Przewodnik

Linki-obrazki

Misje
I. Więzi przyjaźni
Spotykasz po latach kogoś, kto dawniej był ci bliski. Wplątuje cię on w jakąś historię, która nie dość, że z czasem się komplikuje, to w dodatku budzi w tobie wątpliwości co do intencji przyjaciela.

II. Linia frontu
Kerończy natarli na Prowincję Demarską. Oblegany jest sam Demar. Jedni ludzie stają do walki, inni uciekają ze spalonej ziemi. Napastnicy, obrońcy i cywile. Po której stronie staniesz?

Opcjonalnie: Udział w buncie niewolników w Wirginii bądź inne miejsca walk.

III. Rekonwalescencja
W nie najlepszej kondycji trafiasz do wioski lub klasztoru. Wydaje ci się, że trafiłeś w dobre ręce i że wkrótce będziesz mógł opuścić to miejsce. Okazuje się jednak, że z pozoru życzliwi i uprzejmi ludzie skrywają przed tobą jakąś tajemnicę.

IV. Zabij bestię
Coś napada, nęka mieszkańców. Zawierasz umowę z wójtem - dostarczysz głowę bestii za określoną cenę. Okazuje się jednak, że stworzenie nie działa bez powodu - jest w jakiś sposób prowokowane przez mieszkańców.

Opcjonalnie: Bestia jest wrażliwa na hałas z karczmy albo ludzie naruszyli w jakiś sposób jej rewir (weszli na jej teren, zajęli leże ze względu na drogie surowce itp.)

V. Nielegalne walki
Dochodzą cię słuchy o nielegalnych walkach prowadzonych w okolicy. Położysz im kres czy może postanowisz wziąć w nich udział dla własnego zysku? Pieniądze nie leżą na ulicy.

VI. Zlecone zabójstwo
Dochodzi do zamachu, w wyniku którego ginie ktoś ważny. Podejmujesz się odnalezienia zabójcy – albo jego zleceniodawcy. Od ciebie zależy, czy dojdzie do aresztowania winnych, czy pomożesz im uniknąć kary.

VII. Egzekucja
W mieście lub wiosce szykuje się egzekucja. Znasz sprawcę albo sam doprowadziłeś do jego schwytania. Realizacja wyroku coraz bliżej.

Opcjonalnie: Z czasem nabierasz wątpliwości, czy skazaniec faktycznie jest winny i chcesz go uwolnić lub dochodzą cię pogłoski, że ktoś może chcieć uwolnić kryminalistę.

zamknij
Dodaj do WTP Spis kodów
Spis opowiadań
Kiedyś przyjdzie mi za to wszystko zapłacić... Weselicho, czyli tańcz, jedz i chędoż za darmochę! Oszukać czas. Oszukać przeznaczenie. Oszukać... siebie. Baśń o wolności: Preludium Świątynia Ażubora (1) Wszystkiego krówkowego! (okolicznościowa, krótkie opowiadanie "Motyw przewodni - Prezent". Ta dam, pamiętaliśmy! I - Wezwanie pomocy: alchemio, przybywaj! Gdy demon odzyskuje człowieczeństwo, przypomina sobie jak być człowiekiem. Nikt nie zna prawdziwego bólu do czasu aż nie straci kogoś bliskiego sercu. Niedopowiedziane historie Wendigo i Driada Szczurzy dzień (autor: Szept, Silva) Domek, zupa, sukkub i historia (autor: Elias) Sen i niespodzianki (autor: Elias) Boląca strata i niepokojący gość! (autor: Elias) Cienie i nowy przyjaciel (autor: Elias) Kruki (autor: Elias) Cienie i Starsze Dusze (autor: Elias) Zawsze jest kolejna tajemnica (autor: Silva) Zło Kor'hu Dull (autor: Elias) Złodziej Twarzy i Koszmar (autor: Elias) Królewiec (autor: Elias) Przed świtem (autor: Nefryt) Król Żebraków i nowe drzwi (autor: Elias) Akceptacja (autor: Elias) Nostalgia (autor: Nefryt) Nowa droga i niespodziewane wyznanie? (autor: Elias) Biały i zielony daje czerwony! (autor: Elias) Nowe wyzwania w nowym życiu (autor: Elias) Krąg tajemnic (autor: Elias) Jack (autor: Elias) Czasami to mrok daje najwięcej światła (autor: Elias) Trzy sceny o szpiegowaniu (autor: Nefryt) Morze bólu. Promyk nadziei ... (autor: Elias) Nie ma sensu szukać guza. Chyba, że jest się najemnikiem (autor: Silva) Sól (autor: Aed) Dyjanna Muirne: Miecz może być dowodem wszystkiego (autor: Zorana) Opus Magnum I (autor: Iskra) Uszatek i Kwiatek na tropie przygody: Przypadłość parszywej gospody (autor: Paeonia i Szept) Gdy gasną świece (autor: Zombbiszon) ... Najjaśniej płoną gwiazdy nadziei. (autor: Zombbiszon) Elias cz. 1 (autor: Zombbiszon) Elias cz. 2 (autor: Zombbiszon) Historia (autor: Zombbiszon)
zamknij

Chat


Góry Mgieł, źródło rzeki Inki. Zejście z gór.
   Inka szemrała cichutko, płynąc wartkim strumieniem na spotkanie z Suraną. Jej kamieniste, poszarpane brzegi zmroził lód, a śnieg zasypał górskie zbocza. O tej porze roku białego puchu było tyle, że zalegając w wyższych partiach gór Mgieł powodował lawiny, a ścieżki i utarte szlaki prowadzące z Wirginii do Keronii zasypał, czyniąc je nieprzejezdnymi. Podróżując znanymi drogami często można było dostrzec głębokie ślady w śniegu, uciekające w bok, być może jakiegoś głupca, a może myśliwego, czy wędrowca, który zna te tereny i zwierzęce ścieżki. Zimą w górach nawet sprawdzone szlaki okazywały się zawodne, dlatego większość wolała pokonać granicę gór stosunkowo bezpieczniejszym morzem. Byli też tacy, co opuszczali Wirginię idąc od Maliaru aż do Dworów, małej wioski, w której kończył się szlak przez góry. Późną wiosną i latem była to dobra droga, miejscami stroma, ale człowiek z koniem mógł nią spokojnie i w miarę bezpiecznie przejść na drugą stronę. Zimą nie nadawała się do niczego, ale wytrwali mogli spróbować ją przebyć.
   Inka szemrała cichutko. Szare, zachmurzone niebo ciemniało wraz z zachodzącym słońcem, kryjącym się za szczytami gór. W dole, u źródeł rzeki, zalegał mrok; tylko w górze wciąż jaśniała szarość mijającego dnia. Padający od rana śnieg, całkiem porządna zamieć, od kilku godzin prószył słabo, dając wytchnienie; zasypał ślady, okrył drzewa i tak już uginające się od jego ciężaru, dołożył też trudów na kolejny dzień. Wiatr umilkł i tylko mróz wciąż trzymał.
   Inka szemrała cichutko. W cieniu gór, pośród drzew okrytych śniegiem, w ciemności i chłodzie nadchodzącej nocy, rozbłysło światełko. Zgasło zaraz, by po chwili znów rozjaśnić ciemność i zniknąć, jakby go w ogóle nie było. Pod nawisem skalnym, tylko częściowo chroniącym od wiatru i śniegu, na sosnowych igłach i gałęziach, z dala od nawianego śniegu, jak najgłębiej, by uciec od chłodu, trzasnęło krzesiwko. Tym razem iskry spadły na trociny i suche patyczki; chwilę to zajęło, ale ogień w końcu zapłonął, a jego blask oświetlił dwóch wędrowców. W grubych, skórzanych płaszczach, z twarzami zasłoniętymi chustami, obsypanych śniegiem i zmarzniętych jak cholera.
   Szamanka z wilkołakiem. Oboje wychowani w cieniu szczytów Gór Mgieł. Zmarznięci, wychłodzeni, głodni po całodniowej wędrówce i dużo bardziej zmęczeni przez ograniczenia ciał; Drav marzł w swej ludzkiej formie szybciej, męczył się mocniej, jednak nic z tym nie robił, bowiem chciał dotrzymać towarzystwa szamance - nie żeby ona tego chciała i potrzebowała, ale wilkołak wolał podążać za nią na dwóch nogach. Silva też odczuwała zimno, chociaż niskie temperatury zazwyczaj jej nie przeszkadzały; tam, gdzie stała wioska Ti'Ran, śnieg i mróz były przez cały rok. Inaczej niż u Wisielca, który jak dureń nie chciał się przemienić i teraz krzątał się przy podróżnych sakwach, pozostawiając ogień w dłoniach szamanki.
   Mały kociołek zamiast wylądować nad ogniem, posłużył wpierw do zebrania śniegu; dopiero pełny stanął na dwóch kamieniach, pośrodku płonących drewienek. Chwilę zajmie zanim śnieg się roztopi. Teraz był czas na ogarnięcie się po przeprawie przez góry, na sprawdzenie zapasów, na ogrzanie przy ogniu, zregenerowanie sił. Tak, jasne... Silva zrzucając ciężki, nieporęczny płaszcz, złapała za nóż i zajęła się oprawieniem zająca, którego złapał pchlarz; oboje byli głodni, a szamanka nie przejmowała się chłodem, ot zrobi, co ma zrobić i będzie mogła usiąść przed ogniem. Szykował się gulasz; do kociołka trafi wszystko, poza futrem i flakami; także resztki zeschniętej już marchewki, obite ziemniaki i czerstwy chleb.
   - Mógłbym go zjeść na raz, nawet z futrem - brzuch Wisielca wydał głośny protest na widok rozrywanego zająca. Był głodny, był wilkiem i takie kąski jadał bez niepotrzebnej obróbki, której poddawali wszystko ludzie. A to sól, a to przyprawa, a to trzeba do miękkości... Dobra, może i gulasz z uszaka będzie pyszny, ale żołądek mu się w supełek zawinie, zanim będzie gotowy.
   - W mieszku zostało trochę ziół, zalej je wrzątkiem - wody mieli nadto, a kubki kupione pośpiesznie w Maliarze, bo ktoś zapomniał o własnych, nadawały się do podgrzania przy ogniu.
   - Znowu mięta, pokrzywa i inne trawy?
   - Przecież ich nie lubisz. To jagody i jeżyny.
   Okej, Wisielec aż spojrzał ze zdziwieniem na szamankę, która spokojnie ćwiartowała zająca. Czy ona posłuchała jego marudzenia i zmieniła niedobry napar, na coś, co lubił? Czyli o nim pomyślała... czyli jej zależy, czyli...
   - Nie myśl sobie, że to dla ciebie. Mięta w dużych ilościach źle działa.
   Wisielec i tak jej nie uwierzył. Wiedział, że chciała tylko ukryć za zasłoną słów to, czego sam się domyślił. No bo przecież wszem i wobec nie powie, że tak, ona to zrobiła, bo o nim pomyślała. I wszystko zepsuło burczenie w wilczym brzuchu, od zapachu herbatki. - Długo jeszcze?
   - Podrap się po tyłku, jeśli się nudzisz - co prawda zając już pływał w wodzie razem z warzywami, ale nawet drobno rozerwane mięso chwilę się będzie dusić. I wilkołak nie powinien marudzić. Zje ciepły, sycący posiłek, a nie przełknie na raz i nawet nie poczuje. Inni, w górach, na pewno nie mają takiego szczęścia.
   - Zmarznięty - i wilcze dupsko klapnęło obok szamanki, mieszającej łychą w kociołku. Silva nie byłaby sobą, gdyby nie wstała, odsuwają się od nachalnego wilczyska. Nawet burknięcie nie przekonało jej, aby wrócić na miejsce. Trzeba zająć się gulaszem, a nie wyrośniętym psiskiem, domagającym się pieszczot. - Chcesz się zatrzymać w Gniazdowisku?
   - Chcę. Zanim pójdziemy na klif Orłowski.
   - Najemnik zaciągnie nas do roboty.
   - To my wyciągniemy od niego prowiant - szamanka westchnęła; droga z Wirginii wcale nie okazała się tak łatwa, jak sądziła. Śnieg, wiatr, zasypane przełęcze, pomylone drogi. Watahy wilków i orki, które spotykali już bliżej Doliny Ciszy. Cztery dni temu powinni być nad Zatoką Wspomnień, a wciąż nie przekroczyli Gadziego Przesmyku. - Nie sądziłam, że górskie ścieżki są aż tak zasypane.
   - Najgorsze mamy za sobą, w Dolinie będzie łatwiej. Może spotkamy Szept?
   - Tak, moglibyśmy.

Góry Mgieł, zakole rzeki Inki. Podejście od strony Surany.
   Znad rzeki unosiła się lekka, biała mgiełka, ledwie widoczna na tle bielejącego śniegu. Puszysty, nieskalany śladami ludzkich stóp, nawet zwierzęce tropy ginęły w nim, zawiane wiatrem i przysypane nową warstwą białego puchu. W tym miejscu, nieopodal źródła, Inka płynęła warto, prąd był silny. A mimo to przybrzeżna woda zmieniła się w lód, skuwając wąskim pasmem strumień. Ten buntował się, rwał do przodu, skacząc po kamieniach i skałach, podmywając ośnieżone brzegi i lodowe tafle, lecz ostatecznie zima wygrała, biorąc Góry Mgieł w swe niepodzielne władanie. Na nizinach, na pomorzu, nawet w Górach Przodków mogła jeszcze rządzić jesień. Tutaj lodowa pani wygrała na dobre, panosząc się na swoich włościach. Ziemię okryła białą kołdrą, wody górskich jezior skuła lodem, a wyniosłe i dumne świerki, sosny i jodły zasypała śniegiem, przyginając uginające się pod jego ciężarem gałęzie ku ziemi.
   Nie był to najbezpieczniejszy czas na wędrówkę przez góry. Lawiny, może nie tak częste jak w okresie topniejących śniegów, schodziły z wysokich szczytów z hukiem i grzmotem, porywając wszystko, co napotykały na swojej drodze, niosąc zniszczenie i śmierć przysypanym śniegiem istotom. Pogoda zmieniała się z minuty na minutę, raz witając podróżnych oślepiającym, odbijającym się od bieli śniegu słońcem, innym razem sypiąc śniegiem w oczy i zawiewając ostrym, niosącym mróz i chłód wiatrem. Nocą temperatura spadała poniżej zera, na razie nieznacznie, lecz już wkrótce bardziej miała dać się we znaki tym, którzy ignorując niebezpieczeństwo wyruszyliby na szlak. Spanie pod gołym niebem wkrótce miało być niemożliwe.
   Nic dziwnego, że większość wędrowców wybierała utarte, pewne szlaki, na nocleg zatrzymując się po przydrożnych gospodach, miastach i wsiach. Dotąd walczące ze sobą oddziały skryły się za murami miast, szykując się do przeczekania zimy i gromadząc zapasy, by ją przetrwać.
   Przy szlakach rozpanoszyły się zwierzęta. Roślinożercy na widok podróżnych zamierali na chwilę, by ostatecznie, uznając ich za zagrożenie czmychnąć w popłochu lub też zignorować ich, dalej grzebiąc racicami w śniegu w poszukiwaniu przysypanej nim trawy, ogryzając krzewy i gałęzie drzew. Drapieżniki krążyły jak sępy nad padliną, poszukując resztek w starych, opuszczonych obozach. Co bardziej śmiałe bestie atakowały przechodniów, zmuszone do tego głodem, napędzane chęcią przeżycia. Takie wilki przypominały jej włochacze z Kresów, białe, wychudzone cienie zwierząt, z odstającymi żebrami przypominającymi tarki, wystającymi guzami biodrowymi, zapadniętymi bokami i przekrwionymi ślepiami.
   Teren w dolinie rzeki Surany, oprócz niebezpieczeństwa związanego z zimową aurą, niósł jeszcze inne. Stoki były tu łagodniejsze niż w innych partiach gór, warunki zaś mniej surowe, lecz cóż z tego, jeśli głównym zagrożeniem były bandy orków. Nie dość, że wędrowiec musiał zmagać się z blokującym, tłamszącym ruchy śniegiem, że mróz ścinał ciało aż do kości, sprawiając, że ruchy zdawały się nieporadne i sztywne. Orkowie zawistnie strzegli swoich terenów, walcząc między sobą, tłukąc się z goblinami, hobgoblinami, gremlinami i koboldami. W dolinach i na zboczach przebywały górskie trolle, niebezpieczne, acz nieco tępawe stwory obdarzone znaczną siłą i twardą, ciężką do przebicia skórą. Do tego niesmaczną, jak twierdził pewien krasnolud, który wpadłszy w czułe obięcia trollich dłoni, ratował się gryzieniem po palcach. Omijanie ich wymagało niemało sprytu, czujności i uwagi. Nierzadko także zgaszenia zbawczego ognia, który mógł przywabić ich do pogrążonego we śnie obozu.
   Podróż z Gadziego Przesmyku, chociaż jej tak znanego, w podobnych warunkach zajęła o dwa dni dłużej. Zrezygnowała z początkowego planu pójścia łagodną doliną, skierowała się do źródeł Inki. Stamtąd górskimi ścieżkami, którymi dotąd przemieszczały się chyba tylko kozice zamierzała przemknąć do Wirgini. Opatulona w grube futro, z kapturem zarzuconym na głowę i wysokimi, ocieplanymi butami, skulona dla zachowania ciepła, nie rzucała się w oczy. Policzki miała zaróżowione od marszu i drogi, nos i uszy czerwone. Miała wrażenie, że pomimo ocieplaczy, palce u rąk i nóg już dawno jej zamarzły. Nawet wykradziony Wilkowi płaszcz niewiele pomagał. Oddech zamieniał się w białą mgiełkę, ulatując ku górze. Gdyby miała katar, pewnie zamarzałyby jej nawet śpiki w nosie.
   - Jeszcze kawałek… - mruknęła, przystając, by złapać oddech i rozejrzeć się po okolicy. Kroczący nieco z boku olbrzymi, szary basior z miodowymi ślepiami przystanął, oglądając się za nią i lekko, jakby pytająco strzygąc uszami. Cierń był jej ulubieńcem, canis, wilczarzem. Po prostu wilkiem Asuryana. Jeszcze młody, zdradzał już zadatki na największego w watasze, przebijający nawet czarnego Mroka, dotychczasowego alfę. A Mrok przecież przewyższał siłą i wielkością nawet wilki Medrethu, Moro i Mokkę. Niemniej, Cierń, silny młodością, był jednocześnie prywatnym grzejnikiem, myśliwym, obrońcą i w razie potrzeby wierzchowcem, w obecnej chwili zaś tragarzem. Skromny dobytek, jedynie najpotrzebniejsze rzeczy, elfka przymocowała do jego grzbietu, co znacznie ułatwiło przemieszczanie się po górskich szlakach.
   Cierń też był idealnym wykrywaczem niebezpieczeństw. Gobliny i orki wyczuwał z daleka, zaburzenia magii sprawiały, że jeżył sierść, szczerząc kły. Nie rzucał się do przodu z dzikim ujadaniem jak to czyniły niektóre szkolone przez ludzki do walki ogary, jednocześnie zdradzając tym samym położenie magiczki. Atakował niespodziewanie i w ciszy.
   Niebo powoli szarzało, a mróz w powietrzu nasilał się. Znak, że najwyższa pora na poszukiwanie schronienia, nim ciemność całkowicie okryje ziemię. Jeśli nie myliła ją pamięć, po prawej stronie Inki znajdowała się niewielka, a co najważniejsze niezamieszkana grota, wystarczająco duża, by mogła się w niej zmieścić, wystarczająco mała, by nie wszedł do niej żaden większy drapieżnik gustujący w podobnych schronieniach.
   Nie doszła do groty.
   W cieniu gór, pośród drzew okrytych śniegiem, w ciemności i chłodzie nadchodzącej nocy, rozbłysło światełko. Zgasło zaraz, by po chwili znów rozjaśnić ciemność i zniknąć, jakby go w ogóle nie było. Światełko nie było naturalne. Światełko było odbijającym się gór i skał błyskiem migocącego, skaczącego po drwach ognia. W szarości i mroku nadchodzącej nocy dym ginął całkowicie, wtopiony w nocne niebo i biały puch. Lecz blask ognia nie tak łatwo ukryć. Zresztą, gdy pociągnęła nosem, jej elfie zmysły wyłowiły charakterystyczną woń dymu… i czegoś jeszcze, co sprawiło, że ślinka napłynęła jej do ust, a żołądek skurczył się, przypominając o swoich potrzebach.
   Była głodna. A tam ktoś piekł zająca.
   Orki i gobliny pewnie by swój łup jadły na surowo bądź półsurowo. I nie byłyby tak cicho. No i Cierń. Cierń by ich wykrywał. A teraz stał spokojnie, bez napięcia i wrogości, jedynie węsząc intensywnie, łowiąc niesione przez wiatr zapachy. Zapachy… i głosy, których nie zagłuszył nawet chrzęszczący pod nogami śnieg.
   Szept. Dolina. Dwa głosy.

Góry Mgieł. Obozowisko u źródeł rzeki Inki.
   Drewnianą łychą szamanka zamieszała w kociołku. Gulasz z uszaka pyrkał wolniutko, gotując się i mięknąc, roztaczają wokół cudowną woń mięsa. Ogień trawiący gałęzie grzał przyjemnie i gdyby nie prószący śnieg, można by pomyśleć, że to zwykły jesienny wieczór. Człowiek łatwo zapominał o trudach podróży, kiedy podstawiano mu pod nos jedzenie i zapalano w palenisku.
   - Gdyby tylko ominąć orki i gobliny - wilkami Wisielec się nie martwił; był od nich większy i silniejszy, o ile nie przemieszczały się w watasze. Jeśli nie wchodziło się im pod pyski, zazwyczaj można było je spokojnie ominąć. Nawet teraz Drav wyczuwał na granicy słyszalności i węchu innego wilka; jego zapach był dziwny, trudny do określenia, z jednej strony zwierzęcy, a z drugiej było w nim coś więcej. Dzikus? Nie, to nie był przemieniec, dzikie wilkołaki śmierdziały szaleństwem. Obcy wilk szalony z pewnością nie był; cóż, dopóki nie zbliży się na odległość strzału, niech sobie krąży wokół nich.
Skrzypnął śnieg. Tak blisko, że szamanka i wilkołak drgnęli, ale na nogi zerwali się dopiero, gdy ciszę nocy przerwał obcy głos.
   - A może przyjmiecie strudzonego wędrowca i nakarmicie? – rzuciła, teraz już bez skradania się, jawnie wychodząc z cienia i pojawiając się w migoczącym blasku ogniska. – Ciepłym naparem też nie pogardzę. Zimno. Stojący za nią wilk szczeknął na potwierdzenie.
   Elfie kroki były naprawdę niesamowite i wszystkie legendy, które o nich opowiadano, mówiły prawdę. Nie sposób wykryć kroczącego elfa, chyba, że sam zechce dać się usłyszeć. Zostali zaskoczeni; Drav w ludzkiej formie miał pewne ograniczenia, typowe dla tego ciała, z kolei szamanka była tylko człowiekiem, a lisie duchy nie przebywały w tym świecie; zapewne ogoniasty opiekun wyczuł nadchodzącego wędrowca, jednak musiał uznać go za niegroźnego.
   - Szept! - szamanka zareagowała pierwsza, zrywając się z miejsca; to było niepodobne do ludzi z jej plemienia, ale ona zbyt długo przebywała wśród mieszkańców Keronii, by nie przejąć pewnych ich nawyków; nic więc dziwnego, że przywitała magiczkę uściskiem. - Duchy musiały usłyszeć moją prośbę, skoro skierowały twoje kroki w naszą stronę. Usiądź przy ogniu, ogrzej się.
   - We własnej… - utonęła w uścisku szamanki, tracąc na tę chwilę głos. Elfka, którą była kiedyś, poprzestałaby na skinięciu głową. Może, w wyrazie szacunku, przyłożyłaby dłoń do piersi. Przyuczona przez Midara, przesiąknęła ludzkimi i krasnoludzkimi gestami, przyjmując je jak własne. Odkryła, że dystans wcale nie musi być najlepszym wyjściem, a emocje zwykle wyrazić można znacznie bardziej, zwłaszcza w gronie tych, na którym jej zależy. - We własnej osobie – dokończyła, na wszelki wypadek sprawdzając, czy oprócz Silvy i Drava nie ma tu trzeciego osobnika, czy Darrus nie wyskoczy nagle z zaśnieżonego krzaka, szczękając zębami, z okrzykiem mamy cię na ustach.
   Wisielec wygrzebał z podróżnej sakwy trzeci kubek, przy okazji wyrzucając z niej kilka innych rzeczy; nigdy nie był uważny i nigdy nie zwracał uwagi na takie drobnostki. Chyba nawet myślał, że wyrzucone przedmioty same wracają na miejsce, bo zawsze potem znajdował je w worku. Magia normalnie. - Naparku? - spytał, bo gulasz sobie jeszcze prykał, ale gdy nie czekając na odpowiedź zmarzniętej magiczki, zalewał suszone owoce, podniósł oczy, słysząc zwierzęcy oddech. Wilk podszedł znacznie bliżej, niż na odległość strzału. Blask ognia oświetlał jego łeb, ale zwierz wciąż pozostawał poza zasięgiem dłoni. Ależ jaki to był wilk! Mógłby być niezłym wyzwaniem nawet dla wilkołaka; był większy od Wisielca, ale nie tak duży jak Mogaba. Zdecydowanie przewyższał swoich leśnych braci. Z takim samcem należało się liczyć i mieć na baczności. Był wilczarzem? Drav jakoś nigdy nie zastanawiał się nad pochodzeniem pupilów Szept. Czy magiczka mogła sprzymierzyć się z wilkami Asuryana? A może byli to tylko ich potomkowie? Wilk w Wisielcu warknął ostrzegawczo, na szczęście tylko w myślach. Cóż, pozwolić innemu samcowi wejść na swój teren…
   - Zawsze. – Ujęła podany jej parujący kubek, delektując się jego ciepłem i sposobem, w jaki rozgrzewał dłonie. Jego ciepło parzyło język, ale i sprawiało, że wspomnienie dalekiej drogi odchodziło w dal, przegonione tak prostą przyjemnością. – Jagoda… i jeżyna – rozpoznała ze zdziwieniem, pociągając kolejny łyk. Podświadomie spodziewała się prędzej suszonych ziół, których zastosowanie, właściwości poszczególnych części rośliny tak dokładnie opisałaby jej Heiana, wytykając magiczce brak zainteresowania tak istotnymi kwestiami.
   Pociągnęła jeszcze łyk, przymykając z rozkoszą oczy. Ciepło rozchodziło się po jej ciele, przysunęła się bliżej ognia, potęgując to wrażenie. Było tak dobrze, gdyby nie głód mogłaby tak siedzieć w nieskończoność, rozpieszczana ogniem, poddając się zmęczeniu.
   Wilk zwrócił łeb na Drava. Węszył chwilę, drapieżnik, pomimo ludzkiej formy, rozpoznawał drapieżnika. Oceniał. Nie wykonał przyjacielskiego gestu, nie wykonał też wrogiego. Nieufny, pilnował, by stać przodem do nieznanego, nie obracać się tyłem i bokami. W dziczy upaść znaczyło zginąć, a Cierń bez wątpienia znał tę zasadę.
   Kiedy Cierń uważnie go obserwował, gdy zaczął węszyć, Dravaren robił dokładnie to samo; pomimo ludzkiego nosa zbierał zapachy, oceniał samca, śledząc każdy jego krok, każdy ruch, szukając w jego postawie spięcia mięśni i przygotowania do soku. Kiedy wilczarz okrążył go, Wisielec ani na moment nie stracił go z oczu, kręcąc się na tyłku, nie pozostając plecami do Ciernia. Odwrócić się od innego samca: to był błąd szczeniaka. On nie rzucał mu wyzwania, on sprawdzał, z kim ma do czynienia. Wilk w Wisielcu zawarczał, tym razem ten pomruk wyszedł przed usta pchlarza i oznaczał: możesz spróbować, ale nie pójdzie ci łatwo. Gotowy do skoku, gdyby Cierń zaatakował, siedział napięty niczym struna, niemal pozwalając, aby wilk w nim wziął górę nad rozsądkiem. Już się podnosił… już chciał…
   - Wisielec, uspokój swoje ego. Mógłbyś go nie prowokować. – burknęła magiczka, orientując się w sytuacji. Kubek z niechęcią odstawiła na bok, podnosząc się na nogi i uwalniając swego szarego towarzysza od ciężaru jej bagażu. Nie od razu odszedł. Odejście byłoby wycofaniem się, a wycofanie ucieczką. Okrążył Wisielca, dumnie wyprężony, napięty, gotów uskoczyć w bok, szarpać i gryźć.   Nic takiego nie nastąpiło. Wzywany przez knieję wilczarz ruszył przed siebie, z nosem przy ziemi, szukając łupu. Rzadko kiedy sypiał w obozie. Najczęściej znikał jak teraz, pozostawiając Szept samą. Wyjątkami były chwile, gdy służył za koc i poduszkę w jednym. Było to w chwilach, gdy trzęsąc się, leżała pod kocami i futrem, szczękając zębami z zimna.
   W pierś pchlarza uderzyła miska z gorącym, parzącym palce, przyjemnie pachnącym gulaszem. Pełna miska jedzenia, która sprawiła, że w wilczym brzuchu zaburczało, a Drav odwrócił wzrok od Ciernia i przysiadł na tyłku, wąchając unoszące się zapachy; nie usiadł jednak tyłem do miejsca, w którym zniknął wilczarz, ani do żadnego, z którego mógł nadejść. Z pełną buzią wciąż zdawał się być czujny.
   - To ty przyprowadziłaś wilka do wilka - szamanka podała parującą miskę pyszności także Szept; nie omieszkała też zauważyć, że Wisielec nie jest niczemu winien i tylko zachowuje się tak, jak każdy zwierz w podobnej sytuacji. Miałby niby ustąpić Cierniowi, albo okazać mu uległość? Wisielec w życiu by tego nie zrobił, żaden wilkołak nie spuściłby łba przed wilkiem, nawet wilczarzem.
   Szept wzruszyła ramionami, obserwując tę dwójkę spod oka. Mówiąc ściśle, ta część gór należała do wilczarzy. To one tu królowały od samego początku, niepodzielnie nimi władając, z ustępującą im każdą zwierzyną, nawet niedźwiedzie i niedźwiaki schodziły im z drogi. Tak naprawdę to wilkołak znalazł się na ich terenie. Zachowanie Ciernia było w pełni uzasadnione, tak jak i wilkołaka. Gdyby jednak zamiast Ciernia znalazłby się tu Mrok, mniej przyjacielski i strzegący swej pozycji, w tej chwili błyskałyby kły, a śnieg barwiła czerwień. Był tu jednak Cierń, tylko odrobinę mniejszy od przywódcy, acz bardziej pokojowy i młodszy. Wilczarz zresztą stracił już zainteresowanie wilkołakiem, zapoznanie się mieli już za sobą. Bursztynowe ślepia łypnęły na magiczkę. Cierń nie korzystał nigdy z ciepła ogniska i pieczonego jadła. Teraz czuł wołanie nocy, zew. Wiedziała, że wróci, gdy będzie go potrzebowała.
   - Wisielec jest na ich terenie – wyszczerzyła się, usatysfakcjonowana pokojowym zakończeniem starcia, ujmując ciepłą miskę, ostrożnie, niepewna, jak bardzo jest rozgrzana i jak bardzo oparzy dłonie.
   - A one są na terenie duchów - w Starych Górach, jak jej plemię nazywało góry Mgieł, zakotwiczonych było wiele splotów dusz, którymi do świata żywych przedostawały się dusze i duszki, esencje życia i szkodniki; splotami podróżowali także szamani, z kolei nekromanci nazywali je ścieżkami i chętnie wyciągali z nich dusze, które opuściły ciało i przechodzą nimi na drugą stronę. W dawnych dniach splotów tych strzegły duchy lasów, gór i ziemi; dziś w większości zdziczały, albo rozpadły się, a nieliczne, które pozostały zakryła natura. - Gobliny na terenie elfów, elfy na terenie orków, a na tym wszystkim ludzie, choć i tak natura powinna uznać nas za szkodników - szamanka wzruszyła ramionami; uważała, że przemieszczając się po świecie, każdy krok był stawiany na czyimś terytorium, ale to nie był czas na takie rozmowy. Dużo ważniejsze było to, że po pokazie wilczej siły, dwa samce nie skoczyły sobie do gardeł, tylko rozeszły w swoją stronę. Dzisiejszej nocy daleko było jeszcze do pełni, a tęskniący do księżyca nie poddawali się swoim wewnętrznym wilkom tak łatwo, jak w inne dni. Poza tym… Wisielec zajęty był miską; drewniana łyżka stukała o dno, skrobała brzegi, byleby tylko nic się nie zmarnowało. Jadł i brakowało tylko tego, by mu się uszy trzęsły.
   - Wilki są tu od stworzenia świata. Te wilki – Szept spojrzała spod oka na szamankę. – A ja mówię o naturze, nie o naszych, plemiennych i rasowych granicach – dokończyła cicho. Może w kwestii duchów, tych konkretnych, nie miała tak dużej wiedzy jak Silva, wiedza szamanki, choćby z racji profesji, znacznie ją przewyższała. Zachowania zwierząt jednak… to była inna kwestia i chociaż nigdy nie ośmieliłaby się powiedzieć, że wie o nich wszystko, to jednak jej wiedza niejednego by zadziwiła.
   – One są inne. Nie można ich zbyt mocno utożsamiać z ludźmi. Są wybrańcami Asuryana, lecz zwierzęcej natury. Nie uznają naszych granic. Mają swoje własne, te które jako swoje oznaczyły. Wisielec jest tu obcym wilkiem, włóczęgą na terenie watahy – wyjaśniła cierpliwie. Świat zwierząt rządził się innymi prawami. Każdy miał tu swoje miejsce, w łańcuchu życia i śmierci, wzajemnym współżyciu, hierarchii zachowań i postępowań. Wilki zaś należały do ssaków o silnie rozwiniętym instynkcie terytorialnym. – Włóczęga albo akceptuje prawa sfory albo zostaje przegnany, albo ginie.
   Szept miała całkowicie odmienne zdanie od szamanki w kwestii tego, kto był pierwszy. Nikt nie był przy dziele stworzenia i w zasadzie jedynym pewnikiem byli bogowie. Jeśli jednak Asuryan stworzył świat, to czemu duchy miałyby być pierwsze, pierwsze zamieszkać te tereny, jeszcze przed Wybrańcami Stwórcy? Skąd pewność, że nie duchy przybyły później? Czemu twierdzić, że należą do tego świata, jeśli to świat żywych? Czemu nie mówić, że są tu obcymi, jak demony wyrwane z Pustki? Wyrosła na innych wierzeniach, innej kulturze. Inaczej patrzyła na historię, granice terytorialne, może jako zaangażowana strona, może jako ktoś, kto ją prawdziwie ukochał, ten mały kawałek świata. Nigdy też nie stwierdziłaby, że elfy są na terenie orków. Do orków od początku należała Dolina Surany, zdominowana przez ich siedliska. Nigdy jednak ich siedliska nie sięgnęły Doliny Ciszy i Larvenu, przynajmniej przed okresem, gdy splugawiona została część lasu.
   - Silva, zamknij się. Mówisz o rzeczach, których nie znasz. Możesz mieć lisie duchy i możesz się zmieniać w wilka, ale nigdy nim nie będziesz i nie zrozumiesz tego - Drav pewnie oddałby wszystko za to, by szamanka wstawiła się w jego sprawie, ale innej sprawie, a nie mówiła o rzeczach, które może jedynie przeczuwać, odbierać intuicyjnie, albo znać z opowieści. Mogła przemieniać się w wilka, mogła poznawać świat jego oczami, ale zwierz, który nigdy nie podlegał samcowi alfa i watasze, nie rozumie praw nią rządzącymi. - Gdyby wilk z watahy Pióra postawił łapę na terenie moim i Mogaby, skończyłby z rozerwanym gardłem. To wilcze sprawy. Sprawy watahy - grzebiąc patykiem w ognisku, rozniecając słabnący ogień i wzniecając iskry, Drav zerknął w miejsce, gdzie zniknął wilczarz. Cóż, prawdę powiedziawszy, w Górach Mgieł najbezpieczniej było podróżować jako człowiek: mniejsze ryzyko ataku, mimo że wilkołaki śmierdziały zwierzę nawet na dwóch nogach. - Nie uznaję wyższości wilczarzy, panów tych gór, bo najzwyczajniej w świecie duma mi nie pozwala. Nie jestem jednak tak głupi, by nie rozumieć, że to ich ziemia i ich zasady. Ludzkie ciało pomaga w takich chwilach, odrobinę. Jako wilka pewnie by mnie pogonili, jestem tu obcy, daj więc spokój i wcinaj uszaka - burknął, prawie jak rozeźlony ojciec widzący, że dziecko marudzi nad miską. Szamanka nie dość, że niejadek to jeszcze złośnica. Ale to była jego złośnica i fajnie, że go broniła.
   O dziwo pchlarz nie dostał ani pięścią w bok, ani dębową laską w głowę, ani z buta w kostkę. Czyżby szamanka postanowiła go oszczędzić, albo może odłożyła zemstę na inny dzień i inny czas, i kiedy wilk będzie potrzebował pomocy to pokaże mu język i zostawi samemu sobie, skoro teraz ją okrzyczał za pomoc.
   Szept z juków wyciągnęła futro, owijając się nim szczelniej i przysuwając do ognia. Kubek na powrót znalazł się w dłoniach. Zdążył nieco ostygnąć, łyk cennego płynu już nie parzył w język, ale wciąż przyjemnie rozgrzewał od wewnątrz. Pozostawało jedno. - Co wy właściwie tu robicie?
   - Odpoczywamy - padła oczywista oczywistość - Wracamy z Wirginii do Keronii. Znam ścieżkę z gór do Gadziego Przesmyku, ale śnieg i zamiecie wszystko zmieniły - Silva przysiadła obok ognia, nakrywając ramiona kocem i płaszczem; w kociołku wolniutko gotował się gulasz, którego wciąż trochę zostało. Pierwszy ciepły, sycący posiłek od kilku dni, kiedy nie mieli ani gdzie się schować, ani jak rozpalić ognia, którego dym mógłby zdradzić ich położenie. - Pomyślałam, że zajdziemy do Gniazdowiska. Że spotkamy tam przyjaciół, a później ruszymy dalej.
   - Przez Gadzi Przesmyk nie będzie łatwo przejść – ciągnęła dalej trzeźwo. Góry z tej strony były bardziej przyjazne niż z innej. Niższe szczyty, łagodniejsze stoki, ścieżki tędy wiodące zdawały się szersze, bezpieczniejsze, trzymające się z daleka od przepaści. Nie tak, jak w Starej Przełęczy. Tam korzenie ziemi stanowiły zaporę niemal nie do przebycia zimową porą, drwiąc z podróżnych i ich wysiłków, strzegąc swych sekretów. Nie tak jak szumiąca Lannier, z łoskotem spadająca z gór, z niewielkimi wirami, mnóstwem kamieni, o które można się rozbić i spadów. Gadzi Przesmyk był najłagodniejszym przejściem przez góry. I właśnie z tego powodu tak niebezpiecznym.
   - Ostatnio przybyło tam wszelkiego plugastwa. – Zima nie była najlepszą porą na wszczynanie walk i szukanie zaczepek. Gdy jednak przeminie, elfy prawdopodobnie wybiorą się do Doliny Surany. Póki co mogli tylko obserwować wroga. - I to właśnie robili. Mówiąc zaś ściśle, robiła. Prawdopodobnie bez wiedzy stolicy – Starsi dostaliby na miejscu palpitacji serca, w rezultacie czego próbowaliby ją uziemić na resztę zimy w cieplutkiej komnacie ze strażnikami przy drzwiach, a Wilk znowu rąbnąłby jej wykład o ryzyku, który zdążyła poznać nieomal na pamięć, po czym sam polazłby do Doliny. Czasami miała wrażenie, że oni wszyscy mają ją za ignorantkę i kapryśne dziecko, które szuka zabawy, nie zdając sobie sprawy z ich konsekwencji. Jakby nagle oczekiwali, że się zmieni. Siądzie na królewskim tyłku, weźmie robótkę do rąk i zacznie wyszywać i haftować. Mieszkała w cieniu tych gór od urodzenia. Wiedziała, co może się zdarzyć po zderzeniu z siłami natury. Wiedziała, jakim niebezpieczeństwem są mieszkańcy Doliny Surany.
   Szamanka zaklęła pod nosem. Ich plany właśnie się skomplikowały. Początkowo, po wybraniu innej ścieżki przez śnieg, mieli zejść wzdłuż strumienia Inki, odbić w lewo i przesmykiem przejść do Doliny Ciszy, zawitać w Gniazdowisku i Wilczym Borem iść dalej. Teraz ten pomysł nie wydawał się dobry; orki, gobliny i inne plugastwa. Cholera.
   - Chcieliśmy dostać się na Błędne Ziemie - szamanka zmarszczyła brwi, obracając kubek z naparem w dłoni, wsłuchując się w chlupoczącą wodę - Po przeprawie przez góry, musimy zatrzymać się u najemnika, nasze zapasy skończyły się kilka dni temu.
   - Bo mówiłem, żeby statkiem, wyrzuciliby nas gdzieś przy przylądku - Wisielec zajrzał łakomie do kociołka; ukradkiem zerknął na Szept, potem na szamankę bez miski, a z kubkiem i znów do kociołka. Wygrzebał paluchem kawałek królika z zęba i napełnił miskę do pełna; chętnie by ją zjadł, ale podsunął ją Silvie pod nos, nawet wyciągnął z ręki garnuszek i wcisnął miskę. Znając Sopelka to pewnie zapomniałaby o napełnieniu brzucha. Wariatka. A w kociołku zostało jeszcze coś dla magiczki, czyli wilk syty i owce całe.
   - Statkiem… - łycha wylądowała w misce - Statkiem byłoby prościej, ale czym byś im zapłacił? Wątpię, by chętnie popłynęli do zatoki - machnięciem ręki zbyła włochacza.
   - Nie popłynęliby. Teraz, po odbudowie Irandal, ludzie się tu nie pokazują – zaczęła, nagle zainteresowana jedzeniem. – To oni zburzyli Irandal i wielu im jeszcze tego nie wybaczyło. Poza tym, nie na darmo przylądek nazwano Przylądkiem Burz. Trzeba znać tamtejsze wody, by rzucić kotwicę w Zatoce Wspomnień. – Sama nosiła coś w sobie, jakąś niechęć do obecności obcych na ich ziemiach. Poznała ludzi, wiedziała, że są wśród nich prawdziwe potwory, lecz i tacy, którzy zasługują na szacunek. A mimo to… Ciężkie westchnienie było nazbyt wymowne. – Czego szukacie na Błędnych Ziemiach? – szybciej byłoby im, miast przemykać górami, podążyć pogórzem, przez Wielką Równinę i południowy kraniec Larvenu. Szybciej nie znaczyło bezpieczniej, bo las skrywał swe tajemnice, a im bliżej Błędnych Ziem, tym bywał kapryśny i znacznie bardziej nieprzyjazny wędrowcom.
   - A co ty tu robisz, przyjaciółko? – padło niemal w tej samej chwili. Pozwoliła pytaniu chwilę pozostać bez odpowiedzi, wisieć w powietrzu między nimi, gdy ona ogrzewała dłonie nad niewielkim ogniskiem, milcząca, niedostępna tak, jak większość elfów trzymających się z dala od pozostałych ras.
Zbierając myśli.
   - Sprawdzam teren – wyjaśniła powoli, nieco ostrożnie. Mówiła do przyjaciół, lecz nigdy nie wiadomo, czyje oczy śledziły ich w ciemności, czyje uszy nasłuchiwały. – Namnożyło się tu plugastwa. Jak nigdy. Niektóre różnią się od tego, co jest nam znane. To nie jest zwykły stan. Zwierzęta są niespokojne. Drapieżniki agresywniejsze, a roślinożercy płochliwi. W górach coś się dzieje. A my mamy tylko niejasne podejrzenia.
   A może ona popadała w paranoję? Może widziała niebezpieczeństwo tam, gdzie go nie było?
   Wilkołak szturchnął magiczkę, wskazując na kociołek, proponując jej jeszcze jedną pełną michę gulaszu. - Z Dzikiej Kniei aż tu, do orków, nic nas nie niepokoiło. Ścieżki były puste, a i tropów niewiele. Więc to nie zima wygnała zwierzynę?
   - To stare góry - Silva przełknęła porcję gulaszu - Sięgają głęboko i wiele pamiętają. Nie wiemy, co kryje się w jaskiniach i ich cieniu - masyw Sokolego Pióropuszu, gdzie przycupnęła wioska Ti’Ran, część Gór Mgieł, sprzyjała pojawianiu się duchów. Szamani mieli tam łatwość z nawiązaniem kontaktu z duchami, ale też mieli problemy z Lodowymi Piechurami. Silva odkładając miseczkę, opatulając się szczelniej płaszczem, zapatrzyła się w ogień. Czy kłopoty w górach mogły być wynikiem splugawionego splotu? A może to tylko przypadek? Pewnie to drugie, bo Błędne Ziemie leżały dość daleko, a jedyne sploty na części keronijskich gór, to trzy szczyty przypominające śpiącą kobietę w okolicach doliny Surany oraz odnoga gór przy Błędnych Ziemiach.
   I pomimo zmęczenia, całkiem przyjemnym okazało się siedzenie na mrozie, otoczonej przez śnieg i wyjący wiatr, przy maleńkim ognisku i parzącym w język gulaszu z zająca. Nie ważne gdzie, lecz z kim. Była w gronie przyjaciół. Nie musiała tego mówić, przyznawać na głos. Ważne, że to czuła. Mogła mówić w nieskończoność o zwyczajach zwierząt, a oni by co najwyżej przewrócili oczami i na pokaz ziewnęli. Mogła rozwodzić się nad prawami magii, których może by nie pojęli, może nie zrozumieli. Mogła w końcu po prostu milczeć i słuchać, tylko obserwując z pozoru szorstkiego Wisielca, czekającego, aż ktoś go pogłaszcze i zimnej, lodowej szamanki, odrobinę tającej pod wpływem zapchlonego wilka. Pokręciła głową na wskazany jej gulasz. Wystarczyła jej jedna porcja.
   - Nie, to nie zima – pokręciła głową, wchodząc w temat, w którym czuła się pewniej. – Większość z nich zapada w sen, kryje się po swoich, sobie tylko znanych kryjówkach. Przemieszcza się, wędrując tam, gdzie łatwiej zdobyć pokarm. Znika, lecz tylko pozornie. Ten, kto wie, gdzie szukać, znajdzie je.
   - Jak bardzo cię to niepokoi, Szept? Powinniśmy posłać wieści do naszych?
   - Niepokoi mnie to na tyle, że pomimo narzekań Starszych ruszyłam w góry. – Słowem, nic nowego, ale też nie coś, co można było zlekceważyć. – Na razie nie znalazłam żadnych nietypowych … To, co widzę, zwierzęta, plugastwa, to wszystko objawy. Ja zaś szukam przyczyny. – Przekrzywiła lekko głowę. – Albo też dziury w całym i związku tam, gdzie nie istnieje. - Ci, którzy powinni zapadać w sen, wcale nie śpią. Parę dni temu musiałam uspokajać nadmiernie pobudzonego niedźwiaka. Powinien spać. Nasi łowczy nie znaleźli kozic w ich dolinach. A wilki… robią się dzikie, atakują podróżnych na wzór włochaczy z Kresów. – Nie mówiła o wilczarzach, szarych strażnikach, lecz o ich znacznie mniejszych pobratymcach.
   Poza nawisem, w ciemności, odezwało się jakieś zwierzę; wycie nie było głosem wilka, brzmiało trochę jak ryk niedźwiedzia. Noc była nieprzenikniona, w górach, gdzie brakowało ulicznych lamp, gdzie nie płonął żaden ogień, jedynym źródłem światła były gwiazdy i księżyc… Dziś na niebie ich zabrakło; skryte za chmurami, zachowały swój blask dla siebie. Inka szemrała cichutko, obmywając kamieniste brzegi, a śnieg leniwie zasypywał świat dookoła. Ciężko było wyłowić kształty z tej ciemności, oczy nie potrafiły dostrzec drzew i wysokich szczytów i tylko słuch płatał figle, potęgując odgłosy nocy. Ogień w palenisku dawał złudne poczucie bezpieczeństwa. Przyciągał drapieżniki, ale potrafił je także odstraszyć. Ujarzmienie go sprawiało, że ludzie mniej bali się ciemności; plamka jasności w mroku, a podnosiła na duchu. Ogień był zgubny; tam, gdzie był jedynym źródłem światła, ograniczał widoczność do kilkunastu kroków, poza tym kręgiem ciemność zdawała się być jeszcze głębsza. Nie dziwota, że wraz z zapadnięciem zmroku, nadciągały także strachy; noc była nieznana, nocą ginęło najwięcej, nocą polowały zwierzęta, nocą budziły się zmory, nocą działy się rzeczy umykające rozumowi, noc była domeną ciemności i od najdawniejszych czasów budziła strach. Nocą pierwotne ludy zamykały się w jaskiniach, aby odgrodzić się od nieznanego, przeczekać czas niepewności. Tylko głupcy się jej nie bali. Dziś ten lęk czują dzieci, a dorośli starają się ukryć; powiedz jakiemuś, aby wszedł w las nocą i zobacz, co zrobi. Nawet jeśli pójdzie, aby pokazać, że może, nocne strachy wślizgną się do jego serca, budząc pierwotne obawy, o których nie pamiętamy. Bo nocą nawet trzask gałązki wywoła drgnięcie, szelest liści sprawi, że sięgniemy po broń. Noc miała swoje prawa.
   W górach, po zmroku, człowiek nigdy nie wie, co wylezie z ciemności. Możesz mieć ogień, suchą jaskinię, ale nigdy pewność, że prześpisz noc spokojnie. To czas zwierząt, polowań, a z nor wychodzi wszystko to, co może pokusić się na zjedzenie ludzkiego mięsa. My nie widzimy w ciemności, kiedy gwiazdy nie świecą, a księżyc się schował, nie odróżniamy kształtów i pozostaje nam tylko słuch płatający figle. Człowiek nie lubi ciemności nocy, bo nie potrafi nad nią zapanować, a to, czego nie może oswoić, budzi w nim strach.
   Wisielec oderwał wzrok od ciemności, od padającego śniegu i podwinął płaszcz pod kolana; wiatr nie hulał tutaj mocno, ale temperatura spadła i mróz się wzmógł. Krąg ognia przygasł nieco i zadziwiające było to, jak wilkołak odruchowo dorzucił gałązki, by jego blask nie zmalał. Strachy nocy sięgają głęboko, nawet w wilcze serca w ludzkim ciele.
   Magiczka uspokoiła pobudzonego niedźwiaka. Niedźwiaka! To nie był lis, czy ptak, to był drapieżnik. Wisielec już nie raz zastanawiał się, co takiego w niej siedzi, że nawet najdziksze stworzenia łagodnieją pod jej dotykiem. Zaklinacz zwierząt - tak by ją nazwali ludzie, a gdzie indziej ucięliby jej ręce za szarlataństwo.
   - Snorki zeszły z gór - zdanie to samo wyrwało się Wisielcowi. Zaledwie trzy dni temu, na zejściu, widzieli sforę tych stworzeń, które powinny polować w najwyższych partiach, a nie na nizinach. Było w tych zwierzętach coś z plugastwa, a i słyszało się nieraz, jak mówiono, że wylazły one spod rąk szaleńców. - Twoje duchy mogły nas ostrzec - mówił o wszystkim, ogólnie.
   - To nie ich świat, nie mogą tutaj przebywać od tak. Duchy przodków zaś nie służą za wróżków - skarciła go szamanka; było jej zimniej niż zazwyczaj, zimniej niż powinno, była więc odrobinę bardziej pyskata. Ziemia nie grzała tak, jak powinna. Tutejsze duchy nie powitały jej radosnym pomrukiem. Kolejny powód do frustracji. - Duchy też są niespokojne, ale to wina splotów, którymi podróżują do naszego świata. Dlatego udajemy się Wilczym Borem na Błędne Ziemie - szamanka może i była uznawana za pozbawioną uczuć, ale nie zaryzykowałaby podróży przez Las Larven w pojedynkę, jedynie z Wisielcem. Ani ona, ani on nie znali tych miejsc, a o tym szczególnym borze mówiono wiele i zazwyczaj nic dobrego. Przeprawa przez niego może i byłaby szybsza, ale Silva wolała wybrać drogę przez góry, omijając zdradziecki las. Nie chciała zapuszczać się pomiędzy stare drzewa, gdzie w cieniu iglaków przemykały stwory zapomniane przez resztę świata, gdzie jak wspominała magiczka, magia zmieniła naturę. Któż może wiedzieć, co czai się w mroku drzew?
   - Wybraliście okrężną drogę, zbaczając do Doliny Ciszy. Łatwiej iść pogórzem i Larvenem. – Zdawała sobie sprawę z niebezpieczeństw, jakie niesie za sobą stary bór. Starszy niż inne lasy w Keronii, pamiętał czasy, gdy przybyły tu elfy, pamiętał dni, których nie pamiętała historia, opisując je jako przed przybyciem elfów. Las był niebezpieczny na swój sposób, tak jak niebezpieczne było każde z miejsc. Wilczy Bór też był niebezpieczny, chroniący Istar, Wieżę Wielkiej Magii. Mały w porównaniu z Larvenem, gdy się weń weszło, zdawał się ciągnąć bez końca. Szeptał. Szeptał, potwierdzając tezę, że drzewa mają głos. Trzeba było tylko umieć słuchać. Trzeba było umieć czerpać z tej mądrości.
   - Gdybyście zechcieli, w Dolinie jest Eredin. Może przeprowadzić was przez Larven. Zaoszczędzicie kilka dni spływając Lannier. Rzeka nie zamarzła, progi są zbyt prędkie, by skuł jej lód. Lepsze to niż przedzierać się przez Wilczy Bór i góry. – Z tym, że po spływie Lannier musieliby zagłębić się w cienie drzew Larvenu.
   - Nie przekroczę granicy lasu, chyba, że w wielkiej potrzebie - Silva musiała mieć swoje powody, aby podjąć taką decyzję. Z Eredinem i przez Larven byłoby łatwiej, szybciej. Wolała jednak dłuższą drogę. I było widać, że zdania nie zmieni. Larven postanowił zostawić elfom i siłom, których wolała nie dotykać.
   Silva musiała mieć swoje powody, aby podjąć taką decyzję, jakie jednak, tego magiczka nie mogła pojąć. To nie był Tir Faldr, gdzie wszystko zmieniało się, nic nie było tak, jak powinno, a zasady zawodziły. To nie był Valnwerd z jego portalami i Medreth z duchami. To był Larven, niegdyś stanowiący część ziem elfów. Ten sam Larven, o którym wierzono, że jego korzenie sięgają serca ziemi i komunikują się pod górami z Wilczym Borem. Jeśli nie liczyć Błędnych Ziem i splugawionej części lasu, był niezwykłym tak, jak niezwykłym jest stara puszcza, pamiętająca dawne dzieje i dni, które odeszły. Może fakt, że się tu wychowała, że nie raz zapuszczała się w cienie wielkich drzew powodował, że nie była w stanie spojrzeć na to z tej samej strony, co szamanka.
Nie nalegała jednak.
   - Gdyby jednak twój brat poprowadził nas przez Wilczy Bór… Byłoby nam łatwiej.
   - Jeśli nie on, to Gallar, ale poprowadzą was – obiecała, podejmując decyzję. – Jak tylko dotrzecie do Doliny, pomówcie z moim ojcem. – Po tym, jak Elenard powrócił, oczywiste było nie tylko to, że odzyskał swój tytuł głowy rodu, ale także i pana w Dolnie Ciszy. Tam jego słowo było prawem. – Będziecie mogli swobodnie uzupełnić zapasy i odpocząć nim ruszycie dalej. – Droga przez góry, gdy pokrywały ją śniegi i wszędzie panowała zima, nie była łatwa. Wyczerpywała nawet najbardziej zahartowane ciała i najsilniejsze duchy. Zimno wdzierało się pod ubiór, a mróz białym nalotem pokrywał włosy i owijające szyję szale, czerwienił nosy i policzki, mroził palce i powieki. Elfy zaś podróżnych witały z nutą podejrzliwości, jako tych, którzy zakłócają spokój doliny i których intencje są nieznane, zakryte przed spojrzeniami długouchych.
   Nocy nic im już nie przerwało. Prawie, jeśli nie liczyć odległego, wściekłego wycia. To głodna wataha zwoływała się na łowy. Wilki, te zwykłe, chodzące szkielety, na pół oszalałe, bardziej podobne włochaczom z Kresów niż dumnym psowatym. Atakowały karawany, pojedynczych wędrowców, dążąc za nimi krok w krok, z wywieszonymi ozorami i zapadłymi bokami, przekrwionymi oczyma. Czekały, aż zgaśnie niepodsycany niczym ogień, jedyne, co trzymało je na dystans. Widocznie jednak były zbyt daleko i nie wpadły na trop magiczki, bo obozu trójki wędrowców nie niepokoiły. W otaczającej ich ciemności słyszeli wycie wiatru i daleki dźwięk orkowego rogu.
   Świt wstał blady, ponury. W nocy napadało sporo śniegu, ciemne chmury nadal zasnuwały horyzont i niebo, skuteczne tłumiąc promienie słońca. Było zimno. Lód skuł przybrzeżne wody Inki, nie tak chybkie, by oparły się działaniu mrozu. Pobliskie sosny i świerki były całe bieluteńkie. Nic nie wskazywało na to, że coś złego może dziać się wśród górskich szczytów. Szaleńcze wycie wilków odeszło wraz z mrokiem nocy, lecz pamięć o nim pozostała. Przynajmniej w pamięci magiczki.
   - Słyszeliście. W nocy – cichym głosem powitała budzącą się szamankę i wilkołaka. Z nad ognia rozchodziły się zapachy gorącej herbaty z suszonych owoców, bo Szept też została wyposażona na drogę przez upartą Heianę i nadopiekuńczego braciszka.
   Noce w górach bywają zwodnicze. Kiedy przygasa ogień, a wiatr i śnieg zaczynają swój taniec, gdy zwierzęta zdają się hałasować głośniej niż w dzień, umysł potrafi płatać prawdziwe figle. Wszystko staje się większe, wyraźniejsze, mocniejsze. Strachy naprawdę zyskują na sile, a ludzki umysł dopowiada sobie wiele. Wisielec przez pół nocy nie potrafił zasnąć; ciągle miał wrażenie, że jest obserwowany, kusiło go aby przemienić się w wilka, jednak ostatecznie rozum wygrał nad potrzebą serca, choć niewiele brakowało, by wilk w nim wziął górę nad rozsądkiem. Coś szeptało mu do ucha, by porzucił ludzkie ograniczenia, coś go kusiło i zwodziło. Drugie pół nocy drzemał nerwowo, przewracając się z boku na bok, śniąc dziwne, niepokojące sny. Burzowe Kocię miała podobnie; szamankę ciągnęło, aby opuścić ciało, by pozwolić duszy wzlecieć w duchowy świat, zatracić się pośród niematerialności tego drugiego brzegu. Niespokojna to była noc, niepokojąca. Świt przyszedł zbyt wcześniej, zbyt nagle, a jego szarość otulona mgłą wcale nie cieszyła. Brakowało słońca, nieba: były tylko chmury i zapowiedź kolejnej śnieżycy.
   Wisielec wstał drażliwy, burkliwy i pochmurny. Wilk w nim powarkiwał cicho, rwąc się na wolność. Nie odzywał się wcale, bo wiedział, że może gryźć, a nie mówić. Siedział markotny, obracając w palcach patyczek.
   - Wilki - szamanka poczęstowała się zaparzonymi ziołami - Nigdy nie słyszałam takiego wycia.
   - Był tam dzikus - Drav był niemal pewny, że pośród nocnej kakofonii wilczych dźwięków, magiczka wyłapała jeden, odmienny od innych, należący do dzikiego wilkołaka. Dzikusów niw widywało się w tych górach; było tu zbyt blisko do Knieji, zbyt często wilkołaki się tu zapuszczały, aby dzikusy ryzykowały spotkanie ze swoimi byłymi braćmi. - Powinniśmy się stąd wynosić - zasępiony, z bladą, szarą twarzą, wilkołak wrzucił gałązkę do żaru.
   - Wracasz do Doliny? - pytanie Silvy skierowane było do magiczki. Po prawdzie nie planowali ruszać bladym świtem ku przesmykowi i dolinie, jednak zalegający w górach śnieg zweryfikował ich podróż. Słowa Szept też niepokoiły, być może mądrzej i bezpieczniej byłoby opuścić pogórze szybciej i za dnia.
   Wyrwana z zamyślenia Szept, uniosła głowę ku szamance. Elfie ucho nasłuchiwało pieśni dziczy. Wycia wiatru pomiędzy wyniosłymi, bielonymi szczytami, nagimi skałami i iglastymi wierzchołkami drzew. Nasłuchiwała stukotu kopyt kozicy i muflona po zboczu, odległego pobekiwania samca, cichego popiskiwania małych gryzoni i tupania skokami zaniepokojonego zająca, szczekania młodego lisa.
   Nic nie usłyszała.
   - Proszę? – powtórzyła, oczekując, aż szamanka powtórzy pytanie. Widziała po wyczekującym spojrzeniu, iż oczekuje się od niej odpowiedzi. Wiedziała, że jakieś pytanie padło. Niemniej treść słów umknęła gdzieś, przytłoczona wyczekiwaniem magiczki i jej własnymi myślami. Był tam dzikus. Nieokiełznany. Wściekły. Tak bardzo niebezpieczny…
   - Wracasz do Doliny?
   - Tak – krótkie, proste stwierdzenie, które mogło, które musiało wywołać zdziwieniu u obu jej przyjaciół. Magiczka zaś spokojnie ciągnęła: - Zejdę z wami wzdłuż biegu Inki. U jej zbiegu z Suraną jednak nasze drogi się rozdzielą. Wy zdążycie do Gadziego Przesmyku, ku Dolinie Ciszy. Możecie być pewni, że moje myśli i serce pójdą z wami. – Czasem, nie zdając sobie z tego sprawy, przemawiała jak typowy elf. Wzniośle, nie do końca zrozumiale i, używając Midarowego, zniecierpliwionego tonu, przynudzając, to, co proste, wyrażając zawile i niejasno. – Jednak moje kroki zawiodą mnie do innej Doliny. Doliny rzeki Surany.
   Szamanka podniosła głowę do góry; w jej oczach można było zobaczyć zdziwienie, ale też coś jeszcze. Czy to mogła być nadzieja, że jednak magiczka pójdzie z nimi? Czy za tym mogło kryć się coś więcej? Szept to była Szept, zawsze dobrze było mieć ją przy boku, zawsze potrafiła poradzić, pomóc, na nią, w przeciwieństwie do innych, można było liczyć. Z nią kłopoty wydawały się być mniej przejmujące. Gdyby szamanka miała wybrać, zapewne zamieniłaby pchlarza na magiczkę… No dobra, może by nie zamieniła, ale miej człowieku taką przyjaciółkę jak elfka, a nie zginiesz marnie.
   Można się było tego spodziewać. Każdy z nich miał swoje sprawy do załatwienia w tej części świata, każdy z nich szedł inną drogą. Los czasami płatał figle, mało szczęśliwe. Widać nie dane im było pójść dalej razem.
   - Cholera. Po prostu uważajcie na siebie Spotkamy się, mam nadzieję jak najszybciej - Umilkła, spokojnym, nieco zamyślonym wzrokiem mierząc ich oboje. Pochmurnego, rozdrażnionego Wisielca. Wilk w nim musiał czuć instynktownie niebezpieczeństwo. Osaczony drapieżnik rzuca się do walki. Nie ma wyboru. Drapieżnik, którego pozycji zagraża wróg, na którego teren wtargnął ktoś niepożądany, atakuje. Drapieżnik, czując nieznane, nie broniąc niczego a jedynie wędrując… nie jest wściekłą bestią. Po prostu odchodzi, zwiększając odległość między sobą a nieznanym. Silva przeciwnie. Ostoja pewności i spokoju, wykuta w bryle lodu, oszlifowana wiatrem i trudami. Kto jednak zgadnie co myślała, co skrywało niewzruszone czoło i pełne spokoju i powagi oczy?
   Czasem nieświadomie zachowywała się jak elf wysokiego rodu. Jak królowa, taka królowa, jaką być powinna. Częściej jednak dawała o sobie znać jej nieokiełznana, dumna natura i pewna oryginalność bycia. Efekt wygnania i poglądów znacznie bardziej otwartych niż Starszych.
   No i efekt przebywania w towarzystwie Dara i klnącego krasnoluda.
   - Będziemy. Wiesz przecież, że Sopelek się nie da - wilkołak stanął obok szamanki, zarzucił jej rękę na ramię i poczochrał włosy; był od niej wyższy o dwie głowy, więc gdyby chciał, oparłby się łokciem o jej czoło. Ale wolał nie ryzykować. - A jak się da, to mamy przechlapane.
   I tutaj, nie dziwota, nastąpił piękny kuksaniec w wilcze żebra; Drav sapnął, zgiął się w pół i cofnął rękę. - No kurde, mogłaś powiedzieć! Rozmawialiśmy ostatnio o twojej agresji i jej kontrolowaniu…
   - Ty mówiłeś. Ja niekoniecznie słuchałam.
   Wisielec westchnął. To gorzej niż grochem o ścianę.
   - Szeeeeeept… - to był bezradnego wołanie o pomoc.
   - Mówiłeś coś? – Magiczka uniosła brew i co tu mówić, niewinnie się uśmiechnęła. Prawie jak zainteresowana złamanym paznokciem panienka, która dotąd nie skalała rączek żadnym potrzebnym zajęciem. Po czym zmarszczyła brwi i pouczającym, mentorskim tonem przemówiła, kiwając palcem na szamankę i wilkołaka, przygryzając wargi, by nie parsknąć śmiechem.
   - Nu, nu, nu, niegrzeczny Wisielec, siad. Co z ciebie za wilkołak obronny? – I do Silvy. – No wiesz, tak turbować złego wilka?
   - Ona mnie nie turbuje! - zaprzeczył Drav.
   - On nie jest jakimś psem obronnym! - dodała szamanka, a kiedy oboje się zorientowali, co właśnie powiedzieli, jakoś tak szybko odwrócili głowy i zabrali się za pakowanie. Że niby oni nic, to się nie stało, nie było tematu. Szło im tak szybko, tak sprawnie, że po chwili byli już gotowi, worki na plecy, sakiewki do pasa, płaszcze na ramiona. Bo nic się nie stało.
   - To wy się, baby, żegnajcie, a ja pójdę przodem - czy to był wybieg, aby stracić się im z oczu, bo jakoś tak się wilkołak zawstydził? Ciężkim krokiem ruszył przed siebie. Rozczochrana, czarna czupryna otulona płaszczem, niknąca pomiędzy drzewami.
   Żegnać się? Szept rozejrzała się dookoła, szukając pomocy. Ona? Żegnać? Się? Z kimś? Na dobre? Magiczka preferowała sposób Wisielca. Odwrócić się na pięcie, odejść prezentując plecy. Do następnego spotkania. Jak to mówią ludzie? Do zobaczenia? Do widzenia? Sith re'sh curuth malê nirâie, te vrei saroi? Somýas nirâie? Puste słowa, które wcale nie musiały paść.
   - Wisielec! – krzyknęła, a echo poniosło dźwięk jej głosu między górami i wyniosłymi szczytami.
   Musiał ją usłyszeć, chociaż pewnie nie odwrócił się. Pewnie nawet nie zatrzymał.  Pewnie jednak słyszał.  - Nie daj się! -   Krótkie. Ostrzeżenie o wilkach. O wilczarzach. O tym dzikim, którego słyszeli w nocy i równie niebezpiecznej, dzikiej magii. O orkach, goblinach i innych plugastwach, jakie mogli napotkać na drodze do bezpiecznej przystanie elfiego świata. Krótki przekaz, by chronił swoją lodową górę, która chociaż silna, opanowana i spokojna w chwili niebezpieczeństwa, wszak była istotą śmiertelną. Ból straty nie był tym, czego chciała, by doświadczył. Długowieczne elfy coś o tym wiedzą. Dar czy przekleństwo?
   Od tego krzyku uszy mogą pęknąć, jak to mawiają ludzie, czy jakoś tak. Magiczka darła się, jakby sądziła, że jest głuchy. Przecież nie był. Słyszał szum Inki i inne takie, więc na pewno nie był. Nie daj się - łatwiej powiedzieć, niż zrobić. A może elfce chodziło o to, by nie dał się szamance? Nie… baby zawsze trzymają się razem, więc na pewnie chodziło o nie skopanie wilczego tyłka, przez jakiegoś agresora.
   - On nie jest jakimś psem obronnym… - padło znowu, cicho, pod nosem.
   - Jest twoim. To nie obraza. To komplement – mentalność magiczki nie raz dawała o sobie znać. – Nie znajdziesz wierniejszego i bardziej oddanego towarzysza w podróży. Znasz jego, a on zna ciebie. Ufacie sobie nawzajem. To jest prawdziwy dar, który nie każdy ma okazję otrzymać. Nie pozwólcie temu umknąć. – Magiczka umilkła, zdając sobie sprawę, że zaczyna się wymądrzać. Chrząknęła, skrępowana i pobiegła wzrokiem gdzieś w dal, na jeden punkt w horyzoncie, gdzie elfie oczy widziały cel jej podróży. Dolinę rzeki Surany. Elfie siedliska.
   Burzowe Kocię nie wyglądała na szczęśliwą i radosną. Najwyraźniej rady Szept wcale do niej nie trafiły, zdawać by się mogło, że jej oblicze spochmurniało bardziej, a oczy zrobiły się zimniejsze. Czyżby magiczka powiedziała o kilka słów za dużo? Bo rzucić prosto w twarz pani lodowe serce, że powinna o coś się troszczyć, o coś dbać, o kogoś to jak… jak plucie w oko! Szamanka dba tylko o siebie, martwi się o duchy i nikogo więcej nie potrzebuje. Żadnego mężczyzny, żadnego zwierzaka, a już na pewno nie zapchlonego wilkołaka, co wącha sobie tyłek. Bo na pewno wącha, tylko go jeszcze Sliva na tym nie przyłapała.
   Szamanka zrobiła kilka kroków do przodu, może nie chcąc się żegnać z wygadaną elfką, może mając zamiar rzucić odpowiedź niekoniecznie miłą. Jasne, niemal bezbarwne oczy patrzyły na magiczkę, a z bladej twarzy niewiele można było odgadnąć. I weź tu spróbuj zrozumieć szamankę.
   - Prowadzę go na krótkiej smyczy - padły surowe słowa - Miłość niestety czasem ją rozluźnia - i kroczek za kroczkiem, machając na do widzenia magiczce, Silva ruszyła śladem zostawionym przez jej wilkołaka.
   - Każda smycz ma dwa końce – mruknęła zatroskana elfka, obserwując równy, spokojny krok oddalającej się szamanki. – Miłość może zniszczyć, lecz zniszczyć i złamać może też jej brak.
   Z punktu widzenia zwykłego człowieka, była starsza, znacznie starsza. Z punktu widzenia elfów, była młódką. Jeśli czegoś jej brakowało, to doświadczenia. Popełniała błędy. Czasem nazbyt wiele. Emocje i przywiązanie nie było tym, z czym radziła sobie najlepiej.
   Uczucia wiążą. Przyjaźń wiąże. Więzienie, do którego wstępujesz z własnej woli, niekoniecznie jest więzieniem. Nie jest przymusem, karą. Jest wyborem. Łatwiej nie oglądać się na innych, nie martwić o nich. Nie drżeć ze strachu, że stanie się coś złego, a ciebie nie będzie na miejscu, by temu zapobiec. Obronić. Wesprzeć i pomóc.
   Tak, łatwiej iść przez życie samotnie. Tylko ty. Lecz gdy się potkniesz, gdy upadniesz, nie będzie nikogo, kto poda ci rękę i wesprze. Twój pierwszy upadek, pierwsza klęska, będzie ostatnim.
   Co gorsza, nikogo nie będzie to obchodziło.
   Samotna istota, elfka, stała na tle bieli śniegów, obserwując ślady. Jedyny ślad po obecności przyjaciół. To i popioły zagaszonego ogniska.
   Nagłe ciepło, gdy wyłonił się z załomu skalnego. Ciepłe futro ogrzało jej nogi, łeb otarł się o bok, zwiastując jego nadejście. Zachował spokój, nie szczekał, szaleńczo wyrażając swą radość. Machinalnie położyła dłoń na ogromnym łbie, wzdychając cicho. Wycie wiatru niemal całkowicie zagłuszyło wypowiedziane szeptem słowa, lecz wilk zastrzygł uszami, pojmując.
   - My też już ruszamy.
   Każdy kolejny krok zwiększał dystans pomiędzy trójką przyjaciół. Każdy kolejny krok oddalał ją od domu, pchając ku niebezpieczeństwu.


c.d.n. 

3 komentarze:

Rosa pisze...

No to będę pierwsza. Nie umiem komentować, więc napisze krótko.
Notka bardzo mi się podobała. Ma ten swój klimat. Nie mogę doczekać się następnej części.
I początkowy opis miejsca, w którym dzieje się akcja... Super. Naprawdę.

Szept pisze...

Dziękujemy Isleen. Ktoś mi zrobił niespodziankę publikując to coś jako noteczkę.
Ale ciąg dalszy może będzie. Jeśli coś fajnie wyjdzie z wąteczku.

Aed pisze...

Przepraszam, że dopiero teraz usiadłam do czytania, ale jak zaczęłam to przekładać, to wylądowało aż tutaj. A przeczytać w tym samym roku byłoby dobrze. :P
Zgadzam się z Isleen - opis na początku jest prześliczny i przemagiczny. I zagranie z powtórzeniem zdania Inka szemrała cichutko... Uwielbiam takie rzeczy. :3 Przestałam słyszeć samochody za oknem i zapomniałam, że siedzę przy biurku, a śnieg leżący na dworze ledwie przykrywa ziemię. Magiczne. Przypomniał mi się ten moment, kiedy wjeżdża się krzesełkiem na górę stoku, wokół jest idealnie cicho i nagle, ni z tego, ni z owego z górnej gałęzi jednego z drzew zsuwa się śnieg i spada na sam dół, trącając wszystkie gałęzie po drodze.
O borze zielony, uwielbiam, kiedy pchlarz kłóci się z sopelkiem. xD A opis pichcenia mnie, wegetariankę, kupił i urzekł.
Ooooch, więcej opisów. I upersonifikowana zima. Umieram z rozkoszy... I zrobiło się naprawdę, naprawdę groźnie. *kroczek w tył* I te wychudzone wilki... *rozdziawia buźkę* I orkowie, wczoraj grałam frakcją orków w karciankę, więc jestem w klimacie. :D I ten krasnolud... *uważa, żeby nie opluć monitora, bo zrobiła sobie dobre kanapki ze świeżej bułeczki*
Jeśli będzie zimno w domu, usiądę do kompa i przeczytam jeszcze raz. Gorąco się robi przy opisie „naparku” i ciepełków bijących od ogniska. Klimat, klimat, klimat.
(Tutaj Aedówa tak się zaczytała, tak ją wciągnęło, że zapomniała pisać. A potem stwierdziła, że gdyby miała pisać, co jej się podoba, to skopiowałaby pół tekstu i wkleiła.)
Starsi dostaliby na miejscu palpitacji serca, w rezultacie czego próbowaliby ją uziemić na resztę zimy w cieplutkiej komnacie ze strażnikami przy drzwiach, a Wilk znowu rąbnąłby jej wykład o ryzyku, który zdążyła poznać nieomal na pamięć, po czym sam polazłby do Doliny. - już nie mam siły się śmiać. xD
Jakby nagle oczekiwali, że się zmieni. Siądzie na królewskim tyłku, weźmie robótkę do rąk i zacznie wyszywać i haftować. Aż mi się zrobiło szkoda tej biednej Starszyzny. Tak naiwnie wierzą, że coś wskórają...
I nagle przypomniały mi się wszystkie sesje pseudo-Warhammera, podczas których moje postacie walczyły z zielonoskórymi – od zmagania się z goblinem uzbrojonym w patyk, na który nadziany był upieczony (nad usypanym ze sterty śmieci ogniskiem) szczur po dowodzenie armią i walkę z nekromantą, który wskrzesił całą armię poległych gobbosów. Tym bardziej przeżywam, kiedy czytam opowiadanie. :D
Wilk syty i owce całe. – kocham. ♥
No, to dostałam lekcję kerońskiej geografii. Jestem dureń i lewa noga z jakiejkolwiek geografii, i nawet jeśli się staram, to po dziesięciokrotnym spojrzeniu na mapę nie jestem w stanie zapamiętać, gdzie leży dany punkt. Ale tu jest to tak ładnie i przyjemnie opisane, że chyba nareszcie się przełamię. Powinni się od Was uczyć, jak podręczniki pisać.
(Znowu się zaczytała.)
I znowu będę chodziła wołać koty na noc z latarką... :D
Nie, teraz nie czytam dalej. Siedzę z rozdziawioną buźką i oczyma okrągłymi jak spodki. Taki mrok, taki, jak uwielbiam... Genialne...
Ok, dalej. Nadal wietrzę zęby, nic nie poradzę. Zatkało kakało.
A opisy tego, jak Wisielca kusi, żeby przemienić się w wilka, a Silvę, żeby pozwolić duchowi opuścić ciało... Dar, nie napisałabyś ze mną jeszcze jednego wątku? :D
Ojejciu, elficki... *ekstaza*
Żadnego mężczyzny, żadnego zwierzaka, a już na pewno nie zapchlonego wilkołaka, co wącha sobie tyłek. Bo na pewno wącha, tylko go jeszcze Sliva na tym nie przyłapała. Ej, ja płaczę, płaczę śmiechem...
Podsumowując: bardzo dużo chciałabym napisać, ale nie umiem. Końcówka jest świetna. Rozwaliła mnie. Wpadła mi do głowy jak każdy kawałek tekstu, który wymaga przemyślenia, i będzie dawać o sobie znać. Cała poetyzacja, wszystkie metafory, wszystkie świetne epitety wgniotły mnie w krzesło.
Kończę, bo niestety mam mało czasu. Primo: dziękuję Wam, to było świetne. Secundo: cem jeszcze. (like „braaain”)

Prawa autorskie

© Zastrzegamy sobie prawa autorskie do umieszczanych na blogu tekstów, wymyślonego na jego potrzeby świata oraz postaci.
Nie rościmy sobie natomiast praw autorskich do tych artów, które nie są naszego autorstwa.

Szukaj




˅ ^
+ postacie
Rinne Lasair