Przewodnik

Linki-obrazki

Misje
I. Więzi przyjaźni
Spotykasz po latach kogoś, kto dawniej był ci bliski. Wplątuje cię on w jakąś historię, która nie dość, że z czasem się komplikuje, to w dodatku budzi w tobie wątpliwości co do intencji przyjaciela.

II. Linia frontu
Kerończy natarli na Prowincję Demarską. Oblegany jest sam Demar. Jedni ludzie stają do walki, inni uciekają ze spalonej ziemi. Napastnicy, obrońcy i cywile. Po której stronie staniesz?

Opcjonalnie: Udział w buncie niewolników w Wirginii bądź inne miejsca walk.

III. Rekonwalescencja
W nie najlepszej kondycji trafiasz do wioski lub klasztoru. Wydaje ci się, że trafiłeś w dobre ręce i że wkrótce będziesz mógł opuścić to miejsce. Okazuje się jednak, że z pozoru życzliwi i uprzejmi ludzie skrywają przed tobą jakąś tajemnicę.

IV. Zabij bestię
Coś napada, nęka mieszkańców. Zawierasz umowę z wójtem - dostarczysz głowę bestii za określoną cenę. Okazuje się jednak, że stworzenie nie działa bez powodu - jest w jakiś sposób prowokowane przez mieszkańców.

Opcjonalnie: Bestia jest wrażliwa na hałas z karczmy albo ludzie naruszyli w jakiś sposób jej rewir (weszli na jej teren, zajęli leże ze względu na drogie surowce itp.)

V. Nielegalne walki
Dochodzą cię słuchy o nielegalnych walkach prowadzonych w okolicy. Położysz im kres czy może postanowisz wziąć w nich udział dla własnego zysku? Pieniądze nie leżą na ulicy.

VI. Zlecone zabójstwo
Dochodzi do zamachu, w wyniku którego ginie ktoś ważny. Podejmujesz się odnalezienia zabójcy – albo jego zleceniodawcy. Od ciebie zależy, czy dojdzie do aresztowania winnych, czy pomożesz im uniknąć kary.

VII. Egzekucja
W mieście lub wiosce szykuje się egzekucja. Znasz sprawcę albo sam doprowadziłeś do jego schwytania. Realizacja wyroku coraz bliżej.

Opcjonalnie: Z czasem nabierasz wątpliwości, czy skazaniec faktycznie jest winny i chcesz go uwolnić lub dochodzą cię pogłoski, że ktoś może chcieć uwolnić kryminalistę.

zamknij
Dodaj do WTP Spis kodów
Spis opowiadań
Kiedyś przyjdzie mi za to wszystko zapłacić... Weselicho, czyli tańcz, jedz i chędoż za darmochę! Oszukać czas. Oszukać przeznaczenie. Oszukać... siebie. Baśń o wolności: Preludium Świątynia Ażubora (1) Wszystkiego krówkowego! (okolicznościowa, krótkie opowiadanie "Motyw przewodni - Prezent". Ta dam, pamiętaliśmy! I - Wezwanie pomocy: alchemio, przybywaj! Gdy demon odzyskuje człowieczeństwo, przypomina sobie jak być człowiekiem. Nikt nie zna prawdziwego bólu do czasu aż nie straci kogoś bliskiego sercu. Niedopowiedziane historie Wendigo i Driada Szczurzy dzień (autor: Szept, Silva) Domek, zupa, sukkub i historia (autor: Elias) Sen i niespodzianki (autor: Elias) Boląca strata i niepokojący gość! (autor: Elias) Cienie i nowy przyjaciel (autor: Elias) Kruki (autor: Elias) Cienie i Starsze Dusze (autor: Elias) Zawsze jest kolejna tajemnica (autor: Silva) Zło Kor'hu Dull (autor: Elias) Złodziej Twarzy i Koszmar (autor: Elias) Królewiec (autor: Elias) Przed świtem (autor: Nefryt) Król Żebraków i nowe drzwi (autor: Elias) Akceptacja (autor: Elias) Nostalgia (autor: Nefryt) Nowa droga i niespodziewane wyznanie? (autor: Elias) Biały i zielony daje czerwony! (autor: Elias) Nowe wyzwania w nowym życiu (autor: Elias) Krąg tajemnic (autor: Elias) Jack (autor: Elias) Czasami to mrok daje najwięcej światła (autor: Elias) Trzy sceny o szpiegowaniu (autor: Nefryt) Morze bólu. Promyk nadziei ... (autor: Elias) Nie ma sensu szukać guza. Chyba, że jest się najemnikiem (autor: Silva) Sól (autor: Aed) Dyjanna Muirne: Miecz może być dowodem wszystkiego (autor: Zorana) Opus Magnum I (autor: Iskra) Uszatek i Kwiatek na tropie przygody: Przypadłość parszywej gospody (autor: Paeonia i Szept) Gdy gasną świece (autor: Zombbiszon) ... Najjaśniej płoną gwiazdy nadziei. (autor: Zombbiszon) Elias cz. 1 (autor: Zombbiszon) Elias cz. 2 (autor: Zombbiszon) Historia (autor: Zombbiszon)
zamknij

Chat



Dawno, dawno temu…
Za górami, za lasami…
Cholera, nie tak…
Dawno temu, jeszcze przed zniszczeniem Eilendyr…


W elfiej stolicy…
   - Rozumiesz coś z tego? - zaniepokojony Dantalion z uwagą śledził poczynania ich najemnika; był wyższy niż on, co rzadko się zdarza wśród elfów, sięgające ramion włosy w kolorze mleka spięte miał w warkocz; ciemne, wręcz czarne oczy, jak żartowano za jego plecami, nazywano smoczymi. Miał poważną minę, niezadowoloną, a na ustach, które nigdy się nie uśmiechały, pojawił się grymas trudny do odgadnięcia: ni to rozczarowanie, ni to żal. - On powinien szykować się na rozmowę z radą - a jak mógł zobaczyć Dantalion, najemnik szykował się do konnej podróży. Długiej sądząc po przytroczonych do siodła sakwach. - W dodatku nakazał udawać, że nigdzie nie wyjechał i w razie potrzeby stworzyć jego iluzję. On naprawdę myśli, że to się uda?
   - Zapewne liczy na szczęście. Po części go rozumiem, rada nie będzie zadowolona, że zniknął - Pszczelarzowi nie podobał się pomysł wyjazdu Brzeszczota. Najemnik powinien zostać i ustabilizować swoją pozycję zwłaszcza, że wygnana babka zaczęła rozpuszczać wśród tych, którzy jej słuchali, plotki; w dodatku robiła to tak, że nie było sposobu aby ją na tym przyłapać.
   - Może powinniśmy posłać z nim młodszego elfa? - gdyby tylko mógł, Dantalion rozkazałby zamknąć najemnika i trzymać pod kluczem, ze strażą, aby nie uciekł. Ale nie mógł. I nie chodziło o to, że rozkazałby coś hyvänowi, gdyby tylko szło o to… Próba zatrzymania na miejscu tego najemnika nigdy nie kończy się dobrze. Mistrz Soren dobrze to powiedział: wyrzuć najemnika drzwiami, a wejdzie oknem, wyrzuć go oknem, a wlezie kominem.
   - I może ubrać go w aksamity i rodowe herby? - teraz to Eachann parsknął śmiechem. Tak, już widział, jak najemnik się na to godzi.
   - I kokardkę na dupie zawiązać... - o, Brzeszczot ich słuchał, ale to tylko dlatego, że odskoczył jak oparzony od głupiej, wrednej Wolhy, która próbowała go ugryźć, znowu. I nawet słodkie jabłka nie potrafiły przekonać tej durnej szkapy do współpracy. Zawzięła się i koniec. - Wrócę za kilka dni. Trzęsiecie portkami, jak baby normalnie.
   - Wiesz chociaż, gdzie szukać jej królewskiej mości? - ocho, Dantalion widać miał nadzieję, że ten ich najemnik przynajmniej wie, gdzie mogła się udać królowa. Biedny, naiwny elf. Próżne nadzieje. Dar miałby wiedzieć? Co najwyżej przypuszcza, gdzie jej wredotę poniosło.
   - Jak dostanę wysypki na tyłku, to będzie znaczyć, żem blisko - Dar machnął tylko ręką, sprawdził czy przy pasie ma dziadkowy sztylet, zapiął dziadkowy płaszcz klamrą w kształcie sowy i wskoczył na Wolhę. Właściwie wylądował obok niej, bo konik się odsunął, ale za trzecim razem mu się udało. Wredne zwierzę.
   Teraz tylko wymknąć się z głupiej stolicy pełnej elfów. I uciekać od tych dwóch, co patrzą się jakby mieli samym spojrzeniem przywiązać do drzewa i nie puszczać, a przynajmniej Dantalion tak patrzył. Co on, najemnika nie znał? Albo mu nie opowiadali?
   - No to komu w drogę, temu butę w dupsko…
   - Apsik! Aaa…psik! - zabrzmiało donośnie, a Brzeszczot i zgromadzone przed domem elfy mogli poczuć delikatną woń mieszaniny ziół, która to jednak nie była przyczyną alergii nowo przybyłej. Przyczyny trzeba, by szukać w obecności poczciwej Wolhy i prowadzonego przez uzdrowicielkę jabłkowitego siwka. Heiana, ona to była bowiem, wyglądała jak do drogi, ubrana w ciemne, obcisłe spodnie i luźną koszulę. Jej własna szata niezbyt sprzyjała długotrwałym wędrówkom i konnej jeździe.
   - Wybierasz się gdzieś hyvän? - zapytała, rozglądając się trwożnie, jakby w obawie, że ktoś za nią podąża. - Bądźcie pozdrowieni, szlachetni panowie rodu Crevan. A ty, nie kalecz tak elfiego języka i imienia mojej kuzynki. Wysypka na… - zaczerwieniła się ze złości. - Chyba od twojej obecności. Jakbyś chciał wiedzieć, panie wulgarny, to wszystko twoja wina i przez ciebie mojej kuzynki i twojej królowej, tak królowej - powtórzyła z naciskiem, jakby chcąc mu przypomnieć o tym fakcie - nie trzeba by szukać. Siedziałaby w stolicy, tam, gdzie jej miejsce. A ja nie musiałabym porzucać gościnę Starszych i jej szukać, zanim wszyscy w pałacu do reszty zwariują.
   - Jaka niby w tym moja wina, co? Polazła znowu gdzieś, na dupie usiedzieć nie może to i masz - Brzeszczot naburmuszył się. Zarzucił kaptur na głowę, sprawdził rzemyki w swoich buciorach, gwizdnął na małą sówkę, bez której trudno było teraz gdziekolwiek się ruszyć i westchnął. Sówka przysiadła na siodle. - Może uciekła od ciebie, bo mówiłaś jej, co ma robić? - najemnikowy konik najwyraźniej postanowił być posłuszny, albo po zwierzęcemu planował coś gorszego, bo nagle dziwnie spokojnie Wolha dała się dosiąść.
   - Heiana-elda, wybacz naszemu najemnikowi - Dantalion ruszył się z miejsca, skinął z szacunkiem głową uzdrowicielce: wszak to rodzina królewska, a nie kuzynka kogoś z rodu - Jego nie zmienisz. Rada już się o tym przekonała.
   - Pierdolić radę, starych głupców - gdyby mógł, Dar odciąłby się od wszystkich, najchętniej machnąłby ręką na starszych i nigdy więcej ich nie oglądał. - Na miejscu Szept, posłałbym ich w diabły - ale wiedział, że to nie takie proste, o dziwo zdawał sobie sprawę zarówno z ograniczeń, jak i pewnych możliwości, jakie dawała rada. Szkoda tylko, że zbyt często, od śmierci dziadka, miał wrażenie, że faktyczną władzę sprawuje nie para królewska, a rada.
   Z dziwnych przyczyn Heiana naburmuszyła się na te słowa, ale dość szybko odzyskała rezon. Bądź co bądź była krewniaczkę Szept, ze wszystkimi zaletami i wadami takiego pokrewieństwa.
   - Wyrażaj się, zwłaszcza jeśli jesteś w obecności kobiet. A co do Szept i Rady, to jej sprawa i nawet jeśli nie mogła się dogadać ze Starszymi, to wcale nie jest powód… - przerwała, bo to przecież wcale nie było tym, o czym chciała mówić. - Gdybyś nie włóczył się nie wiadomo gdzie, nie wpadł w ręce łowców niewolników, to Szept nie poszłaby teraz… tam gdzie poszła. - Jej konik nerwowo parsknął, podirytowany przedłużającym się postojem, a Heiana z niepokojem pomyślała o drodze na jego niewygodnym grzbiecie.
   Dantalion się skrzywił. Co ten najemnik wyprawiał? Ktoś najwyraźniej zapomniał, że wśród elfów pewne zachowania uznawane są za niewskazane. A spróbuj go nauczyć ogłady, to tak się zaprze, że wołami nie przekonasz. I jeszcze Pszczelarz cieszy się jak dzieciak. Z czego on się tak śmieje? Dantalion spojrzał na Eachanna, pytająco, ale jedyną odpowiedzią był jeszcze szerszy uśmiech na twarzy starszego elfa. No to się dowiedział.
   - Jadę po Szept i jeśli chcesz, możesz jechać ze mną. Jak nie, to każdy w swoją stronę. - no to najemnik powiedział, co wiedział. Pszczelarz parsknął śmiechem; wyglądał tak, jakby się świetnie bawił. - Jedziesz?
   - Nie, to ja jadę po Szept, a ty możesz jechać ze mną.
   Dantalion spojrzał na Pszczelarza. Chyba właśnie rozgryzł, co tak bawiło starszego elfa. Bogowie miejcie te dzieci w opiece i nie dajcie im się pozabijać. To będzie ciężka podróż. Ciekawe, czy wpierw pokłócą się o to, w którą stronę jechać, czy może o to, kto powinien prowadzić. Dantalion miał dziwne przeczucie, że to nie będzie spokojna podróż i cieszył się jednocześnie, że nie musi im towarzyszyć. On zostanie tutaj, by pilnować domu. Pana marudę i panią ja wiem lepiej, pożegnało westchnienie i prychnięcie dwójki elfów za nimi. Pszczelarz nawet im energicznie, radośnie pomachał.
   - Wcale nie prosiłem o ratunek - najemnik odezwał się dopiero po chwili, kiedy stracili elfy z oczu, wracając do rzuconego przez uzdrowicielkę zdania. Pogonił konika, odruchowo dotykając palcami tatuaży, które przykryły znamię lanistki. - Mogliście mnie tam zostawić i byłby spokój - chciał jeszcze powiedzieć, że Ivelios żyłby wtedy, ale ugryzł się w język. Tak, gdyby nie wpakował się w kłopoty, dziadek nie ruszyłby się z Eilendyr, nie dotarłby do Tarok i nie... Z drugiej strony wiedział, że przyjaciele nie mogli go zostawić w takiej sytuacji, że dziadek nie siedziałby w stolicy bezczynnie. Czyli jego wina.
   Wzburzona elfka dopiero po chwili pojęła, jak wielką gafę popełniła i pożałowała, że nie ugryzła się w język. Przecież śmierć Iveliosa nie była winą Brzeszczota, niczyją. Równie dobrze można o nią obwinić Szept, Heianę, Midara… Słowem, najemnik zamknął elfce usta. Przynajmniej do czasu, aż oboje nie oddalili się od Eilendyr.
   - Świetnie, panie jadę po Szept. Więc gdzie zamierzasz jej szukać? - rzuciła i wstrzymała siwka, z satysfakcją obserwując twarz najemnika. - Jeśli to cię interesuje, Gallar szuka jej w Irandal, Emis ruszył do Królewca, a Eredin przeczesuje Medreth, a jak jej tam nie znajdzie, to jedzie do Larven i Strażnicy Ife. Wilk zostaje w stolicy, na wypadek gdyby wróciła wcześniej albo do czasu, aż nie ucieknie Starszym. Co ty proponujesz?
   Brzeszczot wstrzymał kasztankę i spojrzał na uzdrowicielkę tak, jakby widział ją poraz pierwszy, albo raczej tak, jakby zwątpił w jej inteligencję. To ona nie wiedziała? - Jedziemy do Jalgsi Hattarna - powiedział, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie - Góry Uśpionych Kolosów są na zachodzie. Odwiedzimy olbrzymy, Szept dostała od nich zaproszenie, przecież Heiana przy tym była - dla najemnika było oczywiste, że właśnie tam udała się magiczka. Bo gdzie indziej by była? Żaden elf nie miał jeszcze możliwości odwiedzenia koronnego miasta olbrzymów. Szept na pewno skorzystała z okazji. Szkoda tylko, że Dar był tak głupi, że nie skojarzył faktów wcześniej i pozwolił jej jechać samej. Jak ją tylko spotka, to nogi z dupy powyrywa i nauczy raz na zawsze, że bez niego nigdzie ruszać się nie ma. Bo kto wyciągnie jej palca spomiędzy drzwi, jak go sobie przytrzaśnie?
   Dar po raz kolejny zamknął jej usta i przez jedną chwilę uzdrowicielka spoglądała na niego tak, jakby go nie poznawała. Mało brakowało, a szczęka opadłaby jej całkowicie i musiałaby ją z ziemi zbierać. To ona myślała, że go całkowicie zaskoczy nowiną, że wzorem tamtych wszystkich, nawet cudownego Emisa, wyrwie się nie wiadomo gdzie i po co, byleby szukać i być użytecznym… Normalnie Darrusa by o podobne działanie nie podejrzewała.
   - Kim jesteś i co zrobiłeś z najemnikiem? - mruknęła do siebie w zamyśleniu, tak, że ktoś obdarzonym normalnym, nawet jak na elfa, zmysłem słuchu by jej nie usłyszał. Tyle, że Darrus nie miał elfich zmysłów. On miał je ponad przeciętne. Głośno zaś dodała: - Skąd wiedziałeś, że z niego skorzysta? Ja wiem, pierwsze, żaden elf i tak dalej, ale to takie nierozsądne. Oni z takich maluczkich robią miazgę. Ja wiem, że Jaruut deklaruje swoją przyjaźń - a przynajmniej coś w tym rodzaju, pomyślała - ale na bogów, on nie odpowiada za pozostałych. Pojawić się tam to takie nierozsądne, takie głupie, to jak szukanie guza i … - urwała i dokończyła z westchnieniem - to takie podobne do Szept.
   Najemnik uśmiechnął się pod nosem. Skąd wiedział? Bogowie, przecież to była jego wredna magiczka. Wiedział po prostu. Sam zastanawiał się czemu i dlaczego, ale wiedział. Gdzie mogła pójść elfka taka jak Szept, mająca w dodatku zaproszenie od olbrzymów? Oczywiście, że do Jalgsi Hattarna. To takie oczywiste. Przebył z magiczką tyle dróg, tyle miejsc odwiedził, że nie mógł się pomylić. On wiedział. Był pewny, że właśnie do olbrzymów się udała, ta jego wredna, krnąbrna, lekkomyślna elfeczka. - Możesz to nazwać szóstym zmysłem pracodawcy i podwładnego - albo dwójki przyjaciół i towarzyszów w drodze; to jednak sformułowanie najemnik zachował dla siebie - Jedziemy na zachód - przyhamował swojego nerwowego konika, chcąc zrównać się z wierzchowcem uzdrowicielki - Ponad jezioro Onns. Wolałbym, aby nikt z elfów nas nie widział. Rada znów się mnie uczepi jak kleszcz, psia ich mać.
   - Rada to się jej uczepi, jak tylko raczy pofatygować swój tyłek z powrotem do stolicy. Razem z tą bezmyślną głową, która najpierw zrobi, potem pomyśli. Mało jej było kłopotów, to jeszcze do olbrzymów poszła. Zamiast szukać porozumienia ze Starszyzną, to jeszcze ich drażni - uzdrowicielka dała wyraz swej irytacji. Nic dziwnego. Martwiła się o tę krnąbrną, upartą magiczkę, która chyba myślała, że jest niezniszczalna i palec, po raz kolejny włożony w szparę, jej nie odpadnie. Dobrze, nie odpadnie, ale może tak go zmiażdży, że będzie trzeba go amputować. Heiana widziała takie przypadki.
   - Na jej miejscu też wolałbym się z olbrzymami układać. Tak mówi mój szósty zmysł.
   Jej siwy konik, korzystając z nieuwagi jeźdźca, wyciągnął mocniej łeb, ciekawie obwąchując Wolhę i przy okazji jej jeźdźca. Byłby spróbował, jak smakuje najemnikowa tunika, gdyby nie fakt, że Heiana w tej chwili przywróciła go do porządku. - Ty nie masz szóstego zmysłu. Gdybyś miał, to byś się nie pakował w kłopoty tylko skontaktował z Emisem i powiedział mu, gdzie jaśnie królowej szukać. On albo Gallar by ją przyprowadził do stolicy, a ty nie miałbyś kłopotów z Radnymi. Ale nie. Ty i Szept jesteście po jednych pieniądzach, oboje aż się prosicie o guza.
   - W dupę wsadzić takiego Emisa - najeżył się najemnik, stając się dziwnie drażliwym i spiętym; kurwa, tyle się już nasłuchał o wspaniałym, wielkim, dostojnym i szlachetnym elfie, że aż mdliło. Emis to, Emis tamto, och i ach. Emis Sremis - Rzygać mi się chce, jak słyszę o tym cukierkowym chłoptasiu. Skoro taki dobry, to czemu szuka wiatru w polu, a nie gna do olbrzymów? I co w nim takiego jest? Chędożony elfi chłopiec.
  - Wyrażaj się. Nie jesteś w podrzędnej karczmie, tylko w towarzystwie kobiety, jakbyś nie zauważył. Może Szept toleruje takie zachowania, ale ja nie zamierzam. Nawet go nie znasz, a już obrażasz i do tego w tak prostacki, ordynarny sposób. Emis by nigdy nie zachował się w ten sposób. On nie zna Szept tak dobrze, jak ty, ale to jedyna rzecz, w jakiej ci ustępuje. - Heiana była oburzona i tylko to spowodowało, że krytyka manier najemnika i głowy rodu okazała się tak krótka. A i tak stanęła w obronie nowo przydzielonego do królowej przybocznego.
   Brzeszczot prychnął, patrząc z wyrzutem na uzdrowicielkę. Co ona w nim widziała? Dumny, pyszałkowaty goguś. Szlachetny elf, też coś. Po co magiczce ktoś taki? Że niby najemnik jej nie wystarczał to jeszcze Radni dorzucili chędożonego elfiego chłopca? A Heiana? Pf. - Jak chcesz, proszę bardzo, idź do swojego Emisa i z nim szukaj Szept - burknął i ponaglił Wolhę, a klacz opierała się nieco, bo siwka chciała lepiej zapoznać, ale w końcu uległa i mieszaniec wyprzedził uzdrowicielkę, klnąc pod nosem na chędożonego Emisa. Głupi elf. Pierdolony elf. Po kiego go przyczepili jak rzepa do magiczki? Najemnik zdecydowanie za bardzo wziął do siebie elfiego przybocznego i nie dość, że kuł go on w dumę, to jeszcze uzdrowicielka zachwycała się nim jak zakochana dzierlatka...
   Heiana zamrugała, bo w pierwszej chwili zajęta wychwalaniem cech nowego przybocznego, nie dostrzegła złości Dara. Złości, którą Szept nazwałaby urażoną dumą pomieszaną z nutką zazdrości i przyprawioną wulgaryzmami. Uzdrowicielka tego nie wyłowiła, za to po głowie tłukło jej się jedno słowo. - On nie jest mój. On jest Szept - burknęła rozeźlona. I po co ona jechała za jakimś szemranym najemnikiem? Powinna się była nauczyć, że z tego nic dobrego nie wyniknie. To wszystko wina Szept. Musiała poznawać ją i czerwonowłosą paskudę, której nijak nie dało się wychować i nauczyć elfich manier.
   Siwek, rozżalony zniknięciem koleżanki wyrwał do przodu tak gwałtownie, że uzdrowicielka nieomal spadła z jego grzbietu. Kurczowo chwyciła się łęku siodła, po raz kolejny zastanawiając się, co Szept widzi w tak niestabilnym emocjonalnie środku transportu. Widocznie lubi takie rozchwiane charaktery, zwłaszcza jeśli się bierze pod uwagę Darrusa. - Weź poczekaj - zawołała za nim, przełykając własną dumę.
   Najemnik przez chwilę nie reagował; jego konik wyjątkowo grzecznie szedł przed siebie, starannie omijając zbyt głębokie na kopyta kałuże i chyba miał dziś lepszy dzień, bo tylko trzy razy Wolha chciała go z siodła zrzucić. Słysząc zaś wołanie uzdrowicielki, nawet się nie odwrócił i tylko przez wiatr i krople deszczu zawołał - Obraziłem się. Najemnicy też mają dumę, a ty na moją wykonałaś zamach.
   - To schowaj swoją dumę do kieszeni i weź się w garść, mamy znaleźć Szept - rzuciła, zirytowana, bo potraktował ją normalnie… Nawet się nie odwrócił, nawet nie zwolnił swojej kobyły. Nie takiego zachowania spodziewała się Heiana. Za wiele czasu spędzała z pełnymi kurtuazji i wdzięku elfami. A ten najemnik…
   Ponagliła jeszcze bardziej siwka, a ten ochoczo przystała na to, wkrótce też człapał już radośnie koło swojej towarzyszki.
   - Nie chciałam cię urazić. Martwię się o Szept - zaczęła uzdrowicielka, która poczuła coś, co można nazwać łagodnym wyrzutem sumienia. Lubiła Darrusa, nawet bardziej niż powinna i wcale nie chciała mu sprawić przykrości.
   A ja jestem, cholera, zazdrosny. Czy on powiedział to na głos? Szybkie spojrzenie spod kaptura i chusty zasłaniającej mu usta na uzdrowicielkę. Siedziała w siodle normalnie, nie była wzburzona, czy zmieszana, czyli nie powiedział tego na głos. Dobrze.
   - Denerwuje mnie myśl, że wredna magiczka ma swojego przydupasa. Ślepego jasnowidza, co kataru przewidzieć nie może, jeszcze zniosę, ale ten chędożony elfi chłopiec... - Brzeszczot tolerował Wilka, nie znosił Rady i najwyraźniej Emis dołączył do tej samej gromadki, w której upchnięci byli Starsi. - Ja już nie wystarczam? Nigdy nic jej się ze mną nie stało - najemnik miał problemy z pogodzeniem się z sytuacją; od dawna był tylko on z magiczką i w drodze tak było dobrze. To teraz nie, potrzebny piękniś Emis! Po cholerę. - Nie mogę patrzeć, jak on wpierdziela się na moje miejsce. To, że zastępuję dziadka, nie znaczy, że nie będę na zawołanie Szept. Cholera, będę zawsze - bo jak nic ją kocham tego chyba też nie powiedział na głos; znowu na elfkę zerknął i nic niepokojącego na jej twarzy nie zobaczył. Dobrze, nie wygadał się.
   Wolha złapała zębami z skórzane wodze i byłaby je przegryzła, gdyby nie mądry siwek, co w porę się odsunął. Będzie trzeba uważać, jeszcze im koniki uciekną i na zachód pójdą piechotą. Droga i tak nie była łatwa; jechali bocznymi gościńcami, wzdłuż linii lasu, ostrożnie byleby ktoś niepożądany ich nie zobaczył.
   - Wilk nie jest ślepy, a Emis nie jest chędożonym chłopcem. - Uzdrowicielka nie miała żadnych wątpliwości, kto kryje się pod tymi, jakże zaszczytnymi określeniami Darrusa. - Jakbyś nie zauważył ten przydupas - skrzywiła się niemożliwie na sam dźwięk tego określenia - jest jej mężem, a twoim władcą. I nie wmawiaj mi, że tylko po części, bo jako głowa rodu należysz całkowicie do elfiej społeczności. Emis zaś… - urwała.
   No właśnie, Emis. Był niezaprzeczalnie przystojny, Heiana musiała to przyznać. Ciemne włosy, to spojrzenie, z odrobiną dzikości i prowokacji. A jednocześnie panował nad sobą doskonale. Osobiście, Heiana twierdziła, że będzie mniej pobłażliwy dla magiczki niż znający ją jeszcze z dawnych czasów Gallar. Ten ostatni zbyt się jej słuchał, przystałby na wszystko, by ją zadowolić. A potem robiłby wszystko, by nie stała jej się żadna krzywda. Był też elitarnym obrońcą Sarriela, a to musiało coś znaczyć.
   - Ale to moje miejsce. Cholera, moje.  
   - Nikt nie twierdzi, że jest inaczej. Jestem pewna, że Szept… - ale Darrus chyba jej nie słuchał.
   - Emis weźmie i powstrzyma ją od czegoś, a ona i tak to zrobi, tylko że nikt nie będzie o tym wiedział. I szukaj elfki w polu. To ja ją wyciągałem z kłopotów, ja walczyłem w obronie jej życia, a nie on!
   Jesteś zazdrosny olśniło uzdrowicielkę. Z tym, że gdy zerknęła na twarz Darrusa uświadomiła sobie, że powiedziała to na głos. Powinna być nieco mniej bezpośrednia, żaden z niej dyplomata. Zazdrosny najemnik, który nie umie nazwać swoich uczuć, nawet jeśli dla niej było oczywiste, że on Szept kocha… Akurat to ostatnie wywoływało dziwny zamęt w jej głowie, ale mniejsza już o to. - Szept to wie. To Starszyzna nalegała. Emis nie jest tobą, ty nie jesteś Emisem - spróbowała go jakoś ułagodzić, pocieszyć. - Zobacz, założę się, że jeśli Szept oczekuje, że ktoś wywlecze ją za te jej włosy i zatacha do stolicy, to będziesz to ty.
   Jesteś zazdrosny.
   Brzeszczot podskoczył w siodle, obracając twarz ku uzdrowicielce i tylko dzięki temu, że chusta przysłaniała mu nos, elfka nie mogła dostrzec rumieńca, który pojawił się na jego policzkach. Z ciemnych chmur zasłaniających niebo spadły pierwsze krople deszczu; korony drzew szumiały podrywane przez wiatr, a przed nimi, tam gdzie kończył się las, pojawiła się jasna błyskawica. - Ja nie jestem zazdrosny... - mruknął, szybko odwracając wzrok - Żeby być zazdrosnym musiałby tę wredną długouchę chociażby lubić - mruknął, ale dobrze wiedział, choć nie przyznawał się przed nikim, nawet sobą, że tę pyskatą i upartą elfkę lubi całkiem mocno. Może jak będzie udawał, że wcale tak nie jest, to nikt nie zauważy? I nie przyszło mu do głowy, że jadąca obok niego uzdrowicielka, całkiem opacznie może zrozumieć jego wahanie i zaprzeczanie. Zaczął się wiercić w siodle, a Wolha wyjątkowo spokojnie to znosiła; gdzieś niedaleko kotłowała się rwąca w rzece woda. - To nie moja wina, że Szept jest mi jak siostra - mruknął tak cicho, że człowiecze ucho nie wychwyciłoby jego słów pośród szumu drzew i padającego deszczu. - A ja nie godzę się, by mi rodzinę odbierano... - najemnik, który nigdy nie miał rodziny pełnej, który zawsze zazdrościł dzieciakom sąsiadów, którzy z gromadką rodzeństwa gonili kury, po prostu nie umiał pogodzić się z tym, że nikt nikogo nie ma na wyłączność. Ogólnie o tym nie myślał, nawet tego nie chciał, ale kiedy Radni wykopali pod nim dołek i podsunęli Szept Emisa, uznał to za początek wielkiej straty. Im częściej o tym myślał, tym bardziej martwił się, że nagle skończy się coś, co było częścią jego życia. Że nie będzie więcej podróży gościńcem, a on zostanie tylko najemnikiem, który zadbać musi o ród. I nikim więcej. Zbyt mocno się przywiązujesz, głupcze. Wiedział o tym i o ile w przypadku innych był spokojny, o tyle drżał na myśl, że utraci swoją wredną magiczkę.
   Odkrycie. I to jak wielkiej wagi. Brzeszczot był zazdrosny. I nie chciał się do tego przyznać za nic w świecie. Ale to nic dziwnego. Nie chciał się przyznać nawet do tego, że wredna długoucha jest mu choć trochę bliska, a co dopiero… Heiana zaśmiała się nagle. Nie cicho, nie był to też nerwowy chichot pensjonarki. Dźwięczało w nim szczere rozbawienie. - Jesteś zazdrosny - powtórzyła, tym razem pewnie, bez powszedniego zdziwienia i niedowierzania. Jak ona to powie Szept, to jej magiczka nie uwierzy! Chociaż poczuła też coś dziwnego, jakby rozczarowanie i ukłucie zazdrości. Czy o niej też myślał czasami, nawet choć odrobinę? Wiedziała, że najemnik wiele zrobiłby dla przyjaciół i rodziny, ale ona nie chciała być ani przyjaciółką ani siostrą. W sumie, sama nie wiedziała, czego chce. Pocałunek w Tarok ją wkurzył, rozstroił i … Szlag! Znowu myślała o Tarok.
   -  Ja im Szept nie oddam. Niech nawet nie liczą na to - potrząsnął głową.
   O czym Brzeszczot mówił? Niech to szalg, niech to bogowie, nie słuchała, zbyt pochłonięta własnymi myślami i rozważaniem nadmiaru emocji, jakie wzbudzał w niej półelfi najemnik. Do tego bardziej ludzki niż elfi. - Ekhem, tak - bąknęła nieco nieskładnie, zastanawiając się, czy powinna potwierdzać to zdanie i co było przed nim. Uzdrowicielka go nie słuchała, ani odrobinę. Czym była zajęta? Był głupcem, bo powinien się cieszyć z tego, że nie zwracała uwagi na to, co paplał, a nie być jeszcze ciekawskim. Zdecydowanie powiedział za dużo, no bo co to ja gburowaty najemnik, który dostaje rozstroju nerwowego zaraz po tym, jak usłyszy, że jego, kurwa mać, elfka dostała jakiegoś długouchego elfa, co pewnie palcem do tyłka sobie nie trafi. Tak, ludzka natura daje o sobie znać.
   - Powinniśmy przyśpieszyć. Pada.
   Chyba jednak się w nic nie wpakowała, bo najemnik bardziej był zajęty pogodą niż nagłym zaniepokojeniem uzdrowicielki. - Jeszcze zdążymy zmoknąć, nie jestem z cukru, nic mi nie będzie. Apsik! - kichnęła donośnie. - To od sierści tego zwierza, nie z przeziębienia. Ja się nigdy nie… Apsik! Apsik! - Napad kichania całkiem skutecznie zakłócił spokój biednej Heiany.
   Brzeszczot potrząsnął głową, strząsając krople deszczu. Kurewska pogoda. Jak nie śnieg, to deszcz, burze, zamiecie, co się działo z tym światem. Cholera, czy ci magowie pogodowi nic nie umieli z tym zrobić? Soren pewnie by mu zaraz na taką myśl zrobił wywód, że nie wolno ingerować w naturę, bo odesłanie deszczu sąd może być suszą gdzieś indziej. Co to za magia, która miała tyle ograniczeń, że do praktyki się nie nadawała.
   Osłaniając płaszczem skrawek mapy, najemnik przejechał palcem po pergaminie w ślad za czarną wstęgą wijącą się od lasów Eilendyr, aż po góry olbrzymów. Jechali mając po prawej Valnwerd, a gdzieś daleko po lewej Drummor. Jeśli droga będzie łatwa ominął Wichrowe Pola przy Tir Faldr, uzupełnią zapasy w wiosce Prym i przez bagna dotrą do olbrzymów. Bagna… o ile znajdą ścieżkę. - Zostało nam trochę drogi, ale to najkrótsza trasa z Eilendyr - wskazał palcem na mapę - W wiosce Prym możemy odpocząć. Potem na Bagna Cebra.
   - Czekaj, stop, powoli - ukróciła jego gadkę zdezorientowana uzdrowicielka. Heiana, choć nie najlepiej czuła się w stolicy, nie była też aż takim włóczęgą jak Szept. Dotąd jej życie sprowadzało się do osiedli Teruków i ich najbliższej okolicy, czasem przeplatane toto z wypadami do elfiej stolicy w odwiedziny do krewnych. A tu jej teraz najemnik sypie nazwami z rękawa, paluchem po magie lata i myśli, że ona coś z tego pojmuje? To może ona mu ładnie wytłumaczy, kiedy kwitnie wrzos, czemu liście są zielone i skąd się biorą choroby?
Uzdrowicielka, z zatroskanej i wkurzonej, potem z zawstydzonej i zamyślonej, ostatecznie zrobiła się drażliwą. - Możesz mówić po ludzku? Nie jestem Szept, nie znam tych wszystkich szemranych dziur, do których chodzicie. - Prawie można było usłyszeć skargę w jej głosie. 
   Brzeszczot czasami zapominał, że podróżuje z uzdrowicielką, która świata nie poznała tak dobrze, jak on; gdy mógł bywał wszędzie, przyjmował każde najemnicze zlecenie, czasami przemierzając kraj wzdłuż i wszerz. Znał szemrane miejsca, bo w nich najczęściej przebywały zlecenia. Kto to widział, by bazyliszek chował się w kwiatowym zagajniku, albo szajka rabusiów w polu pełnym bzów. Szemrane miejsca były nieodłączną częścią najemnikowego życia. Chwytając lejce, skierował Wolhę bliżej konika uzdrowicielki i chwytając się łęku, czując w nosie zapach melisy, pokazał jej mapę. - Tu są Bagniska Cebra, leżą pomiędzy lasem Tir Faldr, a górami olbrzymów, które otaczają z każdej strony. W ich środku jest równina Sal'mall, jedyna twarda powierzchnia na bagniskach.
   Heiana, nie mając pojęcia, jak to go drażni, przechyliła się w siodle w jego stronę, co by lepiej widzieć mapę, dokładniej się jej przyjrzeć i tym razem nie było w tym żadnego ukrytego motywu. Uzdrowicielka nie pomyślała. - Jesteś pewien, że damy radę tędy przejechać? Przez te bagniska, czy jak tam się one nazywają? Bo to nie brzmi, ani nie wygląda zachęcająco, ani… ale skoro to najkrótsza droga… a Szept może nas potrzebować. - Ten ostatni argument ostatecznie przekonał uzdrowicielkę do planu najemnika. W końcu, jak dotąd Szept nic złego się pod jego opieką nie stało… oprócz paru siniaków, kilku pułapek i wybuchów magii, ale to szczegół, o jakim zdaje się nawet magiczka nie pamiętała.
   Magiczka. Szept, gdzie też cię poniosło i jak oni mieli wyciągnąć elfkę z łap olbrzymów? Całkiem dużych, bardzo dużych, gigantycznych łapek?
   - Na bagnach nie ma nic groźniejszego niż kappy, duchy źródeł, kenshi, błędne ogniki, a jak spotkamy kirina to najwyżej uciekniemy, albo damy mu konika na przynętę - ot zwykłe bagienne stwory, które zazwyczaj wędrowców nie atakują, chyba że mają ku temu konkretny powód. Przejazd przez bagna nie powinien być zbytnio niebezpieczny, ostatecznie w ruch pójdzie ostrze i rozwieje się nudna konna jazda.
   - I może mi wyjaśnisz, jak zamierzasz dostać się do olbrzymów, wpuszczą nas od tak? Coś mi się nie wydaje.
   - Daj spokój. Najwyżej nasikam im na próg to wylezą. Ewentualnie, sposób stary jak świat: dam się złapać.
   Zagrzmiało nad ich głowami. Cholerna pogoda była nieprzewidywalna, a podobno ma nadejść lato, jednak najemnik nie zdziwiłby się gdyby magowie pogodowi znowu się pomylili.
   - Wiesz co? - Heiana pokręciła głową. - Jesteś nienormalny. Idziesz do olbrzymów i liczysz na serdeczne i ciepłe powitanie? Może mają cię pogłaskać po głowie? A jak dasz się złapać, to nie wiem, kto będzie ciebie i Szept wyciągał z matni, co ty myślisz? Starsi się pofatygują, żeby wyciągnąć mieszańca i wredną magiczkę? Jesteś… jesteś…
   Po prawdzie to właśnie zaczęła się bać. I tym razem nie olbrzymów i nie bagien i tego, co się może na nich kryć. Szept jej kiedyś opowiadała… Nie, ta myśl nie jest dobra. Nie teraz. A najemnik… on nie widział niebezpieczeństwa. Nie brał je na poważnie. Myśli, że jeden Jaruut uratuje jego boskie pośladki, jak pozostali będą chcieli go sobie uwędzić na ognisku? Albo jak sobie będą chcieli miast wędzonego zjeść na surowo? Albo… - Darrus, czy ty aby o czymś nie zapomniałeś? - zapytała prawie przymilnie uzdrowicielka, a widząc, że najemnik chyba jej nie rozumie, zupełnie jakby przemawiała w obcym języku, pożałowała, że nie ma czym go rozbudzić. - Olbrzymy. Góry. Olbrzymy. Duże olbrzymy, zamknięte w swoich kręgach. Złe. - Może trochę panikowała, tak odrobinkę, ale w gruncie rzeczy niewiele wiedziała o olbrzymach, pomijając jej spotkania z Jaruutem. Tyle, że Jaruut był w mniemaniu uzdrowicielki specyficzny. Nieco oswojony. Znaczy, wciąż groźny, jeśli brać pod uwagę scenę na stoku, gdy ratowali najemnika i to, jak się wkurzył na bogów, na Szept i … Słowem, Heiana bała się spotkania z olbrzymami.
      - Dobrze wiesz, jakie są olbrzymy. Przecież się nie przekradnę, bo się nie da. Do tamtego roku ludzie nawet nie wiedzieli, że olbrzymy zbudziły się ze snu, więc jak mamy tam wejść, jak nawet nie wiem, gdzie są drzwi? - położenie gór uśpionych kolosów nie było tajemnicą, ale odnalezienie Koronnego Serca i wejścia prowadzącego do domu olbrzymów było czymś nieosiągalnym nawet dla magów. Jeżeli watażkowie nie zechcą ich wpuścić, mogą sobie usiąść i poczekać, bo nic innego nie zrobią. Szkoda, że Jaruut zamknął się w kamiennym mieście, a kaznodzieja razem z nim; Jasha pewnie wiedział, jak wślizgnąć się do środka, ale co z tego, jak już tam siedział.
   - Nie, olbrzymy są złe. Głodne. A Jaruut mówił, że lubią szpik… i że… Zdecydowanie, za bardzo słuchała Jaruuta. I za dużo z tego pamiętała. - Heiana wiele mogła znieść, zwłaszcza dla kuzynki. Błoto. Bagna. Kiedyś takie ją wciągnęło, jeszcze gdy była mała i gdyby ojciec nie zareagował wcześniej… A ten tu najemnik proponował bagna! Dobrze, może je przejechać z zamkniętymi oczami, udając że nie widzi błotnisk i nie słyszy bulgotania, ale błyskawice i grzmoty to już było za dużo. Tego nie da się nie dostrzegać. Heiana skuliła się, mocno obejmując rękami i szczękając zębami. Ale na Darrusa posłała wojownicze spojrzenie.
   - Olbrzymy na przykład nie boją się burzy. Jak ty.
   - Ja się nie boję - wyjaśniła. - Mi po prostu zimno. Tylko dlatego się trzęsę i tylko dlatego… Aaa! - Aż podskoczyła, gdy po niebie potoczył się grzmot, a od błyskawicy niebo zrobiło się aż jasne. - Ja się nie boję - powtórzyła żałośnie.
   - Daj spokój - opanowana do tej pory Wolha zaczęła się buntować. Chód jej zrobił się nierówny, nerwowy, a błyskawice dodatkowo są stresowały. - Boisz się burzy... - Brzeszczot nie dokończył. Wolha wierzgnęła, podrzuciła zad do góry i zrzuciła niczego niespodziewającego się najemnika na ziemię. Mieszaniec wpadł w kałużę, obił sobie pośladki, a Wolha pogalopowała z jukami i całym zapasem gdzieś w las, chcąc się chyba schować przed deszczem i błyskawicami. - Przerobię cię na kiełbasę! - wrzasnął najemnik, grożąc konikowi pięścią. Bolał go tyłek, był cały mokry, bo siedział w kałuży, cholerne szczęście.
   - Nnie… - Heiana szczęknęła zębami, ale w tej właśnie chwili Wolha poniosła, przerywając jej wypowiedź, a potem Brzeszczot dodał kilka epitetów pod adresem kochanej kobyłki. Mokry, obolały Brzeszczot. Do tego bez konia. A to znaczyło wolniejsza podróż. W huczącej naokoło burzy. Bardzo miła perspektywa. - Ona się boi, nie ja… - znów szczęknęła zębami.
Całe szczęście siwek wolał pozostać na miejscu, niż rwać do przodu i zakończyć swój długi, koński żywot na bezdrożach. Nawet strach uzdrowicielki, który musiał czuć, nie mógł go zmusić do głupiego, całkowicie niepotrzebnego wysiłku. Właśnie dlatego Heiana wybrała go na drogę. Spokojny, starszy, opanowany. Nie mógł ponieść.
   Błyskawica znów rozdarła niebo. Siwek, pozbawiony kontroli jeźdźca opuścił łeb, spokojnie skubiąc kilka trawek. Heiana wrzasnęła i niemal spadła z siodła na ziemię, przerażona grzmotami. Skończyło się na tym, że zamknęła oczy, a dłonie uniosła do szpiczastych uszu, zasłaniając je. Mamrotała coś do siebie, co brzmiało jak - Nie słyszę, nie widzę, nie ma burzy. - Ale Brzeszczotowi mogło się tylko wydawać, że słyszy takie słowa. W końcu, grzmoty całkiem skutecznie zagłuszały mamroczącą Heianę. I nawet jej mamrotanie, zamknięte oczy, zatkane uszy, nie mogły odstraszyć burzy.
   - Chodźmy stąd…

Tymczasem na moczarach…

   Bagniska Cebra zaczynały się tam, gdzie brukowany gościniec biegnący z Drummor do Losny skręcał w prawo, aby okrążyć nieprzejezdny i trudny teren, omijając i bagna i trzy góry olbrzymów. Dotarcie tutaj zajęło im kilka dni. Za plecami mieli stare umocnienia, pamiętające jeszcze czasy zaciętych walk z olbrzymami. Przed sobą Bagna Cebra i niewyraźne kształty Jalgsi Hattarna, ukryte za mgłą. Wokoło, gdyby mieli czas i możliwość przemierzenia ziem olbrzymów, dostrzegliby miejsca bitew opisane w księgach, ruiny wiosek i miasteczek, wąwozy i zniszczenia, których nie zdołała ukryć natura. Czarne niebo nie wyglądało dobrze. Masywne, ciężkie chmury sprawiały wrażenie, jakby zaraz miały z hukiem spaść na ziemię, a błyszczące pomiędzy nimi błyskawice dodawały im upiornego wyglądu.
   Brzeszczot zaklął, siedząc za uzdrowicielką na wytrwałym siwku. Szczęście, że był wysoki, bo spokojnie ponad głową uzdrowicielki widział drogę, lejce z jej rąk zabrał, siwka ponaglił i tak sobie pojechali. Nie, wcale mu nie przeszkadzało, że tak sobie siedzi blisko i czuje w nosie melisę. Znowu złapała ich burza. Jak na złość.
   - Do Bagien ledwie godzina jazdy. Zobacz, tam nie pada. Ot zwykła burza, dobrych nie trafia.
   - To gniew bogów. Uderzy i… - Nie dokończyła. Huknęło po raz kolejny, grzmot przetoczył się nad okolicą, zaiste prawdziwy był to gniew bogów, zmagania tytanów, walki ciskających kamieniami olbrzymów, czy jak inaczej to nazwać. Heiana pisnęła po raz kolejny, zamknęła oczy. Mieli szczęście, że siwek był taki spokojny, swoje już przeżył i zdawało się, że nawet burza i piszcząca na jego grzbiecie elfka nie zburzą opanowania wierzchowca. Stał dalej, w tym samym miejscu, czekając, aż ciężkie coś na jego grzbiecie w końcu karze mu ruszyć dalej.
   Ostatnie, czego mogli się teraz spodziewać po Heianie. Dobrze, że Brzeszczot wziął sprawy w swoje ręce. Siwek spokojnie poczłapał do przodu, niechętnie przyśpieszył czując nacisk łydek i ponaglający ruchy wodzami. Heiana zaś, gdyby mogła, to chyba by się wtopiła albo w koński łeb, albo w najemnika, jakby to miało sprawić, że zniknie. Burza. Ona. Jedno z dwóch. Uzdrowicielka potrafiła radzić sobie całkiem nieźle, ale wystarczyły nawet malutkie błyski, a już towarzystwo nie miałoby z niej, porażonej strachem, najmniejszego pożytku.
   Brzeszczot nie bał się burzy. Dużo bardziej przerażały go owady, pająki i inne małe żyjątka, poruszające się w dziwny, nieprzyjemny sposób, ale o tym strachu nikomu nie mówił, bo przecież nie przyzna się, że jak mu raz Lofar pajączka za koszulę rzucił, to wyskoczył z niej jak oparzony, w dodatku piszcząc jak mała dziewczynka.
   - Ciesz się, że nie na sowach lecimy, bo miałabyś widok z pierwszego miejsca - usadawiając się wygodniej, poganiając nieco siwego konika, najemnik jakoś tak przypadkiem do uzdrowicielki się przysunął, głowę przy jej lewym uchu ułożył i ciszej już dodał - Będzie dobrze. Martwienie się nie jest w twoim stylu - zapach melisy stał się intensywniejszy, a Dar mógł nawet przysiąść, że włosy elfki pachnął ziołami, po czym doszedł do wniosku, że jego własne śmierdzą raczej błotem i wodą. - Powinnaś mi powiedzieć, że bagna to jest zły pomysł. Teraz nie mamy jak zawrócić.
   - To nie jest zabawne - wydusiła z siebie, szczękając zębami. Mógł sobie pocieszać Heianę ile wlezie, ale w tej chwili miało to raczej wymierny skutek. Może tylko taki, że uzdrowicielka mocniej do niego przywarła, a zapach melisy, choć to wydawało się niemożliwe, stał się jeszcze mocniejszy. Zignorowała zapowiedź bagna, chociaż oboje wiedzieli, że błota wprost nienawidzi. Spróbowała jednak wziąć się w garść. - Martwienie się jest całkowicie w… - grzmot zagłuszył jej słowa, a uzdrowicielka znowu zadygotała, tłumiąc ni to szloch ni pisk - moim stylu.
   To się skończy. Kiedyś na pewno. Żadna burza, choćby najbardziej gwałtowna i porywista, nie trwa przecież wiecznie. Poza tym Brzeszczot. On nie pozwoli, żeby stało się coś złego. I Szept. Heiana mogła trząść się ze strachu, niby ta galaretka, ale lojalność i troska o kuzynkę przeważała.
   - Wcale nie jest - najemnik usłyszał jej słowa, zniekształcone, ale jednak usłyszał. I uśmiechnął się pod nosem, a że miał twarz nad jej ramieniem, kątem oka elfka mogła to dostrzec. - Jesteś upierdliwą, naiwną elfką, która jako jedyna widzi we mnie elfa. Uzdrowicielką nieprzeciętną, która burzy się boi. Ja się boję robactwa. Szept boi się łaskotania piórem po stopach, wilkołak boi się pcheł, a szamanka... Wróć, kobieta lód niczego się nie boi. Więc... - dmuchnął jej w ucho - Burza nie jest najgorsza. Zobacz - wskazał palcem horyzont - Tam jest jasno.
   - Tam jest jasno, bo się błyska - pożaliła się, w pierwszej chwili nawet nie chcąc zerkać we wskazaną jej stronę. Jasno, niemiło, nieprzyjemnie. I gromy. I mokro. Lękliwie zerknęła przed siebie, mrużąc oczy tak, żeby można je było łatwo zamknąć, gdyby niebo przeszyła błyskawica. Zamrugała. Brzeszczot nie mówił tylko po to, żeby ją czymś zająć (co zresztą wcale nie byłoby takie złe), on miał rację. Dalej, przed nimi, niebo nie było takie bure, tak ciemne, ze skłębionymi chmurami. Tam chyba nie padało, a jeśli dochodziły gromy, to odległe, niesione echem natury. Uzdrowicielka poczuła się raźniej. Przynajmniej dopóki nieba nie przeszyła kolejna błyskawica. - Chciałabym, żebyśmy już tam byli - stwierdziła tęsknie, żałując, że siwa szkapina nie może pędzić szybciej. Ano, chciała spokojnego konisia to miała. Nie to, co gniadosz Szept, ten by już ich zaniósł z dala od boskiego gniewu.
   Człowiek zabiera się za... Dobra, mieszaniec się zabiera za komplementowanie kobiety, a kobieta co? Zaabsorbowana burzą, bo się błyska i jest strasznie. Coś ci panie najemniku nie idzie, najwyraźniej ktoś wyszedł z wprawy, albo się trafił twardy kawałek drewna, na rąbanie odporny - bogowie, gdyby uzdrowicielka usłyszała do czego ją porównał. Aż najemnik potrząsnął głową. - Magowie pewnie by nas przenieśli, ale ja im nie ufam. Rada zrobiła się ostatnio miła, więc węszę podstęp - siwek pokierowany został w bok, na dróżkę żwirową biegnącą i ginącą na bagnach Cebra. Przed nimi, choć jasno, drzewa zaczęły rzednąć, a teren robił się równy, pokryty błotem, stojącą wodą i trzęsawiskami. Uznawszy, że trzymanie rąk z wodzami w górze jest strasznie męczące, Dar postanowił tak po prostu oprzeć je sobie na elfich kolanach. - Wszystkie te kanalie są na głowie Frila, ale on i taj jest lepszy od Krokusicy.
   - Próbujesz mnie zagadać, Dar? Prawie ci to wychodzi - zapytała uzdrowicielka, nieco drżącym głosem, próbując się uśmiechnąć. To ostatnie niezbyt jej wyszło, ale liczą się chęci. A naiwna elfka święcie wierzyła, że od początku rozmowy to właśnie robi najemnik. Absorbowała ją burza, dzięki gadaninie najemnika zdająca się nieco bardziej odległą niż wcześniej. A może to po prostu oni oddalali się od jej centrum. W sumie, nie zauważyła nawet, że nie dość, że zwraca się do niego po imieniu, to jeszcze to imię skraca. Może miałaby go jeszcze nazywać misiaczkiem? Chociaż, musiała przyznać, że objęcia tego misiaczka były całkiem przyjemne. Cóż, nie wyszły komplementy, ale przynajmniej języka najemnik nie zapomniał.
   - Pomyśl sobie, że burza to nic innego, jak tylko kuźnia, gdzie dla bogów kuty jest oręż, stąd te pomruki i błyski - Maltorn w ten sposób, opowiadając ludowe bajania, starał się oswoić swojego syna z burzliwą naturą. I tak powodzie były wylewanymi łzami pięknej bogini, która nieszczęśliwie się zakochała, burze boską kuźnią, a nieurodzaj efektem przejścia przez pola czarciego psa.
   - To żadna kuźnia. Bóg Mathlann … -  Darrus natrafił na ścianę. Wierzeń elfickich. Co gorsza, Heiana doszła do wniosku, że edukację najemnika musiano w tym miejscu zahamować, toteż wzięła sobie poważnie do serca kolejne zadanie. Żyjąc wśród elfów, będąc nim po części, Darrus powinien mieć do bogów więcej szacunku. I … Chociaż, widok niebiańskiej kuźni i wyobrażenie o niej było dość sugestywne, nawet jeśli uzdrowicielka wiedziała o tej szlachetnej robocie obróbki metali niezbyt wiele. Natura przemawiała silnie do jej elfiej natury, ruda i kamień mniej, może tylko odrobinę za sprawą Ymira, przyjaciela Szept i późniejszego Dolnego Króla.
   - Tak tak wiem, bóg burz i nawałnic, jego dzieci, głupie tańce ze śpiewami odprawiają - burknął mieszaniec, który najwyraźniej coś na temat bóstw wiedział, nie dzięki ojcu i staruszkowi, bo w mitologii elfów wykształcił go zapewne Ivelios. Najemnik nie był niedouczony, on po prostu odrzucał wszystko to, co elfie i dalsze jego sercu, ale jak widać Los czasami potrafi odwrócić się i wepchnąć na inną ścieżkę, której nie sposób ominąć. Teraz Dar musiał zmierzyć się z tym, co kiedyś pod dywan wepchnął. - Szept nie chciała mi powiedzieć, dlaczego boisz się burz - o bagnach słyszał, nie od magiczki, ale jego czułe ucho wychwyciło i tę informację. Czasami opłacało się ukrywać w krzakach pod ławeczką, na której siedziały plotkujące elfy.
   - Nie powiem - burknęła, nagle milcząca. Nie będzie się chwalić czymś takim, cokolwiek najemnik by nie powiedział, strach przed burzą, czymś co wynika z natury, był śmieszny, zwłaszcza u elfa. Basta. - Szept ci nie powiedziała, czemu łaskotki piórem, ja nie powiem o burzy. Nie. - A pod pewnymi względami, jak różniły się ze sobą, tak i były podobne, ona i Szept, obie lojalne, obie szły własną drogą, w końcu zaś obie niezmiernie uparte.
   - Baby…
   Na Bagnach Cebra przywitała ich mgła. Gęsta, lepka, biała niczym mleko. Zasłaniała teren aż po horyzont. Kiedy konik zatrzymał się na wzniesieniu, nie widzieli praktycznie nic. Tylko morze mgły. I chyboczący się drogowskaz informacyjny. Tu kończyła się dróżka. Bagna Cebra witały ich z szeroko otwartymi ramionami.
   Brzeszczot pogonił siwka. Konik powoli, ospale ruszył przed siebie, jakby nawet mgła mu nie przeszkadzała. Za nimi grzmiała burza. Wąska ścieżyna biegła prosto, ale kiedy tylko zjechali ze wzniesienia w dolinę, mgła zawisła nad nimi niczym upiorny baldachim. Wokoło woda, moczary, grząski grunt. Klekotanie z prawej, cykanie z lewej; gdzieś z przodu majaczył unoszący się nad wodą ognik, który zaraz znikł. Z chmur mgły opadł jakiś mały drapieżnik, złapał obiad i czmychnął w górę. Stare dobre Bagna Cebra.
   - Do równinki dotrzemy na wieczór. Wolałbym nie nocować wśród tych bulgocących torfowisk. Hei, mamy coś do jedzenia? - wyglądało na to, że brak pożywienia martwił najemnika bardziej, niż całe to otoczenie. Mężczyźni.
   - Mamy. Warzywa. Zielone, zdrowe i pełne witamin - wyjaśniła mu z dziwną radością uzdrowicielka, już przewidując reakcję najemnika. Teraz, gdy burza pozostała za nimi, wrócił jej cały rezon i ani mgła, ani nawet bagna nie były w stanie wpędzić jej w histerię. Zwłaszcza, że to całe błoto obserwowała z końskiego grzbietu, a Brzeszczot obiecywał, że zatrzymają się dopiero na suchym, nie zaś wśród mokradeł. Powoli zaczynała czuć się sobą i było to widać choćby po buńczucznym wyjaśnieniu. I po wykładzie, jakim jeszcze przed chwilą uraczyła najemnika.
   Siwek, dotąd idący spokojnie, dokładnie tak, jak prowadziła go ręka najemnika, nagle zatrzymał się, zastrzygł uszami, chrapy chodziły mu, zdradzając nerwowość i zaniepokojenie. Parsknął, zarżał, wzorem domowych, oswojonych koni. Dzikie, biegające po stepach, w obliczu zagrożenia zachowywały idealną ciszę, nie chcąc zdradzić swojej obecności przed drapieżnikiem. Siwek, wychowany ręką człowieka, nie miał takiego odruchu, w obliczu niebezpieczeństwa szukał towarzyszy, kogoś, kto go ochroni. A więc jednak, pomimo zapewnień najemnika coś było na bagnach nie w porządku, coś, co płoszyło poczciwego konika. Tyle, a może nawet więcej wyczytałaby z jego zachowania Szept, obserwując końskie uszy określiłaby, z której strony może nadejść niebezpieczeństwo. Heiana wyłowiła tylko, że konik zatrzymał się i wyraźnie niepokoi. Czyżby tak samo, jak ona obawiał się błota?
   - Jesteś pewien, że nic nie wskoczy nas w błota? Albo, że nic nie czai się w ciemności? - wyszeptała uzdrowicielka, zaraz też umilkła, miała bowiem wrażenie, że jej głos niesie się aż nazbyt daleko, nazbyt głośno, wzbudzając drzemiące na bagnach złe siły, wzywając je do siebie, tak jakby wytyczyła dokładny szlak.
   Najemnik siedzący dotąd spokojnie za uzdrowicielką, zaniepokoił się na równi z konikiem, do tego stopnia, że zasłonił elfce usta dłonią aby ta nic nie mówiła. Zaniepokoił się też na tyle, że pociągnął wodze nakazując konikowi cofniecie się o kilka kroków. Wychylił się nad elfką i nastawił ucha. - Daj mi posłuchać - szepnął cichutko; kilka kosmyków wysunęło się z naprędce skleconego warkocza i opadło mu na twarz. Miodowe oczy patrzyły w dal i zdawało się że nic nie widzą, jednak jego uszy słyszały. O wiele za dużo. Brzeszczot wycofał nagle siwka, wybrał poród bagnisk inną drogę, boczna, po czym popędził konika. Gdzieś za nimi rozległ się donośny skrzek. - Kurwa, ja nie wiem co to było, ale pierdole, wole nie sprawdzać. Bogowie wiedza co żyje na tych bagnach. Nie patrz na ogniki, ściągną cię w ton - przed nimi majaczyły nad wodą błękitne i białe ogniste kule. Było ich z pięć, zachowywały się jak żywe i rozumne. Niektórzy uważali że tak właśnie było.
   Słuchając Dar mógł usłyszeć posapywanie i chropowaty dźwięk, który towarzyszył ocieraniu pazurów o twardsze podłoże. To coś, czymkolwiek było, musiało być całkiem pokaźnych rozmiarów. I poruszało się zdecydowanie szybko. Biorąc zaś pod uwagę, że Heiana nic nie słyszała, a Dar zaledwie szelest, odległe echo, owe coś poruszało się niesłychanie cicho, jeśli tego chciało. Koń zarżał chrapliwie, a gdyby Dar zsunął dłoń na siwą sierść, poczułby drżenie. Uszy skuliły się, przylegając do ciała, oczy wytrzeszczone, pełne strachu.
   Jednak, gdy Dar obrał inną drogę, rumak jakby się uspokoił, można więc było mieć nadzieję, że niebezpieczeństwo pozostawili za sobą. Oby była to prawda…
   - Nnie przeklinaj - skarciła go Heiana. Brzeszczot mógł być pewien, że elfka nie spojrzy nawet na bagniska. Zbyt się ich bała, wolała udawać, że ich tu nie ma. Łąka. Tak, powiedzmy, że jadą po pięknej, zielonej, suchutkiej łące. Ani kropli błota. Toteż uzdrowicielka robiła wszystko, by nie zerkać na boki, łącznie z przymykaniem co jakiś czas oczu. Gdyby jeszcze nie ten mdławy zapach i unosząca się w powietrzu wilgoć, brzęczenie komarów i much, jakich tu było pełno. - Auć! Coś mnie ugryzło. - Temu stwierdzeniu towarzyszyło żałosne stwierdzenie uzdrowicielki i klepnięcie w ramię. Oczywiście nie trafiła w to małe cholerstwo, a na ramieniu wykwitł piękny, swędzący bąbel.
   Najemnik był zaniepokojony. Nigdy nie przepadał za Bagnami Cebra; tu wystarczył jeden krok, aby wciągnęły moczary i jadąc wąską ścieżką w burej wodzie dostrzec można było unoszące się w niej ciała, jak żywe, jakby śpiące, mające zbudzić się przy lekkim dotknięciu, czy szumie zburzonej przez przypadek wody. Dotyk topielca niósł śmierć, był nieobliczalny jak bagna. Kiedy patrzyły na ciebie martwe oczy, które przecież nie powinny widzieć, należało uciekać; ręka, która sięgnie po żywego wciągnie go pod wodę i utuli do piersi niosąc śmierć.
    Bagna Cebra miały jeden plus: pogoń zgubić tu łatwo, bo albo zeżre ją jakiś stwór, albo straci się drogę pośród mokradeł. - Tylko komar - odpowiedział z uśmiechem i na długie elfie uszy i spięte włosy uzdrowicielki, naciągnął kaptur płaszcza. - O, teraz już nic nie widzisz - wolał jej nie opowiadać o zasłyszanych historiach na temat bagien, tych prawdziwych i wyssanych z palca bzdur. Sam widział tu kiedyś coś, co przypominało latającego jaszczura. Kiedyś wspomniano mu o udręczonych, ktoś mówił o podnoszących się z wody trupach, o wampirach, czy nawet zjawach unoszących się nad wodą.
   Bagna Cebra nie przywitały ich z uśmiechem.
   A to był tylko początek.
  

  

_______________________
Ta dam? ^^'

7 komentarzy:

Szept pisze...

I co nie krzyczysz, że już jest notka? Powiedziałabym, że lecę poczytać, ale już to zrobiłam wcześniej.

Dar - Silva - Drav pisze...

Ups? xD
Możesz jeszcze raz - mnie nigdy się to nie znudzi ^^

Nefryt pisze...

O, czyżby nowy cykl notek? ;)
Przeczytałam i nie wiem, jak zrecenzować. Mając w pamięci "Tam i sporwotem..." rzucił mi się znacznie mniejszy dynamizm. Przypuszczam, że ta notka to dopiero wstęp do jakiejś większej całości? Chcwilami troszke mi się dłużyło, ale niektóre momenty były kapitalne. Zazdrosny Darrus - myślałam, że padnę :D I scena w burzy, to jak Dar uspokajał Heianę. Był taki romantyczny moment... A potem jedno z drugim to zepsuli xD

Szept pisze...

Oni właśnie to robią. Psują. Wychodzi im to wprost kapitalnie. Tak, tutaj mniej się dzieje, ale to dopiero pierwsza część z [uwaga, spojler którego nikt by się nie domyślił] cyklu. Generalnie Tam i z powrotem miało znacznie większą skalę, obejmowało więcej wydarzeń i postaci. Włochaty problem to krótka wyprawa, w której owszem, to i owo się wydarzy, jak to czasem w podróży bywa. To tak, jakby porównywać Hobbita i LOTR. Po prostu nie ten klimat, nie tak akcja. :P

Dar - Silva - Drav pisze...

Nefciu, Ty byś musiała jeszcze zobaczyć Dara, który okazuje uczucia - to jest dopiero bezcenne, podchodzi do tego jak pies do jeża.

Szept pisze...

Hehe, Darrusowa ty o Darze mówisz, a ja powiem, że niektórzy potem nie mają zielonego pojęcia, co z tymi jego uczuciami zrobić :P

Dar - Silva - Drav pisze...

Taaaaak? :D
Można je wsadzić do buta, ale ostrzegam - wyrośnie z nich pewnie coś dziwnego.
Można je schować do kieszonki, ale pewnie spleśnieją.
Można je wyrzucić - wtedy ma się święty spokój!
Albo po prostu pokiwać głową i zostawić je w spokoju xD
Darek i uczucia... Z tego nic normalnego nie urośnie :D

Prawa autorskie

© Zastrzegamy sobie prawa autorskie do umieszczanych na blogu tekstów, wymyślonego na jego potrzeby świata oraz postaci.
Nie rościmy sobie natomiast praw autorskich do tych artów, które nie są naszego autorstwa.

Szukaj




˅ ^
+ postacie
Rinne Lasair