Przewodnik

Linki-obrazki

Misje
I. Więzi przyjaźni
Spotykasz po latach kogoś, kto dawniej był ci bliski. Wplątuje cię on w jakąś historię, która nie dość, że z czasem się komplikuje, to w dodatku budzi w tobie wątpliwości co do intencji przyjaciela.

II. Linia frontu
Kerończy natarli na Prowincję Demarską. Oblegany jest sam Demar. Jedni ludzie stają do walki, inni uciekają ze spalonej ziemi. Napastnicy, obrońcy i cywile. Po której stronie staniesz?

Opcjonalnie: Udział w buncie niewolników w Wirginii bądź inne miejsca walk.

III. Rekonwalescencja
W nie najlepszej kondycji trafiasz do wioski lub klasztoru. Wydaje ci się, że trafiłeś w dobre ręce i że wkrótce będziesz mógł opuścić to miejsce. Okazuje się jednak, że z pozoru życzliwi i uprzejmi ludzie skrywają przed tobą jakąś tajemnicę.

IV. Zabij bestię
Coś napada, nęka mieszkańców. Zawierasz umowę z wójtem - dostarczysz głowę bestii za określoną cenę. Okazuje się jednak, że stworzenie nie działa bez powodu - jest w jakiś sposób prowokowane przez mieszkańców.

Opcjonalnie: Bestia jest wrażliwa na hałas z karczmy albo ludzie naruszyli w jakiś sposób jej rewir (weszli na jej teren, zajęli leże ze względu na drogie surowce itp.)

V. Nielegalne walki
Dochodzą cię słuchy o nielegalnych walkach prowadzonych w okolicy. Położysz im kres czy może postanowisz wziąć w nich udział dla własnego zysku? Pieniądze nie leżą na ulicy.

VI. Zlecone zabójstwo
Dochodzi do zamachu, w wyniku którego ginie ktoś ważny. Podejmujesz się odnalezienia zabójcy – albo jego zleceniodawcy. Od ciebie zależy, czy dojdzie do aresztowania winnych, czy pomożesz im uniknąć kary.

VII. Egzekucja
W mieście lub wiosce szykuje się egzekucja. Znasz sprawcę albo sam doprowadziłeś do jego schwytania. Realizacja wyroku coraz bliżej.

Opcjonalnie: Z czasem nabierasz wątpliwości, czy skazaniec faktycznie jest winny i chcesz go uwolnić lub dochodzą cię pogłoski, że ktoś może chcieć uwolnić kryminalistę.

zamknij
Dodaj do WTP Spis kodów
Spis opowiadań
Kiedyś przyjdzie mi za to wszystko zapłacić... Weselicho, czyli tańcz, jedz i chędoż za darmochę! Oszukać czas. Oszukać przeznaczenie. Oszukać... siebie. Baśń o wolności: Preludium Świątynia Ażubora (1) Wszystkiego krówkowego! (okolicznościowa, krótkie opowiadanie "Motyw przewodni - Prezent". Ta dam, pamiętaliśmy! I - Wezwanie pomocy: alchemio, przybywaj! Gdy demon odzyskuje człowieczeństwo, przypomina sobie jak być człowiekiem. Nikt nie zna prawdziwego bólu do czasu aż nie straci kogoś bliskiego sercu. Niedopowiedziane historie Wendigo i Driada Szczurzy dzień (autor: Szept, Silva) Domek, zupa, sukkub i historia (autor: Elias) Sen i niespodzianki (autor: Elias) Boląca strata i niepokojący gość! (autor: Elias) Cienie i nowy przyjaciel (autor: Elias) Kruki (autor: Elias) Cienie i Starsze Dusze (autor: Elias) Zawsze jest kolejna tajemnica (autor: Silva) Zło Kor'hu Dull (autor: Elias) Złodziej Twarzy i Koszmar (autor: Elias) Królewiec (autor: Elias) Przed świtem (autor: Nefryt) Król Żebraków i nowe drzwi (autor: Elias) Akceptacja (autor: Elias) Nostalgia (autor: Nefryt) Nowa droga i niespodziewane wyznanie? (autor: Elias) Biały i zielony daje czerwony! (autor: Elias) Nowe wyzwania w nowym życiu (autor: Elias) Krąg tajemnic (autor: Elias) Jack (autor: Elias) Czasami to mrok daje najwięcej światła (autor: Elias) Trzy sceny o szpiegowaniu (autor: Nefryt) Morze bólu. Promyk nadziei ... (autor: Elias) Nie ma sensu szukać guza. Chyba, że jest się najemnikiem (autor: Silva) Sól (autor: Aed) Dyjanna Muirne: Miecz może być dowodem wszystkiego (autor: Zorana) Opus Magnum I (autor: Iskra) Uszatek i Kwiatek na tropie przygody: Przypadłość parszywej gospody (autor: Paeonia i Szept) Gdy gasną świece (autor: Zombbiszon) ... Najjaśniej płoną gwiazdy nadziei. (autor: Zombbiszon) Elias cz. 1 (autor: Zombbiszon) Elias cz. 2 (autor: Zombbiszon) Historia (autor: Zombbiszon)
zamknij

Chat

   - Atar mea - Frilweryn odgonił stajennych, nie chcąc z ojcem rozmawiać przy osobach, które nie należały do ich rodu. Młodziki ukłoniły się i oddaliły. Nawet wtedy Gwarek nie potrafił wydobyć z siebie słowa, chociaż wyraźnie chciał coś powiedzieć. Przygryzał wargę i przestępował nerwowo z nogi na nogę, nie mogąc ustać w miejscu. Zatroskana twarz dziwnie nie pasowała do zazwyczaj uśmiechniętego i radosnego elfa.
   - Noli timere, ego inveniet eam - Ivelios ubrany był w strój jeźdźca. Już samo to świadczyło o powadze, bowiem stary elf nosił się bardziej godnie i dwornie. Naglił go pośpiech. Zacisnął więc rzemyki w butach do jazdy, poprawił kaftan i położył dłoń na ramieniu syna. - Informuj mnie o wszystkim. Postaraj się, aby nie wywołała skandalu. - Na to było odrobinę za późno. Krokusica pochwyciwszy okazję, zaczęła swoje gierki i manipulacje. Głowa rodu Kael’t Crevan zniknęła. Nikt Brzeszczota od kilku dni nie widział, nie było z nim kontaktu. Krokusica zaczęła szukać jego następy, będąc pewną, że śmierć upomniała się w końcu o tego mieszańca. Zadowolona wcale nie ukrywała swej radości.
   - Jeżeli coś mu się stało…
   - Miejmy nadzieję, że zamarudził w karczmie. Święta Mirai-heg, niech nawet z ladacznicami przebywa! - Ivelios starał się nie zdradzać emocji, jakie targały jego duchem, ale słowa, które właśnie wymówił wyraźnie świadczyły o tym, jak bardzo jest przepełniony obawami. Maltorn nic nie wiedział. Laurion także, chociaż mogła to przeczuwać; z nią nic nie było pewne. Zbieranie informacji dało niewiele. Sowy przynosiły mało wartościowe wieści. Informatorzy zawiedli.
   - Gdybyś w to wierzył… - Fril zacisnął pięść, chcąc ukryć drżenie ręki. - Pojadę z tobą.
   - Nie. Pilnuj swojej matki. Potrzebuję cię tutaj. Będziemy w kontakcie. Módl się do Ursuna, aby jego dusza wciąż tu była - popędzając swojego siwka, Ivelios skierował się ku sercu lasu, ku centrum stolicy, pędząc tam, gdzie w białym pałacu odnajdzie miłościwie panującą królową. Bogowie, oby tylko Niraneth-elda wiedziała, gdzie podziewa się Darrus. To była ostateczność. Stary elf nie chciał martwić i fatygować królowej. Dość miała zmartwień i dość zajęcia przy małej księżniczce. Dlatego obiecał sobie, że za nic nie zgodzi się, aby Niraneth towarzyszyła mu w poszukiwaniach. To, co dzieje się w rodzie, w nim zostaje i jego jest zmartwieniem. Sowiooki popędził konia, by z kłusu przeszedł w galop.
   Ivelios późnym wieczorem znalazł się w miejscu, do którego zmierzał. Po drodze przystanął jeszcze w siedzibach kilku rodów, by subtelnie, ostrożnie poszukać wieści; a nóż ktoś coś słyszał, coś widział. Nic to jednak nie dało. Brzeszczot przepadł. Nie było go od tygodnia. Ostatni raz widziano go na zachodnim wybrzeżu. Soren potwierdził, że opuścił wioskę i udać się miał do Królewca. Ale nigdy nie dotarł do miasta stołecznego, a ślad po nim zaginął. Magia zawiodła. Tropiciele zgubili ślad. Wszystko wyglądało tak, jakby najemnik przestał istnieć. Ivelios nie chciał o tym myśleć, nie dopuszczał do siebie takiej możliwości. Nie, jego wnuk nie dałby się zabić. Miał taką nadzieję.
   Młody elf podbiegł do niego i chyba chciał go przegonić, biorąc za marudera jakiegoś, ale w ostatniej chwili rozpoznał symbol wyhaftowany na kaftanie, dostrzegając w jeźdźcu jednego z rodu strzegącego Kurhanu Czterech Dusz.
   - Bądź pozdrowiony. Przybywam, aby porozmawiać z miłościwą królową. Proszę…
   - To niemożliwe! - młodzik odskoczył, kiedy czerwonowłosy elf zszedł z siwka. - Nie możesz!
   Ivelios cmoknął. W innych okolicznościach upomniałby dzieciaka, że nie tak należy zwracać się do kogoś, z jego pozycją. Chociaż władzę w rodzie przekazał wnukowi, wciąż był wysoko postawionym elfem. Nawet bez tego, należał mu się szacunek godny starszym.
   - O tej porze to niewłaściwe. Jej wysokość…
   Na granatowym niebie mrugały gwiazdy. Jasny księżyc przypominał rogalik. Noc wśród drzew była ciepła i duszna, chociaż w kraju trwała sroga zima.
   - Sprawa jest nagląca. Poinformuj królową, że Ivelios z rodu Kael’t Crevan…
   - Wróć jutro - małe upomnienie, właściwie przypomnienie, z kim ma do czynienia, nic nie dało.
   Sowiooki marnował tutaj czas. Ta rozmowa nie miała sensu. Nic nie wnosiła. Powinien przewidzieć, że nie zostanie przyjęty. O czym on myślał? Że królowa będzie dostępna dla niego o tej porze? Że tak po prostu wejdzie do królewskiego pałacu? Obawy i zdenerwowanie mieszały mu myśli. Ucisk na sercu nie pomagał. W normalnych okolicznościach posłałby wiadomość, aby zapowiedzieć swoje przybycie. W normalnych okolicznościach nie drżały by mu ręce. Nie bałby się informacji o piratach i łowcach niewolników, którzy chwytali ludzi, aby ich potem sprzedawać do brutalnych walk na arenach, albo pracy przy wiosłach na galerach. Wieści, że uderzyli tydzień temu na zachodnie wybrzeże…
Bał się, a strach wypełniał jego oczy. Odbierał rozsądek, zakłócał myślenie. Bał się, że tego narwanego głupca już nie ma, że stała mu się krzywda, której nawet magia nie zdoła cofnąć. Czar, który utkał miał przynieść pewność; zaklęcie potrzebowało czasu, dojrzewało.
Stary elf musiał znaleźć inny sposób. Nie było miejsca na przepychanki. Stawiając nogę na strzemieniu, nie usłyszał otwieranych za jego plecami drzwi.


   Ostatnimi dniami Szept rzadko kiedy pojawiała się wśród elfów. Może dlatego nie dotarły do niej pogłoski o zniknięciu Brzeszczota, w stolicy szerzej znanego jako głowy rodu Kael’t Crevan. Zresztą, od czasu narodzin małej księżniczki Wilk złym i nieprzychylnym okiem spoglądał na każdego, kto ośmieliłby się denerwować królową. Toteż póki co Szept pozostawała przyjemnie nieświadoma piętrzących się na horyzoncie kłopotów.
Ostatnimi dniami zresztą w pełni mogła cieszyć się obecnością rodziny w pobliżu. Bo nie dość, że jej starszy brat zawitał do stolicy, to przyjechała jeszcze Heiana. Uzdrowicielka była niezwykle uparta, uznała więc, że choć Wilk jest uzdrowicielem, to to ona będzie w stolicy niezbędna. Poza tym, nikt się tak nie dogada jak kobieta z kobietą… no i rozsądna osoba w stolicy… tak, ten ostatni argument przeważył. Teraz ta rozsądna, jedyna rozsądna osóbka siedziała w jednym z obszernych, mięciutkich foteli, przyjemnie zagrzebana… ale i równie nieprzyjemnie ciekawa… czy tez raczej zaniepokojona.
   - Szept… Co jest pomiędzy tobą a Darrusem? – wypaliła, gdy cisza przedłużała się. Malutka Merileth, po bardzo długim grymaszeniu w końcu zasnęła i obie elfki rozmawiały szeptem, żeby księżniczki nie obudzić.
   - Nic.
   - No wiesz, mi nie powiesz? Tak na poważnie.
   - Na poważnie? Nakryłaś mnie – Szept uśmiechnęła się, jakby zaraz miała zdradzić co najmniej tajemnicę całej stolicy.
   - Słucham? – Heiana była bardziej poruszona, niż by to chciała pokazać.
   - Potajemnie wzięliśmy ślub i urodziłam mu tuzin dzieci. Albo od razu dwa tuziny.
   - Miało być na poważnie!
   - Cii – Szept odruchowo spojrzała na Mer. Lecz dziecko spało spokojnie. - Pilnuje mi pleców…
   - Tak, wrzód na tyłku, nieszczęście pałętające się między nogami i pseudoelf. Ale…
   - Zapomniałaś o zmorze magiczki – Szept uśmiechnęła się melancholijnie, wciąż nie odwracając spojrzenie od śpiącej Merileth. Już nie mogła się doczekać, aż Dar w końcu ruszy swój zasiedziały tyłek i pojawi się w stolicy. Jego mina, na wieść, że został wujkiem… to będzie bezcenne. Tak, dopiero wtedy ochrzci ją wredotą. Jak mogła mu nie powiedzieć wcześniej?
   - Więc? – przerwała jej myśli Heiana. Bardzo natarczywa Heiana.
   - Co więc? – Szept zdążyła stracić wątek.
   - Pytałam, co jest pomiędzy tobą a Darrusem.
   - Cóż… kocham go.
   - Szept! Miało być… Nie mów mi, że on…
   - Jak brata. Heiana, spoważniej. Nie wiem, co ty sobie wyobrażasz.
   Cisza. Obie elfki milczą, uzdrowicielka nie wiadomo dlaczego, Szept bo szuka przyczyny tych dziwnych pytań i dociekliwości kuzynki. Przecież … Heiana miałaby być zainteresowana Darrusem? Nie mogło być mowy. Darrusem? Chociaż, pośladki miał naprawdę niezłe.
   - Ale jak mu o tym powiesz, to ci tego nie daruję. Nawet…
   - O czym? – Heiana, błądząca gdzieś myślami, niezbyt przytomnie spojrzała na Szept.
   - Ja nie wiem, co się z tobą dzieje. Idź spać, albo coś, bo nie jesteś sobą – podsumowała kuzynkę Szept, sama nie wykazująca zbytnio ochoty, by posłuchać własnej rady. Jeszcze sobie chwilkę posiedzi, nieróbstwo jest takie fajne. Nawet nie myślała.
   Szept, wiesz, że ktoś się chce z tobą spotkać? Do tego bardzo. wyrwał ją z przyjemnego półsnu, półmarzenia głos Corvusa. I mogli sobie mówić co chcieli pałacowi strażnicy, Jej Wysokość miewała różne, najdziwniejsze pomysły. I zwyczaje. Raz jeszcze, kontrolnie spojrzała na pokój, jakby bała się, że podczas jej nieobecności małej stanie się coś złego.
   Skrzypnęły otwierane drzwi, lecz ani młody strażnik, ani jego rozmówca tego nie usłyszeli. Starszy elf już stawiał nogę na strzemieniu, a młodszy na nowo podjął swój marsz, zadowolony z faktu, że pozbył się natręta. I wtedy spostrzegł stojącą w drzwiach postać. Kasztanowe włosy, rozpuszczone, jakby elfkę dopiero co wyrwano ze snu. Długa koszula zakryta granatowym płaszczem, który prawdopodobnie miał chronić przed zimnem. Była to królowa.
   - Wasza Wysokość – bąknął, pośpiesznie się kłaniając. Wzrok elfki spoczął jednak na drugiej sylwetce, szare oczy rozpoznały rodowe symbole. Dziwny niepokój przyćmił jej niedawny spokój i szczęście, niepokój, którego nie mogła pojąć. Co tu robił Ivelios? O tej porze? Sowiooki nie należał do pochopnych osób, czyniących wiele hałasu o nic. Nie należał do tych, którzy narzucają się ze swoją obecnością czy też… Niepokój nasilił się.
   - Wasza wysokość… - strażnik wykorzystał jej milczenie. – Nic się nie dzieje, pani. A…
   - Ivelios-elda – spojrzenie na strażnika. – Przedstawiciele rodu Crevan są tu zawsze mile widziani. Niezależnie od pory – łagodne upomnienie.
   - Ale Władca powiedział… - biedny strażnik znalazł się pomiędzy młotem a kowadłem. Kogo miał teraz słuchać?
   - Taka jest moja wola – Szept nie pozostawiła mu wyboru. Pośpiesznie podeszła do starszego elfa, na znak szacunku skinęła mu głową w geście powitania. - Cormamin lindua ele lle, Ivelios-elda – przemówiła.
   Ivelios nie spodziewał się, że spotka go takie szczęście. Teraz sam nie wiedział, czy cieszyć się ma z radości, czy czym prędzej przejść do rzeczy. Targały nim sprzeczne emocje. Dusza drżała na każdą myśl o wnuku. Strachu, który paraliżował jego ciało, nie potrafił stłumić, nawet opanować. Musiał się opanować, jeżeli tego nie zrobi, w takim stanie na niewiele się przyda. Spojrzał na elfkę i… Bogowie, co on tu w ogóle robił. Gdyby Szept wiedziała o zaginięciu najemnika, czy by go nie szukała? Z pewnością. Ona nic nie wiedziała. Ivelios poczuł się jak zwiastun nieszczęścia, jak głupiec, który burzy spokój młodej matki i żony. Nie powinien. Był okrutny. Nie powinien tego robić, jednak…
   - Elen síla lúmenn omentielvo - Sowiooki ukłonił się głęboko, składając pokłon elfiej królowej. - Proszę o wybaczenie, Wasza Miłość, że o tak późnej porze zakłócam twój spokój - głos mu nie drżał, z czego był zadowolony, ale oczy go zdradzały. Nie mógł jednak unikać spojrzenia Królowej i chociaż wiedział, że przyniósł jej tylko strach i obawę, podniósł głowę. - Czy mógłbym prosić o rozmowę, Wasza Wysokość?
   Dworne słowa, serdeczne powitanie, żadne z nich nie ukoiło niepokoju elfki. Nie, gdy w oczach Iveliosa czytała dziwny dlań strach, jeszcze dziwniejsze wahanie, coś na kształt zaciętości. Mimo to uśmiechnęła się, bardziej odruchowo.
   - Waszą Wysokość raczej nie. Ale Szept owszem – nadal nie przyzwyczaiła się do określania jej mianem królowej, zwłaszcza zaś przez tych, których określała mianem przyjaciół. – Chodź za mną, porozmawiamy bardziej swobodnie.
   Swobodnie. Może dlatego, że młody strażnik wciąż stał w pobliżu i choć udawał zajętego obserwacją stolicy, to co chwila jego ciekawy wzrok kierował się na królową i przedstawiciela rodu Crevan. Wobec więc tego elfka podążyła z powrotem do pałacu, a domyślając się, iż sprawa może być poważna, zrezygnowała ze swoich komnat, jako miejsca rozmowy. Wszak, tam była Heiana, a Ivelios niekoniecznie życzył sobie towarzystwa.
   - Ivelios-elda… Mani marte?* - jak na dyplomatkę i córkę swego ojca aż nazbyt szybko przeszła do rzeczy, ledwie bowiem zamknęła drzwi obszernej biblioteki.
   - Avahaira morë cenda - Ivelios nie wiedział, co ze sobą zrobić. Gdzie spojrzeć, co począć z drżącymi rękami; zaczął więc chodzić, przechadzać się z jednego miejsca w drugie. Pozwalało mu się to skupić. Odrobinę. Bogowie, pomóżcie. Jak on miał powiedzieć drogiej Szept, że… Naprawdę przynosił złe nowiny. Bogowie, wybaczcie mu to, co zaraz powie. Przebaczcie staremu głupcowi, który targany miłością do wnuka, czyni zło. – Niraneth-elda… Ja… Dar, on… - słowa nie chciały przejść mu przez ściśnięte gardło. Ręce drżały, zdradzając zdenerwowanie i emocje. Mimo wszystko nawet teraz był rzeczowy. - Zniknął. Nie możemy go znaleźć. Nigdzie. Ja… - zatroskany, strapiony opadł na krzesło, bojąc się, że nogi odmówią mu posłuszeństwa.
   Chyba go nie dosłyszała. Albo po prostu nie zrozumiała. Przecież Brzeszczot… on i kłopoty? On miał gdzieś, nie wiadomo gdzie zniknąć? To nie było… to nie on. To ona była tu od pakowania się w kłopoty, z których on ją prędzej albo później wyciągał, przy okazji najadłszy się odrobinę strachu o wredną, długouchą pracodawczynię. Nie, żeby o tym głośno mówił… może oprócz ostatniego razu.
   - Brzesz…czot? – jeszcze brakowało, by wytrzeszczyła na niego oczy. Ale szybko wzięła się w garść. Ivelios był wystarczająco zatroskany, nie musiała zrzucać na niego jeszcze jej własnych niepokojów i smutków. Mogła zrobić tylko jedno – wziąć sprawę we własne ręce. I to właśnie zrobiła. - Gdzie i kiedy widziano go po raz ostatni? Kontaktował się z kimkolwiek? – cień podejrzliwości wkradł się do umysłu elfki. Obciążać rodzinę niezbyt to ładnie. Ale Krokusica…. – Czy Krokusica coś wie? Albo… - przeszła się kawałek, odrobinę. Jeśli nie mogła słowem ujawnić niepokoju, targającej nią niecierpliwości, to mogła ją rozchodzić.
Gdyby po prostu zgubił się w karczmie, Ivelios by jej nie niepokoił. Znała starszego elfa. Jeśli tu był, sprawa była aż nazbyt poważna. Darrus, w coś ty się wpakował?
   - Moja małżonka szuka już następcy - Krokusica była teraz najmniejszym problemem, chociaż niczego nie ułatwiała, za to przysparzała jeszcze więcej kłopotów. Ivelios umiał sobie z nią radzić, ale słysząc jej radosne słowa o tym, że parszywy mieszaniec zapewne piach gryzie i gnije w płytkim grobie, wolał usunąć się w cień. Nie chciał tego słuchać. - Nie. Nienawidzi go, ale krzywdy by mu nie uczyniła. Soren potwierdził, że Dar opuścił wioskę i udał się do Królewca. Nigdy nie dotarł do stolicy, nawet wybrzeża nie opuścił. Magia nie potrafi go znaleźć, a tropiciele zgubili ślad za wioską. Szept, ja już nie wiem, co robić. Jeśli on… - stary elf, zatroskany, pokręcił głową. - Nie kontaktował się z tobą? Może… Może coś wiesz? Jeśli nie ty… Pytałem każdego. Wszystko sprawdziłem. Nie ma go Szept, nie ma.
   Zmarszczka na czole Szept i dziwny błysk w oku. W najbliższym czasie Krokusica będzie mogła spodziewać się wizyty Królowej. Niech no Szept usłyszy tylko słówko o poszukiwaniach następcy Darrusa… Krokusico, nadchodzą kłopoty. - Nie opuścił wybrzeża… - od razu przypomniała sobie ich ostatnią przygodę na wybrzeżu i tajemniczą mgłę. Maga iluzjonistę, który, była pewna, działał na polecenie kogoś odeń silniejszego. Fakt, że to był dopiero początek, a sprawa nie zakończyła się… Czy ktoś szukał zemsty na Darrusie? Czy ktoś… - Nie miałam od niego wieści odkąd się rozstaliśmy – żałowała, że nie ma dla niego bardziej pomyślnych wieści. Żałowała, że nie wie, co działo się z Brzeszczotem. Powinna była bardziej się zainteresować, powinna była… posłać po niego. Powinna była… Bogowie, ona tylko chciała dać mu czas, by … Czemu wszystko musiało pójść źle?
   - Sprowadziłem do twojego domu kłopoty. Nie powinienem był… - czy dobrym wyjściem było powiedzenie królowej, że wszystko wskazuje na ingerencję łowców niewolników? Czy miał prawo burzyć jej spokój i odrywać od maleńkiej córki? Potrzeba zdobycia informacji kłóciła się z sumieniem, które krzyczało, aby nie nękać królowej elfów kłopotami, które powinny zostać w rodzie. - Nie wiem jednak, gdzie mógłbym szukać pomocy. Obawiam się, że został porwany przez grabieżców. Może już nie żyć. A jeśli żyje, został sprzedany jako niewolnik. Im więcej czasu upływa, tym mniejsze ma szanse na przeżycie - miał pewność; sowy, które siedziały na drzewach, przyniosły wieści. Sowy zawsze były przy nim, nawet kiedy ich nie było widać. Frilweryn potwierdził najgorsze obawy. Łowcy niewolników.
   Twarz Szept stężała, nieco jakby zbladła. Ale nie zachwiała się, nie zemdlała. Nie padł żaden okrzyk. Tylko ta bladość. I zdecydowany błysk oczy. Łowcy niewolników. Grabieżcy. Szept podjęła decyzję. I biada temu, kto będzie próbował ją od niej odwieść.
   - Diola lle*, Ivelios-elda, że mnie poinformowałeś. Zrobiłeś dokładnie to, co było trzeba – odwróciła się w stronę starszego elfa, przerwała swój dotychczasowy spacer. – Odwiedzę cię jutro, z samego rana. Jeśli będziesz miał jakieś wieści, chcę je usłyszeć natychmiast.
Plan elfki zaczął się krystalizować. Jeśli tylko Wilk nie będzie sprawiał oporów… Może lepiej mu nie mówić? Heiana będzie ją kryła. W końcu, ona też poznała Darrusa, zrozumie. Szept nie pomyślała tylko o tym, że Hei może chcieć iść za nią. Lepsze to niż stawienie czoła Władcy i wyjaśnienie mu, że jego żona wybrała się w dłuższą podróż. I zamierza sobie „porozmawiać” z łowcami niewolników. Chociaż, nie tylko z nimi zamierzała zamienić słówko Szept przed wyjazdem. Jeszcze jedna elfka prosiła się o upomnienie. Nikt jej tu nie będzie Darrusa zastępował i podstawiał za niego jakąś nędzną marionetkę. Darrus jest tylko jeden.
   Stary elf westchnął z ulgą. Poczuł się tak, jakby ściągnięto z jego ramion wielki ciężar. Było mu lżej ze świadomością, że nie jest z tym wszystkim sam. Wciąż gryzło go sumienie, nadal wyrzucał sobie, że burzy spokój tego domu, że miesza w sprawy rodu innych, chociaż nigdy wcześniej nawet by nie pomyślał o czymś takim. Bogowie, co ten durny najemnik z nim zrobił. Dar pewnie nawet nie wiedział, jak bardzo potrafi przywiązać do siebie ludzi. Jak wpływa na nich i potrafi uzależniać. Wredny, paskudny najemnik, którego nie dało się nie kochać. Krzyknie, a wszyscy za nim pójdą. Sam pcha się pod nóż, nawet nie myśląc, ale nie da się być na niego złym, czy wkurzonym. Dłużej niż chwilę. Bogowie.
   - Poinformuję odźwiernego o twojej wizycie - praktyczny elf skinął głową i wycofał się, zatrzymując na chwilę przy drzwiach, na elfkę spoglądając - Dziękuję, Wasza Wysokość - i pierwszy raz od kilku dni, na twarzy czerwonowłowego długouchego, pojawił się uśmiech. Prawdziwy, pełen nadziei na to, że Brzeszczot się znajdzie.
   Zamknął za są drzwi, aby czym prędzej na siwka wskoczyć. Musiał działać.


   Następnego dnia, wczesnym rankiem, kiedy pierwsze promienie słońca nie zdążyły nawet przebić się przez ciemne, burzowe chmury, gdy ptaki dopiero rozpoczynały swoją pieśń, Sowiooki krzątał się wraz z synem w maleńkiej stajence. Konie najlepszej krwi strzygły uszami, zainteresowane tym rannym, dziwnym poruszeniem.
   - Pojadę z tobą - Frilweryn od dłuższej chwili kłócił się z ojcem. Odkąd przyszły wieści od sów, starał się go przekonać, że przyda mu się w drodze. Nie chciał siedzieć w stolicy, kiedy krew z krwi jego siostry, miała kłopoty. To był Dar. Chciał go ratować. Tego głupca i żartownisia, co był bardziej jak człowiek niż elf. Jak brat.
   - Zostaniesz. Musisz mieć na oku Krokusicę, kiedy mnie tu nie będzie - mała stajenka pachniała słomą i owsem, końmi. Cztery boksy i w każdym mocno, dobrze zbudowany ogier. Siwek Iveliosa, jedyna klacz, czekał osiodłany w drzwiach. - Martwię się, że będzie sprawiać kłopoty.
   - Zawsze to robi. Mogę ci się przydać.
   - Moriar wie? - Sowiooki trafił w sam środek. Bingo. Moriar nie wiedział. Akceptował ucieczki jednego ze swoich, pozwalał na to, bowiem Gwarek zawsze był dobrym i sumiennym strażnikiem, kiedy trzeba było. Byli tacy, co chrząkali i krzywili się na tak jawne sprzeciwy, jednak póki co, nic wielkiego z tego powodu się nie działo. Opuszczenie stolicy, zwłaszcza teraz, zostawienie Moriaru na długi okres czasu, nie wchodziło w grę. Fril dobrze o tym wiedział.
   - Khelek ron… - przekleństwo wyrwało się z ust Gwarka, a zaciśnięta pięść trafiła w drewnianą ramę drzwi. - Pójdę zagadać matkę, by wam nie przeszkadzała. Czekasz na Szept?
Sowiooki skinął głową. Był przygotowany do długiej, męczącej drogi. Zapasy poczynił jeszcze wczoraj. Teraz tylko sprawdził juki; i nawet przed synem nie przyznał się, że dodatkowy worek jest zapasem dla królowej elfów, gdyby zechciała z jechać. Ivelios bał się, że będzie chciała. Że przyjdzie tu już gotowa do drogi i będą musieli czmychnąć ze stolicy. Wątpił, aby Szept powiedziała Wilkowi, że opuszcza Eilendyr.
   - Vedui – usłyszeli witający ich, łagodny głos wspomnianej elfki. - Wybierasz się gdzieś, Ivelios-elda? – dodała zaraz, zerkając na osiodłaną siwą klacz. Dziwnym trafem sama ubrana była iście nie jak na królową przystało. Żadnych zdobionych sukien, żadnych długich, powłóczystych szat. Jedyne wygodna tunika i dopasowane spodnie, okryta płaszczem obszytym futrem. Dziwnym trafem przy pasku miała sztylet, mały, ale poręczny. Gdyby Brzeszczot był tutaj, mógłby wyjaśnić, że elfka nosi ostrze na wypadek, gdyby magia zawiodła. Wizerunek gotowej do drogi Szept zwieńczał dzierżony w prawej dłoni kostur.
   - Frilweryn-elda, nae saian luume - jakby szare oczy elfki dopiero teraz dostrzegły Frila. Nie jest ci pisana daleka podróż, potrzebuję cię w stolicy. Na wypadek, gdyby jednak Dar wrócił… albo w razie innych, mniej sprzyjających okoliczności. Poza tym, ktoś musi mieć baczenie na wszystko i reprezentować ród Crevan. A skoro Ivelios-elda opuszcza stolicę – jakby nie podejrzewała tego sama – pomyślałam, że mogę na ciebie liczyć. Tymczasowo, jak tylko Dar wróci zdejmie z ciebie ten ciężar – elfka nie zakładała innej możliwości. Dar wróci.
   - Ekhem… - ktoś zakaszlał z tyłu. A o ile pojawienie się Szept i jej gotowość do drogi nie dziwiło, to fakt, że ma towarzystwo już owszem. – Nie chcę przeszkadzać, ale radzę się pośpieszyć, jeśli w ogóle chcecie gdzieś… apsik… jechać… Apsik!
   Wszystko jasne. Heiana i jej alergia. - Wybaczcie. Nie chciała zostać – mruknęła Szept w chwili, gdy nieco rozczochrana głowa Heiany pojawiła się w otwartych wrotach stajni. – Uparła się, że jedzie i…
   - Zaraz uparła. Wbrew wszystkiemu, ja też nie zamierzam go zostawić samemu sobie. Poza tym, nie zamierzam być w pobliżu, jak Wilk odkryje zniknięcie Szept. Mowy nie ma.
   Frilweryn był w patowej sytuacji. Rwał się do podróży, do przodu, ale był jak przywiązany na gumie do drzewa; przebiegał kawałek i wracał. Martwił się i to nie pozwalało mu siedzieć na miejscu. - Zostanę - wiedział, że może zaufać ojcu i Szept. Magiczka nie pozwoliłaby na odrzucenie poszukiwań na bok. Tak jak ród Crevan wiedziała, że sprawa jest ważna, nie tylko dlatego, że Dar był głową rodu, ale dlatego że to był właśnie Brzeszczot. Jeden z nich. Gapowaty, krnąbrny, ludzki, ale swój. - Tenna' telwan. Quel marth - i zniknął czym prędzej, bo jeszcze chwila, jeszcze moment, a wsiądzie na koń i pojedzie z nimi. Nie, on był potrzebny tutaj. Ciekawe, gdzie była Krokusica.
   Sowiooki związał ciaśniej włosy, zapiął pod szyją płaszcz zapinką w kształcie sowy i poklepał dłonią klacz po chrapach. Siwka niecierpliwiła się, chciała już ruszać. - Heiana-elda, witaj. Droga będzie trudna. Nie mogę cię zatrzymać, więc… - i sięgając po dodatkowy worek z zapasami, podał go uzdrowicielce - Zaopiekuj się ziołami i suszem. U ciebie będą bezpieczne - spojrzał na królową, ale powstrzymał westchnięcie. Co on robił? Czemu ją w to pakował? - Szept, czy… Nie powinnaś z nami jechać. Wiem, jaki masz stosunek do mojego wnuka, jednak jesteś królową i masz obowiązki wobec kraju. - Ivelios nie wiedział, że magiczka bywa uparta, co może wymyślić. Nie był Darrusem. - To łowcy niewolników z archipelagu księżyca.
   Heiana ochoczo przejęła woreczek. Ciekawe, czy Soren miał coś na alergię. Inaczej całą drogę na końskim karku przekicha. Bardzo nieprzyjemne. I skutecznie utrudnia mówienie. No, ale liczyła się szybkość, pieszo na ratunek Brzeszczotowi nie pójdą. Zaciekawiona, nieco rozchyliła worek, zaglądając do środka. Zobaczmy…
   A Szept zamrugała, zbita z tropu. To Ivelios jej tu nie chciał? No, przecież ona chciała dobrze. Jak zawsze. – Mam obowiązki. I zobowiązania. Pouczenie o obowiązkach możesz mi już wygłosić, jak tylko wrócimy. Razem z pozostałymi Starszymi, którzy będą wprost zachwyceni moim zniknięciem. A póki co, mam inne zobowiązania. Choćby takie, jak przyjaźń – zupełnie, jakby teraz to on ją uraził. Czy Ivelios oczekiwał, że będzie siedziała bezczynnie na tyłku, podczas gdy ktoś inny będzie ruszał wyciągać boskie pośladki z tarapatów? Już ona Darrusowi pokarze, że nie tylko misie są przytulaśne. Wilczyce też potrafią. Niech ona go tylko dopadnie, to najpierw złaja jak należy, a potem jeszcze wyściska.
   I znowu złaja. Z tą myślą odwróciła się, chcąc wyjść do czekającego na nią Zahira. Gniadosz był jak zwykle nie osiodłany, dziki, jakby świeżo ze stepu.
   - Ci łowcy nie są tacy doskonali. Popełnili błąd. Wybrali niewłaściwego najemnika.
   - Jesteś królową Szept. Muszę mieć to na uwadze. Jednak… - uśmiech Iveliosa, który rozjaśnił jego twarz, wyglądał jak… Jakby to Dar się uśmiechał. Najemnik naprawdę podobny był do dziadka; może i z nim czas obejdzie się łaskawie i pozwoli osiągnąć taką mądrość, jaką posiadł Sowiooki. - Nie wymarzyłbym sobie nikogo innego do towarzystwa - wskoczył na siwka i pognał klacz ku leśnej ścieżce, która wychodziła poza las i granice elfiej stolicy. Po drodze opowiedział elfkom wszystko, co sam wiedział i co pomogli mu ustalić tropiciele. Mówił o łowcach, o niewolnikach, o samej wyspie, na którą będą musieli się dostać. Ponoć magia tam nie działała, a zaklęcia traciły moc. Opowiedział o trasie, najkrótszej i nie zawsze bezpiecznej, jaką będą musieli przejechać, by dotrzeć do portowego miasta na zachodzie. Stamtąd łodzią wprost ku archipelagowi księżyca, śladem łowców. Był praktyczny i szczery, nie ukrywał zasłyszanych plotek, które opisywały wykupionych i walczących na arenie niewolników. O wioślarzach na galerach tylko wspomniał; wątpił, by Brzeszczot tam właśnie trafił.
   Dłuższa chwila konnej jazdy i elfy opuściły bezpieczny las, wyjeżdżając spomiędzy wiekowych drzewach o pniach tak grubych, że jeden człowiek nie mógłby ich objąć. I popędziliby konie do galopu, bowiem liczył się czas, ale czekała na nich niespodzianka. Tam, gdzie kończyła się granica stolicy, dwa kroki przed nią, stała gromadka ludzi. Ivelios z początku nikogo nie poznał, ale gdy się zbliżył, zauważył kilka osób, które znał. To musieli być…
   - Chędożony najemnik, już ja mu pośladki przetrzepię! - Lofar, z toporkiem za paskiem, siedział na kucyku, przygotowany do drogi. Nie miał aż tylu zapasów, by sądzić, że będzie chciał dostać się wraz z nimi na wyspy, ale do wybrzeża owszem. Żadne z nich nie mogło opuścić kraju, ale zrobią wszystko, by odnaleźć Brzeszczota.
   - Powiedz jeszcze raz coś takiego, o moim wujku, a zabiję! - Borówka, mała Borówka, która w wyniku kaprysów losu dostała się do Bractwa Nocy, wyrosła i nie była już małą dziewczynką. W ciemnych barwach, z mieczem u pasa, siedziała na karym ogierze. Nie była zabójcą. Jej funkcja w bractwie nie została precyzyjnie określona, ale zgodnie z wolą Dara, nie zabijała, bo i sama tego nie chciała. - Trzeba znaleźć Dara.
   - Koniec świata, kiedy elfa porywają na niewolnika! - uliczny kaznodzieja Jasha, wzniósł ręce do nieba, łapiąc się za głowę. I od razu w tą łepetynę dostał z grubej, wielkiej łapy olbrzyma, niemal z konia spadając. Jaruut Październikowe Dziecko, musiał upomnieć kaznodzieję, który wieścił koniec Keronii i koniec świata całego.
- Nie pierdol, Jasha. Najemnika trzeba wydostać. A tym pojebom, wpierdzielić - i uderzył pięścią o pięść, gotów do bitki. Nie siedział na koniu. Chyba żaden wierzchowiec nie dałby rady utrzymać ciężaru olbrzyma. Za to on potrafił dotrzymać kroku towarzyszom.
- Ta kampania jest dziwna. Zebrali się samozwańcy bohaterowie. Cześć, Szeptuś - nawet Wisielec tu był, znudzony czekaniem, głodny też, bo przed chwilą marudził pod nosem coś o ciepłym posiłku. A jak był tu wilkołak, musiała być także…
   Szamanka skinęła głową elfkom, witając się z nimi. Nic więcej nie powiedziała. Jak to ona.
   - Nie wiem jak ty, wilkołaczku, ale ja w to wchodzę z pełną świadomością – Szept uśmiechnęła się szeroko na widok tej kompanii. Dziwna bo dziwna, lecz każdego z tych tutaj znała, z każdym jakąś przygodę przeżyła. Na co jej rycerstwo, na co wojowie, jeśli miała kogoś, na kim mogła polegać? Już Alastair, razu pewnego, jeszcze na samym początku ich znajomości stwierdził, że elfka przyciąga rozmaite stwory spod ciemnej gwiazdy... chociaż, mag chyba określił to nieco lepiej. No, ale tym razem nie ona ich wszystkich tu ściągnęła. To Brzeszczot.
   - Dobrze widzieć was oboje. Całych – zwłaszcza szamankę, biorąc pod uwagę sposób, w jaki się one obie rozstały, jeszcze na wybrzeżu.
   - Apsik! Apsik… - Heiana kichnęła w rękaw szaty. Bogowie, jeszcze więcej zwierząt. No i w co ona się wpakowała? Jest uzdrowicielką, a nie samozwańczym poszukiwaczem przygód, że o bohaterstwie już nie wspomnę. W przygodę niech się bawi Szept, razem z konsekwencjami wszystkich szaleństw. Olbrzym? Kapłan? Krasnolud? Rany boskie, czego ona jeszcze o najemniku nie wiedziała?
   - Heiana – Szept zdała sobie sprawę, że kuzynka nie zna większości osób. – Jasha, Lofar, Borówka, Jaruut… - szybko wskazała wymienione po imieniu osoby. – Ale na Lofara uważaj – dodała, pochylając się w stronę kuzynki.
   Heiana parsknęła. – Na olbrzyma rozumie… ale krasnolud? To nie Midar, on nie wywija chyba toporem po pijaku… - ale kontrolnie zerknęła na Lofara. I coś w jego spojrzeniu, choć jeszcze nie wiedziała co takiego, ją zaniepokoiło. – Mogłabyś…
   - Po prostu uważaj. Zresztą, wkrótce się pewnie przekonasz.
   Mocniej szturchnęła boki Zahira, zachęcając go do podjęcia przerwanej drogi. Szept nieco jak szamanka, bardzo wylewna rzadko bywała, choć do Silvy daleko jej było.
   - Jak to, na mnie uważać? - krasnolud się oburzył, zaciskając usta w wąską kreskę i nawet palcem magiczce pogroził. Pokręcił nosem, poruszał i chyba wpadł na genialną, według jego zdania, myśl. - Chędożona elfka… - ale ostrzeżenie było jak najbardziej uzasadnione. Przed takimi, jak Lofar, trzeba było ostrzegać. Ale jedno o krasnoludzie można było powiedzieć. Kiedy tylko dowiedział się, że najemnik ma kłopoty, zostawił karczmę pod opieką gnomiego rodzeństwa i od razu ruszył do elfiej stolicy, spotykając po drodze resztę wesołej kompanii.
   - Bo ty przelecisz wszystko, co ma dziurę! - Jaruut nigdy nie owijał w bawełnę, za to roześmiał się rubasznie, uderzając w plecy skulonego na koniu kaznodzieję; Jasha wyglądał tak, jakby bał się oddychać, nie wspominając już o wyrzuceniu z siebie słowa. Był strachliwy, ale o przyjaciela postanowił walczyć.
   - Przepraszam, ale… - słaby głosik Borówki nie został usłyszany.
   - Ale nie wszystko mi daje się wychędożyć!
   - Słuchajcie… - Borówka podniosłą rękę.
   - Jestem głodny. Ruszmy się, co by prędzej na popas stanąć - wilkołaka marudzącego, musiała upomnieć szamanka.
   - Mamut jest na niebie! - Rozdrażniona tym, że nikt jej nie słucha, Borówka w końcu krzyknęła. I faktycznie, na tle szarego, chmurzastego nieba, dostrzec można było rosnącą sylwetkę jakiegoś dużego zwierza, który okazał się być mamutem. Mamut leciał w powietrzu. Opasany sakwami, kierował się ku nim.
   - To Maszmallow - Ivelios wytężył bystry wzrok, by lepiej widzieć. - Soren najwyraźniej także przyłącza się do nas. - Mamut zbliżył się, obniżył lot, zatoczył koło i w chmarze pyłu wylądował; skórzane sakwy, które niósł, zaczęły się szamotać. W środku najwyraźniej ktoś był. Młody chłopak, półolbrzym - Corvo, który wyskoczył jak oparzony z sakwy, byle dalej od tego upiornego stworzenia i huśtających się w powietrzu worków. Ostatni raz. Nigdy więcej. Nawet dla starego maga.
   - Mistrz Soren nie mógł sam się zjawić. Jestem więc ja - przez jego twarz nie przemknął nawet cień, kiedy spojrzał na prawdziwego olbrzyma; nic po sobie nie dał poznać.
   Heiana spojrzała na Szept, nieco przerażona samą wzmianką o Lofarze, nieco bardziej zszokowana. Póki co podobne historie nie wydawały jej się zabawne, nie wiedząc wszystkiego, nie widziała nic komicznego w postaci Lofara. Jeszcze. Po tej przygodzie jednak chyba zmieni zdanie, choć jeszcze o tym nie wiedziała.
   - Nie rób takiej przerażonej miny, nikt cię tu nie zje – Szept zagadnęła kuzynkę, obserwując, jak ta ładuje się na siodło końskie, nieco nieporadnie, kichając co chwila donośnie. W takim tempie to może dotrą do Darrusa jak… Nie. Dotrą na czas. Bo jak nie to… Dotrą. Koniec dyskusji, myśli precz.
   - Byłabym…Apsik!
   - Weź coś na to kichanie, bo nas wszystkich zdradzisz jeszcze…
   - Niby przed kim? Robicie więcej hałasu niż stado słoni. Do tego jeszcze mamut. Ślepiec by was zobaczył, głuchy usłyszał.
   - Świetnie. Ciebie by za to poczuł – Szept musiała się odgryźć. Tyle, że Heiana wzięła to na poważnie i pociągnęła małym noskiem. Raz, drugi, trzeci… - Sugerujesz, że śmierdzę?
   - Nie, pachniesz. Fiołkami.
   - Jak już to ziołami. Szept… ty ze mnie drwisz.
   Cóż, przynajmniej zajęta sporem Heiana przestała kichać. Na razie. A Szept, przyzywając kruka, nakazała mu, jak to już mieli w zwyczaju, rozpatrywać przed nimi drogę.
Brzeszczot na nich czekał. Nie mogli go zawieźć.
   Wszyscy się dobrze bawili. A przynajmniej sprawiali takie wrażenie. Mylne wrażenie. Ivelios obserwował ich wszystkich bardzo uważnie. Widział ich oczy i umiał odczytać z nich emocje. Każdy, kto tu przybył, zrobił to dla najemnika. Sowiooki wątpił, by Dar spodziewał się czegoś takiego; najemnik nauczony był, aby radzić sobie samemu w każdej sytuacji. Czasami jednak, dobrze było mieć przyjaciół. Takich przyjaciół.
   Elf klasnął w ręce, aby zwrócić na siebie uwagę i ukrócić przegadywania. - Powinniśmy ruszać. Są w Eilendyr elfy, które nie powinny nas zobaczyć. Kierujemy się ku wybrzeżu. Do Tarok, małego portu. Tam…
   - Tam was doprowadzimy, choćbyśmy mieli umrzeć - olbrzym podniósł się z ziemi, strzeliły mu kości, a kiedy stanął, górował nad wszystkimi. - Na pohybel skurwysynom!
   Jasha odchrząknął, patrząc krytycznie na przyjaciela; czy Jaruut nie mógł chociaż raz zachować się z kulturą, by nie ściągać na siebie nieszczęść i gniewu bogów? - Większość z nas potem zawróci. Każdy chce iść dalej, ale wyspa to nie miejsce dla takiej zgrai. Nawet ślepiec by się tam domyślił, że przyszliśmy po coś konkretnego.
   - Jednak… - Wisielec przeciągnął się - Ja i Silva sprawdzimy galery. Być może tam go sprzedali - na samą myśl o tym, że Brzeszczot został sprzedany jak zwierzę, jak rzecz jakaś, ogarniała wilkołaka złość. Odsłonił nawet kły, ale powstrzymał się od warknięcia i gotów do drogi, przemienił się w tego, kim tak naprawdę był - w wilka.
   - Dobrze. Ale uważajcie na siebie. – Przypadek, głupi kaprys losu, a sami mogliby wylądować na galerach. A tego Szept nie chciała. – A jeśli coś pójdzie nie tak… - elfka nerwowo poszperała po kieszeniach szaty, ewidentnie czegoś szukając. I wyciągnęła dłoń do Silvy. Połyskujący na niej kamień był zgoła malutki, przezroczysty, o nieregularnym kształcie, który trudno było do czegokolwiek porównać. – Powiedz „Lema ed' templa” i pomyśl o miejscu, w którym chcesz się znaleźć – Szept założyła, że szamanka, lepiej niż Wisielec pojmie tajniki magii.
   - Amulet, który podarowałam ci Szept, pozwoli się nam komunikować - szamanka przypomniała magiczce o swoim kamyczku, a potem stuknęła okutym końcem dębowej laski w zmarzniętą ziemię, wyszeptała słowa duchów i już była białą wilczycą; z piórem za uchem, z bransoletami na przedniej łapie.
   Szept skinęła głową; potem już tylko obserwowała przemianę szamanki i odejście mamuta, przywództwo w wyprawie oddając Iveliosowi. Jeśli będzie potrzebna, zrobi to, co trzeba.
   - Wskakuj, dzieciaku - Borówka podjechała do Corvo i podając mu rękę, pomogła wskoczyć na swojego konia. - Bractwo będzie się pieklić, jeśli nie wrócę za kilka dni. Zrobię jednak wszystko, abyście dotarli do Tarok.
   - Jakieś pytania?
   Pytań nie było.
   Heiana stwierdziła, że chyba całą tą mieszaninę towarzystwa oceniła nieco zbyt krytycznie. Mieszane, bo mieszane, ale każdego z nich przygnała tu nie chęć przygody, nie chęć włóczenia się po świecie, a szczera troska o dobro najemnika i przyjaźń, jaką żywili do tego niesfornego bardziej człowieka niż elfa. Bo z tym, że z Brzeszczota syna elfiego rodu się raczej nie zrobi… cóż, w tej chwili zgodziłaby się i na to. Byleby go znaleźli, całego, zdrowego… ewentualnie z lekko obitymi pośladkami, co by miał nauczkę i więcej się w kłopoty nie pakował. Cholerny, głupi, ciamajdowaty najemnik. No i co ona się tak o niego bała?
   Droga na wybrzeże nie będzie łatwa. Sroga zima nie pozwoli jeźdźcom na jazdę dłużej, niż kilka godzin, a i to czasami nie będzie się udawało. Śnieg, wiatr, zamiecie i zaspy - boczne drogi i skróty były nieprzejezdne, główne szlaki nosiły tylko ślady po kołach i kopytach, które zasypywał wiatr. W karczmach nie mogli się pokazywać, bo jeszcze jakiś nadgorliwy właściciel, wezwie straż do dziwnie i podejrzanie wyglądających obcych. Nie wszędzie mile widziane były wilki i olbrzym, o elfach nie wspominając.
   Dziwna to była kompania i dziwnie na nią będą patrzeć.

~*~
   Darrusa obudziło kołysanie. Mdłości szarpnęły jego wnętrznościami. Łupanie i pulsowanie w głowie nie pozwalało się skupić na otoczeniu. Tępy ból z tyłu czaszki spowodowany był guzem, szczypał rozcięty łuk brwiowy, a spuchnięte lewe oko ograniczało widoczność. Bolały obite żebra. Był na statku. Na morzu. Jak się tu znalazł, nie wiedział. Niewiele pamiętał. Ile dni minęło, pozostało tajemnicą. Tracił i odzyskiwał przytomność na przemian. Czasami zdawało mu się, że ktoś przy nim jest, że słyszy uspokajające słowa, kiedy majaczył w gorączce, ale nie był tego pewien. Teraz też, zanim zdążył choćby się ruszyć, osunął się w sen.
   Trzasnął bat. Ktoś krzyknął.
   - Do wioseł! Równo!
   Triera płynęła równo. Unosiła się i opadała na falach. Wiatr wypychał jej czarny żagiel, pchając do przodu, w nieznane, w głąb morza. Słony, ostry Piechur, kłujący powiew, smagał ciała przykutych do ław mężczyzn. Trzy rzędy wioseł unosiły się w górę i w dół, napędzając łódź. Środkiem przechadzał się ciemnoskóry pirat, pilnując harmonii ruchów; baty strzelały bez ostrzeżenia i nikt nie był pewny, kiedy dostanie. Rozdawano je jak cukierki. Bez powodu. Kiedy ktoś zemdlał, gdy stracił siły, kiedy zbyt długo ktoś nie oberwał.
   Wiosłowanie było męczące. Wiosłowanie bez odpoczynku potrafiło zabić, a ci, którzy nie dali rady, wypadali za burtę. Piraci istnień, łowcy niewolników. Łupili wioski i trakty na wybrzeżu Keronii, chwytając młodych mężczyzn, znacznie częściej łapiąc chłopców, by potem sprzedać ich na jednej z wysp archipelagu księżyca. Do walk na arenach, lub jako wioślarzy na galerach. Przegrani siedzieli przy wiosłach. Najcenniejsze zdobycze - przyszli walczący na arenie - pod pokładem, w klatkach, na wodzie i kromce chleba. Byli zbyt ważni, aby wystawiać ich do wioseł. Cena za nich sięgała wyżyn. Dobrzy i obiecujący, wyszkoleni, zapewniali nawet dwa mieszki złotych monet. Do głównego masztu przywiązywano maruderów. Zbyt cennych, aby się ich pozbyć.
   Brzeszczot, ciasno skrępowany sznurem, słuchał i poznawał łódź. Próbował uciec dwa razy. Za trzecim przywiązano go do masztu i pilnowano pilniej, niż innych. Pewnie dlatego, że podczas łapanki zabił kilku łowców, broniąc siebie i dzieciaków. Kapitan wiązał z nim duże nadzieje, pieniężne. Miał przekichane. Sądząc po akcencie łowców, byli z zachodnich wysp. W swoich rozmowach nigdy nie podawali nazw. Wiedzieli co, i jak robić. Cholera.
   - Wyspa na horyzoncie!
   Statek zawinął do portu. Na trierze nie było słychać zwyczajowych okrzyków radości i wznoszonych modlitw do bogów wód i mórz, za szczęśliwy powrót do domu. Niewolnicy, związani i spętani ze sobą, z zasłoniętymi oczami szli prowadzeni przez czarnoskórego mężczyznę. Ci, którzy mieli zostać sprzedani jako wioślarze na galerach, zostali na nabrzeżu. Port był malutki. Kamienny, głęboki, co czyniło go dogodnym miejscem cumowania większych jednostek. Zaplecze tętniło życiem. Tragarze nosi skrzynie i paczki, rozładowując i załadowując statki i mniejsze łódki. Na okrągłym placu targowym, gdzie unosiła się woń ryb i owoców morza, na drewnianym podwyższeniu odbywały się licytacje. Kto da więcej za niewolnika. Młodzi, nawet starzy, także dzieci - spętani, niemal nadzy, ze świeżymi, jeszcze nabrzmiałymi ranami, schodzili i wchodzili na platformę, wykupieni od piratów.
   Dochodziło południe. Za kilka minut zacznie się sprzedaż walczących na arenie.
   Tłum na nabrzeżu rozszedł się dość szybko. Ludzie pozałatwiali swoje sprawy, tragarze zniknęli w karczmach, a statki odpłynęły, korzystając z odpływu. Wioślarze do galer, wątłe i słabe dzieciaki jako służba, zostali sprzedani. Wyspa Radun, leżąca w archipelagu księżyca na zachodnich wodach, była autonomiczna. Sama decydowała o sobie i nikomu nie podlegała. Żyli tu głównie spaleni słońcem, ciemnoskórzy ludzie, parający się handlem, korsarstwem i niewolnictwem. Ich łupieżcze wypada trwały od wieków; nikt nie potrafił ich powstrzymać, a wodny szlak na wyspę pełen był wirów, mielizn i płycizn. Bez map i znajomości drogi, nie dało się go przebyć.
   Radun władał namiestnik uzurpator. Zabiwszy swojego poprzednika, poderżnąwszy mu gardło, zasiadł na tronie splamionym krwią. W centrum wyspy stał starożytny kompleks, pozostałość po antycznych mieszkańcach tych ziem; w części zrujnowany, ale zdatny do zamieszkania. Z areną i miejscami do walki.
   Na podest wepchnięto Brzeszczota.
    - Następny!


   Lanistka Xantia była zadowolona. Targ niewolników okazał się dzisiaj wyjątkowo dobrze zaopatrzonym miejscem; rzadko się zdarzało, aby łowcy, zwłaszcza zimową porą na stałym lądzie, chwytali tak obiecujące jednostki. Nowi niewolnicy nieśli ze sobą nowe możliwości i nowe korzyści. Na wyspie, która słynęła z chwytania ludzi, gdzie prowadzono walki niewolników, a magia nie istniała, nowi byli na wagę złota.
   Zapukano trzy razy w drzwi, a lanistka, wysoka kobieta o ciemnych włosach, oderwała wzrok od placu, na którym ćwiczyli jej niewolnicy. Niewielu ich zostało; kilku straciła w walkach, bowiem okazali się gorsi, wręcz słabsi, chociaż nazywano ich najlepszymi. Ale tutaj, najlepszym było się przez chwilę, dopóki na arenie nie pojawiał się inny najlepszy.
   - Moja pani, jego miłość lord regent, zapowiedział walkę za trzy dni, od dzisiaj.
   - Trzymajcie moje nowe nabytki w odosobnieniu. Niech nie mają kontaktu z innymi. Jutro zacznijcie od tego czerwonowłosego. Podoba mi się. Czuję, że przyniesie nam mieszki pełne złota.


   Devril musiał stwierdzić, że tym razem naprawdę miał kłopoty. Właził już dobrowolnie w paszczę kwa, bawił w Kansas, bawił w Twierdzy… ale zawsze jako nieproszony gość, nigdy jako zdobycz. Alastair nie będzie zadowolony. Szkoda tylko, że Alastair nic nie wie, o jego kiepskim położeniu. Nikt nie wie. I przez najbliższe dni nikt go nawet nie będzie szukał. Zadbał o swoje alibi aż nazbyt dobrze. Wybrzeże quigheńskie… jeśli to było wybrzeże quigheńskie, to on nie nazywał się Winters!


   Xantia była zmęczona. Dzień miał się ku końcowi, a ona miała wrażenie, że nigdy się nie skończy. Bycie lanistką zobowiązywało, a posiadanie jednych z lepszych niewolników walczących na arenie sprawiało, że należało walczyć o utrzymanie pozycji. Tutaj nikt nie dostał niczego za darmo, każdy zapracował na swoją pozycję, chociaż właściwiej byłoby powiedzieć, że to niewolnicy na nią pracowali.
   Lanistka skinęła głową na służkę - Przyślij do mnie Devrila. Niech poczeka przed drzwiami. Zawołam go - Xantia musiała się przygotować, odświeżyć, poprawić fryzurę. Zawsze nienagannie wyglądająca, nie mogła sobie pozwolić na nietakt złego stroju i niedomytego z pyłu ciała.


   Devril spojrzał na kajdanki. Głupie żelastwo. Do tego obdzierało. Może, jeśli będzie udawał ułomnego, niezdatnego do walki mazgaja, to mu odpuszczą? W końcu, oni chcieli oglądać walkę, zażartą, na śmierć i życie. Skamlący o życie niewolnik nie jest widokiem, jaki cieszyłby ich oczy. No, ale też strażnik może go zabić na miejscu… To może będzie im służył za komika? Jeśli go zabiją, nie zarobią. Nie spłaci im się.
   Może powinien wspomnieć o swoich wysokim pochodzeniu i okupie, jaki można za niego otrzymać? Za niego żywego, rzecz jasna, nie za jego głowę… czy jakąkolwiek oderwaną od ciała część? Skoro tak bardzo chcieli pieniędzy i zarobku, może ich to przekona… no, ale oni chcieli też zabawy. W ogólnym bilansie, spróbować nie zaszkodz…
   Zgrzytnęły drzwi jego celi, przerywając myśli. Strażnik, dość brutalnie podniósł go, szarpnął. Może, skoro o okupie mowa, powinien wspomnieć, że za każdy siniak cena spadnie w dół?
   Ta, jeśli ten strażnik w ogóle potrafił liczyć do więcej niż dwóch…
   - Lanistka chce cię widzieć.


   Xantia była zadowolona. Mogła zaliczyć dzisiejszy dzień do udanych. Była jedną z wielu osób, które na wyspie wystawiały niewolników do walk na arenach. Jedną z najlepszych. Co prawda ostatnimi czasy jej psy przegrywały, zbyt łatwo dając się zabić, ale dziś wykupiła od łowców dobrze zapowiadającego się niewolnika. Grabieżcy mówili, że ostro walczył zanim go ogłuszyli. Podobno zabił dwóch, a i na statku próbował uciec. Być może bogini szczęścia uśmiechnęła się do niej.
   Xantia odświeżona, przebrana w nową suknię, z upiętymi włosami i podkreśloną jedynie urodą buzi, zachowując naturalne piękno, stała na balkonie i przyglądała się wyspie. Ciepły, suchy wiatr rozwiał jej włosy i chociaż żeglarze mówili o śniegach i mrozach na kontynencie, tutaj zima nie była sroga. Jedynie woda w morzu stała się zimniejsza.
   Światła gasły w domach pojedynczo; w jednych świece paliły się dłużej, w innych nie. Miasto usypiało powoli. Wypoczywało przed kolejnym dniem, przed nadchodzącymi walkami, na które wszyscy czekali, którymi żyli.
   Zapukano do drzwi. Xantia słyszała, ale zignorowała. Devril był niewolnikiem. Kupiła go. Niech czeka. Niech wie, że jest tylko psem, który powinien zasłużyć na dobroć pani. Minęło kilka minut, pukanie się powtórzyło. Dopiero za trzecim razem, Xantia pozwoliła mu wejść.
   - Nie przeszkadzajcie mi - polecenie skierowane do strażników.
   Strażnik pchnął niewolnika, powodując, że mężczyzna upadł przed swoją panią na kolana. I wedle woli swej pani wyszedł. Devril i Xantia zostali sami. Chociaż, jakim zagrożeniem mógł być skuty człowiek?
   Twarz mężczyzny nosiła ślady zmęczenia, nieco brudna, gdzieniegdzie na ubraniu ślady krwi. Nie był typem siłacza, nie był typem wojownika, to mogła ocenić. Nie rzucał się w oczy, przynajmniej nie tak, jak nowo kupiony czerwonowłosy. Nie wróżył bycia czarnym koniem, prawdziwym asem w dłoni, gotowym na arenę… i zwycięstwo.
    A jednak coś w nim było. To coś w oczach. W sposobie, w jakim trzymał głowę. Nie była tu buta, nie było to szczekanie psa, który chciałby ugryźć, ale pozbawiono go zębów. Była to po prostu duma. Duma kogoś, kto pomimo obecnego stanu, zna własną wartość. Kogoś, komu od urodzenia wpajano, że jest kimś, że jest ważny, a jego pozycja jedyna i wyjątkowa. Nie drgnął, nie obejrzał się na strażnika. Nie spuszczał z niej wzroku. Drapieżnik obserwował ofiarę. Ofiara – Devril, zerkał na drapieżnika.
   Nie odezwał się. Czekał.
   Xantia obserwowała. Była w tym mistrzynią. Żeby przeżyć na tej wyspie i nie dać się zabić, musiała być. Tutaj każdy mówił za plecami każdego. Ludzie sobie nie ufali. Mąż, ojciec, wuj mogli wbić sztylet w plecy, tak samo jak wynajęty najemnik. Jeżeli komuś ufałeś, byłeś głupcem. Nikogo nie można było być pewnym.
   - Podobasz mi się - wysoko uniesiona broda, duma i przekonanie o swojej wartości, to były cechy, których brakowało jej niewolnikom i wojownikom. Devril je miał. Nie kulił się pod jej wzrokiem, nie błagał i nie płakał, prosząc o wolność. - Mam lisa w kurniku. Jesteś nim, prawda?
   Cóż, nie był pewien, czy podoba mu się ten zwrot. W przypadku łowców niewolników nie wróżył zbyt dobrze. Jeszcze gorzej, gdy słowa te padały z ust Xantii. Zdążył się zorientować, że to ona tutaj pociąga za wszelkie sznurki. A jeśli jej się podobał, to bardzo prawdopodobne, że w najbliższym czasie trafi na arenę. Tego akurat zaszczytu wolałby uniknąć. Chociaż, patrząc z czysto naukowego punktu widzenia, byciem lisem świadczyło o przebiegłości, nie o sile. Gdyby porównała go do wilka albo pantery, miałby problem.
   - Zależy, czy zamierzasz mnie poszczuć swoimi ogarami… pani.
   Xantia zaśmiała się. Obeszła mężczyznę i przy drugim kółku przesunęła palcami po nagich barkach niewolnika. Dla niej, córki mistrza walk, i osoby, która sama zajmuje się wystawianiem walczących, męskie ciało nie miało tajemnic. Wystarczył jeden rzut oka, by trafnie ocenić umiejętności i predyspozycje. - Masz w sobie siłę. I umiejętności, jednak szkoda wysyłać do walki niewolnika z tak lotnym umysłem. Jednak… - zawiesiła na chwilę głos - Nawet bystry umysł jest u mnie tylko niewolnikiem, którego każe zgładzić, gdy okaże się nieposłuszny - małe ostrzeżenie, upomnienie, że nie należy gryźć ręki, która zapłaciła za niewolnika.
   Xantia nie była głupia. Nawet lisy potrafią ugryźć. Zajmowała się niewolnikami zbyt długo, aby tego nie wiedzieć. Kilku pierwszych, którym okazała zainteresowanie, wykorzystało okazję. Następni ginęli. Ci, którzy próbują tego teraz, dostarczają jej rozrywki.
   - Wiesz. Ostatni lis, całkiem jak ty, uciekł sądząc, że nie zauważę. Pozwoliłam mu. Chciałam zobaczyć, jak daleko ucieknie pogoni. To jak polowanie na zwierzynę. Dreszczu emocji, kiedy wypuszcza się strzałę, aby zabić, nic nie zastąpi. Nie umknął daleko. Był słabym biegaczem.
   - Więc podczas ucieczki przestał być lisem, zmienił się w szaraka. Zaślepiła go wolność, którą myślał, że zyskał – podsumował swego poprzednika. Może nie powinien był tego mówić, może zbytnio się wymądrzał. Kto wie, czy na miejscu tego nieszczęśnika, nie zachłysnąłby się wolnością. Ktoś inny może próbowałby udać głupca, może nawet stwierdziłby, że ucieczka od zainteresowania takiej kobiety jest oznaką szaleństwa. Ale Xantia… może prowadziła dość niecny proceder, ale z całą pewnością nie była bezwolną marionetką, pustą. Wychwyciłaby tanie kłamstwo. Ludzie kochają wolność. Ludzie kochają wiele rzeczy. Zwłaszcza, gdy nagle ją stracą.
   - Czy w obliczu wolności, którą straciłeś, nie zachowałbyś się tak samo? - padło pytanie, ot zwykłe, bez podtekstów. Xantia będąc lanistką, jak mawiała ludność tej wyspy, potrafiła określić człowieka w kilka chwil od spotkania. Ten tutaj był sprytnym i całkiem bystrym niewolnikiem; umiał grać, przyjmowanie ról, w zależności od sytuacji, tak aby on był bezpieczny, nie było dla niego niczym trudnym. Był jak chorągiewka na wietrze, kierował się tam, gdzie wiało. Był jednym z tych psów, na które trzeba uważać. Odpowiednio ukierunkować i zindoktrynować, przywiązać a wręcz uzależnić, najlepiej seksualnie, jak czyniły tutejsze kobiety, by dobrze służył. Devrila nie można było zmarnować na arenie. Xantia czuła, że o wiele więcej zabawy da jej tutaj, nie tylko w łóżku, ale i przy pracy z niewolnikami. Nie mógł jednak zapomnieć, że jest tylko jej psem i niczym więcej. Miał imię i tyle. Ci, którzy walczyli na arenach zostali z imion obdarci, tak samo jak odebrano im godność; byli tylko numerami.
   - Kłamać ci nie będę – odparował niewolnik, coś osobliwego błysnęło w jego oczach. – Ale wolnym byłbym dopiero wtedy, gdy opuściłbym wyspę, dopiero, gdy postawiłbym stopę na kerońskiej ziemi. – Przynajmniej na ten moment tak przypuszczał. A i czy wówczas wyzbyłby się ostrożności? Urażona duma potrafi nie dawać spokoju, a ucieczka niewolnika czymś takim by na pewno była. Czy nie powinien obawiać się pościgu nawet w rodzimym kraju, zwłaszcza, gdy jeszcze w pobliżu wybrzeża by przebywał? Bogowie osądzą, bogowie postanowią… a on i tak się nie podda. Musi po prostu czekać odpowiedniej okazji, planować i działać. Nie wykorzystać pierwszej lepszej sposobności, bo co z tego, że umknie z koszar, jeśli schwytają go w porcie, albo też na żaden statek się nie wślizgnie, wolnym będąc, lecz ściganym? Tak, musi czekać. I zrobić wszystko, by przeżyć.
   - Kosztowałeś. A ja nie zwykłam marnować potencjału moich piesków - kajdany skuwające nadgarstki mężczyzny mogły przeszkadzać. Xantia zamknęła więc bransoletę na kostce, łańcuch dość długi, przywiązała do haka w ścianie i dopiero wtedy rozkuła kajdany na jego rękach. Magia na tej wyspie nie działała, jednak bransoleta na kostce Devrila nie była zwyczajnym kawałkiem metalu. Kiedy tylko niewolnik spróbuje podnieść rękę na swoją panią, kiedy tylko pomyśli o uczynieniu jej krzywdy, poczuje ból w całym ciele. Bransoleta działała na układ nerwowy, odczytując zamiary nosiciela. Xantia miała ich tylko dwie; były drogą rzadkością, której nie należało marnować dla walczących ogarów. - Pokaż mi, co potrafisz, a być może nie trafisz na arenę - Devril mógł usłyszeć za sobą szelest opadającej sukni, a na ramieniu delikatną, choć silną dłoń Xantii.
   Uśmiechnął się szerzej, ukazując błysk białych zębów. Mówił, że jest lisem, lecz uśmiech ten bardziej upodabniał go do wilka. Powoli odwrócił się w stronę kobiety, zamierzając oddać się rozkoszy. Jak najlepiej. W końcu, bywały gorsze rzeczy niż objęcia pięknej kobiety. Nawet jeśli ta groziła ci śmiercią.



_________________
Mości Wilk należy do autorki Iskry.

8 komentarzy:

Iskra pisze...

Kocham was. Mówiłam to już chyba, nie?
Tak czy inaczej, opłaciło się nieczytanie waszych wątków żywcem pod kartami, teraz mogę sobie poczytać tu :D I... Ja chcę dalej! Gdzie jest dalej? Nienapisane? To pisać! Nie wklejone? To wkleić!
A co do pana mości Wilka... Ach, gdyby on tylko mógł coś zrobić, pewnie i by sam dołączył do kompanii, podobnie jak i furiatka.
Czekam na ciąg dalszy z niecierpliwością :D

Dar - Silva - Drav pisze...

My Ciebie też ^^
Następna część będzie, kolejne też i kolejne. Wyjdzie tego sporo.
Ja za to kocham Devrila, nowego kochanka, albo przydupasa (to powiedział Dar) Xantii xD

Iskra pisze...

Devril to swoją drogą, mam nawet informacje, że pewna arystokratka byłaby bardzo zmartwiona jego sytuacją, jak i wielce zazdrosna o Xantię xD
Ach... A kiedy wkleisz następne?:D

Szept pisze...

Czekaj, jeszcze mi tego nie mówiłaś :D Tych części to naprawdę będzie nieco. Więcej. Devril da sobie radę, w końcu takiego to podobno dobrze się trzymać - to też powiedział Dar. Nieco później. Nim to się można martwić dopiero, jak... hm... jak mu wszystko obojętne. Tak, to byłby zły znak. Pewna arystokratka raczej wolałaby, żeby nie myślał o niej tak "ciepło" jak o Xantii.
Następne będą, jak ktoś je zredaguje i przebije się przez komentarze pod KP. I jak pchniemy naszą akcję do przodu. Hmm... Darrusowa, myślisz, że zakończymy powrotem do stolicy i niespodzianką Krokusicy?
Przy okazji - co my zrobimy, jak nam ten wątek się skończy? I wielki szacunek za poprawki :D

Dar - Silva - Drav pisze...

Szeptuś, ja myślę, że Ty się jeszcze w tej notce zdziwisz i mnie zabijesz xD
Hm, ale ogarnę dziś resztę komentarzy, żeby potem mieć spokój. Przynajmniej je skopiuję.
Byle więcej, byle więcej! ^^

Szept pisze...

Oj, ja nie wiem, kto tu się jeszcze zdziwi :P

Dar - Silva - Drav pisze...

Ty! ^^ Bo... Będzie coś, czego pewnie się nie spodziewasz. A jak spodziewasz, to zajmujesz miejsce Wróżki Pierdziuszki i zostajesz... tak, wróżką ^^]

Szept pisze...

Ekhem... to ostatnie nieco nieaktualne. Wróżką, to ja już okazyjnie bywam :P

Prawa autorskie

© Zastrzegamy sobie prawa autorskie do umieszczanych na blogu tekstów, wymyślonego na jego potrzeby świata oraz postaci.
Nie rościmy sobie natomiast praw autorskich do tych artów, które nie są naszego autorstwa.

Szukaj




˅ ^
+ postacie
Rinne Lasair