Przewodnik

Linki-obrazki

Misje
I. Więzi przyjaźni
Spotykasz po latach kogoś, kto dawniej był ci bliski. Wplątuje cię on w jakąś historię, która nie dość, że z czasem się komplikuje, to w dodatku budzi w tobie wątpliwości co do intencji przyjaciela.

II. Linia frontu
Kerończy natarli na Prowincję Demarską. Oblegany jest sam Demar. Jedni ludzie stają do walki, inni uciekają ze spalonej ziemi. Napastnicy, obrońcy i cywile. Po której stronie staniesz?

Opcjonalnie: Udział w buncie niewolników w Wirginii bądź inne miejsca walk.

III. Rekonwalescencja
W nie najlepszej kondycji trafiasz do wioski lub klasztoru. Wydaje ci się, że trafiłeś w dobre ręce i że wkrótce będziesz mógł opuścić to miejsce. Okazuje się jednak, że z pozoru życzliwi i uprzejmi ludzie skrywają przed tobą jakąś tajemnicę.

IV. Zabij bestię
Coś napada, nęka mieszkańców. Zawierasz umowę z wójtem - dostarczysz głowę bestii za określoną cenę. Okazuje się jednak, że stworzenie nie działa bez powodu - jest w jakiś sposób prowokowane przez mieszkańców.

Opcjonalnie: Bestia jest wrażliwa na hałas z karczmy albo ludzie naruszyli w jakiś sposób jej rewir (weszli na jej teren, zajęli leże ze względu na drogie surowce itp.)

V. Nielegalne walki
Dochodzą cię słuchy o nielegalnych walkach prowadzonych w okolicy. Położysz im kres czy może postanowisz wziąć w nich udział dla własnego zysku? Pieniądze nie leżą na ulicy.

VI. Zlecone zabójstwo
Dochodzi do zamachu, w wyniku którego ginie ktoś ważny. Podejmujesz się odnalezienia zabójcy – albo jego zleceniodawcy. Od ciebie zależy, czy dojdzie do aresztowania winnych, czy pomożesz im uniknąć kary.

VII. Egzekucja
W mieście lub wiosce szykuje się egzekucja. Znasz sprawcę albo sam doprowadziłeś do jego schwytania. Realizacja wyroku coraz bliżej.

Opcjonalnie: Z czasem nabierasz wątpliwości, czy skazaniec faktycznie jest winny i chcesz go uwolnić lub dochodzą cię pogłoski, że ktoś może chcieć uwolnić kryminalistę.

zamknij
Dodaj do WTP Spis kodów
Spis opowiadań
Kiedyś przyjdzie mi za to wszystko zapłacić... Weselicho, czyli tańcz, jedz i chędoż za darmochę! Oszukać czas. Oszukać przeznaczenie. Oszukać... siebie. Baśń o wolności: Preludium Świątynia Ażubora (1) Wszystkiego krówkowego! (okolicznościowa, krótkie opowiadanie "Motyw przewodni - Prezent". Ta dam, pamiętaliśmy! I - Wezwanie pomocy: alchemio, przybywaj! Gdy demon odzyskuje człowieczeństwo, przypomina sobie jak być człowiekiem. Nikt nie zna prawdziwego bólu do czasu aż nie straci kogoś bliskiego sercu. Niedopowiedziane historie Wendigo i Driada Szczurzy dzień (autor: Szept, Silva) Domek, zupa, sukkub i historia (autor: Elias) Sen i niespodzianki (autor: Elias) Boląca strata i niepokojący gość! (autor: Elias) Cienie i nowy przyjaciel (autor: Elias) Kruki (autor: Elias) Cienie i Starsze Dusze (autor: Elias) Zawsze jest kolejna tajemnica (autor: Silva) Zło Kor'hu Dull (autor: Elias) Złodziej Twarzy i Koszmar (autor: Elias) Królewiec (autor: Elias) Przed świtem (autor: Nefryt) Król Żebraków i nowe drzwi (autor: Elias) Akceptacja (autor: Elias) Nostalgia (autor: Nefryt) Nowa droga i niespodziewane wyznanie? (autor: Elias) Biały i zielony daje czerwony! (autor: Elias) Nowe wyzwania w nowym życiu (autor: Elias) Krąg tajemnic (autor: Elias) Jack (autor: Elias) Czasami to mrok daje najwięcej światła (autor: Elias) Trzy sceny o szpiegowaniu (autor: Nefryt) Morze bólu. Promyk nadziei ... (autor: Elias) Nie ma sensu szukać guza. Chyba, że jest się najemnikiem (autor: Silva) Sól (autor: Aed) Dyjanna Muirne: Miecz może być dowodem wszystkiego (autor: Zorana) Opus Magnum I (autor: Iskra) Uszatek i Kwiatek na tropie przygody: Przypadłość parszywej gospody (autor: Paeonia i Szept) Gdy gasną świece (autor: Zombbiszon) ... Najjaśniej płoną gwiazdy nadziei. (autor: Zombbiszon) Elias cz. 1 (autor: Zombbiszon) Elias cz. 2 (autor: Zombbiszon) Historia (autor: Zombbiszon)
zamknij

Chat


[Uwaga, w tekście pojawiają się wulgaryzmy]


   Tym, co zatrzymało olbrzyma nie był bynajmniej koniec drogi. Przed nim, w dole, hen do przodu, rozciągała się równina pokryta śniegiem; biały puch zasłaniał wszystko i tylko jasne wstęgi rwących rzek odznaczały się w krajobrazie. Drzew było tu mało. Zabudowań ludzkich jeszcze mniej. Rzek było za to wiele, jak i mostów; kamiennych, drewnianych, w lepszym i gorszym stanie. Dolina Rzek stała przed nim otworem. A przy ujściu najszerszej, tam gdzie wody łączyły się z morzem, widać było kamienne miasto z największym portem w okolicy. Tarok – umęczone, targane sztormami, ukryte za mgłą zdawało się mniejsze, niż było naprawdę, ale już tu słychać było krzyki mew, zapuszczających się daleko w głąb lądu.
   Jednak przed wędrowcami daleka droga do Tarok. Musieli zejść z gór
   - Nie mamy jakiś magicznych sztuczek, które by nas zniosły? - Lofar przepchał się przez najmłodsze dzieciaki, co by lepiej widzieć. Wszyscy mu zasłaniali, a on biedny został w tyle i nic nie widział, a kiedy zobaczył długą drogę w dół, aż klapnął na tyłku, bo i nogi go bolały.    - To od razu zamienimy olbrzyma w cycatą dziewkę. Dla przykrywki - Borówka trzasnęła krasnoluda w głowę; nie mocno, ot by tylko poczuł, a nie by zabolało. Z Październikowym Dzieckiem trudno będzie przejść przez pierwszy most, a co dopiero dostać się do Tarok. Innej drogi niż mosty przez rzeki nie było, a przy każdym moście stała mała wioska, która miała strzec przeprawy.
   - Cycata dziewka… - Jaruutowi się to spodobało, nawet bardzo. Nawet sobie coś wyobraził, bardzo barwnie. - Aż cycuszkami można się pobawić…
   Ivelios miał zgoła inny problem. Olbrzyma można było zostawić. Mieli jednak problem, któremu trudno będzie zaradzić.
   - Tarok przed nami – Heiana westchnęła z ulgą. Ścieżka odśnieżona przez olbrzyma była może i łatwą do przebycia, ale z każdą godziną temperatura spadała coraz niżej, a mróz silniej dawał się we znaki. Szczypał policzki, barwił na czerwono i elfka miała wrażenie, że zaczyna już nie czuć twarzy, o palcach u nóg nie wspominając. Zresztą, nie tylko ona. Szept co chwila pocierała ręce, chcąc je choć odrobinę rozgrzać, pobudzić krążenie. Wyglądała też na trochę otępiałą, choć upartą tak samo, jak w chwili, gdy wyruszyli z Eilendyr. Eilendyr… jego ciepłe, przytulne komnaty, śmiech i pląsanie, delikatna nuta harf i fletów… uzdrowicielka zaczynała za tym tęsknić. Podobnie jak za wiosną. - Magia? Możesz zjechać na zadku – łypnęła na Iveliosa, zastanawiając się, co chodzi starszemu elfowi po głowie.
   - Śniegu zbyt dużo, nie da rady – Szept znów wzięła słowa uzdrowicielki na poważnie. Tym razem to ona kichnęła. – Nie ma rady, musimy pokonać tę drogę tak, jak weszliśmy. Mogę wykreować iluzję dla Jaruuta, ale nawet najbardziej realna, pozostanie tylko złudzeniem – słowem, nie zmniejszy olbrzyma w żaden niezwykły sposób, nie ujmie jego wagi. Wpłynie tylko na postrzeganie go przez innych.
   - Znaczy, że jak go kto pomaca, to się dowie, że olbrzym? - krasnolud nie bardzo rozumiał magiczny słowotok elfki i nie był do końca pewny, czy aby dobrze Szept zrozumiał.
   I weź tu wytłumacz prawa i zasady magii komuś, kogo tak naprawdę interesuje tylko macanie kobiecych piersi. Najlepiej jak największych. Szept spojrzała z rozpaczą na Heianę, ta jednak nie kwapiła się z wyjaśnieniami. Oczywiście, wszystko spadło na Nirę, nie żeby się temu dziwiła. - Mag rozpozna aurę mocy. Człowiek uwierzy oczom. Iluzja działa, dopóki w nią wierzysz. Jeśli zwątpisz, jeśli znajdziesz w niej zakłócenia, nawet bez udziału zmysłu, jakim jest dotyk, zniszczysz utkane złudzenie. Samą świadomością. Jeśli nie potrafisz w ten sposób, możesz ją zedrzeć dotykiem. Jaruut nie miałby piersi, choć byś je widział – miała wrażenie, że Lofar i tak nie pojmuje, zbyt skupiając się na jednym zagadnieniu. – Nie mógłbyś pomacać czegoś, czego tak naprawdę nie ma…
   Biedny krasnolud słuchający nudnego wywodu, zagapił się na rzeki i śnieg, nie dostrzegając skradającego się za jego plecami Corvo. Bardziej interesowało go to, że śnieżne pagórki wyglądały jak kobiece cycuszki; okrągłe i całkiem kształtne. Głupi krasnolud nie zauważył, jak chłopak, podrostek, w którego żyłach płynęła krew olbrzymów, popchnął go mocno, nie zwlekając ani sekundy, co by krasnolud nie odkrył jego niecnego planu. Lofar z krzykiem przekoziołkował i sturlał się w dół, zatrzymując na kupie śniegu, która okazała się ośnieżonym głazem; dobrze, że krasnoludy miały żelazne głowy. - Do stu tysięcy beczek miodu...
   - Czy ty jesteś normalny? - Borówka wytargała za uszy chłopaka i zaczęła mu wykładać, co takiego zrobił, czym to mogło się skończyć i jaki jest nieodpowiedzialny, głupi i dziecinny. Borówka najwyraźniej znalazła swój sposób na odreagowanie nerwów, znajdując dziwną przyjemność w strofowaniu Corvo.
   - Nim zejdziemy, przeminie kilka dni - Jasha całkiem dobrze ocenił dzielącą ich odległość; wliczając w to możliwe kłopoty na mostach i te miejsca, przez które będzie się trzeba przeprawić tratwą, dodając zimę i wcale nie dobre warunki, cóż, długa droga przed nimi. Z tą gromadką… Bogowie zniszczenia, miejcie ich w swojej opiece.
   - Bardziej mnie martwi morze i mgła, całkiem normalna - ocho, czyżby Ivelios wiedział coś o nienormalnej mgle na innym wybrzeżu? Najwyraźniej targany emocjami zaczął się zapominać i wygadał coś, czego nie powinien. Miał jednak nadzieję, że jedyne dwie elfki, które mogły to skojarzyć, zajęte były sobą i nie zwracały na niego większej uwagi. - Brak statków w porcie może oznaczać, że żaden nie pływa po wodach.
   - Nie do końca rozumiem, co masz na myśli… Ivelios-elda, mówiąc o statkach – Heiana jednak nie była na tyle zajęta sobą, by nie usłyszeć słów starszego elfa. Co innego Szept, która już zdążała na dół, ostrożnie sprowadzając za sobą wierzchowca Heiany. Za nią postępował Zahir.
   Obok Lofara pojawiły się dwa wilki; czarny i biały, który niemal całkowicie zlewał się z otoczeniem. Szamanka i wilkołak wrócili. Teren został sprawdzony i nie było w nim nic godnego uwagi, bo skinęły tylko wielkimi łbami magiczce, idąc krok za nią. Wisielec przystanął przy krasnoludzie. Powąchał go, podniósł nogę i... Krzyk Lofara, kiedy wilk prawie go obsikał, przypominał pisk małej dziewczynki. Zaraz też posypały się przekleństwa, które małej dziewczynce nie przystawały.
   - Na wyspę nie dopłyniemy wpław. Potrzebujemy statku, a żadnego w porcie nie ma. - Jaruut nie chciał martwić się na zapas. To nie było w jego stylu. Klepnął Jashę w plecy, pognał kucyka krasnoluda i zaczął schodzić w dół.
   - Ale… dlaczego? Zawsze w porcie coś powinno być, nawet mała łajba – Heiana nie mogła pojąć takiego stanu. Wszystkie na raz wypłynęły w morze? Czyż to było możliwe? Cóż innego trzymałoby statki z dala od macierzystego portu? Ale, zawsze mogła złożyć ten problem na mądrzejsze od niej głowy. Poza tym, może nim dotrą do miasta statki powrócą. Albo zdarzy się jakiś inny cud. Nie martwmy się na zapas… zagryzła wargi, zła. Wszystko musiało się sypać?
   Szept zaś wysunęła się na przód, narzucając dość ostre tempo. Nie było to rozsądne, łatwo było poślizgnąć się, wylądować w śniegu i stoczyć kilka metrów w dół. Lecz elfce najwyraźniej się śpieszyło. W przeciwieństwie do Heiany i Jaruuta już teraz martwiła się pustym portem. Może powinni zmienić kierunek marszu i zapłacić jakiemuś rybakowi? Wprawdzie jego stateczek nie byłby dostosowany do dalekich podróży, ale lepsze to niż nic. Może jakiś mag…, ale na wyspie magia nie działała, więc wątpliwe, by zadziałała i teleportacja. Jeśli nie to… niech to szlag. Nie miała żadnego pomysłu.
   - Bolą mnie oczy – poskarżyła się idąca z tyłu uzdrowicielka.
   Szturchnęła ją Borówka, podając pudełeczko z czarną maścią. - Pomoże, jak sobie pod oczami posmarujesz – poradziła, sama mając na policzkach czarne plamy, które niwelowały odbicie światła. - Nie martw się. Wujek Dar da radę. Żeby mu krzywdę uczynić, trzeba się bardzo postarać.
   Uzdrowicielka z wdzięcznością przyjęła maść. Jeszcze jej brakowało teraz, żeby utraciła wzrok, nawet chwilowo. Jeszcze bardziej by podróż spowolniła i co by było? Dar tam potrzebował… a może już się spóźnili? Może Brzeszczot już więcej… może nie będzie miała okazji zrobić z niego elfa i nieco go wyedukować, skoro Szept na tej linii dała plamę? - Dziękuję. I nie, nie martwię się o Darrusa. On jest… on jest – zabrakło jej słów, a zatroskany umysł jak na złość wcale nie chciał jej pomóc. Jeszcze ten dzieciak pomyśli, że naprawdę dba o najemnika… w całkiem inny sposób.
   Idąca zaś na przedzie Szept w końcu się doigrała. Śnieg usunął się spod jej nóg, elfka zachwiała się i gdyby nie wodze, na których się uwiesiła, niechybnie poleciałaby w dół. - Szlag by… - wydusiła, prostując się ostrożnie. Kolejne kroki były znacznie bardziej uważne. Wychodziło na to, że stok robił się teraz znacznie bardziej stromy, co tylko utrudniało zejście w dolinę. – Uważajcie – ostrzegła pozostałych, mając nadzieję, że nie na darmo.
   - Kurwa, czy wy zawsze musicie coś wymyślić? - Borówka śmignęła uzdrowicielce przed nosem i dołączyła do Jashy i Corvo, którzy wyciągali zagrzebaną w śniegu nogę olbrzyma, co się zapadła i za nic wyjść nie chciała. - Jaruut, nie wierć się tak!
   - Kiedy nogi nie czuję!
   - Bo ją masz w śniegu! No weź poczekaj!
   Magiczka ledwie stanęła na gościńcu, przystanęła, łapiąc oddech. Dzień przeminął im na zejściu z góry, znów zmierz pokrywał ziemię. Ale Szept nie zamierzała się zatrzymywać. Zanosiło się na to, że noc będzie jasna, na niebie nie było żadnej chmury. Mogli jeszcze trochę podjechać ku miastu, przynajmniej póki mogli. I z tą myślą magiczka podała wodze Heianie, która z niechęcią wsiadła na swego konika, przy okazji dość donośnie kichając.
   - Musisz coś zrobić z tą alergią - stwierdziła Szept. Gdyby bogowie ją pokarali w ten sposób… niby jak miałaby się zbliżyć do zwierząt? No, ale Heiana zawsze wolała rośliny. - Pojedziemy ku miastu - poinformowała pozostałych, wspinając się na Zahira. Tyle, że pozostali mieli drobne opóźnienie; elfy musiały poczekać, wpierw trzeba było wyciągnąć zagrzebanego w śniegu kolosa. Jaruut był złośliwy, pozwalał towarzyszom się męczyć, chociaż wystarczyłoby tylko się wesprzeć, zaprzeć i gotowe, ale nie, trzeba odegrać ciamajdę i przede wszystkim podenerwować zbyt zestresowanego elfa, który wyprzedzał wszystkich o krok. Zawsze był z przodu, a kiedy ktoś go wyprzedzał szedł szybciej, zwinniej, jak zaczarowany, jakby wzywał go syreni śpiew. Jaruut uważał, że elf był cholernie poważny, a przecież najemnik dzieckiem od dawna przestał być. Kurwa, to dorosły chłop i sobie poradzi. Małe olbrzymy potrafiły utłuc bandziora, to Brzeszczot nie będzie umiał?
   - Kurwa z ciebie, a nie watażka! - Corvo zaprotestował; nie będzie jak ciota ciągnął olbrzyma. Niech krasnolud i ta głupia dziewczyna się męczą. Nawet wilki były mądrzejsze i nie próbowały pomóc. - Patrzcie no, dumny olbrzym nie daje rady ze śniegiem - chłopak, w którego żyłach płynęła krew olbrzymów, uśmiechnął się krzywo, złośliwie. Nigdy nie szanował wielkiej rasy, a fakt, że ojcem był jeden z nich sprawiał, że czuł do nich jeszcze większą niechęć.
   - Pierdol się, gnojku - watażka odepchnął towarzyszy, dźwignął się i gdyby nie gwizd Iveliosa, przypominający pohukiwanie sowy, pewnie by pyskatemu dzieciakowi utarł nosa.
   - Niraneth-elda, ktoś tu roztacza aurę magii - starszy elf surowym spojrzeniem uspokoił mordujących się wzrokiem towarzyszy. - Czujesz?
   Szept zdziwiła się. Czy jej zmysły aż tak stępiały, że nie wyczuła unoszącej się w powietrzu aury mocy? Łypnęła na Heianę, która, też przecież magiczka, powinna była także i coś poczuć. Magowie bywali wrażliwi na moc, z wyjątkiem sytuacji, gdy ktoś celowo chciał ją przed nimi ukryć. Heiana jednak, skulona w siodle, wcale nie wyglądała, jakby coś czuła. Nawet pokręciła głową, wzruszając bezradnie ramionami. - Corvus? - Sięgnęła myślą swego chowańca, zamiast denerwować pozostałych. Miała jednak złe przeczucia. - Nie podoba mi się to – mruknęła, nie czując dotyku znajomej świadomości chowańca. Niepokój pogłębił się, ale póki co wolała nie panikować, odruchowo zerkając w niebo, coraz bardziej ciemniejące. Zaczęły pojawiać się już pierwsze gwiazdy. Dłoń mocniej zacisnęła się na kosturze, tak silnie, że zbielały jej kłykcie. Coś było zdecydowanie nie w porządku. Gdyby był tu najemnik, pewnie kichałby jak szalony.
   - Zachowajcie ostrożność - do Tarok było jeszcze daleko, nie przejechali nawet połowy rzek, które wpadały tu do morza, nawet części mostów nie przekroczyli, a i tratwami nie płynęli. Noc zapadła szybko, chociaż słońce powinno świecić tu dłużej niż w sercu kontynentu. Wioski wokół nich rozjaśniały się stopniowo; w większych płonęły krasnoludzkie lampy, a te biedniejsze zadowalały się kagankami i świecami.
   - Niraneth-elda, czy mogłabyś zająć się wyglądem naszego dużego przyjaciela? - Ivelios z jakiegoś powodu nie chciał kłopotać się zaklęciem iluzji, nad którym trzeba było mieć pieczę, które czerpało z many użytkownika. Czerwone włosy, te same oczy, nos, nawet ten sam głos upodobniały go do wnuka; byli niemal jak dwie krople wody.
   Posłusznie skierowała się w stronę olbrzyma, poddając go działaniu swojej magii. Iluzja nie zawiodła jej, lecz Lofar mógł się czuć rozczarowanym, bo iluzja nie przybrała wcale formy cycatej panienki. Cóż, Szept raczej nie miała poczucia humoru. Przynajmniej nie w tej chwili, gdy zbyt ją niepokoiła woń magii, dziwnie nieokreślona, dziwnie mieszana, acz intensywna.   Biały wilk przycupnął obok Sowiookiego, delikatnie dotykając jego świadomości swoim umysłem, chcąc poinformować go, że razem z wilkołakiem pójdą opłotkami, będąc na tyle blisko przyjaciół, aby móc im pomóc. Silva zapewniła też, że to nie duchy krążą w okolicy, więc nie powinni się nimi martwić. Po chwili zwierzęta zniknęły w ciemności, a wilkołacze wycie, tak podobne do wilczego, niosło się w powietrzu jeszcze długo po ich odejściu.
   - Zabiorę Corvo i pojedziemy przodem. Spotkamy się w karczmie - członkini Bractwa Nocy najwyraźniej uznała, że lepiej jest rozdzielić olbrzymy, bo jeszcze do gardła sobie skoczą i problemy przyniosą - To chyba świeci przed nami rzeczne miasto - Borówka wskazała na jasne punkciki kołyszące się najprawdopodobniej na wodzie. Wodne miasto zbudowane na tratwach przycumowanych do dna. Dobre miejsce na przeczekanie. Został tylko Jasha, olbrzym i krasnolud oraz elfy.
   - Ktoś się zbliża - Jasha miał dość marudzącego Jaruuta, któremu magia Szept najwyraźniej przeszkadzała, jakby było to coś niegodnego olbrzyma, że ukrywa się go pod zaklęciem. Jeszcze te przepychanki z Corvo.
   - Niby gdzie, kleryku? - krasnolud wytężał wzrok, a i tak nic nie widział. Stanął nawet na palcach swoich krótkich nóżek i dalej nic. W ciemnościach tuneli, dawno temu, pewnie i by dostrzegł ruch, ale za bardzo przywykł do powierzchni, by zobaczyć teraz cokolwiek. I jeszcze Jasha mu nie odpowiedział. Wskazał tylko palcem słabiutkie światełko, majaczące przed nimi. Punkcik niczym świetlik, który się zbliżał i pojaśniał odrobinkę. Ivelios wyczarował magiczną kulę światła, kształt sowy nie powinien nikogo dziwić, i posłał ją do przodu. Blade, miodowe światło oświetliło małą postać. Dziewczynka. Zaledwie kilkuletnia. Bosa, w dziurawej koszuli, z oddartymi kolanami, umorusaną buzią i potarganymi włosami.
   Gdyby był tu Dar, zakichałby się na śmierć, stojąc obok tej dziewczynki.
   - To tylko dziecko… - mruknęła uzdrowicielka, jakby spodziewała się jakiegoś zombie. Albo ducha. Albo jeszcze lepiej, przywołańca rodem z najdalszych zakątków i kręgów piekieł. A to… tu było ludzkie szczenię.
   - Z magią nigdy nie wiadomo. Nie ufaj oczom – Szept wolała zachować ostrożność.
   - Przecież wiem, w końcu też jestem… No wiem – znów usprawiedliwiła się Heiana i zsunęła z końskiego grzbietu. Zresztą, jej wierzchowiec zaczął zdradzać oznaki niepokoju. Może był to pierwszy konik, którego Brzeszczot by polubił, bo najwyraźniej zwierzę tak samo jak najemnik nie przepadało za magią.
   - Dziwny jesteś - dziewczynka stanęła przed Jaruutem i wlepiła w niego spojrzenie czarnych oczu nakrapianych plamkami złota. Rozczochrana, umorusana błotem machnęła wyciągniętą ręką przed sobą, jakby odganiała dym, czy mgłę. - Czemu jest ciebie dwóch? - najwyraźniej widziała rzuconą przez magiczkę iluzję. Chciała nawet złapać to, co wydawało się jej drugą osobą, a było magią.
   Październikowe Dziecko doprawdy nie wiedział, jak ma się zachować. Nie dość, że czary go drażniły, że ubodły jego dumę i honor, to jeszcze ludzkie szczenię dopytywało się o rzeczy, o których nie miał najmniejszego pojęcia. I co on miał jej niby powiedzieć? Ludzie byli kłopotliwi. Powinni się go bać, a nie zadawać pytania!
   - Jak masz na imię, nenna? - Ivelios przyklęknął przy, jak to ją nazwał, dziewczynce. Sowie oczy patrzyły nie tylko na ciało, ale i na to, co wewnątrz, na aurę, na magię i elfowi nie podobało się to, co zobaczył. Czarne oczy tego dziecka były niczym bezdenne studnie; kłębiący się w nich mrok poruszał strach w duszy, o którym mało kto wiedział. Budził uśpione obawy, śmiejąc się w głos. Te oczy był rozumne, przepełnione mądrością i wiekami. Zdawało się, że widziały o wiele więcej, niż niejeden elf, że były świadkiem wydarzeń, których mała, ludzka dziewczynka nie mogła zobaczyć z wielu powodów. Patrząc w nie, elf miał wrażenie, był niemal pewny, że słyszy w głowie cichy głos mówiący: wiem kim jesteś, wiem o tobie wszystko. Tylko samokontrola powstrzymywała Iveliosa przed odsunięciem się od tego ludzkiego dziecka.
   - Nenna. Mogę mieć takie imię? Mogę?
   - A jak nazywała cię mama? - Jasha pochylił się nad ramieniem elfa; najwyraźniej i on czuł strach przed tą dziewczynką. Strach, który drążył jego wiarę w bóstwa zagłady, który podmywał fundamenty jego panteonu. Te oczy mówiły mu: wiem, w co wierzysz i powiem ci, że to nic. Nic nie wiesz o prawdziwych bogach.
   - Nigdy żadnej nie miałam. Chcesz być moją mamą?
   - Zostawmy ją tu. Jest w niej coś dziwnego.
   Dziewczynka drgnęła. Chociaż twarz jej zmarkotniała, a usta zagryzła ze smutku, czarne oczy wciąż były takie same. Chociaż małej było przykro, oczy zdawały się śmiać. Nie pierwszy to był raz, kiedy ludzie się jej bali. Sama nie wiedziała dlaczego. Nie potrafiła zrozumieć, czemu wyganiają ją z karczm, czemu nigdzie domu znaleźć nie może. Ktoś kiedyś szepnął „oczy”, ale patrząc na swoje odbicie w kałuży, czy szybie, nie widziała nic szczególnego. Oczy jak oczy. Czarne niczym węgiel, z ładnymi, słonecznymi plamkami i tyle. Oczy, które mówiły: no dalej, weźcie mnie ze sobą, a poderżnę wam w nocy gardła.
   - To tylko dzieciak. Z dziwnymi oczami. Co nam dziecko może zrobić? - Jasha stanął w obronie małej i chyba sam był zdziwiony, bo nie wyglądał ani na przekonanego, ani na zadowolonego ze swojej decyzji.
    Jaruut nerwowo przestąpił z nogi na nogę. Czy naprawdę jesteś olbrzymem? - zdawały się pytać czarne oczy ludzkiego szczeniaka.
   - Jesteś głodna, Nenna?
   Dziewczynka skinęła głową i ufnie, z uśmiechem wyciągnęła ręce ku kaznodziei, by ten ją wziął na ręce. Kiedy już usadowiła się w ramionach mężczyzny, zerknęła na Iveliosa. Uśmiechała się, ale oczy, oczy mówiły co innego: powinieneś się strzec ciemności.
   - Biedne dziecko… - szepnęła Heiana, ignorując dziwne oczy małej. Bądź co bądź, czymkolwiek… a raczej kimkolwiek była, wciąż była też i dzieckiem. Dzieckiem odepchniętym, niechcianym, dzieckiem bez rodziców… Stojąca obok niej Szept odruchowo skinęła głową, potakująco, w jednym elfki były zgodne. Biedne dziecko. – Weźmiemy ją. Nie możemy, nie godzi się zostawić jej tutaj samej, na takim pustkowiu. Jest zimno, mroźnie i…
   - Dokąd ją zabierzesz? – Szept od dłuższego czasu wpatrywała się w oczy dziecka. Pierwsze słowa może podyktowało wspomnienie pozostawionej w stolicy Merileth, lecz … ta mała nie była jej córką. Ta mała…
   - Jeszcze nie wiem. Może do Teruków? Może… Nie można jej tak zostawić – sięgnęła do swoich juków, grzebiąc w poszukiwaniu czegoś, co mogłaby dać małej. Nie jako posiłek, tak na osłodę. Znalazła trochę suszonych owoców i orzechów, je też zaoferowała dziwnej dziewczynce bez imienia, o jeszcze dziwniejszym spojrzeniu. O tak, widziała je. Zdawało się mówić „dokąd zmierzasz, czego chcesz” i Heiana była się odpowiedzi na te pytania. Nie wiedziała. Wbrew temu, co można by sądzić, spoglądając na kuzynkę Szept, uzdrowicielka wcale nie była tak pewną siebie, jakby chciała. I bała się tego, co przyniesie przyszłość. Bała się podjętych decyzji i ich rezultatów.
   - Mamy wyciągnąć Brzeszczota z areny. To nie miejsca dla dziecka – zwłaszcza takiego dziwnego, którego oczy … zmusiła się, by nie odwrócić wzroku, by wciąż w nie spoglądać. Nie mogła, nie chciała… niech to. Strzeż się duchów przeszłości. Nie wytrzymała, odwróciła wzrok. Nieco bezradnie, nieco zdezorientowana. Jakby oczekiwała, że Ivelios jakoś ją wspomoże, zrobi coś, podejmie decyzję… cokolwiek. Gdyby tylko znał rozwiązanie.
   - Powiedz mi malutka, skąd się tu wzięłaś? – Heiana wypytywała troskliwie malutką. Jasha, chociaż nie szukał, znalazł sobie sojusznika.
   I Szept poczuła lekki wyrzut sumienia. Dziecko, niewinne. Przynajmniej tak się mawiało. Lecz widywała już dzieci opętane przez demony, widziała te, które były nosicielami duchów, ogarnięte przez działanie magii… a ta dziewczynka magią promieniowała. Jeśli miało się styczność z magią, to nie liczyła się ani siła ani wielkość. Będzie musiała dowiedzieć się więcej. Ale pomimo swoich obaw i niepewności, nie miała serca zostawić tu małej.
   Ivelios westchnął. Zrobiło się całkiem ciemno i nie było sensu pchać się do przodu przez teren, którego nie znali. Zagnał więc wszystkich na okrągły placyk, tuż przy drodze, ale naturalnie odsłonięty od wiatru. Tę noc spędzą pod gwiazdami. Przygnieciony ciężarem odpowiedzialności za swoich towarzyszy, których wyciągnął z domów, od rodziny i bliskich, musiał zadbać o ich bezpieczeństwo i chyba nawet już nie pamiętał, że to nie on ich zmusił do tej wędrówki. Ale nie chciał, aby coś im się stało; nie wybaczyłby sobie tego sam, ani nie wybaczyłby mu tego wnuk.
   Jaruut gdzieś zniknął, marudząc pod nosem, że musi poczuć się jak olbrzym, a nie niańka, czy inne paskudztwo. Jasha nawet go nie powstrzymywał; niech idzie, wróci prędzej czy później. Sam zajął się upichceniem czegoś ciepłego. Ivelios rozpalił wysłał sowę, aby powiadomić resztę o sytuacji, a potem zabrał się za punktowe ustawianie czujek wczesnego ostrzegania, magicznych. Miał z nimi problemy; słowa mocy nie chciały go słuchać i nawet pomoc gestami, których nie używał, bo właściwie nie musiał, niewiele dawała. Kiedy chciał, aby czar ostrzegał przed nocnymi marami, ten reagował na stwory mrozu. Drugi mający ostrzec ich przed czarami, budził się, gdy noc sięgała ku nim swoimi dziećmi. Wszystko było na opak. Ivelios zaklął pod nosem, co nie zdarza mu się praktycznie nigdy i oby nikt tego nie słyszał, a jak słyszał, niech udaje, że jednak nie.
   To samo działo się z Szept. Elfka chciała rozpalić ogień, ale ten błyskał zmrożonymi płomieniami.    - Nie będzie ciepłej kolacji? - Jasha nie całkiem zadowolony spojrzał na magiczkę. - Może krzesiwko? - nie był złośliwy, po prostu chciał zjeść coś ciepłego.
   - To wina Babuli - dziewczynka stanęła przy zimnym, lodowym ogniu. Blada twarz przywodziła na myśl upiora zbyt długo leżącego w wodzie. Czarne oczy w jasnym świetle zdawały się być jeszcze ciemniejsze i jeszcze mroczniejsze. Spójrzcie w ogień, a spłoniecie. Z waszych kości zostanie popiół - zdawały się mówić.
   - Babula, czy nie, ja zjadłbym coś ciepłego. Mam dość suszonego mięsa i czerstwego chleba - kaznodzieja z bezradności aż klapnął tyłkiem na ziemię. Widząc jego smutną minę, dziewczyna nazywana Nenną, rzuciła mu się w ramiona i szepnęła coś na ucho. Wiatr porwał jej słowa, zagłuszając, zmieniając, czyniąc je innymi - kiedy rozszarpię twoje wnętrzności, zjesz ciepłe mięso.
    Ivelios odwrócił się ku kaznodziei. - Co mówiłaś? - elfie ucho wychwyciło słowa, jednak szelest wiatru, zawodzenie i podmuchy sprawiły, że stały się niezrozumiałe, jakby zmienione. A może to wyobraźnia płatała mu figle.
   - Orzeszka? - Nenna wyciągnęła ku Sowiookiemu rączkę z garścią orzechów.
   - Mi daj - Jasha podwędził małej owoc, aż się zaśmiała; nawet wtedy jej ciemne oczy pozostały niezmienione, jakby mówiły: widzicie, jest mój, a teraz kolej na was. - A kim jest ta cała Babula?
   - To taka pani.
   - Duch? - gdyby była tu szamanka, walnęłaby kaznodzieję w nos, bo jeśli byłyby tu duchy, to medalion, który podarowała Szept, rozżarzył by się do czerwoności. - A może… jakaś straszna wiedźma! Łuuu! - Jasha chciał przestraszyć dziewczynkę. A Nenna patrzyła tylko na mężczyznę, jakby zastanawiała się, co on wyprawia i o co mu chodzi. Zupełnie nie rozumiała takiego zachowania. Być może strach był jej obcy, albo jego granice sięgały znacznie wyżej. Gdyby spojrzeć w jej oczy, można by w nich zobaczyć: wkrótce pokażę wam prawdziwy strach.
   - Mogę coś do picia? - dziewczynka pociągnęła Jashę za rękaw, zajadając się orzechami i suszonymi, słodkimi owcami. Kaznodzieja wygrzebał z worków kubeczek i manierkę, z której nalał małej wody. Bezimienna dziewczynka, która wszystkim wokoło chwaliła się, że będzie miała teraz na imię Nenna, szturchnęła elfią magiczkę. - Chcesz? - spytała, wyciągając ku niej figę.
   Całkiem odruchowo przyjęła owoc z ręki dziewczynki, ale nie uniosła go do ust. Nie była głodna, nie miała ochoty na figę, ani też nie do końca była pewna, co to za dziwne dziecko i co za sobą niesie. Znów odruchowo obróciła owoc, zamyślona…
   - Szept, to się je – pouczyła ją Heiana, zerkając to na magiczkę to na dziwne dziecko, to przed nich. Tam, gdzie błyszczały światła miasta i portowe latarnie.
   - Wiem do czego służą figi.
   - To na co czekasz? – Heiana podsunęła się bliżej magiczki. A ciszej dodała – Zrobisz jej przykrość, jak nie zjesz.
   - Przyk… - Szept była roztargniona, normalnie jak nie ona. I w ogóle jej nie słuchała. Normalnie tak jak Brzeszczot. Nadęty, uparty, dziecinny najemnik, który myślał, że … że… No. Kto z kim przestaje takim się staje. Ona już zrobi z niego elfa… już się postara, niech go dopadną. Oby on jej tylko niezczłowieczył tak jak Szept. – Masz, sama zjedz – Szept wepchnęła jej figę w dłonie i odeszła, bąkając coś, co zabrzmiało jak „nie jestem głodna”.    - Ona zdecydowanie nie jest sobą – Heiana nie zwróciła uwagi na to, że sama nie jest sobą. Normalnie nie przyjmuje każdego z otwartymi rękami, nie ufa aż tak bardzo magii, zwłaszcza gdy do tego dochodzą różnorodne anomalie. Czy dziewczynka poruszyła w niej jakąś czulszą strunę? A może poruszyła, lecz w inny sposób, taki, jakiego by sobie elfka nie życzyła, podsuwając myśli, które uzdrowicielka miała uznać za własne?
   Magiczka dotknęła ramienia Iveliosa, zerkając znacząco na Jashę i Heianę. Nie lubiła, gdy jej własna magia płatała jej figle, jak każdy chyba mag. Poświęcając się czemuś, chciała się doskonalić, być coraz lepszą. Ufała bardziej w siłę magii niż ostrze miecza, nawet jeśli zdawała sobie sprawę, że i to może ją czasem rozczarować. – Tu jest coś bardzo nie tak… - wyrzuciła szeptem, pilnując, by dotarło to tylko do elfa. Zawahała się, widząc jak jej kuzynka stara się dogodzić dziecku. Biednej małej, może ofierze wojny, może sierocie miejskiej, może w końcu… któż to wiedział? Czy zawiść i magia aż tak bardzo ją oślepiły, sprawiając, że tylko to się liczyło, nic więcej? Ale te oczy małej, te dziwne spojrzenie, ta aura i te anomalie. To nie mógł być przypadek. – To dziecko. Nie wiem, kim jest, ale jego obecność nam nie pomaga…    Jak bardzo egoistycznie zabrzmiały te słowa. I byłaby się zawstydziła… gdyby nie myślała w tej chwili o nich wszystkich. Gdyby doszło do walki, jakże miała się obronić Heiana? A ona sama? Bez magii? Gdyby naprzeciwko nich stanął mag… - Ivelios… - Szept zaczęła coś mówić, ale urwała, nadstawiając ucha.
   - Czuję w niej pustkę, jednak żadne czary czy demony nie pętają jej myśli - Sowiooki zerknął na magiczkę, jakby szukając u niej potwierdzenia swoich obaw. Nenna nie była normalnym dzieckiem. Budziła strach i elf nie dziwił się, że ludzie unikali jej towarzystwa. Jej spojrzenie, te czarne oczy, ciemność w nich. Bogowie. - Żadne reguły nie trzymają się tego dziecka - Ivelios spojrzał na dziewczynkę, która usadowiła się na kolanach kaznodziei i odwzajemniła spojrzenie elfa, a czarne oczy zdawały się mówić: wiem, co mnie myślisz. Czuję twój strach i karmię się nim. - Jest jak... - nie potrafił znaleźć odpowiedniego słowa, tak samo jak nie umiał sprecyzować tego, co wywołuje w nim dziewczynka.
   Coś się zmieniło w otoczeniu. Coś było inaczej. Wiatr ucichł, a lodowy ogień, który nie dawał ciepła, zgasł z pierwszym, mocniejszym podmuchem.
   - Tutaj jesteś bezpieczna - kładąc dłoń na głowie małej, Jasha wskazał na swoich towarzyszy. - Oni cię obronią.
   - Coś tam jest - czujący się mało męsko Jaruut, wrócił do przyjaciół; iluzja, którą na niego nałożyła magiczka zniknęła, jakby nigdy nie istniała. - Te, elfeczka - biedna Heiana, do której się zwrócił - Nie gdakaj jak kaczka, bo nas słychać - jedno z kolejnych, dziwnych powiedzonek olbrzyma.
   Heiana rzuciła dziwne spojrzenie na Jaruuta, nieco urażone. Co najwyżej była elfką, panią z rodu długouchych, lecz nie jakąś tam „elfeczką”, dzieciną. To, że była od niego mniejsza wcale nie znaczyło, że nie potrafi sobie radzić. Ale posłusznie umilkła, nasłuchując. Jednak oprócz wyjącego wiatru nie było nic więcej. I dokładnie w tej chwili zdała sobie sprawę, że oprócz małego nożyka do krojenia i siekania ziół nie ma innej broni. Nie miała magii… rozejrzała się i dość przezornie stanęła za olbrzymem. Nieco bezpieczniej.
   Szept nie była tak przezorna. Sięgnęła ostrza. Elficka stal. Nie lubiła jej tak jak magii, ale jeśli nie miała wyjścia… Zamarła, nasłuchując, żałując, że nie ma zmysłów Brzeszota.
   - Nic nie słyszę… - Heiana poruszyła się niespokojnie, wciąż ukryta za olbrzymem.
   - Ci… - skarciła ją Szept. Z tego wszystkiego zapomniała powiedzieć Jaruutowi, że po pierwsze, kaczki nie gadają tylko kwaczą, a po drugie, to jeśli chciał przykład głośnego zwierzęcia, mógł wybrać lepszy.
   Pogrążyli się w ciszy, a elfka doceniła fakt braku ognia. Przynajmniej nie byli widoczni dla wroga… lecz i sami gorzej widzieli. Przymknęła oczy, skupiając się tylko na jednym zmyśle. Słuchu. Coś sunęło powoli po śniegu, coś, co kojarzyło jej się z powoli ciągniętą po nim szmatą albo workiem… powoli, powoli… to coś… To nie…
   Syczało. Worki ani ubrania nie syczą.
   - To brzmi jak … - Szept zawahała się. – Wąż? – ale przecież zima nie była dla nich odpowiednią porą. Poza tym, takich rozmiarów? To coś, czymkolwiek było, było zdecydowanie za duże. Wychyliła się do przodu, chcąc lepiej wsłuchać się w dźwięki. Cisza.
Zdaje się, że wszyscy pozostali robili to samo.
   - To jest wąż! – wrzasnęła Heiana i kichnęła donośnie. Wąż! Nie znosiła, nie lubiła, nienawidziła tych oślizgłych, brzydkich gadów. Jadowitych może jeszcze! Mało tu ludzi pokąsanych widziała, mało to pochowała? Wąż… - Zabij to, zabij to! Jaruuuuuut! Weź to zabij! – dotąd zachowująca jeszcze jako taki rozsądek, teraz jakby oszalała. 
- To nie wąż.  – Heiana zamarła w pół krzyku, gdy dotarł do niej głos magiczki. I nawet odetchnęła, nie zdając sobie sprawy, że twarz Szept wcale nie zdradza ulgi. Przeciwnie. – To WĘŻE.

~*~

   Mijający tydzień nie był czasem, który lanistka wspominałaby z nostalgią i tęsknym uśmiechem. Nie były to chwile radości i przyjemności. Xantia najchętniej zapomniałaby o tych wszystkich dnia, które okazały się być jedną, wielką porażką, rwaniem i tak napiętych nerwów oraz strzępieniem języka. Najemnik był głupi. Był kompletnym idiotą. Walczył, jak na najemne ostrze przystało, ale nie chciał zabijać. I nic nie pomagało. Ani krzyki, ani baty i kary, nic. Nie chciał zabić i koniec. Zupełnie, jakby człowiek mówił do ściany. Albo głuchego. Chociaż nie, głuchy by zrozumiał po pierwszym bacie, a półelf był po prostu głupi. Robił wielki problem z zabicia przeciwnika, który okazał się słaby, za co powinno upuścić mu się krwi, tak solidnie.
   - I co ja mam zrobić z tym niewolnikiem. Same z nim kłopoty. Mógłby podrywać tłum na arenie, ale nie, nie będzie zabijał - Xantia drapała za uchem wielkiego kota, jej pupila; niby zwierzę oswojone, niby potulne, ale zęby i pazury miało. - Zabicie go byłoby marnotrawstwem. Przydaj się na coś, niewolniku, skoro zawiodłeś w przekonywaniu go.
   Devril też miał ciężki okres. Wkurzona Xantia musiała jakoś odreagowywać i zazwyczaj padało właśnie na niego. Najchętniej by jej nie odpowiedział. Może nie było tego widać na pierwszy rzut oka, ale też miał jakąś swoją godność. Nie lubił być traktowany jak zabawka, rzecz, na kilka chwil, a potem, jak się znudzi do śmieci. Cóż, jego głowa w tym, by nie znudzić się zbyt szybko. - Walczy dobrze, szkoda zmarnować taki talent …
   - Powiedz mi coś, czego nie wiem – odpowiedź nie przypadła do gustu Xantii. Ostatnio bardzo szybko się irytowała. – Sprzedać – rozważała dalej, głośno, a Devril mimo woli zjeżył się. Dar był z Keronii, on też. Znał tu tylko jego, przynajmniej na tyle, by mu zaufać. Razem, jeśli pomoc nie przybędzie, może będą mieli szansę na ucieczkę. Osobno… To było mu nie na rękę.
   - Półelf ma doskonale wyczulone zmysły. Lepiej niż ludzie, wspominałem ci o tym, pani – zaczął. Lepiej nie odsłaniać wszystkich kart i nie mówić Xantii, jak bardzo są one wyczulone. Chyba, że zajdzie taka potrzeba. – Szkoda byłoby go komuś oddawać, jeśli można wykorzystać. Elfy szanują życie, to i nie chce go odbierać, jeśli nie w obronie. Prawdziwej obronie, nie takiej ku uciesze… widzów.
   Xantia cmoknęła. - Sugerujesz, że obrona życia na arenie to dobra zabawa i nic nieznacząca walka? - Lanistka potrafiła dostrzec prawdę kryjącą się w słowach niewolnika. Szkoda było zmarnować czerwonowłosego. Wielką szkodą było to, że chociaż potrafił walczyć, lepiej niż inni, inaczej, nie dawał rady dostarczyć tłumowi i najemnikowi uciechy i emocji związanych z zabiciem. Ekscytująca walka powinna zakończyć się efektywnym zabójstwem, krwawym i pełnym triumfu wygranego. Mieszaniec tego nie potrafił. Nie umiał zrozumieć nawet tego, że sam może życie stracić. Nic, jak grochem w ścianę. - Pewien lanista daje sporą sumę za niego. Najchętniej wbiłabym tej grubej świni nóż w serce, ale chce dobrze zapłacić. Szkoda by było, gdyby czerwonowłosy zmarnował się w jego łóżku.
   - Obrona życia na arenie jest walką, lecz myśląc jak ten półelf, walką niepotrzebną. Odebraniem życia, którego normalnie można uniknąć. I właśnie to robi – zdaje się, że popełnił błąd. Nie powinien sugerować nic takiego. Chociaż, Xantia była inteligentną kobietą, sama musiała dojść do podobnych wniosków. Ale to nie znaczyło, że przyzna coś takiego głośno. Tu trzeba było podstępu. A biorąc pod uwagę plotki, jakie słyszał wśród służby i znaczniejszych strażników… Rzucone to tu, to tam słowo mogło zasiać wątpliwości. Wątpliwości, które mogły ocalić skórę upartego najemnika. I chyba nie tylko skórę, biorąc pod uwagę zapędy lanisty. Devril, który całkiem niedawno myślał o tym, że chętnie zamieniłby się miejscami z Darem, właśnie doszedł do wniosku, że niezbyt się do tego pali. - Wybacz śmiałość… nie sprzedawałbym tak utalentowanego wojownika. Nie innemu laniście. Jeśli pozwolisz mi na szczerość, wyłuszczę dlaczego, moja pani.
   Xantia irytowała się coraz bardziej. Już sam fakt, że zaczęła wygrywać palcami na balustradzie balkoniku jakąś dziwną i nierówną melodię świadczył, w jak drażliwym stanie się znajduje. Strażnicy schodzili jej z drogi, a niewolnicy, którzy byli tu od dłuższego czasu wiedzieli, że lepiej jest nie denerwować lanistki, kiedy ta ma zły humor. - Mówże, a nie wystawiaj moją cierpliwość na próbę.
   - Jak każesz – ustąpił aż nazbyt łatwo, może dlatego, że właśnie o to mu chodziło. Chciał mówić i chciał być pewien, że lanistka go wysłucha. Nawet jeśli będzie przy tym zła i zirytowana. – Ludzie pragną władzy, pani. I lubią pozbywać się konkurencji. A twoi ludzie szepczą między sobą, zgoła nieostrożnie o kimś, kto jeszcze jest nieznany, ale para się tym samym procederem, co ty. Ten ktoś chce się pozbyć ciebie – otwartość, rzadki widok u niewolnika. Lecz ten niewolnik był lisem. Lis wiedział, że lepsze znajome podwórze niż obce. Lis nie chciał zmieniać pani. – Jeśli go sprzedaż, nie masz gwarancji, że nie posłuży twym wrogom. Zostaw go, lecz nie jako gladiatora. Zrób z niego swojego strażnika. Sprawdzi się. Widziałaś, jak walczy.
   Lanistka przygryzła wargę. Zdawało się, że ziarenko przeważyło czarę, która przechyliła się w dół. - Wyjdź stąd i nie pokazuj mi się na oczy, dopóki cię nie wezwę - rozkazała i z jej poleceniem nie należało się sprzeczać. Nie było też do końca wiadome, czy przepełniała ją złość, czy może jakieś inne uczucie. W tej chwili najlepszym wyjściem było czmychnięcie z jej komnat.

  Kilka dni później Brzeszczot podskoczył w hierarchii niewolników, został mianowany osobistym strażnikiem Xantii. Na szyi miał uroczą obróżkę z kamieniami, które blokowały każdą myśl, czy odruch mające zaszkodzić lanistce. Zmyślne ustrojstwo uniemożliwiało uczynienie krzywdy tej, która pełniła rolę pani.
   - Nienawidzę cię - była to jedna z niewielu chwil, kiedy Dar i Dev mogli posiedzieć razem w spokoju i porozmawiać. Oczywiście, jak to wśród ludzi, zaczęły pojawiać się plotki nie tylko o tym, że ktoś na życie Xantii czyha, ale i o tym, że kochanek lanistki woli jej strażnika.
   Devril łypnął na Dara. No ładnie. Ten mu boskie pośladki uratował i jaką ma za to nagrodę? Nie dość, że oskarżają go o odmienną orientację, to jeszcze ten niewdzięcznik mu wyjeżdża z tekstem, że go nienawidzi. Ludzka, a raczej półelfia wdzięczność. Grr. Weź tu za takiego nadstawiaj karku i ryzykuj wściekłość lanistki. - Pięknie. A może tak powiesz dziękuję, co? – burknął, niespeszony. – Może byś się chciał dowiedzieć, jaką piękną miałeś alternatywę, zanim obwieścisz, jaki to jestem zły i niedobry? – bogowie, jak ta elfka wytrzymywała z tym zrzędą. Devril nie wiedział, ale zaczynał tracić cierpliwość. Ma zabijać na arenie? Nie, źle mu. Awansuje do rangi strażnika? Narzeka jeszcze gorzej. Ciekawe, co by powiedział, gdyby sprzedaż doszła do skutku i musiałby się wykazać w łóżku z nowym panem. Na pewno to by się mu spodobało.
   - Fakt, że jakiś grubas chciał mnie przygruchać na chędożenie, nic nie zmienia w tym, że i tak cię nienawidzę - najemnik trudnym był człowiekiem w relacjach z innymi, o czym nie tylko Devril mógł się przekonać. Cóż, do niego trzeba było najpierw dotrzeć, a że niektórzy nie mają na to siły i czasu, ich strata, jak to mawiał Brzeszczot. - Pytanie, czy robimy coś z planami pozbawienia twojej kochanicy życia?
   Miejsce w jakim się znaleźli było dosyć ustronne. Pewnie dlatego niektórzy niewolnicy zaczęli myśleć, że mają się ku sobie. Nic bardziej mylnego, jednak swoboda, którą im to dawało, była na tyle dobra, że plotek nie wyjaśniali.
   - Nie martw się, jak się nie sprawdzisz, to jeszcze cię lanistka sprzeda. Dopiero wtedy mnie znienawidzisz - prychnął. Najemnik nie był kłopotliwym towarzyszem. Kłopotliwe, to było ich położenie. Najemnik był… cóż, Devrilowi brakowało słów na określenie tego uparciucha. Ale był kimś, komu mógł się zwierzyć i póki co to musiało wystarczyć. – Ani ty ani ja nie możemy podnieść ręki na Xantię – poruszył nogą, a łańcuch, jaki nosił, zadźwięczał. Gdyby nie ten łańcuch, gdyby nie czar, jaki go pętał… Zresztą, zabicie Xantii nie otwierało wcale niewolnikom drogi na wolność. Dawało tylko szansę na ucieczkę, zanim ktoś uciszyłby panujący po śmierci lanistki chaos. – Nikt jednak nie powiedział, że nie możemy trochę pomóc tym, którzy jej tak nieładnie życzą – powiedział to z pełną świadomością. – Ale zanim cokolwiek postanowimy, lepiej wybadać sytuację i zorientować się, kto w razie śmierci „mojej kochanicy” przejmuje jej interes. Lub… komu aż tak zależy na jej śmierci – ten ktoś możliwe, że byłby wdzięczny za pomoc. Tak wdzięczny, że przymknąłby oko na dwóch niewolników.    - Rozejrzę się - najemnik wstał, przeciągnął ramiona, aż mu w stawach coś strzeliło. - To co, dajemy sobie buzi na pożegnanie? - najwyraźniej ktoś, kogo nie było widać, obserwował dwójkę niewolników. Ale to, że ktoś nie jest widoczny, nie znaczy, że jest niesłyszalny; pozostanie w bezruchu jest trudne, a i przecież ciało ocierało się o ubranie, a oddech, nawet najlżejszy, zakłócał ciszę. Dar wszystko to słyszał. - Wiesz, plotka! - zachciało się, temu durniowi, wygłupów i żartów. Cóż, jeżeli jego iście genialny, wspaniały i wartki plan kopnie go w dupę i się nie powiedzie, wtedy faktycznie więcej czasu na śmiech nie będzie. Szept by go zamordowała, ożywiła i jeszcze raz ukatrupiła za takie pomysły. Ale magiczki tutaj nie było. Brzeszczot aż się uśmiechnął, co Devril mógł opacznie zrozumieć.
    Szybko orientował się w sytuacji, to i zaskoczenie, wywołane przez słowa najemnika gdzieś zniknęło, znajdując odzwierciedlenie w duszy, lecz nie na twarzy. Devril uśmiechnął się szerzej, choć gubił się w domysłach. To, że ktoś podsłuchuje, jest w pobliżu, tego domyślił się, zwłaszcza pamiętając o zmysłach najemnika. Lecz ten dziwny uśmiech, to skrzywienie warg Brzeszczota… poczuł, jak po plecach przebiega mu dreszcz niepokoju. Miał złe przeczucia. To był zły znak. Ale rozmowę należało zakończyć, zanim ktoś usłyszy aż nazbyt wiele, zanim nabierze podejrzeń.
   - Poczekaj do wieczora, dostaniesz z nawiązką, kochasiu – parsknął cicho. Żartów mu się niewczesnych zachciało i wygłupów. To, że niektóre służki Xantii potraciły głowę dla czerwonowłosego nie znaczyło, że on musi. Co jak co, ale Brzeszczot nie był w jego guście. Zdecydowanie nie.
    Mając na uwadze to, że najemnik zdolny był do wszystkiego, no prawie, Devril nie powinien się dziwić, że czasami do głowy przychodzą mu rożne szalone pomysły, które normalnemu mężczyźnie nigdy nawet nie przemknął przez myśl. I jakby idąc tym torem rozumowania, Brzeszczot pochylił się ku niewolnikowi i na ucho mu wyszeptał - Przyjdź do mnie wieczorem. A jak mnie nie będzie, znaczy dałem się zrobić w kuśkę i mnie zabili - a zrobił to tylko po to, aby nikt nie usłyszał jego słów; wolał się zabezpieczyć nawet przed tymi, którzy czytają z ruchu warg. Szczęście, że magia tutaj nie działała, bo czarnoksiężnicy łatwo by wyciągnęli z ich umysłów wszystko, co chcieliby wiedzieć, nawet nie patrząc na opory przeszukiwanych.
   - Tylko postaraj się bardziej, niż ostatnim razem - pogroziwszy Devrilowi palcem z uroczym uśmiechem, Dar zarzucił włosami niczym rasowa kokieterka spod ciemnej gwiazdy i odszedł, znikając w cieniu kolumnady, która otaczała dziedziniec. W ogóle nie zwrócił uwagi na kryjącego się za kruszejącą podporą młodzika, blondynka o włosach tak jasnych, że niemal białych. Oczy miał takie same jak Xantia. Czyżby lanistka wykorzystywała także swoje dzieci do szpiegowania niewolników? Im mogła zaufać, a i drobne ciałka łatwo kryły się w zakamarkach. Trzeba będzie uważać. Dar miał nadzieję, że Dev dostrzegł dzieciaka, kiedy ten czmychnął ku wyjściu, niosąc swojej matce żadne wieści.
   Przez resztę dnia trudno było się wymknąć spod komnat lanistki. Pilnowanie jej tyłka było nudne, monotonne i beznadziejne. Kobieta nie robiła nic więcej poza igraszkami w łóżku, dręczeniem niewolników i jedzeniem. Nuda. Xantia nie umywała się do wrednej magiczki, z którą nie dało się narzekać na nudę. I weź tu czło… mieszańcu, nie słuchaj dochodzących zza drzwi jęków. Devril wpakował go w najgorszą robotę.
   Okazja do pozyskania sprzymierzeńców trafiła się dopiero kilka dni później. Całe trzy. Brzeszczot musiał dobrze poszukać i przysłuchać się większości niewolników, aby zlokalizować wtyczkę. Nie było to wcale trudne, wystarczyło słuchać. Schody zaczynały się teraz, kiedy trzeba było zyskać zaufanie szpiega, który na pewno nie będzie się chciał przyznać, że nim jest i weź tu mieszańcu przytocz odpowiednie argumenty. Znając Brzeszczota, pewnie walnie prosto z mostu, albo wymyśli coś gorszego.
   Znając Brzeszczota… Bogowie miejcie w opiece szpiega.
   Znając go… Dar przeszedł siebie samego. Szept pewnie powiedziałaby, że postradał ostatki zdrowego rozsądku, jakie w nim pozostały. To był koniec pozorów normalności. Definitywny. Bo jak nazwać inaczej to, że mieszaniec zamiast pogadać ze szpiegiem, zamiast jakoś do niego się zbliżyć, po prostu wziął i go ogłuszył, pięścią, zaciągnął do ciemnego pokoju, świeczkę zapalił i tak sobie z nim porozmawiał? Fortuna wyjątkowo musiała mu sprzyjać. Szczęście, że szpieg w ogóle chciał rozmawiać. Z guzem na potylicy, ale chciał. Chyba dostrzegł potencjał w tym nieobliczalnym, czerwonowłosym niewolniku, albo po prostu stwierdził, że pośle go na pierwszy ogień, co by zyskał trochę czasu, a reszta ucieknie.    Brzeszczot się nie patyczkował. Zbyt długo siedział już w tym miejscu. Chciał do domu. Do przyjaciół, nawet do krasnoluda.
   I gdzie podział się Devril?
   Devril zjawił się spóźniony, ale wyglądało na to, że nie zamierza z niczego się tłumaczyć. Może było w nim coś z paniczyka, który twierdzi, że nie odpowiada przed nikim, tylko przed samym sobą. Ale wiele go kosztowało, by nie złapać się za głowę na obraz Darowej inteligencji i dyplomacji najwyższych lotów. Ogłuszyć, zastraszyć, a potem zaoferować pomoc? Cholerny czerwonowłosy niemal wszystko popsuł i mieli ogromne szczęście, że szpieg w ogóle chciał z nimi gadać!
   - To było głupie – stwierdził, kręcąc głową. Głupie i nieobliczalne. Będzie musiał wziąć poprawkę na niektóre działania i w przyszłości precyzować, co ma zrobić najemnik, a czego pod żadnym pozorem się nie tykać. Dla ich własnego bezpieczeństwa. Odnośnie zaś bezpieczeństwa…
   - Nie wiem, co planujesz, ale będziesz miał dzisiaj w nocy gości, panie kochasiu – mruknął, odsuwając Dara od pochwyconego biedaka. – Kilku strażników ma ochotę popróbować szczęścia z kochasiem o podobno wysokich umiejętnościach – jako że Xantia bywała momentami zaborcza, Devrilowi nikt jeszcze propozycji żadnej nie złożył. Nie chcieli rozjątrzyć pani, która nie lubiła się dzielić. Lecz wkrótce, postanowił Devril, będzie musiał sam jej wspomnieć o swoich „relacjach z czerwonowłosą małpą”, bo kto wie, co tam usłyszała z plotek… Jeszcze mu kłopotów teraz brakowało.
   - Spokojnie, nie jesteśmy twoimi wrogami – zwrócił się do szpiega, obserwując spojrzenie tamtego. Nie zamierzał owijać w bawełnę, ale nie był pewien, jak daleko zaszedł Brzeszczot w swojej rozmowie.
   - Nie poczułem tego – szpieg splunął na ziemię. – To czego chcecie? Zabić Xantię? Oboje jesteście bezsilni, tfu. Tknąć jej nie możecie – szpieg chyba postanowił coś wytargować, bo zrobił się nieco ostrożniejszy i nieco bardziej mrukliwy.
   - Mnie osobiście lanistka nie obchodzi – oświadczył Devril z rozbrajającą szczerością. – Ja chcę wolności.
   - To nie zmienia faktu, że… - szpieg chyba pomyślał, że z kochankiem lanistki może sobie pogrywać, bo jest zbyt miękki, by cokolwiek zrobić. Co innego czerwonowłosy. Jeszcze by mu gębę rozkwasił, albo co.
   - Bądź łaskaw mi nie przerywać – Devril pochylił się nad nim i coś, dotąd niewidzianego w zielonych oczach upewniło szpiega, że kochanek nie żartuje. – W jednej chwili mogę cię zabrać do Xantii i ładnie sprezentować jako szpiega, więc uważaj na słowa. Nie możemy bezpośrednio zaszkodzić lanistce, ani ja, ani on. Ale możemy wam pomóc. Widziałeś go na arenie. Wytropił cię, choć innym się nie udało. Lepiej jeszcze raz to przemyśl – o sobie nic nie wspomniał. Lecz z niewolników chyba jako jedyny bywał w pokojach Xantii tak często, a że życie nauczyło go baczyć na wszystko, zapamiętał poniektóre jej zwyczaje. I nie tylko.
   Odsunął się, dając znak Darrusowi. Chciał dowiedzieć się, co Brzeszczot wie, o zleceniodawcy i wrogu lanistki i czy w ogóle warto w to wchodzić. I niespecjalnie ufał szpiegowi. Kto zdradził raz, może zdradzić i znowu. Nie, wolał by tamten nie słyszał ich rozmowy.    - Co wiesz, panie dyplomato? – Devril miał ten zwyczaj, że najczęściej zwracał się do każdego dość grzecznie, nawet jeśli był wściekłym. Rzadko przeklinał, chyba by w myśli tylko, no i jeśli akurat nie było mu to potrzebne do kamuflażu. No, jedynie z najemnika lubił się czasem ponabijać. Jakaś rozrywka w tym ponurym świecie walk, przemocy, krwi i seksu.
   Brzeszczot wiedział, że im dłużej trwała ta rozmowa, tym bardziej narażali się na odkrycie. Strażnicy kręcili się po całej posiadłości lanistki i jeżeli dziwka fortuna będzie miała taki kaprys, zaprowadzi ich pod same drzwi, za którymi spiskowali przeciwko swojej pani. Konkretny, potrzebowali konkretów, a nie rozmów o tym czemu i dlaczego. Dev też musiał poczekać.
   - Czego, tak właściwie chcecie? Może gdyby…
   Najemnik trzasnął szpiega w tył głowy. - Kiedy i jak chcecie zaatakować? - jak strażnicy tu wejdą, zawsze mogą udać, że urządzili sobie prywatną, męską orgię we trójkę. Plotki czasami okazywały się być przydatnymi potworkami. - Nie licz na żadne ukłony, czy zapewnienia o naszej lojalności. Jesteśmy tacy sami. Zdradzimy, jeżeli wyjdzie to nam na korzyść. W tej chwili chcemy pomóc.
   - Skąd mogę mieć pewność, że nas nie sypniecie?
   - Gdybyśmy chcieli, Xantia już dawno by wiedziała, że przekupiliście strażników.
   Devril uczynił taki gest, jakby zamierzał powstrzymać Darrusa. Nie zdążył i ciężka ręka spadła na głowę szpiega. Devril skrzywił się odruchowo, zupełnie jakby to on otrzymał taki cios. Odnotował w pamięci, by nieco poduczyć najemnika w kwestii dyplomacji. Przy szpiegu nie zamierzał się o nic sprzeczać, bądź co bądź powinni wydać mu się silni i zgodni, żeby przypadkiem nie zechciał pozbyć się niewygodnych mu osóbek. Niebezpiecznych dla planu jego pana.
   - Masz taką pewność, jaką mamy my – gdyby szpieg poszedł do lanistki i doniósł jej usłużnie o dwójce niewolników, którzy szukają sposobu na ucieczkę, komu by uwierzono? Im, już oskarżonym, którzy zaczęliby krzyczeć o próbie zamachu? Co najwyżej uznaliby, że chcą ratować własną skórę, kłamstwem czy też nie. A nawet gdyby, ich wiedza o zamachu i milczenie świadczyłoby tylko na ich niekorzyść. A „głupi arystokrata”, w myśl dyplomacji, jeszcze takie rozwiązanie szpiegowi podsuwał. Przynajmniej tak to wyglądało w oczach każdego, kto nie wiedział, iż „głupi arystokrata” wie, co robi i to nie pierwsze przesłuchanie, w jakim uczestniczy, nie pierwsza farsa, w której gra. Lecz o tym ostatnim wiedział tylko Alastair i kilka osób, najbliższych Devrilowi.
   - Jeśli do niej pójdziesz, udaremnisz zamach. Twój pan nie będzie zadowolony. Zbyt długo to planował.
   - Nic wam nie powiem – szpieg, lubo osaczony, stawiał się jeszcze. Widocznie bardziej bał się zdrady swojego pana niż tych tutaj, obdartych niewolników. Jeśli pójdą do lanistki… Przełknął ślinę, czując nagłą suchość w gardle, rosnącą gulę strachu. Ten brunet zdawał się łatwiejszym do okpienia, ale czerwonowłosy nie wahał się użyć siły. Zabiją go? Wolałby, żeby brunet nigdzie nie szedł. Może powstrzyma niedawno mianowanego na strażnika półelfa przed zatłuczeniem go… albo…
   Devril łypnął na Dara. Szpieg nie chciał współpracować… a niebezpieczeństwo, że zostaną nakryci wzrastało z każdą chwilą. Bojąc się, że Dar znowu zrobi coś, w mniemaniu Devrila całkowicie nie na miejscu, podsunął się do szpiega, nisko pochylając głowę. Zielone oczy straciły przyjacielski, spokojny wyraz i pojawiła się w nich zawziętość.
   - To nie lanista cię wysłał. To sięga wyżej, czyż nie? – szpieg nie poruszył się, nie było odpowiedzi. – Chcecie to zrobić przed igrzyskami, czyż nie? – cisza. Devril poczuł się jeszcze bardziej zirytowany. – Namiestnika mogą zainteresować nowiny o knowaniach jego brata… Szpieg wzdrygnął się. Niemal niezauważalnie.
   - Nie mam pojęcia, o czym mówisz – wyrzucił, szybko, pośpiesznie. Za szybko. Devril już wiedział, co się tu dzieje. Słowem, prawie był w domu.
   - Masz. Nie uda wam się. Wiecie o schwytaniu jednego z waszych? Zdaje się, że nie wytrzymał napięcia – przyczyna spóźnienia Devrila stała się jasna. – Jak myślisz, jak długo wytrzyma, zanim zacznie sypać? Znając Xantię…
   - Nie…
   - Tylko my możemy pomóc.
   - Mój pan… - szpieg zrobił się nieco bardziej chętny do rozmowy. No, ale jego pan nie będzie ratował jego skóry. Tylko swoją. Zdrajca sprzedał zbyt wiele razy, by o tym nie wiedzieć. Uda się, obsypię cię złotem. Nie uda, wyprę się wszystkiego.
   - Jego tu nie ma.
   - Mieliśmy uderzyć przed igrzyskami, dwie noce przed… - zaczął szpieg, poddając się.
   - Czyli już jutro. Znaleźliście sposób, na te ozdóbki? - najemnik wskazał palcem swoją szyję, gdzie zapięta była obroża; Devril miał podobną na kostce. Najwyraźniej miejsce ulokowania nie miało znaczenia, a może były to tylko pozory. Może im bliżej było mózgu, tym działało lepiej, pętając i tłamsząc wolę.
   Szpieg wyglądał tak, jakby chciał dać Brzeszczotowi w pysk. Jakby najemnik spytał o coś, o co nie powinien. Niewygodny temat. Kłopotliwy i wnikający zbyt głęboko w działania zamachowców. Kochaś lanistki miał rację. To sięgało znacznie wyżej. Nawet on sam, skromny sługa, nie wiedział wszystkiego. Raz tylko podsłuchał, że o zamach idzie, że szepczą na wyższym szczeblu o nieprawym dziedzicu, którego należy wyeliminować, zanim komuś przyjdzie do głowy wynieść go na salony. - Magia.
   - Ona tu nie działa - Dar stanął za szpiegiem, wisząc nad nim niczym katowski miecz.
   - Zaklęta w przedmiotach na krótką chwilę, zadziała. Sądz…
   Korytarzem ktoś przebiegł. Za drzwiami słychać było krzyki. Coś się działo. Mieszaniec wsłuchał się w otoczenie i usłyszał. Ktoś wypuścił z klatek dzikie zwierzęta, niewolnicy nie potrafili sobie z nimi poradzić. Strażnicy próbowali zaprowadzić porządek. Przypadek, czy może dobrze zaplanowana akcja? Nikt nic nie mówił, treserzy pewni byli, że to zbieg okoliczności albo też niedopatrzenie.
   - Znajdę cię i przekażesz nam szczegóły. Albo spotkamy się u lanistki - najemnik stracił właśnie cierpliwość i wolał się nie tłumaczyć Xantii, gdzie był, kiedy ona potrzebowała osobistej ochrony. Jej cierpliwość miała granicę, których lepiej nie przekraczać.
   Wyszli, kierując się ku komnatom lanistki, zapominając, że fortuna to wredna dziwka, której kaprysy przynoszą człowiekowi kłopoty. Była jak chorągiewka: zmienna i nieobliczalna, a jej czarny humor psuł wszystko jeszcze bardziej. Pech, który jej służył, był równie uciążliwy, co swoja pani. I Dar i Dev zapomnieli, jak zmienne bywa szczęście.
   - Stać!

7 komentarzy:

Szept pisze...

[Uwaga, w dalszej części komentarza zaczynam gadać od rzeczy.

Ja nic nie powiem, żeby fabuły nie zdradzać, ale Darrusowa szacunek za poprawę tego czegoś i doprowadzenie tego do stanu używalności. Zwłaszcza jedną ręką :D
Wątek, choć zakończony, zaczyna mi się coraz bardziej podobać, nawet pomimo tego, że już wiem, co się wydarzyło. A czytając jeszcze raz niektóre postacie i ich teksty po prostu ubóstwiam. Chyba już wiem, jaki będzie następny tytuł… Może tym razem zacytuję Dara i Deva? A jak nie wyjdzie, będę wprost żądała ratunku od ciebie, nie ma to tamto.
I jeśli wierzyć pogłosce, to mój Devril zrobił to, co nie udało się pięknym paniom i szalonej furiatce. Nie wspominając o panu patelni, który tak się odgrażał Lucienowi, że Dar jest jego. Devril zdobył boskie pośladki! A jeśli wierzyć plotce, nawet je sobie obejrzał...
Hmm... czy ja tu powinnam wspomnieć, że cenzura i tekst tylko dla pełnoletnich? Bo wiesz, word uznaje słowo świnia za wulgaryzm, to nie wiadomo, za co uzna pośladki. Za kontekst erotyczny?]

Iskra pisze...

[miałam sobie przeczytać przed podróżą, ale wymiękłam po dwóch akapitach, zmęczenie bierze górę :C
Ale obiecuję, że jak tylko wrócę, nadrabiam :D Obowiązkowo!]

Szept pisze...

[Czy to sugestia, że cię uśpiłyśmy? Dużo słońca, chociaż z tego co wiem, już tego nie przeczytasz ]

Nefryt pisze...

Dziewczyny, jak zwykle kawał dobrej roboty :) Początek nieco cięższy, reszta naprawdę dobrze się czyta. Teksty Jaruuta, Dara i Deva świetne. Bardzo mi się podoba postać bezimiennej dziewczynki. Jest taka... niepokojąca. Niby dziecko, niby zachowuje się normalnie, ale te zdania, kiedy ktoś spojrzy w jej oczy... Początkowo myślałam, że ona jest rzeczywiście opętana. Ale skoro nie... Cóż, mam pewną hipotezę ;) Tylko czemu ona się znalazła na pustkowiu? Hm, podejrzane jak dla mnie.

Szept pisze...

[Teksty tej trójeczki też uwielbiam, mam zresztą wrażenie, że pozostali moi w tej części nieco zeszli na dalszy plan - co w moim wykonaniu znaczy, że nie wyszli już tak dobrze, jak Dev. Bo Dar i Jaruut, ukłony dla Darrusowej, genialni. Zresztą, Nenna też była dla mnie sporą zagwostką, jak mi ją współautorka sprezentowała.
Aż jestem ciekawa tej hipotezy odnośnie dziewczynki. Już nie pamiętam, co sama podejrzewałam, ale opętanie też chyba przyszło mi w pierwszym odruchu do głowy.
Dalsza część będzie składana przeze mnie, a ja jestem leniuszek i rozlazły człowieczek, więc może się okazać, że trochę na to poczekasz. Znaczy, ja robię to, na co akurat mam ochotę w chęcią i zapałem, ale jak nie mam, to znajdę dziesięć tysięcy wymówek na swoje usprawiedliwienie.
Podpowiem tylko, że dalej Nenna będzie jeszcze bardziej dziwna. I będą kościste kolanka. Chyba, że oprócz lenistwa i rozlazłego trybu życia mam jeszcze sklerozę]

Nefryt pisze...

[O, czyli z Nenną zbiłaś mnie z tropu ;) Kurczę, na prawdę jestem ciekawa, co będzie dalej. Znacznie bardziej, niż po poprzednich notkach. Rozkręcacie się :D
Szept, znam tą rozlazłość... Mam już 4 strony mojej notki i próbuję się zabrać za ciąg dalszy... I nie wiem, kiedy te wypociny ujrzą światło dzienne.
Dobra. Koniec mojego mędzenia. Kopa w cztery litery i idę pisać :/]

Szept pisze...

[I tak mnie przebijasz pod względem zaparcia. Ja nie potrafię chyba sama pisać notek. Piszę z kimś albo wcale. A jak mam napisać coś sama, to albo nie zaczynam, albo wyjdą mi dwie strony i zamysł na resztę. Na tym koniec :D
No, ale ja tu się za odpisy powinnam wziąć, no i przestać ględzić, bo zaczynam przynudzać.
Dziękujemy za słowa zachęty, postaramy się nie zawieść.]

Prawa autorskie

© Zastrzegamy sobie prawa autorskie do umieszczanych na blogu tekstów, wymyślonego na jego potrzeby świata oraz postaci.
Nie rościmy sobie natomiast praw autorskich do tych artów, które nie są naszego autorstwa.

Szukaj




˅ ^
+ postacie
Rinne Lasair