Przewodnik

Linki-obrazki

Misje
I. Więzi przyjaźni
Spotykasz po latach kogoś, kto dawniej był ci bliski. Wplątuje cię on w jakąś historię, która nie dość, że z czasem się komplikuje, to w dodatku budzi w tobie wątpliwości co do intencji przyjaciela.

II. Linia frontu
Kerończy natarli na Prowincję Demarską. Oblegany jest sam Demar. Jedni ludzie stają do walki, inni uciekają ze spalonej ziemi. Napastnicy, obrońcy i cywile. Po której stronie staniesz?

Opcjonalnie: Udział w buncie niewolników w Wirginii bądź inne miejsca walk.

III. Rekonwalescencja
W nie najlepszej kondycji trafiasz do wioski lub klasztoru. Wydaje ci się, że trafiłeś w dobre ręce i że wkrótce będziesz mógł opuścić to miejsce. Okazuje się jednak, że z pozoru życzliwi i uprzejmi ludzie skrywają przed tobą jakąś tajemnicę.

IV. Zabij bestię
Coś napada, nęka mieszkańców. Zawierasz umowę z wójtem - dostarczysz głowę bestii za określoną cenę. Okazuje się jednak, że stworzenie nie działa bez powodu - jest w jakiś sposób prowokowane przez mieszkańców.

Opcjonalnie: Bestia jest wrażliwa na hałas z karczmy albo ludzie naruszyli w jakiś sposób jej rewir (weszli na jej teren, zajęli leże ze względu na drogie surowce itp.)

V. Nielegalne walki
Dochodzą cię słuchy o nielegalnych walkach prowadzonych w okolicy. Położysz im kres czy może postanowisz wziąć w nich udział dla własnego zysku? Pieniądze nie leżą na ulicy.

VI. Zlecone zabójstwo
Dochodzi do zamachu, w wyniku którego ginie ktoś ważny. Podejmujesz się odnalezienia zabójcy – albo jego zleceniodawcy. Od ciebie zależy, czy dojdzie do aresztowania winnych, czy pomożesz im uniknąć kary.

VII. Egzekucja
W mieście lub wiosce szykuje się egzekucja. Znasz sprawcę albo sam doprowadziłeś do jego schwytania. Realizacja wyroku coraz bliżej.

Opcjonalnie: Z czasem nabierasz wątpliwości, czy skazaniec faktycznie jest winny i chcesz go uwolnić lub dochodzą cię pogłoski, że ktoś może chcieć uwolnić kryminalistę.

zamknij
Dodaj do WTP Spis kodów
Spis opowiadań
Kiedyś przyjdzie mi za to wszystko zapłacić... Weselicho, czyli tańcz, jedz i chędoż za darmochę! Oszukać czas. Oszukać przeznaczenie. Oszukać... siebie. Baśń o wolności: Preludium Świątynia Ażubora (1) Wszystkiego krówkowego! (okolicznościowa, krótkie opowiadanie "Motyw przewodni - Prezent". Ta dam, pamiętaliśmy! I - Wezwanie pomocy: alchemio, przybywaj! Gdy demon odzyskuje człowieczeństwo, przypomina sobie jak być człowiekiem. Nikt nie zna prawdziwego bólu do czasu aż nie straci kogoś bliskiego sercu. Niedopowiedziane historie Wendigo i Driada Szczurzy dzień (autor: Szept, Silva) Domek, zupa, sukkub i historia (autor: Elias) Sen i niespodzianki (autor: Elias) Boląca strata i niepokojący gość! (autor: Elias) Cienie i nowy przyjaciel (autor: Elias) Kruki (autor: Elias) Cienie i Starsze Dusze (autor: Elias) Zawsze jest kolejna tajemnica (autor: Silva) Zło Kor'hu Dull (autor: Elias) Złodziej Twarzy i Koszmar (autor: Elias) Królewiec (autor: Elias) Przed świtem (autor: Nefryt) Król Żebraków i nowe drzwi (autor: Elias) Akceptacja (autor: Elias) Nostalgia (autor: Nefryt) Nowa droga i niespodziewane wyznanie? (autor: Elias) Biały i zielony daje czerwony! (autor: Elias) Nowe wyzwania w nowym życiu (autor: Elias) Krąg tajemnic (autor: Elias) Jack (autor: Elias) Czasami to mrok daje najwięcej światła (autor: Elias) Trzy sceny o szpiegowaniu (autor: Nefryt) Morze bólu. Promyk nadziei ... (autor: Elias) Nie ma sensu szukać guza. Chyba, że jest się najemnikiem (autor: Silva) Sól (autor: Aed) Dyjanna Muirne: Miecz może być dowodem wszystkiego (autor: Zorana) Opus Magnum I (autor: Iskra) Uszatek i Kwiatek na tropie przygody: Przypadłość parszywej gospody (autor: Paeonia i Szept) Gdy gasną świece (autor: Zombbiszon) ... Najjaśniej płoną gwiazdy nadziei. (autor: Zombbiszon) Elias cz. 1 (autor: Zombbiszon) Elias cz. 2 (autor: Zombbiszon) Historia (autor: Zombbiszon)
zamknij

Chat

   Niebo nad Królewcem płakało.
   Ciemne, masywne chmury zakrywające błękit, przysparzające wrażenia, że wszystko zaraz z łoskotem runie na ziemię, grzmiały i mieniły się od powarkiwań; jakby gdzieś tam w górze, ponad kłębowiskiem chmur, kryły się smoki. Wiatr targał korony drzew, a liście szemrały niespokojnie. Natarczywe szepty, złowieszcze szumy, jakby las niezadowolony z ulewnego deszczu, wygłaszał swoje smutki. Bo woda podmywała korzenie, zalewała zwierzęce norki, a i pomruki w chmurach zbliżały się coraz bardziej. Grzmoty i pioruny zwiastowały pożary; w lesie zbyt dużo suchych pni się ostało, a i trawa wyschnięta. Zamilkły trele ptaków i tylko trzaskanie kruchych gałązek wtórowało wyciu wiatru.
   Bezpański pies czmychnął pod rozklekotany wóz, chowając się przed deszczem. Opustoszały targ wyglądał jak wymarły; puste kramy, porzucone podgniłe owoce i woda, wdzierająca się wszędzie, tworząca w nierównościach kałuże. Deszcz zmył nie tylko pył i kurz, ale także ludzi; kupcy jeszcze nim rozpadało się na dobre, czmychnęli do swoich domów, a ci, co przybyli z daleka, skryli się w pobliskich karczmach, chcąc przeczekać.
   Deszcz szumiał, ale siedzącemu na schodku Brzeszczotowi to nie przeszkadzało; krasnoludzka karczma zamknięta na cztery spusty, bo Lofar wielkie porządki zrobić chciał, była dziwnie cicha. Jakby wymarła, opustoszona, taka nieswoja i obca. Cisza nie pasowała do tego miejsca, gdzie zawsze hałas był, gwary i krzyki przecinały się nawzajem. Darrusowi to odpowiadało, mógł wsłuchać się w szumiący wiatr, w krople spadające na ziemię; czuć wyraźniej chłodną wodę spływającą po jego ciele i chociaż zaczerwienione policzki zziębły szelest liści koił przyjemnie.

   Nagle coś huknęło i nie był to grom, czy wiatr. Tylne drzwi prowadzące na zaplecze otworzyły się gwałtownie, naprawdę mało brakowało, by wyleciały z zawiasów i uderzyły o ścianę. Na progu, niczym powracający z wojennej wyprawy wojownik, stał Lofar. Krasnolud podciągnął opadające portki i poprawił szelki; kamizelka w kolorową kratę wisiała na nim przekrzywiona, jakby niedopasowana. Długa broda koloru ciemnej marchewki spleciona w warkocz, wymagała ponownego związania; tak samo jak rozczochrane włosy, w których zaplątały się pajęczyny i liście. W dłoni ściskał patelnię, jak przystało na Tego, Kto Zabija Patelnią.
   - Dar! - krasnolud zaklął paskudnie w swoim języku i rzucił w najemnika patelnią. Ciężką patelnią. Jednak półelf zdążył osłonić głowę ramionami, odbijając narzędzie zbrodni na bok, dostając rączką w bark; patelnia upadła z głuchym trzaskiem w kałuży, niczym porzucona zabawka.
   - Oszalałeś? Co ty wyprawiasz?! - w jednej chwili półelf poderwał się, krzywiąc nieznacznie i uciekł na kilka kroków od krasnoluda, z dala od niebezpieczeństwa. Ścierając z zaczerwienionej twarzy krople deszczu i niesforne włosy, które przylepiły się do skóry, zerknął nieprzychylnie na właściciela karczmy. A Szept, wredna Długoucha, pewnie powiedziałaby, że patelnia ucierpiała najbardziej, bo w zakutą głowę trafiła.
   - Na cycki Gazuli! Wracaj tutaj, albo rzucę butem! - krasnolud tupnął nogą - Ja bym cię chętnie… - był gorszy od Midara; ten ukochał sobie pełen kufel i czasem tylko, przez przypadek, komuś krzywdę zrobił. Lofar zaś myślał tylko o zaspakajaniu miłosnych potrzeb, umiłował sobie kokietowanie mężczyzn, kobiet, nie bacząc na płeć, ani też rasę. Jednak kiedy raz da mu się do zrozumienia, że nie jest się zainteresowanym, okazuje się, że krasnolud potrafi być całkiem dobrym kompanem. Odnalezienie w nim cech niewinnych i pozytywnych zdaje się być niemożliwością, ale kiedy spod gruzu odgrzebie się drobne perełki lepszej strony lofarowego wnętrza, nie można wyjść ze zdziwienia. Człowiek od razu się zastanawiał kto i, bogowie niejedyni, jakim cudem pogodził dwie całkiem różne połówki krasnoluda. - Znaczy na deszczu zostawił, byś zmókł i zachorował, co bym mógł cię maścią leczniczą smarować po ciałku z nieskrywaną przyjemnością, ale chodź tu!
   - Wkładaj buta! - Brzeszczot nie ruszył się z miejsca, nawet nie drgnął. Wolał nie podchodzić do krasnoluda właśnie zabierającego się za ściągnięcie kolejnego przedmiotu, którego użyłby jako broni; jego czuły węch wychwycił bowiem tę charakterystyczną nutę, która woń deszczu zakłóciła.
   - Mógłbym go jako zaklęcia obezwładniającego użyć, albo…
   Za plecami krasnoluda, wewnątrz karczmy, coś trzasnęło. Darrus nie musiał się skupić, by wiedzieć, że to gliniany kufel spadł na kamienną podłogę, roztrzaskując się w drobne kawałki. Jego uszy złowiły także szuranie, jakby ktoś coś po podłodze ciągnął. Sapanie przypominające westchnienie konającego mieszało się z gulgocącym dźwiękiem, który nic konkretnego nie przypominał. Poprzez deszcz, zapach mokrej ziemi i smród do połowy schowanych krasnoludzkich stóp, przebijała się woń… Zalatywało rozkładającymi się zwłokami, opuchniętymi i niezgrabnymi, którymi pożywiały się robaki; gazami wydzielanymi z obumarłych organów i ziemią, w której spoczęły. Poprzez zgniliznę czuć było popiół i ten charakterystyczny zapaszek towarzyszący spalonemu, ludzkiemu ciału, które strawił ogień. A woń magii, ledwo wyczuwalna i tak subtelna, że niemal podobna do cynamonu, nic dobrego nie wróżyła. Fetor śmierci. Woń magii. Zapach kojarzący się z podziemiami, wilgocią i pleśnią.
   - Lofar, ktoś do karczmy ci się włamuje.
   Krasnolud podejrzliwie zerknął na przyjaciela, najwyraźniej sądząc, że najemnik chce zwrócić jego uwagę na coś innego, lecz kiedy na podłogę upadł kolejny gliniany przedmiot, jednocześnie wiedząc, że karczma jest zamknięta na wszystkie zamki, Lofar zamarł. W jednej chwili wyciągnął zza paska kolejną patelnię, widać był przygotowany na odmowy Darrusa, i wskoczył do środka swojego przybytku, krzycząc: - Akh sartos oen dûrgrimst! - Za nim wpadł najemnik. Trochę później, przez co nie dane mu było obserwowanie, jak krasnolud ląduje twardo na stopach i w bojowej pozie rozgląda się po sali, by w chwilę później wycelować patelnię w stojącego na środku nieproszonego gościa. - Na pohybel skurwysynom! Gadaj, ktoś ty?
   Odpowiedzią było niezrozumiałe charczenie, przyprawiające Darrusa o ciarki i nieprzyjemne uczucie, ot dziwne wrażenie, że coś jest bardzo nie tak. Już sam fakt, że powywracano stoliki i krzesła, że stłuczone naczynia walają się po kamiennej podłodze, a fetor rozkładu jest jeszcze mocniejszy sprawiał, że najemnik sięgnął po sztylet ukryty w cholewie buta. Kiedy zaś włamywacz wyszedł z cienia, półelf gwizdnął, a Lofar zaklął szpetnie.
    Trup. W karczmie stał trup. I nie było w związku z tym żadnych wątpliwości. Człowiek zobaczy i od razu wie, że ma przed sobą kogoś, kto powinien spoczywać w dole w ziemi. I to od kilku dni, sądząc po zapaszku i ogólnym stanie.
   Kto mógł wyciągnąć martwiaka z mogiły? Praktycznie każdy, kto znał się na magii i wiedział, jakie zaklęcie spleść, by martwe palce przebiły miękką ziemię, jeszcze nie uleżaną, a nogi wydostały ciało na powierzchnię. Komu zależałoby, aby włamać się do karczmy? Też znalazłoby się kilku potencjalnych rabusiów, ale na bogów niejedynych, kto przy zdrowych zmysłach wysyła umarłego, aby oskubać krasnoluda z monet?
   - Ryld Sinodzioby.
   - Witaj, tar'hur. Mieszana krwi - przez opuchnięte wargi ożywieńca wydobył się mocny, zupełnie nie pasujący do zwłok, basowy głos, który sprawił, że Brzeszczot zaklął w myślach. Ryld Sinodzioby - połączenie mrocznego elfa i nekromanty. Mroku i śmierci. Wyznawcy kultu Nazary: bogini cieni, pani mroku, orędowniczki chaosu, córy ognia i jej bliźniaczej siostry Hazary: opiekunki duchów, siostry umarłych, matki trupów, ożywieńców, patronki gnijących zwłok.
   Darrus dobrze pamiętał ostatnie spotkanie z elfem. I to, co wtedy czuł. I jak go zapamiętał, bo już wtedy wiedział, że nasienie mroku całym sobą reprezentuje idee mrocznych elfów; jego ciało, blade i jasne niczym mleko, odwykło od światła słonecznego, dlatego nosił  płaszcz. Ciągłe przebywanie w ciemnościach podziemnych tuneli i miast, gdzie elfy po wygnaniu przez inne rasy się skryły, uczyniło ich skórę podatną na oparzenia, a oczy wrażliwe na dzienne światło. Chociaż w blasku dnia ich zmyły słabną, w ciemnościach nocy i zakamarków nie mają sobie równych; szybkie, zwinne, widzące lepiej niż koty, mroczne elfy przemykając wśród cieni. Ich skłonności do czarnej, zakazanej magii owiane są legendami. Ale elfy te nie wzbraniają się przed używaniem zaklęć mroku, czarów ciemności, chcąc poznać ich jak najwięcej. Przejawiają wręcz wrodzoną, naturalną skłonność do ciemności, chociaż mroczne elfy jak ich bracia i siostry żyjący w zgodzie z naturą, urodziły się na powierzchni, wśród drzew. Błękitne w błękicie oczy Sinodziobego są czujne i lekko skośne; odcień swój, a raczej brak jasnych białek zawdzięczają magii, którą przesycone jest ciało Rylda. A Ryld nie jest tylko mrocznym elfem. To także nekromanta dosiadający nieumarłego, ożywionego ogiera. Jego kościany kostur owiany jest legendami. Jedna z nich mówi, że grzechoczące przy czubku kostki to trofea i wygrzebane z mogił artefakty. Inni powiadają, że sam Ryld jest ożywieńcem, ale to głupcy, którzy nie znają nawet części prawdy. Opętany chęciami zwiększenia swoich magicznych umiejętności, pragnący przyzywać coraz więcej umarłych, zaklinać dusze i kontrolować szkielety, Sinodzioby dąży do wyznaczonych sobie celów. Zabija więcej, eksperymentuje bardziej, bezcześci zwłoki coraz częściej. Nie ma dla niego świętości. Każdy środek do osiągnięcia celu jest dobry. Ku chwale Nazary i Hazary.
   Od handlarzy informacji Darrus dowiedział się wiele o spotkanym przypadkowo mrocznym elfie. Usłyszał dość, by dostrzec w nim nie byle jakiego przeciwnika. I chociaż w karczmie Ryld nie pojawił się osobiście, w powietrzu czuć było napięcie i strzelające iskry mocy podobne do tych, które pamiętał najemnik.
   - Wydajesz się zdziwiony. Sądziłeś, że można mnie okłamać i uciec?
   - Widać mnie się to udało - skupiając się na otoczeniu, najemnik starał się zlokalizować nekromantę. Pewniej by się czuł, gdyby wiedział, gdzie mroczny elf przebywa. Niewiedza była… denerwująca i uciążliwa.
   - Jeśli potrafisz, szukaj mnie poza miastem - w szemrzącym głosie słychać było wyzwanie; jak gdyby chęć sprawdzenia, na co stać półelfa i ile potrafi. - Spróbuj. - Celowe wywiedzenie Brzeszczota przerwał krasnolud. Widząc jak niezgrabny umarlak dewastuje mu kolejne stoły, bo w miejscu ustać nie potrafi, sapnął rozeźlony.
   - Nie ma rozpierduchy! - warknął, mrużąc oczy. - Jak mi za straty nie zapłacisz to z tyłka zrobię stodołę! Płacić, albo w ryj! - krasnolud, ku oniemieniu Darrusa i chyba także ożywionego trupa, a już na pewno nekromanty bez jakichkolwiek oporów czy zahamowań rzucił się na tego, który stał najbliżej i korzystając z zaskoczenia przeciwnika, przywalił mu w łeb patelnią, aż wszystkim zadźwięczało w uszach, kiedy metal stuknął o kości, a głowa przekręciła się na szyi; jeszcze jedno takie uderzenie, a truposz będzie mógł się pochwalić, że widział swoje tyły. - No kurwa, zachęcić jeszcze kogoś do płacenia?
  
- Em… Nie chciałby ci przeszkadzać, ale to ożywieniec jest - najemnika trochę zamurowało; wiedział, że Lofar bywa wojowniczy, że nie da sobie w kaszę dmuchać o ile wie, co to gryczana, ale to, co właśnie zobaczył przeszło najśmielsze oczekiwania.

   - I co z tego? To łachudry nie zwalnia z rekompensaty. Barzûl knurlar! - przeklinając martwiaków, krasnolud wzdrygnął się, słysząc jak nieumarły z przekręconą głową zaczyna kasłać, charczeć, najwyraźniej próbując wydać z siebie w miarę zrozumiały głos. Wyglądał przy tym jak kot, który kłaczka chciał się pozbyć.
   - Przywołanie swojego wspólnika, Krasnoluda Zabójcy nie powstrzyma mnie.
   - Krasnoluda Rozkosznego, jak już, bucu, debilu jeden! - poprawił go Lofar i dla uzyskania lepszego efektu, pogroził mu patelnią. Był naprawdę wściekły, a kiedy tylko znów pomyślał, że dzieło jego życia, ukochana karczma, została sprofanowana, dostawał białej gorączki i ognie w jego wnętrzu niemal rozsadzały go od chęci przywalenia jednemu i drugiemu patałachowi! - Kto, do cholery za to wszystko zapłaci? - spytał ożywieńca, najwyraźniej nie zniechęcony tym, że martwiak ani monety mu nie da, a mroczny elf tym bardziej; chyba, że nóż między oczy. - Wyłaź, tchórzliwy nekromanto! - zawołał poruszony do głębi i nawet się nie zastanawiając, w przypływie wściekłości rzucił się z patelnią na martwiaka, okładając go do upadłego i chociaż obcy próbował się bronić, zawziętości i upór Lofara pełne ognia i chęci zemsty, skutecznie topiły jego opór. W jednej chwili przeciwnik został powalony, ale to nie powstrzymało krasnoluda przed jeszcze jednym, ot na wszelki wypadek, dołożeniem temu bucowi. Dysząc i sapiąc jak stara klacz, otarł pot z czoła i splunął śliną na brudną podłogę, chcąc pozbyć się popiołu z ust.
   - Lofar, ale ty wiesz, że on już nie żyje, tak? - najemnik ostrożnie zbliżył się do przyjaciela, przyglądając się podrygującym zwłokom; nie rozłożyły się do końca, chociaż pierwsze ślady postępującego zepsucia było widać. Umarlak, który kiedyś był czyimś ojcem, mężem, przyjacielem i wrogiem, drgnął niczym w gorące, a Dar mógł zobaczyć jak strużka magicznej energii łącząca go z nekromantą znika.
   - Przecież go właśnie zabiłem - krasnolud spojrzał na najemnika, jakby ten był niespełna rozumu, po czym szturchnął czubkiem buta umarlaka; i chyba właśnie w chwili, gdy sine ciało zadrżało, a mdlący zapach rozkładu przebił się przez dym, Lofar zorientował się, co miał na myśli najemnik. - Znaczy, że on… Już wcześniej? - zerwanie magicznej nici łączącej umarlaka z nekromantą uniemożliwiło dalszą interwencję Rylda. Sinodzioby by dokończyć to, co chciał właśnie zakończyć, będzie musiał spróbować jeszcze raz. I to własnie denerwowało najbardziej Brzeszczota.
   - Brzessssczoottt.
   Krasnolud podskoczył, niemal potykając się o własne nogi i pisnął niczym przestraszona dziewczynka, chowając się za człowiekiem. Krasnoludzka duma najwyraźniej została wsadzona do kieszeni; a może po prostu był to podstęp, by ukryć się za najemnikiem i móc podziwiać widoki. Ostatecznie każdy sposób jest dobry, by osiągnąć to, co się chce. Uśmiercony po raz drugi martwiak, jak widać, był dobrą wymówką. - To gada.
   - Mógłbyś mu do ust wsadzić…
   - Nie mógłbym! - krasnolud od razu zaprzeczył - Ja nie jestem taki, co by o, z martwymi się spoufalać. Że niby co, ściągam spodnie i…
   - Bogowie niejedyni. Za coście pokarali mnie takimi kompanami.
   - Znaczy, że Lofar Rozkoszny jest złym towarzyszem?
   - Nie to, że zły. Chodzi…
   - Brzessssczoottt.
   - Barzul! My tu rozmawiamy, kupo zwłok - i co by natręta uciszyć, krasnolud rozkwasił mu butem nos. - Gadaj, jaki ze mnie przyjaciel!

~*~
     Na brukowanym placyku targowym, maleńkim okręgu z niewielką ilością straganów, przy wschodniej bramie handlowej, sprzedawano Błyskotliwe Lisy, pożądane ze względu na ich cenne futerko i smaczne mięso; sierść ich mieniła się nawet w cieniu, a wiele dam dworu i arystokratek ma w swoich garderobach szale i tkaniny produkowane z futra tych lisów. Chociaż są cenne, uchodzą za szkodniki. Ich populacja ma się całkiem dobrze, na co utyskują farmerzy, którym lisy kradną kury, kaczki i fretony: małe zwierzaki przypominające koty. Nawet jaja czy kości zostawione psom potrafią podebrać. Ich mięso po odpowiednim przygotowaniu uchodziło za smaczniejsze od dziczyzny, a że na Błyskotliwe Lisy polowano każdej pełni, nigdy wcześniej ani później, gdyż wierzono, że w zwykłe dni właściwości ich futra znikają, cena upolowanych zwierząt sięgała nawet stu złotych monet.
   Całkiem typowe okrzyki handlarzy, mające na celu zwabienie potencjalnych kupców, umilkły jakiś czas temu. Plac zazwyczaj żywy, pełen krzyków i targujących się kupców, zapachu mięsa i oprawionych skór, przecinał tylko jeden dźwięk. Męski, basowy głos wznoszący się ponad zebranymi ludźmi. Ludźmi nie całkiem spokojnymi. Bo chociaż zdawało się, że wśród słuchaczy panuje luźna atmosfera, sprawne oko mogło dostrzec nerwowo poruszające się głowy, zaciskające pięść w złości i poruszające się usta, rzucające coraz to nowsze przekleństwa. Choć spokojny, tłum zaczynał wrzeć, jak krew w żyłach. Wszyscy słuchali szalonego proroka, stojącego na wiklinowym koszu, by górować nad zebranymi. Uliczny kaznodzieja, szalony prorok, który za wszelką cenę i każdymi pomysłami, jakie tylko przyjdą mu do głowy, starał się przekonać mieszkańców Królewca, że nadciągając ciężkie czasy. Że nie wojna powinna  odchodzić władców, a gniew bogów i kataklizmy, które spadną na świat, jeśli ludzie nie przestaną grzeszyć i nie zwrócą się ku Jedynemu. Jasha całym sercem wierzył w swoje słowa, chociaż większość ludzi w ogóle go  nie słuchało; nawet w tym tłumie, u którego prorok miał nadzieję uzyskać posłuch. Nie zrażał się jednak i dzielnie próbował ocalić zbłąkane duszyczki, które zbawienia potrzebowały.
   Wiedziony boskim natchnieniem, Jasha żywo gestykulował rękoma, a pulsująca żyłka na jego czole nabrzmiała niebezpiecznie. Zdawało się, że kaznodzieja próbując uświadomić ludowi rozmiar i prawdziwość tragedii, jednocześnie odczuwał frustrację, bo spotkał się z niedowierzaniem i kpiną. W oczach miał żar, lecz nie umiał go przelać w serca innych.
   - Czy nie rozumiecie?! - krzyczał, zwracając się do stojących wokół niego ludzi. - Wioski zalane, doszczętnie zniszczone! Woda wdarła się głęboko w ląd! Zniszczenie! Śmierć! Ludzie! Spustoszenie! Zagłada!
   - Histeryk! - krzyknął ktoś z tłumu.
   - Nie! To prawda, sami zobaczycie, gdy przyjdą oficjalne zawiadomienia. Zobaczycie i zadrżycie przed siłą naszej planety! - Jasha jest dość niski jak na mężczyznę, ale jego poważna, skupiona twarz i pełne żaru oczy sprawiają, że miną nadrabia wszystkie niedoskonałości. Kiedy zaś przychodziło się bronić, zwykł uciekać, starając się zgubić prześladowców w tłumie. Nie umiał walczyć, był raczej pokojowo nastawiony, a na widok krwi zwykł tracić przytomność.  
   - Przesadzasz kaznodziejo - mruknął starszy sprzedawca lisiego futra, zaprawiony myśliwy o twarzy naznaczonej bliznami. - Tamte tereny od dawien dawna są nękane sztormami i nigdy nie ucierpiały cały miasta i wsie.
   - Cała linia brzegowa! Wszystko zniszczone! Wszystko!
   - A co z umocnieniami? Czy one nic nie dały?
   - Przepadły, trzęsienie ziemi zrujnowało zabezpieczenia. Ludzie zginęli, pogrzebani pod gruzami i zalani wodą! - kaznodzieja przygryzł nerwowo wargę, przestępując z nogi na nogę; był zdenerwowany i chociaż zwykł przemawiać do ludzi bez końca, dziś dostrzegł jak kilku handlarzy szepcze między sobą, rozglądając się na boki. Ale tuż przed nimi, ktoś schylił się i sięgnął po kamień. Mimo to Jasha przełkną ślinę i stając prosto, dumnie, kontynuował: - Czy nie rozumiecie?
   - Ależ rozumiemy - odparł ten sam mężczyzna. - Rozumiemy, że postradałeś panocku zmysły.
   - Nie! - Jasha chciał doskoczyć do sprzedawcy, ale cofnął się szybko, stając pewniej na koszu, spoglądając w tłum oczyma pełnymi wiary i ufności w swoje nawoływania. Z jego ust słowa prawdy padały, jednak nikt nie potrafił tego dostrzec. - Widziałem to! Miałem święty sen. Ludzie! Uwierzcie i przygotujcie się na zagładę!
   - Toć ki zagłada? Woja ino.
   - Natura! Sztormy, trzęsienia ziemi, wiatry, wybuchy wulkanów, powodzie! Nasza klęska! Nawróćcie się ludzie, nawróćcie!
   - Fanatyk! - Padł głos, a ludzie zaczęli coraz bardziej szemrać przeciw mężczyźnie.
   - Nie! Zrozumcie, tylko w wierze nasza nadzieja. Musimy się nawrócić!
   Tłum zawrzał, ciche szepty zamieniły się w krzyki oburzenia, ktoś rzucił kamieniem; pierwszy ugodził wizjonera w tors i czoło. Jeden ośmielił ludzi zebranych na targu. Polała się krew. Jasha osłonił głowę rękami, błagał o uwierzenie w prawdę, kamienie wciąż na niego spadały. Słyszał przekleństwa, czuł wrogość, ale jednak nie zamilkł.
   A wtem przez tłum przedarła się góra.
   Ten, który pierwszy rzucił kamieniem zadarł głowę i wciąż trzymając kolejny w dłoni, burknął: - Z drogi człowieku - ale więcej nic już nie dodał. Kamień upadł na bruk, a ona odsunął się na dwa kroki, wpadając na innych ludzi. Zdołał jeszcze, niepewnym, przerażonym głosem szepnąć: - Olbrzym! - a tłum jego słowo poniósł dalej.
   Strachliwi pierzchli do swoich spraw, ciekawscy zostali przyglądając się przybyszowi. Zbudzony olbrzym. Jeden z tych, którzy mieli spać snem wiecznym pod górami, w swoich barłogach. Członek rasy burzliwej i wojowniczej, która umiłowała sobie walkę i rozlew krwi. Ponoć mało rozumnej, ale to gadanie głupców. Ich watażkowie o umysłach bystrych i jasnych, stanowili elitę; reszta, jak lubią mawiać ludzie, to mięso armatnie, ale o sukcesach olbrzymów decydowali ich klanowi przywódcy.
   Pojawienie się olbrzyma było… Nieoczekiwane. Od wieków spały spokojnie i chociaż w ostatnich latach coraz częściej zaczęły pojawiać się donosy o ich wzmożonej aktywności, a nawet spotkaniu kilku z nich, mieszkańcy Królewca uznawali te informacje za brednie. Niemal wszyscy zapomnieli o olbrzymach, a plotki, że wychodzą ze swoich nor po wiekowym śnie, były mało realne; każdy machnął na to ręką. Jednak była wieść, która budziła w sercach strach przed ponownym zjawieniem się olbrzymów. Wojny w ostatnim wieku były bardzo hałaśliwe. Lament mordowanych, dudniące grzmoty rzucanych czarów i wojenna wrzawa zbudziły olbrzymów, od wieków ukrytych w jaskiniach. Ich sen został przerwany, a w sercach znów zapłonął ogień. Teraz krążą wieści, że wyruszyli na bój, by oczyścić świat z tych wrzeszczących stworzonek, które nie dają im spać. Mówi się też, że nie do wojny się olbrzymy szykują, a starają się odnaleźć Przeznaczonego.
   - Olbrzym!
   - Październikowe Dziecko Jaruut - watażka zatrzymał się przed tym, który krzyknął; przewyższając go o kilka sporych łokci, zerknął nań z góry, zawisając nad nieszczęśnikiem niczym sęp nad ofiarą. Mężczyzna zdawał się kurczyć, a już na pewno żałował, że w ogóle się odzywał. - Mam ochotę poprawić sobie krążenie, człowieku, a jeśli wciąż będziesz mnie obrażał, rozpierdolę ciebie.
   Mężczyzna zerknął na olbrzyma, czując jak po kręgosłupie spływają mu krople potu. Wielkolud twarz miał poznaczoną bliznami, oczy przekrwione. Łysa głowa zdawała się być jeszcze większa niż naprawdę, brak włosów uwypuklał jeszcze bardziej fakt, że olbrzym miał odcięte lewe ucho, a w prawym wpięte kości. Na nagiej, jeśli nie liczyć blizn, piersi, ochrą miał wymalowany klanowy tatuaż. Za paskiem wełnianych spodni wetknięty topór i to chyba broń przekonała ciekawskiego kupca, by czmychnąć z dala od olbrzyma.
   - Wagant Jasha? - w ciszy, jaka zapanowała wśród rzednącego tłumu gapiów, wśród kupców, którzy za wszelką cenę nie chcieli rzucać się w oczy, udając że pracują, uszów jednak nastawiając, by złowić każde słowo olbrzyma, zerkając spod zmarszczonych brwi, by mu się przypatrzeć, słowa Jaruuta nabrały dodatkowego znaczenia, a że głos miał mocny, Jasha wzdrygnął się słysząc swoje imię. - Wstawajże, co trzęsiecie portkami? Sam kamieniem rzucę, jak nie wstaniecie - i wielkolud łapiąc kaznodzieję za fraki, podniósł go i postawił na nogi, otrzepując z pyłu i paprochów; przy czym było to dość nieprzyjemne przeżycie, jako że Jaruut z człowiekiem się nie cackał. - Zaprowadź mnie do Brzeszczota.
   - To… Wy się znacie? - Jasha jeszcze nie całkiem doszedł do siebie; starł z policzka krew, czując jak pieką go obite żebra, a w głowie szumi coraz bardziej. Jednak Październikowe Dziecko zdawało się słów kaznodziei nie słyszeć; wielkolud pociągnął nosem i oblizał się.
   - Czujecie? Palą zwłoki.
   - Przez te wszystkie lata przywykłem do woni palonych ciał.
   - W brzuchu mi burczy od tego zapachu.

~*~
     Trzydzieści kroków przed mostem przerzuconym nad rwącym strumieniem, wznosiła się monumentalna brama warowna z białego piaskowca; miasto Varuskunta, gdzie stacjonował garnizon i jazda konna, wyrosło nad brzegiem jeziora Peverell jako przyczółek obronny, mający zapewnić zbrojnym najlepszą z możliwych pozycji obronnych. Brama z dwiema smukłymi wieżyczkami po bokach, na których w blasku słońca, cieple i upale stali łucznicy, zupełnie tak, jakby spodziewali się ataku; byli gotowi na wszystko. Na szczycie bramy, trwały dwa potężne marmurowe gryfy, o smukłych lwich ciałach, z rozpostartymi, orlimi skrzydłami i prawymi łapami uniesionymi w geście ataku; ich ptasie głowy dumnie skierowane ku górze, z otwartymi dziobami, i rubinowymi oczami, lśniły w słońcu, tak samo jak ich dwaj bracia, umieszczeni przy wrotach, z tym, że te gryfy leżały na marmurowych bazach, w spokojnej pozycji, z łbami zwróconymi wprost na brukowaną drogę prowadzącą do miasta i skrzydłami przylegającymi do ciał. Dwuskrzydłowe wrota, wykonane z odpornego i trwałego drewna konai, które mogło przeciwstawić się najcięższym atakom, w czasach pokoju były otwarte i tylko dwóch strażników pilnujących porządku miało pieczę nad napływającą do miasta ludnością; wokół murów wzniesionych z kamienia wiła się sucha fosa, niegdyś wypełniona wodą i najeżona ostrymi palami, teraz porośnięta trawą. Nad samymi murami, gdzie co dwadzieścia kroków stały wieże, w których nocą płonął ogień i które obiegały stolicę, zataczając wokół niej idealne koło, wznosiły się przeróżne budowle. Samo miasto podzielone było na kilka okręgów, koncentrujących się wokół jednego głównego i zwężających się do środka. Najszerszy i zarazem najdalszy, był czerwony okrąg obronny, który obejmował zewnętrze mury i umocnienia, a także posterunki straży i kilka garnizonów wraz ze stajniami i konnicą oraz domostwami gdzie stacjonowało wojsko. Dalej rozciągał się okrąg kupiecki, gdzie pełno było straganów, sklepów, magazynów i targów, do niego ściśle przylegały koszary wojskowe, w których toczyło się leniwe, ale i schematyczne życie zbrojnych. Dalej znajdował się okrąg bogini Tanu, pani wojny i orędowniczki mieczy; patronki wojskowych, która swoimi łaskami i błogosławieństwami obdarzała ślących ku niej swe prośby i modły. Za nim rozciąga się czarny okrąg obronny, stanowiący mury wewnętrzne i kilka stacjonujących tam garnizonów; za tą linią obrony mieściły się ogrody, poprzecinane sadzawkami, rzeźbami, dróżkami pomiędzy kwitnącymi kwiatami, krzakami i drzewami; ot by wojujący mężczyźnie nie odwykli od rzeczy pięknych i kruchych. Kolejny jest pierwszy okrąg bitewny, gdzie wzniesiono hipodromy, gimnazjony i miejsca przeznaczone dla wojskowych, by zadbali o tężyznę fizyczną i swoje umiejętności; w samym sercu miasta, centralnym okręgu, znajdowało się dowództwo garnizonu. Obok wznosił się gmach Siepaczy i aneks Łowców Snów.
   - Sądzę, że to dobry moment, abyś mi w końcu wyjawił, po coś mnie za towarzysza wziął, staruszku - Darrus skorygował krok czarnej kobyłki Wolhą nazywanej, naprowadzając konika na brukowany gościniec; klacz za wszelką cenę chciała poskubać młodą trawę na poboczu i wcale jej się nie spodobało, że zrealizować swoich planów nie może i nawet utarmosić zębami chciała najemnika, ale ten przezornie trzymał ręce z dala od uzębionej końskiej głowy, pamiętając co stało się ostatnim razem.
   - Wprawdzie droga z Królewca do Varuskunta nie dość jest daleka, jednak czułe ucho przydać się może. Trakty teraz niebezpieczne, chociaż garnizon utrzymuje w ryzach lokalnych rabusiów i rzezimieszków.
   - Znaczy… - najemnik przetrawił to, co właśnie usłyszał i wyraził najprościej jak potrafił, poganiając kobyłkę, bo zaczęła się ociągać i łakomie zerkać za siebie, na młodą trawę - Chciałeś mieć do kogo gębę otworzyć?
   - Ja nie ująłbym tego tak dosadnie - Alastair cmoknął, najwyraźniej niezadowolony z niefortunnego doboru słów Brzeszczota; po co od razu tak dobitnie wszystko określać? - Ale tak, po części dlatego zaprosiłem cię na tę przejażdżkę.
   - Toż było trzeba zabrać Długouchą wredotę!
   - Do ludzkiego garnizonu?
   - Racja. Punkt dla ciebie, staruszku. - Darrus poczuł nagle, że coś jest nie tak. Alastair znalazł się z przodu, a on zwolnił; czarna kobyłka stanęła w miejscu i na wszystkie próby pognania jej do przodu, zapierała się kopytami, nie chcąc się ruszyć. Kuszące, soczyste jabłko też nie pomogło, a słodkie słowa uleciały bez echa. Wolha ruszyć się nie chciała. Kiedy zaś Al odwrócił się, by zobaczyć gdzie podział się jego towarzysz, kobyłka klapnęła zadem na bruk, siadając najwyraźniej w proteście. Chociaż Brzeszczot, który z siodła się zsunął klnąc pod nosem, podejrzewał, że Wolha zrobiła to specjalnie i z premedytacją. Koniem była wrednym, robiącym co chce. Jak chciała poskubać trawę, to nawet targanie za ogon nie pomagało. - No ruszże się, cholero koślawa! Bo cię na kiełbasę przerobię - zagroził, a kobyłka prychnęła jakby mu nie wierząc; wstała też po chwili i stępem oddaliła się do upragnionej kupki trawy.
   - Brzeszczot, kompletnie nie radzisz sobie ze zwierzętami - stwierdził rzecz oczywistą mag, bowiem nasz najemnik nie radził sobie nawet z myszami. Jakby zwierzęta wyczuwały jego niechęć do natury, jakby wiedziały, że brak w nim szacunku. Nawet kocury, które dzieci za uszy i ogony ciągną, Dara podrapią i zaczną fuczeć na jego widok. Do koni nie ma ręki, czego dobrym przykładem jest Wolha; i patrząc tak na nich, człowiek się zastanawia kto tu jest czyim właścicielek i kto drogę określa. Bo kobyłka szła tam, gdzie chciała, niechętnie słuchając najemnika; próby przekonania jej do zmienienia zdania kończyły się albo odbitymi zębami na ręce, czy nodze, albo ślicznym śladem kopyta na piersi.
   - Daj mi spokój, co? Nie widzisz, że przeżywam wewnętrzny dramat? - Brzeszczot podniósł się i wymachując pięściami pogroził kobyłce, złorzecząc pod nosem na czym świat stoi. Naprawdę, jeszcze jeden taki wybryk, a konia odda do rzeźnika, co by z kobyłki potrawkę zrobić.
   Szczęście, że brama gryfów otwarta na oścież była, bo przez to przedstawienie i zakorkować się mogła. Dziś dzień powszedni był, handel ograniczał się jedynie do miejskich placów targowych, a i zbrojni ćwiczeń nie przeprowadzali, więc ruch przez bramę ograniczał się do jednej czy dwóch osób. Turkotanie wozów też było słyszalne, a i samo miasto jakby zmorzone snem, bo ulice puste, krzyków przekupek nie słychać, zbrojni tylko na swoich stanowiskach i cisza. Jakoś tak nieswojo.
   - Och, jakże mi przykro. Opuszczę cię więc, byś w spokoju mógł przeżywać swój wewnętrzny dramat - mag lekko stuknął konia w boki, nakłaniając go do ruszenia się z miejsca. Renny to cięższego typu ogier jest, nie za wysoki, o muskularnym ciele i wysoko osadzonej głowie. Bujna grzywa, ogon i szczotki pęcinowe nieco się gryzły z białą chrapką na łbie, ale dobrze komponowały z myszatym umaszczeniem. Spokojny, mało płochliwy i raczej posłuszny, nie licząc chwil kapryszenia, wieloletni kompan maga.*
   - Ale gdzie ty idziesz?
   - Spotkajmy się przy bramie w południe. Tylko nie narób głupstw.
   - Ja? Gdzież tam. - Brzeszczot stał przodem do Ala, więc nie było sposobu, by dostrzegł to, co Wolha wyprawiała za jego plecami, a kobyłka okazała się być złośliwą klaczą i nie dość, że trawę wyskubała, to weszła na czyjeś pole i zaczęła węszyć niczym pies w późnych burkach i ziemniakach, wyrywając co smaczniejsze kąski, które niewiadomym sposobem wybierała. - Pójdę i znajdę coś do jedzenia.
   - Konia lepiej byś przypilnował - zasugerował, oddalając się, co by nie słuchać kolejnych najemnika marudzeń. Z mieszańca poczciwy był człowiek, ale do koni ręki nie miał. Kobyłka jego więcej kłopotów przysparzała niż radości sprawiała. Mag westchnął, kierując Rennego do kupieckiego okręgu, gdzie swoją pracownie miał poczciwy, starczy druid, który ziołami handlował, maści i mikstury przyrządzał, lecząc miejscowych zbrojnych. W prawdzie do profesjonalnego uzdrowiciela niewiele mu brakowało, jednak Vather nigdy nie chciał w ten sposób monet zarabiać. Dużo bardziej cieszyła go prosta praca, pomaganie ludziom i skracanie ich cierpień. Duszy też pomagał, lecząc mentalne troski, uzdrawiaczem umysłów także będąc. Trudny to zawód, pełen wyrzeczeń i niedogodności, bo i człowiek nigdy przed drugim otworzyć się nie chce, wewnętrze bariery utrzymując. Ład zaprowadzić w jego duszy ciężko, ale poddać się nie można. Uleczyć trzeba, ukojenie przynieść nie zważając na trudy.
   - Pielgrzymujący, dopomóż biednej kobiecie.
   Ręka uniesiona w górę należała do klęczącej na bruku kobiety; na głowę narzucony miała kaptur zniszczonego i pobrudzonego płaszcza, chowając twarz w cieniu, światu nie chcąc jej pokazywać. Obok niej ustawiona była wyszczerbiona miseczka z miedzianymi monetami, których nawet na chleb by nie starczyło. Głos zachrypnięty z trudem artykułował kolejne słowa, ale coś w postaci kobiety sprawiało, że Alastair zachował czujność. Ton chociaż zmieniony zdawał się być znajomy i słowa wzbudziły podejrzenia, a pewność przyniosła dłoń; bo chociaż skrzętnie ukryta, pod rękawem widać było wijący się tatuaż, który do układanki wskoczył przynosząc rozwiązanie.
   - Grina od Wieczystej Księgi. - Maga nie ucieszyło to spotkanie, wyglądające na zaplanowane i z góry ustalone. Grina umiłowała sobie wszystko to, co podziemne i chtoniczne, co zrodziło się w podziemiach i w ciemnościach żyło, a cześć oddawała bóstwom tellurycznym. Jej zawiłe tatuaże nie były tylko piękną ozdobą ciała i głupcem był ten, kto wziąłby je tylko za kobiecy kaprys. - Pomocy mojej nie potrzebujesz, ludzkiego grosza też ci nie trza. - mag poprawił narzuconą na ramiona szatę. - A i wiedzy, której szukasz we mnie nie znajdziesz. W czymże ja ci więc pomóc mogę?
   - Posiadasz coś, co z moich rąk się stale wymyka - odrzucając kaptur na plecy, kobieta przeczesała palcami krótkie włosy, ścięte niemal przy samej skórze; ciemne wzory zdobiące twarz nadawały jej groźniejszego wyglądu; alegorie i symbole drogi, którą Grina przebyła, szczeble zdobytej wiedzy, oznaka wszechwiedzy. - Pielgrzymujący, jeżeli nakłonisz go do współpracy z nami, zaskarbisz sobie naszą przychylność.
   - Grino, Grino. - mag pokręcił głową, dziwiąc się samej myśli kobiety. - Nie czyń ze mnie widzącego, bo nim nie jestem, choć magia krąży w mych żyłach. Jeśli chcesz czegoś ode mnie, mów otwarcie, nie uciekając się do zagadek i domysłów. Tych ostatnich nie lubię, a i brak mi cierpliwości.
   - Chcesz uchodzić za głupca, niechaj tak będzie - najwyraźniej Grina widziała w Alastairze coś więcej, niż widać było na pierwszy rzut oka; miała go za kogoś więcej niż maga, który artefakty hołubi. Skrywającego prawdę o sobie i swej mądrości skutecznie, jednak nie dostatecznie. - Brzeszczot. Nakłoń Słyszącego, by użyczył mi swych darów.
   - Grino... - głos maga zabrzmiał łagodnie, jakby nie z panią od Wszechwiedzy rozmawiał, a z pewną elfią magiczką. Może też łagodność ta była już wpisana w charakter Alastaira. - Każden człowiek własną ścieżką kroczy. Także i Brzeszczot. Jego droga tylko tymczasowo razem z moją biegnie, jakże to więc mam go przekonać? - Alastair znów wpadł w swój moralizatorski, mentorski ton, który to mało kto u maga znieść potrafił, jako że miewał Pielgrzymujący tendencję do zbaczania z tematu. - Człowiek czyni to, co uzna za właściwe dla siebie samego. Mój stary mentor, niech go bogowie przyjmą do siebie, zwykł mawiać, że ludzie to istoty egoistyczne, pragnące dla siebie, nie dla innych. Nawet miłość ma w sobie odrobinę egoizmu...
   - Pielgrzymujący, nie uchodzi byś za głupca robił… - głos kobiety zadrżał od emocji, które Grina starała się utrzymać w ryzach, by nie zatruły rozmowy z magiem. Wykłócać się z nim byłoby czystą głupotą, bo i człowiek nie dowiedziałby się niczego i w głowie by miał namieszane. Alastair jak widać odpowiedzi udzielić nie chciał, a zbaczanie z tematu najpewniej służyło jak ściągnięcie uwagi słuchacza na inne, bezpieczniejsze tematy. Grina uwierzyć nie mogła, że mag Brzeszczota przekonać nie mógł. Kłamał. Kłamał w żywe oczy i to kobietę denerwowało najbardziej. A przecież chciała po dobroci, łagodnie, pokojowo. - Powiedz mu, żeś mnie spotkał. I że ja odnajdę jego. Niech będzie przygotowany, bo czas Czarnego Południa się zbliża, a ja czekać nie mogę.
   Mag zamrugał, jak człowiek dość gwałtownie ze snu czy też marzeń niewiele od snu różnych wyrwany. - Z przyjemnością przekaże twe słowa i propozycję Brzeszczotowi. - po tonie nie dało się wywnioskować, czy też mówi szczerze, czy kpi w żywe oczy. - Możesz być pewna, pani Grino.

~*~
   Tysiącletnie drzewo Kirkkaus, blasku i jasności, wznosiło się dumnie w ogrodach Domu Światła Ukoronowanego. Pień, którego nie objąłby człowiek, którego nie zdołałby przewyższyć olbrzym, a korzeni nie zdołałby wykopać krasnolud, lśnił czystym, mlecznym blaskiem niosącym ukojenie. Rozłożysta korona przysłaniała słońce, a białe liście mieniły się w jego blasku niczym klejnoty. Srebrne kwiaty, z których skapywał lepki sok zamykały się za dnia, by nocą ukazać złote wnętrze, wypełniając powietrze słodkim zapachem. Tysiącletnie drzewo nie owocowało, przesycone magią kwitło cały rok, nawet srogą zimą nie tracąc swojego piękna.
   Otoczone szemrzącym strumieniem, było dumą i chwałą westalek. Rosnąc w samym sercu ich domostwa, stało się symbolem ukoronowanego światła. Ikoną dobra i pokoju, które odziane w biel kobiety głosiły, dążąc do zrównania wszystkich żywych istot, by świat zalał jasny blask światła mądrości i pokoju.
   Lenalee, westalka światła ukoronowanego, najwyższa dostojna matrona, cieszyła się ciepłem dnia dzisiejszego, chłonąc kojący blask wiekowego drzewa; jej jasne, niemal białe włosy i mleczna skóra świadczyły o czystości i prawości. Dumna ze swej bieli, która reprezentuje światło. Dumna ze świętej szaty i krwistoczerwonego różańca. Wysłanniczka światła ukoronowanego, westalka i kapłanka. Orędowniczka i manifestacja światła niebiańskiego.
   - Skąd pochodzi światło? - młoda dziewczynka, zaledwie siedmioletnia, ministrantka światłości, mała adeptka kapłańskiej szkoły przygotowującej dzieci do służy Światłości, zatrzymała się przed dostojną matroną, spoglądając na  drzewo Kirkkaus.W dłoniach trzymała świeczkę, którą jak co dzień ofiarowywała w kaplicy światłu.
   Westalka natychmiast ją zdmuchnęła, a na jej pięknej twarzy zagościł pobłażliwy uśmiech, taki, jakim obdarza się dzieci, które powiedzą coś niemądrego. - Powiedz mi dziecko, dokąd teraz odeszło, a wtedy ja powiem ci, skąd pochodzi.
    Dziewczynka zapytała: - Czym jest wiara?
    A ona jej odpowiedziała: - Wiara jest ogniem, który zapala się od światła.
   - Nie zakłócaj czasu matce wielebnej, Marie - za młodą adeptką pojawiła się starsza kobieta; chociaż zmarszczki naznaczyły jej twarzy, ciemne oczy miała żywe, bystre tym rodzajem lotności, który przyszpilał słuchacza i nakazywał mu posłuch jej słów. Białe szaty miała nienaganne, jak przystało na prawą rękę matki przełożonej. - Zapal święcę i idź ofiarować światło w kaplicy.
   - Ralis, pozwól dzieciom zadawać pytania - chociaż zdawałoby się, że Lenalee upomniała swoją wieloletnią przyjaciółkę i zastępczynię, oboje wiedziały, że zrobiła to tylko dla uszów, które mogły je podsłuchiwać. - Już czas?
   - Tak, moja pani. Czas, by światłość zatriumfowała.
   Lenalee poprawiła koronkową woalkę zasłaniającą jej oczy i skinęła głową; miłość jest jej orężem, prawość tarczą. Tak mawiały siostry w światłości. I tylko sama Lenalee wiedziała, co kryje się pod woalką zakrywającą oczy. Oczy ciemne i zimne; nieprzyjazne i odpychające. Oczy zła.
   - Sprowadźcie tutaj Brzeszczota. 

_______________________
Początek marny, bo... Blogspot zjadł mi tekst, na pohybel mu...
A teraz, kto mi powie, jaką mamy miarę czasową na blogu? ;p

Weno moja, dziękuję! 

13 komentarzy:

Iskra - Marcus - Gabriel pisze...

[ja... ja... TAK MAŁO?! *z rozpaczą w oczach przyjmuje wiadomość, że tak, że to już koniec tej notki*
Więcej! Mamo, więcej! :c]

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

[Podziękowanie przyjęte :* (chyba że ty tu sobie jakąś inną wenę znalazłaś... to... to... naślę Luciena i Szeptuchę). Się wena poleca na przyszłość, o ile móżdżek malutki nie odmówi jej, jak wczoraj, posłuszeństwa. Brzeszczot, uwaga kłopoty nadchodzą :D i tym razem długoucha wredota nic niewinna.
Swoją drogą... Zwiastun... to chyba już nigdy nie będzie mi się normalnie kojarzyć.
I niestety, nadal utrzymuję, pewnie dopiero 6 odpisywać dalej na wątki będę... :( ]

Iskra - Marcus - Gabriel pisze...

[ 6 przeciez nie tak odlegly :o
A Ty mnie wredoto na gadu olalas! I idac w slady autorki Dara, obrazam sie, tupie noga i chowam sie w szafie :c ]

Don - Synn - Dar pisze...

[Widzisz Iskierko, to na zachętę xD]

Don - Synn - Dar pisze...

[Iskra, ale szafa jest moja! *wypycha Iskierkę*]

Don - Synn - Dar pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Don - Synn - Dar pisze...

[Tyś mą weną! I nie wątp w to xD
Tak, nam pewne rzeczy nigdy już nie będą się kojarzyć, Weno moja, ale wiesz? Mi z tym dobrze ^^ i co tam, że dalej oczekuję, że po wizycie na Marsie, dostaniemy przekaźniki xD]

Iskra - Marcus - Gabriel pisze...

[Łżesz jak krasnolud na szczudłach! *zaraz się weźmie i rozpłacze bo nigdzie jej nie chcą* ]

Iskra - Marcus - Gabriel pisze...

[zachętę do dalszego oczekiwania na ciąg dalszy? czy zachęta by spróbować napisać coś równie dobrego?
od dziś mówię do Ciebie mamo xD]

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

[Masz szczęście. :P
A jak zacznę mówić to jest mój ulubiony sklep na Cytadeli, to weź mnie trzepnij. Tylko zdrowo. :P]

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

[Ano, wybacz, Iskierko. Pomysł czytałam, ale mi się ostatnio na przemian, albo gadu albo net buntuje. Przez ten bunt by mi pociąg zwiał dzisiaj, no.
A 6... nie tak znowu daleko. Część mnie się z tego cieszy... drugą aż skręca. Dobra, a teraz kopnijcie mnie i zakażcie wstępu :D]

Iskra - Marcus - Gabriel pisze...

[kopać...?:c *jakoś nie umie* Dibbler by się przydał ]

Don - Synn - Dar pisze...

[Hahaha xD A ja, ja właśnie sobie wgrałam jak w tym forum, na wiadomość sms: Na prywatnym terminalu, jest dla pani nowa wiadomość xD]

Prawa autorskie

© Zastrzegamy sobie prawa autorskie do umieszczanych na blogu tekstów, wymyślonego na jego potrzeby świata oraz postaci.
Nie rościmy sobie natomiast praw autorskich do tych artów, które nie są naszego autorstwa.

Szukaj




˅ ^
+ postacie
Rinne Lasair