Przewodnik

Linki-obrazki

Misje
I. Więzi przyjaźni
Spotykasz po latach kogoś, kto dawniej był ci bliski. Wplątuje cię on w jakąś historię, która nie dość, że z czasem się komplikuje, to w dodatku budzi w tobie wątpliwości co do intencji przyjaciela.

II. Linia frontu
Kerończy natarli na Prowincję Demarską. Oblegany jest sam Demar. Jedni ludzie stają do walki, inni uciekają ze spalonej ziemi. Napastnicy, obrońcy i cywile. Po której stronie staniesz?

Opcjonalnie: Udział w buncie niewolników w Wirginii bądź inne miejsca walk.

III. Rekonwalescencja
W nie najlepszej kondycji trafiasz do wioski lub klasztoru. Wydaje ci się, że trafiłeś w dobre ręce i że wkrótce będziesz mógł opuścić to miejsce. Okazuje się jednak, że z pozoru życzliwi i uprzejmi ludzie skrywają przed tobą jakąś tajemnicę.

IV. Zabij bestię
Coś napada, nęka mieszkańców. Zawierasz umowę z wójtem - dostarczysz głowę bestii za określoną cenę. Okazuje się jednak, że stworzenie nie działa bez powodu - jest w jakiś sposób prowokowane przez mieszkańców.

Opcjonalnie: Bestia jest wrażliwa na hałas z karczmy albo ludzie naruszyli w jakiś sposób jej rewir (weszli na jej teren, zajęli leże ze względu na drogie surowce itp.)

V. Nielegalne walki
Dochodzą cię słuchy o nielegalnych walkach prowadzonych w okolicy. Położysz im kres czy może postanowisz wziąć w nich udział dla własnego zysku? Pieniądze nie leżą na ulicy.

VI. Zlecone zabójstwo
Dochodzi do zamachu, w wyniku którego ginie ktoś ważny. Podejmujesz się odnalezienia zabójcy – albo jego zleceniodawcy. Od ciebie zależy, czy dojdzie do aresztowania winnych, czy pomożesz im uniknąć kary.

VII. Egzekucja
W mieście lub wiosce szykuje się egzekucja. Znasz sprawcę albo sam doprowadziłeś do jego schwytania. Realizacja wyroku coraz bliżej.

Opcjonalnie: Z czasem nabierasz wątpliwości, czy skazaniec faktycznie jest winny i chcesz go uwolnić lub dochodzą cię pogłoski, że ktoś może chcieć uwolnić kryminalistę.

zamknij
Dodaj do WTP Spis kodów
Spis opowiadań
Kiedyś przyjdzie mi za to wszystko zapłacić... Weselicho, czyli tańcz, jedz i chędoż za darmochę! Oszukać czas. Oszukać przeznaczenie. Oszukać... siebie. Baśń o wolności: Preludium Świątynia Ażubora (1) Wszystkiego krówkowego! (okolicznościowa, krótkie opowiadanie "Motyw przewodni - Prezent". Ta dam, pamiętaliśmy! I - Wezwanie pomocy: alchemio, przybywaj! Gdy demon odzyskuje człowieczeństwo, przypomina sobie jak być człowiekiem. Nikt nie zna prawdziwego bólu do czasu aż nie straci kogoś bliskiego sercu. Niedopowiedziane historie Wendigo i Driada Szczurzy dzień (autor: Szept, Silva) Domek, zupa, sukkub i historia (autor: Elias) Sen i niespodzianki (autor: Elias) Boląca strata i niepokojący gość! (autor: Elias) Cienie i nowy przyjaciel (autor: Elias) Kruki (autor: Elias) Cienie i Starsze Dusze (autor: Elias) Zawsze jest kolejna tajemnica (autor: Silva) Zło Kor'hu Dull (autor: Elias) Złodziej Twarzy i Koszmar (autor: Elias) Królewiec (autor: Elias) Przed świtem (autor: Nefryt) Król Żebraków i nowe drzwi (autor: Elias) Akceptacja (autor: Elias) Nostalgia (autor: Nefryt) Nowa droga i niespodziewane wyznanie? (autor: Elias) Biały i zielony daje czerwony! (autor: Elias) Nowe wyzwania w nowym życiu (autor: Elias) Krąg tajemnic (autor: Elias) Jack (autor: Elias) Czasami to mrok daje najwięcej światła (autor: Elias) Trzy sceny o szpiegowaniu (autor: Nefryt) Morze bólu. Promyk nadziei ... (autor: Elias) Nie ma sensu szukać guza. Chyba, że jest się najemnikiem (autor: Silva) Sól (autor: Aed) Dyjanna Muirne: Miecz może być dowodem wszystkiego (autor: Zorana) Opus Magnum I (autor: Iskra) Uszatek i Kwiatek na tropie przygody: Przypadłość parszywej gospody (autor: Paeonia i Szept) Gdy gasną świece (autor: Zombbiszon) ... Najjaśniej płoną gwiazdy nadziei. (autor: Zombbiszon) Elias cz. 1 (autor: Zombbiszon) Elias cz. 2 (autor: Zombbiszon) Historia (autor: Zombbiszon)
zamknij

Chat


   – Ała – to były pierwsze słowa, jakie wypowiedziała Heiana, gdy otworzyła oczy. Wokół było ciemno. Wokół było mokro i zimno. Jak w jakiejś jaskini. Albo … grobowcu. Czy ci nędzni ludzie pochowali ją żywcem? Ale nie. Nie była sama. Tuż obok jej elfie oczy dostrzegły sylwetkę Iveliosa, a nieco dalej skuloną najciaśniej jak tylko mogła magiczkę. Pochowali ich razem? – Boli mnie głowa – poskarżyła się. Przesunęła dłonią po głowie, na tyle, na ile pozwoliło jej brzęczące coś. Łańcuchy, przetłumaczył jeszcze odrobinkę otumaniony umysł. – Będę miała siniaka.
   – Nic dziwnego. Solidnie oberwałaś – zauważyła skulona Szept, nawet nie podnosząc głowy.
  – Ale chyba kości mam całe – kontynuowała badanie uzdrowicielka. Po czym z rezygnacją opuściła rękę. Łańcuch zadźwięczał znowu. Donośnie. – Gdzie jesteśmy? – Heiana jeszcze nigdy nie została wtrącona do lochu. Szept, która swego czasu doznała tej przyjemności, rychło oświeciła kuzynkę.
   – Jesteśmy w lochu.
   Cisza. Heiana musiała przeanalizować uzyskane, raczej skąpe informacje. Lecz wnioski, do jakich doszła nie były widocznie zbyt pocieszające, bo zaraz porzuciła tę całą analizę. Niech nią się mądrzejsi zajmą.
   – Szept, co ty właściwie robisz?
   – Jest mi zimno. Nie uczyli cię, że tak łatwiej utrzymać ciepło?
   – Rany, ty nie jesteś Wilczą Panią. Ty jesteś wilczycą. I gryziesz.
   – Heiana, to nie jest zabawne – Szept zastanowiła się, czy wspominać kuzynce o wszach. Tu na pewno były. Ale właśnie w tej chwili spojrzenie Szept padło na Iveliosa. On też będzie mieć siniaka, ale chyba jak mu go ona sama nabije. Doprawdy, używać magii w mieście pełnym jej przeciwników. Już wiedziała, po kim Brzeszczot odziedziczył ptasi móżdżek. Bez urazy, ptaki. – Ivelios–elda, możesz mi powiedzieć, co to miało na celu? – zagadnęła. Gdyby był tu najemnik, posypałyby się i inne, mniej uprzejme słowa. Cóż, przywilej starszeństwa i wieku. Ale guza i tak mu nabije. Na bogów, nie byli w Eilendyr, gdzie magowie byli nieomal świętością (pod warunkiem, że w swej inteligencji nie zaczynali parać się czarną magią). Na bogów, byli w mieście ludzi! Myśliwi Ulotnych Energii, procesy czarownic i oskarżenia o wszelkie klęski żywiołowe. A może tego podsumowania nikt Iveliosowi nie zdradził?
   Sowiooki został zganiony. Właściwie w dość kulturalny sposób przytarto mu nosa, za tę głupotę. I co na to stary elf? Jak nic powinien się obrazić, zdenerwować, wypomnieć królowej, że należy mu się szacunek, że to nie przystoi, ale nie, on tego nie zrobił. Elf dźwięcząc łańcuchami, podniósł się, aż strzeliło mu coś w kościach, pewnie starość, i przystanął przy kratach, zagradzających wyjście z celi. Ich więzienie było małe, cuchnęło, ale szczęście, że niewielki ogarek palił się na korytarzu, na którym nikogo nie było. – Aby osiągnąć pewien cel, należy poświęcić coś w zamian – elf dotknął nosem stalowych krat, wciągając surową, metalową woń zupełnie tak, jakby było mu to do czegokolwiek potrzebne. Z jego słów wyraźnie wynikało, że chciał się tutaj znaleźć. A jak lepiej trafić do celi, jeśli nie dając się złapać i prowokując? Tak, Ivelios potrafił być nieprzewidywalny i zdecydowanie należało się przyglądać temu, co robi i mówi, bo słowem aż za dobrze manipulował.
   – Może. Ale trzeba wiedzieć, co się robi – Szept nadal uważała, że tutejsze lochy to nienajlepszy pomysł na poszukiwania Brzeszczota. Zwłaszcza gdy wspominała słowa Corvusa i tamtą, nabitą na pal głowę. Tutejsi już mieli starcia z magami. Nie skończyło się to najlepiej dla tych ostatnich. I lepiej, żeby Ivelios miał plan awaryjny, bo inaczej dla nich może się to skończyć w równie nieprzyjemny sposób.
   – I co się tak ciskasz? Ivelios–elda ma plan – Heiana najwyraźniej nie podzielała niepokojów Szept. Lecz w gruncie rzeczy Heiana nie znała tak dobrze ludzi, jak Szept. Żyła wśród Teruków i o nich wiedziała chyba tyle, co nikt. Lecz świat nie kończył się na Terukach. Ani na elfach, choć niektórzy zdawali się właśnie tak sądzić.
   – Oczywiście. Obawiam się jednak, że nie tylko on – Szept nie śmiała zanegować słów kuzynki i ot tak oświadczyć, że Sowiooki działał spontanicznie, bo coś przyszło mu akurat do głowy i uznał, że może być pomocne. Co nie oznaczało, że taka właśnie myśl nie przyszła do królewskiej główki, która królewską wcale się nie czuła.
   – Ty, a może zagroź im zemstą ze strony elfów? W końcu możesz, nie? – Heiana majstrowała coś przy łańcuchach, próbując się ich pozbyć. Jak dotąd nieefektywnie.
   – Jasne. Już widzę, jak robi to na nich wrażenie.
   – A magowie? Muszą tu być jacyś magowie. Tamten na dziedzińcu nie mógł być jedynym – Heiana spróbowała innej możliwości.
   – Za to mógł być ostatnim, który był na tyle głupi, by tu przyjść. Nie, Hei. Jeśli są tu jeszcze jacyś magowie, mają więcej kłopotów na głowie niż ratowanie przygodnych głupców, którzy dali się złapać. Możesz mi wierzyć – tym razem elfka była w błędzie. Tyle, że o tym nie wiedziała. Jeszcze.
   Ivelios zamrugał. Czerwone włosy w tym mdłym, słabym świetle zdawały się być bardziej rude, jego twarz znacznie starsza i jakby zmartwiona; coś niepokoiło elfa i to na tyle mocno, że przycichł, nie odzywając się wcale - ot niezawodna oznaka, że coś jest nie tak, jak być powinno. Przypominał długouchego, który patrzy na cierpienie rodziny i nic z tym zrobić nie może. W końcu potarł palcami czoło, westchnął jak to miał w zwyczaju i zastukał knykciem w stalowe kraty, a echo pochwyciło ten dźwięk i poniosło dalej. Przez chwilę nic się nie działo, cisza była absolutna, niemal namacalna w lochu, gdzie poza nimi nie było nikogo, tylko dogasający ogarek świecy aż nazbyt wymownie świadczący o nienawiści do światła magicznego i lamp wykutych nieludzkimi rękoma. Sowiooki zastukał jeszcze raz w specyficznej tonacji, a zaraz też zahukał niczym sowa; melodyjnie i śpiewnie. – Najwyższy czas, aby magowie zostali wyzwoleni – i w tym momencie z końca korytarza, nieco niemrawo, dobiegło do nich krakanie i stukanie w kraty, to samo, które przed chwilą wystukiwał elf. Odpowiedź. Ivelios jak zwykle nie pytał nikogo o zdanie. Po prostu wykorzystał fakt, że złapano jego wnuka i dotarł do Tarok. Nie zrobiłby tego, gdyby nie był pewny bezpieczeństwa najemnika. A był i mógł sobie dać odciąć za to rękę całą, a nawet język. Brzeszczot mógł poczekać, ale w mieście portowym było coś, co należało raz na zawsze zakończyć, na co nikt nie reagował, nikt.
   Między kratami drugiej celi mignęła czyjaś twarz, ale zaraz znów schowała się w cieniu. Chwilę ciszy przerwało stukanie.
   – Sowie oczy widzą daleko…
   Hasło zostało wypowiedziane.
   – … a czułe ich uszy słyszą wszystko – dopowiedział Ivelios.
   – Ktoś tu jest? – Heiana rozejrzała się niespokojnie, słysząc krakanie.
   – Co najwyżej nieudolnie naśladuje kruka – sprecyzowała Szept, wciąż niezadowolona i zła. Szept nie lubiła, gdy ktoś nią manipulował. Szept nie lubiła, gdy wciągano ją w coś bez jej wiedzy. A Ivelios właśnie utrafił w czuły punkt i zarezerwował dla siebie oburzenie i złość magiczki. Magiczki, która urażona, lubiła czasem zrobić na przekór. I na pewno tak łatwo nie zapomni, więc jeszcze starszemu elfowi zmyje głowę. Toteż tylko zmierzyła obcego elfa wzrokiem, łaskawie kiwając głową. Lecz zaciśnięte usta nie wymówiły żadnego słowa. Heiana, która chyba lepiej niż Ivelios znała pod tym względem Szept, spodziewała się właśnie czegoś takiego.
   – Gariadil. 
   – Tak. I są tu inni magowie. Wielu magów z długowiecznej rasy pochodzących – fakt, że Gariadil mówił tak swobodnie musiał oznaczać, że nie bał się podsłuchujących uszów; najwyraźniej ich tu nie było. – Spóźniłeś się, Strażniku.
   Ivelios wzruszył tylko ramionami. – Drobne utrudnienia. Gariadil, poznaj bliskie memu sercu kobiety. Heiana elda i Szept – zapobiegliwie nie tytułował Niraneth królową.
   – Wyjaśni mi ktoś, o co tu chodzi? – odezwała się w zastępstwie milczącej kuzynki Heiana; elfka nie miała aż tak przekornej duszy jak Szept, poza tym, dziwne spotkanie zaintrygowało ją. Na tyle, by chciała dowiedzieć się więcej. A więcej znaczyło zadawać pytania. – Uwolnicie nas teraz? Albo chociaż zdejmiecie mi to brzęczące coś z nadgarstków?
   – Łańcuchy. To są łańcuchy – Szept łypnęła na kuzynkę. Nieco karcąco. Nie podniosła się, wciąż siedziała pod ścianą. Tyle, że tym razem już się nie kuliła.
   – Mniejsza o to. O co tu chodzi? – Heiana nie dała się zbić tak łatwo z tropu.
   Stary elf potrafił poradzić sobie ze świadomością, że królowa jego rasy jest na niego obrażona. Ot całkiem normalne emocje, naturalne i zrozumiałe w stanie, kiedy nie znało się całej prawdy i dokładnego obrazu sytuacji.  – Tutejsze elfy poprosiły stolicę o pomoc...
   – Jednak ci gołodupcy wyparli się nas i kazali sobie poradzić – tutejszy długouchy nie bawił się w ładne słowa, nie dbał o tytuły, czy szlacheckie pochodzenie. Dla niego ważne było to, że elfy się od nich odwróciły. Nie chciały pomóc, bo nie chciały się mieszać i jawnie wszczynać wojny przeciwko ludziom. Rozumiał to, ale zostawiać swoich na śmierć, też nie godzi się. – Dyplomaci jebani – pewnie, gdyby wiedział, że ma przed sobą królową, języka i tak by nie ogładził. Tutaj każdy dzień życia był darem od bogów, był dniem szczęśliwym. Jednak w Tarok trwała podskórna wojna; ludzie eksterminowali elfy. Skuteczniej niż Myśliwi Ulotnych Energii. Elf ukryty w ciemnościach splunął na posadzkę – Ivelios elda zgodził się nam pomóc. Wyciągnął ku nam pomocną dłoń – Gariadil obrócił się tak, że w mdłym świetle lamp, dostrzec można było jego skrzywione oblicze i zimne spojrzenie. Długouchy był obrazem nędzy i rozpaczy; obdrapany, wychudzony i wyniszczony, nie wyglądał najlepiej. – Skurwysyny wybiły połowę moich ludzi. Teraz chcemy tylko stąd uciec. Uratować jak najwięcej naszych.
   – Nie dotarła do mnie żadna prośba – Szept zareagowała od razu. Albo więc Starszyzna coś kombinowała po drodze – już ona im pokarze, jak tylko wróci, co znaczy ją pomijać… – albo nie powiedział jej tego Wilk. Z dwojga złego wolałaby, żeby chodziło o Starszyznę. Na nią było łatwiej się gniewać. Stojąca obok Heiana skrzywiła się, słysząc takie niegodne słownictwo w elfich ustach. To znacznie bardziej godne człowieka, niż starego, długowiecznego rodu.
   – Elf, a tak się wyraża – skomentowała, cmokając. Wygląda na to, że nie tylko Brzeszczota tu trzeba wyedukować. – Do tego tak się wyrażać przy… Au! – Szept, najwyraźniej wcale nie pragnąc rozpoznania nadepnęła kuzynce na stopę. Dość boleśnie. – No co? Ja tylko… No dobrze, już dobrze, będę siedzieć cicho. Ale bransoletki może mi ktoś zdjąć. Są ciężkie – poskarżyła się, robiąc przy tym żałosną minę.
   – Zgodziłeś się pomóc. Świetnie. Za nas wszystkich, tak? – podsumowała Iveliosa Szept. Sytuacja i argumenty nie ułagodziły jej. Krąg próbował nią manipulować, próbowała Starszyzna. Ale coś takiego, do tego po Iveliosie… – Może jeszcze tylko po to ruszyłeś ze stolicy i Dar cię nie obchodzi? Czego jeszcze nie powiedziałeś, co? Może jeszcze masz jakąś nowinę i zamysł, w którym zamierzasz nas wplątać, nie pytając o zdanie? Dzięki, przyjacielu. Po prostu dzięki – wstała, zatrzeszczały łańcuchy. Zamiast jednak podejść do rozmawiających odwróciła się do nich plecami, wzrok kierując w stronę malutkiego, zakratkowanego okna na samym szczycie. Niepodobna tam sięgnąć.  Spoglądająca na nią Heiana westchnęła.
   – Gratulacje. Udało ci się utrafić w czuły punkt – podsumowała uzdrowicielka.
   – Gdzie jest reszta twoich ludzi? – zwróciła się do nowo przybyłego elfa Szept, w końcu przerywając milczenie. – Czy ludzie mają jakiś sposób na identyfikację magów?
   Ivelios nie powiedział nic. Przeanalizował konsekwencje każdej z możliwych odpowiedzi i dostrzegając, że nic dobrego nie przyniosą, przemilczał. Zrobił to, co uznał za słuszne. Co było konieczne do zrobienia. Czasami trzeba podejmować takie decyzje i stary elf pomyślał, że młoda królowa przekona się jeszcze, jak wiele wyrzeczeń i sprzecznych z własnym sumieniem decyzji, będzie musiała podjąć. Zabolało. Zabolały jej słowa. On to wszystko robił dla wnuka i chociaż efekty podjętych dawno decyzji i tego, co zrobią w Tarok widoczne będą dopiero za jakiś czas, nie cofnie się przed swoimi decyzjami. Jeżeli tylko Szept będzie chciała, rebelianci ją wypuszczą, wskażą drogę, a może nawet dadzą małą łódkę z prowiantem i słodką wodą. Czy jednak popłynie, kiedy usłyszy, jakie mogą być tego konsekwencje? Ivelios zamierzał to sprawdzić.
   Gariadil tłumaczył Heianie, że identyfikacja magów nie jest wcale trudna. Dla mieszkających tu ludzi, tylko elfi magowie byli zarazą, której należało się pozbyć, wypalić do gołej ziemi i nigdy więcej nie pozwolić tym chwastom na ponowne rozpanoszenie się. Szpiczaste uszy były wystarczającym dowodem dla ludzi, ale by mieć pewność, stosowano magię przeciwko magii i właśnie to sprawiało zaburzenia w polach mocy i rzucanych czarach, które czuła Szept i reszta, a którymi bawiła się mała Nenna.
   – Jeżeli nie powstrzymamy tego buntu, idea ludzi rozgorzeje jak ogień. Stosy zapalą się szybko, a potem przyjdzie czas na nasz dom. Ludzi już raz chcieli go zniszczyć, teraz, gdy zobaczą szansę, znowu spróbują. Ignorancja kłopotów Tarok, będzie początkiem naszych – szpiedzy rebeliantów donosili o burzących myśli pragnieniach tarokańczyków; ludzie chcieli swojej dominacji, chcieli rządzić i korzystając z niepokojów na kerońsko–wirgińskim froncie, uszczknąć coś dla siebie. Elfy zawsze były dla ludzi kłopotem, dla ludzi ślepych, głupich i niepotrafiących spojrzeć w przyszłość. Ale zawsze znajdą się tacy ignoranci, którzy zechcą wynieść swój świat ponad innych. Bunt przeciw elfom w Tarok, może przynieść konsekwencje, od których podzielona i niespokojna Keronia, upadnie jeszcze bardziej.
   – Wiem, powinienem był powiedzieć – Ivelios zrobił coś, czego nie planował; w jednej chwili podjął decyzję, szczerą, z serca: przyklęknął przed swoją królową, opuszczając głowę. Nie była to pokora, bowiem nie uważał by źle zrobił. Przyznawał się tylko do tego, że powinien był powiedzieć o zaistniałej sytuacji. Decyzja i tak zapadła dawno temu, nie mógł jej cofnąć. Nawet nie chciał, bowiem postąpiłby tak samo. Nie wiedział, dlaczego Starszyzna milczała, miał swoje podejrzenia, ale nie mógł dopuścić, by ogień buntu rozniósł się po kraju. I Dar. Wnuk był nie tyle komplikacją od dawna układanego planu, co przyczyną jego sprawnego i szybkiego zrealizowania. Najemnik. Ten głupiec musiał wytrzymać odrobinę dłużej. Byli też pozostali. Stary elf ich rozdzielił nie dla bezpieczeństwa i rzucania się w oczy, ale po to, by gdy jedni wpadli w kłopoty, drudzy mogli szukać dalej. Sowy powinny się już z nimi skontaktować i przekazać wieści.
   Bardzo prawdopodobne, że Szept sama podjęłaby taką decyzję. Tu jednak chodziło o zawiedzione zaufanie. Przyprowadzono ją tu na ślepo, o niczym nie mówiąc. By nie mogła zaprotestować? Bo tak to wyglądało w jej oczach. Inaczej by wyglądało, gdyby podczas tamtej wizyty w pałacu Ivelios powiedział jej wszystko… W obecnej sytuacji wcale nie żałowała swoich słów i nie sądziła, by miało to się stać. W obecnej sytuacji gorycz była zbyt duża. Lecz reszta słów nie padła i elfka zrobiła chyba to, co w takim wypadku najlepiej jej wychodziło. Zajęła się czymś innym, ukrywając zranienie pod narzutą urażonej dumy.
   – Tylko ludzie mogą być tak głupi – podsumowała to, czego się dowiedziała właśnie Heiana. Jak można było potępiać magię i jednocześnie samemu jej używać? Tu ewidentnie nie chodziło o magię, to była tylko zasłona. Chodziło o rasę i o szpiczaste uszy. – Mówisz o powstrzymaniu tego buntu, lecz jeszcze przed chwilą twierdziłeś, że chcesz tylko opuścić to miasto razem ze swoimi ludźmi. Czego więc chcesz? – zapytała, wychwytując sprzeczność. Pojmowała, że będąc tutaj jako królowa, nawet jeśli nieoficjalnie, a angażując się w starcia Szept mogła doprowadzić do pogorszenie się relacji z ludźmi i do walk. Niektórzy nie patrzyliby na to, kto zaczął. Patrzyliby na fakty. Starcia w Tarok. Magia, jako zło. I elfia stolica, która na starcia pozwoliła. Lecz czy mieli siedzieć bezczynnie? Na bogów, w co ona się wpakowała. A mogła sobie spokojnie łazić po ruinach. Z jej najemnikiem, który oczywiście musiał gdzieś się zgubić. Akurat gdy był potrzebny.
   – Powieszą was – Gariadil przerwał tę dziwną, niejasną rozmowę i zaczął uważnie słuchać. Coś go zaniepokoiło, ale były to tylko codzienne dźwięki garnizonu. Wiedział, że ucieczka na nic się zda, a poplątany język był winą zszarpanych nerwów. – Nie będą torturować, nie zrobią nic. Odurzą i powieszą. Ale my na to nie pozwolimy. Jesteście naszą ostatnią nadzieją. Bez was, nie zdziałamy nic – elf mówił poważnie; wiedział, ile dla jego ludzi znaczy przybycie pomocy, odsieczy. Miesiące ucisków, łapanek i strachu, wreszcie się skończą. Tutejsze elfy, garstka ocalałych, będzie mogła wrócić do domów i rodzin. Skończą się nieprzespane noce, strach przed jutrem, strach przed śmiercią. Mieli też rannych, mieli martwych, których ciał nie mogli pochować z należytym szacunkiem. Zbezczeszczone zostały rzucone na stos, by ptaki i psy wyjadły co lepsze, a kości zbielały na słońcu. Zbyt wiele elfów zostało zabitych, zbyt wiele krwi przelano przez nienawiść. – Ludzie są dokładni. Wpływali na nasze uczucia i co słabsi łamali się. Potem widzieliśmy, jak psy szarpały ich ciała. Dzieci palili. Nasze kobiety torturowano za to, że powiły magiczne pomioty. Nie mamy już sił, aby się opierać. Chcemy tylko spokoju… Ale oni nie dadzą nam uciec. Jesteśmy w pułapce, z której trzeba się wyrwać. Miasto nie ma podziemnych tuneli, a mury i wyjścia są pod stałą kontrolą. Nienawidzą magii elfów. Są najlepiej przygotowanymi ludźmi do jej zwalczania. Nic, żaden czar nie przemknie niezauważony.
   – Ilu ludzi stacjonuje w garnizonie? – Ivelios wiedział, że magia tutaj nie działa. Ale Gariadil mówił, że magiczne artefakty owszem. Kostur Szept, jego własny miecz i to, co udało mu się zabrać dla elfów. Będą musieli się przebić. Sowiooki nie sądził, że sytuacja jest aż taka zła. Rada popełniła poważny błąd, ignorując wołanie o pomoc.
   – Cztery tuziny. Ale w mieście, wśród cywilów, wielu jest ich sprzymierzeńców. Ćwiczą, od dawna ćwiczą walkę z elfami i naszą magią. Są cholernie dobrzy. Nigdy przedtem nie spotkałem się z nienawiścią tak silną, że potrafi zaślepiać innych. To, co tutaj się dzieje…
   – Jeżeli wyjdzie to poza mury, jeżeli ruszą w głąb kraju… – Ivelios zamarł. Zaczął wątpić, czy dadzą radę cokolwiek tu zrobić. Sytuacja była nie za ciekawa. Ale na pomoc nie mogą liczyć. Byli tylko ich towarzysze i elfy umęczone, uwięzione w mieście, bez nadziei, potraktowane gorzej niż bydło.
   – Rozpocznie się pogrom. Zapalą nowe ogniska nienawiści – Gariadil wyciągnął coś z kieszeni, mały wytrych, którym zaczął majstrować w zamku. Ludzie zabezpieczywszy więzienie przeciw magii, polegali jedynie na strażnikach i zamkach. Tych pierwszych dało się odciągnąć, a zamki można było otworzyć, jeśli miało się odpowiednie umiejętności. Elf chwilę pogmerał przy żelastwie, namęczył się, aż w końcu zapadka chrzęstnęła i skrzypnęły uchylane kraty. – Musimy iść. Poświęciliśmy jednego z naszych, aby was wyciągnąć. Porozmawiamy w lepszym miejscu – to i tak była mała cena; gdyby przyszło im odbijać ich z rąk ludzi na ulicach straciliby wielu, a nie mogli pozwolić sobie na utratę nikogo, ani jednej duszy. Sam obiecał sobie, że nie pozwoli, by ginęli jego ludzie, ci, za których życia po części odpowiadał. Musieli działać, szybko, z elementem zaskoczenia. Gariadil jeszcze nie wiedział, co przyniesie mu los. – Chodźcie – kiedy otwarte zostały ostatnie kajdany, gdy z brzękiem upadły na kamienną podłogę, elf musiał ich teraz wyprowadzić. Bezpiecznie, tak, aby im włos z głowy nie spadł. Byli ich nadzieją. Bez nich, nic się nie zmieni.
   Szept stwierdziła, że bardzo nie lubi, gdy ktoś mówi ogólnikami. Wilk ją chyba udusi, jeśli wiedział o kłopotach w Tarok i zdecydował o nie mieszaniu się. Starszyzna, jeśli maczała pace w odmowie, to chyba ją wyklnie. Czy ona zawsze musiała być czarną owcą i mieć odmienne zdanie niż wszyscy dookoła? No bo przecież musi ich jakoś stąd wyprowadzić, na śmierć to ich tu nie zostawi. Chociaż naprawdę wolałaby, żeby obeszło się bez starcia z ludźmi i wiedziała, że zrobi wszystko, by do tego nie doszło.
   Czy aby na pewno – szepnął głosik w jej głowie. – Jak wiele jesteś w stanie poświęcić? – kontynuował, zdradziecki, natarczywy. A ponieważ na to wolała nie odpowiadać, póki co ładnie kazała mu się zamknąć. W razie czego będzie improwizować. Głupia Starszyzna, już ona im powie, co myśli o umywaniu rączek. Czyste ręce, też coś. Ochrona ich ludzi, jedna wielka bzdura. Chyba własnych tyłków. Tak, tę rozmowę na pewno zapamiętają. Raz a dobrze. I ta wizja nieco poprawiła jej humor. Przynajmniej dopóki Heiana nie zrównała się z nią.
   – Szept… ja wiem, że oni potrzebują pomocy… ale… – coś chodziło uzdrowicielce po głowie, bo minę miała nietęgą. – Ale co będzie z Brzeszczotem?
   Szept nie wiedziała. Miała nadzieję, że sobie poradzi, w końcu ostatnim fajtłapą znowu nie był. Może nieco prostoduszny, momentami drażliwy, ale ostatecznie… To był Brzeszczot. Z niejednego pieca chleb jadł, nawet jeśli czasem o ten piecyk poparzył sobie swoje wszędobylskie łapki. Łapki się goiły, tylko po to, żeby sparzyć je ponownie. Cały Brzeszczot…
   – Szept, uśmiechasz się. – Naprawdę? Cóż, widocznie robiła się sentymentalna. – Nie pomożemy mu?
   – Dopóki nie karzą mu myśleć poradzi sobie.
   – Ja pytam poważnie.
   – Nie wiem, Hei. Nie mam pojęcia – Ivelios twierdził, że Brzeszczot sobie poradzi. Lecz Szept wciąż była nieco zła, poza tym, wolała martwić się o najemnika niż o siebie i sytuację w Tarok.
   Chociaż Ivelios nie wyglądał, jego strach o życie wnuka był prawdziwy; to, co przeżywał i to, jakie emocje nim targały, kiedy wpadł do królewskiego pałacu w Eilendyr, było prawdziwe. Ale stary elf wiedział, że czasami życie weryfikuje priorytety. Choć nigdy nie poświęciłby życia wnuka, musiał odsunąć je na bok i to nie był jego wybór, nie jego decyzja. Modlił się do bogów, aby najemnik nie zrobił nic głupiego. Gryzło go sumienie, bo zrzucił poszukiwania na swoich towarzyszy, ale na nich mógł liczyć bardziej, niż na najemnych ludzi. Bogowie, pozwólcie, aby wszystko zakończyło się dobrze, by niczego nie musiał żałować. Nigdy by sobie nie wybaczył, gdyby z jego winy komuś stała się krzywda. Jednak wciąż uważał, że postąpił tak, jak powinien. Jeżeli nie zduszą tej rewolty, nie będzie kraju, do którego mógłby wrócić najemnik.
   – Jeżeli możesz wyciągnąć nas z więzienia, dlaczego nie wykorzystasz tych umiejętności do ucieczki?
   – Bo jest nas zbyt mało – odpowiedział Gariadil, obstukując kamienie tworzące ścianę; trzy w prawo, jedno w dół. – Bo zbyt długo się opieraliśmy. Gdy zobaczycie, co zostało z naszych ludzi, zrozumiecie. To tylko kobiety i dzieci. Mężczyźni zostali kalekami.
   – Wspominałeś o odpornych artefaktach.
  – Były przydatne jeszcze tydzień temu. Teraz i na to znaleźli sposób – elf w końcu znalazł odpowiedni kamień, nacisnął i mogli czmychnąć niewielkim przejściem, które prowadziło na tylny dziedziniec. Osłaniała ich noc, ale ryzyko wykrycia nadal było ogromne. Po murach przechadzali się strażnicy, w wieżach i basztach paliły się ogniska, a ulicami przemykali konni jeźdźcy, zaglądający w cienie i zakamarki. – Chcemy uniknąć walki – Gariadil zwrócił się do magiczki – Ale obawiam się, że będzie ona nieunikniona.
   – Nie może do niej dojść. Nie z moim udziałem – ostatnio nabroiła aż nadto i jeśli wplącze Eilendyr w konflikt z ludźmi będzie to kropla, lecz nawet kropla, jeśli okaże się tą ostatnią, może przepełnić czarę.
   – Szept… – Heiana, choć rozumiała upór magiczki, nie do końca pojmowała motywy tamtej. Bycie królową na pewno było pewnym ciężarem i wiązało się z ogromną odpowiedzialnością, lecz nawet uzdrowicielka nie do końca pojmowała szereg zależności i opinii, kroków, które musiały być dokładnie wyważone. Udział zwyklej, wyklętej magiczki nie zburzyłby niczego. Udział żony Władcy… zmieniał postać rzeczy. – Jeśli kobiety i dzieci…
   – Jestem magiem. A magia jest tutaj bezużyteczną… Magia przeciwko magii, słyszałaś przecież.
   – Jestem uzdrowicielką. Na niewiele się mogę zdać bez magii – Heiana uśmiechnęła się kwaśno.
   – Bramy są pewnikiem strzeżone. Do tego patrole. Kanały? Stare przejścia? Istnieje coś takiego? – głośno dumała Szept. – Mają własnych magów… albo używają artefaktów. Magów można skierować na fałszywy ślad, zająć… iluzja powinna ukryć elfie pochodzenie… Chyba, że mają coś, co sprawia, że magia nie działa… lecz wtedy nie działały by i ich zaklęcia. Prędzej coś, co ujawnia iluzję, obnaża ją.
   – No to jesteśmy w kropce? To chcesz powiedzieć?
   – Nie wiem. Jeszcze nie wiem – miała ochotę potrzeć skronie. Jeszcze tego brakowało, by zaczęła ją boleć głowa. – Można by spróbować wpłynąć na strażników. Tego mogą się nie spodziewać – była to bowiem sztuka należąca do czarnej magii, którą w oficjalnych wersjach elfy się brzydziły. I nie parały. Cóż, Szept chyba zawsze musiała się wyróżnić, choć zawsze utrzymywała, że woli tego nie robić. Jakoś nie do końca jej wychodziło.
   – Ale magowie…
   – Trzeba by odwrócić ich uwagę…
   – Jeśli zamierzasz ryzykować i podsunąć się im pod sam nos, to… – Heiana nie dokończyła. Brzeszczot urwie jej głowę, Wilk urwie jej głowę, a Eredin da kopa w tyłek. Nie mówiąc o tym, że jak wyjdą z tego cało, to Heiana chyba odtańczy kankana. Albo wytarga kogoś solidnie za uszy. Te spiczaste.   
   – Możliwe, że to akurat zrobisz ty – jeśli Szept zajmie się strażnikami, może nie być w stanie poradzić sobie także i z magami. Szkoda. Wolałaby zrobić to sama, nie mieszając do tego Heiany. Tym razem, choć żadna z nich o tym nie wiedziała, uzdrowicielka była dokładnie takiego samego zdania.
   – Kanały i stare przejścia, zasypane. Mówiłem. – Gariadil faktycznie o tym wspominał, ale pewnie powtórzyłby jeszcze raz, gdyby nie trzęsące się ręce i strach. Elf nigdy nie przypuszczał, że można doświadczyć strachu, który potrafi sparaliżować ręce i odebrać władzę w nogach. W porównaniu z innymi, był młodym elfem i wojen nie doświadczył. Większość z nich była tylko magami, którzy ziemi służą, podróżując po kraju, niosąc pomoc rolnikom. Wola mrocznych bogów najwyraźniej chciała, by trafili do portowego miasta, by tu doświadczyli próby i pokazali, z czego są ulepieni. Gariadil żałował, że ruszył w tę podróż. Miał śpiewać ziemi, roślinom, a nie niczym szczur chować się w kanałach. – Może nam się uda przebić, przez którąś z bram.
   – Opowiedz nam o strażnikach.
   – Czapy, które noszą, nabite są szlachetnymi kamieniami. Absorbują magię, ale nie reagują na czary użytkownika – Gariadil pogonił Iveliosa, nie pozwalając mu na przyjrzenie się strażom na murach. Sowiooki nie obcych wypatrywał, a szukał sów na niebie. – Nie wiemy, jak działa na nie wyższa magia.
    – Czyli chcecie się przebić i liczyć na szczęście? Albo wykorzystać nas, jako zasłonę? – Ivelios po prostu pytał, a w jego głosie na próżno było szukać urazy. Chciał wiedzieć, jakie mają wobec nich uciskane elfy zamiary. Musieli mieć swoje plany, wnioski, żyli tu dłużej, lepiej znali miasto, chociaż pewnie starali się nosa ze swoich dziur nie wyściubiać.
   – Chcemy po prostu uciec. To ty chcesz zatrzymać rebelię – Gariadil pogonił ich w ciemną uliczkę, pośpieszył do opuszczonego, zawalonego domu bez dachu i wepchnął w dziurę w podłodze, którą wcześniej musiał odkopać i wygrzebać zza zawaliska. Miejsce, w którym się znaleźli było… Ciasne. Śmierdziało mieszaniną jedzenia, potu i niemytego ciała. Czuć było tu strach. Gdzieś w mdłym świetle świec, płakało dziecko, a czułe słowa matki, wcale go nie uspokajały. Ktoś szlochał, jęczał w gorączce, wzywając na pomoc bogów. Elfy. Nikt tu nie był dumny, nikt nie był piękny i wyniosły. Długouche oblicza naznaczone były siniakami, bliznami; na szybko zszyte, nieumiejętne opatrzone rany ropiały. Złamane ręce i nogi, urwane kończyny. Elfy były w tragicznym stanie. Wyniszczone, zmęczone. Z pustymi oczami, w których zgasł ogień. Nie było w nich chęci życia, nie było ducha. Garstka elfów, która marzyła tylko o wydostaniu się z tej pułapki. Brudna, upodlona.  Ivelios nie sądził, że jest tak źle. Spodziewał się zaszczutych elfów, ale to… To, co zobaczył przeszło jego najgorsze oczekiwania. I poczuł nienawiść do ludzi, wstręt do istot, które wyrządziły krzywdę innym. Ludzie znani byli z okrucieństwa, ale to… To była… Sowiooki nie mógł znaleźć słów.  
   – Elfy. Tyle zostało z naszej godności.
   Szept nie odpowiedziała. Szare oczy śledziły wynędzniałe oblicza, zapadnięte twarze, wyzute z dumy i godności. Gorzej – wyzute z nadziei. Nawet Heianie zabrakło słów. Dusza uzdrowicielki jeszcze się nie przebudziła, stłumiona gniewem, urazą, zaskoczeniem. Dopiero później przypomniała sobie o pękatym mieszku, wypełnionym przeróżnymi ziołami, na różnorakie dolegliwości. Nie marnując więcej czasu ruszyła pomiędzy swych rodaków, szczodrze dzieląc się swoją wiedzą. Szept milczała uparcie. – Wyczuwają użycie magii w mieście? – rzuciła, zatrzymując Gariadila, kładąc mu rękę na ramieniu. – Powiedz mi, w jaki sposób lokalizują magów. Skąd wiedzą. Wspominałeś, że używają magii przeciwko magii…, lecz przecież nie na każdym mieszkańcu. W ludzkich miastach jest pełno tych, których się nie liczy – nie wierzyła, aby władze zapuściły się do slumsów, by przyjrzały się każdemu żebrakowi i biedakowi, każdemu choremu. Jakoś musieli wynajdywać podejrzanych, potem sprawdzać. Zawrzała gniewem. Lecz gniew nie był najlepszym doradcą. Zrzuciła z ramion płaszcz, okrywając nim najbliższą, trzęsącą się z zimna elfkę. Rozum podpowiadał, że jest ich za mało. Ona, Heiana…, Ivelios. Na tych biedaków nie można było liczyć, siłą nie mogli się przebić. Strażnicy może będą podatni na czarną magię, może nie. Nieudana próba zaalarmuje ich, z kolei jej brak wystawi wszystkich na ryzyko w razie niepowodzenia. – Jak silni są tutejsi magowie? – Ludzie nigdy nie byli tak dobrzy, jak elfy w tajemnej sztuce. Niemniej, zdarzały się wyjątki od tej reguły, a Szept chciała wiedzieć, z czym przyjdzie jej się mierzyć. Nie, żeby miała jakiś plan. – Jest jakieś wyjście z miasta, najmniej strzeżone?
   Ivelios nie znał się na magii leczniczej tak, jak Heiana. Nawet jej do pięt nie dorastał w prostym leczeniu i znajomości ziół; nigdy nie był w tym dobry, a i bogowie poskąpili mu tych umiejętności. Mógł jednak pomóc w inny sposób. Zostawiając Szept na chwilę samą, uklęknął przy pochlipującej dziewczynce i ze swojego zaklętego mieszka, wyciągnął bochenek chleba. Najwyraźniej przedmioty, które wcześniej zostały zaklęte, działały, może nieco opieszale, bo Sowiooki musiał się namęczyć, by mieszek otworzyć i coś z niego wydobyć, ale jednak działały. Za bochenkiem pojawiła się gomółka sera, woda w bukłaczku, trochę suszonego mięsa – i tak wyjaśniło się, gdzie znikały zapasy, o których zjedzenie podejrzewał Jasha olbrzyma.
   – Zajmij się dziewczynką. Pomogę ci – Ivelios wyciągnął z rąk kobiety miskę z kleistą papką, która pachniała nie najlepiej, a i wyglądała nieciekawie i przysiadł przy elfie, którego ktoś pozbawił ręki i nogi. Podwinął rękawy i bez krępacji pomógł mu zjeść, pokrzepiając dobrym słowem. Nie bał się ich tak, jakby bała się większość. To były elfy, upodlone i pozbawione nadziei, ale elfy. Jego bracia i siostry, których dotknęło nieszczęście.
   – To miasto jest jednym, wielkim więzieniem – sprawdzając, czy wejście zamknięte jest naprawdę dobrze, Gar łypnął niebieskim okiem na elfkę – Kryształy, które noszą wchłaniają magię, ale także ją znajdują. I są piekielnie dobre. Podobno powstały z mieszanki magii i alchemii. Tutaj nie ma cywili, wygnano ich, albo wcielono do sprawy. Statki nie są przez nich wpuszczane do portu. Tym, który bawi się nami jak zabawkami, jest czarnoskóry mag–alchemik. Nigdy jeszcze nie wyszedł ze swojej wieży. Widzieliśmy go tylko raz jeden, gdy ogłaszał krucjatę przeciwko nam. Nie znamy jego magii.
   A więc wyjaśniła się zagadka braku statków. Szept spochmurniała wyraźnie, obserwując krzątającą się wokół elfów Heianę. Wyjaśniła się też zagadka stojącego za tym wszystkim maga. Mag–alchemik, zapewne renegat. Z tego co wiedziała, Krąg magów rozpadł się w Keronii jeszcze przed śmiercią Briana II Srogiego. Mag nie mógł należeć do elfiego Kręgu, tam znała większość. Renegat taki jak Darmar. A tacy bywają najbardziej niebezpieczni. Szkoda, że nie wiedzieli, jaką magią włada. Była szansa, że Darmar wiedziałby, o kogo chodzi. Nie, żeby znał wszystkich magów. Lecz bez wątpienia znał tych, z którymi należało się liczyć. – A artefakty? Już zaklęte przedmioty – z niepokojem spojrzała na sakwę Iveliosa, pomyślała, o kilku noszonych przez nią samą drobiazgach. – Wykrywają je? Ich użycie… – głos zabrzmiał jak wcześniej, typowe badanie. Lecz wewnątrz piętrzył się niepokój. Jeśli tak… to mogło zaprowadzić ich tutaj. Do kryjówki elfów. A oni zdecydowanie nie byli na to przygotowani. Na pewno nie czuli jej więzi z Corvusem. Lecz ptak nie mógł im pomóc. Gdyby kogoś tu przyprowadził, ten ktoś wpadłby prosto w pułapkę. Ale Corvus mógł przenieść informację. Głupi list. Wyjaśnienie. Jeśli nie mogli użyć magii, trzeba się było uciec do naturalnych sposobów. Potrzebowali kogoś silnego, kogoś, kto pojawi się tu w miarę szybko… Midar był za daleko, pewnie w Królewcu. Paladyna nie widziała od dawna. A Odrin, nie odmawiając mu odwagi, był lepszym złodziejem niż wojownikiem. Lecz w pobliżu powinni być ich towarzysze, z którymi przecież dopiero co się rozstali. Gdyby udało się… Poza tym i tak trzeba było ich ostrzec. Gdyby wpadli w pułapkę miasta tak jak Szept i Heiana…
   Czy Tarokański mag–alchemik był kimś, z kim należało się liczyć? Trudno powiedzieć. Z pewnością posiadał pewne umiejętności, miał ambicje i wpływy, ale jego magia była nieznana. Zdawał się bardziej pokładać nadzieje w sztuce alchemii, niż w czarach i zaklęciach mocy. Magia, wypaczona magia służyła mu tak naprawdę tylko do tego, by ją zrozumieć i dzięki tej wiedzy ujarzmić, a razem z nią pozbyć się i elfów, które bezprawnie zajęli ziemie, należące do ludzi. Tarok było dobrym miejscem do osiągnięcia celu. Tutejsi ludzie nienawidzili olbrzymów, mając w pamięci ich bitwy między sobą, ich szał oraz agresję. Elfy były dla nich symbolem zdrady i pychy, egoizmu; władały magią, która już raz zniszczyła portowe miasto. Wystarczyło pociągnąć za odpowiednie sznurki, wystarczyło rozbudzić wśród ludzi miasta dawne żale. Przypomnieć, co Tarok musiało wycierpieć, przez co przejść. Pokazać, że po trudach, po znojach i wygranych własnymi rękami, elfy zaczęły panoszyć się po ludzkim mieście, jakby nigdy nic, jakby mogły tu być. Ale co zrobiły, aby uratować ludzi, kiedy ci ginęli od uwolnionej, niekontrolowanej magii? Co zrobiły, kiedy zdesperowany burmistrz wysłał do nich błagania, by z olbrzymami się rozprawiły? Nic, nie zrobiły nic. Zostawiły miasto i zajęły się sobą, nie chcąc mieszać się w starcia z olbrzymami. A watażkom to odpowiadało. Ludzie Tarok pewnie wznieśliby kłótnię, gdyby ich zapytać, kogo nienawidzą bardziej: czy elfy i ich magię, czy olbrzymy z ich destrukcyjną siłą.
   – Jesteście nimi obładowani, prawda? – Gariadil westchnął i klapnął za drewnianą skrzynię, spoglądając na ich kryjówkę. Kryjówka, dobre sobie. Składzik, ot piwniczka na wino. Miasto nie posiadało piwnic, tuneli, nic, co by znajdowało się pod ziemią; pozwalano jedynie na winne piwniczki, których też ze świecą szukać. Elfom się udało; stary, zawalony i opuszczony budynek udzielił im schronienia. Lichego schronienia. – To nie one ich do was przyciągnęły. Zdaje się, że alchemik pominął artefakty, ale ich magia, kiedy się zbudzi, zostanie wykryta. Będziecie musieli uderzyć raz i dobrze, bo drugiej szansy wam nie dadzą.
   – Kamienie – starszy już elf, ze zmęczonymi, mętnymi oczami, z ropą w kącikach, oparł się o ramię Gariadila – On wlewa moc w kamienie szlachetne – co wyjaśnia ich skupowanie i importy z kraju i wysp oraz nagły skok ich wartości – Alchemika nigdy nie potrafiła się połączyć z magią. Próby ich scalenia kończyły się tragicznie. To dwie siły, które nigdy nie będą razem. Alchemika wykrywa magię i ją tłamsi, a magia…
   – Magia jest temu bezradna – Ivelios pamiętał stare zapiski w rodowych księgach, ledwie wspomnienie, że były wśród elfów takie czasy, gdy ród z rodem bratać się musiał, aby pokonać rosnące wśród nich zło. Ktoś ambitny, długouchy, chciał złączyć magię z alchemią. Nic dobrego z tego nie wyszło i nigdy więcej tego nie próbowano. – Zaklęta w artefaktach…
   – Działa, bowiem nie jest bezpośrednim zaklęciem, i nie ma tu inkantacji maga.
   – Dlatego właśnie pytam. – Szept wyznawała zasadę, by nie być zbyt pewnym swego. Wszystko mogło zawieść i dobrze było mieć ze sobą jakieś zabezpieczenie. Choćby najmniejsze. Taką rolę spełniały artefakty. Inne drobne, zaledwie maleńkie. Drugie potężne, tak, że co mniejsi magowie nie śmieli ich dotknąć, a co dopiero użyć. Lecz teraz artefakty były nieprzydatne. Lecz… nie. Ich magia działała. Nic nie tamowało ich użycia. Nic oprócz bezpieczeństwa tych elfów.  Czasem trzeba wybierać. – Nie – odruchowo protest wyrwał się z jej warg, a Heiana, która akurat stanęła w pobliżu, przystanęła, zerkając pytająco na kuzynkę. Szept nie mogła pojąc, jak magia może się ot tak poddać alchemii. Zaklęte kamienie? Nie umniejszając, sam mag nie panował nad swymi mocami, nie do końca. Tym bardziej nie mógł tego zrobić alchemik. Mógł wykryć, mógł próbować spętać. Lecz ta siła się uwolni. Lecz wtedy skutki będą opłakane dla wszystkich. Chyba, że alchemik odkrył jakiś nowy sposób… lecz to by wykluczało się wzajemnie. Alchemia i magia…
   – Szept, co ty… – Heiana aż podeszła bliżej, chwilowo opuszczając swoich pacjentów. Ale Szept już nie było. Po prostu wyszła na zewnątrz. Tak bez żadnego wyjaśnienia.
    – Do diabła, niech no ja dorwę… niech… – gdyby Brzeszczot usłyszał dalsze słowa, wątpiłby, że wypowiedziała je Heiana. Doskonale wychowana, dbająca o czystość języka elfka. I chociaż to przecież nie była wina Iveliosa (no, może trochę, bo to on ich tu przyprowadził), to to na niego naskoczyła uzdrowicielka. – Lepiej, żebyśmy wyszli z tego cało. Ona ma wyjść z tego cało. – Odwróciła się na pięcie, maszerując w stronę potrzebujących jej pomocy. Pod pewnymi względami różniła się od Szept, ale pod innymi była jakże podobna. Jedna za drugą poszłaby w ogień i jedna starałaby się ochronić drugą.
   Szept wróciła znacznie później. Heianie wydawało się, że minęły całe wieki. Zresztą, było tak ciemno, nie miała nawet pojęcia czy jest jeszcze dzień, zmierzch, czy zapadła już noc. Nieważne. Wróciła Szept i Heiana naskoczyła teraz na nią.
   – Zachciało ci się pałętać po mieście, uparta, krnąbrna, bohaterko od siedmiu boleści. Mogłaś narazić nas wszystkich na śmiertelne niebezpieczeństwo, na wykrycie! Pomyślałaś o tym? Nie, oczywiście. Musiałaś wszystko sprawdzić sama i poszukać dziury w całym, bo inaczej byś chyba gorączki, cholery dostała. Nic cię nie obchodzi, wszędzie musisz wetknąć ten swój nos i długie uszy, guza tylko szukasz i… – odetchnęła, łapiąc oddech i szykując się na dalszą część tyrady. A mówić i pouczać Heiana potrafiła. Ganić też.
   – Jak możesz sądzić, że byłam nierozsądna? – Szept sięgnęła do tyłu i Heiana dopiero teraz zobaczyła worek. Wyrwała go magiczce. Głównie jakieś owoce, odrobina warzyw, coś, co wyglądało jak ciemne placki… Heiana łypnęła na magiczkę spod łba.
   – Użyłaś magii, zwróciłaś na nas uwagę i śmiesz twierdzić, że nie było to nierozsądne? Mogę ci pokazać…
   – Nie użyłam magii – niewypowiedziane „jeszcze nie” zawisło między nimi. Tyle, że magiczka nie zamierzała więcej wyjaśniać. – Musimy poczekać. Jeszcze trochę – zwróciła się do elfów. – Dwa, trzy dni… Jeśli chcemy uciec, potrzebne nam będzie zamieszanie. My nie możemy go wywołać… potrzebujemy pomocy z zewnątrz.
   – Nie użyjesz artefaktów, nie możesz. Mentalna magia też nie. Nie wiem jak… – Heiana otworzyła szerzej oczy. Zrozumiała. Corvus. Więź między krukiem a magiczką działała na innej zasadzie, podobnie jak jej dar do zjednywania sobie innych zwierząt. Heiana skinęła głową. To się mogło udać.
   Uzdrowicielka miała rację, stary elf też tego pragnął, ale choćby chciał, niczego nie mógł zagwarantować. Kapryśna Fortuna i jej mały towarzysz Pech, mogli bardzo wiele namieszać. Jedyne bóstwa, których nie dało się przebłagać modlitwą i ofiarami, stare jak świat, zawsze będące forpocztą kłopotów i nieszczęść. Sowiooki nie sądził, że sytuacja wygląda tak źle. Informacje, które wyciekały z miasta, nie odzwierciedlały tego, co tu się działo. To nie były zwyczajowe łapanki i dręczenie, tutaj wykańczano elfy. Ivelios po raz pierwszy pożałował, że jego skuteczne i wszędobylskie źródła informacji, nie są lepsze. Informatorzy wspominali, że do miasta nie sposób jest wejść i nie pozostawić po sobie śladu, że nie widać w nim elfów, sowy niewiele mogły dostrzec, ale wszystko to, nie wyglądało tak źle, kiedy Sowiooki pierwszy raz o tym usłyszał. Teraz mógł powiedzieć, że wie, czemu Rada wyciszyła tę sprawę. Gdyby wiedział wcześniej… Pomylił się, a błąd może kosztować ich bardzo wiele. Był głupcem. Cholernym głupcem, który postawił na szali życie swoich towarzyszy. Gdyby tylko wiedział… Sowiooki miał się jeszcze przekonać, jak bardzo duży popełnił błąd.
   Przymknął na chwilę powieki, skupił się i odnalazł mentalną więź z sowami; ptaki obserwowały Tarok, a elf ich oczami mógł przyjrzeć się miastu. Nie chciały siadać na drzewach za wysokim murem i nie zmuszał ich do tego. Poprosił je tylko, aby czuwały nad nimi z powietrza.

~*~

   Lofar się niepokoił. Puchata sowa poinformowała ich, że są kłopoty. Że mają nie rzucać się w oczy, bo w Tarok działa jakiś wariat, który chce się elfów ze świata pozbyć, a oni się ukrywają i chcą coś z tym zrobić. Ich najemnik podobno sobie poradzi, bo szamanka i zapchlony wilk go szukają. A teraz jeszcze kruczysko czarne czegoś od nich chciało. I jak to było, że ptaszyska kontaktowały się tylko z Jashą? Że co, on, krasnolud pełną gębą i olbrzym prawdziwy, nie są zdolni do takiego kontaktu? Phi, ciekawe, co ma w sobie ten pożal się boże człowieczyna, zwiastujący światu zagładę.  
    – Wróć, bo chyba nie zrozumiałem – krasnolud krzywo spojrzał na kruka siedzącego na ramieniu kaznodziei, beknął bo mu się kiełbaską odbiło i zaczął sobie wyciągać kawałek mięsa z zębów. – Czy magiczka i ten sowi elf chcą, aby olbrzym zrobił rozpierduchę i rozwalił mur w mieście? – kamienny mur widoczny był z kotlinki, w której się znajdowali. Duży był. – Bo oni nie mają jak wyjść?  
   – Zajebiście, kurwa – Jaruut uśmiechał się. Olbrzym naprawdę się uśmiechał! Zatarł wielkie, masywne ręce i pewnie by podskoczył, ale wiedział, że trzęsienie ziemi nie jest nikomu potrzebne. Jeszcze nie. Bo jak tylko Szept da znać, to on już pokaże ludziom, nawet elfom, że z watażkami nie należy zadzierać! Że olbrzymy to niszczycielska siła, której należy się obawiać. Tak, Październikowe Dziecko przypomni Tarok, czym jest gniew olbrzymów, skoro zapomnieli. – Niech tylko, kurwa, dadzą znać.
   Lofarowi się to nie podobało.
   Jasha mądrze przemilczał, widząc szał w oczach towarzysza.

~*~

   Nie mogła spać. Dręczył ją niepokój, tym bardziej logiczny, że już wkrótce mieli postawić na szali swoje życie. Jej życie. Życie jej przyjaciół i towarzyszy. Tych elfów. A czas płynął tak wolno, a ona nie mogła zmrużyć oka. Wpatrywała się tylko w obskurny, odrapany sufit. Powinna się wyspać, wypocząć. Nie mogła.
   – Szept… śpisz? – doszedł ją z boku głos Heiany. Najwyraźniej nie tylko ona miała tutaj problemy ze snem. Uzdrowicielka zużyła już większość swoich ziół, więc pewnie i naparu nasennego zrobić nie mogła. Dziwne, że mogą wkrótce zginąć, a ona myśli o takich bzdurach.
   – Śpisz… – doszło ją ponaglenie z boku. Heiana nie zamierzała dać za wygraną.
   – Nie.
   Przez dłuższą chwilę panowała cisza. Dopiero potem Heiana znów się odezwała.
   – Szept… jutro… – coś dziwnego w głosie uzdrowicielki kazało magiczce przekręcić się na bok i spróbować w ciemności dojrzeć jej twarz. Wydała jej się zmęczona, dziwnie przybita.
   – Jutro? – podpowiedziała.
   – Co będzie, jak się nie uda… co oni z nami zrobią?
   – Uda się – zapewniał, choć bogowie świadkiem, wcale nie była tego taka pewna.
   – Mówisz tak, tylko, żeby mnie uspokoić… Ja nie chcę umierać. Nie znaleźliśmy jeszcze Darrusa, a ja… Wrócić do plemienia… Jest tyle rzeczy…
   – Heiana. Darrus już na pewno sam się uwolnił. Plan jest dokładnie opracowany. Jest ryzykowny, ale nie jest niewykonalny. Wierz mi, pakowałam się w większe kłopoty. Wyjdziesz z tego cało, obiecuję. – Łatwiej było pocieszać, dawać nadzieję… niż bić się z myślami. Ale Heianie chyba to wystarczyło, bo tej nocy Szept już nie usłyszała od niej żadnych pytań.  Szkoda tylko, że sama potrzebowała odrobiny nadziei.

~*~

   I minęły dwa dni, dwie noce przemknęły jak jeden świt.
   Wśród strażników Xantii dało się wyczuć napięcie, podenerwowanie i obawę. Na służbie pozostali wszyscy, nikt nie mógł wrócić do domu. Straże przed komnatami lanistki także zostały podwojone, a kobieta nigdzie nie chadzała sama, wszędzie targając za sobą zdezorientowanego synka i zbrojnych.
   Szpicle brata także działały. Niewidoczni, niesłyszalni przygotowywali swój plan. Ludzie namiestnika też tu byli. Wszystko miało rozegrać się w przybytku Xantii. O ironio. I było trzech ludzi, którzy szukali dwóch niewolników. A dwaj niewolnicy ukryli się skrzętnie, chyba nie mając zamiaru wkładać palca między drzwi, a framugę.
   – Sądzę, że powinniśmy spierdzielać – złota myśl Brzeszczota, który wcisnął się w kąt, rozwalił jak na leżance i ruszyć się nie chciał. Może o nich zapomną? W tym całym zgiełku, a nóż się uda. Byłoby miło, gdyby choć raz dziwka Fortuna okazała się sympatyczną panią, a nie wredną suką, a Pech to by był tylko spokojny pan, a nie psotnik.
   – Jasne, zwłaszcza jak zrobisz z nich kretyna – Devril prychnął. Z jego doświadczenia wynikało, że możnie nie pamiętali przysług, jakie się im wyświadczyło. Mieli za to zadziwiającą pamięć do występków. Niechby zaraza spadła na to przeklęte miejsce. Albo na trzy osoby… Jasne. Bogowie nie byli aż tak łaskawi. Oni w ogóle nie byli łaskawi. I gdzie się podziała Pani Sprawiedliwości, gdy była potrzebna? Człowiek się stara, żyje jak najlepiej, a potem takie coś mu los daje w nagrodę. Sprawiedliwość, phi. Już lepiej… Stop. Ktoś tu jest nie w nastroju. Do tego ktoś tu się nad sobą użala. W skali jeden do dziesięciu bardzo niedobrze. – Zwłaszcza, że roi się tutaj od szpicli. Spróbuj się wymknąć tak, żeby nikt tego nie zauważył. A potem pożycz sobie coś, co chociaż trochę przypomina łajbę. Niewolnik nie może zbliżyć się do portu, nie pamiętasz? – ba, nie mogli nawet opuścić przybytku Xantii. A czekać dalej… niepodobna. Devril zasępił się. – Poszczujemy Xantię na namiestnikowego brata. Potrzebujemy zamieszania, żeby móc stąd uciec. Innego wyjścia nie ma. Jesteś jej strażnikiem, szepnij tu i ówdzie o zamiarach tamtego. Nawet fałszywy ślad, nieważne. I zmywaj się. Będę czekał na dziedzińcu. Tylko omijaj szpiegów namiestnika – pozostawała jeszcze kwestia zdobycia czegoś, co pływa… Nie wychodząc stąd. Potrzebowali kogoś z zewnątrz. Kogoś… Karzeł? Może miał dość namiestnika i wolałby poszukać sobie nowego pana? Z drugiej strony plan był ryzykowny i jeśli się wyda, polecą głowy. Karzeł, inteligentny przecież, będzie zdawał sobie z tego sprawę. Chyba że… chyba że sam miał równie wiele do stracenia. Lub zyskania.
   Brzeszczot westchnął. Wstał, otrzepał portki i na towarzysza spojrzał. – A nie możesz ładną buzią i tyłkiem wytargować nam łodzi? – spytał i chociaż nie miał nadziei na taki obrót spraw, nie byłby sobą, gdyby o to nie zapytał. Nawet w takiej sytuacji. – W robieniu zamieszania jestem dobry. Wariat wie, co robi! – ocho, spojrzenie najemnika i ten uśmieszek mogły sugerować, że ma zamiar pożegnać się z lanistką i całym tym miejscem w sposób odpowiedni. Z przysłowiowym hukiem. Tak, teraz tylko narobić zamieszania. On już się tym zajmie; Dev nie mógł lepiej trafić. – Ostatnia rada? – spytał nim wyszedł.
   – Nie daj się wychędożyć, kochasiu – nie mógł się powstrzymać. Ostatnia rada. Chyba udzieliło mu się podejście Brzeszczota. Lecz zaraz spoważniał. – Nie daj się zabić. – W to, że najemnik zdoła wywołać zamieszanie nie wątpił. Może nie do końca był pewien, czy wariat wie co robi, ale nie miał wyjścia. Nie był w stanie się rozdwoić i być w kilku miejscach jednocześnie. Poza tym, wciąż nie mieli łódki.
   Do diaska.

~*~

   Nie miał pomysłu. Żadnego. Nie wychodząc, pozbawiony możliwości kontaktu, nie miał szans, by samemu pożyczyć łódź. Łódkę nawet. Do tego cóż oni, niewolnicy, mogli mieć do zaoferowania? Odezwie się do niewłaściwej osoby, ta doniesie Xantii albo namiestnikowi… i po ucieczce.  Okazja nadarzyła się szybciej, niż przypuszczał. Widocznie ten łajdak, pech, łaskawie sobie poszedł gdzieś dalej czy też przysnął, a dziwka fortuna spojrzała na nich zachęcającym okiem. Tak czy inaczej z rozmów strażników dowiedział się o jednym z kapitanów. Uzależniony od hazardu, mający kłopoty i uwikłany w spiski. Słowem, panu kapitanowi grunt palił się pod nogami. To mogła być szansa i lepszej chyba nie mogli oczekiwać. Nie mieli czasu. Jeszcze tylko zdobyć pieniądze – tu przydało się kilka zakładów i jeszcze kilka oszustw. Cóż, kto powiedział, że Devril jest świętoszkiem? Dziwka fortuna nadal mu sprzyjała. Po pierwsze, nikt go nie przyłapał na oszustwie. Po drugie, udało mu się trochę ugrać. Po trzecie, nawiązał znajomość z kapitanem. To ostatnie akurat było najłatwiejsze. Parę razy pożyczył mu na grę, parę razy postawił kufelek i już Garret (bo tak nazywał się kapitan) określał go mianem najlepszego druha i przyjaciela. Słowo od słowa, kufelek do kufelka, Devril dowiedział się, że pan kapitan co rychlej chciałby umknąć z wyspy, zanim wyjdą na jaw jego drobne oszustwa i zanim dopadną go wichrzyciele. Nie było może rozsądnym powierzać swego losu w ręce kogoś takiego, ale… Stanęło na tym, że Devril zapewni kapitał, a Garret, z racji tego, że mógł swobodnie poruszać się po wyspie, zakupi dla nich łódź i prowiant. Potem tylko czekać na zamieszanie i umknąć. No i siłą rzeczy doszedł jeszcze jeden warunek. Mieli umykać razem. Devril, Dar i Garret. Marudzie może się obecność tego ostatniego nie spodobać.

~*~

   Brzeszczot okazał się całkiem dobrym prowokatorem. Był z siebie dumny. Cholernie dumny. Devril też powinien być. A Szeptucha to… No, magiczka by go zwymyślała, ale musiałaby przyznać, że bądź co bądź, chytry plan wariata się udał. Nico opacznie i ze zbyt dużym rozmachem, ale działał!  Dar wziął sobie zadanie do serca. Szepnął słówko tu, słówko tam. Podburzył, nakłamał i na wieczór mieli już całkiem niezły bałagan. Podobno strażnicy zdradzili Xantię. Lanistka jak tylko o tym usłyszała, zaraz w szał wpadła, kazała każdego przesłuchać, a potem doszła do wniosku, że i tak nikomu nie może wierzyć i wszystkich zwolniła, nakazując odejść. Potem zorientowała się, że sama rady obronić się nie da, więc zasięgnęła pomocy namiestnika, w końcu syna spłodził i o syna dbać musi. Z kolei szpiedzy namiestnika donieśli, że jest jeszcze jedno dziecko, że Xantia nie o pomoc prosi, a na śmierć woła. W tym wszystkim brat władcy okazał się być tym dobrym, który podobno ogłosił, że Xantię chce za żonę, że zapewni jej synowi koronę i władzę. Od plotki do plotki, zapanował chaos, w którym dwójka najemników mogła uciec. A jakby tego było mało, ktoś wypuścił niewolników. I zabawa zaczęła się na całego.
   Brzeszczot nie wiedział, jak Dev chce ich wyciągnąć z wyspy, ale postanowił zaufać temu wymądrzającemu się pięknisiowi. Kto jak nie on, da radę ich wyrwać z tego szamba? Takiego Devrila to ino się trzymać i nie puszczać. Za rączkę oczywiście. I gdzie on był? On tu kwitnie i korzenie zapuszcza na dziedzińcu, czeka, a jego nie ma. A jak zaprzepaści jego piękne zamieszanie, to normalnie go zamorduje, albo odda do jakiegoś burdelu.
   O! Idzie, guzdrała jedna. I jak to Dar, co siano ma w głowie, zarzucił ramiona na szyję towarzysza niczym dzierlatka. Bogowie, stworzyliście dwa potwory, razem całkiem dobrze się bawiące. – No kochasiu, prowadź do wolności. Mam już dość tego miejsca.
   – Kochasiu, uważaj, bo jeszcze zamiast uciekać, poszukamy innych rozrywek – Devril był w wyjątkowo dobrym humorze. No, oprócz lekkich nerwów, które nim szarpały. Nerwów, które wolał pokryć śmiechem, no bo jeszcze by paznokcie zaczął gryźć. Albo gadać bez sensu.
   – Łódź czeka na nabrzeżu – oświadczył. Pod tym względem musiał zaufać Garretowi. Gwałtownie oswobodził się z uścisku Darrusa, ruszając na przód. Jeszcze pokonać ogrodzenie… nie pilnowane, za to wysokie. Bogowie, dzięki za szczenięce lata i włażenie na wszystko, byle wyżej i byle bliżej nieba. Chociaż, bogowie mogli mu wówczas oszczędzić kilku upadków i złamanych kończyn.
   Na nabrzeże dotarli w rekordowym tempie, a i tak Devril ciągle swego kochasia poganiał. W końcu, kto wie, kiedy strażnicy uporają się z uwolnionymi niewolnikami? Kto wie, kiedy Xantia i namiestnik spostrzegą, że ich okpiono? Zresztą, im większą przewagę uzyskają na starcie, tym lepiej dla nich. Tym łatwiej będzie uciec ewentualnej pogoni.
   Dobry nastrój prysł, gdy Devril i Dar dotarli na nabrzeże i odnaleźli czekającego na nich Garreta. I łódź. Łódkę. Łupinę chyba. Devril wytrzeszczył oczy, nie wierząc w to, co właśnie widzi. To był sen, koszmar jakiś! – Chcesz mi powiedzieć, że to ma pływać??
   – Oczywiście.
   – Po morzu? Fale? Wiatr? Burza? – czy on miał do czynienia z kompletnym idiotą?
   – Oczywiście.
   Chyba miał.
   Łódka była mniej więcej tak duża, żeby pomieścić trzy osoby. Prowiant będą chyba w zębach trzymać. Drewno, z jakiej ją wykonano, nieco stare, oby nie spróchniałe. Przynajmniej wewnątrz było sucho, więc chyba nie przeciekało. Wiosła… wiosełkami do mogą sobie, chyba po rzece pływać, ale nie na morzu! Już widział, jak uciekają przed galerami. Dwa wiosła przeciwko ilu… nie, wolał tego akurat nie liczyć. Ale łupinka zwana obszernie łodzią miała żagielek. Płótno, które chyba nawet w najlepszych czasach nigdy nie było białe, w kilku miejscach ładnie połatane. Pięknie. Po prostu cudownie. Ale z przodu pięknie, czerwoną farbą wymalowano, nieco krzywo napis. „Pogromca Mórz”, głosiły litery. Ściślej zaś mówiąc, „Pogromca Murz”. Chyba raczej „Pokarm dla rekinów” pomyślał Devril.
   Nie, żeby mieli jakiś wybór.
   – Módl się, jeśli w coś wierzysz. Jak nie wierzysz, też się módl – stwierdził Devril z marsową miną zerkając na Dara. A Garret wypiął dumnie pierś, zachwycony z doskonale wypełnionego zadania. Imbecyl. Głupek. Powinni go tu zostawić.
   Brzeszczot nie miał pojęcia, co ma powiedzieć. W tej chwili był jak dziadek, ale o tym nie wiedział. Mają przepłynąć morze, może nawet sam ocean, na tej łupinie? Którą byle wiatr przewróci i byle fala zatopi? Czy Devril… – Czy ty kompletnie oszalałeś? Chędożenie wyprało ci mózg? – najemnik był zły, był zdenerwowany, był zawiedziony, był… Nie. On do tego nie wsiądzie. Nie ma, kurde, mowy. Nawet za woreczek szlachetnych kamieni, nawet za góry złota, których nie pilnuje smok. Nie ma, cholera, mowy. – Nie wsiądę do tej łupiny.
   – Zawsze może sobie grzecznie poczekać na nabrzeżu, na Xantię i namiestnika.
   Devril trafił w sam środek. Bingo. I nawet nie musiał jakoś przekonywać najemnika, bo Dar sam, jako pierwszy, ochoczo i trochę ze zbyt dużym entuzjazmem, jakby go nagi Lofar z kuśką na wierzchu gonił, wskoczył do łódeczki. Łajba się zachwiała, zanurzyła, maszt drgnął, jakby miał się w pół złamać, ale nic więcej się nie stało. Łódeczka jeszcze się trzymała. – No, wsiadajcie! – zawołał, wymachując wiosłem, którym by Devril oberwał, albo pseudo kapitan. Niech go rekiny zjedzą.
   Devril najpierw uniósł drwiąco brew, czekając na decyzję postawionego między młotem i kowadłem najemnika. Zaraz potem pośpiesznie schylił się, unikając uderzenia wiosłem, którym tam entuzjastycznie wymachiwał Darrus. Niechby go komary pogryzły. – Aleś się nagle ochoczy do podróży zrobił – podsumował, ostrożnie gramoląc się do łódeczki, uważając, by ciężar nie przeważył w żadną stronę. Z tego punktu ich dzielna łajba wydawała się jeszcze bardziej kruchą. Garret też nie kazał na siebie czekać i ulokował się na rufie, jeśli można było w ogóle mówić o niej w przypadku tej malizny. Oczywiście, wiosła zostawił naszej dzielnej dwójce, samemu trzymając na kolanach zakupiony prowiant. Najwidoczniej kapitan niezbyt wierzył słowu niewolników i wolał się zabezpieczyć przed wyrzuceniem za burtę. Całkiem skutecznie zresztą.   
   – No to w drogę – oznajmił raźno, za co otrzymał tylko ponure spojrzenie Devrila, który wziął na siebie ustawienie żagielka, tak, by złapali w niego choć trochę wiatru.  Żegnaj wysepko, żegnaj Xantio, żegnaj namiestniku i intrygo. Mogli sobie nawzajem poucinać głowy, to już Devrila nie obchodziło.
   Kierunek Keronia.
   Tylko w którą to stronę?
   – Nie gadaj, tylko wiosłuj – ponaglił go najemnik i nawet pomiział towarzysza po pleckach, ot by go bardziej wkurzyć niż zmotywować; bogowie, Dar najwyraźniej nie miał oporów przed niczym… Nie, stop. Miał ich kilka. I zdecydowanie bardziej wolał kształtne kobietki, niż takiego wychudzonego, wymądrzającego się pięknisia, na przykład taką H… Nie, stop. Trzeba wiosłować, a nie o cycuszkach myśleć, jakby to Lofar powiedział. W sumie ciekawe, co robił ten zboczony krasnolud. I czy ktokolwiek zauważył, że najemnika gdzieś wcięło. ICH najemnika. Pewnie pomyśleli, że się zapił, albo co… Ale tyle czasu? Byłoby miło, gdyby chociaż magiczka go szukała, bo się stęskniła, czy coś.
   – No to w drogę.
   Brzeszczot się rozejrzał. Odpłynęli trochę od brzegu, szczęście, że trafili na odpływ, bo inaczej mieli by problem. Łupinką, która udawała łódź, bujało na boki; zanurzyła się znacznie, kiedy trójka mężczyzn się w niej ulokowała, ale jak na złość tym, którzy uważali, że zaraz się utopi, skubana dzielnie się trzymała. – Wolałbym nie dopłynąć do Quingheny. Hej, wilku morski – mości kapitan, co im dzielnie łódź!, zdobył, nie zareagował. Popatrzył się tylko dziwnie, a najemnik westchnął. – Tak, do ciebie mówię, panie kapitanie – dodał, a na twarzy Garreta pojawił się wielki uśmiech. Bogowie. Może jeszcze wyciągnie… Garret wyciągnął zza pazuchy buteleczkę. Rum – głosił napis na wytartej nalepce. Nie ma co, dwaj byli niewolnicy, kapitan oszust i szuler, do tego pijak – kompania, która zawojuje świat. – Którędy do wybrzeży Keroni? – spytał, a ciszej dodał do Deva – Żeś nam ratunek sprawił, jak bum cyk cyk. – Jednak nie mógł narzekać. Gdyby nie Garret i zaspanie dziwki fortuny i podłego pecha, pewnie właśnie obijaliby się wśród zgiełku w domu lanistki.

~*~

    Święta cierpliwość Devrila już się skończyła i niemal warknął, gdy poczuł poraz kolejny przesuwające się łapska Darrusa po swoich plecach. Mizianie też coś. Za wielkie i za mało delikatne rączki. Niech no sobie za dużo pan najemnik nie pozwala. Pan najemnik może w gruncie rzeczy nie był głupi i nawet dało się go lubić, ale kochasiów z tego nie będzie. Nie. Devril zdecydowanie nie gustował w mężczyznach. Bo chyba Dar nie myślał, że to… Z niepokojem zerknął na wiosłującego Darrusa. Darrusa z głową gdzieś w chmurach, bo na pewno nie w łódce. On chyba nie myślał, że to na poważnie, to tam u Xantii, plotki, te sprawy… Myślał? Poczuł nieprzyjemny dreszcz. To się chyba nazywa niepokój.
   Brzeszczot zamrugał i wypluł z ust włosy, które cholera wie, co tam robiły; pałętały się diabelstwa wszędzie, ściąć jak nic i do tego pozbyć się tego lanistkowego znaku z ramienia. Ciekawe, czy dałoby się go wyszorować pumeksem, który rybacy wydobywali z dna morza. Ale wróć. – Patrzysz na mnie tak, jakbyś się bał, że zaraz cię wychędożę, kochasiu – aż się wzdrygnął – Jestem w tym cholernie dobry, jednak wybacz, dyndająca kuśka mnie nie interesuje. Ale taki Lofar chętnie cię pozna, jeślibyś chciał doznać szorstkiej, krasnoludzkiej miłość.
   Garret chrząknął. – Płyniemy? W którą stronę?
   A skąd on, Devril, miał wiedzieć? Żadnym marynarzem nie był, rybakiem też nie. Kapitanem tym bardziej. Mieli tu jednego, ale nie wyglądał na zdolnego do jakiegokolwiek działania i chyba sam nie wiedział, gdzie się znajdują. Do tego zbyt zaabsorbowała go butelczyna rumu. Przynajmniej jeśli wierzyć wytartej nalepce, bo kto wie, co za szczyny nalano do niej. Garret nie wyglądał na wybrednego. Szkoda, że ta myśl nie przyszła mu do głowy wcześniej. Podsumowując. W łupinie na pełnym morzu, nie mając pojęcia, gdzie płynąć. Z pijanym kapitanem, najemnikiem i wszędobylskim pechem. I wybrzeżem Keronii, gdzieś tam. Westchnął, próbując sobie przypomnieć kształt wybrzeża i te mapy, które swego czasu wbijano mu do głowy. Szkoda, że nikt nie pomyślał o nauczeniu go nawigacji.
   – Na wschód… – naprawdę chciał zabrzmieć na pewnego. Kolejne, co mu niezbyt wyszło. I… gdzie był wschód? Może jakiś kompas albo coś?
   – Wschód to dobre miejsce – mruknął Garret, ale próżne nadzieje, że nimi pokieruje. Znów pogrążył się w tej swojej butelczynie.
   Tylko, gdzie był wschód, pomyślał najemnik, który starał się z łupinki nie wypaść; fale były znacznie większe na otwartym morzu, łódeczką bujało i kołysało, a Dar nagle zzieleniał i zbladł jednocześnie. Wyglądał jak kolorowy inaczej, chory ptak. Tak, morze przypomniało mu, że na małych łódeczkach buja bardziej i mocniej, a choroba morska dużo łatwiej może przyjść, niż na wielkich galerach.
   – Rumu?
   Garret najwyraźniej sądził, że lekarstwem na wszystko jest rum. Nie wiesz, gdzie płynąć? Chlapnij rumu! Nie wiesz, gdzie wschód i brzegi rodzinnego kraju? Napij się rumu! Cierpisz na mdłości morskie, rum do gardła!
   Brzeszczot chciał odmówić, ale w ostatniej chwili stwierdził, że co mu szkodzi i chlapnął sobie z butelczyny rumu, albo czegoś, co kiedyś nim było, bo teraz rozcieńczone, smakiem przypominało szczyny, a nie rum. Najemnik skrzywił się, powieka mu zadrgała, otrzepał się i oddał trunek kapitanowi. – Bogowie.
   – Dobre, nie?
   – Taa, do wyparzenia pyskatego gardła i języka – mruknął najemnik.
  – Czyli dobre? – Garret najwyraźniej zupełnie Darrusa nie zrozumiał. Nie dało mu się przetłumaczyć i tyle. Rum to rum, przysmak i złoto w gębie.
   Devril prychnął. A myślał, że na pokładzie ma tylko jednego idiotę. Pewnie, niech tamta dwójka dalej chla te szczyny. Jak zwykle cała odpowiedzialność spanie na niego. A niech bogowie bronią coś nie pójdzie. Też będzie na kogo winę zrzucić. – Weź się do wioseł, a ty, jak masz pić, to chociaż nie przeszkadzaj – rzucił zirytowany, łypiąc spod łba na obu panów.

~*~

   – Mam dobrą i złą wiadomość – zaczął Devril, zerkając na tę dwójkę. Garret czknął i z niepokojem rozejrzał się dookoła. Klasyczna sytuacja.
   – Skończył się rum? – wyrwał się do przodu Garret.
   – Nie – nieomal syknął Devril. – Po pierwsze kończy nam się…
   – Rum? – podpowiedział Garret.
   – Nie. Prowiant. Jakiś bałwan kupił go za mało – naprawdę, Garret należał chyba do typów, którzy każdego wyprowadzą z równowagi.
   – Po drugie – kontynuował swoje wyliczenia arystokrata.
   – Rum? – podpowiedział znowu Garret, w ogóle nie przejmując się wcześniejszym oskarżeniem.
   – Po drugie, ktoś zgubił wiosło.
   Garret miał przynajmniej tyle przyzwoitości, by się zawstydzić.
   – Po trzecie – kontynuował nieubłagalnie Devril – nadchodzi burza.
   – To nie moja wina – oświadczył Garret, dumnie wypinając pierś. – Chociaż, marynarze mówią, że jak kapitan dużo rumu pije, to…
   – I jeśli nie zauważyliście jeszcze, to …
   – Rum się skończył?
   – Do diaska, daj już spokój z tym rumem. Na horyzoncie jest statek. Galera. Niewolnicy. Korsarze.
   Cisza. Nawet Garret zdawał się porażony ostatnią nowiną. Marsowa mina kapitana świadczyła, że w końcu przestał myśleć o rumie.  – Ale to były cztery złe wiadomości – Garret wykazał się inteligencją. Znów, chyba po raz pierwszy odkąd opuścili wyspę. – A co z tymi dobrymi?
   – Statek. Jeszcze nas nie zauważyli – krótka pauza, po czym arystokrata dokończył, z dziwnym błyskiem w oku. – I skończył nam się rum.
   Garret jęknął.
   Brzeszczot miał w nosie rum i Garreta. Niech się z tym dziwnym człowiekiem użera Devril, skoro im go na głowę ściągnął. Zamiast prowiantu miał rum i chyba naprawdę wierzył, że da się z nim przeżyć wiele dni na morzu. Dar miał swoje problemy. I nie chodziło tu o bujanie się na falach, czy burczenie w brzuchu, który domagał się czegoś więcej niż suchy, czerstwy chleb. Najemnik miał nowego przyjaciela. Skrzydlatego. Biała mewa uznała, że fajnie będzie odpocząć sobie na rozczochranej czuprynie mieszańca. I siedziała tak już od rana. Dar miał wyjątkowo zły humor.  – Galera. Może mają jedzenie. Albo chcą kupić wypchaną mewę?
   – Albo nowego niewolnika na sprzedaż. Takiego czerwonowłosego z gniazdem na głowie – stwierdził zgryźliwie Devril, podczas gdy Garret rozpaczliwie przetrząsał zapasy w poszukiwaniu choć jednej, zapomnianej przez Devrila butelki. Choćby buteleczki. Choć jednej kropli. Ku swej własnej rozpaczy nic takiego nie odnalazł, owocem czego był także i humor kapitana, który chyba dorównywał temu, jaki prezentował najemnik.
   Devril westchnął. Co za kompania. Bogowie musieli go bardzo nie lubić.
   – Nadzieja w tym, że nas nie zauważą – ale biorąc pod uwagę to, jak bardzo bogowie pobłażali naszej dwójce… trójce uciekinierów, było to mało możliwe. Mała łódka była aż nazbyt widoczna. – Albo jeśli pomyślą, że jest opuszczona… urwała się, czy coś… – w tej chwili mówiła za niego tylko desperacja i to ona kazała mu się skryć za burtą.
   Galera zmieniła kurs.
   Fortuna była prawdziwą dziwką.
   Jej dziób skierował się ku maleńkiej łódeczce. Nie była dużą jednostką piratów, bowiem nie potrzebowała niewolników do pracy przy wiosłach. Napędzał ją wiatr, który na tych wodach wiał słabiej lub mocniej, ale nigdy nie ustawał. Galera schowała boczne, mniejsze żagle, ale statkiem zachwiało, przekrzywił się przez większą falę, która o burtę uderzyła i po chwili kłopotów, znów płynęła spokojnie ku małej łupinie.
   Kapitan galery wypił za dużo rumu?


______________________________
Z dedykacją dla Szeptuchowej ^^
Za wenę i natchniewanie, po których wychodzą nam takie cudeńka!
I za wredotę – musiałam ^^

13 komentarzy:

Szept pisze...

[Też cię kocham :D I nasze notki.
Przeczytam w wolniejszej chwili]

Dar - Silva - Drav pisze...

[Kocham nas i kocham nasze pomysły! ^^ Czytać nie musisz, Ty to przeżyłaś, że tak powiem]

Szept pisze...

Nie muszę, ale chcę.

Dar - Silva - Drav pisze...

[Masz mnie ^^ Rum górą! *wznosi toast butelczyną*]

Nefryt pisze...

[*dołącza się do toastu*
Ciekawa notka wam wyszła, chyba jedna z lepszych części :) Nie spodziewałam się tego, co dzieje się w Tarok.
Fragment u Deva i Dara super, zwłaszcza fragmenty z kapitanem. I z rumem :D
Natomiast mam wrażenie, że nieco za łatwo im poszło - zamieszanie jak ta-lala, łódź (co prawda w wersji miniaturowej, ale jest)... Ale, jeszcze ciekawe, co to za galera. Quingheńska myślę że nie, chyba za szybko. Keroński statek raczej by rozpoznali... Piracki? Nie, jakoś mi nie pasuje. Hm... ktoś spodziewał się ich ucieczki? W sumie, to by było podobne, zwłaszcza do Dara - wrypać się prosto w pościg ;P No chyba, że... Chyba, że elfiej drużynie udało się dostać statek. Albo Silvie i Wisielcowi. A w następnej notce na początku będzie jak im się to udało może....
Obstawiam, że albo pościg, albo ratunek, nic z zewnątrz chyba nie.

Nefryt pisze...

I tak, macie stałą czytelniczkę ;)

Szept pisze...

[Z upływem czasu też mam wrażenie, że poszło za łatwo. Można oczywiście zrzucić na zamieszanie związane ze spiskami i z numerami Dara, ale tu mi też coś nie grało.
Odnośnie domysłów - pozostawiam tobie, nie będę psuła. Powiem tylko, że bardzo podoba mi się twoje główkowanie. Nawet bardzo bardzo.
Fragmenty z kapitanem też uwielbiam, a Nefryt wkrótce pozna bliżej Garreta. Tak, to ten Garret. Osobiście bardziej mi się podobała akcja z Darem i Devem - przynajmniej w tej części, chociaż noc u części ratunkowej (jak to ja ją nazywam) też do mnie przemawia. Poza tym, ja też nie spodziewałam się tego, co działo się w Tarok. Ktoś rzucił mnie na żywioł - nie wytykając palcami oczywiście.

Stałej czytelniczce pięknie dziękujemy :D
A ja czekam na twoją notkę. Bo obiecałam sobie nie podglądać. ]

Dar - Silva - Drav pisze...

Szeptuchowa dostaje karnego jeżyka xD
Ja sobie myślę, już w komentarzach, poszło za łatwo, ale to komy więc ujdzie. Ale w notce myślę sobie - za łatwo, ale że Szeptuchowa nic nie mówi, myślę ujdzie, a tu prosze! :-P
Odnośnie pomysłów - mam pomysł jak poprawić pomysł xD
Stałej czytelniczce rum!

Nefryt pisze...

Moja notka... No tak. Już się nie wywinę ;/
A tak bardziej technicznie - dziewczyny, jak piszecie notkę, to ile wam wychodzi stron w wordzie na jedną część? Bo nie chciałabym,, żeby wyszła mi dużo dłuższa, niż wasza, a mam wrażenie, że tworzę małego tasiemca. A to ma być dopiero pierwsza część i zaczynam mieć wątpliwości, czy aby nie zrobić 1 części... 1 części ;) Tylko, że tam nie bardzo jest moment, żeby to podzielić.

Dar - Silva - Drav pisze...

Technicznie - zależy, na standardowych ustawieniach, jedna ma 11 stron, są takie co mają 16 i więcej. Swojego czasu napisałam jedną na 25 i też było.

Nefryt pisze...

Aha. No moja ma na razie 9, ale to dopiero połowa... A co tam, nie będę dzielić ;P

Szept pisze...

Szeptuchowej karny jeżyk nie powiem, z czym się kojarzy. Poza tym, Szeptuchowa rozważała czy nie za prosto poszło pod ostatnią notką z cyklu (teraz już przedostatnią) - chyba że mnie pamięć myli. Potem jakoś wyleciało mi z głowy.
A odnośnie pomysłu - teraz to mnie zamotałaś, nie ogarniam.
Odnośnie długości, Darrusowa już wyjaśniła. A pamiętasz onet i limit? Notka z kojotem, szamanką i Ashem... :D

Nefryt pisze...

Czekaj, z kojotem..? AAa! Wiem xD Ale limitu dlugosci na onecie chyba nigdy nie przekroczylam... Nie, zaraz. Jak pisalam jakas kp, chyba Aravis na Randialu, to musialam skracac. W sumie zabawne to bylo - napisalam chyba z 7 stron drobnym maczkiem, po czym skrocilam do jakis trzech...

Prawa autorskie

© Zastrzegamy sobie prawa autorskie do umieszczanych na blogu tekstów, wymyślonego na jego potrzeby świata oraz postaci.
Nie rościmy sobie natomiast praw autorskich do tych artów, które nie są naszego autorstwa.

Szukaj




˅ ^
+ postacie
Rinne Lasair