Przewodnik

Linki-obrazki

Misje
I. Więzi przyjaźni
Spotykasz po latach kogoś, kto dawniej był ci bliski. Wplątuje cię on w jakąś historię, która nie dość, że z czasem się komplikuje, to w dodatku budzi w tobie wątpliwości co do intencji przyjaciela.

II. Linia frontu
Kerończy natarli na Prowincję Demarską. Oblegany jest sam Demar. Jedni ludzie stają do walki, inni uciekają ze spalonej ziemi. Napastnicy, obrońcy i cywile. Po której stronie staniesz?

Opcjonalnie: Udział w buncie niewolników w Wirginii bądź inne miejsca walk.

III. Rekonwalescencja
W nie najlepszej kondycji trafiasz do wioski lub klasztoru. Wydaje ci się, że trafiłeś w dobre ręce i że wkrótce będziesz mógł opuścić to miejsce. Okazuje się jednak, że z pozoru życzliwi i uprzejmi ludzie skrywają przed tobą jakąś tajemnicę.

IV. Zabij bestię
Coś napada, nęka mieszkańców. Zawierasz umowę z wójtem - dostarczysz głowę bestii za określoną cenę. Okazuje się jednak, że stworzenie nie działa bez powodu - jest w jakiś sposób prowokowane przez mieszkańców.

Opcjonalnie: Bestia jest wrażliwa na hałas z karczmy albo ludzie naruszyli w jakiś sposób jej rewir (weszli na jej teren, zajęli leże ze względu na drogie surowce itp.)

V. Nielegalne walki
Dochodzą cię słuchy o nielegalnych walkach prowadzonych w okolicy. Położysz im kres czy może postanowisz wziąć w nich udział dla własnego zysku? Pieniądze nie leżą na ulicy.

VI. Zlecone zabójstwo
Dochodzi do zamachu, w wyniku którego ginie ktoś ważny. Podejmujesz się odnalezienia zabójcy – albo jego zleceniodawcy. Od ciebie zależy, czy dojdzie do aresztowania winnych, czy pomożesz im uniknąć kary.

VII. Egzekucja
W mieście lub wiosce szykuje się egzekucja. Znasz sprawcę albo sam doprowadziłeś do jego schwytania. Realizacja wyroku coraz bliżej.

Opcjonalnie: Z czasem nabierasz wątpliwości, czy skazaniec faktycznie jest winny i chcesz go uwolnić lub dochodzą cię pogłoski, że ktoś może chcieć uwolnić kryminalistę.

zamknij
Dodaj do WTP Spis kodów
Spis opowiadań
Kiedyś przyjdzie mi za to wszystko zapłacić... Weselicho, czyli tańcz, jedz i chędoż za darmochę! Oszukać czas. Oszukać przeznaczenie. Oszukać... siebie. Baśń o wolności: Preludium Świątynia Ażubora (1) Wszystkiego krówkowego! (okolicznościowa, krótkie opowiadanie "Motyw przewodni - Prezent". Ta dam, pamiętaliśmy! I - Wezwanie pomocy: alchemio, przybywaj! Gdy demon odzyskuje człowieczeństwo, przypomina sobie jak być człowiekiem. Nikt nie zna prawdziwego bólu do czasu aż nie straci kogoś bliskiego sercu. Niedopowiedziane historie Wendigo i Driada Szczurzy dzień (autor: Szept, Silva) Domek, zupa, sukkub i historia (autor: Elias) Sen i niespodzianki (autor: Elias) Boląca strata i niepokojący gość! (autor: Elias) Cienie i nowy przyjaciel (autor: Elias) Kruki (autor: Elias) Cienie i Starsze Dusze (autor: Elias) Zawsze jest kolejna tajemnica (autor: Silva) Zło Kor'hu Dull (autor: Elias) Złodziej Twarzy i Koszmar (autor: Elias) Królewiec (autor: Elias) Przed świtem (autor: Nefryt) Król Żebraków i nowe drzwi (autor: Elias) Akceptacja (autor: Elias) Nostalgia (autor: Nefryt) Nowa droga i niespodziewane wyznanie? (autor: Elias) Biały i zielony daje czerwony! (autor: Elias) Nowe wyzwania w nowym życiu (autor: Elias) Krąg tajemnic (autor: Elias) Jack (autor: Elias) Czasami to mrok daje najwięcej światła (autor: Elias) Trzy sceny o szpiegowaniu (autor: Nefryt) Morze bólu. Promyk nadziei ... (autor: Elias) Nie ma sensu szukać guza. Chyba, że jest się najemnikiem (autor: Silva) Sól (autor: Aed) Dyjanna Muirne: Miecz może być dowodem wszystkiego (autor: Zorana) Opus Magnum I (autor: Iskra) Uszatek i Kwiatek na tropie przygody: Przypadłość parszywej gospody (autor: Paeonia i Szept) Gdy gasną świece (autor: Zombbiszon) ... Najjaśniej płoną gwiazdy nadziei. (autor: Zombbiszon) Elias cz. 1 (autor: Zombbiszon) Elias cz. 2 (autor: Zombbiszon) Historia (autor: Zombbiszon)
zamknij

Chat

   Na bagnach panowała cisza. Inna niż wcześniej. Brzeszczotowi zdawało się, że wszystko nagle zamarło w oczekiwaniu na coś strasznego. Albo skryło się w norach, by przeczekać niebezpieczeństwo. Podnosząca się znad wody mgła robiła się coraz gęstsza. Poza twardą ziemią niewielkiej wyspy rozciągały się grząskie bagniska, poprzecinane topielami; głębokie miejsca, gdzie można było zapaść się aż po głowę; rzęsa wodna unosiła się na tafli, gałęzie utknęły pomiędzy wystającymi korzeniami, a gdzieniegdzie pływały czarne plamy gęstej, oleistej cieczy. Gdzieś daleko błyskały błędne ogniki. Wąska ścieżka, jedna z wielu, wiła się pomiędzy bagniskiem; suche, pomarszczone drzewo, wygięte w łuk, z gałęziami pochylonymi ku wodzie, zdawało się pękać pod niewidzialnym naporem.  Martwy, zastygły krajobraz bagien nie napawał nadzieją.
   Cisza nagle ustąpiła. Pomału powracały dźwięki. Brzeszczot usłyszał hałas, słaby, ledwo słyszalny, jakby przytłumiony. Najemnik początkowo nie zwrócił na niego uwagi i gdyby muchy krążące wokół oleistej plamy (zaczęły bzyczeć!) nie odleciały zwabione innym zapachem, jakimś łakomym kąskiem, byłby go przegapił. Poruszał palcem w uchu, może coś mu tam wpadło. Ale nie, wciąż słyszał jakby przez grubą ścianę, a przecież owady powinny brzęczeć, jakieś zwierze wyć, inne umierać, gdzieś powinna trzasnąć gałązka, chlupnąć poruszona krokiem woda, bagna nigdy nie były martwe, choć na takie mogły wyglądać. Była noc, po zmroku polowały zwierzęta, wędrowcy szykowali schronienia, rozpalając ogniska, a w kręgu powinna krzątać się...
   Brzeszczot zerwał się z miejsca, zapomniał o gałązkach, które przecież jeszcze chwilę temu pieczołowicie zbierał na ognisko, porzucając je tam, gdzie jeszcze przed chwilą były częścią krzewu, biegnąc w stronę obozowiska. Wystarczyło kilka chwil, a był na miejscu; sapał, miał czerwone policzka (kiedy zdążył odejść tak daleko?!) i kręcił głową na prawo i lewo, ale wokoło było pusto.
   Konik pasł się spokojnie, z siodłem na grzbiecie skubiąc trawę. W pierwszej chwili najemnik pomyślał, że krąg został przerwany; ale nie, kręciło go w nosie, więc wciąż był aktywny, a przecież elfka nie schowałaby się za kamyczkiem. Podróżne torby leżały tam, gdzie je rzucono, przy starych, omszałych kłodach, obok wygasłego, zimnego paleniska.
   - Heiana! - odpowiedziała mu tylko cisza, którą po chwili przerwało rżenie wystraszonego konika. Siwek przyszedł na zawołanie, trącając pyskiem dłoń najemnika; a nóż człowiek miał jakiś smakołyk. Jednak Dar nie miał czasu, odtrącił więc koński pysk i podszedł do kamieni naznaczonych słowami mocy, krzycząc w elfim języku - Kui'ta sind? Utle midagi! - odpowiedziało mu tylko echo.
   Zaklął szpetnie i rozejrzał się, ale był zbyt zdenerwowany. Uspokój się. Rozproszony umysł nie jest w stanie ci pomóc - spokojny głos dziadka, przypominający jedną z jego rad, ukoił nieco rozszalałe myśli najemnika. Odsuwając się od kamieni, przyjrzał się kręgowi tak, jak go uczył Staruszek Soren. Przy wygasłym palenisku zostały tobołki, które niósł na grzbiecie siwek. Znalazłszy też miejsce, w którym siedziała uzdrowicielka, najemnik podążył zostawionymi przez jej buty śladami. Na bagnach nic nie ginie, a ktoś, kto potrafi widzieć i odczytywać ślady, może za nimi pójść. Brzeszczot nie był dobrym tropicielem, ale umiał dość, by pójść dalej. Poza krąg, gdzie biegły małe, płytkie ślady butów.
   Cmoknął na siwka i o dziwko konik go posłuchał, nie jak złośliwa Wolha. Rzucił na siodło płaszcz, który mu tylko przeszkadzał i wyciągnąwszy z pochwy sowi pazur, krótkie ostrze należące do dziadka, wyszedł z ochronnej bariery.
   Szukaj śladów. W naturze nic nie ginie, na bagnie porusza się tylko po wydeptanych ścieżkach lub skrawkach twardszej ziemi; krok postawiony nieostrożnie, na wydawać by się mogło stałej powierzchni, może okazać się ostatnim. Wypatrzywszy w trawie drobne ślady butów, doszedł do miejsca, w którym trop się urywał. Wokoło brzęczały owady, gdzieś zaskrzeczał ptak, moczary wróciły do życia, ale gdzie na bogów niejedynych, podziała się uzdrowicielka. Co jej kazało wyjść poza krąg?
   A jeśli ona uciekła? Bo się obraziła. Za burdel. Za twoją postawę. Za ignorancję. Przecież w Tarok... - najemnik nie chciał myśleć o portowym mieście, o śmierci wiszącej nad nim, o dziadku. Ale przecież tam było coś więcej niż śmierć.
   - Jeżeli ona ode mnie uciekła... - miodowe oczy najemnika wypatrzyły błysk.
   W trawie leżała zapinka w kształcie sowy.
   Heiana mogła ją zgubić, normalna rzecz, zdarza się każdemu. Może nawet wyrzuciła ją w gniewie, nim odeszła. Tylko, czy obawiająca się bagien Heiana ruszyłaby samotnie na taką eskapadę, do tego od razu w złą stronę? I jeszcze zostawiłaby mu siwka? Może Heiana nie lubiła jazdy wierzchem, a jak już, to wolała osiołka niż narwane koniki, ale nawet ona nie zrezygnowałaby z jedynego środka transportu. Siwek był jej, Wolha była jego.
   Brzeszczot schylił się po zapinkę, odruchowo zaczynając obracać ją w palcach.
   Bagnista, mokra gleba znacznie bardziej odbijała ślady, lepiej je uwieczniała niż suche piaski, które rychło zasypałyby i zniekształciły nawet najświeższy trop. Przyjrzawszy się dokładniej Dar, mógł dostrzec, że uzdrowicielka nie była sama. Za drobnymi, odciśniętymi w błocie śladami elfki były widoczne inne, znacznie większe. W błocie wyraźnie dało się odróżnić oddzielone od siebie palce dwunożnej istoty, dokładnie pięć. Stopa, niebotycznych rozmiarów, mogła przywieść mu na myśl mniejszego olbrzyma, gdyby nie fakt, że odcisk był długi, ale nie szeroki. Doświadczony tropiciel powiedziałby, że ktoś, kto go pozostawił, musiał być na skraju wycieńczenia, same kości obciągnięte skórą, ani grama zbędnego tłuszczu, aż dziw, że miał jeszcze siły się poruszać. Mniej doświadczony, że istota, kimkolwiek była, jest strasznie nieproporcjonalna, bo wielka a chuda. Trop szedł dalej, do miejsca, gdzie urywał się ślad uzdrowicielki, ciągnął się w głąb bagien, zbaczając z bezpiecznego szlaku. I znów, sprawniejszy tropiciel dostrzegłby, że od miejsca, gdzie urywa się ślad uzdrowicielki, trop istoty jest bardziej zapadnięty w grząski grunt, jakby owa istota nagle stała się cięższa, przybierając na wadze. Wniosek mógł się nasunąć łatwo. Ktoś tu kogoś niósł.
   - Kurwa - najemnik dotknął palcami śladu; był lodowato zimny, chłodniejszy niż grząska ziemia obok. Coś, co niosło uzdrowicielkę zniknęło. Tak samo jak nagle urwały się ślady. - Ja pierdolę - tak, dziwka Fortuna znów zagrała na nosie mieszańca. Jedynym, co mógł teraz zrobić, było odnalezienie zguby.
   Bogowie niejedyni, miejcie w swej opiece tą upartą elfkę, bo jeśli włos jej z głowy spadnie, jeżeli znajdzie choćby draśnięcie na skórze... Nie zaznają te bagna większego gniewu, niż złość najemnika.
Powinien był ją lepiej pilnować. Nie powinien zostawiać na bagnach. Bała się ich, podejrzewał dlaczego, a on ją zostawił. To nie była magiczka - znowu o tym zapomniał. Znowu zapomniał, że dla uzdrowicielki podróże to wciąż coś nowego, że nie jest przyzwyczajona do trudów drogi i niebezpieczeństw. Szept wiedziała, co robić, znała się na tym. Co zrobi Heiana, kiedy spotka wodniaka, ghula, czy cokolwiek innego? Bogowie, niech to nie będzie coś gorszego niż trupiak.
   Zostawiłeś ją - jak głupiec, jak idiota. Musiał w końcu zapamiętać, że choć są rodziną, dwie jego elfki są całkiem różne. Jeżeli... Nie. Znajdzie tego uparciucha i wyciągnie go z kłopotów.
   Wzdrygnął się.
   Trop urywał się. Można by pomyśleć, że oto owe olbrzymie coś w magiczny sposób wyparowało razem z dźwiganą przez niego uzdrowicielką. Jak kamień w wodę. Właśnie. W wodę. Tuż obok Darrus mógł zobaczyć taką stróżkę. Niewielka, błotnista i zamulona, prawie stojąca, wypływająca z jednego błota i sięgająca drugiego. Niezbyt głęboka, rzecz można, że płytka, tyle, żeby w niej nogami pobrodzić, o ile ktoś miałby w sobie tyle odwagi. Dna nie było widać z powodu mułu i brudu, kto też wie, co kryło się w grząskim dnie i jak głęboko można było się zapaść w zdradliwym bagnisku. Ale, jak powiedziałby tropiciel, jeśli chcesz zgubić ślad, nie ma lepszego miejsca.
   Kiedy więc Darrus udał się ową strużyną na wschód, w kierunku z którego leniwie ciekła, obserwując przeciwny brzeg, dostrzegł w końcu to, czego tak poszukiwał. Ślad wyłaniał się ponownie, równie głęboki, jak wcześniej - ktoś tu nadal niósł bagaż. I jeśli uznać, że owa istota, kimkolwiek czy czymkolwiek była, specjalnie zanurzyła się w strudze, można ją było posądzić o posiadanie choć szczątkowego rozumu. A to znaczyło, że uwolnienie Heiany wcale nie będzie łatwe. Zakładając, że elfka jeszcze żyła i nic jej nie zjadło.
   Trop wiódł dalej, odrobinę klucząc wśród grząskiego gruntu, pomijając zdradliwe, wciągające bagna, nieliczne kępki traw i dziwnych, łysych krzaków. Nie łatwo się szło najemnikowi, buty grzęzły, woda wdzierała się do środka, chlupocząc między palcami, ale w końcu doszedł do jaskini. Ciemnej, z niskim stropem i zwisającymi z niego stalaktytami. Wyrzeźbiona dawno, nim powstały bagniska, kształtowana przez bijącą z wnętrza ziemi wodę, nie wyglądała zachęcająco. W samym wejściu, świecąc swą bielą, odcinającą się w ciemności, leżała czaszka. Ludzka.
   Sterczeć przed wejściem do jaskini to głupota. Brzeszczot czmychnął w bok, wlazł na drzewo, które trzeszczało i było pokryte kującym bluszczem, po czym usadowił się na gałęzi. Znajdował się w takiej odległości od wejścia do pieczary, że widział ją całkiem dobrze, samemu nie będąc widocznym.
   Wszystkie ślady prowadziły do tego miejsca. Nasłuchując, próbował przypomnieć sobie wszystko to, co słyszał w ostatnim czasie na szlaku.Szkoda tylko, że odkąd został głową elfiego rodu mało podróżował, będąc uwięzionym w stolicy. Karczm też tak często nie odwiedzał, ale to, co udało mu się zasłyszeć, budziło niepokój. Wędrowcy szeptali o Nieukojonym. O wendigo. Ponoć na bagnach Cebra z długoletniego snu zbudziło się coś tak strasznego, że przejęło grozą całe moczary. Zabijało tylko wędrowców. Jednak nikt nie brał tego na poważnie. Mówiono, że pijani, że drogi nie znali, że nowicjusze, że do równiny nie dotarli, że z ich własnej winy. Nieukojonych nie widziano od wieków. Łowcy potworów także nic groźniejszego od kirina nie znaleźli.  Co mądrzejsi i starsi mówią, że bagna Cebra są nieprzewidywalne. Że skrywają tak wiele tajemnic, że nie sposób ich ogarnąć. W jaskiniach, moczarach kryć się mogą potwory, których nikt jeszcze nie widział.
   Brzeszczot miał złe przeczucia. Te ślady. Wydłużone, wiejące zimnem, chude ciało obciągnięte skórą. Ludzka czaszka przy wejściu. Bogowie niejedyni, czyżby w pobliżu równiny leże miał Nieukojony? Niemożli...
   Czuły słuch wychwycił jakiś szmer. Z pieczary wyszło coś, co tylko ciałem przypominało człowieka. Stwór był wysoki, nie tak jak olbrzymy, ale znacznie przewyższał człowieka. Był chudy, przeraźliwie chudy. Popielata skóra wyglądała tak, jakby ktoś na siłę naciągnął ją na kości. Miał ostre pazury i kły. Wyglądał nienaturalnie. Wysoki, długie ręce i nogi. W łapie trzymał białą kość, którą odrzucił na bok.
   Nieukojony. Kurwa. To mamy przesrane.
   Szanse na ocalenie uzdrowicielki właśnie spadły poniżej zera. Stwór rozejrzał się i odszedł.
Teraz wyjaśnił się brak innych drapieżników w tym miejscu. Nieukojony, na bagnach był Nieukojony. Głodny po wiekach snów, gromadzący zapasy. Z ludzi. Bagna Cebra zaiste skrywają wiele tajemnic.
   Brzeszczot poczuł strach. Nie możesz zachować tego dla siebie - jeżeli mu się nie uda, ktoś powinien dowiedzieć się o tym, co zalęgło się na bagnach. Nieukojony pozostawiony sam sobie, przyniesie więcej szkód niż mag bez kontroli. Tutaj nawet dwa tuziny łowców, byłyby marną pomocą. Piołun z chłopakami machnąłby ręką, zwerbował więcej ludzi, sam w życiu by nie lazł w paszczę potwora, choć upolował ich wiele. Nieukojony nie był czymś, co można zranić, związać i wrzucić do klatki; jeden najemnik, nawet z boskimi pośladkami, może co najwyżej wsadzić mu patyk w oko i czekać na śmierć. Powinien się stąd zawinąć, powinien wsiąść na konia i odjechać tylko, że nie zdążyłby wrócić z pomocą. Znowu zaklął.
   Wystarczyła jedna myśl, aby mała sówka sfrunęła z chmur mgieł i przysiadła na gałązce powykrzywianego drzewa.
   - Powiadom Gwarka, a potem leć do Pielgrzymującego.
   Sówka poderwała się do lotu. Fril i Alastair powinni być uprzedzeni. Na wszelki wypadek.
   Jeżeli wierzyć legendom, wendigo po przebudzeniu jest głodny, przeraźliwie głodny. Ten już zaczął gromadzić zapasy. Teraz najwyraźniej szukał kolejnej przekąski. Nieukojony to stwór chłodu, pozostałość po Mrozie, jak lodowi piechurzy. Ktoś kiedyś mówił, że wendigo ma serce z lodu i pokonać go może jedynie ogień, na który jest wrażliwy.
   Najemnik zeskoczył z drzewa.

~*~
   Heiana ocknęła się w kompletnej ciemności. Była elfem, jej zmysły były dużo bardziej czułe niż ludzkie, ale w obecnej chwili nie uważała tego za atut. Z ciemności nadchodził do niej smród śmierci. Lekko drażniąca, słodkawa woń rozkładu, wilgoci i brudu, jaki osiadł w jaskini przez lata. Wydawało jej się, że dochodzi do niej odległe kapnie wody.
   W pierwszej chwili nie pamiętała kompletnie nic. Skąd się tutaj wzięła? Krąg, magiczny krąg, którego miała nie opuszczać, przypomniała sobie. Głupi siwek. Kroki… cień tuż za nią… I nic. Nie pamiętała. Darmo wysilała pamięć, szukała rozwiązań, nic to. Więcej nie było.
   Zimno zawiało od jednego z korytarzy. I czy jej się wydawało, że tam nieco dalej, widzi ludzki piszczel? Bielejąca, dokładnie ogryziona z mięsa kość… Wzdrygnęła się. Cokolwiek ją tu przyniosło, nie zabiło od razu. To chyba dobrze. To chyba nie było zwierzę… rozszarpałoby ją na miejscu. To coś mogło gdzieś tu być i czaić się w ciemnościach… Patrzeć na nią… Obserwować. To źle. Bardzo źle.
   Bała się krzyczeć, bo nigdy nie wiadomo, co się przyciągnie w taki sposób. Bała się nawet ruszyć, nie żeby mogła.
   Przecież chyba… Brzeszczot będzie jej szukał, prawda?
   Coś chrupnęło. Heiana wzdrygnęła się. To coś brzmiało jak pękająca kość. Czy to jej porywacz ucztował, robią sobie posiłek z nieszczęsnych podróżnych, pochłaniając ludzkie mięso? Kanibalizm. Kanibalizm… Coś zamajaczyło na krawędzi umysłu uzdrowicielki, jakieś wspomnienie, chyba rozmowy, nie była pewna. Kanibalizm. Ktoś coś o tym mówił, coś o tym pamiętała, coś słyszała, niestety sama treść i myśl były zbyt nieuchwytne, by mogła je z czymkolwiek skojarzyć. Chyba przestraszony umysł płatał jej figle. Szlag.
   Poruszyła się niepewnie, macając dookoła dłonią. Kamień, mokry, oślizgły, czymś porosły. Kontynuowała ruch, szukając… Coś miękkiego, śliskiego, lepkiego. Coś cienkiego, ale jednocześnie gęstego, prześlizgującego się przez palce, niemal jak włosy… Włosy!
   Wrzasnęła, cofnęła dłoń, uderzyła o strop. Obok niej leżało coś, co było… Serce waliło jej desperacko, najchętniej, gdyby mogła cofnąć czas, stłamsiłaby ten okrzyk w zarodku. Nie wiadomo, jakie zło czai się w ciemności, głodne, parszywe, nie wiadomo, czy okrzyk żywej istoty, przyniesionego sobie posiłku, nie ściągnie go tutaj. Żywa spiżarnia… spiżarnia…
   Uczucie nasiliło się. Powinna pamiętać.

~*~
   Stojąc bez ruchu, z zamkniętymi powiekami, najemnik słuchał. Wiatr targał jego włosy, rozplatając i tak nierówny warkocz. Zapach mokradeł drażnił, grząski grunt pod nogami zapadał się, a pośród głosów bagien słyszał wyraźnie szelest obciągniętych skórą stóp; brzmiał niczym chrzęst kopyt na żwirowej drodze. Nieukojony sapał powłócząc nogami, kierując się w stronę kamiennego kręgu naznaczonego słowami mocy, najpewniej szukając kolejnej ofiary.
   Ogień.
   Krzesiwko i krzemień znajdowały się w sakiewce przy pasku. Wystarczyło teraz tylko... O! Tam przy wielkim, omszałym głazie, gdzie woda stała nieruchomo i nic w niej nie rosło. Jak nic bulgotała smolista, łatwopalna substancja znana jako smoczy płomień; wystarczy iskra, a zapłonie jak ognisko.
   Żagiew.
   Zrywając z najbliższego karłowatego drzewa grubszą gałąź, najemnik zastanowił się, co dalej. Koszula. Oderwał rękawy, rozerwał je na paski i obwinął koniec gałęzi, zawiązując, aby nie spadła. Teraz wystarczyło zanurzyć pochodnię w smolistej substancji. Dokładnie, jak uczył Staruszek, aby nawet kropla nie spadła na buty, czy spodnie, bo inaczej zapłonie nie tylko żagiew.
   Posłuchał. Oprócz bagiennych zwierząt nie usłyszał nic niepokojącego.
   Jaskinia.
   Skórzane buciory na grubej podeszwie zaszurały po twardszym podłożu, kiedy najemnik wszedł do środka. Ludzka czaszka została z tyłu. Ogień zapłonął, kiedy spod krzesiwka strzeliły iskry.Pieczara zdawała się być wysoka, ale wystarczyło kilka kroków, by najemnik musiał zgiąć kark. Jak ta wielka bestia się tu mieściła? Spoglądając w dół, zobaczył ślady ciągnięcia. Gdzieś kapała woda. W powietrzu czuć było śmierć; zapach rozkładu unosił się wszędzie, drażnił nos, był mdły i słodkawy. Brzeszczotowi kojarzył się z grotą na wyspie, daleko na morzu, gdzie tubylcy składali dzieci w ofierze. Wzdrygnął się, odpędzając od siebie tę myśl. Jednak obraz się zmienił, zamiast małych istotek widział ciało uzdrowicielki, rozszarpane nie przez szczury, a kły Nieuchwytnego. Pokręcił głową i zacisnąwszy palce na rękojeści krótkiego ostrza dziadka, ruszył przed siebie. Łuczywo płonęło jasno, uwalniając gryzący dym, ale miodowe oczy i tak widziały więcej niż ludzkie. Elfie dziedzictwo, którego nie mógł wyprzeć się najemnik.
   Posłuchaj.
   Słuchał. Cały czas słuchał. Jednym uchem odgłosu szurania za sobą, by zawczasu skryć się przed wendigo; drugim jakichkolwiek szmerów, które mogłyby świadczyć o tym, gdzie szukać elfki. Chociaż jeden dźwięk, ledwie szmer, cokolwiek.Stawiając ostrożnie kroki, ciągle słuchając, najemnik szedł do przodu. Jego kroki odbijały się nieprzyjemnym echem od ścian. Tunel ciągnął się w głąb jaskini, a ciszę w środku przerwał tylko jego oddech i kapanie wody. Odór śmierci nasilał się, ale w tej mdłej woni pojawiło się coś nowego, jakiś inny zapach. Obcy, nie ludzki.
   Korytarz skręcił, rozgałęziając się.
  Najemnik przystanął. Z lewej była niewielka grota oświetlana słabym strumykiem światła padającym z góry. Było go tak mało, że nie rozjaśniało ciemności, ale wystarczyło, aby mieszaniec dostrzegł zarysy wiszących pod sklepieniem... Smród bił stamtąd niemiłosierny. Spiżarnia.
   Bogowie niejedyni. Miodowe oczy dostrzegły obgryzione kości. Ludzkie. Wiele kości. Czaszki małe i duże. Ile takich spiżarni miał Nieukojony i co ważniejsze, jak długo żerował na bagnach i dlaczego nikt tego nie zauważył? Być może wiedział Ivelios; najemnik wciąż nie przekopał się przez jego zapiski. Jeżeli Heiana, jeżeli i ona... Nie chcę jej stracić. Więc się skup.
   Wrzask. Kobiecy wrzask przerwał gonitwę jego myśli. Dochodził z prawej odnogi. Heiana! Wszędzie poznałby ten zrzędzący głosik, który ciągle go upominał. Skórzane buty zgrzytnęły na twardej powierzchni, kiedy najemnik zerwał się i pobiegł w stronę, z której dochodził krzyk, w którym usłyszał nie strach, a przerażenie. Ogień pochodni płonął jasno.
   W zapachu śmierci pojawiło się coś nowego. Brzeszczot przystanął przy kolejnym rozgałęzieniu. Powąchał. Zrobił krok w stronę tej dziwnej woni i... Uśmiechnął się. Tak, to będzie jego ostatnia szansa, gdyby Nieukojony wrócił za wcześnie.
   Krzyk dobiegał z głębi, więc i tam podążył. Pochodnia zaczęła coraz bardziej kopcić. Najemnik kaszlnął. Jaskinia nie była tak głęboka i długa, jak się bał. Jedna spiżarnia, boczny korytarzyk, tunel i coś przed nim. Gdyby pieczara była większa, bogowie tylko wiedzą, jak długo szukałby uzdrowicielki.
   Pod jego butami czmychnęła jakaś jaszczurka; niezawodny dowód, że to, co tu mieszka, nie jada zwierząt, że gustuje w innym mięsie. Korytarz zakręcał. Coś ciężkiego poruszyło się w ciemności. Musiała minąć chwila nim najemnik zorientował się, że dźwięk rozbrzmiewa przed nim, a nie z tyłu. Jakby sznur ocierający skórę.

~*~
   Spokojnie, tylko spokojnie. Nie ma powodów do paniki. Nic się nie dzieje. To tylko… Łzy puściły się z jej oczu, ale zacisnęła mocno wargi, by żaden szloch nie zdradził jej położenia.
   Weź się w garść. Jesteś Heiana Erianwen. Przełknęła ślinę. Nie poczuła się przez to jakoś pewniej, do tego wisząc nie bardzo miała jak otrzeć twarz. Nie dość, że śmierdziała, to jeszcze ryczała jak ten…
   Skup się. Co by na jej miejscu zrobiła Szept?
   I kicha. Magiczka zrobiłaby swoje hokus pokus, poczekała na bestyjkę i dała jej popalić, nawet gdyby miała to być ostatnia rzecz, jaką w swej głupocie zwanej odwagą by zrobiła. Niedobrze, bardzo niedobrze.
   Czy ona coś słyszała? Heiana wstrzymała oddech. Mogło jej się wydawać…, ale nie. Ktoś tu zmierzał, powoli, ostrożnie. Czy to bestyjka wracała na kolację? Heiana poruszyła się gwałtownie, sznur zatrzeszczał…
   Głupia, w ten sposób tylko go zwabisz…
   Światło! Czy ona widziała światło? Migocący ogień. Jeśli to ta istota, to i tak nic jej nie uratuje. Jeśli to kolejny głupiec i łowca potworów, to może ją uwolni, wyciągnie z jaskini, zanim bohatersko pójdzie na spotkanie i dołączy do ścielących podłoże czaszek.
   Tak, pobyt w jaskini zrobił z Heiany optymistkę.
   – Halo? – ciszę jaskini przeszył lękliwy głos uzdrowicielki.
   Usłyszał to? Naprawdę to słyszał, czy mu się zdawało? Bogowie miłościwi.
   Przyśpieszył, nie dbając już o tupot butów. Biegł przed siebie tak szybko, że musiał odepchnąć się rękami od zimnej skały, bo by w zakręcającą ścianę uderzył. Słyszał głos. Nie w głowie, ale naprawdę! Heiana. Głos uzdrowicielki. W tej chwili nie liczyło się nic innego.
   Brzeszczot wypadł jak wypuszczony z łuku; płomień pochodni oświetlał mu niewielką jaskinię, zaczerwieniając jeszcze bardziej jego włosy. Miodowe oczy biegły od ściany do ściany, wyraźnie czegoś słuchając. Ale nie musiał widzieć, on słyszał. Słyszał jej oddech. Wiedział, że tu jest.
   - Heiana - głos mu zadrżał, od płaczu, od ulgi sam nie wiedział, sam nie rozumiał czemu tak drga, czemu nagle pieką go kąciki oczu, a serce wali niczym dzwon. Cały się trząsł, ogień w ręku drgał razem z nim. - Heiana - ostrożnie podszedł do uzdrowicielki, jakby się bał, że to iluzja, że zaraz wszystko zniknie, że jak przysunie ogień to zobaczy obgryzione ciało, żywe, ale cierpiące tak, że nie znajdzie się sposób na ocalenie. Poczuł strach, że zamiast ratować, będzie musiał odebrać życie, by uzdrowicielka nie cierpiała. Nie chciał o tym myśleć. Jednak strach go nie opuszczał. Dlatego zwlekał, dlatego nie chciał rozwiać cienia.
   Czas. Czas. Czas.
   Przyświecił. Ujrzał związaną, zawieszoną u sklepienia uzdrowicielkę. Widział też inne ciała. Wiele ciał. Obgryzione, podjedzone, czekające na tego, którego żywią. Opuścił żagiew, by elfka nie widziała za wiele. Co ważniejsze, jego uparciuch był cały; blada i przestraszona, ale cała! Cała, calutka, calusieńka...
   - Hei... - i zamiast powiedzieć, co myśli, jak się cieszy, powiedzieć wszystko, najemnik po prostu upuścił pochodnię i rzucił się na uzdrowicielkę. Co tam, że dyndała w powietrzu, nic to! On ją musiał przytulić, ścisnąć wręcz, niemal udusić, wtulając głowę w zagłębienie jej szyi, znów czując zapach melisy, tak kojący i uspokajający. - Jesteś cała, caluteńka... - i przytulił ją jeszcze mocniej.
   Jeszcze chyba nigdy nie ucieszyła się tak na widok drugiej osoby. Zwłaszcza, że tą drugą osobą był Brzeszczot. Dość wylewny Brzeszczot. I choć w innych okolicznościach nie miałaby nic przeciwko uściskom najemnika, w obecnej chwili mogła tylko myśleć o tym, że śmierdzi gnijącym mięsem, a jej włosy tworzą idealny, całkowicie nieartystyczny nieład. Niech się jeszcze okaże, że jej oddech…
   Sznur, na którym wisiała, zatrzeszczał złowieszczo, nie czuła już prawie związanych nadgarstków, ale nic to. Chyba. Może. Jeśli…
   – Cała, caluteńka, śmierdząca i głupia – podsunęła usłużnie za niego słabym, lekko trzęsącym się głosem, który mógł świadczyć albo o znacznym wzruszeniu, albo o niedawnym strachu, jaki odczuwała sama w ciemnościach. W innych okolicznościach, to ona rzuciłaby się na swego wybawcę, rycerzyka na białym koniu… akurat takiego mieli, choć poczciwy siwek zdecydowanie nie przypominał bojowego rumaka. Heiana poczuła, że chyba wpada w histerię, bo zaczynało jej się chcieć śmiać. Porównać Brzeszczota do pasowanego rycerza? – Zdejmij mnie. Zanim on, ono, ona, czymkolwiek jest, wróci tutaj. Szybko, nie mamy czasu, nie chcę… nie zostanę tu ani chwili dłużej. Darrus, pośpiesz się, pośpiesz…
   - Cicho bądź - najemnikowi najwyraźniej nie przeszkadzało całe to otoczenie, słowa uzdrowicielki. Liczyło się tylko to, że była cała. - Bałem się, że... Będzie za późno - w jednej chwili spłynął na niego spokój i pewność, że teraz wszystko będzie dobrze. Wystarczy uciec. Zwiać jak najdalej. Był głupcem, bo zrozumiał też, jak ważna była dla niego elfka. Wiedział to wcześniej, ale odpychał na bok z wielu powodów. Nie chciał zwlekać. Nie chciał już udawać, że nic się nie stało, że w portowym mieście nic się nie wydarzyło, że nie myśli o uzdrowicielce, że nie jest mu droga. Była. Wiedział to.
   – Wyobraź sobie, że też się bałam – Heiana musiała być zdrowo roztrzęsiona, jeśli przyznała się do tego ot tak. Widocznie jednak, mając przy boku Brzeszczota, przestała się już tak trząść, a jaskinia nie wydawała się już grobowcem. No, może te wiszące ludzkie ciała, ale widok ten był znacznie bardziej groteskowy, jakby żywcem ściągnięty z mających przestraszyć dzieci i niedowiarków starych baśni. To nie mogło się dziać naprawdę. Poza tym, Brzeszczot chciał być łowcą potworów. Cokolwiek tutaj grasowało, mogła czuć się bezpieczna, mając go przy boku. Brzeszczot raz dwa sobie poradzi z tą istotą. Nie ma szans.
   - Poczekaj, ściągnę cię - sztylet wydobyty zza paska z lekkim oporem ciął sznur; sztuka wiązania oznaczała, że Nieukojony naprawdę miał niedaleko do człowieka. Trzasnął sznur, kiedy ciężar elfki ściągnął ją na dół.
   Gdzieś na granicy słyszalności rozbrzmiał dźwięk. Brzmiał tak, jakby ktoś ciągnął coś ciężkiego po żwirowej drodze.
   Szur-szu, szur-szu.
 Najemnik drgnął. - Musimy iść. Dasz radę? - ton jego głosu sugerował, że nie należy się sprzeciwiać. Posłuchał nie tylko głosu rozsądku Heiany, ale także zapowiedzi nadchodzącego zła.
   Szur-szu, szur-szu.
   Złapał żagiew, trzymając wolną ręką dłoń uzdrowicielki. I zanim ruszył pomyślał, że już nigdy nie chce puścić tej dłoni. Nawet na chwilę. Nigdy.
   Szur-szu, szur-szu. Coraz głośniej, coraz wyraźniej.
   - Jaskinia nie jest długa. Heiana - obejrzał się na elfkę; miodowe oczy w świetle ognia zdawały się być niemal jak płynne złoto.
   Co teraz? Brzeszczot zamienił się rolami z Szept i zamierza jej opowiedzieć o strukturze, rodzaju, wieku i pochodzeniu skał, o tym, że woda przez ileś milionów lat rzeźbiła ten dołek? Heiana potrafiłaby nazwać każdą roślinkę na bagnach, każdy porost, jaki wyrósłby na tych kamieniach, ale grzebanie w podziemiach wolała pozostawić Szept. Niech sobie mówi o kamieniach i bierze wszystko, co znajdzie. Łącznie z potworkami. Heianie wystarczy słońce, woda i zioła. Chyba po raz pierwszy zatęskniła za spokojną wioską Teruków, prostym życiem i sporadycznymi przypadkami wymagającymi zielarskiego oka. Tyle, że… wtedy nie znała Brzeszczota.
 - Kiedy każę ci uciekać, masz biec. Jak najszybciej. Jak najdalej. Obiecaj mi to - musiał mieć pewność, że elfka nie zawróci, że nie zawaha się, tylko ucieknie. Bez niego, bez Nieukojonego, którego tu zatrzyma.
  Heiana odebrała podobne nauki jak Szept. Potrafiła być równie uparta, a od swojej kuzynki nauczyła się, że jeśli ktoś mówi „obiecaj mi coś”, nigdy nie zgadzaj się w ciemno. Zawsze odpowiadaj:
   – Nie ma mowy.
   Jasne, uciekaj. Jasne, nie oglądaj się za siebie. A w tym czasie Dar zrobi z siebie karmę dla bestii. Nie ma takiej możliwości. Nie była głupią gęsią, żeby uwierzyć w rycerskie zapewnienia będę tuż za tobą. I zamiast wziąć sobie do serca słowa i przestrogi Brzeszczota, zamiast zrozumieć powagę sytuacji i fakt, że nie ma czasu na wyjaśnienia, bo zaraz to oni oboje mogą robić za karmę, uzdrowicielka zatrzymała się i skrzyżowała ręce na piersi, jakby dla podkreślenia swojego uporu i dodania sobie rezonu. Wszak, choć jak na elfkę wysoka, od najemnika była niższa.
   – Dlaczego? – Szkoda tylko, iż nie sprecyzowała, o co jej chodzi. O fakt, że po nią wrócił, że jej szukał i ryzykował dla niej życiem? O to, czemu tak się o nią bał, czy tylko dlatego, że jest kuzynką Szept, czy też może cofała się jeszcze dalej, aż do Tarok, domagając się, by w końcu określił, czego od niej chce? Może też, biorąc pod uwagę takie znaczenie zwykłego słowa dlaczego kogoś aż nadto poniosła fantazja, a uzdrowicielka chciała tylko wiedzieć, czemu ma nie oglądać się za siebie, czemu ma uciekać, w końcu zaś, czemu wymaga od niej na ślepo danej obietnicy.
   Szur-szu. Szur-szu.
   Czas zwlekania dobiegł końca i najemnik o tym wiedział. Teraz żadna wymówka, żadne owijanie w bawełnę nie mogło zaistnieć. Nie chciał dłużej udawać, że w portowym mieście nic się nie stało. Cholera, powinien zrobić to już dawno, ale było tyle innych spraw.
   Wymówki.
   Tak. Były powody, ale i wykręty zawsze się znajdowały. Bo to za wczas, bo nie ma jak, bo, bo, bo.
   Cholerny tchórz.
   Tylko, że teraz nie czuł strachu. Może to przez świadomość, że mógł stracić kogoś cennego, może w końcu zrozumiał, co jest ważne i na czym chce budować swój świat, z kim iść do przodu za rękę.
Nie był poetą, nawet nie umiał pięknie mówić, jednak zrobił to po swojemu, po najemnikowemu.
   - Bo cię kocham, uparty elfiaku.
   Szur-szu. Szur-szu.
   Nie do końca wiedziała, czego oczekuje, stawiając to swoje głupie pytanie. Może po prostu próbowała grać na czasie, zająć czymś najemnika, by zapomniał o swoim wymogu i obietnicy, jakiej od niej żądał. Cóż, na pewno nie oczekiwała tego. Nie po Brzeszczocie. Heiana obejrzała się za siebie, przypuszczając, że jakiś uparty elfiak stoi za nią. Nie stał. Żaden długouchy. Tylko kamienne ściany jaskini-spiżarni. Ani żywego ducha, niczego, co można określić mianem żywego, a co dopiero elfa. A to znaczyło, że…
   Miodowe oczy spoglądały na uzdrowicielkę w blasku pochodni. Cóż, niecodzienne było to wyznanie, ale z głębi serca i szczere. Może to nie były dobre okoliczności, ale czy będzie lepsza okazja?
   Szur-szu. Szur-szu.
   Był blisko. Tak blisko, że słyszał wyraźnie, jak pod ciężarem ciągniętego ciała obsypują się kamyczki.
   - Schowaj się. Muszę wiedzieć, że jesteś bezpieczna, inaczej nie będę mógł się skupić - w dłoń uzdrowicielki wcisnął zapinkę w kształcie sowy, po chwili wskazując odnogę korytarza, gdzie wcześniej zaglądał.
   Ociężały umysł bardzo powoli przyswajał informacje. Odruchowo przyjęła zapinkę, nie do końca pojmując, czemu to robi i czemu Brzeszczot daje jej sówkokształtną przypinkę. Chyba nawet nie zauważyła, że ją zgubiła. A spojrzenie miodowych oczu wcale nie pomagało jej się skupić. Pod nim, ignorując niebezpieczeństwo, zaczynała czuć się lekką, jakby zaraz miała unieść się w powietrzu… Tyle, że wypełniona dziwnym szczęściem.
   Szur-szu. Szur-szu. Szur-szu.
   Niczym pijana dała się zaciągnąć, wcisnąć w jakiś śmierdzący kąt, plecami ocierając o coś śliskiego, wiszącego w powietrzu. Ludzkie ciało. Całe szczęście było zbyt ciemno, by mogła dostrzec sylwetkę owego nieszczęśnika, rozróżnić kolor włosów, karnację, ubiór, zobaczyć zastygły w oczach strach, gdy istota przyszła po niego, by zaspokoić paląc głód.
   - To spiżarnia. Nie musisz wchodzić głęboko. Skryj się w cieniu. Wrócę po ciebie. Przepraszam - i popchnąwszy elfkę w ciemność, uśmiechnął się do niej, może ostatni raz. Bogowie, oby nie ostatni raz.
   Musiała wytrzymać. W spiżarni, pełnej ciał, ale musiała. Chwilę. Tylko tyle, aby zwabić Nieukojonego.
   Szur-szu. Szur-szu.
   Brzeszczot zgasił pochodnie i zaczął wystukiwać na ścianie jaskini nierówny rytm.
   – Darrus… – bała się krzyczeć zbyt głośno, ale i tak słowa wymknęły się z jej ust. Ale on już odszedł, nie mógł słyszeć. Poszedł tam, będzie walczyć z tym stworem, coś może mu się stać. Może stracić rękę, nogę, oko… Może nawet zginąć. Zginąć i nie dowiedzieć się tego, co miała mu do powiedzenia, a czego nie zdążyła przez własną opieszałość. Gdyby nie to, że nie chciała go rozpraszać, wybiegłaby za nim, by…
   Samotna, w ciemności, wśród trupów, oparła głowę o chłodną ścianę jaskini.
   – Też cię kocham ty ludzkie nasienie…
   Oddałaby wszystko, by do niej wrócił.
   Zapomniała. Z tego wszystkiego nie brała pod uwagę wyczulonych zmysłów najemnika. A nawet gdyby pamięć nie zrobiła jej psikusa, to co z tego? Mogli tu zginąć, on mógł zginąć, a ona nie chciała… bez niego… Heiana chlipnęła, pociągnęła nosem. On powinien wiedzieć…
   Nie rozklejaj się. Nie, nie wolno. Jeszcze żadne zło nie przyszło i nie zjadło nikogo. Dara.
   Uzdrowicielka odetchnęła parę razy. Podobno głębokie wdechy miały uspokajać. Ona poczuła tylko smród spiżarni, tak wyraźny, że nieomal ją zemdliło. Skrzywiła się. I wtedy to usłyszała. Warknięcie. Ostre, gwałtowne. Gospodarz był oburzony zastając nieproszonych gości na kolacji. Gospodarz się nie bał. On zamierzał się ich pozbyć. Jego.
   Brzeszczot!
   Rozdygotane nogi uzdrowicielki nie były w stanie utrzymać jej w pozycji stojącej. Osunęła się po ścianie, przysiadła w kucki. Brakowało jeszcze, żeby zaczęła się histerycznie bujać, w przód i w tył, z powrotem. I z powrotem.
   Brzeszczot!
   Dłonie elfki zacisnęły się. Sam. Z nim. A ona nie miała żadnej broni, by przyjść mu z pomocą. Bała się. Bała się jak diabli. Ale silniejszym niż strach o nią samą, był strach o najemnika. Ostrożnie, niemal czołgając się, wyjrzała ze spiżarni, wzrokiem starając się przeniknąć ciemność.
   Nic nie widziała.
   Za to słyszała. Walkę. Kotłowanie się… i…
   Na ślepo pomacała dłonią po posadzce. Ta natrafiła na kamień, zacisnęła się na nim. Słaba broń, lecz lepsza taka niż żadna.
   Schowaj się. Muszę wiedzieć, że jesteś bezpieczna, inaczej nie będę mógł się skupić, przypomniała sobie. Kamień wysunął się z nagle zesztywniałej dłoni, a odgłos uderzenia wydał jej się aż nazbyt głośnym. Teraz wolna dłoń zacisnęła się na zapince w kształcie sowy. Wydawało jej się, że czuje na niej ciepło jego dłoni…
   Została w kryjówce.

~*~
   Ciemność w jaskini była najczarniejszą czernią jaką można sobie wyobrazić. Bez światła, nawet najmniejszego, człowiek miał wrażenie, że tunele ciągną się bez końca. Kiedy zabrakło ognia rozjaśniającego mroki, dźwięki stały się wyraźniejsze, głośniejsze. Szuranie poza jaskinią było tak donośne, że najemnikowi zabrało chwilę, zanim połapał się w brzmieniach. W ciemności nie czuł się nieswojo. Lubił w niej przebywać, bo w niej słyszał więcej i wyraźniej. Szkoda tylko, że serce waliło mu jak oszalałe.
   Szur-szu. Szur-szu.
   Usłyszał, co wyszeptała, najwyraźniej zapominając, że w ciemnościach jego słuch jeszcze bardziej się wyostrza.
   - Też cię kocham ty ludzkie nasienie…
   W innej sytuacji wypomniałby jej, że przecież uważa go za elfa, długouchym chce go zrobić, a tu proszę, wyszło szydło z worka, czy raczej chochlik z uzdrowicielki. Jeszcze jej to wspomni w swojej złośliwości, jak na ludzkie nasienie przystało.
   Szur-szu. Szur-szu.
   To będzie pierwszy Nieukojony, który spotka żywe i wolne jedzenie w swojej jaskini, chcące go zabić, ale zabić z szerokim uśmiechem na twarzy. Tak, w ciemności, wystukując palcami rytm, stał najemnik szczerzący się jak głupi, z szerokim uśmiechem, zadowolony jak się patrzy.
   Nieukojony naprawdę miał szczęście, czego nie można powiedzieć o półelfie.
   Zepnij pośladki, bo radość będzie krótka.
   Usłyszał to. I w jednej chwili odrzucił uczucia, odsunął na bok emocje wierząc, że elfka nie zrobi nic głupiego, ufając jej. Skupił się na właścicielu tej spiżarni.
   Jego palce zagrały kolejną melodię.
   Nieukojony zatrzymał się u wejścia, porzucając swoją ofiarę; łomot upadającego ciała dawał do myślenia - był głośny, za głośny jak na drobne ciało.
   Wendigo pociągnął nosem; słychać było, jak głośno wciąga w nozdrza powietrze, jakby smakując zapachy. Ostre warknięcie sugerowało, że wyczuł nieproszonego gościa, ale jednocześnie nie bał się go, nie słychać było w nim strachu; zadziwiająca pewność siebie.
   Brzeszczot wiedział, że nieukojony jako stworzenie żyjące w jaskiniach, gdzie nie było światła, będzie miał czułe zmysły, jednak wierzył, że jego słuch był wrażliwszy. Nie przypuszczał jednak, że wendigo okaże się tak szybki. W jednej chwili stał przy wejściu, słuchając, a w drugiej pędził korytarzem. Był cholernie szybki, jak strzała wypuszczona z łuku.
   Kiedy on zdążył przebiec tyle kroków?
   Nie zdążył zareagować. Poczuł tylko jak ostre szpony chwytają jego koszulę, rozcinając skórę pod nią, podnosząc go i przygwożdżając do nierównej, chropowatej ściany jaskini. Nieprzyjemny, zgniły oddech owiał najemnikowi twarz.
   Brzdęk upadającego kamienia odwrócił uwagę nieukojonego; spojrzał w stronę spiżarni, pociągnął nosem, skrzywił się, ale nie ruszył z miejsca. Najwyraźniej uznał trzymaną przekąskę za ważniejszą do unieszkodliwienia.
   Brzeszczot wykorzystał okazję, którą dała mu uzdrowicielka. Opierając ciężar ciała na nierównej ścianie, odepchnął się od niej i kopnął nieuchwytnego poniżej linii żeber. Okute buty na grubej podeszwie nosił nie bez powodu - kość w ciele wendigo pękła, a stwór zawył głosem podobnym do wilka. Czy oprócz nienaturalnie wysokiego ciała, zostało w nim coś z człowieka?
   Najemnik szarpnął się, wbił ostrze noża przywiązanego pod nadgarstkiem w ramię nieuchwytnego i kiedy ten poluźnił uchwyt, nawet nie próbując wyciągnąć noża, chwycił pochodnię i pobiegł przed siebie. Jeżeli mu się uda, jeżeli dobiegnie, jeżeli Fo... Nie, nie wolno wymawiać jej imienia, nie wolno ściągać kłopotów, niech lepiej dziwka uprzykrza życie komu innemu.
   Biegnąc, słyszał ryk wendigo i jego kroki za sobą. Był szybki, zbyt szybki i wściekły. Już nie traktował najemnika jak przekąski, teraz był intruzem.
   Kolejne uderzenie, chociaż słuchał i wiedział, przyszło niespodziewanie. Słuch Dara nadążał za dźwiękami wydawanymi przez wendigo, ale jego ciało nie dawało rady ich uniknąć, było zbyt wolne, zbyt ociężałe, chociaż potrafiło radę dać elfom. Wendigo nie był elfem.
   Zbierając się z okruszków skał, z mchu i kurzu, Brzeszczot wymacał dłonią upuszczoną pochodnię, przyciągając do siebie. Wciąż czuł też przy pasie ciężar sakiewki.
   Tylko jakoś nie podobało mu się, że czuje zgniły oddech wendigo, smród zepsutego mięsa i czuje jego pazury.Z twarzą przyciśniętą do ściany, spróbował się zorientować, jak daleko jeszcze. Kap. Tylko trochę. Jeszcze trzy kroki, susy i będzie.
   Stworzywszy sobie okazję ku temu, aby podnieść się i uciec, najemnik otarł krew z rozciętego czoła, czując jak dokucza mu ból w barku, gdzie w ciało wgryzły się zęby wendigo, zdolne do rozerwania mięśni; mrowienie było o tyle nieprzyjemne, że nasilało się coraz bardziej.
   Polegając tylko na słuchu, dzięki niemu i pamięci odnajdując się układzie jaskini, najemnik ciężkim krokiem próbował zwabić nieukojonego, pociągnąć go za sobą. Właściwie nie musiał nawet tego robić - stwór nie potrzebował powodu, aby biec za nim. Był już na wyciągnięcie ręki. Ale najemnik dotarł tam, gdzie chciał. Nim jeszcze odnalazł tutaj uzdrowicielkę, trafił na boczny korytarz, na małą pieczarę, niemal całkiem zawaloną, z przejście tak szerokim, że wystarczyło miejsca tylko dla jednego. W środku nie tyle zobaczył, co usłyszał i wyczuł smoczy ogień. Wendigo albo tego miejsca nie odkrył, albo uznał, że jest ono nieszkodliwe; najpewniej nie wiedział, że wystarczy iskra, aby ta smolista breja zapłonęła niczym ognisko.
   Wciskając się do środka, poczuł jak ostre pazury rozrywają nogawkę spodni; kopnął i ręka puściła, a on wpadł do pieczarki. Wstrzymał powietrze, aby uspokoić oddech. Musiał poczekać. Niech wendigo wejdzie. Zrobił krok do tyłu, czując pod piętą… Właściwie nie czując nic, tylko pustkę naturalnej studni, w której bulgotała ciemna, gęsta ciecz.
   Chrobotanie i syk wściekłości świadczyły o nadejściu pana tego miejsca. Nieukojony przecisnął się przez szczelinę, wgramolił do środka i skoczył ku najemnikowi.
   Cholera. Szybkość wendigo była nie do ogarnięcia. Niby człowiek był przygotowany, niby wiedział jak zareagować, ale co z tego, jak za każdym razem się nie udawało. Jego ruchów nie dało się śledzić, nie dało przewidzieć, ani sparować.
   Było ciężko. W pewnym momencie przez głowę mieszańca przemknęła myśl, że powinien zmówić modlitwę do bogów o swoją duszę; potem przypomniał sobie, że bogów ma w nosie. W momencie, kiedy wendigo okazał się na tyle sprytny, że zabrał najemnikowi to, do czego Dar był przywiązany, w najemnika wstąpiła nowa siła.
   Wystarczyła chwila, aby odpychając stwora, sięgnął do sakiewki po krzesiwko i wzniecił ogień. Pochodnia w jego ręku zapłonęła jasno. Nieukojony jęknął ludzkim, przejmującym głosem, odsuwając się na kilka kroków. Nie zrezygnował jednak z zamiaru uzupełnienia swojej spiżarni. Był na tyle sprytny, że po obudzeniu zrozumiał, że w kamiennym kręgu na bagnach gromadzą się wędrowcy; potem doszedł do wniosku, że ma ich podanych jak na tacy, wystarczy tylko poczekać aż opuszczą runiczne znaki - tak właśnie do tej pory zdobywał jedzenie. Teraz miał okazję o nie zawalczyć.
   Brzeszczot wiedział, że pchany nienawiścią, złem, a przede wszystkim głodem, wendigo nie będzie długo bał się ognia pochodni. Ryzykując poparzenie, schylił się i nabrał w dłoń smoczego ognia; smolista ciecz przeciekała mu przez palce, szczypiąc i parząc, ale musiał ją rozrzucić i zapalić. Wendigo nie czekał łaskawie, aż Dar to zrobi. Ogień przestał być straszny - właściwie płomyczek. Rzucił się na najemnika, ale ten to wykorzystał. Odepchnął go od siebie, obrywając szponem w bok, ale udało mu się ustawić stwora po drugiej stronie; jak tylko zajął się smoczy ogień rozlany wokoło, uniemożliwiając nieukojonemu jakikolwiek ruch, Brzeszczot cisnął żagiew do studni wypełnionej bulgoczącą cieczą i po prostu uciekł. Kiedy ogień dotknie kropli łatwopalnej substancji…

~*~
   Ryk targnął jaskinią i skulona przy ścianie Heiana miała wrażenie, że ta zaraz zwali się jej na głowę. Ryk przypominał wilcze wycie. Heiana dotąd nawet lubiła wilki. Te włóczące się za Szept były w porządku, parę razy uratowały jej i magiczce skórę. Chyba po tej przygodzie wilcze wycie nie będzie takie samo.
   Ryk powtórzył się, jeszcze donośniejszy, wściekły. Heiana oczami wyobraźni zobaczyła ciało najemnika, darte pazurami, rozrywane olbrzymimi kłami, zalane krwią tak, że tylko czerwone włosy pozwalały na rozpoznanie Brzeszczota.
   Przeklęta wyobraźnia.
   Miała go nie rozpraszać.
   Chrzanić. Rozproszy go czy nie, rozproszy też stwora.
   Z tą myślą uzdrowicielka, z zaciętym wyrazem twarzy, podniosła się z ziemi, ostrożnie trzymając się ściany wysunęła się ze spiżarni. Zdradziecki, luźny kamyczek umknął spod jej stopy. Zatrzymała się, nasłuchując, lecz do jej uszu dolatywały tylko oddalające się ryki.
   – Brzeszczot? – może stwór gdzieś tu go zostawił, może…
   Bogowie, proszę. Jeśli mnie słuchacie, dajcie mu przeżyć. Nie zabierajcie go, nie teraz…
   Coś biegło w stronę uzdrowicielki. Ciężkie kroki odbijające się głuchym echem od ścian jaskini, przysparzały wrażenia, że zaraz oberwie się sklepienie. Były równe, szybkie, jakby biegnącego gonił rozwścieczony smok. Z pewnością nie należały do wendigo, a że jedzenie podwieszone pod sufitem też nie mogło udać się na spacer. Rozum podpowiadał, że to najemnik, ale obawy robiły swoje. Heiana pomyślała, że jeśli to wróg, to po pierwsze, nie ma go czym zaatakować, po drugie, jeśli bestia się przedarła, to znaczy, że Brzeszczot nie żyje. A w takim razie może zeżreć i ją, nie dbała o to.
   Dramatyzujesz usłyszała w głowie głos Szept, zupełnie jakby magiczka była tuż obok niej.
   Właśnie. Kto uratuje Szept, jeśli Heiana da z siebie zrobić papkę dla zwierząt?
   Cóż, zawsze może czymś przyłożyć i uciekać najszybciej, jak się da.
   Lecz nie. Rozum wygrał, a biegnącym okazał się najemnik.
   – Brzeszczot! – tym razem temu stwierdzeniu towarzyszyła ulga. Problem rozwiązany.
   – Hei…
   O co jemu… Aha. Ale przecież najemnik miał zmysły, to czy on… Dobra, nieważne. W dłoni uzdrowicielki pojawiła się maleńka kulka światła. W jej nikłym blasku mogła sobie dokładniej obejrzeć Dara.
   Wyglądał okropnie. Poobijany, podrapany, zakrwawiony. Miejscami brudny, jakby się tarzał po ziemi… czy też raczej dnie jaskini. Całą koszulę miał w strzępach, spodnie rozdarte na dole nogawki. Najgorsze zaś w tym wszystkim były nadpalone włosy najemnika. Jego czerwona czupryna, włosy gęste i sięgające niemal do bioder zniknęły. Nie było ich. Teraz Dar miał na głowie krótką strzechę, ledwie sięgającą mu do ucha, z widocznymi śladami podpalenia. Bogowie niejedyni.
   Heiana szerzej otworzyła usta, już formułując stwierdzenie…
   - Potem ci wyjaśnię. Chodź. - złapawszy elfkę za rękę, pociągnął ją ku wyjściu; nawet nie zauważył, jak mocno ściska jej dłoń, jakby bojąc się, że może ją stracić.
   Czas. Czas!
   Wiedział, że ma go mało. Nie ze względu na nieukojonego, ale przez to, co uczynił, aby pozbawić go życia. Ogień pochodni powinien już...
   Jaskinia zatrzęsła się od huku; ogłuszającego, zwalającego z nóg. Brzeszczot przygarnął do siebie elfkę, kiedy z sufitu posypały się kawałki skał, mniejsze i większe. Skała pod ich nogami zadrżała, jakby miała się rozstąpić, zamykając ich w swoim wnętrzu. Huk wystrzału umilkł, jednak rosnące ciepło i niespokojny furkot zapowiadały nadejście czegoś gorszego. Były forpocztą piekielnego ognia.
   - W nogi! - Brzeszczot zaczął biec, tak szybko, jak tylko mógł, ciągnąc za sobą uzdrowicielkę.Zamarudził. Cholera jasna zamarudził! Zachciało mu się światełka, kurwa, w tunelu, to teraz ma wręcz jasność! Smoczy ogień, który podpalił w studzience, właśnie ku nim pędził, zabierając tlen, spalając wszystko na swej drodze, szukając wyjścia, a na drodze do niego stało półtora elfa.
   Bieg był ciężki. Blade światło nie niosło oparcia, ziemia uciekła spod zmęczonych nóg, a szalejący ogień zaczął wysysać całe powietrze, podnosząc temperaturę. Brzmiał niczym ognista burza - z tym skojarzył się najemnikowi, mającemu wrażenie, że zaraz pękną mu bębenki w uszach. Mimo to biegli. I kiedy wydawało się, że wszystko jest stracone, ujrzeli wyjście: maleńką kropę światła, prowadzącą na bagna.
   Półtora elfa wypadło z jaskini, jakby ich sam demon ścigał. Przebiegli jeszcze kilka kroków, kiedy z wnętrza tuneli wybuchnął ogień. Pęd powietrza powalił ich na kolana, przewrócił i przekoziołkował. Elfka upadła na plecy, a zaraz też wylądował na niej najemnik. Ogień grzmiał, huczał i warczał nad ich głowami, włoków nich, szczęśliwie zajmując się bagienną roślinnością, a nie nimi. Temperatura podskoczyła; smoczy ogień palił się dłużej i intensywniej niż ten zwykły, nie gasnął też tak łatwo.
   Ogniste piekło trwało, ale po chwili zniknęło; ogień cofnął się do wnętrza jaskini, kiedy nie miał już podstaw do istnienia. Studnia wyschła, a to, co zajęło się na bagnach, będzie się spalać jeszcze długo.
   Brzeszczota piekły boskie pośladki. Bolało go całe ciało, rwało miejsce, gdzie zatopiły się kły nieukojonego. Nie przeszkadzało mu to jednak podnieść się na dłoniach, spojrzeć na uzdrowicielkę leżącą pod nim i stwierdzić, że przypaliło jej tylko włosy, a tak poza tym, ma się całkiem dobrze. Westchnął.
   - Zjadłbym konia z kopytami... - mruknął i nie mając już sił, opadł sobie na biedną elfkę, przygniatając ją, głowę układając gdzieś na jej ramieniu; głębokie wciągnięcie powietrza sugerowało, że jest mu dobrze, fajnie i musi chwilę tak, a nie inaczej odpocząć.
   Cisza, która zaległa na bagnach pomału zaczęła ustępować. Odzywały się pierwsze owady, jakiś kocur wydał z siebie dźwięk i nawet wiatr znów poruszał sczerniałymi i powykrzywianymi krzewami. Wieczny ogień palił się słabiej, ale wciąż nie gasnął, przypominając o tym, co stało się w tunelach. W jaskini nie powinno nic przeżyć, nawet nieukojony. Z jego ofiar zostały tylko prochy, spiżarnie przepadły, ale wyrządzonego zła nic już nie cofnie i nie naprawi. Za jakiś czas ktoś powinien sprawdzić to miejsce.
   – To, że stwierdziłeś, że mnie kochasz, nie znaczy, że masz się zaraz na mnie rzucać – spróbowała zakpić z niego, ale żart niezbyt jej wyszedł, bo drgnęły jej wargi. Teraz, gdy cała adrenalina opadła, dopiero teraz zaczęła sobie zdawać sprawę z niebezpieczeństwa na jakie naraziła ich ona sama. – I co się stało z twoimi włosami? – Pytanie dnia. Nie jak ciężko jesteś ranny, nie czy dobrze się czujesz, tylko jak się mają kudły najemnika, tak brutalnie skrócone.
   Odpowiedziało jej mamrotanie, kompletnie niezrozumiałe. Najemnik nie ruszył się wcale, a kiedy spróbował, jęknął tylko, więc nawet nie próbował dalszych ruchów. Tak sobie poleży, na mięciutkim i odpocznie. Tak, tak zrobi. W końcu ocalił uzdrowicielce tyłek i tę upartą główkę, należało mu się!
   - Ja za to podejrzewam, że ty mnie wcale nie kochasz - najwyraźniej język mu się nie zmęczył, ani nie ucierpiał - Ten skurwiel nawet mnie dziabnął... - dodał i znalazłszy w sobie dość siły, podniósł się, siadając na ziemi, dłonią przeczesując krótkie włosy. Bogowie, jakie dziwne uczucie. Nieprzyjemne. - Jeżeli to wylezie, weź mnie zabij, będzie szybciej i bez cierpienia - sakiewkę przy pasku miał, a to już plus; rzeczy w niej umieszczone były może nie cenne, ale potrzebne. Taka na przykład maść na odciski, czy skrawki materiału, aby obwiązać ranę. Znalazło się jeszcze... - O, to twoje - odwiązał rzemyczek od paska i podał uzdrowicielce paczuszkę z jej ziołami. Sam zajął rozcięciem nad kolanem i chociaż nie był nawet uzdrowicielem, wiedział, co robić, tyle tylko, że z poobdzieranymi dłońmi i krwią zalewającą mu na nowo oko, jakoś mu nie szło. - Cholera.
   Przez chwilę go obserwowała w milczeniu, ważąc w dłoni sakiewkę. Nie mówi się kobiecie, że się ją kocha, po czym najspokojniej w świecie walczy się z jakimś potworem, prawie przy tym ginąc. To się nazywa wyczucie i romantyzm. Nie miał lepszej chwili? Jakby nie potwór, to by jej wcale nie powiedział, tak? To co ma teraz, błogosławić potwora, przeklęta bagna i jęczącego Dara? Wszak wciąż pamiętała, jaki z niego cierpliwy pacjent. Do tego jeszcze śmiał twierdzić, że ona wcale go… Jak nic ktoś tu zasługiwał na wbicie rozumu do głowy, szkoda tylko, że w obecnej chwili ta głowa, zresztą całe ciało, było już nazbyt poobijane.
   – Pokaż – zlitowała się nad nim, przyklękła, zerknęła na obite kolano, rozcięcia. – To trzeba przemyć i odkazić – zauważyła, starając się myśleć chłodno. W końcu była uzdrowicielką, elfką, no. Fakt faktem była też kobietą. – Powinniśmy wrócić do kręgu, tam będzie bezpieczniej, spokój… Potrzeba mi świeżej wody, a przy siwku są chyba jeszcze jakieś bagaże. – O ile konika nic nie zjadło podczas ich nieobecności albo też nie poszedł sobie, uznając, że krąg i kamienie niezbyt mu się podobają. – Mogę ci to tutaj opatrzyć, bardziej prowizorycznie… Dasz radę dojść? – Gdyby w ogóle miała pojęcie, w którą to stronę. Cóż, Dar wiedział, ją do jaskini przyniesiono nieprzytomną.
    Uzdrowicielka miała rację w jednym: powinni stąd odejść, nie wiadomo było, jakie bagienne chochliki zwabione wybuchem przyjdą sprawdzić, co się stało i czy aby przypadkiem nie ma tu dla nich czegoś do przekąszenia.
   – Twoje włosy… – jęknęła tymczasem kobieca strona uzdrowicielki, ubolewając nad stanem najemnikowej fryzury. O ile to coś na jego głowie można było określić takowym mianem. Bogowie, toż to było dłuższe z jednej strony!
   Najemnik przeczesał dłonią krótkie włosy; nie był płaczliwą babą, co to roni łzy przez złamany paznokieć, ale... Nie podobał mu się fakt, że skrócono jego włosy w tak brutalny sposób. Tego nawet nie można było nazwać podcięciem - raczej ścięciem. Na samą myśl o tym, jak długo będą odrastać, wzdrygnął się. Odruchowo chciał je przeczesać, ale ręka natrafiła na pustkę; westchnął.
   - Nie miałem wyboru, wiesz? - nieukojony sponiewierał go tak, że włosy zamoczyły się w smolistej, lepkiej cieczy w naturalnej studni, a to znaczyło, że spłonęłyby jak suche siano, gdyby dotknęła ich choćby iskra. - Hyvan jak się, cholera, patrzy. Przynajmniej zrobiłem na złość Radnym.
   Nic mu nie połamało, nic nie urwało, wszystko miał na miejscu. To wystarczyło, aby najemnik mógł doczłapać do kręgu.
  - Powinienem chyba powiedzieć... - nie prezentował się dobrze ten nasz mieszaniec; z ptasim gniazdem na głowie, poszarpany niczym żebrak, z krwią i siniakami - Kochaj mnie zakrwawionego...
Całkiem w jego stylu było to wyznanie. I całkiem podobne do niego było też to, co po chwili zrobił. Wyciągnął ręce ku uzdrowicielce i przyciągnął ją do siebie, nie patrząc na to, że sam jest brudny, śmierdzący, że i ona sponiewierana i to wcale nie jest dobre miejsce ani na wyznania, ani na czułości.
Ale co zrobić, kiedy najemnik chciał tak po prostu elfkę przytulić?
   – Śmierdzisz – mruknęła po przedłużającej się ciszy, gdy już upewniła się, że wcale a wcale nie śni, a oboje są jak najbardziej żywi, o czym zresztą mógł przekonać ją uścisk Brzeszczota. – Ciebie zdecydowanie nikt nie uczył dobrych manier… Wiesz, że musimy nad tym popracować? – Celowo wbiła mu taką szpilę, pamiętając, jak bardzo cieszył się, gdy chciała zrobić z niego elfa.
   - Tak wiem... - mruknął zrezygnowany i o dziwo nie zaczął się sprzeczać, czy zapewniać elfki, że nic z tego nie będzie. Poklepał ją tylko po głowie, jakby zgadzał się na nieuniknione. Jako hyvan powinien godnie reprezentować swój ród, ród, o który tak bardzo i sumienne dbał Ivelios. Pewnych przyzwyczajeń nie dało się jednak porzucić i jak to mówiło się wśród chłopów, starego drzewa nie powinno się przesadzać.
   Chciał jeszcze dodać coś od siebie, powiedzieć, że już wcześniej powinien z nią porozmawiać, ale w tym momencie uzdrowicielka zaczęła wąchać, próbując zlokalizować źródło zapachu. W sumie, po wizycie w spiżarni i dłuższym przebywaniu wśród gnijących trupów, uzdrowicielka sama nie pachniała lepiej niż Darrus. Pociągnęła noskiem raz, potem drugi, jakby obwąchując najemnika, przesunęła głowę w bok, powtórzyła ten zabieg… I, najemnik prawie się zawstydził, kiedy elfka tak go sobie niuchała, bo poczuł przyjemny dreszcz. - Przest... - w pustej pałce pojawił się pewien pomysł.
    – Nie, to ja śmierdzę… – stwierdziła załamanym głosem. Prawie zginęli, zawalili całą jaskinię… no dobrze, to akurat zrobił Brzeszczot, a ona przejmowała się, że czuć od niej zgnilizną.
   Najemnik z szerokim uśmiechem postanowił to sprawdzić, tak po prostu niuchając sobie uzdrowicielkę i wcale się nie krępując, nawet gdy niemal dotknął nosem jej nosa i wciągnął powietrze. - Fakt, śmierdzisz. Wiesz, nad czym powinniśmy jeszcze popracować? - zapytał z niebezpiecznym błyskiem w oku, przyglądając się jej ciekawsko, jakby na coś czekając.
   Uzdrowicielka zastanowiła się chwilę. Niebezpieczny błysk w oku najemnika powinien coś jej zasugerować, tak się jednak nie stało albo też Heiana specjalnie postanowiła grać głupią i niedomyślną. Lekko zmarszczyła brwi dla podkreślenia efektu głębokiego namysłu. Po czym, znajdując rozwiązanie, uśmiechnęła się szeroko, tryumfalnie.
   – Owszem. Nad twoimi komplementami – oznajmiła dobitnie, lekko szturchając najemnika w pierś, uważając jednak, by nie trafić w żadną ze świeżych ran…, co wcale nie było znowu takie łatwe, bo pazury wendigo miały szeroki zakres.
   Westchnięcie, które wyrwało się z ust najemnika było niczym wyrażenie skrywanego żalu. - Jeżeli sądzisz, że będę opiewał twą urodę, czy pisał wiersze, albo ładnie mówił o uczuciach, to cholera jasna, wcale mnie nie znasz - nie był to zarzut, nawet nie pretensje, ot zaczepka całkiem w stylu najemnika. Dar kochał na swój sposób, pokazywał to także tak, jak uważał za najwłaściwsze. Wiersza nie napisze, ale weźmie i przytuli; zachwycać się alabastrową skórą nie da rady, jednak w jego dotyku wyczuje się uczucie. Był tylko najemnikiem. A żeby pokazać uzdrowicielce, że naprawdę może wszystkiego o nim nie wiedzieć, parszywiec bezczelny wziął i korzystając ze sposobności musnął usta elfki, najwyraźniej zapominając, że zaraz może mu gu na głowie wyrosnąć.
   – Jesteś bezczelny – stwierdziła uzdrowicielka, ale nie protestowała zbyt gwałtownie na takową zuchwałość ze strony nieokrzesanego, śmierdzącego najemnika. Przesunęła ręką po kikutach włosów, bo tak je w myśli nazywała. Nieco ostre w dotyku, ktoś będzie musiał wyrównać mu te nierówne kłaki, żeby nie wyglądał jak strach na wróble. Może ktoś mu nie utnie przy tym ucha. Chyba nie było ryzyka, zwłaszcza, że to ostatnie nie było spiczaste. – Nie opiewaj mojej urody, nie pisz wierszy bez rymów albo bez aliteracji, nie mów o uczuciach, przeżyję. Ale chociaż usłyszę, że odwiedziłeś te swoje zamtuzy, to …. uszy ci powyrywam. A guz to ci niechybnie na głowie wyrośnie – jakby mu tu ktoś w myślach czytał.
   Hmm… Co się ta uzdrowicielka tak uczepiła burdeli? Zazdrosna była?
   - Ja bym się raczej martwił o siebie. Znaczy ciebie. Właśnie zmonopolizowałaś boskie pośladki i odebrałaś innym paniom możliwość ich zdobycia - co, w najemnikowym narzeczu znaczyło ni mniej ni więcej niż to, o czym mówiła elfka: Dar chociaż był popapranym szaleńcem, jak już się... Jak to powiedział kiedyś Jaruut, a!, najemnik dwóch srok za ogon nie trzyma. Po chwili jednak sobie o czymś przypomniał, ale najwyraźniej stwierdził, że o cudnym i słodkim Emisie nie będzie wspominał, co by nie popsuć sobie humoru. Cholerny elfiak, doskonały, psia mać.
   – Masz za duże ego, panie najemniku. Aż dziw, że jeszcze możesz chodzić z takim bagażem i nie ściągnął cię do ziemi – dogryzła mu, wciąż jednak bardziej żartobliwie. Na końcu języka pojawiło się stwierdzenie, że założy się, iż wcale nie są takie boskie, ale umarło w zarodku.
Nie chciało mu się ruszać. Ogarnęło go lenistwo i zrobił się senny. Mógłby tak siedzieć z uzdrowicielką w ramionach jeszcze bardzo długi czas, czując poprzez zapach bagien woń ziół. Nawet przymknął oczy i byłby pewnie usnął, gdyby nie kujący ból w boku. - Czy my możemy sobie tak posiedzieć? Jesteś strasznie cieplutka...
   – Powinniśmy jechać po Szept… – zauważyła, lecz to stwierdzenie przypominało bardziej opowieść o trzech podróżnych, ich ognisku i stwierdzeniu „trzeba by dorzucić drwa”. Słowem, ktoś powinien to zrobić, ale nie ja.
   – Zdecydowanie.

______________________________________
Z dedykacją dla tej, która czytała, pamiętała i o bagna pytała. Tak Aedówko, wierny czytelniku i komentująca, to dla Ciebie.
Darrusowa dodaje, po swojemu, że Aedówka właśnie zdobyła +100 do pamięci!
Dodatkowo dla tych, którzy cierpią na brak weny i chęci. 
I dla wszystkich nas kobiet. Dar nie chciał z tulipanem chodzić, zapomniał. Dev i Lucien się skrzyknęli, psiaka wysłali. Wszystkiego dobrego, żeby nie było, kwiat to prezent, nie psiak. 

Jako, że Dar faktycznie z tulipanem iść nie chciał, bo zapomniał, a jak sobie przypomniał to się okazało, że tulipanów nie ma. Więc Brzeszczot ma inny podarek dla pań. Uwaga: materiał tylko dla dorosłych, osoby poniżej osiemnastki wchodzą na własne ryzyko, Dar nie bierze odpowiedzialności za szkody poczynione po obejrzeniu tego - KLIK



Nawet Midar zaznaczył swoją obecność. W przebraniu KLIK


7 komentarzy:

Aed pisze...

Haha, dedykacja! Dedykacja dla Aedówki! :D
Wiecie co? Przez Was ani lekcji nie odrobiłam, ani się nie wyśpię... ani do łazienki bez chorobliwego oglądania się za siebie nie pójdę. :P
W pewnym momencie przez głowę mieszańca przemknęła myśl, że powinien zmówić modlitwę do bogów o swoją duszę; potem przypomniał sobie, że bogów ma w nosie. - kocham.
Na razie tyle, bo spać.
Dzięki, dzięki, dzięki! ♥

Aed pisze...

Zaliczenie z informatyki, którego nie ogarniam? Njeee, blogas.

Przez Was - czyt.: dzięki Wam, co by nie było wątpliwości. :P

Opisy kocham, zwłaszcza wnętrza jaskini. Dialogi kocham, zwłaszcza te na końcu. Nade wszystko wielbię narracyjne "gdybanie", o co bohaterowi chodziło i co by było, gdyby. I te teksty kursywą. Atmosfera miejscami lekka, a miejscami taka, że mi straszno było samej po ciemku siedzieć. I tempo akcji fajne. :3 I coś jeszcze chciałam, ale zapomniałam... (Gdzie to +100 do pamięci?) A! Wiem! To, że jest pocięte na kawałki. To chyba z tego, że lubię czytać wątki w postaci komentarzy, tak jak wiszą na blogu. A najbardziej z tego, że te czytane przeze mnie komy bardzo często nie dotyczą mojego wątku. :P
I w ogóle ta część jest tak słodka... to znaczy suotka... Co prawda sama sobie zafundowałam spoiler, bo nigdy nie mogę się oprzeć pokusie przeczytania zakończenia opka, książki, czegokolwiek... Miałam dawkę słodyczy do kwadratu. xD Serio, nie myślałam, że dożyję chwili, w której przeczytam o przytulonych Darze i Hei (zakładając, że w najbliższej możliwej nanosekundzie Dar nie dostał po łbie)... Mogę umierać spokojnie. No, prawie. Bo jeszcze moje koślawe opka się gdzieś kiszą. Tak się bałam, że wątki miłosne bleh, że to nie wyjdzie, że bez sensu, że kto to czytać będzie (tak, ktoś będzie musiał - z grzeczności), ale teraz to w dechę i do przodu! xD
Mała sówka rozwala system! :D
Miałam pokarać jednego paniczyka ścięciem długich włosów, ale teraz to się dwa... dzieścia razy zastanowię. Biedna ognistowłosa maruda... Hehe, łysa pałka. xD

+100 do pamięci bardzo mile widziane w statach, bo cierpienie w moim wieku na sklerozę jest deczko niepokojące...

Creepy opisy, potwory, takie scenerie + akcja + napięcie + krew, dużo krwiii + Dar + Hei + Co ja paczę, co oni właśnie powiedzieli? Lol, niemożliwe. *mruga* Nie zniknęło... O żeż szit. Co. Ja. Paczę. - to, co Aedówki lubią najbardziej.

Za życzeniową dedykację dziękuję, bardzo, bardzo, bardzo. :* Też Wam życzę, nasza załogo - z opóźnieniem, ofc - wszystkiego, o czym marzycie.
Obrazki natomiast pozostawię bez komentarza. xD

Wiecie, co teraz napiszę... Czekam na kolejną część. :D

Silva pisze...

Aedówko, ja się bardzo cieszę, że nie odrobiłaś lekcji, że się nie wyspałaś, że do łazienki musisz chodzić z kimś - taki los wiernych czytelników i człowiek ma ochotę krzyknąć: nasza to sprawka! :D
"dożyję chwili, w której przeczytam o przytulonych Darze i Hei" niesamowite, nie? On potrzebował do tego roku, strach myśleć ile lat mu zajmą inne rzeczy. Wiesz Aedówko, Brzeszczot podchodzi do miłości, jak pies do jeża. On jej nie ogarnia, taki miłośnie nieuświadomiony poza chwilami, gdy doznaje przebłysku - biedna Heiana coś na ten temat wie. Jedyna miłość, jaką ten pacan ogarnia, to ta do rodziny i przyjaciół. Ktoś go musi w końcu uświadomić.
Szkoda, że nie widziałaś Doma i Sihy na Halloween Town, to dopiero była para idiotów :D Aż dziwne, że Silva i wilkołak się przyznają o.O

Szept pisze...

Opisy to coś, co zawsze będę zazdrościć ich twórczyni. Opisy to coś, co spędza mi sen z powiek :P A na serio, też je kocham.
Przyznam, że raczej cudzych wątków nie czytam... wyjątek to wtedy, gdy szukam inspiracji, usiłuję zacząć albo po prostu desperacko potrzeba mi czegoś do WPT.
Co do suotko... Prawdę mówiąc, Darrusowa mnie zmusiła, bo jak Dar powiedział "a", to Hei musiała "b". Ale wątki miłosne to coś, co uważam, mi nie wychodzi, jest nieprzekonujące, albo robi z moich... hmm... jak by to ująć... kiedyś Darrusowa podsunęła mi fajne słowo, ale mi uciekło... Takie słowo, które mi się kojarzy (bez urazy, jeśli ktoś lubi) ze Zmierzchem. Może dlatego, że mam wrażenie, że te opisy są suche. Niby są, ale brakuje ich ... czucia.
No nic. Mi też by się przydało to +100 do pamięci.
Aed w wątku miłosnym... Midar właśnie zgubił szczękę, Odrin ją zbiera. Ja to muszę zobaczyć... i przeczytać.

Przy okazji - tak, ja też nie myślałam, że dożyję tej chwili, bo się zawsze zastrzegam, że nie, że zobaczymy, że EWENTUALNIE... i bum.

Szept pisze...

I następne przy okazji... - a miałam popracować nad przyjmowaniem komplementów.
No to dziękujemy bardzo. Cieszymy się, że się podoba :D

Aed pisze...

Z tym wątkiem miłosnym to ja nie o chuchraku. Co Wy, ja nie jestem na to gotowa. xD Właściwie... nie mogę sobie tego wyobrazić. To znaczy mogę. Ale... ale... nie. Jeszcze nie. Ja się muszę upewnić, że tego nie zwalę. xD

Zorana pisze...

I co, ja nie dam rady przeczytać? Ja, nadęta skrzydlata z frekwencją godną pożałowania? Jasne, że dam radę!

Kocham Was i uwielbiam. Szczerzyłam się do ekranu jak idiotka , czytając, szczerzę się i teraz. Mogę udawać sztywną, mogę w tym celu trzymać złotówkę między pośladkami, ale dzikie piski i tak mnie dzięki Wam dopadną. A jeśli kiedykolwiek stwierdzę, że nie lubię romansideł, wiedzcie, że kłamię :D

Wasze słodziaki kocham i wielbię (i dziko przez nie popiskuję). Walki w jaskini, budowanie napięcia, wszelkie szuranie, ogień i spiżarnie (to słowo nigdy więcej nie będzie dla mnie takie samo) usadziły mnie w fotelu na długo, tak że mogło się walić i palić (u mnie, nie u Was), a dupska bym z miejsca nie ruszyła. Trzeba było widzieć moją minę, gdy dotarłam do upalonych kłaków.

Zafundowałyście mi masę radochy, napięcia, zacieszu, krwi, pisków, mhroku i potworności - za co dziękuję i za co Was kocham :D

Prawa autorskie

© Zastrzegamy sobie prawa autorskie do umieszczanych na blogu tekstów, wymyślonego na jego potrzeby świata oraz postaci.
Nie rościmy sobie natomiast praw autorskich do tych artów, które nie są naszego autorstwa.

Szukaj




˅ ^
+ postacie
Rinne Lasair