzęciem, więc jak tu nie kochać Wolhy. Nawiasem, ciekawa jestem... czy Wolha wzięła się z przygód pewnej wiedźmy czy powstała niezależnie i to po prostu motyw upartego konia?

Aed pisze...

Tja, Aedówka, co na nią zawsze można liczyć, dopiero zbiera się do czytania Tam i z powrotem. Tja. Ale za to jaki długi komentarz będę mogła napisać!
Tak, ja też uwielbiam Emisa! xD Babciu Sowo, nazwij to, proszę, bo ja nie dam rady. A i Szept by chętnie przeczytała. No i trzeba sypnąć więcej pochwał, skoro takie niskie prawdopodobieństwo (matma, sic!) dotarcia do celu mają. Trzeba, trzeba!
Wolha... no jak tu nie kochać Wolhy? xD I Odrina. I Hei, która szasta medycznymi terminami. I... *pół godziny później* No, to już chyba wszystko. A, jeszcze sprzeczki marudy z magiczką. Ale to wiadomo.

Szept pisze...

Midar by chyba powiedział: za ten kij, co go nosi w dupie - ale to Midar, a ja nie wiem, czy wam chodzi o powagę Emisa czy jego nadopiekuńczość czy stosunek do obowiązków.
Tam i z powrotem... No i jak tu nie mówić, że na Ciebie można zawsze liczyć, co? To aż się prosi o kolejną dedykację specjalnie dla stałej czytelniczki.
Odrin wziął się z połączenia serialowego Odo z Mrocznego rycerza - ach, ten przyjaciel, złodziejaszek i karzełek, do tego kender Tass z Dragonlance o zachowaniach dziecka, lepkich rączkach i pakowaniu siebie i całego towarzystwa w kłopoty. A odnośnie DL ... bajka jest zniszczona, be, ale...
Po walce z goblinami Tass, wąchając sztylet: Nigdy nie pozbędę się goblińskiego smrodu.
Tanis: To go wyrzuć.
Tass: Nie mogę, to sztylet Flinta.
W tej chwili Flint łapie się za pasek i stwierdza, że to prawda.


Więc to nie do końca moja zasługa, postać już była genialna. A Hei... to pozostałość po nauce diagnostyki. Kiedy to hehe było. Ale i tak Wolha, bo to konik i zwierzaczek, ma specjalne względy.

Maruda i magiczka, tak, oni potrafią się kłócić. A jak szybko się godzą. Normalnie toto nie potrafi się gniewać, zupełnie.

Aed pisze...

OMG, Midar. xD Emis jest taki cudownie nierozgarnięty, po elfiemu. Podkreślam: cudownie.
Tak, kendery najlepsze! Znajomy mi tłumaczył, w czym rzecz, to jest wykładał fakty dotyczące kenderów z D&D, które należy zapamiętać. Po pierwsze: bardzo lubią pożyczać. Wszystko. Po drugie: mają pamięć złotej rybki. Po trzecie: mają cholerne szczęście. Po czwarte: nie odczuwają strachu. Po piąte... było coś jeszcze, tylko nie pamiętam. xD Po zsumowaniu wygląda to następująco: jeśli kender spada z urwiska, najpierw stwierdza: "O, ja latam!", potem - po drodze, wciąż spadając - pożycza srebrną łyżeczkę, którą jakieś ptaszysko przyniosło do swojego gniazda, spada dalej (w międzyczasie zapomina, że coś w ogóle pożyczał), spada, spada, a chwilę przed upadkiem, który z całą pewnością okazałby się śmiertelny, ratuje go przelatujący tamtędy orzeł i odstawia go, całego i zdrowego, na górę klifu.

Aha, i zostawiłam komentarz pod WPT. Nie wiem, czy mnie on ratuje, czy pogrąża. xD

Szept pisze...

Ale wiesz, że ja się tylko z tym Eredinem nabijam, nie? Ja to ja, czasem bywam wredna, ale to oznaka sympatii :P i tego, że coś mi się podoba.
A co do kenderów... o tak, to pożyczanie rzeczy, ciekawość świata, brak strachu... chociaż Odrin akurat twierdzi wszem i wobec, że jest tchórzem. No i to wychodzenie cało z każdej sytuacji. Normalnie świetnie to oddałaś w sytuacji z klifem, boki tylko zrywać ze śmiechu.
A art jest... słodki bo słodki, ale uroczy. Nie wiem, czy bym poznała lodową górę... chociaż, Szept i Silva na przyjęciu u Dara, dużo trunków, prawie jakbyś ilustrowała nasz obecny wąteczek. Brakuje jeszcze Dara ze zgoloną na łyso głową - ktoś w końcu wpadł jak się można pozbyć niebieskich kudłów.

Aed pisze...

Wiem, wiem. xD Osobiście uwielbiam to porównanie do Eredina, cudne jest.

Szept pisze...

Z tego porównania to się nawet zrodziła mała plotka :P A ja myślałam, że plotek nie lubię pisać, a tu proszę.

Prawa autorskie

© Zastrzegamy sobie prawa autorskie do umieszczanych na blogu tekstów, wymyślonego na jego potrzeby świata oraz postaci.
Nie rościmy sobie natomiast praw autorskich do tych artów, które nie są naszego autorstwa.

Szukaj




˅ ^
+ postacie
Rinne Lasair