Przewodnik

Linki-obrazki

Misje
I. Więzi przyjaźni
Spotykasz po latach kogoś, kto dawniej był ci bliski. Wplątuje cię on w jakąś historię, która nie dość, że z czasem się komplikuje, to w dodatku budzi w tobie wątpliwości co do intencji przyjaciela.

II. Linia frontu
Kerończy natarli na Prowincję Demarską. Oblegany jest sam Demar. Jedni ludzie stają do walki, inni uciekają ze spalonej ziemi. Napastnicy, obrońcy i cywile. Po której stronie staniesz?

Opcjonalnie: Udział w buncie niewolników w Wirginii bądź inne miejsca walk.

III. Rekonwalescencja
W nie najlepszej kondycji trafiasz do wioski lub klasztoru. Wydaje ci się, że trafiłeś w dobre ręce i że wkrótce będziesz mógł opuścić to miejsce. Okazuje się jednak, że z pozoru życzliwi i uprzejmi ludzie skrywają przed tobą jakąś tajemnicę.

IV. Zabij bestię
Coś napada, nęka mieszkańców. Zawierasz umowę z wójtem - dostarczysz głowę bestii za określoną cenę. Okazuje się jednak, że stworzenie nie działa bez powodu - jest w jakiś sposób prowokowane przez mieszkańców.

Opcjonalnie: Bestia jest wrażliwa na hałas z karczmy albo ludzie naruszyli w jakiś sposób jej rewir (weszli na jej teren, zajęli leże ze względu na drogie surowce itp.)

V. Nielegalne walki
Dochodzą cię słuchy o nielegalnych walkach prowadzonych w okolicy. Położysz im kres czy może postanowisz wziąć w nich udział dla własnego zysku? Pieniądze nie leżą na ulicy.

VI. Zlecone zabójstwo
Dochodzi do zamachu, w wyniku którego ginie ktoś ważny. Podejmujesz się odnalezienia zabójcy – albo jego zleceniodawcy. Od ciebie zależy, czy dojdzie do aresztowania winnych, czy pomożesz im uniknąć kary.

VII. Egzekucja
W mieście lub wiosce szykuje się egzekucja. Znasz sprawcę albo sam doprowadziłeś do jego schwytania. Realizacja wyroku coraz bliżej.

Opcjonalnie: Z czasem nabierasz wątpliwości, czy skazaniec faktycznie jest winny i chcesz go uwolnić lub dochodzą cię pogłoski, że ktoś może chcieć uwolnić kryminalistę.

zamknij
Dodaj do WTP Spis kodów
Spis opowiadań
Kiedyś przyjdzie mi za to wszystko zapłacić... Weselicho, czyli tańcz, jedz i chędoż za darmochę! Oszukać czas. Oszukać przeznaczenie. Oszukać... siebie. Baśń o wolności: Preludium Świątynia Ażubora (1) Wszystkiego krówkowego! (okolicznościowa, krótkie opowiadanie "Motyw przewodni - Prezent". Ta dam, pamiętaliśmy! I - Wezwanie pomocy: alchemio, przybywaj! Gdy demon odzyskuje człowieczeństwo, przypomina sobie jak być człowiekiem. Nikt nie zna prawdziwego bólu do czasu aż nie straci kogoś bliskiego sercu. Niedopowiedziane historie Wendigo i Driada Szczurzy dzień (autor: Szept, Silva) Domek, zupa, sukkub i historia (autor: Elias) Sen i niespodzianki (autor: Elias) Boląca strata i niepokojący gość! (autor: Elias) Cienie i nowy przyjaciel (autor: Elias) Kruki (autor: Elias) Cienie i Starsze Dusze (autor: Elias) Zawsze jest kolejna tajemnica (autor: Silva) Zło Kor'hu Dull (autor: Elias) Złodziej Twarzy i Koszmar (autor: Elias) Królewiec (autor: Elias) Przed świtem (autor: Nefryt) Król Żebraków i nowe drzwi (autor: Elias) Akceptacja (autor: Elias) Nostalgia (autor: Nefryt) Nowa droga i niespodziewane wyznanie? (autor: Elias) Biały i zielony daje czerwony! (autor: Elias) Nowe wyzwania w nowym życiu (autor: Elias) Krąg tajemnic (autor: Elias) Jack (autor: Elias) Czasami to mrok daje najwięcej światła (autor: Elias) Trzy sceny o szpiegowaniu (autor: Nefryt) Morze bólu. Promyk nadziei ... (autor: Elias) Nie ma sensu szukać guza. Chyba, że jest się najemnikiem (autor: Silva) Sól (autor: Aed) Dyjanna Muirne: Miecz może być dowodem wszystkiego (autor: Zorana) Opus Magnum I (autor: Iskra) Uszatek i Kwiatek na tropie przygody: Przypadłość parszywej gospody (autor: Paeonia i Szept) Gdy gasną świece (autor: Zombbiszon) ... Najjaśniej płoną gwiazdy nadziei. (autor: Zombbiszon) Elias cz. 1 (autor: Zombbiszon) Elias cz. 2 (autor: Zombbiszon) Historia (autor: Zombbiszon)
zamknij

Chat

[Uwaga, w tekście pojawiają się wulgaryzmy]


   Sowiooki nie spał tej nocy w ogóle. Wraz z wiekiem zniknęła taka potrzeba, a i problemy z zaśnięciem mocno dawały mu się we znaki; nigdy nie miał zdrowego, mocnego snu, zawsze nań narzekał, a uzdrowiciele i medycy nie potrafili mu pomóc. Organizm ciężko to przyjął, ale z czasem się przyzwyczaił i wystarczało elfowi kilka chwil odpoczynku. Był też zdenerwowany; siedział w kącie, na skrzyni i patrzył na uśpionych braci i siostry. To zdecydowanie nie miało tak wyglądać. Błędne informacje przyniosły błędne plany, które naprędce należało poprawić. Zrobili, co mogli, ale czy wystarczająco dużo? Sowiooki czuł strach równy temu, który odczuwał, gdy dowiedział się o zniknięciu i porwaniu wnuka. Nie chciał myśleć nawet o tym, co działo się w stolicy, w jego domu, w rodzinie. Bał się, że zginą tutaj elfy, którym włos z głowy nie powinien spaść. Ivelios żałował, że dziwka Fortuna i zniewieściały Pech zagrali mu na nosie, a on tego nie zauważył. Brzeszczot powiedziałby pewnie, że zaczęli swoją grę, w której śmiertelni są tylko pionkami. Chociaż nie, Dar ująłby to bardziej dosadnie. Pełen obaw i złych przeczuć, przymknął oczy, wznosząc po cichu modły do bogów.

~*~

   – Jesteśmy słabi. Jak mamy... Jak walczyć z całym miastem? Moi ludzie pomogą, ale...
   Szept uniosła głowę. Nisko pochylona, naskrobała kilka słów, by znów używając Corvusa, dać znać pozostałym. Powinni być już w pobliżu murów, ukryci. I tylko czekali na pojawienie się ptaka. Chyba, że coś poszło nie tak. Jeszcze sprawdziła ostrość sztyletu, żałując, że nie ma przy sobie innej broni. Innej niż magia.
   – Nie zamierzam… zamierzmy – poprawiła się – walczyć z całym Tarok. To ma być tylko odwrócenie uwagi i ucieczka. Doceniam wasze chęci i dziękuję. Proponowałabym jednak, żebyście pomogli uciec pozostałym. Niektórzy są zbyt słabi i bez pomocy kogoś silniejszego nie dadzą rady go opuścić. Silne ramię przyda się wszędzie. Nam, odwracającym uwagę. Lecz jeszcze bardziej im. Z Tarok do Eilendyr daleka droga i przebycie jej nie będzie łatwe. Jeśli się w niczym nie pomyliłam, Władca wyśle na wasze spotkanie swoich ludzi. Może się jednak okazać, że całą drogę będziecie zdani tylko na siebie – wolała przemilczeć, w jaki sposób do tego doszło. Kruczy chowaniec nie był jeszcze aż tak charakterystyczny, ale więź z wilkami owszem.   Sowiooki sprawdziwszy ostrość swojego miecza na opuszku palca, z którego pociekła kropelka krwi, stanął za Gariadilem. – Sowy skontaktowały się z Borówką i Corvo, pomogą elfom. Chociaż sami są jeszcze dzieciakami, powinniście im zaufać – Ivelios przez chwilę się zastanowił, czy można nazwać dzieciakiem wychowankę Bractwa Nocy? Dziewczyna była zabójcą, demony podziemi wiedzą, jakich sztuczek jej tam nauczono i co wpojono. Ile już krwi przelała? I Corvo. Półolbrzym z żalem w sercu. Co też Soren zamierzał osiągnąć, pchając dzieciaka na jedną drogę z Jaruutem, tego elf nie wiedział. – Damy wam szansę na ucieczkę.   – Zagrożeniem jest alchemik. I brak magii. Ludzki garnizon bardzo polega na alchemicznych kamieniach. Mają pewne naleciałości. Są przyzwyczajeni do pewnych zagrywek. Zaskoczenie może sprawić im kłopoty – Gariadil bardzo by chciał przydać się na coś więcej, pomóc bardziej, ale nie potrafił znaleźć już nic, czego by nie powiedział i nie zrobił. Miał wyprowadzić swoich ludzi i starał się, za wszelką cenę starał się myśleć, że nie jest to ucieczka, żadne wybranie łatwiejszej i bezpieczniejszej drogi, tylko zapewnienie elfom wsparcia, którego potrzebowały.    – Szept ma rację, powinniście jej posłuchać, przyjaciele – Ivelios odesłałby z rannymi także i Heianę, ale nieśmiałe próby wspomnienia o tym kończyły się wywodem, który potwierdzał przydatność uzdrowicielki w walce, a bezużyteczność jej osoby w wyprowadzaniu elfów z miasta, którego nie znała. Plan, aby chociaż jej zapewnić bezpieczeństwo nie wypalił. Heiana była uparta i Ivelios zaczynał rozumieć, co miał na myśli Brzeszczot, kiedy o niej opowiadał. – Jeżeli nie będzie nikogo, kto mógłby walczyć za rannych, nasze starania się zmarnują, a oni zginą.    – My też chcemy walczyć za naszą wolność. Chcemy się zem…   Nad ich głowami zaczęły bić dzwony.

~*~

   Jaruut czekał tylko na znak, na sygnał. Był gotowy pokazać ludziom gniew olbrzymów, zgnieść jak mrówki wszystkich tych, którzy zamknęli jego towarzyszy. Żar w jego oczach budził niepokój, a krew kipiąca pod grubą, odporną na magię skórą, wrzała. Nie mógł usiedzieć w miejscu, ale nie mógł też wstać; czar magiczki przestał działać, a on był zbyt widoczny. Nie powinien spalać zaskoczenia przedwcześnie. Olbrzym był czymś, co zaskoczy ludzi w Tarok, którzy nie widzieli tych wielkich potworów od wieków, ale szok ma to do siebie, że szybko przypomni człeczynom, co powinni zrobić.
   – Jeszcze chwila… Słońce już prawie jest najwyżej…   Czekali na wyznaczony moment. Na chwilę, w której olbrzym spełni swój obowiązek. Jaruut cały drżał z buzujących w nim emocji i adrenaliny, która nadal pozostała lekko tylko podniesiona.    – Szkoda, że nie możemy skorzystać z krasnoludzkich tunelów – Lofar zacisnął mocniej paluchy na rączce okutej i wzmocnionej patelni, która do gotowania już się nie nadawała. To było narzędzie. Przedmiot do walki, broń dość specyficzna, ale jednak potrafiąca zadać ból, a nawet połamać kończyny. Lofar zamierzał pokazać, że przydomek nie jest nadany mu od tak, luźną ręką, bez podstaw.    – Spróbuj go…   – …w nich upchnąć?   – Nie, namówić, aby z nich skorzystał – Jasha wiedział, że olbrzym nie przepuści okazji do wzbudzenia strachu. Nie w stylu watażki było chowanie się w krzakach, a potem wyskoczenie z nich z nożem. Nie, on musiał zasiać panikę, sprawić, aby serca ludzi zadrżały i stanęły na kilka chwil z przerażenia.    Słońce przesunęło się na niebie. Zaczęły bić dzwony. Nadszedł ich czas.

~*~

   – Żadnej zemsty. Ani słowa więcej – Szept podniosła się, słysząc bicie dzwonów. Nadszedł czas. Skinięciem głowy podziękowała Gariadilowi, zatrzymała go jeszcze, kładąc mu rękę na ramieniu. Oczy elfki były w tej chwili pozbawione wahania, zdecydowane. – Powodzenia. Niech bogowie was prowadzą – zawahała się. – Po drodze możecie spotkać Strażnika, Erednia. Pomoże wam. Możliwe też, że pojawią się wilki. Większe od innych. Nie traktujcie ich jak wrogów, bo prawdopodobnie zostały wysłane ze stolicy. – Cofnęła rękę, szybkim zdecydowanym ruchem, ruszyła na zewnątrz, w końcu na światło dzienne. Heiana popatrzyła na nią, zerknęła na Gariadila. Coś jej mówiło, że ten elf domyśla się, że Szept jest tylko przydomkiem, który kryje kogoś innego. Jeszcze chyba nie wiedział tylko, kogo.
   – Lepiej żebyś nie wiedział – poradziła mu uzdrowicielka. Ona też się zawahała, zastanawiając się, czy aby nie za mało zapasów dała uciekinierom. I ziół. Lecz teraz nie było już czasu. Teraz nadszedł czas działania. Wyszła na ulicę w ślad za Szept. Powitała ją panika i okrzyki. Już nie było odwrotu.
   Gariadil miał swoje podejrzenia, ale nie wypowiadał ich na głos, by czasem nie okazały się rzeczywistością. Potrzebował tylko pomocy dla swoich ludzi i niczego więcej. Nie ważne, od kogo. – Niech gwiazdy nad wami czuwają – pełen obaw, elf poczekał aż mający odciągnąć uwagę towarzysze wyjdą pierwsi. Potem musiał pogonić swoich bocznymi uliczkami, przez cienie, najciszej jak potrafił, do bocznej bramy tam, gdzie nie powinno być wielu strażników. Dobrze, że miasto było jak garnizon; bez mieszkańców, z samymi tylko żołnierzami. Zaledwie garstką. Dalej przez łąki, rzeki, w las, zbierając tych, o których wspomniała Szept i Sowiooki.
   Ivelios wyszeptał prośbę o boską ochronę i wyskoczył na ulicę za elfkami. W mieście panował chaos; rzemieślnicy uciekali w popłochu, psy szczekały, a kobiety zajmujące się produkcją żywości krzyczały w panice. Coś huknęło. Podniósł się kurz. Zawalił się jakiś budynek. Ludzie krzyczeli o olbrzymie, prawdziwym watażce, którego nie widziano na wybrzeżu od kilku wieków. Olbrzym krzyczał coś o zemście, o dawnych sforach, o powrocie górskich dzieci. Straszył, że nie jest jedyny, a ludzie w to wierzyli. Chociaż nikt nie mógł pamiętać dawnych dziejów, strach zasiany przez ojców wyżerał ich dusze. Kapitanowie krzyczeli, wydawali w pośpiechu rozkazy, ponaglali i mobilizowali opieszałych maruderów.
   To była okazja do zapewnienia elfom ucieczki.

~*~

   – Uwaga! – Przez gwar i chaos ulic przedarł się głos Szept, zdecydowany – Gwardziści z prawej! – Najwyraźniej miejska straż uznała, że to olbrzymy są największym niebezpieczeństwem i trzeba się ich pozbyć. Bo panowie jeszcze nie pojmowali, że wszystko to czcze słowa i nie ma żadnych braci, żadnego najazdu. Tylko jeden olbrzym i grupka przybłędów. Oto, jak potrafi działać siła plotek i strachu.
   Heiana nie czekając na resztę, rzuciła się pędem w stronę nadchodzących żołdaków.
   – Dług… – ktoś wrzasnął, a raczej próbował, bo w tej chwili w jego pierś wbiło się elfie ostrze. Właśnie udało się zapobiec przedwczesnemu odkryciu całej akcji.
   – Heiana, nie wyrywaj się… – Szept, bojąc się o kuzynkę bardziej, niż to wyjaśniała, znalazła się tuż obok niej, gotowa bronić jej pleców.

~*~

   Jaruut śmiał się. Była to dla niego przednia zabawa, a fakt, że właśnie uśmierca ludzi, łamie im karki i kończyny, nic dla niego nie znaczył. Olbrzymy zostały stworzone do wojaczki, do niszczenia. Trzask pękających gnatów był dla niego muzyką. Krzyki i płacze czymś, dla czego warto było atakować ludzie domostwa. Oni nigdy nie uczą się na błędach. Watażka pamiętał opowieści o zburzeniu Tarok, a jak widać, mieszkańcy postanowili wypowiedzieć wojnę długouchym, zapominając o gniewie olbrzymów. Głupcy.
   – Wytoczyć działa!
   Październikowe Dziecko upewnił się, że Jasha i krasnolud nie znajdują się w polu rażenia, zajęci strażnikami, i nie czekając aż na murach pojawią się działa, mocnym uderzeniem zwalił ich część; najstarsze mury w pieści upadły niczym klocki, chowając pod sobą tych, którzy nie zdołali uciec. Jaruut wziął sobie do serca odwrócenie uwagi, może nawet za bardzo. Może będzie trzeba go powstrzymać, upomnieć, że też jest śmiertelny, chociaż grubą skórę ma i odporną i naprawdę mało mu szkodzi. Że ludzkie życia tych, co tu pracowali jako rzemieślnicy, nie muszą odchodzić do wieczności. Gniew olbrzymów nie miał końca. Watażka uosabiał w sobie wszystko to, czego bali się ludzie. Olbrzymy wyszły z ukrycia. Jaruut pokazał, że wyspane, wciąż umiały wojować. Niech ludzie usłyszą, niech się boją!

~*~

   – Obudziliśmy demona – Ivelios patrzył na chaos i zamęt, który wywołał olbrzym; czy aby nie spuścili ze smyczy czegoś, czego nie będą mogli kontrolować? Chcieli tylko odwrócić uwagę, ale Jaruut niszczył i burzył, łamiąc karki. Tarok zmierzało do upadku. Jeżeli nie zakończą tego szybko, z miasta zostaną gruzy i chociaż elf nie miał nic przeciwko temu, wiedział, że nie jest to właściwa droga. – Heiana, łap! – Zaklęty miecz trafił w ręce uzdrowicielki; będzie miała z niego większy pożytek.
   Z elfią zwinnością Heiana pochwyciła rzucone jej ostrze. Krytycznie spojrzała na zaklętą klingę, zupełnie tak, jakby zaraz miała ją odrzucić, byle dalej od siebie.  – Na bogów, jestem uzdrowicielką – mruknęła do siebie, krzyżując ostrze z nadbiegającym w jej stronę gwardzistą. Uzdrowicielka czy nie, w tej chwili każdy musiał walczyć o życie. Może z wyjątkiem Jaruuta, który chyba sądził, że jest nieśmiertelny, a rozwalanie Tarok to czysta rozrywka, bez żadnego ryzyka. Czy ktoś w ogóle potrafił poskromić olbrzyma? Sama zdecydowanie wolała mierzyć się z ludzkimi gwardzistami niż oszalałym osiłkiem. Może Ivelios? W końcu to on ich w to wpakował. Jasha? On chyba miał jakąś dziwną więź z Jaruutem. No, bo przecież nie Lofar… chociaż gdzieś jej mignął w walce krasnolud–erotoman. Może Szept?
– Ale także i elfką! – Co znaczyło, że Sowiooki wierzy w uzdrowicielkę; może nawet machać mieczem, tylko go trzymać, ale pamięć zrobi swoje, a ciało powinno pamiętać nauki odebrane w dzieciństwie. – Niech bogowie was strzegą – wykonał szybki, ale w każdym calu precyzyjny znak ochrony od złego i pomyślności, po czym ze swojej torby wyciągnął ostatnią rzecz, jaką tam upchnął. W ręku miał łuk z drewna jesionowego, a na plecach kołczan pełen strzał; każda z inną lotką, każda bardziej śmiercionośna od drugiej. Jedną ich wadą było to, że było ich mało. Ledwie kołczan. Strzały będą musiały być precyzyjne.
   Ivelios skinął głową elfkom i lekkim krokiem, zwinnym wskoczył na przybudówkę, potem na daszek i płaski dach kamiennego domu. Kierował się ku wieży, z nadzieją, że elfki zajmą się strażnikami. Jaruut skupiał na sobie uwagę. Bogowie, jaki on wielki się wydawał, górując nad dachami domów. Gdzieś tam, w kurzu, pewnie walczy kaznodzieja z krasnoludem. Morze ponad tym wszystkim było gładkie i spokojne. Żadnych statków.

~*~

   – Uwaga!
   – Mur!! – We wrzawie Heiana usłyszała wołanie kuzynki. Nie spojrzała w górę, może to i dobrze, bo jeszcze odebrałoby jej zdolność ruchu na ten widok. Mur, dzieło najlepszych kamieniarzy na wybrzeżu łamał się i kruszył jak dziecięca zabawka, drewniany patyczek, a wszystko to przez uderzenie olbrzymiej pięści. Uzdrowicielka, w ostatniej chwili uskoczyła za bok skalny, unikając zasypania odłamkami i kamieniami. Wapno, pył, przysłoniło nieomal wszystko, a elfka usilnie starała się nie kaszleć, zasłaniając głowę dłonią.
   Szept mówiła, żeby zaskoczyć ich podwójnie. Najpierw olbrzymem, potem magią… Tylko gdzie ona była? W tym wszystkim Heiana całkowicie straciła ją z oczu… Zresztą, nie tylko ją, uświadomiła sobie, próbując wzrokiem przeniknąć otaczającą ją biel.

~*~

    Szept nie uśmiechała się od chwili, gdy na plac przybiegli strażnicy. Gdyby to od niej zależało… Nie zawsze można wybierać czas i miejsce. Tylko to, co zrobi się. Nie miała przy sobie miecza, zaledwie zaklęty sztylet elfiej roboty i laskę maga. To wystarczyło. Zresztą, mieczy tu było zbyt wiele, wystarczyło zabić strażnika. Heiana zniknęła jej z oczu i Szept musiała wierzyć, że uzdrowicielka sobie poradzi.
   – Uwaga, poruszenie w Wieży – zameldował monitorujący sytuację Corvus, a Szept miała ochotę zakląć. Jeszcze nie teraz. Mieli na głowie gwardzistów, nie potrzebowali tu alchemika. Jeszcze nie teraz. Przecież nie miała oczu dookoła głowy!
   – Jaruut! Łucznicy! – Mała istotka wrzeszcząca z ziemi do siejącego postrach olbrzyma. Miała nadzieję, że ten ją usłyszy. A jeśli nie… Odrobinę spocona, pokryta krwią i pyłem, uniknęła kolejnego ciosu. To wcale nie miało tak być, uświadomiła sobie, mamrocząc słowa magii. Może strażnicy nosili przed nimi ochronę, lecz nie mury miasta. Nie drzewa. Nie żywioły.
   Baszta, na której ustawiali się łucznicy zadrżała, mury runęły w dół, zupełnie jakby nic ich nie spajało. Na wszelki wypadek, jakby olbrzym nie usłyszał.
   Jaruut zamierzał się na ostatnią, ocalałą armatę. Kula łańcuchowa, która z niej wystrzeliła z hukiem i siwym dymem, o włos minęła jego głowę i ścięła chylącą się ku upadkowi wieżę, którą położyła magiczka. Olbrzym jej nie widział, ale zapamiętał, aby postawić jej kufel ogrzego piwa.
   – Ognia! – wystrzeliły kartacze; grad kul posypał się po okolicy, niszcząc wszystko na swojej drodze.
   Miały trafić w olbrzyma, ale ich zaleta, kiedy walczyło się z ludźmi czy elfami, okazała się być teraz największą wadą: duży obszar rażenia sprawił, że ugodziły nie tylko w Jaruuta, trafiając w ramię, ale także w zabudowę Tarok; posypały się domy, runęły wieże strażnicze, a pod gruzami ginęli ludzie. Tam, gdzie na nic zdawały się miecze i bełty, pomocne okazywały się być działa.
   – Foglerze! – kapitanowie starali się utrzymać porządek; kule armatnie, o których nikt nie raczył poinformować przybyłych, wtoczono na wewnętrzny mur portowego miasta; armaty mające chronić zamków i twierdz, załadowane były lekkimi pociskami, celnymi, ale dającymi małe obrażenie; kiedy zaś wystrzelić z kilku, okazują się być bronią śmiercionośną.
   Za wewnętrznym murem, w wieży, mobilizowano strażników. Z trójkątnych okienek strzelały iskry, ku niebu biły światła, a to nie wróżyło nic dobrego.

~*~

   Ivelios przyczaił się na dwuspadowym dachu gospody. Sowie oko wypatrzyło pierwszy cel.
   Dwadzieścia stóp. Wiatr z lewej, dający lekkie, ale częste podmuchy. Raz, dwa, trzy. Stop. Raz, dwa, trzy. Stop. Elf uspokoił serce, zwolnił oddech, naciągnął cięciwę i wycelował. Świsnęła strzała o niebieskich piórach, wbijając się w zaskoczonego chłopaka, który już miał przyłożyć pochodnię do lontu. Rozpalone drewno upadło na kamień, nasączona łatwopalną substancją strzała zapaliła się, by po chwili wysadzić w powietrze proch w nieszczelnych kulach. Szczęście dało im fory. Ale ludzie potrafili szybko się uczyć; od razu padł rozkaz, aby nie trzymać zapasów na linii strzału wroga. Kolejna wypuszczona strzała musiała być wymierzona lepiej.
   Heiana!
   Posłuchawszy sów, stary elf odwrócił się na pięcie i patrząc ptasimi oczami, wycelował i wypuścił zwykłą strzałę w człowieka, który zamierzał się na uzdrowicielkę, kiedy ta odbierała ataki strażników. Grot wbił się w czaszkę, przechodząc na wylot; atakujący upadł, zanim zdołał wyprowadzić cios.
   Coś świsnęło obok elfiego ucha.
   Bełt wbił się w komin, o który przed chwilą opierała się czerwona czupryna.
   Zachodni odcinek muru. Za blanką, obok chorągwi.
   Ivelios chciał spojrzeć, ale kolejny bełt wbił się tam, gdzie jeszcze sekundę temu było jego szpiczaste ucho. Ktoś rzucał mu wyzwanie.
   Z wieży buchnęła czerwona para. Na dziedzińcu pod nią zalśnił alchemiczny krąg, zadrżała ziemia. Alchemik coś przyzywał, stwarzał z niczego. Po tym, co wyłoni się z kręgu runicznego okaże się, z kim mają do czynienia. Transmutacja wymagała nie tylko umiejętności i bystrego umysłu, ale także poświęcenia rzeczy o tej samej wartości, co przywoływana rzecz. Jeżeli ofiara będzie za mała, krąg transmutacyjny pochwyci alchemika; jego rękę, nogę, oko, paznokieć – to, co uzupełni braki w ofierze. Przyzywać należało ostrożnie, chyba, że było się dobrze przygotowanym. Sowimi oczami Ivelios próbował wyśledzić kusznika.
   Ziemia zadrżała, a z kręgu zaczęło się coś wyłaniać. Powoli, ociężale, górując nad murami.
   Golem. Żelazny golem, do którego przywołania posłużył zapas żelaznych kul armatnich.

~*~

    Golem. Szept stwierdziła, że to nawet było dobre. Oprócz tego, że trwało wiele czasu. Poza tym, kamienne golemy są niezwykle silne, za to zdecydowanie mniej zwrotne. Lepiej nie wiedzieć, skąd ona o tym wiedziała. Wiedziała i tyle. Heiana już dawno zniknęła jej z oczu i Szept zaczynała się martwić, tym bardziej, że nie potrafiła odnaleźć umysłu uzdrowicielki. Czy coś się stało? Przygniotły ją gruzy, odcięły od nich…
   Lecz wtedy, jakby na złość, dostrzegła płomienie. Początkowo pożar był po ich stronie, powodując wybuchy zgromadzonej amunicji. Teraz jednak ogień rozprzestrzeniał się… w ich stronę. I w stronę bramy, do której zmierzali uciekinierzy. Mogła mieć nadzieję, że opuścili już Tarok. Lecz Szept wolała nie polegać na nadziei, bo ta zdawała się już dawno opuścić to ludzkie miasto.
   – Vaeria, luces, semper – wzniosła obie dłonie ku górze, chwilowo rezygnując z obrony. Wiatr zmienił kierunek, wzmógł się. Pył uniósł się z ulic, sypiąc w oczy nowo nadbiegającym strażnikom, płomienie zatańczyły i zmieniły kierunek, ruszając w stronę obrońców Tarok, nie zaś napastników.
   – Jaruut! Golem! – jakby olbrzym już go nie widział. – Oczy! To ich słaby punkt! – miała nadzieję, że jej głos dotrze do olbrzyma. Albo Iveliosa. Jeśli nie, powtórnie użyje magii, tym razem w innym celu. Mówi się, że podczas bitwy mag jest niemal bezbronny, gdy koncentruje się na odpowiedniej intonacji czaru. Szept jednak była lepsza, niż nowicjusze. Poza tym, miała obrońców, bo zdawało się, że wszystko, co żyje w Tarok, śpieszy elfce na pomoc, począwszy od psów i kotów, skończywszy na najmniejszych gryzoniach i ptakach.
   Oczy to słaby punkt golemów. Ale jak, do kurwy nędzy, Jaruut miał ich dosięgnąć? Przecież to miało oczy... oczątka, oczka, oczusie ledwie, a nie kurwa oczy. I traf w to, jak masz łapę wielkości beczki. Olbrzym przeciągnął się. Golem został odebrany jako wyzwanie dla niego i Jaruut miał zamiar mu sprostać. – Traf w oczy, łatwo powiedzieć, pani elfko! – słyszała, czy nie, on już się postara wydłubać żelastwu ślepia.
   Szept, od strony portu! – istotnie, stamtąd nadchodził nowy oddział. Jednak, jak przekazał jej dalej Corvus, ci ludzie byli znacznie gorzej uzbrojeni, mniej wyćwiczeni, niektórzy zaś dziwnie bladzi. To nie byli weterani, zaledwie młodziki, co to jeszcze prawdziwej walki nie widzieli, świeżo wyszkoleni albo nawet jeszcze w trakcie nauki. W normalnych warunkach poczułaby żal na myśl o tak młodym życiu, tak perfidnie wykorzystanym. Lecz albo oni albo wrogowie.
   – Mała, uwaga! – wrzasnął znajomy głos, a olbrzymi topór zakręcił się, ledwie mijając elfkę. Obok niej pojawił się krasnolud. Utytłany, brudny, jak zwykle zalatywało od niego miodem. Lecz na swych krótkich nogach stał niezwykle pewnie, a topór robił prawdziwe spustoszenie w szeregach przeciwnika.
   – Midar, co ty tu robisz – wydyszała, osłaniając się ponownie, tym razem z lewej strony. Jakiś nadgorliwy strażnik postanowił zostać bohaterem i pozbyć się maga. Jego błąd.
   – Myślałaś, że możesz robić sieczkę bez krasnoluda u boku? Chyba cię bogowie spili gorzałką.

~*~

   Miejsce, które jeszcze z rana było targowiskiem, przypominało teraz gruzowisko; domy, które wokół niego stały, zmielono na proch pod olbrzymimi stopami. Golem może i był ociężały, ale ciosy wyprowadzał mocne. Twardy był i trudno było znaleźć olbrzymowi miejsce, w które powinien ugodzić, aby go zdezorientować. Oczy były zbyt małym punktem, aby się na nie rzucać z palcami od razu. Musiał go najpierw powalić, unieruchomić, cokolwiek. Ale golem, chociaż nie inteligentny zbytnio, słuchał rozkazów swojego pana – zabij olbrzyma, a potem resztę. Jeden rozkaz, który wystarczył, aby zmotywować. Walka gigantów, tak nazwałby to trubadur jakiś, gdyby przeżył widowisko, jakie zgotowały dwa olbrzymy. Jaruut i golem. Pięści gruchotały o ciała, odłamki walących się domów latały wszędzie, jakby były nic nieważącymi piórkami. Każdy krok trząsł ziemią, każdy upadek wzbijał w powietrze tumany kurzu.
   – Za tobą! – Lofar słysząc krzyk kaznodziei, odwrócił się na piętach i przypierdzielił młodemu strażnikowi; na jego czaszce odbiła się patelnia i symbol czeladnika, który zrobił z niej narzędzie walki. Krasnolud bawił się nie gorzej od olbrzyma. Jego patelnia siała spustoszenie, a tam, gdzie nie sięgała, radę dawał sobie Jasha; co prawda miał tylko swój kijaszek, ale okuty świetnie się sprawdzał.

~*~

    Działa! – sowy krzyczały.
   Napierają na uciekinierów!
   Wieża! Nowi strażnicy!
   Ivelios nie mógł się ruszyć, kusznik wypuszczał bełty, kiedy tylko się wychylał. Gariadil będzie musiał poradzić sobie sam. Nie było w mieście nikogo, kto by im pomógł na czas.
   St... – myśl sowy urwała się niedokończona. Ptak zauważył statek, ale uderzony ręką golema, padł martwy.
   Prosząc sowy, aby na moment odwróciły tylko uwagę kusznika, elf korzystając z zamieszania, podkradł się bliżej, zmienił pozycję i... Sowa upadła z przestrzelonym skrzydłem. Ivelios zaklął, chociaż nigdy nie używał takich słów. Nakazał sowom wycofać się. Nie mógł pozwolić im ginąć, nie były bowiem wielkimi sowami z Kol'hu Dur. Ale kusznik się odsłonił.

~*~

    Gdzieś na morzu.

   – Ja tego nie umiem prowadzić! – wilkołak cały mokry, nie od wody morskiej, czy deszczu tylko przez stres oblany zimnym potem, nerwowo trzymał to coś, czym się kieruje statkiem, a czego nazwy nawet nie chciał zapamiętać. Ważne było to, że on nie wiedział, co robi! Szamanka była szalona. A mówił jej, aby zostawić chociaż kapitana!, ale nie, dumna szamanka stwierdziła, że dadzą sobie radę. Że on, cholera jasna, da! – Silva, bo znowu wpłyniemy na mieliznę! – tak, byli by wcześniej, ale niestety marne umiejętności wilkołaka do sterowania statkiem, a właściwie ich kompletny brak sprawiły, że mieli drobne opóźnienie. Gdyby nie Duszołap nie przetrwaliby sztormu, przed którym ostrzegły ich ognie elma pojawiające się na maszcie. No i mielizna, na której utknęli i o czym nawet nie chce wspominać Drav. A jak pomyślał, że może do wody wpaść… Jego wilcze serce zlękło się.
   – Obyś tylko… – szamanka zdziwiona, zamilkła na chwilę – …nie wpłynął w orzecha łupinę.
   – W co? – Silva wskazała mu dębową laską, punkcik wśród fal. – Fajną mają, na bogów, łódeczkę. Podpływamy?
   – Jeżeli potrafisz.
   – A jak ich zatopię?
   – To i wyciągniesz.
   – A nie możesz zrobić czarów marów i ich tu sprowadzić?
   Galera była coraz bliżej łupiny.
   – Może powinnam po nich wysłać duchy?
   – To całkiem dobry pomysł. Mogłabyś?
   – Nie.
   – Ale przed chwilą…
   – Czy ty, tępy móżdżku, naprawdę sądziłeś, że…

~*~

    Brzeszczot podniósł głowę; mewa, która w jego włosach uwiła sobie gniazdko podskoczyła i odfrunęła, siadając na burcie stateczku, sądząc, że zaraz ją oskubią i do gara wrzucą. Przekrzywiła łebek, zaskrzeczała i kłapnęła dziobem, jakby mówiła, że jest niesmaczna i niech tylko który spróbuje ją zjeść.
   – Niemożliwe. Bogowie niejedyni, nie wierzę… – najemnik usłyszał; kłócąca się szamanka i pyskujący wilkołak byli najprzyjemniejszym głosem, jaki słyszał od dawna. Byli tu. Na galerze. Bogowie, jak miło i przyjaźnie brzmiały ich podniesione w kłótni głosy.
   – Cholera jasna. Zła wiadomość … – stwierdził grobowym tonem arystokrata.
   – Łódka przecieka? – Garret zaczynał myśleć rozsądnie.
   – Zauważyli nas. I płyną w naszą stronę.
   Cisza przedłużyła się. Mieli tylko jedno wiosło i zdecydowanie nie mogli uciekać. Zresztą, nawet z dwoma przed galerą… niemożliwe.
   – Nie wiem, co za pajac stoi przy sterze, ale nie ma w ogóle pojęcia, co robi – ocenił fachowym i tym razem trzeźwym okiem kapitan.
   – Czemuż to?
   – Bo płynie prosto na nas. A mówiąc prosto, mam na myśli dokładnie prosto, czyli że prosto – chyba jednak Garret nie do końca był tak trzeźwy. Devril jednak w mig rozumiał, o co chodzi.
   – Darrus, za burtę, już, bo oni nas staranują… Możesz sobie wierzyć albo nie, ale jeśli nie chcesz być mokrym plackiem, to zepnij pośladki i wyskakuj…
   Chlup. To Garret skorzystał z rady Devrila.
   Za burtę. Jak za burtę? Że niby do wody? Ale…
   – Devril, to przecież szamanka i wilkołak! – najemnik zadowolony, że wreszcie fortuna zaczęła im sprzyjać albo po prostu czmychnęła męczyć innych, potrząsnął ramieniem arystokraty, mówiąc do niego tak, jakby miał znać i szamankę i wilkołaka. – Oni płyną na nas… – kłótnia na galerze go zainteresowała.

~*~

   – Silva, jak to się zatrzymuuuuuje?
   – Skąd niby mam wiedzieć?
   – To był twój pomysł! Przypominam, bo zapomniałaś chyba, wilki nienawidzą wody!
   – To tylko woda.
   – Cholernie głębokie morze!
   – Taka tam sadzawka.
   – Kurwa, Silva! Zostanie z nich morka plama. Chyba nie o to chodziło Iveliosowi i Szept.

 ~*~  

   Szept? Czy najemnik usłyszał właśnie to, co usłyszał? Bogowie. Devril, patrząc na mieszańca, będzie mógł opowiadać wszystkim, że na imię swojej towarzyszki wyszczerzył się jak wariat, nawet mu się oczy śmiały i radośnie zamiast wyskakiwać z łupinki, zaczął machać rękami, co by zwrócić na siebie uwagę przyjaciół. Wredna magiczka, spóźniona, w końcu go odnalazła!
   – Pamiętała! – wykrzyknął najemnik.
   – Na bóstwa, galera płynie prosto na nas, bałwanie! – Może i Brzeszczot znał tamtą dwójkę wariatów, Devril nie miał pojęcia. Ale wolał nie sprawdzać, czy galera przepłynie tuż obok, czy też łaskawie skróci już i tak przydługi żywot łupinki. I kiedy Brzeszczot, szerząc się jak wariat podskakiwał w łupince, Devril po prostu bezceremonialnie go pchnął. Donośny plusk mówił wszystko. Devril miał tylko nadzieję, że ognistowłosa maruda zwana Brzeszczotem potrafi pływać. W następnej chwili sam znalazł się w wodzie… Zimnej. On udusi tego, kto steruje tym dużym czymś. Ale najpierw chyba wyściska.
   W następnej chwili rozległ się okropny trzask pękającego drewna i mogli oglądać, jak ich nieustraszona łupinka rozpada się na kawałki, stopniowo idąc na dno.
   – Pa, pa, malutka – tak pożegnał ich łupinkę pan kapitan, gdy tylko wszyscy znaleźli się na pokładzie.
   Garret miał zaczerwieniony nos. Zaraz też rozejrzał się po galerze.
   – Kto tu, do kroćset, w wilka morskiego się bawi! Bałwan jeden, nawet ładnie nawrócić nie umie. Może jeszcze na pełnych żaglach, hę? – Niezbyt miłe podziękowanie za uratowanie życia, stwierdził Devril, osuszając przemoczone ubrania. A Garret wcale nie zamierzał przestać. – Prawdziwego wilka morskiego wam trzeba, macie szczęście – mówiąc, posłał wymowne spojrzenie na Drava. – Jam ci jest – dumnie wypiął pierś. – Jam ci jest… Macie może rum?
   Devril zaśmiał się cicho. Dać Garretowi rumu, to bogowie wiedzą, dokąd ich zabierze.
   Brzeszczot mokry, zmarznięty, nawet nie wiedział, jak się na galerze znalazł, ale dobrze, że tam był. Gdyby statek okazał się być własnością piratów, mieliby kłopoty. Kolejne. Ale Dar nie wiedział, że to tylko cisza przed burzą. Nie wiedział, że dziwka Fortuna znowu zagra na ludzkim losie, że jej mały towarzysz Pech, podrzuci kłody pod nogi, odgrywając się w ten sposób za swoje niepowodzenia. Nawet gdyby wiedział, któż przeciwstawiłby się woli bogów? Byli już tacy, co wojowali z Nieśmiertelnymi i żaden z nich nie skończył dobrze. Chociaż herosi, półbogowie, potrafili tego dokonać, ale od wieków wielu, siedzą w niebiańskich pałacach swoich ojców i matek, za zasługi cholera jasna. Odcięci od swoich ziemskich korzeni, nawet modłów nie słuchają tych, co ich wyznają. W połowie ludzie, wyrzekli się tego, co ziemskie. Ostatecznie Fortuna i Pech są bytami niezależnymi; żaden bóg nie jest w stanie wpłynąć na ich decyzje, bo tak zarządził ich Ojciec.
   Brzeszczot, jak to on, plując słoną woda i wodorostami, uśmiechnął się szeroko na widok szamanki i co tam, przygarnął ją i wyprzytulał. Silva w szoku, nawet nie zareagowała na takie spoufalanie się. I pewnie w tej sytuacji nie byłoby nic dziwnego, gdyby nie to, że zaraz doskoczył do nich wilk i zaczął mówić coś o tym, że to jego szamanka i byle najemny miecz nie może jej ściskać, ani obmacywać, bo tylko on ma do tego prawa. Nawet wziął i próbował najemnika odciągnąć.
   – Nie macaj jej! Silva, a ty się na to nie zgadzaj! Weź zareaguj jakoś!
   – Zarósł ci móżdżek od soli morskiej, pchlarzu? – bogowie, jak miło było Brzeszczotowi pookurzać wilkołaka i widzieć złość na jego twarzy. – Było sobie pilnować.
   – Tobie mózg zarósł kudłami! – odpyskował wilkołak, ale widać było, że sprzecza się nie dla honoru, ale dla zasady i z przyzwyczajenia. – Oddawaj. Ona jest moja! – i chwycił szamankę za rękaw, pociągnął ku sobie, ale najemnik nie puszczał. I wzięli zaczęli przeciągać Silvę jak linę, zapominając chyba, kogo szarpią i kogo trzymają.
   – Moja!
   – Ale ja chcę przytulić przyjaciółkę!
   – Kiedy ja nie pozwalam. Oddawaj.
   – Przepraszam... – Garret był zadowolony. Wygrzebał z pokładowych skrzyń buteleczkę rumu, którą trzymał teraz przy piersi. To było pierwsze, co zrobił, kiedy ich wciągnięto na pokład. Rum, bez niego życie było szare i smutne. Z nim kolorowe i wesołe, chociaż smakowało tanim trunkiem. Jednak cichy głosik Garreta nie został usłyszany, albo po prostu go zignorowano. – Panowie...
   – Nie, bo ty jesteś wilk i możesz mieć wściekliznę. Badałeś się ostatnio u jakiegoś maga?
   – Nikt mi nie będzie w ciało zaglądał. Ty lepiej sprawdź, czy masz w łepetynie chociaż orzeszka. Chcę moją Silvę!
   – Przepraszam... – wilk morski kapitanem nazywany pociągnął wilkołaka, ale go odepchnięto – Halo, halo. Oni mnie nie słuchają... – zwrócił się z wyrzutem do Devrila.
   – Silva, czemu ty mu na to pozwalasz, co? – wilkołak pociągnął ją ku sobie.
   – Bo może ty jesteś wilkołak z oklapłym problemem, jak mi Iskra mówiła – Dar pociągnął szamankę ku sobie.
   Świst dębowej laski przeciął powietrze, przerywając kłótnię.
   Dravaren oberwał po głowie kijaszkiem, a zaraz potem na deskach pokładu zwijał się najemnik, któremu zapewne wyrośnie ładny guz na potylicy. Silva miała dość. – Kapitan, prawdziwy – spojrzała wymownie na wilkołaka, podsumowując jego marne umiejętności żeglarskie – Chce nam coś powiedzieć. Mów.
   Garret zamrugał. Kiedy w końcu go zauważono, zapomniał, co ma powiedzieć. – Tego, znaczy się...
   – Tak? Gadajże, bo przez ciebie po głowie dostałem! – Drav wcale nie zauważył, że laską oberwał, bo szamankę szarpał i uważał za swoją.
   – Kto prowadzi statek? – spytał Garret, bo wszyscy stali tutaj, a przy sterze nie było nikogo.
   – Statek prowadzi się sam – odpowiedział spokojnie wilkołak, z pewnością, nie rozumiejąc, w czym problem.
   – Sam?
   – No tak. Czemu się dziwicie? On nie może sam? – Drav nie rozumiał. Kiedyś mu powiedziano, że statki mogą pływać same, więc w czym problem? – No, co?
   Problem był. Ogromny. Statkiem nikt nie sterował. Bogowie.
   Cholera jasna, bogowie najjaśniejsi, gdzie się ktoś taki uchował! Nawet Devril, szczur lądowy jak się patrzy (jeśli nie liczyć podróży w łupince), wiedział, że żaden statek nie popłynie sam. Sam to się może co najwyżej wpakować na mieliznę albo na rafę, ale niech bogowie…
   – Garret! Do steru, natychmiast! – rozkazał. Czy nikt tutaj nie miał choć odrobiny oleju w głowie? Najwyraźniej sam Dev jej nie miał, bo nie wziął pod uwagę umiejętności kapitana. Poprawka, wziął. Widział jak pociąga łyk z butelki. Lecz dopiero co wsiedli na galerę, Garret dopiero co znalazł rum. Nie mógł się jeszcze upić, a był zdecydowanie najbardziej zorientowaną osobą, jeśli chodzi o żeglugę. W tej swojej pokrętnej logice nie wziął tylko pod uwagę, że Garret, uprzednio wystraszony brakiem ukochanego trunku, teraz na gwałt uzupełniał zapasy i witał się z napitkiem. A to nie była pierwsza butelka, ani nawet druga, lecz trzecia. Lecz krok kapitana był w miarę równy… jeszcze.
   – Ster na Keroniję! – zawołał uradowany i zakręcił sterem. Zapomniał tylko, że najpierw powinni zwinąć żagle, szykując się do manewru. Wiatr targnął żaglami, galerą rzuciło i w rezultacie większość pasażerów, łącznie z kapitanem, znaleźli się na ziemi.
   – Wybaczcie… – bąknął zza steru Garret, pokrzepił się ukochanym trunkiem i podniósł się, znów stając na mostku.   – Weź kurs na… – zaczął Devril, ale nie dano mu skończyć.
   – Ster na Keroniję! – zawołał podchmielony kapitan. – Majtek, przynieś rumu – chyba Drav awansował na stanowisko chłopca na posyłki. A Devrila coś zaniepokoiło.
   – Garret, jesteś pijany?
   – Ssskąt. Dwi, tszy butelcyny…
    Wilkołak najwyraźniej nie zamierzał być chłopcem na posyłki i pewnie gdyby nie wspomniał sobie, że od tego parszywego, prawdziwego!, kapitana zależy ich powrót na stały ląd, zmienił zdanie tak szybko, jak pośpiesznie wypaplał, że nie będzie służącym. Rumopodajka – tak by go pewnie pewien krasnolud nazwał.
   – Duszołap, hej, nie ma z wami reszty?
   Szamanka spojrzała na najemnika. Jej mina była nieodgadniona, a chłodne, lodowe spojrzenie pewnie by zamroziło, gdyby w nie dłużej spoglądać. Dębowa laska gruchnęła o czerwonowłosą łepetynkę. – Czy zdajesz sobie sprawę z tego, jak wiele bólu sprawiłeś swoim bliskim? – Silva najwyraźniej chciała uświadomić najemnikowi pewne wywołane przez niego emocje i głównie to, jak bardzo narozrabiał.
   – Kiedy to nie była moja wina.
   – Oczywiście. Ale twoją jest to, że spod Eilendyr wyruszyła drużyna, która gotowa była cię odnaleźć nawet na końcu świata.
   Brzeszczot zamrugał. Co właśnie powiedziała mu szamanka? Nie może być.
   – Nie możesz tej łajby szybciej jakoś ruszyć? – Wisielec był chyba jedynym, który pamiętał, co dzieje się w Tarok. Ostrzegli ich, aby uważali, bo statek jest bardziej widoczny niż wszystko inne, jednak na pewno nie zamierzali uciekać, kiedy ich przyjaciele walcząc z ludzką głupotą i pychą. – Musimy znaleźć się jak najszybciej w porcie. Kłopoty…
   Dar, zazwyczaj całkiem dobrze udający głupka, porzucił pozory i maski, po czym połączywszy fakty, pobladł nieco. Jeżeli Szept i dziadek mieli kłopoty, jeżeli wszyscy walczyli o życia… Bogowie. Najemnik odskoczył od szamanki, minął kapitana i na dziób się udał, na bukszpryt wszedł i stanął sztywno na noku. Gdyby nie elfia krew, pływałby już z rybkami w morzu. Troska o przyjaciół była jednak silniejsza. Ściskając w palcach rodowy pierścień, którego w niewoli nie stracił, zaczął intensywnie myśleć, słać prośby…
   – Vihreä, tulevat!
   Szybciej, szybciej, szybciej, szybciej, szybciej, szybciej.
   I wtedy…
   – Garret, skała! – wrzasnął Devril. Czy ten bałwan był ślepy? – Steruj w prawo, już…
   – Dwe… tszy skaly – poprawił go Garret. A Devril zamrugał. Albo on był ślepy albo Garret nie umiał liczyć.
   Była jeszcze jedna możliwość.
   Mieli na pokładzie tylko jedną osobę, która potrafiła obchodzić się ze statkiem takich gabarytów.
   Pech chciał, że te jedna osoba była kompletnie pijana.
   – W prawo, bo…
   – Zadne prawo.
   Devril nie chciał się szarpać przy sterze. Chyba że…
   – W prawo, bo nie dostaniesz więcej rumu – zabrał stojącą przy sterze butelkę. Garret od razu skręcił sterem, krzywiąc się niemiłosiernie.
   – Alje jak udezymy w skale, to tfoja wina. – I jeszcze bezczelnie zanucił sobie, pijackim tonem.
Hej, ho! Resztę czart uczyni i butelka rumu.
   Devril stwierdził, że to będzie naprawdę wymagający rejs.
   O dziwo o żadną skałę się nie rozbili. Garret też wyglądał na zdziwionego, ale zaraz pociągnął z butelczyny i chyba zapomniał o skale, której nie było. Zauważył za to wiatr, pociągnął nosem i już wiedział, jak na wilka morskiego przystało – Wiatr. Od morza. Ma...
   Dokładnie w tej chwili dziwny wiatr uderzył, a żagle załopotały mocniej, wypełniając się wiatrem.
   – Powinniśmy zrolo… zreflo…no zwinąć żagle – Garret nie mógł się wysłowić. – Za duzy wietr, porow… porozrywa je.
   – Szybciej dotrzemy na miejsce – Dev może nie był wilkiem morskim. Lecz kalkulacja była prosta. Większy wiatr, większa prędkość. Większa prędkość oznaczała zaś, że szybciej będą w Keronii. A Devril już zbyt wiele czasu stracił w niewoli i aż bał się myśleć, jaki bałagan zastanie w swojej posiadłości, nie mówiąc już o samym ruchu oporu.
   Brzeszczot zaczął kichać, kiedy podmuch uderzył w żagle. Kichnął raz, drugi i trzeci, a potem pociekła mu woda z nosa i kichanie ustać nie mogło. Zachwiał się na bukszprycie, ustał na jednej nodze i spadł, ale klapnął tyłkiem na drewnie, łapiąc się liny. Nie ma to jak siedzieć na bukszprycie, jak na koniu. Ale drewno przynajmniej nie gryzło, nie kopało, nie śmierdziało sierścią. Wiatr nie był naturalny. Wiatr powstał za pomocą magii.
   – Kurs na Keronię! W tamtą stronę! – i pokazał paluchem, w którą dokładnie. – Magię tej wrednej długouchej, zawsze poznam – tak, dla najemnika czary i zaklęcia Szept pachniały cynamonem i ostrą wonią chrzanu; dziwne skojarzenia, ale to był Brzeszczot. I właśnie te zapachy przyniósł magiczny wiatr. Kłopoty też czuł, ale starał się o nich nie myśleć. Wpadnie tam, zrobi rozwałkę, bo nikt nie będzie mu długouchej wredoty krzywdził. – Jazda! – wiatr, który wypełnił żagle, rozwiał czerwone, przydługie włosy najemnika. Gdyby teraz spojrzeć na jego twarz, można by dostrzec skupione, miodowe oczy, które przypominały sztorm na morzu. Zmarszczone brwi wyglądały jak orle, jak sowie. Spięte mięśnie policzków sugerowały jego determinację. Już on im pokaże.
   Wiatr pchnął statek.
   Garret wyrzucał z siebie rozkazy, a jego osobista służka wilkołak, zaopatrywał go w rum.
   Szamanka słuchała duchów morza, śląc swe myśli oraz lisie duchy ku portowemu miastu, upewniała się w sytuacji.
   Devril krzątał się po pokładzie, najwyraźniej nie mogąc ustać w miejscu.

~*~

    Niewidzialna, niedostrzegalna dla śmiertelnych, dziwka Fortuna przysiadła na masztowym jabłku, zakładając nogę na nogę. W jej ognistorudych włosach przysiadł jej wierny towarzysz Pech; malutka istotka, z łysą główką i dużymi oczami. Machając w powietrzu nogami, Fortuna przyglądała się płynącym na statku osobom. Szeroki uśmiech w jej wykonaniu nie wróżył niczego dobrego. Skończyły się przygotowania, zaczęła się prawdziwa gra.

~*~

  Statek pojawił się na horyzoncie. Pchany magicznym, całkiem przypadkowym wiatrem, który odnalazł żagle, zbliżył się do miasta. To, co działo się w porcie... Brzeszczot stojący na bukszprycie zbladł. Mury Tarok od strony wschodniej runęły. Dym i ogień się rozprzestrzeniały; huki wystrzałów i... Golem. Żywiołak niebroniący, a atakujący... Październikowe Dziecko! Najemnik zbiegł na deski pokładu.
   – Trzeba im pomóc. Garret, podpłyń bokiem, jak najbliżej! – Miasto od strony portu nie miało fortyfikacji, a straże zajęte wszystkim innym, nie będą mogły być wszędzie. Mieli element zaskoczenia. Mieli siłę kilku dział.
   – Statek..
   – Chrzanić statek! Celujemy w golema tym, czym mamy.
   – Ale działa...
   Najemnik się zdenerwował. Widząc to, co dzieje się w mieście, mając świadomość, że przyjaciele są w środku, że walczą o swoje życia, a chcieli przecież tylko jego uratować, Dar zapłonął prawdziwym gniewem, chociaż rzadko mu się to zdarzało. Złapał pana kapitana za koszulę i potrząsnął nim. – Jak mi tego nie zrobisz... – i chyba coś, jakaś emocja w jego oczach sprawiła, że kapitan skinął tylko głową, najprawdopodobniej uznając najemnika za szalonego wariata.
   – Dar...
   Brzeszczot odtrącił rękę wilkołaka, zbiegając pod pokład. Mieli jeszcze trochę czasu, zanim dopłynął na tyle blisko miasta, by wystrzelić.

~*~

   Statek bliżej być już nie mógł. Dar ze związanymi i upchanymi w koka włosami, chodził jak w gorączce. Nogi same pchały go do przodu, ale jeszcze trochę, jeszcze chwilę. Olbrzym zmagał się z golemem, wokół nich śmigały armatnie kule. Jeszcze chwila.
   – Dar, czy mógłbyś...
   – Daj mi chwilę – najemnik uniósł palec, prosząc, aby mu nie przeszkadzano. Musiał posłuchać. Zorientować się w sytuacji. I słyszał. – Jaruut, Jasha, Lofar, Midar, Szept, Heiana, Ivelios – nie wiedział, czy ma cieszyć się z bliskości przyjaciół, czy wnosić skargi do bogów, bo zebrali ich wszystkich w tym miejscu, gdzie rozgrywała się walka. Byli też inni; przez bitewny zgiełk słyszał strażników, sztywne i ciężkie kroki golema, wydawane rozkazy. Płacz i krzyk, lamenty kobiet. Gdzieś posypał się kamień, jakieś zabijane zwierze wydało ostatecznie tchnienie, ktoś szeptał zaklęcia mocy... Brzeszczot pokręcił głową. Musiał się skupić na tym, co ważne. Usłyszał śmiech. Uniósł głowę ku masztowi, jakby był pewny, że coś tam zobaczy. Ale na okrągłym jabłku nie było nikogo. Zdawało mu się, że usłyszał kobiecy śmiech?
   – Działa gotowe!

______________________________________________________________
Z dedykacją dla tych, którzy śledzą Tam i z powrotem od początku. 
Dla tych, co się starają. 
I dla tych, którzy pamiętali o zmianie czasu. Ja nigdy nie pamiętam.
___________________________________________
Także dla tych, którzy napawają nadzieją.
Tych, dla których chce się pisać.
I tych, dzięki którym świat Keronii wciąż cieszy.
I jeszcze dla tych, co jak ja, przestawili czas o dwie, a nie jedną godzinę.


7 komentarzy:

Szept pisze...

[Dzięki Darrusowa. Ty wiesz za co :D
Jak to jest, że niektóre fragmenty czytane ciągle od nowa wciąż tak bawią? Z dedykacją to czytasz mi w myślach... chociaż, mi nigdy nie udało się zmienić czasu o 2h. Za to w zapominaniu jestem mistrzem. Jak dobrze, że telefon i laptop same przestawiają, nie muszę pamiętać.
P.S. Czy tylko ja nie pojmuję idei zmiany czasu?]

Dar - Silva - Drav pisze...

[Ja za to pomyślałam, że tekst ostrzegając o wulgaryzmach pojawia się zawsze, kiedy jest i olbrzym ^^
Idea zmiany czasu: śpimy dłużej? ]

Szept pisze...

[W moim przypadku siedzimy dłużej. Ale wiesz, to tylko raz. Potem śpimy krócej. Tylko ja wciąż nie wiem, po co. Bo tłumaczenie wydłużanie/skracanie dnia średnio do mnie przemawia.

I tak. Tekst o wulgaryzmach jest zawsze, gdy pojawia się Jaruut. Też o tym pomyślałam. Zwłaszcza, gdy rozważałam, czy jest nam takie ostrzeżenie potrzebne. Potem pomyślałam: Jaruut. I wszystko jasne.]

Dar - Silva - Drav pisze...

[Hej, to tak, jakbyś przypięła do olbrzyma tabliczkę z napisem "uwaga, wulgaryzm!" ;p
Lofar powinien mieć "uwaga &%$" no, jest jeszcze za wcześnie na brzydkie słowa :D]

Nefryt - wierna czytelniczka ;) pisze...

Hej ;)
Miałam przeczytać wieczorem. Nie wyszło. Zabrałam ze sobą w drogę do szkoły. Prawie przeoczyłam przystanek. A jak czytałam o Jaruucie albo Wisielcu i Szamance, ludzie się na mnie dziwnie patrzyli.
Więc tak, wciąga. Piekielnie wciąga. Zwykle nie lubię kilkustronicowych opisów rozwałki, ale walka w Tarok w waszym wykonaniu jest więcej niż strawna. Jest ciekawa ;) W paru miejscach trafiły się jakieś stylistyczne zgrzyty, ale raczej nie przeszkadzały w czytaniu.
Ale wiedziałam, WIEDZIAŁAM! że na statku będą Drav z Silvą :D

Szept, Jaruut sadzi wulgaryzmami. Ale gdyby tego nie robił... nie byłby Jaruutem! W jego przypadku wulgaryzmy to środek stylistyczny ;) No i mnie nie rażą... jako środek stylistyczny. Ale ostrzeżenie niech zostanie - chyba nie chcemy mieć na sumieniu czyjegoś psychicznego dziewictwa? ;P

Dar - Silva - Drav pisze...

Wiedziałaś Nef... Chyba jesteśmy przewidywalne i będzie trzeba coś z tym zrobić, na przykład w następnej notce ;p Wszak nie może być tak, że czytający wie wcześniej!

Szept pisze...

Wiem, że wiedziałaś :D Coś tak czułam po komentarzu pod wcześniejszą częścią. Mam tylko nadzieję, że nie wiesz wszystkiego odnośnie wydarzeń. Bo wtedy ... no tak nie można. Żadnej niespodzianki.

Darrusowa, moje postacie normalnie giną wśród twoich geniuszów. Muszę coś z tym zrobić. :P

Nef, odnośnie wulgaryzmów. Ja nigdy ich nie wyłapuję. Podobnie jak przemoc i horrory. Jak słyszę horror, to spodziewam się nie wiadomo czego... a potem jest... cóż, najczęściej zawód.

Prawa autorskie

© Zastrzegamy sobie prawa autorskie do umieszczanych na blogu tekstów, wymyślonego na jego potrzeby świata oraz postaci.
Nie rościmy sobie natomiast praw autorskich do tych artów, które nie są naszego autorstwa.

Szukaj




˅ ^
+ postacie
Rinne Lasair