Przewodnik

Linki-obrazki

Misje
I. Więzi przyjaźni
Spotykasz po latach kogoś, kto dawniej był ci bliski. Wplątuje cię on w jakąś historię, która nie dość, że z czasem się komplikuje, to w dodatku budzi w tobie wątpliwości co do intencji przyjaciela.

II. Linia frontu
Kerończy natarli na Prowincję Demarską. Oblegany jest sam Demar. Jedni ludzie stają do walki, inni uciekają ze spalonej ziemi. Napastnicy, obrońcy i cywile. Po której stronie staniesz?

Opcjonalnie: Udział w buncie niewolników w Wirginii bądź inne miejsca walk.

III. Rekonwalescencja
W nie najlepszej kondycji trafiasz do wioski lub klasztoru. Wydaje ci się, że trafiłeś w dobre ręce i że wkrótce będziesz mógł opuścić to miejsce. Okazuje się jednak, że z pozoru życzliwi i uprzejmi ludzie skrywają przed tobą jakąś tajemnicę.

IV. Zabij bestię
Coś napada, nęka mieszkańców. Zawierasz umowę z wójtem - dostarczysz głowę bestii za określoną cenę. Okazuje się jednak, że stworzenie nie działa bez powodu - jest w jakiś sposób prowokowane przez mieszkańców.

Opcjonalnie: Bestia jest wrażliwa na hałas z karczmy albo ludzie naruszyli w jakiś sposób jej rewir (weszli na jej teren, zajęli leże ze względu na drogie surowce itp.)

V. Nielegalne walki
Dochodzą cię słuchy o nielegalnych walkach prowadzonych w okolicy. Położysz im kres czy może postanowisz wziąć w nich udział dla własnego zysku? Pieniądze nie leżą na ulicy.

VI. Zlecone zabójstwo
Dochodzi do zamachu, w wyniku którego ginie ktoś ważny. Podejmujesz się odnalezienia zabójcy – albo jego zleceniodawcy. Od ciebie zależy, czy dojdzie do aresztowania winnych, czy pomożesz im uniknąć kary.

VII. Egzekucja
W mieście lub wiosce szykuje się egzekucja. Znasz sprawcę albo sam doprowadziłeś do jego schwytania. Realizacja wyroku coraz bliżej.

Opcjonalnie: Z czasem nabierasz wątpliwości, czy skazaniec faktycznie jest winny i chcesz go uwolnić lub dochodzą cię pogłoski, że ktoś może chcieć uwolnić kryminalistę.

zamknij
Dodaj do WTP Spis kodów
Spis opowiadań
Kiedyś przyjdzie mi za to wszystko zapłacić... Weselicho, czyli tańcz, jedz i chędoż za darmochę! Oszukać czas. Oszukać przeznaczenie. Oszukać... siebie. Baśń o wolności: Preludium Świątynia Ażubora (1) Wszystkiego krówkowego! (okolicznościowa, krótkie opowiadanie "Motyw przewodni - Prezent". Ta dam, pamiętaliśmy! I - Wezwanie pomocy: alchemio, przybywaj! Gdy demon odzyskuje człowieczeństwo, przypomina sobie jak być człowiekiem. Nikt nie zna prawdziwego bólu do czasu aż nie straci kogoś bliskiego sercu. Niedopowiedziane historie Wendigo i Driada Szczurzy dzień (autor: Szept, Silva) Domek, zupa, sukkub i historia (autor: Elias) Sen i niespodzianki (autor: Elias) Boląca strata i niepokojący gość! (autor: Elias) Cienie i nowy przyjaciel (autor: Elias) Kruki (autor: Elias) Cienie i Starsze Dusze (autor: Elias) Zawsze jest kolejna tajemnica (autor: Silva) Zło Kor'hu Dull (autor: Elias) Złodziej Twarzy i Koszmar (autor: Elias) Królewiec (autor: Elias) Przed świtem (autor: Nefryt) Król Żebraków i nowe drzwi (autor: Elias) Akceptacja (autor: Elias) Nostalgia (autor: Nefryt) Nowa droga i niespodziewane wyznanie? (autor: Elias) Biały i zielony daje czerwony! (autor: Elias) Nowe wyzwania w nowym życiu (autor: Elias) Krąg tajemnic (autor: Elias) Jack (autor: Elias) Czasami to mrok daje najwięcej światła (autor: Elias) Trzy sceny o szpiegowaniu (autor: Nefryt) Morze bólu. Promyk nadziei ... (autor: Elias) Nie ma sensu szukać guza. Chyba, że jest się najemnikiem (autor: Silva) Sól (autor: Aed) Dyjanna Muirne: Miecz może być dowodem wszystkiego (autor: Zorana) Opus Magnum I (autor: Iskra) Uszatek i Kwiatek na tropie przygody: Przypadłość parszywej gospody (autor: Paeonia i Szept) Gdy gasną świece (autor: Zombbiszon) ... Najjaśniej płoną gwiazdy nadziei. (autor: Zombbiszon) Elias cz. 1 (autor: Zombbiszon) Elias cz. 2 (autor: Zombbiszon) Historia (autor: Zombbiszon)
zamknij

Chat

[Uwaga, w tekście pojawiają się wulgaryzmy.]


   Droga na wybrzeże nie była łatwa. Sroga zima nie pozwalała jeźdźcom na jazdę dłużej, niż kilka godzin, a i to czasami się nie udawało. Śnieg, wiatr, zamiecie i zaspy – boczne drogi i skróty były nieprzejezdne, główne szlaki nosiły tylko ślady po kołach i kopytach, które zasypywał wiatr. W karczmach się nie pokazywali, odkąd jakiś nadgorliwy właściciel, nie wezwał straży do dziwnie i podejrzanie wyglądających obcych. Nie wszędzie mile widziano wilki i olbrzyma, o elfach nie wspominając. Dziwna to była kompania i dziwnie na nią patrzono. Do jednej wioski w ogóle ich nie wpuszczono, a zbieranina chłopów z pochodniami skutecznie wyjaśniła, że lepiej wybrać dłuższą drogę.
   Ivelios był zmartwiony. Dłuższa droga wiodła przez górskie przełęcze – nie były to wysokie góry, ale zimą stawały się równie niebezpieczne. Szlak stawał się coraz trudniejszy. Zamieć nie ustępowała. Dwa wilki szły z przodu, konie w środku, a pochód zamykał olbrzym. Sowiooki powinien zarządzić postój, aby przeczekać wichurę, ale szedł jeszcze krok, jeszcze jeden, kolejny…
Szept z niepokojem obejrzała się na skuloną w siodle, szczelnie opatuloną futrami i dziwnie milczącą Heianę. Uzdrowicielka była przyzwyczajona do lasów, do Teruków, lecz nie do długotrwałej podróży, zwłaszcza w takich warunkach. I tak radziła sobie nadspodziewanie dobrze, nie skarżyła się, nie narzekała. Wciąż zaniepokojone spojrzenie Szept powędrowało do przodu, w stronę piętrzących się przed nimi gór. Przemarznięty, wyczerpany Corvus siedział w jej objęciach. Ptak przegrał z przeciwnym wiatrem, zbyt wyczerpany, by elfka ryzykowała jego zdrowiem.
   – Przełęcz może być nieprzejezdna – stwierdziła cicho, tak cicho, że tylko jadący obok Ivelios mógł ją usłyszeć. Tego też najbardziej obawiał się Ivelios. Nie było innej drogi. Albo pokonają górę, albo będą musieli zawrócić i zmierzyć się z mieszkańcami wioski, przez którą prowadziła jedyna przeprawa na drugą stronę. Dodatkowo, prowiant im się kończył, a nic nie wróżyło zmian mieszkańców w stosunku do nich. Jeśli znów ich nie wpuszczą, będą musieli zacząć oszczędzać żywność. To zaś wiązało się ze spadkiem sił… albo opóźnieniami w drodze. Szczególnie na to ostatnie nie mogli sobie pozwolić.
   – Zatrzymajcie się! – huknął olbrzym mocnym głosem, zwracając na siebie uwagę. Kapiąca z nosa woda zamarzła mu nad wargą, a szron pokrył ramiona. Chyba tylko jemu nie trudno było brnąć przez śnieg. Jadący przed nim Jasha gdzieś zniknął; kiedy śnieg przestał wiać, można było zobaczyć, jak wygramala się z zaspy, trzęsąc się jak osika. – Nie damy rady. Przeczekajmy.
   Corvo zakaszlał. Nie było go widać spod kaptura i fałd płaszcza; miał na sobie nawet koc, ale i tak telepał się jak chory; nie narzekał, Borówka siedząca przed nim przyjmowała wiatr na siebie. Czerwone policzka szczypały ją od mrozu, a włosy zamarzły.
   Lofar w ogóle się nie odzywał. Zamarzł chyba na śmierć na małym kucyku.
   Wróciły wilki, wytargane przez wiatr. Widoczność spadła niemal do zera.
   – Iveliosie!
   Jaruut miał rację. Jednak… Iveliosowi trudno było podjąć taką decyzję. Pchała go do przodu troska i zapomniał o wszystkim innym.
  – Ivelios–elda! – krzyknęła Szept, przechylając się i zgoła bezceremonialnie potrząsając za ramię starszego elfa, co by go wyrwać z zamyślenia. Rozumiała troski Sowiookiego, wszak gdzieś tam był Darrus i potrzebował ich pomocy, im szybciej tym lepiej. Lecz wyglądało na to, że pogoda z nimi wygrała, zdradziecka i okrutna pani, kapryśna i złośliwa. – Musimy się schronić przed wiatrem! – krzyknęła, usiłując przekrzyczeć wycie tego ostatniego. Dziwnie złowrogie, dziwnie złowieszcze. – Rozpalić ogień, inaczej zamarzniemy…
   – Nie! – Szpet spodziewała się protestu ze strony Iveliosa. Ale nie ze strony Heiany. Ta szturchnęła boki swego konika, zmuszając go do uczynienia kilku kroków na przód. – Muuusiiimy jeechaćć ddalej – odezwała się uzdrowicielka, szczękając zębami, zziębnięta niemal na kość. Jej zmęczony wierzchowiec opuścił łeb ku ziemi. Para buchała z jego chrap, unosiła się z całego ciała.
   – Konie nie dają rady…
  – Ddddarus … musimy się śpieszyć. Nnie mmożemy zwlekać. Nie niepottrzebnnie – każdemu słowu towarzyszyło szczękanie zębów. Policzki elfki były mocno zaczerwienione, całe ciało zdawało jej się sztywne, nie tylko od jazdy w jednej pozycji, lecz i od mrozu. Napastliwy wiatr znów uderzył w jej twarz, niosąc uniesiony z ziemi biały puch.
   – Martwi mu nie pomożemy – Szept była niemal bezlitosna. Ale to chyba wstrząsnęło Heianą, uświadamiając jej grozę położenia, w jakim się znaleźli. – Wisielec, musimy znaleźć jakąś osłonę od wiatru… – Szept poszukała pomocy u pozostałych, mając nadzieję na więcej rozsądku z ich strony. I się doczekała.
   Październikowe Dziecko się wkurzyło. Olbrzym nie miał zamiaru dłużej odmrażać sobie jaj. Pierdolił takie wyprawy. A mówił, żeby tę małą wioskę rozpieprzyć i po zgliszczach przejść, ale nie… To nie ludzkie, to okrutne… To teraz mają! – Z drogi, nieogarnięte człeczyny! – Przepchawszy się do przodu, Jaruut ocenił sytuację. Ścieżka była szeroka – dobrze. Z jednej strony ściana, wapienna, krucha – dobrze. – Odsunąć się! – krzyknął i kiedy jeszcze nie wszyscy zdołali się cofnąć, Jaruut pierdolnął pięściami w ścianę; góra zadrżała, ziemia podskoczyła, posypały się odłamki miękkiego wapnia. – Zagłębienie gotowe. I jak jakiś skurwysyn chce iść dalej, to po moi trupie! – olbrzym nie żartował.
   – To mogło wywołać lawinę! – skarciła go ostro Szept, choć powinna się była cieszyć. Oto mieli, bez zbędnego szukania i włóczenia się po okolicy gotową kryjówkę, do tego osłoniętą od wiatru i niesionego przez niego śniegu. Ale elfka była nieprzejednana. Jakby ich zasypały zwały leżącego w górach śniegu, to by im i ogień nie pomógł. Ktoś mógłby nie przeżyć, kogoś by mogli nie znaleźć, albo, co gorsza, poniosłoby go w dół, zrzucając ze zbocza…
   – Ale nnnie wywołało – Heiana ześlizgnęła się z końskiego grzbietu. Nawet nie miała sił kichać, co wymownie świadczyło o jej stanie. Trzęsła się jak osika, zziębnięta i głodna. Ale kłócić się i sprzeciwiać i tak musiała.
   – Mogło. To było zaledwie szczęście – Szept nadal nie zmieniła zdania. To było pochopne, nierozsądne. Nie można być pochopnym. Czarodziej tak nie postępuje. Szczęście, owszem mieli. Lecz szczęście, kapryśna to pani, która raz błogosławi, innym razem odwraca się plecami i odchodzi, pozostawiając swych niedawnych wybrańców na pastwę nieszczęść.
   – Elfka się nie piekli. Elfka ma osłonę, chwilę wytchnienia, niech do kroćset korzysta. Nie będzie elf uczył olbrzyma o górach – Październikowe Dziecko wymierzyło brudnego palucha w Szept i pogroziło jej. Poza tym, on tu robił za zasłonę od wiatru, niech nie marudzi, bo sobie pójdzie.
   Borówka nie chciała czekać. Rozkazała swojemu ogierowi przysiąść za kupą kamieni, a sama wygrzebała z juków koce i chrust z krzesiwkiem. Inni poszli za jej przykładem. W podróżnych workach każdy miał co innego, ale po chwili krzątaniny płonął już ogień, ciężko i opornie, co chwila przygaszany. Opatuleni kocami, zasłonięci od wiatru olbrzymem, musieli przeczekać kaprysy pogody. Tylko Ivelios obok Jaruuta, wpatrując się w zamieć, zupełnie tak, jakby próbował ją rozwiać.
Nawet płonący ogień nie rozproszył czarnych myśli Szept. Posiłek, niezbyt suty, ciepło kapryśnych płomieni… hulający wśród gór wiatr… wszystko to nie nastrajało zbyt pomyślnie. W końcu, gdy ognisko znów zgasło, Szept nie wytrzymała. Pochyliła się, laską dotknęła mokrych drewien.
   – Naar cam – z laski strzeliły dziwne, zielonkawe płomienie. Te jednak, wywodząc się z magii, nie miały tak łatwo zgasnąć. Zmęczona zaś elfka potoczyła wzrokiem po twarzach towarzyszy. Heiana już spała, zmożona podróżą. A to był dopiero początek. A że magiczka uchodziła za kogoś, kto ma rękę do zwierząt, nie mogła pozwolić tym ostatnim zbyt marznąć. Poszła do koni, okrywając je jeszcze derkami, zmartwiona, czy zwierzęta będą w stanie donieść ich do wybrzeża. Podróż była już i tak trudna i wyczerpująca, utrata zaś koni uczyniłaby ją jeszcze gorszą.
   Kiedy już opatrzyła wszystkie wierzchowce, upewniając się, że nic im nie brakuje (a przy tej okazji przemarzła do szpiku), wróciła do pozostałych. Wcisnęła się tuż obok drzemiącej Heiany, opatuliła futrami i zwinęła nieomal w kulkę, chcąc zatrzymać jak najwięcej ciepła. Lecz pomimo zmęczenia drogą sen nie chciał do niej nadejść. Wiatr hulał między szczytami, zawieja trwała w najlepsze, a myśli elfki szalały z niepokoju równego chyba temu, który odczuwał w tej chwili Ivelios.
   – Masz dzieciaku, wypij – Borówka niewiele starsza od Corvo, poczuła obowiązek dbania o niego, bo przecież młodszy jest, słabszy i to jeszcze dzieciak. Wciąż była naiwną dziewczynką i czasami zapominała, że świat nie jest taki, jak w dziecięcych marzeniach.
   – To... to... – Jasha próbował od dobrej chwili odmówić krasnoludowi poczęstunku jego pitnym miodem. Lofar groził, że się obrazi, że to niegodne i tak nie można i w końcu wcisnął w kaznodzieję kolejny bukłaczek na rozgrzewkę, samemu co chwila pociągając z gwinta.

   Dopiero nad ranem wiatr odrobinę ustał, a temperatura wzrosła o kilka stopni. Śnieg wciąż zgrzytał przy każdym kroku, lecz wyglądało na to, że lepszej pogody nie mieli się doczekać. Za to na niebie pojawiło się, nieco lękliwe i dawno niewidziane słońce.
   – Heiana… – Szept lekko szturchnęła śpiącą obok elfkę. – Wstawaj… – najwyraźniej Szept stwierdziła, że najwyższy czas ruszać dalej. W końcu, gdzieś tam był Brzeszczot. I może akurat w tej chwili potrzebował ich pomocy.
   Jaruut przysnął sobie, a za jego plecami utworzyła się całkiem ładna zaspa, sięgająca ponad jego głowę. Albo zamarzł i dlatego się nie ruszał. Cała reszta jeszcze spała. Tylko Ivelios krzątał się przy koniach, karmiąc je i pojąc wodą z roztopionego śniegu. Nie spał dużo, nie mógł zasnąć, a troski, których wcześniej nie znał, męczyły go także we śnie.
   Lofar i Jasha drzemali w objęciach, przytuleni z czerwonymi nosami i pustymi bukłaczkami wokół siebie. Nakryci kocem przez kogoś mądrego, pochrapywali i chyba za nic nie chcieli wstać.
Szamanki i wilkołaka nigdzie nie było. Nawet ślady łap, zasypane przez śnieg nie pozwalały stwierdzić, dokąd się udali. Ale znając Silvę, najpewniej sprawdzali drogę.
   – Myślisz, że go znajdziemy? – Corvo uniósł głowę znad koców; rozczochrany, zziębnięty, ani myślał, aby ruszać się spod nich.
   – Przestań krakać. To przynosi pecha – Borówka od dłuższej chwili krzątała się przy ognisku; w bractwie nocy nauczono ją, jak sobie radzić i ani zima ani wiatr nie były jej straszne. Bała się trochę olbrzyma i krasnoluda, ale starała się to od siebie odrzucać.
   – Minął już tydzień i…
   – Przestań natychmiast! – syknęła całkiem już zła, odwracając się do niego plecami. Corvo wzruszył tylko ramionami i schował się pod kocem.
   – Znajdziemy go. Ale musimy już ruszać, na bogów! – zirytowała się magiczka. – Heiana! – Poszukała pomocy u swojej kuzynki. – Ivelios–elda? – Z nadzieją, że zbierze całe to mieszane towarzystwo, spojrzała na starszego odeń elfa. W końcu, to on miał tutaj dowodzić. Ona się tylko tymczasowo wtrąciła. Bardzo tymczasowo. Zdecydowanym ruchem ściągnęła koc z Heiany. Tak dla przykładu. Ale zadziałało i kuzynka zaraz poderwała się na nogi.
   – Rozum ci odebrało! – wyraziła swe oburzenie, rozbudzona przez przenikliwe zimno.
   – Nie wrzeszcz. Lawina zejdzie – odparła niewzruszona Szept i łypnęła na pozostałych. – Hei, weź zrób jakieś śniadanie naprędce. Możesz nawet mięso, to ich postawi na nogi… poprawka, musisz a nie możesz. – Takie ostrzeżenie, bo inaczej by im jeszcze zaserwowała warzywa. Bo Szept szła o zakład, że tylko taki prowiant mogli znaleźć w jukach uzdrowicielki.
   – Zczłowieczyłaś się – Heiana nie była zbyt zadowolona, ale posłusznie wzięła się do roboty. Wolała to niż bezczynność. Bezczynność i myśli…, co będzie, jeśli nie zdążą? Co będzie, jeśli już jest za późno? I ani pomyślała, że dokładnie ten sam powód nagli Szept do wiercenia się po obozie, krzątania, jakby jakieś robale miała.
   Ci, którzy jeszcze spali, byli w mało przyjemny sposób budzeni przez Iveliosa; stary elf nie miał zamiaru zwlekać, chciał iść do przodu i pewnie gdyby nie sugestie Borówki, nawet nic by nie przekąsił przed wymarszem.
   Gorzej było z Lofarem i Jashą. Niemrawi, nadal śpiący, ani myśleli wstać, chociaż od dłuższej chwili młody Corvo wykładał im, że to się nie godzi, że trzeba ruszać, a nie drzemać. Oni mieli go gdzieś.
Jaruut uniósł powiekę, sprawdzając, co to za apetyczny zapach unosi się w powietrzu. Trochę przymarzł i dlatego nie wstawał, ale nieśmiałe promienie słońca coraz bardziej mu się podobały.
Wróciły też wilki. Wisielec, większy, masywniejszy o czarnej sierści, zwinął się w kłębek przy niegasnącym ogniu magicznym. Szamanka nie mogąc długo przebywać w ciele totemicznego zwierzęcia, znów była sobą.
   – Nocą zeszła lawina. Trzeba będzie się przekopać.
To nie były dobre wieści.
   – Lawina… – wychodziło na to, że mieli szczęście. I chociaż dla takiej Heiany promienie słońca wlewały otuchę w serce i zachęcały do marszu, Szept wolałaby mróz. Lepiej się maszerowało po ubitym trakcie, poza tym, topniejące masy śniegu groziły zejściem kolejnej lawiny… a dowody właśnie otrzymali w postaci słów szamanki. Lecz nie było co płakać…
   – Niedobrze… Przyjrzę się temu – mamrotała, bardziej do siebie. – Zwińcie obóz, zapakujcie wszystko na konie… ruszymy tak czy inaczej. – W najgorszym przypadku wybiorą okrężną drogę, ale na przód pójdą. Szept była zdeterminowana. I wtedy spojrzenie elfki padło na Jaruuta. – Mówisz przekopać… a przebić? Jeśli śnieg nie jest zbyt twardy… a ktoś o … ekhem… potężnych gabarytach szedłby jako pierwszy, torując drogę dla reszty…
   – Czy mówiąc o potężnych gabarytach masz na myśli gruby? – Heiana nie do końca zrozumiała spojrzenie Szept. – Ja na pewno nie jestem gruba… może małostkowa, ale nie gruba. Elfy mogą przejść po śniegu, ale nie wyobrażam sobie, jak pójdą za nami konie i reszta. A już zwłaszcza olb…rzym – zająknęła się uzdrowicielka, która właśnie pojęła zamiar Szept. Coś w tym było, musiała przyznać, kręcąc głową.
   Szept nie była wredna. Ona była szalona.
   – Czy nazwałaś mnie, elfeczko, kimś grubym? – Październikowe Dziecko drgnęło; strzeliły zmarznięte przez noc ubrania, kiedy olbrzym się podnosił, trzasnęły odrywane od śniegu i ziemi buciory, a cień Jaruuta przysłonił słońce. – Chcąc zrobić ze mnie żywego tarana?
   Ledwie Jaruut się podniósł, Heiana znalazła się przy Szept, szarpiąc ją za rękaw.
   – Powiedz mu, że przepraszasz, że nie to miałaś na myśli… Szept, na bogów… – Heiana, nieco jak Borówka, z podejrzliwością spoglądała na olbrzyma. Z podejrzliwością, ale i dozą strachu. Wszak jednym ruchem mógł zrobić z nich miazgę. A ona słyszała, że olbrzymy bywają porywcze, a ich gniew… nie, Heiana nie chciała go doświadczyć, ani pozwolić, żeby Szept go doświadczyła. Szkoda, że jej kuzynka nie patrzyła na to z tej samej strony.
   – Jaruut… – Jasha zadziwiająco szybko zerwał się na równe nogi, sycząc i klnąc jak szewc, a nie jak kaznodzieja, stając przed olbrzymem. I już myślał nad dobrymi argumentami, aby ugasić wielki gniew, lawiną nadciągający, próbując się skupić i ból głowy pokonać, kiedy Jaruut się roześmiał, aż z góry spadł śnieg.
   – Jak za pięć minut nie będziecie gotowi, idę sam, a wy zostaniecie z tyłu – olbrzym odwrócił się i tak, by nikt tego nie zobaczył, mrugnął do Iveliosa; widać stary elf znalazł sobie potężnego sojusznika. Jaruut przeciągnął się, rozciągnął i rozejrzał po okolicy, chcąc sprawdzić śnieg.
   – Elfeczka dokładnie tak cię nazwała – burknęła pod nosem, już do pleców olbrzyma. Szept czasami mogłaby się ugryźć w język, zamiast mieć to swoje ostatnie słowo. Zwłaszcza, jeśli się rozmawiało z olbrzymem. – Słyszeliście, mamy się pośpieszyć. – I już była przy koniach, już prowadziła Zahira w górę, w stronę zasypanej nocą przełęczy, czy też raczej wypada powiedzieć, że koń postępował za nią. Była też na tyle uprzejma, że poprowadziła wierzchowca kuzynki, żeby ta zbyt blisko niego nie musiała postępować. Znów by kichała ile wlezie.
   – Myślisz, że to dobry pomysł? – szamanka nie była przekonana, ale ufała Szept i to pozwoliło jej być spokojną. Czas ich gonił, a sytuacja wymagała wyjątkowych środków.
   – Szkoda, że Masz nie mógł… – Corvo oberwał w głowę od Borówki. – No co? Wiem, że nie mógł. Mówię tylko, co by było gdyby jednak!
   – Masz nie może, więc nie zastanawiaj się jak dewotka, co by było, gdyby mógł! Pakuj się! – Borówka spakowana była już dawno. Ot nauki wpojone przez Bractwo nie poszły w las.
   – Konie mogą przeszkadzać…
   – Cicho bądź!
Tylko Lofar smacznie sobie spał dalej.
   – Ale krasnolud… on śpi… – pożaliła się Heiana do pleców odchodzącej magiczki. Nawet nie wiedziała, jaki okrutny los sobie zgotowała i co uczyniła.
   Idąca za nią Borówka westchnęła i kręcąc głową, minęła elfkę, nawet nie chcąc tego oglądać. Bogowie, miejcie litość dla nieświadomych.
   – Gdy ktoś się o mnie troszczy, przybywam! – Lofar wyskoczył przed uzdrowicielkę, jak przysłowiowy zając z krzaków, wypinając dumnie pierś, nawet się nie chwiejąc na krótkich nóżkach. Tylko rumiane policzka zdradzały, że uraczył się przez noc swoim miodem. – Naprawdę się o mnie martwiłaś? – Kiedy nie było Brzeszczota, nie miał kto pohamować rozbrykanego krasnoluda, a rozochocony, czasami się zapominał. – Podróżuję już tylko z tobą! – i szedł krok w krok za Heianą, jak cień. Biedna elfka.
   Pomimo ochoty krasnoluda i towarzystwa, Heiana wciąż nie zdawała sobie sprawy z tego, w co się wpakowała. Jeszcze, pogarszając swoją sytuację, skinęła głową. Tak, owszem, martwiła się. No, bo przecież śpiącego tutaj nie mogli go zostawić, zamarzłby jeszcze, albo co gorszego.
   – Dla Brzeszczota – poprawiła krasnoluda. Ona akurat tu nie miała nic do gadania. Pod tym względem podzielała zdanie Szept. Ochoczo ruszyła w ślad za resztą kompanii, po ładnie odśnieżonej przez Jaruuta drodze. – To jednak był dobry pomysł – przyznała sama sobie.
   Jaruut zatrzymał się przed zawaliskiem śniegu. I on miał to poruszyć? Niewolnicza praca. Dźgnął palcem śnieg, a kupa białego puchu spadła na stojącego obok kaznodzieję. Olbrzym się uśmiechnął. Jasha jakoś nie miał ochoty.
   Szept nie podobał się ośnieżony kaznodzieja, ale uznała, że akurat JEGO pouczać nie będzie o traktowaniu bliźnich. Chociaż… Nie, jeszcze się obrazi, nie odśnieży im drogi i będą musieli wybrać okrężną. Nie, tym razem żadnych uwag.

   Jaruut robił co mógł, aby idący za nim towarzysze mieli lżej, niż on sam. Był wielki, wrednym olbrzymem, ale idący za nim krok w krok Jasha, poznał go nieco lepiej. Dziwna to była para, nieplanowana, osobliwa, ale niech tylko ktoś spróbuje jednego skrzywdzić, drugi rzuciłby się na niego nawet z pięściami.
   – Czy te góry kiedyś się skończą?
   Borówka pełna była obaw, chociaż zachowywała kamienną twarz, jak w bractwie; pogoda im nie sprzyjała, z gór schodziła mgła, wszędzie kręciły się lodowe dzieci, a Dar był daleko.
   – Nie są to wysokie pasma, choć to jedne z najstarszych gór w Keronii – odezwała się Szept, znów biorąc pytanie aż nazbyt poważnie. – Góry Mgieł są wyższe, a i trudniejsze do przebycia, zwłaszcza zimową porą.
   – Szept, to nie pora na lekcje. Nie musisz ich teraz geografii uczyć – Heiana kichnęła donośnie, kaszlnęła, skuliła się, kryjąc w płaszczu. A że w tej chwili zaczepił ją Lofar, to i uwaga uzdrowicielki skierowała się na krasnoluda.
   – A czy, skoro się o mnie martwisz, mógłbym spać obok ciebie? – Lofar korzystał z okazji; skoro uzdrowicielka była miła, może się nabierze. Ten, kto znał krasnoluda, powinien uzdrowicielkę ostrzec.
   – Wiesz, boję się przebywając na powierzchni... I czuję się samotny.
   – Szept mówiła, że masz gospodę w Królewcu. Nie jesteś poddanym Ymira, Dolnego Króla, tyś krasnolud powierzchniowy – Heiana, może nie była w pełni uświadomiona, ale na pewno do głupich nie należała. Nawet jeśli ostrzeżenie Szept odnośnie Lofara włożyła raczej między bajki i droczenie się kuzynki. – Jak się masz bać powierzchni? Poza tym, jam uzdrowicielka, nie wojownik żaden. Jak opieki szukasz, olbrzyma o pomoc proś. Albo Szept – jej kuzynka powinna czuć się doceniona, że Heiana jej siłę zaraz po olbrzymowej stawia.
   – Ukrywam swój strach! – Lofar był jak chorągiewka na wietrze; obracał się tam, gdzie lepiej zawiało i na wszystko miał gotową odpowiedzieć, a improwizacja powinna być jego drugim imieniem, albo kochanką. – Wyrzucono mnie z podziemnego domu. Wyrwano z łona kamiennej matki! Nikt już się nie liczy z uczuciami krasnoludów... – bogowie, widzicie, a nie grzmicie.
   – Jakiś ty dzielny i odważny, tak swój strach ukrywać przed wszystkimi i pomimo jego na pomoc przyjacielowi ruszyć – stwierdziła uzdrowicielka i trudno powiedzieć, czy mówiła na poważnie, czy też z krasnoluda sobie drwiła. – Wygnania współczuję, biedaku ty jeden, porzucony, niechciany. Lecz wciąż podtrzymuję, że jeśli ochrony szukasz… – urwała, łapiąc oddech. Marsz przez zaspy, nawet jeśli częściowo rozgarnięte przez Jaruuta, wciąż wymagał pewnego wysiłku. – Jeśli ochrony szukasz, polecam olbrzyma. Temu to nikt nie podskoczy. Nawet Szept mu uwagi nie zwraca, a ręczę, że gdyby to był ktoś mniejszych gabarytów… ah, mniejsza o to. Dawno cię wygnano?
   – Lofar, nie pal cholewek!    
   Krasnolud pogroził Październikowemu Dziecku pięścią, wypiął dumnie pierś i zakrzyknął: – Lofar Rozkoszny, ty bucu, debilu jeden! – było to już charakterystyczne powiedzonko krasnoluda, zastrzeżone tylko dla niego, przylgnęło do niego niczym rzep i nie dawało się zapomnieć. – Zero szacunku… – mruknął już pod nosem, podciągając przez płaszcz spodenki, ocierając pot z czoła; zmachał się, cholercia, tą drogą, a nic nie wskazywało na to, że cokolwiek ma się poprawić. Może, jak ładnie poprosi, ktoś go weźmie na ramiona? Szybko spojrzał na olbrzyma, potem na elfkę i dzieciaka od mamuta i zaklął pod nosem: nikogo godnego, aby nieść jego szlachetną osobę. – Wygnano? W sumie, na bogów, wcale. Powiedziałem, wygnano? Coś mi miód język plącze…
   – Ty ciołku kociołku!
   Borówka trzasnęła Corvo po głowie. Chłopak najwyraźniej czymś zawinił. Dziewczyna, czerwona niczym burak po same uszy, wyprzedziła dzieciaka i pomogła prowadzić konie. Corvo wyglądał tak, jakby coś bardzo go uradowało, chociaż nie powinno. Taka minka szelmowskiego niewiniątka.
   – Heiana, on ma niecne zamiary!

   Jaruut szedł przed siebie. Borówka co chwila upominała młodego Corvo, żeby tak nie krakał; kiedy zaś przestał zapeszać i na wszystko patrzeć z ciemnej strony, zaczął przyglądać się olbrzymowi. Uporczywie, aż go sam Jaruut kilka razy upomniał. O wiele skuteczniejsze okazały się jednak podszczypywania Borówki, co by olbrzyma nie rozpraszał i dał mu spokój.
   Jasha za to zainteresował się dzieciakiem. Spytał nawet raz, czy dwa swojego przyjaciela, czy aby ten młodzik mu kogoś nie przypominał. Październikowe Dziecko zbywało go machnięciem ręki, za każdym razem dorzucając, że jak chce, to da kaznodziei przebijać się przez śnieg, może jego bogowie mu pomogą, a jak nie, to morda w buty i niech siedzi cicho.
   W złą godzinę chyba powiedziała uzdrowicielka, że Szept olbrzyma nie gani. Bo wiele znieść elfka mogła, lecz nie bogów obrazę, nawet jeśli nie o jej wiarę szło, a o Jashę. Elfka się zjeżyła, nieżyczliwie na olbrzyma spojrzała… rzuciła okiem na góry i drogę przed nimi. Jeszcze kawałek, kawałeczek… Ale … On nie pojmował? Bogowie wcale nie byli od tego, by przeszkody z drogi zrzucać i za swych wyznawców życie przebywać. Niech no… Ale nie. Będzie milczeć. Jeszcze.
   Jaruut z ukosa na magiczkę spojrzał, rozbawiony, ale zaraz też wziął się do roboty, po krótkim odpoczynku. Cóż, elfce mogło się nie podobać jego podejście do bogów, ale olbrzymy już tak miały. Nie wierzyły w nic niematerialnego, transcendentnego. Bóstwo, które siedzi ukryte przed wzrokiem wiernych, czy w niebie, czy na ziemi, czy pod nią, było dla olbrzymów czymś mało logicznym, a wręcz głupim. Olbrzymy wierzyły w siebie, w swoją pracę, w swoich przywódców.
   Watażka Jaruut w końcu się odezwał. – Przyjdź, zapraszam do Ka’Tun, poznasz nas stosunek do bóstw. A jak wyjdziesz, przestaniesz pierdzielić o ulotnych wróżkach.
   – Jeszcze tego nie było – burknęła Heiana, podsumowując zaproszenie magiczki przez olbrzyma. Wredne toto było, złośliwe, odgryźć się musiało, zganić i swoją wiedzą popisać… i co za karę? Za karę ją się do olbrzymów zaprasza! Normalnie, ona, Heiana też tak chciała. A póki co miała krasnoluda, przed którym Szept go przestrzegała, a który ma tu niecne zamiary (podobno), do tego „pali cholewki”… nie mówiło się przypadkiem smali?
   – Język, panie Lofar – jak on miał się do niej, do elfki… Niemożliwe. Przecież on jest… no, bogowie, on jest za mały! – Język się szanuje, a nie tak go kaleczy – ale olbrzymowi już tej uwagi nie zwróciła. Nie drażnij olbrzyma, który ci drogę przeciera, bo sam w szczerym śniegu zostaniesz… Po pas. – No to w końcu, jak cię nie wygnano, to czemu opuściłeś Dolne Królestwo? Sam, z własnej woli?
   – Język to powinno się wsa... – krasnolud wstrzymał się od powodzenia, do czego tak naprawdę język powinien służyć. Jak dobrze pójdzie, to on jej to pokaże aż za dobrze, o tak. Lofar aż się szerzej uśmiechnął. – Karczmy i krasnoludzie miody o wiele lepiej się sprzedają tutaj, niż u nas – i to jedno zdanie mówiło wszystko o Lofarze Rozkosznym, władcy patelni. Cóż, gdyby był tu Brzeszczot albo chociaż Maltorn, to już by się wszyscy dowiedzieli całej prawdy, kryjącej się za tymi słowami. Naprawdę CAŁEJ.
   Szept nie miała tylu oporów co Heiana. Łypnęła na olbrzyma, nieco zbyt pewna siebie.
   – Przyjdę. Dzięki za zaproszenie do waszej siedziby. Lecz nie obrażaj mej wiary w bogów, bo cokolwiek powiecie, nie zmieni mojej o nich myśli. Odrobinę szacunku dla wierzeń innych, nawet jeśli ci się to nie podoba. Nie musi. Nikt tego nie mówi, nie robi dla ciebie, Jaruut.
   – No, chyba jego nie będziesz poucz…ać – Heiana spóźniła się z ostrzeżeniem.
Olbrzymy paliły cholewki i lepiej nie pytać, skąd i dlaczego wzięło się takie, a nie inne powiedzonko. Dla własnego, psychicznego bezpieczeństwa.
   – Pani magiczko, ja bym...! – Jasha spóźnił się odrobinę. Sekundę, może dwie. Olbrzym był szybszy niż ostrzeżenie kaznodziei, który już zdążył poznać swojego przyjaciela na tyle, że wiedział kiedy nadciągają kłopoty. Jasha musiał poćwiczyć refleks.
   Jaruut się zatrzymał. Koniec tego torowania drogi. Odwrócił się, złapał Szept za kaptur płaszcza, jak lekką lalkę, podniósł i potrząsnął nią, większej szkody nie czyniąc, poza drobnymi zadrapaniami dumy.
   – Elfeczko, chcesz, to wyślę cię, abyś sprawdziła śnieg. Trzy stopy pod nim. – Olbrzymy były wojownicze. Drażliwe, były jak rozpędzony koń, jak burza. Watażkowie także, ale jako wodzowie wiedzieli, kiedy i jak mogą sobie pozwolić na ukazanie swojej złości. – Każ olbrzymom szanować dupska bogów, a ząb będzie najmniejszym uszczerbkiem na twoim zdrowiu – Jaruut nie groził, on stwierdzał fakty.
   Heiana jęknęła, ignorując słowa Lofara, wpatrzona w olbrzyma i Szept. W ten sposób mogła zachować się tylko jej kuzynka. I czy zamierzała przepraszać, cofać swoje słowa? Oczywiście, że nie. Niech ją… bogowie trzasną. Uzdrowicielka wzrokiem poszukała kaznodziei, szukając u niego pomocy, samym spojrzeniem ostrzegając, że to się dobrze nie skończy.
   – Możesz spróbować, olbrzymie – odpowiedziała spokojnie, jakby siedzieli sobie w karczmie, za stołem i Lofarowy miodek popijali pospołu. – I ja nie każę olbrzymom, jak to ładnie ująłeś, szanować dupska bogów. Ja tobie każę szanować moje dupsko, czy też wyrażając się ładniej, poglądy. Czy ja twoich ludzi nazywam bezmózgimi osiłkami, silnymi tylko w pięści? Czy nazywam obdarciuchami, rozumiejącymi tylko przekleństwa i bitkę? Więc z łaski swojej, panie watażko, nie mów mi, jak mam postępować ani nie obrażaj tego, co dla mnie ważne. I…
   – Do jasnej cholery! – Heiana nie wytrzymała. – Postaw ją w tej chwili, a ty Niraneth, weź siedź cicho! Szlag by to i wasze spory, trafił. Mamy ratować Brzeszczota, jak najszybciej, a nie w spory się wdawać i pyskówki!
   – Heiana… ?
   – Czego znowu?! – Uzdrowicielka nadal była silnie wzburzona.
   – Język – upomniała ją wciąż dyndająca w Jaruutowym ucisku Szept, tym razem ewidentnie drwiąca z wybuchu kuzynki. Każdy jakoś musiał rozładować niepokój. Heiana krzyczała i przeklinała, magiczka wybrała dręczenie olbrzyma.
   Październikowe Dziecko chrząknął. Długoucha miała gadane i wiotką, delikatną kobietką nie była. Watażka postawił Szept na własnych nogach. – No elfeczka, chłop z ciebie, a nie baba! – klepnąwszy magiczkę w plecy, niemal ją przewrócił. – Teraz wiem, co Brzeszczot miał na myśli.
   Jakaś nowina. Brzeszczot coś o niej mówił? Znaczy się, ona o nim mówiła, choćby takiej Heianie, ale jak dotąd nie przyszło jej do głowy, że to może działaś w obie strony. Ze słów Jaruuta wyglądało, jakby to miał być komplement… tylko to, co w oczach olbrzyma było pochwałą, kto wie, czym było wedle zdania kogoś innego.
   Brzeszczot. Niech go tylko znajdą. Już ona mu do słuchu przemówi. Ba, pozwoli mu jeszcze gadać cokolwiek mu ślina na język przyniesie, byleby był cały, razem z tym swoim wrażliwym na magię, kichającym nosem.
   – Mógłbyś wrócić... – Jasha ostrożnie, jak to on, wskazał na zaspy. Ivelios już coś zaczął przy śniegu kombinować, zniecierpliwiony czekaniem i lepiej by było, gdyby olbrzym znów szedł na przedzie, nie pozwalając starszemu elfowi na magiczne sztuczki.
   – Naprawdę tak myślisz? – Borówka zorientowała się nieco po fakcie, że powiedziała to odrobinę za głośno; w momencie się skuliła, zasłoniła usta dłonią i pokręciła głową: że to nic ważnego, niech się nią nie przejmują.
   – U mistrza Sorena wyglądała na zainteresowaną.
   – Ale przecież mówiłeś, że chciała z niego tylko elfa zrobić, a nie od razu... No wiesz – Borówka wciąż w pewnych kwestiach była małą dziewczynką, chociaż dorosła kilka lat temu.
   – Może się kryją?
   – Hej, dzieciaki! – Jasha zamachał ręką – Bo zostaniecie w tyle!
   – Dziecko szczęścia – podsumowała wydarzenie z olbrzymem Heiana i chyba miała dodać coś jeszcze, ale nagle się zmieszała i wyrwała do przodu, tuż za olbrzyma, którego to przecież nieco się bała. Cóż ją tak pogoniło, jak nie słowa Borówki i Corvo. Dzieciaki nie mogły zauważyć. Ona tylko chciała zrobić z niego elfa. Ona tylko chciała go czegoś nauczyć. Ona tylko go polubiła, tyci tyci. I to nie miało nic wspólnego z czerwonymi, długimi włosami i boskimi pośladkami. Ani poufałym, życzliwym, choć momentami nieco zgryźliwym (zwłaszcza w pobliżu Szept) charakterem.
   Jaruut szedł szybciej niż reszta. Odwalał kawał dobrej roboty. Ścieżka nie była może szeroka, ale odśnieżona i łatwa do przejścia; szło się po niej jak w tunelu, otoczonym ścianami śniegu, mając przed sobą górującego olbrzyma. Watażka zatrzymał się nagle, podrapał po uniesionej stopie i czemuś wyraźnie się przyglądał.
   – No, to żeśmy dotarli.

~*~

   Dziś był wielki dzień. Nadszedł czas treningów i sparingów. Nowi niewolnicy mieli pokazać, na co ich stać, co są w stanie zrobić, aby przeżyć. Za dwa dni igrzyska. Mieli mało czasu, a ci, którzy zawiodą, zostaną oddani do prac w kamieniołomach.
   Brzeszczot już dawno pojął, że ucieczka nie wchodzi w grę. Ucieczka spontaniczna. Niewolnicy byli zbyt dobrze pilnowali, w zbyt rozległym kompleksie przebywali, a bez znajomości drogi nic nie zrobią. Istniała zbyt duża szansa, że plan dostanie w łeb i nie wypali. Nie, to trzeba było przemyśleć. Skrupulatnie, dokładnie.
   Brzeszczot miał kłopoty. Takie, w których jeszcze nigdy nie był; przy nich wszystko inne zdawało się być dziecięcą zabawą ze zbójami. Bogowie, czemuście się na mnie uwzięli? I najgorsze: nikt nie wiedział, co się stało. Był zdany na siebie, ale to żadna nowość; zawsze polegał tylko na sobie i teraz też miał zamiar wykopać sobie wyjście własnymi rękami.
   Rozejrzał się i podrapał po barku. Cholerstwo, jasna mać. Oznaczyli go znakiem lanistki Xantii, jak bydło na pastwiskach, jak rzecz jakąś i jeszcze codzienne powtarzanie, że nie są ludźmi, że człowieczeństwo zostało im odebrane i są tylko numerami. Xantia lubiła psychologiczne gierki, manipulacje, ale nie wiedziała, że Brzeszczot przechodził podobne starcia z babką Krokusicą. Byłby głupcem, gdyby zaczął się buntować, jak inni. Było kilku takich i skończyli z nożem w plecach, albo skręconym karkiem. Dar zamierzał udawać grzecznego pieska. Jeszcze nie wiedział, co zgotuje mu los i jakim próbom go podda.
   – Stój!
   Jakiś głupiec próbował uciec. Nie pobiegł za daleko. Strzała wystrzelona z łuku szybko powaliła go na ziemię. I tak nie radził sobie na arenie, a Xantia nie potrzebowała słabych psów.
Dar westchnął, wciąż czekając na swoją kolej. Miał związane ręce i stał z boku, z grupką innych.
Był tu też Devril, bo Xnatia chciała udzielić mu rady. Na razie Devril mógł czuć się bezpiecznie, lecz jeśli zawiedzie swoją panią, arena pożre go żywcem, a jeśli nie, były inne sposoby na krnąbrnych i nieposłusznych. Przez swój status pupilka Devril właściwie nie zyskał nic więcej, poza względami Xantii opierającymi się na zabawie. Wciąż miał swoją małą, ciasną klatkę, w której przebywał, kiedy nie był potrzebny w łóżku. Nie jadał lepiej, nie sypiał lepiej – no chyba, że w komnatach Xantii, nadal nosząc stare, znoszone łachy.
   Niewolnik, stojąc obok swej pani, w milczeniu spoglądał na zgrupowanie na arenie. Mocno zaciśnięte szczęki, lecz nic więcej. Jakiś trudny do zidentyfikowania błysk, jakby dobrze bawił się, obserwując zmagania innych i głupią ucieczkę. Grał. Nie było to nic trudnego. Zawsze grał. Przed ojcem, przed służbą, przed gubernatorem… to ostatnie było szczególnie niebezpieczne, bo mogło zakończyć się śmiercią. Lada potknięcie, lada zdemaskowanie… A jednak jak dotąd udało mu się wyprowadzić w pole nawet i Cienie, które były święcie przekonane, że Winters szpieguje… dla gubernatora.
   Powiódł wzrokiem po arenie. I albo mu się wydawało, albo rozpoznał tam znajomą sylwetkę. Mógł się mylić. Nie, nie mógł, uprzytomnił sobie. Kiedyś, gdy niezapowiedziany zjawił się u Alastaira po jednej z misji, widział tego półelfa. Był razem z magiczką. Potem pytał o to Alastaira i dowiedział się, że to najemnik, który ma pilnować bezpieczeństwa Szept, gdy ta buszuje po ruinach.
Wątpił jednak, by najemnik miał go rozpoznać. Osobiście nigdy nie rozmawiali, osoba Ducha musiała pozostać nierozpoznana dla nikogo innego oprócz Alastaira. Naturalnie, mógł rozpoznać w nim kerońskiego arystokratę i sprzedawczyka, taka pozycja jednak nie spowodowałaby ku niemu powodzi sympatii.
   Jaki ten świat był mały.
   Miał rację. Najemnik nie rozpoznał Devrila, chociaż przyglądał mu się przez chwilę, oceniając. Różni tu byli ludzie. Młodzi, silni, na wojowników wyglądający, ale także dzieci; młode chłopaki, które nie wiedziały, co ze sobą zrobić. Kobieta, która prowadziła cały ten interes, musiała być szalona.
   Niewolnicy. Wypalone piętna. Odczłowieczanie.

   Niewolnicy walczyli dwójkami. Xantia stała na balkonie, przyglądając się swojej własności. Walki zaczynały się za dwa dni, mało miała czasu na wystawienie walczących, a jej stare psy przynosiły ostatnio same straty.

   Devril potrafił docenić zalety co niektórych wojaków. W oczach niektórych niewolników widział strach, w innych bunt, w jeszcze innych rezygnację. Wiedział, że nie można nikogo przekreślać z góry, wszak nawet strach, jeśli go odpowiednio ukierunkować, mógł uratować życie. Bolał nad losem dzieciaków, zbyt niedoświadczonych, zbyt zagubionych. Wiedział też, że nie ma co prosić o łaskę dla nich. Łaski nie będzie, chyba że z ręki bogini zaświatów, a sam mógłby się narazić na gniew Xantii. Może był w tej chwili egoistą, może po prostu racjonalnie myślącym. Na pewno nie był jednak na pozycji, która pozwoliłaby mu stawiać żądania. W tej chwili każdy z niewolników był zdany tylko na siebie. Musiał działać sam…
   Chyba, że… zjednoczyć ich razem i wzniecić bunt?
   Xantia krzyknęła. Była zła. Brew wysoko uniesiona, zaciśnięte wargi i wulgaryzmy, których kobieta znać nawet nie powinna, a co dopiero wymawiać, sypały się co chwila. Poganiała trenerów, a kiedy to nie pomagało, sama odrzucała młodzików; jedno spojrzenie i wiedziała wszystko. Nie chciała tracić czasu na szczeniaki, których niczego nie zdołają nauczyć. Dzisiaj musieli wybrać najlepszych, albo walki rozpoczną się bez nich.

   Brzeszczot od dłuższej chwili siedział, spod rozczochranych włosów przyglądając się lanistce, palcem rysując w piasku niekształtne wzory. Usłyszał zbliżającego się strażnika, kupę mięśni, ale przyjął kopniaka w bok.
   – Wstawaj. Twoja pani chce zobaczyć, co potrafisz – nie tracąc czasu, szarpnął najemnika za ramię, chcąc go podnieść, jednak nie zdołał tego zrobić. Nawet w kajdankach Dar był niebezpieczny. Podciął strażnika i zarzucił mu na szyję kajdany, podduszając. Kurz opadł, a czarnoskóry mężczyzna próbował złapać oddech, szarpiąc się niepotrzebnie.
   W momencie zjawili się strażnicy, otaczając i celując w najemnika.
   – Jeżeli sądzisz, że możesz teraz czegoś zażądać, mylisz się – Xantia stała na balkonie niewzruszona; ileż razy widziała podobne sceny, nie potrafiła zliczyć. Niewolnicy nigdy się nie nauczą. Cóż, szkoda, że będzie musiała z niego zrezygnować. Miała nadzieję, że stracony mieszek monet i klejnotów się zwróci. Chyba, że… Xantia uśmiechnęła się niczym lisica. Zatrzymała podnoszoną ręką, zwiastującą stracenie.
   – Chcę układu – cały Dar: postaw wszystko na jedną kartę, zaryzykuj i patrz, co się stanie.
   – Układu?
   – Przestajesz traktować mnie jak psa, a ja walczę dla ciebie, wygrywając każdą z walk – najemnik naprawdę zwariował, musiał za mocno uderzyć się w głowę, albo zjadł spleśniały chleb. Chociaż nie, to było do niego podobne. Był jednak sens w jego działaniu. Ryzykowny, ale jeżeli się uda, opłacalny.
   – Jesteś tylko niewolnikiem.
   – Nie proszę o wolność.
   Xantii spodobał się upór i determinacja w tym dziwnym, czerwonowłosym człowieku. Przez chwilę zastanawiała się nawet, jak by to było spędzić z nim noc, ale szybko z tego zrezygnowała. Jeżeli miał walczyć, musiał zachować siły. – Dobrze. Jednak… – wszystko musiało się kończyć ostatnim słowem lanistki. – Jedna przegrana, a zetnę ci głowę.
   Dar wiedział, że nie będzie łatwo. Gdyby tak poszło, podejrzewałby jakieś problemy. Postawił wszystko na jedno i udało się. Teraz trzeba tylko wygrywać wszystkie walki, a potem… Potem uciec. – To nie będzie konieczne.
   – Zobaczmy, czy twoje umiejętności dorównują językowi.
   Devril stwierdził, że półelf oszalał. Albo był naprawdę wyjątkowy w walce. Lepiej dla niego, by to drugie było prawdziwe, nie pierwsze. Widywał wojaków, niezwykle zręcznych, pokonanych przez lada kaprys losu. Stawianie wszystkiego na jedną kartę było czynem… raczej desperackim, orzekł. Choć na pewno świadczyło to o niezwykłej odwadze. Niemniej, sam arystokrata nie odważyłby się na takie posunięcie. Zbyt wiele mógł stracić, za mało zyskać. Z przyczyn osobistych miał jednak nadzieję, że ręce są tak zręczne jak język i najemnik przeżyje.
   Mógł być cennym sojusznikiem. Musieliby tylko mieć szansę porozmawiać w cztery oczy… nie będąc podsłuchanym.

   Brzeszczot wiedział, że nie będzie łatwo. Miał jednak zamiar wykorzystać daną mu szansę. Puścił strażnika; mężczyzna kaszląc, rozpaczliwie łapał oddech, pocierając zaczerwienioną skórę na gardle.
– Więc gdzie... – Dar nie zdołał dokończyć. Usłyszał za sobą kroki i świst ciała, więc nie mając czasu na nic, odwrócił się i zaatakował, parując cios przeciwnika. Ot młody chłopak. Młodszy od niego. Ale żaden z nich nie będzie miało łatwo; widział to po oczach dzieciaka, po jego minie i zaciętości. Z pewnością umiał walczyć, ale Dar także to potrafił. Była też szansa, że nie znają tu stylu Sorena.

   Devril miał ochotę wychylić się, by lepiej widzieć walkę. Znów jednak wygrało wychowanie i arystokrata ani drgnął, jedynie spojrzenie zielonych oczu śledziło dwójkę walczących na arenie niewolników. Jeśli ci na czymś zależy, nie daj tego po sobie poznać.
   Szkoda tylko, że jemu zaczynało zależeć. Chociażby przez sympatię dla Alastaira wolałby, by cało wyszedł z tego najemnik. Tylko, czy półelf zdawał sobie sprawę z tego, że aby wygrać nie wystarczy rozbroić przeciwnika i powalić go na łopatki? Czy wiedział, że taka walka kończyła się tylko w jeden sposób? Śmierć dla jednego, życie dla drugiego.
   – Młodzik. Ma w sobie determinację.
   – Czerwonowłosy nie ma nic do stracenia – usłyszał, jak z tyłu zakładają się między sobą strażnicy. Bezwzględni bogowie, obaj mieli rację.

   Brzeszczot przyglądał się młodzikowi; oboje stali na przeciw siebie i patrzyli. Każdy czekał na ruch drugiego, każdy oceniał i próbował przejrzeć przeciwnika. Ciężkie, duszne powietrze przesycone zapachem ciał, mieszało się z kurzem i pyłkami, które unosiły się w górze. Między walczącymi dało się wyczuć napięcie; oboje otarli pot z czół, ciężko oddychając, chcąc uspokoić rozszalałe serce.
   Najemnik nie miał nic do stracenia. Walczył o życie. Nie wiedział jeszcze, że tutaj, na polu i później na arenie, trzeba będzie pozbawić życia, by przeżyć. Teraz walczył o sobie, ale gdyby wiedział, zapewne nie podniósłby na nikogo ręki.
   Dość było tego obserwowania. Soren uczył, że szybkie i celne poznanie przeciwnika nie powinno trwać dłużej, niż minutę. Potem należało zaatakować, wyskoczyć niczym wąż, z kłami z przodu, gotowymi do ukąszenia, z pewnością. Jeżeli jej brakowało, należało się wycofać.
   Brzeszczot był szybki. Zaatakował pierwszy, zaskakując tym przeciwnika, czyżby inni, którzy się z nim bili, nigdy tego nie robili? A może zaskoczył wyprowadzony cios, który powalił go na łopatki?
Cóż. Obaj starali się jak mogli, obaj walczyli, ale to Brzeszczot miał przewagę; dzieciak nie znał ruchów, którymi posługiwał się Dar, ale szybko się uczył. Był bystry. Nie tak silny jak najemnik, ale nadrabiał zwinnością. Kiedy zaś półelf zaczął przechylać zwycięstwo na swoją stronę, młodzik sypnął mu piaskiem w oczy. Dar nigdy nie stosował tanich, podłych sztuczek. Dzieciak był inny. Dla niego sypnięcie piachem w oczy, było sposobem na wygranie. Dobrym, ale godnym raczej rabusiów i rzezimieszków. Dar się uśmiechnął. Jeżeli dzieciak myślał, że potrzebuje oczu do walki, to się grubo mylił. Najemnik nie był magiem, nie był szermierzem, ale Soren wykorzystał jego słuch do walki. Bogowie, ta walka to nic, w porównaniu z tym, co musiał przejść u byłego maga. Uśmiechnął się szerzej i machnięciem ręki, ponaglił przeciwnika, skupiając się na tym, co słyszał, ignorując wszystko inne, co próbowało go rozproszyć. Był tylko on i dzieciak, piach pod ich stopami, oddechy, praca mięśni, szelest ubrań. Wyciszając wszystko, z zamkniętymi oczami, skupił się na młodziku. I słyszał. Słyszał go wyraźnie.
   Zablokował cios i sam uderzył, trafiając precyzyjnie. Szum z prawej, słaby, niepewny i krok w lewo – zmyłka nie przyniosła skutku, dzieciak znowu oberwał.
   Devril z zapartym tchem obserwował walkę. Szanse zdawały się wyrównane, przynajmniej z początku.
  Dzieciak był młodszy, zwinniejszy. Najemnik silniejszy, prawdopodobnie, jeśli przypuszczenia nie myliły arystokraty, bardziej doświadczony.
   Siedząca obok niego Xantia zdawała się zadowolona. Lepiej dla niego. Zła pani to biedny i obity niewolnik. Zadowolona… jeszcze cię łaską obdarzy, choć nie da ci przy tym zapomnieć, że jesteś jej psem.
   Młodzik sypnął piaskiem w oczy najemnika. Coś, na co normalny, pasowany rycerz skrzywiłby się, uznając za niegodne i pozbawione honoru, godzące w kodeks. Ale to nie były rycerskie szranki, to nie był turniej, gdzie jeśli giniesz, to przez felerny wypadek. Tutaj nie było zasad. I lepiej żeby…
   – No, no… – Xantia cmoknęła, pod wrażeniem. Pies nie potrzebował oczu do walki… intrygujące. Xantia lubiła intrygujące walki. A czerwonowłosy jej się coraz bardziej podobał. – Kto? – zwróciła się do Devrila, domagając się opinii. I wątpił, by miało to coś wspólnego z liczeniem się z jego zdaniem. Przypuszczał, że go po prostu sprawdza… albo bawi się.
   – Nie chwalę dnia przed zachodem słońca – dyplomatyczna odpowiedź, która tutaj się najwyraźniej nie liczyła, bo oczy pani zwęziły się.
  – Jeśli pytam, masz odpowiadać, niewolniku – ale postanowiła zapamiętać ten zwrot. Niewolnik nie miał prawa unikać odpowiedzi. Ale jego pani mogła.
   – Półelf go pokona. Ale nie jestem pewien, czy wygra walkę – zmuszony do wyrażenia własnej opinii nie czuł się z tym zbyt komfortowo. Zwłaszcza, że zawsze tak skrzętnie ich strzegł. A Xantia i tak nie zrozumiała. Ona nie rozumiała, że ktoś może nie chcieć zabijać bezbronnego, pokonanego wroga. Zwłaszcza tylko ku uciesze gawiedzi.
   Poniewczasie zrozumiał swoją pomyłkę, gdy zerknął na swą panią. Xantia była wstrząśnięta. Półelf? Kupiła mieszańca i nawet o tym nie wiedziała? Elfy na wyspę nie docierały: łowcy niewolników unikali ich łapania z dwóch powodów: było to trudne, bo znały się na magii, która na wyspie nie występowała i nie była znana, i w walce marnie się sprawdzały. Xantia wolała ludzi, albo dzieci zrodzone z gwałtów olbrzymów na kobietach; niestety tych trudno było schwytać, głównie dlatego, że rodziło się ich naprawdę mało.
   – Nauczymy go zabijania. A teraz, opowiedz mi o półelfach – Devril mógł czuć się bezpieczny, ale lanistka miała mu jeszcze pokazać, że jest nic nieznaczącym niewolnikiem; nawet jej kochankom należała się lekcja posłuszeństwa. Devril nie mógł wiedzieć, że pole treningowe na niego czekało.

   Atak z lewej. Zmyłka. Kopniak z podcięciem.
   Cholera, dzieciak był dobry. Brzeszczot umiał to przyznać. Soren dobrze wyszkolił swoją małą kijankę, zawsze powtarzając, że życie należny szanować, nawet to, które czyha na nasze własne. Odbieranie życia nie było czymś, co należny rozdawać jak cukierki dzieciom.
   Unik. Uderzenie.
   Brzeszczot dyszał ciężko, a pot spływał mu po plecach; zmachany i zdyszany, ni chciał tego przeciągać. Był wytrzymalszy od młodzika; słyszał jak jego serce wali, jak ciężko oddycha. Chociaż przyzwyczajony do walk, wciąż miał młode ciało, nienawykłe do wysiłku.
   Do przodu, do tyłu, podcięcie. Dzieciak padł od ciosu, nie mogąc się już podnieść. Dar przetarł oczy i przez łzy próbował cokolwiek zobaczyć. Nie podobał mu się strażnik, który doń podszedł.
   – Słabszy przegrywa. Swoje życie. Zabij!
   Gdyby Devril wiedział, że Xantia nie ma pojęcia o półelfach, nie odezwałby się słowem. Zakładał, że rasa ta, choć niezbyt mile widziana przez obie strony rodzicielskie, żadną tajemnicą nie jest. Wychodziło, że popełnił błąd. Nie pierwszy, może nie najpoważniejszy, ale będzie musiał uważać na słowa. Pani pyta, pani domaga się odpowiedzi… Niektórzy by się stawiali, burzyli, buńczucznie odmówili. Nie Devril. I chyba dlatego jeszcze żył, choć z łatką tchórza i chorągiewki, która powiewa, jak wiatr zawieje.
   – W mniejszym lub większym stopniu dziedziczą cechy obojga rodzicieli – zaczął, postanawiając sprzedać jej jak wybrane informacje, cedząc, odrzucając te, które byłyby jej naprawdę potrzebne. Miał tylko nadzieję, że Xantia nie będzie chciała zweryfikować jego słów. Wtedy miałby mały problem. – Nie wiem, ile słyszałaś o elfach i czy zetknęłaś się z nimi, pani… – postanowił umiejętnie kluczyć wokół tematu, ale tak, by nie mogła mu wmówić, że ją zwodzi. Wszak, jak pojąc cechy półelfa, jeżeli nie wie się, kim jest elf?
   I właśnie wtedy walczący z najemnikiem dzieciak runął do tyłu, na pokrywający arenę piasek. Nie wstał. Nie miał sił… Devril urwał, wpatrując się intensywnie w najemnika, leżącego młodzika i strażnika. Przeczuwał, co teraz padnie…
   – Zabij… – jakże spragniona krwi zdawała się siedząca obok niego kobieta.
   Xantia straciła zainteresowanie stojącym obok niewolnikiem; jeszcze będzie miała czas, aby zadać cisnące się jej na usta pytania; teraz gnębił ją inny problem. Wahanie czerwonowłosego. Nie, nie wahanie, podjęta decyzja, której jeszcze nie wypowiedział, chociaż całe jego ciało krzyczało.
Lanistka cmoknęła, zirytowana. – Będzie trzeba nauczyć go, jak wygrywać. – Publiczność także była ważna, Xantia o tym wiedziała. Czasami zdawało się, że ludzie na trybunach byli ważniejsi niż wynik walki. I namiestnik. Obecny lubił krwawe zakończenia, a jeśli on nie będzie zadowolony, zawali się wszystko. – Mieliśmy układ niewolniku. Tutaj wygrana jest, gdy przelejesz krew i odbierzesz życie. – To było bez sensu. Xantia za długo w tym siedziała, by nie wiedzieć, jak to się skończy. – Przegranego sprzedajcie. Pyszałka nauczcie reguł mojej gry. Chodź, opowiesz mi o mieszańcach – lanistka pociągnęła łańcuch na kostce Devrila, schodząc z areny treningowej.
   Brzeszczot miał dostać bolesną nauczkę.

   Devril spojrzał w dół, na czerwonowłosego. Gdyby mógł w jakikolwiek sposób oszczędzić mu tego, pewnie by spróbował. Może… łypnął okiem na Xantię. To byłoby pewnie uznane za zbyt śmiałe, jakoby na zbyt wiele sobie pozwalał… zresztą, wychodziło na to, że lanistka miała swoje metody postępowania w takich przypadkach.
   – Chodź, opowiesz mi o mieszańcach – lanistka pociągnęła łańcuch na kostce Devrila, schodząc z areny treningowej. Wierny niewolnik nie stawił oporu, podążył za nią, jedynie obracając głowę, tak, by lepiej obserwować Brzeszczota, przynajmniej dopóki jeszcze mógł.
   – Są nieco uparci… on po prostu pewnych spraw nie pojmuje, pani. Może gdybym mógł mu przypomnieć, po co tutaj jest… – chyba był głupi, ale… w najlepszym wypadku ją po prostu rozbawi. W najgorszym ukarze za zuchwałość. – Bat i kij mogą go nauczyć, ale czasem wystarczy otworzyć mu oczy i uświadomić alternatywę. Czerwonowłosy nie jest głupi. I bardzo chce żyć, inaczej nie stawiałby warunków.
   – Nie bądź zuchwały – ot lekkie napomknienie, że nie on tu dyktuje warunki, a sugestie, jak powinna wychowywać swoje psy, powinien zachować dla siebie i nawet ich nie wypowiadać szeptem, jeśli chciał głowę zachować. – Porozmawiasz z nim później – widać lanistka była w dobrym humorze, prowadząc Devrila krętymi korytarzami. I uśmiechała się. Chyba to, co zaraz zobaczy niewolnik, bardzo ją cieszyło.
   Czasem zuchwałość popłacała, ale tego nie zamierzał mówić na głos. Aż takim głupcem nie był. I, nawet jeśli chciał ochronić najemnika ze względu na przyjaźń z Alastairem, to nie kosztem własnego życia. Pod tym względem był egoistą… Chciał żyć, czy to tak trudno pojąć?
   Dobry humor lanistki też nie wróżył mu nic dobrego – przynajmniej w jego własnym mniemaniu. To, co cieszyło Xantię, niekoniecznie miało być dobre dla niego. Przykładowo, oglądanie krwawej jatki na arenie nie cieszyło go ani trochę.
   Ale przynajmniej będzie się mógł rozmówić z najemnikiem.

   Xantia była słowną kobietą. Jej ludzie, którzy pracowali z niewolnikami, znali się na swojej robocie aż za dobrze. Uczyli, ale tak, by nie zabić. Dawali nauczkę, ale nie krzywdzili tak, by wyłączyć z walki niewolnika. Wiedzieli, co robią.
   Brzeszczot syknął, kiedy starsza kobieta przemyła wodą jego plecy.
   – Skomlesz jak baba, dzieciaku.
   – Jak zwykle, jesteś urocza, Maco.
   – Jeżeli naprawdę chcesz żyć, będziesz musiał zabijać.
   – Jeżeli Xantia chce wygrywać, będzie musiała pójść na kompromis.
   Na korytarzu rozległy się kroki. Zabrzęczał łańcuch. Niewolnik?
   Drgnęły drzwi, ukazując wysoką, wysmukłą sylwetkę. Postawy dumnej, wyniosłego spojrzenia, lecz kostkę opasał łańcuch. Niewolnik, choć do niewolnika niepodobny. Nie widział go Dar na arenie, nie widział w klatce, ani na ćwiczeniach. Lecz zielone oczy spoglądały na najemnika niemal przyjacielsko, zupełnie jakby go znały. Zielone oczy obrzuciły sylwetkę starszej kobiety. Mogła go znać, mogła słyszeć. Nowa zabawka Xantii, ku uciesze ciała.
   – Zostaw nas… – śmiałe słowa jak na niewolnika. Lecz głos sugerował, że obcy nawykł do rozkazów, nawet jeśli tutaj do nich prawa nie miał. –… proszę – dodał po krótkiej chwili wahania, znów przenosząc spojrzenie na Brzeszczota. Oceniające, taksujące. Słyszał ostatnie słowa odnośnie Xantii i uświadomił sobie, że to wcale nie będzie takie łatwe, jak przypuszczał.
   Ale wkrótce najemnik zrozumie, że aby przeżyć, musi się dostosować.
   – Mam go doprowadzić do porządku – cuchnąca błotem, śmierdząca maść, którą kobieta wyjęła z pudełeczka, nie wywołała uśmiechu na twarzy najemnika. – Gadaj. Jak nie ja to i ktoś inny usłyszy – najwyraźniej groźba wywołania złości u Xantii była silniejsza, niż strach przed nową zabaweczką jej pani.
  – Czego tu szuka, przydupasa Xantii? – Bogowie, widzicie, a nie grzmicie.
   – Powiedziałem precz. A jak nie wyjdziesz, to przed Xantią się będziesz tłumaczyć – były rzeczy, które mógł przy starej kobiecie powiedzieć. Były jednak takie, które powinny dotrzeć tylko do jednych uszu. W tym wypadku do najemnika. Tego, który go tu od przydupasów obrażał. Chociaż, nie było w tym nic złego. To była prawda.
   Maco wyszła. Niech ten kochaś później tłumaczy się Xantii, dlaczego pokaleczone plecy jej niewolnika nie zostały opatrzone do końca. Starsza kobieta była niczym matrona i kto jak kto, ale ona miała posłuch u lanistki. Dziwny związek łączył ją z Xantią i niektórzy mówili, że to coś więcej, że w grę wchodzi chuć, a inni woleli nic nie mówić, aby zachować swoje życia.
   – Posłuchaj uważnie, panie najemnik. Myślisz, że rządzisz, bo masz układ? Ani widowni ani Xantii nie obchodzi twój układ i zwycięstwa. Oni chcą krwi, dramatu i śmierci. Jeśli nie ma tego, nie ma walki. Wygrasz nie zabijesz… wkrótce będziesz martwy. Jeśli chcesz okazywać łaskę przegranych… czyń to, proszę cię bardzo. Ale najpierw zapewnij sobie poparcie tłumu albo tutejszego najemnika, bo bez tego rychło wyczerpiesz JEJ cierpliwość. Tyle ma ci do powiedzenia przydupas, ale czy posłuchasz czy nie, to już nie moja sprawa. Ja co najwyżej przekażę pewnemu magowi, jak dzielnie i honorowo… do tego głupio zginął jego najemnik – jakby sam był przekonany, że nie tylko przeżyje, ale i do Królewca powróci.
   – Po pierwsze… – Brzeszczot się dźwignął, siadając z sykiem na pryczy – Jestem mieczem do wynajęcia, a nie do pożyczenia. Zniewolenia też nie – i szybko sobie przypomniał, skąd zna tego zapatrzonego w siebie lalusia. Keroński wredny mag! Bogowie, ileż on miał tajemnic i ileż znajomości. – Po drugie, powiedz temu staremu prykowi, że wciąż wisi mi trzy złote monety i nie, wcale o nich nie zapomniałem – taki tam stary zakład, który najemnik wygrał, a od którego zapłaty nie może się doprosić od Alastaira. – Po trzecie, ty lepiej dbaj o swój tyłek, bo znudzona Xantia gotowa jeszcze oddać cię strażnikom. Po czwarte, uważaj, co mówisz – ostre spojrzenie najemnika sugerowało, że to, co teraz mówi, jest ważne. – Ściany mają tutaj uszy – mają uszy, ale nie tak dobre jak te, którymi natura wyposażyła najemnika.
   – Byłeś mieczem do wynajęcia. Teraz jesteś do zniewolenia. I nikt cię nie pyta, czy tego chciałeś, chcesz, czy będziesz chcieć. Tak jest. Możesz to zaakceptować lub głupi się stawiać… lub udać, że akceptujesz. Przeżyć… dopóki nie zaczną cię szukać. Bo zaczną. – Alastair opowiadał trochę Devrilowi o magiczce. Poza tym, Devril znał się co nieco na charakterach, potrafił ocenić, na co kogo stać. A elfka nie pozostawi swojego wrzodu na cudzym tyłku. To był JEJ wrzód. – Po trzecie, o mój tyłek pomartwię się sam, w swoim czasie – cóż, skoro go rozpoznał, to na pewno nie uwierzy. W oczach większości był tylko arystokratą, a ktoś taki nie potrafi sobie poradzić sam w życiu. Większość była w błędzie. – Po kolejne, sam mu to powiesz, nie jestem żadnym posłańcem, a „starego pryka” zobaczysz wcześniej, niż ja. Po czwarte… – umilkł, ale zaraz podjął, jakby nic się nie stało – gdyby czyjeś uszy nas słuchały w tej chwili, nie byłoby ostrzeżenia. Zresztą, niech słuchają. Xantia sama pozwoliła mi tu przyjść.
   Mała izdebka dla niewolnika była za ciasna. Okienko, przez które wpadały promienie słońca, a którym nie dało się uciec, dawało niewiele światła. Zimne mury z cegły suszonej na słońcu, spojone kruszejącą zaprawą zdawać się mogły słabe, ale jak na przekór, nawet obluzować się nie dawały.
   – Czekaj, jak to sam powiedziałeś... – słuch nigdy nie zawodził najemnika, na niczym innym Dar tak nie polegał, jak na swoich uszach. Były wszystkim, czego potrzebował. I słyszał każde słowo w rozmowie lanistki z panem gogusiem, który mu teraz truł i wykładał życiowe prawdy, niech je sobie wsadzi głęboko w gardło. Bleh. Co on myśli, że co? Tylko wredna i upierdliwa magiczka, mogła mu uszy suszyć i upominać, a nie jakiś tam goguś, którego imienia nawet nie pamiętał, albo po prostu go nie znał, bo było mało ważne. Bogowie, Dar był naprawdę trudnym mieszańcem gdy chodziło o współpracę.
   – Są nieco uparci. Czerwonowłosy nie jest głupi. I bardzo chce żyć, inaczej nie stawiałby warunków – słowo w słowo powtórzone każde zdanie Devrila. – Skoro uważasz, że półelfy są uparte, nie powinno cię dziwić moje zachowanie, nie? I odpowiedź też powinieneś znać.
   Z irytacji miał ochotę tupnąć nogą. Owszem, o tej zdolności Dara nie wiedział, Alastair zapomniał albo też nie chciał o tym wspomnieć. Nie od dzisiaj Devril wiedział, że mag jest nie tylko przyjacielem, nie tylko kolekcjonerem, nie tylko zgryźliwym użytkownikiem many…, ale i umiejętnym manipulatorem. Szkoda tylko, że czasem aż za bardzo umiejętnym.
   – Pomyliłem się – stwierdził. – Są bardzo uparci. Pomyliłem się razy dwa, a nawet i trzy – czyżby Devril sugerował, że najemnik jest głupi i nie chce żyć? – Ale nie zamierzam cię do niczego przekonywać, panie półelfie, zrobisz jak zechcesz. Skoro jednak nie myślisz o sobie, pomyśl o tych, co tu przyjdą cię wyciągnąć. Jedno skinienie Xantii i myślisz, że co się stanie? Magia tu nie działa. A ludzi po swojej stronie ma aż nadto. Jeśli temu, kto przyniesie jej głowę intruzów obieca wolność, to myślisz, że co się stanie? Myślisz, że któryś z nich się zawaha? – Może to dotrze do tej zakłutej pałki.
   Najemnik podrapał się po głowie. Jego wargi drgnęły, a zaraz twarz rozjaśnił szeroki uśmiech, i śmiech wypełnił małą celę. – Nie bądź głupi. Pomyślą, że znowu się szlajam po karczmach i poczekają. Dziadek znowu powie, że jestem nieodpowiedzialny i machnie ręką. A mości królowej elfów ze stolicy nie wypuszczą na poszukiwania. A jak będzie chciała uciec, to ją wredna uzdrowicielka powstrzyma – najemnik był przekonany, że Heiana nie pozwoli Szept na głupią ucieczkę ze stolicy, zwłaszcza teraz, kiedy magiczka została matką, o czym najemnika nie raczyła poinformować, a co rozniosło się po całej Keronii. Nie. Oni nie mogliby tego zrobić. Cholera. Ale ziarno zwątpienia zostało zasiane. Niepewność nie dawała mu spokoju. Oni tu nie przyjdą, prawda?
   Jeżeli Szept przytaszczy tu swoje dupsko, to on jej pierwszy do tyłka nakopie i wyjaśni na kolanie, co to są środki bezpieczeństwa i jeszcze powie, jaka to jest głupia, bezmyślna i nierozważna, że tu przychodzi! I kochana też, ale tego to jej nigdy nie powie.
    Brzeszczot zaklął szpetnie, wcale się z tym nie kryjąc.
   Devril miał odrobinę odmienne zdanie. No, ale przecież straszyć bez potrzeby nie będzie, w końcu sam magiczkę znał tyle o ile, co mu tam kiedyś Alastair opowiadał. Miał tylko nadzieję, że Brzeszczot się nie myli. Chociaż, to przekleństwo na końcu sugerowało, że jednak najemnik coś zrozumiał, coś do niego dotarło. I Devril pomyślał, że teraz to sobie weźmie poradę do serca, ruszy to swoje dupsko i nie da się zabić.
   Cóż, wyglądało na to, że nadzieja miała go zawieść. Kolejne spotkania na arenie ukazały, że owszem. Walczy jak na najemne ostrze przystało. Lecz na tym koniec. Nie zabijał. Nie i tyle. Nie chciał. A Devril, z coraz bardziej rosnącym niepokojem obserwował wzburzoną twarz Xantii. Jak długo jeszcze będzie to tolerować, nim w końcu spisze tego niewolnika na straty?
   Może gdyby zdradził … Spojrzenie na arenę. Brzeszczotowi by się to nie spodobało. Ostatecznie, cóż sobie nawzajem byli winni? Niemal się nie znali.






__________________________________________________
Specjalna dedykacja dla tej, którą tak brzuch boli ze stresu, że nawet śmiać się nie może. Darrusowa, poradzisz sobie, wierzymy w Ciebie i czekamy na tryumfalny powrót. 
A jak coś, to już my weźmiemy sprawę w swoje ręce. Naślemy Bractwo, Szeptuchę z kosturem, Heianę z melisą i Midara z sama-wiesz-czym. Przegonimy chochliki.
Keronia trzyma kciuki, a ja już na wyrost, jak to jest w zwyczaju u mnie w akademiku, pozwolę sobie napisać (dobra, ja wiem, to nie balkon ani nie drzwi, ale przynajmniej zobaczysz):


WITAMY MAGISTRA!


16 komentarzy:

Dar - Silva - Drav pisze...

[Umarłam... xD I nic więcej nie powiem, jestem duchem, trzeba mnie wskrzesić. Może Ciapa... Nie Ryld!]

Dar - Silva - Drav pisze...

[W sumie, patrząc na godzinę... Opublikowałaś, gdy mi gratulowano xD]

Szept pisze...

[Ciapa to by nosił twoje kosteczki ze sobą. Lepiej Ryld xD
Czyżbym się popisała wyczuciem? Normalnie telepatia pani magister. Oficjalnie i po raz kolejny GRATULUJĘ.
Normalnie dumna jestem. ]

Dar - Silva - Drav pisze...

[Telepatia magiczkowo-mieszańcowa! ^^ A miałam czkawkę, to przez Ciebie! Mam ochotę zaśmiać się w stylu złego charakteru xD]

Dar - Silva - Drav pisze...

[Nikt nam notki nie czyta... *chlip*]

Szept pisze...

[Ja czytałam. Nawet kilka razy. Już się ze mnie ktoś śmiał, że nie musi być idealnie ]

Szept pisze...

[P.S. Zaśmiałaś się. W sms'ie. Zacytować?
Buhahaha xD]

Nefryt pisze...

[Ej, myślałam że zdążę przed zajęciami i ślepa kiszka :/ Taką recenzję chciałam wystawić, że aż chyba przedobrzę.
Ale, skoro i tak nie wiem, od czego zacząć - GRATULACJE dla Darrusowej! Super, że ci się udało :D

Co do samego tekstu - wydaje mi się, że miejscami był pisany we dwie osoby, jak wątek. Prawda li to? ;)

Generalnie tekst mi się podobał. Fabuła naprawdę ciekawa, gratuluję pomysłu. Dar gladiatorem...
... A Dev jako etatowy kochanek-niewolnik. Nie no, biedny. Mam nadzieję, że ta Xantia jest przynajmniej w części tak ładna, jak okrutna, bo inaczej to... No cóż. Biedny Devril.

Początek notki ma swój klimat, udało mi się poczuć trud ich podróży, zimno... i presję czasu. Dalej było trochę gorzej - zdania wydawały mi się chwilami za długie. Bo jeśli chodzi o stylistykę, to tekst jest generalnie niezły, przynajmniej ja jakiś tam wielkich błędów nie wyłapałam. A jednak chwilami ciężko się czyta. Myślę, że to właśnie kwestia przydługich zdań, które burzą "melodię" tekstu.
Ale we fragmencie o Darze i Devie jest już wiele lepiej.
Przyjemnie mi się czytało też scenę, w której ujawniał się stosunek Szept do zwierząt. To było takie... ciepłe. O ile można tak powiedzieć w kontekście klimatu tej notki ;)

Co by tu jeszcze powiedzieć... Oczywiście, koniec nastąpił w momencie, w którym mnie najbardziej wciągnęło :) Nie wiem, czy to było celowe, ale ostatni akapit, to takie na wpół przewidywanie, szalenie zaostrza apetyt na dalsze czytanie. A tu... koniec.
Ale może i dobrze, bo mam motywację, żeby:
a) wrócić się i przeczytać część pierwszą, której nie miałam okazji prześledzić
b) wytupywać u was o ciąg dalszy ;)

Dar - Silva - Drav pisze...

[Jak wątek? Zawsze piszemy we dwie, raz ja raz Szeptuchowa. Na przemian. Całość była pisana we dwie]

Szept pisze...

[Jej, ktoś przebrnął przez tekścior. Darrusowa już stwierdziła, co i jak z pisaniem wyszło, co tu dużo mówić, masz rację. Chociaż dawniej pisywałyśmy noty przez gg, ale ostatni wątek tak nam się udał, że trzeba było wykorzystać.

Pomysł już nie pamiętam, jak wyszedł. Chyba ja rzuciłam hasło, żeby Dara wpakować w kłopoty, potem Darrusowa zrobiła go gladiatorem... a potem poszło samo. I aż nas zaskoczyło.

Dar gladiatorem to nie podsumuję, ale Dev woli kochanka niż walczyć na arenie. Przy okazji... (jaka wtopa z mojej strony :/ ) DARRUSOWA, jak wygląda Xantia? ;)

Ja mam fioła na punkcie zwierzaków, to chociaż jedna moja postać musiała go odziedziczyć. Padło na Szeptuchę.

Ja parę błędów wyłapałam, ale to w samym układzie. Przeoczenie. Ale podobno ile razy się tekstu nie przeczyta, to zawsze się coś znajdzie. Przynajmniej ja znajduję.

Początek zachęcam, żeby przeczytać, to takie wprowadzenie i mniej akcji, ale i tak zachęcam. Ciąg dalszy będzie na pewno, ktoś tylko musi to ładnie scalić i opracować.

Z innej beczki - udanych wakacji, skoro już po zakończeniu roku.]

Dar - Silva - Drav pisze...

[A opisywałam Ci Xantię xD Devril powinien ją dobrze znać :D]

Szept pisze...

[Ty mnie jeszcze bardziej pogrążaj. Bo do szafy się schowam i tyle z mojego udziału będzie]

Nefryt pisze...

[O, a ja już się obawiałam, czy aby z krytyką się nie rozpędziłam ;) Bo czasami mam tak, że chcę napisać pozytywną opinię, ale zwrócić uwagę na jakiś pojedynczy błędzior czy niedociągnięcie, i wychodzi takie coś dziwne, pseudo - czepliwe.
A tak z ciekawości, skoro to z wątku jest - dużo poprawiałyście? Bo może w dwóch miejscach widziałam jakieś takie mniej dopracowane przejścia z jednego punktu widzenia na drugi, reszta książkowa :)
...
...Czyli teraz czas na mnie... i moje tekścidło... Ugh. Czy ja kiedykolwiek skończę..?]

Szept pisze...

[Oj, było z tym trochę roboty. Znaczy się z poprawianiem. Tu przekleić, tam przerzucić, tu usunąć. Tu stagnacja, bo nie mam pojęcia, jak to ułożyć, żeby było spójne. Tu idzie łatwiej, bo fragment bardziej zgrany. A to znowu siedzę i gapię się w ekran.
Więcej problemu sprawił mi fragment Dar&Dev, tam też są - przynajmniej według mnie - fragmenty, które mogłam lepiej posklejać. Znaczy, nie wiem, czy akurat o tym mówisz.

A czemu się od razu obawiać? W końcu, każdy ma swoje zdanie i odbiór. Kolega z roku mnie ostatnio zwalił z nóg twierdząc, że nie lubi Sienkiewicza, a Tolkien to nie dla niego. W pierwszej chwili zdębiałam, tym bardziej, że ten ostatni to mój mistrz fantasy. Kolega wolał Sapkowskiego, czego z kolei ja pojąć nie mogłam. Gusta i gusta.

A odnośnie pisania tekściora. To ja zaczynam czekać, żeby zobaczyć, co tam u pani herszt albo Shela się dzieje.
I jeśli cię to pocieszy, to gdyby mnie nie przyciśnięto, to sama bym nic nie napisała. Ci, co mnie jeszcze z innych blogów znają, to wiedzą, że pisuję albo z kimś albo wcale. Jakoś tak sama nie mogę się zebrać do opowiadań, nawet jak już pomysł się znajdzie. ]

Nefryt pisze...

[Tak, te przejścia to właśnie we fragmencie z Darem i Devem. Ale jakby przyszło co do czego, to nie umiałabym tego połączyć lepiej... a tobie przecież źle nie wyszło ;)

Hm, to ja mam jeszcze inne gusta... Sapkowski mi nie podchodzi, może jeszcze nie ten wiek? Nie wiem, ale póki co mi nie leży. Za Tolkiena się złapałam i gdyby nie ta drobiazgowość przy opisach, to sam zamysł i fabułę uważam za świetne. Ale po prostu chwilami nie byłam w stanie przebrnąć przez ciągnące się opisy... Tak na prawdę, to ja nawet nie wiem, kogo mogłabym uznać za swojego "mistrza pióra"...

Notka będzie o ich obojgu ;) Chociaż na razie mam 1 stronę w Wordzie o Nefrytowej i zamysł odnośnie Shela, który chyba by mu się nie spodobał...

A tak w ogóle, to nam się wątek urwał. Mam nadzieję, że nie z mojej winy?

Szept pisze...

[Źle nie wyszło, to fakt. Ale jam krytyczna względem siebie, więc mi to nieco zgrzyta. No, ale już poszło publikuj, to nie kombinowałam. I kolejne tak, mówimy o tych samych fragmentach.

Sapkowskiego czytałam w liceum. Niby nie było źle, ale wolałam Le Guin i Ziemiomorze. Cykl o wiedźmie Gromyko też nie jest zły. Osobiście lubię też cykl Dragonlance. Paoliniego lekko się czyta, acz już aż tak mnie nie zachwycił. Jest jeszcze Trudi Canavan, ale ona - jak na mój gust - tylko kilka książek miała dobrych. Mistrza pióra też trudno określić, bo czytuję różne gatunki, nie tylko fantasy. o chyba do dziedziny musiałabym dopasowywać.
A Tolkien... Cóż, to nie jestem obiektywna, bo uwielbiam jego teksty od chwili, gdy przeczytałam "Hobbita" i zaraz po tym "Drużynę" - początek gimnazjum? 5-6? Już nie pamiętam. Za co kocham, tu by mi esej wyszedł. Ale w odbiorze wydaje mi się, że może być trudniejszy. Chociaż, właśnie język, opisy, fabuła to coś, co mnie do niego trwale przykuło. Nie mówiąc o wspaniałej kreacji świata, z własną historią, legendami, mową...
STOP. Szept weszła na swojego konika. Zaraz z niego spadnie. Z hukiem. Do tego zaczyna przynudzać.

Wątek, wątek... wiesz, że miałam cię o to pytać. Zorientuję się i zobaczę na czym stanęło, jeśli dobrze pamiętam, to pisałyśmy chyba na Deveie, prawda? To sprawdzę, może nawet jutro... znaczy dzisiaj mi się uda, chociaż mam nieco napięty dzień, bo powrót do domku.]

Prawa autorskie

© Zastrzegamy sobie prawa autorskie do umieszczanych na blogu tekstów, wymyślonego na jego potrzeby świata oraz postaci.
Nie rościmy sobie natomiast praw autorskich do tych artów, które nie są naszego autorstwa.

Szukaj




˅ ^
+ postacie
Rinne Lasair