Przewodnik

Linki-obrazki

Misje
I. Więzi przyjaźni
Spotykasz po latach kogoś, kto dawniej był ci bliski. Wplątuje cię on w jakąś historię, która nie dość, że z czasem się komplikuje, to w dodatku budzi w tobie wątpliwości co do intencji przyjaciela.

II. Linia frontu
Kerończy natarli na Prowincję Demarską. Oblegany jest sam Demar. Jedni ludzie stają do walki, inni uciekają ze spalonej ziemi. Napastnicy, obrońcy i cywile. Po której stronie staniesz?

Opcjonalnie: Udział w buncie niewolników w Wirginii bądź inne miejsca walk.

III. Rekonwalescencja
W nie najlepszej kondycji trafiasz do wioski lub klasztoru. Wydaje ci się, że trafiłeś w dobre ręce i że wkrótce będziesz mógł opuścić to miejsce. Okazuje się jednak, że z pozoru życzliwi i uprzejmi ludzie skrywają przed tobą jakąś tajemnicę.

IV. Zabij bestię
Coś napada, nęka mieszkańców. Zawierasz umowę z wójtem - dostarczysz głowę bestii za określoną cenę. Okazuje się jednak, że stworzenie nie działa bez powodu - jest w jakiś sposób prowokowane przez mieszkańców.

Opcjonalnie: Bestia jest wrażliwa na hałas z karczmy albo ludzie naruszyli w jakiś sposób jej rewir (weszli na jej teren, zajęli leże ze względu na drogie surowce itp.)

V. Nielegalne walki
Dochodzą cię słuchy o nielegalnych walkach prowadzonych w okolicy. Położysz im kres czy może postanowisz wziąć w nich udział dla własnego zysku? Pieniądze nie leżą na ulicy.

VI. Zlecone zabójstwo
Dochodzi do zamachu, w wyniku którego ginie ktoś ważny. Podejmujesz się odnalezienia zabójcy – albo jego zleceniodawcy. Od ciebie zależy, czy dojdzie do aresztowania winnych, czy pomożesz im uniknąć kary.

VII. Egzekucja
W mieście lub wiosce szykuje się egzekucja. Znasz sprawcę albo sam doprowadziłeś do jego schwytania. Realizacja wyroku coraz bliżej.

Opcjonalnie: Z czasem nabierasz wątpliwości, czy skazaniec faktycznie jest winny i chcesz go uwolnić lub dochodzą cię pogłoski, że ktoś może chcieć uwolnić kryminalistę.

zamknij
Dodaj do WTP Spis kodów
Spis opowiadań
Kiedyś przyjdzie mi za to wszystko zapłacić... Weselicho, czyli tańcz, jedz i chędoż za darmochę! Oszukać czas. Oszukać przeznaczenie. Oszukać... siebie. Baśń o wolności: Preludium Świątynia Ażubora (1) Wszystkiego krówkowego! (okolicznościowa, krótkie opowiadanie "Motyw przewodni - Prezent". Ta dam, pamiętaliśmy! I - Wezwanie pomocy: alchemio, przybywaj! Gdy demon odzyskuje człowieczeństwo, przypomina sobie jak być człowiekiem. Nikt nie zna prawdziwego bólu do czasu aż nie straci kogoś bliskiego sercu. Niedopowiedziane historie Wendigo i Driada Szczurzy dzień (autor: Szept, Silva) Domek, zupa, sukkub i historia (autor: Elias) Sen i niespodzianki (autor: Elias) Boląca strata i niepokojący gość! (autor: Elias) Cienie i nowy przyjaciel (autor: Elias) Kruki (autor: Elias) Cienie i Starsze Dusze (autor: Elias) Zawsze jest kolejna tajemnica (autor: Silva) Zło Kor'hu Dull (autor: Elias) Złodziej Twarzy i Koszmar (autor: Elias) Królewiec (autor: Elias) Przed świtem (autor: Nefryt) Król Żebraków i nowe drzwi (autor: Elias) Akceptacja (autor: Elias) Nostalgia (autor: Nefryt) Nowa droga i niespodziewane wyznanie? (autor: Elias) Biały i zielony daje czerwony! (autor: Elias) Nowe wyzwania w nowym życiu (autor: Elias) Krąg tajemnic (autor: Elias) Jack (autor: Elias) Czasami to mrok daje najwięcej światła (autor: Elias) Trzy sceny o szpiegowaniu (autor: Nefryt) Morze bólu. Promyk nadziei ... (autor: Elias) Nie ma sensu szukać guza. Chyba, że jest się najemnikiem (autor: Silva) Sól (autor: Aed) Dyjanna Muirne: Miecz może być dowodem wszystkiego (autor: Zorana) Opus Magnum I (autor: Iskra) Uszatek i Kwiatek na tropie przygody: Przypadłość parszywej gospody (autor: Paeonia i Szept) Gdy gasną świece (autor: Zombbiszon) ... Najjaśniej płoną gwiazdy nadziei. (autor: Zombbiszon) Elias cz. 1 (autor: Zombbiszon) Elias cz. 2 (autor: Zombbiszon) Historia (autor: Zombbiszon)
zamknij

Chat

   Działa!
   Napierają na uciekinierów!
   Szept już nie słyszała okrzyku kruczego chowańca. Może dlatego, że była zbyt zajęta odpieraniem ataków coraz to nowych gwardzistów. Zdyszana, mokra, brudna, pokryta krwią, na pewno nie przypominała elfiej damy, nie wspominając o królowej. Obok niej dzielnie stawał niewysoki, zarośnięty krasnolud, który swymi okrzykami jeszcze prowokował napastników. Heiany wciąż nie było widać i to Szept niepokoiło coraz bardziej. Jednak w ogólnym chaosie, jaki zapanował, nie miała jak szukać uzdrowicielki. Musiała wierzyć, że ta jakoś sobie poradzi.
   Przerażony kwik koński, rumor walących się odłamków i nieznośny żar od ognia. Elfie, wrażliwe zmysły protestowały, przeciążone, zalewane dźwiękami. Dym drażnił płuca, wzmagając kaszel, trzeba było co prędzej przenieść się jak najdalej od ognia. Magia pulsowała w żyłach, jeszcze nie do końca uwolniona. Przyparta do muru, cofała się coraz bardziej, już nie atakując, teraz tylko osłaniając się.
   Statek! Statek na horyzoncie!
   A przecież do Tarok żaden póki co nie wpłynął. Przecież port świecił pustkami, gdy zbliżali się do miasta. Kto był na tyle głupi, na tyle nierozsądny… Wróg li czy przyjaciel?
   Uciekinierzy w niebezpieczeństwie!
   Piękny plan właśnie zaczął się walić. A ona nie miała jak pomóc, otoczona strażnikami. Nie miała jak się przedrzeć, sama walcząca o przetrwanie.
   - Midar, pilnuj! Aeri nomer, nomer setra. Aeri… - mamrotała, coraz głośniej i głośniej, wyciągając przed siebie laskę. Laskę, z której promieniowało oślepiające światło. Ten i ów zakrył oczy, nie mogąc znieść jego blasku, z czego też od razu skorzystał Midar, skracając tego nieszczęśnika o pewną część ciała. Blask już nie przeszkadzał niewidzącym oczom.
   Z tego blasku wyłoniły się przejrzyste postacie, niby szkielety, lecz jakby powleczone cienką mgłą. Przywołańce, istoty bezcielesne, z zaklętą bronią dzierżoną w dłoniach, a choć równie jak oni bezcielesna, nie pozostawał bezczynna, o czym mogły przekonać się pierwsze szeregi miejskich strażników. Widmowe oddziały nie zostały jednak przyzwane, by walczyć tutaj.
   - Uciekinierzy… - wyszeptały nieco zbielałe wargi elfki. Pomoc miała nadejść.
   Elfy cofały się. Słabsi ustawieni z tyłu, silniejsi na przedzie, bo bokach, osłaniający odwrót. Pomimo wcześniejszego wyczerpania udało im się zachować ten porządek, przynajmniej dopóki nie dotarli do bram. Pchała ich nadzieja, determinacja. Tamci walczyli o nich. Za ucieczkę. Jeśli ryzykowali życiem, trzeba było sprawić, by ich poświęcenie nie poszło na marne. Ktoś zapłakał gorzko, ktoś zwalił się na ziemię, plując krwią. Jedni padali, zastępowali ich następni. Jednoczeni przez cel. Przekroczyć mury. Te zaś zdawały się coraz bliżej, jeszcze drobny wysiłek, kilka kroków, jeszcze tylko… 
  
~*~
   Ogromny rumor, gdy runęła jedna z wież. Pożar dotarł aż tutaj, nadwątlił stare zabudowania. Okrzyk żywej pochodni, swąd spalonego ciała. I rytmiczne uderzenia butów. Przejrzano ich. Alchemik musiał wiedzieć. Strażnicy nadchodzili z obu stron, z małych, niewielkich uliczek, tam, gdzie musieli wcześniej siedzieć, przyczajeni.
   Alchemik wiedział.
   – Zdrada! – krzyknął Garadil, zdesperowany. – Ratujcie życie, biegiem! Kto…
   – Milcz! – do krzykacza przedarł się jeden z silniejszych elfów. – Stójcie, zachowajcie porządek! Stójcie, na bogów… nie możecie…
   Lecz panika uczyniła swoje. Ten i ów rzucił się biegiem w stronę bramy, łamiąc szyki, byle bliżej, byle do upragnionej wolności. Strach dodawał im skrzydeł, wygrywając nawet ze zmęczeniem.
   – Łucznicy! – padła komenda od strony straży. – Na rozkaz… Ognia!
   Chybkie strzały poszybowały w rozproszoną grupkę. Ten i ów zwalił się z jękiem na ziemię, zdzierając twarz o kamienie. Ten i ów upadł, tylko po to, by poczynić daremny wysiłek, podnieść się i kulejąc ruszyć w stronę bramy. Do wolności. Niejedno serce przestało bić, niejedne płuca przebito.
   – Moja noga…
   Jęki niosły się w grupie, przerażenie i desperacja. Miast rozbiegać się, elfy, widząc, że łucznicy mogą wystrzelać ich jak te kaczki, zbili się w grupę, szukając osłony. Lecz na nic i to. Żołdacy z Taroku dobyli broni, biegiem ruszając w stronę elfów. Nagie, obnażone miecze lśniły, odbijając światło płomieni, tarcze uderzały o pancerze, grzechocząc.
   Nadchodziła zagłada.

~*~
   Kaszląc, czując ból w prawej nodze, Heiana z trudem podniosła się z ziemi. Bolała ją głowa, spadający blok skalny niemal ją przygniótł. Niemal zewsząd otaczał ją ogień, jakieś uderzenie pozbawiło przytomności. W tym czasie walka musiała przenieść się w inne regiony, dookoła było dziwnie pusto. Tylko trzask ognia. Zaniepokojona, ledwie trzymając w dłoni miecz, rozejrzała się dookoła. Wsparta na broni, była teraz aż nazbyt łatwym celem. Jednak tutaj nikogo nie było.
   Wkrótce miała pojąć, dlaczego. Rozprzestrzeniający się ogień zupełnie odciął tę część miasta. Oddziały strażników wycofały się, unikając śmierci w płomieniach, a ci, co nie zdążyli, ginęli. Jeszcze o tym nie wiedziała, nie miała pojęcia…
   Była w pułapce.

~*~
   Strażnicy Tarok skupili się na obronie alchemicznej wieży. Oznaczało to jedno, alchemik szykował się do bezpośredniej walki albo szykował kolejny krąg transmutacyjny do stworzenia następnej maszkary. Golem, duch, smok, a może roje wojska? Czy miał jednak ofiary, aby to osiągnąć? By stworzyć, należało poświęcić rzecz o takiej samej wartości, jak kreowany twór. Nikt nie wiedział, co kryje się w kamiennej wieży.
   Golem miał przewagę; nie czuł bólu i chociaż bez ręki, z jedną dawał sobie całkiem nieźle radę. Jaruut jednak nie odpuszczał. Był olbrzymem, w jego żyłach płynęła krew watażków i zdobywców miast, niszczycieli istnień. Jeżeli poddałby się sztucznemu tworowi, nie mógłby spojrzeć w oczy klanowi. Zhańbiłby nie tylko siebie, ale i dobre imię olbrzymów. Golem, czy nie, musi się z nim rozprawić.
~*~
   Ivelios czuł narastającą irytację. Kusznik stanowił problem i przeszkodę, którą musiał szybko unieszkodliwić. Stał w miejscu, jak skała którą opływają zimne wody, bez możliwości ruchu. Jego ojciec mawiał, że bez poświęceń nie zostaje się zwycięzcą, a tylko przegrani chowają głowę w piasek, cofając się przed tym, co przynosi los.
   Uspokoić serce, wyrównać oddech. Z wiedzą, gdzie się kryje, można określić tor lotu bełtu. Zmyłka z gałganka powinna odwrócić na chwilę uwagę. Raz, dwa, trzy!
   W prawo stary elf wyrzucił zwiniętą w supeł tkaninę ze swojej tuniki; świst bełtu oznaczał, że trzeba było się śpieszyć. Szybki skok w lewo, po dachach i za… Drugi bełt wbił się w elfie ramię. Wszedł płytko, zamortyzowany przez skórzany kaftan. Kusznik był przeszkodą, którą należy pokonać, by iść dalej. Musiał tylko wycelować… Naciągnął cięciwę, wychylił się…
   Jaruut rzucony przez golema zmienił wszystko. Nie było już kusznika. Nie było muru. Tylko jeden wielki gruz i raban walczących. Dach ze starym elfem zawalił się do środka.

~*~
   Statek przygotował działa. Huk wystrzałów był ogłuszający, ale szybko zniknął wśród kanonady miejskich armat, które celowały we wszystko, próbując trafić. Zza burty, z pokładu wyskoczyła dwójka mężczyzn; towarzyszące im dwa wilki śmignęły w bok, ku wschodowi, aby pomóc tam, gdzie brakowało rąk.
    – Idź gdzie chcesz, albo chodź za mną, tylko mi nie przeszkadzaj – najemnik ostrzegł Devrila tylko raz; zbyt śpieszno mu było, aby posłuchać głosu rozsądku, który wołał, aby trzymać się razem, bo tylko w ten sposób można przetrwać w miejscu ogarniętym walką. Zdając się na swój słuch, pognał przed siebie. Przetarta, stara koszula tylko mu przeszkadzała, ale przynajmniej częściowo chroniła przed ciepłem bijącym od płomieni. Przeskakując nad ciałami, omijając gruzowiska, ciągle mając w uszach krzyki i skrzek żelaznego golema, najemnik zatrzymał się nagle; chciał pobiec w prawo, ku centrum walk, gdzie słyszał narzekania krasnoluda, a później do dziadka, by znaleźć Szept. Wrzawa panująca w mieście przeszkadzała w słuchaniu, jednak usłyszał coś, co sprawiło, że stanął w miejscu. Ten rejon niemal całkowicie odcięty był przez pożar; drewniane konstrukcje kamiennych domów runęły, zamieniając się w płonące zapałki; zapasy zboża oraz drewna przestały istnieć, podżegając tylko pożogę. Nikt nie próbował tego gasić, najwyraźniej już dawno wszystko wymknęło się spod kontroli; nie było do tego ludzi, albo sprawy ważniejsze wzięły nad tym górę.
   Brzeszczot pociągnął nosem i chociaż jego odbieranie zapachów nie było tak dobre, jak uszy, wśród smrodu dymu, zwęglonych ciał i palonego drewna, wychwycił woń całkiem inną, obcą. Czuł zioła, wszędobylski zapach ziół. I w jednej chwili zdecydował. Szybko podjęta decyzja wymusiła na nim improwizowanie; zasłaniając rękawem twarz, wskoczył w płomienie. Krótki bieg z oparzeniami, zakończył się na widoku żołdaka z mieczem, który zamierza się na…
   – Heiana! - Brzeszczot powinien dziękować wyćwiczonym przez Sorena odruchom. Gdyby jego ciało nie zareagowało samo, drugi strażnik skróciłby go o głowę. A tak, walcząc instynktownie, odruchowo wykonując każdą czynność, zablokował nieudolny cios mieczem, wbijając ostrze sztyletu znalezionego przy jakimś martwiaku, między oczy napastnika. Drugi też nie miał szans. Lofar powiedziałby: pieprzony bohater, nie najemny miecz.
   Dopiero wrzask uświadomił jej, że nie jest tutaj sama. Lecz nadal była za wolna. Najpierw poznała Brzeszczota, potem, gdy wyeliminował obu napastników, zdała sobie sprawę z tego, co się naprawdę wydarzyło. Zbladła, gdy uświadomiła sobie, jak blisko była… jak blisko.
– Dar… skąd ty tutaj… ty… – zamrugała. Wyglądało na to, że tym razem najemny miecz nie dostanie przydługiego kazania. Pani elfka nie była w formie. Tylko, czemu ten Dar tak dziwnie na nią patrzył, jakby ją pierwszy raz na oczy widział? Nie tak wyobrażała sobie odnalezienie najemnika. Powinna wyglądać… bardziej… korzystnie?
   Cóż, przynajmniej była tak brudna, że nie było widać, jak się czerwieni.
   – Hei… - najemnik bał się jej dotknąć, bo może jest ranna, albo co i jeszcze zrobi jej więcej krzywdy, ale… Bogowie. Jak dobrze, po tych wszystkich dniach i tygodniach, było zobaczyć rozczochrane, krótkie włosy tej marudy. Nawet, chociaż nie zdawał sobie z tego sprawy, brakowało mu jej upomnień i prób zrobienia z niego elfa. Poza tym, czy ona od początku miała taki zgrabny nosek i długie, czarne niczym węgiel rzęsy? Nie, stop. Wokoło trwa walka, więc o czym ty myślisz, głupi najemniku? Ale nikt mu nie będzie upierdliwej uzdrowicielki zarzynał. Lubił ją. Poza tym, dobry medyk nigdy nie jest zbędny. I to nie miało nic wspólnego z jej… Stop, skup się, głupcze, bo i ciebie mieczem przeszyją. Zdrowy rozsądek miał rację. Musieli uciekać. Pożar szalał wokoło i coraz ciężej się w tym dymie oddychało. – Musimy uciekać.
   Kolejne, co przywróciło jej świadomość. Choć niekoniecznie tak, jak sobie to Brzeszczot wyobrażał. Bo zamiast uciekać i szukać drogi wyjścia, elfka postąpiła kilka kroków w jego stronę i po prostu rzuciła mu się na szyję.
   Tak, to wszystko z radości. No, bo go widzi, całego i w ogóle. No i uratował jej życie. Nie chodziło o nic innego. Ani trochę.
   – Żyjesz – mógł usłyszeć. – Szept miała rację. Żyjesz.

~*~
   – Wiesz, mogłaś zatrzymać choć kilku – Midar wywinął toporem, zmierzył się na najbliższego strażnika. W porywie walki zgubił gdzieś hełm, brakowało mu tarczy, którą mógłby się zasłonić przed atakiem. Nie mówiąc o tym, ze ukochany toporek zaczynał coraz bardziej mu ciążyć. Słowem, krasnoluda dopadało powoli zmęczenie, najgorszy wróg każdego z wojowników, najemników i gwardzistów.
   – Tam są potrzebni bardziej – rzuciła, odrzucając na razie magię na korzyść miecza. Uciekinierzy póki co uzyskali pomoc, teraz trzeba było zatroszczyć się o pozostałych. W końcu, przyrzekła coś Heianie. Tylko, gdzie ona była?
   Corvus, Heiana, znajdź ją – Oby tylko nie było za późno na interwencję. Zresztą, trzeba było jeszcze zaopiekować się alchemikiem. Bardzo serdecznie.
   Odcięci. Ona i Brzeszczot. Płomienie. Zachodnia część miasta, ta granicząca z portem.
   Skąd tam się wziął Brzeszczot? Tej zagadki w najbliższym czasie magiczka nie miała rozwiązać. Ale skoro był z Heianą, nie pozwoli, by uzdrowicielce stała się krzywda. Doprawdy, wiara Szept w umiejętności najemnika zdawała się większa niż w jej własne.
   Nie wiem, czy dadzą radę przedrzeć się przez płomienie, są wszędzie…
   – Więc im pomożemy.
   – Mówiłaś coś, mała? – Sapiący, walczący u jej boku krasnolud skrzętnie troszczył się o to, by „mała” nie znalazła się w żadnym niebezpieczeństwie. Nie wszystko jednak można przewidzieć. Rumor walącego się muru, olbrzymie ciało ciśniętego olbrzyma… Jaruut był lepszy niż jakikolwiek pocisk, jeśli chodzi o niszczenie. W tej samej chwili pobliskim składem amunicji targnął wybuch, który przeniósł się i na inne. Beczki z prochem wybuchały jedna po drugiej, rozwalając mury, krusząc je, siłą wybuchu odrzucając na boki gwardzistów, urywając im ręce, kończyny, zadając śmierć. Jeden z takich wybuchów oddzielił brodatego krasnoluda od jego małej.
   – Mała? Mała!!! – odpowiedziała mu cisza. I kolejne wybuchy.
   Wiatr się zmienił.

~*~
   – Zostańcie na miejscach, zostańcie…
   Nawoływania zdawały się bezsensowne. Panika już zaczynała się szerzyć, atakujący strażnicy całkowicie zabili nadzieję na wolność, jeszcze zanim skrzyżowali miecze z tymi, którzy mieli jak się bronić. Pozostali mogli tylko próbować uciec lub zostać, by zginąć na zniszczonych ulicach ludzkiego miasta. Tarok, symbol zagłady. Czy miał się tym stać? Czy ich zdradzono? Kto? Środkiem miasta targnęła seria wybuchów, tego nie było w planie.
   – Ratujcie wasze życie! – ktoś wrzasnął.
   – Nie pozwólcie, by inni ginęli na marne! Za elfy! Za magię! – wrzasnął Gariadil, usiłując przekrzyczeć panikę. Na daremno.
   Wiatr się zmienił, ponownie, po raz kolejny. Za szybko. Piasek uderzył w oczy atakującym żołdakom. Lecz z piaskiem nadchodziło coś jeszcze. W ciszy, nie wydając żadnych odgłosów, a przecież stąpali po ziemi. Przejrzyści, nieco przypominający widma.
   – Nie życie, dusze! – Jeden z elfów, przekonany, że to dzieło alchemika, rzucił się w stronę żołdaków, wybierając śmierć od ostrza, niż z ręki upiorów. Ci jednak, ignorując skuloną, zbitą razem grupkę długouchych uciekinierów, skierowali się, wciąż zachowując milczenie, na żołdaków z Tarok.
   Przez kogokolwiek przywołane, najwyraźniej byli elfami sojusznikami.
   – Do bramy! – wydał polecenie Gariadril, widząc, że oto pojawia się okazja wymknięcia się z miasta.

~*~
   – Kapitanie, składy prochu! Ktoś je wysadził – zziajany strażnik dorwał kapitana, jeszcze zanim ten dał sygnał do odwrotu pod wieżę alchemika. Miastem wstrząsnął kolejny wybuch, potem następny. Jeszcze jeden.
   – Pożar…
   – Pożar nie dotarł do wieży, a tamtejszy skład wybuchł.
   – To znaczy… – kapitan spojrzał na pobliski skład. Poczuł, jak po jego plecach przebiega nieprzyjemne uczucie. Strach. Obawa.
   – Wycofać się. Wszyscy pod Wieżę! Wycof…
   Głos zniknął, stłumiony przez kolejny wybuch. Po oddziale nie zostało ani śladu, tylko walające się pomiędzy gruzami ciała. Wybuch zmieszał się z hukiem walącego się pod wpływem ciężaru olbrzyma muru. W tej samej chwili, nawet kurz nie zdążył opaść, zza niewielkiej osłony, jaką dawała pobliska chata, wybiegło małe coś. Przynajmniej tak to mogło wyglądać w oczach leżącego olbrzyma. To małe coś podbiegło do leżącego Jaruuta. Małe coś, co ewidentnie było człowiekiem, lecz nie nosiło munduru straży. Devril szybko zorientował się w sytuacji. I równie szybko znalazł lepsze wyjście niż magiczka, by pozbyć się golema. Był ze skał prawda? Kamień? Jeśli nie można trafić do oczy, jeśli nie czuje bólu uderzeń, zawsze pozostaje… go rozsadzić.
   – Zabierz go na plac, tam z boku, zwab go! – wrzasnął do Jaruuta, mając nadzieję, że dobrze ocenił przeciwników i olbrzym jest naprawdę po ich stronie. Chociaż… ich to czyjej?

~*~
   Dziwka Fortuna zaklęła, szturchając towarzysza Pecha, ale on nic nie mógł zrobić. Nie miał władzy zdolnej przechytrzyć Los. Bogowie tego nie potrafili. Fortunie się to nie spodobało. Czerwonowłosy najemnik, jej ulubieniec, psuł jej zabawę. Fortuna chciała uśmiercić – padło na uzdrowicielkę, ale teraz… W swej radości zapomniała, że Los bywa przekorny i nie ma nad nim żadnej władzy. A ludzie i elfy właśnie pokazywali, że potrafią odwracać go na swoją korzyść.

~*~
   Devril zgrzytnął zębami. Do chrzanu. Taki plan to żaden plan. Albo poświęci olbrzyma albo każe mu dalej walczyć z golemem i niech wygra silniejszy. Niby nic. Watażki nawet nie znał, a przecież zdarzało mu się ryzykować życiem bliższych mu osób. Lecz watażka znał Brzeszczota. A Devril nie był pewny, czy ten ostatni zrozumie potrzebę poświęcenia. Nie, żeby bał się najemnika. Tyle, że o prawdziwych przyjaciół czasem krucho. Nie, żeby uważał najemnika za przyjaciela. No dobra, lubił go. Ociupunkę. Odrobinkę. Tyci tyci.
   Nie to szlag, kanalia i pech w jednym. Trzeba będzie inaczej. Ale jak on, taki mały człowieczek, mógł pomóc w walce dwóch prawdziwych tytanów, wyjętych niby rodem z mitów i legend? Teraz już wiedział, jak czuje się krasnolud… no dobra, karzełek wśród ludzi.
   Myśl, myśl, ty nędzna namiastko mózgu. Myśl… Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać, zwłaszcza gdy wszystko wokół płonie, wali się i co tam jeszcze. I właśnie wtedy spojrzenie arystokraty padło na jednego z martwych wojaków. Kusznik. Kusza. Ślepia.
   Niedobra namiastka mózgu właśnie zaskoczyła.
   Niemal pędem rzucił się do ciała, wynajdując porzuconą obok kuszę. Dziwko fortuno, bądź błogosławioną i już nigdy nie nazwę cię dziwką… Kusza była cała, niezniszczona. Tyle, że w pobliżu nie było bełtów… Dziw… Miał jej tak nie nazywać.
   I chyba w podzięce Fortuna nagrodziła go, bo pośród tego wszystkiego udało mu się znaleźć kilka bełtów. Teraz jeszcze wycelować się i modlić, żeby trafić w oko. Golema, a nie olbrzyma.
   Październikowe Dziecko ciężko wylądował, zwalając się na jakiś budynek; raban i zamieszanie, jakie tym wywołał, ogarnęło całe miasto. Tarok stało się miejscem bitwy, która w ogóle nie powinna mieć miejsca. Mieli odwrócić uwagę, a potem czmychnąć, a tu… Wszystko wymknęło się spod kontroli, wszystko szło całkiem nie tak. Tarok zostało zrujnowane i jeżeli kiedykolwiek podźwignie się po tej wojnie, nigdy już nie będzie takie samo. Miną lata, zanim odbudowane zostaną domy, warsztaty rzemieślnicze i sam port, z którego miasto żyło. O tej walce wędrowni śpiewacy i karczmiani poeci będą układać pieśni przez najbliższych kilka lat. Fakt, że olbrzymy obudziły się ze snu i ruszyły w kraj, nie będzie już tylko plotką i szemraniem, ale oczywistością. Jeżeli watażkowie chcieli hucznie obwieścić światu, że znowu będą mieli coś do powiedzenia, nie mogli wybrać lepszego sposobu. I wszyscy będą mówić o zniszczeniach, o straconych ludzkich życiach, ale nikt nie wspomni o więzionych i torturowanych elfach. Ci, dla których poświęcono tak wiele, nie zostaną nawet zauważeni.
   – Na plac. A kimże ty… – Jaruut stęknął, rana pod żebrami była dotkliwsza niż sądził; krew kapiąca ogromnymi kroplami, zalewała mu bok, a uporczywe szczypanie przypominało ugryzienia jaskiniowych jaszczurek, których żaden olbrzym nie lubił. Cóż to jednak było dla watażki? Czy zostałby tym, kim jest, gdyby płakał przez małą ranę? Dopóki mu rąk i nóg nie pourywa, będzie walczył dalej. Mały człowieczek miał szczęście, tak w ogóle. Gdyby spotkał jednego z olbrzymów, zapewne skończyłby jako mokra plama wdeptana w ziemię. Olbrzymy nie grzeszyły bystrością i inteligencją, działały a potem myślały, na swój sposób. A że miał watażkę, powalonego i gramolącego się na nogi, życia nie straci. – Pachniesz… – olbrzym wciągnął powietrze, wąchając niczym pies Devrila. – Brzeszczot! Rusz więc dupę i rozpierdolmy ten kamień. – Jaruut miał tylko jedną szansę. Roztrzaskana noga odmawiała mu posłuszeństwa, ale prędzej zginie, niż pozwoli tej potworze podnieść kamienne łapska na jego towarzyszach. Jeżeli bogowie gór chcą go już u siebie zobaczyć, odejdzie stąd z hukiem, jak na olbrzyma przystało.
   Raz. Dwa. Trzy.
   Dźwignąwszy się z ziemi, zostawiając za sobą kałużę czarnej niemal krwi, olbrzym zaatakował golema; przywołaniec zbierał się przez chwilę, bo i on ucierpiał, ale nie widać było po nim zmęczenia, czy rezygnacji. Napędzała go jedna myśl: zabić, aby wrócić do nicości, wypełniwszy kontrakt z alchemikiem.
   Na plac. Kilka pchnięć, wyprowadzonych ataków i golem znalazł się tam, gdzie powinien być. Walczył skubany, nie chcąc przerwać uścisku i póki co, plan który miał w głowie Devril, będzie musiał poczekać albo ulec zmianie. Golem nie puszczał, jakby wiedział, że trzymając przy sobie olbrzyma, przedłuża swoje życie.
   – Przytrzymam! – głos olbrzyma odbił się od zabudowań; Jaruut miał jedną szansę, niech lepiej ten chłystek ma celne oko, bo inaczej drugiej próby nie będzie. Olbrzymowi ćmiło się przed oczami, a krople krwi wielkości kałuż, zbyt dobitnie świadczyły o tym, że watażka jest na wykończeniu. Trafić w ślepia, a potem Październikowe Dziecko urwie kark tej imitacji olbrzyma, tej kupie gruzu, co nie powinna chodzić po świecie. Złamanie gnatów alchemikowi powinno być jeszcze łatwiejsze, a dopóki Jaruut miał głowę na karku, będzie niczym upierdliwa pchła, podgryzająca skórę. Więc do dzieła. Uderzyć tu, walnąć tam, osłonić się, uniknąć i przytrzymać.
   – Strzelaj!
   Głos olbrzyma utonął w ogólnym gwarze, odbił się od zabudowań. Jeśli Jaruut miał jedną szansę, to tym bardziej Devril. Jeśli straci olbrzyma, swoisty bufor pomiędzy nim a kamiennym golemem, wtedy tamten rozetrze go na miazgę. No, chyba że mały człowieczek w porę odstawi na bok odwagę i weźmie nogi za pas.
   Póki co jednak trzeba było wymierzyć. Nie lubił kusz, wolał znacznie poręczniejsze i szybsze łuki. Lecz kusza miała większą siłę nośną, a i rany nią zadana bywały poważniejsze. Jeśli trafi w czarny punkcik, gorejące oczko… Nie było miejsca na jeśli. Trafi. Musiał ustawić się na wprost, kolejna wada, której w kuszach nie lubił. W przeciwnym wypadku bełt straci swoją siłę i… Przełknął ślinę. Czasami zbyt bujna wyobraźnia nie była pozytywnym atutem. Nadal czuł, jak trzęsą mu się dłonie i jeśli się nie uspokoi, nie opanuje…
   Nałożył bełt. Prosta czynność, lecz podziałała na niego uspokajająco. Tu już nie było miejsca na rozmyślania, na wyobraźnię. Tylko działanie. Naciągnąć. Mierzyć. Puścić. I dopiero teraz mógł się modlić i trząść portkami. Tyle, że biegu wystrzelonego pocisku już to nie zmieni, więc czy miało to w ogóle sens?
   Może powinien wycelować nieco bardziej ku górze? Albo ku dołowi… Zmrużył oczy, niepewny efektu końcowego. Chociaż… jeśli olbrzym golema przytrzyma… Nie wybiegajmy jednak zbytnio do przodu myślami.

~*~
   Ivelios widział tylko ciemność. Czuł rozkruszony cement i palone drewno. Dopiero po chwili zorientował się, że to, co brał za wodę, było krwią kapiącą mu z przeciętego łuku brwiowego. Nogi przywalone miał drewnianymi krokwiami i gruzem; nie były złamane, ale chwilę zajmie mu wydostanie się spod nich. Łuk gdzieś przepadł, kołczan zniknął pod zawaliskiem. Spróbował poruszyć nogą, ale nawet nie drgnęła. Zaparł się, podciągnął i poczuł tylko ból, kiedy zablokowana noga nie mogła przecisnąć się przez drewno. Nad głową miał fragment dachu, piach i rozkruszona zaprawa zaczęły sypać się z góry, kiedy spróbował mocniej wyszarpnąć nogi. Wszystko groziło zawaleniem. Elf był uwięziony. Sowy nie odpowiadały. Ivelios nigdy nie krzyczał, jego głos nigdy nie podniósł się na tyle, by nazwać go choćby podniesionym. Teraz jednak od tego zależało jego życie. Wróg czy swój, ważne, by go wyciągnęli.
   – Pomocy!
   Znów rozkruszona zaprawa poleciała starszemu elfowi na głowę, krokwie zatrzeszczały złowieszczo, jakby zaraz miały runąć w dół, wprost na niego, zbyt przeciążone, zbyt nadwątlone. Albo… ktoś się zbliżał. Krokwie znów zatrzeszczały. Tak, ktoś tam był. Wróg czy przyjaciel?
   – Czort z tym, gardła weź nie zdzieraj – z góry doleciał nieco chropowaty, nieco gruby głos. – Uff… zachciało się pobojowiska, bitwy, nie na twoje latka.
   Ktoś ostrożnie schodził z dachu, opuszczając się na rękach i co chwila narzekając. A to piach dostał się do nosa, a to coś wpadło do oka. I jeszcze w gardle zaschło, pieprz normalnie.
   – Ani kropli gorzałeczki, miodku też nie. Jeszcze jak pan patelnia gdzieś zniknie, to i mordy nie będzie w czym umoczyć. Umiesz ty gorzałki choć krztyny zrobić, hę?
   Brzdęk, coś spadło z góry. Najwyraźniej jakaś deska, może kamienie nie wytrzymały, runęły pod ciężarem. Wszak to tylko krasnolud był, niewielkich więc i gabarytów, ale zbroja i zatknięty za pasem topór swoje ważyć musiały.
   – Ałć – doleciał Sowiookiego skarżący się głos. – Żem sobie pośladki potłukł. – Znów szmer, znów trzeszczenia i koło Iveliosa znalazła się zarośnięta, brudna, a jakże mile widziana krasnoludzka gęba. I tym razem od Midara nie było czuć ni kropli gorzałki. Jedynie wymieszany smród potu i krwi. – Co, ściskać mnie brachu nie będziesz, hę? No i w coś ty się dziadku wpakował. – Midar fachowym okiem zerknął na przygniatającą nogę drewno. – Porąbać? – Ciekawe, czy pytał o nogę czy o drewno. – Toporek mi się stępi. 
   Ivelios rozpoznał głos. – Midar Moczymorda Marudny. Czyżby zabrakło gorzałki, mości - Mówił o nogach, czy o deskach? – Rąb. Deski, nie nogi!
   – Zachciało się, plugawego miasta i mieszkańców. Tfu. Oni tu nawet nie wiedzą co to dobra, krasnoludzka gorzałka jest, dziadku. No co tak oczy wytrzeszczasz, to ty myślisz, że Midar Moczymorda na trzeźwo w deskę nie trafi? Chociaż… – krasnolud podrapał się po zarośniętej, zmierzchwionej brodzie. – Chociaż, gdybyś ty miał choć krztynę gorzałeczki, to bogowie świadkiem, nie odmówiłbym. Ale nie. Przeklęte elfy, wy nie wiecie co dobre. Tylko to rozcieńczone wino żłopiecie i to tak, że potem wam zaserwować gorzałki, to jak te drzewka padacie. Nie na waszą głowę solidny napitek. Dobrze, że się Łazęga w ludzi wdał, przynajmniej z niego coś będzie – utyskiwał dalej krasnolud, rozgarniając nieco drobniejszego gruzu, żeby mieć lepszy dostęp do zdradzieckiej deski. Cóż poradzić, Midar robił się drażliwy, gdy brakowało jego ukochanego trunku. Robił się też drażliwy, gdy coś zagrażało jego przyjaciołom. A tak się składa, że większość z nich stracił z oczu po tych wybuchach. Zwłaszcza zaś Małą.
   – Ale paluszki trzymaj z daleka, bo odrąbię – zagroził, dziwnie się ciesząc. Mocniej ścisnął trzonek toporka, łypnął na Iveliosa i o zgrozo, puścił do niego oko. Zaraz potem, nie odwracając wzroku od twarzy starszego elfa spuścił topór. Co za tym idzie, nie patrzył gdzie. Ivelios mógł przeżyć chwilę prawdziwej grozy – od tego momentu mogliby go zwać nie Sowiookim a Jednonogim. Lecz, o najpiękniejsza muzyko, do spiczastych uszu elfa dotarł charakterystyczny dźwięk rąbanego drewna, ginący w ogólnym zgiełku.
   – Coś ty dziadek, zbladłeś. No mówiłem, że taka bitka nie na twoje latka – oświadczył zadowolony z siebie Midar, wyciągając pomocną dłoń w kierunku Iveliosa, oferując mu pomoc w stanięciu na jego starcze nogi. – No, jak zrobisz te swoje elfie czary mary, to może byś nas z tej dziury wyciągnął, co? Jeszcze bym tym łapserdakom pokazał, że lepiej by na dupsku siedzieli, a nie za miecze sięgali. I muszę znaleźć Małą, bo beze mnie to jak nic ktoś jej guza nabije.
~*~
   – Żyję, żyję. Jeżeli jednak się nie pośpieszymy, to szamanka skopie nam tyłki – najemnik chwycił miecz, złapał uzdrowicielkę za rękę i pociągnął; wiatr się zmienił, pożar skierował w stronę portu, mieli szansę, aby się z płomieni wydostać. – Gdzie Szept? I dziadek? Co tu się w ogóle wyprawia? – najemnik najchętniej zebrałby wszystkich przyjaciół i siłą wypchał ich tyłki poza mury miasta, byle dalej od zgiełku i walących się domostw. Czy w ogóle był sens, aby uczestniczyli w tej wal… Ach, pewnie Szept znowu w wojowanie się wpakowała, całkiem to do niej podobne. I Brzeszczot się uśmiechnął. Bogowie, jak jemu brakowało tego wszystkiego. Mógł nawet specjalnie wsadzić palec w szparę w drzwiach i dać go sobie przytrzasnąć. Jak dobrze było wrócić do domu! - Chodź – złapawszy uzdrowicielkę za rękę, poprowadził ją za sobą.
   Heiana pokręciła głową – Nie mam pojęcia. Trochę oberwałam – a myśląc, że Brzeszczot zaraz zacznie ją tu macać, żeby ranę znaleźć dodała, dziwnie pośpiesznie i jeszcze bardziej czerwieniejąc, wyjaśniła. – W głowę. Mieliśmy zrobić…. znaczy się, odwrócić uwagę. Nie patrz tak na mnie, to pomysł Szept. Ściślej zaś mówiąc, twojego dziadka, który nas wpakował do Tarok, żeby pomóc tym elfom. Znaczy się, Sowiooki nas tu przyprowadził, nic nie mówiąc. A Szept wymyśliła, że trzeba odwrócić uwagę, żeby tamci mogli uciec – mówiła trochę nieskładnie, a słowo „trochę” było tu lekkim niedopowiedzeniem. – No to masz, tyle że dywersja przerodziła się w prawdziwą jatkę i jak się nie pośpieszymy, to szamanka będzie naszym najmniejszym zmartwieniem.
   - I to… Dla mnie?
   – A myślisz, że po co ruszyliśmy tyłki ze stolicy, panie marudo? Na pewno nie dla rozrywki, zapewniam. Po tym wszystkim to rozrywki będę miała po uszy. Gdzieś ty się szlajał, ciamajdo jedna, niewolnictwa ci się zachciało posmakować? – Teraz to ona ruszyła, ciągnąc go jak najdalej od portu i płomieni. Musieli jak najszybciej stąd znikać. – Masz ty w ogóle pojęcie, jak my się martwiliśmy, panie „ja tego nie powiedziałem”? – I jakoś tak się stało, że elfka nie była przeciwna temu prowadzeniu za rączki. No bo co? Puści takiego najemnika, to znowu jej się zgubi i… znaczy, im się zgubi. Im.
   – Bogowie niejedyni, jak ja was wszystkich kocham… – ups, wpadka – Dobra, to przez dym, ja tego nie powiedziałem – ale jakoś tak wyszło, że jak przez dym się przedzierali, elfiej łapki puścić nie chciał.
   Pomocy!
   Zatrzymał się na chwilę.
   – Słyszałaś?
   – Co słyszałam? Weź nie stój jak kołek, nie mam twojego słuchu. – Szarpnęła go nagląco, żeby się ruszył. – Trzask ognia, walenie się budynków czy to, jak ci walczący idioci się drą? Wy, mężczyźni. Tylko wam bitki trzeba do szczęścia. Bohaterowie od siedmiu boleści, zdobywcy – jakoś zapomniała, że jeden z tych mężczyzn właśnie uratował jej kobiecy tyłek. – A potem my musimy wszystko składać do kupy i rany leczyć. No, to co w końcu słyszałeś?

~*~
   Brzeszczot słuchał wywodu uzdrowicielki i chyba bogowie go opuścili, bo palnął taką głupotę, że powinni go zamknąć w więzieniu, głęboko pod ziemią, co by przemyślał sobie w samotności, swoje postępowanie. Ale to był Darrus, czasami najpierw mówił, a potem myślał. Ot paplał zanim zdążył się ugryźć w język, by nie powiedzieć tego, co czuje. – Znaczy, martwiliście się o mnie? Szept i wszyscy? Ty też? – Uzdrowicielka miała zimną dłoń; drobne, chude palce były tak cienkie, tak kruche, że ściskając je swoją dużą i bardziej szorstką ręką, najemnik miał wrażenie, że zaraz trzasną złamane. Mimo to ich nie puszczał. Taka delikatna. Umorusana, zziajana. Bogowie, kto wepchnął uzdrowicielkę w tę wojnę? Między ludzi, których musiała zabijać, a nie leczyć.     
   – Szept to ci głowę urwie i na pal wbije, a dopiero potem uściska – Heiana parsknęła, tym razem się myląc. Cóż mogła na to poradzić, specyficznie się działo, ale myśli płatały jej figle i gorzej jej się było skoncentrować. Do tego, akurat gdy był potrzebny, zawodził ją jej dar przemów i mydlenia oczu. I to wcale nie miało nic wspólnego z postawionym jej pytaniem. – Trochę. Bardziej niż trochę – przyznała z ociąganiem. – Bo podobno tak sobie dajesz radę, a tu znikasz jak kamień w wodę, twój dziadek szaleje, a babka szuka nowej głowy rodu… No to… – tak, mówić. Nawet bez sensu. Zwłaszcza bez sensu. Przynajmniej się nie chlapnie czegoś, co można potem żałować. – Poza tym, ktoś musiał pilnować Szept. I ktoś musiał wytłumaczyć Starszyźnie i Wilkowi, gdzie się magiczka podziała. Możesz mi wierzyć, potrafię obejść się bez tej przyjemności. Poza tym… 
   – Zgubiłaś melisę - no naprawdę właściwe zdanie we właściwym czasie, wypowiedziane przez właściwego człowieka, znaczy mieszańca. Już większej głupoty palnąć nie mógł. Tylko, że brak zioła za uchem wywołał dziwne odczucie, zupełnie tak, jakby elfce zabrano coś ważnego. A przecież najważniejsze powinno być to, że jest obok cała i zdrowa. Teraz pozostało jeszcze znaleźć Szept. Tak, pakuj do tego wszystkiego wredną magiczkę; rób z niej zasłonę dymną, co by nie wyszło, że zależy ci na kimś jeszcze.
   – Co? – Zamrugała, wyrwana z paplaniny. Zdezorientowana. Takim stwierdzeniem to potrafił rozwalić tylko Brzeszczot. Odruchowo uniosła wolną dłoń do ucha, poszukując znajomego kwiatka. Nie było go. Nawet nie wiedziała kiedy… Do tego mieszek miała pusty, wszystkie niemal zioła zużyła lecząc elfy. Nie miała melisy… Obejrzała się za siebie, w nadziei, że jakoś ją dostrzeże. Jasne. Równie dobrze mogłaby poszukać igły w stogu siana. I gdzie ona teraz znajdzie nowe, kwitnące kwiecie o tej porze… – Zauważyłeś – bąknęła, lecz nie brzmiało, jakby mu to wytykała. Bogowie, zlitujcie się nad głupią idiotką, bo to zabrzmiało, jakby się ucieszyła. Tyle, że jej uśmiechu wzrost nie mógł ukryć.

~*~
   – Te, sukienka ci się pali – Lofar siedział na brzuszysku jakiegoś martwiaka, polerując swoją patelnię. Brudny od krwi przeciwników, z siniakiem rosnącym pod okiem i sądząc po ustawieniu, wybitym małym palcu, spoglądał na sutannę kaznodziei. – Słyszysz? To mówię do ciebie ja, krasnolud.
   Jasha spoglądał ponad dachami domów, na walczące olbrzymy i nie prędko dotarły do niego słowa towarzysza. – Słucham? Co się pali?
   – Twoja kiecka.
   Kaznodzieja podskoczył, butem deptając po tlącym się skrawku ubrania; cóż ledwie się palił, ale nie mając wyjścia, co by nie potykać się o postrzępiony materiał, Jasha rozerwał brudne odzienie, robiąc z sutanny całkiem krótką suknię.
   Lofar zagwizdał. – Nie prowokuj mnie, panie kaznodziejo.
   – Muszę się dostać do Jaruuta.
   – Co was tak naprawdę łączy?
   – Wspólne interesy.
   – To teraz tak się mówi, na chędożenie?

~*~
   Strażnicy wycofali się pod wieżę, za wewnętrzny mur. Mur z grubego kamienia, mur pamiętający jeszcze czasy pierwszych starć olbrzymów. Solidny, gruby, z którym problem mieli nawet watażkowie. Ostatnia linia obrony. Najlepiej ufortyfikowana, z wieżami i basztami; w każdej armaty, folgierze i okienka dla łuczników albo kuszników. Braki w ludziach niestety sprawiły, że nie każda wieża była obsadzona.
   Na wewnętrznym dziedzińcu dyrygowano strażnikami; ustawiano, wydawano rozkazy. Za ich plecami wznosiła się wieża. Alchemik do tej pory nie wyściubił nosa poza jej obszar. Być może nie mógł jej opuścić albo nie nadszedł jeszcze czas na to. Mógł też kombinować coś, co wymagało spokoju przez dłuższy czas.
   Kapitanowie nie liczyli się z tymi, którzy zostali w tyle, wśród gruzu, szalejącego pożaru i walczących odmieńców. Wrota do wewnętrznego dziedzińca zatrzasnęły się, zamknięte żelaznymi sztabami. Ci, co nie zdołali się za nimi schronić, musieli radzić sobie sami. Wielu uciekło, jeszcze więcej zabito, ale wciąż stawiano opór, próbując pochwycić uciekinierów.
   W trójkątnym oknie białej wieży, pojawił się cień. Zakapturzony, z ukrytą twarzą, oparł się o kamienny parapet, patrząc na miasto w dole. Tarok przestało istnieć. Mistrz Sinodzioby będzie zawiedziony. Kolejne próby stworzenia esencji zostały zniweczone. I to przez kogo! Nekromanta już raz wspominał, że nad wybrzeżem, w wieży Wisielca przeszkodzono mu w uzyskaniu odczynnika esencji. Los był podłym żartownisiem. Zwłaszcza teraz, kiedy okazało się, że alchemiczne próby jej uzyskania przyniosły zadowalające efekty. Kiedy okazało się, że wystarczy umieścić ziarno w ciele wypełnionym magią, najlepiej elfim, by otrzymać esencję. O tym, jak ginęły łapane elfy, nikt nigdy miał się nie dowiedzieć. Także to, do czego służyły, że były naczyniami, pojemnikami. Łatwo było oszukać ludzi, obudzić uśpioną nienawiść, wmówić im, że elfy to zło, które należy schwytać i zabić. Przecież nie pomogły miastu, kiedy olbrzymy je niszczyły, odwróciły się plecami, chociaż z ludźmi handlowały. Zdradziły. Należało więc je złapać i zabić. I ludzie widzieli martwe, powieszone elfy i to im wystarczało. A to, co działo się za murami białej wieży, było tajemnicą, o której nikt nie wiedział.

~*~
   – Brzeszczot? – pociągnięty za rękaw, rozluźnił zaciskane nieświadomie palce na ręce uzdrowicielki. Chyba pierwszy raz się cieszył, że przewyższał ją niemal o dwie głowy, dzięki temu mógł ukryć zakłopotany uśmiech. Bogowie, co wyście z nim narobili! - Co słyszałeś? 
   – To musi być gdzieś tutaj – najemnik odchrząknął i posłał swoje myśli ku sowom, jednak pierzaste ptaszyska go ignorowały; nie, to nie tak, on ich nie wyczuwał, nie pohukiwały już w jego głowie, a to mogło oznaczać jedno: albo wszystkie zginęły, albo zostały odesłane. Szkoda, że wielkie sowy z Kol’hu Dur nie mogły ich wesprzeć. – Słyszałem go – trudno było wyciągnąć z hałasu i rumoru głosów, wykrzykiwanych komend i rozkazów te najważniejsze dźwięki. Od ich natłoku zaczęła najemnika boleć głowa i łupać w skroniach. Nie najlepiej było mieć czuły słuch, kiedy wokoło szalała bitwa. Skupić się na głosach przyjaciół, nie słuchać lamentu umierających i trzasku płomieni. Słysz przyjaciół i wrogów, nigdy nie zamykaj się na wszystko, bowiem przyjdzie ci za to słono zapłacić. Wycisz inne głosy. Skup się.
   Ciepło dłoni było takie przyjemne.
   Cholera jasna.
   – To musi być gdzieś tutaj. Słyszałem go. To na pewno dziadek. I chyba… Moczymorda. – Tyle, że jak okiem sięgnąć otaczały ich gruzy i zwaliska. Ani żywego ducha. Do tego sąsiedni, drewniany budynek, najpewniej spichlerz, zajął się właśnie ogniem. Żołdacy i strażnicy Tarok wycofywali się w pośpiechu w stronę Wieży, centrum miasta, zostawiając swych rannych i zabitych, zbyt ciężką do przeniesienia broń, armaty i machiny wojenne. Starali się zachować szyk, lecz ten i ów padał, ten i ów wyrywał się do przodu, chcąc uciec ścigającej go śmierci. Zdecydowanie nie chciała tu być. Zdecydowanie tu nie pasowała. I zdecydowanie dobrze było mieć ze sobą trzymającego ją za rękę Darrusa. Bezpiecznie. I… przyjemnie.
   – No, jak zrobisz te swoje elfie czary mary, to może byś nas z tej dziury wyciągnął, co?
   – Słyszałeś to? – głupie pytanie. Na pewno słyszał, w końcu znacznie lepiej niż ona wszystko wyczuwał. Szept jakoś to nazywała, ale dziwnym trafem Heiana była nieco zbyt rozstrojona, żeby sobie przypomnieć.
   Głos zdawał się dochodzić spod zwaliska gruzów. Byłaby zbladła jak ściana, gdyby nie uświadomiła sobie, że trupy nie mówią. A skoro ten ktoś, kto przemawiał dziwnym, gardłowym, lekko schrypniętym głosem Midara mówił, musiał żyć. Do tego mówił do kogoś. Do Szept Midar by się w ten sposób raczej nie zwrócił, pozostawał więc…
   – Ivelios?! – Heina wyrwała do przodu. Była zła na Sowiookiego, była wściekła i miała ochotę … nieważne. Ale gdyby szanowanemu elfowi coś się stało i spadł mu choć włosek z jego przemądrzałej, wiecznie kombinującej głowy, to chyba by sobie nie wybaczyła oschłości, jaka towarzyszyła ich ostatniej rozmowie. 
   Zbliżając się zaś do zwaliska mogli dostrzec ziejącą w środku dziurę, w niej zaś dwie znajome sylwetki. Jedna spiczastoucha, druga niska, nieco krępa, w średniej zbroi i nieodzownym toporkiem. I z gęstą, nieco utytłaną brodą. 
   Ivelios przeciągnął się. Poruszył palcami w bucie i stwierdziwszy, że nic go nie boli ani nie łupie, wszystko jest całe, kucnął i wstał. Dobra, noga działa. Co prawda czuł rosnącego na karku guza, a i pod palcami wodzącymi po twarzy kilka siniaków i zadrapań, ale był cały. Szpiczastych uszu mu nie urwało, wszystko na miejscu. 
   – A mnie to już nie powitasz, hę? – Midar zadarł głowę do góry, łypiąc na Heianę. Cała i zdrowa. Dobrze. W takim razie musi tylko znaleźć małą. I… Midar pociągnął nosem. Patrzcie go, sam się znalazł! – Łazęga! Śmierdzisz rybami – poinformował Brzeszczota jeszcze zanim zobaczył zaglądający do dziury czerwonowłosy łeb najemnika. - To ty zamiast swojemu staruszkowi pomagać, to się włóczysz, poczwaro ty. I jeszcze – Midar spojrzał wymownie na tonącą w uścisku najemnika dłoń elfki – za spódniczkami się oglądasz i panie tu podrywasz. Coś ty, myślałeś, żeś na salony jakieś trafił?   
   Heiana rozejrzała się w poszukiwaniu owych spódniczek, za którymi to miał się Darrus oglądać. Widziała parę łbów, kilka hełmów, jakiś wyszczerbiony miecz. Ale spódniczki żadnej… oprócz… Ale Midar przecież by nie… A Darrus by nie… Przecież to był Brzeszczot! Uparty najemnik, który chyba na równi z Szept szuka guza. Do tego nie przyznaje się do swojego elfiego dziedzictwa. No. Brzeszczot. Po prostu Brzeszczot. Niech to bogowie, będzie musiała sprawdzić, czy nie ma jakiegoś solidnego guza na głowie. Jedna ze spadających cegiełek musiała ją uderzyć za mocno i pomieszać zmysły i myśli. Bo… jeśli Midar bił do niej… Coś było naprawdę nie tak, jak powinno. Nie miała nic przeciwko temu. Ba, podobała jej się ta myśl. Tak, zdecydowanie musiała uderzyć się za mocno w głowę. 
    Łazęga?
   Sowiooki nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył obok drobnej twarzyczki uzdrowicielki. Musiał uderzyć się za mocno w głowę, albo go jakieś majaki ogarnęły, bo to nie mógł być Darrus. Opalony, umorusany i brudny jak świnia, z białym piórem w rozczochranych włosach. Żywy, równie zdziwiony ich widokiem, co oni jego. Jak, na bogów, znalazł się w Tarok. Przecież wyspa, morze… Musieliby mieć stat… Sowy wspominały o statku. Silva i Dravaren? Bogowie byliby zbyt łaskawi.
   Darrus.
   Brzeszczot, który nie zdawał sobie sprawy z tego, jakie emocje targają jego dziadkiem, wyglądał tak, jakby nie wiedział, co mówił do niego Midar. Uniósł swoją dłoń, trzymającą łapkę uzdrowicielki, spojrzał na nią, na Heianę, na krasnoluda i chyba zorientował się, o co chodzi, bo od razu rękę elfki puścił, jakby zaczęła go parzyć.
    – Co, miałem jej nie trzymać? – najemnik usiadł na pękniętej krokwi i przerzucił na drugą stronę nogi, najwyraźniej chcąc się do dziury wpakować. Ale nie, skoczyć nie skoczył. – Jeszcze by się zgubiła, jak Szept – i jego wymowne spojrzenie aż nazbyt dobitnie świadczyło, co ma na myśli: zgubiłeś ją, mości krasnoludzie. Nie, nie, nie, za nic się nie przyzna, że trzymając rękę uzdrowicielki czuł się jakoś pewniej, jakoś mu dobrze było i najchętniej wcale by jej nie puszczał. Przeklęty Moczymorda, wszystko musiał zepsuć. Nie, to ty puściłeś jej łapkę – głupie, wredne sumienie. To co niby miał zrobić, trzymać ją dalej? I może jeszcze powiedzieć, że o dziwo, chętnie potrzymałby ją dłużej, bardzo dłużej?
   – Może byś tak ruszył dupsko i nas wyciągnął, panie najemny miecz?
   Ivelios uśmiechnął się. Zaraz też roześmiał. Całe napięcie, cały strach, które przytłaczały go od wyruszenia z elfiej stolicy, nagle przestały ciążyć. Zniknęły, spadły mu z ramion niczym ciężki głaz. Odetchnął z ulgą. Ten głupiec był cały i zdrowy. Znalazł się sam, kiedy oni utknęli w portowym mieście. Bogowie.
   – W coś ty się znowu staruchu wpakował?
   – Na pewno nie w niewolnictwo.
   – Bo ciebie, takiego żylastego i kościstego, nikt by nie chciał.
   – To musi znaczyć, że z ciebie zrobiono służkę.
   – Przydupasem to był Devril. Wyłazicie z tej dziury? Bo pożar i czary mary by się przydały.
   – Nie ma.
   – Czego?
   – Zaklęć nie ma, młotku.
   – W sumie. Nie kicham, a powinienem. Mam za to wysypkę! – i odwrócił się, podciągnął koszulę i pokazał plecy całe w czerwonych kropkach. – Widzisz?
   – Jest alchemia.
   – To może ja jestem na nią uczulony?
   – Poważnie?
   Heiana chrząknęła. Oczywiście, szanowała Iveliosa i jego potrzebę przywitania dawno niewidzianego wnuka, ale… Zawsze jest jakieś ale. Powinni wziąć się do roboty i znaleźć Szept. Poza tym, bez opiekuńczego, pewnego uścisku Brzeszczota czuła się nieco dziwnie. Jakby zabrakło jej czegoś ważnego. A przecież był tu tylko głupi uścisk, podana w potrzebie dłoń i ocalenie elfiego życia. No dobrze, może nieco dramatyzowała z tym życiem… ale na pewno ocalenie przed poparzeniem. Normalnie najemnik prawie jak rycerz na białym koniu. Jeszcze niech sobie pomyśli, że to takie romantyczne, to uzna, że nie tylko uderzyła się w głowę, ale jeszcze bredzi w malignie. Brzeszczot rycerzem na białym koniu, też coś! Przecież ta kobyła by go zrzuciła ledwie by na niej usiadł, zgubiłby po drodze miecz, a z tarczy to by zrobił stolik. Ale… Musiał się Midar odzywać. Lubiła Midara, naprawdę. Pomimo jego licznych wad. Tym razem byłaby mu jednak ogromnie wdzięczna, gdyby zatrzymał swoje uwagi dla siebie.
   Brzeszczotowi nie przeszkadzały te przegadywania. Sowiooki też zdawał się z nich cieszyć. Dziwna para, dziwna rodzina, ale na swój sposób wyrażająca emocje.
   – Dobra, wyłazić.
   Ivelios chwycił krasnoludzki toporek i cisnął nim w najemnika; złapana broń została ułożona obok, co by nie spadła, ani nic jej się nie stało, jakby potem Midar miał marudzić, że uszkodzono mu towarzyszkę wojaczek. 
   – Ale niech no się chociaż zadraśnie, to własnego wnuka nie poznasz – odgrażał się, przynajmniej dopóki nie usłyszał kolejnych słów dziadka.
   Biedny Midar. Sowiooki spojrzał na niego. – No, teraz twoja kolej, mości krasnoludzie. Za toporkiem.

~*~
   Golem zaczął się szarpać, wierzgać, jakby przeczuwał, co się święci. Tak naprawdę do życia powołała go wola alchemika i to alchemik ustalił zasady jego bytowania na tym świecie, wpajając mu, co powinien osiągnąć, by wrócić. Kręcił się i szarpał, bo pchała go do tego rządza zabijania, rozkaz alchemika – zabij. Miał zabić tych, którzy wystąpili przeciwko niemu. Właściwie nie czuł, nie myślał, a działał wykonując polecenia.
   Jaruut słabł coraz bardziej. Przechylił się na bok, uginając zranioną nogę pod ciężarem przywołańca. Ramionami przytrzymywał wyrywającego się golema, w myślach poganiając tego małego człowieczka. Niechże wreszcie nałoży bełt!
   Gdzieś na wschodzie, przy bramie, wybuchnął skład prochu.
   Golem wyrwał się, ale olbrzym był szybszy. Wciąż stał na nogach, bo adrenalina w jego krwi niwelowała ból i odpędzała zmęczenie; swoisty szał, w który wpadali watażkowie pomagał, ale długo nie trwał.
   Bełt trafił na kuszę.
   Jaruutowi przez myśl przeszło, że najwyżej dostanie w oko.
   Świst wystrzelonego betu był szybszy i głośniejszy niż przypuszczał. Golem w jego ramionach znieruchomiał, zwiotczał, osuwając się na ziemię. W jednej chwili, gdy grot utkwił w oku, opuściła go wola walki. Kupa kamieni, którą podtrzymywało przywołanie, rozsypała się, tracąc spójność. Golem rozsypał się jak drewniane klocki dla dzieci. Zaraz za nim upadł i olbrzym.
   – Jaruut!
   Jasha, sapiąc i krztusząc się od biegu, potknął się i byłby wywalił, ale podtrzymał się ściany. Miał przed oczami tylko powalonego olbrzyma.
   – Całkiem, kurwa, ładny strzał – obok Devrila pojawił się Lofar, patrząc jak kaznodzieja próbuje się przedostać do watażki. – Jak w romantycznej balladzie, do diaska.
   Devril dopiero teraz poczuł, jak bardzo się spocił. Bezużyteczna kusza wysunęła się z jego rąk, upadając i dołączając do reszty wieńczących gruzowisko śmieci. Ręce miał mokre, podobnie czoło, osiadł na nim kurz i popiół. I w co on się wpakował? Ano, trzeba było nie zadawać się z szemranym towarzystwem czerwonowłosego najemnika i kręcącego wszystkimi dookoła maga z Królewca. Trzeba było siedzieć w Drummor jak na dziedzica przystało i wszystko inne mieć w głębokim poważaniu. Troszeczkę za późno na takie rozważania. Strzał wprost podręcznikowy. Mistrz Daveth, jego nauczyciel z okresu dzieciństwa w życiu by nie uwierzył, że to dzieło jego ucznia. W tamtym okresie Devril wolał wymykać się do wioski niż cierpliwie celować do wyznaczonej przez nauczyciela tarczy. Wiejskie dziewki były zdecydowanie ładniejsze, a bójki na pięści o wiele ciekawsze. I pomyśleć, że kiedyś będzie wdzięczny za te zmarnowane godziny dzieciństwa.
   – Oby nie. W romantycznych balladach bohater ginie piękną, szlachetną śmiercią. Co nie zmienia faktu, że jest martwy. Aż tak bardzo mi się nie śpieszy do zaświatów, panie krasnoludzie – kontrolnie spojrzał na Lofara, po czym ostrożnie omijając gruzy i zwaliska skierował się w stronę olbrzyma. Jego strój już chyba nie mógł być bardziej wyświechtany niż teraz. Trzask! Materiał płaszcza zahaczył o jakiś gwóźdź czy pręt, diabli wiedzą. Bardziej wyświechtany może nie mógł być, za to podarty jak najbardziej. Teraz to znacznie bardziej przypominał żebraka z ulicy niż pana na Drummor.
   – Pokaż – zwrócił się nieznoszącym sprzeciwu głosem do klęczącego przy Jaruucie kapłana. Niby nie rozkaz, lecz nie prośba. Głos kogoś, kto nawykł do posłuchu i wydawania poleceń. Także głos kogoś, kto wie, co robi. Miał tylko nadzieję, że na widok rany go nie zemdli. To byłby przypał.
   Bogowie tym razem byli po jego stronie. Może się skrzywił, ale go nie zemdliło, ani nie zwrócił posiłku. Może dlatego, że jego żołądek był już pusty. – Trzeba go stąd zabrać – zakomunikował ponuro, uświadamiając sobie, że to akurat wcale nie będzie takie łatwe. Bramy miasta były zamknięte, olbrzym ciężki, a wozem przez wyrąb w murach nie przejedziesz. Zresztą, nawet nie był pewien, czy uda im się zdobyć konie. I ile ich by było potrzeba, by uciągnąć wóz z watażką. Jaruut mógłby przejść na dietę czy coś takiego.
   Potoczył wzrokiem dookoła. Pusto. Za pusto. Złe przeczucie nasiliło się. Do tego ani kropli wody do przemycia rany. Ani szycia, bo to będzie zdecydowanie konieczne. Mięśnie same się nie zrosną, rana była za głęboka. Nie miał też nic, czym mógłby złagodzić ból. Do tego bielejący wśród krwi i czerwieni fragment, który nawet z jego ubogą wiedzą uzdrowicielką miał tylko jedną nazwę. Kość. I krew. Utrata krwi, zbyt duża, też nie była dobra, nawet jeśli Devril nie do końca wiedział, dlaczego. Brudna rana też nie, bo… – Uciskaj – zwrócił się do kapłana, rozrywając już naddarty płaszcz i wybierając czystszą część. Tę, w którym niegdyś granatowy kolor był najczystszy. – Ja spróbuję sprowadzić kogoś z waszych. Maga, uzdrowiciela. – Przynajmniej miał nadzieję, że mieli tu kogoś takiego. Jak nie, to przytacha Brzeszczota i jego do wozu zaprzęgnie.

~*~
   Alchemik uderzył pięścią o kamienny parapet. Golem poległ! Rozsypał jak dziecięce zabawki, jak domek z patyków, jak…
   – Wycofaliśmy oddziały. Nie wiem jednak, ilu naszych zostało za murami – kapitan gwardzistów nie musiał wspominać o pokonanym golemie. Szczęście, że zamknięto bramy do wewnętrznej części fortyfikacji i wieża została odcięta. Magia nie działała, jeżeli ci głupcy, ta garstka chcących zwyciężyć alchemika szaleńców, chciała wejść, cóż… Powodzenia.
   – Zejdziesz ze mną do podziemi.
   – Ale…
   – Odeślemy to, co należy do mistrza Sinodziobego.
   – Wieża?
   – Kupa kamieni.

~*~
   Kra! Kra! – poniosło się wśród płomieni i szczęku broni. Czarne ptaszysko przysiadło na parapecie, przy jednym z okien Wieży. Kruk. Wśród ludzi zwiastun śmierci, zły duch i symbol czarownic. To, że tu był, jeszcze otwierając dziób, wcale nie podnosiło ducha walki zmęczonych strażników. Do tego oddzielonych, pozostawionych na pastę losu. Nawet ich kapitan gdzieś zniknął po tym, jak wszedł zameldować o sytuacji Alchemikowi. Potem już nie wyszedł.
   Czająca się za jednym z murów magiczka nie pojmowała strachu ludzi. Zresztą, w tej chwili zgromadzone za murami oddziały były dla niej przeszkodą na drodze do celu. Do Białej Wieży. I niech jej ktoś teraz wciska kit, że to co czarne jest złe… albo że kruk jest symbolem śmierci. Takie inteligentne, bystre i mądre stworzenie…
   Potrząsnęła głową. Obiecała Heianie, że wyjdzie z tego cała. Heiana, nie ona. Tymczasem nie miała pojęcia, co się dzieje z uzdrowicielką. Była odcięta, lecz Corvus więcej nie był w stanie powiedzieć magiczce po tym, jak wiatr się odmienił.
   Jak ona miała obejść odpornych na magię strażników? Musiała się przecież dostać do Wieży. Dowiedzieć się, co takiego działo się za zamkniętymi drzwiami. Czemu elfy znikały.
   Corvus, upewnij się, że nie trzeba jeszcze więcej widmowych wojowników. – Ptak poderwał się, lecąc w stronę bramy. Tam, gdzie wysłała swe widma, by chroniły uciekinierów. W sumie, mogłaby przyzwać ponownie jakieś stwory. Tylko, że walka na dziedzińcu zaalarmowałaby alchemika. A tego Szept zdecydowanie nie chciała. To był jeden z powodów, dla których nie uciekła się do swojej magii. Jeszcze nie.
   Kroki. Szybkim, nieco wężowym ruchem cofnęła się głębiej za mur. Miarowe kroki, rytmiczne uderzenia. Ciężkie obuwie. Kolejny strażnik.
   – Jakie rozkazy? – usłyszała.
   – Nie ma. Nie ma.
   Oburzenie. Hałas. Protesty. Ludzie byli zdesperowani. A to prowadzi do ostateczności. Spodziewali się, że nie ma dla nich ratunku. Będą walczyć, aż padną. Może powinna do nich wyjść, obiecać nietykalność i ochronę, jeśli złożą broń? Tylko czy posłuchają? Czy uwierzą słowu elfa? Czy w ogóle pozwolą jej przemówić zanim, przekonani o własnej przewadze liczebnej, rozniosą ją na mieczach? A jednak… Dość krwi przelano już tego dnia.
   Szept miała dość zabijania.

~*~
   Lofar nie rozumiał relacji łączących kaznodzieję z olbrzymem. Jasha, cały blady, dziwnie starszy niż przed chwilą, spoglądał na watażkę, jakby go chciał zaraz zerżnąć, według krasnoluda. Niech się jeszcze rzuci mu w ramiona, wycałuje i cholera w dupę cmoknie, o ile olbrzym ją podniesie.
   – Ta rana jest głęboka i... On nie ma ucha! – faktycznie, w miejscu, gdzie do wczoraj, do rana było lewe ucho, ziała dziura. Wyrwane. Jasha rozejrzał się, ale wśród gruzowiska i zawalonych domów, nie dostrzegł niczego, co by mogło posłużyć do opatrzenia rany. Wody, będą potrzebować wody. – Pójdę poszukać! – nie powiedział czego, nie wspomniał gdzie, po prostu zerwał się i pobiegł.
   Lofar naprawdę nie rozumiał kaznodziei. Podciągnął gatki, poprawił stępiony na ludzkich głowach toporek i splunął, siadając na czymś, co przypominało zdobiony fragment dachu; jakiś posąg, jakieś suknie, może naszczytnik i cycuszki, między którymi krasnolud się usadowił z błogą miną.
   Jaruut poruszył się. Przekręcił, podparł na wielkiej ręce i podźwignął. Uniesiona głowa wyglądała na zmęczoną; sińce pod oczami, zadrapania, no i brak ucha, o którym olbrzym zdawał się nie wiedzieć. – Nie jestem, kurwa, ze szkła. I zszyjcie mi to cholerstwo, a wyjdę na własnych nogach, do czorta – już teraz chciał się podnieść, pokazać, że olbrzyma nie tak łatwo powalić, ale wśród śmiechu Lofara, usłyszał zdenerwowany głos kaznodziei, który tachał wielkie wiadro z wodą i sobie z nim nie radził. Przechylony w tył, aby mu łatwiej było utrzymać wiadro, Jasha chwiał się i szedł ciężko, a woda wylatywała to z lewej, to z prawej strony. Wątłe ciałko zdecydowanie nie nadawało się do noszenia wiader z wodą.
      – Spróbuj się podnieść, a opowiem wszystkim, jak to watażka w Gar... – Październikowe Dziecko zbladł. Chyba perspektywa wygadania jakiegoś sekretu przez przyjaciela sprawiła, że wolał przemilczeć i siedzieć na tyłku. Ale niech go tylko połatają, to on im pokaże, sam wyjdzie, jak zwycięzca, a co! Kurwa, czy ktoś w ogóle widział, by olbrzyma wywozić na wozie? Ciekawe czym go wyciągnąć. Nie, watażka się na to nie zgodzi, nigdy przenigdy. – Leż spokojnie. Trzeba ci ranę na głowie opatrzyć.
   – Jasha, a może wpakować go w krasnoludzkie tunele?
   – Niech cię pchły zeżrą, krasnoludzie.
   – Popatrz, bohater się zmył, a ty pyskujesz, panie zasłono.
   – Durny człowiek tylko! – ocho, duma olbrzyma została ukłuta dość poważnie. Bogowie, jeszcze tylko tego brakowało, by się z krasnoludem pokłócił, o to, kto jest bardziej męski, bo z golemem walczył, bo przytrzymywał. I co z tego, że to człowiek z kuszy wycelował w małe oczka? Drobnostka! Gdyby nie on...

~*~
  
Gdyby nie pokaźna broda, można by zobaczyć, jak Midar zzieleniał na twarzy. Zaraz potem jego policzki spurpurowiały jawnym oburzeniem.
   – Nie jestem żadnym cholernym ptakiem, tylko krasnoludem. Nie jestem też piłką, którą możesz ćwiczyć swoją mizerną celność i jeśli myślisz, że krasnolud potrzebuje twojej cholernej pomocy, żeby wydostać się z jakiejś głupiej dziury, do której właził tylko po to, żeby ci sflaczałą dupę ratować, to…
   Dalszych słów nie było, zamieniły się one w jeden wielki, donośny wrzask, aż Heiana zatkała uszy. Chyba nawet Midar nie podejrzewał, że potrafi aż tak głośni manifestować swoje niezadowolenie. O tyle dobrze, że w swym oburzeniu nie zapomniał chwycić się jednej z belek, inaczej mogliby oglądać nie tylko lot krasnoluda nad Tarokiem ale i spektakularny upadek. A przeklinał przy tym tak, że zawstydziłby chyba najbardziej wulgarnego orka. Zdaje się, że jeśli Ivelios wyjdzie z dziury to powita go wielce rozgniewany krasnolud.
   Wylądował całkiem ładnie więc krzyk w ogóle był niepotrzebny. Ivelios też się wygramolił, korzystając z pomocy wnuka. – Niewolnik... – mruknął, kiedy najemnik go podciągnął, kręcąc głową. Widać jednak było, że jest zadowolony. W tej jednej chwili podobieństwo patrzących na siebie mężczyzn było uderzając. Tylko inne oczy, inne uszy, resztka identyczna, nawet uśmiech. - Devril?
   - Wiesz o przydupasie? - najemnik nie powinien się dziwić, ale zaskoczyło go coś innego. Ktoś.
   – Przydupasem? Wybacz, panie dzielny, ale gdyby nie ten przydupas, to jeszcze byś na wyspie siedział i o boskim świecie to byś bardzo niewiele wiedział – koło nich pojawił się Devril, a pech chciał, że Winters słyszał ostatnie słowa najemnika. Ba, od jakiegoś czasu z umiarkowanym zainteresowaniem obserwował tę grupkę. A to kto zorganizował łódź, przepraszam bardzo? Kto w ogóle wymyślił plan ucieczki i zorientował się, z kim na wyspie najlepiej trzymać? Nie wspominając, że gdyby nie był tak blisko z lanistką, to najemnik by teraz gryzł ziemię za nieposłuszeństwo i odmowę zabójstw na arenie. A ten mu teraz z przydupasem wyjeżdża? Niedoczekanie.
   – Prać? – Midar nie znał Devrila. To była nowa twarz. Nowa twarz może być wrogiem. A nasz dzielny krasnolud potrzebował odzyskać nieco pozycji w gronie towarzyszy. Zwłaszcza po ostatnim locie. Bitka mogła być niezłą okazją ku temu.
   – Musicie zabrać stąd olbrzyma. Przenieść go magią czy coś podobnego. Nieźle oberwał – wyrzucił arystokrata zanim krasnolud mógł otrzymać odpowiedź na swoje pytanie. Nawet jeśli mizernego wzrostu, to Midar wyglądał dość wojowniczo.
   – Cholera. Paniczyk – wypluł to Midar, rozumiejąc, że kimkolwiek paniczyk jest, to stoi po ich stronie. Poza tym, paniczyk znał chyba Łazęgę, a to znaczyło, że…. Jak to leciało? Coś o przyjaciołach i wrogach. Przyjaciel… Wróg… Mała coś takiego kiedyś powiedziała… Wróg mojego wroga jest moim przyjacielem! Bingo! Brawo! Hm… tylko, w tym przypadku powiedzenie raczej nie pasowało do kontekstu. Zdecydowanie nie.
   – Nie damy rady wszyscy po niego pójść. Została jeszcze Niraneth, zapewne przyczajona przy wieży – Ivelios nie miał zamiaru opuszczać miasta. Wyjdzie stąd jako ostatni, kiedy cała reszta jego towarzyszy będzie na polach, już za murami. Wieża była ostatnim punktem obrony, jedyną przeszkodą na ich drodze do opuszczenia Tarok. I został jeszcze alchemik, którego nie powinno się pozostawić przy życiu.
   – Poza tym, sugerowałbym opuścić miasto. Cokolwiek się tutaj działo, będę próbowali to zatuszować. Zniszczyć. I lepiej, żeby nikogo z was nie było w pobliżu, gdy do tego dojdzie.
   Midar i Heiana odruchowo spojrzeli w stronę Wieży. Cokolwiek się tam działo, działo się tam. Cokolwiek się tam działo, dotyczyło elfów. Cokolwiek się tam działo elfom, dowody były w Wieży.
   Szept nie zostawia niedokończonych spraw.
   – Nie podoba mi się to – mruknął Midar, pociągając za brodę.
   – Mi też nie – westchnęła Heiana. – Ani trochę. – Potężna Wieża przerażała ją w sposób, jakiego nie pojmowała. Niby zwykły budynek, wysoki, strzelisty. Ale… Ziało od niej grozą. I Heiana naprawdę wolałaby trzymać się od niej z daleka. Ale… jeśli była tam Nira… 
   Brzeszczotowi jeszcze mniej to się podobało. Znając wredną magiczkę, nawet nie chciał myśleć, w co zdążyła się już wpakować. Gdyby tak miał chwilę na zebranie myśli, na skupienie, mógłby ja usłyszeć. pamiętał jej głos, znał barwę więc powinno się udać, ale w tej wrzawie było to teraz nieosiągalne. Heh, nie byłby sobą, gdyby nie spróbował. A niech mu ktoś magiczkę wkładająca palec między drzwi zaatakował od tyłu, to on już im pokaże, co to znaczy wkurzony najemnik.
   – Mówiłeś, że Jaruut jest ranny? – Łatwiej było się skupić na tym, na czym się znała. To odpędzało strach i zmuszało do działania. W końcu, jeśli było się potrzebnym…
   – Rozerwane biodro, mocno krwawi. Widać kość, ale zdaje się być cała. Wypadałoby odkazić i zszyć, ale tutaj tego nie zrobimy. A to jest olbrzym, nie damy rady go wynieść bez magii. Słyszałem też, że niektóre elfy znają magię uzdrawiania, może więc i to mogłoby pomóc. – Devril zmarszczył lekko brwi. Czego w ostrzeżeniu, by gdzieś nie iść, nie pojmowali? Niektórych on po prostu nie zrozumie. Jak chcieli dowodów, to niech się jeden z nich tam przekradnie, a reszta niech spada. Nie było sensu, by ryzykowali.
   – Myślę, że ta sflaczały dziadek ci pomoże. I jego sówki – wprawdzie to Hei była uzdrowicielką, ale Ivelios w większym stopniu zgłębił magię. A Jaruuta trzeba było najpierw stąd zabrać, na wypadek, gdyby paniczyk miał rację i ktoś tu brał się za czystki w mieście. Ten ktoś będzie miał problemy, postanowił krasnolud. Niech on tylko dostanie go w pole zasięgu swojego toporka. Tak, Midar znalazł nowy cel.
   – Za wysadzenie składów też mógłbyś mi podziękować. Jak się porywacie na miasto, to przydałoby się wam coś więcej niż jeden olbrzym – prychnął Devril. Nie ma to jak ludzka wdzięczność. Podziękować, nie, no bo po co. Jeszcze grymasić tu najemnik będzie. Trzeba było na wyspie siedzieć i na inną pomoc czekać, jak się łupinka i kapitan nie podobali. Ostatecznie, łupinka czy nie, do wybrzeża Keronii dotarli. Do tego w jednym kawałku. I na co ci tutaj jeszcze tracili czas? 
   – Pójdziemy po nią. Midar, Darrus i ja, a Devril zabierze Heianę.
   Uzdrowicielka nie wyglądała na przekonaną, za to Midar już był gotowy, już kręcił się w miejscu.
   Dziadek też, chyba naprawdę się im śpieszyło. Najemnikowi trochę niej.
   Zerknął na uzdrowicielkę, ale zaraz Midar go pogonił. – Brzeszczot!
   Najemnik machnął ręką na wołającego go krasnoluda. Niech sobie gardło zdziera, no przecież zaraz do nich dołączy, ani chwili spokoju. Przecież... Spojrzał na uzdrowicielkę. Czy ona zawsze była taka drobna i niska, czy po prostu to on nagle zaczął widzieć więcej? I czy w jej oczach widział troskę i upór, bo chciała iść już teraz szukać Szept, ale z drugiej strony olbrzym wymagał jej wiedzy uzdrowicielki?
   Heiana naprawdę nie była przekonana. Jaruut był ranny, potrzebował jej pomocy. Lecz co jeśli coś złego przytrafiło się Szept? Jeśli ona też była gdzieś tam, bliska śmierci? Uzdrowicielka wzdrygnęła się, przeklinając tę myśl i swoją zbyt wybujałą wyobraźnię. Bo zobaczyła ją, bladą, zakrwawioną, z zasnutymi mgłą oczami… Jeśli … Z całym szacunkiem dla zdolności Iveliosa, magiem może był, ale uzdrowicielem nie tak dobrym, jak ona. Ale Jaruut… Rozdarta, łypnęła na zbliżającego się w jej stronę Brzeszczota, czując kojący dotyk dłoni na ramieniu. 
   – Hei, posłuchaj – położył jej dłoń na ramieniu – Zajmij się naszym wielkoludem. Znajdę ją i przyprowadzę, masz moje słowo – może i było to dziwne zapewnienie, ale najemnik chciał dobrze. Westchnął. Co się z nim do cholery działo. Musi się z tego wyleczyć. Miodem u Lofara, orzeszkową gorzałką, czymkolwiek, bo... Nie, stop. Nie wymawiaj tego słowa, żadnych słów na m. I, bogowie miejcie go w opiece, zrobił coś, za co powinien dostać ze sto batów, albo winni go zamknąć gdzieś głęboko. Głupi Brzeszczot pochylił się nad uzdrowicielką i zawahał się, po czym chyba stwierdził, że nie i ucałował elfkę w czoło.
    – Przyprowadź ją – stwierdziła, lekko tylko łamiącym się głosem. – Siebie też. W jednym kawałku. – Daremny wysiłek, by się uśmiechnąć. Udało się, acz dopiero za trzecim razem. – Wybacz, ale pacjentem jesteś beznadziejnym. – Próba rozładowania sytuacji i napięcia. Równie nieudana jak wcześniejszy uśmiech. Niech to szlag, co się z nią działo, że spojrzenie najemnika odbierało jej jasność myślenia i zdrowy rozsądek. Otworzyła usta, chcąc coś powiedzieć… Nie powiedziała. To przecież nie było żadne pożegnanie, a Darus wróci do niej… Znaczy się, wróci z nimi wszystkimi i się wszyscy spotkają. 
   – Brzeszczot!
   – Idę do cholery! – zawołał wkurzony i odwrócił się na pięcie, krzycząc na Midara, żeby szybciej ruszał tymi krótkimi nóżkami, bo to on się wlecze.
   – Chodź – Devril ujął ją za rękę i pociągnął za sobą. Z tego, co słyszała, nawet między wierszami, paniczyk nie był tym, na kogo wyglądał. I potrafił sobie radzić w życiu. Jego skóra była przyjemnia w dotyku i mniej szorstka niż Brzeszczota. A jednak uczucie bezpieczeństwa i spokoju jaki niósł dotyk wielkiej dłoni najemnika nie powróciło. 

~*~
   – Tutaj – pociągnął ją na zniszczony plac targowy. Wydawało mu się, że wśród trzasku płomieni słyszy tubalny głos olbrzyma, cieńszy kaznodziei i na dobitkę jeszcze gruby krasnoluda. Drużyna w komplecie, a jeśli olbrzym był zdolny dobyć choć słowo ze swojego gardziołka, to chyba nie było aż tak źle, jak to wyglądało.
   – Powinniście ucisnąć ranę, chociaż zatamować krwawienie … – zaczął. Przecież im to powiedział zanim ulotnił się po uzdrowiciela. Właśnie. Heiana wysunęła dłoń z uścisku, pośpiesznie podchodząc do Jaruuta i odchylając przesiąkniętą krwią szmatę. Skrzywiła się, jednak nie z powodu nieprzyjemnego widoku, a samego stanu rany. – Daj tu tą wodę. Lofar, weź pomóż, a nie się śmiejesz – poinstruowała, lecz zanim krasnolud zdążył dotrzeć do kapłana, uprzedził go paniczyk. Jak na paniczyka, to nie stronił od pracy, zauważyła mimo woli Heiana. Ale i tak Brzeszczotem nie był. No i co ona porównywała każdego z najemnikiem? Przecież to był tylko Darrus. Aż.
   Ostrożnie przemyła ranę. Samą wodą, bo ziół już nie miała. Póki co musiało wystarczyć. – Powiedz, jeśli zaboli, postaram się być delikatna. – Mogła się przekonać, że arystokrata miał rację. Bez szycia się nie obejdzie. I magii. Trudno, Jaruut będzie musiał zagryźć zęby i to jakoś wytrzymać. Potem, za pomocą zaklęcia, pewnie lewitacji, spróbuje przenieść go poza obręby miasta. A niech no spróbuje jej protestować i zgrywać bohatera. Sam pójdzie. Jeszcze czego, żeby cała jej praca poszła na marne, a szwy popękały.
   Sytuacja, w jakiej się znajdowali, nie była taka znowu najgorsza. Wiatr zmienił swój kierunek i przesuwał się ku nabrzeżu i magazynom pełnym zboża i owoców morza; nad wielką wodą, na linii horyzontu zbierały się burzowe chmury; w kłębowisku pierzastych, masywnych obłoków barwą przypominających rozlany atrament, co chwilę błyszczały pioruny. Na masztach statków w porcie, chyboczących się na prawo i lewo, pojawiły się ognie Kastora i Polluksa; małe, ciągłe wyładowania elektryczne z gwizdem, zapowiadające nadejście burzy; niezawodny znak dla żeglarzy, że lepiej przygotować się na sztorm.
   – Heiana–elda, czy mu pomożesz? Czy to coś groźnego? Czy nic mu nie będzie? Proszę, uratuj go. Przecież to nie… – Jasha zagalopował się ze swoją troską, a olbrzym nie omieszkał szturchnąć go paluchem w źle wypełnioną łepetynę, co by nie paplał głupot i nie zachowywał się jak dzieciak. Też mi coś, kaznodzieja wyglądał tak, jakby olbrzym miał zaraz kwiatki, czy raczej kości od spodu wąchać, a przecież od takiej rany watażkowie nie umierają. Cóż, trzeba będzie wyedukować człowieka.
   – Zachowujesz się tak, jakby gnomy urwały ci jaja. No pierdolę, co za facet tak się martwi – Lofar wyciągnął skądś fajeczkę i właśnie się nią zaciągał; miała kształt smoczego ciała, a otwartej paszczy ulatywał dym. Obok siebie, na cycuszku posągu, ustawił manierkę z miodem, albo orzeszkową gorzałką, kto go tam wie. Nawet nie pomyślał, że nadałaby się do odkażenia, to by jej nawet uzdrowicielce na oczy nie pokazywał.
   – Zamknijcie się. Łeb mi pęka od waszego ględzenia – olbrzym zrobił się drażliwy; najpewniej była to oznaka utraty krwi i ogólnego wymęczenia. Poza tym, był, do cholery, watażką, a nie panną na wydaniu, która chlipie i ryczy od małego zadrapania. – Lofar, gorzałka.
   – Że niby moja? – krasnolud spojrzał na bukłaczek i prędko przygarnął go do piersi. Ruda broda ze świeżo splecionym warkoczem zadrżała. Oni chcą jego gorzałkę? On chce? – Wyżłopiesz mi wszystko, ty psi synu.
   – To mi kurwa nogę prawie upierdolili, a ty… – i tu padła soczysta wiązanka przekleństw, których lepiej jest nie wypowiadać na głos, bo uszy zwiędną. – Pani uzdrowicielko, on mi nie chce dać znieczulenia…
   – Uchlać się chce, a nie znieczulić!
   – Skaranie boskie z wami – kaznodzieja właśnie stracił cierpliwość; rzadki to był widok, bowiem trzymał nerwy na wodzy i jak prawdziwy mnich się zachowywał. Co prawda przy wieszczeniach końca świata wpadał w swoisty trans, aż nim zaczęło rzucać, ale na ogół można go nazwać ostoją spokoju i ładu, którego nie zburzy byle kamień, czy szturchnięcie. – Dawajże to, jemu bardziej potrzebne.
   – Nie oddam! – krasnolud jeszcze bardziej przytulił bukłaczek, a jak chciał się odchylić to z rozmachu zleciał i obił sobie pośladki. Cenny miodek czy inne ustrojstwo upadło w kurz. – Fircyku, zróbże coś! – Devril mógł teraz westchnąć, mógł zakląć, mógł poczuć się zirytowanym; każdy nazywał go fircykiem. Ach to pierwsze wrażenie.

~*~
   – Moczymorda! Zostajesz z tyłu!
   Brzeszczot się zatrzymał. Stanął tak nagle, że idący za nim krasnolud wpadł na niego i byłby się wywalił, gdyby go najemnik nie złapał za rękę; elfi refleks, którym wolał się szanowny pan mieszaniec nie chwalić. – Słyszeliście to?
   Ivelios westchnął, zatrzymując się. Nauczył się już, że warto czasami posłuchać wnuka, zwłaszcza jak słyszy coś niepokojącego, wzbudzającego wątpliwości; wszak jego uszy odbierały dźwięki tak ciche, że nawet stary elf nie potrafił ich usłyszeć. Dziwna była ta zmieszana krew rodu Kael't Crevan, z córki jego umiłowanej zrodzona, rozrzedzona przez krew zwykłego kowala. Wnuk z elfiej natury nie miał w sobie nic, nawet okruszka; był bardziej człowiekiem, chociaż dziedzictwa długouchej rasy nie mógł się wyprzeć; krew matki płynęła w nim i odmieniła go, czy mu się to podobało czy nie. Wszak szpiczastych uszów nie miał, ale widać matczyna scheda szczególnie potraktowała jego słuch. Słyszący umarłych – tak mówiły o nim młode elfiątka z rodu, kiedy najemnik je straszył. Tar’hur – mieszana krew, tym był dla większości.
   Bogowie. Ivelios się uśmiechnął, patrząc na wykłócającego się najemnika o nie wiadomo co z krasnoludem. Gdzie też podziała się teraz matczyna krew, co stało się z elfim dziedzictwem? Człowiek, człowiek pełną gębą.
   – Słyszeliśmy co takiego?
   Najemnik czasami zapomniał, że inni nie mają tak dobrego słuchu, dla niego była to codzienność. – Poczułem… – czy mu się zdawało, czy słyszał głos wrednej magiczki? Jak nic trzeba to sprawdzić. – Dogonię was – i już najemnika nie było. Śmignął zerwawszy się z miejsca i tyle go widzieli. Gdzie poleciał, tego chyba nawet sama czerwonowłosa maruda nie wiedziała. Za to ta maruda pomyślała o czym, o czym powinna pomyśleć wcześniej. Idiota.
   Lintu, lintu! – chwila ciszy, ale sowy mu odpowiedziały; w umyśle najemnika rozdźwięczało się pohukiwanie – Odnajdźcie olbrzyma. I uzdrowicielkę. Zostańcie z elfką. Kłopoty od razu alarmować. Uzdrowicielka była ubezpieczona. Chociaż nie ma szans, by spod białej wieży przedostał się natychmiast do niej, to myśl, że biała płomykówka będzie przy niej sprawiła, że odetchnął z ulgą i mógł się skupić na szukaniu wrednego tyłka szlachetnej królowej, którą należałoby uświadomić, że palec wkładany w szparę drzwi wiele razy, w końcu zrobi się wykrzywiony i powyginany.

~*~
   – Nie zbliżaj się. – Szept przystanęła przy murze, wciśnięta w niego. Żołdak spoglądał na nią, zbliżając się w jej stronę, powoli, acz systematycznie. Cofnęła się jeszcze bardziej. Strażnik uśmiechnął się, dał krok do przodu, dobył miecza i… fragment muru runął prosto na niego, przygniatając. Wątpliwe, by przeżył. – Nie mów, że nie ostrzegałam… – Szept wolałaby przejąć nad nim kontrolę, choćby dzięki czarnej magii. Niestety, alchemiczne kamienie chroniły strażników przed bezpośrednim wpływem magii. A ona musiała dostać się do Wieży. Przecież nie zostawi tego w ten sposób. To byłyby niedokończone sprawy. Co za ochrona, co za królowa, która nie dowie się, co tak naprawdę działo się za murami Wieży z jej poddanymi? Tak to mogła bawić się Starszyzna. Ona zamierza wprowadzić nowe porządki. Szkoda, że iluzję też przejrzą…
   Obejrzała się na strażnika. Iluzję przejrzą… ale przebierankę niekoniecznie. Uśmiechnęła się do siebie, nieco szerzej. Bogowie, jednak byli przy niej.
   Hełm okazał się nieco za duży. Co z tego, jeśli był niezbędny. Krył długie włosy i spiczaste uszy lepiej niż zaklęcie. Kolczuga ciążyła zmęczonemu ciału, uwierała tu i ówdzie. Jak tylko przedrze się do wieży, to się jej pozbędzie, postanowiła. Zerknęła na swoją laskę maga. Z takim czymś żołdacy Tarok zdecydowanie nie podróżują. W najgorszym przypadku zełga, że zabrała to elfiemu magowi. Przecież nie zostawi kostura tutaj, licząc że potem, jakimś cudem go odnajdzie. Był na to zbyt cenny. Zważyła w dłoni miecz. Nie za ciężki, krótki. Zawsze to jakaś obrona, chociaż wątpiła, by starczyło jej sił na zbrojne starcie. Zerknęła w dół, na ogołocone ze zbroi ciało strażnika. Był młody. Ile mógł mieć lat? Cóż, lepiej się nad tym nie zastanawiać. Lepiej nie myśleć. Albo on, albo ona. Tyle, że to wcale nie sprawiało, że czuła się przez to lepiej.
   W czym była inna od nich?
   Moralizatorstwo. Też sobie znalazła najlepszy czas na nie. Zagryzając wargi ruszyła w stronę bramy, pośpiesznie, jakby przed kimś uciekała. W zamieszaniu wpuszczą ją. Oby. Może nie zadadzą żadnych pytań. Tylko, jak na bóstwa wejdzie do wieży? Zwykli żołdacy pewnie nie mają do niej wstępu. Ale przynajmniej bez kłopotów przejdzie przez dziedziniec. Potem będzie się zastanawiać, co dalej. Jeżeli tylko będzie jakieś potem.

~*~
   Nieszczęsna sówka, wysłana przez Brzeszczota w dobrej wierze, zastała Heianę w drodze. Rzecz jasna, nie w stronę bramy i wyjścia z Tarok, a do Wieży. Jedne z nielicznych miejsc, w którym nie miała najmniejszej ochoty się znaleźć i zarazem jedyne, do którego zmierzała. Przecież nie zostawi ich tam samych, walczących nie wiadomo z czym. Miałaby się potem pokazać w stolicy i wyjaśnić, że wzięła nogi za pas? Powiedzieć, że nie wie, co się stało z Iveliosem i Nirą? Nie mówiąc o tym, że pod wieżą był Brzeszczot. A kogo jak kogo, ale jego tam tym bardziej nie zostawi. W końcu jej pomógł. Tak, musiało chodzić o to, bo przecież nie było innego powodu, dla którego miałaby najemnika szczególnie wyróżnić. Żadnego po prostu. Nie to poczucie bezpieczeństwa, jakie pojawiało się, gdy był w pobliżu. Nie zmieszanie, gdy palnął coś głupiego... jak choćby z tą melisą. A już szczególnie nie to ciepło, jakie czuła, gdy prowadził ją za rękę. Ciepło, jakie czuła gdzieś w środku, nie w ściskanej przez najemnika dłoni.

~*~
   Najemnik zniknął. Wziął i dał nogę, najwyraźniej ich zostawiając. Dezerter jeden. Ciekawe, gdzie tą łazęgę wywiało i co tak ważnego usłyszał, że musiał iść to sprawdzić. Jakby nie mógł im powiedzieć, zabierając ze sobą. Trzeba go będzie nauczyć współpracy, kiedy tylko opuszczą to miejsce i wrócą od Eilendyr. No, chociaż w elfiej stolicy przez jakiś czas może być nieciekawie, wszak królowa zniknęła, wieści o zaginięciu głowy rodu Crevan wciąż są aktualne i aż strach pomyśleć, co Krokusica wyprawia w ich domu. Fril, gdyby tylko działo się coś złego, poinformowałby dziadka, chyba że matka go spacyfikowała. Krokusica… Stary elf wzdrygnął się na myśl o tym, co działo się w domu, za którym zatęsknił. Robił się naprawdę stary, skoro ledwie podróż na wybrzeże sprawiła, że zaczął odczuwać dziwny sentyment, a w myślach zawitał mu pomysł, że może lepiej nie opuszczać spokojnego cienia starych drzew.
   – Powinniśmy pójść dalej. Dogoni nas – tylko dlatego, że znał swojego wnuka i wiedział, jak bardzo życie i los go zahartowały, nie ruszył jego śladem. Maltorn zrobiłby to samo, ale… Ivelios zdał sobie właśnie z czegoś sprawę. Gdzie podział się ojcowski miecz Brzeszczota? Ten, który odpychał magię i pomagał w leczeniu? Znając wnuka, pewnie wepchnął go gdzieś w juki, w skrytkę wcisnął albo Wolha uciekła razem z nim i wszystkim, co było w sakwach. – Czy nie macie, mości krasnoludzie, jakiegoś tuneliku pod murem?
   – Dogoni, phi. Łazęga jedna. Ledwo go przyniosło, już poleciał, a ty weź tu najgorszą robotę odwalaj. Z niego jest najemnik, nie ze mnie. Ze mnie jest krasnolud, phi. – Midar musiał sobie ponarzekać. Bez gorzałki robił się doprawdy marudny. Bez bitki też. Zwłaszcza solidnej. A tu ani jednego ani drugiego ani widu ani słychu. Nic tylko narzekać, ot co. – Chciałoby się, co staruszku? A czymże ja mam ci ten tunel wykopać, co? Toporkiem? Toż to nie łopata! Staruszku, ty tu jesteś magiem, to weź tu mury przenoś, bo podobno to potraficie. – Midar zmarszczył czoło, głęboko się nad czymś zastanawiają. Pokręcił głową, podrapał się po czole, znów pokręcił głową. – A… to było o wierze, nie o magii – stwierdził tonem odkrywcy. 

~*~
   Najemnik sam nie był pewny, co takiego usłyszał. W portowym mieście pełnym hałasu i dźwięków, działo się zbyt wiele, aby miał pewność. Jednak… Dałby sobie palca uciąć, że usłyszał wredną magiczkę.
   W stronę wieży; elfka – sowy zdecydowanie powinny popracować nad przekazem, żeby był jaśniejszy i bardziej ludzki. I wyczuciem, bo zaskakują człowieka, który mamroce złe słowa na magiczkę i przeszkadzają. Ponoć były inteligentne i symbolizowały mądrość. Jednak nie były to wielkie sowy, nie był to nawet ulubieniec dziadka, więc najemnik spytał tylko, czy uzdrowicielka. Odpowiedź sówki mu się nie spodobała. I kazał jej biedną uzdrowicielkę w ucho uszczypnąć. A jak ją najemnik dorwie, to nakopie do dupy tak, że popamięta i elfi miesiąc nie siądzie na pośladkach. Zamorduje.
   I gdzie się podział ten… O, usłyszał. W prawo, prosto. Jakże denerwujący był brzęk zbroi.
   Najemnik skręcił i stwierdziwszy, że nic w dymie i tej kupie gruzu nie widzi, wyszedł na zawalisko, sądząc po rozmiarach małego domu i rozejrzał się. Dziwne pustki. Z boku coś się ruszyło.

~*~
   Jasha wpadł w panikę. Niszczycielscy bogowie wojny, z chrapką na unicestwienie świata i ludzkości, dopomóżcie! Ześlijcie natchnienie, oczyśćcie umysł i doradźcie, co robić! – Nigdzie nie idziesz!
   – Ciekawe, jak mnie zatrzymasz.
   – Ani się waż! – kaznodzieja zagrodził olbrzymowi drogę, rozkładając szeroko ramiona; krasnolud przyglądał się im bez słowa, bo był obrażony, strzelił focha i o, bowiem zabrali mu bukłaczek z miodem na zmarnowanie! Znieczulenie, kurwa jego mać, jasne, ściemniać to im, ale nie krasnoludowi. Szubrawcy.
   – Przesuń się.
   – Nie przejdziesz! – w tym momencie zachowywał się jak ten sławny czarodziej, który dzielnie stanął przed ognistym potworem, nie pozwalając mu przejść. Jaruut zdurniał do reszty, jeśli sądził, że może wyjść z miasta o własnych siłach. Miał ranną nogę! Heiana zrobiła co mogła, a on ma to gdzieś! I niby gdzie chce iść? Tak po prostu sobie wyjdzie? A jak jacyś dziarscy i głupi do reszty, zawieruszeni strażnicy postanowią go zaatakować? – Utykasz jak, jak…
   – Kaleka?
   Jasha zgromił spojrzeniem Lofara.
   – Ułomek?
   – Utykasz!
   Jaruut stał o własnych siłach; ciężar prawej, opatrzonej nogi przełożył na tą zdrową, starając się jej za bardzo nie obciążać. Szmaty będące prowizorycznymi bandażami przesiąkły już krwią, ale jak przyjaciele będą tak dalej biadolić i prawić kazania, to zrobi się jeszcze gorzej. Już dawno doszliby do bramy, ale nie, zachciało się psia mać upominania. Nadszedł czas na chwycenie spraw za gardło i pokazanie im kto rządzi. Silną ręką.
   Olbrzym złapał kaznodzieję za materiał ubrania na karku i podniósł; niech wierzga, niech sobie krzyczy, niech się pluje, niech nawet jadem zacznie pluć i tak nie wróci na ziemię. Skoro brak mu zdrowego rozsądku, a głupia troska przysłania rozumowanie, to niech ma.
   – Jeszcze ja! – krasnolud poczuł się troszkę zapomniany.

~*~
   Jak zaraz nie dostanie się na plac, to weźmie i zrzuci tę przeklętą kolczugę. Już zapomniała jakie to diabelstwo jest ciężki. Zwłaszcza, że wyszło spod ludzkich, nie zaś elfich rąk. Albo chociaż krasnoludzkich. Ich słynne kolczugi z mithrilu…
   Corvus, wiesz co z pozostałymi?
   Elfy umknęły przez bramę. Widzę Sowiookiego i krasnoluda, chyba idą do Wieży. I olbrzyma, ale co on robi, to nie mam pojęcia. – komunikacja z krukiem była nieco lepsza niż Dara z sowami. Kruk wyrażał się nieco bardziej precyzyjnie.
   A Heiana? – cisza. Z racji zaś, że odpowiedzi nie było, Szept wysnuła własne wnioski. Kruk kuzynki albo nie widział, albo przeciwnie, widział. Tyle, że nie wyglądała zbyt żywotnie. A że wiadomo, zbytnie zaaferowanie i troski nie sprzyjają ostrożnemu i uważnemu stąpaniu, to i elfka za późno zorientowała się, że ktoś wdrapał się na zawalisko. Już znalazła się w polu widzenia człowieczka. Sięgnęła po ostrze, chcąc się bronić przed atakiem… kolczuga zatrzeszczała przy ruchu. Była przecież przebrana! Nie zatrzyma jej, a jak dobrze pójdzie, to ją po prostu zignoruje. Nie zdziwiłaby się, gdyby wszystkie niedobitki zmierzały w stronę Wieży, tam szukając… czegoś. Ratunku? Pomocy? Po prostu czegoś.
   Tylko, czemu ten konkretny strażnik nie nosił zbroi? Zmrużyła oczy, czując, jak hełm znowu przekrzywił jej się lekko na głowie. Za luźny.
   Gdzieś dalej w stronę Wieży uparcie zmierzała uzdrowicielka, nawet pomimo protestów towarzyszącej jej sówki. Kto wysłał za nią takie upierdliwe coś? Już ona powie Sowiookiemu, co myśli o takiej nadopiekuńczości! Przecież dzieckiem nie jest, poradzić sobie potrafi. Zawsze potrafiła. Nie potrzebuje dodatkowej ochrony. A już na pewno nie skrzeczącego czegoś, od którego tylko kichała niemal przy każdym kroku.

~*~
   Ciekawe, jak wyglądało kiedyś to miasto – najemnik widział teraz tylko ruiny, tylko gruz i kamienie. Ogień w porcie przygasał, wysadzone składy z prochem też. Tylko przy zewnętrznych murach, z dala od centrum miasta, zachowały się nietknięte domy i budynki użyteczności publicznej. Otaczały centrum Tarok niczym dziwny, kamienny pierścień. Wyglądały tak, jakby wzniesiono je całkiem niedawno, aby zakryć ruiny dawnych budowli.
   W samym sercu portowego miasta, wznosiła się wieża z białego, chropowatego kamienia. Otoczona solidnym murem, z jedną tylko bramą, wyglądała na stworzoną za pomocą magii; nierealna, dziwaczna, ale zarazem solidna, jakby zdolna była przetrwać nawet zagładę świata. Surowa, prosta wieża z jednym okienkiem. Wysokie mury, na które nie było możliwości się wspiąć, skrywały wewnętrzny plac tak, że nie dało się dostrzec tego, co dzieje się w środku.
   Brzeszczot westchnął. No dobra, zejdzie na dół i sprawdzi, czy coś ciekawego tam jest. Jak się okaże, że to szczury jedzą żołnierza i dlatego zbroja biedaka szura, to wróci do dziadka i krasnoluda, który pewnie męczy elfie uszy Sowiookiego marudzeniem, bo nie ma bitki, ani popitki.
   Najemnik podrapał się po czole i zrobił krok przed siebie, chcąc zleźć z tej góry, bo w głowie odezwał mu się upierdliwy głosik Sorena, że tak wystawiać się na oszczał to mogą tylko skończeni idioci i najemnika to się nie godzi. Krok postawił i owszem, ale okazało się, że stopa w buciorze na powietrze natrafiła i mości mieszaniec fiknął koziołka, sturlał się zlatując z kupy gruzu i z hukiem wylądował na dole.
   Jakby ktoś jeszcze nie wiedział, że tu jest, to teraz na pewno połowa dzielnicy go usłyszała.
   – Ała... – jęknął, powyginany, leżąc na plecach, z nogami nad głową, skulony i pokrzywiony. – K... – i tu poleciały soczyste i kąśliwe przekleństwa, których lepiej nie przytaczać, bo jeszcze komuś uszy zwiędną. Brzeszczot przekręcił się, klapnął nogami na ziemię, potrząsnął energicznie głową i zaczął słuchać. Zza niego osypały się kamyczki; małe, drobniutkie, ale zaraz coś trzasnęło i najemnik zerwawszy się z miejsca, przed sporym kawałkiem czegoś dziwnego, najpewniej kamiennym elementem partii dachu, uciekać musiał.

~*~
   Alchemik musiał rozwiązać największy problem całej tej niedorzecznej i jakby wyrwanej z innego świata sytuacji. Nie liczyły się stracone zasoby, ani tym bardziej pozyskane próbki, czy nieudane efekty. Elfów podróżujących po wybrzeżu było wiele, więc i środków także. To nie był kłopot. Problem stanowiło uratowanie tego, co cenne. Alchemik musiał wysłać w bezpieczne miejsce efekty swojej ciężkiej pracy; księgę zapisaną drobnym, pochyłym pismem i próbki, które udało się wydestylować. Istnieli bowiem inni, którzy będą kontynuować zamysł Sinodziobego. Na upadku Tarok zadanie to się nie skończy. Polegnie tylko jeden element całej układanki, wzniesionej na solidnych fundamentach. Mistrz Ryld będzie zadowolony. Niech portowe miasto upadnie, niech zginą ludzie, a budynki znikną z powierzchni ziemi, niech wszystko istnieć przestanie, byleby owoce alchemicznej pracy przetrwały. Nic poza tym nie miało znaczenia, nic nie było cenne. Wszystko to tylko środki, które przybliżają do celu. Zwyczajne materiały.
   Alchemik skończył rysować krąg; w jego centrum położył opasłą księgę – jak wiele istnień musiał poświęcić, ile dusz skazał na umęczenie, aby ją zapełnić, lepiej nie wiedzieć. Na skórzanej oprawce ułożył drewnianą szkatułkę; niewielkie pudełeczko z tym, co udało mu się osiągnąć kosztem elfich żyć. Na czterech najważniejszych punktach kręgu, odpowiadających za równoważną wymianę, ustawił przedmioty o takiej samej wartości, jak to, co chciał za chwilę zrobić. Aby przemienić pakunek w orła, potrzebował tego, z czego się ptak składał. Najdrobniejszego elementu, począwszy od wody, skończywszy na piórach.
   Teraz wystarczyło tylko dokończyć krąg, poprowadzić ostatnią kreskę i gotowe.
   Z białej wieży, ku zamglonemu słońcu, wyleciał orzeł, niknąc pośród chmur.
   Alchemik wykonał zadanie.
   Miasto i ludzie już go nie obchodzili.

7 komentarzy:

Sol pisze...

[powiem tak, mimo wszelkich zaległości, które jak się okazuje przypominają studnię bez dna! to ja nadal czytając Ciebie czuję się tak, jakbym brnęła przez wiersze na prawdę dobrej ksiązki! ;)a robiąc rozeznanie w dobrych i sprawdzonych źródłach, to jestem w stanie powiedzieć, ze prawie nadążam nad przygodami Twoich cudaków ;) ]

Sol pisze...

[ i ja chciałam dodać, bo oczywiście wszystko w biegu... szalona, roztrzepana głowa! że to się tyczy obydwu Was!
Darrusowa, Ciebie to ja czytałam w róznych wersjach, nie fantastycznej też, ale ja widzę, że obydwie z Szeptuchą w takiej tematyce wymiatacie jak sto pierunów! :D ]

Dar - Silva - Drav pisze...

[Tak, dla mnie wersje pisania czy to komentarzy, czy notek na nie fantastycznych blogach to... Zdecydowanie wolę fantastykę, i post apokaliptyczne też xD
A, odpisy pójdą pewnie wieczorem, jak wszystko ogarnę ^^]

Sol pisze...

[wiesz, to nie tak, ze idzie nie Wam nie w fantastyce lepiej, bo Szeptuchę z tego co kojarzę, też raz, dwa razy miałam okazję widzieć w akcji na blogu historycznym, czy o tematyce wielkiego miasta, ale tu tak swawolnie lata Wam ręka po klawiaturze, to się czuje :D taka swoboda i pęd wyobraźni aż dech zapiera :D
i ja czekam na wącisze od Cię :*
a do postów apokaliptycznych to zauważyłam dawien dawno skłonności xD ]

Szept pisze...

[Zdradzę sekret, że ktoś, kto się tu mieni współautorem, jest moim prywatnym wzorem jeśli chodzi o pisanie noteczek. I mam identyczne odczucia jak ty, Sol.
Szeptucha odkąd sięgnęła po Mistrza, kocha fantasy, to nic dziwnego, że w tym klimacie najlepiej się czuje. Zdradza też słabość do wątków awanturniczych i przygodowych. :P Ale bywało się i na innych, a owszem. Ale głównie dlatego, że takiej mojej wymarzonej fantasy było bardzo mało. Dopóki, przedzierając się przez jeszcze onetowskie rankingi nie znalazłam Keronii. :D
Co zaś do swobody wyobraźni. To był naprawdę genialny wątek - cała akcja związana ze zniknięciem Darrusa. Nie pamiętam, żeby mi coś tak lekko szło jak wtedy. Ale na każdy odpis to się swoje Darrusowa wyczekała, bo Szeptucha wciąż ma problemy z opisem walki :/
Odpisy dzisiaj raczej nie pójdą. Jak się da, to może jutro. Ciężki tydzień przedświąteczny - to w formie usprawiedliwienia za moją opieszałość. Po prostu w pierwszej kolejności było skończenie przygotowań do sesji.
Czyżbym awansowała na główną blogową plotkarę? ]

Nefryt pisze...

I jak ja mam tu skomentować to nociszcze? Jak powiem że dobre, ciekawe ect. to będzie banalnie. Jak napisze recenzję... nie, receznji nie napiszę, bo w recenzach lubię się czegoś czepić, jak mam zły humor. A mam. Ale nie po notce, więc niech sobie już idzie precz.
Przydałoby sie jakies ładne zdanko, ale nic mi nie przychodzi do głowy. Powiem tak: czytało się całkiem przyjemnie, może nieco dłużej niz poprzednią, ale tu chyba objętośc swoje zrobiła. Jedyne zastrzeżenie jakie mam, to że gubiłam sie troszkę kto co robi od momentu kiedy Szept przebrała sie za strażnika. I w pierwszym od tego momentu kawałku z Darem.
Natomiast Midar, Ivelios i Jaruut robią furorę. Znowu ;)

Szept pisze...

[Jak masz zły humor, to witaj w grupie, jest nas dwie. Z powodu ogólnego humoru i czasu, którego mi brak, chwilowo wątki leżą i wegetują. Zapuszczają korzenie. Mam nadzieję, że twój zły humor nie ma nic wspólnego z wtorkiem i fizyką.
Poza tym, dziękuję za komentarz i za to, że od początku jesteś z nami:D Na dobre i na złe.
Notka nieco dłuższa, bo zbliżamy się do końca i chciałyśmy to fajniej rozmieścić i nie przedłużać. Następna będzie już nieco krótsza.
Odnośnie gubienia się... Znaczy, że coś niezrozumiale napisałam, czy raczej o układ tekstu? Bo chciałabym wiedzieć, czego się wystrzegać.
O Jaruucie i Ivku to nie powiem dużo, ale ... no dobra, postacie genialne. A Midar... on specyficzny jest, ale chyba jedna z moich ulubionych pobocznych, obok Odrina i Garreta. Chociaż, może ktoś jeszcze awansuje do tej grupki, jak zacznę ich więcej używać. Bo pobocznych się narobiło, a teraz uciekam się w potrzebie do kilku sprawdzonych.]

Prawa autorskie

© Zastrzegamy sobie prawa autorskie do umieszczanych na blogu tekstów, wymyślonego na jego potrzeby świata oraz postaci.
Nie rościmy sobie natomiast praw autorskich do tych artów, które nie są naszego autorstwa.

Szukaj




˅ ^
+ postacie
Rinne Lasair