Przewodnik

Linki-obrazki

Misje
I. Więzi przyjaźni
Spotykasz po latach kogoś, kto dawniej był ci bliski. Wplątuje cię on w jakąś historię, która nie dość, że z czasem się komplikuje, to w dodatku budzi w tobie wątpliwości co do intencji przyjaciela.

II. Linia frontu
Kerończy natarli na Prowincję Demarską. Oblegany jest sam Demar. Jedni ludzie stają do walki, inni uciekają ze spalonej ziemi. Napastnicy, obrońcy i cywile. Po której stronie staniesz?

Opcjonalnie: Udział w buncie niewolników w Wirginii bądź inne miejsca walk.

III. Rekonwalescencja
W nie najlepszej kondycji trafiasz do wioski lub klasztoru. Wydaje ci się, że trafiłeś w dobre ręce i że wkrótce będziesz mógł opuścić to miejsce. Okazuje się jednak, że z pozoru życzliwi i uprzejmi ludzie skrywają przed tobą jakąś tajemnicę.

IV. Zabij bestię
Coś napada, nęka mieszkańców. Zawierasz umowę z wójtem - dostarczysz głowę bestii za określoną cenę. Okazuje się jednak, że stworzenie nie działa bez powodu - jest w jakiś sposób prowokowane przez mieszkańców.

Opcjonalnie: Bestia jest wrażliwa na hałas z karczmy albo ludzie naruszyli w jakiś sposób jej rewir (weszli na jej teren, zajęli leże ze względu na drogie surowce itp.)

V. Nielegalne walki
Dochodzą cię słuchy o nielegalnych walkach prowadzonych w okolicy. Położysz im kres czy może postanowisz wziąć w nich udział dla własnego zysku? Pieniądze nie leżą na ulicy.

VI. Zlecone zabójstwo
Dochodzi do zamachu, w wyniku którego ginie ktoś ważny. Podejmujesz się odnalezienia zabójcy – albo jego zleceniodawcy. Od ciebie zależy, czy dojdzie do aresztowania winnych, czy pomożesz im uniknąć kary.

VII. Egzekucja
W mieście lub wiosce szykuje się egzekucja. Znasz sprawcę albo sam doprowadziłeś do jego schwytania. Realizacja wyroku coraz bliżej.

Opcjonalnie: Z czasem nabierasz wątpliwości, czy skazaniec faktycznie jest winny i chcesz go uwolnić lub dochodzą cię pogłoski, że ktoś może chcieć uwolnić kryminalistę.

zamknij
Dodaj do WTP Spis kodów
Spis opowiadań
Kiedyś przyjdzie mi za to wszystko zapłacić... Weselicho, czyli tańcz, jedz i chędoż za darmochę! Oszukać czas. Oszukać przeznaczenie. Oszukać... siebie. Baśń o wolności: Preludium Świątynia Ażubora (1) Wszystkiego krówkowego! (okolicznościowa, krótkie opowiadanie "Motyw przewodni - Prezent". Ta dam, pamiętaliśmy! I - Wezwanie pomocy: alchemio, przybywaj! Gdy demon odzyskuje człowieczeństwo, przypomina sobie jak być człowiekiem. Nikt nie zna prawdziwego bólu do czasu aż nie straci kogoś bliskiego sercu. Niedopowiedziane historie Wendigo i Driada Szczurzy dzień (autor: Szept, Silva) Domek, zupa, sukkub i historia (autor: Elias) Sen i niespodzianki (autor: Elias) Boląca strata i niepokojący gość! (autor: Elias) Cienie i nowy przyjaciel (autor: Elias) Kruki (autor: Elias) Cienie i Starsze Dusze (autor: Elias) Zawsze jest kolejna tajemnica (autor: Silva) Zło Kor'hu Dull (autor: Elias) Złodziej Twarzy i Koszmar (autor: Elias) Królewiec (autor: Elias) Przed świtem (autor: Nefryt) Król Żebraków i nowe drzwi (autor: Elias) Akceptacja (autor: Elias) Nostalgia (autor: Nefryt) Nowa droga i niespodziewane wyznanie? (autor: Elias) Biały i zielony daje czerwony! (autor: Elias) Nowe wyzwania w nowym życiu (autor: Elias) Krąg tajemnic (autor: Elias) Jack (autor: Elias) Czasami to mrok daje najwięcej światła (autor: Elias) Trzy sceny o szpiegowaniu (autor: Nefryt) Morze bólu. Promyk nadziei ... (autor: Elias) Nie ma sensu szukać guza. Chyba, że jest się najemnikiem (autor: Silva) Sól (autor: Aed) Dyjanna Muirne: Miecz może być dowodem wszystkiego (autor: Zorana) Opus Magnum I (autor: Iskra) Uszatek i Kwiatek na tropie przygody: Przypadłość parszywej gospody (autor: Paeonia i Szept) Gdy gasną świece (autor: Zombbiszon) ... Najjaśniej płoną gwiazdy nadziei. (autor: Zombbiszon) Elias cz. 1 (autor: Zombbiszon) Elias cz. 2 (autor: Zombbiszon) Historia (autor: Zombbiszon)
zamknij

Chat

   - Wygięła się - Brzeszczot przekrzywił głowę, drapiąc paznokciami otarty policzek; krótkim ruchem łepetyny wskazał na broszkę, koślawo przypiętą do płaszcza uzdrowicielki. Sowa miała powyginane skrzydła, skręcone nogi i przetrącony kark; nie nadawała się do niczego, najwyżej do ponownego przetopienia. Nie, Dar obiecał sobie, że jak tylko wrócą do domu, znajdzie dla uzdrowicielki nową broszkę; wredny głos w jego głowie szeptał, że może w końcu należałoby pomyśleć nie o zapince, a o czymś okrągłym na palec. Zaraz też głos magiczki, który zalągł się w jego głowie na stałe dodał: “Dar, a poznałeś chociaż jej rodziców i krewnych? Jak cię nie przedstawiła to się wyrywasz mocno” i najemnik stwierdził, że wyrywać się nie będzie. - Naprawimy to. Powinniśmy tu zostać do… - był ranek, środek dnia, czy może noc? Na bagnach ciężko się zorientować w porze, nie widać tu ani słońca, ani gwiazd.
  Kamienny krąg dawał poczucie bezpieczeństwa. Najemnik i uzdrowicielka siedzieli w ciszy, tuż obok wygaszonego paleniska, na omszałych kłodach powalonych drzew. Nie odezwali się do siebie przez całą drogę do kręgu; zmęczenie, uciekające emocje, wszystko to razem sprawiło, że nie mieli siły mówić, najwyraźniej wszystko co ważne, zostało już wypowiedziane. Teraz mogli odetchnąć, odsapnąć, chociaż przez chwilę nie myśleć o dalszej drodze i tym, co na nich czekało.
  Brzeszczot zamyślił się odrobinę, a nagłe rżenie konia sprawiło, że podskoczył. Siwek, ich zagubiony konik, cały i zdrowy, z dumnie uniesionym łbem, jakby chcąc pokazać, jaki jest dzielny, wyszedł z zarośli, przekraczając krąg. Jak konik uchował się na bagnach? Na siodle wciąż spoczywał płaszcz (gdzie była drewniana sowa dziadka?!) i juki też pozostały nienaruszone. Za to pojawiło się coś innego.
  Brzeszczot chciał wstać, ale z syknięciem klapnął na ziemię; nawet jego zasłonięcie elfki było niezdarne. W tej chwili, nawet dziecko by go powaliło. Ki czort przylazł z ich siwkiem? Bo ktoś, za konikiem, był. Wróg czy swój?
  - Wyłaźże - nieoczekiwany gość posłuchał, a najemnik zamrugał - Odrin? - czy mu się zdawało, czy to był karzełek, który zadawał się z wredną magiczką, pożyczając cudze przedmioty? I czy on miał w dłoniach sowią zapinkę jego dziadka?
  Heiana, uparte coś, wychyliła się zza Brzeszczota, ciekawa. Chronił ich krąg. Nic złego nie mogło przekroczyć kręgu. Ten ktoś przekroczył. Więc albo magia kręgu na niego nie działała, albo był to ktoś całkowicie niegroźny. Heiana wolała to drugie rozwiązanie, a Brzeszczot z całą pewnością przesadzał z ostrożnością.
  Jednak to, co wyszło zza konika… było malutkie! Czupryna, zwichrzona, niedbała. Koszula, a na niej czerwony, całkiem ładny kubraczek zapinany na guziki. Przy pasku liczne sakiewki, a biorąc pod uwagę zainteresowania Odrina były pełne rzeczy znalezionych przypadkiem. Małe, niebieskawe oczka kryły w sobie iskierki humoru i olbrzymią, nie do zaspokojenia, ciekawość.
  – A spodziewałeś się kota w butach? – Odrin zerknął na swoje wysokie buciory, nieco na niego za duże. Temu, kto je zgubił, na pewno ich brakowało. – Chociaż… buty to ja mam.
  – Brzeszczot… – jęknęła Heiana, odruchowo sięgając po melisę. Chyba powinna zażyć coś na uspokojenie. Mają iść ze złodziejaszkiem do olbrzymów, podróżować przez te wszystkie wioski? Toć oni trafią do pierwszego napotkanego więzienia, a wiedziony ciekawością Odrin ich tam zostawi, bo w poszukiwaniu przygód zapomni o przyjaciołach.
  Melisy nie było.
  – Zobacz, co znalazłem – Odrin uniósł zapinkę do góry, oglądając ją i sprawdzając, czy sowie skrzydełka poruszają się. A czynił to zgoła niedelikatnie. – Co mówisz? A, że to twoje! Widzisz, powinieneś lepiej pilnować swoich rzeczy, skoro tak je gubisz. Jak chcesz, mogę popilnować jej za ciebie. Nie chcesz? Jak nie, no to nie. – Jeszcze mówiąc, zatoczył ręką niewielki łuk i jakby nigdy nic schował zapinkę do sakwy. Swojej sakwy.
    - Oddawaj! - to krzyczał Dar.   – Że co proszę? Jaka lisa? Czapka z lisa? Nie, nie znalazłem niczego takiego. Ale widziałem kiedyś lisa. Uwierzysz, był cały czarny, a na pyszczku miał taką zabawną, czerwoną plamkę. Mój dziadek mówił, że jak lis ma taką plamkę…
  – M-E-L-I-S-A. Takie zioło!
  – A, że zioło. Ale wiesz, że to brzydki nałóg?
  – Odrin!
  – Ale że co? Kuzyn brata mojego przyjaciela…
  Odrin. Karzełek. Co tutaj robił ten mały sukinsyn pożyczający, żeby nie powiedzieć kradnący, przedmioty z sakiewek? W Królewcu krążyły plotki, że podobno potrafi podwędzić nawet złotą monetę ukrytą w gaciach. - Co ty robisz na bagnach?
  – Nigdy nie byłem na bagnach – odpowiedział mu Odrin, zainteresowany dziwnymi, oznaczonymi kamyczkami. Ciekawe, co się stanie, jeśli przesunie się je trochę, tak troszeczkę… chyba są za ciężkie. Ale w takim razie mógłby coś namalować na nich. W końcu, ktoś już to zrobił.
  - Oczywiście - najemnik podniósł się z jękiem i stanął za karzełkiem; zaczęło swędzieć go ugryzienie nieukojonego, a obity tyłek domagał się najlepiej ciepłych źródeł. - Przyszedłeś zachodnim przejściem? Odrin, cholero, mówię do ciebie! Zostawże runy na tych kamieniach!
  – Zachodnim czym? Hałasujecie jak stado słoni… Ale wiesz Dar, słoni też nigdy nie widziałem, tylko zgaduję. Ale Szept mówiła, że widziała mamuta, który latał. Myślę, że się ze mnie nabijała. Kuzyn siostry mojego wujka twierdził zawsze, że … Opowiadałem ci o kuzynie?   - Odrin, kiedy indziej, jak będę pijany, dobra? - korzystając z okazji, bezczelnie zabrał karzełkowi sakwę, podnosząc ją tak, by ten nie sięgnął - To moja pamiątka. Trzymaj - Odrinowi oddał sakiewkę, jej zawartość zabrzęczała, kiedy nią poruszył i już chciał zapytać, co ciekawego tam ma, ale karzełkowi nie w głowie było spokojnie siedzenie i słuchanie pytań. Musiał spróbować przesunąć kamień.
  – Ej, to moje skarby, oddawaj! – pisnął karzełek, zupełnie niezadowolony, a że był malutki i niewiele mógł zrobić, to tylko kopnął Dara w piszczel.
  - Ała! Ty mały, wredny... - najemnik już chciał złapać karzełka, ale ten mu uciekł. Cholera, jeszcze go piszczel nie bolała. Spojrzał z wyrzutem na uzdrowicielkę, jakby ta miała w jakikolwiek sposób mu pomóc. Nie pomogła. - Mogłeś się tu zgubić...
  Heiana, której minęła już początkowa wściekłość z powodu zaginionej melisy, teraz krztusiła się ze śmiechu obserwując poczynania karzełka, który paplał ile wlezie, robił co chciał i ani patrzył, jakie będę tego konsekwencje. Używając opisu Odrina, on tylko zaspokajał własne pragnienie wiedzy, tudzież ciekawość.
  – Znaczy, raz zbłądziłem. Ale to nie były bagna tylko podmokły las, więc to chyba się nie liczy, prawda? To było wtedy gdy znalazłem taki stary grobowiec, wiesz? Tam mieli takie fajne posążki, ale one nie chciały się ruszyć z miejsca. A handlarz mówił, że ożywają w nocy. Stłukłem jednego, ale nawet nie zareagował, uwierzysz? Skoro popsułem jego posążek, to powinien chyba się pojawić, prawda? Ale odłamków było sporo i jeden rozciął mi palec. Zobacz – podetknął najemnikowi palec, czy też raczej byłby to zrobił gdyby nie fakt, że wysokiemu Brzeszczotowi sięgał ledwo co do pasa. – No co, nie widzisz? – podetknął sobie przed oczy palec, chwilę stał w milczeniu, dumając nad nim. – O, faktycznie nie widać. Ładnie cię coś pocięło, wiesz? Mogę zobaczyć? A mogę dotknąć? Myślisz, że zaboli jak …
  Uzdrowicielka w porę pochwyciła dłoń Odrina, nim zdążył zademonstrować, co zamierza zrobić.
  – Te rany są świeże! Nie będziesz wtykał tam brudnego palucha, bo je zabrudzisz. Może się wdać zakażenie…
  – Zakażenie? Mojemu wujkowi odcięli nogę, bo miał zakażenie. Miał taką czarną ranę i strasznie śmierdziało. To Brzeszczotowi trzeba by odciąć pół piersi? Myślisz, że mógłbym to zobaczyć?
  – To nie jest zabawne.
  Najemnik westchnął, ale uśmiechnął się pod nosem, chcąc związać włosy, ale jego dłonie trafiły na pustkę. Karzełek może i niósł ze sobą kłopoty, pakując palec w każdy mieszek, czy potencjalną dziurę, w której ktoś mógłby ukryć skarb, jednak teraz jawił się niczym jasny promyk pośród ciemnych mgieł. Jego wesoła paplanina, ta szczerość i czysta radość, z którą okazywał zainteresowanie wszystkiemu, co było tego warte sprawiała, że najemnik poczuł ulgę. Znów wszystko było takie, jak kiedyś: normalne. Świat wrócił na swoje miejsce. Dar roześmiał się, chociaż sprawiało mu to ból. Bogowie, Odrin był niezastąpiony. Palucha chciał wcisnąć nawet w jątrzącą się ranę i pewnie, gdyby nie chodziło o najemnikowe rany, Dar nawet mógłby to zobaczyć. Nie wiedzieć czemu wyobraził sobie jak karzełek, grzebie paluchem w ciele, sprawdzając, czy nie ma tam nic ciekawego. Znając Odrina, powiedziałby pewnie, że: "nigdy nie dotykałem człowieka od środka". Na tę myśl najemnik, chociaż bardzo chciał, nie potrafił się nie roześmiać.
  Heina, w myśl zasady, że gdy ktoś się śmieje, pociąga za sobą innych, zawtórowała Brzeszczotowi, tym zaś bardziej, gdy usłyszała kolejną złotą myśli Odrina. Bogowie, gdyby karzełek dostał w swoje łapki taką magiczną sakiewkę, nie ograniczałoby go już nic. Przypuszczała jednak, że magiczka nieco przesadziła z wsadzaniem do sakwy konia, jak nic zadrwiła sobie z wszędobylskiego Odrina.
  - Słyszałeś może, panie karzełku, o magicznych sakwach, które wielkości są tej twojej, ale dna nie mają? Ponoć można w nich pomieścić nawet skrzynię! - nie, najemnik wcale nie drwił i nie kpił z Odrina. Będąc na Pogórzu, w miastach Międzyrzecza, słyszał o wprawiających w osłupienie sakwach. Nikt nie wiedział, jak je wytwarzano, a monopol na nie utrzymywali w swych rękach Kojcurzy z Piołunu, miasta w sercu Międzyrzecza.
  – Słyszałem. Pytałem Szept, powiedziała, że istnieją naprawdę, ale powiedziała, że mi takiej nie zrobi, bo schowałbym tam Zahira. Myślisz, że mówiła poważnie?
  - Gdybyś miał taką sakwę nie z cechowym znakiem, a kojcurzy się o tym dowiedzieli, jak nic zawisnąłbyś na stryczku. Bardzo pilnują swojego monopolu. Potem zawisła by Szept - uśmiech Dara wskazywał na to, że prędzej by kojcurom kwiat na czole wyrósł, niżby magiczkę zadrasnęli, nie mówiąc o pozbawieniu życia. Co nie zmienia faktu, że dbają oni o receptury, nie dopuszczając nikogo do swoich tajemnic. - Przyniosę ci taką. Muszę wrócić do miast Międzyrzecza.
  – Naprawdę? Zdobędziesz ją? Dla mnie? Kocham cię!  – Wielkie oczy karzełka wypełniły się łzami i ani się Dar obejrzał ten, który jeszcze przed chwilą chciał dźgać paluchem jego rany i oglądać, jak wdaje się w nie gangrena, rzucił się na najemnika i przytulił. Cóż, przynajmniej w teorii, bo w praktyce wyglądało, jakby czepiał się jego nogi. - Tam w gospodzie mówili o wendigo, wiecie?
  Pan najemnik powiedziałby coś więcej, ale karzełek skutecznie zakneblował mu usta. Wendigo? Wiedzieli, a mimo to nie zawiadomili gubernatora z pobliskiego miasta? Przecież prawo stanowi, że każdy potwór będący zagrożeniem dla ludzi, powinien być zgładzony. Nagrody za wieści z pola były sowite i dziw brał, że nikt o nieukojonym nie doniósł. Być może, podpowiedziała najemnikowi głowa, dobrze wiedzieli tylko nie umieli sobie z tym poradzić. W takim wypadku powinni zanieść to dalej.
  – Znaczy, to było przed tym, jak karczmarz mnie wyrzucił. Zimno, mokro, biedno, a on mnie wyrzucił. A przecież miał tyle miejsca w gospodzie, możecie być pewni, sprawdzałem.
  Teraz to Heiana przypuszczała, że Odrin sprawdzał aż nazbyt wytrwale i to to tak zdenerwowało poczciwego gospodarza. A niezrażony niczym karzełek mówił dalej:
  – Oni mówili, że ma wielkie kły i pazury. A jakiś dzieciak, że ma wilczy łeb. Myślicie, że cały obrasta futrem? Tamci łowcy mówili, że strzeże skarbu. Mi bardziej wyglądali na zbójców niż łowców, ale ja nie wiem. Nigdy nie widziałem prawdziwych łowców. Chciałbym zobaczyć, jak sobie radzą z takim potworem. Oni mieli bardzo różnorodną broń… i szeptali między sobą. Coś o przedstawieniach i okazach. I bardzo im się nie podobało, jak zobaczyli, że słucham. A ja przecież tak przez przypadek.
  - Chcesz iść sprawdzić, czy wendigo przeżył ogniste szaleństwo i zawalenie jaskini? - Darrus sprowadził karzełka na ziemię. Jeszcze przed chwilą wzruszone oczy małego człowieczka teraz pałały prawdziwą rządzą wiedzy. Głupi Brzeszczot.
  – To on naprawdę tu był…? Wendigo? Możemy iść zobaczyć? Pójdziesz ze mną, pójdziesz, prawda, że pójdziesz?! – małe, ruchliwe coś skakało wokół Dara. Z ogromnym entuzjazmem. – I ty go pokonałeś? Rany! Znam prawdziwego łowcę potworów! Jak to było? Spaliłeś go? To on cię tak podrapał? On musiał mieć pazury jak… Ale czekaj. Łowcy mówili, że jak cię wendigo zadrapie, to się w niego zmienisz.
  Heiana zbladła. Po pierwsze, właśnie przypomniała sobie, jakie to słowo uciekło jej wówczas w jaskini. Spiżarnia. Wendigo. Po drugie… czy karzełek miał rację? Wspomnienie stwora było aż nazbyt wyraźne, jego ryk, niebezpieczeństwo, wiszące ludzkie ciała… Brzeszczot miałby się zamienić w takie monstrum?
  – Myślisz, że się przemienisz? Byłoby fajnie, wiesz. Nigdy nie widziałem wendigo. Oczywiście, zjadanie ludzi może być nieprzyjemne, wiesz, składowane mięso gnije, ale zobacz. Byłbyś bardzo szybki. I tylko ogień by cie zabił. Chociaż, słyszałem coś o srebrze. Obrazisz się, jak sprawdzę?
  Brzeszczot przestał się uśmiechać; w momencie jego usta wykrzywił grymas. Nie dlatego, że przypomniano mu o nieukojonym, a przez to, że karzełek zapłonął niezdrowym zainteresowaniem, święcąc ciekawością niemal jak kaganek. Wendigo nie było czymś, co można uznać za ciekawe, przynajmniej dla najemnika. - Nie będziesz mi wsadzał srebra, gdzie popadnie. Co to w ogóle za pomysł? Heiana! - najemnik spojrzał zaniepokojony na uzdrowicielkę, bo jako poświęcona leczeniu, powinna wyrazić sprzeciw, że chcą JEJ najemnika srebrem poczęstować, jak jakiegoś wilkołaka, czy zakażeńca.
  Siwy konik parsknął. Śmiał się, skubaniec jeden.
  Heiana, która powoli wracała już do siebie, też cichutko parsknęła. Jej motywy może nie były do końca czyste, ale widok miotającego się, nieomal bezradnego wobec pomysłów karzełka Brzeszczota, wielce ją bawił. Zwłaszcza, że była to tylko rozmowa, nie prawdziwe zastosowanie srebra. Bo na to by nie pozwoliła.
  Na Odrinie zaś pogadanka Dara nie zrobiła większego wrażenia. Zmarszczył lekko nosek, uniósł paluszek, opuścił go, znowu uniósł… Zupełnie, jakby chciał zadać jakieś pytanie, a nie do końca wiedział jak. W końcu zaś wypalił: – Srebra nie? Ale ogień mogę?
  - Ogniem, to ja zaraz przypalę ci czuprynę! - pewnie gdyby nie otwarte rany, byłby najemnik pogonił karzełka, tak dla przykładu. Szczęście, że większość z nich, poza tymi zadanymi pazurami i kłami, okazały się być stłuczeniami i siniakami. Blizn być nie powinno, a nawet się jakaś trafi, nie będzie to koniec świata. Miał już kilka na plecach, starych, źle zszytych.
  Karzełek chyba naprawdę chciał sprawdzić, czy najemnik będzie wrażliwy na ogień. Bogowie, ludzie też od płomieni cierpią i nie muszą być wendigo, by bolało! Skoro Odrin taki prędki to, z czystej złośliwości, trzeba będzie go zapoznać z szamanką i zapchlonym wilkołakiem.
  - Nie będziesz niczego sprawdzał. Wracaj tutaj!
  – Włosy? Wybacz, ale twoja fryzura niezbyt mi się podoba. Zostanę przy mojej. Ale jak chcesz, to znajdę ci kogoś do ćwiczenia fryzjerskich umiejętności – zdążył pisnąć jeszcze karzełek, zanim zainteresowało go coś poza kręgiem, na tyle, że nawet rzekome magiczne właściwości Brzeszczota i krzyki tego ostatniego nie robiły na nim szczególnego wrażenia. W końcu, on tam widział malutkie światełka. A kto wie, co z takimi maleństwami można zrobić… Karzełek dał krok do przodu, zaraz potem kolejny, tryumfalnie coś krzyknął… i powstrzymała go ręka Brzeszczota. Mógł tylko się szarpać, chcąc sięgnąć światełek… Zaraz potem znalazł się na grzbiecie siwka, niezbyt szczęśliwy, przynajmniej nie w pierwszej chwili. No, ale zwinne rączki Odrina znajdą sobie jakąś rozrywkę, czyż nie?
  - Odrin! Nie idź w stronę światła!
  Brzeszczot złapał kołnierz kubraczka w ostatniej chwili; przez chwilę czuł, jak przez palce prześlizguje się materiał, ale udało mu się go nie wypuścić. Ciekawość miała to do siebie, że potrafiła przytrzasnąć paluszki, a pewna magiczka bardzo dobrze o tym wiedziała.
  - Jak ojca kocham, przestań! - Odrin chciał sprawdzić światełko. Nie powiedział tego, ale najemnik niemal słyszał w myślach, jak mówi: nigdy nie widziałem bagiennego ognika. - Jesteś niebezpieczny, dla siebie, wiesz o tym? I otoczenia - skrzywił się, kiedy nadwyrężył obolałe mięśnie, ale Odrina posadził na siwku; konik jak zwykle był cierpliwy i znosił wszystko - Mam cię przywiązać, czy grzecznie pojedziesz szukać z nami Szept? - miał bowiem Dar przeczucie, że jeśli zostawi tutaj karzełka, ten przetrzepie całe bagna i wetknie swoje wszędobylskie paluszki tam, gdzie mu je odgryzą. Wolał go zabrać ze sobą.
  – Ale ja szukam Szept! – zaprotestował urażony mały człowieczek. – Beze mnie jej nie znajdziecie!
  – Darrus, czy musisz go straszyć? – wtrąciła się Heiana, chociaż z zastraszonym człowieczkiem to Odrin miał w tej chwili mało wspólnego.
  Najemnik prychnął. - Hei, czy on ci wygląda na zastraszonego? Patrz, jak się wierci, co by zaglądnąć w sakwy.
  Cały Odrin. Nie można było spodziewać się po nim niczego innego; zawsze ciekawski, zawsze wszędzie musi wsadzić swoje paluszki, aż dziw, że jeszcze nikt mu ich nie poucinał.
  - Masz, zajmij się tym - i podał karzełkowi magiczne pudełeczko, ot zabawkę dla dzieci, kolorową kosteczkę, w której należało ułożyć wszystkie boki w jednym kolorze.
  Odrin na chwilę porzucił grzebanie w sakwach, uchwycił kostkę, obejrzał ją z każdej możliwej strony, a nawet powąchał, jakby spodziewał się, że może w niej znaleźć ukryte łakocie. Chwilowo Darrus miał karzełka z głowy, przynajmniej dopóki ten nie ułoży kostki albo też ta mu się nie znudzi. Prędzej to drugie, bo karzełek nie należał do cierpliwych osób, które choć chwilę potrafią usiedzieć na jednym miejscu, w absolutnym spokoju. Ale o tym Darrus już mógł się przekonać.
  W tym czasie najemnik postanowił coś ze sobą zrobić. Odszedł na bok, wodą z bukłaku obmył sobie nie tylko twarz, ale całą głowę, przesuwając palcami po sterczących smętnie kikutach niegdyś długich włosów. Podartą koszulę wyrzucił w krzaki, bo na nic innego niż szmaty się nie nadawała. Przeciągnął się; zabolało cholernie. Świeże ślady były tylko zadrapaniami. Stara blizna ciągnąca się od karku przez bok, ginąca za paskiem spodni, wyglądała tak, jakby ranę zszywał rzeźnik nie uzdrowiciel czy miejski medyk. Gdyby nie ona, najemnik miałby całkiem gładkie plecy, ale cóż, za głupotę młodzieńczych lat i swoją pychę się płaci, zazwyczaj wyższą cenę. Nową koszulę znalazł w sakwach i od razu wiedział, że spakował ją Frilweryn - była to elficka robota.
  W tym czasie Heiana zwinęła pozostałe części ich ekwipunku, przywiązała je z tyłu, do siodła siwka, spojrzała na wierzchowca, jakby zastanawiała się, czy nie powinna jakoś o niego zadbać czy coś. W tej samej chwili donośnie kichnęła, do tego kilkakrotnie.
  - Wsiadasz? - pytanie skierował do Heiany. Sam nawet nie myślał o jeździe konnej w takim stanie. Jedno omsknięcie się końskiego kopyta i ból gwarantowany. Wolał się przejść. - Chciałbym zostawić te bagna za sobą - płaszcz zostawił upchany w sakwie, zbyt mocno urażałby świeże rany. Za to do paska przypiął sztylet dziadka, a pod koszulę, gdzie miał łańcuszek z rodowym pierścieniem, gwiazdą od ojca, przypiął sowią zapinkę, spoczywającą dotąd w kieszeni, chowając je z powrotem za materiał.
  – Nie, wolę nie kichać przez całą drogę, dziękuję bardzo. – Nie ma chyba nic gorszego niż cieknący nos. – Ale pośpieszmy się. Tak się składa, że ja też chcę zostawić te bagna za sobą.
  Jeszcze rozejrzała się dookoła. Wydawało się być cicho i spokojnie, ale przed tym, jak zabrał ją wendigo tez tak było. Nie, już nie zaufa bagnom, a teraz doszedł jej kolejny punkt na poparcie jej fobii.
  Cmoknięcie wystarczyło, aby konik ruszył z miejsca. Był dobrze ułożony, bowiem szedł za nimi bez pociągnięć. Grząska ścieżka nie była łatwą, jednak siwek był wytrwałym konikiem.
  Nim jeszcze opuścili krąg, kiedy siwek z karzełkiem ich wyprzedzili, najemnik zamarudził, łapiąc elfkę za dłoń, na chwilę ją zatrzymując. - Tam w jaskini. Mówiłem całkiem serio. To, co do ciebie czuję. Już wcześniej chciałem. Wiem, że moment był nie najlepszy - wzruszył ramionami, ale chciał, żeby uzdrowicielka wiedziała i była pewna tego, że nie zażartował sobie z niej. (przypis autora: cholerny romantyk roku)
  Karzełek coś krzyknął.
  - No idę! - i chociaż nie chciał, puścił drobną rączkę elfki - Co tam mówisz? Co ciekawego znalazłeś?
  – Ja też mówiłam całkiem poważnie – wyszeptała Heiana wiedząc, że najemnik z idealnym wyczuciem czasu i tak ją usłyszy. W końcu, nie na darmo miał te swoje wspaniałe zmysły… I nie tylko zmysły, stwierdziła elfka, obserwując idącego przed nią Darrusa.
  Wesoły uśmiech błąkający się na ustach najemnika świadczył, że bardzo dobrze usłyszał słowa elfki. Co więcej, zdawało się, że ten czerwonowłosy głupiec specjalnie kręci boskimi pośladkami, mając za sobą elfkę.
  – Zobacz! – Odrin tryumfował. – Złożyłem. Chcesz spróbować? Masz jeszcze jakąś ciekawszą zabawkę? A mogę zsiąść z konika? Trochę trzęsie i nie mogę rozejrzeć się po okolicy – pożalił się mały człowieczek. – A tam są takie fioletowe krzaczki, widzisz? Myślisz, że można się zatruć przez dotknięcie ich? Bo podróżnik, którego spotkałem… w… karczmie mówił, że są takie rośliny i jakoś je nawet nazywał. Ja się nie znam na roślinach. Rozpoznaję tylko pokrzywy i to tylko dlatego, że kiedyś w nie wpadłem. Rozumiesz? Było ciemno, tam był rów, a ja chciałem sprawdzić, co jest po drugiej stronie. I… - ciekawość Odrina była nieskończona. Pocieszny karzełek właśnie zaczął się wiercić, wyraźnie dając do zrozumienia, że konik to nudne miejsce. Na siwku nic się nie działo i chociaż widziało się dalej, łapki nie mogły dotknąć niczego ciekawego.
  Heiana z kolei nie mogła zrozumieć, jak można rozróżniać tylko pokrzywę. Weźmy taką stokrotkę, mak albo chaber. Przecież one są tak charakterystyczne, że nawet Szept je rozpoznaje. Te malutkie listki, czerwone korale jarzębiny, czarne owoce głogu…
  - Powinieneś odwiedzić wolne miasta Jednodzierżcy. Słyszałem, że chowa się tam wielkie bestie, a skarbce pałacowe pełne są cudów. Pewien handlarz próbował mi kiedyś wcisnąć butelkę, ponoć z dżinem. Jasne. To już demony się skończyły?
  – Nie widziałem nigdy demona. Dżina też nie. Kiedyś poprosiłem Szept, żeby jednego przyzwała. Tylko na mnie spojrzała i powiedziała, że prędzej… zaraz, jak to było… No, ale dżiny też są fajne. Mówią, że spełniają życzenia. Ja bym chciał smacznego jadła, złotych monet i cycatej karczmarki, wiesz? Jeszcze by mogło być dobre wino. Tylko nie za mocne, bo mam słabą głowę. Ale mogą być trzy życzenia, a ja mam – policzył szybko na palcach, wyliczając je jeszcze raz – cztery. Myślisz, że jeśli powiem jadła i piwa to dżin policzy to jako jedno?
  - Cycatą barmankę zawsze możesz oczarować. Wino sobie kupisz, jedzenie też - najwyraźniej najemnik idący obok konika, miał całkiem inne zdanie. Bogów ledwo tolerował, być może dlatego nie wierzył w magiczne dżiny, które spełniały życzenia. Były dla niego raczej złośliwymi demonami. Jak mówiło przysłowie na pustyni: Słusznie powiedziane jest, iż zło często znajduje się w butelkach; lecz jeszcze słuszniejsze jest powiedzenie, że ze starych butelek pochodzi stare zło - dlatego wielu z nomadów nie zaglądało do butelek, bowiem w nich kryć mogło się zaklęte zło.
  – Chyba ty możesz. Ja jestem za niski, a wino i jadło kosztuje, sam wiesz. Dżin mógłby mi to dać ot tak. I jeszcze mógłbym potrzeć lampę…, chociaż mówisz, że tamten był w butelce? Ciekawe, co by się stało, jakby ktoś rozbił butelkę… A ty, czego byś chciał?
  - Ja bym chciał... - w ostatniej chwili najemnik ugryzł się w język; elfie przysłowie mówiło, że nie należy w ten sposób wspominać zmarłych.
  Ale Odrin nie wyglądał na zainteresowanego uzyskaniem odpowiedzi na swoje pytanie. – Dar, zapolujemy na dżina?
  – Szukamy Szept – wtrąciła się Heiana.
  – A… – Odrin zgubił wątek. – Ale możemy zabrać ją ze sobą. Może też będzie miała jakieś życzenie.
  Heiana pomyślała, że paplanina karzełka nie jest taka zła. Mogłaby tak łatwo kogoś uśpić do snu. Poza tym, na czarne dni przywoływała uśmiech na twarzy.
  - O, wyjście z bagien - przed nimi, na górce, po której wspinała się ścieżka, widać było dwa monolityczne kamienie, będące znacznikami wyjścia. Bagna Cebra kończyły tam swoje królestwo. Teraz mogli zająć się magiczką.
  – I bardzo dobrze – mruknęła cicho uzdrowicielka na widok ścieżki i monolitycznych kamieni. Błoto nieprzyjemnie pluskało jej pod nogami, buty miała całe upaprane, do tego odrobina lepkiej, mokrej ziemi dostała jej się do środka. I chyba ugryzł ją komar. Teraz już wiedziała, czemu tak bardzo nie znosi bagnisk i miała nadzieję, że będą wracali zupełnie inną drogą. Nawet gdyby miała być dłuższa.
  – A co tam jest? – Odrin wyciągnął paluszek ku wzgórzom. – Myślicie, że te monolity ożywają w nocy? Moglibyśmy zaczekać i sprawdzić. Jak myślicie? Nie? W sumie, mogę też iść sam, kiedyś tam. Jest po drodze jakieś miasto albo gospoda?
  - Podobno zaklęci są tutaj ludzie - monolityczne kamienie obrósł mech, ale pod nim widać było drobne, płytkie wgłębienia, będące kiedyś słowami i reliefami. Wiatr i deszcz także odbiły na nim swoje piętno; starły z kamieni poważne oblicza, zatarły zdobne szaty i zniszczyły odłamane dłonie dzierżące atrybuty - Czarodziej Luker i król Parys. Przy innych wejściach są elfy, krasnoludy i dwa monolity dla pozostałych ras. Legendy mówią, że mają strzec i pilnować, aż po kres czasów - podobno pod bagnami Cebra, za dawnych dni, wznosiła się monumentalna świątynia Wielkiej Macierzy, matki wszystkich bogów, której kult kwitł mniej więcej do czasów przybycia na te ziemie elfów. Nieopisane wydarzenia, przez co nieznane, spowodowały, że przybytek Hebet popadł w ruinę, a czas i sama ziemia zmieniły to miejsce nie do poznania. Podobno, gdyby się postarać, można wśród trzęsawisk odnaleźć powalone kolumny, brukowane gościńce i schody prowadzące w dół, kończące się litą skałą. - Za karę, o której nikt nie pamięta.
  – Myślisz, że możemy ich obudzić? I co się stało z kapłanami? Każda bogini ma swoich kapłanów. Może to ich zaklęto w kamienie? Może obrazili boginię albo ta zesłała na nich karę, za to, że jej świątynia podupadła? Poza tym, biorąc pod uwagę obecność wendigo, to kiepscy z nich strażnicy. Chyba, że całe zło mają uwięzić na bagnach, a nie nie wpuszczać go. Jak myślisz, Darrus? Da się to sprawdzić?
  - Karczma mi się podoba. Karczma, a nie kolumny Odrin. Nic nie będziemy sprawdzać. Kufel piwa, cebrzyk z wodą i miękkie łóżko... - okuty bucior najemnika trafił w kałużę; pewnie gdyby właściciel nie był zmęczony i senny, padłoby siarczyste przekleństwo. Była mała wioseczka na ich drodze, ot gospoda, kilka domostw i stajnia. Zaraz za nią widać było zamglone szczyty trzech braci, gór olbrzymów, do których naprawdę nie było daleko.
  Heiana rozejrzała się dookoła. Opowieść o strażniczych monolitach. Wolałaby, by pozostała tylko opowieścią, nie zaś prawdą. Karczma, w jakiejś ludzkiej wioseczce, pełna podróżnych, w większości ludzi… To było coś, do czego Heiana się nie paliła. Już wolała otwarte przestrzenie. Z powątpiewaniem zerknęła na najemnika… i ustąpiła. Darrus zdecydowanie potrzebował odpoczynku.
  - Hei, to tylko postój na chwilę - najemnik znał swoje możliwości i limity, wiedział, kiedy należy powiedzieć dość. W durnej młodości, powiedziałby pewnie, że: nie, on da radę, on ma siłę!, ale te czasy już minęły. Jeżeli teraz nie zmruży oka choć na moment, padnie nim jeszcze wjadą w cierniowy las pod największym z braci. Brzeszczot wiedział, jak działają karczmy na elfy, jednak w tym momencie był cholernym egoistą, myślącym tylko o siebie. Był zmęczony, bolało go wszystko i marzył tylko o wygodnym sienniku. Z ulgą przyjął jednak słowa uzdrowicielki i pomyślał, że znalazł tę jedyną elfkę, która myślała o nim inaczej niż jak o tar'hur. Bo jaki inny długouchy wziąłby pod uwagę jego słowa?
  – Skoro trzeba – oznajmiła, starając się stłumić niechęć. – Ale będziesz musiał go pilnować, bo jak zacznie to swoje pożyczanie, to w najlepszym razie nas stamtąd wyrzucą, a w najgorszym wezwą strażników i gdzieś zamkną.
  Ścieżka biegła w górę. Skręcała nieco u podnóża, ale dalej była łagodnym podejściem pod monolityczne kamienie. Siwek szedł pewnie i nawet odległy krzyk jakiegoś stworzenia go nie przestraszył. Brzeszczot wolał to sprawdzić; przepuścił konika, uzdrowicielkę i nadstawiając ucho zaczął słuchać. Wokół nich nie poruszało się nic, na co należałoby zwrócić uwagę. Bagna Cebra żyły swoim życiem.
  - Powiemy, że go nie znamy. Albo, że jest nieszkodliwy. Odrin, umiesz udawać kalekę?
  – Chyba żartujesz. Zanim ty coś wymyślisz, on zdąży wpędzić nas w kłopoty, jeszcze większe kłopoty i największe kłopoty. Odrin i karczma? To się po prostu nie uda, chyba że go do siebie przywiążesz.
  – Ja? Ale kaleka może pić i grać w kości? To mogę. Nawet bardzo chętnie.
  Heiana wzniosła oczy ku górze. Bogowie, miejcie ich w opiece.
  Ścieżyna zaprowadziła ich na wzniesienie. Za nimi rozciągały się bagna Cebra, a przed sobą mieli popołudniowe niebo; blask słońca był dziwnie nienaturalny, ale jakże przyjemny dla oka po godzinach spędzonych we mgle. Kilka staj dalej widać było dym unoszący się z komina w gospodzie, a tam, gdzie wzrok nie sięgał, dostrzec można było zarys trzech braci, gór olbrzymów.

________________
Zdrowia i urody. Weny i chęci, takich jakie miałaś na początku, gdy założyłaś z Darrusową WPT i zapoczątkowałaś pisanie zakładek, zaskakując i zarażając pomysłami i energią. Chcemy więcej ciebie, więcej notek, które można połykać, chcemy cię ogarniającej. Weny, weny i jeszcze raz weny.
Komu dedykacja?
Iskrałce.
I paczka krówek, bo boskie pośladki zbite. Babcia z kolei chce więcej wątków, jak z Grzechami, albo rzepą (rzepa była epicka, nie?). Notki Babcia też by poczytała, albo sobie sesyjkę rozegrała z Iskrałką. A! Chcemy Cię komentującą, bo jak nie to foch z przytupem i romans najemnika z magiczką, albo Lofara z Wilkiem - a to już jest straszne nie na żarty ^^
Halo, halo, Keronia do Iskry - wracamy do nas!

2 komentarze:

Iskra pisze...

Kocham Was, wiecie o tym pewnie bo to mówiłam nie raz i nie dwa. Dziękuję za dedykację, na pewno miło było coś takiego sobie poczytać, ale czy wena wróci... Tego nie wie nikt. Word od XX dni jest otwarty zawsze jak jestem przy kompie a kursor niestety tylko mruga i mruga jakby zwiastował początek końca :<

Szept pisze...

Ale coś takiego usłyszeć chcemy zawsze, bo się nie znudzi.
Ty nawet nie strasz początkiem końca, bo bunt i koniec, nie ma to tamto. Nie przyjmujemy do wiadomości.
Do roboty, gonić wenę, gonić i gonić, łapać, bo my tu czekamy, Darrusowej się ćmi, mi się ćmi...
I w ogóle.

Prawa autorskie

© Zastrzegamy sobie prawa autorskie do umieszczanych na blogu tekstów, wymyślonego na jego potrzeby świata oraz postaci.
Nie rościmy sobie natomiast praw autorskich do tych artów, które nie są naszego autorstwa.

Szukaj




˅ ^
+ postacie
Rinne Lasair