Przewodnik

Linki-obrazki

Misje
I. Więzi przyjaźni
Spotykasz po latach kogoś, kto dawniej był ci bliski. Wplątuje cię on w jakąś historię, która nie dość, że z czasem się komplikuje, to w dodatku budzi w tobie wątpliwości co do intencji przyjaciela.

II. Linia frontu
Kerończy natarli na Prowincję Demarską. Oblegany jest sam Demar. Jedni ludzie stają do walki, inni uciekają ze spalonej ziemi. Napastnicy, obrońcy i cywile. Po której stronie staniesz?

Opcjonalnie: Udział w buncie niewolników w Wirginii bądź inne miejsca walk.

III. Rekonwalescencja
W nie najlepszej kondycji trafiasz do wioski lub klasztoru. Wydaje ci się, że trafiłeś w dobre ręce i że wkrótce będziesz mógł opuścić to miejsce. Okazuje się jednak, że z pozoru życzliwi i uprzejmi ludzie skrywają przed tobą jakąś tajemnicę.

IV. Zabij bestię
Coś napada, nęka mieszkańców. Zawierasz umowę z wójtem - dostarczysz głowę bestii za określoną cenę. Okazuje się jednak, że stworzenie nie działa bez powodu - jest w jakiś sposób prowokowane przez mieszkańców.

Opcjonalnie: Bestia jest wrażliwa na hałas z karczmy albo ludzie naruszyli w jakiś sposób jej rewir (weszli na jej teren, zajęli leże ze względu na drogie surowce itp.)

V. Nielegalne walki
Dochodzą cię słuchy o nielegalnych walkach prowadzonych w okolicy. Położysz im kres czy może postanowisz wziąć w nich udział dla własnego zysku? Pieniądze nie leżą na ulicy.

VI. Zlecone zabójstwo
Dochodzi do zamachu, w wyniku którego ginie ktoś ważny. Podejmujesz się odnalezienia zabójcy – albo jego zleceniodawcy. Od ciebie zależy, czy dojdzie do aresztowania winnych, czy pomożesz im uniknąć kary.

VII. Egzekucja
W mieście lub wiosce szykuje się egzekucja. Znasz sprawcę albo sam doprowadziłeś do jego schwytania. Realizacja wyroku coraz bliżej.

Opcjonalnie: Z czasem nabierasz wątpliwości, czy skazaniec faktycznie jest winny i chcesz go uwolnić lub dochodzą cię pogłoski, że ktoś może chcieć uwolnić kryminalistę.

zamknij
Dodaj do WTP Spis kodów
Spis opowiadań
Kiedyś przyjdzie mi za to wszystko zapłacić... Weselicho, czyli tańcz, jedz i chędoż za darmochę! Oszukać czas. Oszukać przeznaczenie. Oszukać... siebie. Baśń o wolności: Preludium Świątynia Ażubora (1) Wszystkiego krówkowego! (okolicznościowa, krótkie opowiadanie "Motyw przewodni - Prezent". Ta dam, pamiętaliśmy! I - Wezwanie pomocy: alchemio, przybywaj! Gdy demon odzyskuje człowieczeństwo, przypomina sobie jak być człowiekiem. Nikt nie zna prawdziwego bólu do czasu aż nie straci kogoś bliskiego sercu. Niedopowiedziane historie Wendigo i Driada Szczurzy dzień (autor: Szept, Silva) Domek, zupa, sukkub i historia (autor: Elias) Sen i niespodzianki (autor: Elias) Boląca strata i niepokojący gość! (autor: Elias) Cienie i nowy przyjaciel (autor: Elias) Kruki (autor: Elias) Cienie i Starsze Dusze (autor: Elias) Zawsze jest kolejna tajemnica (autor: Silva) Zło Kor'hu Dull (autor: Elias) Złodziej Twarzy i Koszmar (autor: Elias) Królewiec (autor: Elias) Przed świtem (autor: Nefryt) Król Żebraków i nowe drzwi (autor: Elias) Akceptacja (autor: Elias) Nostalgia (autor: Nefryt) Nowa droga i niespodziewane wyznanie? (autor: Elias) Biały i zielony daje czerwony! (autor: Elias) Nowe wyzwania w nowym życiu (autor: Elias) Krąg tajemnic (autor: Elias) Jack (autor: Elias) Czasami to mrok daje najwięcej światła (autor: Elias) Trzy sceny o szpiegowaniu (autor: Nefryt) Morze bólu. Promyk nadziei ... (autor: Elias) Nie ma sensu szukać guza. Chyba, że jest się najemnikiem (autor: Silva) Sól (autor: Aed) Dyjanna Muirne: Miecz może być dowodem wszystkiego (autor: Zorana) Opus Magnum I (autor: Iskra) Uszatek i Kwiatek na tropie przygody: Przypadłość parszywej gospody (autor: Paeonia i Szept) Gdy gasną świece (autor: Zombbiszon) ... Najjaśniej płoną gwiazdy nadziei. (autor: Zombbiszon) Elias cz. 1 (autor: Zombbiszon) Elias cz. 2 (autor: Zombbiszon) Historia (autor: Zombbiszon)
zamknij

Chat

   Na kupie gruzu mógł stanąć każdy. Każdy mógł rozejrzeć się dookoła, szukając albo drogi ucieczki, albo przyjaciół, albo wroga. Każdy mógł szukać, każdy mógł wdrapać się i zejść. Właśnie. Zejść. Lecz były nieliczne osoby, przynajmniej zdaniem Szept, które zrobiłyby to w tak spektakularny sposób jak ten tutaj osobnik. Niby spaść może każdy, zdarza się, ot zwykły wypadek. Omsknęła się noga, gruz osunął, nie wytrzymał ciężaru. Acz nie patrzeć pod nogi, ignorując oczywistość i własne otoczenie, ryzyko i niebezpieczeństwo, taka niefrasobliwość, ciamajdowatość… Opis jak znalazł pasował do pewnego znanego magiczce najemnika, wrzodu na tyłku i piątego koła u wozu czy też miecza w potrzebie, jak samego siebie nazywał ów ktoś. Tylko, że ów ktosiek był daleko stąd, zaginiony gdzieś w świecie, to dla niego ta cała szalona eskapada i wędrówka drużyny. Jej wędrówka, nie żeby zamierzała o tym mówić tej osóbce. Jak dorwie, to wytarga za te ani trochę spiczaste uszy. Póki co jednak… oczy elfki rozwarły się szerzej, z niedowierzaniem spoglądając na spadającego z góry ktosia. Kimkolwiek był naprawdę mógł konkurować z Brzeszczotem…, bo… Jeszcze nie mogła uwierzyć, nawet gdy wojownik stoczył się prawie pod jej nogi. Ostrożnie wysunęła przed siebie miecz. Czerwone, włochate coś… Iluzja? Nie może być. Magów tu nie było, alchemik by jej nie wykreował… Ale jej najemnik… Byłby tutaj i nikt by jej nie powiedział? Miecz wysunął się jeszcze bardziej, w typowym geście obrony, nie ataku. Obrony nie tylko przed obcym, lecz przede wszystkim przed myślami. Ręka trzymająca miecz zadrżała, gdy dotarł do niej jęk człowieczka, który najwyraźniej trochę się potłukł. Znała i ten jęk. Nasłuchała się go aż nadto…
   – Ała… K… – a przeklinać w ten sposób potrafili nieliczni.
   Najemnik wpatrywał się w czubek wymierzonego weń miecza. Chuderlawy jakiś ten wojak, jakby zbroja za mała na niego była, hełm miał dziwnie przekrzywiony i ogólnie jakoś podejrzanie się zachowywał. I dziwnie pachniał. Jak cynamon i imbir. Ale chwileczkę, ten zapach… Skądś go znał, był mu bliski i budził wspomnienia, ale przecież wredna magiczka nie ubrałaby ludzkiej zbroi, która mówiąc łagodniej, śmierdziała jakby jej właściciel nie mył się od kilku miesięcy. Brzeszczot mrugnął, przekręcił się i głowę przechylił; jak nic zapach cynamonu i imbiru, czyli jednak długoucha.
   Bezpieczna. Cała i zdrowa. Chociaż nie, zdrowa to ona nigdy nie była, bo zawsze pchała palec między drzwi, a potem trzeba było ją ratować, ale przynajmniej cała i nic jej nie ucięli, niczego nie uszkodzili, tylko ubrana tak, że każdy wojak pozna, że w tej puszcze siedzi jakiś chuderlawiec. Sądząc po drodze i kierunku, szła do wieży. Czyli jak nic wredna magiczka. Bo kto inny pchałby się w paszczę lwa i jeszcze krzyczał, że nadchodzi? Do tego bez swojego najemnika. To skandal był, jak ona mogła bez niego cokolwiek szalonego robić? A jakby coś się stało, jakby trzeba było kogoś walnąć, trzasnąć albo odwrócić uwagę, to kto by to zrobił? Już on jej nagada, tylko się podniesie…
   – Brzeszczot? – głos magiczki w tej ciszy zniszczonego miasta zabrzmiał niczym huk armaty. Kiedy ostatni raz najemnik go słyszał? I czemu, cholera jasna, zdawało mu się, że zabrzmiał niepewnie i jakby tak, z troską? Magiczka chyba uderzyła się w głowię. Albo została ranna, albo ją zaklęto, albo chora była, albo jeszcze coś gorszego, tylko niezdiagnozowanego. Chyba Heiana będzie musiała ją obejrzeć. Albo Królik, bo ten głupi jasnowidz, co własnego kataru przewidzieć nie może, to na pewno nie.
   Brzęk. To miecz wysunął się z dłoni rzekomego strażnika, gdy ten spojrzał w twarz najemnika. Wzrok nie mógł mylić jej aż tak bardzo. Słuch nie mógł jej mylić aż tak bardzo. Co zaś najważniejsze, nie mogło mylić serce. Żył. Cały. Żył.
   Właśnie w tej chwili runął dach, czy też raczej to, co z niego zostało. Najpierw ogromny huk, gdy kamienna część uderzyła w ziemię, powodując pęknięcia znajdującego się tutaj bruku. Ogromny tuman kurzu i pyłu wzniesiony siłą uderzenia. Pył dotarł nawet do elfki, wywołując odruch kaszlu. Twarz aż zaczerwieniła się, gdy próbowała go powstrzymać, nie chcąc zdradzić swego położenia na wypadek, gdyby w pobliżu był ktoś jeszcze. Lecz Brzeszczot, jeśli był to on a nie figiel znękanego troskami umysłu, musiał usłyszeć. Nie z jego słuchem.
   Za głośno! Najemnik zaczął kichać, ale podźwignął się na dwie nogi i w tym kurzu zaczął szukać spojrzeniem magiczki. Zaraz potem usłyszał jej kaszel i to mu wystarczyło, aby ją odnaleźć. Jeszcze tego brakowało, żeby mu się zgubiła. W końcu obiecał Heianie, że ją znajdzie i dopilnuje, by tylko wsadziła palec między drzwi i co by jej nikt tego palucha nie uciął. I przenigdy się nie przyzna, że sam umarłby z tych wszystkich negatywnych emocji, gdyby długouchej krzywda się stała.
   – Weź to ściągnij, bo się nie godzi, żeby magiczka miała to ubrane. A królowa to już w ogóle, jakby to dodała Heiana – mistrzem przywitań mieszaniec nie był. Wylewny też nie bardzo, ale jakoś tak niezgrabnie wziął i SWOJEJ wrednej magiczce za duży hełm ściągnął.
   Uwolniona w ten sposób z hełmu, potrząsnęła głową, rozrzucając włosy na boki. Od razu lepiej. Luźniej. I do tego świeże powietrze. Zawiało od portu, niosąc charakterystyczny zapach ryb… cóż, względnie świeże powietrze, poprawiła się w myśli. I od kiedy jej najemnik cytuje Heianę? Świat normalnie upadł na głowę, przewrócił się do góry nogami, czy coś w podobnym guście. Co się stało z jej najemnikiem?
   – Brzeszczot. Wcześniej się nie dało, prawda? Co z ciebie za ochroniarz, który zjawia się akurat po bitwie? – wytknęła mu jakże serdecznie magiczka, ta, co się wredną długouchą zowie. Przecież mu nie powie, że niemal od zmysłów odchodziła na samą myśl, że ktoś może choć najmniejszy kawałek jej najemnika uszkodzić, że może nie wrócić albo bogowie niejedni wiedzą, co się z nim stanie. Szept się nie martwi. Ani trochę. Szept radzi sobie sama. Z kłopotami, troskami i gubiącymi się gdzieś w Keronii najemnikami. Kontrolne spojrzenie na wieżę… z alchemikami też sobie radzi. Ale mimo wszystko dobrze mieć przy sobie swój miecz. Słowem, pyskatego najemnika. – Tylko sobie w tych runiach krzywdy nie zrób, jak masz mnie ochraniać.
   – Od razu lepiej, chociaż śmierdzisz.
Zmarszczyła nosek, lekko nim pociągając. Może miał racje, trochę było ją czuć. No dobrze, bardziej niż trochę. Lecz czego on się na bogów spodziewał? Miała za sobą bitwę. Ogień. Walkę. Po takim czymś nie pachnie się jak fiołek!
   – Heiana nie mówiła ci, że w taki sposób nie zwraca się do królowej? A już na pewno nie sugeruje się, że Jej wysokość cuchnie. Lepiej zapamiętaj, panie początkujący dworaku. – Bogowie najmilsi, jak dobrze było znów kłócić się z Brzeszczotem i wytykać mu jego przywary. To było prawie urocze. Od razu, pomimo zmęczenia, potu i ogólnej niechęci do tego miejsca, poczuła się lepiej. Prawie jak w domu. – Poza tym, Jej Wysokość chce dotrzeć do Wieży. W jednym kawałku – teraz ewidentnie naśmiewała się z własnego tytułu. – I jeśli żeby to zrobić ma przebrać się w śmierdzącą, ludzką kolczugę, to jak myślisz, co zrobimy? – Szept wyminęła Brzeszczota, podejmując przerwaną wcześniej wędrówkę. Musi zbadać wieżę. Musi poznać. A jak magiczka się uprze, to bogowie, drżyjcie w swoich siedzibach. – Nie dałeś się pokrajać. To chyba jakiś sukces – rzuciła, gdy Brzeszczot zrównał się z nią. Cóż, gdyby nie była pewna, że ruszy za nią, nie zrobiłaby ani kroku. – Dobrze cię widzieć w jednym kawałku – dodała jeszcze i było to póki co jedyne zdanie, które mogło sugerować, jak elfka się o niego martwiła. Szept nigdy nie była mocna w słowach. Sam fakt, że ruszyła się z Eilendyr był bardziej wymowny niż powitanie, jakim uraczyła swojego najemnika. – Lepsze stare zło niż nowe. – To, aby najemnik nie myślał sobie za dużo. A on i tak swoje wiedział.
   Najemnik się najeżył. Normalnie wziął i się skrzywił, wyrażając swoje niezadowolenie, a minę miał taką, jak to tylko święcie obrażony najemnik potrafił zrobić. – Jestem TWOIM… – wyraźnie zaakcentował ostatnie słowo – …najemnikiem i proszę mi tu nie dramatyzować, że się spóźniłem. No przepraszam! Jakiś fircyk łódeczkę skombinował, a poza tym… – najemnik się rozejrzał. Złe miejsce na opowieści zza wielkiej wody. – To opowiem ci później. I miałaś olbrzyma. Jak można nie dać sobie rady z olbrzymem? – spytał z wyrzutem, w końcu stwierdzając, że wreszcie wrócił do domu. Sprzeczki z magiczką, kłótnie z magiczką, jak dobrze. Z resztą też dobrze. Ale jedno musiał powiedzieć. – Stare zło… – dogonił magiczkę – Ty wiesz, że jakaś szurnięta baba, co sobie ze mnie niewolnika zrobiła, kazała się potem ochraniać? Problem był taki, że jedną wredną babę już ochraniam…
   – Niech ci przypomnę. Miałam jednego olbrzyma, zgraję przestraszonych elfów i całe miasto przeciwko sobie, panie mój najemniku. I gdybyś siedział na tyłku, a nie włóczył się po kraju, to byś o tym wszystkim wiedział – zabrzmiało prawie tak, jakby zaraz mieli się tutaj pokłócić. – Poza tym, przeciwko strażnikom nie dało się używać magii. Przynajmniej nie bezpośrednio. A zamiast obrażać tego, kto miał choć trochę oleju w głowie, by uciec z wyspy, mógłbyś okazać choć trochę wdzięczności, bo gdyby polegać na tobie, to by było jak z tą walką. Zjawiasz się po fakcie. – Ktoś musiał być winien. Najemnik. W końcu, to przez niego się martwiła. A on jeszcze jej tu morały będzie prawić, zupełnie jakby była jakąś głupią gąską i nie miała zielonego pojęcia o istnieniu czegoś takiego, co wojownicy i mistrzowie nazywają strategią. Dobre sobie! Nie była żadną bezbronną panienką, która mdleje na widok kropli krwi i nie umie utrzymać w dłoni sztyleciku, o mieczu to już nie wspominając. Ktoś tu ją ewidentnie obrażał. Może jeszcze ją delikatną nazwie i wrażliwą? Szept wolała myśleć o sobie jako o niezależnej i silnej. I tylko wspomnienie wrednej baby z wysp nieco uśmierzyło zły humor magiczki. – Gdybyś nazwał mnie szurniętą, to już byś leżał na bruku. Wredną mogę darować. Zwłaszcza, że o tej wrednej pamiętasz. Nie lubię się dzielić. Zwłaszcza moim naiwnym, głupawym i niewychowanym najemnikiem. Możesz to powiedzieć tej szalonej babie z wysp, jak ją spotkasz.
   – Ale to nie ja, pcham palucha w szparę ze świadomością, że zaraz mi spuchnie i będzie kurewsko bolał. – Najemnik podrapał się po plecach; wysypka powstała od unoszącej się w mieście alchemii, albo po prostu od nie mycia się i brudu, albo towarzystwa jakiś zwierzątek maleńkich, strasznie swędziała. Dar najchętniej to by się zadrapał, ale krwawych pręg wolał nie mieć; no, przynajmniej nie chciał ich zdobywać w taki sposób, w dodatku robiąc je sobie samemu.
   – Nie, ty go pchasz, czekasz aż ci go przytrzaśnie, a potem dziwisz się, że boli. – Nie mogła puścić czegoś takiego koło swoich spiczastych uszu, nawet jeśli było absolutną prawdą. – A potem pchasz go znowu, mając nadzieję, że tym razem nie zaboli. – Może trochę wyolbrzymiała, może nieco bardziej niż trochę, ale … czasami trzeba było jakoś rozładować atmosferę. Ten sposób jak nic jej się spodobał. To było nawet lepsze niż czekolada i tylko o trochę gorsze niż karmelki. – Nie drap – upomniała go, jakby sam nie wiedział, do czego może to doprowadzić. Pręgi, krew, brrr. No, ale by nie swędziało już. Jedno woleć.
   – Gdybym wiedział, że sobie nie poradzisz, to bym innych nie poratował i pewnie sowy przyniosły by mnie ze statku tu szybciej, gdybym im kazał – kontrole spojrzenie na wredną magiczkę; włosy tej gadzinie urosły, na twarzy dobrze znany i typowy wyraz całkowitej pewności, że to, co robi jest słuszne i tak właśnie należny postąpić choćby nie wiem co, do tego kostur też ten sam i charakterek niezmieniony – znaczy się, jego magiczka cała i zdrowa. – Ale, żeś jest wariatka, to byłem pewny, że se dasz radę – cóż za wiara w swoją długouchą wredotę – Gorzej, niżby to wyszło ze mną, ale jednak dasz. Patrz, mury.
   – Nie no. Ty to wiesz, jakim komplementem uraczyć kobietę – stwierdziła rozbawiona, zerkając na mury i wznoszącą się tuż tuż wieżę, rzucającą swój złowrogi cień na miasto. I niech jej teraz ktoś próbuje wmówić, że to czarny jest symbolem zła, nekromancji, ofiar z żywych i dusz. Śmiało. Ta wieża, krwawy przystanek w dziejach elfów była jak najbardziej biała. – To teraz, panie cudowny, możesz pokazać swoje zdolności – stwierdziła, poważniejąc. A widząc, że najemnik nie bardzo rozumie, o co jej chodzi, wzruszyła ramionami. – Weź rusz zadek i się rozejrzyj, posłuchaj, popatrz, możesz nawet wąchać. – Teraz chyba było wystarczająco jasno powiedziane.

~*~
   Olbrzym coraz bardziej zaczął utykać. Oddech mu przyśpieszył, a przez szybsze niż zazwyczaj zmęczenie, spocił się jak knur. Przynajmniej kaznodzieja siedział grzecznie na tyłku i wreszcie zamknął buźkę; doprawdy, co jak co, ale gadanie zatroskanego Jashy było denerwujące bardziej niż przekupek na targu. Krasnolud też się zamknął, co olbrzym skomentował pełnym ulgi westchnieniem. Bolała go głowa, a marudzenie pana Rozkosznego w niczym nie pomagało. Oj tam od razu biedny. Miał przecież osiołka! Znalazł go nie wiadomo gdzie, wdrapał się na niego nie wiadomo jak, ale miał go! Co prawda widok przysadzistego krasnoluda z rozmierzwioną brodą, patelnią u pasa i naburmuszoną miną był cudowny, jednak śmiech sprawiał olbrzymowi ból, dlatego nie patrzył na Lofara.
   Byli już poza miastem i w stronę linii lasu zmierzali, chcąc skryć się za pierwszymi drzewami, żeby stracić się z oczu. Cóż, olbrzym z człowiekiem w garści i podążający za nimi krasnolud na osiołku, to nie jest widok normalny, więc lepiej się schować, póki ludziska z pochodniami i widłami nie wybiegli z pobliskich wiosek, co by odmieńca ukatrupić, a potem pewnie z kości trofea zrobić.

~*~
   Ivelios patrzył na białą wieżę sowim okiem i nie podobało mu się to, co zobaczył.
   – Skąd oni mają vargry? – dzikie bestie północy, przypominające wilki tyle, że dwa razy większe, szybsze, zwinniejsze. Ostre zęby przetną skórę, złamią kości i wyrwą flaki z łatwością, którą cechuje się wytrawny rzeźnik. Ich pazury służą do rozszarpywania nawet najtwardszej skóry, nawet skóry olbrzymów. Słuch mają słaby, mizerny wręcz, jednak ich węch przewyższa nawet wilkołaczy. Oczy lepiej widzą w nocy, w dzień, pod słońce, są niemal ślepe.
   Będa kłopoty.
   – Co mają ? – burknął krasnolud, drapiąc się po zadku. Niezbyt wygodnie, bo przez ciężki pancerz do tego zadka nie mógł się dostać. I ciągle go swędziało. Do diaska, złapałby jakieś świństwo w którejś z gospód? Ale wszy to miałby w brodzie, nie w dupsku. To może… takie małe, białe… uzdrowicielka coś mówiła, ale oczywiście wtedy jej nie słuchał. Jak to się nazywało? Zapyta po bitwie. Albo po prostu napije się dobrego piwska, tylko nie takich rozcieńczonych sików jak ostatnio, gdy włóczył się po kraju z tym wszędobylskim karłem Odrinem. Tak, na pewno mu przejdzie. Jak ręką odjął. – Co mają mówisz, dziadku? – Krasnolud pociągnął nosem, raz, potem drugi, trzeci. Śmierdziało skórą. Mokrą skórą. – A vargry! Trza było tak od razu.
   Strażników było mniej, niż zakładał to Sowiooki; policzył wszystkich zgromadzonych na placu i wyszło mu zaledwie dwa tuziny. Mało. Większość pewnie zginęła, kilku na pewno zostało w zrujnowanym mieście. Były jednak vargry oraz alchemik, który jeszcze się nie ujawnił. A może już był wśród wojaków, tylko ukryty i niewidoczny? A może przyczaił się za białym kamieniem, rysując alchemiczne kręgi, szykując im kolejne kłopoty.
   – Pamiętasz może, mości krasnoludzie, jak gobliny walczą z vargrami?
   – O goblinach ci nie powiem, to kolejne cholerstewo, które nie wiedzieć po co się na ziemi wzięło, żart bogów, psia mać. Bogowie nie lubią krasnoludów i to dlatego. – Szept by mu nieźle po głowie dała za takie gadanie. No, ale Małej tu nie było, przynajmniej tak myślał Moczymorda. – Bo krasnoludy to siekierką przez łeb. – Midar uśmiechnął się szerzej, uradowany. W końcu coś ciekawego. Bitka! I lepiej, żeby go Ivelios przytrzymał, bo nasz dzielny brodaty Moczymorda jeszcze sam jeden by na dziedziniec wkroczył, rzucając wyzwanie wszystkiemu, co się rusza. – No dziadek, rusz się, bo ci nawet jednego vargra nie zostawię.

~*~
   Brzeszczot położył dłoń na ramieniu elfki, dając znać, że z obchodu wrócił. Magiczka i tak musiała go wcześniej usłyszeć, wszak elfie uszy to nie to samo, co ludzkie. W ogóle to mieli szczęście. Wiatr wiał z drugiej strony, więc ich zapach do nosów wielkich wilków nie doleci. Jeżeli południowy zefir zmieni kierunek, cóż, walka z kłami i pazurami nie była przyjemna, ale jak mus to mus.
   – Wciąż nie mogę uwierzyć, że wkurzyliście jakiegoś alchemika. Zniszczyliście miasto. I to beze mnie – tak, najemnik bardzo żałował, że go przy tym nie było. Mógłby sobie w osiągnięcia, jakby kiedyś szukał pracy, wpisać zniszczenie Tarok. Strategowi taka zdolność to by się przydała. Dodatkowo: umiejętność kierowania olbrzymem posiadał, a to już jest coś. Kichnął, zatykając palcami nos; ojciec od razu by mu powiedział, że tak się nie robi, bo pękną w uszach bębenki; pewien krasnolud by dodał, że nie bębenki, a mózg uszami wyleci od takiego zatykania nochala, gdy chce się kichnąć.
   – Może byś raczej powiedział, co takiego na nas czeka? – zasugerowała, nie zamierzając przepraszać za coś, czego notabene nie żałuje. Znaczy się, nie żałowała wkurzenia alchemika, należało mu się. Nie żałowała tego, że biedny najemnik nie zdążył na prawdziwą bitkę. Jedynie było jej szkoda zniszczenia miasta, ale cóż… tego nie było w planie, a wyszło, jak wyszło. Słowem wcale.
   – Dwa tuziny. To nie jest dużo. Martwią mnie vargry. Nie polecisz, jak się zrobi zamieszanie, od razu do wieży, prawda? – spoglądając na elfkę z góry, ach ten wzrost, Brzeszczot uniósł brew, bo coś miał dziwne przeczucie, że magiczka chętnie wykorzysta zamieszanie wśród ludzi i do tego ostańca się przekradnie. – Mają węch tak czuły, że elfa wywęszą nawet w ludzkiej zbroi.
   Z jednym się zgadzała. Ludzie nie byli aż tak dużym zagrożeniem jak vargry. Ci pierwsi nie poznają elfa wcale. Dla wargrów nie będzie ważne, z jakiej rasy jest ich przeciwnik. Mięso. Wróg. I przetrwanie. To się będzie liczyć. I przepraszam bardzo, ale czemu Brzeszczot musiał stawać się nagle taki podejrzliwy. Ona miałaby wykorzystać okazję na poniuchanie we wieży i dobranie się do skóry alchemika, o jego pracy nie wspominając? A ich wszystkich zostawić, żeby się użerali z vargrami? No przepraszam bardzo, ale to takie… podobne do niej.
   – Nie musisz się martwić. Nie zrobię nic głupiego. Tylko to, co będzie konieczne – odpowiedź, której tak nie znosili Wilk, Iskra, Eredin. Słowem, elfka zrobi to, co akurat wyda jej się dobrym do wykonania. Takie choćby samotne wejście do Wieży. Tak, bez dwóch zdań kwalifikowało się jako zło konieczne. I chyba dlatego, znający ją tak dobrze Brzeszczot zasępił się, skrzywił. No, bo o co innego mogło chodzić najemnikowi?
   Ciekawe, swoją drogą, gdzie była Heiana. Bogowie, to już przesada martwić się o dwie elfki, w dodatku z jednej rodziny. I obie z tej samej gliny ulepione, chociaż uzdrowicielka to przynajmniej rozsądniejsza była.
   A jak jej się coś stało?
   Najemnik skrzywił się. Troska o dwie elfki zdecydowanie nie była na jego głowę.
   – Tylko to, co będzie konieczne, hm? – najemnik nie spodziewał się innej odpowiedzi; to była magiczka i ten, kto myślał, że grzecznie będzie siedziała na tyłku, był bardzo naiwny. To już lepiej iść z elfką, uważać na jej tyły, niż prawić jej kazania i szpiczaste uszy suszyć. – Ale jak się wpakujesz do środka, to weź na mnie zagwizdaj. Ostatecznie bez wrzodu na tyłku, będzie ci nudno w wieży – niby najemnika nie było tak długo, niby nie widzieli się ładnych parę tygodni, ale proszę, wszystko jak za starych, dobrych czasów. Magiczka i najemnik znowu w akcji. Brzeszczot aż się uśmiechnął. – To, co, wbijamy się do zabawy?

~*~
   Fortuna szturchnęła małego towarzysza Pecha; zaspał i zdrzemnął się, a przez to w portowym mieście działo się wszystko nie tak, jak to sobie pani Fortuna zaplanowała. Los też miał w tym swój udział, uważnie lustrując jednym okiem Tarok, drugim patrząc na inne ważne sprawy, które potrzebowały jego uwagi. Jedno oko mogło czegoś nie zauważyć, jedno oko mogło coś przegapić, w końcu jedno oko dało się oszukać i przechytrzyć. A trzeba było jeszcze namieszać. Fortuna miała wszystko przemyślane.

~*~
   Ivelios doszedł do wniosku wcale nie nowego, ani tym bardziej odkrywczego – mieć przy sobie krasnoluda to jednak wielkie szczęście i łaskawość bogów; najwyraźniej jaśniejąca bogini Rota–Himmel zesłała na ziemię odrobinę dobrej nadziei. Ludzie i część elfów zapomnieli już, jak waleczne w boju bywają krasnoludy; wszak dzięki nim niejedna dawna bitwa została wygrana, niejedno miasto uratowane, niejeden mur zdobyty.
   – Zobaczymy, mości Moczymordo, który więcej ubije! – jednak nie mogli rzucić się na ludzi i vargry tak po prostu. Trzeba było przemyśleć każdy ruch, przeanalizować, albo chociaż mieć element zaskoczenia. Elfy nie rzucają się na wrogów tak po prostu. – Najlepiej zaatakować ich z boku, pod wiatr – szkoda, że nie mogli polegać na magii, chociaż teraz, kiedy o nich wiedziano, nie musieli się z tym kryć. Pytanie tylko, czy zaklęcia działały tak, jak powinny.
   – Phi, toporek, któż by inny! – Midar był aż nazbyt pewny siebie. Bądź, co bądź on, krasnolud, miałby przegrać z elfem!? Nie, prędzej brodę zetnie, łeb zgoli i włosienicę włoży niż pozwoli na coś takiego. Nie byłby godzien nazywać się krasnoludem i toporek ze sobą nosić. Wszak on Midar jest! – Co się będziesz patyczkował staruszku, przejdziemy i tak! Frontalny lepszy – krasnoludy układały strategię wtedy, gdy musiały. Resztę czyniła ich determinacja, zaciekłość w boju i uparte pragnienie przedarcia się przez wroga. Akurat dobre połączenie w duecie z elfem. Jeden od planowania, drugi od rąbania, powiedziałby Midar. Tyle, że Midar był zbyt pochłonięty obserwowaniem vargrów. Rany, jak on ich nie lubił. Włóczyło się takie coś po górach, często razem z goblinami i orkami – kolejne, czego nasz krasnolud nie lubił. Prawie tak samo jak smoków, kochających złoto gadów. Niszczyły, paliły, grabiły… Tak, dobrze jest się czasem zdenerwować przed bitką. Rąbie się znacznie zacieklej. A mimo to, choć bardzo niechętnie, krasnolud poniechał frontalnego ataku. Jak dziadek mówił, żeby z boku, pod wiatr, to tak pójdą. Przecież dziadka samego nie zostawi, jeszcze się coś staruszkowi stanie, to Mała, Łazęga i pół elfiego światka główkę mu urwie jego własnym toporkiem. Znaczy się, odrąbie. Niechętnie przemieścił się, przesunął, powiedzieć można, że cicho, zwłaszcza jak na obutego w pełną zbroję krasnoludzkiego wojownika.
    Sowiooki zajęty mędrkowaniem, nie zauważył jak na blance po prawej, usadawia się mała dziewczynka. Nenna uśmiechała się, jakby widok strażników na placu ją cieszył; na kolanach w kłębek zwinął się wąż, grzejąc się w promieniach słońca. Dziewczynka nuciła coś pod nosem i wyraźnie miała dobry humor. Do tego zdawało się, że strażnicy i vargry jej nie dostrzegają.
   – Ej, a ten dzieciuch z przekleństwem, co on tu robi? – czego nie zauważył Ivelios, spostrzegł Midar. I zaraz też podzielił się tym spostrzeżeniem z towarzyszącym mu elfem. Może i dobrze, że wskazał dziewczynkę komuś, kto zna się nieco na magii. Z perspektywy czasu można jednak powiedzieć, że mógł zachować to spostrzeżenie dla siebie. Zwłaszcza, że usłyszał je nie tylko Ivelios. Jeden strażnik szturchnął drugiego, coś powiedział, wskazując w ich stronę. Vargr na przedzie wciągnął powietrze, węsząc intensywnie. Niedobrze. Bardzo niedobrze. – No, co – burknął Moczymorda. – Mówiłem ci, że wolę frontalny atak. – I mości krasnoluda już nie było, bo z toporkiem i bitewnym okrzykiem rzucił się w stronę grupy przeciwników.
   Biedny dziadek, potocznie Sowiookim nazywany, powiódł spojrzeniem za krasnoludzkim paluchem, wskazującym… Dziewczynka, której imienia autorka zapomniała! Co ona tu robiła? Siedziała na blance, z nią wąż, a czułe elfie ucho wychwyciło jak sobie nuci. Na bogów, kim była ta dziewczynka? Wynik eksperymentu alchemika, a może coś gorszego, może ucieleśnienie gniewu bogów, którzy nie godzili się z takim elfów losem? Tylko, że bogów mało obchodziło to, co działo się wśród śmiertelników. Czyżby dziwka Fortuna i jej towarzysz Pech znowu zaczęli swoją grę, chcąc wbić palec w oko Losu?
   Ivelios chciał coś powiedzieć, chciał położyć dłoń na ramieniu krasnoluda, na ucho mówić mu, że dziewczynka to nie ich problem, przynajmniej nie teraz, ale pojawił się problem. Midara już obok niego nie było. Był i zniknął. Jeżeli ktoś jeszcze raz będzie mu wpierał, że krasnoludy nie są zwinne i szybkie, już mu nie uwierzy. Albo to chęć do bitki pchała Moczymordę, albo elf się zestarzał i po prostu został z tyłu.
   – Nie nadążam…
   A Midar faktycznie był już w centrum walki. Ivelios mógł go łatwo zlokalizować. Dokładnie tam, gdzie był największy kocioł i sieczka, tam znajdował się bitny krasnoludzki piechur. I nie dość, że toporkiem wymachiwał na prawo i lewo, to jeszcze ścięte głowy i powalonych wrogów liczył. W końcu, musi mieć jakiś dowód, że staruszka pokonał, czyż nie?
   – Pięć, sześć, siedem… – jak tak dalej pójdzie, to Moczymorda nie nadąży liczyć. Już kilka razy zgubił rachunek, tego pominął, tego dwa razy policzył, odjął, tamtego znowu nie zdążył dodać do statystyk. Będzie musiał na przyszłość wymyślić inny sposób. – Dziadek, weź się pośpiesz, bo nie nic dla ciebie nie zostanie! – dał się słyszeć donośny okrzyk Moczymordy. Potem była dłuższa chwila ciszy, urwało się nawet liczenie. Midar zaczynał nie mieć czasu, by się w to bawić. – Dziadek, przydałaby mi się tu pomoc, wiesz? – Midar teraz nie tylko nie miał już czasu liczyć, ale i rąbać toporkiem.

~*~
    – Szept, nic ci nie jest!
   Najemnik podskoczył. Dał się zaskoczyć. Aż wsadził palec do ucha, poruszał nim jakby chciał odetkać i w spodnie sobie wytarł, najwyraźniej zadowolony z efektu, chociaż tak naprawdę niewiele mu to dało.
   Szept powoli obróciła się w stronę źródła głosu, próbując zamaskować nagłe skrzywienie. Na bogów, na litościwego Asuryana, co tu robiła Heiana! Powinna być razem z uciekinierami, jak najdalej od głównego pola walk! Na pewno jak najdalej od wieży.
   – Darrus mówił, że cię znajdzie. Nie, żebym nie wierzyła. Ale pomyślałam, że możesz być ranna. On jest dobry, jeśli chodzi o walkę, ale bez urazy, nie widzę cię w roli medyka – nieświadoma uzdrowicielka mówiła dalej, teraz już zwracając się do nich oboje. – Ale widzę nic ci nie dolega. Chociaż jesteś nieco brudna. I śmierdzisz. Ja pewnie też. Co teraz planujemy? Miasto niemal padło. Tylko tutaj – mówiąc, wykonała nieznaczny ruch, wskazując na dziedziniec i Wieżę.
   Szept łypnęła na Brzeszczota, dyskretnie, tak, żeby Heiana tego nie dostrzegła. Z wyraźną pretensją. Nie mógł trzymać jej kuzynki z daleka?
   – Nie patrz tak na mnie – burknął, widząc niezadowolone spojrzenie magiczki. No, co on mógł zrobić, aby ją zatrzymać? Przykuć do Jaruuta, a może kazać mu ją trzymać i z miasta wyprowadzić? Przecież ona i z pól by tu przylazła, głupia jedna. Pomoc, pewnie by się przydała, zwłaszcza uzdolnionego medyka, ale… Cholera. – To ona tu przylazła, a miała się zająć olbrzymem. Jest bardziej uparta niż ty – najemnik był zły. Po co ona tu przyszła. Dobre intencje, troska cholera jasna. Kurwa. W ogóle, skąd ta obawa, że tej upartej terrorystce może coś się stać, a wtedy jemu będzie z tym źle? Na tej wyspie musieli mu coś do jedzenia dodawać, bo normalnie to by się na elfkę wydarł i miał ją gdzieś. Ale nie, coś mu się poprzewracało i wcale nie ma gdzieś uzdrowicielki.
   – Niemożliwe. To Heiana – prychnęła Szept, a uzdrowicielka chyba zdążyła się zorientować, że ta dwójka ma jakieś obiekcje odnośnie jej obecności. Skrzywiła się, wykrzywiła ponuro wargi, jakby zaraz miała im się tutaj przynajmniej rozpłakać. Tyle, że chyba bardziej ze złości niż przykrości.
   – Tak, to Heiana. I jeśli myślisz, że ruszysz się gdzieś beze mnie… ruszycie, to obije upadliście na głowę. A jeśli wyobrażacie sobie, że będziecie nadstawiać karku a ja sobie bezpiecznie poczekam pod murami, to mylicie się jeszcze bardziej. Jestem tu potrzebna, jestem wam potrzeba – dokończyła z pewnością w głosie. Tyle, jeśli chodzi o negocjacje.
   – Brzeszczot… – bezczelne długouche coś, które najemnik zwał wredotą pociągnęło go za ramię w swoją stronę. Chwila na naradę i ustalenie, jak uzdrowicielką odstawić w bezpieczne miejsce. – Zabierz ją stąd. Zabierz jak najdalej od tej przeklętej wieży i od miasta. Użyj podstępu, siły, perswazji. Nie dbam o to. Po prostu postaraj się, żeby była bezpieczna. Proszę.
   Tymczasem powód niepokoju rozejrzał się po zdewastowanym dziedzińcu, częściowo zburzonym, częściowo spalonym. Czego tu jeszcze szukać? Czy nie mogli po prostu zostawić tego jak jest i opuścić miasto? Uciekinierzy już dawno zniknęli, bezpieczni, a i uzdrowicielka była prawie pewna, że nikt nie będzie ich ścigał. Tarok poniosło już zbyt duże straty. Ale… zawsze musi być w końcu jakieś, niektóre sprawy trzeba doprowadzić do końca. A początek zajść w portowym miasteczku i zarazem początek niedoli elfów zaczął się od Wieży… i tutaj miał się zakończyć. I właśnie wtedy vargry i strażnicy ruszyli do ataku, a w powietrzu dał się słyszeć bojowy okrzyk krasnoluda.
   – Zabierz ją stąd! – powtórzyła gorączkowo Szept.
   Brzeszczot był w kropce. Jak niby, do cholery miał się rozdwoić? Chciał być tutaj, bo to się nie godzi, żeby uciekał, a jednocześnie coś pchało go do zabrania stąd uzdrowicielki, żeby żadna krzywda się jej nie stała. Szept go o to prosiła, jednak…
   Elfki wykłócały się między sobą, w zasadzie to Heiana próbowała przekonać kuzynkę, że jest tutaj potrzebna, że bez niej się nie obejdą. Najemnik spojrzał na nią; gdyby tylko umiała walczyć, gdyby chociaż była wojowniczką, a nie uzdrowicielką. Jednocześnie chciał chronić magiczkę i jej kuzynkę, ale nie potrafił się rozdwoić. Cholera. I wtedy, gdy już miał powiedzieć, co o tym myśli, wyjawić, jaką podjął decyzję, nadszedł ratunek. W umyśle zahukały sowy. Krzyczały wołając o pomoc, byle szybciej, bo sytuacja była poważna. Nie żartowały, sowy nie miały poczucia humoru.
   – Heiana – mieszaniec złapał ją za łokieć i odciągnął od magiczki. Patrząc na nią z góry, brudny i przykurzony, wyglądając raczej jak żebrak i pijaczyna niż najemnik; śmierdział też podobnie. – Lecą tu wielkie sowy. Na skraju lasu… – ptaki mówiły cały czas, Dar potrzebował chwili, aby zrozumieć ich przekaz – Jest wielu rannych. Wisielec w opłakanym stanie, a szamanka nie potrafi mu pomóc. Olbrzym stracił przytomność – teraz złapał ją za ramiona – Musisz im pomóc, słyszysz? My damy sobie radę. Mamy Szept, mamy Iveliosa, kto jak nie oni dokopią jakiemuś byle, jakiemu alchemikowi?
   Szept wcale nie czuła się, jakby miała dać radę. Niech tam. Byleby Heiana w to uwierzyła. Uzdrowicielka może i byłaby podejrzliwa, ale w tej chwili bardziej skupiała się na rannych niż na kłamstwach Brzeszczota.
   Nad miastem pojawił się cień. Wielkie skrzydła wzbijały kurz, kiedy ptaszysko obniżyło lot. Sowa, ogromna sowa, kierowała się ku białej wieży, ale roztropnie unikała ludzi i ich strzał. Okrągłe oczy nie szukały, sowa wiedziała, gdzie powinna lecieć. Czuła obecność tego, który zdobył ich uznanie oraz jego wnuka, który miał ich szacunek.
   – Poza tym, obiecałem ci przecież, że o nich zadbam, prawda? – najemnik pochylił się, szukając odpowiednich słów, aby wyrazić to, co chodziło mu po głowie. Sowa go poganiała, gonił ją pośpiech i sytuacja na skraju lasu.
   Nad elfami pojawił się cień. Wielka sowa przybyła.
   – Ale jak nie dotrzymasz słowa… to przysięgam… – uzdrowicielka jeszcze nie wiedziała, co zrobi. Poza tym, próbowała być zabawną, próbowała się nawet uśmiechnąć. Tyle, że zbyt się bała, zdradzały ją lekko drżące dłonie i wargi. A Brzeszczot był zdecydowanie zbyt blisko, by mogła jasno myśleć. Jakby w ogóle potrafiła, gdy wszystko dookoła zdawało się walić i płonąć.
   Brzeszczot zerknął na magiczkę, potem usłyszał krasnoludzki krzyk i zobaczył dziadka. Szybko, szybko. Jego też sytuacja zmuszała do pośpiechu, nie mógł zwlekać. Bogowie, wybaczcie mu to, co teraz zrobi. Uważano go za głupca, więc czemu miał się powstrzymywać od bycia głupcem?
Jego twarz znalazła się zdecydowanie za blisko twarzy uzdrowicielki. Zahukała sowa. Szept wyrywała się do przodu. Brzeszczot pochylił się i zawahał na chwilę, ale zaraz stwierdził, że właściwie nie ma powodu do wahania. To nie było w jego stylu, poza tym, nie byłby sobą, gdyby nie zrobił tego, czego chciał i pragnął, a w tej chwili…
   Musnął wargami usta biednej uzdrowicielki, która mogła poczuć kurz i pył, nawet morską wodę, rozczochrał jej włosy i… Kiedy sowa złapała ją i uniosła, wykrzyknął: – Zadbaj o naszych przyjaciół! – po czym, niczym pewien krasnolud, podciągnął spodnie i wyciągnął zza paska sztylet od dziadka. Teraz mogli walczyć, ale chwileczkę, magiczka chyba miała jakiś problem. – No, co? Zabrałem ją stąd – tylko, że krzyk uzdrowicielki było słychać jeszcze długo po zniknięciu sowy. – Tak, tak wiem, powinienem się umyć, ubrać i uczesać, a dopiero potem… – wzruszył ramionami, szturchając magiczkę, aby swoje cztery litery ruszyła, bo im zabawa ucieknie.
   – Zacznij od tego, że w ogóle nie powinieneś był tego robić – elementy układanki właśnie wskoczyły na swoje miejsce. Obecność Hei tutaj, jej wcześniejsze pytania o Brzeszczota, jeszcze w Eilendyr. I dziwnie zamyślony wzrok. Jak ona mogła nie zauważyć… Ale bogowie. Brzeszczot? ON? – Zacznij od tego, że to moja kuzynka. Zacznij od tego, że ona jest bardzo wrażliwa i nie powinieneś się nią bawić. Poza tym, to nie miało w sobie ani trochę romantyzmu. Skończ zaś na tym, że poznałam was, żeby cię połatała, a nie żebyś ją sobie owijał wokół palca.
   Wyciągając zza paska sztylet krasnoludzkiej roboty, najemnik pokręcił głową
   – Jakbyś mnie, kuźwa, nie znała – burknął na słowa wrednej magiczki, która chyba nagle zaczęła robić, albo nawet uważać go za drugiego Lofara. Phi, jakby i on był takim pieprzonym erotomanem, jak krasnolud, który wszędzie widział chędożenie i do niego dążył; byle więcej, byle częściej, byle dobrze, nie ważne z kim i gdzie.
   – Pomoc! Dziadek, przydałaby się tu pomoc! – usłyszeli wołanie Midara. Zirytowana Szept zerknęła do tyłu, z powrotem na Dara. Wojownicza mina nie zniknęła. Szept się martwiła. I tym razem nie miało to nic wspólnego z walką. Zdaje się, że kogoś czekała dość długa rozmowa, jak tylko uporają się z Tarok. – Potem – rzuciła i ani się oglądając na to, czy najemnik chroni jej plecy, rzuciła się na pomoc krasnoludowi. A jak tylko Dar odwróci wzrok, postanowiła w duchu, to ona już zbada sobie Wieżę. Dogłębnie.
   Chwilowo Darrus mógł poczuć się spokojnym. Jeżeli magiczka chciała mu do dupy nakopać, jeżeli czuła potrzebę wytargania go za uszy i okrzyczenia, będzie musiała z tym poczekać. Kątem oka dostrzegł przechadzającą się po blankach dziewczynkę. Strażnicy chyba jej nie widzieli, za to dość dobrze odczuwali ataki krasnoludzkiego toporka. I gdzie był… O, dziadek też się znalazł. W ręku miał miecz i chociaż nie czuł się z nim jak ryba w wodzie, potrafił ostrzem zranić. Właśnie torował sobie drogę do krasnoluda, któremu nie zapomniał czegoś przypomnieć.
   – Odejmę ci to od wyniku zabitych! – no tak, liczba zabitych faktycznie była najważniejsza. Ale, mieli kłopot. Strażnicy poszli na nich, dzikie psiska, vargry ruszyły na… Szept i Darrus! Oczywiście, jeszcze ich tutaj bogowie nie wsadzili.
   – Weź nie pieprz i nie miel jęzorem dziadek, tylko wywijaj tą swoją zabaweczką, co się mieczem zowie! – zganił Iveliosa z jakże ogromnym szacunkiem krasnolud. Midar miewał niewyparzony język. – I póki co, to ty tutaj przegrywasz elfiaczku. Bo Łazęga się w norze schowa, że go takie coś spłodziło. – I kto tu mielił jęzorem zamiast toporem? Co zrobić, Midar właśnie testował swój wypróbowany sposób na Iveliosie. Wprowadzić go w bitewny szał. Działało na Moczymordę, czemu nie miało podziałać na Sowiookiego?

~*~
   Alchemik nakazał szybkonogiemu posłańcowi wydostać się z miasta i pędzić, czym prędzej pędzić z zapieczętowanymi informacjami, byle dalej, szukając dla nich bezpiecznego miejsca. Ot zabezpieczenie w razie niepowodzenia wysłanego orła. Żadnych ważnych wyników, tylko najpotrzebniejsze instrukcje, zapiski i podpowiedzi, które odpowiednią osobę naprowadzą na właściwą ścieżkę.
   Posłaniec był spóźniony. Kapitan straży nie chciał go przepuścić, względy bezpieczeństwa cholera, nakazując mu zaczekać w cieniu wieży. Posłaniec nie mógł jednak czekać i szukał tylko okazji, aby wymknąć się poza wewnętrzny mur. Nie spodziewał się, że ktoś już za mur wszedł i bardzo chętnie przechwyciłby jego pakunek.
   Alchemik zrobiwszy wszystko, co powinien, miał jeszcze jedno zadanie do wykonania. Stał na najniższym stopniu schodów, przed drzwiami, za którymi rozgrywała się ostatnia walka Tarok; miasto niczym żywy organizm podrygiwało w konwulsjach, gryząc jeszcze przed śmiercią. Nie mieli szans ugryźć za wiele, ale zyskają czas dla kuriera.
   Alchemik złapał za kościaną laskę.

~*~
   Jedynym, co przyszło do głowy Szept na widok vargrów była próba ich uspokojenia. Zwykle działało. Jednak umysły tych zwierząt zdawały się zbyt spaczone, przesiąknięte nienawiścią i gniewem, łaknące ciepłej posoki. Tu dar magiczki był zbędny, nie było czasu na spokojne próby obłaskawienia bestii. Prędzej rozerwałyby ją na kawałki. Ale…
   – Uważaj, Brzeszczot! – krzyknęła, wznosząc dłoń i zataczając nią krąg. To chwilowo powstrzyma atak, hamując pęd zwierząt. W pierwszej chwili nic się nie stało i elfka skrzywiła się, wyklinając alchemię, magię i jej ograniczenia. Lecz potem buchnął ogień, otaczając ich kręgiem. Przynajmniej w teorii miał to być krąg. Nieprzerwany, odgradzający ich od przeciwników. W praktyce gdzieniegdzie tańczyły płomienie, w innych miejscach ziała dziura. – Bogowie, ten jeden raz… – mruknęła elfka pod nosem, sięgając po sztylet.
   Właśnie wtedy go dostrzegła. Przygarbiona sylwetka przemykająca tuż przy murze. Nie walczył. Przeciwnie, on walki unikał. Jak na gust Szept wyglądał, jakby chciał opuścić miasto. A kto ucieka, ten ma coś do ukrycia… Elfka zerknęła na vargry. Były coraz bliżej, ale jeszcze nie dotarły do ognia. Trudno, Brzeszczot będzie musiał radzić sobie sam, przecież aż takim fajtłapą nie jest, nawet jeśli nie ma w sobie za grosz romantyzmu. I nic nie wyjaśniając, bo jakby inaczej, rzuciła się biegiem w stronę prześwitu, jednego z tych miejsc, w których magia zawiodła i nie zapłoną ogień.
   Okazuje się, że tym razem bogowie, nie wspomagając jej magii okazali się niezwykle łaskawi.
   Brzeszczot kichał. Magia, jak on nienawidził magii, która podrażniała jego nos. I jeszcze elfka zniknęła, za kimś pognała, pewnie za tym dziwny typkiem, który w cieniu się skradał, przemykał, cicho, niezauważalnie, co by nikt go przypadkiem nie zauważał. Alchemik? Albo ktoś, kto musiał wynieść z miasta. Najemnik już chciał krzyknąć za magiczką, która znowu go zostawiła, ale vargry znalazły się zdecydowanie za blisko ognia. Czuł ich zapach i bardzo żałował, że nie ma zatkanego nosa. Śmierdzieli gorzej niż zapchlony wilkołak.
   – Dziadek, swoją babcię byś zawstydził takim rąbaniem. Ona mocniej dywany trzepie niż ty grzmocisz! – mógł usłyszeć dziwnie rozradowany głos krasnoluda. Najwyraźniej w rachunku ściętych głów Moczymorda wciąż wygrywał.

~*~
   Midar prawdopodobnie i tak czy wygra, czy przegra, znajdzie sposób, by pochwalić się przy kufelku piwa czy wybornego miodku Lofcia. To był Midar, jego nie zmienisz.
   – Psy zawszone, kundle przeklęte, oby was robale zjadły, oby was wilki z kości ogryzły, olbrzymy na miazgę zgniotły, oby was dzicy na rożen nabili, tfu, kanalie jedne! – powitał radosnym tonem nadejście nowej fali przeciwników w osobie vargrów.
I jak tu nie kochać krasnoluda?
– Uważaj, twój szczeniaczek się zakicha na śmierć – Midar znalazł nowe określenie dla Darrusa, choć wątpliwe, by temu ostatniemu to się spodobało. Szkoda tylko, że zgubił w całym zamieszaniu swoją Małą. I co ona bez dzielnego krasnoluda pocznie?
  – Mości Marudo! – elf wziął i dziabnął czubkiem ostrza krasnoluda w tyłek – Uważaj na tyły! – widać staruszka też w jakiś dziwny i pokrętny sposób bawiła ta wyliczanka. Może i trochę odwykł od wojaczki, bo przesiadywał w kojącym cieniu drzew bawiąc się informacjami i patrząc sowimi oczami, ale żeby od razu nazywać go dziadkiem, który wojować nie umie? Oj to pan krasnolud chyba nie widział go w młodości, jak… No właśnie, młodość Sowiookiemu minęła, ale staruszkiem jeszcze nie był. – Vargry!
   – Toporek mam, dziadeczku, nie kłopocz swojej siwiuteńkiej główki – krasnolud wydyszał, lecz dobry humor zniknął, jak ręką odjął, a Midar zrobił się nieważny. Może dlatego, że oczka krasnoluda szukały tej jednej osoby i jak na złość znaleźć jej nie mogły. Szept zniknęła, zupełnie jakby zapadła się pod ziemię. Może gdyby był ociupinkę wyższy byłoby mu łatwiej odnaleźć elfkę wśród tej ciżby. Niech to szlag trafi. Albo piorun. Takie duże bum. Z tego wszystkiego za późno zorientował się, że nie tylko zgubił Szept. Zgubił też staruszka. Przecież jak to dzielne elfiątko się w coś wpakuje, to Łazęga chyba oskalpuje biednego krasnoluda.
   Ivelios położył strażnika. Zostawał z tyłu i jeśli czegoś nie zrobi, to przegra zakład i Midar będzie się w karczmach chwalił, że pokonał elfa w wojaczce. Na to elf nie może się zgodzić.
   – Zgubiłeś coś po raz drugi! – elf sapnął, poprawiając miecz w dłoni; rękojeść ślizgała się między palcami w spoconej dłoni i niezbyt pewny był jej uchwyt. Miecz był źle wywarzony, toporny, ale ostry; robota ludzkich rąk, dla człowieka przeznaczona. Ivelios sparował atak; strażników było coraz mniej, ledwie kilku. Było jednak coś, czego się obawiał – alchemik. Jedna z kilku niewiadomych, które nie pozwalały odetchnąć. Zasłonięta karta, która może być wszystkim.
   Ponad nimi, w bitewnym zgiełku, unosił się cichy, melodyjny głosik Nenny. Dziewczyna zdawała się czerpać z widoku krwi, ran i walczących. Wąż na jej ramieniu syczał złowrogo, najwyraźniej mając ochotę skosztować tej krwi, która wsiąkała w piach. Ich obecność albo wróżyła zmianę, albo zwiastowała nieszczęście. Nenna była wolnym duchem, dzikiem wiatrem, który niósł nieopisane wydarzenia.

~*~
   Skrzypnęły drzwi.
   Wieża uchyliła rąbka swojej tajemnicy.
   Alchemik, chuderlawy mężczyzna o łysej głowie, o jasnej skórze naznaczonej kręgami transmutacyjnymi, pokazał się pierwszy raz, od przybycia do miasta. Czerwone oczy przypominały ślepia jaszczurki. Kościany szkielet zachrzęścił. Odziany niczym żołdak, nie wyglądał groźnie, jednak z kimś takim należało bardzo uważać.
   Ivelios dostrzegł go pierwszy. Szybko przeanalizował sytuację i doszedł do wniosku, że nawet najwaleczniejszy krasnolud nie da rady alchemii. Darrus kłopotał się z vargrami. Szept zniknęła. Poza tym, on ich w to wszystko wpakował. To była jego powinność.

~*~
   Biedny krasnolud naprawdę miał kłopoty. Nie dość, że siwiejące elfiątko zniknęło mu z oczu, to jeszcze trzech strażników, niedobitków, postanowiło zabłysnąć; teraz, w tej sytuacji, kiedy nikt ich nie wynagrodzi, gdy miasto upadło, a alchemik nie miał zamiaru już niczym się zajmować, było to bezcelowe zadanie. Mężczyźni zdawali się tego jednak nie widzieć; otoczyli Moczymordę, każdy z innej strony, co by na krótkich nóżkach niziutek im nie uciekł i najwyraźniej pewni swego, sądząc po uśmiechach, zaczęli się zbliżać. I jeden vargr, któremu lepka ślina kapała z pyska, który kły swoje szczerzył na krasnoluda. Jednym słowem, Midar miał kłopoty. Ruszyć się nie mógł, zapaść pod ziemię też nie bardzo, jak nic musiał stoczyć bitkę z tymi, którzy o zlanie się prosili. Ivelios powiedziałby, że tacy przeciwnicy to dla mości krasnoluda nie wyzwanie.
   Mości krasnolud łypnął więc na nich dziko. Kłopoty. Jeszcze nie przez duże K, ale na pewno jakaś niedogodność. Zachciało się młokosom starcia. Lepiej by swoje ludzkie zadki ratowali i co prędzej opuściliby Tarok. Midar by to zrobił, gdyby był na ich miejscu. I gdyby nie był tutaj, by chronić Małą. Jak coś się Małej stanie… A tak… Niech ich. Też sobie wybrali moment.
   – Dzieciaczki, zmiatajcie, póki się nie rozmyślę – burknął krasnolud z tą jakże charakterystyczną dla niego brawurą i jak by to określiła Mała, całkowicie niedoceniając przeciwnika. Kiedyś takie zachowanie mogło się na nim zemścić. Wychodziło na to, że jeszcze nie teraz. W sumie, oni go też nie docenili. Mały? Niziutek? Krótkonogi? Już on im pokarze niziutka. – Żeby nie było, ostrzegałem. Wy ludzie kompletnie nie potraficie słuchać.
   Właśnie w tej chwili vargr przywarł do ziemi. Midar zbyt wiele razy widywał takie sceny w górach, by nie wiedzieć, co zaraz nastąpi. Bestia oderwała się od ziemi, skoczyła, atakując. Ktoś mniej doświadczony w starciach z vargrami zaatakowałby przedwcześnie… lub za późno. Lecz nie Midar. On czekał. Dopiero potem, zamachnął się, tnąc toporkiem. Pęd lecącego cielska był tak duży, że krasnolud zatoczył się do tyłu, nieomal upadając. Lecz tylko nieomal. W obliczu strażników i walki, nie wstałby już i doskonale zdawał sobie z tego sprawę.
   – I gdzie się podział najemnik, gdy mógłby się wykazać. Albo paladyn–świętoszek! – burknął, unikając ciosu miecza, chroniąc się tuż za truchłem vargra. Przynajmniej ten ostatni na coś się przydał. W ten sposób ukryty, obserwując zbliżających się z obu stron strażników Midar zaklął tak, że nawet najbardziej plugawy ork by się zaczerwienił. Te młodziki jednak nie byli tak głupi, jak wyglądali… i jak dotąd myślał o nich nasz krasnolud. Miast atakować na ślepo i czekać, aż któremuś szczęście dopisze i sięgnie mieczem brodatego przeciwnika, ta dwójka rozdzieliła się. Sępy. Wilki. Krążyli wokół niego jak wilki wokół padliny, czekając, aż popełni błąd. Odsłoni się bardziej z jednej strony. Głupie młokosy. No i czemu on ich tak zlekceważył?
   Krasnolud jeszcze raz zaklął, kręcąc się i usiłując nie stracić swych przeciwników z oczu. Jeszcze mu brakowało, żeby któryś zaszedł go od tyłu i rąbnął w łeb. Zakuty. I pusty. Było się przechwalać, było wyzywać, było rzucać wyzwania bogom i światu? Dobrzy bogowie, kochani bogowie, solidarni bogowie… on już nie będzie. Ani trochę. Ani nawet ociupinkę. Nawet tyci tyci, tylko pozwólcie mu wyjść z tego cało.
   Naraz dostrzegł szansę. Wprawdzie zwykle wolał iść na siłę, nawet tam, gdzie się go nie chce… Ale tym razem lepiej było skorzystać z wybiegu. Zatrzymał się, upuszczając niżej toporek, jakby nie mógł go utrzymać, zbyt zmęczony. A nóż u szczeniaków młodość wygra z rozwagą. Wygrała. Jeden ze strażników wyłamał się, wyrwał do przodu, chcąc zgnieść jak robaka przeciwnika. Wtedy, jakimś cudem, dotknięciem różdżki krasnoludowi wróciły siły, topór świsnął, przecinając powietrze. Potem był krzyk. Lecz jeszcze nim ciało pierwszego młodzika osunęło się na bruk, krasnolud już pędził w stronę drugiego napastnika, obrzucając go gradem ciosów. Teraz, gdy nie musiał pilnować swoich pleców, czuł się dużo bardziej pewnie. Ta walka nie była dlań wyzwaniem. Nie dla Midara. Wkrótce też kolejny strażnik dołączył do swego poprzednika, pozostawiając zadowolonego z siebie krasnoluda i jego zakrwawiony topór.
   – Ha! Było zadzierać z krasnoludem, plugawe psy! Macie za swoje. Jakem Midar… – trzask. Świat wokół niego zawirował, ziemia uciekła spod stóp, a coś ciepłego, lepkiego, spłynęło na twarz. Nasz dzielny krasnolud runął obok swych pokonanych wrogów na dziedziniec przed Białą Wieżą. Bogowie skarali chwalipiętę i niedotrzymującego słowa im danego wojownika. Ten, kto go powalił nie zatrzymał się, pędząc jak najdalej w poszukiwaniu ucieczki z Tarok.

~*~
   Szept raczej nie narzekała. Może miała trochę wyrzuty sumienia, bo pozostawiła towarzyszy w bitewnym ogniu, sama od niego uciekając. Lecz im bardziej podążała za skradającym się człowiekiem, tym większe miała wrażenie, że jest on ważny. Ostrożnie stawiała kroki, nie chcąc spłoszyć go przedwcześnie. Jeszcze nie teraz, gdy nie była pewna, czy magia jej nie zawiedzie w potrzebie.
Posłaniec zatrzymał się. Obejrzał. I tyle z ukrywania. Jakimś sposobem spostrzegł, że elfka tu jest. Uśmiechnął się szeroko, bez obaw. Szept uniosła dłoń, szykując się do rzucenia czaru. Skoncentrowała się, najlepiej jak umiała. I wtedy … nic się nie stało. A ona mogła usłyszeć śmiech.
   Kolczyk. Jak mogła go nie dostrzec? Malutki kamień. On miał ochronę przed magią! Idiotka, była tak pewna siebie…
   Mężczyzna sięgnął po broń. Zakrzywione ostrze, nieco na wzór kosy… machnął nim tuż przed jej twarzą i tylko elfia zwinność uchroniła ją przed oszpeceniem.
   – Szept wydaje mi się, że…
   – Corvus, nie teraz! Mogłeś mnie ostrzec!
   – A pytałaś?
–  Kruk był ewidentnie urażony.
   Ostrze znów świsnęło koło jej twarzy, a ona zaklęła cicho. Gdzie się podział miecz… głupia, pusta idiotka, gdzie on był… Sztylet. Lecz ostrze było za krótkie, by zbliżyć się do kuriera i zakończyć jego żywot. Prędzej on zdąży ją poszatkować.
   Problem. Na całej linii.
   Mocniej ścisnęła rękojeść sztyletu. Niektórzy potrafią nimi rzucać, przyszło jej do głowy. Szkoda tylko, że ona nie należała do tych niektórych. Wilk potrafił. Trzeba było poprosić, żeby ją nauczył. Nieco za późno na podobną refleksję.
   – Bogowie, proszę… muszę trafić… – najwyraźniej bogowie chwilowo ogłuchli, bo sztylet nawet nie sięgnął piersi kuriera. Szlaczek.
   – Co teraz, elfko? Użyjesz tego kijaszka? – zadrwił mężczyzna, nabierając odwagi. Elfka jednak zdawała sobie sprawę, że kijaszkiem bez magii to może komuś co najwyżej dać po głowie. Przyjacielsko. Bogowie okrutni… Skrzywiła się, gdy poczuła pieczenie w ramieniu. Bolało. No i gdzie był jej miecz w potrzebie, osłona pleców i najemnik we własnej osobie? Oczywiście, jak był naprawdę potrzebny, to nigdy nie było go w pobliżu!
   – No chodź, pokaż mi swoją magię…
   Pustka w głowie, kijaszek w ręku, sztylecik stracony. Tak, magia to będzie, jak ona wyjdzie z tego w jednym kawałku. Przynajmniej bogowie oszczędzą jej zrzędzenia Starszyzny. I przechwalającego się najemnika. I kazania, jakim powinna uraczyć pewną dwójkę.
   Niech no tylko ktoś spróbuje ją tego pozbawić!
   Mówią, że na naukę nigdy nie jest za późno. Prawie. Szkoda, że tak późno doszła do takowych wniosków. Brawo. I po co rzucała sztyletem, jeśli wiedziała, że to wykracza poza jej umiejętności? Zerknęła na kostur. Łupnij go w głowę, w ten hełm, co nosi. Skutek murowany, kijaszek złamany.
Cofnęła się jeszcze kilka kroków. Mężczyzna spoglądał na nią, krążył, obraz, który skojarzył się jej z polującym drapieżnikiem. Oczy mężczyzny spoglądały w jej stronę, puste, marionetka alchemika, przedłużenie woli pana. Nie wojownik, nie strażnik. Nie był Kerończykiem, nie był Wirgińczykiem. Jego skóra była o kilka tonów ciemniejsza, wyzierające spod hełmu włosy białawe, acz twarz wciąż była młodą. I te oczy… Mógł się maskować, mógł śpieszyć, by wypełnić ostatni rozkaz alchemika. Lecz nie potrafił ukryć złości. Tarok padło. Runęły mury. Runęły plany. Ile wiedział?
   Nie dał jej czasu na rozmyślania. Uderzył, ostrze skrzyżowało się z kosturem magiczki. Laska nie nadawała się do skutecznego ataku, lecz w obronie sprawdzała się całkiem znośnie. Przynajmniej dopóki nie pojawi się tu ktoś…
   Znów się cofnęła pod naporem siły przeciwnika i jego furii. Musiał nie spodziewać się po niej mocnej obrony. Wysoka, ale chuda kobieta wciśnięta w za dużą zbroję. W jego oczach musiała wyglądać jak dzieciak, mała dziewczynka. Furia. Ten dzieciak ośmielił się wystąpić przeciwko jego panu. Furia podobna do tej, jaką czuła ona, gdy myślała o losie elfów w Tarok i tego, co kryły mury Białej Wieży.
   Nie pozwól, by złość cię zaślepiała. Wykorzystaj jej siłę - usłyszała w głowie słowa. Ten sam głos. Spokojny, pełen łagodności, jak zawsze, gdy zwracał się do niej. Z tą nutą stanowczości, niezłomnego ducha. Surowości. Tak, może trochę, zwłaszcza dla Tamarela i Eredina, jej braci.
   Znów się cofnęła. Jak wtedy, gdy po raz pierwszy pokonała Tamarela. Jakże był wściekły. Popełnił ten sam błąd, co ten tutaj. Uwierzył, że jest zbyt słaba, że tylko się broni. Cofa. Nie uderza, nie atakuje. Nie potrafi stworzyć zagrożenia.
   Niech w to wierzy.

~*~
   Brzeszczot miał kłopot, dość duży, śmierdzący, zębaty i z pazurami. Vargry. Było ich trzy, bo czwarty zainteresował się krasnoludem. Trzy sztuki ostrych kłów i pazurów. Magiczny ogień dawał ochronę, jednak nie pomagał w ataku; zwierze nie chciały przekroczyć ognia, krążyły tylko, podchodząc pod luki. Nie da rady się na nie rzucić, na jednego może i by dał radę, ale trzy… To z pewnością źle by się skończyło.
   Brzeszczot miał pomysł. Brawo! Jeżeli dobrze wyceluje i trafi ostrzem w oczy jednej z bestii, pozostanie dwója. O jednego mniej. Widząc dziadka mierzącego się z jakimś chuderlawym mężczyzną, przez którego wszystko się zaczęło, zacisnął mocniej palce na rękojeści noża. Był ostry, nie tak jak sztylet, ale wystarczająco, by oślepić zwierzę. Ze słabym słuchem, bez wzroku, powinno być mniej niebezpiecznym przeciwnikiem. Teraz tylko należało wycelować.
   Ciekawe, czy Heiana dotarła na skraj lasu. W ogóle, co on głupi i durny sobie myślał, robiąc to, co zrobił; nawet nie chciał nazywać tego po imieniu, bo czuł jak się czerwieni. O, ciekawe, co robiła Szept. Może złapała tego łazęgę, co uciekał, jakby go wygłodniałe psy goniły. Jakby tak posłuchał… Ale usłyszał warczenie.
   W przeciwieństwie do Szept umiał rzucać nożem. Kto go tego nauczył. A, ten dureń Lucien, co to się go teraz wypiera. Z resztą nie ważne, ważne, że trafił w vargra oczy. Oj jak pięknie zaskomlało wilczysko. Miał jednego wyrośniętego wilka z głowy. Pozostały jeszcze dwa śmierdzące cholerstwa. Ogień, który wywołała magiczka wygasał. Z jednej strony najemnik się cieszył, bo przestanie go w nosie kręcić, ale z drugiej był on całkiem dobrą ochroną przed zwierzętami, które instynktownie bały się ognia. No, ale nie można mieć bułki i zjeść bułki, czy jakoś tak.
   Zagryzł wargę i postanowił nie bawić się w chowanego z vargrami, ale nie przewidział, że bestie są bystrzejsze niż leśne wilki. Polowały w stadzie, albo parami. Im było ich mniej, tym mocniej ze sobą współpracowały, porozumiewając się w nieznany ani magom, ani ludziom sposób.
   Ogień zgasł, najemnik miał jednego vargra przed sobą, a drugiego za sobą. Cóż, pewnie gdyby był kimś innym, zacząłby się bać i modlić do bogów. Soren za coś takiego nakopałby mu do tyłka, obijając boskie pośladki. Nie ma wyjścia z sytuacji – mawiał – To je sobie zrób, a nie płacz w rękaw. Najemnik właśnie to chciał zrobić.
   Darrus sapnął. Radził sobie gorzej niż krasnolud. Wilka pewnie by umiał podejść, ale vargr? Jak przebić tej bestii grubą skórę? Jak zranić, jak zabić? I co to w ogóle, do cholery, było za szkaradzieństwo? Jakby chociaż raz, w ich przygodach, nie mogli spotkać wrogiego puchatego króliczka, bez zębów i pazurów. Najemnik się uśmiechnął na samą myśl o tym, że miałby walczyć z puchatym króliczkiem, z miękkim ogonkiem, uszkami, łapkami i marchewką. Vargr nie był puchaty. Musiał go jakoś załatwić.

~*~
   Stary elf stanął naprzeciw alchemika. Włodarz wieży wyglądał na zdziwionego, jego oczy zdawały się mówić: tylko trzech szturmuje moje włości? Tylko trzech rozniosło miasto w pył i misterny plan Rylda? Nie, był jeszcze olbrzym. I dziwka Fortuna, która nie przyjęła ich ofiary błagalnej, spalonej na ołtarzu. Stary elf z ludzkim mieczem w dłoni.
   Alchemik otarł rękawem usta. Nawet gdyby chciał, nic by nie zdołał powiedzieć. Nie przez magię, nie przez brak chęci, a dlatego, że ucięty język nie nadawał się do rozmowy. Ot zabezpieczenie, aby nawet po śmierci nie zdołał wyszeptać choćby skrawka planu nekromanty.
   Zagrzechotała kościana laska. Alchemik ruszył do ataku.
   Sowiooki zablokował pierwszy cios, ale chociaż przeciwnik wyglądał na chuderlawego, żylastego i niedożywionego, coś staremu elfowi mówiło, że to tylko pozory. Nie ciało było ważne dla takich jak on, a umysł i jego siła. Bez swoich transmutacyjnych kręgów nic zrobić nie mógł. Najprawdopodobniej nie miał w tej chwili nic do stracenia. Walczył, by go zabito, ale pod ostrze się nie podkładał. Był niczym chytry lis; wiedział na ile może sobie pozwolić. Zaczepiał, atakował i bronił się zupełnie tak, jakby jakaś jego część nie chciała dać się zabić.
   Ivelios przeczuwał, że alchemik porzucił wszystko, co związane z białą wieżą. Najprawdopodobniej był tylko marionetką. Czy kierowała nim ta sama osoba, która namieszała na wybrzeżu i wysoko w górach? Czy to forpoczta kłopotów, które niczym burzowe chmury ciągnął nad Keronię? Pionki nie miały znaczenia. Trzeba będzie złapać nić ważniejszą, prowadzącą bezpośrednio do tego, który nimi kieruje. Za tym wszystkim kryło się coś, co wywoływało ciarki na starych plecach elfa. Zaraz po powrocie do Eilendyr będzie musiał to przemyśleć; być może Soren albo Mammon będą coś wiedzieć. Jeżeli nie, uda się do Omfalos znanej jako Pióro.
    Elf odskoczył. Sapnął. Alchemik musiał coś zrobić z kościaną laską. Nie była groźna, ale przyjmując na siebie ataki nie dopuszczała ich do tego, który ją trzymał. Z pewnością nie zaklęcie. Gdzie był więc krąg, który utrzymywał barierę odpychającą? Bez jej zdjęcia, nie zdoła go zrobić. Chociaż… Bystre elfie oczy dostrzegły lukę. Tylko…
   Alchemik nie przypuszczał, że kurier z tymi mniej ważnymi dokumentami właśnie toczy bój, aby umknąć z miasta. Gdyby wiedział, pewnie postępowałby inaczej z elfem. Albo znalazł chwilę, by utworzyć krąg, śląc pomoc kurierowi. Szczęście, że orzeł będący informacją samą w sobie, opuścił portowe miasto. To, co było najważniejsze, zostało ocalone. Teraz inni będą kontynuować dzieło mistrza Sinodziobego.
   Miecz źle leżał w elfiej dłoni. Bystre jednak oczy dostrzegły szansę. Gdy w kościanej lasce budził się transmutacyjny krąg naniesiony na piszczele, nim jeszcze wzniesiona została bariera, tworzyła się szansa zadania ciosu. Sekunda ledwie, mrugnięcie okiem. Nie na cios, poprawił się Ivelios, a na celny rzut sztyletem.
   Elf nie wiedział tylko, że i alchemik potrafi dostrzec to, co zdaje się być niedostrzegalne. Chciał swojego przeciwnika zabić, ot tak, a potem niech się dzieje, co chce. Jak ma zginąć, zabierze go ze sobą.
   Cios. Atak. Obrona. I tak w kółko, kiedy oboje się testowali, kiedy oboje doskonalili plan.
Raz, dwa, trzy – tyle czasu potrzebował krąg transmutacyjny, aby się aktywować. Chwila, ledwie mrugnięcie okiem. Kolejny atak zakończył się przeturlaniem elfa za przewrócony wóz. Odsapnął, przetarł rękawem czoło i schylając się, zlokalizował nogi i buty alchemika; mężczyzna stał w miejscu, przez chwilę, bo zaraz zrobił krok do przodu.
   Sowiooki chwycił za sztylet; drżały mu palce, kiedy zaciskał je na gładkiej rękojeści. Ileż to lat minęło, odkąd miał broń w ręku, po coś więcej niż na polowaniu. Elf westchnął, upychając niesforne, czerwone kosmyki w całkiem już rozwalony kok. Jego dojrzała, ale bynajmniej nie starcza twarz, zdradzała nie tyle zmęczenie, co żal. Fortuna zagrała mu na nosie, a jej towarzysz Pech zadrwił okrutnie. Ivelios przekonał się, że czasami informacje to nie wszystko, że ich brak wcale nie oznacza, że czegoś nie ma. Nawet nie wiedział, jak bardzo jego Los został wypaczony przez dziwkę Fortunę.
Kroki alchemika zamarły. Staremu elfowi zdawało się, że nagle wszystko ucichło.
   Gdzieś tam walczył jego wnuk. Jak przez mgłę słyszał warczenie vargrów, szczęk krasnoludzkiego toporka i szybki oddech najemnika. Dobrze, że wrócił cały. Jak tylko znajdą się na powrót w Eilendyr, będzie musiał spędzić z nim więcej czasu. Fril się ucieszy, a i wszyscy będą mieć oko na mieszańca, co by znowu gdzieś im nie zniknął. Szept się pewnie ucieszy. Tak, będzie musiał wyprawić ucztę, by ich wszystkich przeprosić za swoje uczynki. Lofar dostarczy miód i orzeszkową gorzałkę. Kuzynka Frila upiecze ciasta i ciasteczka, będąc zadowoloną, że może komuś pomóc, jednocześnie robiąc to, co kocha.
   Jednak najpierw trzeba było zamknąć wszystkie sprawy na wybrzeżu.

~*~
   Obrona. Ciągle tylko obrona. Cofanie się. Obrona. Znów krok do tyłu. A kurier nieubłagalnie podążał za nią. Coraz bliżej czegoś, co kiedyś było murem, obecnie zaś bardziej przypominało zapomnianą przez ludzi ruinę. Mężczyzna robił się nieco nieuważny, pewny swego… przynajmniej takie sprawiał wrażenie. I kiedy, po kolejnym sparowanym przez magiczkę ciosie cofnął się o krok, by odzyskać równowagę, elfka szybko skoczyła do przodu. Miała tylko kostur, lecz powinno wystarczyć. Szybkie uderzenie w kolano, okrzyk bólu, mężczyzna zachwiał się, pochylił… wtedy elfka uderzyła jeszcze raz, tym razem celując w podbródek. Ostrze wysunęła się z dłoni przeciwnika, nagle zwiotczałej, a on sam runął do stóp elfki. Na wszelki wypadek uderzyła jeszcze raz, w głowę, gdyby poprzednie nie wystarczyło. Wystarczyło.
   Chwilę walczyła o unormowanie oddechu, zanim pochyliła się nad kurierem. Dłonie efki obszukały go, nieco niewprawnie, ale skutecznie. Sztyletem podważyła kamień i usunęła go, pozbawiając kuriera ochrony przed magią, w jaką zaopatrzył go alchemik. Teraz czuła się już znacznie pewniej.
   – Aetrer sha’l qel – wspomogła się magią, krępując mężczyznę niewidzialnymi więzami.
Powinno wytrzymać, a jeśli przeżyje do końca, możliwe, że będzie miała do niego kilka pytań. Ona albo Starszyzna. Tu nastąpiło kilka epitetów pod adresem tych ostatnich. Epitetów, które królowej na pewno nie przystoją, nie żeby Szept zważała na to. Pozwolili, by to się działo. Wiedzieli. Odetchnęła raz jeszcze, tym razem żeby się uspokoić. Gniew nie był dobrym doradcą. Nie tak. I wtedy jej dłonie natrafiły na zwitek.
   Czyżby przez przypadek…? Rozwinęła dokument, zerkając na niego pobieżnie. Błysk w oczach zdradził podniecenie, ważność tego, co trzymała w dłoni. Lecz dookoła wciąż nie było bezpiecznie i musiała się wstrzymać przed zagłębieniem się w alchemiczne treści. Eksperymenty. Podniosła się, rzuciła jeszcze jeden czar, tym razem na znalezione dokumenty, schowała je za koszulą. Raz jeszcze spojrzała na kuriera i na sztylet, który, obecnie porzucony, wciąż leżał w pobliżu. Szybkim ruchem podniosła ostrze i cofnęła się, jak najdalej od sługi alchemika. Tak, by jej nie kusiło.
   Będzie im potrzebny żywy.

~*~
Miał tylko jedną szansę. Jeżeli spudłuje, jeśli się zawaha… Zbyt szybki oddech, drgnięcie ręki, rozproszenie… Jeżeli się nie skupi i nie skoncentruje, straci jedyną szansę na pokonanie alchemika; drugiej już nie dostanie, bo wątpił, że przeciwnik będzie na tyle głupi, aby dać mu spróbować po raz kolejny.
Zaszurały buty. Alchemik zrobił krok, potem drugi, zbliżając się do przewróconego wozu.
Rauhallinen hiljaisuus, tähdet ovat – w myślach odmówił litanię przeciwko strachowi – Nie mogę się lękać, strach zabija umysł, strach jest małą śmiercią, która niesie ze sobą całkowite unicestwienie. Stawię mu czoło. Pozwolę, aby zalał mnie i przelał się przeze mnie, a kiedy odpłynie, obrócę oko swej jaźni i spojrzę na jego drogę. Tam, gdzie przeszedł strach, nie będzie już nic. Zostanę tylko ja.
   Nenna obserwowała alchemika; jak walczył, jak parował ataki, jak chronił własne życie za tarczą. Nigdy wcześniej nie widziała go w taki stanie; z jednej strony nie miał nic do stracenia, mógł zginąć dla dobra swojego pana, a z drugiej tak zaciekle się bronił. Był równie sumienny teraz, jak i wtedy, gdy eksperymentował na elfach. Nenna widziała wtedy w jego oczach zapał i dziką radość, swoistą dumę, której nawet nie próbował kryć. Biała Wieża powinna spłonąć i Nenna wiedziała, że spłonie. Alchemik powinien zginąć i Nenna wiedziała, że zginie.
   Nie mogę się lękać, strach zabija umysł – Sowiookiego ogarnął spokój. Stary elf postawił wszystko na jedną kartę. Wyskoczył zza wozu, wstrzymał oddech, aby mieć pewniejszą rękę i wrzucił ostrzem.
Nóż przebił się przez niepodniesioną barierę. Sekunda później i odbiłby się od ochronnego kręgu transmutacyjnego, upadając na ziemię. Alchemik był zdziwiony, nie przypuszczał, że jego krąg zostanie ominięty. Nie mógł odmówić celności elfowi, jednak…
Kościana laska upadła z brzękiem. Ciało alchemika zwaliło się tuż obok, a krew z rany w piersi zaczęła zbierać się w miejscu, gdzie brakowało wypełnienia bruku.
   Obok wozu upadło drugie ciało.
   Twarz Iveliosa wyrażała zdziwienie; szeroko otwarte oczy, uchylone usta. Właściwie nie wiedział, co się stało. Jak? Przecież wszystko przemyślał.
   Opuścił głowę i spojrzał na kościaną rękojeść sztyletu, którego ostrze wbiło mu się w serce.
   Alchemik też wszystko przemyślał. Wiedział, że rzucając ostrzem, elf będzie przez chwilę bezbronny. Wykorzystał okazję.
   Elf chciał przetrzeć spocone czoło, ale nie miał siły podnieść ręki. Czerwone włosy rozsypały się wokół jego twarzy; miodowe oczy zdawały się gasnąć. Oddychał coraz ciężej, coraz trudniej było mu złapać oddech.
   Ivelios czuł dziwny smutek. Żal jakiś. Czy tak miało się to wszystko skończyć? W ludzkim mieście, z dala od domu, przed czasem, z ręki przeciwnika? Bogowie najdrożsi, zabieracie coś, co zawsze było wasze, jednak zbyt szybko. Jeszcze nie teraz, jeszcze…
   Nóż z nałożonym kręgiem zatruwał.
   Elf pomyślał o wnuku. Tak bardzo chciał mu tego oszczędzić. Bogowie, gdybyście mogli zabrać go tak, by…
   Mrugnął, chcąc przegonić sprzed powiek mgłę, ale rozmyty obraz się nie zmienił.
   Kiedy pomyślał o najemniku…
   Usta mu drgnęły, samotna łza spłynęła po policzku.
   Powieki opadły.

~*~
   Vargr łupnął na bruk; martwy  znieruchomiał, a najemnik najchętniej położyłby się obok niego; był zmęczony, miał już dość. Od tej chwili vargry były w pierwszej trójce najbardziej znienawidzonych przez niego zwierząt. Został jeszcze jeden. Dar mocniej zacisnął palce na rękojeści sztyletu. Musiał zaatakować, musiał…
   Nagle umysł najemnika wypełnił się ptasim lamentem i rozpaczą; sowy krzyczały, a ich krzyk był pełen bólu, rozrywającego najmniejszą komórkę ciała. Sprawiał ból, mentalny, najgorszy. Brzeszczot upuścił sztylet, ostrze upadło z hukiem na brukowany dziedziniec, wbijając się w miękką ziemię pomiędzy kostkami. Zatykając rękoma uszy, nie chcąc słyszeć sowiego lamentu, najemnik zapomniał, że przecież ich skrzek rozbrzmiewa w jego myślach. Upadł na kolana, obejmując rękoma głowę opartą o zimne, białe kostki tworzące bruk. Oddychał szybko, nie mogąc uspokoić szaleńczego bicia serca. Sowy krzyczały. Ich ból, ich rozpacz… Najemnik nie miał chwili, by zebrać myśli, by pomyśleć i zrozumieć ich cierpienie, bo dlaczego by…
   Vargr warknął ostrzegawczo, rzucając się na mieszańca.

~*~
   Przyśpieszyła kroku, a strach o bliskich jeszcze wzmagał jej siły. Zostawiła ich samych, na dziedzińcu, w otoczeniu vargrów, strażników, tuż przed złowieszczą Wieżą i zamieszkującym ją alchemikiem. To nie dzieci, potrafią sobie dać radę. Lecz dziwny niepokój jak na złość opuścić jej nie chciał. Jeszcze przyśpieszyła, nieomal biegiem wpadając na dziedziniec.
   Wzniecony przez nią ogień już dawno wygasł. Gdzieś z boku dostrzegła zmagającego się z vargrami Brzeszczota. Najemnik zdawał sobie jakoś radzić, nie żeby zamierzała mu to powiedzieć. W końcu, swoją wartość jako ostrze w potrzebie znał, a jeszcze by się tu za bardzo wbił w pychę. Za to nigdzie nie mogła dostrzec brodatego krasnoluda. Fakt, Midar wielki nie był, ale w walce hałasu i zamętu za dwóch potrafił narobić. Powinna go widzieć. Słyszeć. Cokolwiek. Tymczasem… nic. Krasnoluda nie było.
   Znajomy strach znów podszedł jej kulą do gardła. Wzrok znów obiegł pobojowisko, które kiedyś było wspaniałym dziedzińcem przed Białą Wieżą. Ruch, szybki, iście elfi. Sylwetka wyłoniła się zza wozu, ostrze przecięło powietrze, utknęło w ciele przeciwnika. Alchemik. Pokazał się. Kościana laska upadła z brzękiem na kamienny bruk, tuż obok martwe ciało alchemika. Lecz nie ten upadek wyrwał z piersi elfki okrzyk, nie on sprawił, że zapomniała o wszystkim, co działo się dookoła. Nie on wprawił jej nogi w ruch, przesuwając w stronę wozu, nawet jeśli było już za późno…
   Nie pamiętała, kiedy i jak do niego dotarła. Ale widziała bladą twarz otoczoną czerwonymi włosami. Kilka kropel potu na czole. Z piersi elfa wystawało kościane ostrze, dowód na to, że alchemik sam nie opuścił tego padołu. Walczył do końca. Przegrał. Lecz nie on jeden zapłacił najwyższą cenę.
Oczy Iveliosa były zamknięte, pierś nie wznosiła się w nawet najlżejszym ruchu. Sowiooki, Ivelios–elda, odszedł i nic, nawet magia nie było w stanie wrócić go do ich świata.
Coś mokrego spłynęło po jej policzku. Pot?
   Czy ostatnim słowem, jakie do niego powiedziała były te naznaczone gniewem? Czy były pełne pretensji, poczucia zdrady i odepchnięcia? Zarzut, nawet jeśli niewykrzyczany wprost, że po prostu ich wykorzystał w swoich machinacjach, nie licząc się z ich uczuciami i przyjaźnią…, że wykorzystał własnego wnuka?
   To był, Ivelios. Ten, co o wszystkim wiedział. On nie mógł tak po prostu…, Lecz stygnące ciało nie miało wstać, nie miało spojrzeć na nią, uspokoić. Pokierować. A mimo to umysł nie chciał, nie mógł uwierzyć, że on tak po prostu ich opuścił…
Nadwątlony kawałek muru runął gdzieś obok ze znacznym hałasem. Vargr warknął w pobliżu. Lecz nawet to nie wyrwało jej znad ciała starszego elfa.
   – Darrus! Darrus! Darrus! - Jeśli było coś, co mogło zwrócić jej uwagę, to był to chyba tylko najemnik. – Vargr, vargr, vargr! Ratuj!
   Prawie jakby wstąpiło w nią nowe życie. Albo zapożyczone siły. Oczy skierowały się tam, gdzie ostatnio widziała walczącego najemnika. Leżące na bruku truchło vargra. Zbliżający się na lekko ugiętych łapach kolejny bury zwierz. Jej wilki przybierały taką postawę, gdy szykowały się do ataku. Ugięte łapy, uniesione wargi obnażające lśniące bielą kły. Lekko zjeżona sierść, napięty niemal każdy mięsień. Dalej, tuż przed vargrem, klęczał Brzeszczot. Wyglądał, jakby cierpiał. Skulony, klęczący na bruku, kurczowo trzymający się za głowę, zasłaniający uszy. Nie miał broni, żadnej. Wsparty na kamieniach albo nie widział albo nie był w stanie dostrzec skradającego się napastnika. Napastnika, który był coraz bliżej i bliżej.
   – Brzeszczot! – krzyk wyrwał się z jej warg. Ostrzeżenie, którego on nie mógł i tak usłyszeć. Lecz zmącony umysł elfki, porażony strachem, nie potrafił tego pojąć. Jeszcze chwila, sekunda, dwie… – Brzeszczot! – Już pędziła w jego stronę, chyba tak szybko, jak nigdy dotąd. Za daleko. Była za daleko. Vargr warknął ostrzegawczo, rzucając się na mieszańca.
   Siła magii pochwyciła go w powietrzu, rzucając o bruk tak, że aż zagrzechotały kości, a zwierz zawył boleśnie, rozdrażniony. Zziajana elfka stanęła tuż przed skulonym najemnikiem, osłaniając go sobą. Łzy wciąż płynęły po jej twarzy, rozmazując sadzę i zaschłą krew, ale chyba nie zdawała sobie z tego sprawy.
   – Trzymaj się od niego z daleka, ty przerośnięta karykaturo wilka! – Vargr z całą pewnością nie mógł zrozumieć jej gniewnych słów. Wypaczony przez zło, pojmował tylko chęć mordu i zabijania. A to coś, co stanęło przed nim, właśnie pozbawiło go ofiary i przelanej krwi, świeżej i ciepłej. Vargr warknął nisko, groźnie, ale postać przed nim ani drgnęła. – Darrus, wstawaj. Darrus! – ponagliła najemnika, nie odrywając wzroku od skradającego się w ich stronę, lekko kulejącego na tylną łapę vargra. – Darrus, proszę cię, wstawaj…
   Vargr warknął jeszcze raz, błysnął kłami i rzucił się wściekle w ich stronę.

~*~
   Dziwka Fortuna uśmiechnęła się; był to uśmiech szaleńczy, złowrogi, ale pełen zadowolenia i dumy. Tak, zagrała Losowi na nosie, wydarła mu elfie istnienie i wypaczyła je tak, jak chciała. Los przegrał z fortuną, zmiennym i nieobliczalnym kołem, którego nie mógł kontrolować. Zagapił się, zajęty innymi istnieniami; Los nie mógł być wszędzie, nie widział wszystkiego. Fortuna i Pech mieli szczęście.
   Tak, niech teraz Los kłopota się z tym, co mu przyniosła. Los i ludzie.
   
~*~
   Dar nie słyszał nic poza sowim krzykiem, wypełniającym jego głowę. Świat dookoła przestał mieć znaczenie. Ból był nie do zniesienia. Tarok, biała wieża, vargry – wszystko to stało się mniej ważne, nieistotne. Najemnik skupiał się tylko na sowach, na promieniującym przez mentalne łącze bólu. Dlaczego, dlaczego one tak cierpiały?
   – Brzeszczot!
   Przez otępiały umysł dotarł do niego krzyk wrednej magiczki. Był pełen troski, przerażenia. Najemnik nic nie rozumiał. Chciał podnieść głowę, ale sowi wrzask sprawił, że zacisnął mocniej palce na uszach.
   Przestańcie!
   Więź z sowami została zerwana. Nagle wszystko zamilkło, a cisza sprawiła, że najemnik przez chwilę nie wiedział, co się stało.
   – Brzeszczot!
   Przed nim stanęła Niraneth. Pod jej ramieniem widział zjeżonego vargra i już chciał szarpnąć elfkę, już ją pociągnąć w bok, kiedy ta wyszeptała słowa mocy, rzucając zaklęcie. Tym razem siła magii odrzuciła vargra jeszcze dalej, wprost na pozostałości muru. W powietrzu dał się słyszeć trzask pękających kości. Magiczka czujnie wbiła wzrok w futrzaste ciało. Niepotrzebnie. Tym razem vargr już nie wstał.
   Darrus kichnął. Zdezorientowany wstał, rozglądając się po pobojowisku; vargry leżały martwe, strażnicy, wieża… Spojrzał na elfkę. W sumie uratowała mu życie. Powinien jej podziękować, ale na pewno tego nie zrobi, o może jej wypomnieć, że się spóźniła i guzdrała. Chciał jej to powiedzieć, ale…
   – Szept… – najemnik zamrugał, dopiero teraz zauważając, że elfka drży i coś zdecydowanie jest nie tak. Sowi krzyk w jego głosie umilkł. Złe, niedobre przeczucie go nie opuszczało. – Czemu ty płaczesz? – zapytał, ścierając kciukiem płynąca po jej policzku łzę. Nie rozumiał. Moczymorda? Czy coś złego stało się krasnoludowi? Nigdzie go nie widział, w ogóle nie słyszał.
   Zamrugała. Uniosła dłoń do twarzy, zamarła w pół ruchu. Płakała? Ona nie… Ona przecież nie… On nie wiedział. Uderzyło to w nią, nieomal zwalając z nóg. On nie miał pojęcia. Nie widział. Nie poczuł. Nie … zwilżyła wargi, szukając właściwych słów. Czy w ogóle istniały jakiekolwiek słowa, właściwe w takim przypadku?
– Zrobili ci coś? – nie wiedział, dlaczego, ale serce zaczęło bić mu szybciej, a spocone ręce drżeć. – Dłonie mi się trzęsą – był zdziwiony, nawet uniósł ręce, zupełnie tak, jakby sądził, że to tylko ze zmęczenia. – Gdzie dziadek? – pytanie to wydawało mu się dziwnie istotnie, ważne – rozejrzał się, stał pod takim kątem, że mógł zobaczyć martwe, nieruchome ciało alchemika; nie mógł to być ktoś inny, bowiem chyba tylko dziwni wariaci mieli skórę bladą, jak śnieg. Skoro więc elfka była tutaj, alchemika zabić musiał Ivelios, bo przecież nie Moczymorda.
   Gdzie więc był dziadek?
   Pokręciła przecząco głową, wciąż niezdolna do wypowiedzenia jakichkolwiek słów. Nie, nic jej nie zrobili. Po prostu mu powiedz. Musi… Odetchnęła głębiej, wciąż rozkojarzona. Działanie, ruch, to było coś, co pomagało. Nie trzeba było stać. Spoglądać. Czuć. Myśleć. I… wzrok elfki pobiegł w stronę wozu, tam, gdzie leżało stygnące ciało. Dwa ciała.
   – Dar, on…
   Zanim zdążyła odpowiedzieć najemnik ruszył w stronę wozu. Krok za krokiem zbliżał się do przewróconej i zniszczonej furmanki, z każdą mijającą stopą czując, jak bardzo nie chce tam iść. Nie rozumiał tych obaw, nie potrafił wyjaśnić swojego strachu i ucisku na sercu. Skąd brało się to przeczucie, które sprawiało, że zaczął się pocić, a oddech przyśpieszył tak, że nie potrafił go unormować?
   Krzyk sów. Ich rozpacz.
   Dreszcz przebiegł najemnikowi po plecach. Przyśpieszył, aż w końcu zaczął biec.
   Ciało dziadka leżało nieruchome.
   Rękojeść noża sterczała mu z piersi, niczym dziwna karykatura.
   Krew…
   Pobiegła za nim, nie do końca właściwie wiedząc, po co. Wiedziała, co musiał zobaczyć, gdy nagle zatrzymał się, wbity w ziemię. Nieruchome ciało, krew i sterczący z piersi kościany sztylet. Wiedziała. Lecz nie miała pojęcia, co zobaczy na twarzy wnuka. Ostrożnie stanęła tuż obok niego. Słowa… Przykro jej? Jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. Rozumie? Jakby mogła. Ivelios był jej przyjacielem, doradcą. Dla Dara rodziną. I ona śmiałaby twierdzić, że rozumie, jak on się czuje? Jest w lepszym świecie?
   Zamiast więc cokolwiek powiedzieć … po prostu stała tuż obok. Na wypadek, gdyby jej potrzebował. I tylko nie wiedzieć, kiedy dłoń elfki spoczęła na ramieniu najemnika.
   On nie żyje. Nie żyje. Nie ma w nim życia. Życie zostało mu odebrane. Nie żyje. Już nie wstanie, nie powie słowa, nie nakrzyczy, nie wymówi niczego dobrego, nie wpakuje go w kłopoty, nie będzie mógł nic zrobić, nic, bo nie żyje. Jego miodowe oczy zgasły, powieki opadły i miały się już więcej nie podnieść. Nieruchome ciało stygło, drętwiało. Wyglądał tak, jakby spał. W domu, wśród starych drzew. Twarz miał tak spokojną, jakby zaraz miał wstać, zaśmiać się i powiedzieć, że to tylko tak, że zmęczony osłabł, że nic mu nie jest.
   On nie żyje. To był koniec. Nie wstanie, nic nie powie. Umarł i już go nie ma; w jednej chwili odszedł, tak po prostu.
   Rękojeść kościanego sztyletu przypominała, upewniała, że odebrano mu życie. Przeszkadzała, była czymś, co nie powinno… Najemnik drgnął. Dotyk drobnej dłoni przywrócił go światu. Nawet nie umiał znaleźć słów, aby powiedzieć magiczce, jak dobrze, że tu jest.
   Sztylet, musiał go wyciągnąć. Wyrzucić.
   Ciężkim krokiem, trzymając się jedynie dzięki… właściwie nie wiedział czemu, uklęknął przy Iveliosie. Dłoń mu zadrżała, kiedy sięgnął po sztylet i wyciągnął go z nieruchomego ciała, wyrzucając jak najdalej. I chociaż wiedział, przyłożył palce do dziadkowej szyi. Szukał pewności, a może liczył, że elf zaraz uchyli powieki i uśmiechnie się do niego.
   Zadrżał i byłaby ślepą, gdyby tego nie widziała. – Midar. Idź go poszukać. Mogło mu się coś stać.
   Elfka zawahała się, lecz żadnym słowem nie zaprotestowała. Jeśli Brzeszczot wolał samotność, potrafiła to zrozumieć, nawet jeśli chciałaby, wolałaby… żeby było coś, jakiś sposób, jakikolwiek, w który mogłaby mu pomóc. Wesprzeć. Utkwiła wzrok w drżącej dłoni, teraz badającej puls elfa. Zupełnie jakby… Niechętnie oddaliła się w stronę pobojowiska. Jednak wzrok co chwila uciekał w stronę wozu i klęczącego nad Iveliosem najemnika.
   Midara znalazła nie tak daleko od Wieży. W otoczeniu martwych strażników i truchła jednego z vargrów sylwetka krasnoluda zdawała się jeszcze mniejszą. I jeszcze bardziej… Szpet przyśpieszyła kroku, opadając na kolana przy krasnoludzie. Krew na twarzy.
   – Midar… – wyciągnęła dłoń. Nieprzytomny, pewnie od uderzenia. Ale oddychał, pierś unosiła się równomiernie. Ale zszyć i tak chyba będzie trzeba.
   – Ałć… – krasnolud jęknął, poruszył się. Nawet i otworzył oko, jakby wyczuwając jej obecność. Był nieco blady, choć przy gęstej brodzie nie było to aż tak bardzo widoczne. – Moja głowa. Przywaliłaś mi w głowę, Mała?
   Szept pokręciła głową. Przecząco.
   – Już po bitce? Po wszystkim? – Midar poczuł smutek. Tak sromotnie dać się powalić. – Było ich trzech, wiesz Mała? Trzech, co ja mówię. Pięciu. Zaszli mnie ze wszystkich stron i… – wyprostował się, podniecony opowieścią i jęknął, gdy obolałe ciało dało o sobie znać. – Znaczy, że wygrałem? Z dziadkiem. Mówiłem mu, że bitka już nie na jego latka i że lepiej by sobie przytulny kącik za stołem znalazł i miodek popijał, a nie się na … – urwał. Chociaż Szept nic nie powiedziała, wyczytał coś z jej oczu. Nawet on nie był ślepcem. – Co się stało, Mała? – niepokój. Szare oczy. Zgaszone. Smutne. Coś… – Łazęga? Widziałem go, się trzyma, przechera. Gdzie on jest? To mu powiem o zakładzie i o tym, jak jego…
   – Midar. Ivelios odszedł.
   – Odszedł? Gdzie? To on… – uderzenie musiało być mocniejsze, niż się początkowo wydawało, bo krasnolud nie skojarzył faktów. – Co znaczy, że… zakład… Mała…
   – Zabił alchemika. A alchemik jego.
   Midar umilkł. Krasnoludowi zabrakło słów. I pożałował tylko, że zdołał już odzyskać przytomność.

~*~
   Cień pojawił się nad białą wieżą.
   Wielkie skrzydła wzbiły kurz, kiedy sowa z Kolhu’Dur miękko siadła na brukowanym dziedzińcu, składając skrzydła. Białe pióra zdawały się pochłaniać promienie słońca, kiedy ptaszysko pochyliło łeb nad nieruchomym ciałem elfa.
   Ku białej wieży zmierzały jeszcze dwie sowy.
   Zabierzcie go do domu.
   Kiedy sowa schylając głowę nad ciałem przyjaciela wielkich ptaków, podniosła go delikatnie by odlecieć, coś pociągnęło najemnika za rękaw; mała dziewczynka stanęła obok, a wąż na jej ramionach zasyczał. Nenna wsunęła drobną dłoń w dużą i szorstką rękę. Zdawała się być taka… Spokojna, jakby odetchnęła z ulgą, jakby niewiarygodnie ciężki ciężar zdjęto z jej wątłych ramionek. Szaleństwo minęło, nie mając już racji bytu; Tarok upadło, alchemik odszedł i chociaż zło pozostało, wszystko się skończyło. Prawie. Dziewczynka miała jeszcze coś do zrobienia. Obiecała to umęczonym duszom. Obiecała to sobie, kiedy leżała skuta i czekała aż krąg transmutacyjny, w którym umieścił ją alchemik zadziała. Przyrzekła, że pewnego dnia, wszystko to przestanie istnieć. Nie zostanie kamień na kamieniu, a biała wieża runie, podziemia pod nią wypełnią się wodą i nigdy więcej nie ucierpią elfy. Nenna pamiętała swoją matkę, pamiętała braciszka, ich podróż do portu i strażników. Nie wymazała z umysłu obrazu cierpiących elfów, ani widoku zniekształconych, zdeformowanych długouchych ciał. Dziewczynka wiedziała, że alchemik był jedynie pionkiem, nic nieznaczącym, mającym wykonać najgorszą robotę. Władcą marionetek był ktoś inny i Nenna po zakończeniu spraw tutaj, ruszy za cienką nicią, którą pochwyciła w lochach.
   – Fortuna prowadzi bardzo niebezpieczną grę.
   – Bogowie zawsze igrają z życiem – najemnikowi najwyraźniej nie przeszkadzał uścisk małych palców dziewczynki; może był w szoku, a może miał pewność, że nic złego mu się nie stanie. Dziwka Fortuna bawiła się życiem, zabrała dziadka. Po co? Dla zabawy, by wywołać zamieszanie i cieszyć się skutkami? Co knuła ta stara dziwka?
   – Jednak ona sprzeciwia się Losowi. Stąpając po cienkim lodzie, dąży do niebezpiecznego.
   – O ile bogowie podobni są do ludzi, pewnie chodzi o władzę.
   – Z chwilą strącenia Losu z trójnogu, Fortuna zyska kontrolę nad losem żywych istot.
   – Dlaczego mi to mówisz?
   – Bo ten, który podarował mi imię, jest pierwszą ofiarą jej manipulacji. Nie pozwól, aby przez jej dążenie do destrukcji, los odwrócił się od waszego życia.
   – Kim tak właściwie jesteś?
   – Nenna. Teraz powinieneś uciekać.
   – Dlaczego?
   – Biała wieża przestanie istnieć. Spełnię obietnicę, którą złożyłam.
   Brzeszczot nie miał czasu na rozpacz. Musiał wziąć się w garść i zadbać o przyjaciół. Dziadek już nie mógł tego zrobić, więc sam się tym zajmie. Nie pozwoli, nie da skrzywdzić nikogo więcej. Szept i Midar – trzeba jak najszybciej ich stąd zabrać. Nenna słowem nie pisnęła, co zamierza, ale najemnik miał dziwne przeczucie, że nie będzie to nic dobrego. Dziewczynka, choć na niewinną wyglądała, w oczach miała coś złego.
   W biegu, poinstruował sowy. Musiały ich stąd jak najszybciej zabrać. Byle dalej od miasta.
    – Szept! Midar! – palcem wskazał im lecące ptaki – Skaczcie! – jeżeli go nie posłuchają, sowy chwycą ich w locie.
   Mniejsza obniżyła lot i złapała najemnika.
   Midar łypnął posępnie na Szept. Bolała go głowa, kości i dupa (za przeproszeniem). A ten tutaj kazał mu skakać do ptaków? No chyba to nie jego, Midara, ktoś rąbnął w głowę. Albo coś. Jakieś wydarzenie…
   – Zabieraj się, ty… – krasnoludowi oszczędzono skoku. Druga sowa zniżyła lot, chwytając go znienacka w swoje szpony. Midar doszedł do wniosku, że widok z lotu ptaka nie zaspokaja jego estetycznych wymogów. Wolałby z końskiego siodła. A jeszcze lepiej z własnej, niezbyt pokaźnej istotki. Krasnolud wyobraził sobie, że ptak rozluźnia uchwyt i…
   Zamknął oczy.
   Szept nie miała takich oporów. Ledwie jedna sowa porwała Midara, Szept słuchając najemnika, skoczyła, czując, jak szpony delikatnie owijają się wokół niej, unosząc w przestworza. Byle dalej od Tarok.
   Płonące miasto zostało za nimi.

~*~
   Sowy były już poza murami, w połowie drogi do linii lasu.
   W momencie, kiedy najemnik przedostawał się z ptasich szponów na grzbiet, za jego plecami wybuchło prawdziwe piekło. Nenna dotrzymała swojej obietnicy, a oni, gdyby zostali w portowym mieście odrobinę dłużej, zostaliby starci na pył i nic z ich ciał nie dałoby się odzyskać. Nenna zemściła się na tym, co było dla niej manifestacją i kwintesencją zła, zniszczyła wszystko, co niosło ślad działań alchemika.
   Tarok płonęło. Pożar, który już przygasł i nie stanowił niebezpieczeństwa, nagle wezbrał na sile; płomienie szalały, pochłaniając wszystko, co tylko dawało im siłę. Pchany niewidzialną siłą, trawił nawet to, czego nie powinien.
   Brzeszczot obejrzał się.
   Wewnętrzne mury naruszone przez wybuchy prochu, runęły, kiedy pochłonął je ogień. Gdyby ktoś mógłby przyjrzeć się im bliżej, dostrzegłby kształt płomieni, przypominający wężowe głowy. Pożerały wszystko. Tarok płonęło, a czarny dym unoszący się nad nim, zasłaniał morze; nie było wiatru, więc nic nie mogło przegonić gryzących chmur, wiszących nad miastem.
Ponad tym wszystkim, przyglądając się, jak pożar niszczy alchemikowe dzieło, unosiła się Nenna. Niewyraźny punkt na tle kłębiącego się dymu i bijącego od ognia żaru, który najwyraźniej jej nie szkodził. Gdyby ktoś mógł zobaczyć jej twarz, dostrzegłby szeroki, pełen zadowolenia uśmiech. Nenna była szczęśliwa, Tarok płonęło, jednak… Dziewczynka obejrzała się, zupełnie tak, jakby sprawdzała, czy sowy są dostatecznie daleko. Były.
   W jednej chwili wybrzeżem wstrząsnął wybuch. Huk był ogłuszający. Pęd powietrza rozbiegł się we wszystkie strony i gdyby nie były to wielkie sowy z Kolhu’Dur, nie poradziłyby sobie.
   Biała wieża przestała istnieć. Cały teren wokół niej też. Wybuchło, zostało zniszczone za sprawą magii, albo czegoś innego – nie ważne. Nic nie zostało. Przez rozwiany dym dostrzec można było wyrwę w ziemi, dół, dziurę, krater bardziej, w miejscu, gdzie kiedyś stała wieża.
   Zniszczone. Nareszcie wszystko było zniszczone.

~*~
   Sowy delikatnie lądowały i ta nagła zmiana wysokości zmusiła krasnoluda do otwarcia oczu. Nie miał pojęcia, gdzie jest, ani gdzie zabrały go te ptaszyska. Ale ziemię powitał z radością. Niezmyta krew zakrzepła na jego twarzy, było mu niedobrze, prawdopodobnie od uderzenia w głowę. Albo od zbyt długiego braku alkoholu. Szept obstawiłaby to pierwsze, Midar skłaniał się ku drugiemu. Ale… gdzie była reszta?
   – Midar, na bogów – usłyszał znajomy głos, lecz nie była to mała. Heiana, w otoczeniu elfów –uciekinierów zbliżyła się do krasnoluda. Uzdrowicielka wciąż zdawała się bledsza niż zwykle, ale powołanie zrobiło swoje i odżyła. Przynajmniej na tyle, by odzyskać nad sobą kontrolę. – Natychmiast tu chodź, to trzeba opatrzyć. Jak Szept mogła cię takim puścić, przecież to może być uraz czaszki. A jeśli… – ostrożnie dotknęła głowy krasnoluda, a Midar jęknął cicho:
   – Mała…
   – Nie mieliśmy zbyt wiele czasu – Szept pojawiła się obok, wciąż nieco smutna, zgasła. Ledwie na nią spojrzała, Heiana pojęła, że coś musiało się stać. Coś, co… Zerknęła na Midara, ale krasnolud milczał uparcie. Całkowicie do niego niepodobne. Nie chwalił się pokonanymi wrogami, nie opowiadał, jak to powalił ich jednym ciosem… Nawet nie prosił o kufelek piwa.
   – Nira?
   Cisza. Szept zerknęła na nią, rozejrzała się, szukając Brzeszczota. Jeszcze do nich nie dotarł.
   – Ivelios nie żyje.
   Uzdrowicielka zamarła. Ręka znieruchomiała.
   – Jak on się trzyma? – Iveliosa nie znała tak dobrze, jak Szept. Darrusa zresztą też nie. Co nie znaczyło…
   Tym razem Szept nie zdążyła jej odpowiedzieć.
   Najemnik słyszał, o co pytała uzdrowicielka i najchętniej uciekłby gdzieś daleko, byle nie słuchać pytań, byle nie musieć słuchać troski, żalu i pocieszeń. Nie chciał tego, nie teraz, gdy każde wspomnienie o dziadku mogło go złamać. Jedno słowo, jeden gest i… Pokręcił głową, wtulając ją w szorstkie, ptasie pióra.
   Weź się w garść. Jeszcze nie teraz. Będzie czas na płacz, kiedy upewnisz się, że wszystko jest dobrze, z przyjaciółmi. Musisz być pewny, nie możesz ich zostawić.
   Uspokój się. Weź głęboki oddech i nie pozwól emocjom tobą kierować. Głowa ich pełna nie jest dobra do myślenia.
   Pamiętał tę rozmowę z dziadkiem, jakby odbyła się przed chwilą, a nie kilka lat temu, gdy był małym dzieciakiem z mlekiem pod nosem. Ivelios zawsze najpierw nakazywał mu się uspokoić, odłożyć emocje na bok, by potem móc się na nich skupić. Dziadek zawsze wiedział, co zrobić, by wybrnąć z jakiejś sytuacji. Czyżby jego rady już na zawsze miały pozostać w umyśle wnuka?
   Sowa obniżyła lot. Podczas gdy pierwsza odleciała, ta została, najwyraźniej czekając na półelfa, który nie chciał myśleć o tym, co będzie się działo w stolicy. Eilendyr zawrze, nie tylko dlatego, że umarł elf ze starego rodu, ale także przez zignorowanie problemów z Tarok. Krokusica… Stop. Nie teraz.
   – Powinniśmy stąd jak najszybciej odejść – grupa uciekinierów nie zwróciła uwagi najemnika; nie widział nigdzie szamanki z wilkołakiem i miał nadzieję, że jak zwykle wciągnęło ich coś ważnego, najpewniej związanego z wyniszczonymi uciekinierami. Jasha kręcił się koło olbrzyma, któremu się to nie podobało. Oboje wyglądali na bezpiecznych. – Nim chmura tu dotrze.
   Nad brzegiem morza unosił się dym. Mury miasta były zniszczone. Pożar słabł, zupełnie tak, jakby zależny był od woli Nenny; kiedy zniknęła dziewczynka, zaczął słabnąć ogień, ale dym pozostał.
   Najemnik miał pecha. Chociaż ktoś inny by tego tak nie odebrał. Jak się rzekło, Heiana nie znała go aż tak długo, jak Szept. W normalnych okolicznościach w tej chwili unikałaby go, spłoniona wspomnieniem pocałunku, mieszając się pomiędzy sprzecznymi emocjami i brakiem zrozumienia. Te okoliczności nie należały do normalnych. Darrus rozbity, Darrus, po którym widać, jak ciężko przeżywa to, co się wydarzyło… Uzdrowicielka nie nawykła do takiego obrazu najemnika. Patrzenie na niego w takim stanie raniło i ją, równie mocno, co odejście Sowiookiego.
Najemnik miał szczęście. Druga elfka rozumiała potrzebę działania. Każdy radzi sobie z bólem na swój sposób. Niektórzy sobie nie radzą. Darrus… Szept stłumiła westchnienie, intensywnie się w niego wpatrując, lecz tylko to.
   – Szept, zabierzesz ich stąd, prawda? – szybko, szybko, byle nie dać im możliwości na pocieszenie, na dobre słowa. Wiedział, że chcą dobrze, że chcą pomóc, ale… – Sowy mogą pomóc – jedno spojrzenie na najemnika wystarczyło, by dostrzec, że nie jest z nim dobrze.
   – Zabiorę. Do domu – oznajmiła z pewnością w głosie. Pewnością, którą tym razem czuła. Dla niego. Ciebie też. I jego.
   Najemnik odetchnął z ulgą. Pewność, którą słyszał w głosie magiczki sprawiła, że poczuł się lepiej, dużo spokojniej. Szept była sobą, wiedział, że też musiała przeżyć śmierć Iveliosa, jednak nadal była ostoją spokoju, na której mógł się wesprzeć, tą pewnością, której w tej chwili jemu samemu brakowało.
   Zaś Heiana, która choć w słowach rozpoznała zasłonę, desperacką chęć odwrócenia od siebie uwagi, zrobiła po swojemu. Odsunęła się od Midara; ten już nie potrzebował opieki, a i rana nie była poważną. Krasnolud był wojownikiem w czepku urodzonym. Od takiego ciosu można było mieć rozpłataną czaszkę i w ogóle się nie podnieść z pobojowiska. On był tylko potłuczony, z siniakami i rozciętą skórą – stąd krwawienie. Ciemne oczy uzdrowicielki poszukały twarzy Darrusa. Jeszcze niedawno odnalazł ją w Tarok i stamtąd wyciągnął. Jeszcze niedawno… Teraz… Elfka, nim ktokolwiek mógł choć spróbować zająć ją czymś innym, powstrzymać, podeszła do najemnika, wspięła się na palce, by być nieco wyższą i po prostu go objęła. Zwykły gest, ale miała nadzieję… sama nie wiedziała na co i komu bardziej chce pomóc. Sobie, która nie mogła tylko stać i patrzeć na ten ból, czy jemu, który chyba nie bardzo wiedział, jak sobie z nim poradzić.
   Pewnie gdyby był uważniejszy, gdyby interesowało go otoczenie tak, jak zwykle, dostrzegłby zbliżające się niebezpieczeństwo. Pewnie gdyby był przy nim krasnolud, albo chociaż Jasha, ostrzegliby go, gdyby się zagapił na coś innego, ale był sam i nie widział. Nie dostrzegał zbliżającej się Heiany; zobaczył ją dopiero, kiedy było już za późno, kiedy nie mógł nic zrobić. Uzdrowicielka go objęła, a najemnik nie miał pojęcia, co ze sobą zrobić. Stał jak kołek, dziwnie sztywny, jakby wszystko to sprawiało mu ból, jakby stracił zdolność do ludzkich uczuć i ich okazywania. Bezradny, nawet nie objął uzdrowicielki, bo nie przyszło mu do głowy, że powinien to zrobić. Właściwie nie wiedział, jak się zachować. Z jednej strony cieszył się, że Heiana, że ona… Ale z drugiej nie potrafił na to zareagować. Czuł się jak starzec, który przepuszcza przez palce wszystko, co dobre.
   Obserwująca ich Szept poczuła zbierającą się w gardle gulę. I piekące oczy. Lecz tym razem łzy nie wymknęły się z jej oczu. Działaj, rób coś. Działaj - powtórzyła w myśli jak mantrę. Gdyby miała… Trzeba było… Garść. Kupa. Zebrać się do kupy. Jego. Ich.
   Ktoś krzyknął, ktoś błagał o pomoc. Heiana była potrzebna.
   Kiedy odeszła chciał złapać ją za rękę i przyciągnąć do siebie, ale tego nie zrobił. Głupiec, który boi się własnych uczuć.
   – Będę cię potrzebowała do porozumienia z sowami. Nie wiem, czy dadzą radę wszystkich przenieść…
   Najemnik pokręcił głową. Wiedział, że nie dadzą. Było ich tylko pięć; jedna zajęła się ciałem dziadka, jednej potrzebował on sam, by dotrzeć do Eilendyr przed Iveliosem, zostały więc trzy. Były wielkimi sowami, ale nawet one mają ograniczone możliwości. Uciekinierzy będą musieli poradzić sobie sami, poczekać do czasu, aż nie przybędzie pomoc ze stolicy, albo najbliższych elfich miast. Powiódł wzrokiem po trzymających się razem, w grupie, umęczonych elfach. Właściwie nie wiedział, co takiego działo się w Tarok i tak naprawdę nie chciał wiedzieć. Wystarczyło jedno spojrzenie na ich twarze, by domyślić się, że nie było to nic przyjemnego. W jakie kłopoty wsadził znów palec Ivelios? Czy wraz z upadkiem miasta i one przepadły, czy może za jakiś czas będzie musiał zmierzyć się z czymś, co wyrosło na zatrutym podłożu Tarok?
   – Nie dadzą. Nie słuchają mnie tak, jak Sowiookiego, któr… – przed nosem najemnika pojawiła się pszczoła; bzycząc natrętnie nie chciała odlecieć, nawet wtedy, gdy została potraktowana ręką, po prostu wróciła na miejsce. Dar byłby ją zignorował i pacnął tak, że już nie poleci, ale… Pokręcił tylko głową, zupełnie tak, jakby pszczoła zadała mu pytanie, po czym owad odleciał. Brzeszczot wyglądał na zmartwionego i w istocie czuł niepokój. Ten owad… Jeżeli Pszczelarz nie posłucha prośby, jeżeli poinformuje ród o tym, co stało się z Sowiookim, powrót do stolicy nie będzie łatwy. Cholera, po jakiego grzyba ten ciekawski staruszek, wysyła tu swoje pszczoły… – Są tylko trzy. Zabiorą was i tych, którzy wymagają uwagi medyka, reszta będzie musiała poczekać.
   – Wezmą rannych. Najsłabszych. I Heianę – wyliczyła Szept. Już ona uzdrowicielkę przekona, żeby ich zostawiła. Ktoś się musi zająć rannymi. Może dobrze byłoby, żeby Brzeszczot dotarł do stolicy razem z wymienionymi. Ona przecież uchodźców nie zostawi. Ktoś tu musi… Przeszli piekło. Po czymś takim niełatwo się pozbierać. Elfka westchnęła, nie zazdroszcząc im tego, co jeszcze na nich czekało. O tym, co czeka ją i Dara w stolicy zdecydowanie wolała nie myśleć. – Jeśli mi pomożesz będę wdzięczna – zauważyła, a w oczach dało się wyczytać jedno. Nie protestuj. Cokolwiek powiesz, nie protestuj. Nie mam sił się kłócić, a muszę zostać tutaj.
   Najchętniej powiedziałby magiczce, żeby poleciała z nim. Nie chciał samemu mierzyć się z tym, co go czekało w elfiej stolicy, w sowim domu. Bogowie okrutni, jak on ma powiedzieć Frilowi, że jego ojca już nie ma? Jak ma powiedzieć to innym? Jak wytrzymać ataki Krokusicy? Co zrobić z rodem? Przecież sam, bez dziadka, z całym tym rodzinnym bałaganem, nie da sobie rady. Nie da. Zaczęła go od tego wszystkiego boleć głowa. Wiedział, że nie może poprosić o to magiczki. Wiedział, a mimo to… Już chciał otworzyć usta, ale kiwnął tylko głową. Pójdzie poszukać słabych. Znajdzie tego elfa, co był ich przywódcą. Iść, byle dalej, byle nie powiedzieć za dużo.
   Nawet, jeśli nie musiała, to w grę wchodziło sumienie elfki. I jej własne poczucie tego, co wypada. W starciu z tym nawet Brzeszczot nie miał szans. – Heiana wybierze rannych, ty spróbuj wybrać tych, którzy po prostu nie są na tyle silni, by dotrzeć pieszo do stolicy. Oni polecą na sowach. – Gariadil ci pomoże. Zna swoich ludzi.
   Elfka ruszyła powoli w stronę wspomnianego elfa. Ucieczka z Tarok naznaczyła i jego. W kilku miejscach, które kiedyś można było nazwać szatą widoczne były dziury i nadpalenia, a na twarzy krew. Nie była jego, jak już zdążyła dowiedzieć się magiczka. Gariadil o własnych siłach i jako jeden z ostatnich opuścił miasto. Teraz oczy elfa spojrzały na zbliżających się z wdzięcznością wymalowaną na twarzy, ale i pewną dozą ostrożności. Uwięzieni przez tak długo, teraz wolni, nie mieli pojęcia, dokąd iść. Część uważała, że stolica odwróciła się od nich, pozostawiła samych sobie. Nie chciała ich. Dokąd więc mieli się udać, nie mając niczego ani nikogo, kto ich poprowadzi?
   – Udamy się do Eilendyr – wyłuszczyła mu swój plan. – Będę wdzięczna, jeśli wskażesz tych, którzy nie dadzą rady. – Jedno spojrzenie zasugerowało jej, że elf zupełnie inaczej zinterpretował jej słowa. – Nie, czekaj. Nie mamy zamiaru ich zostawiać, jeśli to tego się boisz. Wezmą ich sowy i zabiorą do stolicy. Walczyliśmy w Tarok o was wszystkich, nie o najsilniejszych! – Zdenerwowała się, ale przecież Gariadil jej nie znał. A życie i wydarzenia w Tarok nauczyły go wiele, ale na pewno wśród tych talentów nie była nadmierna ufność.
   Gariadil chyba odetchnął z ulgą, kiedy okazało się, że Szept nic złego nie ma na myśli. Za to zdziwił się, widząc człowieka, który kropka w kropkę wyglądał jak Sowiooki. Chciał o to zapytać, a nie usłyszawszy, co stało się z Iveliosem, po prostu to zrobił.
   – Czy z Sowiookim wiąże cię krew?
   Gdyby nie sorenowe wyszkolenie, byłby się skrzywił, a tak, kiwnął tylko głową. – Jest. Ale powinniśmy zająć się niedomagającymi. Pomóż mi takich wskazać, a sowy zabiorą je do stolicy. W dobre ręce.
   – Dobre ręce? Starszyzna zostawiła nas, na pastwę jego działań. Tam nie ma dobrych rąk.
   – Jeżeli trzeba, zostaniecie z rodem Iveliosa, do czasu, aż znajdziecie swoją drogę. Jego rodzina jest dla ciebie chyba wystarczająco dobra?
   Gariadil zrozumiał swój nietakt. Nie przeprosił, za to poprosił mieszańca, aby poszedł z nim. I tak, przez kilka długich chwil, wybierali tych, którzy pieszo do stolicy elfów nie dotrą. Wybrali kilku, głównie zniszczonych eksperymentami, kalekich. Nie mogli zabrać ich wielu, bowiem potrzeba miejsca dla rannych i umierających. Najemnik poinstruował sowy, wskazał im drogę i zapewnił elfy, że ptaki ich nie zrzucą i nie pozwolą spaść; a na końcu tej drogi czekała na nich spokojna przystań.
   Brzeszczot podszedł do magiczki, usłyszawszy coś.
   – Zbliżają się… – najemnik zamilkł na chwilę, aby posłuchać; nawet w takiej sytuacji nie potrafił wyciszyć tego, kim był. Chciałby przestać słyszeć, ale nie potrafił. Chciałby ogłuchnąć, ale to nie wchodziło w grę. Chciał nawet poprosić magiczkę, aby mu pomogła, ale ostatecznie słowem się nie odezwał. – Elfy. Z Eilendyr. Z wozami.
   Brzeszczot miał rację. Ze wschodu, zza wzniesienia, od strony największej rzeki przecinającej równinę i do morza wpadającej, wyłonili się konni jeźdźcy; nie pędzili na złamanie karku, nie towarzyszył im pył i kurz spod kopyt pędzących koni. Nie chowali się też przesadnie, chcąc ukryć swoją obecność. Zmierzali w stronę lasu. Za nimi kuce pociągowe ciągnęły wozy. Najemnik wśród zbrojnych, magów, słyszał także rozmawiających ze sobą uzdrowicieli. Byli zaniepokojeni i praktycznie nic nie wiedzieli. Nakazano im wyruszyć do portowego miasta Tarok, na zachodnim wybrzeżu, aby opatrzyć i przetransportować elfy do stolicy; nie wiedzieli, dlaczego, po co, przez co. Nic im nie powiedziano, najpewniej celowo.
   Ostatnie, czego się spodziewała, to obecności elfów. Najwyraźniej ktoś musiał się ruszyć, by ruszyła i Starszyzna, doszła do wniosku magiczka. Szkoda tylko, że ktoś inny musiał… gula w gardle urosła niemożliwie, coś zapiekło pod oczami. Ale nie, nie rozpłacze się. Brzeszczot i tak źle się trzymał, nie potrzebował tu jeszcze histeryzującej magiczki, którą trzeba pocieszać. Odetchnęła, usiłując się uspokoić i opanować skołatane nerwy. W tym czasie wozy i jeźdźcy wyłonili się zza wzniesienia. Oddział gotowy do walki, ale i udzielenia pomocy. Dokładnie tego było im trzeba. Bystre oczy elfa rozpoznały kilku jeźdźców. Mag Starius, z przodu jechał chyba Gallar. I, jeśli nie mylił jej wzrok, także Dalien, jeden z wyżej urodzonych, a zarazem jeden z najlepszych wojowników. Także i ten, który niemal we wszystkim zgadzał się ze Starszyzną i na pewno nie był zadowolony z przebiegu ostatnich wydarzeń. I tego, że nie miał nawet bladego pojęcia, co to wszystko znaczy.
   – Szept – najemnik złapał magiczkę za rękę, odciągając ją na bok – Muszę iść. Nie chcę, ale muszę – w jego głosie, w jego miodowych oczach widać był smutek, zmęczenie i ból, których nie potrafił ukryć, a może po prostu stwierdził, że nie ma po co tego ukrywać przez królową, przed przyjaciółką, siostrą. – Jeżeli… Muszę być tam pierwszy. Zajmij się wszystkim. Żeby byli bezpieczni, żeby już nikt… Przepraszam, że to na ciebie zrzucam… – to nie był najemnik, którego znała, ale nie potrafił nic z tym zrobić; nie umiał zdmuchnąć tego kurzu, który na nim osiadł.
   Za jego plecami pojawiła się sowa.
   – Nie – oprzytomniała. – Ja przepraszam. – Tak bardzo chciała mu pomóc, wesprzeć. Gdyby mogła, gdyby nie ci tutaj, poleciałaby z nim. Zajęła się wszystkim, byleby jakoś go odciążyć. Zrobić cokolwiek, a nie mieć tylko poczucie bezradności. I pozwolenia. Pozwolenia na cierpienie w milczeniu. – Zrobiłeś wszystko, co mogłeś. Tutaj. – Nawet udało jej się uśmiechnąć, choć łatwe to nie było. – Pomogłeś jak mogłeś… Leć, nie pozwól, by na ciebie zbyt długo czekała. – Wskazała na siedzącą za nimi sowę, już gotową do odlotu.
   Kurcze, jak ona nie lubiła pożegnań, nawet jeśli miało być ono tylko na chwilę.
   – Darrus… – wyrzuciła z siebie, łapiąc go za rękaw, już gdy miał odejść. Sama nie mogła przy nim być, ale był ktoś, kogo mogła z nim wysłać. Ktoś, kto i tak miał lecieć z rannymi do stolicy. Ktoś, na kim mogła polegać. Ona i Heiana były różne, lecz jej kuzynka w takim samym stopniu jak magiczka lubiła Brzeszczota. Mogła jakoś pomóc. – Weź Heianę, proszę. – Magiczka rzadko prosiła o cokolwiek. Zwłaszcza swojego najemnika, z którym wolała się kłócić i przekomarzać. Czasami nieco dziecinnie. Czasami uszczypliwie. Jeśli prosiła, musiało jej naprawdę zależeć.
   Sowy z rannymi trzymały się na uboczu. Heiana im pomagała i chyba nie podejrzewała, że kuzynka chce ją stąd odesłać razem z nimi. Obok niepokoili się ci, którzy okazali się za słabi na marsz, czy przedłużającą się podróż na wozie. Gariadil coś im tłumaczył, a gdyby najemnik skupiłby się na jego rozmowie, usłyszałby słowa mające ukoić przestraszone serca. Elfy się bały, po ludzku odczuwały strach na samą myśl, że mają odbyć podróż na wielkich ptakach, że do stolicy, która ich opuściła, że z dala od bliskich, że sami.
   – Heiana? Jeżeli będzie protestować... – najemnik pokręcił głową; nie, jeżeli uzdrowicielka będzie się starać wymigać, zabierze ją siłą, albo zostawi – Zostawię ci uszatkę, gdybyś potrzebowała się ze mną skontaktować – nim jeszcze im przeszkodzono, szeptem, który mogła dosłyszeć tylko magiczka dodał – Nie rozprzestrzeniaj wieści o śmierci dziadka, dobrze?
   – Niraneth–elda – usłyszała z tyłu nieco nadąsany głos Daliena.
   No i im przerwano. Najemnikowi nie podobał się ten dumny elf, któremu najwyraźniej albo się śpieszyło, albo bardzo nie chciał tutaj być. Czyżby Rada raczyła ruszyć swoje tyłki i posłać kogoś ze swoich wielbicieli na przejażdżkę, by ogarnąć bałagan, którego sami narobili? Dar poczuł, że elfka nie będzie miała łatwo. Gdyby uciekinierzy nie potrzebowali jej charyzmy i dobroci, najnormalniej w świecie by ją złapał i zabrał ze sobą. Sam najchętniej by uciekł.
   – Niech to – mruknęła. – Muszę już iść. – Ale i tak nie odeszła, wciąż wpatrując się w najemnika. Nic mu nie będzie, nie pierwszy raz leciał na sowie. Spotkają się w stolicy. Jak najszybciej. Już ona o to zadba. Zadba. – Nie daj się zrzucić, Dar – dorzuciła, lecz miała poczucie, że ta ostatnia złośliwość zabrzmiała raczej blado. I desperacko.
   – A ty, nie daj się tym politycznym durniom – i rozczochrawszy i tak niezbyt elegancką fryzurę elfki, odszedł z poczuciem, że zostawia za sobą coś co... Westchnął. Skup się, durniu. A jeżeli usłyszy zawodzenie duszy dziadka? Przecież słyszał umarłych... Skup się! – Heiana, lecisz ze mną – nie była to prośba, ani pytanie.
   – Niraneth–elda, mogłabyś poświęcić mi chwilę swojego cennego czasu. My wszyscy…
   Szept pomyślała, że łatwiej powiedzieć, trudniej wykonać. Jeden z tych politycznych durniów stał właśnie obok ze skwaszoną miną obserwując uchodźców. Niektórzy rozleniwili się i nie pamiętali już, do czego służy ostrze, podsumowała Daliena elfka. Co gorsza, elf słyszał wypowiedź półelfa i chyba niezbyt przypadła mu do gustu, jeszcze bardziej jątrząc. Przynajmniej nie wiedział o śmierci Sowiookiego, a Szept, nawet bez prośby Darrusa nie zamierzała o tym mówić.
   – Niraneth–elda, nie mamy czasu. Część z nich w ogóle nie chce iść do stolicy, nie ma potrzeby ich zmuszać – elf od razu przyjął postawę dowodzącego, a chociaż używał grzecznościowego zwrotu, to tej grzeczności magiczka w nim nie dostrzegała.
   – Ród Crevan udzieli im schronienia – odparowała, mając ochotę powiedzieć znacznie więcej. Lecz w przypadku tej konkretnej, zakutej przepisami i fałszywą dumą głowy na niewiele by się to zdało. Pozostawało jedno. Dyplomacja i spokój.
   Jak ona zazdrościła Heianie.
   Druga elfka może niekoniecznie była tego samego zdania. Obecność Brzeszczota wciąż jeszcze ją rozstrajała. Delikatnie mówiąc. Poza tym, w swoim własnym mniemaniu była potrzebna tutaj. A że pomysł raczej nie wyszedł od Brzeszczota, to… Mógł wykluć się w głowie jej kuzynki. Już ona sobie z nią porozmawia i ładnie jej wytłumaczy… Hei kontrolnie zerknęła na rozkazującego najemnika, potem w stronę magiczki. I zrezygnowała z pomysłu rozmowy. Co, jak co, ale zaczynała pojmować, że magiczka odsyła ją nie dlatego, że tutaj nie jest potrzebna, tylko…
   – Obym tego nie żałowała – mruknęła do siebie, zerkając na pierzaste ptaszysko. – Kicham od zwierząt, nie pamiętasz? Dlaczego nikt nie mógł wziąć tego pod uwagę… – sarknęła, najwyraźniej zapominając, że wracając razem z Szept przebywałaby w otoczeniu koni i kuców… Chyba, że w mniemaniu uzdrowicielki one nie zaliczały się do zwierząt.
   Bardziej prawdopodobne, że narzekała dla zasady. By Brzeszczot nie zorientował się, że Szept wysyła ją także ze względu na niego. I że ona sama leci głównie dla niego.
   W tym momencie, w tej sytuacji, Brzeszczot był równie ślepy, co głuchy. Ktoś mógłby rzewnie wyznać mu miłość, a on by tego nie zauważył, zbyt pochłonięty trzymaniem się w jednym kawałku, co by nie rozpaść się niczym domek z kart, który układają dzieci. Nie robił tego złośliwie, czy specjalnie – po prostu na chwilę obecną, wiele rzeczy straciło dla niego na znaczeniu i chociaż wciąż były ważne, odłożył je na bok.
   – Kuce pociągowe i wierzchowce to chyba też zwierzęta? – najemnik usadowił się już na sowie, pozwalając wzlecieć najpierw tym ptakom, które niosły uciekinierów. Potem wyciągnąwszy rękę ku uzdrowicielce, poczekał i na nią.



_______________________________
Z długo obiecywaną dedykacją dla Iskierki 
I dla wszystkich nowych na Keronii. Witamy serdecznie. 
Chwała czytającym!


8 komentarzy:

Dar - Silva - Drav pisze...

[To jest najlepszy cykl naszych notek w życiu! ^^ ]

Szept pisze...

[Ślepiec. Przeczytałam najdłuższy. Ale zgadzam się i z najdłuższym i z najlepszym. I jako jeden z nielicznych cyklów będzie zakończony. Jeszcze tylko jedna część.]

Dar - Silva - Drav pisze...

[Hej, proszę nie sugerować, że innych nie skończymy ;p Trzeba rozwalić północ!]

Szept pisze...

[Nie mów tego głośno, bo nam nasza administratorka dostanie zawału! To jej twór.]

Dar - Silva - Drav pisze...

[oj tam, będzie ciekawie! To tylko jedna, malutka wioska xD przecież nie rozwalamy CAŁEJ północy]

Nefryt pisze...

Administratorka przeczytała. Administratorka nie dostała zawału. Jeszcze :)
Wiecie, nie spodziewałam się, że Ivelius tak skończy. To znaczy, spodziewałam się jakiejś fabularnej wolty. A tu... trochę szkoda. I smutno. Ale tak musiało być.
Dobrze pokazałyście reakcje Brzeszczota, Szept. Wiarygodnie.
I "polityczne durnie". Żadnego wstydu, że stolica olała tych z Tarok, nic.

Szept pisze...

Znaczy, śmierci Iveliosa to i ja na początku wątku nie podejrzewałam. Jak przyszło co do czego w Tarok, to miałam jakieś podejrzenia.
Cieszę się, że reakcja nie wyszła ani sztuczna ani przesadzona. Czasem mam problemy z zachowaniem moich postaci. A polityczne durnie... już wiesz, czemu Szept ich tak nie lubi.

Nefryt pisze...

Masz problemy z ich zachowaniem? Hm, a ja właśnie lubię twoje postacie, wszystkie, bez wyjątku, bo zachowują się tak naturalnie względem ich charakteru.
A w kwestii "politycznych durni" - ja i Szept byśmy się dogadały :D

Prawa autorskie

© Zastrzegamy sobie prawa autorskie do umieszczanych na blogu tekstów, wymyślonego na jego potrzeby świata oraz postaci.
Nie rościmy sobie natomiast praw autorskich do tych artów, które nie są naszego autorstwa.

Szukaj




˅ ^
+ postacie
Rinne Lasair