Przewodnik

Linki-obrazki

Misje
I. Więzi przyjaźni
Spotykasz po latach kogoś, kto dawniej był ci bliski. Wplątuje cię on w jakąś historię, która nie dość, że z czasem się komplikuje, to w dodatku budzi w tobie wątpliwości co do intencji przyjaciela.

II. Linia frontu
Kerończy natarli na Prowincję Demarską. Oblegany jest sam Demar. Jedni ludzie stają do walki, inni uciekają ze spalonej ziemi. Napastnicy, obrońcy i cywile. Po której stronie staniesz?

Opcjonalnie: Udział w buncie niewolników w Wirginii bądź inne miejsca walk.

III. Rekonwalescencja
W nie najlepszej kondycji trafiasz do wioski lub klasztoru. Wydaje ci się, że trafiłeś w dobre ręce i że wkrótce będziesz mógł opuścić to miejsce. Okazuje się jednak, że z pozoru życzliwi i uprzejmi ludzie skrywają przed tobą jakąś tajemnicę.

IV. Zabij bestię
Coś napada, nęka mieszkańców. Zawierasz umowę z wójtem - dostarczysz głowę bestii za określoną cenę. Okazuje się jednak, że stworzenie nie działa bez powodu - jest w jakiś sposób prowokowane przez mieszkańców.

Opcjonalnie: Bestia jest wrażliwa na hałas z karczmy albo ludzie naruszyli w jakiś sposób jej rewir (weszli na jej teren, zajęli leże ze względu na drogie surowce itp.)

V. Nielegalne walki
Dochodzą cię słuchy o nielegalnych walkach prowadzonych w okolicy. Położysz im kres czy może postanowisz wziąć w nich udział dla własnego zysku? Pieniądze nie leżą na ulicy.

VI. Zlecone zabójstwo
Dochodzi do zamachu, w wyniku którego ginie ktoś ważny. Podejmujesz się odnalezienia zabójcy – albo jego zleceniodawcy. Od ciebie zależy, czy dojdzie do aresztowania winnych, czy pomożesz im uniknąć kary.

VII. Egzekucja
W mieście lub wiosce szykuje się egzekucja. Znasz sprawcę albo sam doprowadziłeś do jego schwytania. Realizacja wyroku coraz bliżej.

Opcjonalnie: Z czasem nabierasz wątpliwości, czy skazaniec faktycznie jest winny i chcesz go uwolnić lub dochodzą cię pogłoski, że ktoś może chcieć uwolnić kryminalistę.

zamknij
Dodaj do WTP Spis kodów
Spis opowiadań
Kiedyś przyjdzie mi za to wszystko zapłacić... Weselicho, czyli tańcz, jedz i chędoż za darmochę! Oszukać czas. Oszukać przeznaczenie. Oszukać... siebie. Baśń o wolności: Preludium Świątynia Ażubora (1) Wszystkiego krówkowego! (okolicznościowa, krótkie opowiadanie "Motyw przewodni - Prezent". Ta dam, pamiętaliśmy! I - Wezwanie pomocy: alchemio, przybywaj! Gdy demon odzyskuje człowieczeństwo, przypomina sobie jak być człowiekiem. Nikt nie zna prawdziwego bólu do czasu aż nie straci kogoś bliskiego sercu. Niedopowiedziane historie Wendigo i Driada Szczurzy dzień (autor: Szept, Silva) Domek, zupa, sukkub i historia (autor: Elias) Sen i niespodzianki (autor: Elias) Boląca strata i niepokojący gość! (autor: Elias) Cienie i nowy przyjaciel (autor: Elias) Kruki (autor: Elias) Cienie i Starsze Dusze (autor: Elias) Zawsze jest kolejna tajemnica (autor: Silva) Zło Kor'hu Dull (autor: Elias) Złodziej Twarzy i Koszmar (autor: Elias) Królewiec (autor: Elias) Przed świtem (autor: Nefryt) Król Żebraków i nowe drzwi (autor: Elias) Akceptacja (autor: Elias) Nostalgia (autor: Nefryt) Nowa droga i niespodziewane wyznanie? (autor: Elias) Biały i zielony daje czerwony! (autor: Elias) Nowe wyzwania w nowym życiu (autor: Elias) Krąg tajemnic (autor: Elias) Jack (autor: Elias) Czasami to mrok daje najwięcej światła (autor: Elias) Trzy sceny o szpiegowaniu (autor: Nefryt) Morze bólu. Promyk nadziei ... (autor: Elias) Nie ma sensu szukać guza. Chyba, że jest się najemnikiem (autor: Silva) Sól (autor: Aed) Dyjanna Muirne: Miecz może być dowodem wszystkiego (autor: Zorana) Opus Magnum I (autor: Iskra) Uszatek i Kwiatek na tropie przygody: Przypadłość parszywej gospody (autor: Paeonia i Szept) Gdy gasną świece (autor: Zombbiszon) ... Najjaśniej płoną gwiazdy nadziei. (autor: Zombbiszon) Elias cz. 1 (autor: Zombbiszon) Elias cz. 2 (autor: Zombbiszon) Historia (autor: Zombbiszon)
zamknij

Chat

   Karczma nieopodal Karlego Gaju miała słomianą strzechę i dwa kominy. Jej cokół wzniesiono z polnych kamieni łączonych na zaprawę z jaj i piasku, z których niemal wszystko tutaj powstawało; kiedy zaś na łąkach i ugorach brakowało kamieni, czerpano je z porzuconych, zniszczonych domostw. Drewno na ściany, układane przeważnie na zrąb, czerpano z Doliny Stągwi. Karczma była dobrym przykładem konstrukcji wieńcowej, gdzie węgły były jej najbardziej charakterystycznym elementem. Budynek otoczony była niewielkim, na wpół zniszczonym, drewnianym płotem, przechylającym się na jedną stronę; była to raczej marna obrona przed leśnymi zwierzętami, czy bandami rabusiów. Tuż obok stała bielona wapnem stajnia, pozbawiona drzwi, a w niej zaś cztery wyraźnie zmęczone konie, jeden potężny, zimnokrwisty, trzy pod siodło. Do tego kryty powóz, zasłonięty dodatkowo jakąś płachtą. Chłopak stajenny, niski i piegowaty rudzielec, przysypiał na lekko spleśniałym sianie. Okna karczmy przysłaniały okiennice, w szparach pomiędzy nimi przebijało się mdłe, słabe światło; w środku brzmiała koślawa muzyka, zagrana na nieco fałszywą nutę. Wiszący nad ciężkimi, okutymi drzwiami szyld przedstawiał nierówno wyrzeźbiony kamień, co miało być odniesieniem do nazwy, niezbyt wymyślnej, bo brzmiącej „Monolit”.
   - Hej, bo nie przywiozę ci magicznej sakiewki! - oczywiście najemnik żartował, ale postraszyć karzełka mógł, co by go nieco przystopować i pohamować, nim wejdą do karczmy. Ciepły siennik, ciepły posiłek, ciepła woda, bogowie... Przyziemne rzeczy potrafią być tak przyjemne - Albo powiem, żeś zakaźnie chory i do gospody nie wejdziesz. A jak zrobię cię moim ułomnym synkiem, to jeszcze dostanę coś z dobroci ich serc! - jedno piwo więcej, za darmo, było kuszące. Szybko jednak z tego zrezygnował, bowiem w brzuchu mu zaburczało donośnie. Zdecydowanie powinien zjeść kurczaka, albo sycący gulasz, a może mają tutaj gęsinę? Teraz głowa, a raczej brzuch najemnika, nie myślał o niczym innym. Zatrzymajcie nawet wojnę, bo Dar musi coś zjeść! - Głodny jestem. Czemu te okiennice są zamknięte?
   Nie należało zapominać, że los bywa kapryśny, a dziwka Fortuna to prawdziwa suka, która potrafi los pozmieniać wedle własnych praw. Uprzykżanie życia było jej ulubionym zajęciem. Dostałeś kamieniem w głowę? Ha, to nie koniec, dostaniesz jeszcze w nos! Ukradli ci sakiewkę? Sprawdź, czy masz złoty medalion.
   Brzeszczot w jednej chwili złapał za łokieć uzdrowicielkę, cmoknął na siwka i konik się zatrzymał. Wyraźnie było widać, że coś usłyszał, a jedno było pewne: Dar mógł być przytulaśnym misiem, czasami fajtłapą, upartym osłem, beztalenciem, co to własnym mieczem się skaleczy, marudą i ignorantem, ale w jednym można było mu zawierzyć: jeśli twierdził, że coś usłyszał, należało się zatrzymać. - Słyszałem coś dziwnego. Odrin, to twój brzuch? - w momencie, kiedy zadawał pytanie, już wiedział, że to nie karzełek. Źródłem dźwięku było coś przed nimi. Poprzez koślawe pobrzękiwanie lutni, ściszone głosy w karczmie i szum lasu, przebijał się dźwięk, który z pewnością nie wróżył nic dobrego. W głowie Dara wywoływał tylko tępe pulsowanie i ból, jakby małe krasnoludki skakały w podkutych buciorach po jego łepetynie. Szum w uszach, po wybuchy ognia w jaskini zniknął, ale zaczęło mu w nich dzwonić, wciąż jednak słyszał… warknięcia, posapywania, ciężkie kroki czegoś, co spokojnie mogło być mamutem.
   Zza młodego, brzozowego lasku, przy którym biegła utwardzona dróżka dalej łącząca się z gościńcem, wyłonił się obraz na tyle niespodziewany i osobliwy, że mógł nawet zaskoczyć ludzi mówiących, że widzieli już wszystko. Nie. Tego widoku nie widziało się od wieków, od bardzo dawna nie widziała go żadna z ras.
   Trzy ogromne niedźwiedzie zatrzymały się przed małym płotkiem, najwyraźniej nie chcąc wchodzić do ludzkich zagród; szły z północy, od trzech gór, od uśpionych braci. Miały krótką, czarną sierść, inną niż ich kuzyni mieszkający w lasach. Uważne ślepia i łapy zdolne zmiażdżyć człowieka. Para unosząca się z ich pysków, szybki oddech, świadczyły o pośpiechu, jaki gnał te jaskiniowe zwierzęta. Na grzbietach miały skórzane siedziska, zapięte pasami pod brzuchami, a w pyskach uprzęże; masywne łapy wbiły się w ziemię, ich pazury rwały trawę. Te przeznaczone były do szybkiej podróży; nieobciążone niczym, wytrzymalsze, mogły biec na dłuższe dystanse. Niedźwiedzie bitewne oraz handlowe, znacznie się od nich różniły. Na ich grzbietach, w masywnych siodłach, siedziały olbrzymy. Prawdziwe olbrzymy, równie wielkie jak ich wierzchowce, ale nie aż tak duże, jak mówili legendy i plotki; olbrzymy nigdy nie sięgały nieba, chociaż najwyższe miejskie muru, sięgały im gdzieś do nosa. Sądząc po uzbrojeniu dwójki z tyłu, dzidach, włóczniach i sakwach zapewne wypełnionych kulami do proc, można było przypuszczać, że udali się w teren z ważnym zadaniem. Ich ziemie graniczyły z bagnami, jednak obecność watażki prowadzącego zwiad sugerował, że chodzi o coś większego.
   Z przodu, na największym niedźwiedziu, siedział nie kto inny jak Październikowe Dziecko. Także miał włócznię i tarczę, a u siodła wisiał róg, którym watażkowie wydawali rozkazy i porozumiewali się na duże odległości. Symbole na derce, włócznia i ostrokrzew, oznaczały przynależność i pozycję jeźdźca.
   Jaruut uśmiechnął, po swojemu, w tym dziwnym grymasie.
   - Zwiadowcy donieśli nam o wybuchu na bagnach. Pierdolnęło aż pod niebo. Ponoć widzieli obcych i välis - czyli wendigo - Pomyślałem, kurwa, jacyś idioci dali się złapać tej mrożonce. Pierdolić ich, ale ruszyliśmy sprawdzić granice. Ależem nie myślał, że tym idiotą będziesz ty. Brzeszczot, co za kurwa podpaliła ci włosy? Na jaja Ogruna, wyglądasz jak owłosiona kuśka! - Jaruut roześmiał się, grubym, donośnym głosem, po czym najzwyczajniej w świecie dodał - Pozdrowiona elfeczko - tak, to było do Heiany. Karzełek został zignorowany.
   – Pozdrowienia – bąknęła. Nie miała pojęcia, że olbrzymy jeżdżą na niedźwiedziach. Nie miała pojęcia, że ich głos jest tak donośny. Chyba zdążyła się już od tego odzwyczaić.
   Za to najemnika zainteresowało coś innego. Tylko dlatego pominął przytyk o owłosionej kuśce. Usłyszał szelest. Poczuł zapach imbiru i szałwi. Czy to, cholera była... Aż się wychylił, jednak wielkie bary watażki mu zawadzały. Był jednak pewien, że...
   - Pieruńskie wiewiórki. Wyłaź, hea - co w dialekcie olbrzymów oznaczało przyjaciółkę, wielki przywilej i dar zaufania, wręcz powód do dumy, bowiem olbrzymy z natury nieufne, nie przyjmują do swoich przedstawicieli innych ras. - Wystraszonaś, czy co?
   Zdawać by się mogło, że watażka mówi do uzdrowicielki, albo przeklina długouchych z przyzwyczajenia, jednak nie, zza pleców Jaruuta wychyliła się głowa Szept, wrednej magiczki i zaginionej królowej Niraneth, cudownie odnalezionej.
   I nikt się nie dziwił, widząc tutaj olbrzymy.
   Ich pojawienie się mogło wyjaśnić ciszę w wioseczce, zatrzaśnięte okiennice i wyglądające ukradkiem przez szpary ciekawskie twarze. Zbyt pamiętliwi byli ludzie, aby zapomnieć grzechy olbrzymów.
   Heiana zaniemówiła, mierząc wzrokiem Jaruuta, gubiąc potok słów.
   – Szept! – Heiana rzuciła się ku zdezorientowanej magiczce, wyściskała za wszystko, dopiero potem przyszła pora na burę. - Coś ty sobie myślała! Jesteś królową, twoje miejsce jest w stolicy, a znikasz jak byle włóczęga! Na litość bogów, czy ty w ogóle wiesz, co to jest odpowiedzialność i obowiązki? Potem się dziwisz, że nie możesz dać sobie rady ze Starszyzną…i…
   Magiczka. Cała i zdrowa. Oczywiście, bo jakżeby inaczej. Wredota paskudna. Dar chrząknął - Nie mogłaś mi powiedzieć, co? Jaśnie królowa wolała zniknąć bez słowa, tak? I chrzanić przyjaciół, którzy się martwią, tak? - najemnik był zezłoszczony, bowiem nie lubił, kiedy Szept znikała tak całkiem bez słowa, kiedy nie zabierała go ze sobą. Przyzwyczajony, że gościńce i boczne drogi pokonywali razem, nie umiał pogodzić się z odsunięciem. Cholera, on się bał. Czuł strach na myśl o tym, że elfka bliska mu jak siostra, po prostu go zostawiła w tyle, jakby wcale mu nie ufała. Do tego jeszcze ten durny fircyk Emis. Tak, mogła wziąć jego, pewnie, co tam! Zabolała go głowa. Nagle świadomość, że prosty świat najemnika zmienił się, uderzyła Dara. Gdzie podziały się wędrówki i szerokie gościńce? Dni i noce spędzone w siodle, albo zakurzonych ruinach. Czas spędzony na pilnowaniu magiczki, która nos wsadzała w kłopoty? Wszystko nagle się skomplikowało.
   Szept nawet nie wyglądała na skruszoną. Szare oczy błysnęły uporem, który i Heiana i Darrus tak dobrze znali. – Mam nadzieję, że go zabiłeś Darrus. Tak całkowicie. Jeśli za to, co zrobił z twoją łepetyną jeszcze żyje, to jesteś dziecko nie najemnik – podsumowała długoucha wredota, łypiąc na swój najemny miecz. Na pierwszy rzut oka wydawał się być poobijany, ale cały i zdrowy. Do tego miał przy sobie uzdrowicielkę, więc raczej nie oczekiwał po niej magicznego leczenia. Jeśli tak, to wybrał nie tego maga.
   - Hea, Kodu, spokój, bo jak cycki Gryzeldy kocham, tak was o głowy skrócę - huknął watażka, zsiadając z niedźwiedziego wierzchowca. Mało kto wiedział, że olbrzymy w ogóle podróżują inaczej niż na swoich nogach; w końcu, co mogło by udźwignąć ich ciężar. Mogły niedźwiedzie jaskiniowe, które hodowali. - Brzeszczot, gadajże czy stwór sczeznął? Wpierdolił moich zwiadowców.
   - Ano sczeznął.
   Towarzyszące olbrzymy zaczęły rozmawiać szeptem w swoim dialekcie; ich grube głosy przypominały odgłos toczących się kamieni. Elfia przyjaciółka była czymś wciąż nowym i jeszcze świeżym, ale albo wosk zakleił im uszy, albo ich watażka nazwał cuchnącego bagnem chłopa kodu. Szmer pomiędzy dwoma olbrzymami się nasilił.
   - Pierońsko, kurwa dobrze.
   – A tak przy okazji, gdzie jest Emis?
   – Emis? Czemu o niego pytasz? – zainteresowała się Heiana.
   – Z ciekawości.
   – Tu go nie ma…
   – To widzę.
   – … ale podobno pojechał do Larven, tylko nie mam pojęcia, po co – Heiana zerknęła na Brzeszczota, szukając u niego rozwiązania tej zagadki.
   – Ja wiem – wyszczerzyła go Szept i dokończyła. – Sama go tam wysłałam.
   Heiana zerknęła raz jeszcze na Brzeszczota, przypominając sobie pewną scenę, zaraz na początku ich podróży. Zazdrosny. Szept chyba padnie jak to usłyszy. Poza tym…
   – Od kiedy awansowałaś na przyjaciółkę olbrzymów?
   Jaruut chciał odpowiedzieć. Aż się do tego palił, jednak nawet słowa nie zdołał powiedzieć.
   – Myślę, że macie teraz ważniejsze sprawy na głowie. – A widząc niezrozumienie na ich twarzach, dokończyła. – Odrin zniknął.
   Faktycznie, karzełka nigdzie nie było, a siodło siwka opustoszało. Gdzie podział się ten wszechobecny i ciekawski człowieczek?
   - Jestem głodny. Szukajcie go sami - najemnik złorzecząc na cały świat, oddalił się od przyjaciół.
   - Co on taki drażliwy? Przytrzasnął sobie kuśkę? - spytał Jaruut - Kiedyś mój głupi bratanek drzwiczkami sobie trzasnął i miał podobną minę. Kto to Odrin? Hej, Brzeszczot, zamknięte!
   - Widzę, cholera, że zamknięte. Wystraszyłeś całą wiochę - najemnik wszedł po trzech schodkach i zastukał w okute, drewniane drzwi. Stuk-puk. Odpowiedziała mu cisza, ale czułe ucho usłyszało, jak ktoś pośpiesznie się cofa. - Halo? Ja tej bandy nie znam. Mogę dostać miskę gulaszu i siennik?
   - Psubracie! My żek są watahą! - to krzyknął Jaruut.
   - No to kurwa gratuluję - zastukał jeszcze raz.
   - Odejdźcie! - o, ktoś mu zza drzwi odpowiedział.
   – Darrus, nie przeklinaj – stojąca niezwykle cicho Heiana upomniała Brzeszczota. Dziwne, bo z całej gromadki najwięcej klął Jaruut, no ale jego Hei nie miała zamiaru upominać. Nie była samobójcą ani Szept.
   – Masz głodomorze – Szept rzuciła coś najemnikowi. Elfi chleb. Przynajmniej nie było to warzywo. – Na ucztę musisz poczekać aż wrócimy do olbrzymów. Chyba, że na widok twojej czupryny umrą ze śmiechu. Ktoś ci to powinien wyrównać wiesz?
   – Odrin – przypomniała uzdrowicielka, pamiętając o zagrożeniu i zaraz podskoczyła, bo karzełek, niezwykle ochoczo, pojawił się tuż przed nią. Niezwykle zadowolony z siebie mały człowieczek, aż tryskający energią.
   To nie był dobry znak.
   Tak samo jak lekko utykający Darrus. Magiczka ściągnęła brwi w grymasie wyrażającym niezadowolenie. Jej najemnik nie powinien utykać. Mogło jej się wydawać, odległość zaburzała właściwą ocenę, niemniej unosząc rękę, najemnik poruszał się niemrawo, jakby bał się ją nadwyrężyć. Usta elfki ściągnęły się w pełen dezaprobaty dziubek. Przynajmniej był głodny, jego psychika nie ucierpiała zbytnio na spotkaniu z wendigo.
   - Nie jest poważnie ranny, tylko... - uspokoiła ją Heiana, lecz Szept już przerzuciła nogę przez siodło niedźwiedza, zeskakując na ziemię. Jej futrzasty wierzchowiec obrócił wielki, kanciasty łeb, zwracając paciorkowate, ginące w czarnym włosiu oczka na magiczkę. Jedynym jego jasnym punktem była podpalana maska na pysku i mała łatka na piersi, powód dla którego elfka wybrała jego towarzystwo. Niedźwiedź mruknął głucho, tłumiąc dalsze tłumaczenia Heiany, która od dużej i złośliwej bestii wolała trzymać bezpieczny dystans.
   Niespokojnej magiczce wystarczyło kilka energicznych kroków, by znaleźć się obok nieszczęsnego półelfa. Miękkie chód nie narobił zbyt dużego hałasu, gdy stanęła za nim, tylko odrobinę od niego niższa. Pomimo słów, żartów i kpin, dobro najemnego miecza leżało jej na sercu. Sprawny najemnik obroni twój tyłek. Niedysponowany kwalifikuje się jako niezdolny do wykonywania zawodu i zagrożony wyginięciem.
   - Co z twoją ręką? - burknęła na dzień dobry. Darrus mógł poczuć, że ktoś stanął za nim, zaraz też czyjeś małe palce, zdecydowanie niesłużące do trzymania oręża, przesunęły się, sprawdzając stan ramienia, ostrożnie, by nie pogorszyć sytuacji i niepotrzebnie nie urażać. Szept, bardziej zatroskana niż by przyznała, wolała jednak upewnić się, że najemnikowi nic nie jest. Mało kto wychodził cało ze starcia z nieukojonym.
   Dużo lepiej byłoby, gdyby zdjął koszulę. Oględziny przez materiał na niewiele mogły się zdać. Widziała tylko reakcję na dotyk, na jej podstawie mogła ocenić bolesność, lecz nic poza tym. Ciepłotę najlepiej sprawdzało się dotykając gołego ciała zewnętrzną stroną dłoni, by nie zaburzyć oceny. Przez koszulę nie widziała zaczerwień, sińców, zadrapań ani niezdrowego kolorytu skóry.
   – Nie wierć się – upomniała go jeszcze. Dobrze, że Heiana była z Brzeszczotem, pewnie się nim zajęła. – Bogowie chyba nad tobą czuwali. Nie mogłeś na mnie poczekać, co? Musiałeś brać się za to sam? – upomniała go jeszcze, klepnęła w zdrowe ramię, wcale nie przyznając, że miała lekkiego stracha o skórę rzekomego piątego koła u wozu. - I oczywiście spaliłeś, co mogłeś. Nic nie zostało. Ty wiesz, do czego można wykorzystać skórę wendigo? A kły? I pazury? - Oczywiście, nie wiedział. Od magii co najwyżej kichał. Resztę zostawiał jej.
   - Tak samo jak ty, nie mogłaś zabrać mnie ze sobą - odburknął, cierpliwie znosząc sprawdzanie, czy aby na pewno nie umarł. No przecież na ożywieńca nie wyglądał, nawet z tą durną fryzurą. Westchnął zrezygnowany i swojej wrednej magiczce dużą dłoń na głowie położył; po chwili zastanawiania rozczochrał jej włosy i uszczypnął w szpiczaste ucho. Jego wzrok w tym momencie mówił, że jak jeszcze raz elfka zrobi taki numer, to weźmie się najemnik obrazi, zamknie w szafie, zabarykaduje i nic go stamtąd nie wyciągnie. A jak wyciągnie to będzie śmiertelnie obrażony, więc na jedno wyjdzie. Bo najemny miecz jest po to, aby go brać wszędzie ze sobą. - Myślisz, że mają gulasz? - w brzuchu aż mu zagrało na myśl o jedzonku ciepłym, kiedy przeżuwał elfi chleb, chociaż dużo bardziej wolał pójść spać. Sam nie wiedział, czego potrzebuje bardziej. I, wzrok mu złagodniał, więc i złość przeszła.
   Jeden z olbrzymów zaklął niezadowolony, szukając czegoś przy swoim boku. Zaczął coś mówić w jaskiniowym dialekcie. Niestety, większość olbrzymów nie znała wspólnej mowy.
   – Daj spokój – Szept w wyrazie wdzięczności szturchnęła Dara w bok. – Powinieneś być mi wdzięczny, ciamajdo. – Magiczka łypnęła znacząco w stronę uzdrowicielki. Wzrok Dara był aż nazbyt wymowny, ale magiczka znała doskonały sposób, by obrażonego najemnika wywabić z kryjówki. Po prostu ponownie zniknąć albo ruszyć na spotkanie wielkiej, wspaniałej i równie niebezpiecznej przygodzie. – Gulasz może mają, ale na twoim miejscu wolałabym się nie zastanawiać skąd pochodzi mięso. – Wredne coś zwane Szept postanowiło poznęcać się nad biednym, głodnym najemnikiem.
   Heiana, przyglądając się tej dwójce, zastanawiała się, jak mogła być zazdrosna o Szept i podejrzewać, że między tą dwójką jest coś więcej. Przecież jak na dłoni widać było, że zachowują się jak brat i siostra, chociaż trudniej było powiedzieć, które tu kogo niańczy. Chyba, że była zazdrosną właśnie o tę luźną relację… Głupota, totalna głupota, a jeszcze większa ślepota.
   Dar właściwie nie dbał o to, z czego taki gulasz jest zrobiony. Mięso to mięso, nawet jak pochodzi z pad... Nie, wolałby, żeby mięso przedtem żyło, a nie leżakowało, pomału gnijąc. Brr. Cholerna magiczka, popsuła mu apetyt i teraz co, pójdzie do olbrzymów i powie im, że chce warzywa? To chyba jakiś okrutny żart.
   - Ghornowi zniknęła sakiewka z suszonymi nietoperzami - Jaruut poklepał niedźwiedzia po boku; bestia usiadła na tylnych łapach, czekając i wykorzystując ten czas na odpoczynek. - Nie ma mojego rogu. Upierdolę złodziejowi rączki, jak go dorwę - i w ustach olbrzyma nie była to czcza groźba.
   – Wolałabym, żebyś tego nie robił – wtrąciła Szept, przerywając mocowanie się z Darrusem. – Zwłaszcza, że chyba znam tego złodzieja.
   – Tak? A kto to? – zainteresował się Odrin.
   – Odrin! – wycedziła Heiana.
   – No co? To już zapytać nie wolno?
   - Odrin, przecież cię prosiłem... - najemnik musiał być naprawdę naiwny, skoro uwierzył, że karzełek przestanie być ciekawski, tym samym nie będzie pożyczał sobie nie swoich rzeczy. Kiedyś ktoś się tak zezłości, że mały człowieczek nie zdąży uciec i zostanie bez rączek.
   - Hea zna złodzieja? Kurwa, świetnie! - watażka wyraźnie się ożywił, aż ziemia zadrżała, kiedy klasnął w dłonie. - Jestem, kurwa ciekawy, kto miał na tyle odwagi, by okradać olbrzyma! - huknął, a niedźwiedź za jego plecami zamruczał donośnie, jakby potwierdzając słowa swojego jeźdźca. - Spokojnie Krag, wkrótce zapolujesz.
   – Powiedziałabym, że ciekawości… – poprawiła watażkę Szept, mrucząc to zdanie pod nosem i zerkając spod oka na majstrującego przy siodle Odrina.
   - Te niedźwiedzie jedzą mięso?
   - Nie kurwa, trawę - mruknął i spytał Dara - Widziałeś kiedy Brzeszczot, niedźwiedzia co wpierdziela kwiatki? - Jaruut chwilowo stracił zainteresowanie złodziejaszkiem, ale lepiej byłoby, gdyby róg wrócił na woje miejsce. Był zrobiony z rogu górskiego bawoła, własnoręcznie zabitego przez Październikowe Dziecko podczas inicjacji.
   - Ale... Ludzi?
   - To też mięso, nie?
   Obawa, że gulasz u olbrzymów może być zrobiony z niecodziennego mięsa, właśnie wzrosła o kilka punktów.
   – Czy oni mają warzywa? – Heiana, nie dość, że za mięsiwem nie przepadała, to teraz jeszcze zaczęła podzielać obawy najemnika. Mięso niedobre, a mięso, które pochodziłoby od ludzi to już… Heiana poczuła, że ją nieco mdli. Bardziej niż nieco. W następnej sekundzie, gdy niecna wyobraźnia podsunęła jej scenę jej samej, zajadającej się smacznym gulaszem, uzdrowicielka zanurkowała w pobliskie krzaki, skąd też dotarły do nich nie do końca przyjemne odgłosy.
   – Brzeszczot… – Szept łypnęła za nurkującą w krzakach Heianą. – Czy ja o czymś nie wiem?
   Uwzięli się na niego. No cholera jasna. Czy on wyglądał na chodzącą wróżkę, na pytania odpowiadającą tak po prostu? Odrin zwariował, to już był fakt niezaprzeczalny, ale żeby magiczka? I ty elfie przeciwko mnie? Czemu w ogóle jej pytanie zabrzmiało jak...
   - Nie patrz tak na mnie - burknął - Wisiała jak szynka pod sklepieniem, to co się dziwisz? Chędożony nieukojony zgromadził takie zapasy ludzkiego mięsa, że wyżywiłby całą cholerną rodzinę - wzrok najemnika sugerował, żeby magiczka nie wnikała w szczegóły. Ot lepiej będzie się jej żyć, bez odpowiedzi na niektóre pytania.
   – Czy jak zjem ludzkie mięso, to zamienię się w wendigo? – zainteresował się Odrin, który zdążył już zapomnieć o spoczywającym w jego sakwie rogu. Cóż, nie tylko nim. Jego skarby, to następnego postoju, gdy karzełek zacznie je oglądać, były całkowicie bezpieczne.
   – Nie Odrin, nie chcesz zmienić się w wendigo, więc nawet nie próbuj. Odrin! Ja mówię poważnie – warknęła na niego Szept, zirytowana takim podejściem. Jeśli na bagnach grasował Nieukojony, ktoś powinien coś z tym zrobić, a nie czekać, aż tamten napełni sobie spiżarnię. Elfka nie mogła uwierzyć, że nikt o tym nie wiedział! Prędzej wiedzieć nie chcieli i gdyby akurat tamtędy nie przebiegała droga Brzeszczota, wendigo grasowałby dalej, a lista jego ofiar powiększała się. Wygląda na to, że ginąc w taki sposób, elfka nieumyślnie pomogła niczego nieświadomym podróżnym. Na swój sposób to się nazywa dobra robota.
   - Głodny jestem! Czy możemy już jechać? Proszę - najemnik zaczął robić się niecierpliwy, i marudny, i nieznośny, i głodny, i głodny do cholery, a oni się bawili! W dodatku w karczmie zaczęli się chyba uzbrajać i coś głupiego planować...
   Odrin w tym czasie wyciągnął łapkę, zainteresowany wiszącą u paska kolejnego olbrzyma sakiewką. Całkiem fajną sakiewką. Niebieskie, żartobliwe spojrzenie karzełka natrafiło na wbity w niego wzrok Jaruuta. Ups…
   – Ładna rękawiczka – wyszczerzył ząbki karzełek.
   - Ani, mi się, kurwa, waż - watażka wciąż nie odzyskał rogu. Nie podobało mu się to wcale. Więc po olbrzymiemu postanowił to załatwić - Oddawaj - na karzełka padł cień wielkoluda, a wykrzywiona gęba Jaruuta zawisła na jego twarzyczką.
   Biedny Odrin. Wszyscy tu na niego warczeli i krzyczeli, a on był tylko ciekawy.
   Wróciła też Heiana. Nieco blada, od razu napiła się kilka łyków wody na dopiero co opróżniony żołądek. Głód odszedł jak ręką odjął, podobnie jak chęć posiłku.
   – Brzeszczot, weź ją wsadź na konia – zaczęła Szept. – Ciebie trochę wytrzęsie, lepiej by było, gdyby któryś z olbrzymów wziął cię na niedźwiedzia. Ich chód miej trzęsie, nie będzie tak boleć. Bo pieszo to za nami nie nadążysz. Ewentualnie może mój Zahir, on ma lekki krok. – Odrin! – odwróciła głowę, bo karzełek spierniczył od Jaruuta, kryjąc się pod płaszczem elfki. Rządząca się Szept, wyraźnie będąca w swojej roli, próbowała pohamować nieokiełznaną naturę karzełka. Ten z kolei w kajdany zakuć swojej ciekawości nie miał zamiaru dać.
   Brzeszczot uśmiechnął się na ten widok. Bogowie niejedyni, w końcu czuł, że jest na swoim miejscu, przy osobach, przy których chciał być. Szeroki uśmiech nie chciał zniknąć z jego twarzy.
   – On chce mnie zjeść, Szeptuś, ratuj…
   Szept wzniosła oczy ku górze. - Zaraz tu na nas wyskoczą z widłami jak stąd nie znikniemy. Odrin, oddaj Jaruutowi róg, będzie po sprawie.
   – Jaki róg?
   – Bogowie, ten który mu zabrałeś. Odrin, to nie czas na udawanie głupka.
   – Ja nie mam żadnego rogu. – Karzełek wsadził rękę do sakiewki i wyciągnął. W dłoni trzymał bawoli róg watażki. – Ojej, a skąd to się tu wzięło? Musiałeś go zgubić, panie olbrzymie. Masz ogromne szczęście, że go znalazłem i podniosłem, inaczej konie mogłyby go zadeptać albo ktoś ukraść, wiesz?
   - Będę miał cię na oku - olbrzym odebrał swoją własność i, o dziwo, poklepał karzełka po plecach, ale że siły miał dużo, mały człowieczek poleciał do przodu. - Pilnuj się, bo inni rączki upitolą i nawet nie spytają. Słyszałem kiedyś o takim złodziejaszku, co mu nogi z dupy wyrwali, a palce posklejali. Czekaj, czekaj... On dalej sobie wisi, ku przestrodze, na placu - dodał, przypinając róg do pasa.
   - Palce u rąk czy u nóg? – doleciał ich z ziemi słabiutki głosik Odrina. Życzliwe klepanie Jaruuta niemal powaliło go twarzą w błoto, ale nie stłumiło ciekawości karzełka. Ani okrzyku radości, jaki z siebie wydał, gdy usadzono go na kudłatej bestii. – A jak to się prowadzi? A jak zobaczy zajączka, to nie pobiegnie za nim? A może plaster miodu? Brzeszczot zgubił gdzieś swojego konia. Myślisz, że tu są wilki, panie olbrzymie? Bo można by przeprowadzić za marchewkę. Znaczy Wolhę, nie Brzeszczota. Darrus nie lubi marchewki. On w ogóle nie lubi zieleniny, wiesz? Jemu możecie zaoferować gulasz, powinien mu smakować. No, chyba że na mięsie znajdzie coś zielonego. Bo zielone to gnije, wiesz olbrzymie? O, wiesz – ucieszył się Odrin. – A jesteś pewien, że wasz kucharz to wie?
   Szept trzęsły się ramiona od tłumionego chichotu. I jak tu nie lubić Odrina? Oczywiście, gdy po raz kolejny wylatywało się przez jego ciekawość z karczmy, nocą i zimą, można było szybko zniechęcić się do zabierania go w podróż. Ale i na to karzełek znalazł sposób. Nie zabierano go? Sam się zabierał. Ze wszystkimi.
   - Pierdolę. Skąd wykopaliście tego gadającego karzełka? - Jaruut nie bardzo wiedział, co ma zrobić z pytaniami Odrina - On nimi strzela, jak jakiś cholerny łuk! Chyba nie sądzisz, że ci odpowiem, co? - olbrzym poprawił się w siodle, a masywny Krag podniósł.
   Tyle, że Odrin wcale nie potrzebował odpowiedzi. Jeśli Jaruut mu nie powie, poszuka ich sam. Czasem zresztą wystarczyło wyrażanie swoich wątpliwości na głos.
   – Czy wszystkie olbrzymy tak przeklinają? Co drugie słowo to pierdolę, kurwa i … takie duże, silne. Niektórzy mówią, że bezmózgie… – łypnął na potężną postać Jaruuta, dużą pięść, którą mógłby mu łatwo zgruchotać czaszkę. – Ale ja tak nie uważam, ani trochę… – Szept i Dara doleciał jeszcze oddalający się, piskliwy głosik karzełka.
   Z gospody zaczęły dochodzić niezadowolone pomruki. Albo strach przestał być odczuwalny przez bogobojnych ludzi, albo po prostu znudzili się patrzeniem na obcych. Znad wschodu ciągnęły też ku nim burzowe chmury; najwyraźniej pogoda bawiła się ze śmiertelnikami w grę, kto okaże się bardziej wytrwały. Odległy grzmot i wiatr targający koronami drzew zwiastowały nadciągającą ulewę.
   - Siwunia, Siwulek... - konik posłusznie podszedł do najemnika, kiedy ten zacmokał na niego. Parsknął i zastrzygł uszami, ale spokojnie poczekał, aż z pomocą mieszańca, na jego grzbiecie, w siodle, usiadła uzdrowicielka. - Wytrzymaj jeszcze trochę. U olbrzymów jest całkiem fajnie.
   Heiana pomyślała, że jeśli fajnie to zgniłe, ludzie mięso, to u wendigo też było fajnie. Przynajmniej już jej nie zemdliło, nie miała czego zwracać w krzakach. I chyba śmierdziało jej z ust… chyba nawet bardziej niż na pewno. I była to przyczyna dla której Brzeszczot, miast słów, otrzymał jedynie potakujące skinienie głową. Wytrzyma. A jak dojadą na miejsce i przepłuka czymś usta, Szept dostanie od niej takie pouczenie, że nie będzie wiedziała jak się nazywa.
   - Hea! - Jaruut jakby się ocknął. Zaraz też skinął na dwójkę zwiadowców, coś im tam nawrzeszczał do ucha, bo mowy wielkoludów inaczej nazwać nie można, po czym jeden z nich z niedźwiedzia zeskoczył, zabierając procę i włócznię. - Te, obstrzczyżeniec, na rumaka. Brzeszczot, do ciebie, kurwa mówię. Ogień ci słuch naruszył?
   - Nie, twoja ku...
   - Goń się. Ja ci nic do ucha nie wkładałem. Na cycki Gryzeldy, to obleśne!
   - Wcale nie...
   - Chędożony innojebca.
   - Powinniśmy...
   - Hea, ty uważaj, jak z nim pojedziesz - niestety magiczka z najemnikiem musiała się zabrać. Olbrzym jeden został, co by poczekać na innych zwiadowców, a reszta wróci do trzech braci.
   – Dobra, choć Brzeszczot, pakuj się na niedźwiedzia – Szept lekko pchnęła swojego najemnika. – Im szybciej będziemy na miejscu, tym lepiej. I słyszałeś, żadnych sztuczek, bo zostawię i się po ciebie nie wrócę – zagroziła, jakby nigdy nic wsiadając na niedźwiedzia, drapiąc go po uszach. Ten cicho zamruczał, zadowolony, ale na widok zbliżającego się Darrusa uznał za stosowne zaprezentować mu swoje uzębienie. Bardzo pełne, bardzo okazałe uzębienie.
   Wierzchowce zdecydowanie nie przepadały za najemnikiem; począwszy od jego kobyłki, przez inne konie, a skończywszy na niedźwiedziach i tylko sowy go tolerowały. O ile inni mieli rękę do zwierząt, o tyle półelf nie miał jej wcale. Krew matki stłumiona przez dziedzictwo ojca nie obudziła w nim nawet miłości do roślin, którą emanowała Laurion.
   - Twoja umiejętność zjednywania sobie zwierząt, jest coraz bardziej niepokojąca - najemnik wpakował się na niedźwiedzia, co nie było wcale takie łatwe; rany na szczęście się nie otworzyły, a tylko rozdrażniły i tak marudnego Dara.
   Wierzchowiec drugiego olbrzyma także wstał, ale tylko po to, by zejść ludziom z oczu; miał poczekać tutaj na resztę zwiadowców.
   - Czego ja mam się niby chwycić? - nie znajdując niczego takiego, najemnik wziął i objął magiczkę w pasie, co by nie zlecieć z tego monstrum prychającego i szczerzącego kompletne, ostre uzębienie.
   – Nie Brzeszczot, ja nie żartuję. Niedźwiedzie mają bardzo czuły węch, a ty śmierdzisz wendigo. Żaden drapieżnik nie powita cię jako swojego, jesteś zagrożeniem. Poza tym, naprawdę powinieneś się wykąpać, wiesz?
   Niedźwiedź nazywany Grag, niosąc półtora elfa, zamruczał, jakby potwierdzając słowa elfki. Najwyraźniej faktycznie nie podobał mu się obcy zapach innego drapieżnika, ale był zbyt dobrze ułożony, aby na niego zareagować inaczej, niż warknięciami. W tej właśnie chwili najemnik, nie znajdując niczego lepszego do złapania się, wybrał magiczkę. – A po tej jeździe ja też koniecznie będę musiała zrobić to samo – dokończyła Szept, a chociaż nie wydała żadnego polecenia, ich włochaty wierzchowiec ruszył w ślad za pozostałymi, kołysząc lekko swoim zadkiem. - Swoją drogą, przytulaśny misio, powinieneś go polubić – przedłużająca się chwila milczenia, gdy magiczka biła się z własnymi myślami. – Naprawdę dobrze, że tu jesteś. I że wyszedłeś cało z bagien.
   Siedzący z tyłu najemnik mruknął coś pod nosem. - Mhm. Też cię kocham i też się o ciebie, cholera martwiłem - jak nic posiadał rzadką zdolność wymawiania na głos tego, czego druga osoba powiedzieć nie chciała. Najemnik się nie patyczkował, on po prostu gadał. I jakoś tak mocniej objął swoją wredną magiczkę, co mu ucieka i każe gonić po całym kraju, a potem na niego krzyczy udając, że wcale się nie martwiła. - Jesteś niemożliwa. Ale moja i to cię ratuje - Dar usadowił się wygodniej, oparł głowę na plecach magiczki i przymknął oczy.
   – Nie martwiłam się. Przynajmniej nie aż tak bardzo. Wiedziałam, że sobie poradzisz – uprzejmie poprawiła go Szept pod wpływem wylewniejszych uczuć. Długoucha wredota, w przeciwieństwie do najemnika pozbawiona owego niezwykłego daru, zazwyczaj po prostu nabierał wody w usta i nie mówiła zbyt głośno o tym, co czuła. Jeszcze jej tu zniknie, odejdzie… Cokolwiek. Może dlatego ona i Brzeszczot tak dobrze się uzupełniali. Niemożliwy, przytulaśny, ale jej. Miałby sobie nie poradzić z wendigo? Co to dla niego.
   Chwila ciszy, a zaraz po niej dało się słyszeć chrapanie człowieka, który jest zmęczony. Teraz, mając policzek wciśnięty w drobne plecy elfki, pokrzywiony, bo był od niej wyższy, spał sobie najemnik w najlepsze, pochrapując pod nosem. Oddech miał równy, znaczy sen przyśnił mu się spokojny, ale i głęboki.
   – Tylko mi nie spadnij – ale tego już najemnik nie słyszał, pogrążony w spokojnym, głębokim śnie, chrapiąc do wtóru pomrukującego niedźwiedzia. Jak nic dwa misie.
   Piskliwy głosik Odrina był wynikiem, a raczej efektem zdenerwowanego olbrzyma. Jaruut złapał karzełka za fraki, z siodła podniósł i wystawił na bok, przez co nóżki małego człowieczka dyndały w powietrzu. - Pani uzdrowicielko, oddam karzełka w dobre ręce.
   Piski Odrina umilkły, najlepszy dowód na to, że siodło siwka i Heiana okazali się bardziej uprzejmymi towarzyszami niż olbrzym i jego niedźwiedź. Dodatkowo, byli też wyrozumiałymi słuchaczami, którym nie przeszkadzała paplanina karzełka. Byli po prostu zbyt zmęczeni, by robiło im to jakąkolwiek różnicę.
   Październikowe Dziecko odetchnął z ulgą. Teraz, kiedy nic mu za uszami nie popiskiwało jak ranna mysz, mógł skupić się na czymś innym. Nieuchwytny został zabity, ale zwiadowcy sprawdzą, czy na pewno - w takich przypadkach wolał mieć pewność. Terytorium wielkoludów kończyło się przy bagnach Cebra i chociaż większość ludzi nie zdawała sobie sprawy z tego, że żyją na terenach ich wpływów, olbrzymy niespecjalnie się tym przejmowały. Gdy jednak ktoś lub coś otwarcie wystąpi przeciwko nim, wtedy budzi się ich gniew.
   Niedźwiedź znał drogę na pamięć, nie musiał być kierowany. Jaruut wykorzystał chwilę na zebranie informacji. - Jaką mam pewność, elfeczko, że ten stwór więcej gęby z jaskini nie wyściubi? - zerknął też na przyjaciółkę i chrapiącego najemnika. Na cycki Gryzeldy, ale był z niego mięczak. Co prawda wendigo ubił, jednak co to za bohater, co zaraz po walce idzie spać? Olbrzymy nie splamiłyby swojego honoru drzemką; po potyczkach grabiło się ciała, dobijało martwych, czy gwałciło zdobyte kobiety, podpalając wioski i burząc miasta, tak dla przykładu - Chędożony najemnik śpi - Dar w tym momencie zachrapał głośniej, mamrocąc coś pod nosem o niewygodnej poduszce - A ty byłaś z nim.
   – Ale nie byłam przy samym zabiciu. Ani walce. Darrus sam walczył z … nim. Dopóki nie wyszliśmy z jaskini, a raczej z niej nie wypadliśmy, nawet nie wiedziałam, że to wendigo. Dar wysadził całą jaskinię, przypaliło mu przy tym włosy, a…
   – Wendigo zabija jedynie ogień – wtrąciła Szept. – Jeśli Dar to podpalił, nie ma szans, żeby przeżyło. Jeśli jednak masz wątpliwości ja i Heiana – rzuciła okiem na nieszczęśliwą minę uzdrowicielki i poprawiła się szybko – ja mogę wrócić i upewnić się.
   – Ja mogę jechać z tobą – zaofiarował ochoczo Odrin. – Jeszcze nigdy nie widziałem wendigo. Nawet spalonego.
   – To się ciesz – zgasiła go magiczka, która nie zamierzała ciągnąć za sobą Odrina. Za żadne skarby świata. – Lepiej rozejrzyj się u olbrzymów, tam jest znacznie ciekawiej. - Nieczyste zagranie. Bardzo nieczyste. Wystarczyło słowo „ciekawiej”, a Odrin od razu zapomniał o całym świecie, łącznie z wyprawą do jaskini wendigo. Szept mogła być spokojna.
   Październikowe Dziecko przyglądał się przyjaciółce olbrzymów; wzrok miał uważny i gdyby ktoś porównał go teraz do węszącego drapieżnika, wcale by się nie pomylił z oceną - Hea nigdzie nie pójdzie. Jesteś w naszej gościnie - i niech tylko elfka spróbuje się kłócić, to Jaruut weźmie i przywiąże ją do siodła. Psia krew, jeszcze go. Poza tym zwiadowcy już tam zmierzali, nie było więc potrzeby, aby magiczka kłopotała się czymś takim. - Już i tak wprosiłaś się do tego zwiadu. Jeszcze brakuje nam hei na polowaniu! - nadciągało święto olbrzymów, święto ku czci wielkiej macierzy, więc i polowanie się szykowało ku jej chwale.
   – Toteż jako gość, za gościnę odpłacam jak najlepiej potrafię – uzupełniła Szept. Utrapienie z tą magiczką, co to wszędzie nos wciska i zarzeka się, że to konieczność, ona sobie poradzi, a zostawić taką sprawę samą sobie to po prostu niewybaczalne.
   – Jak ją weźmiecie na polowanie, to się wszystko co rusza zleci – uświadomiła olbrzyma Heiana. Chyba nie zauważył, ale nawet ich niedźwiedź nie protestował z powodu towarzystwa magiczki. Można by to zaliczyć do doskonałej tresury gdyby nie fakt, iż on się z towarzystwa elfki wyraźnie cieszył.
   – To by nie było polowanie, tylko rzeź. Poza tym, nie używam moich zdolności do takich celów! – Szept była oburzona podobnym podejrzeniem.
   – Szept, obudzisz Brzeszczota…
   - Rzeź i kurwa hańba. Cóż to za myśliwy, co wykorzystuje talenty innych, a nie swoje?
   – On pewnie nie śpi, mogę sprawdzić? – zaofiarował się Odrin. – Uszczypnąć go? Mogę, mogę, mogę?!
   Brzeszczot spał i co by nie powiedzieć, wcale nie udawał. Pochrapywał z głową wtuloną w plecy magiczki, jak nic śnił spokojnie. Mało kto wiedział, ale i intensywne słuchanie niosło pewne niedogodności, głównie intensywne bóle głowy. Jednak teraz najemnik był po prostu wyczerpany.
   - Hea. Słyszałaś wioskowe plotki? Wychwalają czyny elfiej magiczki i człowieczego najemnika!
   - Półelfiego, półelfiego - poprawiła usłużnie Heiana.
   - I dzielnym karzełku! Odważnym, pięknym i mądrym!
   - Odrin, to wtedy byłaby bajka.
   - Kurewsko zakłamana. To powinien być brzydki karzełek o lepkich rączkach.
   – To powinien być olbrzym-półgłowek o sile w pięści – odgryzł się Odrin, a uzdrowicielka aż wstrzymała oddech. Tak mówić do watażki? Bardzo drażliwego watażki. Wciąż miała w pamięci, jak Jaruut wkurzył się na Szept podczas akcji ratunkowej. Wprawdzie gniew i postawa Szept zaowocowały zaproszeniem, ale mimo wszystko… To była Szept. A to był Odrin.
   – No co? W bajkach tak przedstawiają olbrzymów – usprawiedliwił się Odrin, ale karzełek był już chyba nieco zmęczony, bo Heiana musiała podtrzymywać go przed sobą w siodle, żeby przypadkiem nie spadł i się nie zgubił. Bogowie niejedni wiedzą, co takiego by znalazł.
   Jaruut zdawał się być pełen konsternacji, jak nic szykowało się coś strasznego i faktycznie, olbrzym zaraz roześmiał się donośnie, wypłaszając z koron drzew małe ptaszki; jego niedźwiedź obrócił wielki łeb i łypnął czarnym okiem na jeźdźca. Watażka najwyraźniej doceniał cięty humor karzełka, bo nie miał zamiaru ukręcić mu główki - Większość z nas to idioci, co ręką w gówno nie trafią - przyznał, mówiąc najszczerszą prawdę - Watażkę poznasz od razu, mały człowieczku. Ktoś olbrzymami półgłówkami z siłą w pięściach musi dowodzić. Wasi bardowie nazywają nas generałami, ale tfu - olbrzym splunął na ziemię - niech ich czerwie zezrą. Jesteśmy watażkami. Mamy i w głowie i w pięści.
   Heiana z niedowierzeniem zerknęła na watażkę. I on o tym tak spokojnie, bez nerwów, bez zdenerwowania, zero. Odrin miał taryfę ulgową albo Jaruut był w wybitnie dobrym humorze. Chyba raczej to drugie. Karzełek przed nią, usatysfakcjonowany odpowiedzią, zaczął już drzemać. Trochę się wiercił przez sen i uzdrowicielka musiała uważać, żeby go nie zgubić. Zresztą, sama uzdrowicielka zaczynała odczuwać zmęczenie, ale elfia duma zabraniała jej zapytać, jak długo jeszcze będą jechać. Poza tym, zaczynał ją boleć obijający się o siodło tyłek. Mówcie co chcecie, ona wolała piesze spacery niż jazdę konną. Przynajmniej w przypadku tego pierwszego nie kichała.
   Ubita droga, którą jechali biegła przez kamienny most. Nie potrzeba było znaku, czy ostrzeżenia w postaci wiszących ludzkich kości, by wiedzieć, że właśnie wjechało się na główne tereny olbrzymów. Przed mostkiem trawa była zielona, drzewa kwitły, ale po drugiej stronie… Na ziemi olbrzymów wszystko wydawało się być inne. Mroczniejsze. Wciąż widoczne były ślady pożaru i walk toczonych setki lat temu; pozarastane, zasłonięte drzewami, ale nadal dostrzegalne. Kiedyś nie było tu kamieni, ale nim olbrzymy usnęły snem długim i spokojnym, podczas walk porozrzucano głazy. Małe, duże - przypominają teraz kamienny las. Pomiędzy nimi rosną pnące się ku światłu rośliny. Nie ma tu rzek, te bowiem wyschły, kiedy zasypano w dolnym biegu koryto. Wiatr hula między osuwiskami, śpiewając o dawnych czasach. Wśród tych głazów, pomiędzy porośniętymi bluszczem ruinami, krążą jaskiniowe niedźwiedzie, wypasane przez olbrzymy. Ponad równiną wznoszą się trzy wierzchołki - najwyższe punkty na płaskim terenie, widoczne z daleka, otoczone pierścieniem mniejszych wzniesień pokrytych gołoborzami. Jalgsi Hattarna okryte mgłami, dom olbrzymów. Ka'Tun był środkowym z trzech braci, po bokach miał Ka'Run i Ka'Rok. Góry olbrzymów.
   Chociaż ten, kto spodziewał się po przejechaniu mostku, że zobaczy kroczące między głazami wielkoludy, bardzo się zawiedzie. Nie uświadczysz tu olbrzyma. Wjedź jednak głębiej, zanurz się w przełęczy, a istnieje szanse, że je zobaczysz, ale być może nie będzie okazji, aby opowiedzieć o tym innym.
   Pierwszym, co zauważyła Szept były niedźwiedzie. Tym razem jednak nie zatrzymała swojego niecodziennego wierzchowca, by przyjrzeć się kudłatym bestiom. Zadowoliła się obserwacją z daleka, starając się zapamiętać jak najwięcej i porównać ze zwykłymi brunatnymi leśnymi mieszkańcami. Heiana dotąd nie mogła zrozumieć takiej fascynacji.
   – W jaki sposób przywiązujecie je do siebie i szkolicie? – Chciał wiedzieć naukowy umysł magiczki. – Trzymacie je całkowicie na swobodzie, zdane na siebie i przyzywacie w razie potrzeby, czy bardziej hodujecie je, jak ludzie trzymają konie i osły?
   – Tylko ty mogłaś o to zapytać – mruknęła sennie Heiana i byłaby zleciała z konia. Siodło nie sprzyja przysypianiu, zwłaszcza w przypadku niewprawnego jeźdźca. A do takiego wypadało zaliczyć uzdrowicielkę.
   Jaruut podrapał się za uchem i wyciągnąwszy ze skóry przyczepioną pchłę, obejrzał ją, po czym zmiażdżył między paluchami, wycierając je o spodnie. Gdyby to był olbrzym, a nie watażka, pewnie pchełka skończyłaby między zębami wielkoluda, jako przekąska. - Hodujemy. Od małego przyzwyczajane są do swej roli. Wystarczy dźwięk rogu, a przybędą - olbrzym poklepał róg przy pasie, czule gładząc palcami chropowatą powierzchnię. - Wasz karzełek mógłby dmuchać weń, jakby był między udami kobiety, ale bez odpowiedniego tonu to by dzieci z tego nie było. Pamiętam takiego głupca. Goblin chyba, mały kurwy syn. Kurewsko pięknie wyglądał między niedźwiedzimi kłami, a krzyczał tak, jakby mu jaja urywali, a tylko chrupały łapsko.
   Heiana skrzywiła się tak, jakby bolał ją ząb. Szept, która znała kuzynkę, mogła domyślić się, o co chodzi. Język. Nie przewidziała jednak innego. – Po pierwsze, porównanie nie jest ani trochę trafne – zauważyła mentorskim tonem uzdrowicielka. – To nie ma nic wspólnego z … – zaczerwieniła się – tonem tylko odpowiednim czasem. Cyklem. Poza tym istnieją jeszcze…
   Szept spojrzała na kuzynkę z szeroko otwartymi oczami. – Może wyedukuj kogoś innego, co?
   – Na przykład ciebie? To nie ja mam córkę – odcięła się uzdrowicielka, żałując, że w ogóle się odezwała. – Poza tym… język!
   – A co on ma do rzeczy? – niewinnie zapytała Szept, za co otrzymała jadowite spojrzenie Heiany. Czarnowłosa elfka zadarła wysoko głowę, fuknęła urażona.
   Niedźwiedzie powoli szły przed siebie, kołysząc swoimi zadkami, powarkując czasem, jakby dając znać, że nadchodzą. Skaliste otoczenie powoli zaczęło się zmieniać; podłoże pięło się w górę, tworząc pagórki, które przechodziły w strome, niemal pionowe ściany gór. Trzej bracia wyłonili się nagle, kiedy wąska ścieżka zaprowadziła ich na wzniesienie, z którego Jalgsi Hattarna widoczne były jak na dłoni. Góry Uśpionych Kolosów, znów żywe, znów tętniące gorącą krwią olbrzymów, chociaż z pozoru martwe. Ten, kto bywał tu wcześniej zauważy jednak subtelne różnice; mosty nad pustymi korytami dawnych rzek zostały naprawione i wzmocnione, zasypane i zaniedbane trakty udrożniono, przystosowując je znowu do handlowego ruchu. Ka’Run i Ka’Rok zdawały się być martwe, nie prowadziła do nich żadna ścieżka, żadna grota nie szpeciła stromych ścian. Drogi do nich biegły jaskiniami ukrytymi pod ziemią. Ka’Tun, Koronne Serce było w połowie otwarte na obcych. Trzy szczyty, gładkie, strome, sięgające nieba, ze szczytami otoczonymi chmurami, wokół nich pustka, tylko na horyzoncie widać zarys lasu, a z tyłu bagna Cebra.
   - Zróbmy trochę hałasu - Jaruut zatrzymał niedźwiedzie, sięgnął po róg i wcale, a wcale nie specjalnie zapominając ostrzec, że będzie głośno, zadął w róg. Dźwięk, który się z niego wydobył, o określonej tonacji, obudziłby umarłego. Nic więc dziwnego, że...
   Brzeszczot wrzasnął, jak mała dziewczynka, podskoczył obudzony, drgnął i tak się przekręcił, że zleciał z wierzchowca; do tego zaplątał się nogą w siodło, sznurki i węzły, przez co głową wisiał w dół, a nogami majtał u góry. Dziękować olbrzymom, że ich niedźwiedzie są tak opanowane i dobrze ułożone, bo z najemnikiem byłoby krucho. - Ja pierdolę, Jaruut! - już całkiem obudzony, z przegnaną na amen sennością, najemnik wierzgnął, ale tylko bardziej się zaplątał. - Czy ty właśnie sobie popuściłeś?
   Październikowe Dziecko zeskoczył z niedźwiedzia. - Zdechłbyś, gdybyś poczuł.
   - Jeżeli zlazłeś z tego zwierza, by mnie odciąć, pośpiesz się, niedobrze mi...
   - Brzeszczot! Język! – fuknęła Heiana. – Czy nie wiesz, że o niektórych sprawach się nie mówi głośno? – Jakby wcale nie dostrzegała, w jakim położeniu znalazł się w tej chwili najemnik. Za to Odrin zauważył. Rozbudzony dźwiękiem rogu karzełek (hmm, czemu mając go w łapkach nie spróbował tego samego, co olbrzym), z zainteresowaniem spoglądał na dyndającego Brzeszczota.
   - Będziesz rzygał? – zainteresował się uprzejmie karzełek.
   - Odrin! – Heiana zakryła usta ręką.
   - Ojej, ty też?
   - A ja puszczę bąka! - dołączył do ekipy Jaruut.
   - Nie znam was – obruszyła się Heina i poszukała wsparcia u Szept.
   - To prawda, że jak olbrzym pierdnie, to się góry trzęsą? – notowania Brzeszczota i jego zielonej buźki gwałtownie poleciały w dół, wyparte przez olbrzyma i jego propozycję. – Nigdy nie słyszałem, jak olbrzymy pierdzą. Ani nie czułem.
   - Szept, zrób im coś. Cokolwiek.
   - Odrinowi? Chyba sobie ze mnie żartujesz. Jaruutowi? To olbrzym, powinnam mieć choć odrobinę instynktu samozachowawczego, sama tak mówiłaś. Brzeszczotowi? Żeby zrobił dokładnie na odwrót?
   Brzeszczot, jak to Brzeszczot, łypnął na uzdrowicielkę i nim ugryzł się w ten niewyparzony język, o ile w ogóle chciał to zrobić, powiedział, co myślał - Taaak, zapomniałem, że nieskazitelne elfy bąki puszczają fiołkowe.
   - Gazy są bezbarwne. A ich woń przykra. Przyzwoitość nakazuje przetrzymać, nie je puszczać. Już na pewno nie w towarzystwie. I elfy i o tym wiedzą.
   - Bąki nie są przykre! - stwierdził grzecznie wielkolud - Pierdki są śmierdzące, a jak kiedyś mój syn grzmotnął! Hoho, czułem co jadł nicpoń z rana.
   - Co jadł? – zainteresował się Odrin, chwilowo zostawiając w spokoju dyndającego najemnika i jego groźby. Tylko on mógł zadać takie pytanie. – Naprawdę rozerwie? Tatuś mi mówił, że mi brzuchol rozerwie, jak będzie się wstrzymywać.
   - A beknięcie u beruków jest oznaką szacunku i że smakowało! - wtrącił się olbrzym, bo uznał, że warto porozmawiać o dziwnych obyczajach. - I lepiej, żem tą stroną popuścił, a nie... - wielkolud zmarszczył brwi, zdając sobie z czegoś sprawę - Nie, to nie tak szło. Zignorujcie.
   - Byłabym wdzięczna, gdybyśmy zmienili ten nieprzyjemny temat rozmowy. To niegodne. A my, chcę przypomnieć, nie jesteśmy u beruków.
   - Nie, ale jesteśmy w gościnie – upomniała ją Szept, dyskretnie się uśmiechając. Zdecydowanie, Heiana przebywała za mało czasu w kompanii towarzyszy Szept. Gdyby widziała, co potrafią zdziałać Ordin i Midar, gdy są razem…
   - Możesz mi powiedzieć – niezadowolona z powodu braku zrozumienia Heina skrzywiła się, kątem oka obserwując, jak Odrin szturcha paluszkiem Brzeszczota. – co ty właściwie robisz w tych górach? U olbrzymów? Czy tobie do reszty odbiło? Wszyscy się o ciebie martwią, królowa nie powinna znikać ot tak. A już na pewno nie elfia królowa.
   - Jest pewien projekt, do którego realizacji potrzebuję pomocy olbrzymów. – Szept zacisnęła mocniej wargi, wymowny znak tego, że póki to tylko projekt, zamysł zaledwie, nie chce o tym rozmawiać. Jeszcze nie.
   - Może włożę paluszek? – zaoferował Odrin, zerkając na wciąż dyndającego Dara.
   - Odrin - pominięty najemnik, niepilnowany karzełek i już zaczęło się coś dziać - Wsadź mi ten palec tam, gdzie planujesz, a obiecuję ci, że go stracisz w boleściach.
   - Jaruut, mógłbyś go zdjąć? Bo jeszcze albo on, albo Odrin zrealizują swoja groźbę – Szept przypomniała sobie o Darrusie, ale tylko dlatego, że karzełek wykazał się chęcią pomocy. Gdy tylko Darrus odezwał się, chcąc wyrazić swoją groźbę, karzełek skorzystał z okazji i spróbował wsadzić mu palec do ust. Niestety, nie trafił. Trafił za to w inny, równie czuły punkt. W oko.
   - Ała! - najemnik wyraził swoje niezadowolenie piskiem godnym dziewczynki; zdecydowanie ktoś powinien go uświadomić, że nie tak powinien krzyczeć mężczyzna, a w ogóle to taki najemnik nie powinien w ogóle pokazywać, że go boli. Zwłaszcza palec w oku.
   Dar nawet nie zdążył pacnąć karzełka, ziemia zadudniła, słońce zniknęło przesłonięte nie chmurką, a postawnym olbrzymem. Jaruut stał nad nim z nożem w ręku i uśmiechał się tak, jak mógłby cieszyć się rzeźnik na widok dorodnego cielaczka, któremu zaraz upuści krwi. Jednak zamiast gardła, olbrzym przeciął supły.
   - Dupa ogra jesteś, boś miękki - mruknął, kiedy najemnik wylądował na ziemi, a niedźwiedź zainteresował się nim na tyle, że warknął mu w ucho.
   - To niech Odrin wsadzi ci palucha w oko.
      - Mogę? – zainteresował się karzełek. W sumie, olbrzymowi paluszka w oczko nigdy nie wsadził. W dupę tym bardziej. Nigdy nie spotkał olbrzyma. Poza tym, był za niski, by dosięgnąć. Ale wsadził kiedyś palucha w oko półolbrzymowi. Tylko, czy to się liczyło?
   - W dupę tobie zaraz wsadzę. Co ty głodny jesteś, że tak marudzisz?
   - Nie twoja za...
   Październikowe Dziecko miał w nosie to, co chce powiedzieć najemnik. Olbrzym wziął i złapał go za fraki, po czym przerzucił przez ramię jak worek kartofli. - Idziemy! Otworzyli nam wrota.
   - Odrin! – skarciła go Szept. – Nawet nie próbuj, bo będzie to ostatnia rzecz, jaką zrobisz!
   - Szept, czy ty mu grozisz? – Heiana zmarszczyła nosek, obserwując z niepokojem przerzuconego jak worek kartofli Darrusa. Oni mu przecież nic nie zrobią, prawda?
   - Ja go tylko ostrzegam – Szept ponagliła niedźwiedzia, z zainteresowaniem rozglądając się dookoła. Słyszała opowieści i legendy o siedzibie olbrzymów w Górach Uśpionych Kolosów, studiowała z zapartym tchem stare historie, opisy walk, zwycięstw i snu. Lecz co innego widzieć coś oczami wyobraźni, co innego zaś na własne oczy. Pod pewnymi względami była chyba zbyt wielką marzycielką.
   Heiana westchnęła. Z ciekawskiej magiczki nie będzie w przeciągu najbliższego czasu zbyt wielkiego pożytku. Będzie chłonąć wiedzę jak ta gąbka, nawet jeśli potem nie będzie wiedzieć, co z tym zrobić. Jak na elfkę była zbyt specyficzna. W końcu, jaki elf szwęda się po ruinach i tunelach niczym krasnolud? Tak, Szept była jedyna. I bardzo dobrze. Inaczej nie włóczyłaby się z szemranym najemnikiem. Brzeszczotem. Heiana uśmiechnęła się szeroko.
   Odrin, goniąc na krótkich nóżkach za Jaruutem, zerknął na uzdrowicielkę. Czy z nią było wszystko w porządku? Szczerzyła się tak, jak on do sakiewki, gdy ją przypadkiem znajdował na drodze. Chwilowe zainteresowanie Odrina uratowało go od marnego losu, gdyby udało mu się przetestować cierpliwość Jaruuta i sprawdzić, czy Brzeszczot i olbrzym mówili poważnie.
   Dróżka, którą szli wiła się wokół bezlistnych, ciernistych krzewów łomżanów, karłowatych drzewek z trującymi owocami. Trzy szczyty górowały nad głowami wędrowców, a ich wierzchołki ginęły w chmurach. Kamienne zbocza pozbawione roślinności przypominały krajobraz, jaki można zastać na polu bitwy; surowy, chłodny i zimny, zupełnie jak olbrzymy. Puste koryto rzeki straszyło i nie było komu odgruzować zawaliska w górze; za czasów wojen wielkoludów stało się tak, że zasypano kamieniami koryto, zawalono części, przez co utworzyło się jezioro, znów zagrażające olbrzymom, przebierające przez brzegi i zalewające podziemne korytarze. Problemem były także gniazda roków; wielkie ptaki, które w zasadzie nie zwracały uwagi na ludzi, chyba że ci niszczyli ich jaja, stanowiły utrapienie wielkoludów. Atakowały niedźwiedzie, budowały gniazda tam, gdzie kiedyś, nim olbrzymy zasnęły, były tarasy i obserwatoria. Młode i krnąbrne osobniki zaczepiały karawany kupieckie, nieraz porywając osły i sakwy.
   - Postaw mnie. Wielkoludy pomyślą, że jestem zdobyczą.
   - Podpieklibyśmy ci boczki - olbrzym podrzucił najemnika, wbijając palucha w jego boczek - Wytopili tłuszczyk, ale nie do suchości. Żylaste mięso jest twarde. Podalibyśmy cię z jabłkiem w tej niewyparzonej gębie.
   Brzeszczota zamurowało. I chyba zapomniał języka w gębie. Jednak zaraz zrobił minę, jakby odkrył tajemnicę stulecia. - Wiedziałem! - wykrzyknął - Wiedziałem, że jecie ludzkie mięso!
   - Popierdoliło cię. Już ci coś na ten temat mówiłem - chyba olbrzym był wrażliwy na punkcie ludzkożerności jego rasy.
   Odrina zainteresował jeden temat. Podpiekanie boczków. Tyle że tam, gdzie normalnie myśląca osoba poczułaby strach lub rozbawienie, karzełek poczuł tylko jedno. Wszechogarniającą ciekawość.
   - Solicie? – wypalił bez zastanowienia. – Kuzyn brata mojego przyjaciela opowiadał, że olbrzymy mają słaby żołądek, jeśli chodzi o przyprawy. Wiesz, pieprz, majeranek, sól, estragon, liście laurowe i… Heiana, czemu mnie szczypiesz? I czemu tak zbladłaś? Spadniesz z konika jak Brzeszczot? Chyba nie jest ci niedobrze?
   - Jaki wrażliwy watażka. Czy pod grubą skórą kryje się kochające serduszko?
   - Sopel lodu. Olbrzymy nie mają miłych serc.
   - Sopel lodu jest zarezerwowany. Ma go szamanka.
   - To... Cebula? Jest śmierdząca i po niej się płacze.
   - Olbrzymy jak cebula? - najemnik roześmiał się, głośno, niemal rechocząc, trzęsąc się na ramieniu olbrzyma jak głupi.
   Szept parsknęła lekko. Ciekawe jak ją w myśli nazywa Brzeszczot, skoro wszystkich ochrzcił. Chociaż nie. Ona już ma miano. Chodzący kłopot i wredna magiczka. Ale… olbrzym jak cebula? Czy to miałoby znaczyć, że na jego widok się płacze?
   - Cebula? Jest dobra do jajek – Odrin był chyba nie do końca w temacie. – Wiecie? Zjadłbym taką jajecznicę. Z cebulką i boczkiem. Mniam… Jadłem kiedyś u Lofcia, jak przyszedłem po Mida…
   - …i pożyczyć sobie sakiewkę jednego z gości – dokończyła za niego Szept.
   - Pożyczyć? Tylko ją znalazłem. To on był tak nieuprzejmy, że chciał mnie oddać strażnikom. Ja nie mam pojęcia, czemu. - I zamiast siedzieć cicho na widok olbrzyma, jak nakazywałby zdrowy rozsądek, Odrina znowu poniosło. – To znaczy, że zrobisz z Brzeszczota jajecznicę? Wiesz, dzięki za chęci, ale ja spasuję.
   - Odrin. Fuj!
   Trzeszczące kamyczki pod stopami Jaruuta umilkły, kiedy ten zatrzymał się w małej niecce, obniżeniu terenu, gdzie otwarte było przejście do środka góry, a raczej na wewnętrzny dziedziniec. Przy wejściu stał olbrzym trzymając za obrożę górską hienę, większą i masywniejszą od jej krewniaczek. Cichy, ponury, patrzący na nich z góry wielkolud. Burknął coś, pokazał brudnym paluchem na niedźwiedzie, pokręcił głową; jak nic nakazywał, aby pozostawić tu wierzchowce. Zmierzył też wzrokiem najemnika.
   - Moja zdobycz - odpowiedział watażka, a olbrzym nie pytał. Zerknął na elfki, na karzełka, podrapał się po krzywym nosie i splunął, chrząkając.
   - Myślisz, że splunę dalej niż on? – Karzełek wskazał paluszkiem na drugiego olbrzyma. – On ma takiego nocha, jakby spotkał się z patelnią Lofara. Jak byłem u Lofara…


____________________________
Ta dam! Bo miło jest, jak na blogu są notki, nie? Oby ich było więcej! Nie tylko naszych, ludziska piszcie notki!

Brak komentarzy:

Prawa autorskie

© Zastrzegamy sobie prawa autorskie do umieszczanych na blogu tekstów, wymyślonego na jego potrzeby świata oraz postaci.
Nie rościmy sobie natomiast praw autorskich do tych artów, które nie są naszego autorstwa.

Szukaj




˅ ^
+ postacie
Rinne Lasair