Przewodnik

Linki-obrazki

Misje
I. Więzi przyjaźni
Spotykasz po latach kogoś, kto dawniej był ci bliski. Wplątuje cię on w jakąś historię, która nie dość, że z czasem się komplikuje, to w dodatku budzi w tobie wątpliwości co do intencji przyjaciela.

II. Linia frontu
Kerończy natarli na Prowincję Demarską. Oblegany jest sam Demar. Jedni ludzie stają do walki, inni uciekają ze spalonej ziemi. Napastnicy, obrońcy i cywile. Po której stronie staniesz?

Opcjonalnie: Udział w buncie niewolników w Wirginii bądź inne miejsca walk.

III. Rekonwalescencja
W nie najlepszej kondycji trafiasz do wioski lub klasztoru. Wydaje ci się, że trafiłeś w dobre ręce i że wkrótce będziesz mógł opuścić to miejsce. Okazuje się jednak, że z pozoru życzliwi i uprzejmi ludzie skrywają przed tobą jakąś tajemnicę.

IV. Zabij bestię
Coś napada, nęka mieszkańców. Zawierasz umowę z wójtem - dostarczysz głowę bestii za określoną cenę. Okazuje się jednak, że stworzenie nie działa bez powodu - jest w jakiś sposób prowokowane przez mieszkańców.

Opcjonalnie: Bestia jest wrażliwa na hałas z karczmy albo ludzie naruszyli w jakiś sposób jej rewir (weszli na jej teren, zajęli leże ze względu na drogie surowce itp.)

V. Nielegalne walki
Dochodzą cię słuchy o nielegalnych walkach prowadzonych w okolicy. Położysz im kres czy może postanowisz wziąć w nich udział dla własnego zysku? Pieniądze nie leżą na ulicy.

VI. Zlecone zabójstwo
Dochodzi do zamachu, w wyniku którego ginie ktoś ważny. Podejmujesz się odnalezienia zabójcy – albo jego zleceniodawcy. Od ciebie zależy, czy dojdzie do aresztowania winnych, czy pomożesz im uniknąć kary.

VII. Egzekucja
W mieście lub wiosce szykuje się egzekucja. Znasz sprawcę albo sam doprowadziłeś do jego schwytania. Realizacja wyroku coraz bliżej.

Opcjonalnie: Z czasem nabierasz wątpliwości, czy skazaniec faktycznie jest winny i chcesz go uwolnić lub dochodzą cię pogłoski, że ktoś może chcieć uwolnić kryminalistę.

zamknij
Dodaj do WTP Spis kodów
Spis opowiadań
Kiedyś przyjdzie mi za to wszystko zapłacić... Weselicho, czyli tańcz, jedz i chędoż za darmochę! Oszukać czas. Oszukać przeznaczenie. Oszukać... siebie. Baśń o wolności: Preludium Świątynia Ażubora (1) Wszystkiego krówkowego! (okolicznościowa, krótkie opowiadanie "Motyw przewodni - Prezent". Ta dam, pamiętaliśmy! I - Wezwanie pomocy: alchemio, przybywaj! Gdy demon odzyskuje człowieczeństwo, przypomina sobie jak być człowiekiem. Nikt nie zna prawdziwego bólu do czasu aż nie straci kogoś bliskiego sercu. Niedopowiedziane historie Wendigo i Driada Szczurzy dzień (autor: Szept, Silva) Domek, zupa, sukkub i historia (autor: Elias) Sen i niespodzianki (autor: Elias) Boląca strata i niepokojący gość! (autor: Elias) Cienie i nowy przyjaciel (autor: Elias) Kruki (autor: Elias) Cienie i Starsze Dusze (autor: Elias) Zawsze jest kolejna tajemnica (autor: Silva) Zło Kor'hu Dull (autor: Elias) Złodziej Twarzy i Koszmar (autor: Elias) Królewiec (autor: Elias) Przed świtem (autor: Nefryt) Król Żebraków i nowe drzwi (autor: Elias) Akceptacja (autor: Elias) Nostalgia (autor: Nefryt) Nowa droga i niespodziewane wyznanie? (autor: Elias) Biały i zielony daje czerwony! (autor: Elias) Nowe wyzwania w nowym życiu (autor: Elias) Krąg tajemnic (autor: Elias) Jack (autor: Elias) Czasami to mrok daje najwięcej światła (autor: Elias) Trzy sceny o szpiegowaniu (autor: Nefryt) Morze bólu. Promyk nadziei ... (autor: Elias) Nie ma sensu szukać guza. Chyba, że jest się najemnikiem (autor: Silva) Sól (autor: Aed) Dyjanna Muirne: Miecz może być dowodem wszystkiego (autor: Zorana) Opus Magnum I (autor: Iskra) Uszatek i Kwiatek na tropie przygody: Przypadłość parszywej gospody (autor: Paeonia i Szept) Gdy gasną świece (autor: Zombbiszon) ... Najjaśniej płoną gwiazdy nadziei. (autor: Zombbiszon) Elias cz. 1 (autor: Zombbiszon) Elias cz. 2 (autor: Zombbiszon) Historia (autor: Zombbiszon)
zamknij

Chat

[Uwaga, w tekście pojawiają się wulgaryzmy]

   Ogień zgasł, a szelest w trawie przybrał na sile. Ivelios, nie mogąc polegać na magii, sięgnął po krótki sztylet, wypatrując w ciemności jakiegokolwiek kształtu. Zaklęcia i czary były sporą częścią jego życia, ale nie jedyną; przez lata nauczył się doceniać także inne wartości i umiejętności. Wieki przyniosły mądrość i zrozumienie, a czas był najlepszym nauczycielem. – Spróbuję… – elf wyobraził sobie małą, świetlistą kulę; nie potrzebował gestów, ani słów do manipulowania magią, chociaż czasami z nich korzystał. Przed nim, na dłoni uformowała się lśniąca kula, i o dziwo promieniowało z niej światło. Magia znów stała się posłuszna woli maga. – Leć – promyk przypominający kształtem sowę, chwilę przed tym, jak Szept usłyszała szelest, a Heiana krzyknęła, oświetlił wysokie trawy, w których coś się poruszało. Noc była ciemna, gwiazdy zniknęły za chmurami, a sierp księżyca rzucał mdłe światło, dając niewiele; od strony gór wiał nieprzyjemny, mroźny wiatr przypominający o wciąż niestopniałych śniegach, a szum tuzina rzek umykających w stronę wybrzeża brzmiał dużo bardziej złowieszczo niż za dnia. Nocą równina strumieni była nieobliczalna i tylko głupiec pchał się w jej rozlewiska; rzeki były rwące, choć niektóre leniwie spływały z kontynentu, koryta strome, a wiele z nich nie miało w ogóle przeprawy. Jeden nierozważny krok i człowiek kończył w rwącym nurcie, ale teraz i tu, gdzie blask ogniska przepadł, groźniejsze były szmery w wysokiej trawie.
   – To jest wąż!
   Uzdrowicielka miała rację. Stuprocentową. Niezaprzeczalną. Wąż. Węże, jak sprecyzowała magiczka. Węże, które zostały odmienione. Węże większe, z kościanymi wypustkami na grzbietach, ze skrzydłami tak wątłymi, że nie zdołają unieść ciała, o rubinowych oczach i rozdwojonych ogonach. Czarne węże z czerwonymi brzuchami. Elfie uszy naliczyły cały tuzin. Mniejsze, większe, równie niebezpieczne.
   – Ja rozdepczę szóstkę z prawej, a potem szóstkę z lewej – Jaruut wyliczał, którymi gadami się zajmie i jak to u olbrzymów bywało, zabrał wszystko dla siebie. Już nawet swoje wielkie łapska w pięści zacisnął, uderzając jedną o drugą, nawet przeciągnął się i krok do przodu zrobił, ale śmignęło obok niego coś małego. Kamień rzucony przez Jashę. Bladego, trzęsącego się kaznodzieję, który miał pilnować koni. Wierzchowce korzystając z gapiostwa swoich właścicieli, uciekły byle dalej od syczących gadów. – Tak to ty nawet do żółwia byś nie trafił. Zaraz ci pokażę… – Kamień, a właściwie mały głaz rzucony przez olbrzyma trafił jednego, bo węże okazały się być szybkie. Rozpełzły się i zaatakowały, ale kiedy przed szereg wyszła dziewczynka, bo i tym razem Jasha się zagapił i nie upilnował, węże stanęły. Nenna coś do nich mówiła, a węże znieruchomiały, zatrzymały się w miejscu, przekrzywiły trójkątne głowy i słuchały głosu dziewczynki jak zahipnotyzowane. Rubinowe ślepia zdradzały fascynację. Kościane wypustki na grzbietach położyły się płasko. Nenna podeszła do nich.
   – Zatrzymaj się, one zrobią cię krzywdę! – Jasha rzucił się ku dziewczynce, chcąc ją ratować, a węże rzuciły się ku niemu, broniąc tej, która mówi ich głosem. Kaznodzieja zamarł, ale olbrzym, choć wielki, miał na tyle refleksu, by złapać przyjaciela za kołnierz i odciągnąć go.
   – Ani kroku, wy oślizłe gady, bo rozdepczę – ziemia zadrżała, kiedy Jaruut tupnął nogą, ale węże cofnęły się dopiero, gdy usłyszały głos dziewczynki. – Przyciąga dziwadła, jak miód pszczoły…
   – To węże. Odmieniła je dzika magia. Są dobre – gady tłoczyły się przy nogach Nenny, a największy, ten z wątłymi skrzydłami, które nie potrafiły udźwignąć ciężaru ciała, obwinął się wokół jej ręki, łeb kładąc na ramieniu. – Nie róbcie im krzywdy, ładnie proszę. Chcesz jednego? – wąż na jej dłoni zasyczał złowrogo, kiedy wyciągnęła go ku kaznodziei, mając całkiem dobre intencje. Jej czarne oczy kusiły. Zachęcały, by sięgnąć po gada. Weź go, a poznasz słodycz ich lepkiego jadu.
   – Rozumiesz, co one mówią?
   Sytuacja była dziwna. Wszystko wydawało się być dziwne. Ciemna noc, na niebie słabe, zimowe gwiazdy, których jeszcze przed chwilą nie było, blade i jakby nieobecne, zupełnie inne od tych letnich. W dali migotliwe światła portowego miasta odznaczały się na tle nocy.
   W około rzeki, pola uprawne zasypane śniegiem, żadnego ogniska i tylko światło sączące się z magicznej kuli, a w nim węże tłoczące się przy umorusanej dziewczynce. Blask padający zza jej pleców sprawiał, że wyglądała na upiora, a jej czarne oczy zdawały się śmiać. Chodźcie ze mną, poznajcie strach.
   Magiczna kula zamigotała. Nenna uśmiechnęła się odsłaniając zęby, ostre i białe niczym kość, ale kiedy znów zrobiło się jaśniej, dziewczynka wyglądała całkiem normalnie, więc może to tylko gra cieni i światła. Magiczna kula zamigotała i zgasła na dłużej. Coś zasyczało. Zaszeleściło.
   Ivelios szepnął słowo mocy. Nie zadziałało. Powtórzył je wyraźniej, aż w końcu mrok ustąpił. Kiedy mdłe, żółte światło wróciło, węże unosiły się za plecami dziewczynki. Słabe skrzydła, które nie mogły ich unieść, wyglądały na mocniejsze. Szpikulce na grzbietach zmieniły się, ogony wygięły, a ostrza na ich końcach zalśniły. Wąż na ramieniu małej przemieniał się na ich oczach. Dziewczynka głaskała go po czarnych łuskach, mówiła coś, a gad się zmieniał, jak jego bracia. Na ich oczach węże kształtowały się, zwiększały.
   Rosły nabierając siły i tego czegoś, co nieodmiennie kojarzyło się uzdrowicielce z demoniczną nutą. Szeroko rozwartymi oczami wpatrywała się w te potwory i to niewinne dziecię, biedną, porzuconą, słodką… razem z nimi. Miała ochotę wrzasnąć i stąd uciec, jak najszybciej tylko mogła. Jednocześnie strach trzymał ją na miejscu, doń przykutą. Wrzasnęła obserwując długi język, rozdwojony na końcu i zęby jadowe. Miała wrażenie, że ścieka po nich samo zło, obietnica śmierci.
    Wtedy właśnie Szept poruszyła się. Powolny krok w stronę węży i dziewczynki. Zatrzymanie. Znów krok. Znów zatrzymanie. Ale stopniowo odległość zmniejszała się.
   – Szpet, idiotko… – jęknęła Heiana, niezbyt oszczędna w słowach. Gdyby był tutaj Brzeszczot, mógłby jej potem wypominać plugawy język. – Szept, wracaj tutaj, cokolwiek siedzi w twojej głowie, na pewno nie jest mądre – zabrzmiało prawie jak oskarżenie o głupotę. I nie zatrzymało magiczki. Kolejny krok, chrzęst śniegu. Wąż zasyczał złowrogo, wystrzelił niby pocisk… w tej samej chwili uderzyła, precyzyjnie mierząc w jego głowę i pośpiesznie cofając się. Ale oczy wciąż miała utkwione w gadzie, który leniwie podnosił cielsko z ziemi, wijące się sploty przesunęły się, głowa uniosła niby w jakimś dziwnym tańcu.
   – No i co ty najlepszego…
   – To nie są węże – oświadczyła z całkowitą pewnością siebie magiczka. – Już nie.
   – Jasne. A widziałaś jakieś zwierzę, które…
  – One przyszły tu za magią. Karmią się z niej… w jakiś sposób. Są wypaczone, ogłupiałe, przemienione. Wąż by nie zaatakował, chyba w obronie. Nie szukałby ogniska i ludzi, chyba byś na niego weszła. One nie zasługują na taki los. One cierpią – głos elfki drgnął.
   – Pięknie. Mam im współczuć? Może jeszcze im pomnik wystawić? Po prostu stąd chodźmy, jak najszybciej. TO, czymkolwiek jest, nie wróży nic dobrego. Dziewczynka też nie. – Heiana, w obliczu tego, co widziała, chyba zmieniła zdanie. – Chodźmy stąd – teraz zabrzmiało to jak prośba. Nie myślała, że jako elfka i wędrowniczka, miłośniczka otwartych przestrzeni, zatęskni za murami miasta. Teraz jednak nade wszystko pragnęła ich ochrony.
   – One nie mają w sobie dobra. Nie w tej postaci. – Szpet przekrzywiła głowę. Najwyraźniej jej pojęcie dobra różniło się od pojęcia Nenny. – Ta magia tłoczy się w nich niby trucizna. I jeśli nic nie zrobimy, weźmie w końcu górę.
 – Szept, nie będziemy zbawiać całego świata. Mamy iść do miasta.
   – Sama chciałaś chronić dziewczynkę. Chroń jej teraz, a nie skrzeczysz mi nad uchem. Chroń ją przed nią samą… jeśli ona w ogóle tego chce.
   – Nenna… – Heiana przełknęła ślinę. Widok węży paraliżował ją. A jeszcze bardziej porażało ją spojrzenie ciemnych oczu dziecka. – Chcesz z nimi zostać? Czy one… pozwolą nam odejść?
   Nenna słuchała uważnie magiczki. Jej drobna buzia zdawała się nie rozumieć tego, że z tymi wężami jest coś dziwnego, że są jakieś inne i nie powinny w ogóle istnieć. Dla niej były całkiem normalnymi zwierzątkami. Jej czarne oczy się śmiały, w ogóle nie pasując do jasnej, nieco zlęknionej twarzyczki dziecka. Wąż na jej ramionach przypominał kobrę; rozłożony kaptur mienił się czerwienią i złotem, a na końcu ogona miał grzechotkę.
   Październikowe Dziecko siłą trzymać musiał kaznodzieję; Jasha rwał się do przodu, krzyczał, że przecież gady krzywdę zrobią jego małej i on musi, na wszystkich bogów śmierci, musi ją uratować, a oni są głupi i nic nie warci, bo patrzą jak dziecko cierpi, pełne strachu. Czuł dziwną więź z Nenną, której olbrzym nie rozumiał. Mógłby je rozdeptać, gdyby mu pozwolili. Mógłby urwać im łby, wycisnąć flaki, zdzierając skórę, mógłby, ale elfy i ludzie byli na to zbyt delikatni.
   – One cierpią? – usteczka dziewczynki drgnęły, a ona sama mocniej przytuliła do piersi węża; kiwnęła też głową, jakby coś potwierdzała, jakby z czymś się zgadzała. Jej oczy mówiły: nie znacie nic, nie wiecie nic o dzikości moich węży. Nenna się nie uśmiechała. – Więc nie będą dłużej cierpieć.
   – Letta! - palce Iveliosa drgnęły, zasłona magii poruszyła się, magia poddała się woli elfa, a Sowiooki w ostatniej chwili wzniósł wokół przyjaciół magiczną barierę; sekunda później i zrobiłby to za późno. Swym kształtem przypominała wielką sowę, kryjącą cenny skarb pod swoimi skrzydłami, blisko pierzastego brzucha.
   Czarne oczy zdradziły dziewczynkę. Zdawały się mówić przez śmiech: ukrócę ich cierpienia, niech spłonął! Niech gniją, a robactwo żre ich mięso. Węże unoszące się za Nenną jeden po drugim spadły na ziemię i nim dotknęły jaskrawymi brzuchami kamieni, zaczęły rosnąć, pęcznieć, nabrzmiewać i jeden po drugim wybuchać. Przesycone magią, której nie mogły strawić, ani zmienić na siłę, wybuchały. Jeden po drugim. Nenna stała wśród szczątek, wśród krwi, sama nią pokryta; we włosach zaplątały się wnętrzności gada, którego trzymała w ramionach, teraz będącego truchłem. Magiczna bariera zalśniła, kiedy urwana głowa węża się od niej odbiła. Nenna stała wśród rozerwanych zwłok, a jej oczy się śmiały, zadowolone tym, co widziały. Węże przestały cierpieć, jak chciała Szept. Przed oczami mieli tylko strzępy mięsa, krew, czerwoną, jeszcze ciepłą, kawałki śliskiej, gadziej skóry i walające się gałki oczne. Gdzieniegdzie widoczna była bielejąca kość czy rozbryźnięte mózgi.
   Jasha chciał złapać dziewczynkę, odciągnąć ją, ale Jaruut nie pozwolił mu się ruszyć; trzymał go mocno i nie miał zamiaru puścić. Kiedy kaznodzieja zorientował się w sytuacji, złapał się za brzuch i wypróżnił całą jego zawartość padając na kolana. Jaruut poklepał go po plecach, samemu nawet nie drgnąwszy. Wiele razy widział podobne sceny, ale mała dziewczynka umazana we krwi, budziła nie tyle co strach, ale obrzydzenie. Kim była, skoro miała prawo do decydowania o losie innych istot? Boski pomiot, a może ludzka karykatura, która powinna sczeznąć w rękach maga?
   Heiana cofnęła się jak najdalej. Uzdrowicielka była dziwnie blada, acz trzeba by polemizować, co przestraszyło ją bardziej. Czy olbrzymie węże czy też czyn dziewczynki, w jej mniemaniu niewinnego dziecka… A ta krew, ta śmierć… to… Heiana skrzywiła się i odwróciła gwałtownie, po prostu nie chcąc na to wszystko patrzeć. Zresztą, nawet Szept milczała.
   Twarz Iveliosa wyrażała szok, a usta zacisnęły się w wąską kreskę; policzka drgały, ręce zacisnęły się mocniej. W tym różnił się od wnuka; pokazywał emocje aż za wyraźnie. A widok tego, co dziewczynka zrobiła z wężami... Świetliści bogowie, miejcie jej duszę w opiece. Nenna spojrzała na elfa, jakby usłyszała jego myśli i uśmiechnęła się niewinnie, a oczy zdawały się szydzić ze starego elfa.
   Heiana, jak na uzdrowicielką miała dość wytrzymały żołądek, ale to tutaj… – Chodźmy stąd – poprosiła cicho, chyba wszystkich na raz. – Po prostu stąd chodźmy, jak najdalej… Do miasta. Chodźmy. – O zabraniu dziewczynki nawet nie wspomniała, zapominając… lub nie chcąc ciągnąć jej ze sobą.
   W dziwnej ciszy, jaka nastała po serii wybuchów, dały się słyszeć kopyta. Jeden z wcześniej spłoszonych koni powrócił. I chyba nikogo nie dziwiło, że był to gniadosz Szept. Nie rżał, jakby wciąż wietrzył w pobliżu niebezpieczeństwo i wolał zachować spokój i ciszę, nie alarmując drapieżników. Koń zatrzymał się na skraju rzucanego przez kulę Iveliosa światła, uszy skierowane były jedno do przodu, drugie do tyłu. Nasłuchiwał.
   – Ivelios, Jaruut, Jasha… Nira… chodźmy stąd – powtórzyła po raz kolejny Heiana, uparcie trzymając się tego zdania jak rozbitek trzymający się deski. Nie wyobrażała sobie zostać zbyt blisko tej krwawej miazgi. Już wolała włóczęgę w ciemności. Byle dalej.
   – Nie możemy jej tu zostawić!
   Jasha wyrwał się olbrzymowi, ale zbyt szybki ruch sprawił, że nogi zawinęły się w fałdy długiej szaty, przez co kaznodzieja wylądował na ziemi, poskręcany i dziwnie wygięty; klął przy tym jak szewc, albo wyjątkowo złośliwy troll i aż Jaruut zagwizdał, bo takiego języka w ustach przyjaciela nie słyszał nigdy, nawet wtedy, kiedy się okazało, że jego nowa oblubienica była facetem...
   – Nawet po tym, co zrobiła? Nie dość, że wieścisz koniec świata, to jeszcze jesteś głupi! – Październikowe Dziecko warknął niczym dziki knur, nie mogąc zrozumieć głupoty swojego przyjaciela. Nie rozumiał, jego barbarzyński umysł tego nie pojmował, tak po prostu! Olbrzymy widząc niebezpieczeństwo likwidowali je, a nie chcieli chronić... A mówi się, że to olbrzymy są głupie. 
   – To dziecko!
   – Moi przodkowie zjadali takie szczeniaki – olbrzymy wierzyły kiedyś, ba, nawet teraz wierzą, że szpik w dziecięcych kościach, ich całe ciało przepełnione jest siłą ducha, którą należy pobrać i przyswoić na swoją korzyść. – Ale to zła esencja.
   Tętent kopyt przerwał ich wymianę zdań. Olbrzym poczuł podniecający dreszczyk; słyszał o tych równinach w pieśniach olbrzymów i chociaż dla niego były tylko dawną legendą, ponoć ludzie żyjący na wybrzeżu nie lubili obcych. Spotkanie konnych jeźdźców nocą nie zwiastowało ciepłego przyjęcia, miski pełnej żarcia i siennika pod dachem. Raczej mokrą celę, kraty i szczury, które jedzeniem dobrym nie są.
   Jasha spokorniał, posmutniał. Nigdzie nie było jego Nenny. Dziwna, demoniczna dziewczynka zniknęła, jakby nigdy jej tu nie było; tylko truchła węży leżały porozrzucane, przypominając o tym, co stało się chwilę temu. Nenny nie było, a kaznodziei zrobiło ię przykro; poczuł się tak, jakby coś mu zabrano, coś ważnego. Bogowie zniszczenia...
   Ivelios naciągnął kaptur na głowę, kryjąc szpiczaste uszy pod materiałem; lepiej żeby nikt nie dowiedział się, kim jest. Elfy nie były lubianą rasą; niby nikt otwarcie nie krytykował ich istnienia, jednak pod pozorami kryła się nienawiść i strach, które zbyt często przybierały formę. Sowiooki wolał nie ryzykować, bogowie świetliści wiedzą, jakie jeźdźcy mają zamiary, w dodatku ich grupa, trzy elfy i olbrzym ukryty pod iluzją to jasny sygnał, że coś się szykuje. – Niraneth-elda, to chyba miejski garnizon.
   – Dajcie mi ich, a powbijam na pale! Czas na bitkę! 
   – Jaruut, nie prowokuj ich – Szept wolała na razie nie zajmować się małą. Zniknęła, może to i lepiej, choć myśl ta była niecodzienna i nieco egoistyczna. Wiedziała też, kogo powinna motywować. Tutejsi ludzie nie przepadali za elfami, ale olbrzymów wprost nienawidzili. Może dlatego, że wedle starych legend zburzyli oni pierwszy port, zasypując go kamieniami, gdy walczyli między sobą. Gdyby rozpoznali Jaruuta… Olbrzym pewnie nie miałby zbytnich problemów, ale o skorzystaniu z portu mogliby tylko pomarzyć. Odruchowo sprawdziła iluzję. Była cała. Zwykli ludzie nie mogli jej przejrzeć. Nie mogli się spodziewać. Myliła się, ale to miał dopiero pokazać czas. – Nie prowokuj ich. Pod żadnym pozorem – upomniała go jeszcze raz. Zupełnie jakby sądziła, że watażka zbędzie jej uwagę koło uszu. Tak jak to robił Brzeszczot, gdy próbowała argumentować swoje racje… albo jego błędy. Cholerny najemnik, nawet teraz musiał wtryniać się w jej myśli. Gdyby nie wpakował się w to bagno, nie musieliby po niego ruszać całą eskapadą.
   – Nie jestem głupi, elfeczko – olbrzym szturchnął wielkim paluchem magiczkę w ramię i zaraz uśmiechnął się, a iluzja sprawiła, że był to naprawdę miły, przyjemny, ludzki uśmiech. Jaruut chrząknął, oblizał wargi i dodał – Watażkowie to także dyplomaci – do tej pory używając wspólnej mowy mówił z akcentem, silnym i mocnym tak, że czasami nie dało się go zrozumieć, ale teraz płynność jego języka zaskakiwała; słychać w nim było akcent, ale nie tak silny i zniekształcający jak wcześniej. – Ludzie są pamiętliwi. Później opowiem – Jaruut był dzieciakiem, podrostkiem z mlekiem pod nosem, kiedy w dawnych czasach olbrzymy walczyły na tych niezamieszkanych równinach między sobą.
   W tej chwili w światło magicznej kuli wjechali konni jeźdźcy. Ich twarze były groźne, oczy spoglądały ponuro. Nosili barwy miasta, Ivelios miał rację. Garnizon. Jeźdźcy sprawnie otoczyli wędrowców kołem, na wypadek, gdyby ci próbowali uciec. Przynajmniej jednak miecze pozostawili w pochwach… na razie.
   – Kim jesteście i czego tu szukacie? – Jeden z mężczyzn pchnął konia do przodu, występując z szeregu. Zdawał się nieco starszy niż pozostali. Kapitan, rozpoznała Szept, czując nieprzyjemny dreszcz. Do tego mówił z lekko wirgińskim akcentem. Szept nie lubiła tego języka.
   – Jesteśmy skromnymi podróżnymi – zaczęła Heiana, prostując się z jako taką godnością. Terukowie by pokazali tym gburom, jak się zachowywać.
   – To widzę. Jak się nazywacie i po co przybyliście w te strony? Odpowiadać!
   – Moja kuzynka Heiana, ja jestem Szept. To mój rodak, Ivelios – wątpiła, by znano tu ich miana. Elfy żyły z daleka od ludzi. – Kapłan Jasha z Królewca i jego przyjaciel. Chcieliśmy wsiąść na statek w Tar…
   – Nie ma statków – burknął kapitan, przyglądając się im podejrzliwie.
   Szept miała wrażenie, że coś tu jest nie do końca w porządku.
   – Czym się trudzicie?
   Nie trzeba było Szept ostrzegać. Magia nie była mile widziana przez ludzi. Przyznanie, że jest magiczką nie wchodziło w grę. – Heiana jest uzdrowicielką, Ivelios to jej nauczyciel i mistrz. – Coś w końcu trzeba było powiedzieć. – Jasha jest kapłanem-wędrowcem, a że drogi sam wiesz, do bezpiecznych nie należą, zawsze ma ze sobą swojego przyjaciela. Ja zaś zajmuję się historią… i dawną architekturą tego kraju. Badam ruiny – wyjaśniła, gdy zorientowała się, że kapitan nic nie rozumie.
  – Tak mówisz – burknął w końcu. Prawie, jakby jej nie wierzył.
   – Szept? Nie mogłem się z tobą porozumieć – usłyszała ogromną ulgę Corvusa. Pewnie chowaniec już wróżył sobie najgorsze. I jej. – Znikajcie stamtąd jak najszybciej. Zanim spotkacie ludzi.
   – Za późno.
   – Szept, oni bardzo nie lubią magów. A mówiąc bardzo, mam na myśli bardziej niż zwykli wieśniacy.

   – Pójdziecie z nami – orzekł kapitan. – Rada miasta zdecyduje, czy wolno wam ufać.
   – To chyba nie jest zwykła praktyka lu… – Heiana byłaby palnęła gafę. Jeszcze, ani ona, ani Szept, ani Ivelios nie przyznali się do elfiego pochodzenia. – W stosunku do podróżnych – poprawiła się.
   – Teraz jest. – Garnizon miejski nie żartował. Było w nich coś, co sprawiało, że należało się mieć przy nich na baczności. Jaruut powinien być ostrożny. Powinni go odesłać z resztą, nie ryzykowaliby tak, jak w tej chwili.
   – Jesteśmy podróżnikami. Chcemy tylko skorzystać z portu i…
   – Nie ma statków, powiedziałem.
   Ivelios swoim sowim wzrokiem sięgnął ku miastu. Tarok tonęło w ciemnościach i tylko kilka bladych światełek zdradzało, że przed nimi znajduje się portowe miasto, wcale nie tak daleko. Garnizon patrolował ziemie należące do miasta – to nie było coś zwyczajnego, a skoro uzbrojone wojsko miało powodu przeczesywać nocą swoje ziemie, musiało stać się coś ważnego. Nie mogli być tak przeczuleni na elfy i olbrzymów, jak sugerowały pogłoski. Czy mogli? Czyżby stare utarczki przetrwały wieki, a nienawiść i złość razem z nimi? Sowiooki przełknął ślinę. Miał w Tarok coś do załatwienia, a teraz wychodziło na to, że sprawa się skomplikowała.
   – Więc puśćcie nas, znajdziemy inną przeprawę.
   – Nie ma. Gdzie wasze konie?
   – Spłoszone uciekły.
   – Pójdziecie więc pieszo. Bez sztuczek.
   Szept posłała ostrzegawcze spojrzenie Jaruutowi, jakby jego wcześniejsze słowa i rzekome posiadanie mózgu było faktem wielce wątpliwym. Jakby słowa kapitana tyczyły się głównie ukrytego pod iluzją olbrzyma. Proszę, posłuchaj ich mówiło spojrzenie elfki, gdy zbierała się, by podążyć wraz ze strażnikami do miasta. Heiana, mamrocząca coś o przebrzydłym zapachu zwierząt podążyła śladem swej kuzynki, a magiczka miała wrażenie, że tym razem, gdy Heiana używała słowa „zwierzęta”, wcale nie miała na myśli tych czworonożnych.
   W takim porządku, otoczeni ciasno przez jeźdźców dotarli do miasta. Tarok, jak każdy chyba skrawek ziemi, zasypane było śniegiem, oblodzone, dziwnie nieprzyjazne. Lecz nie śnieg, nie lód i zimno, nie brak statków sprawił, że magiczka zadrżała. Na środku głównego placu, na wysokim, drewnianym palu widniało obrzydliwe trofeum. Głowa. Musiała służyć za wystawę już kilka dni i jedynie panujące tu ujemnie temperatury uchroniły mieszkańców przed obrzydliwym fetorem gnijącego mięsa. Z tyłu uzdrowicielka gwałtownie zbladła, zakrztusiła się…
   – Niedobrze mi. – Głowa miała wyraźnie spiczaste uszy.
   Sowiooki poczuł niepokój. Elfia głowa. Odrąbana, sądząc po poszarpanej skórze. Okaleczona, czyli wcześniej stosowano tortury. Pozbawiona oczu, z odciętym językiem, przybitym nożem nad skalpem. Język wymawiał słowa magii.
   – To wróg. Zło – oświadczył jeden z żołdaków, a Szept usłyszała, jak wzywa pod nosem bogów, by odgonili czarcie sługi. Gdyby nie to, że potrzebowali mieszkańców miasta, że potrzebowali… Zatrzęsła się, lecz nie z powodu obrzydzenia, nie z powodu wstrętu… lecz złości. To był elf. To był jej rodak. W końcu, czuła to wyraźnie, to był mag. Aura, choć osłabiona, unosiła się nad zbezczeszczonym ciałem. Aura mocy. Gdyby był tu Dar, kichałby na całego, tak jak Heiana w towarzystwie wierzchowców strażników. Tak musiał im wystarczyć zmysł magiczki.
   – Może oni nie lubią tylko tego maga? – odważyła się pomyśleć.
   – Nie liczyłbym na to.
   – Od kiedy ty jesteś takim pesymistą, Corvus?
   – A od kiedy ty jesteś optymistką? To się nazywa zamiana ról.
   – A ja myślałam, że racjonalne myślenie.

   – Już! – Kapitan szturchnął ją bezceremonialnie w bok, przerywając mentalną konwersację. – Rada czeka. – Nie tylko Rada, jak wkrótce się przekonali. Nie było ostrzeżenia, w jednej chwili szli przed siebie, w drugiej wyciągnęły się w ich stronę ręce, nagie miecze, dotąd schowane w pochwach, wysunęły się, odbijając promienie wstającego na horyzoncie słońca. Dłoń wyciągnęła się, ściągając kaptur, najpierw Heiany, potem Szept, na końcu Iveliosa.
   – Elfickie nasienie, szpiedzy!
   – Nie jesteśmy…
   – Cisza! To zło!
   – Chcemy tylko … – Szept podjęła próbę łagodzenia sytuacji, choć cichy głosik w jej głowie sugerował, że to beznadziejna sprawa. – Musimy uratować przyjaciela, nie chcemy wcale waszej krzywdy, ani też mieszkańców…
   – Łże! Magowie odpowiadają za klęski Taroku! Magowie zesłali burzę, która zniszczyła statki! Magowie zesłali grzmoty, zatruli zboże w spichlerzu, skazili wodę! Magowie pragną nas zniszczyć! Ich dziełem jest potwór z głębin, ich serca są czarne i zaprzedane złu! Składają ofiary z dzieci dopiero co narodzonych, by przebłagać bóstwa i snuć nici zepsucia! Elfy to zło! Nie pomogły, zbratały się z olbrzymami! Trzeba wyplenić chwasty, wypalić ziemię, tak, by nic z tego nasienia nie ostało się! – Jeden z Radnych był niezwykle elokwentny. Szkoda, że pozostali zdawali się z nim zgadzać. A Szept odczuła znów to dziwne zakłócenie magii, które myślała, że pochodziło od Nenny.
   – Chyba nie jest dobrze…
   To było tylko drobne niedopowiedzenie.
   Ivelios zaklął pod nosem. Głowa wbita na pal nie była zwykłym trofeum, to było ostrzeżenie. Sugestia, aby żaden długouchy pomiot nie ważył się postawić stopy w tym mieście. Założenie kolonii w tym miejscu, na tym wybrzeżu nie było łatwe; próbowano trzy razy i dopiero wielkim szczęściem udało się utrzymać tutaj placówkę, która najpierw była emporium handlowym, a później przerodziła się w portowe miasto. Elfy z pobliskiej puszczy nie pomagały, nawet gdy wysłano do nich prośby, nawet gdy ludzie chcieli, aby elfy przyjęły dzieci i kobiety, gdy zaatakowały niszczycielskie olbrzymy. I wtedy zrodziła się nienawiść i złość wykiełkowała w duszach ludzi, a wszystko to zalała krew i rozpacz zawisła nad miastem.
Jaruut. Był kłopotem. Należało się go pozbyć. Za wszelką cenę. I stary elf, nawet z mieczem katowskim na karku, wyszeptał w myślach słowa zaklęcia; dawnego czaru, w zapomnianym dialekcie, wkładając w to wszystkie swoje umiejętności. Cóż, olbrzym, ku zdziwieniu strażników, zaczął blednąć i w końcu zniknął, tak po prostu. Jasha miał zamiar krzyknąć, że to czarna magia, że mu towarzysza i przyjaciela porwali, ale sam zaczął znikać, co wywołało w nim jeszcze większą panikę i uśmiech, bo może to bogowie zniszczenia wezwali go do siebie? A gdzie ich wysłano, to wiedział tylko stary elf. I nasunąć się mogło przypuszczenie, że Ivelios sam jeden mógłby wnuka odzyskać, ale najwyraźniej do czegoś jest mu ta wyprawa potrzebna.
   – Zło! Elfie bajanie!
  W Tarok podniósł się alarm. Schwytani oberwali pałkami po głowach i zaciągnięto ich w cień.

~*~

   Strażnicy zatrzymali ich w połowie drogi. Nie wyglądali, jakby żartowali. Znali ich, ale to nie miało znaczenia. Bez słowa wyjaśnienia, targając i szarpiąc, przypominając, że są tylko niewolnikami, wrzucili ich do komnaty Xantii. Lanistka miała podły nastrój. Widać to było na pierwszy rzut oka. Przygryzała dolną wargę, nerwowo obracała splecione palce; jej warkocz nie był tak idealny jak wczoraj - czyżby zdenerwowana odesłała służki, nim skończyły go zaplatać? Do tego strażnicy przed drzwiami, strażnicy na balkonie, strażnicy na otwartym dachu. Podniosła ochronę. Czyżby wiedziała, o planowanym zamachu? Czy wszystko się wydało?
   – Miłościwa pani, czy…
   – Darujcie sobie te czarująca słówka – lanistka cmoknęła, machnąwszy ręką na niewolników. Była zniecierpliwiona, a czas najwyraźniej był dla niej ważny. Coś w jej zachowaniu, nagle tak nieskoordynowanym i pośpiesznym sprawiło, że przypominała rozsierdzoną harpię. Dowiedziała się czegoś. Ściany, które mają tutaj uszy, musiały usłyszeć coś interesującego i niepokojącego – Wiesz o planowanym zamachu na moje życie, elfie?
   Brzeszczot już chciał powiedzieć jej, że nie jest elfem, ale Devril w porę szturchnął go łokciem; jeszcze walnąłby jakąś głupotę i koniec. Chociaż co on miał jej powiedzieć? Że wiedział i nic nie powiedział? Gdy jej to wyzna, zawiśnie głową w dół, albo go wypatroszą. Byli jak między młotem, a kowadłem, albo jak pomiędzy Scyllą i Charybdą. Gdyby tak zamydlić jej oczy...
   Lanistka uprzedziła najemnika i wyglądało na to, że w ogóle nie miała zamiaru pozwolić mu odpowiedzieć. – Jesteście jak moje narzędzia. Potrzebuję waszej ochrony. Potrzebuję, abyście pomogli mi zabić namiestnika.
   Devril jak nigdy nie odzywał się. Powinien znaleźć gładką odpowiedź, ta jednak jak na złość nie chciała nadejść. Zabić namiestnika… nie, to bardzo nie na rękę. Jeśli dzieciak Xantii zostanie wyniesiony do godności namiestnika, nie będzie możliwości, by uciec od lanistki. O ile ta ich nie zwolni. A wątpił w dobre serce i wynagrodzenie lanistki, nawet gdyby jej bardzo pomogli. Poza tym, faktyczną władzę będzie sprawowała ona sama i kto wie, co uczyni z niewolnikami, czy ich aby nie sprzeda? To wszystko było mu bardzo nie na rękę. Babie się zachciało władzy, niech ją… Zrobił wszystko, by nie zerknąć na Brzeszczota. Udało się. Zachował kamienny spokój, klęcząc przed swoją panią, z nisko pochyloną głową. Uniżony sługa, który zrobi to, co ona rozkaże, nieśmiejący nawet spoglądać na jej twarz, nie bez jej pozwolenia.
   – Nie jestem zabójcą ani wojownikiem, moja pani. – W końcu, jako taki dął się jej poznać. Nadal pamiętał, ile śmiechu przyniosło lanistce oglądanie jego popisów na arenie. Popisów tak wiarygodnych, że przekonał chyba każdego. Tak miało być. W jej oczach mógł być lisem i zabawką, zgoda. Ale niczym więcej. Nie miała dowiedzieć się, że to on przemycił do lochów truciznę, by zdrajca mógł uciec od tortur… i milczeć. Gdyby nie była tak zirytowana, próbowałby negocjować. Próbowałby przekonać ją do zmiany planu. Wybadać, co ona w ogóle zamierza. Zabić było łatwo. Lecz zabicie wywoła chaos. A jej dzieciak wcale pewnym kandydatem nie był. Wiadomo, bękart, dziecko z nieprawego łoża. Zacznie się wojna, chyba że lanistka spróbuje wyeliminować też i brata… dwóch na raz… Nie unosząc głowy zerknął na nią. Gdyby zapytała go o zamach, kłamałby ile wlezie. Na szczęście nie pytała.
   – Nie jesteś, jednak zabójczym jest twój intelekt. Potrzebuję stworzyć sytuację, w której poderżnę gardło tej grubej świni.
  – Jeśli namiestnik zginie tutaj, podczas igrzysk… – odezwał się – ktokolwiek dokona zamachu, podniosą się głosy, że to z twojego zlecenia. – Musiał uważać, by nie zdradzić tego, jak wiele zdążył dowiedzieć się o panującej tu polityce, zwyczajach i sojuszach. – Jego brat wykorzysta to hasło przeciwko tobie i twojemu synowi, Pani. – Pochylił głowę, niemal dotykając nią podłogi, jakby spodziewał się kary za tak śmiałe słowa. Wiedział, że sam braciszek nie zamierzał pokazywać się tutaj z tego samego powodu. Nie chciał, by padło nań choćby najmniejsze oskarżenie. To jego brat miał zabić kochankę i syna. Potem tylko rozpuścić wieści o tym, jakby namiestnik chciał się ożenić i sprawa jasna. Miałby chcieć pozbyć się bękarta, by nikt nie zagrażał jego synowi z prawego łoża…  – Jeśli namiestnik zginie w drodze… nie będzie podejrzeń. – Gdyby wydostali się za mury, nawet chronieni, nawet pilnowani… walka to chaos, zamieszanie… a w zamieszaniu łatwiej umknąć.
   – Bękart, syn z nieprawego łoża! – Xantia kręciła się nerwowo po pokoju. Najwyraźniej odkrycie intryg, które plótł namiestnik, a także jego brat, wrzuciło lanistkę na niespokojne wody. – Żadnych podróży. Nie będę czekać, aż zabiją mi syna. Już próbowali to zrobić, cały czas próbują. – Fortuna była kapryśna. Nawet Xantia miała się przekonać, jak bardzo. Los krętą dróżką rysował jej przyszłość.
   Devril, choć z opuszczoną głową, świadom był targających nią uczuć. Choć na nią nie patrzył, widział gniew malujący się w oczach i wściekłość na twarzy. Ta kobieta była zbyt zmienną. Ta kobieta przywiedzie ich wszystkich do zguby. Siebie samą tym bardziej. Jak na gust Devrila była zbyt krótkowzroczną, by utrzymać siebie i syna przy życiu. Ale może się mylił. Znów znalazł się w rozterce. Mógł ją pouczyć, jednak, jako niewolnik, nie miał do tego prawa. Nie chciał też pokazywać, że jest żywo zainteresowany, to wzbudziłoby podejrzenia. Ale… nie zamierzał też ryzykować życiem dla kaprysów lanistki. Dzielili łoże, lecz nie był z nią związany w żaden inny sposób. Prawdę mówiąc, nawet jej nie lubił.
   Brzeszczot się nie wtrącał. Zostawił gadanie Devrilowi, który był w tym zdecydowanie lepszy. Bogowie, jak doszło do tego, że w jednej chwili knuli za plecami lanistki, sprzymierzając się z zamachowcami, a w drugiej osoba, której chcieli się pozbyć i przysłowiowy nóż w plecy wbić, oferowała im zlecenie zabicia namiestnika, co by swojego syna wynieść na tron? W jednym momencie wszystko się zmieniło, a Dar wątpił, aby zdołali utrzymać dwie sroki za ogony. Fortuna naprawdę była dziwką i lepiej dla ludzi, by nie zwracali jej uwagi.
   – Namiestnik ma tu być za dwa dni. Nie jest to zbyt wiele czasu na przygotowanie czegokolwiek. – Devril już widział, że wcześniejszy plan będzie trzeba porzucić… albo… stłumił błysk w oku, który mógłby go zdradzić. Gdyby… Będzie musiał porozmawiać z Brzeszczotem, jak tylko uwolnią się od Xantii. Skoro wszyscy na około wierzyli, że mają się ku sobie, nikogo nie zdziwi, że w obliczu gniewu Xantii szukają u siebie... pocieszenia? Bliskości? Jak zwał, tak zwał. – Ale będzie jak rozkażesz. Jesteśmy twoimi niewolnikami, rzekłaś.
   Xantia była na tyle zdenerwowana, że nie zwróciła większej uwagi na ton, jakim odezwał się do niej kochanek. Miała na głowie inne, ważniejsze, sprawy. Musiała zadbać o to, by jej syn stał się namiestnikiem tego kraju. Planowała to od dłuższego czasu, ale działania i machinacje jej wrogów sprawiły, że musiała wszystko przyśpieszyć. W innym wypadku nie polegałaby na pomocy niewolnika.
   – Odejdźcie. Chcę was widzieć tu o brzasku.
   Kiedy za niewolnikami zamknęły się drzwi, najemnik otarł spocone czoło. – Bogowie niejedyni, ona jest szalona! Weź wciśnij jej jakiś plan i uciekajmy, zanim oni wszyscy się pozabijają...
   Devril łypnął na Dara, niezbyt przychylnie. Zdaje się, że pan arystokrata był nieco rozdrażniony. Nawet jeśli sam też uważał, iż lanistka oszalała, kompletnie zgłupiała i posiała gdzieś ten swój rozumek, to nie zmieniało to faktu, że wierne pieseczki pani tym samym miały przekichane. Jakoś wątpił, by okazano im jakąkolwiek łaskawość. Wątpił też, by Xantia odwdzięczyła się, gdyby zamach się powiódł. Na pewno nie dałaby im wolności. Co najwyżej stryczek albo arenę. Kto wie za dużo, ten ma władzę. A kto ma władzę, ten może ją sprzedać. Historia nie miała litości. – Jasne wiej. Daleko nie dobiegniesz – rzucił, poddając się irytacji. Jeśli namiestnik przeżyje i dowie się, że brali w tym udział, będzie źle. Jeśli Xantii się uda, a oni ją zdradzą, też źle. Cholera, on chciał po prostu wrócić do Keronii. Xantii nie mógł ufać, nie na tyle. Z namiestnikiem nie wiedział, jak się skontaktować…, ale… – Ona jest szalona, ale my nie mamy wyboru – ściszył głos. – Możemy jej posłuchać… albo… pamiętasz naszego wspólnego przyjaciela? – Gdyby brat namiestnika wykorzystał śmierć tego ostatniego i fakt, że to lanistka wszystko zaplanowała… Może byliby w końcu wolni. W każdym razie ta wdzięczność była bardziej pewna niż lanistki. Ten plan był też zbyt szalony. Najwyraźniej Devrilowi udzieliło się szaleństwo jego kochanki.
   Brzeszczot skinął głową. Nie będą tu rozmawiać, jeszcze lanistka coś usłyszy. Z tą szaloną kobietą wszystko było możliwe. Cholera, cholera! – Sądzisz, że może jej się udać? Jesteś lepszy w te klocki. A nasz przyjaciel to mistrz knucia, całkiem jak mój dziadek. – Wychodząc na dziedziniec, niewolnicy mogli mieć chwilę spokoju. Chwilę, bo Fortuna grała w swoje chore gry, nie pytając nikogo o zdanie. Dziwka szykowała wraz z przewrotnym pechem niespodziankę. – Jesteśmy jak pomiędzy... – Dar podrapał się po brodzie, zastanawiając się, jak brzmiało to głupie, elfie przysłowie, o którym wspomniała mu kiedyś uzdrowicielka, wredna kuzynka magiczki – Pomiędzy Scyllą i Charybdą!
   – Jej? Może. Nam… – niezbyt sprecyzował, zbyt zaintrygowany jednym faktem. Nie zwrócił nawet uwagi na świergot pomniejszych ptaków ani też na nikłe promienie słońca, niedające zbyt wiele ciepła, ale za to rozjaśniające dziedziniec. Mógłby pomyśleć, że ktoś mu tu najemnika podmienił. Brzeszczot, który odwołuje się do starych podań? Nawet nie wiedział, że w ogóle wie, co to Scylla i Charybda, a co dopiero cytowanie… – Dobrze się czujesz? – zagadnął, niby to troskliwie. – Masz może gorączkę, albo coś takiego? Nawet nie wiedziałem, że potrafisz być tak elokwentny.
   No cholera jego mać. Jakby słyszał wredną magiczkę. Kurde i jeszcze chronił tyłka jakiejś baby, co ma wróble w głowie i jest szalona. To już naprawdę był czas, aby wracać do domu. Przecież bez niego Szept sobie nie poradzi. No bo jest jak dziecko, co pcha palca w szparę w drzwiach, dobrze wiedząc, że zaraz paluch będzie przytrzaśnięty i spuchnięty. Magiczka, psia jego mać, piekielnie dobra, ale instynktu samozachowawczego to ona nie ma. A jak wpakuje się w jakieś kłopoty na kolejnej wyprawie pełnej przygód i nie będzie miał kto ją wyciągać? Wredna długoucho, jak dasz się tam zabić, albo chociaż włos ci z głowy spadnie, to normalnie skopię ci tyłek. Była jednak nikła szansa, że magiczka nie wpadnie w tak duże kłopoty, bo ma przy sobie uzdrowicielkę. Na Wilka to Brzeszczot nie liczył, bo był irytującym jasnowidzem, który nawet własnego kataru nie przewidzi. Heiana to co innego, jak się głupia wystraszy, to ucieknie i bogowie miejcie ją w opiece, aby pociągnęła za sobą Szept.
   Devril chrząknął, chwila rozbawienia minęła i arystokrata sposępniał, zerkając w górę z czymś, co można by wziąć za tęsknotę. – Może jej się uda. Zwłaszcza, jeśli namiestnik się tego nie spodziewa… Ale od morderstwa do posadzenia syna na tronie daleka droga, a ona wydaje się nie zdawać sobie z tego sprawy. Chce już i teraz. Matczyne uczucia – o jakie jeszcze dotąd jej nie podejrzewał – zdają się zaćmiewać zdrowy rozsądek. A stąd już nie tak daleko na stryczek. – Widywał w końcu bardziej przemyślane i ułożone plany, które kończyły się fiaskiem. – My jednak, niezależnie od tego, co zrobimy, musimy przedstawić jej plan. – Może i Brzeszczot sądził, że Devril jest lepszy w te klocki, ale w tej chwili takim się nie czuł.
   – Plan… – najemnik klapnął na ciepły, nagrzany w słońcu kamień. Przez chwilę cieszył się ciepłymi promieniami, których na stałym lądzie od tak dawna brakowało. Westchnął i spojrzał na towarzysza. – Nie jestem dobry w planowaniu – żadna nowość, powiedziałaby pewnie pewna elfka – Plany są kłopotliwe i ograniczają. Co chcesz jej wcisnąć? – Najemnik miał swoje obawy. Jakaś dziwna część jego świadomości podpowiadała, że kłopoty dopiero się zaczną. Że to, co się dzieje teraz, to tylko forpoczta. Dar nawet nie wiedział, jak blisko prawdy są jego przeczucia. – Najlepiej by było napuścić szpiega i lanistkę na siebie, niech się wybiją.
   – Nie jesteś dobry w planowaniu, tak? – Bo mniej więcej o czymś takim myślał Devril. Zdradzić szpiegowi, a wtedy wiadomość dotrze do brata namiestnika. Coś takiego zasługiwało na uwagę samej góry. Co potem, to już Devrila niezbyt interesowało. Namiestnik zginie, braciszek mu doniesie, nieważne. Cóż, może to nieco brzydko ze strony obecnego kochanka, ale tenże kochanek życzył swojej pani drobnego wypadnięcia z obiegu, słowem kompletnej klapy. Tylko takie wyjście rokowało coś wolności Wintersa…
   Na głównym dziedzińcu podniosły się głosy. Dowódca straży coś krzyczał. Devril najwyraźniej chciał coś dodać, ale Dar powstrzymał go ruchem ręki; musiał się skupić i posłuchać. Mężczyźni kłócili się o coś zażarcie, nie podając szczegółów; coś było wcześniej ustalone, coś było zapewnione, ale pojawiły się jakieś kłopoty. Lanistka wniosła o odstąpienie, chciała coś przełożyć. Ten, który przyszedł, nie odpuszczał, aż w końcu wyegzekwował to, co powinien dostać.
   – Coś się dzieje. Jeśli dobrze zrozumiałem, Xantia była winna przysługę i teraz ma ją spłacić. Dokładnie jej niewolnicy – Brzeszczot pamiętał, mgliście i niejasno, że kiedyś lanistka wspominała coś o oddaniu przysługi, której nie chciała spłacać. – Idą w tę stronę. Chodź mój luby! – najemnik improwizował, no przecież i tak wszyscy wiedzą, że mają się ku sobie, lanistka nie ma nic przeciwko, więc powinni ich zignorować. Nawet to, że Devril siedział sobie na kolanach mieszańca. Siedział… Raczej wierzgał.
   Devril już już otworzył usta, by rozwinąć swoją myśl… Nie zdążył. Dar dodał swoje trzy grosze. Bardzo obszerne trzy grosze uwzględniając nieludzkie zmysły tego ostatniego. Zaraz po tym Devril został nazwany lubym i znienacka wylądował na kolanach najemnika. Niezbyt mu się to podobało. Jeśli już znajdował się w podobnej sytuacji, to to on bywał stroną trzymającą. I było to jeszcze w szczenięcych latach, gdy osobą, która miała go na takiej schadzce nakryć był ojczulek. Stary earl chyba przewracał się w grobie, widząc to, co jego synalek, pierworodny, tfu, wyrabia w tej chwili. Już by chyba wolał panienki, nawet te z niższych sfer. – Nie wyobrażaj sobie za dużo, kochasiu – stwierdził wierzgający luby, gdy tylko minął mu pierwszy „poryw uczuć”. – Jak na najemnika masz strasznie kościste kolana.
   – A co to, niby miało znaczyć? – obruszył się, spychając Devrila ze swoich, kościstych!, kolan na niski murek. Psia jego mać. Kościste, też wymyślił. Umięśnione i szczupłe, a nie kościste! Kościste kolana to mają ladacznice stojące na ulicach, co to na kolanach pracują na radość swoich klientów. Najemnicy nie mają kościstych kolan!
   – Nie wiedziałem, że jesteś tak wrażliwy, na punkcie swoich niedoskonałości, mój ty luby. – Devril wyglądał, jakby z ledwością tłumił odruch wesołości. Lecz zdradzały go oczy. I drgające usta, które aż przygryzł, by stłumić chichot. – Kochasiu, jesteś idealny… prawie idealny. – A ponieważ nie do końca wiedział, jakie relacje łączą Szept i najemnika, wypalił. Nieco, jak się okazuje bezmyślnie. – Nie mówiła ci tego długoucha? A może powinienem być zazdrosny, bo… – nie dokończył.
   Dar burknął coś pod nosem i byłby coś powiedział, ale padł na niego cień i bez ostrzeżenia oberwał batem po barkach; dopiero to skłoniło go do podniesienia głowy. Cholerny Dev, mógł go ostrzec. Cholerny Dev zapomniał go ostrzec. No, ale w końcu to nie on tutaj miał wyczulone zmysły.
   Brzeszczota uderzył kapitan lanistkowej straży, a przed nimi zatrzymał się niski, drobny mężczyzna. Nie wyglądał na takiego, który krzyczał, ale pozory lubiły mylić. Sięgał dowódcy straży zaledwie do pasa. Karzełek. I zdawał się nie dostrzegać niczego, poza tym, co mówił, a mówił dużo.
   – I co wy mi pokazujecie. Xantia nie zdoła się wykręcić. Mój pan wydał wyraźne polecenia. Sądzicie, że zdołacie mnie zmylić? Potrzebujemy sprawnych ludzi. Sprawnych. Taka była umowa. Jak moż… Ci dwaj – karzełek zatrzymał się przed dwójką mężczyzn – To jej niewolnicy?
   – Tak. Jednak pozwolę sobie przypomnieć, że Xantia wybrała dla twojego pana kogoś innego – dowódca strzelił Brzeszczota i Devrila po plecach batem, by padli usłużnie na kolana i nie zapomnieli o tym, kim są. Devril szybko pojął nauczkę, zaraz też pośpiesznie osunął się na kolana, posyłając kapitanowi nieżyczliwe spojrzenie. Lanistka nie lubiła, jak jej kochanek był nie w formie, a pręga na plecach, do tego całkiem świeża, nie ułatwia pewnych rozrywek. I Devril stwierdził, że nie omieszka o tym wspomnieć kapitanowi.
   – Słabeuszy. Najgorszych. Chcę tych. Mają być gotowi za pięć minut. – Chyba jednak nie wspomni. Coś mu mówiło, że właśnie lanistka przestała być czuwającą nad nim osobą. Tylko, jeszcze nie był pewien, jak bardzo powinien się z tego cieszyć. W końcu, karzełek wybrał ich z jakiegoś powodu… Ale cały plan i misternie knuta intryga właśnie wzięła w łeb. Z drugiej strony, Devril był przyzwyczajony, że często los płata figle i miesza szyki, zgoła nieoczekiwanie.
   – Xantia się… – kapitan chciał coś powiedzieć, ale lata pracy i praktyki sprawiły, że ugryzł się w język w ostatniej chwili, zanim powiedział za dużo. Niewolnicy nie powinni słuchać. Byli tylko niewolnikami i szkoda, że nie pozbawiano ich słuchu, języka i oczu, aby ograniczyć ryzyko. Wielka szkoda. Poza tym karzełek już odszedł. Powiedział, czego chciał i oczekiwał, że zostanie mu to dostarczone. Wybrał tę dwójkę dlatego, że byli inni. Byli nowi i zapewne nie pogodzili się jeszcze z niewolą. Zdradzały ich oczy. Tak, będą idealni.
   Dowódca zagwizdał na strażników. – Związać ich i przekazać. Mają wrócić przed zmierzchem. – Wyglądało na to, że jednak wrócą. Ale mogło być już za późno, by ostrzec szpiega. I by ten zdążył powiadomić swego pana.
   Dziwka Fortuna i niestabilny emocjonalnie Pech właśnie zaczęli swoją grę.
   Brzeszczot nie wiedział, co właściwie ma powiedzieć. Dał się po prostu poprowadzić, aż zatargano ich na główny dziedziniec, aż świsnął bat tak dla przykładu, a ich związano i zakryto oczy. Ktoś się bardzo postarał, aby utrudnić niewolnikom orientację. Znając życie, panienka Fortuna maczała w tym palce, a Pech jej pomagał.
   Devril też nie miał zbyt wielkiego wyboru. Dał się prowadzić jak ten ślepiec. Zawiązane oczy, nie sposób nawet spostrzec, dokąd zmierza i którędy. Dochodziły do niego tylko dźwięki dookoła, z których mógł wywnioskować, że są już na dziedzińcu i to bynajmniej nie sami. Tupot butów, lżejszych niż te, jakich używali wirgińscy i kerońscy strażnicy. Trzask bata. Podróżowali w ciszy. Piechotą. Obok nich szli strażnicy, ale nie ci od Xantii. Devril miał nadzieję, że ze swoimi super zmysłami Brzeszczot będzie w stanie powiedzieć mu więcej. O ile w ogóle będą mieli okazję porozmawiać – pomyślał jeszcze, w przypływie wisielczego humoru, dając się prowadzić dalej. Będzie co ma być. A jak nie, to oni już o to zadbają. Nie wiedział, jak bardzo się mylił. Dziwka Fortuna i niestabilny emocjonalnie Pech mieli mu pokazać, że nic w życiu nie jest pewne i nie na wszystko można się przygotować.
   Oboje dostali drewnianymi pałkami po głowach; guzy rozdawano dziś jak słodkie łakocie. Kiedy się obudzili, wszystko wskazywało na to, że są po pas w kłopotach; nie, wróć, nie po pas, po szyję i to dosłownie.
   Brzeszczot jęknął. Bolała go głowa. Bolało go całe ciało. Nie czuł nóg, nie czuł rąk i miał dziwne wrażenie, że w gacie nasypał mu ktoś piachu, dorzucając na dokładkę robala jakiegoś. Wzdrygnął się, ale nawet nie drgnął. Ścierpło mu całe ciało. I co tu tak śmierdziało moczem? Mrugnął, raz i drugi, a kiedy oczy przyzwyczaiły się do jasnego, ostrego światła słońca, rozejrzał się dookoła. Pierwszym, co ujrzał, wcale nie był Devril zakopany po szyję w piachu, ale siedzący na rzeźbionym krześle mężczyzna, obracający w dłoniach wiklinowe pudełeczko. Coraz bardziej zaczynał nienawidzić tej wyspy, tych ludzi, tego, że robią z nim co chcą, że zakopali go po szyję w piachu! Wiercenie Brzeszczota nie przyniosło żadnego rezultatu, ale zyskał za to uwagę siedzącego mężczyzny. Jego zielone niczym młoda trawa oczy uważnie mu się przyglądały. Był młody, ale starszy od najemnika; wokół ust i oczu zdążyły zrobić mu się zmarszczki, a ciemna skóra w kilku miejscach pojaśniała, nabierając bardziej żółtego koloru. Byli gdzieś nad brzegiem morza; szum fal był wyraźnie słyszalny, krzyki mew także, a słony zapach drażnił nos. Przy mężczyźnie stała tylko dwójka strażników i ten knypek, który tak się rządził u Xantii. W co, na bogów niejedynych, wpakowała ich kochanica Devrila?
   To była nieco niecodzienna sytuacja. Jak był szpiegiem, to jeszcze coś takiego go nie spotkało. Zdarzały się labirynty, zdarzały więzienia i lochy. Ostatnio nawet i katakumby. Dotąd nie był też niewolnikiem. Jak okazuje się, ta przygoda była szczególna, bo spotykały go same nowości, pomyślał jeszcze z dozą specyficznego humoru. Unieruchomiony w piachu też jeszcze nie był. Do tego na plaży. Miał nadzieję, że do przypływu było daleko. Hmm… czy ci tutaj w ogóle wiedzieli, co to przypływ? Raczej nie miał ochoty kosztować tego konkretnego doświadczenia, jakim miało być utopienie. Chociaż… kiedyś już się topił, więc aż tak nowym doświadczeniem by nie było. Z drugiej strony, nigdy się nie utopił. Tego też wolałby nie próbować. Siedzący mężczyzna najwyraźniej nie miał zamiaru podzielić się z nimi informacjami, bo słowa nie pisnął. I co, będą tu siedzieć do wieczora?
   Brzeszczot zaczynał się denerwować. I swędział go nos.
   – Czy ktoś może mnie podrapać po nosie? – Tak, musiał to powiedzieć, inaczej nie byłby sobą.
   Devril nieomal parsknął. Mieli teraz znacznie większe kłopoty niż swędzący nos. Może jeszcze będzie się chciał po tyłku podrapać? Nie, tam nikt mu w tej chwili nie sięgnie. Doprawdy, najemnik czasem bywał taki… specyficzny.
   – Powziąłem pewne przygotowania, abyście nie próbowali niczego niegodziwego – siedzący mężczyzna mówił zadziwiająco poprawnym, melodyjnym i śpiewnym językiem, jak nikt z tej wyspy, chociaż mało było sposobności, aby to sprawdzić. – Krup, podrap pana po nosie.
   Brzeszczota zatkało. Czy naprawdę ten mały knypek podrapie go po nosie? No nie… I faktycznie go podrapano.
   – A może tak nas wykopie?
   – Wpierw musimy porozmawiać.
   Tak, w końcu jakiś konkret. Jeśli tracą czas na rozmowę, to może nie zabiją ich. Może. Zresztą, można będzie próbować negocjacji. Ten tutaj był nawet dość uprzejmy. Przynajmniej jeśli chodziło o niecodzienne prośby Brzeszczota. Z drugiej strony, może mieli być jakąś ofiarą czy coś? Wzdrygnąłby się najchętniej. Ale nie miał zbyt wielkiego pola do manewru. Ba, do jakiegokolwiek ruchu, chyba że głową.
   – Chętnie dowiemy się, o co chodzi – zagadnął nawet pogodnie. Biorąc pod uwagę okoliczności, był to niemały wyczyn. Brzeszczot kichnął piaskiem, który dostał mu się do nosa.
   – Mój sługa poinformował mnie, że jesteście tym, czego potrzebuję. Możecie mnie nie znać. Zakładam, że Xantia nie pokazuje wszystkim mojego portretu – mężczyzna wstał, otrzepując spodnie z ziarenek piachu; był jedyną osobą, która pozwalała sobie na noszenie miękkich aksamitów. – Potrzebuję rąk do pracy. Rąk, które mogą się ubrudzić. Które nie boją się ubrudzić. Cóż, mój brat knuje z moją kochanicą za plecami. Czas to po cichu ukrócić – powiedział namiestnik tej wyspy, ten, który rządził tu wszystkim. Który proponował wykończenie swojego brata i Xantii, wiedząc o spiskach na jego życie.
   Tak dziwka Fortuna i niestabilny emocjonalnie Pech, zagrali najlepszą kartą.
   Gdyby nie lata praktyki, Devril wybuchnąłby czymś, co przypomina śmiech. Nawet w starej, dobrej Keronii jeszcze tego nie było. Ten na tego spiskuje, ten na tamtego, a ten na wszystkich. Jaki ten świat mały. Do tego oni, dwaj niewolnicy, byli zamieszani w każdy ze spisków.
   – Nie sądzę, żebyśmy mieli zbyt wielki wybór – odezwał się. Albo przyjmą ofertę ubrudzenia rączek albo nie pożyją długo. W końcu, namiestnik już ich dopuścił do tajemnicy. Głowa Devrila obróciła się nieznacznie w bok, na tyle, ile mógł, zerkając na najemnika.
   – Czego się od nas oczekuje, panie? – Lepiej od razu nie wyskakiwać ze wszystkimi swoimi atutami. Lepiej dowiedzieć się, o co chodzi. I jaka czeka ich nagroda. Devril nie oczekiwał zbyt wysokiej. Nawet nie chciał. Taka wolność by mu spokojnie wystarczyła. Chociaż, na transport z powrotem do wybrzeży Keronii też by nie narzekał.
   Brzeszczot miał jednak dość. Jemu do szczęścia wystarczał miód, ciepłe posiłki, kobiety i podróże z wredną magiczką, która w sumie mogłaby go już uratować, a nie obijać się nie wiadomo gdzie i nie wiadomo z kim. Chciał wracać do domu, a że sam nie mógł, to Szept jak nic mogłaby się tu zjawić na magicznym smoku i go zabrać. W końcu była cholerną królową, nie?
   – Ja pierdole...
   – Nie pierdol, bo dzieci z tego będą – namiestnik rzucił kamyczkiem w mieszańca, którego zamurowało; czy namiestnik tej głupiej wyspy właśnie się z nim droczył i ciskał w niego kamieniami? Psia kość... – Chcę, żebyście pozbyli się moich problemów. Daję sprzęt, daję ludzi, a wy macie mnie uwolnić od kłopotów - dodał i znów spróbował trafić w czerwonowłosego kamyczkiem i udało mu się, co niezbyt spodobało się najemnikowi. Co oni mieli z tymi kamieniami, cholera, zachciało się im. Jeszcze mu guza nabije i czemu chędożony kochaś nie dostawał?
   Devril pominął milczeniem droczenie się namiestnika. Nie chciał się spoufalać, póki nie wiedział, co z tego wyjdzie. Poza tym, tak naprawdę namiestnik wcale nie musiał być ich przyjacielem. Po prostu postawiony pod murem musiał działać. Ironia losu, zamierzał do tego użyć własnych ludzi Xantii. Tak, los potrafi być prawdziwym dupkiem, nie żeby Devril przywiązywał do niego szczególną wagę. 
   – Mając na myśli uwolnić od kłopotów… masz na myśli…? – Pytanie mogło się wydać głupie. Lecz śmierć bywa ostatecznym rozwiązaniem i po nim nie ma już nic. Niektórzy woleli inne sposoby, może nie tak drastyczne, ale przez to niekoniecznie gorsze. Jednak tylko śmierć nie wróżyła powrotu problemu. – I co z … ich rodzinami? – Dorastający bękart mógł się stać problemem wcale nie gorszym od matki. Podobnie jak szperający krewni i szukający tego, kto wydał rozkaz. Devril skrzywił się. Przeklęta wyspa, przeklęte układy. Przeklęte… – Najważniejsze zaś… co potem będzie ze mną i z nim? – Lekkie skinięcie głową w stronę Brzeszczota.
   Namiestnik cmoknął, drgnęła mu dolna warga, ot niezawodny znak, że człowiek ten zaczyna tracić spokój. Wystukiwanie palcami jakiegoś nieznanego rytmu także. Namiestnik poczuł rozczarowanie. Tym pytaniem. Pytaniem, którego nie zadałby żaden z najemnych mieczy, które można znaleźć na wyspie. Żaden korsarz nigdy nie zhańbiłby się czymś takim. Namiestnik nie mógł jednak narzekać. Chciał mieć czyste ręce, a czy jego decyzję będą słuszne i przyniosą jasną przyszłość, miało się dopiero okazać. Żaden namiestnik nie rządził dłużej niż pół dekady, obecnemu kończył się czas. Byli już tacy, co ostrzyli sobie zęby na jego tron; mniej lub bardziej rozgarnięci, zdeterminowani i perełki, prawdziwe szakale, na które trzeba uważać. Polityka była jak burdel, tak mu zawsze powtarzał ojciec. Burdel z dziwkami, który trzeba było ogarnąć. Jeżeli nie będziesz sprytniejszy, jeżeli nie będziesz rozpychał się rękami, nigdy nie wyjdziesz ponad to i zostaniesz częścią bezkształtnej masy. Namiestnik westchnął. Zirytowany potarł skroń i oblizał suche i słone od morskiej bryzy wargi.
   – Macie ich zabić. Wszystkich. Niby co innego? – Widać już było po nim zdenerwowanie – Chcecie im ręce uścisnąć i poprosić, by odeszli? – prychnął, wstał i okrążył niewolników; na krew na piasku, kto wymyślił, aby ich zakopać? Co za cholerny idiota. A, tak. Mały doradca. Dla bezpieczeństwa. Oczywiście. Ciekawe, kto ich teraz wykopie. Doradca będzie się musiał przyłożyć, jeśli nie chce szukać następnych spiskowców. Namiestnik spojrzał na wody zatoki; fale zbliżały się coraz bardziej, powoli, ale nieustannie. – Masz ich wykopać. Weź jednego strażnika. Powiedz wszystko, co muszą wiedzieć. Po wykonanej robocie… – odwrócił się ku niewolnikom i uśmiechnął paskudnie. – …spróbuj zabić. Jeżeli umkną i będą sprytniejsi, daj im iść – namiestnik nie krył swoich intencji, przecież normalnym było, że każdy władca chce pozbyć się narzędzi, które poderżnęły gardła. Ale te narzędzia były obce; wątpliwe by wróciły i wszczęły kłopoty. Jak dadzą radę, niech idą. Jeżeli okażą się słabi, ich krew wsiąknie w piach, jak wielu przed nimi. Namiestnik odszedł, mały doradca ze strażnikiem zostali. Głupi pomysł kurdupla został ukarany; niech teraz odkopie niewolników, sami przecież tego nie zrobią. To powinno go nauczyć, że z ostrożnością należy uważać, by nie przyniosła więcej szkody.
   Dev i Dar mogli zrobić pierwszy krok dopiero, kiedy nad wyspą nastał mrok. Noc była ciemna, wyszczerbiony, zimowy księżyc świecił blado, a gwiazd nie było w ogóle. Wredny kurdupel, zziajany, czerwony jak burak i spocony jak świnia, próbował złapać oddech. Był małym doradcą, ale dla strażnika tylko niewolnikiem. Cienka była granica pomiędzy przydatnością dla władcy, a dla wolnych strażników, wynagradzanych za swoją pracę. Karzełek musiał wykazać się nie tylko bystrością i mądrością, ale także rzadką umiejętnością unikania strażników tak, by i ci uznali go za przydatnego. Mężczyzna szturchnął malucha butem. Jego służba skończyła się po zachodzie słońca, czyli dawno temu. Knypek miał się pośpieszyć, albo zostanie tu sam. Szakale szczekaniem dawały o sobie znać, a dla samotnych wędrowców to zły znak.
   – Za dwa dni od dziś. Nie wiem jak, nie wiem czym, ale brat namiestnika i jego kochanica z synem mają być martwi. Nasz człowiek będzie za wami. I zabije was, jeżeli mu na to pozwolicie – czyli to, o czym mówił namiestnik. Mają szansę, aby uciec, ale muszą umiejętnie z niej skorzystać. Inaczej ich kości będą rzucone na stertę innych, bezimiennych nieszczęśników.
   – Skończyłeś?
   – Tak. Możemy iść.
   Brzeszczot i Devril zostali sami. Wykopani.

__________________________________________________
Szeptuchowa wyrobiła się w wyznaczonym czasie. Cuda się zdarzają. 
Ze specjalną wzmianką dla snującej teorie. Nefryt, mam nadzieję, że Nenna cię nie rozczaruje. 

17 komentarzy:

Dar - Silva - Drav pisze...

Biedna Nef dowie się, kim jest Nenna dopiero za kilka notek xD Wredne my ^^

Szept pisze...

[Kilka notek powiadasz? Póki co to ja końca nie widzę, pani wredna]

Dar - Silva - Drav pisze...

I za to kocham te nasza pisanine :-D A potem, po wszystkim, wydarzenia w Eilendyr i SamaWieszCo xD

Szept pisze...

[Czyżby to co dłuższe? ;D]

Dar - Silva - Drav pisze...

Aha aha! :-D
I nie ma mnie na gg, gdyz czytam, ze zle to sie smoka jebie, bo ogon przeszkadza - kocham te ksiazke xD

Szept pisze...

Ja czytam "Eddę". A jak potrzebuję przerwy to "Zorro narodziny legendy". Ktoś mi jeszcze podrzucił "Rumaki Lizypa", więc co robić mam. Do tego wyszukałam coś, o co bym powiększyła domową biblioteczkę. I powinnam nadrobić wątki, ale póki co to ogarnęłam tylko Szept.

Dar - Silva - Drav pisze...

Ja po magisterce chłonę książki jak gąbka oO Chyba odwiedzę Empik, po długo wyczekiwane Imperium Nieznające Porażki.
Rumaki znam, kto mi o tym mówił, chyba nawet promotorka wspominała swego czasu.

Szept pisze...

[Ja Empiku raczej nie, bo porównywałam ceny i to na co poluję, to mi się nie opłaca, widziałam taniej. A z kolei innej z kolekcji tam nie ma. Rumaki to faktycznie możesz znać :D
Nie powiem, żebym chłonęła jak gąbka, kiedyś to czytałam w znacznie szybszym tempie niż teraz. Ale przyjemność nadal jest.
Ty wiesz, my sobie spam pod notką robimy]

Dar - Silva - Drav pisze...

Spam? Jaki spam? ;p
Rozmowa zwykła. Tutaj i tak zajrzy kilka osób ze wszystkich, więc spoko.
Ja poluje w tanich księgarniach, ale niestety mają tę wadę, że tam książkowych nowości po prostu nie ma. A niektóre tytuły ja chcę już, teraz, zaraz, natychmiast xD

Szept pisze...

[Może kilka osób, ale przynajmniej my mamy ubaw :D
W tanich księgarniach nie ma nowości, ale też nie ma perełek, tj rzadkich lub mniej popularnych książek (co wcale nie znaczy gorszych). A ja często na takie poluję, bo jak wezmę te niektóre bestsellery do ręki, to potem aż głowa boli jak się widzi jakość tego czegoś. Bez urazy oczywiście, dlatego twierdzę NIEKTÓRE. Poza tym, ja mam dość specyficzne gusta, nawet jeśli chodzi o fantasy.
Ale chyba muszę przerwać czytanie, moim się grilla chce i sernika na zimno.]

iskra pisze...

Świetne. Boskie. Pewnie już to komuś mówiłam, albo i nie, ale zazdroszczę takiego wątku. Ja nic takiego wymyślić nie potrafię.
Jak to czytam to mam wrażenie jakby to była jakaś ultra zajebista książka, a nie zwykła notka na jakimś blogu...
jeszcze raz, boskie i świetne, czekam na cześć numer 5 :3

Nefryt pisze...

[Oficjalnie jestem na urlopie.
Nieoficjalnie właśnie topię się nad klawiaturą, wlewając w siebie hektolitry herbaty, chyba tylko po to, żeby za chwilę mieć z czego ocierać czoło.
Zaraz, co ja miałam zrobić? Ach tak, napisać recenzję. Recenzja. Blog. Not...Not...co? Aaa, notka. *Sprawdza, czy zostały jakieś niestopione szare komórki. A tak, troszkę jeszcze jest. Resztę przestrzeni wewnątrzgłownej zajmuje wprawdzie głupawka, ale to nawet może się udać*.

I tak, jesteście wredne ;) Ale czekanie zaostrza apetyt... Najwyżej połknę notki razem z wami :P
Co do samej notki - nie zawiodłam się. Przeczuwałam, ze będzie ciekawie. I jest.
Mamy podróż, niebezpieczeństwa, magię, wręcz mistykę...i genialne postacie. Nenna wciąż budzi we mnie mieszankę uczuć - ciekawość, współczucie, obawę, niepokój... chwilami nawet lęk. Innych nie da się ze sobą pomylić, może tylko Corvus jest mniej dopracowany... za to kaznodzieja wypadł ciekawiej, niż w poprzednich notkach.
I ta scena, kiedy Nenna zabija węże. Jak dla mnie wstrząsająca. Choć może nie aż tak, jak by mogła. Węże "pękają" tak szybko, przerażająco szybko. Tu widać bezwzględność, ale bardziej uderza mnie co innego. Bo takie węże w jednej chwili żyją, nawet, jeśli owładnięte magią. A w drugiej... Wystarczy jedna myśl, w sumie nawet przypadek. Zostają z nich śmieci, kupa porozrzucanej w nieładzie padliny.
Ale mimo to, zaraz po przeczytaniu czegoś brakuje. Chyba tego obrzydzenia, które powinno mi się udzielić od Heiany. Co nie zmienia faktu, że scena szybko mi z głowy nie wyleci.
Podoba mi się też klimat portowego miasta. Ewidentnie coś wisi w powietrzu, to napięcie... Mam wrażenie, że tu nie chodzi o waśnie z przeszłości, przynajmniej nie tylko o nie.
I to miasto jest jakby wstępem do innej intrygi, a raczej sieci intryg i zaplątanych w nią Dara i Deva. W tej części mniej jest zabawnych dialogów, akcja staje się zawiła, trzeba myśleć, inaczej łatwo się pogubić kto z kim i przeciw komu knuje. Ale może to i dobrze. Po "Lesie zębów i rąk" potrzebuję czegoś ambitniejszego. Bo ja, wbrew pozorom, lubię myśleć, kiedy czytam. I to myślenie przy waszej notce pod pewnym względem przypomina to przy czytaniu "Gry o tron".
Jak zawsze, mam kilka teorii co do dalszych wydarzeń. Większość zachowam dla siebie, zdradzę troszkę. Na przykład to, że mam przeczucie odnośnie Xantii. Wydaje mi się, że to nie będzie tak, że ją zabiją i już. Choć może się mylę.
Z namiestnikiem poszło chyba za łatwo... To kolejny domysł. Może się doszukuję, ale ta sprawa ma chyba jakieś drugie dno.
Zastanawiam się też, czy to, co dzieje się na wyspie, nie jest w jakiś sposób powiązane z tym "złem" z miasteczka. Choć tu raczej jestem na nie. Już prędzej z Nenną... a może tym, co w niej siedzi, bo dla mnie ona ma jakby dwie natury, raz rządzi jedna, dziecięca, o wiele częściej ta druga, ta, która wciąż nie wiem, czym jest. I może lepiej, bo tajemnicze zło przeraża bardziej.

Dar - Silva - Drav pisze...

Jak to fajnie jest słuchać koncepcji czytających i myśleć "kurcze, fajne mają pomysły" a potem sobie uświadomić, że my zrobiłyśmy po swojemu i wyszło jeszcze inaczej ^^
Nenna, moja kochana mroczna Nenna (ja mam jakiś sentyment do tworzenia mrocznych postaci...) jeszcze trochę i dowiesz się Nef, co z niej za ziółko.
Osobiście wolę bardziej Paździerikowe Dziecko, ale Jasha z nim w duecie też ujdzie :D
Co do węży, właśnie tak miało być. Pstryknięcie palcami Nenny i węży nie ma, bez wysiłku, tak po prostu, jakby zrywała kwiatek.

Szept pisze...

No to jadąc po kolei - aż miło czytać takie komentarze, zacznę może od tego.

Iskra, zdaje się, że mówiłaś. Przynajmniej mnie. I zdaje mi się, że ja też ci co nieco mówiłam. W końcu, pamiętasz Medreth? Albo smoka? Więc mi nie mów, że wymyślić nie potrafisz, bo nie uwierzę. Zresztą, akurat tutaj to w większości zamysł Darrusowej wyszedł.
Odnośnie książki, powtórzę to, co powiedziałam koleżance - do zajebistości to mi sporo brakuje. Poczytajka.

Nefryt. Topiłam się przez kilka dni, teraz topi mnie mżawka. Ale i tak przyjemna odmiana od upałów.
Cieszę się, że nie zawiodłyśmy. Corvus mówisz... hmm... U mnie zazwyczaj poboczne postacie, im częściej używane w wątkach, tym są bardziej wyraziste, znajome, dopracowane. Zazwyczaj pojawiają się najpierw jako szkic taki, zaznaczenie obecności i dopiero przygody ich kształtują. Możliwe, że to dlatego, chociaż akurat kruk pojawiał się swego czasu często, a i młodą postacią nie jest, więc sama nie wiem. Może nie jest tak wyrazisty jak mój Midar (chociaż jego chyba nie poznałaś). W zamyśle miał być takim połączeniem opiekuna i przewodnika maga, acz z dziwactwami, taką skłonnością do psot i tego, co świeci. W końcu to ptak, nawet jeśli niezwykle inteligentny. Ale może zamysł mi nie wyszedł.
Odnośnie Nenny i Taroku, zamysł całkowicie Darrusowej, powiedziałabym, że ona grała tu pierwsze skrzypce jeśli chodzi o planowanie. Moja była tylko elfia głowa na palu, więc do dla niej poproszę wszystkie hołdy. Obrzydzenie faktycznie jest nieco za małe, a raczej nie czuć go, są słowa, ale bez atmosfery. Może dlatego, że podobny widok nie odstręcza mnie po sekcjach na prosektorium tak, jak powinien :D
Odnośnie twoich przypuszczeń, powiem ci, że w niektórych jesteś bliska prawdy. Ale w jakich konkretnie, to sobie doczytasz, nie będziemy psuć.
W części Dar i Dev masz to, o czym ci wspominałam przez telefon, a nad czym nie będę się już teraz rozwodzić, bo jeszcze wytnę wszystko, co popisałam i od nowa będę tworzyć. Darrusowa chyba mnie zabije. Tutaj faktycznie więcej intrygi, więcej knucia niż wcześniejszej uciechy, możliwe, że następna część to zmieni. A ponieważ Szeptuchowa ma dzisiaj dzień narzekania na siebie, to... Darrusowa, czy pewien kapitan nie jest zbyt podobny do Midara? Krasnolud jest chyba bardziej poczciwy, ale... :/
"Las zębów i rąk" - nie kojarzę, wiec nie wiem, czy lekka czy cięższa. Ja sobie obiecałam po skończeniu "Eddy młodszej" wciąć coś lżejszego, ale skończyło się na tym, że sięgnęłam po "Beowulfa". No, ale patrząc na podgatunki fantastyki, to mi chyba najbliższa heroic i high fantasy albo używając innych określeń mediewistyczna. Po inną sięgnę, ale mój ulubiony rodzaj to już nie jest. Ale schodzimy z tematu, a ja zaczynam ględzić, a zaraz jeszcze zacznę się rozwodzić nad poszczególnymi autorami. A to oznaka, że czas zakończyć moją odpowiedź.

Dar - Silva - Drav pisze...

Hej, jak ja cię Szeptuchowa zaraz skarcę rózgą po głowie... Co do pomysłów, natchniewasz mnie ty, więc i ty masz w tym udział. Koniec, kropka i bez marudzenia ;p
Kapitan, Midar... Nie, kapitan jest inny. Opowiem Ci najwyżej na gg, bo tu zrobię spoiler niepotrzebny, przed czasem informacji ujawniać nie wolno. A, mamy ten plus, że przed publikacją notki, spokojnie możemy ją dopracować ^^

Szept pisze...

[Bo wiesz, mi się wydaje, że uciekli za łatwo :D]

Dar - Silva - Drav pisze...

Zawsze możemy im dodać pikanterii ]:->

Prawa autorskie

© Zastrzegamy sobie prawa autorskie do umieszczanych na blogu tekstów, wymyślonego na jego potrzeby świata oraz postaci.
Nie rościmy sobie natomiast praw autorskich do tych artów, które nie są naszego autorstwa.

Szukaj




˅ ^
+ postacie
Rinne Lasair