Przewodnik

Linki-obrazki

Misje
I. Więzi przyjaźni
Spotykasz po latach kogoś, kto dawniej był ci bliski. Wplątuje cię on w jakąś historię, która nie dość, że z czasem się komplikuje, to w dodatku budzi w tobie wątpliwości co do intencji przyjaciela.

II. Linia frontu
Kerończy natarli na Prowincję Demarską. Oblegany jest sam Demar. Jedni ludzie stają do walki, inni uciekają ze spalonej ziemi. Napastnicy, obrońcy i cywile. Po której stronie staniesz?

Opcjonalnie: Udział w buncie niewolników w Wirginii bądź inne miejsca walk.

III. Rekonwalescencja
W nie najlepszej kondycji trafiasz do wioski lub klasztoru. Wydaje ci się, że trafiłeś w dobre ręce i że wkrótce będziesz mógł opuścić to miejsce. Okazuje się jednak, że z pozoru życzliwi i uprzejmi ludzie skrywają przed tobą jakąś tajemnicę.

IV. Zabij bestię
Coś napada, nęka mieszkańców. Zawierasz umowę z wójtem - dostarczysz głowę bestii za określoną cenę. Okazuje się jednak, że stworzenie nie działa bez powodu - jest w jakiś sposób prowokowane przez mieszkańców.

Opcjonalnie: Bestia jest wrażliwa na hałas z karczmy albo ludzie naruszyli w jakiś sposób jej rewir (weszli na jej teren, zajęli leże ze względu na drogie surowce itp.)

V. Nielegalne walki
Dochodzą cię słuchy o nielegalnych walkach prowadzonych w okolicy. Położysz im kres czy może postanowisz wziąć w nich udział dla własnego zysku? Pieniądze nie leżą na ulicy.

VI. Zlecone zabójstwo
Dochodzi do zamachu, w wyniku którego ginie ktoś ważny. Podejmujesz się odnalezienia zabójcy – albo jego zleceniodawcy. Od ciebie zależy, czy dojdzie do aresztowania winnych, czy pomożesz im uniknąć kary.

VII. Egzekucja
W mieście lub wiosce szykuje się egzekucja. Znasz sprawcę albo sam doprowadziłeś do jego schwytania. Realizacja wyroku coraz bliżej.

Opcjonalnie: Z czasem nabierasz wątpliwości, czy skazaniec faktycznie jest winny i chcesz go uwolnić lub dochodzą cię pogłoski, że ktoś może chcieć uwolnić kryminalistę.

zamknij
Dodaj do WTP Spis kodów
Spis opowiadań
Kiedyś przyjdzie mi za to wszystko zapłacić... Weselicho, czyli tańcz, jedz i chędoż za darmochę! Oszukać czas. Oszukać przeznaczenie. Oszukać... siebie. Baśń o wolności: Preludium Świątynia Ażubora (1) Wszystkiego krówkowego! (okolicznościowa, krótkie opowiadanie "Motyw przewodni - Prezent". Ta dam, pamiętaliśmy! I - Wezwanie pomocy: alchemio, przybywaj! Gdy demon odzyskuje człowieczeństwo, przypomina sobie jak być człowiekiem. Nikt nie zna prawdziwego bólu do czasu aż nie straci kogoś bliskiego sercu. Niedopowiedziane historie Wendigo i Driada Szczurzy dzień (autor: Szept, Silva) Domek, zupa, sukkub i historia (autor: Elias) Sen i niespodzianki (autor: Elias) Boląca strata i niepokojący gość! (autor: Elias) Cienie i nowy przyjaciel (autor: Elias) Kruki (autor: Elias) Cienie i Starsze Dusze (autor: Elias) Zawsze jest kolejna tajemnica (autor: Silva) Zło Kor'hu Dull (autor: Elias) Złodziej Twarzy i Koszmar (autor: Elias) Królewiec (autor: Elias) Przed świtem (autor: Nefryt) Król Żebraków i nowe drzwi (autor: Elias) Akceptacja (autor: Elias) Nostalgia (autor: Nefryt) Nowa droga i niespodziewane wyznanie? (autor: Elias) Biały i zielony daje czerwony! (autor: Elias) Nowe wyzwania w nowym życiu (autor: Elias) Krąg tajemnic (autor: Elias) Jack (autor: Elias) Czasami to mrok daje najwięcej światła (autor: Elias) Trzy sceny o szpiegowaniu (autor: Nefryt) Morze bólu. Promyk nadziei ... (autor: Elias) Nie ma sensu szukać guza. Chyba, że jest się najemnikiem (autor: Silva) Sól (autor: Aed) Dyjanna Muirne: Miecz może być dowodem wszystkiego (autor: Zorana) Opus Magnum I (autor: Iskra) Uszatek i Kwiatek na tropie przygody: Przypadłość parszywej gospody (autor: Paeonia i Szept) Gdy gasną świece (autor: Zombbiszon) ... Najjaśniej płoną gwiazdy nadziei. (autor: Zombbiszon) Elias cz. 1 (autor: Zombbiszon) Elias cz. 2 (autor: Zombbiszon) Historia (autor: Zombbiszon)
zamknij

Chat

   W Eilendyr znajdowali się od dwóch dni.
   Uciekinierzy, ci najbardziej potrzebujący opieki uzdrowicieli, dotarli tutaj pierwsi, będąc forpocztą nadciągających kłopotów; za nimi, na furmankach i wozach podążali inni, których także należało przyjąć: ranni, zmęczeni, z bladymi twarzami na których odbiło się piętno portowego miasta. Ciche i milczące przybłędy.
   Dwa burzliwe dni minęły, odkąd znaleźli się w stolicy.
   Wieści o śmierci Iveliosa wywołały mieszane odczucia w Eilendyr. Umarł nie tylko ojciec, dziadek i szanowany członek rodu, ale także elf, który przysłużył się rasie. Ci, którzy byli mu przychylni zapłakali, a ci, którzy szeptali przeciwko niemu, robili to dalej, starając się wywołać większy zamęt i chaos. Wśród nich była Urian, małżonka zmarłego Iveliosa; nie mając szacunku ani dla męża, ani jego duszy, knuła swoje plany. W zamieszaniu, jakie wywołała śmierć i pojawienie się przybłędów w stolicy, widziała szansę dla siebie, aby osiągnąć więcej niż miała. Dla niej kroczenie po trupach było czymś normalnym. Wykorzystała też zamęt w Sowim Domu, w którym nikt nie potrafił ogarnąć bałaganu, nikt nie potrafił pogodzić rodziny. Frilweryn próbował, ale jego nikt nie słuchał, aż w końcu i on przestał próbować, woląc pogrążyć się w rozpaczy. Brzeszczot… Z najemnikiem nie było kontaktu. Od kiedy wrócił, po kilku godzinach, zamknął się w gabineciku dziadka i nie wychodził. Nawet Heiana, która u nich została, opiekując się rannymi i potrzebującymi, którzy też tu byli, nie potrafiła obudzić go z tej apatii. Nie jadł, nie pił, po prostu siedział i się nie ruszał. Nie obchodziło go nic – z rodem niech się dzieje, co chce, jego to nie interesowało. Egoistycznie odrzucał wszystko i wszystkich, skupiając się na własnym bólu. Maltorn, który zjawił się w nocy, nie był w stanie mu nic wytłumaczyć, jak grochem o ścianę. Dar nikogo nie słuchał. Kelaris, dzięki wielkim sowom, dotarła do stolicy szybciej niż inni i tylko dzięki niej ród trzymał się jako tako w jednym kawałku. Elfka godziła spory, łagodziła zbolałe serca i pocieszała płaczących, ucinając wszelki protesty i sprzeciwy, by hyvanem miał zostać teraz mieszaniec. Kelaris tłumaczyła, że jej brat już dawno nim jest, że to nie czas na takie myśli, żeby uszanować zmarłego przyjaciela i członka rodziny. A Krokusica siała swoje ziarno, szeptała tam, gdzie chciano jej słuchać, dostrzegłszy okazję na przejęcie kontroli.
   Tego samego dnia co Kelaris do stolicy przybyła też magiczka razem z oddziałem elfów i ostatnią grupą uciekinierów z Tarok. Wszyscy zmęczeni, wykończeni drogą i trudnościami. Niektórzy ledwie trzymali się na nogach, zwłaszcza uciekinierzy. Tym zaraz udzielono pomocy. Szept zatroszczyła się o to osobiście, nie przyjmując żadnej odmowy. Potem Heiana nie widziała kuzynki i nie miała okazji z nią porozmawiać. Wolała nie myśleć o tym, czym ta musiała się zająć. Ale na ceremonii pojawiła się,by oddać hołd Iveliosowi, nie mogło być inaczej.Skromnie ubrana, choć już nie w podróżnych szatach. Prawdopodobnie, dlatego, że tamte ubabrane były krwią.
   Oddanie elfiego ciała ziemi, obrzędy mające uhonorować jego duszę, odbyły się trzeciego wieczoru po powrocie, wedle tradycji. Prosta, spokojna ceremonia pożegnania przyjaciela sów. Ciało Sowiookiego zostało spalone tak, jak tego sobie zażyczył dawno temu i złożone wśród cienia drzew, a nad urną posadzono młody dąb.
   I znów uzdrowicielka podejrzewała, że niejeden Starszy kręcił nosem, niechętny odstępstwom od tradycji, zwłaszcza gdy chodziło o kogoś tak wysoko urodzonego jak Ivelios–elda. W obliczu ostatniej woli było to jedyne, co mogli zrobić. Kręcić nosem. I słuchać narzekań i sączącego się jadu Krokusicy. Heiana nie miała pojęcia, ile z tego, co rozpowiada babka Brzeszczota dotarło do pałacu, ale sama słyszała aż nadto. I najchętniej to by tej starej krowie udającej szlachetną elfkę pokazała, gdzie jest należne jej miejsce. Najlepiej silnym kopniakiem w zadek. Drugi kopniak zachowałaby dla wnuka Krokusicy, który po prostu to wszystko znosił.
   Tak, cierpliwość Heiany była na wyczerpaniu.

w karczmie
   Następnego dnia, z inicjatywy pewnego brodatego krasnoluda odbyła się niewielka stypa. Cóż, niewielka, bo i nieliczna. Zjawił się półpijany Midar, malutki karzełek i ubrany w idealnie wypucowaną zbroję paladyn. Do tego jeden z elfów – brat Szept, Eredin, choć ten ostatni był tutaj głównie po to, żeby dopilnować, aby zabawne towarzystwo nie wpakowało się w kłopoty. A biorąc pod uwagę, że Midar chwiał się na nogach, kłopoty były bardziej niż spodziewane.
   – Za spokój duszy Dziadunia! – wykrzyczałMidar tak, że chyba słyszało go całe Eilendyr. Lecz to był dopiero początek. Eredin ostrożnie wybrał wino. Skoro miał ich pilnować, nie mógł iść w ich ślady. Odrin wodził wzrokiem za jedną ze służących, a paladyn ponuro wpatrywał się w swój kielich. Oprócz spełnienia pierwszego toastu nie tknął go.
   Midar przechylił się na krześle. W normalnych warunkach, w gospodzie na szlaku, zacząłby opowieści o swoich czynach, wykraczających poza ludzkie …. i nieludzkie pojęcie. Obecnie snuł inną opowieść:
   – Walczyłem z wieloma potworkami, z wieloma ludźmi u boku. Ale taki Ivelios był tylko jeden. Elf, wierzajcie mi, a bił się jak dziesiątka krasnoludów. – Kolejny łyk z kufla, poparty donośnym, zdecydowanie niewychowanym beknięciem. – Jak walił z łuku do tych z Tarok, to co strzała, to pewne było, że trafi. A jak mu dach na siwą łepetynę runął…
   – On nie był siwy… – wtrącił nieśmiało Odrin.
   – Nie przerywaj, kiedy szlachetnego elfiaka wychwalam – skarcił go Midar. – Jak mu dach na siwą głowę runął to myślicie, że pisnął? Gdzie tam. Spokojnie czekał, a jeszcze kpić miał siły! To jest odwaga! Jako żyję, taki druh to skarb nad skarby! A jak nas strażnicy i vargry przeklęte otoczyły, to myślicie, że wziął nogi za pas? Gdzie tam! Jeszcze w szranki ze mną stanął, kto więcej ubije. I na alchemika psubrata się porwał, niech go. Nie ma takiego drugiego, nie masz wśród tych tchórzy, co za murami się kryją! Oni radzić ino potrafią, nic więcej! Zabrakło najlepszego…
   – Brzeszczot jest – wtrącił Odrin, dziwnie niegadatliwy. Zupełnie jak nie on. Krasnolud nie chciał dopuścić go do słowa, ot co. Do tego w małej główce karła zdecydowanie za bardzo szumiało. Karzełek pociągnął zaczerwienionym nosem, niekoniecznie od spożytego trunku i otarł oczy kraciastą chustką.
   – Ludzie mówią, że umarł król, niech żyje król – paladyn podniósł się powoli, jego donośny głos zadudnił w pustej sali. – Odszedł szlachetny elfi pan, przyjaciel ludzi i krasnoludów. Pokój jego duszy i niech bogowie przyjmą go do siebie, obdarzając łaskami i pozwalając mu grzać się w swoim blasku. Za tego, który pozostał, wnuka jego, niech bogowie dają mu siłę, której będzie potrzebował i mądrość, która wskaże mu drogę w tym trudnym terminie, jaki nań przy…
   – Bogowie dali mu Szeptuchę. Wystarczy – wtrącił uwagę Midar, a paladyn zgromił go spojrzeniem. Przerywać tak długo układaną wypowiedź.
   – Zdrowie Darrusa, oby podołał wyzwaniom – odkaszlnął i uniósł kielich wysoko.
   – Za Łazęgę, żeby się nie zmienił, ludzisko kochane.
   – Za najemnika.
   – Za Brzeszczota – dołączył Eredin. W końcu, nie wypadało nie pić zdrowia tego, kto ochrania jego siostrę. No i znalazł się w potrzebie.
   Kilka godzin później Eredin leżał pod stołem, dawno już przestał pić. A i tak widział … nie, on nic nie widział. Odrin podpierał się o łokieć, jego kielich leżał przewrócony, ale mały złodziejaszek chyba tego nie widział, zajęty liczeniem szlachetnych kamieni na dzbanie. Paladyn jeszcze się trzymał, może dlatego, że opuszczał co trzecią kolejkę i ledwie moczył usta w trunku.
   – Za spokój duszy Dziadunia! – oświadczył donośnie Midar. Za punkt honoru wziął sobie spicie wszystkich. Poza tym, jak pić to pić.
   – Już piliśmy – oznajmił paladyn spokojnie, chyba nieświadom gry wojaka. Midar zmieszał się. Co gorsza, nie potrafił znaleźć lepszego toastu… chociaż. – Za Łazęgę! – wrzasnął.
   – Też już było… – Odrin poruszył się niespokojnie.
   – Hmmm… Za Małą! – Krasnolud robił się coraz bardziej zmieszany.
   Eredin sięgnął po swój puchar, chwilę trwało nim go odnalazł, chociaż stał tuż koło jego łokcia. – Było… – jęknął.
   Midar oklapł i przez chwilę nikt nic nie mówił.
   – Ale że spokoju duszy nigdy nie za wiele, pijmy od nowa – oświadczył krasnolud, zrywając sięzza stołu. – To za spokój duszy Dziadunia!

jakiś czas później
   W sowim domu nie działo się najlepiej. Atmosfera była napięta odkąd ptaki przyniosły wieści znad morza, zrobiła się ciężka przed pochowaniem prochów ukochanego przyjaciela, a kilka dni po stała się nie do zniesienia. Elfy chodziły zdenerwowane, każdy był nerwowy i drażliwy, pełen smutku, na swój sposób przeżywając to, co stało się z elfem, który był niczym kamień węgielny dla rodu. Cisza i spokój były wszechobecne; rzadko prowadzono rozmowy, a śmiech zamarł, jakby na zawsze. Dom, który tętnił życiem i radością, zamilkł.
   Kelaris starała się pocieszyć wszystkich, ale do kociołka emocji i uczuć dorzucono jeszcze smutek, bowiem Laurion nie pojawiła się na uroczystościach oddania ciała ojca ziemi; pojawiła się tylko na chwilę nad grobem, rano, a kiedy słońce podniosło się wyżej, już jej nie było. W gorącym kotle i bez tego wrzało, ale Krokusica zaczynała dosypywać swoje trzy grosze.Urian mieszała, sącząc swój jad do elfich uszu tych, którzy nie do końca pogodzili się z mieszanym hyvanem. Krokusica zaczęła swoją grę, a ci, do których szeptała, szemrali wraz z nią. Elfka wszelkimi sposobami próbowała, korzystając z możliwości, zagarnąć dla siebie to, co od początku powinno być jej. Żerując na żalu i rozpaczy mieszańca, wnuka, postanowiła odebrać mu możliwość prowadzenia rodu. Im więcej elfów miała po swojej stronie, tym większe szanse na sukces.
   Kelaris widziała to wszystko. Dostrzegał to też Eachann, ale nawet ta dwójka nie potrafiła dotrzeć do tych, których przekabaciła Krokusica. Sytuacji nie poprawiało zachowanie Brzeszczota; ich Finarthil zdawał się nie widzieć i nie słyszeć tego, co miał przed oczami; to jego najbardziej atakowała babka, to na jego szyi zaciskała pętlę, pokazując jego słabości, wykorzystując żal na swoją korzyść. Urian się nie krępowała i to najbardziej przerażało Kelaris; babka pokazała swoje prawdziwe oblicze w chwili, kiedy powinna stanowić jedność z rodem, kiedy powinna dla Iveliosa pomagać, a nie próbować zagarnąć wszystko dla siebie.

następnego dnia
   Brzeszczot był zmęczony. Wszystkim. Krokusica mąciła, mieszała, wprowadzając w ród tylko kłopoty. Byli tacy, którzy jej słuchali, byli też tacy, którzy otwarcie krytykowali jej postępowanie i to właśnie im Urian groziła najczęściej, zaraz po mieszańcu. Zwietrzyła okazję i teraz wszelkimi sposobami starała się ją urzeczywistnić. Sądziła, że tar’hur się podda, że stanie się łatwym celem, że zepchnie go i uczyni nieprzyjacielem. Chciała tego od dawna, ale teraz miała prawdziwą okazję, aby tego dokonać.
   - Posłuchaj mnie przez chwilę - przed najemnikiem stał Eachann, przez wszystkich nazywany Pszczelarzem z powodu jego miłości do pszczół; włosy w kolorze miodu miał spięte, takie same oczy zdawały się być nieobecne, a po prostym nosie spacerowała mała pszczoła. Wokół elfa stale słychać było bzyczenie. W tej chwili jasne oczy przepełnione troską spoglądały na młodego mieszańca. Włosy ich Finarthilaurosły, ale on nic z tym nie zrobił, pojawiła się broda; twarz była zmęczona, cienie pod oczami miał jak uliczny pijaczyna, a miodowe oczy przepełniał smutek, którego nie chciał pokazywać. To, co działo się w jego głowie, było zupełnie inną bajką. Pszczelarz sądził, że gdyby tam zajrzał, mógłby umrzeć ze smutku.
   - Finarthil, naprawdę, myślę, że nie powinieneś… To wszystko, co się stało… Krokusica przecież właśnie podburza przeciwko tobie elfy. Brzeszczot… Dar, nie możesz…
   - Nie poddam się.
   - Słucham? -palec Pszczelarza zatrzymał się w trakcie głaskania sporych rozmiarów pszczoły; owad zabzyczał niezadowolony i czmychnął do kieszeni płaszcza, prawdopodobnie bojąc się sów, które siedziały na gałęziach pod sufitem.
   - Nie oddam jej rodu.
   Pszczelarz już dawno nie słyszał tak niezachwianej pewności w głosie najemnika. Przez ostatnie tygodnie chodził jak cień, jak upiór snuł się po domu, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Kontaktu nie było z nim wcale, dopiero później zaczął rozmawiać. Podchody Krokusicy w tym nie pomagały, jednak nikt nie potrafił powstrzymać Urian. Dziwne było, że najemnik mówił to z taką pewnością. Co zmieniło się od ostatniego razu, skoro Darrus zdawał się wiedzieć, co robić i być tego tak pewnym, zupełnie jak… Chyba nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo przypomina w tym momencie dziadka, nie z wyglądu, a z zachowania. Zmienił się i Pszczelarz dopiero teraz to zobaczył. Rozpacz, która trawiła go od środka, wciąż była, ale najemnik zrobił z nią coś dziwnego; przekuł, przemienił, by… Właśnie, co chciał osiągnąć? Eachann nie wiedział, czy ma się cieszyć z nagłego przebudzenia najemnika, czy zacząć martwić z powodu tak szybkiej zmiany.
- Więc czemu pozwalasz… - chodząca po nosie elfa pszczoła, została zignorowana; mężczyźnie wcale to nie przeszkadzało.
   - Niech mówi. Niech strzępi swój gadzi język. Niech rozsiewa truciznę. Niech się pogrąża, a kiedy już nie będzie wstanie cofnąć słów, wtedy ja zaatakuję. Niech kopie swój własny grób, w którym JA ją umieszczę.
   Pszczelarz zadrżał. Nie podobał mu się ton głosu hyvana.

dwa tygodnie później
   Sowi dom był dziwnie pusty i cichy. Od chwili śmierci Sowiookiego, życie tutaj przycichło. Tylko sowy wlatywały przez otwory w dachu, szeleszcząc piórami, ale i one zdawały się szanować ciszę, która ogarnęła to miejsce. Symbole żałoby wciąż wisiały w oknach, wedle praw i tradycji, pozostaną w nich jeszcze przez jeden miesiąc; tak samo rodzina czarne kiry zdejmie dopiero, gdy zakończą się obrzędy ku pamięci pochowanego członka rodu.
   Ale pod tym pozornym spokojem, wrzało jak w ulu.
   - Masz natychmiast ustąpić. Nie jesteś godnym tego, co pozostawił mój mąż. Teraz, gdy jego już nie ma, nagle poczuwasz się do odpowiedzialności za nasz ród? Zawsze byłeś śmieszny, ale to jest już żałosne - stukot obcasów Krokusicy niósł się po wielkiej sali reprezentacyjnej.
   Darrus siedział na miejscu, które od wielu wieków zajmował Ivelios zawsze, gdy wymagała tego okazja. Zdobione krzesło z dębowego drewna, z sową zastygłą w chwili lądowania na oparciu, z rozwartymi szeroko skrzydłami. Najemnik rozejrzał się po sali, nie słuchając swojej babki. Krokusica męczyła go już drugi tydzień, drugi tydzień od śmierci męża. Groziła, straszyła, aby ustąpił, aby nie ciągnął tej farsy. Brzeszczot chciał jej posłuchać, na początku, chciał to wszystko rzucić, zostawić i po prostu uciec, ale w chwili zwątpienia, przypomniał mu się dziadek. Wszystkie te słowa, które mu powiedział, gdy wsuwał na jego palec pierścień z sowim okiem i poczuł smutek, że nigdy więcej nie usłyszy jego głosu, że już go nie zobaczy… Jednak głęboko w sercu wiedział, że słowa Iveliosa zawsze będą z nim, jego nauki i mądrości też. Zawsze, gdy spojrzy w lustro, zobaczy w swojej twarzy jego twarz. Dziadek nigdy by mu nie wybaczył, gdyby porzucił ród, który tak kochał, o który dbał. Gdyby oddał go babce… Nie, ktoś taki jak Krokusica nie będzie prowadził rodu Crevan. Ją interesowała tylko… Brzeszczot westchnął. Należało to zakończyć. Zrobić coś, co może mieć niekorzystne konsekwencje w przyszłości, ale innego wyjścia nie było. Nawet pokojowe rozwiązanie w rękach babki przekształcone zostanie w wojnę. Jeżeli będzie jej chciała, to ją dostanie.
   - Wyjdź stąd.
   - Słucham? -wyrwana ze swojego monologuUrianzatrzymała się zupełnie tak, jakby sądziła, że się przesłyszała. Na bogów, ona naprawdę myślała, że słuch zaczął płatać jej figle. Dolna warga jej zadrżała, a na czole wyskoczyła nabrzmiała żyłka. Nie przywykła do tego, że ktoś jej przerywa, że ktoś ma swoje zdanie, zwłaszcza teraz, kiedy jako żona Iveliosa miała prawa, cholerne prawa! - Co powiedziałeś?
   - Zabierz tych, którzy chcą pójść z tobą i odejdź.
   - Wy… Wyganiasz mnie? Jak bezpańskiego psa? -Urian ze świstem wypuściła długo przetrzymywane powietrze. Poczerwieniała na policzkach, a drżenie rąk nie wróżyło nic dobrego. Wyrzucają ją. Wyganiają tak, jakby nie znaczyła tu nic, jakby jej słowo straciło poważanie. Tyle lat, tyle… O nie. Nie da się tak łatwo strącić z pantałyku, zwłaszcza mieszańcowi, tej zakale, tej… O nie. Jeśli sądzi, że pójdzie mu tak łatwo, grubo się pomyli i rozczaruje. - Nie masz takiego prawa.
   - Owszem mam - najemnik poruszył palcami prawej dłoni, wprawiając w ruch pierścień z żółtym kamieniem na palcu; miał prawo, mógł zrobić wszystko i czy to się babce podobało, czy nie, musiała zaakceptować jego wolę.
   - Stracicie reprezentanta w radzie! -Elfce załamał się głos; dobrze wiedziała, co będzie, kiedy słowo mieszańca stanie się czynem. Wiedziała, że może nie być w stanie uzyskać większości wśród rodu, aby sprzeciwić się hyvanowi. Jej słowa odnosiły skutek, ale wciąż byli tacy, którzy pokazywali jej drzwi, głupcy niczego nierozumiejący.
   - To ty, bez rodu, stracisz swoje ukochane miejsce w radzie.
   - I kto niby mnie zastąpi? Może ty?
   - Twój syn.
   - Sądzisz, że tak to zostawię? Kiedy rada się dowie…
   - To, co dzieje się w rodzie, pozostaje w nim. Rada nie macza palców w naszych sprawach.
   - Nie pozwolę się wyrzucić! -Krokusica postąpiła kilka kroków do przodu; była zła i przypominała harpię. Prawda była taka, że sama zgotowała sobie taki los; jedno słowo za dużo, jeden uczynek za wiele i straciła grunt pod nogami. Gdyby trzymała swoje rządze na wodzy, Brzeszczot zostawiłby ją w spokoju. Teraz jednak i on nie miał wyjścia; babka tylko szkodziła, mieszała, każdym słowem zatruwała.
   - Proszę, zachowaj chociaż trochę godności i nie prowokuj mnie, bym kazał cię wyrzucić jak pijanego żebraka- zza filarów dekorowanych sowimi piórami wyłonili się strażnicy. -Weź, co twoje i odejdź. Pozbawiam cię rodu i wszystkiego, co z nim związane.
  - Zyskałeś właśnie nowego wroga, betr’ran- obraźliwe, wulgarne określenie mieszańców - Pilnuj się, bowiem będę twoim cieniem, który kiedyś pozbawi cię życia. Ma vannun, et ma surenvalusalt- wieczysta przysięga, składane słowo przed bogami, że oto wróg został wybrany i przez życie będzie dążyć do tego, by słowem i czynem mu szkodzić, by kłody pod nogi podkładać, aż w końcu wbić w serce nóż.

później tego samego dnia
   Szum liści był tak kojący, że powieki kleiły się same. Ciepło lata, znacznie mocniejsze wśród drzew, ćwierkanie wróbli- jakże to wszystko było miłe i przyjemne dla zmęczonego umysłu. Gdyby tak usnąć, pozwalając... Trzasnęła gałązka.
   - Wyżej nie mogłeś wyleźć?
   Na niższą gałąź wgramolił się jasnowłosy elf, mając spore trudności w utrzymaniu równowagi. Szturchnął wiszące mu nad głową nogi najemnika i obejmując ramionami pień dębu, usadowił się w miarę wygodnie na konarze. Nie powiedział nic więcej, odpowiedzi się też nie doczekał, tylko sobie siedział, pogwizdując pod nosem. Pierwszym, który się odezwał, był najemnik.
   - Powinienem cię przeprosić...
   - ...jednak wcale nie masz na to ochoty, prawda? – Frilweryn, nie wiedzieć czemu, uśmiechnął się. Na jego twarzy wciąż było widać zmęczenie, ale wyglądał zdecydowanie lepiej niż tydzień temu. Pozbierał się, jak przystało na syna Iveliosa. - Wygnałeś moją matkę, a ona przysięgła ci wieczystą nienawiść. Tylko ty mogłeś coś takiego wymyślić.
   Najemnik chyba chciał coś powiedzieć, ale zagryzł tylko wargi, wcale się nie odzywając. Od czasu pogrzebu dziadka zmienił się: spoważniał, jakby wydoroślał, a w jego miodowych oczach pojawiła się niespotykana dotąd gorycz. Wciąż można było nazwać go błaznem i lekkoduchem, ale coś w nim samym się zmieniło, jakby przykrył go kurz zbyt ciężki na jego barki.
   - Dar, przestań. Urodziła mnie i oddała mamkom. Ani dla mnie, ani dla Laurion nie była matką. Oboje traktowaliśmy ją bardziej jak zdziwaczałą ciotkę, która mierzy wysoko.
   - Ilu z nią odeszło?
   - Wszyscy ci, którzy podzielali jej poglądy. W domu się uspokoiło, chociaż narzekania Krokusicy słychać było nawet wtedy, gdy zniknęła nam z oczu. Gdybyś ty tylko widział to widowisko. Zrobiła wszystko, by zwrócić uwagę na siebie i niesprawiedliwość, jaką ją dotknęła. Biedna wdowa wyrzucona z domu męża przez mieszańca. Martwię się.
   - Nic jej nie będzie. Wiesz, że to było konieczne. Kopałaby dalej, a ja słyszałem, jaki jad sączyła w uszy naszych.
   - O ciebie, idioto - Gwarek szturchnął paluchem najemnikową łydkę. - Odesłałeś ją, niektórzy ci zaklaskają, ale ilu będzie krzywo patrzeć? Miała sprzymierzeńców wśród wysokich rodów.
   Brzeszczot wzruszył ramionami; wiedział, co będzie go czekać, kiedy wybierze taką drogę - Będę miał do ciebie prośbę.
   - Zgoda.
   Najemnik mrugnął. Aż przekręcił się i spojrzał w dół, skąd patrzyła na niego uśmiechnięta, ale też zmęczona i smutna jednocześnie twarz elfa. On stracił dziadka, a Gwarek ojca… Potrząsnął głową. Chciał zapytać skąd i dlaczego, ale Fril był szybszy.
   - Nie muszę mieć twojego słuchu, by wiedzieć.
   - Podsłuchiwałeś!
   - Owszem. Możesz wysłać do Rady moją zgodę - jasnowłosy elf czuł presję, ale wszystko jakoś się ułoży. Nawet bez dziadka. Będzie postępował tak, by Ivelios był z niego dumny i tam, gdzie teraz była jego dusza, nie wstydził się za syna.
   - Fril?
   - No?
   - Zadbajmy razem o nasz dom i rodzinę.
   - Zadbamy.

jeszcze później tego samego dni
   Heianę wezwano do jednego z uchodźców, tych słabszych. Nie wiadomo, dlaczego nagle poczuł się gorzej. Toteż elfka była odrobinę niezorientowana. Bardziej niż odrobinę. Nie miała pojęcia o odejściu Krokusicy i była święcie przekonana, że Darrus nadal siedzi zamknięty w czterech ścianach, odmawiając udziału w codziennym życiu. A skoro jej kuzynka nic nie zrobiła, ona się tym zajmie. Taka myśl przyświecała uzdrowicielce, gdy udała się do domu rodu Crevan.
   Atmosfera w sowim domu poprawiła się znacznie – było to widać od razu. Uzdrowicielka mogła to dostrzec, nim jeszcze przekroczyła próg; zniknęły paradne rzeźby, a przy wejściu nie straszyły odpędzające zło, mające funkcję apotropaiczną, przedstawienia gorgon. Wysadzono nawet krzewy perłowych róż, które rozkwitają za dnia, by nocą wydzielać słodki, kojący zapach. Zniknęły najczystsze konie, którymi zawsze chciano się pochwalić. Sowi dom był skromny i surowy, a w swej prostocie zapierający dech w piersiach. Zniknęło wszystko, co miało związek z Urian. Elfy stały się weselsze, chociaż nadal nosiły symbole żałoby. Wyglądały tak, jakby ktoś ściągnął z ich ramion ciężki płaszcz.
   W przedsionku sowiego domu kręcił się Pszczelarz, niczym osa. Lekkie zdenerwowanie widać było nie tyle w jego postawie i oczach, co w szybkim, lekko nierównym kroku. Odesłanie, wygnanie Krokusicy nie obędzie się bez echa. Najemnik postąpił mądrze, ale elf miał nadzieję, że wziął pod uwagę konsekwencje. W tej chwili musieli czekać na wieści z królewskiego pałacu, a przede wszystkim z Moriaru odnośnie Frila.
   Heiana przystanęła na progu, zaskoczona tym, co zobaczyła. Zmiany, zmiany, zmiany. Tylko, kto się tym zajął? Bo przecież nie załamany Brzeszczot, do którego nic nie dociera i który nie ma pojęcia o świecie dookoła niego. Sama nie wiedziała czy powinna nim solidnie potrząsnąć, czy spróbować jakoś uspokoić. Co miała go pogłaskać po głowie i powiedzieć, że będzie dobrze? Brzeszczot już dawno wyrósł z dziecięcych bajek. Przynajmniej powinien.
Skrzypnęły wejściowe drzwi. Pszczoły zabzyczały pojawienie się uzdrowicielki.Eachann odwrócił się. - Heiana-elda. Czekaliśmy na ciebie.
   Uzdrowicielka łypnęła na Pszczelarza. Po pierwsze owady. Jeśli było coś, czego Hei nie lubiła jeszcze bardziej niż futrzaków i pierzastych ptaków, od których kichała, to były to bzyczące owady. Kiedyś ją coś takiego użądliło i…
   - Muszę się widzieć z Darrusem. Nie obchodzi mnie, co robi i jak bardzo jest otępiały. Najwyższa pora, żeby się obudził, o ile już nie jest za późno. Zamiast kręcić się bez celu mógłbyś spróbować obudzić go z tego letargu, bo mnie nie posłuchał.
   Na te słowa Pszczelarz zamruczał coś pod nosem, całkiem jak jego pszczoły. Do tego wyjrzał zza uzdrowicielki, aby sprawdzić, czy aby nie zjawił się posłaniec; na dworze nie było nikogo poza krzątającymi się ogrodnikami, dbającymi o zieleń. Moriar spóźniał się z odesłaniem swej decyzji, a Pszczelarz miał nadzieję załatwić papierkową robotę jeszcze dzisiaj. Bez decyzji Moriaru syn Iveliosa nie mógł zasiąść w Radzie, na miejscu swej wygnanej matki. Rada już skomentowała usunięcie Krokusicy, ale Brzeszczot wysłuchał posłańca i kazał mu iść, bo inaczej źle się dla niego skończy cytowanie żalów i rozpaczy starszyzny. Niech gadają, niech mówią - decyzje podejmował on, jako następca Iveliosa, a nie oni. Niech lepiej swoje długie nosy i kręte języki trzymają przy sobie. W Brzeszczocie obudziła się najwyraźniej jakaś wojownicza nuta. Lepsze to było niż jego wcześniejsza apatia.
   Pszczelarz nie zamierzał wyprowadzić uzdrowicielki z błędu. Skoro sądziła, że najemnik dalej gapi się w jakiś punkt na ścianie i nie ma z nim kontaktu, będzie miała niespodziankę. - Skręcisz w lewo. Na końcu są drzwi, za nimi twój Brzeszczot - i tyle mogła widzieć lubującego się w pszczołach elfa; usłyszawszy stukot końskich kopyt, zawrócił zaraz i szybkim, lekkim krokiem udał się ku drzwiom wejściowym, aby zobaczyć któż zaszczycił ich dom swoją obecnością. Miał nadzieję, że to posłaniec z Moriaru. Dość tego czekania.
   Heiana prychnęła pod nosem na oddalającego się Pszczelarza. Na końcu języka miła już stwierdzenie, że najemnik wcale nie jest jej. Ale, niech tam. Miała w tej chwili ważniejsze sprawy na głowie niż wykłócanie się z miłośnikiem owadów. Punkt pierwszy, była zupełnie niezorientowana w wydarzeniach w stolicy. Najwyższy czas to naprawić. Punkt drugi, trzeba było rozmówić się z Szept. No i z Brzeszczotem, żeby w końcu wziął się w garść. Ile można? Uzdrowicielka westchnęła. Kierując się wskazówkami Pszczelarza dotarła do ciężkich drzwi. Przyjrzała się im krytycznie, pchnęła je. Zatrzeszczały. A miała nadzieję, że tego nie zrobią. Ale to, co zobaczyła…
   Brzeszczot w chwili obecnej przetrzepywał, nie nie szukał, przetrzepywał gabinet i archiwa dziadka. W luźnej koszuli, w szerokich lnianych spodniach, wyglądał jak żebrak, ale do stroju nigdy nie przykładał wagi. Włosy mu urosły, ściąć ich nie miał kiedy, a do tego zapuścił brodę - nie jakąś brodę mędrca, ot zarost tygodniowy. I o dziwo, w tym bałaganie, potrafił utrzymać porządek. Dokumenty poukładane, teczki posegregowane. Czego szukał?
   Kurz, papiery. Wszechogarniający bałagan. Coś, czego Heiana nie znosiła po prostu. Jak ktoś może się w tym odnaleźć? Do tego, na dokładkę, na deser, całkiem zapuszczony najemnik. Może jeszcze się w ciemni zamknie? Biedna, niedoinformowana idiotka.
   - Dość – rzuciła, ruszając do przodu. Drzwi nie zamknęła, była tak rozgorączkowana, że zapomniała. Kiedy on się tak zapuścił? Co to w ogóle za spodnie? A ta broda? Znaczy się… zarost. Znaczy się… Co on sobie na bogów myślał? Był teraz spadkobiercą i głową rodu, a zachowywał się jak byle wieśniak. Powinien znać elfy. Znać Starszyznę. Przecież oni nade wszystko cenili rytuały i zasady. To dlatego Szept tak trudno było nad nimi zapanować. Heiana niemal wybuchła, nie w porę wspominając kuzynkę. I gdzie ta była, kiedy jej przyjaciel zamienił się w pustelnika? – Brzeszczot, ja wiem, że poniosłeś ogromną stratę, ale tak nie można. Powinieneś wyjść do innych, pokazać się, a nie tylko ukrywać we dworze i karmić swój żal. Nie tędy droga, w ten sposób tylko bardziej się pogrążasz. Siebie i tych, którzy ci ufają, których masz prowadzić. Jesteś teraz głową rodu. I może te kilka obowiązków pomoże ci wrócić do ładu. Do kupy… czy jakoś tak. Tylko musisz spróbować – tłumaczyła jak małemu, nieporadnemu szkrabowi, łagodnie i cierpliwie. Szept by nim po prostu potrząsnęła, dopiero potem pogłaskała po głowie. Heiana nie była Szept. - Zobacz, do jakiego stanu się doprowadziłeś. Myślisz, że Ivelios chciałby widzieć, jak pogrążasz się w żalu? Myślisz, że nie wolałby widzieć, jak bierzesz sprawy w swoje ręce, tak jak on to robił?
Najemnik skoncentrowawszy się na poszukiwaniach, podrapał się po ponoć boskich pośladkach i byłby zagłębił się ponownie w czytaniu, wertując następne strony zwiadowczych raportów, gdyby nie pojawienie się uzdrowicielki. Był tak pochłonięty tym, co robił, że nawet nie usłyszał. Odwrócił się na drabince, patrząc z góry na drobną elfkę i przez chwilę zastanawiał się, o co jej chodzi z tym… Mrugnął.
   - Ale że co? - spytał jak kompletny idiota; spojrzał na siebie, na swoje włosy, które sięgały mu niemal łydek i aż prosiły się o wymycie i ścięcie; przesunął palcami po wcale nie takiej dużej brodzie i zerknął na ciuchy, które miał na sobie - ubrania, jak ubrania. Powąchał. Może trochę śmierdziały, ale… Zasiedział się w gabineciku dziadka i zapomniał. I nagle go olśniło. - A! To. Nie przejmuj się. Kopnąłem się w dupę i jest dobrze - tak po prostu, jakby przez kilka tygodni nie przesiedział w ciszy, spokoju, jakby rozmawiał z innymi, a nie pogrążył się w żalu. - Chcesz mi pomóc? - zapytał z zapałem, którego dawno u niego nie można było dostrzec. Wyraźnie był czymś zaintrygowany, do tego stopnia, że mu głośno w brzuchu zaburczało. Nie dość, że wyglądał jak żebrak, to jeszcze był głodny, jak żebrak.
   Heiana szerzej otworzyła oczy, niedowierzając. O czym on mówił? Jest dobrze? Jak dla niej było po prostu paskudnie i jeśli on twierdził, że jest w porządku, to wolała nie wiedzieć, jak w jego wykonaniu wygląda klęska i koniec świata. Krytycznie przyjrzała się pokojowi, jeszcze raz zerknęła na ożywionego Brzeszczota. Co z nim było nie tak? - Nie, nie chcę. Na pewni nie pomogę ci grzebać w śmieciach i robić z siebie żebraka. Jesteś pijany – oskarżyła go, wyciągając najbardziej prawdopodobny, przynajmniej według niej wniosek. W końcu, obiło jej się o uszy, że Midar urzędował w pałacu. A znając reputację krasnoluda…. Spił połowę elfów jak nic. Pociągnęła nosem. Poczuła lekko stęchły zapach, kurz zakręcił jej w nosie. Kichnęła. Ale zapachu trunku nie było. Pomyliła się? Ale pociągnąć drugi raz się nie odważyła. Nie w takich okolicznościach. Czy tu było czysto? A może gdzieś wyrosły grzybki i pleśń? Uzdrowicielka wzdrygnęła się na samą myśl o tym. - Dosyć tego. Z jednej skrajności w drugą. Zarośnięty, brudny, w szmatach. Do tego głodny. Darrus, ty nie jesteś dzieckiem tylko głową rodu, dorosłym mężczyzną. A teraz chcesz, żebym ci pomogła bawić się w papierach? – prychnęła, nie doceniając powagi tego, czym zajmował się najemnik. – Powiem ci, co zrobisz. W tej chwili pójdziesz się umyć i przebrać. Potem skrócimy te twoje czerwone kudły i nakarmimy. A potem przedstawimy Radzie. I przypomnimy szanownej Jej Wysokości o twoim istnieniu, bo chyba zapomniała. Dość biadolenia!
   - Nie pójdę do Rady - w jego miodowych oczach błysnęło coś niedobrego, jakaś pewność, jakieś postanowienie. Zeskoczył z ostatniego stopnia i byłby się potknął o własne włosy, ale podskakując dał sobie jakoś radę. Podciągnął gatki, podrapał się gołą stopą po łydce i chyba chciał powiedzieć coś mało miłego, ale w język się ugryzł, przypominając sobie, że to nie wredna magiczka tu stoi. - Wyjaśniłem im wszystko, przy okazji oświadczając, że za wygnaną Krokusicę do rady wskoczy Frilweryn. Nie mam im więcej nic do powiedzenia. - Odłożył na stolik papiery, przez chwilę trzymając na miękkiej teczce palce; pachniała lawendą, ulubionym zapachem dziadka. Wszystko w tym pomieszczeniu przypominało mu o Sowiookim, jeszcze bardziej motywując do działania. Gdyby mógł, przesiedziałby tu bez jedzenia i mycia, aż nie znajdzie tego, czego szukał. Wszystkie te księgi, każda teczka, wszystkie zapiski równym, ładnym pismem. Wszystko to musiał obejrzeć. Szukając, czasami znajdował zapiski poczynione na marginesie; to tu, to tam elf zapisywał sobie, by o czymś wspomnieć wnukowi. Najemnik widział teraz, jak wiele razy Sowiooki uczył go rzeczy, które wtedy uważał za przynudzanie staruszka. Widział, że w subtelny sposób pokazywał mu, jak sobie radzić. Przygotowywał go, nie tylko do zastąpienia, ale także do przyszłości.
   - Owszem…, że co? – Heiana pierwsze usłyszała o wygnanej. Czy on do reszty stracił rozum? Przecież w ten sposób pozbył się części rodu i poparcia Rady! Nie mógł tego… - Czy ty w ogóle nie myślisz? Musiałeś się w to pakować, gorąca głowo! – Heiana w tej chwili nie myślała zbyt rozsądnie. Brzeszczot właśnie skomplikował sobie życie i narobił wrogów, a to ją wkurzało. Jeszcze bardziej niż jego obecny stan. – Teraz tym bardziej pójdziesz do Rady i załatwisz wszystko jak trzeba. Wyjaśniłeś, też coś. Żaden z ciebie dyplomata. Żaden… - romantyk, podpowiedział złośliwie umysł i elfka umilkła, czerwieniejąc. Miała tylko nadzieję, że najemnik przypisze to złości, a nie… No, nieważne. – Natychmiast pójdziesz się umyć i przebrać, bo jak nie, to ja wychodzę. Nie zamierzam rozmawiać z brudasem i śmierdzielem. Nie zamierzam tu przebywać ani chwili dłużej, jeśli się nie ogarniesz, chociaż trochę. Papiery ci nigdzie nie wyparują w tym czasie. I weź tu przewietrz, bo duszno, że wytrzymać nie można. Ty naprawdę jesteś bardziej dzieckiem niż dojrzałą osobą. Tylko cię niańczyć trzeba. No już, rusz się, szybko. Na co czekasz? – Niewiele brakowało, a tupnęłaby nogą.
   - Mówiłem ci, rozmawiałem z nimi. Nie będę z nimi rozmawiał, kiedy oni tylko żądają. Powiedziałem, co myślę, wystarczy. Fril zajmie się resztą. Jak dobrze słyszałem, przybył przed chwilą kurier, najpewniej po to, by potwierdzić przyjęcie Frilweryna do rady. Radą zajmie się Fril. To Krokusica straciła ród i wpływ na radę.
   - Niech cię. Kompletnie nic nie rozumiesz? Ty nie rozmawiałeś ze Starszyzną. Ty postawiłeś ich przed faktem dokonanym i znając ciebie zrobiłeś to bez krztyny delikatności. Myślisz, że kim jesteś? Jeśli będziesz miał wrogów w Radzie, Krokusica to wykorzysta, ty tempa pałko. Myślisz, że jak im podetkniesz pod nos Frila to zapomną, kogo on reprezentuje? -
   Tyle, że Brzeszczot chyba jej nie słuchał. Ruszył gdzieś nic nie mówiąc. Czyżby była za ostra? Ale przecież Szept co chwila mu dogryzała i jakoś się nie obrażał. Co z nim było nie tak? Chcąc nie chcąc ruszyła za nim, nie zamierzając tak łatwo się poddawać. Już ona zrobi z niego elfa. A jak nie elfa, to przynajmniej w miarę przyzwoitą głowę rodu.
   Brzeszczot nie rozumiał. Pozbycie się Krokusicy było pierwszym krokiem, aby to wszystko zaczęło wyglądać dobrze. To była jego decyzja i wcale jej nie żałował. Gdyby tylko uzdrowicielka wiedziała, co takiego babka wygadywała, jak knuła, jak snuła swoje sieci. Nigdy nie była z rodem, zawsze chciała być ponad nim. Ivelios to widział, ale nie potrafił czegoś z tym zrobić, za wszelką cenę chcąc ratować więzy z rodem Krokusicy. Małżeństwa polityczne, powinni tego zakazać. Rada niech na razie trzyma się swoich praw - ród zależał od tego, który jemu przewodzi i tyle, miał się podporządkować pewnym regułą, ale to niewielka cena.
   Postanowił. Uparciuch, który ruszył się z miejsca, bo skoro ma się umyć to się umyje. Usłyszał za sobą kroki. - To ty idziesz ze mną?
   Zatrzymała się.
   - Jak widać – burknęła. Dopiero potem miała żałować, że nie przemyślała tej odpowiedzi.
   - Idziemy się wykąpać. Znaczy ja idę i ty też, skoro tak mówisz.
   Teraz twarz elfki stała się purpurowa. Trzeba było trzymać język za zębami albo przynajmniej zapytać, dokąd to idą. A nie pakować się na ślepo. Do tego jeszcze, akurat teraz, gdy myślała, że już bardziej zawstydzona być nie może… Musiała sobie przypomnieć gorące źródła nad morzem i pewien psikus ze znikającymi ubraniami. I prowokacja. Ekhem…
   - Śmierdzisz – postanowiła uciec się od odpowiedzialności. – Nie gustuję w śmierdzących mężczyznach. I zapuszczonych. – Dla dobitniejszego wyrażenia słów pociągnęła z niesmakiem noskiem. Dość kształtnym, jak to kiedyś zauważył pewien najemnik. I w tym całym wypominaniu zapomniała, że nie miała nic przeciwko, gdy ten sam śmierdzący mężczyzna znalazł ją w płonącym Tarok i wyprowadził z zagrożonej dzielnicy. W sumie, nie miała też nic przeciwko temu, co zrobił, gdy pakował ją na sowę. Ale przecież tego jej wypominać nie będzie. Nawet on nie byłby taki bezczelny. Poza tym, to niegodne elfa. - Ty idziesz. Ja tylko pilnuję, żebyś nigdzie nie uciekł po drodze, panie lubujący się w brudzie.
   - Ale w Tarok nie miałaś nic przeciwko, pani pomidor - i wredny najemnik uciekł, czmychnął jak tchórz do łaźni, nie chcąc zarobić guza. Czyżby wracał mu humor?
   Heina zgrzytnęła zębami. Przeklęty najemnik, za grosz dobrego wychowania, za grosz elfiego szacunku i taktu, za grosz… Bogowie, co ona w nim takiego widziała, że… Nieokrzesany, zdziecinniały, uparty jak osioł i … Po prostu Brzeszczot. I to wszystko wyjaśniało. Przynajmniej tak powiedziałaby Szept, gdyby tu była. - Czort z tobą. Facet. Śmierdzący – musiała się wyżyć i uspokoić. Szkoda, że nie miała na kim. A najemnik nie nadawał się na kogoś, kto zniesie słowne cięgi bez protestu. Za dużo przebywał z pewną magiczką.
Dziesięć minut. Pół godziny. Godzina.
   No ileż można? Aż tak brudny przecież nie był. Przecież to tylko wanna, a nie jezioro. Tylko Brzeszczot byłby tak zdolny, żeby utopić się w wannie.Nie ma mowy. Nie pójdzie i nie sprawdzi, co z nim. Niech sobie pomarzy. Niech sobie… Nie, nie pójdzie i basta.  A jeśli jednak się utopił? Przebrzydły najemnik nawet teraz musiał jej robić na złość.
   A skoro mowa o panu mieszańcu, Dar siedział sobie najlepsze w łaźni i drapał się po głowie.
   Miał się doprowadzić do porządku. Tylko, co on ubierze, jak te ubrania zostawi do uprania? Uśmiechnął się szeroko, ale zaraz stwierdził, że nie, bo ten szalony pomysł się źle skończy i Heiana go nie pogodni, a po pustej makówce wytrzepie. Podniósł rękę i się powąchał - przecież nie pachniał aż tak źle, by się krzywiła. Usłyszał coś za małym okienkiem, przez które zaraz wystawił głowę. Z zewnątrz musiało wyglądać to rewelacyjnie - drewniana ściana, gładka, bez zdobień i jedno okienko, z którego wystawała czerwona czupryna.
   - Pszczelarz! Wyłaź z tych krzaków, bo wiem, że tam siedzisz i knujesz.
   - Wcale nie knuję! Dokarmiam pszczoły.
   - Ciekawe czym. Trawą?
   - Ty się nie interesuj! I nie podsłuchuj.
   - To ty podglądasz, pszczeli maniaku. Przydaj się na coś i weź mi przynieś czyste ubrania.
   - Przez okienko?
   - Nie, przez dupę. Cholera, a niby którędy, kominem?
   - Jak żeś taki mądry to sam sobie przynieś!
   Brzeszczot westchnął. Naprawdę wchodziło mu to już w krew i nawyk. Niewzdychający najemnik zaczynał robić się dziwnym i nietypowym najemnikiem. I czy naprawdę musiał się myć?
Dziesięć minut. Pół godziny.
   Przez okienko wleciał gałganek ubrań. Pszczelarz najwyraźniej spełnił prośbę i przyniósł czyste ciuchy, a właściwie wcisnął je przez okienko. Wymięte jak nic, ale przynajmniej nie były to elfie aksamity. Normalne spodnie, lniana koszula. A butów nie było. Czysty i pachnący fiołkami, będzie musiał polecić zmienić ten cholerny fiołkowy zapach na inny, coraz bardziej przekonywał się do tego, aby ściąć włosy. Przeglądając ubrania, z kieszeni spodni wypadł krótki nóż. Pszczelarz pomyślał o wszystkim. Siadając sobie na zydelku, najemnik złapał kilka kosmyków włosów. Po co kłopotać ścięciem innych? Sam też da radę.
   Najemnik dał radę. Włosy skrócił do pasa i sam się zdziwił, że tak długie je miał; wokół niego utworzyła się ładna kupka ściętych kosmyków. Poruszył palcami u nogi, szturchając włosy. Trzeba będzie coś z nimi zrobić, na przykład dokleić do blond czupryny Frila.
   Dar rozczesał palcami włosy, przesuwając nimi po brodzie. Fajna była. Nie zgoli jej, przynajmniej na razie, a i zapuszczać na mędrcową też nie zapuści. Ubrany, ostrzyżony, a co!, wcale nie chciał opuszczać łaźni; mógłby tu zostać i znowu pogrążyć się w myślach o dziadku, o tym, że… Podskoczył i jęknął. W tyłek użądliła go pszczoła. Cholerny Pszczelarz.
   Ale nic, na boso wyczłapał sobie z łaźni, w zasadzie nie spodziewając się, że uzdrowicielka dalej na niego czeka. Pewnie dlatego stanął z ręką na klamce i gapił się na nią, jakby pierwszy raz ją widział.
Uzdrowicielka też się chyba nie spodziewała, że Brzeszczot raczy wyjść. Po tym, jak odrzuciła wersję o jego utopieniu się w wannie, przyszło jej do głowy, że uciekł przez okno. Kto wie, to był Brzeszczot, a Brzeszczot znaczyło kłopoty. I głupie pomysły.
   Z tym, że na widok pana głupie pomysły musiała się pilnować, by nie zgubić szczęki. Tak określiłaby to Szept, bo Heiana użyła na to bardziej… elfiego słowa. Odpowiedniego. Przynajmniej w mniemaniu tej ostatniej. Ostrzyżony, wykąpany i przebrany wyglądał znacznie lepiej. Do tego ten fiołkowy zapach. Nie do końca pasował jej do Brzeszczota, ale świadczył o tym, że najemnik w końcu zaczął myśleć. I kto wie, może uda jej się zrobić z niego głowę rodu i elfa jak się patrzy. Tylko ten strój… mógłby włożyć jakąś tunikę, albo coś takiego. Może w odrobinę jaśniejszym odcieniu. Co by pasowało do takich płomiennych włosów… zastanowiła się, po czym dała sobie mentalny policzek. A co ją obchodzi jak ubiera się i jak pachnie najemnik! Przecież mu ubrania nie będzie szykować! Ani tym bardziej…
   No dobrze. Część z niej była ciekawa, jak wyglądałby w typowo elfim stroju.
   - Nie śpieszyłeś się – zauważyła, kręcąc głową. Dopiero po chwili, bo przecież musiała dojść do siebie. I pozbierać myśli. Dobrze, że Brzeszczot telepatą nie był. Nie dość, że wszystko słyszał, to jeszcze by i znał jej myśli. – Nie wiesz, że to niegrzecznie kazać na siebie czekać? Zwłaszcza kobiecie? – wytknęła mu, wyczulona na punkcie manier. Tak, tego też będzie trzeba go nauczyć. – I skąd wziąłeś ten strój? – skrzywiła się krytycznie. – Może to i czyste, ale wygląda, jakbyś zwinął w kulkę i przez tydzień tak trzymał. Pomięte, przypomina szmatę, a nie strój głowy rodu. Czy ty nie masz za grosz poczucia estetyki? – Obeszła go od drugiej strony, zauważając, że przynajmniej włosy ściął. Dobre i to. Ale brodę zostawił.
   Broda drapie znów podpowiedział chochlik w jej głowie, co skończyło się kolejnym mentalnym policzkiem przeznaczonym dla niej samej. Głupi Brzeszczot, wszystko to jego wina. Gdyby jej nie pocałował, nie wracałaby do tamtej chwili w najmniej istotnych momentach. Głupi Brzeszczot jeszcze jej to wytykał. I głupi Brzeszczot, który zdawał się w ogóle nie przywiązywać do tego żadnego znaczenia. Ot, zachcianka. Już ona mu da zachciankę. - Nie zgoliłeś brody. Elfy nie noszą brody. Czy ty nic nie potrafisz zrobić sam?
   - Nie jestem elfem. To ty na siłę chcesz mnie nim zrobić. Mam waszą krew, ale też i ludzką.
Tar’hur, tym jestem. Ani człowiek, ani elf.
   - Twoja matka była elfem, jesteś więc elfem – stwierdziła, odpędzając od siebie wizję Dara bez gaci. – Poza tym…
   - Ekhem – przerwało im kaszlnięcie. Heiana, która była pewna, że są sami odwróciła się z gotową krytyką na ustach i słowem, żeby nie przeszkadzać. Słowa zamarły jej na wargach. Ostatnim, ale to ostatnim, czego by się spodziewała po niedawnej awanturze była obecność Starszych w domu Crevan. Ale ta dwójka Starszymi była bez wątpienia.
   Lethias zawsze był tym bardziej uprzejmym, ułożonym. Heiana przypomniała sobie, że Szept nazywała niebieskookiego elfa dyplomatą. Miał w sobie, a raczej zdawał się mieć pewną łagodność, która zwiodła już niejednego. Utrzymał się w Radzie od dawna, a to świadczyło, że nie obce mu były intrygi. Lethiasa łatwo było zignorować. Taki dobry, pocieszny doradca, wysłucha, pomoże. I przetworzy. Heiana nie miała wątpliwości, że Radny wie niemal o wszystkim, co dzieje się w stolicy. Co innego Firandil. Ten zawsze miał w sobie mniej ogłady a więcej dzikości. Wciąż pamiętała opowieść Szept o tym, jak przygadał Wilkowi, gdy ten włóczył się za Szept po ruinach. Incognito. Biedy Firandil go nie rozpoznał.
   Ten Starszy nie miał tak uprzejmej twarzy. Nawet nie starał się mieć, zdała sobie z tego sprawę. Prawdę mówiąc, wyglądał, jakby przebywał w miejscu o wyjątkowo przykrej woni. A przecież Brzeszczot dopiero co się wykąpał! Żaden z nich nie pozdrowił Darrusa, choć obaj powinni to zrobić. Mieli w końcu przed sobą głowę rodu. Ale Starszyzna dalej konsekwentnie udawała, że ktoś taki nie istnieje. A Heiana nie czuła się na siłach do starcia. Jeszcze nie teraz. I nie bez wsparcia.
   - Heiana-elda. Jesteś potrzeba w pałacu – odezwał się Lethias, czyniąc stosowny ruch ręką i jednocześnie usuwając się na bok. Tak naprawdę nie pozostawiał jej wyboru, a zaproszenie było aż nazbyt czytelne. A Heiana nie była aż tak bezczelną, by udać, że go nie widzi.
   To była jedna z przyczyn, dla których opuściła stolicę, zdała sobie sprawę, ruszając nieśpiesznie w stronę Starszych. Darrus i doprowadzenie go do elfiego porządku będzie musiało poczekać. I chociaż nie była na tyle bezczelna, by zignorować Starszych, to … Odwróciła się, zerknęła w stronę najemnika. Oni mogli udawać, że nie jest jednym z nich. On mógł udawać. Ona nie zamierzała. Prawdę mówiąc, najwyższa pora, by ktoś tym dwóm przypomniał, że nie stoją przed mieszańcem, że nie powinni nim pogardzać, że on tu jest kimś. Kimś ważnym, do diaska. Do tego jeszcze zaczynała plugawić język. Znaczy się, myśli.
   - Hyvän – zwróciła się z należnym szacunkiem do Darrusa, okazując swoje poparcie. Chyba to on był tym najbardziej zdziwiony, bo obaj Starsi byli zbyt wytrawnymi graczami, by zdradzić choćmrugnięciem, że pojęli aluzję.
   - Hei, zobaczymy się później. Będę cię potrzebować przy uciekinierach z Tarok - najwyraźniej Dar pragnął zasugerować starszym, że całkiem zapomnieli o tych, których porzucili w portowym mieście, a przecież to też były elfy. - Opuśćcie ten dom – zwrócił się do długouchych - Według praw gościnności, jesteście intruzami.

a wieczorem…
   Darrus mógł zostać sam. Sam ze swoimi myślami, zakurzonymi papierami, fiołkowym zapachem, czystymi, ale pomiętymi ubraniami i brodą. Tyle, że bez marudzenia uzdrowicielki domostwo mogło mu się wydać nieco puste. Ciche. Spokojne. Nie na długo.
   Ktoś załomotał w drzwi tak, jakby się conajmniej Eilendyr paliło. Aż dziw, że wysłużone, nie wypadły z zawiasów. Łomotanie powtórzyło się i tym razem zawtórował mu doskonale znajomy Brzeszczotowi głos. - Łazęga, weź nie udawaj, że cię nie ma! – Dalsze łomotanie. – Łazęga, otwieraj, by wejdę choćby oknem. – Dalsze łomotanie, drzwi zatrzeszczały złowieszczo, jakby kolejnej porcji uderzeń miały nie wytrzymać. – Tfu, dzikus jeden, otwórz krasnoludowi, bo ci się pod drzwiami zleję.
   - Moczymorda, chowaj siusiaka! Gorszysz elfy! - nareszcie drzwi się otworzyły, nareszcie krasnolud przestał mówić do ściany. Poza tym… Siki krasnoluda śmierdzą gorzej niż siki trolla.
   Midar, on to bowiem był krasnoludem w potrzebie, rozejrzał się dookoła, wcale niespeszony. I bynajmniej nie śpieszył się ze spełnieniem polecenia szanownej głowy rodu. - A widzisz ty tu gdzieś elfy, hę? Jeszcze rzygają pod stół, jeśli cię to interesuje. Chcesz poznać szczegóły, Łazęgo-dzieciaku? – Skoro Ivelios był Dziaduniem, to Łazęga był młodszy. Dzieciak w sumie pasowało, ale Midar był przywiązany do Łazęgi. Rozważając, podrapał się po siusiaku (krasnolud wcale nie żartował ze swoją groźbą), po czym przypominając sobie określenie Dara, schował go w spodnie. – Nie elfy się gorszą tylko jeden zniewieściały najemnik. Poza tym… odechciało mi się – poskarżył się krasnolud i zgoła bezczelnie, nie czekając na zaproszenie, wślizgnął się do domostwa pod ramieniem najemnika. Kto by pomyślał, taki mały krasnolud, ciężki, a szybki. Już będąc w środku rozejrzał się po domostwie. - Niczego sobie – mruknął. – Się urządziłeś, nie ma co. Ale przyjaciół nie zaprosiłeś, żeby popić. Tak to się Brzeszczot nie robi – zganił najemnika. Już druga osoba dzisiaj, która to robi. – Co tak ślipia wytrzeszczasz, nie przyszedł do góry… góra przyszła. Czy jakoś tak, kij z tym. Orzeszkową gorzałeczkę przyniosłem, bo szlachetne elfie gardła to się tylko słodkim winkiem raczą. Po tym to dopiero chce się rzygać. I spić się nie da. - Znów niezaproszony rozejrzał się po domu, pociągnął nosem, zastanawiając się, w którą stronę się udać. Bo to, że zostaje, było już postanowione. - Mówili, żeś w złej kondycji. Chyba mnie pieruny w Tarok oślepiły, bo tego nie widzę. Ty się po prostu obijasz. I nawet nie przyszedłeś wypić za Dziadunia. Wypijem teraz.
   - Czy ty przyszedłeś mnie upić, mości krasnoludzie?
   Midar rozłożył bezradnie ręce, przy okazji rozlewając nieco cennego trunku na jeszcze cenniejszy dywan. Nie, żeby krasnolud się tym przejął. Klapnął na dywan, tuż obok świeżo powstałej plany, rozkraczył się przy tym, wniósł butelkę do góry. - Za spokój duszy Dziadunia – powtórzył uparcie, dobierając się do cennego trunku. W końcu, musiał jakoś zaspokoić palące go pragnienie. – Nie, ja przyszedłem poszukać kogoś, z kim mogę pić, a kto po trzech flaszkach nie wyląduje pod stołem. No dobra, świętoszek wytrzymał cztery, ale on oszukiwał. Ty masz nieco mocniejszą głowę. Poza tym, Mała się wkurzyła. Zdaje się, że spiłem … czekaj, jak to szło… - Midar podrapał się po głowie. – Ach, już wiem. Jeden z doradców struł się gorzałką krasnoludzką. Mnie nie pytaj, ja nie wiem, jakim cudem. Nikt mu nie kazał pić. Ale te stare pryki zaczęły się burzyć, że to niby trucizna i się Małej zwalili na głowę. No to ściągnęli medyka. Problem w tym, że z medykiem też piłem i biedaczek cały dzień spędził albo pod stołem albo w krzakach. Chyba ostatecznie ściągnęli Heianę… A Eredin wciąż leczy bolącą głowę i nawet na flaszkę nie może spojrzeć. No i jeszcze Odrin zniknął po tym, jak zrobiliśmy stypę. Tyle, że razem z nim zniknął diadem Władcy, więc… - Midar uśmiechnął się szeroko. – Elfy nie umieją pić, ot co. No to… - krasnolud jeszcze raz uniósł butelkę – za spokój duszy Dziadunia! I nie waż się mówić, że już piliśmy.
   Midar był niemożliwy. Ale najemnik za nic w świecie nie zamieniłby tego szalonego krasnoluda na innego. Bił Lofara na głowę i co tu dużo mówić, miał nad nim znaczącą przewagę. Biedny Lofar, pozostanie mu sama patelnia, bo pan najemnik wyraźnie wolał Moczymordę. Jak nic będą z tego kłopoty, jeno tylko Lofar się dowie, że inny krasnolud podprowadził mu najemnika. W dodatku ten krasnolud pochwalił się swoim siusiakiem i mieszaniec go nie wywalił, a do środka zaprosił. Tego Lofar na pewno nie zdzierży; no bo w czym był gorszy jego siusiak od siusiaka Midara, że mieszaniec jak go widział to uciekał, trzaskając za sobą drzwiami?
   - Czekać, gdzieś tu… - najemnik wypiął swoje boskie pośladki i zaczął grzebać w skrytce zza regałem; Ivelios zawsze gdzieś miał zachomikowaną jakąś nalewkę skrzatów. No, gdzież to było. Znalazł!Mógł więc klapnąć obok krasnoluda, jeszcze tylko poprosić jakiegoś elfa, by jedzonko przyniósł, ale najpierw… - Spokoju duszy dziadunia nigdy za wiele! Zdrowie! I żeby miał najlepsze miejsce!
   - … przy boskim stole! I kufelku! – zachichotałMidar, który chyba myślał tylko o jednym. Mówiąc zaś ściśle o trzech rzeczach. Kuflu, jadle i bitce. No dobra, czterech, bo na listę załapywała się jeszcze lojalność wobec przyjaciół. –Na czym to ja… Acha. Za Dziadunia! –
   Krasnolud przerwał monolog, sięgnął za siebie, otworzył kolejną butelkę. Przynajmniej ma nową. Pełną. Jeszcze pełną. Oblizał wargi, pociągnął zdrowo… Wyrwało mu się radosne beknięcie. – Z dwojga złego lepiej tą stronę, nie? – mrugnął do Brzeszczota, już szukając kolejnego toastu. Co tam jeszcze było oprócz duszy Dziadunia. Coś być musiało. – Za Łazęgę! – Zakłopotana mina. – Znaczy, za ciebie. Ty mi się nie zmieniaj – Midar czknął i wylewnie objął siedzącego obok najemnika, przy okazji, rzecz jasna z życzliwości, solidnie trzepiąc go w plecy.
   Jedzonko przyszło szybko i Dar od razu złapał za kromkę chleba i kawałek sera; w brzuchu mu burczało od tego siedzenia w papierach, a wcale się nie najadł, kiedy poszedł ochrzanić tych, co wpuścili Radę do domu. Gdyby nie był takim ignorantem i usłyszał ich wcześniej, zabarykadowałby drzwi, pozamykał okna i udawał, że nikogo w domu nie ma, czekając aż sobie pójdą. Rada była jak ci chodzący po domach na wsiach i w miastach religijni fanatycy, namawiający do porzucenia wiary i przejścia na ich najwspanialszą i najlepszą.
   Klapnąwszy tyłkiem naprzeciwko krasnoluda, szturchnął krótką nóżkę, co by ją mości Midar przesunął, a nie rozwalał się na całym miękkim dywanie. Najemnik na deskach siedzieć nie będzie. Pośladki mu się odkształcą.
   Pili, popijali, zapijali, wznosili toasty, raz, drugi, powtarzając, aż wokół nich porozwalane leżały buteleczki i bukłaczki. Dar nie wiedział, skąd krasnolud wyciąga napitki. Było ich tyle, że chyba musiał okraść handlarza, albo samego twórcę, bo kupić ich raczej nie kupił. Może to zaopatrywał go Lofar. O właśnie! - Miodek! - podpity najemnik zerwał się z podłogi, potknął o butelki, wyhamował na krześle, przewrócił je i z komódki wygrzebał butelczyn pięć, z lofarowym miodem, które miał na czarną godzinę i o których sobie przypomniał. - A pamiętasz, jak pokonaliście vargry? - wspomnienia z pola bitwy były dziś opowiadane aż do przesady. Najemnik klapnął na tyłku, nie przejmując się tym, że od siedzenia będzie płaski - Te przebrzydłe psiska. Śmierdziały gorzej, niż zapchlony wilkołak! - odkorkował buteleczkę, jedną podał krasnoludowi i zdrowo z niej podciągnął. - Poza tym, uzdrowicielka się na mnie uwzięła. Ja nie chcę być elfem!
   - Uzdrowicielka to robi do ciebie maślane oczy, dzieciaku – Midar czknął, nie panując do końca nad językiem. Gdyby był trzeźwy (nie był) nigdy by czegoś takiego nie powiedział. Nie był Odrinem. Za to był Midem. Pijanym Midem. – A tyś ślepy, to nie widzisz. Poza tym, chik, technicznie biorąc, elfem to ty też po części jesteś, a panienka chyba nie może się zdecydować, czy chce klnącego jak ork najemnika czy wyperfumowanego elfiaka, to łączy. Przy okazji, masz ty jeszcze tego miodku? Albo muchomorową gorzałkę? Najlepsza w Dolnym Królestwie, wiesz? – Jeśli Midar schodził na krasnoludzką stolicę musiało mu już naprawdę szumieć w czubie. W końcu chyba nawet Szept nie udało się wyciągnąć z wojaka, dlaczego opuścił Dolne Królestwo. A może go wykopano?
   - Midar. Ona wcale nie robi… - chwila zastanowienia, przypomnienia sobie, co wcale nie było łatwe, kiedy w głowie szumiało - Faktycznie robi? - Bo jak robiła, to trzeba to zapamiętać, a potem jej ładnie przypomnieć, że najemnik wcale taki zły nie jest, skoro wzroku od niego oderwać nie może, albo od pośladków. Chociaż to nie była Iskra. Na samą myśl o elfiej furiatce, najemnik pokręcił głową; nie, furiatka by go wychachmęciła, on jej nie chciał, poza tym, ją miał ten głupi Lucien. Może powinni go w żabę zamienić to by nie miał takich problemów. - Nie znasz się - stwierdził w końcu najemnik, bo Midar musiał się pomylić i wypity coś źle zobaczyć. Ale kiedy biedny powąchał plamę na dywanie, rzucił mu buteleczkę. Jak się miodek skończy, będzie problem. Trzeba by wtedy przeszukać dom. Po cichu tego nie zrobią, więc może by tak kogoś poprosić. Ale jak poproszą to będą musieli dać wypić i się zmarnuje. Cholera, coś dużo tych ale, jak na spity gust najemnika. - Krasnoludy w ogóle się nie znają!
   - Ty się nie znasz, młokosie. Prawiczek jeden się znalazł, niewiniątko – parsknął krasnolud, porzucając swoje poszukiwania na rzecz rzuconej mu butelki. – Sam maślane oczka robi, a krasnoludowi ślepotę zarzuca. Sam ślepyś, a jak mi nie wierzysz, to ci już więcej nic nie powiem. Takiego… chik. – Miodek był przyjemny, chłodny. Pieścił gardło i nie palił tak jak gorzałka. Ale widocznie przytyk wciąż pozostawał w głowie Midara, nie dając o sobie zapomnieć, tłukąc się w jedną i w drugą stronę, upierdliwy, uparty… Jak tu odpowiedzieć na taką zniewagę? Midar zamyślił się, uniósł butelkę, czekając na znajomy posmak na języku. Nic, ani kropli. Zniechęcony, odrzucił ją na bok. Źle wycelował i nieomal trafił w Brzeszczota. Sięgnął po następną, znieruchomiał, przypomniawszy sobie scenę pod drzwiami i polecenie Dara. Zadowolony z siebie usiadł naprzeciwko najemnika. – Wiesz co, Łazęga. Pomyliłem się. Ja ciebie nie zgorszyłem. Ja ciebie zawstydziłem. Trzeba było tak od razu, a nie wymawiać się elfami!
   - Jestem całkiem dobrze… Mid, wybacz, ale to, że całe życie wmawiali ci, że tyle - pokazał jakieś dwa, cztery centymetry - to jest dużo bardzo, to kłamstwo! To wcale nie jest dużo! To ledwie paznokieć, z lupą szukać. Ociupinkę odnaleźć.
   - Ja wiem, że masz takiego, Dar, nie musisz mi pokazywać – Mid, całkiem pijany, nie zrozumiał, że Brzeszczot do niego pije, a nowe określenie uznał za komplement. Następnym razem może nawet, co by zasłużyć na nowe przezwisko pokarze Darowi, jak się bąki puszcza. W końcu, jak najemnik zwracał górą, to krasnolud mógł… tego no… Dołem. Ale zaraz, oni przecież nie mówili o piciu i pierdzeniu. Hmm…, o czym to… Midar zgubił wątek. Przynajmniej dopóki nie spojrzał na najemnika, który wciąż pokazywał te swoje dwa, cztery centymetry.
   Tak! Mówili o wyposażeniu.
   Krasnolud podniósł się, potrącając jedną z ostatnich butelek. Naturalna kolej rzeczy ta przewróciła się, oblewając siedzącego naprzeciwko najemnika. Ale Midar tego nie zauważył. Był zbyt zajęty walką z rzemykami , których jego palce, dziwnie niezgrabne, za nic nie mogły rozsupłać. W końcu zirytowany krasnolud po prostu je rozerwał.
   - Chcesz, to możesz sobie zmierzyć – zaoferował, tak jak przed drzwiami wyciągając swą chlubę na pokaz i jeszcze wyginając się do tyłu, dla lepszej prezentacji. I może byłaby to lepsza prezentacja, gdyby przy przechyleniu nie stracił równowagi i nie klapnął na zadek. Przy wstawaniu zaś zaplątały mu się nogi i znowu glebnął, tym razem na jedną z kałuż alkoholu, który sam wylał wcześniej na podłogę. – Cholera, masz śliską podłogę – zaklął, podnosząc się. Spodnie odrobinę się przy tym zsunęły, ale Midar zauważył to dopiero po chwili.
   - Zmierzyć? Czy ty mi proponujesz…
   - Ja proponuję? To ty chciałeś – Midar wypiął pierś, podciągając gatki, co by nie spadły i co by najemnik nie zobaczył za dużo. Jeszcze mu pośladki oglądać będzie, niedoczekanie. Aż tak pijany Midar nie był.– A! Lofar miał rację. Zrobiłeś to specjalnie, żeby krasnoludzkie pośladki zobaczyć. A figę. Możesz mierzyć, więcej nie dostaniesz.
   - Boskie pośladki to ja mam i nie próbuj mi tu zrzucać mnie z… panty… panta… no ze szczytu! Małe to to.
   - Sam jesteś mały. A twoich boskich półdupków nikt nie widział, więc dowodów bosko… bosko… no nie masz. Ała! – Midar wrzasnął nieco przesadnie, gdy Brzeszczot patyczkiem potraktował jego chlubę. – Bo jak ja cię walnę, to ci odpadnie ten twój kikutek. Z korzeniem. – Biedny Midar niezbyt się orientował w anatomicznym nazewnictwie. Tego najwyraźniej w krasnoludzkich szkołach nie uczą, albo nie uczyli w tej, do której chodziłMidar. Jeśli w ogóle chodził.
   - Mam większy! - Bogowie opuścili ten pokój, opuścili Midara, opuścili Brzeszczota. Pijany najemnik rozsupłał całkiem sprawnie rzemyki i gacie, o przepraszam spodnie, jakby to Heiana powiedziała, opadły. Dumny zaprezentował mu nie boskie pośladki, o których wszyscy wiedzieli, że są boskie, a nieodkrytego i niedocenionego światowo siusiaka.
   Brzeszczot pochwalił się nie w porę. Midar zaraz spoważniał, zerkając na to coś, co prezentował mu właśnie Brzeszczot, a co wedle zdania krasnoluda żałośnie wystawało z jego spodni.
   - Dobra, pośladki to masz może boskie, psiamać, nie mnie oceniać. Ale jeśli to jest większe to ja nie jestem pijany, a ty nie pokazujesz mi siuśka. Od tego to parówka jest większa. – Midar i jego epickie porównania. – Ba, przecież tyś prawie eunu… eanu… no, kastrat ma większego!
   Najemnik przez chwilę zapomniał sobie, o co tak właściwie kłócą się z krasnoludem. Gorzałeczka się skończyła, miodem wyparował, nie było też wywaru z grzybków, jagód i trawy. Jednym słowem susza i nie zapowiadało się, aby ktoś ich poratował. Mógłby ktoś przynieść odrobinę, kropelkę tylko, ale nie!, nikt się nie domyśli. Elfy przebrzydłe. A z sowami nie dało się porozmawiać, że niby mętne informacje! Jak mają być jasne, skoro wypili tyle… Dużo. Ale, wracając…
   - Jestem obrażony. Żaden ze mnie kastrat!
   - O! – Midar ucieszył się. – A powiedz, mi jak to się mówi na kastrata…. Toeucośtam. Wiesz? – zapytał z nadzieję, jeszcze nieświadom, że ściąga na siebie kłopoty. Znaczne kłopoty.
   - Idź sobie, jak żeś przeciwko mnie! Dziadunio by mnie poparł!
   - Dziadunio by stwierdził, że ty ciągłości rodu z takim skarbem nie zapewnisz…. Aj, przestań Łazęga. Puść, nie rzucaj tak, bo mnie mdli i zaraz…. Brzeszcz…
   Klamka drgnęła, opadła, drzwi uchyliły się. Duchy rzecz można, lecz to nie duchy stały na progu, wpatrując się w najemnika i krasnoluda. Do tego oboje z opuszczonymi gaciami.
   Starsi. I nie sami. Z tyłu za nimi stała Szept. Twarze Radnych wyrażały jawny wstręt i obrzydzenie, zupełnie jakby spoglądali na jakiegoś karalucha. Delikatnie mówiąc.
   Jakby na złość temu w tej właśnie chwili Midar nie wytrzymał. A raczej nie wytrzymał jego żołądek. Krasnoludowi się odbiło, potem jeszcze raz, a wraz z tym… Midar pochylił się gwałtownie i zwrócił cały spożyty posiłek… wprost na przód szaty i buty najbliżej stojącego Starszego. Pech chciał, że ten konkretny Starszy niebywale dbał o swój strój.
   - No co… ostrzegałem – stwierdził nieskrępowany krasnolud, zerkając najpierw na buty, potem na szatę, potem na purpurową z wściekłości twarz Starszego, w końcu na pełne oburzenie i wstrętu oczy. I o ile o Midarze Radni nie mogli mieć już gorszego zdania, to rokowania Brzeszczota spadły o kilka… kilkanaście oczek w dół. Najemnik nie wyglądał dobrze. Wręcz fatalnie. Z brodą, z kołtunami w długich włosach, które wcale lepiej nie wyglądały niż wczorajszego dnia, gdy jeszcze sięgały mu do łydek, z koszulą poplamioną sokiem z owoców i czerwonym, krasnoludzkim winem, ze spodniami opuszczonymi… Nie wyglądał dobrze, zdecydowanie nie jak szanowana głowa szlachetnego rodu. Jego notowania nie tylko spadły o kilka oczek, ale jeszcze zostały mu odebrane wszystkie plusy, jakie udało mu się zdobyć w oczach Rady.
  - To się wypierze, co nie? – dodał Midar, czując, że coś jest nie tak, że coś wypadałoby powiedzieć. Usłużnie chciał jeszcze pomóc, zapomniał tylko, że jego siusiak wciąż dynda na wierzchu i dopiero nagły ruch Starszego, gdy cofnął się, wpadając na swego towarzysza, uprzytomnił mu sytuację. – No co, krasnoludzkiego siuśka nie widzieliście? Anie półelfiego?
   - Ten półelf jest obrazą naszego rodzaju i… - zaczął jeden ze Starszych zatykając nos. Midar obwąchał się. Przecież nie cuchnęli. Nie gorzej niż zwykle.
   - Chcecie porównać, kto ma większego? – wypalił Midar, chcąc rozładować sytuację i jeszcze dolewając oliwy do ognia, pomachał swoim skarbem.
   Rada. Radni. Dwóch. W jego domu. Znowu bez zapowiedzi. Jeden z brudną koszulą - będzie musiał krasnoludowi postawić flaszeczkę za tak piękne powitanie gadów. Nawet dwie flaszeczki. Czy z tyłu stała Szept? Najemnik, w którego głowie zapaliła się lampka, że lepiej gacie podciągnąć, zrobił to i przytrzymał; mógł nie rozrywać rzemyka. Złapał jeszcze spodnie krasnoluda, wcisnął mu w dłonie materiał gaci, co by je trzymał i nie zgubił i jakoś wyglądał, ale coś mu nie wszyło, bo nie tylko swoje zgubił, ale i krasnoludzkie zaraz znów opadły. - No i się nie da… - wzruszył ramionami; przecież próbował, ale nie wyszło. - Hm, jesteście… - przypomniał sobie, co przed chwilą chodziło mu po głowie - Panów gadów uprasza się o wyjście - nawet im kulturalnie drzwi pokazał. Znowu się nie zapowiedzieli. Co oni, myśleli, że do niego jak do stajni? - Prawa gościnności w dupie, cholera mają! Co, Radnych to się nie tyczy? Albo mieszańców?
   - Przyszliśmy tu razem z królową, nie dla ciebie – jeden z Radnych nie wytrzymał, słowa wyrwały mu się niekontrolowane. - Wasza Wysokość, sugeruję, żebyśmy jak najszybciej opuścili to miejsce i…
   Szept przepchnęła się do przodu, pokręciła noskiem, marszcząc go nieco. No i co ten Brzeszczot najlepszego zrobił? Ładna prezentacja głowy rodu. I jeszcze… Mogła się domyślić, że jeśli przyjdzie tu Midar to kłopotów tylko szukać.
   - Powinniście tu przewietrzyć. Śmierdzi gorzej niż w ruinach. Orkowych. Albo w kryjówce trolli. – Ostrożnie omijając porozbijane butelki skierowała się w stronę okna, a że musiała przejść obok obu panów… - Poprawka. To wy śmierdzicie.
   - Szept, czemuś ty przyszła z tymi gadami? Było przyjść samej. O! -I w tym momencie krasnolud puścił całkiem donośnego bąka. Szkoda, że nie wyleciało przodem, może by drugi radny oberwał. Za to by miał Midar z trzy flaszeczki. Brzeszczot nie chciał być gorszy, więc dodał i swoje dwa grosze, nawet trzy, a co!
   Szept stłumiła prychnięcie. Brzeszczota będzie trzeba zakneblować, zanim będzie za późno. To, że sama nazywała Starszych tak i jeszcze gorzej wcale nie znaczyło, że mówiła im to prosto w twarz. Błąd taktyczny i kolejni wrogowie. Jakby Dar miał ich nie dosyć po tym, jak zadarł z Krokusicą.
   - Szeptuchnoooo… Sprawdźmy, kto ma większego! No chodź, jak wygrasz, dostaniesz flaszeczkę!
   Zamrugała. O czym oni… Och.
   - Jakbyś nie zauważył, ja nie mam. Wcale – tym razem, ku zgorszeniu obu Starszych parsknęła śmiechem. Też się wyrwał. – Możecie iść, poradzę sobie tutaj.
   - Wasza Wysokość, nie jestem pewien…
   Szept westchnęła z irytacją. Nie lubiła, jak zwracano się do niej tak oficjalnie. Poza tym…
   - To tylko krasnolud i najemnik. Obaj tak pijani, że jutro nie będą nic pamiętać. Poradzę sobie. A panom dziękuję za towarzystwo . – Nieco grzeczniejsze niż w wykonaniu Brzeszczotaodprawienie.
   Hmm… Przynajmniej Darrus jeszcze kontaktował. Czego nie można powiedzieć o Midarze, który z zapałem wąchał dywan.
– Gorzałka, ktoś wylał – poinformował nie wiadomo, kogo. – Takie, hik, marnotrawstwo. Ale tio pachnie. Nie, hik, smjerdzi.
   – Szkoda bułeczek – burknęła pod nosem elfeczka. Otworzyła okno, poczuła powiew świeżego powietrza. W zatęchłym, przesyconym alkoholem pokoju (i nie tylko) było to jak wybawienie. – Mid tobie już wystarczy. Ani kropli.
   – Ty mas szoś do picia? – Midar zrozumiał na opak. Szept westchnęła. Przydałaby się tu jakaś pomoc, żeby tą dwójkę wyciągnąć z pokoju. Może niepotrzebnie odesłała Starszych? Tyle, że żaden z wielce szanownych panów nie zniżyłby się do tego, by choć palcem tknąć pijanego krasnoluda. A mieszańcu nie wspominając.
   - Chochliki kradzieje miodku! - najemnik był święcie przekonany, że małe stworzonka faktycznie ukradły mu słodki miodek, a teraz w ramach kary musiał je pogonić. - Uciekły - rozejrzał się i faktycznie nikogo nie było; pochowały się czy jak?
   Rozejrzała się. Straciła chwilę, w której Midar zerwał się na równe nogi, przebiegł kilka kroków i runął jak długi na podłogę. Zaplątały mu się nogi.
   Tu nie było żadnych chochlików.
   – Darrus! – spróbowała przywołać pijanego do porządku. Raczej bezskutecznie. – Tu nic nie ma.
Midar usiadł na podłodze, nieco zamroczony. Pomasował głowę, zamrugał, znów pomasował, coś pomacał. Czknął. I znowu. – Sem jednego zlapał – oznajmił radośnie krasnolud.
   - Mid! - najemnik nagle sobie coś przypomniał, kręcić w głowie chyba mu się przestało, bo zerwał się, gacie podciągnął, krasnoluda poszarpał biednego i coś mruknął; niezrozumiale, ale zaraz poprawił - Chochliki kradzieje! Trzeba się chować! O, Mid śpi. Widzisz?
   Midar faktycznie spał i nawet nie wiadomo, kiedy to się stało. W jednej chwili siedział i radośnie wieścił swoje udane polowanie, w drugiej smacznie chrapał, zwinięty w kłębek na podłodze. I nic, nawet walenie się domu nie wyrwałoby go z tego stanu. No, chyba że najazd goblinów i odgłosy tak ukochanej przez niego bitki.
   – Masz ci los – podsumowała Szept. Miała nadzieję, że rano głowa nie da krasnoludowi spokoju. Może to go oduczy tak się upijać. Chociaż, znając Midara było to wielce wątpliwe.
   Bardzo wielce.
   Szczęściem magiczka orientowała się w miarę w rozkładzie nowego domu jej najemnika. Mid, nawet jak na krasnoluda był nieco przyciężki, ale zaklęcie mogło załatwić i to.
   Wróciła chwilę później. Midar załatwiony. Teraz trzeba było położyć najemnika. Tylko… gdzie on zniknął?
   Najemnik nie zniknął, a sobie poszedł. Poszedł i wrócił całkiem szybko zważywszy na stan, w jakim się znajdował. Szybko i sprawnie, a do tego cały dumny, że niczego nie zgubił, a w ramionach miał poupychane wszystko, co mógł znaleźć. Owoce, bułeczki!, i chyba nawet ciasteczka. Domowa spiżarnia opróżniona. Z kieszeni wystawała mu szyjka butelki.
   - O, nie porwały cię te wstrętne chochliki. Ciasteczko? - zapytał, wyciągając w stronę magiczki owsiane ciasteczko; kichnął, mrugnął i stwierdził, że nie będzie czekał więc położył łakocia na ramieniu elfki. Pokręcił się chwilę, posztuptał, aż w końcu znalazł!, rozsuwane drzwi prowadzące na mały taras. W cieniu drzew wiał taki przyjemny wiaterek. Aż mu w brzuchu donośnie zaburczało. Z głodu też, ale ogólnie. Jak nic się rozłożyć i zjeść coś dobrego.
   Szept łypnęła na ciasteczko, jakby spodziewała się, że Dar je czymś nafaszerował. Powąchała ostrożnie, wzruszyła ramionami. No i gdzie się ten Łazęga ładował? Nie mógł grzecznie, wzorem Midara, położyć się spać? Toż on jutro będzie nie do życia.
   Elfka wzruszyła ramionami, wciąż trzymając w dłoni ciasteczko. Owsiane. Szept lubiła owsiane ciasteczka. A to wyglądało… Ugryzła. Całkiem dobre… Nawet bardzo.
   I znowu zgubiła Dara.
   Punkt pierwszy, zabrać mu butelkę. Punkt drugi, pozwolić mu się najeść (jak już musi).Punkt trzeci, położyć spać. Bułka z masłem.
   – Darrus? – Elfka wysunęła się na taras, rozglądając po okolicy. Dopiero teraz to zrobiło się przyjemnie. W końcu dostrzegła najemnika. Rozłożonego, wygodnie rozciągniętego, bo jak inaczej.
   Coś burknęło. Komuś się język poplątał, a że najemnik powiedzieć nic nie umiał, bo miał w buzi pełno bułeczek, bo jedna na raz to dla niego za mało i on jest ponad to i zje dwie, machnął tylko ręką.Leżał sobie plackiem, wyciągnięty, a pod rozpiętą koszulą widać było czarny tatuaż; najemnik w końcu przysłonił niewolniczy znak, którego zdjąć nijak się nie dało, nawet cholercia magowie sobie nie poradzili, za to pan medyk zaproponował wycięcie skóry. Podziękował, tatuaż zrobiony przez mówiącego do siebie pana był lepszym pomysłem. Pan był dziwny, ale nie skomentujemy tego.
   – Elfeczko…
   – Mmm? – Z racji, że przełknęła kolejny kęs to tylko zamruczała zachęcająco, żeby mówił dalej. Przezwisko przyjęło się. I nawet jej się podobało. Tylko Midar wciąż uparcie wolał nazywać ją Małą.
   – Wiesz ty co? Ja to cię jednak kocham. - ocho, nowe przezwisko do wrednej magiczki najwyraźniej przylgnęło na dobre. Dar łypnął na Szept, która sobie siadła obok, przeturlał się, przekręcił się, aż niczym psiak mały oparł brodę na jej kolanie.
   Szept zakrztusiła się ciastkiem, zaczęła kaszleć spazmatycznie i pochyliła się. Normalnie takich rewelacji to się ona nie spodziewała. Przez niego płuca sobie wypluje! Kiedy zaś się wyprostowała jej twarz była wyraźnie czerwona, a oczy jej łzawiły. – Chcesz mnie zabić? – wykrztusiła. I zerknęła na niego z podejrzliwością. Kocham. Ale chyba nie tak? W końcu mówimy o Darze. Dziwnym trafem to samo powiedziała ostatnio Heianie o nim… Uzdrowicielka miałaby aż tak długi język? – Heiana ci powiedziała? – rzuciła oskarżycielsko.
   – Ale że co? Heiana mi powiedziała, że ja cię kocham?
To z kolei było za dużo dla biednej elfki i przez chwilę zgubiła wątek.
   – A mówiłeś jej coś takiego? – zainteresowała się. W końcu, Dar dotąd nie bywał zbyt wylewny. I zdecydowanie nie prawił jej aż tak ciepłych słów. Oprócz długouchej wredoty. O ile ktoś może uznać to za ciepły zwrot. Tyle, że teraz Darrus był pijany. A nie jest tajemnicą, że takie osoby są z reguły dużo bardziej rozmowne. Szept zamierzała to bezczelnie wykorzystać. Miała tylko nadzieję, że tego nie pożałuje.
   Najemnik mruczał sobie coś po nosem, skubiąc bułeczkę, która chyba straciła dla niego ważność; niby to dobre, niby sycące, ale jakoś mało przekonywająco wygląda i nie smacznie. Poza tym, bułeczką w swoją elfeczkę rzucił, bo jak to tak, on tu jej normalnie miłość wyznaje, a ona co? Krztusić się będzie, jędza wredna. O, jędzowata magiczka. – Znaczy... Ostatnio to byłem w czarnej dupie więc nie, ale wcześniej niż ostatnio też nie. A co, ty jej mówiłaś? O, wujaszek Fril też wie, że cię kocham.
   – Mówiłam o tym, jaki jesteś uparty, krnąbrny i bezmyślny. Jeszcze o tym, że ciągle tylko kichasz, lekceważysz naturę i jęczysz gorzej niż ktokolwiek, kogo zna. Do tego jesteś nieokrzesany, nieogarnięty i momentami dziecinny – wyliczała dalej, odruchowo czochrając długie, czerwone włosy najemnika. – A poza tym, też cię kocham, ty pijany idioto. – Miała nadzieję, że Dar niczym Midar. Akurat tego fragmentu nie będzie pamiętał.
   W końcu, po co mówić o czymś, co jest całkowicie jasne i oczywiste?
   Najemnik mrugnął. Podrapał się po głowie, którą wygodniej sobie ułożył na kościstych elfich kolanach. Jak można był mieć takie wystające kości? Bo to raczej nie taki Midarowy skarb, bo magiczka powiedziała, że nie ma, wcale, ciekawe jak... Nie kończ, stop!
   - Tak, jednak kocham.
   Szept w pierwszej chwili uśmiechnęła się. Wyznanie było dla niej dość oczywiste, w końcu, pomimo narzekań, grymaszenia i różnić, Darrus zawsze zjawiał się, gdy go potrzebowała. To oczywiste, że nie dałby jej skrzywdzić, nie potrzebowała słów, by to wiedzieć. I pomyśleć, że na początku ich znajomości chciała zamordować Ala za przydzielenie jej takiego wrzodu, piątego koła u wozu. Teraz bez tego piątego koła wóz nie ruszyłby z miejsca.
   A on wtedy uparcie nazywał ją długouchą, odmawiając zaakceptowania, że może już mieć imię. Uśmiech na wargach elfki jeszcze się poszerzył. Dopóki nie zobaczyła, że jej najemnik najspokojniej w świecie układa się do snu. Na zewnątrz. Wśród resztek jedzenia. – No chyba spać to ty tu nie zamierzasz! – wyrwało jej się. – Bo ci ktoś wąsy domaluje albo włosy obetnie.
   Ułożył się wygodniej. - Wredna magiczka, ale nich no ktoś - pogroził pięścią niebu - Spróbuje ją skrzywdzić to zatłukę! Mojej magiczki się nie krzywdzi - wybełkotał coś jeszcze pod nosem, całkiem niezrozumiale i nie wiadomo czy do siebie, czy do kogoś konkretnego, po czym ziewnął przeciągle, podrapał się po policzku i chyba przymknął oczy, mając zamiar pójść spać.
   Nie. Ona chyba śniła. On naprawdę sobie nic nie robił z jej słów! Niechby go, powinna go tu zostawić, jakby mu te boskie pośladki zmarzły, to by się doigrał i na drugi raz by po pijanemu nie włóczył się po dworze. I nie zasypiał byle gdzie. Mężczyźni. Wszyscy tacy sami i…
   – Wiesz co? Los był dla mnie łaskawy. Fajnie, że jesteś, Niraneth. Tak sobie myślę, że bez ciebie nie dałbym rady, Nira - szepnął, a potem poprawił się, przekręcił i chyba poszedł naprawdę spać.
   Dar zamknął elfce usta. Co więcej, spowodował, że opadła jej szczęka. Musiała ją zbierać z podłogi, jak by powiedział Midar.
   – Co ja bym bez ciebie zrobiła? – westchnęła, gdy tylko otrząsnęła się z kolejnego już szoku. Odruchowo, jeszcze raz przesunęła dłonią po włosach śpiącego. Trzeba będzie go stąd zabrać. Czy ona już zawsze miała dostarczać zalanych mężczyzn do pokoju?

KONIEC

________________________________
W imieniu moim własnym (Darrusowej) oraz imieniu mojej weny (Szeptuchy), słów kilka.
Przygody Łazęgi i Wredoty z tabunem przyjaciół właśnie dobiegły końca.
Dziękujemy wszystkim za wytrwałość, dobre słowa i przede wszystkim za to, że czytaliście!
Fajnie było publikować kolejne części widząc, że jeszcze komuś oprócz nas sprawia to frajdę. 
I tak szkoda jakoś, że to już koniec i nie ma już nic *nuci*
Ale! Jak się uda - może znowu coś wykombinujemy z Szeptuchą ^^
Chwała Keroni! Chwała czytającym!

7 komentarzy:

Elfia furiatka pisze...

Ale jak to... Tak koniec po prostu?
CO JA TERAZ BĘDĘ CZYTAĆ I NA CO CZEKAĆ ??? Q___Q

Dar - Silva - Drav pisze...

Na przygody na Kresach! ^^

Szept pisze...

Powiem ci co będziesz robić. Czytać wątki, odpisywać na wątki, wysłuchiwać mojego trucia... itd. Może wrócisz do pisania notek? Były genialne.
A przygody na Kresach... Ktoś tu wybiega w przyszłość.

Dar - Silva - Drav pisze...

Dobra... To żadnych Kresów! *zamyka się w szafie* ;p

Nefryt pisze...

O, widzę że coś nowego i ciekawego się kroi? ;)
Wzruszyłam się. A potem uśmiałam. Jak sobie wyobraziłam scenę, kiedy weszli ci z rady... Bogowie.

Szept pisze...

Od siebie, jako spóźniony dopisek dodam, że pisząc o stypie w wykonaniu Mida miałam przed oczami Zagłobę.
Ale scena z radą i panami faktycznie wymiata. A Darrus mnie rozczulił. Znaczy, jak się wzięłam za sprawdzanie notki :D

Aed Senthis pisze...

Przyznaję się bez bicia, że jestem ignorancki leń i na razie w całości przeczytałam tylko pierwszą część. Muszę sobie drukować, bo nie lubię czytać na komputerze, a system się sprawdził - wydruk pierwszej części "połknęłam" w całości. Tak, wiem jak to zabrzmi, ale nie trzeba nawet czytać całości żeby wiedzieć, jakie to jest świetne.
Chyba czas odkurzyć swoje szufladowe wypociny i coś z nimi zrobić... :P

Prawa autorskie

© Zastrzegamy sobie prawa autorskie do umieszczanych na blogu tekstów, wymyślonego na jego potrzeby świata oraz postaci.
Nie rościmy sobie natomiast praw autorskich do tych artów, które nie są naszego autorstwa.

Szukaj




˅ ^
+ postacie
Rinne Lasair