Przewodnik

Linki-obrazki

Misje
I. Więzi przyjaźni
Spotykasz po latach kogoś, kto dawniej był ci bliski. Wplątuje cię on w jakąś historię, która nie dość, że z czasem się komplikuje, to w dodatku budzi w tobie wątpliwości co do intencji przyjaciela.

II. Linia frontu
Kerończy natarli na Prowincję Demarską. Oblegany jest sam Demar. Jedni ludzie stają do walki, inni uciekają ze spalonej ziemi. Napastnicy, obrońcy i cywile. Po której stronie staniesz?

Opcjonalnie: Udział w buncie niewolników w Wirginii bądź inne miejsca walk.

III. Rekonwalescencja
W nie najlepszej kondycji trafiasz do wioski lub klasztoru. Wydaje ci się, że trafiłeś w dobre ręce i że wkrótce będziesz mógł opuścić to miejsce. Okazuje się jednak, że z pozoru życzliwi i uprzejmi ludzie skrywają przed tobą jakąś tajemnicę.

IV. Zabij bestię
Coś napada, nęka mieszkańców. Zawierasz umowę z wójtem - dostarczysz głowę bestii za określoną cenę. Okazuje się jednak, że stworzenie nie działa bez powodu - jest w jakiś sposób prowokowane przez mieszkańców.

Opcjonalnie: Bestia jest wrażliwa na hałas z karczmy albo ludzie naruszyli w jakiś sposób jej rewir (weszli na jej teren, zajęli leże ze względu na drogie surowce itp.)

V. Nielegalne walki
Dochodzą cię słuchy o nielegalnych walkach prowadzonych w okolicy. Położysz im kres czy może postanowisz wziąć w nich udział dla własnego zysku? Pieniądze nie leżą na ulicy.

VI. Zlecone zabójstwo
Dochodzi do zamachu, w wyniku którego ginie ktoś ważny. Podejmujesz się odnalezienia zabójcy – albo jego zleceniodawcy. Od ciebie zależy, czy dojdzie do aresztowania winnych, czy pomożesz im uniknąć kary.

VII. Egzekucja
W mieście lub wiosce szykuje się egzekucja. Znasz sprawcę albo sam doprowadziłeś do jego schwytania. Realizacja wyroku coraz bliżej.

Opcjonalnie: Z czasem nabierasz wątpliwości, czy skazaniec faktycznie jest winny i chcesz go uwolnić lub dochodzą cię pogłoski, że ktoś może chcieć uwolnić kryminalistę.

zamknij
Dodaj do WTP Spis kodów
Spis opowiadań
Kiedyś przyjdzie mi za to wszystko zapłacić... Weselicho, czyli tańcz, jedz i chędoż za darmochę! Oszukać czas. Oszukać przeznaczenie. Oszukać... siebie. Baśń o wolności: Preludium Świątynia Ażubora (1) Wszystkiego krówkowego! (okolicznościowa, krótkie opowiadanie "Motyw przewodni - Prezent". Ta dam, pamiętaliśmy! I - Wezwanie pomocy: alchemio, przybywaj! Gdy demon odzyskuje człowieczeństwo, przypomina sobie jak być człowiekiem. Nikt nie zna prawdziwego bólu do czasu aż nie straci kogoś bliskiego sercu. Niedopowiedziane historie Wendigo i Driada Szczurzy dzień (autor: Szept, Silva) Domek, zupa, sukkub i historia (autor: Elias) Sen i niespodzianki (autor: Elias) Boląca strata i niepokojący gość! (autor: Elias) Cienie i nowy przyjaciel (autor: Elias) Kruki (autor: Elias) Cienie i Starsze Dusze (autor: Elias) Zawsze jest kolejna tajemnica (autor: Silva) Zło Kor'hu Dull (autor: Elias) Złodziej Twarzy i Koszmar (autor: Elias) Królewiec (autor: Elias) Przed świtem (autor: Nefryt) Król Żebraków i nowe drzwi (autor: Elias) Akceptacja (autor: Elias) Nostalgia (autor: Nefryt) Nowa droga i niespodziewane wyznanie? (autor: Elias) Biały i zielony daje czerwony! (autor: Elias) Nowe wyzwania w nowym życiu (autor: Elias) Krąg tajemnic (autor: Elias) Jack (autor: Elias) Czasami to mrok daje najwięcej światła (autor: Elias) Trzy sceny o szpiegowaniu (autor: Nefryt) Morze bólu. Promyk nadziei ... (autor: Elias) Nie ma sensu szukać guza. Chyba, że jest się najemnikiem (autor: Silva) Sól (autor: Aed) Dyjanna Muirne: Miecz może być dowodem wszystkiego (autor: Zorana) Opus Magnum I (autor: Iskra) Uszatek i Kwiatek na tropie przygody: Przypadłość parszywej gospody (autor: Paeonia i Szept) Gdy gasną świece (autor: Zombbiszon) ... Najjaśniej płoną gwiazdy nadziei. (autor: Zombbiszon) Elias cz. 1 (autor: Zombbiszon) Elias cz. 2 (autor: Zombbiszon) Historia (autor: Zombbiszon)
zamknij

Chat


   - Veya!
   Krzyk, tupot ciężkich buciorów i trzaśnięcie drzwi.
   Ardaniel zatrzymał się w połowie kroku, nasłuchując. Poprawił uchwyt dłoni na wiklinowym koszu, marszcząc nos od zapachu ziół i maści, potrząsnął koszem, nie pozwalając wypaść na posadzkę bandażom. Usłyszany głos należał do Finarthila; tylko hyvan krzyczał i darł się w tym miejscu, tylko on miał tak mocny, szorstki głos, tylko on człapał w podkutych buciorach, nie zważając na hałas, który tworzył. Można go było poznać po kroku, ciężkim, dudniącym. I zapachu: pachniał skórą, ziemią i wiatrem. Poruszał się toporniej, nie miał tej elfiej gracji, był wyższy i masywniejszy od tych, którzy go otaczali, przez co łatwo było go rozpoznać w tłumie. A uszy miał okropnie okrągłe. Tylko twarz przypominała elfią i czerwone włosy, bestialsko związane na czubku hyvanowej głowy.
Ktoś krzyknął, coś z brzdękiem spadło na podłogę.
   Ardaniel zmarszczył czoło. W Gniazdowisku ostatnio było spokojniej; nadeszła zima, śnieg i mróz zaczęły spływać z ośnieżonych szczytów Gór Mgieł i chociaż u progu Doliny zalegał biały puch, w jej wnętrzu panował tylko lekki chłód. Bardziej dokuczały im wiatry, przez nie stanęła też odbudowa dawnej strażnicy. Przynajmniej ta na zewnątrz, bowiem w środku nadal o świcie rozpoczynają swą pracę budowniczowie. Ardaniel czuwał nad nimi, kreślił plany i pilnował, by nowa siedziba rodu Crevan rosła zgodnie z oczekiwaniami hyvana. Dziś mieli wolne, dziś każdy pomagał tam, gdzie był potrzebny.
   Krzyki robiły się coraz głośniejsze, a ponad kobiecy głos wzbijał się jeden. Głos Finarthila.
No tak. Hyvan wrócił z Irandal. Zapewne nie sam, najpewniej z czcigodnym Elenardem. Dwa dni jego nieobecności minęły dość szybko. Czas w Gniazdowisku, gdzie pełno było roboty, płynął w zadziwiającym tempie. Skoro hyvan wrócił…
   Ardaniel zerwał się z miejsca. Uszy poczerwieniały mu ze wstydu, nabierając barwy jego włosów. Po pierwsze: spóźnił się z opatrunkami, a Veya prosiła o pośpiech, po drugie: czcigodny Elenard-elda powinien zostać przyjęty z honorami, a w Gniazdowisku byli niemal sami robotnicy! Ardaniel zatrzymał się, niemal przywalając ramieniem w ścianę. Elenard-elda! Bandaże, czy Pan Doliny, leki, czy elf z wielkiego rodu, leczenie, czy etykieta i zachowanie honoru? Młodzik jęknął, nie wiedząc, co ma wybrać. Tym wszystkim powinien zająć się hyvan! Jego obowiązkiem było witanie gości, TAKICH gości i okazanie im odpowiedniego szacunku poprzez odpowiednie przyjęcie. A co TEN Finarthil zrobił? Zostawił elfa wysokiego rodu na… progu! Niech błogosławiony Turdur wybaczy!
    Ardaniel porzucił biedny, wiklinowy kosz, przeprosił w myślach Veyę (i tak później dostanie od niej po uszach, bo uzdrowicielka przekładała dobro powierzonych jej osób nad wszystko inne) i rzucił się biegiem w stronę głównego wejścia; wybiegł z korytarza, skręcił za róg, po schodach w dół; teraz sam był jak jego hyvan: tupał butami i dudnił, aż echo szło pośród ścian. Zwolnił przed ostatnimi schodami, nie dlatego, że część z nich wciąż wymagała naprawy, ale po to, by ostrożnie, powolutku wychylić głowę zza winkielka. Wyrównując oddech, uspokajając rozszalałe serce, zerknął na wejście.
    Kamienne nadproże zwieńczone sową w locie, świeża sprawa, zamykało się nad dębowymi, okutymi drzwiami. Pierwszym, co Crevanowie zrobili po przybyciu tutaj, było wstawienie nowych wrót. Na drewnie z obu stron, płytkim rytem elfy zarysowały roślinne motywy, wysokie drzewa będące wspomnieniem Kor’hu Dull oraz wielkie sowy. Turdusy. W winnych liściach zataczających koło, krasnoludy ukryły runy wzmacniające drewno.
   Ardaniel patrzył ukradkiem na to piękno i… Zapomniał o ich czcigodnym gościu! Jego uszy poczerwieniały znowu. Elenard-elda stał przy drzwiach, za progiem, w płaszczu. Sam jak palec pozostawiony przez głupiego hyvana! Ardaniel skarcił się w myślach, bo nie powinien tak myśleć o Finarthilu, ale jak on mógł zostawić swojego gościa, którego zabrał do swojego domu tak na progu. Elenard-elda wydawał się dziwnie mały w tym wysokim przedsionku, surowym, bez ozdób, gdzie tylko schodu szczyciły się bogatymi zdobieniami wykutymi w kamieniu. Sam jeden, stojący w miejscu. Jak pies… Teraz to młodzikowi zapłonęły także policzki. Skarcił się w myślach i zerknął jeszcze raz.
    Ale, ale… tam była Lejana, młodziutka zielarka, która zawsze chodziła krok za Veyą. I rozmawiała z Panem Doliny, a przynajmniej to musiała robić chwilę temu, bo właśnie odchodziła. Ardaniel zebrał się w sobie; wyprostował plecy, wciągnął powietrze i zaczął schodzić po schodach. Nawet biedak nie pomyślał, że jego tupot było słychać wcześniej, że rozgrzane od biegu policzka i rozczochrane krótkie, czerwone włosy aż nazbyt dobitnie świadczą o tym, że leciał tu na złamanie karku, aby naprawić błąd hyvana.
   - Bądź pozdrowiony, czcigodny Elenardzie-elda - młodzik ukłonił się nisko, schylając głowę, z dłonią przyłożoną do serca. Tak, jak należało powitać przedstawiciela wysokiego rodu, starszego elfa, a przede wszystkim włodarza tej doliny. - Szczęśliwy nasz dom, żeś w swej łasce postanowił go odwiedzić - Ardaniel zawsze miał wrażenie, że to stare elfickie przywitanie miało w sobie odrobinę kpiny, zwłaszcza w sformułowaniu „w swej łasce”. Miał tylko nadzieję, że Elenard-elda nie odbierze tego źle. Po karku spłynęła mu kropla potu; tylko się nie denerwuj. Poczekaj aż odpowie, podniesiesz wtedy głowę, albo padniesz na kolana, by przeprosić za Finarthila i ugościsz go jak trzeba. Nie ma co się denerwować. Nic a nic. Czy zapasy zostały uzupełnione? Jeszcze wczoraj ich spiżarnia oferowała tylko ser. Czy wozy przybyły rano? Nie pamiętał. Nie było typowego zamieszania, bieganiny, noszenia, wołania o pomoc. Ser… ma ugościć elfa wysokiego rodu gomółką sera?
   Ardaniel nawet nie usłyszał, że czcigodny gość mu odpowiada. Znaczy się usłyszał, ale nie miał pojęcia, co takiego właśnie powiedział Pan Doliny. Piękny przykład kultury. I czym teraz się różnisz od swojego hyvana? Młodzik zrobił się jeszcze bardziej czerwony.

~~
Tymczasem w całkiem innym pomieszczeniu Gniazdowiska.
   Po tym, jak Brzeszczot wpadł niczym furia do pomieszczenia uznawanego za, nie mając innego określenia: lazaret, albo domenę uzdrowicielki, zrobiło się tutaj cicho. Głównie dlatego, że Veya postraszyła hyvana wyrzuceniem za drzwi, skoro nie potrafi uszanować jej podopiecznych i tego, że należy się im cisza i spokój. Teraz mieszaniec siedział grzecznie na zydelku.
   - Skąd przyszli?
   - Znaleziono ich za przesmykiem, już w Dolinie - Veya, drobna, czerwonowłosa elfka, usiadła obok - Doszły do nas wieści o goblinach. Kilku naszych pojechało je sprawdzić…
   Brzeszczot chyba nie chciał słuchać dalej.
   - …znaleźliśmy ich strzały, kilka trupów i twoich przyjaciół. Leniel sprowadził ich tutaj wczesnym rankiem - widząc zmartwienie i ściągnięte czoło hyvana, poklepała go po ramieniu; wciąż siedział w stroju do konnej jazdy, płaszcz rzucił w kąt, torbę pewnie upuścił tam, gdzie stał, kiedy się o wszystkim dowiedział - Może nie jestem tak biegła, jak twoja uzdrowicielka, ale możesz mi zaufać.
   - Po prostu się martwię. Kto normalny… Nie, oni są szaleni, jeśli przeszli przez góry.
   - Teraz śpią, bo im dosypałam ziół - jej spojrzenie powędrowało ku dwóm sylwetką równo i miarowo oddychającym - Odpoczną, posilą się to i wydobrzeją. Wymarzli, wychudli, ale są żywi. Nie mają groźnych ran. Groty były suche. Bardziej są wycieńczeni niż poranieni.
   - Szaleńcy…

~~
   Elenard pozostawiony sam sobie zatrzymał się w progu. Nie jak niezdecydowany, zagubiony gość. Nie jak ktoś, kto nie czuje się tu na miejscu. Ktoś o pozycji Elenarda nie mógł sobie pozwolić na okazanie jawnej słabości, niepewności czy strachu. Zbyt wiele oczu śledziło jego kroki, oczekując odeń wsparcia i nadziei, bądź przeciwnie, czekając na potknięcie, by móc je wykorzystać przeciwko niemu. Droga, po której kroczył, niosła trudy i niepewności, a jednak nie zamieniłby jej na żadną inną.
   To była jego droga.
   Jedni rodzą się, by walczyć mieczem i łukiem. Potrafił obie sztuki, lecz ich nie kochał. Poznał tajniki magii, lecz rzadko otwarcie się nią posługiwał. Cieszyły go studia i pogłębianie wiedzy. Jeszcze bardziej zaś cieszyło go to miejsce. Za każdym razem, gdy unosił głowę, zerkając przez okna, gdy stawał na szerokich tarasach, widział to przed sobą.
   Piękno wyrzeźbione ręką potężniejszą niż czyjakolwiek. Piękno, które wbijało mu się w pamięć znacznie bardziej niż cokolwiek, co dotąd widziały jego oczy, a było efektem rąk elfich, ludzkich czy krasnoludzkich.
   Drzwi i próg oddzielały go od widoku obsypanej śniegiem doliny. Pozostałby na zewnątrz jeszcze chwilę, ciesząc oczy widokiem, który przecież znał niemal na pamięć, a który za każdym razem zachwycał go bardziej i bardziej. Trzask drzwi nie pozwolił jednak cię cofnąć. Tak jak energiczne kroki jego gospodarza, gdy ten z biegiem i krzykiem oddalił się, pozostawiając go samego.
   A pomimo to Pan Wiedzy nie zdradził zniecierpliwienia. Ciemny, czarny płaszcz obszyty futrem okalał jego sylwetkę, wyraźnie odcinając się od jasnych, długich włosów. Nie pycha malowała się na jasnym obliczu, nie znudzenie. Nawet nie święte oburzenie. Nawet jeśli teraz pozostawiono go samego sobie, ktoś się zjawi, czy będzie potrzebny, czy też nie.
   Spokojnie ściągnął rękawiczki, chowając je w kieszeniach płaszcza i powolnym, nieśpiesznym krokiem zbliżył się do ustawionego przy drzwiach paleniska, ogrzewając nad nim lekko zziębnięte dłonie. Może temperatura w Dolinie Ciszy nie była tak surowa jak w pozostałej części Gór Mgieł, to zima odcisnęła na niej swe piętno, a jazda nie rozgrzała go na tyle, by nie odczuł chłodu. Strażnica Elu, obecnie przemianowana na Gniazdowisko, swoje przeszła. Wieża pozostała w ruinie i chociaż na zimę próbowano załatać szczeliny, od jej strony czasem zawiewało chłodem.
   Tupot butów zasygnalizował mu, że jego przybycie nie przeszło bez echa. Ktoś musiał się zorientować, że do siedziby rodu Crevan zawitał szanowny pan Doliny. Dalej stał spokojnie, lekko pocierając dłonie o siebie, czując jak zimno powoli ustępuje przyjemnemu ciepłu.
   Tupot był coraz bliżej. Ucichł, urywając się. Znów nasilił. Tym razem inaczej. Stateczny krok. I znów umilkł. Tak blisko… Na plecach czuł spojrzenie drugiego elfa, lecz nawet teraz nie odwrócił się, dając mu czas, by ochłonął po biegu i znalazł odpowiednie słowa. Uspokoił oddech i galopujące myśli. Powoli odwrócił się w stronę nowoprzybyłego, akurat by dojrzeć jak ten kładzie dłoń na sercu, akurat by usłyszeć słowa powitania.
   - Bądź pozdrowiony, czcigodny Elenardzie-elda. Szczęśliwy nasz dom, żeś w swej łasce postanowił go odwiedzić.
   - Bądź pozdrowiony Ardanielu, synu Atola. – Elenard oddał ukłon nie spuszczając przy tym wzroku z młodego elfa. Znał jego ojca, wiecznie pogrążonego w starych księgach i pergaminach, który zdawało się nikt inny nie docenia i nie kwapi się odczytywać. Ardaniel nie poszedł w ślady ojca. Jego talentem, na razie małym i nieoszlifowanym było budownictwo. Tam, gdzie on, w swej ignorancji, przeszedłby, młody elf zatrzymałby się, kontemplując misterne zdobienia kolumny i wzory otaczające framugę drzwi. Elenard nie zdziwiłby się, gdyby ten przystanek, ta nieco przydługa przerwa wynikała właśnie z takiej kontemplacji.
   Zaiste, szczęśliwy dom. Tak szczęśliwy, że w swego gościa, który przybył tu w swej łasce, pozostawiono samemu sobie na progu. Wypomniałby to, gdyby czuł się urażony. Nie czuł. A nawet jeśli, to każdy niech się za swoje błędy i przewinienia tłumaczy. Zakpiłby, gdyby nie fakt, że stojący przed nim młodzik aż się trząsł, chcąc naprawić niedopatrzenie głowy swego rodu. Elenard uśmiechnął się. Lekko, z nutą sympatii, chcąc uspokoić obawy stojącego przed nim elfa.
   - Łaska to i może, ale wizyta zdaje się nie w najlepszą porę. Hyvana zatrzymują troski, ciebie zaś odrywam od obowiązków.
   Młody elf, w porównaniu do Pana Doliny dzieciak zaledwie, cofnął rękę, podniósł głowę do góry i spojrzał w twarz Elenarda. Nie doszukał się w niej kpiny, ani złośliwości. Być może miał przed sobą elfa mądrego, a nie zapatrzonego w należne mu hołdy i szacunek. Ardaniel zawsze uważał, że ich włodarz potrafi dostrzec w elfie więcej, niżby ktoś chciał. Czy więc ten spokojny ton wynikał ze świadomości tego, jak bardzo młodzik się denerwuje? Komuś takiemu jak Elenard należał się szacunek, nie tylko z racji zajmowanej przez niego pozycji, ale też przez jego wiek i przynależność do wysokiego rodu, poza tym, był też częścią rodziny królewskiej. Przeżył więcej i zapewne wiedział też więcej. Ciekawe, czy pamięta jeszcze Drugi Brzeg? Tamtejsze życie, mieszkańców… Budowle. Tak, Ardaniel nieraz zastanawiał się i szukał odpowiedzi na pytanie: jak wyglądają tam elfie konstrukcje. Z pewnością są wzniosłe, smukłe, proste w swej formie, ale bogate w detale, w motywy roślinne, przepełnione elfią miłością do natury, umiłowaniem wiedzy i finezji. Wysokie kolumny zwieńczone rzeźbionymi kapitelami, podcienia, przyczółki. Wszystko zaczerpnięte z natury, w drewnie budowane. Młodzik rozmarzył się odrobinę, zapominając z kim i po co tu jest.
   - Czcigodny, tutaj długo jeszcze będzie zamieszanie. Wieża strażnicza chyli się ku upadkowi, nie sposób jej odbudować, kamień skruszał i nie jest dobrą podporą. Na wiosnę będziemy burzyć i wznosić nową. Zewnętrzne mury są w opłakanym stanie. Budynki gospodarcze ledwo co udało się zabezpieczyć… - elf mówił o rzeczach, które niekonieczne powinien słyszeć ich gość. Nie przeprosił jednak. - Zimno ciągnie od kamieni, a i tak wiele zrobiliśmy, choć to wciąż za mało - wałęsające się po okolicy gobliny też należało mieć na oku.
   Elf mówił o rzeczach, które, nawet jeśli powinien je słyszeć, brzmiały dlań niezrozumiale. Może posiadał wiedzę większą niż inni, ta dotyczyła jednak historii i magii, starych zwyczajów i legend. Budownictwo było dlań dziedziną, która chociaż potężną i ważną była, pozostawała poza kręgiem jego zainteresowań. Większość fachowych terminów i wyjaśnień brzmiała w jego uszach jak bełkot, a mimo to chłonął je, zapamiętując, rad, że słyszy coś nowego, w dodatku od umysłu, który pojmuje istotę rzeczy, kocha i otacza nieomal czcią. Pasja w głosie młodego elfa cieszyła go znacznie bardziej niż same słowa.
   - Elenardzie-elda, proszę, ogrzejesz się gdzieś indziej. - czy powinien mówić o jedzeniu i tym, że Elenard może być głodny? Czy to nie obraza, takie przypomnienie o słabościach ciała, które musi się posilać, w myśl zasady, że królowie nie chodzą do kibelka i nie puszczają bąków? - Z pewnością też zgłodniałeś. Hyvan Finarthil niepotrzebnie gnał na złamanie karku. Pewnie już się przekonał, że jego troski okazały się niepotrzebne - młody elf wskazał Elenardowi schody; kamienne schody krasnoludzkiej konstrukcji, z typowo elfią drewnianą balustradą, z pnączami jako podporami, z lekkimi liśćmi, z których zielony barwnik zszedł jakiś czas temu, dodając im wieku i majestatyczności. Stopnie schodów wgłębione były po środku - ślad po wielu stopach, które na nich stawały - gdzieniegdzie, jeśli lepiej się przyjrzeć, można było dostrzec ślady palców - to pozostałość po dłoniach tych, którzy układali je kawałek po kawałku.
   - Gdy idzie o przyjaciół, zdrowy rozsądek i logika zawodzą, młodzieńcze. Mam nadzieję, że ich stan wkrótce się poprawi i usłyszymy, co ich spotkało. – To nie był rozkaz. To nie była ciekawość. To była sugestia. Wypowiedziana spokojnym tonem, który skrywał troskę.
   Ile to dni temu jego córka, krew jego krwi, wyruszyła tym samym szlakiem, by samotnie poszukać odpowiedzi? Czy ją spotkali czy też minęli się, nawet nie wiedząc? Jeśli ta dwójka została poturbowana bądź wpadła w zasadzkę, jaki los czekał samotnego elfa, który za towarzystwo ma jedynie wilka? Wilczarza, wybrańca boga, poprawił się w myśli.
   Lecz nawet to nie stłumiło niepokoju.
   Jego córeczka radziła sobie z wieloma kłopotami. Mógł to powiedzieć z dumą. Była lojalna, wierna i stała w przekonaniach. Nie była jednak niepokonana i nieśmiertelna. A tak się czasem zachowywała.
Zupełnie jak on w odległych czasach jego młodości. Martwić się. Nie tak nowe, a jednak zawsze zaskakujące uczucie.
   - Posiłkiem też nie pogardzę. – O ile cokolwiek przejdzie przez ściśnięte niepokojem i strachem gardło. – Gdybyś mi zaoferował coś ciepłego do picia, będę wdzięczny.
   - Coś ciepłego do picia… - chłopak przewertował w myślach zapasy nagromadzone w piwniczce; piwo, miód, piwo, miód, muchomorowa gorzałka. Wina zdecydowany brak. Więc Elenard-elda dostanie warzone na chmielowych szyszkach piwo, bo miód pewnie wyszedł wraz z najemnikiem i pewnym krasnoludem, a do zagryzienia gomółkę sera. Nie ma to jak przyjęcie szlachetnego gościa z należytym szacunkiem. Jak mówi stare, ludzkie przysłowie: gość w dom, bóg w dom, tylko powinien przynieść swoje zapasy. Tak jakoś to mówił hyvan, mniej więcej. - Grzane wino powinno być dobre - z zapasów Diarmuda, które bezczelnie zostanie podprowadzone za jakąś chwilkę, kiedy Elenard zostanie usadzony na miejscu. - Czy… - Ardaniel zerknął na idącego obok elfa - Hyvan Finarthil zaprosił cię tutaj, aby omówić zasięg naszej straży nad przełęczą? - to było jawne wtrącanie się w sprawy głowy rodu, ale była to też tajemnica poliszynela; Finarthil podejmując jakąś decyzję, przedstawiał ją wpierw tym z rodu, którzy zamieszkali strażnicę. Pytany kiedyś o taki zwyczaj odpowiadał, że czasami potrzebne jest świeże spojrzenie na sprawę.
   Elenard zdziwił się. Jego brew powędrowała lekko ku górze, uniesiona, wyrażając wątpliwość i jakieś niedowierzanie. Nie pozwolił jednak, by Ardaniel drugi raz powtórzył pytanie. Wahanie chłopaka było niczym z wahaniem starszego elfa. Gdyby nie chodziło o młodzika, pomyślałby, że to podstęp, w który wszedł niczego nie podejrzewając. O ukrytych motywach, fałszywym powodzie i być może, zdradzie. To, że jego dziadkiem był Ivelios niczego nie dowodziło. Krew mówiła tylko, z jakiego rodu się wywodzimy. Nie czyniła nas jednak takimi, jakimi jesteśmy.
   - Wasz hyvan nalegał na me przybycie z wielu przyczyn. Potrafi być przekonujący – przekonujący w dyplomatycznej mowie znaczyło upierdliwy jak odcisk na nodze czy kamień w bucie. Boli i uwiera dopóki się go nie pozbędziesz. Co w polityce Elenarda znaczyło poświęcić te dwa, może trzy dni na pojawienie się w Gniazdowisku. Odpowiedź wymijająca, lecz jedyna, jakiej mógł udzielić.
   Ardaniel powstrzymał śmiech, który próbował wyrwać się z jego ust udając, że kaszle. Nie potrafił jednak zapanować nad oczami, śmiejącymi się teraz z wypowiedzianych przez starego elfa słów. Hyvan potrafi być przekonujący, coś podobnego powiedział kiedyś Diarmud. - Upierdliwy. To właściwe słowo - młody elf czasami zapomniał z kim rozmawia, jakie dopiero słowa i o kim je wypowiada. Wśród wielu elfów to, co teraz powiedział, byłoby obrazą i niedopuszczalnym pogwałceniem kultury. Po pierwsze takie słowa zachowuje się dla siebie, bowiem nie godzi się ich wymawiać przy elfach wysokiego rodu, kalając ich uszy. Po drugie jawne obrażanie hyvana, bądź co bądź głowy rodu, kimkolwiek by nie był i jak by się nie zachowywał, także nie powinno mieć miejsca. Elenard-elda nie należał do rodziny i nie musiał wysłuchiwać opinii młodego elfa o swoim hyvanie. Cóż, słowa Ardy wynikały z tego, że jego hyvanem był właśnie Finarthil. Głośny, śmierdzący najemnik, który zapominał, że matką mu jest Laurion, elfka z krwi, kości i serca. Czasami, zwłaszcza młodym, trudno było nie ulec wpływowi czerwonowłosej marudy, chociaż najemnik nie zdawał sobie sprawy z tego, że burzy elfi ład i porządek, wchodząc z buciorami w tradycję i stare zasady.
   Ardaniel prowadził Elenarda korytarzami oświetlonymi lampami. Niewiele tu było światła, zwłaszcza wewnątrz budowli. Jej obronny charakter dawał się we znaki nowym mieszkańcom; nie mogli wybić okien, bo w ten sposób osłabiliby nie tylko konstrukcję całej bryły, ale przede wszystkim najważniejsze obronne atuty. Budowla bez okien była niemal nie do zdobycia, straż w jej wnętrzu mogła się bronić miesiącami, o ile miała odpowiednio duże zapasy. Do tego wejście, najlepiej dziesięć metrów nad poziomem ziemi, po linie. Tutaj sowi ród nie miał wyboru: dawne, stare nadproże wejścia, zapomniane przez czas, zostawiono w spokoju, a to całkiem nowe, wykute jeszcze w tej erze pewnie przez rabusiów, powiększono i zamieniono we wrota. Niosło to pewne ryzyko, ale umocnienia przed strażnicą dawały nadzieję, że pierwsza fala ewentualnych atakujących, rozbije się właśnie o nie.
   Korytarz zaprowadził ich na piętro, to lepiej zagospodarowane i nie tak zniszczone jak parter i górne części strażnicy. Być może dla rabusiów i przygodnych wędrowców nie było tutaj nic ciekawego, a i sama natura wolała zagarnąć dla siebie dziedziniec. Wiatru nie było tu słychać, jak w innych miejscach. Na ścianach wisiały elfie tarcze, z przedstawienie sowy; tak, jak na dole, przy wejściu, wisiały zielone sztandary z haftowanymi turdusami. Było też kilka okienek. Kamienną podłogę wyłożono tu drewnem; chłód jaki ciągnął od kamieni, drażnił nawykłe do ciepła lasów Eilendyr elfy. Tutaj też znajdowały się dawne strażnicze pokoiki, teraz zamienione i przystosowane do potrzeb elfów. Cóż, niestety młodziki i młodsze wiekiem elfy musiały dzielić jedno pomieszczenie wspólnie; nie było tu miejsca, aby każdy miał coś dla siebie, swoją klitkę. Należało pogodzić się z tym, że przestrzeń i wygody Sowiego Domu z Eilendyr już nie wrócą. Zmieniła się też rola, nie strzegli kurhanów, a pilnowali szlaku do Irandal. Wciąż byli strażnikami i to im wystarczało. Kilka elfów z rodu zostało z Frilem w Ataxiar, malutka część udała się z Kelaris na Wegę, a reszta równo podążyła za hyvanem do Doliny Ciszy.
   - Jesteśmy.
   Zatrzymali się przed drzwiami. Nie byle jakimi. Wisiała na nich tabliczka „Najemnik Brzeszczot. Nie hyvan Finarthil!”. Ardaniel westchnął, obracając ją na właściwą stronę z „Hyvan Finarthil”; było tu tyle drzwi, że tak było łatwiej, na początek, bo sposób się nie sprawdził, głównie przez dziecinne zachowanie ich hyvana. Bo on jest najemnik, a nie patron rodu.
   Ciekawe, co zastaną po otwarciu drzwi.
   Finarthil miał szczęście. Dostał osobną kwaterkę, z salonikiem, bo jak to tak, by gości przyjmować na łóżku? Sala do oficjalnych przyjęć wciąż nie miała podłogi, więc zaprowadzenie tam Pana Doliny nie wchodziło w grę, nawet zdenerwowany Ardaniel to wiedział. Miejmy nadzieję, że za drzwiami będzie ład i porządek. Skrzypnęły nienaoliwione zawiasy, kiedy klamka drgnęła, a drzwi zostały pchnięte do środka. Przez jedyne okienko sączyło się światło popołudniowego, przymglonego dnia. W saloniku, dzięki niech będą wszechmocnemu Turdusowi, panowała czystość. Ale to tylko dlatego, przypomniał sobie Arda, że po wyjeździe hyvana posprzątano tutaj i tak zostało. Finarthil nie miał jeszcze okazji tutaj nabałaganić.
- Tutaj będziesz mógł odpocząć, Elenardzie-elda.
   Czy był aż takim wiekowym starcem, by potrzebować odpoczynku? Czy troski sprawowania władzy i niepokój o córkę odcisnęły na nim tak silne piętno, że zdawał się zmęczony? Droga sprawiła, że zmarzł, że zesztywniał od jazdy i długiego siedzenia w siodle. A mimo to po prostu skinął głową, machinalnie wkraczając do pokoju.
   Królestwa Finarthila.
   Nie był wszechwiedzący. Z całą pewnością nie takiego widoku oczekiwał. Na pierwszy rzut oka wysuwał się porządek. Na drugi brak wielu osobistych rzeczy. Pamiątek, bibelotów, książek, pergaminów. Tego, co świadczyłoby o upodobaniach mieszkańca. Tak jakby hyvan był tu gościem, nie zaś stałym mieszkańcem. Jakby dopiero przyzwyczajał się do myśli, że oto jego nowy dom. Kilkoma energicznymi krokami przemierzył salonik, stając przy oknie. Nawet nie zdawał sobie sprawy, że to kolejny nawyk, jaki przejęła po nim córka. Gdy trzeba było zebrać myśli, zmierzyć się z trudnościami, ona też tak stawała, szukając natchnienia w otaczającym ją świecie, próbując wyciszyć umysł. Salonik hyvana był obcy, ale niechaj Elenard zajrzy tylko do pokoiku obok, od razu tego pożałuje.
   Obraz nędzy, chaosu i bezładu będzie go dręczył przez długi czas. To tego królestwa Finarthila nie wchodził sprzątać nikt, bo nikt nie był na tyle szalony. Ogarnąć ten bałagan mógł tylko hyvan, ale jedynie w sytuacji, gdy na progu Gniazdowiska stanęłaby Heiana. Wtedy, jak to mówią ludzie, ubrania i rzeczy latałyby oknami i drzwiami. Nie przeszłoby chowanie ich pod łóżkiem, w szafie, czy po skrzyniach; najczęściej lądowały za oknem, piętro niżej, na balkoniku, skąd potem w jednej kupie hyvan zanosił je do siebie, oczywiście, najpierw uzdrowicielka musiała zniknąć na gościńcu. Czasami elfy z rodu zastanawiały się, czy uzdrowicielka wie; jeśli wiedziała, musiała mieć dużo cierpliwości, a jeśli nie, niech bogowie ją strzegą i nigdy nie pozwolą się dowiedzieć. Lepiej też, aby nie przybywała bez zapowiedzi, jak ostatnio: wtedy to hyvan wychodził z siebie, by ogarnąć pokoik po… spotkaniu w gronie przyjaciół (to było chlanie, ale żadnemu elfowi przez usta nie przejdzie takie określenie).
   - Gdybyś mógł Ardanielu dowiedzieć się, co z przyjaciółmi hyvana, będę zobowiązany.
   Młody elf skinął głową, trzęsąc czerwoną czupryną. Zaraz jednak coś sobie uświadomił. Miał zostawić szlachetnego gościa samego? Etykieta wymagała, by zapewnić osobie czekającej na pana domu towarzystwo do czasu, aż hyvan się zjawi, zabawiając gościa rozmową. Tylko, że hyvan mógł już całkiem zapomnieć o Panu Doliny. Ardaniel miał problem, a wszystko to było winą Finarthila. Nie miał też kto przynieść poczęstunku, ani kto poprosić o niego, bo większość elfów rozeszła się po Gniazdowisku, a służek to tu nie było, bo nie, jak to kiedyś odpowiedział mu hyvan. I co teraz? Elenard-elda w końcu przeklnie ich ród, postawi na nich krzyżyk i wygoni za siedem gór. To nie była królowa Niraneth-elda, nawet jeśli mieli tę samą krew. Pan Doliny nie będzie tak wyrozumiały dla hyvana jak ona, z pewnością nie. Finarthil miałby za dobrze.
Iść. Zostać. Iść. Zostać. Miał dylemat.
   - Czcigodny Elenardzie-elda - czy ktoś już zauważył, że elfie końcówki grzecznościowe były uciążliwe? - Racz mi wybaczyć, że jako gościa zostawiam cię samego - a może ktoś powinien powiedzieć biednemu Ardanielowi, że Elenard niekoniecznie oczekuje tak ścisłej etykiety? - Dowiem się wszystkiego. Nie miej nam za złe, że nie ugościliśmy cię, jak naszego włodarza - i tutaj Arda chyba stwierdził, że dość tego gadania, tej paplaniny, bo ukłonił się nisko i obróciwszy na pięcie, wycofał się ładnie. A kiedy tylko zniknął staremu elfowi z oczu, puścił się biegiem przez korytarz. Jakby Elenard i tak tego nie usłyszał.

~~
   Brzeszczot człapał sobie korytarzem. Oczywiście płaszcz zostawił u uzdrowicielki, bo ktoś mu go sprzątnął sprzed nosa (z kąta, gdzie go zostawił) i odwiesił na oparcie krzesła, gdzie nie został zauważony. Często mu się zdarzało zostawiać ubrania byle gdzie. W brzuchu mu burczało, miał ochotę na porządny kawał mięsa, pieczone ziemniaki i kufel piwa, które pomagało wygonić z ciała zmęczenie.
   Drapiąc się po tyłku, skierował więc swe kroki na dół, gdzie miał zamiar znaleźć coś dobrego. Ciekawe, co było dziś na obiad. Może udziec barani, albo jakaś dobra potrawka? Mmm, ciasto na deser też byłoby dobre… Ojciec robił dobre, jedno jedyne, jakiego się nauczył, z owocami. Szkoda, że to nie pora na nie. Piwo też ważył zacne. Ciekawe, co tam u niego. Trzeba będzie staruszka sprowadzić do Doliny, chociaż podróż przez całą Keronię mogła być odrobinę męcząca no i jego marudzenie, że nie, bo zima, bo to daleko, bo jest potrzebny w wiosce, bo ma pracę, bo zamówienie, bo…
   Zamyślony najemnik wpadł na kogoś wybiegającego z bocznego korytarza.
   - Kurwa jego mać. Aleś mnie przestraszył - łapiąc się za serce, Dar popatrzył krzywo na młodego elfa - Ardaniel, wiesz, Veya cię szukała. Mówiła coś o zaginionych opatrunkach. I wytarganiu za uszy. Ja bym się jej na oczy nie pokazywał.
   - Finarthil! Co ty tu robisz?
   - Głodny jestem, a to droga do kuchni. Dotrzymasz mi towarzystwa?
   W innych okolicznościach Ardaniel ochoczo skinąłby głową i z chęcią się przyłączył, ale na wszechmocnych bogów i matkę ziemię, co ten hyvan wyprawiał? Czy udawał? Ale młody elf nie dopatrzył się w jego zachowaniu kłamstwa, co jak co, ale hyvan nie potrafił udawać. On naprawdę zapomniał. Z ust Ardaniela wyrwało się westchnienie.
   - Zapomniałeś.
   - O kim? - burczenie w brzuchu najemnika zrobiło się donośniejsze.
   - Elenard-elda! Zostawiłeś naszego włodarza na progu, samego i uciekłeś! Prawa gościnności wsadziłeś w buty! A teraz on siedzi sam w twoim saloniku! - ocho, ktoś musiał co nieco z siebie wyrzucić. - Musiałem się nim zająć! Bogowie, to stresujące. A on teraz czeka na posiłek, sam jeden.
   - U mnie? - tak troszkę się Darowi o Elenardzie zapomniało, odrobinkę, tyci tyci. Też sobie westchnął
   - No tak. 
   - Dobra młody, weź mnie też coś do żarcia.

~~
   Podkute buciory zadudniły na drewnianej podłodze. Zaraz też w drzwiach pojawiła się rozczochrana czerwona czupryna, która kiedyś związana była w warkocz. Pan tego królestwa przybył. W buciorach, spodniach, pomiętej koszuli, karwaszach wcale nie różowych, bo zaklęcie zdjęto. I uwalił się na fotelu, rozwalając się jak w karczmie. Elenard został zauważony, oczywiście.
   - Trochę mi się o tobie zapomniało, Tatku. Wybacz - i najemnikowa rączka sięgnęła do kuferka - Na przeprosiny. Gorzałeczki? - i tu z wnętrzności skrzyni została wyciągnięta butelczyna z bursztynowym płynem.
   - Uważaj synuś, bo jak cię przygarnę, to się gorzałka krasnoludzka skończy. Za młody jesteś na nią – zwodniczo spokojnym, łagodnym tonem powtórzył Elenard. Podszedł do rozwalonego w fotelu Dara, pochylił się nad nim i wykorzystując chwilowe zaskoczenie ostrożnie wziął od najemnika butelkę ciemnego płynu. Szkoda, żeby się zmarnowała dobra, krasnoludzka gorzałka, którą tak wysoce cenił Dolny Król, Ymir. – Jeśli mam cię przygarnąć, synuś, powinieneś się nauczyć kilku prawd – ciągnął dalej, odstawiając butelkę na stolik. Wciąż bez śladu gniewu. – Pojąć kilka rzeczy. Jesteś teraz głową rodu. Mieszańcem, półkrwi, najemnikiem i Brzeszczotem. Darem. Ale i głową rodu. Odpowiadasz za nich. Za ich dobro, powodzenie i szacunek. Nie jesteś już tylko najemnikiem. A to oznacza, że musisz zmienić niektóre zachowania. Jestem tu zaledwie chwilę, a już zdążyłeś mnie znieważyć na niemal każdy z możliwych sposobów. Odwiedził cię ktoś starszy od ciebie. Ktoś o wyższej pozycji. Ktoś, kto ofiarował wam to miejsce – on nie wypominał. On stwierdzał fakt. – Ty zostawiłeś go na progu, nie powitałeś, nie zaofiarowałeś jadła, napoju, rozmowy. Nie przysłałeś nikogo, by się zajął gościem. Zapomniałeś. A wracając, rozwalasz się na fotelu i rzucasz jak ochłap mięsa wygłodniałemu psu swoje przeprosiny. Musisz zrozumieć… - znienacka Dar został schwycony za ucho i lekko pociągnięty. Na tyle mocno, by to poczuł, na tyle lekko, by przypadkiem nie miał wrażenia, że ktoś chce mu tu oderwać ucho, wyrywając je. - Możesz być bałaganiarzem, pijakiem i bezczelnym młodzikiem. Możesz rozrzucać rzeczy z pokoju, zrzucać je z balkonu i mieć tylko trzy pary skarpet. Ale musisz się nauczyć grać, jeśli chcesz, by nie zapomniano ani o tobie, ani o rodzie. Możesz mnie mieć za starego, zrzędliwego dziadka, ale nie możesz pozwolić, bym o tym wiedział. A raczej bym to odczuł. Ivelios-elda nie przekazał w twoje ręce zaszczytu. Przekazał obowiązek i trudy. I wierzył, że podołasz. – Ostatni raz szarpnął za ucho półelfa. - A to, żebyś zapamiętał.
   - Wybacz Tatku, ale z całym szacunkiem jaki ci się należy, pierdolisz - gdyby Ardaniel to słyszał, dostałby zawału, gdyby ktokolwiek inny to usłyszał, byłaby połajanka, gdyby wyszło to poza mury tego domu, byłby skandal i porażka. Ale Dar był u siebie. Z Elenardem, któremu należało coś przypomnieć - To jest mój dom, więc to także twój dom. Nie jesteś w gościach, tylko u siebie. Powinieneś się tu czuć, jak we własnym pokoju. Możesz iść do kuchni, pogrzebać w spiżarni i coś sobie zjeść. Możesz skorzystać z łaźni i w gaciach iść do siebie. Ty nie potrzebujesz towarzystwa, powitań, czy elfiej etykiety. Ty jesteś u siebie, jesteś swój, więc nie marudź, że o tobie zapomniałem. To także twój dom, jesteś Tatkiem i o. Bez krępacji, nogi na stół, buty w kąt i gorzałka na stół. Chyba, że byliby inni goście, wtedy utrzymujemy pozory. - Brzeszczot powiedział, co wiedział. Mądrala się znalazła. Patrzcie go, wielki mówca. Ale mówił szczerze, z serca, z dobrymi intencjami, nie owijając w bawełnę, nic nie ukrywając. W sposób dla siebie typowy. Nie jak elf, pięknymi słówkami, nie jak minstrel, ale jak na Dara przystało. Pewnie Maltorn wytargałby go za okrągłe uszy, za taką prostacką i bezpośrednią szczerość, ale nie dla niego były ładne słówka.
   Po tej drobnej nauce Elenard z całkowitym spokojem, jakby był u siebie, podszedł do szafki, wyciągając z niej kubek z odrobinę wyszczerbionym uchem. Przyjrzał mu się krytycznie, zignorował osiadły na dnie kurz, od tego się nie umiera. Powolnym krokiem podszedł do odstawionej na bok butelki i nalał sobie bursztynowego płynu. Pełny kubek.
   - Dziadek zrobił mi na złość. Wiedział, że rola hyvana mi nie leży, więc postawił mnie przed faktem dokonanym. Dopóki żył - odruchowo zaczął obracać w palcach rodowy pierścień z kamieniem cymofanu - Wszystko mi pasowało. On trzymał pieczę nad Piórami, a ja byłem sobie najemnikiem. W buciorach i na drodze. Ród to kłopot. Hyvan to kłopot. Cokolwiek zrobisz, będzie ocenione, przyglądają się każdemu ruchowi, to ogranicza, bo człowiek zaczyna myśleć, czy nie robi czegoś, co zaszkodzi Piórom. To odpowiedzialność. Za życie, za przyszłość. To już nie tylko ja. Teraz nie uderzę elfiego radnego, bo szkoda będzie leżeć cieniem na rodzie, nie tylko na mnie. Zrozumiałem, co Szept miała na myśli, kiedy mówiła o ciążącej koronie - chwila ciszy, kiedy tylko skrzypienie fotela pod machającymi nogami najemnika, ją zakłócało - Zarzuć mi bycie najemnikiem z wioski w lesie, prostakiem od kowala, ale… Nie pozwolę skrzywdzić tych elfów. Cholera, nie dam ich zhańbić. Mogę machnąć ręką na bycie najemnikiem, na włóczenie się po kraju, na gorzałkę i chlanie z krasnoludami, mogę nosić swędzące elfie szaty, ale to mój ród i niech tylko ktoś podniesie na niego rękę, to ją straci. To dziedzictwo dziadka, Diarmuda, Giorsala, Faolina. To przyszłość moich i innych dzieci. Nie zaprzepaszczę tego, co zostawił mi Ivelios. Nie opuszczę tych, którzy złożyli swoje losy w moich zniszczonych, styranych rękach. A przynajmniej się postaram. Zrozumiałem też, co Szept miała na myśli, kiedy mówiła o ciążącej koronie.
   W zetknięciu ze spokojnym Elenardem można było zapomnieć, kim jest. Był wiekowy, młodość dawno pozostawił za sobą. Był skryty i sprytny, nie brakowało mu przy tym taktu i dyplomacji. Na wielu rzeczach się nie znał, szczycił się tym, że potrafi poznać i oceniać charaktery. Pod wieloma względami podobny do Lethiasa, różnił się od swego krewniaka i przedstawiciela rodu w Starszyźnie. Lethias był zawsze opanowany, spokojny i niedostępny. Dyplomata, acz chłodny w obejściu, ceniony za rady i uczciwość, wierność i stałość, ale też nierozumiany przez to jego nieludzkie opanowanie. Elenarda cechował i spokój i opanowanie, lecz niezręczną atmosferę potrafił rozjaśnić żartem i uśmiechem, zrobić coś, co zupełnie do niego nie pasowało. Elf, który czasem zapomniał w zachowaniu o tym, że urodził się długowiecznym, lecz nigdy nie zapominał o tym w swym sercu.
   - „Ciężar korony często doskwiera temu, kto ją nosi” – zacytował Elenard. – To nie moja córka, to Hrunhgnor, krasnoludzki bóg władców. Niegdyś wielki książę, który śnił o zjednoczonym królestwie, tym samym, które my znamy pod mianem Dolnego Królestwa. Nie spełnił swej wizji, zamordowany przez krewniaka… ale to opowieść na inny wieczór. - Elenard więc nie tylko pił z krasnoludzkim królem. Zdążył poznać zwyczaje i mentalność swych sąsiadów, ich legendy, wierzenia i zachowania. - Osobiście preferuję jednak wino - zaczął, kłaniając głowę przed głową rodu, zupełnie jakby przed chwilą tej szanowanej głowy nie wytargał za ucho. - Szczególnie wytrawne.
   Kubek, tak, kubek pełen bursztynowego płynu powędrował do ust elfa. Grdyka poruszyła się, gdy pił. Pił. I pił. Gorzałkę. Czystą, nierozcieńczoną niczym krasnoludzką gorzałkę. Elf. Elf wysokiego rodu. Kiedy zaś odstawił kubek, ten świecił bielą dna. Nic. Ani kropli.
   - Nic jednak nie rozgrzewa tak jak krasnoludzki trunek – Elenard uniósł nieco brew, a po wargach przemknął mu psotny uśmiech. – Dzieciaku, tutaj mamy za sąsiadów krasnoludy. Myślałeś, że ty pierwszy raczysz mnie ich ulubionym trunkiem?
   - No Tatku, Szept wie, że jej szlachetny tatuś, pije krasnoludzką gorzałkę, jak herbatkę?
   - Szept nie urodziła się wczoraj.
   - A ty nie urodziłeś się krasnoludem. Odbierasz mi wizję elfa-świętoszka.



c.d.n.

11 komentarzy:

Nefryt pisze...

[Znalazłam chwilę, żeby przeczytać. Warto było. Chociaż moje nieogarnięcie w sprawach elfów dało znać i dopiero w połowie kapnęłam się, że Dar i Finarthil to jedna osoba :P No, ale teraz już wiem i wszystko nabrało sensu, bo ród nie ma dwóch hyvanów, tylko jednego hyvana o dwóch imionach.
Swoją drogą - nie sądziłam, że Dar ma aż taki tupet, ale i tak mam wrażenie, że wbrew pozorom ród z nim nie zginie.
Za to Elenard ma cierpliwość. Zastanawia mnie, czy on po prostu taki jest, czy ma w tym jakiś cel?]

Silva pisze...

[Finarthil to imię, które dała mu matka, i którego używają elfy, ale... w sumie nie pomyślałam, by to jakiś zaznaczyć w notce, a powinnam, bo... skąd niby mieliby ludzie wiedzieć. No dobra, z karty, ale i tak powinnam pamiętać :D]

Szept pisze...

[Nef, podejrzewam, że Dar ma aż taki tupet tylko dla tego, że Elenard to ojciec Szept.
Acz ten konkretny elf miał całkiem sporo lat, żeby nauczyć się i cierpliwości i dyplomacji, więc chyba można powiedzieć, że po prostu taki jest. Synek ani córeczka nie odziedziczyli po nim tej cechy.
Najlepsze, że ponoć ja wymyśliłam imię dla Dara, a nie mogę go zapamiętać.]

Szept pisze...

[P.S. Darrusowa, wolałam sowę :P]

Silva pisze...

[Sową jestem duchowo! Ale zakochałam się w tym arcie więc musiałam ^^
Hm, tak, potwierdzam. Dar ma taki tupet, bo to Tatko, swojak. Podejrzewam, że matki Szept w życiu by tak nie potraktował]

Szept pisze...

[Darrusowa, też tak podejrzewam, że przy mamusi by nie śmiał :P]

Aed pisze...

[Przeczytałam, jak zwykle z dramatycznym opóźnieniem.
Czy mi się podobało? Głupie pytanie. Straszni mi się podobało. Kocham dialogi. Kocham opisy. Kocham Elenarda. I tabliczkę na drzwiach darowego saloniku. I trzy pary skarpet. I wywalanie bałaganu przez okno.
Porządny kom będzie jutro... znaczy dzisiaj. Znaczy... bezpieczniej będzie napisać, że w weekend.
Czekam na kolejną część. Bardzo czekam. :D I... pytanie mam, z ciekawości... będzie ciąg dalszy biegania po bagnach? :3

Ten art z ava jest ślicznyyy... xD]

Szept pisze...

[O bieganiu po bagnach - rany, ktoś o tym pamięta :D - pewna, nie pokazując palcem, osoba redagująca zapomniała.
Ale, jak już jej druga część redagująca przypomniała, to i tamtą będziemy poprawiać i składać. Zwłaszcza, że kontynuacja Bab i wilków dopiero się pisze.
Opisów nie da się nie kochać, zwłaszcza, że w większości są Darrusowej. A jak ona sypnie takim opisem, to hoho.
I chyba jednak powinnam dopisać ostatnie zdanie do końcówki, bo bezczelność Dara... no. Ale to już za późno. I niestety, wyłapałam kilka błędów i zgrzytów w swoim czymś, więc... A mówią, nie czytaj drugi raz... chyba, że przed publikacją.]

Silva pisze...

[Co do bagien, nie pokazując palcem, ktoś inny też może je obrobić i nie oglądać się na kogoś innego ;p
Aedówko - a któż nie kocha postaci Szept? Dobra, magiczka i uzdrowicielka to standard, ale poboczne! :D *wcale nie lizus*
Szept - ale tak znając Dara, to może i by coś szanownej mamusi wywinął ;p]

Szept pisze...

[Ale tak nie pokazując paluszkiem... dobra, to nie na forum. Na gg obrobię ci zadek :P
A na serio, to jak wrócę do Lublina pomyślimy i poszukamy, gdzie ja ten tekst w ogóle mam.
Poprawię, znając Dara, to by mamusi coś próbował wywinąć. Tylko nie ręczę, z jakim skutkiem, bo Aerandel cierpliwości Elenarda to nie ma.
I pani wcale nie lizus, toć uzdrowicielka jest poboczną, nie główną postacią! :P]

Silva pisze...

[Dla kogo jest poboczną, dla tego jest! ;p
Poza tym, pani od grożenia paluszkiem - Babcie Sowy się szanuje, a nie im palcami grozi! :D]

Prawa autorskie

© Zastrzegamy sobie prawa autorskie do umieszczanych na blogu tekstów, wymyślonego na jego potrzeby świata oraz postaci.
Nie rościmy sobie natomiast praw autorskich do tych artów, które nie są naszego autorstwa.

Szukaj




˅ ^
+ postacie
Rinne Lasair