Przewodnik

Linki-obrazki

Misje
I. Więzi przyjaźni
Spotykasz po latach kogoś, kto dawniej był ci bliski. Wplątuje cię on w jakąś historię, która nie dość, że z czasem się komplikuje, to w dodatku budzi w tobie wątpliwości co do intencji przyjaciela.

II. Linia frontu
Kerończy natarli na Prowincję Demarską. Oblegany jest sam Demar. Jedni ludzie stają do walki, inni uciekają ze spalonej ziemi. Napastnicy, obrońcy i cywile. Po której stronie staniesz?

Opcjonalnie: Udział w buncie niewolników w Wirginii bądź inne miejsca walk.

III. Rekonwalescencja
W nie najlepszej kondycji trafiasz do wioski lub klasztoru. Wydaje ci się, że trafiłeś w dobre ręce i że wkrótce będziesz mógł opuścić to miejsce. Okazuje się jednak, że z pozoru życzliwi i uprzejmi ludzie skrywają przed tobą jakąś tajemnicę.

IV. Zabij bestię
Coś napada, nęka mieszkańców. Zawierasz umowę z wójtem - dostarczysz głowę bestii za określoną cenę. Okazuje się jednak, że stworzenie nie działa bez powodu - jest w jakiś sposób prowokowane przez mieszkańców.

Opcjonalnie: Bestia jest wrażliwa na hałas z karczmy albo ludzie naruszyli w jakiś sposób jej rewir (weszli na jej teren, zajęli leże ze względu na drogie surowce itp.)

V. Nielegalne walki
Dochodzą cię słuchy o nielegalnych walkach prowadzonych w okolicy. Położysz im kres czy może postanowisz wziąć w nich udział dla własnego zysku? Pieniądze nie leżą na ulicy.

VI. Zlecone zabójstwo
Dochodzi do zamachu, w wyniku którego ginie ktoś ważny. Podejmujesz się odnalezienia zabójcy – albo jego zleceniodawcy. Od ciebie zależy, czy dojdzie do aresztowania winnych, czy pomożesz im uniknąć kary.

VII. Egzekucja
W mieście lub wiosce szykuje się egzekucja. Znasz sprawcę albo sam doprowadziłeś do jego schwytania. Realizacja wyroku coraz bliżej.

Opcjonalnie: Z czasem nabierasz wątpliwości, czy skazaniec faktycznie jest winny i chcesz go uwolnić lub dochodzą cię pogłoski, że ktoś może chcieć uwolnić kryminalistę.

zamknij
Dodaj do WTP Spis kodów
Spis opowiadań
Kiedyś przyjdzie mi za to wszystko zapłacić... Weselicho, czyli tańcz, jedz i chędoż za darmochę! Oszukać czas. Oszukać przeznaczenie. Oszukać... siebie. Baśń o wolności: Preludium Świątynia Ażubora (1) Wszystkiego krówkowego! (okolicznościowa, krótkie opowiadanie "Motyw przewodni - Prezent". Ta dam, pamiętaliśmy! I - Wezwanie pomocy: alchemio, przybywaj! Gdy demon odzyskuje człowieczeństwo, przypomina sobie jak być człowiekiem. Nikt nie zna prawdziwego bólu do czasu aż nie straci kogoś bliskiego sercu. Niedopowiedziane historie Wendigo i Driada Szczurzy dzień (autor: Szept, Silva) Domek, zupa, sukkub i historia (autor: Elias) Sen i niespodzianki (autor: Elias) Boląca strata i niepokojący gość! (autor: Elias) Cienie i nowy przyjaciel (autor: Elias) Kruki (autor: Elias) Cienie i Starsze Dusze (autor: Elias) Zawsze jest kolejna tajemnica (autor: Silva) Zło Kor'hu Dull (autor: Elias) Złodziej Twarzy i Koszmar (autor: Elias) Królewiec (autor: Elias) Przed świtem (autor: Nefryt) Król Żebraków i nowe drzwi (autor: Elias) Akceptacja (autor: Elias) Nostalgia (autor: Nefryt) Nowa droga i niespodziewane wyznanie? (autor: Elias) Biały i zielony daje czerwony! (autor: Elias) Nowe wyzwania w nowym życiu (autor: Elias) Krąg tajemnic (autor: Elias) Jack (autor: Elias) Czasami to mrok daje najwięcej światła (autor: Elias) Trzy sceny o szpiegowaniu (autor: Nefryt) Morze bólu. Promyk nadziei ... (autor: Elias) Nie ma sensu szukać guza. Chyba, że jest się najemnikiem (autor: Silva) Sól (autor: Aed) Dyjanna Muirne: Miecz może być dowodem wszystkiego (autor: Zorana) Opus Magnum I (autor: Iskra) Uszatek i Kwiatek na tropie przygody: Przypadłość parszywej gospody (autor: Paeonia i Szept) Gdy gasną świece (autor: Zombbiszon) ... Najjaśniej płoną gwiazdy nadziei. (autor: Zombbiszon) Elias cz. 1 (autor: Zombbiszon) Elias cz. 2 (autor: Zombbiszon) Historia (autor: Zombbiszon)
zamknij

Chat




Akt I: wejście Brzeszczota

Darrus Finarthil Dak'kon
z rodu Kael't Crevan
Półelf - najemnik - hyvan   

"Z niejednego pieca chleb jadł, nawet jeśli czasem o  ten piecyk poparzył sobie swoje łapki. Łapki się goiły,  tylko po to, żeby sparzyć je ponownie"

Szept o Darze

"Zaufanie do samego siebie jest dźwignią zwycięstwa"
wybierz kartę, by poznać historię Brzeszczota
 
Przynależność: 
  Urodził się w małej wiosce Mall Resz na północy kraju. Ojcem mu był kowal Maltornem nazywany, a matką elfia pani, Laurion z rodu Kael’t Crevan. Przez swoje mieszane pochodzenie  przynależał do dwóch światów: ludzi i elfów. Dziedzictwo matki, która umiłowała sobie drzewa, mieszało się ze spuścizną ojca, prostego kowala bez tytułów, ziem i bogactwa. Synem Turdusów stał się całkiem niedawno. Związał się z wielkimi sowami, odnawiając więź, jaką zawarł Griosal Szlachetny.


Wygląd: 
  Elfia krew matki, chociaż zmieszana z ludzką, podarowała Brzeszczotowi pewne specyficzne cechy. Oszczędziła ciało, nie dając szpiczastych uszu, zmieniła jedynie urodę mężczyzny na odrobinę bardziej elfią, miłą dla oka. Czerwone włosy są cechą charakterystyczną rodu Crevan, więc nic dziwnego, że ma je i Darrus. Obecnie czerwone kudły sięgają mu do ramion i tworzą burzę rozczochranych włosów; zazwyczaj nosi je związane w praktyczny, ale całkiem nieelegancki kok. Często też splata je w luźny warkocz lub po prostu nie robi z nimi nic. Oczy ma w kolorze miodu, choć usłyszał kiedyś, że przypominają swą barwą raczej bursztyn; dla niego to to samo.
  Gdyby spojrzeć na niego jak na najemnika, nikt nie powiedziałby o nim, że jest górą mięsa. Chociaż był wysoki i sięgał prawie dwóch metrów, ciało miał dobrze zbudowane, zadbane, ale w konkursie na najkształtniejsze mięśnie nie zająłby nawet ostatniego miejsca. Nie był typem siłacza. Był zwinny, szybki, kiedy chciał też cichy, ale zazwyczaj tupał głośno, chodził głośno, nie mogąc uwolnić się starego nawyku, który miał go bardziej upodobnić do ludzi, odcinając od elfiej krwi.
  Na plecach ma kilka blizn, na brzuchu jedną od noża, który wszedł zdecydowanie zbyt głęboko. W deszczowe dni narzeka na ból w kolanie, które mu ciężki but bandziora przestawił. Włosy poza tym, że je ma, ostatnimi czasy urozmaica sowimi piórami i koralikami.

Ubiór: 
  Brzeszczot nie nosi się jak elf, chociaż jego ród bardzo by tego chciał; ich stroje uważa za niepraktyczne i śmieszne, chociaż niektóre elementy nawet mu się podobają i często łączy je z typowo ludzkim ubiorem. Na hyvana też nie wygląda. Spojrzysz na niego i pomyślisz, że to najemnik, z krwi i kości najemny miecz. Nosi podkute buciory, spodnie i skórzaną kurtę. W cieplejsze dni na lnianą koszulę zakłada kamizelkę z wysokim kołnierzem sięgającą za pas, przepiętą paskiem, a na przedramiona wciąga karwasze. Jeśli nosi płaszcz, zawsze w kolorze ziemi, spięty spinką w kształcie sowy.

Ekwipunek: 
  W skórzanej pochwie z miedzianymi ozdobami, na lewym biodrze, nosi dziadkowy sztylet. Krótkie ostrze o szerokiej klindze, z prostą rękojeścią obwiązaną rzemieniami dla lepszego chwytu. Ma mocną konstrukcję, dzięki czemu służy nie tylko do zadawania ciosów, ale także do ich parowania.
  Na jego palcu widnieje srebrny pierścień z kamieniem cymofanu, swą barwą i kształtem przypominającym sowie oko. Rodowy pierścień będący przekazywany z hyvana na hyvana. Jeśli nie ma go na palcu, pewnie wisi na rzemieniu pod koszulą, razem z matczyną gwiazdą.
  W sakiewce na co dzień przechowuje kilka miedziaków, sznurek, znaleziony kamyk, czyli mało potrzebne rzeczy. Kiedy wyrusza w drogę, zmienia się i jego sakiewka, w zależności od potrzeb.

Zdolności i słabości:
  Słuch - jakim nie mogą poszczycić się nawet elfy, czy zwierzęta; jest w stanie dosłyszeć niemal wszystko z bardzo daleka. Ta zaleta jest też jego słabością - przez czuły słuch jest podatny na magię opartą na muzyce, na syreni śpiew i wszystko to, co działa poprzez uszy. Zbyt wysokie dźwięki wywołują u niego ból głowy i krwawienie, często też nie potrafi się skupić, gdy otacza go zbyt wielki hałas.

Profesja: 
  Jest najemnym mieczem, ale nie zawsze tak było. Będąc młodzieńcem wiedział, że poświęci swoje życie byciu łowcą potworów - cóż, los szybko zweryfikował jego marzenia i wielkie nadzieje - jeszcze nim wrócił do Mall Resz. Stało się bowiem tak, że Charkot będący wtedy hersztem dobrze znanej w królestwie najemnej bandy, stał się kolejnym kamieniem węgielnym, na którym swoje życie zaczął budować Darrus. Zamiast stać się łowcą, został najemnikiem i ze zdziwieniem odkrył, że podoba mu się to bardziej niż myślał. Do dziś sądzi, że bardziej jest najemnym mieczem niż hyvanem.
  Hyvan, nim także jest, chociaż nigdy otwarcie tego nie powie, nigdy się do tego nie przyzna, a już na pewno nie szepnie, że mu się to podoba. Wszystko zaczęło się od tego, że dziadek Ivelios oficjalnie, przed elfami i bogami, uczynił go głową rodu Kael’t Crevan, robiąc z niego hyvana. Zwariował, oszalał, ale to zrobił i Darrus, którego elfy nazywały Finarthilem, musiał się z tym pogodzić. Ciężko było mu się przyzwyczaić, oswoić z tym, że jest odpowiedzialny nie tylko za siebie, ale także za cały elfi ród. Przetrwał jednak burze i sztormy, podniósł się po zniszczeniu Sowiego Domu w Eliendyr, pomieszkał z rodem wśród wielkich sów, a potem znalazł nowy dom. Gdyby go dawniej spytać o to, jak widzi bycie głową rodu, powiedziałby, że tego nie chce i w pierwszej nadarzającej się okazji, pozbędzie się tego ciężaru z ramion. Teraz oddałby życie za swoje elfy, bo to była jego rodzina, jego dom, jego miejsce. Od jakiegoś czasu nie był tylko mieszańcem, nie tylko najemnikiem, był też hyvanem. I naprawdę to czuł.

Dom: 
   W Dolinie Ciszy otoczonej górami Mgieł, u wylotu Gadziego Przesmyku, gdzie krzyżuje się droga biegnąca ku Irandal, Przystani i orczym siedliskom, wznosi się stara, opuszczona strażnica Elu, która niszczałaby dalej, gdyby nie Elenard. Włodarz Doliny pozwolił osiedlić się w niej rodowi Crevan, dając im tym samym nowy dom. Strażnica Elu zaczęła tętnić życiem, pomału podnosząc się po upadku, odbudowywana i wznoszona na nowo. Przez członków rodu zaczęła być nazywana Gniazdowiskiem.

Znajomość języków: 
Mowa wspólna - biegle
Keroński - ojczysty
Elficki - biegle
Krasnoludzki - tylko kilka słów
Reszta języków i dialektów to zlepek dziwnych słów

Umiejętności:
Jazda konna - dobra, o ile wierzchowcem nie jest Wolha.
Walka mieczem - tak kiepska, że prędzej sam siebie zrani niż trafi przeciwnika.
Magia - kompletny ignorant w sprawach magii, do tego stopnia, że wielkich magów obraża, a potem się dziwi, że został zamieniony w żabę.
Broń dystansowa - umie się posłużyć nożami do rzucania, z kolei łuk napnie, ale nie trafi. Kusza jest poza jego zasięgiem.
Walka wręcz - mistrz, jedyne w czym jest tak naprawdę dobry i jedyne, czym sam się nie zrani.
Pozostała broń to dla niego tylko broń, której ktoś inny używa.
[w trakcie]

| Darrus | Dar | Brzeszczot | Finarthil | Maruda | Parzyłapek | Pan Boskie Pośladki | Mieszaniec | Włóczykij | Łazęga |

wiatraki Mall Resz...
   Urodził się pewnej bezgwiezdnej nocy, gdy jasny sierp nadgryzionego księżyca skrył się za przywianymi z zachodu deszczowymi chmurami. Poczęty z osobliwej miłości niecodziennej pary, której związek był tak burzliwy, jak wzburzone są wody oceanu. Przyszedł na świat przy akompaniamencie szczęku młota i kowadła, wśród strzelających iskier i parującej wody. Narodził się wbrew  wszystkiemu. Nie bacząc na konsekwencje ani przyszłość, nie zważając zupełnie na nic. Z pewnością był nieoczekiwany.
   Ojcem mu był kowal Maltornem nazywany. Sumienny i pracowity, sercem kochający dbale wykonane bronie, wychodzące spod jego młota. Zawsze praktyczny, nigdy nie tworzył dla uciechy oka; jego ostrza służyć miały w walce, a nie królewskich paradach. Człowiekiem był dobrodusznym i uczciwym, a chociaż nigdy mu się nie przelewało, zawsze potrafił związać koniec z końcem żyjąc tak godnie, jak tylko potrafił. Matką mu była elfia pani, Laurion z rodu Kael’t Crevan. Przyjaciółka lasu, umiłowana siostra, która oddała całą siebie naturze, wyrzekając się życia wśród rodaków. Wiekowe dęby i sięgające nieba buki były jej domem, a trawa, po której stąpała posłaniem. Wśród elfów krążyła wieść, że pewnego dnia Laurion szczególnie kochająca drzewa, zamieni się w jedno z nich i stać będzie na straży prastarego lasu do czasu jego końca, kiedy dęby i buki upadną, a ziemia stanie się jałową, u kresu czasów.
   Miłość jego rodziców, szlachetnej elfki i prostego człowieka, zaowocowała nie tylko poczęciem mieszańca, ale także wywołała podniesione głosy sprzeciwu ze strony długowiecznej rasy. Elfy patrzyły nieprzychylnym okiem na takie poczynania, a jeszcze mniej cieszyły się na wieść o rodzących się mieszańcach. Tar’hur nie byli dumą i chlubą elfów, byli ich hańbą i powodem do smutku, o mieszanej krwi się nie mówiło, nawet, jeśli rodziła się w starym elfim rodzie. Związek człowieka i elfki był osobliwy, bo niby oboje się kochali, ale potrafili rozstać się na wiele miesięcy, by potem jakby nigdy nic znów zamieszkać pod jednym dachem, w domu przesyconym wonią ognia. Kłótnie zdarzały się nazbyt często, ale równie szybko wygasały, jak niepielęgnowany płomień. On oddany pracy kowala, ona przepełniona miłością do natury, a obok nich dziecko.
   Darrus przez pochodzenie swojej matki przynależał do dwóch światów: ludzi i elfów. Był częścią szlachetnego rodu Kael’t Crevan z Eilendyr, przyjaciół sów, strażników kurhanu, członków rady. Płynęła w nim elfia krew, czy tego chciał, czy nie. Dziedzictwo matki mieszało się ze spuścizną ojca, prostego kowala bez tytułów, ziem i bogactwa, mieszkającego w Mall Resz, wsi wiatraków. Laurion kształciła syna na swój sposób. Wpajała mu zawiłości pięknego, melodyjnego języka elfów, opowiadała o tym, kim był; uczyła miłości do lasu, do drzew i wszystkiego, co żyje, a co tak umiłowała jej rasa. Próbowała rozniecić w nim elfią krew, dlatego w dzieciństwie i młodości Darrus zwany przez nią Finarthilem, często odwiedzał elfią stolicę, poznając każdą jej kondygnację. W tamtym czasie najczęściej przebywał w rodowym, sowim domu, gdzie wciąż pohukiwały ptaszyska ukryte w gałęziach drzew. Wraz z dziadkiem, bez babki, która się go wyparła, słuchał opowieści o dawnych bohaterach i miłościwych bogach. Sowiooki Ivelios dbał o wykształcenie wnuka, starając się odsunąć go od tych, którzy widzieli w nim tylko mieszaną krew. Dziadek stał się ulubionym towarzyszem i wytrwałym nauczycielem, ot wystarczyło znaleźć sposób na zwrócenie dziecięcej uwagi.  Już wtedy zdawało się, że Sowiooki we wnuku dostrzega coś wyjątkowego. W sowim domu Dar miał wrogów, na czele z babką, ale więcej było przyjaciół. Tam poznał wuja Gwarkiem zwanego i siostrę z łona matki, ale innego ojca. Eachann rozpieszczał go, a młode elfy uczyły wspinać się na drzewa.
   Przez ojca pieszczotliwie nazywany był Darem i pod jego czujnym okiem dorastał niczym dobrze ukierunkowane drzewo. Był też człowiekiem i ludzka krew płynęła w jego żyłach. Od dziecięcych lat poznawał tajniki kowalstwa, niezliczoną ilość razy parząc sobie dłonie, tracąc brwi od niekontrolowanego podmuchu ognia, czy marnując dobrą rudę. Był bystry, ale nieuważny. Czasami zbyt wiele rzeczy rozpraszało jego uwagę, a nie potrafiąc skupić się na jednym, tracił zbyt wiele. Ojca miał jednak cierpliwego; był mądrym nauczycielem i dobrym mentorem, sprawiając, że niepowodzenia zaczął Darrus pomału, lecz skrupulatnie zamieniać na drobne zwycięstwa z własną niezdarnością. Maltorn Młotoręki uczył go świata, ludzkiego, brutalnego, ale i pięknego. Pokazał synowi, jak cieszyć się z drobnostek, jak żyć z honorem, dobrze wiedząc, że ręce pierworodnego nie są dłońmi kowala.

dziedzictwo Losny...
   Elfia krew matki, chociaż zmieszana z ludzką, podarowała Brzeszczotowi pewne specyficzne cechy, które zaskoczyły nawet długouchych mędrców. Oszczędziła ciało, nie dając szpiczastych uszu, zmieniła jedynie urodę mężczyzny na odrobinę bardziej elfią, miłą dla oka. I chociaż rozwodniona, płynęła w żyłach Darrusa, dając świadectwo jego pochodzenia, dziedzictwo przekazane mu zarówno przez matkę, jak i członków rodu Kael't Crevan.
   Mając zaledwie mgliste pojęcie o wypełniającym go dziedzictwie, młody półelf opuścił rodzinną wioskę. Matka zniknęła w lasach i nie pojawiała się już w domostwie Maltorna, a ojciec wraz z elfim rodem przejął pieczę nad synem. Ivelios w przeciwieństwie do córy nie porzucił wnuka; zrozumiał nawet jego decyzję o odejściu w wieku zaledwie czternastu wiosen. Brzeszczot szukał swojej drogi, celu w życiu, chciał się odnaleźć w świecie, gdzie jako mieszaniec był odtrącany przez ludzi i przez elfy. Już wtedy wiedział, że krew ojca kipi w jego żyłach, tłamsząc dziedzictwo matki, czyniąc go bardziej człowiekiem niż elfem. Ludzie nie byli tak okrutni w swych osądach, nie ciskali gromów słysząc o mieszanej krwi, nie wyklinali, nie hańbili. Większość elfów taka była, a on w swej młodzieńczej zapalczywości nie potrafił tego znieść. 
   Słuchając podszeptu serca, mając w pamięci zasłyszane historie i plotki o starym magu, który żył teraz na wybrzeżu w malutkiej, rybackiej wiosce, udał się do Losny na zachodnim wybrzeżu. Tam poznał Sorena, maga, który utracił i zapomniał zaklęcia mocy, opróżniając swoje ciało z many. Niezdolny był już kształtować świat poprzez słowa i gesty, w wieku zaledwie trzydziestu kilku lat, odsunął się na bok. Zszedł ze ścieżki, która w dzieciństwie zdawała się być jasnym gościńcem i jedynym słusznym celem w życiu. Kiedy zaś rzeczywistość zweryfikowała poglądy Sorena, nastąpiła stagnacja i pewnie gdyby nie przypadek nigdy by nie stał się tym, kim jest dziś. Zapomniawszy o niepowodzeniach młodości, rzucił się w wir walki. Śmiał twierdzić, że jest w tym najlepszy. Nie jest mędrcem, chociaż niektórzy tak go postrzegają. Pozbawiony magii odsunął się od ludzi, ale dawna natura nie dawała o sobie zapomnieć. A potem pojawił się Darrus - mały przybłęda, który dom rodzinny opuścił. Wygadany, chudy jak patyk, uparty jak osioł. I nie chciał odejść odkąd Soren go uratował, bo w swej dziecięcej główce ubzdurał sobie, że Staruszek nauczy go walki; koniec kropka i nie ma co przekonywać. Wyrzuć Dara raz, a wróci. Wypchnij drzwiami, a wejdzie oknem, zamknij je a wśliźnie się kominem. No i został. I rozrabiał, ale pilnie się uczył. Wpojone ojcowskie nauki dały efekt i tu; pracuj ciężko, a osiągniesz wszystko. Dość szybko Soren stał się ukochanym mistrzem mieszańca. Potrafił były mag wyegzekwować posłuszeństwo nie tyle słowem, co czynem - pyskujesz i z czymś się nie zgadasz? Trzydzieści kółek wokół wioski. Zgnuśniałeś i stałeś się leniwy? Pięćdziesiąt. 
   Ciężkie to były lata, ale jakże owocne. Tutaj Dar zrozumiał siebie i to, co dała mu matka, swoje umiejętności. Dziedzictwo Laurion, sowiego rodu, wpłynęło na jego zmysły. Głównie na słuch. Słuch, jakim nie mogą poszczycić się nawet elfy, czy zwierzęta. Chociaż nie gibki, nie zwinny, uczulony na magię, przez którą kichał, nie potrafiący za jej pomocą formować słów mocy, potrafił usłyszeć wiele. Mysz pod podłogą domu, szept na drugim końcu miasteczka, rozmowę na ocenie. Odcinając się od pobocznych dźwięków, jest w stanie dosłyszeć niemal wszystko. Nawet pomruk umęczonej duszy, która błąka się po świecie żywych, chociaż nie lubi o tym wspominać. Nie chce słyszeć umarłych. Przez czuły słuch podatny jest i wrażliwy na śpiew syren, na magię opierającą się na muzyce i wszystko to, co może wpłynąć na jego umysł. Kiedyś nie potrafił się skupić: kakofonia dźwięków przeszkadzała niemal we wszystkim. Teraz, gdy nauczył się chronić przed dźwiękami, życie stało się znośniejsze, a i czasami mógł zaśmiać się pod nosem, słuchając szeptanych plotek z alkowy. Jeżeli chcesz go oszukać, nie mów. Jeżeli chcesz przejść obok niezauważonym, nie wydawaj dźwięków. Jeżeli chcesz zabić, znajdź sposób, aby cię nie usłyszał. 
   Soren nauczył go także walczyć. Wpoił swojemu uczniowi, że walka na dystans to nie tyle tchórzostwo, co pewien sposób pójścia na łatwiznę. Aby zachować honor i godność, należało pokonać wroga własnymi rękoma, lub mieczem. Z racji tego, że Dar mieczami sam siebie ranił, miał sztylet i nóż, a po latach ciężkich treningów przewyższył swojego mistrza, eksperta toriańskiej walki, samemu lepiej walcząc niż posługując się bronią.

życie w Eilendyr i Królewcu...
   Lata mijały szybko i zanim Dar się obejrzał, miał na karku niemal dwadzieścia wiosen. Zaczął też coraz bardziej tęsknić za przytulnym domem, za ciepłem ognia, stukotem młota i ojcowskim słowem; nie pamiętał już też, kiedy ostatni raz odwiedzał rodzinę matki w szumiącym lesie. I chociaż z ciężkim sercem myślał o odejściu od staruszka Sorena, wiedział, że jego czas tutaj dobiegł końca, że należało wracać do domu. Dość zamarudził w Lośnie. Odchodząc zostawił tutaj swoje serce, część samego siebie, drugiego ojca i wspaniały dom, do którego będzie wracał. Oboje, zarówno uczeń jak i mistrz, wiedzieli, że to dopiero początek, że odejście nie jest jednocześnie końcem. Soren nie żegnał swojej małej kijanki, on tylko mówił jej do zobaczenia.
   Darrus już wtedy wiedział, kim chce zostać i jaką drogą pójść. Uwidziało mu się, że poświęci swoje życie, aby być łowcą potworów - cóż, los szybko zweryfikował jego marzenia i wielkie nadzieje - jeszcze nim wrócił do Mall Resz. Stało się bowiem tak, że Charkot będący wtedy hersztem dobrze znanej w królestwie najemnickiej bandy, stał się kolejnym kamieniem węgielnym, na którym swoje życie zaczął budować Darrus. Zamiast stać się łowcą, został najemnikiem i ze zdziwieniem odkrył, że podoba mu się to bardziej niż sądził. Kiedy zaś wrócił do ojca, nie mógł się nagadać, chcąc mu opowiedzieć wszystko, nawet najdrobniejszy szczegół.
   Paląc się do sprawdzenia swoich umiejętności, wybrał życie w Królewcu - stolica państwa zdawała się być dla niego jasnym światłem, w którym kryło się spełnienie marzeń. Tam osiadł u przyjaciela ojca, krasnoluda Lofara, tam poznał swojego pracodawcę, pierwszego, który nie odtrącił mieszańca i nie kazał mu się wynosić. Alastair stał się tym, dla którego młody najemnik wykonywał różne zlecenia. Już wtedy Brzeszczot nie krył się ze swoimi myślami. Odtrącał uparcie wszystko co elfie, nawet swoją drugą część, krew matki. Elfy traktował gorzej niż one jego, a zdanie o nich miał delikatnie mówiąc nieprzychylne. Kpił z ich bogów, z kultury i nie widział w nich nic wartościowego. Byli tchórzami kryjącymi się w lesie. Skoro oni odrzucili jego, on wyprze się ich. Jeszcze długo tak myślał, nawet wtedy, gdy Pielgrzymujący postawił na jego drodze elfkę, a że za długouchami Dar nie przepadał i starał się ich unikać, obracając się raczej w podejrzanym kręgu, Szept nie przypadła mu do gustu. I jakby tego było mało, przez splot dziwnych wydarzeń i jeszcze bardziej pokręconych sytuacji, ten, który nie lubił elfów zaczął z elfką pracować, co było taką małą hańbą i plamą na jego dumie. Jak można określić jego przydatność oraz funkcję pełnioną dla Szept? Jest na to wiele sposobów. On mówił: strażnik pleców, taran, ochrona tyłów, przednia-tylna straż, ten kto pomaga w potrzebie, a ona odpowiadała: zwiastun kłopotów. On dodaje: miecz w potrzebie, pięść, wykrywacz, dodatkowy zmysł, tropiciel, a ona prostuje: zmora magiczki. A dziś? Bogowie, teraz najemnik dałby się za tę paskudę pokroić. Za swoją towarzyszkę i JEGO wredną elfkę. Niech tylko spadnie jej włos z głowy, to zabije. Ale oczywiście, dalej udaje, że jej nie lubi i jest tylko zmorą, która dużo płaci - ot oficjalny powód ich współpracy. Siostrą stała się jednak dla niego nie ze względu na czas spędzony ze sobą, głównie w siodle, na gościńcach, w ruinach i przygodach, ale przez sytuacje i zdarzenia, które Dar woli zachować dla siebie. Przecież się jej nie przyzna, że kocha ją jak rodzoną siostrę, bo jakoś tak wyszło.
   Większość swojego dorosłego życia, jako najemnik, podejmował się różnych zleceń, ale głównie podróżował po kraju z długouchą wredotą, jego wredotą. Szlaków, które przemierzyli nie próbował już liczyć, tak samo jak dróg, które pokonali. Razem pakowali się w takie przygody, że starczyłoby na dobrą księgę. Szczęśliwie zawsze walcząc ramię w ramię, dawali radę wszystkiemu, z gorszym lub lepszym rezultatem.
   Eilendyr odwiedzał coraz częściej. Sowi dom znów stawał się jego, chociaż właściwiej byłoby powiedzieć, że nigdy nie przestał nim być. Walki z Krokusicą, wredną babką i radną, nie ustawały, one wręcz się zaogniły i to do tego stopnia, że Urian zaczęła podburzać przeciwko wnukowi inne elfy. Kochana babunia. Jeśli chodzi o Iveliosa, w pewnym momencie zaczął on Dara uczyć, subtelnie i niezauważalnie, jak dbać o ród, jak zjednywać sobie ludzi i rozmawiać z sowami i wielkimi sowami z Kolhu’Dur. Zupełnie bez udziału najemnika wydarzyło się coś nieoczekiwanego. Ivelios, według wnuka, stracił zdrowy rozsądek i musiał na umyśle zachorować. Bo tylko kompletny wariat robi z tar’hura, mieszańca, swojego następcę. Tak, dziadek oficjalnie, przed elfami i bogami, uczynił go głową rodu Kael’t Crevan, robiąc z niego hyvana. Krokusica pozieleniała z zazdrości, bo chciała na miejsce męża podsunąć kogoś swojego, podległego jej podszeptom. Radni byli oburzeni, jak większość elfów, ale reszcie zupełnie to nie przeszkadzało. Sprawy rodu należały do rodu. Na jego palcu widnieje srebrny pierścień z kamieniem cymofanu, swą barwą i kształtem przypominającym sowie oko. Rodowy pierścień, który nie jest tylko srebrną ozdóbką. Darrus głową rodu Crevan - bogowie niejedyni lubili okrutnie żartować - ale i Brzeszczot umiał być cwany niczym lis. Zażądał, by Ivelios, z jego polecenia, dbał o ród i pełnie dotychczasowe funkcje, a on będzie głową rodu w drodze. Jak będzie czas to osiądzie w stolicy i dziadek będzie mógł zrezygnować ze stanowiska.

po Tarok i Eilendyr...
   Mijające miesiące pełne były spraw, które Brzeszczot określał jako nieużyteczne. W EIlendyr spędzał coraz więcej czasu, chodząc pomiędzy drzewami ramię w ramię z dziadkiem, ucząc się od niego i słuchając rad, które wydawały się do niczego niepotrzebne. Wtedy najemnik nie potrafił docenić mądrości płynących z wiedzy dziadka, a wkrótce miał się przekonać, że Sowiooki wszystko co robił, czynił dla jego dobra.
   Kiedy w królestwie zaczęły pojawiać się niepokojące wieści o polujących na ludzi łowcach niewolników, stało się tak, zupełnym przypadkiem, że Dar trafił do niewoli. Na wyspie pozbawionej magii, której nazwy nikt nie potrafi poprawnie wymówić, miał okazję być walczącym na arenie niewolnikiem, by potem razem z Devrilem zmagać się ze spiskami. Tam każdy działał przeciwko sobie: lanistka przeciwko namiestnikowi, ten przeciw bratu, brat przeciw niemu i nieślubnemu bękartowi. Istne zamieszanie przyprawiające o ból głowy, ale jakże dobre do ucieczki dwóch niewolników na maleńkiej łódeczce z popijającym rum kapitanem.
   Brzeszczot z radością wracał do domu, jednak fortuna okazała się prawdziwą dziwką. W portowym mieście Tarok losy wielu istnień zostały wypaczone; tam, gdzie od wieków jątrzyła się stara rana, wypełniając nienawiścią mieszkańców, gdzie podsycano tą złość i wykorzystywano do własnych celów, zawalił się świat. W obronie umęczonych elfów, zamkniętych w mieście, gdzie prześladowania długouchych wrzały, dzięki interwencji przybyłych podróżników - Szept, Heiany, Jaruuta, Jashy, Iveliosa i krasnoludów, ocalono kilkanaście istnień, wyrywając je z przekręconego losu. Potyczka z tym, który był odpowiedzialny za wszystko, alchemikiem, skończyła się jego śmiercią, ale zabrała także Sowiookiego Iveliosa. Śmierć dziadka była ciosem, z którego Brzeszczot długo nie potrafił się podnieść. Kiedy zabrakło elfa, zabrakło też sensu w życiu najemnika. Nagle wszystko stało się bezbarwne, wypłowiałe i obce. Ten, który pokazał mu, że krew długouchej matki nie jest przekleństwem, a elfy wrogami, zniknął. W jednej chwili pozostało z niego tylko wspomnienie. Już nigdy więcej nie upomni wnuka, nie wplącze go w zawiłe sytuacje, nie pokieruje i nie pomoże. Śmierć dziadka Dar odczuł jak śmierć samego siebie; wyrwano z niego część, bez której nie wyobrażał sobie życia. Ale kamień węgielny, który po dziadku pozostał, okazał się trwalszy niż sądzono. Nauki Iveliosa przetrwały w wnuku, jego mądrości zakorzeniły się w nim i czasami zdawało się, że to nie Darrus przemawia, a Sowiooki; wrażenie było o tyle silniejsze, że dziadek i wnuk byli, poza oczami, niczym dwie krople wody.
   Otrząsnąwszy się, Brzeszczot stał się tym, kim widział go Ivelios - następcą, głową rodu, opiekunem sów, hyvanem. Ród, ukochany ród Sowiookiego był także miłością Darrusa. Nie mógł najemnik pozwolić, aby dzieło dziadkowych rąk zniszczało, aby nieczyste dłonie wypaczyły coś, co było tak drogie Iveliosowi. Brzeszczot postanowił zadbać o ród, prowadzić go w przyszłość, pielęgnując niczym cenny kwiat. Na jego palcu widnieje srebrny pierścień z kamieniem cymofanu, swą barwą i kształtem przypominającym sowie oko. Rodowy pierścień, który nie jest tylko srebrną ozdóbką. Wygnanie z domu babki było pierwszym stopniem na drodze młodego hyvana; pozbawienie rodu Krokusicy niosło jednak za sobą pewne kłopoty - babka przyrzekła wnukowi wieczną nienawiść, obiecując, że wszystko, co będzie robić, uczyni przeciwko niemu. Drugim stopniem było uświadomienie Radnym, że nie zegnie przed nimi karku i nie podda się ich woli. Trzecim - przypieczętowanie sojuszu z wielkimi sowami z Kor'hu Dur.
   Stara stolica elfów upadła wpierw zniszczona przez zdradę i nienawiść, powalona ludzką ręką, a później z rozkazu samego władcy, by to, co elfie nie wpadło w obce dłonie. Gdy prastare mury runęły, wiekowe drzewa padły, a duchy odeszły, nadszedł koniec i sowiego domu. Siedziba rodu Crevan spłonęła, sowy zginęły od strzał człowieczych łuków, poległy także elfy; synowie stracili ojców, żony płakały nad mężami, hyvan rodu bolał nad tym, co utracili, co musieli porzucić. Elfy odeszły z Eilendyr, uciekły wybierając życie. Stolica przepadła. Przepadł także dom Darrusa, miejsce, które ukochał dziadek; jego grób stoi porzucony, zakopany w ruinach sowiego domu i nie ma do niego dostępu. Trzeba było zaczynać od początku.
   Nim padł rozkaz wzywający do odbudowy elfiej stolicy na drugim brzegu, nim podzielili się długousi, Brzeszczot wraz z Gwarkiem i Kelaris zebrali ocalałych członków rodu i opuścili ruiny. Udali się do jedynego miejsca, które mogło ich przyjąć, do bezpiecznego gniazda wysoko w koronach starych drzew, odeszli do wielkich ptaków, turdusów, do Kor'hu Dull, na zachód od gór Przodków. Tam zamieszkali wśród sów i prawdziwych przyjaciół, z którymi połączył ich los wieki temu.

w Dolinie Ciszy...
   Los czasami potrafi sprzyjać, umie być łaskawy, bo oto Sowie Pióra znalazły nowy dom. W Dolinie Ciszy, u podnóża gór Mgieł, w cieniu wysokich szczytów, elfi ród osiadł w starej strażnicy Elu, podarowanej im przez Pana Doliny, włodarza Elenarda. Dawną wieżę dość szybko zaczęto nazywać Gniazdowiskiem, głównie przez fakt, że z rodem przybyły także sowy, a i sami Crevanowie nazywani byli Sowimi Piórami. Strażnicę, zapomnianą i porzuconą dawno temu, częściowo zburzoną, zaczęto także odbudowywać; wzniesiono nowe mury, zagospodarowano dziedziniec i przystosowano wnętrze, próbując połączyć funkcję ochronną i mieszkalną.

| Darrus | Dar | Brzeszczot | Finarthil | Maruda | Parzyłapek | Pan Boskie Pośladki | Mieszaniec | Włóczykij | Łazęga |


Akt II: wejście duetu

Dravaren - wilkołak
Awahka'towa:ni - szamanka





historia wilkołaka i szamanki
   Dravaren, samiec beta watahy Mogaby. Wilkołak z Dzikiej Kniei, niegościnnego miejsca u podnóża Gór Mgieł, gdzie tylko krasnoludy i gobliny przemykają swoimi tunelami, gdzie człowieka spotkać jest trudno. Dzika Knieja to dziwny las. Drzewa tu są stare, chude, wiotkie i marne. Nie ma tu zwierzyny, nie ma ptasich trelów. Są wilkołaki. Wilkołaki, które kontrolują swoją przemianę, z ludzką formą.
   Silva, szamanka z plemienia Tellan-Oxa z Masywu Sokolego Pióropuszu w górach Mgieł. Szczyty wiecznie spowite śniegiem, mroźne, zimne i wietrzne, gdzie krążą duchy przodków, a nad skórzanymi tipi unosi się dym z ognisk. Nikt, kto miłuje swoje życie nie przekracza przełęczy Rwących Żył, za którą leżą ziemie Tellan-Oxa.
   Jarib należy do najliczniejszej watahy spośród tych, które zamieszkują Dziką Knieję; liczy ponad trzynaście samców i sześć samic, a na jej czele stoi samiec alfa Mogaba. Pozostałych watah jest pięć i pięciu jest wilczych władców, którzy zebrani w radę sprawują pieczę nad wilkołakami. Dravaren w wilczej hierarchii stoi dość wysoko. Jest zaraz za alfą. Gdyby Mogaba odszedł dobrowolnie, albo wyprawę jakąś życiem przypłacił, Drav miałby pierwszeństwo do tytułu alfy.
   Lisi Kłos, kiedy z ust wioskowego szamana uleciał ostatni oddech, zajęła jego miejsce; została wybrana przez duchy, które dały wyraźny znak, że chodzi właśnie o nią, dostrzegając w jej ciele kość szamańską, której nie mają zwykli ludzie. Szamanem nie można było zostać, trzeba się było nim urodzić. W wielkiej samotności, z dala od ludzi, przeszła swoją inicjację. Narodziła się na nowo, bez obciążenia jakim było jej ludzkie ciało; odbyła podróż do świata duchów, by zmierzyć się ze niebezpieczeństwami i poznać tajemnice świata i uzyskać wsparcie duchów, bowiem to one są narzędziem szamana. Przeżyła własną śmierć i odrodziła się.
   Wisielec jak przystało na wilkołaka z Dzikiej Kniei, kontroluje swoją przemianę; nie jak dzikie wilkołaki, które tego nie potrafią, a pełnia wpływa na nich i odbiera im wolę. Podczas pełni tęskniący do księżyca, jak nazywano ich na terenach Gór Mglistych, stawali się silniejsi i bardziej agresywni; był to także czas rozrodu i polowań, obfitych łowów, a dla szczeniaków czas rytualnego przejścia w wiek dorosły. Drav w wilczej formie nie jest tak masywny, jak samiec alfa. Jego gęsta, gruba sierść kolorem przypomina krucze skrzydła, a równie ciemne ślepia wcale nie wyróżniają go na tle innych. Jego ludzkie ciało posiada znak bestii; symbol wilkołaka i przynależności do watahy. W przypadku Drava jest to sierp księżyca wpisany w bukowy liść, umieszczony na biodrze. Wilkołactwo wcale nie będące klątwą, niesie ze sobą ponadprzeciętną długość życia; Drav nie jest nieśmiertelny; jego ciało starzeje się jak każde inne, ale proces ten rozwija się leniwie. Wilkołaki posiadają wielką siłę oraz zwinność; nie tylko w wilczym ciele. Mogą też wspinać się z zawrotną prędkością, a także wskakiwać i zeskakiwać z dużych wysokości nie robiąc sobie przy tym krzywdy. Przede wszystkim posiadają doskonały węch i słuch, nawet w ludzkiej postaci. Potrafią również widzieć w zupełnych ciemnościach. W ludzkich ciałach zachowywały niektóre przyzwyczajenia wilków.
   Duszołap, kiedy inicjacja dobiegła końca, otrzymała ducha opiekuna. Czarny, dziewięcioogoniasty lis, którego imię jest tajemnicą. Jej przewodnik po axis mundi, przyjaciel, drugie ja, część duszy. To on sprawował władzę nad duchami pomocniczymi, wykonując wolę szamanki, której umiejętności określała ilość opanowanych pomniejszych duchów.
   Pchlarz jak każdy wilkołak wrażliwy jest na czyste srebro i poświęcone przedmioty. O ile srebro nie może zawierać żadnej domieszki by zadziałać, o tyle święte przedmioty, nie poświęcone, nie potrzebują dodatkowych ograniczeń. Trudnością jest tylko kupienie artefaktu, który w rękach bogach spoczywał, a potem ludziom się dostał, czy wykradzenie relikwii świętego męża. Srebro nie jest tanie, ale łatwiej dostępne. Drav wrażliwy jest także na ogień i jemiołę, jak każdy wilkołak. Srebrny grot może go zabić, o ile trafi prosto w serce; obrażenia w innych miejscach, w dużej ilości, zmuszą go do przemiany w człowieka i skutecznie osłabią. Przeciwko wilkołakom dobre są amulety chroniące przed dziką zwierzyną i magiczne inkantacje. Ich rozpoznanie ułatwia tojad.
   Lodowa Pani, zraniona uzdrowicielka, która przeżyła własną śmierć i narodziła się na nowo. Działa poprzez ekstazę, stan nieświadomości, oderwania ducha od ciała, uwolnienia swojego ja. Podróżując między światami, sprowadzając z Górnego Świata dobra, z Dolnego umęczone duchy chorych i potrzebujących. To ona prowadzi duszę niemowlęcia i ona towarzyszy umierającej duszy w jej ostatniej drodze. Ona odsyła zjawy z tego świata, dbając o żywych, bowiem służy żywym i martwym.
   Wilkołak i szamanka, dwójka głupców, która prędzej by się pozabijała niż przyznała, że początkowa wspólna podróż dla dobra plemienia i watah, przewróciła się do góry nogami. Oboje wyruszyli, alby odpędzić Mróz, oboje robili to z egoistycznych, samolubnych pobudek; szamanka dla plemienia, wilkołak dla watah. Myśleli tylko o dobrze swoich, a fakt, że dawno temu szamani pomogli wilkołakom nie miał dla nich znaczenia; po wielkiej kłótni i przyrzeczeniu wiecznej nienawiści dwa plemiona odwróciły się od siebie. Znów spotkały się razem przez Mróz. Silva z Tellan-Oxa i Dravaren z wilkołaków. Jedno miało pilnować drugiego. Tylko stało się tak, że Los spłatał im figla. Wciąż mieli wspólny cel, ale już nie szli obok siebie jak obcy, szli ramię w ramię niczym towarzysze broni. Nienawiść gdzieś zniknęła, odeszły stare spory i okazało się, że dla plemion nadal jest szansa. Nadzieja zawarta w szamance i wilkołaku.


| Pchlarz | Kundel | Wisielec | Wyjec | Lizityłek | Drav |
| Burzowe Kocię | Duszołap | Mroźna pani | Sopelek |


________________________________________________
Art I:  by dats from zerochan. Art II: kimarigirl and BloodDupre182.
Tytuł główny: cytat Frank Herbert, Bóg Imperator Diuny. 

Cytat drugi: Glen Cook, Powrót Czarnej Kompanii
Wielkie dzięki dla Szeptuchy za kody.
Kontakt:  mail - haressa3@gmail.com, gg - 26193180

2 039 komentarzy:

1 – 200 z 2039   Nowsze›   Najnowsze»
Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

[Hahah :D Jest, jest i jest. Już się biorę za czytanie karty ]

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

- Człowieku, siedźże cicho, kiedy nic mądrego nie masz do powiedzenia. - elfka wstała, otrzepując szatę z liści. Nawet nie pomyślała, że posiadanie towarzysza podróży, oprócz ewidentnych korzyści w postaci tego, co to ochraniać ci będzie plecy i rękę poda w potrzebie nieść może i tyle kłopotów. Zwłaszcza jeśli mówiło się o tym człowieku. I co z tego, że w połowie w jego żyłach krew elfia płynęła. To była obraza dla jej szlachetnego rodu. Nazwać tego kogoś, tego ignoranta półelfem... chybaby jej przez gardło nie przeszło.
Pochyliła nieco głowę, jakby w szacunku dla sił natury i tego złowrogiego, zimnego wiatru, jaki niósł się od strony Gór Mgieł, szczypiąc policzki i powodując, że w nocy drżeli nieco pod skórami pomimo płonącego ognia.

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

- Ten owad nazywa się biedronką. I jest naprawdę pożytecznym żyjątkiem, a ty mógłbyś się wiele od niej nauczyć. Nie mówiąc o tym, że je docenić. Gdybyś oczywiście potrafił. - co znaczyło mniej więcej tyle, że ten osiłek ludzki tak misternej sztuki jaką jest nauka nie potrafi. Nie mówiąc już o docenieniu czegokolwiek, co nie sprowadza się do walki i ludzkiego pojmowania świata.

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

- Biedronka, ty ... - w pierwszej chwili wyglądało, jakby magiczce zabrakło słów, co w istocie zjawiskiem dość niezwykłym było.
- ... ty bezmyślny człowieku - wyglądało, jakby słowo "człowiek" dla Szept było szczególną obelgą - jest pięknym stworzeniem i pożytecznym. Gdyby nie ona, ten twój pracujący rolnik nie miałby takich plonów, jakich oczekiwał. Ona też wykonuje pracę, nawet jeśli twój spaczony wzrok tego nie widzi. Wszystko, co żyje ma rolę do odegrania na tym świecie. - umilkła, zdając sobie sprawę, że do tegoż osobnika żadne z jej słów nie trafi tak czy inaczej. To się nazywa zatwardziałość umysłu. A ja mam imię. Tak gdyby cię to interesowało.

Iskra pisze...

[ja to się grzecznie przywitam, co z tego, że na Dodzie sprawę z wątkiem zawaliłam >_>"
może tu by wyszło lepiej, o ile oczywiście chce Ci się jeszcze mnie znosić...]

Iskra pisze...

[zacząć mogę, aczkolwiek masz jakieś pomysły na spotkanie tej dwójki? >D]

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

Obruszyła się na te słowa jej elfia duma, odezwała się pycha, ta sama, która podpowiedziała jej, że ma w sobie moc i siłę, by sięgnąć po to, co uchodziło za przeklęte i zakazane; pycha, z której się elfia pani jeszcze nie wyleczyła.
- Człowiecza ignorancja i buta. - nasunęła kaptur na głowę, kryjąc burzę rozwichrzonych włosów pod jego miękkością i cieniem. A przy okazji kryjąc i żywe świadectwo jej pochodzenia w postaci dłuższych nieco, spiczastych uszu.
Rozejrzała się jeszcze raz, dla zyskania pewności, tylko jej znajomej. I jakby nikt jej nie towarzyszył, ruszyła przed siebie.

Szept

Iskra pisze...

[e tam, trudne, może być, że D. jako ten najemnik, będzie miał zlecenie na jakiegoś pana, tudzież panią i, jakże to dziwne, Iskra dostanie to samo zlecenie. A potem jakaś kłótnia o to kto ma zabić nad posłaniem śpiącej ofiary, a potem... Ach, pościg może, albo co.]

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

- Wystarczy, że ty jesteś. W końcu, od tego tu jesteś. - rzuciła, nawet się nie odwracając, nawet jeśli w myśli niezadowolona, że nie wykryła ewentualnego zagrożenia. Widocznie żaden z tej dwójki magiem nie był, inaczej jej zmysł wykryłby jego manę.
Z pozoru zresztą magiczka wydawała się łatwym celem. Nie widać było przy niej broni, do tego drobna kobieta... łatwy łup dla zbójów i wszelkiej bandy, która włóczy się masowo po gościńcach. Lecz tak pomyśleć mógł tylko ktoś, kto nie widział elfki w akcji, gdy walczyła opierając się na magii. Wszak była to ta sama kobieta, którą ludzkie plemię przezwało Wilczą Panią.

Iskra pisze...

[ach taki z niego najemnik! >D
to Iskra mu poprzeszkadza, podrażni trochę zabijając co parę nocy jakiegoś człowieka z bandy jaką przyszło mu ochraniać. A potem się zobaczy xd]

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

- Pomyślałby kto, że czasem myślisz. - rzuciła, odgryzając się. I dopiero po ujściu kilku kroków zdała sobie sprawę, że wdaje się w zwykłą pyskówkę. Jak to obecność człowieka na nią wpływała destruktywnie.
- Czy możliwe jest, żebyś przestał krakać? Właśnie. - zatrzymała się, sztywniejąc nagle, gdy z krzaków za nimi na drogę wytoczył się człowiek, a za nim drugi. Obaj odziani z skórzane zbroje, nie do kompletu, jakby zdarte z jakiegoś trupa. Wcale nie przyjemna myśl.
Problem polegał na tym, że tamta dwójka ruszyła w ich stronę. Śmierdziało od nich gorzałką, teraz nawet elfka mogła to poczuć. Oczy jej podejrzanie zalśniły, jakby od tłumionych emocji. Bo w pierwszej chwili... chciała uciec.

Szept

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

- Chyba śnisz. - rzuciła, nie ruszając się z miejsca. Chociaż bowiem czuła obrzydzenie, za nic nie zamierzała by ktoś nadstawiał za nią karku. Nie z takimi obdartusami. Proszę, oto kolejny dowód marności człowieka.
- Poczekam sobie tutaj, aż ty zabawisz się ze swoimi kolegami, braćmi krwi. - oświadczyła pewnym głosem, po którym widać było, że tak łatwo nie przyjmie sprzeciwu. Ale przynajmniej nie wykazywała żadnych chęci, by się w spór mieszać.
W międzyczasie, niczego nieświadoma dwójka doszła widocznie do wniosku, że człowiek podróżujący z kobietą może pójść na układ. Mierzyli go, nietrudno zgadnąć, swoją miarę.
- Ej, ty. Kol...kolego. - odezwał się bełkotliwie pierwszy z nich. - Bądźże ludzki. Z dalekam idziem... spragnieni my miłego towarzystwa i zabawy. - łypnął na kobietę, dobitnie zaznaczając, jaką to zabawę ma na myśli.

Szept

Iskra pisze...

[dlaczego się boisz? >D]

Wybić wszystkich, co do nogi i nie oszczędzać, choćby i miała wybić dzieci. Co prawda, buntowała się. Buntowała niezliczoną ilość razy, ale zlecenie, to zlecenie, a ludzie, to ludzie. Nie miała jakoś zbytnich uczuć, które mogłaby poświęcić na żałowanie każdego zabitego przezeń człowieka.
Jej cel okazał się śmierdzący, grubiański i co najgorsze, znacznie liczniejszy niż to na początku podejrzewała. Nos podpowiadał, że ma do czynienia z ludźmi, wzrok zaś mówił, że nie wszyscy są ludźmi. Nie zmieniało to zasadniczo sprawy, choć zaczęło ją to zastanawiać.
Nocy pierwszej, chowając się niczym szop po krzakach obserwowała bandę ucztującą przy ognisku. Było wino, było jadło i przede wszystkim, żadnych podejrzeń co do jej obecności.
Nocy drugiej, dyndając na grubej gałęzi niczym nietoperz wychwyciła imiona siedmiu ludzi. I wiedziała, że mają ochronę. Niezbyt udzielającego się w rozmowach typa, który nie pachniał do końca człowiekiem.
Nocy trzeciej dokonała... Zabójstwa eksperymentalnego. Pierzasta śmierć wwierciła się między oczy Medrena, wesołego pijaczyny, który zwykle opowiadał najgorsze kawały, jakich elfce przyszło kiedykolwiek słuchać. I wtedy chyba zaczęli pojmować, że wcale nie są sami na trakcie, który biegł tuż przy jednej z leśnych gęstwin.
Nocy czwartej obserwowała ich leniwie półleżąc na gałęzi drzewa. Strzała jej sięgnęła tym razem najmłodszego z nich, Efgrona, który dziwnie kwiczał, kiedy przeszyła go strzała. I wtedy chyba też ochroniarz ichniejszy wziął sobie do serca takowe znaki i stał się jakby czujniejszy.
Co jednak i tak nie zmieniło faktu, że nocy piątej poległ Grun, szerokiej postury zabijaka.
Chyba właśnie to przekonała ichniejszego ochroniarza do zanurzenia się w ciemną gęstwinę. Choć elfce rozum podpowiadał, że to nie tylko zabójstwo, kolejne zresztą, go do tego skłoniło, a krzywe spojrzenia ludzi przezeń ochranianych.

[jak źle to gryź.]

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

Dziwne jest, że w tej całej rozmowie o niższości ludzkiej krwi elfce nie przyszło do głowy, iż jej towarzysz może przystać na propozycję tej zapijaczonej dwójki, jeśli nie ze strachu, to dla zarobku czy czego tam jeszcze. W końcu, jeśli ludzie byli tak źli i pazerni, to co miało powstrzymać Darrusa?
- Kolego... - czknął ten pierwszy, wciąż nie świadom niebezpieczeństwa, w jakim się znalazł. - Weź się podziel. Sam korzystasz... - urwał, zaniepokojony. Wytrzeszczył przekrwione oczy, zamrugał kilka razy. Jednak, jako że broni w ręku nadchodzącego nie dostrzegł, zignorował go.
- A jak nie dasz po dobroci, to sami weźmiem. A elfia sucz jeszcze nam podziękuje. - i tu popełnił błąd. Bo zamiast uważać na Dara, pewien swego ruszył w kierunku elfki, by spełnić swą obietnicę. Jego kompan miał pilnować mu pleców.

Szept

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

Gdyby Szept była znacznie bardziej rozmowna, albo lepiej ku leśnemu wojownikowi nastawiona, może i by się w tej chwili jakoś odezwała. A tak po prostu popatrzyła na stękającą dwójkę, po czym odwróciła się, podejmując przerwany wcześniej marsz. Jakby zupełnie nic się nie stało, a przerwa w podróży wywołana była jakąkolwiek prozaiczną czynnością.
I nie przeszkadzały jej ciężkie krople deszczu, które właśnie przybrały na sile. Prawo natury.

Szept

Nefryt pisze...

[O, cześć :D Masz ty tępo pisania karty ;) To co, jakiś wąteczek zrobimy? Z tym, że ja coś twórczego to dopiero jutro napiszę, bo dziś mam mózg przegrzany...Ale sugestii chętnie wysłucham. Dajemy jakieś powiązanie?]

Iskra pisze...

[ach tam szalone >D]

Iskra była pod wrażeniem i to też trzeba było przyznać otwarcie. Wypatrzenie jej w tej gęstwinie nie było zadaniem łatwym, a co dopiero bezpiecznym. Mimo to, strzała jaką miała wypuścić wraz ze zwolnieniem cięciwy mogła poczekać. Ten... Kimkolwiek był ten osobnik, był zbyt ciekawy na zabicie go ot tak, z miejsca.
- Ach, monety... - mruknęła tonem mentorskim cofając się o krok. - Uważaj, jeszcze potkniesz się o korzeń. - w oczach Iskry pojawił się drwiący ognik, zupełnie jakby kpiła sobie z ludzi, czy też istot, które miały w sobie jedynie domieszkę elfiej krwi.

Iskra pisze...

[czemu mi się wydaję, że wyczuwam ironię ;__;]

- Ależ nie zawsze dostajemy tego, czego akurat pragniemy, czyż nie? - poruszyła się, miękko stąpając po poszyciu, tak ustawiając stopy, że niemal żaden dźwięk nie zdradzał jej ruchu.
- Ale nie martw się. Wkrótce się pokażę. Wkrótce... - mruknęła powołując do życia magię, a dokładniej iluzję. Odwróciła się i odeszła, a sylwetkę jej po chwili pochłonął cień rzucany przez drzewa.
Nie zamierzała się ujawniać, nie teraz, to by zepsuło całą zabawę. Ale pozostawała blisko. Tak blisko, że jej zapach sosnowych szyszek wkradał się raz po raz w szeregi bandy drażniąc co poniektóre nosy. A tej nocy nie zginął nikt, jedynie po to, by w noc następną zginął jeden z nich, a drugi został ciężko ranny w brzuch. Elfka ciekawa byłą bowiem, czy zostawią zranionego kamrata, czy też powloką go ze sobą.

Iskra pisze...

[ja zaraz zasnę na klawiaturze, zaślinię ją jeszcze i tyle, nie napisze już nic nigdy >D
Tymczasem, branoc~]

Nefryt pisze...

[Normalnie jej podziękować muszę xD Szept, znaczy się. Bo karta i w ogóle postać jest super.
A jeśli mowa o powiązaniu... Z tym przeprowadzaniem, to podsunęłaś mi pewien pomysł.
Nefryt miała jakiś czas temu (gdzieś ze dwa-trzy tygodnie temu według blogowego czasu chyba)pewną sprawę do Bractwa Nocy. Spotkała się z Lucienem w Demarze, małym mieście w wirgińskiej strefie wpływów, gdzie mieści się jedna z kryjówek Cieni.
W wątku z Lucienem wspomniałam tylko, że Nefryt będąc już w Demarze miała dotrzeć do kryjówki w przebraniu wirgińskiego strażnika. Ale nie sprecyzowałam, jak się do miasta dostała, a przecież nocą pewnie pozamykali bramy...Poza tym Wirgińczycy wyznaczyli cenę za głowę Nefryt, więc raczej trudno, żeby od tak im sie pokazała...
I tu mogłoby nastąpić pierwsze spotkanie z Darem. Że niby przeprowadziłby ją za mury miasta.
A drugi raz, już w naszym wątku, mogliby się spotkać już po całej "misji" z Cieniami.
Tak coś mi przyszło do łepetyny, że Nefryt mogłaby wstąpić do karczmy Lofara w stanie bardzo-wściekłym, żeby wyciągnąć z niej jednego ze swoich ludzi, który "troszkę" się zasiedział przy kuflu z piwem. No i mogłaby wejść w momencie, w którym jej człowiek i Dar braliby następną porcję xD ]

Iskra pisze...

[mi też się podoba :D]

Zachowania ludzi powinna odnotować na jakimś papierze, albo pergaminie. Potem powstałaby z tego całkiem opasła księga, jaką by sprzedała, a to uczyniło by ją obrzydliwie bogatą panią.
Gdyby tylko Iskrze zależało na czymś takim jak złote krążki, o które to ludzkość się zabijała ostatnimi czasy.
Wdrapała się na drzewo tuż przy drodze, szeleściła listowiem i mało obchodziło ją to, czy dosłyszeli ją już, czy jeszcze nie. Byli dla niej zerowym zagrożeniem, przynajmniej ci, którzy byli celem. Bo jeśli idzie o tego, który zagłębił się w las...
Kucając ostrożnie przesuwała stopy naprzód badając wytrzymałość konaru drzewa, sporego odgałęzienia, które wystawało poza listowie i czuwało nad traktem. Gałąź była by całkiem dobrym miejscem do wieszania ludzi. Wysoko, bezpiecznie. Elfka przykucnęła mniej więcej w połowie naciągając kaptur mocniej. Przecież zwali ją Upiorem, psem na posyłki Bractwa. I wszyscy święcie wierzyli, że Upiór to mężczyzna, a tu kuku. Niespodzianka.
Dwa wciąż żyjące draby wskazały ją palcami niemal w tym samym momencie. Delikatny wietrzyk zawiał w jej plecy wprawiając w ruch czarne poły płaszcza. A potem zaczęły się przekleństwa, wyklinanie na czym ten świat stoi i modlitwy do bogów, jakby mieli cokolwiek do gadania.
Trwała w bezruchu przyglądając się im i zastanawiając się, czy zabić obu równocześnie, czy też jeszcze się bawić.
- Upiór, Upiór! - wydzierał się jeden z nich oddając się do reszt w ręce paniki i strachu.

Iskra pisze...

[jak sobie życzysz :D]

Obserwowała uważnie kroki ichniejszego "ochroniarza". Ciekawił ją, nie mogła powiedzieć, że nie. Ale draby były niechciane. Były irytujące. A wolą Sithisa było ich uśmiercenie. Jakie to... Proste. I nieskomplikowane.
Błyskawicznym, wyćwiczonym ruchem dobyła noża do rzucania i cisnęła nim z precyzją w dół. Ostrze utkwiło w obojczyku jednego z osiłków. Zakwiczał dziko łapiąc za narzędzie zbrodni i osuwając się powoli na ziemię. Krew z przebitej tętnicy rozlewała się po jego torsie, wsiąkając w koszulę. Ogólny rozruch jaki opanował ludzi w dole, chwilowe odwrócenie wzroku strażnika... I już jej nie było. Gałąź była pusta, jak gdyby Upiór nigdy nie pojawił się w tej okolicy.

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

A deszcz, ta z początku lekka mżawka, przerodziła się w prawdziwą ulewę. I niby niebo zasnute ciemnymi chmurami nie było, to jednak, wedle przysłowia, z małej chmury duży deszcz. Jakby niebo płakało nad dwójką wędrowców. Przynajmniej tak odczuła to elfia pani, co bardziej wiązało się jednak nie z jej wrażliwą duszą, a znacznie bardziej ze zbliżającym się pamiętnym dniem, gdy lat kilka temu musiała opuścić swą ziemię i lud.
Goniona tymi myślami wyłoniła się elfia pani z lasu, wchodząc na kamienisty trakt. Droga wiła się przed nimi, wspinając na pokaźny pagórek. Aż do wioski. Małej mieściny, która co najwyżej poszczycić się mogła młynem i stojącą u bram karczmą. Elfa zatrzymała się.
A Dar, który już ją znał trochę, mógł się domyślić, że Szept rozważa właśnie, czy by z owego traktu nie zboczyć, omijając ciepłe, a co najważniejsze suche ludzkie sadyby. Nie wiedzieć czemu magiczka nie była zbyt chętna do odwiedzin człowieczych miast i chat.

[Szept]

Iskra pisze...

Wbrew oczekiwaniom Iskry, nie ruszyli się. Ostatni z celów był zbyt przerażony, a najemnik wyglądał jakby się obraził, co niezmiernie elfkę bawiło.
Nie raz sparzyła się na ludziach, nie raz zwiedli ją i wyprowadzili w krzaki jak jakąś głupią dziewkę. Teraz więc postępowała ostrożnie. Kazała im czekać.
Dzień.
Dwa.
Cztery.
Sześć.
Nie używając magii omamiła ostatniego ocalałego człowieka, iluzją bezpieczeństwa. Że Upiór darował mu życie. I właśnie tego wieczoru, wieczoru dnia szóstego, zamontowała w rękawie ukryte ostrze. I tego też wieczoru, wypadła z lasu biorąc uprzednio niezły rozbieg. Odbiła się od zwalonej kłody drzewa i wyskoczyła wysoko w górę podciągając pod siebie nogi. Człowiek zamarł na jej widok, chciał uciec, ale był zbyt wolny. Parę sekund i wylądowała opierając nogi na jego klatce piersiowej, a ostrze topiąc w jego szyi. Krew zbryzgała jej czarny płaszcz i twarz, wciąż ukrytą pod kapturem. Ale kontrakt został wypełniony. Podniosła się z wolna i odwróciła ku najemnikowi. Ostrze samo schowało się w rękawie.
- Witaj ponownie. - naprawdę, dziwnym to było, witać się na środku traktu, wśród trupów.

Iskra pisze...

- Nie zwykłam zabijać ludzi... Czy też nieludzi, którzy w wypełnieniu kontraktu mi nie przeszkodzili. A wręcz przeciwnie. Byłeś bardzo pomocnym odwracaczem uwagi. - w jej głos wkradła się nuta wesołości. Obeszła trupa i przykucnęła przy nim szperając w ubraniach. A nóż, widelec, coś ciekawego się jej trafi. Idioci mieli dziwne szczęście do znajdowania... Ciekawych rzeczy. Lub nosili przy sobie równie ciekawe notki z jeszcze ciekawszymi informacjami. Ale tu spotkał ją zawód, który wywołał ciche westchnienie.
- Nie jesteś człowiekiem... - stwierdziła po dłuższej chwili podnosząc głowę i przypatrując się mu. - Kimże więc jesteś?

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

W zamian zyskał spojrzenie elfki. Spojrzenie szarych oczu, spoglądających na niego spod lekka zmarszczonych brwi. Bądź co bądź elfia pani oczekiwał protestów gorących i tego, że jej towarzysz drogi i zmora będzie upierał się na zawitaniu w ludzkie progi. A ten tu wychodzi na przeciw jej potrzebom... Albo coś knuł, albo też Niraneth jeszcze wiele musiała się nauczyć, by móc twierdzić, że rodzaj ludzki rozumie.
- Mi to odpowiada. - niedopowiedziane słowa zawisły między nimi. Szept dużo bardziej podobała się myśl o samotnej chacie niż gwarze i ciepłym kącie w gospodzie. Al nazwałby to gustem... ale on zawsze miał lekką słabość do elfki i jej nawyków.

Iskra pisze...

Przechyliła głowę w bok, a materiał kaptura musnął jej policzek.
- Zgaduj? - powtórzyła za nim rozbawionym tonem. Lubiła zagadki, zwłaszcza takie, których rozwiązanie leżało na wyciągnięcie ręki. Zbliżyła się mocno wciągając powietrze do płuc.
- Nie pachniesz jak człowiek. Nie stąpasz jak człowiek. Zauważyłeś mnie w leśnej gęstwinie. - stwierdziła szybko wyciągając na wierz każdy nie zapomniany przezeń fakt.
- Ale też chronisz ludzi. Żaden elf nie przystałby na takie zajęcie. - zatrzymała się parę kroków od najemnika krzyżując ręce na piersi.
- Słyszysz więcej, czujesz więcej. Nie czuję w tobie magii... - dodała po chwili. Rozwiązanie pojawiło się na skraju świadomości, choć nie chciała się z nim pogodzić. Nie dowierzała, nigdy nie rozumiała, jak elf mógł się połączyć z człowiekiem.
- Półelf. - mruknęła melodyjnie.

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

Weszła pod dach tego prowizorycznego schronienia chwilę po nim. I pierwsze słowa, jakie padły z ust elfki nie były oczywiście podziękowaniem za rozpalenie ognia, a czymś, co można porównać do szukanie dziury w całym.
- Mogłeś poczekać. Zajęłabym się ogniem. - magia była potężną siłą, lecz zastosowanie jej odnaleźć można było nie tylko w walce lecz i w codziennych czynnościach.
- Nie wolisz do swoich? - głowa elfki poruszyła się, wskazując na wioskę, która została za nimi. Cóż, najwidoczniej zapomniała o tej domieszce elfiej krwi, która to płynęła w żyłach Dara.

Szept

Iskra pisze...

- Dobrze więc, doby zbiegu okoliczności, zwany potocznie Brzeszczotem. - nie wiedziała jak zachować się wobec takiego... Takiej istoty. Bo niby pałała otwartą niechęcią do ludzi, ale przecież w nim... W nim płynęła także elfia krew, krew przodków, która ich łączyła. Która łączyła wszystkie elfy. Wpatrując się w niebo usiane gwiazdami zastanawiała się nad dalszym przebiegiem tej rozmowy. Miała pretekst do zabicia go, choć nieco naciągany. Ale on był w połowie bratem. Z kolei, w połowie był istotą barbarzyńską.
Ponowne westchnienie, jedno z licznych tej nocy. Uniosła z wolna dłonie zrzucając ciężki kaptur, pozwalając mu opaść na plecy. Uwolniła loki z rzemyka jaki je spinał na karku.
- Byłoby mi miło, gdybyś nazywał mnie po prostu Iskrą, mój dobry zbiegu okoliczności.

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

- Magia nie jest dla leniuchów. Wymaga ciężkiej pracy i doskonalenia się. Magię ma ten, kto się z nią urodził. Lecz włada nią tylko ten, kto podjął żmudne szkolenie i całego siebie jej poświęcił. To nie jest takie proste, że wypowiesz kilka słów i obserwujesz wyniki. - zganiła go dość ostro, wyraźnie oburzona takim podejściem do jej ukochanej sztuki i sprowadzeniem jej do zwykłego wiejskiego "czarownika", co to temat zaledwie liznął i za wielkiego maga się uważa.
Lecz o dziwo na jego dalsze słowa nie znalazła odpowiedzi, skutecznie zamknął jej usta, przypominając o pochodzeniu. Lecz długo milczenie elfki trwać nie mogło, jakby za punkt honoru wzięła sobie dokuczenie najemnikowi.
- Sam się wyparłeś elfiej krwi i jej nauk. Gardzisz nimi, więc czego wymagasz od innych?

Szept

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

- Zraniłoby twoje przerośnięte poczucie wartości, gdybyś choć raz przyznał mi rację? - nie poddała się tak łatwo. Podeszła do ognia, przyglądając się krytycznym wzrokiem ułożonym drewienkom. Ku swemu niezadowoleniu nie maiła się jednak do czego przyczepić.
- Nie możesz wiedzieć, co rozumiem a co nie, człowie... ku. - zawahała się. Nazwać go mieszańcem wydawało jej się... wydawało jej się zbyt mocnym słowem, nieco jakby pogardliwym, zwłaszcza w kontekście rozmowy. - Może nie jestem mieszańcem, może czysta krew płynie w moich żyłach... ale wiem, co znaczy wyparcie się.
A ponieważ właśnie powiedziała za dużo, pośpiesznie odsunęła się, układając skóry i prowizoryczne posłanie sobie moszcząc, na którym też i zaraz usiadła.

Szept

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

- Może jeszcze wszystkie zarazy i kataklizmy są waszym dziełem? - parsknęła, bagatelizując słowa Dara. - Nie przypisuj sobie aż tak ważnej roli i znaczenia w świecie.
To, że magów traktowano bardzo podobni, dorzucając do tego każdą klęskę, czy to na polu bitwy czy nieurodzaju... jakoś o tym magiczka nie pamiętała. Tak jak i nie pamiętała o prześladowaniach, które stawały się udziałem tych, co mieli to szczęście w nieszczęściu gen magii po rodzicielach swoich otrzymać. A może też, jako elfa nie spotkała się dotąd z nieufnością i pogardą wobec jej podobnych. Bo jak wiadomo, elfy magię ceniły i doskonaliły, doprowadzając niemal do perfekcji.
Ubodło ją stwierdzenie najemnika odnośnie wyparcia, zaprzeczyć jednak nie mogła, jako że czysta prawda dźwięczała w jego słowach. Zacisnęła tylko mocniej dłonie, gdy poczuła gromadzącą się w niej złość.

Szept

Iskra pisze...

[pominięta >D]

Iskra pisze...

[ach więc to tak :D]

Iskra zaklęła szpetnie, jak to robią ludzie, kiedy dowiadują się o czymś ostatni, a okazuje się to niezwykle ważne. Obejrzała się na zalegającego na trakcie trupa, tego najświeższego. Potem podniosła spojrzenie na północ i wysłała tam wiązkę magii, jakby się upewniając czy spotkany pół brat czasem jej nie zwodzi. Ale mówił prawdę. I to było w tym wszystkim najgorsze, że mogła to przewidzieć, a teraz najprawdopodobniej będzie musiała się z nimi wszystkimi rozprawić. Chyba, że...
Musieli słyszeć o niej opowieści. Na pewno słyszeli. A więc wiedzieli co jest jej znakiem rozpoznawczym. Usta elfki wygiął szachrajski uśmieszek, potem padła krótka inkantacja, a z ziemi podniosła się ciężka, mleczna mgła sięgająca kolan.
- Czas znikać. - mruknęła w powietrze nie kierując tej wypowiedzi do nikogo konkretnego. Obejrzała się na Brzeszczota. - Chodź ze mną. - poprosiła cicho. Wszak, był wprawdzie w połowie człowiekiem, ale i w połowie bratem. A braci, czy sióstr nie zostawia się ot tak na trakcie.

Iskra pisze...

[a już myślałam, że wątek zawaliłam i mnie olałaś, ale jednak nie >D]

Nie ponowiła prośby, nie ponaglała, a jedynie patrzyła. A wzrok jej zdawał się przepalać duszę. Dłoń elfki powędrowała pod koszulę, dobyła noża. Noża niewielkiego, ale i charakterystycznego, był to nóż reprezentacyjny, który zabójca raz po raz zostawiał przy ofierze. Wtedy opowieści znów ożywały, pojawiały się nowe kontrakty. A przecież o to w tym wszystkim chodziło.
Iskra cisnęła nożem w ziemię, tuż przy głowie ostatniego zabitego. A gdy Brzeszczot stanął obok, chwyciła go za rękę, a resztę pochłonęła ciemność.
Nie była specjalistką w dziedzinie teleportacji. Nie była też potężnym magiem, więc i mogła się przenosić na niewielkie odległości. Choć, w tym wypadku, odległość ta była wystarczająca.
Gdy ciemność i nicość wypuściły ich ze swych ciasnych objęć, pojawił się obraz. Rozwidlenie na trakcie, siedem staj od pościgu, który właśnie dotarł na miejsce zbrodni. Elfka puściła dłoń towarzysza i gwizdnęła wkładając dwa palce do ust. Z krzaków wyskoczył koń. Smukła sylwetka, kare umaszczenie. I w pełni osiodłana. Iskra nigdy nie lubiła narażać własnego konia, więc zwykle zostawiała ją gdzie indziej, z dala od wydarzeń.
Powitana została wierzgnięciem. Chwyciła się siodła i dosiadła karoszki ściągając automatycznie wodze. Wyciągnęła dłoń ku Brzeszczotowi.
- Nie ma czasu.

Iskra pisze...

Zaśmiała się słysząc jego słowa, choć może było to nie na miejscu. Przynajmniej, nie do końca.
- A już myślałam, że to będzie kolejne, nudne zlecenie, tymczasem, odkąd cię spotkałam, robi się coraz ciekawiej! - zarzuciła kaptur z powrotem na głowę i szybkim spojrzeniem sprawdziła, czy kołczan i łuk wciąż są przytoczone do siodła obok jej nogi. Były.
Uderzyła piętami w boki Kelpie, a ta poszła gładko w galop, jak gdyby jedynie do tego chodu była stworzona.
- Magia płynie w nas, tak jak w krasnoludach płynie zamiłowanie do kamienia. - nie mogła inaczej tego objaśnić, to się czuło, albo i nie...
- Ten ktoś najwyraźniej nie wie z kim ma do czynienia - znów się zaśmiała pochylając się lekko nad końską szyją. - Może sprawię ci chustkę, w którą mógłbyś smarkać? - dobre samopoczucie nie opuszczało jej, skręciła w prawą odnogę rozwidlenia i zaczęła nasłuchiwać. Po dłuższej chwili jednak dała za wygraną.
- Będę wdzięczna za dalsze informacje odnośnie twoich uszu i tego co w trawie piszczy. - rzuciła przez ramię i podniosła osłonę, kiedy wyczuła zaklęcie oszałamiające pędzące ku nim. Wrogi czarodziej pewnie będzie niezwykle zaskoczony, że jego czar nie działa.
[uf :D]

Iskra pisze...

Prychnęła ciągnąc ręką za kawałek płaszcza, usiłując go wyrwać Brzeszczotowi z rąk.
- Tylko spróbuj, to ci tak w rzyć nakopię, że... ! - urwała wyczuwając złe siły. Czarna magia, niedobrze, źle, okropnie. Spięła klacz do cwału. Im bliżej, tym szybciej będzie mogła go pozbawić życia. Mag, który odważył się na takie zaklęcie był albo bardzo młody i głupi, albo stary i potężny. Iskra cichcem liczyła na to pierwsze.
- Jak daleko? - spytała wciskając mu w dłoń wodze. Sama chwyciła dwie strzały i zaczęła przywiązywać do nich spory kawał liny. Szybkim ruchem dobyła łuku i jedną z nich wysłała w lewą stronę, a gry usłyszała charakterystyczny dźwięk przebijanej kory, nałożyła drugą strzałę, odwróciła się i wystrzeliła drugą strzałę.
Była dobrą łuczniczką. Była świetną łuczniczką. Dlatego też, strzały trafiły w drzewa po przeciwległych końcach drogi rozwieszając między sobą grubą linę. Jeśli dobrze wszystko obliczyła, siła pędu, gdy pierwsi z pościgu uderzą w linę, zmiażdży im chrząstki w gardle, przez co się uduszą. No, zawsze to paru wrogów mniej.
Wcisnęła łuk na miejsce, po czym zaczęła mamrotać pod nosem swoje zaklęcia ochronne. Siły zaczynały ją powoli opuszczać, jak rzeka zaczyna się wylewać przez dziurę w tamie.

Iskra pisze...

- Dopóki mają maga moja magia niewiele zdziała, wyczuje nas. - warknęła przez zaciśnięte zęby jeszcze bardziej spinając konia. Osiem sążni.
- Załatwię maga, ty będziesz musiał zająć się resztą. - jakby to było takie proste. W dodatku, po drodze zaczęły pełzać cienie, jakby nagle ożywione. Mag kończył swe zaklęcie i wcale nie wyglądało ono przyjaźnie. Ręka elfki powędrowała do pasa z nożami do rzucania. Wyjęła trzy, a każdy z nich znalazł swe miejsce między palcami. Kelpie znów wierzgnęła, ostrzeżenie. Ale przecież obie już nie raz takie rzeczy wyczyniały. Iskra wolną ręką przywiązała wodze do łęku siodła.
- Będę skakać, jak nieco zwolni, też skacz, będziesz potrzebny... - klacz wypadła zza zakrętu wprost na nieco zdezorientowanych ludzi. Elfka tymczasem błyskawicznie wyciągnęła stopy ze strzemion, podciągnęła nogi kucając na siodle i gdy mijali zaskoczonego maga, wybiła się z siodła rozkładając ręce jakby była jakimś ptakiem. Przepłynęła łagodnie w swym skoku nad pół elfem i zadem swej klaczy, po czym wykonała salto i wylądowała z gracją na ziemi. I wszystko to trwało sekundy.
A potem cisnęła dwoma nożami w maga, przebiła jego tarczę szybkim ciosem czystym magicznej energii i korzystając z tych sekund, gdzie był bezbronny, rzuciła ostatni nóż trafiając prosto między oczy.

Iskra pisze...

Iskra zaśmiała się w duchu słysząc jego słowa. Popisywała się? A gdzieżby tam... No może trochę.
Chwilę trwało nim siły magiczne opuściły trafionego maga, elfka przykucnęła przy nim i chłonęła jego energię. Takie sztuczki zawsze się przydawały. A nawet jeśli nie, to był to świetny sposób na zmagazynowanie magicznej energii.
Kątem oka obserwowała walkę najemnika z dwoma napastnikami, gdy z tego transu wyrwał ją szczęk mieczy wysuwanych z pochew. Burknęła coś po krasnoludzku; zapewne wyklinała na czymś świat stoi, po czym dobyła sztyletu schowanego w obszernym rękawie płaszcza, oraz drugiego takiego oręża, który to był przywiązany do pasa. Sparowała cięcie miecz z góry, potem finta, piruet, zwód, napastnik popadł w dezorientację, co wykorzystała uderzając z całej siły piętą w jego kolano wyłamując je ze stawu. Mężczyzna zawył i upadł; ten pan już się nie podniesie.
Drugi natomiast zdołał sięgnąć elfki, która za późno wykonała odwrotny piruet, krwawa szrama zdobiła jej policzek. Iskra nie znosiła widoku swojej krwi. Sparowała kolejne cięcie, przemknęła pod ręką mężczyzny i wyłamała łokieć ze stawu, po czym zatopiła ostrza sztyletów w jego karku. Przeto wiadomym faktem zawsze było, że zbroja najsłabsza jest przy szyi i pachach. A takie informacje należało wykorzystywać.
Otarła rękawem krew z twarzy i poszła dobić człowieka leżącego na ziemi, który jęczał z powodu swego kolana.

Iskra pisze...

[ja nie lubię opisów wnętrz >_>" chyba, że są zwięzłe. *wspomina "Nad Niemnem" i umiera na samą myśl*]

Dobiła kwiczącego mężczyznę. Potem podniosła się i rozejrzała po pobojowisku. Pięć trupów, plus tamtych siedmiu, jeszcze ci, którzy zginą od liny... Już widziała tych wściekających się lordów, którzy coraz częściej poprzysięgali sobie zemstę na Bractwie.
Szkoda tylko, że ich słowa z góry były skazane na porażkę.
Elfka gwizdnęła znów, a Kelpie wyłoniła się z mroku drepcząc ku niej. Spojrzenie fiołkowych oczu spoczęło na towarzyszu broni.
- Mogę cię uleczyć, choć nie wiem czy byś tego chciał. Jeszcze zasmarkasz mi siodło - mruknęła gładząc klacz po smukłej szyi.

Iskra pisze...

[nie zostawiaj mnie samej z tą okrutną książką ;__;]

- Pf. - wskoczyła na siodło i ściągnęła kaptur. Ograniczał, psia krew, widoczność. - Chodź, trzeba znaleźć nocleg. - mruknęła podjeżdżając i znów wyciągnęła do niego rękę.
A cienki głosik w jej głowie zbuntował się, piszcząc coś na temat zdrady.
- Och, zamknij się - warknęła przewracając oczami, a widząc pytające spojrzenie Brzeszczota odpowiedziała - Nie do ciebie. - pięknie, teraz wyszło na jaw, że gada do siebie. Pięknie!

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

- Jakby magia była odpowiedzialna za takie rzeczy. - prychnęła. Zabobony zawsze ją zadziwiały. A wszystko przez to, że raz czy dwa zdarzył się jakiś mag odszczepieniec, który to psuł wizerunek i szkód robił. Zresztą, czegokolwiek magia by nie zrobiła, ludzie i stworzenia zawsze obawiali się nieznanego. A tak się składa, że tym właśnie magia była. Nieznanym.
Krytycznym okiem przyjrzała się pozostałym zapasom. Chyba jednak trzeba było zboczyć do tej wsi. Wszak bez zapasów podróżować się nie da. Ale i ostatnie zlecenie nie poszło najlepiej, przeto i sakiewka tak pełna, jakby to się chciało nie była. Pozostawał las... i to, czym darzył.
- Tak samo, jak władza i siła. - nie zgodziła się z nim. - Magia nie jest złem, jak złem nie jest miecz, a ręka, która go dzierży. - powtórzyła ulubiony przez siebie zwrot. Al nie raz śmiał się z tego, mówiąc że niedługo będzie to znak rozpoznawalny magiczki.
Obok nich, na gałęzi przysiadł kruk. Czarne to ptaszysko, znacznych jak na ptaka rozmiarów zakrakało złowróżbnie. Stare podanie mówiło, że ranne krakanie śmierć wieści. Lecz nie był to ranek, a i Szept do zabobonnych osób nie można było zaliczyć.
- Mogłeś skruszyć choć odrobinę. - przypomniała sobie, widmo na widok ptaszyska. Podejście elfa. Nic w przyrodzie się nie zmarnuje.

Szept

Iskra pisze...

[zabrali mi laptopa i powiedzieli, że jak nie przeczytam to koniec z wątkami... ;___;]

Skinęła głową w odpowiedzi na jego słowa i spojrzała na drogę. Nieco kamieni, całkiem sporo listowia i gdzieniegdzie kałuża, bądź błoto. Jeśli nie chciała się wybrudzić, to mogła jechać co najwyżej kłusem. Elfce nie widziało się pranie szat, to i ruszyła stępa.
- Więc do zobaczenia - rzuciła przez ramię.
***
Gdy dotarła do wskazanego przez Brzeszczota miejsca, była ubrudzona błotem po kolana, a płaszcz nosił na sobie nie dość, że ziemię, to i kawałki jakichś robaków. Podróż nie zajęła jej sporo czasu, aczkolwiek, kiedy tam dotarła, towarzysz pół elf już tam był. Iskra odgoniła od twarzy upierdliwego komara i zeskoczyła z kulbaki na ziemię.

Iskra pisze...

[Był kiedyś taki obrazek z zrozpaczoną kobietą i podpis "I want to study, but the computer is here" >D Ja muszę mieć "wenę" do uczenia, bo jak nie mam, to mogą mnie zamknąc w pokoju bez klamek a i tak się uczyć nie będę :D]

- Dałam ci ten zaszczyt przybycia tu jako pierwszy - odgryzła się odpinając popręg i ściągając z grzbietu klaczy siodło, które potem ułożyła niedaleko ogniska. Następne były juki, które trafiły obok siodła. Na grzbiecie Kelpie pozostał jedynie cienki kocyk, który Iskra porządnie wytrzepała i ułożyła z powrotem na końskim grzbiecie.
Odpięła klamrę płaszcza i rzuciła go na trawę. Przyjrzała się krytycznie swojej tunice i spodniom. Wszystko wymagało prania. A buty prania, szorowania i wszystkiego co można było uczynić dla przedmiotu, którego jakiś sentyment nie pozwalał się pozbyć. Do rzeki jednak nie chciało się jej fatygować, była zmęczona i głodna. Opadła na rozłożony płaszcz i zapatrzyła się w ogień. Ciepło muskało jej skórę, co bardzo się jej podobało. Kolejny komar usiadł na jej ciele, tym razem za cel obierając udo. Zginął śmiercią tragiczną; inne komary uwzględnią to w swych pieśniach.

Iskra pisze...

[I pomyśleć, że mnie też to czeka :o w pewnych momentach jak tak słucham ile to Ty, bądź autorka Lu/Szept macie lat, to czuję się jak przedszkolak >D]

- Nie jestem specjalistką w barierach. Jakichkolwiek, więc cudem samym w sobie jest to, że dzisiaj się przez moje osłony nie przebili - w zasadzie głównie zawdzięczała to czarom Białego Królika, który zawsze nim opuściła Sanktuarium, rzucał na nią tyle zaklęć ochronnych i barier, że sama się w tym gubiła.
W każdym bądź razie, o komarach nie pomyślał.
- Więc i stworzenie zaklęcia, które będzie zniechęcało komary, jest poza moimi możliwościami. A z ogniem nie będę eksperymentować. Chyba lubię swoje włosy, ty też chyba swoje lubisz. - rozwiązała rzemyczek wiążący dekolt tuniki i westchnęła głośno. Kolejny komar zginął śmiercią tragiczną.

Iskra pisze...

[I masz się bawić! Co ja bez was zrobię, umrę >D]

- Nie widać światła? To chyba najgorsze z tego wszystkiego... - złapała w ręce patyk i dźgnęła nim ziemię. - I nie jestem furiatką! - dla potwierdzenia swych jakże prawdziwych słów Iskra rzuciła w niego wcześniej wspomnianym patykiem.
- Zresztą, po co mi ochrona i bariery jak zwykle nie zdążą do mnie dolecieć już nie żyją... - oczywiście, te zasady nie obowiązywały komarów. Komary w poważaniu miały wszelkie zasady i Iskra święcie wierzyła, że szykują plan inwazji świata.

Iskra pisze...

[Nigdy więcej ;__;]

- Myślę, że patykiem rzucił komar furiat, a jego wspólnikiem był desperat, a nie, że... - zaczęła unosząc palec do góry i przybierając minę prawdziwego mędrca, ale pod spojrzeniem najemnika umilkła burcząc coś pod nosem.
Skoro komary mogły się pożywiać, to ona miała zamiar iść w ich ślady. Nie chodziło o wysysanie z kogoś krwi, bo mając do wyboru pół elfa, lub komary, Iskra wybrałaby bobra. Sięgnęła do swych juków i wygrzebała pasek suszonego mięsa. Popatrzyła na żywność z dezaprobatą, po czym z miną wielkiego męczennika odgryzła kawałek. Choć, odgryzła nie było dobrym słowem, bo najpierw Iskra chwyciła kawałek mięsa zębami, potem musiała się z nim szarpać, aż w końcu wydarła sobie mniejszy kęs.

Iskra pisze...

[Zbrodnia może być, chociaż jedyną lekturą jaką naprawdę lubiłam był Hobbit - czyli tam i z powrotem xd]

Przeżuwała mięso próbując nie zauważyć, że smak był mocno przesolony. I trochę stęchły, ale co zrobić, jak się jest w trasie, to się je co się ma, a jak się nie ma to się nie je.
Elfka przyglądała się mu z ukosa, obserwując zachowania i miny jakie stroi przy odpowiednich słowach. Ludzie. Bleh.
- Gdybym tylko mogła, zostałabym z tobą, by zatruwać ci życie dalej. To takie fascynujące.

Iskra pisze...

[w podstawówce >D]

Może on nie lubił o niej myśleć, ale Iskrę zżerała zbyt wielka ciekawość, więc pytanie padło
- Kogo? - wcale też nie wydawała się jakkolwiek zrażona, czy zaskoczona jego "odmową". Zawsze mogła działać wbrew jego woli, co pewnie zirytuje go jeszcze bardziej. A nie było nic lepszego niż irytowanie ludzi.
I zaraz odezwał się sumień: Ale przecież to w połowie brat...
Elfka prychnęła i położyła się na płaszczu wzrok przenosząc na niebo i gwiazdy. Zamknęła oczy i zaczęła myśleć o swym mentorze, Czarnym Cieniu. A potem przypomniała sobie, że on jest w całości człowiekiem.
- Szlag by to... - burknęła do siebie przekręcając się na bok, wzrok fiołkowych oczu znów utkwiła w tańczących płomykach.

Iskra pisze...

[Ty nie miałaś? :c]

Ściągnęła usta w dzióbek, jak małe, niezadowolone dziecko, któremu zabrało się krówkę.
- No dobrze. - mruknęła i przewróciła się na brzuch. Jak widać, elfka nie była stworzona do siedzenia w miejscu i ciągle coś musiała robić. Chociażby się przewracać.
Od tamtej pory nie mówiła nic, bardziej zastanawiało ją co teraz ma zrobić. Wracać do siedziby Bractwa, czy też pobalować chwilę na wolności. I zapewne skłoniłaby się ku temu pierwszemu, gdyby do ichniejszego obozu nie wpadł kruk. Na ten widok Iskra od razu się zerwała, złapała ptaka i odpięła od jego nogi zwitek papieru w skórzanej oprawie.
Rozkazy z Bractwa.
Ptak odfrunął, gdy tylko elfka opadła z powrotem na swój płaszcz zanurzając się w lekturze. Zwitek papieru, a więc i bezpośrednie słowa przywódcy, nakazywały jej trzymać się z dala od siedziby, przynajmniej dopóki nie znajdą nowego tropu zdrajcy. Westchnęła ciężko wrzucając papier do ognia i patrząc jak zamienia się w popiół.

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

- Jeśli rozzłościsz wojownika, może się to skończyć ciosem toporem, w lepszym wypadku pięścią. Mag jak każdy, różny ma charakter i różne zachowania. - siedzący obok kruk zakrakał ponownie, jakby przyklaskując słowom magiczki. Albo jakby próbował zwrócić na siebie uwagę. To akurat mu się udało, bo elfka spojrzała na czarne ptaszysko, w końcu dostrzegając to, co wcześniej jej umknęło. Ptak miał coś zamocowane do nóżki.
- Co jest... - zaczęła, nieco zdezorientowana. Wyciągnęła dłoń w kierunku kruka, a ten o dziwo bez oporów sfrunął, sadowiąc się na jej ręku, ze spokojem czekając, aż uwolni go od przesyłki. Okazał się nią zwinięty w rulon świstek papieru, zabezpieczony zaklęciem. W znajomej aurze rozpoznała elfka magię kerońskiego przyjaciela z Królewca.

Iskra pisze...

[Pana Kleksa to ja słuchałam na łokmenie >D]

Skinęła głową na jego słowa lekko mrużąc oczy. Dźwięki dobiegły jej uszu znacznie później, co nie bardzo się jej spodobało. On nie pytał, więc i ona nie spytała odprowadzając go jedynie spojrzeniem. Dźwięki wozu wywołały u niej ostrożność, więc i zaraz okryła się płaszczem naciągając kaptur na głowę, chowając swe oblicze głęboko w cieniu.
Ci, którzy jechali wozem nie zaryzykowali jednak spotkania z Upiorem.
***
Królewiec. Jaki czart pchał ją do stolicy? Ach tak, kolejne zlecenie, które otrzymała krukiem dopiero wczoraj. Treść nie była jasna, pisana jakimś szyfrem, albo ręką kogoś innego. A to znaczyło, że ktoś zabija kruki, czarnych posłańców Bractwa. Westchnęła ciężko chowając się w cieniach budynków na północnym targowisku. Torba, którą miała przewieszoną przez ramię ruszała się. Był to jeden z plusów błąkania się po lasach. Spotkała Marcusa i wybłagała wręcz u niego wypożyczenie pająka. Elfka lubiła takie małe, zabójcze pupile, planowała złapać sobie coś podobnego. Figiel w końcu opuścił torbę wspinając się po jej ramieniu, Iskra spojrzała na niego kątem oka i uśmiechnęła się. Urósł odkąd z nią przebywał. Nie mieścił się już w jej dłoni, a pajęczyna była wyjątkowo mocna.
- Wracaj do torby, zaraz wychodzimy - rzekła łagodnie do zwierza uchylając klapę torby, a pająk uciekł do jej wnętrza. Zgodnie ze swymi słowami, wychyliła się z mroku wtapiając w tłum. Płaszcz miała tym razem szary, a i tunikę inną niż zwykle. Cóż, dobry kamuflaż zapewniał przeżycie, więc i nie żałowała pieniędzy na coraz to nowsze przebrania.
Wychwyciła w powietrzu woń ryb, owoców, wielu ludzi, jakiegoś psa i czyiś bardzo znajomy zapach. Zapach mieszańca. Zamrugała parę razy dając się porwać rzece ludzi, zwinęła ze straganu jabłko i rozglądała się uważnie. W końcu, wyłowiła go spojrzeniem. No, tak czerwone kudły trudno było przegapić. Zauważyła tez dziewczynkę, która to zapewne była sprawczynią istnego barbarzyństwa poczynionego z jego włosami. Elfka zaśmiała się pod nosem, zniknęła w kolejnym cieniu, przeskoczyła paroma dachami, aż w końcu z parapetu jednego z (nie)solidnych domów ześlizgnęła się na murek tuż obok dziewczynki. Wylądowała w przysiadzie, jak zawsze zresztą, w zębach trzymając jabłko.
Zaskakujące było, że ludzie nie potrafili patrzeć. Mogła wyczyniać różne rzeczy, a oni nie widzieli. Doprawdy, dziwne to były stworzenia.
- Wyglądasz komicznie - mruknęła spoglądając na tłumy. Nie próbowała go straszyć, czy zaskakiwać. Jego zmysły pewnie ostrzegły go o jej obecności już dawno temu.

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

Elfka chyba nie zrozumiała, a może raczej na poważnie wzięła słowa Brzeszczota. Pokręciła głową, znów spojrzała na równe litery. Jednak te nadal układały się w te same słowa.
- Spójrz sam. - podała towarzyszowi podróży niewielki świstek z krótką notatką. "Nie wracaj. Znajdź Ciernie." Poniżej podpis, tylko litera "A". Litery, dla tego kto znał pismo maga dobrze były nieco bardziej koślawe, nie tak równe jak zwykle, jakby krótką tę notatkę pisano w niezwykłym pośpiechu. A i sama karteczka dość pomięta, jakby mag śpieszył się także z wysłaniem. A to nie podobało się Szept. Wszak, Al wszystko co robił, robił niezwykle starannie i dokładnie. Nierzadko to ona poganiała Kerończyka.
- Rozumiesz coś z tego? - według wcześniejszej umowy Szept i Dar mieli zawitać do Królewca, do zajmowanej przez Ala wieży. Teraz zaś taka zmiana planów... i do tego bez żadnych wyjaśnień.

Szept

Iskra pisze...

[Tak, dołóż im! pogryź! patelnią po łbach!]

- Zbyt mocno i zbyt głośno - przedrzeźniała go machając głową na boki. - Tylko dla ciebie, poza tym lubię swój zapach, który w obecnym wypadku przypomina... - urwała wąchając swoją dłoń - W obecnej chwili jest zapachem agrestu i miodu. Bogowie, co za dziwne połączenie... - zastanowiła się co też znowu się w jej organiźmie dziać musiało, że zapach z sosnowych igiełek zmienił się na takie dziwactwo. Zeskoczyła z murku lądując na słomie, obok pół elfa, obejrzała się na dziewczynkę unosząc brew. W zasadzie... Nie miała nic przeciwko.
- A proszę, rób do woli. - a, że iskrowe włosy sięgały niemal pasa, to dziewczynka miała pole do popisu.

Iskra pisze...

[ta jest! a potem my zajmiemy ich miejsca i będziemy gorszyć młodzież naszymi tasiemcami! A do każdej lektury będziemy dawać krówki ;__;]

Iskra usiadła z uśmiechem i wciągnęła powietrze w płuca. Oto co z elfem robi przebywanie wśród śmiertelnych. Łamie wszelkie konwencje, zwyczaje i przyzwyczajenia. Poza tym, po incydentach w Valnwerdzie, Iskra miała nieco odmienne zdanie na temat tych dwóch ras, ludzkiej i elfiej.
Na widok iście rybiej miny Brzeszczota parsknęła śmiechem i spojrzała w czyste niebo.
- Nie wszyscy ludzie są tacy sami. To samo tyczy się elfów...

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

- Wyczuwam sceptycyzm. - stwierdziła, podchodząc do Dara i przez ramię mu zaglądając, by jeszcze raz na wspomniany papier spojrzeć, przyczynę ich kłopotów.
- Alastair i mnie nie wszystko mówi. - zmarszczyła brwi, bo po prawdzie, to i ona przed magiem miała pewne tajemnice, nawet jeśli coś jej mówiło, że Al i tak się domyśla jej sekretów. Ale Al... Al był po prostu sobą. Alem.
- Z ciekawości... jakie to było zaklęcie? - nadal wpatrywała się w papier, jakby spojrzeniem tym dziurę miała wypalić. Lecz nic więcej tu nie było. Żadnej ukrytej wiadomości, żadnego szyfru nawet. Niedobrze. Bardzo niedobrze.

Szept

Iskra pisze...

[i zbudowaliby nam pomniki i składali krówkowe ofiary!]

Iskra od razu pochwyciła zdrobnione imię jakim mała dziewczynka wołała najemnika. Miała teraz nad nim tą przewagę, o ile można nazwać to przewagą. Choć, Iskra byłaby gotowa przytyć, byle mu tylko pokazać, że jest od niego lepsza (chociaż, co do tego ma waga?).
Pociągnięcie nieco ją zabolało i Iskrze wyrwało się krótkie "auu". Nie zamierzała jednak mordować dziewczynki, czy odgryzać jej uszu.

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

Wzrok elfki, pochłonięty lakoniczną wiadomością, nie wyłapał jednak tego budzącego podejrzenia wzroku Dara.
- Oczywiście, że tak. - nie było sensu zaprzeczać, skoro jej towarzysz tak łatwo wszelakie oznaki odczytać potrafił. Czasem aż ją to irytowało, że choćby nie wiadomo jak się starała, Darrus i tak zawsze wszystko wie. To było... równie niepokojące jak i ten list. A na pewno znacznie bardziej denerwujące.
- Za tym kryje się coś więcej. Czuję to. - odsunęła się, do chwilowo zapomnianego ogniska podchodząc. Wyraz twarzy elfki mógł wzbudzić niepokój. Elfka coś sobie umyśliła. A ze spojrzenie, skierowanego na Księgę Zaklęć wnioskować można było, że nie jest to nic dobrego.

Szept

Iskra pisze...

[*] - [znicz for ju, tak na zapas, bo pewnie ze mną nie raz umrzesz >D]

Elfce nie umknął ten fakt, ale nie zamierzała cokolwiek z tym robić. Słońce grzało, ktoś jej grzebał we włosach, Figiel czuwał za nią i chwilowo mogła udawać, że jest całkiem wolna i normalna. Ale jak już Dar zdążył zauważyć, była dziwna, a to nijak ma się do normalności.
- Powiedział ten całkiem normalny - odgryzła się.
Trzymając plecy idealnie proste i starając się nie ruszać zbytnio głową zaczynała odczuwać monotonność. A ona i jej elfkowe adhd nie pozwalało na siedzenie. Przynajmniej, nie na bezczynne siedzenie. Zaraz więc zwinęła dłoń w piąstkę, która to uderzyła o ramię pół elfa, zupełnie jakby elfka szukała zaczepki.

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

- Alastair jest nie tylko magiem. Jest człowiekiem. - co w mniemaniu Szept znaczyło, że jest także irracjonalny i czasem nie po pojęcia. I niechby ktoś pomyślał, nie był to komplement dla ludzkiej rasy, taki sposób myślenia elfki.
Zamyśliła się głębiej. W stylu Alastaira nie było też zmieniać ni stąd ni zowąd zdanie. Coś więc na pewno musiało się wydarzyć, skoro taką wiadomość wysłał. Chybaby to pułapka jakaś była i nie Alastair był nadawcą, a ktoś im nieżyczliwy. Zerknęła na postać półelfa. Im, jej, albo jemu nieżyczliwy, poprawiła się w myśli. A ponieważ czasem warto rozważyć najgorszy scenariusz, zapytała.
- Masz ty jakiś wrogów?

Szept

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

- Ja mówię poważnie, ty tępy półgłówku. To nie jest zabawne. - skrzywiła się. Wcale. Ani trochę. Ani nawet odrobinę.
Za który z czynów tak sobie zasłużyła, by w takim towarzystwie się obracać? Chyba nie chciała tego wiedzieć.
- Alastair jest magiem, ale nawet on nie ma daru widzenia. - przynajmniej nic o tym elfka nie wiedziała. Choć keroński mag, tego była pewna, wiele tajemnic skrywał.
- Ciernie zaginęły przed wiekami. Nikt ich nie widział, o nich nie słyszał. Więc skąd teraz... ? Jeśli to nie pułapka, to Alastair chce nas trzymać z dala od Królewca. - a to znaczyło, że elfka jak nic zamierzała, mimo poleceń, do Królewca wrócić. Nie mogła przecież wiedzieć, że to byłby prawdziwy błąd.

Szept

Iskra pisze...

[krówki.]

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

- I to jak najszybciej. - przytaknęła. Wyglądało na to, że ich postój właśnie się miał zakończyć. W końcu, przespanej spokojnie nocy nie dało się zakwalifikować jako "szybkiego przybycia". Tyle więc w kwestii odpoczynku.
- Jak się trzymasz w siodle? - dotąd podróżowali głównie piechotą, bo tak wygodniej w razie gdyby do ruin wchodzili. Wszak korytarze ciągną się i ciągną, a konia tam nie wprowadzisz, ani też nie wiesz, którędy do wyjścia cię droga powiedzie.

Szept

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

Prawdę mówiąc tak, elfa za takiego właśnie ignoranta go miała, toteż niespodziankę jej sprawił i zachowaniem i towarzystwem wierzchowca jego. Mamrocząc pod nosem, na niezgaszony ogień spojrzała, mamrocząc coś o ludzkiej pysze i niedbałości o naturę. Taki pożar przecież, ile on roślin by zniszczył? Drzewa popalił, śmierć gryzoniom i małym istotkom niosąc. Człowiek! I w nim elfia krew miała płynąć? No, ciekawe gdzie.
Toteż nie tak szybko elfia pani ruszyła w ślad za Brzeszczotem. Rzeczy swoje zwinęła, ogień zagasiła, dodatkowo piaskiem popiół zasypując, bo choć Dar zarzucał jej zbytnie użycie magii, jakby na przekór jego słowom z niej nie skorzystała. I dopiero po tym wezwała swego towarzysza, skarogniadego Zahira.

Szept

Iskra pisze...

[A już myślałam, że jednak zapomniałaś :c]

Teraz to ona podskoczyła, bardzo bowiem nie lubiła palców między żebrami.
- No wiesz co?! - ona z kolei przegryzła sobie wargę, którą to akurat sobie przygryzała. Spojrzała na półelfa z wyrzutem i zaraz też rzuciła mu w głowę ogryzkiem, który poniosła z ziemi.

Virdiana Stern pisze...

[Stuk, puk! Zgadnij kto! ^^]

Virdiana Stern pisze...

[Zgaduj, zgadula, do trzech razy sztuka! ^^]

Virdiana Stern pisze...

[Jak Ci powiem to od razu zgadniesz :D Hm... To może nie będę się bawić dłużej w kotka i myszkę... *I tym oto sposobem Jasia rzuca się na Lysię z impetem i fanfarami* xD]

Virdiana Stern pisze...

[Chrum, chrum? Chruuuuuuum! ^^ Dołączyłam, jak widać ^^ Masz mi się tu ładnie Vi zaopiekować! Co by mi się nie znudziła ^^ Więc może wąteczek? ;)]

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

Na drodze za nim rozległ się stukot kopyt i jeździec ukazał się, wyłaniając zza zakrętu. Drobna sylwetka na potężnym wierzchowcu, jadąca na oklep, stanowiła jakby jedną, harmonijną całość razem z skarogniadym koniem. Ten, na widok klaczy parsknął, lecz kroku nie przyśpieszył, idąc dokładnie tak, jaka była wola jeźdźca. Piękny to był widok, nawet dla kogoś, kto z końmi na co dzień mało miał do czynienia.
Jeździec zrównał się z Darem i jego kapryśną kobyłką, twarz w kierunku Dara obrócił. Szept to była, a że nie skomentowała kłopotliwej sytuacji towarzysza podróży, to to skandal jakowyś był, albo koniec świata się zbliżał razem ze wszystkimi przepowiedzianymi przez Jasha kataklizmami. Trzeba było ten błąd, to niedopatrzenie jak najszybciej naprawić.
- Jesteś jak wszyscy ludzie. Koń to dla was tylko środek do wędrówek, a nie istota z potrzebami. Nie staracie się poznać jego zachowań, tylko siłą zmuszacie do posłuszeństwa.

Szept

Virdiana Stern pisze...

Vi wraz z dwoma kompanami spokojnie przemierzała ulice miasta, zadowolona z tak spokojnego dnia. Choć minęło już parę godzin od momentu, w którym to słońce stanęło w zenicie, nie musieli interweniować ani razu. Zresztą, i tak lepsze snucie się po mieście niż stanie cały dzień przy bramach i sprawdzanie przyjezdnych.
Jednak, jak to mówią, miłe złego początki.
Początkowo blondynka nie zwróciła uwagi na kaznodzieję. Stary pryk, niech sobie gada co chce, póki nie szkodzi tym innym. A tu proszę, to inni zechcieli zaszkodzić jemu. Na odgłosy burdy Vi automatycznie odwróciła głowę, po czym spięła konia i roztrącając tłum, podjechała bliżej. Zeskoczywszy z wierzchowca, obrzuciła wzrokiem dwójkę mężczyzn, po czym odchrząknęła cicho.
- Radziłabym posłuchać kolegi - rzuciła ostro, kątem oka zerkając na nieznajomego, który jako jedyny zaprotestował. - Inaczej będę zmuszona działać niezbyt pokojowo - dodała, przykładając dłoń do drewnianej pałki przytroczonej do paska.
Poskutkowało. Młodzik burknął coś pod nosem i wycofał się w zbiegowisko gapiów. Ci zresztą widząc minę Vi także powolutku zaczęli się rozchodzić.
- Dobrze zrobiłeś - powiedziała, zerkając na nieznajomego. - Pewnie mielibyśmy tu większy burdel, gdyby ni Ty.
To powiedziawszy, Vi uśmiechnęła się lekko i podeszła do kaznodziei, delikatnie sugerując, by być może zmienił miejsce, w którym z takim zapałem nawraca niewiernych.

[To bardzo dobrze ^^]

Iskra pisze...

- Moje maniery? - sarknęła, a potem zaczęła się śmiać. Aż musiała się złapać za brzuch i otrzeć ukradkiem parę łez kręcących się w kącikach jej fiołkowych oczu.
- Maniery okazuję, proszę ja ciebie, pełnokrwistym elfom. - tu dźgnęła go palcem w ucho w odwecie za jej warkoczyk i jakby podkreślając, że on pełnej krwi nie jest.

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

Elfka spojrzała na Darrusa, jakby zamierzała dalej kontynuować swój wywód, lecz dziw nad dziwy, żadne słowo z jej ust nie padło. Wzruszyła jedynie ramionami. Nie chce pomocy, to jej nie dostanie.
Zahir na dźwięk głosu Brzeszczota ciekawie zastrzygł uszami, kierując je po chwili w stronę tego dźwięku, jakże intrygującego. Lecz wkrótce, widząc, że to nic ciekawego, stracił całe swoje zainteresowanie, przechodząc z kłusa w stępa.
Nic jednak, nawet nasunięty na twarz kaptur nie był w stanie ukryć jej uśmiechu, jakby sytuacja z niesforną kobyłką ją bawiła. Cóż, w końcu znalazła kogoś, kto jak ona lubił Brzeszczota drażnić.

Szept

Iskra pisze...

Iskra zrobiła się czerwona niczym dojrzały pomidor, a uszami niemal wyszła jej para. Ze wściekłości to wszystko, rzecz jasna.
Jednak zamiast rzucić się na niego z pięściami, Iskra skrzyżowała ręce na piersi
- Hmpf. - dmuchnęła w warkoczyk opadający jej na nos. W tej chwili, gdzieś jej znowu zaświtał złowrogi i bardzo zagniewany głos sumienia, do spółki z rozsądkiem. Iskra prychnęła jeszcze raz, tylko głośniej.
No przecież jest w połowie taki jak ty!
No ale w połowie nie jest!
Okaż szacunek!
Nigdy!
Iskra!
To ja!
...
No dobra, ale tylko połowę, zgoda?
...
- Mogę okazać ci połowę manier! - burknęła naburmuszona, a potem poczuła zimne dreszcze.
- No dobra, większą połowę. - znów dziwne poczucie niezgody z samą sobą.
- Poddaję się. - westchnęła kręcąc głową, starając się pozbyć piasku z włosów.

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

Teraz nie wytrzymała Szept i parsknęła szczerym śmiechem, który gonił za Darrem jeszcze wtedy, gdy kobyłka jego minęła Zahira i jego panią. Bo gniadosz nie popędził za klaczą, a wciąż równym stępem sunął, przynajmniej dopóki elfka nie uznała za stosowne podgonić trochę swego pędzącego na złamanie karku towarzysza.
- Nie możemy w końcu aż tak pozostawać w tyle. - pouczyła gniadosza, wciąż ze śmiechem słyszalnym w jej głosie.

Iskra pisze...

Nie odpowiedziała, a głowę uniosła i wytknęła mu język, jak dziecko po prostu.
- Sumień nie dałby mi spać potem, gdybym się nie poddała. Ciężki to przeciwnik - odparła zagadkowym tonem chwytając w dwa palce kosmyk swoich włosów, które to jeszcze wolne od warkoczy wszelkich pozostawały.
- Teraz przez ciebie będzie mi się z głowy piasek sypał! - gorycz w jej głosie dało się słyszeć, bowiem elfka lubiła, gdy jej włosom nic się nie działo. A piasek na głowie traktowała jak swoistą klątwę, czy torturę.

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

Widok przemoczonego najemnika jeszcze bardziej magiczkę rozbawił. Pochyliła się na grzbiecie Zahira, w grzywę dłoni swoje wplatając, jakby się bała, że z tego śmiechu zaraz sama na ziemi wyląduje.
Tę nieuwagę dwójki wykorzystał siedzący dotąd po cichu kruk. Dziwne to ptaszysko, dotąd ignorowane, dość miało takiego traktowania. Szczególnie ciekawość jego przykuł robiący tyle hałasu osobnik. Przekrzywił główkę, skrzydła rozprostował... i Dar mógł poczuć, jak coś spada mu na głowę, trzepocząc przy tym skrzydłami, jakby chciało najemnika unieść ku górze za włosy.

Szept

Iskra pisze...

Spojrzała na studnię i wiaderko. Nigdy.
- Wolę już męczyć się z piaskiem we włosach. - roztrzepała długie włosy pozbywając się niewielkiej ilości piasku i westchnęła.
Wtenczas też zauważyła, że torba jej, dotąd spokojna i nie dająca oznak życia, zaczyna się ruszać, skakać, szurać i przemieszczać się, ku ogólnemu niezadowoleniu Iskry. Torba na chwilę to zastygała w bezruchu, a zaraz znów zaczynała podrygiwać. A elfka nie mogła pochwycić pająka skrytego pod materiałem. Figiel był sprytny i czasami także bardzo wredny.

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

- Corvus wcale nie jest wredny. - zaprzeczyła od razu, siłą powstrzymując śmiech, bo mokry najemnik, do tego targany przez kruka stanowił niecodzienny widok. Zielonooka, skrzydlata bestyjka zostawiła w tej samej chwili włosy najemnika w spokoju, tylko po to jednak, by dziabnąć go w to całkowicie ludzkie ucho. Po tym swoim małym zwycięstwie ptaszysko, spodziewając się kary za swój wyczyn poderwało się jak najszybciej w górę, dążąc do porzuconej niedawno gałęzi.

Szept

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

Dobra zabawa, nawet cudzym kosztem musi się kiedyś skończyć. A skoro Darrus z wody się wygramolił, uspokoiła się i elfka, tym bardziej, że wredota czarna, innymi słowy Corvus swym inteligentnym okiem zauważył, że taran jej się pochoruje i tyle będzie.
Ta myśl otrzeźwiła magiczkę. Zawahała się. Wprawdzie "człowieka" nie lubiła, drażnił ją i przeszkadzał (wyłączając momenty gdy okazywał się całkiem pożyteczny), ale chory przeszkadzałby i drażnił jeszcze bardziej. Zsunęła się z grzbietu wierzchowca, zgrabnie lądując na ziemi.
- Przemarzniesz. - zauważyła, bo choć w dogryzaniu ostra, teraz całą pewność siebie utraciła, nie wiedząc, jak swą pomoc ofiarować.

Szept

Iskra pisze...

- Nie, nie, nie, nie! - pisnęła Iskra zaraz torbę wiązką magii unieruchamiając. Nim dziewczynka zdążyła podnieść torbę, elfka ją ku sobie przyciągnęła ciągnąc za rzemyk, który grał rolę paska. Przystawiła tedy torbę do ucha i zaczęła nasłuchiwać, a przy okazji mamrotać coś w języku elfów, co by Figla nieco uspokoić. Nie była jednak Pajęczarzem, do którego to pająk należał, więc i Figiel niezbyt jej słuchał, choć, podobały mu się wyraźnie łagodne tonu elfiego głosu. Torba przestała się ruszać.

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

- Mały kłopot. Większy to wtedy, jak przemarzniesz i siąpać mi będziesz nad głową i kichać, jak ciszę akurat zachować trzeba będzie. - stwierdziła, wzburzona jego podejrzeniem, że aż z taką radością się Brzeszczota pozbędzie. Był męczący, złośliwy, kapryśny, wszelkimi przywarami jego "ludzkiej" rasy obdarzony, ale lepsze znane zło, niż nieznane.
- Poza tym, wtedy będę musiała szukać kogoś na twoje miejsce. A to kolejny kłopot. Widzisz? Same kłopoty z tobą. - nie mogła powstrzymać języka. A miała być bardziej uprzejma dla poszkodowanego przez kobyłę, kruka i strumień najemnika. Nie wyszło.

Szept

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

- Nie poganiaj mnie. - zirytowała się, choć przecież pomóc Brzeszczotowi zamierzała. Powinno jej ulżyć, że ten miast wyśmiać jej dobre chęci, jasno i rzeczowo oznajmił czego chce.
Przejęła od niego przemoczone obuwie, lekko marszcząc elfi nosek. Dłonią okrąg nad nimi zatoczyła, magię powietrza wykorzystując i materią manipulując, temperaturę podnosząc w tym małym okręgu. Ruch ten jeszcze kilkakrotnie ponowiła.

Szept

Virdiana Stern pisze...

Usłyszawszy słowa nieznajomego, Virdiana nieznacznie uniosła brwi, spoglądając na niego z lekkim niedowierzaniem. Cóż za prawy obywatel gotów bronić słabszych od siebie!
Myśl ta sprawiła, że strażniczka uśmiechnęła się pod nosem i lekko pokręciła głową. Gdyby tylko więcej było takich... To prawdopodobnie straż miejska nie miałaby tutaj nic do roboty. Jednakże, znacznie więcej na tym świecie nicponi i to być może nigdy się nie zmieni.
- Cóż... - zaczęła, kiedy już tłumek gapiów się rozszedł i ludzie rzucali im jedynie ukradkowe spojrzenia. - Obyś otworzył oczy jeszcze wielu z nich. Chociaż kto inny pewnie powiedziałby, że Twoje działania nie mają najmniejszego sensu... Bo co może jeden człowiek? Ale ja myślę inaczej. - Vi uśmiechnęła się, sunąc wzrokiem po twarzy mężczyzny. - Jednostka, jeśli chce, może wiele wskórać.

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

Spojrzała na niego, zbita z tropu. Bo i skąd to kichanie? Nie wiedząc o alergicznych zapędach Dara, pierwsze, co przeszło jej przez myśl dotyczyło, że słowo nie w porę rzekła i chorobę Brzeszczota wykrakała.
- No i pięknie. A spróbuj się pochorować jeszcze bardziej. Jak nic zostawię. - obiecała, nawet jeśli była to kolejna już w przypadku najemnika czcza obietnica. Bo specjalnie okrutna Szept nie była, chybaby naprawdę sprowokowana.
- Ładuj się na konia. - określiła sposób dosiadana kobyłki przez najemnika, sama do swojego Zahira podchodząc.

Szept

[mam sprzątanie w domu, będę odpisywać nieregularnie]

Iskra pisze...

- A umiesz dochować tajemnicy? - pochyliła się ku dziewczynce na ucho jej szepcząc melodyjnym głosem. Czasami wiedziała jak zaciekawić dziecko, czasem też wiedziała jak się go skutecznie pozbyć. Swoją drogą, ciekawa była, czy dziewczynka ucieknie na widok Figla.

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

- Wsiadaj, a nie marudzisz i bajki opowiadasz. - prychnęła, zapominając już, jak to całkiem niedawno przejmowała się możliwością choroby najemnika. Było minęło.
Usadowiła się na wysokim grzbiecie Zahira, odrobinę przesunęła dla uzyskania wygodniejszej pozycji. Kruczysko siedzące na gałęzi zakrakało, zielonym okiem ku Brzeszczotowi spoglądając, jakby kolejny figiel mu szykując.

Szept

Iskra pisze...

Iskra udała, że się waha, jakby próbie poddając słowa dziewczynki. Ustawiła jednak delikatnymi ruchami torbę na ziemi, między nimi.
- Tylko nie krzycz - ostrzegła ją Iskra, unosząc klapę torby, a wtedy Figiel ostrożnie odnóża stawiając, wyłonił się z torby. Pająk nie mieścił się Iskrze nawet w obu dłoniach, w dodatku był okropnie owłosiony. Jad jego także silny był, jednak zwierzak nie gryzł bez komendy. Pająk nieco zawstydzony wzrokiem Borówki, uciekł pod płaszcz Iskry.

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

Kruk zakrakał ponownie, jakby prowokując Brzeszczota, by groźbę swą spełnił. I tylko jadąca z przodu Szept zrozumiała myśl czarnego ptaka "Niesmacznym". Zaraz potem Corvus poderwał się, wyprzedzając jeźdźców, drogę przed nimi wypatrując.

[Niech mu ziemia lekką będzie. A tak na serio... co się z nim stało? Reinstal czy jak?]

Iskra pisze...

- Figiel - odparła z uśmiechem sięgając pod płaszcz i pająka wyciągając. Ten w odpowiedzi wspiął się po jej ręce na ramię, tam znów pod płaszcz nurkując. Iskra zapomniała już jak uparty potrafi być Figiel. Zupełnie jak jego właściciel.

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

Efekt był natychmiastowy. Elfka zatrzymała Zahira, we wspomnianym kierunku spoglądając. Plamka ta jednak nawet jak na oczy elfa zbyt wyraźna nie była. Pewnie, gdyby ucho do ziemi przyłożyła, matka ziemia by jej powiedziała, kto zacz i w jakiej liczbie. Lecz po co ten manewr, skoro miała Darrusa?
- Coś dziwnego? Co przez to rozumiesz?

Szept

Virdiana Stern pisze...

- A może by tak wielebny nauczał w nieco mniejszym gronie? Organizował jakieś spotkania, na które przychodziliby tylko zainteresowani? Bo inaczej wielebny długo nie pociągnie... - mruknęła Vi i zmarszczyła brwi, wyraźnie zatroskana. Nie tylko o ojca Jashe, ale też o przyszłe ewentualne burdy i zamieszki, w których musiałaby interweniować.
Kiedy zaś usłyszała o alkoholu, oczka jej się zaświeciły. Jutro miała dzień wolny, więc czemu by nie...?
- A czy pani strażnik może się przyłączyć? Kończę za godzinę - oznajmiła z jakże zachęcającym uśmiechem.

Virdiana Stern pisze...

Dla Vi zaś pomruki te były kompletnie niezrozumiałe. Przez to blondynka nachyliła się i zmarszczyła brwi, jakby zabieg ten miał jej pomóc w wyostrzeniu całkiem zwyczajnego, ludzkiego słuchu, lecz i tak rozumiała zaledwie pojedyncze, nic nie mówiące jej wyrazy.
- Byłam tam już parę razy! - oznajmiła radośnie, kiedy straciła zainteresowanie wielebnym. - W takim razie możecie się mnie spodziewać za jakiś czas. Tylko nie uchlejcie się do tego czasu, hm? Chciałabym mieć kompanów do kieliszka, a nie zwłoki, które musiałabym zdrapywać z podłogi...

[Teraz już tak ^^ I ja też cię cieszę! ^^]

Virdiana Stern pisze...

Ostatnia godzina służby minęła jak z bicza strzelił. Virdiana udała się do swojej kwatery i przybrała strój zgoła inny od munduru straży miejskiej. Wąskie spodnie, tunika przewiązana paskiem i wysokie buty bynajmniej nie dodawały jej kobiecości, ale Vi tak już się nosiła i nie zamierzała tego zmieniać. Jedynym, co dodało jej uroku, były włosy. Wcześniej misternie spięte, tak aby ani jeden kosmyk nie przeszkadzał w pracy, teraz starannie rozczesane i rozpuszczone, sięgające pasa. Tak oto, z sakiewką u boku, Virdiana Stern weszła do karczmy Lofara i mrużąc oczy, rozejrzała się po wnętrzu. A gdy w kącie dostrzegła dwie znajome sylwetki, uśmiechnęła się zadziornie i ruszyła w stronę stolika, by przysiąść się z impetem.
- Oto jestem. Coś przegapiłam? - spytała, przy okazji zastanawiając się nad zamówieniem.

[Bry! ^^ Niedobre gg...]

Virdiana Stern pisze...

[To ja znikam, bo trzeba się chłopem zająć. Będę później, jak pisałam, dam Ci jeszcze Lysiu znać ^^ Do napisania!]

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

W pierwszej chwili jego pytanie potraktowała jak zwykłą dociekliwość najemnika, wprawdzie nie na miejscu, ale jednak.
- Oczywiście, że pachnie. Składniki zaklęć, noszona przy sobie Księga, eliksiry i mikstury. Zapach ognia, ostatnio użytego zaklęcia. Magia jest ingerencją tylko pozornie niewidoczną. - dalsze jednak zdanie skutecznie uciszyło jej mentorskie zapędy.
- Jeśli nas nie zaczepi, my też nie szukamy zwady. - upomniała Darrusa. Nadal postępowała w ten sposób, uznając po prostu, że to nie jest jej sprawa. "Corvus... bądź ostrożny. Nie wychylaj się." Nie otrzymała odpowiedzi, ale poczuła zrozumienie od strony pierzastego chowańca.

Szept

Virdiana Stern pisze...

Strażniczka nawet nie zdążyła słowem się odezwać. Jedyne, co jej pozostało, to z lekko rozchylonymi ustami przyglądać się swojemu towarzyszowi, który najwyraźniej czuł się tutaj jak u siebie. Zaraz, zaraz! Przecież ona nawet imienia swojego wspomnianego towarzysza nie poznała! Dlatego w oczekiwaniu na zamówienie, Virdiana postanowiła nadrobić wszelkie zaległości.
- Virdiana Stern. A dla większości po prostu Vi - oznajmiła, wykorzystując chwilę, w której to mężczyzna zaprzestał wykrzykiwać zamówienie i uniosła kącik ust, licząc na to, że ten odwdzięczy jej się tym samym. Nie, żeby ten brak wiedzy na temat imienia jakoś specjalnie jej przeszkadzał; chciała po prostu wiedzieć, jak może się do niego zwracać.

Virdiana Stern pisze...

Blondynka skinęła głową, przyjmując miano to do wiadomości.
- A zagrajmy. U mnie w strażnicy tak kantują, że momentami nie da się wytrzymać. I nie mówię przy tym, że kantować nie możesz. Wiedz tylko, że ja niektóre sztuczki przez tamtych chłopów znam - rzuciła niby to beztrosko, lecz w rzeczywistości jej uśmiech był zaczepny, a szare oczy błyszczały wesoło, rzucając Brzeszczotowi nieme wyzwanie.
Nim jeszcze zaczęli grać, ktoś, kogo Vi nie znała, przyniósł zamówienie mężczyzny. Virdiana, nie krępując się, sięgnęła po dzbanek z miodem i nalała sobie nieco, co by się im lepiej grało.

Virdiana Stern pisze...

- To może vice versa? Też postawię, jeśli wygrasz - stwierdziła. A że nie obcy był jej rubaszny, żołnierski humor, zaraz uśmiechnęła się dziarsko.
- Kolejkę, oczywiście - dodała, gwoli ścisłości, jakby mogła postawić coś innego.
Taka to już jednak Virdiana była. Niesamowicie dużo czasu spędzała w towarzystwie mężczyzn i nie mogło się to na niej nie odpić. Po prostu nie mogło. Większości to jednak nie przeszkadzało. W końcu nie była panna na wydaniu, a samodzielną kobietą, więc nie musiała odpowiadać niczyim wymaganiom.

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

Miał rację. Odnośnie elfa, miał rację odnośnie mostu. Szept nawet nie zwolniła, widząc swego, bądź co bądź pobratymca. Nie przyśpieszyła też, starając się zachować względny spokój.
Było jednak coś, co ją zaniepokoiło. Spojrzenie ciemnych oczu tamtego, najpierw badającego ją. Wzrok zatrzymujący się na ukrytej pod szatą Gwieździe Zarannej, jakby ją widział... Wzrok, który przeniósł się na postać najemnika i dziwny błysk w oku mrocznego elfa.
Słowem, nie podobało jej się to. Nic a nic.

Szept

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Virdiana Stern pisze...

Kobieta sięgnęła po kości, przy okazji zgarniając ze stołu wolny kubek. Nie wiedziała jaki styl preferuje Brzeszczot, ale u niej w strażnicy właśnie tak się grało.
Kości umieściła w kubku, po czym kilka razy potrząsnęła energicznie i pacnęła naczyniem o stolik, by wreszcie je odkryć. Niestety, początek najlepiej nie wypadł, ale widać Vi jeszcze za mało wypiła, by obudziło się jej wrodzone szczęście i dobra passa.

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

Zanim Dar mógł się odezwać, elfka ostro nań spojrzała, po czym przeniosła wzrok na elfa. Może nie wiedziała, o co chodzi, może też wiedziała. Może też słowa, jakie wypowiedziała, dla niej samej zaskoczeniem były.
- On tylko ma osłaniać plecy. Nic innego oprócz walki nie potrafi. - skorygowała, uśmiechając się niejako wbrew woli. - Tacy się zawsze przydają. Zresztą, sam to pewnie zdążyłeś poznać podczas podróży.
Cóż, ona, niby taka bezbronna, ochrony wszak potrzebuje. Sama rady by nie dała, bo przecież mag z niej przeciętny taki. Przynajmniej najczęściej starała się, by tak wyglądało. Jednocześnie poczuła, jak owinięty wokół nadgarstka amulet jakby nagrzewał się. I nadal nie do końca była pewna, czemu właściwie kłamała i czemu spojrzenie elfa niepokoiło ją. A właściwie... widziała. Czuła w nim to. Czuła w nim zło... chodź nie potrafiła sprecyzować, skąd ono się bierze.

Szept

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

Wzdrygnęła się w duszy, słysząc miano "siostro" padające z ust nekromanty.
- Bądź pozdrowiony, niech cię bogowie prowadzą i ustrzegą... od złego. - odpowiedziała, sama się dziwiąc, że potrafi zachować spokój. Spięła się, czując otaczającą ją magię, siłę nekromanty i gęstniejącą wokół nich ciemność. Jeśli ona to czuła, jakże musiał odczuwać to wszystko najemnik... człowiek... znaczy się, Darrus.
- Niewiele mam, elfi bracie. Z pewnością zaś nic wartościowego. - kłamstwo dość gładko przeszło przez jej wargi, bo przecież wśród samych artefaktów, jakie nosiła, były te o znacznej wartości.

Szept

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

Gdyby nie spojrzenie mrocznego elfa, odwróciłaby się, by spojrzeć na Darrusa, jakby chcąc się upewnić, że tam jest, gotów w razie czego interweniować. Delikatnie położyła dłoń na szyi Zahira, chcąc się uspokoić. Nerwy nic tu nie pomogą.
- Cóżeś więc sobie upatrzył, czego ja nie dostrzegłam? - zapytała, nadal spokojnie. Jakby skłaniała się ku propozycji tamtego. I nikt nie mógł zobaczyć, że dziwnym trafem zacisnęła palce na Amulecie Kosiarza. Rzecz jasna, przez przypadek.

Szept

Iskra - Marcus - Gabriel pisze...

[Teraz mogę się czuć pominięta? :c]

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

Zawrzała gniewem elfka, złość odbiła się na jej twarzy.
- On nie jest niewolnikiem, a ja nie handluję ludźmi. Wynajęłam jego usługi, lecz sam o sobie stanowi. Najemnik sam decyduje, dla kogo pracuje, Ryldzie Sinodzioby. Złóż mu ofertę, może ją przyjmie. Jeśli nie, przykro mi bardzo. - nie nazwała już nekromanty bratem.
Pomimo uczucia strachu, nie odwróciła wzroku od mrocznego elfa, spoglądając w te zimne oczy.

Szept

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

Dumnie uniosła głowę, hardo spoglądając na elfiego nekromantę.
- Słyszałeś swoją odpowiedź. Półelf nie jest moją własnością. Ma własną, wolną wolę i choćby tym różni się od przedmiotu, za jaki zdaje się go bierzesz. - jakoś jej pogarda do ludzi i Darrusowego postępowania gdzieś się w tej chwili ulotniła w zetknięciu z nekromantą.
- Powiedziałam. Rozmawiaj z najemnikiem, z półelfem, nie ze mną. Jeśli powie ci "nie", tedy przykro mi bardzo.

Szept

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

- Powiedziałam ci. Zwracaj się do półelf...a. - zająknęła się lekko, tym bardziej, że wspomnianego półelfa ona sama nazywała po prostu "człowiekiem" lub w gorszych wypadkach "idiotą". Lecz teraz ...
- Rozmawiaj z Darrusem. - o dziwno nie udławiła się, pierwszy raz nazywając najemnika po imieniu na głos. - To osoba, a nie tuczne zwierzę, któremu możesz uciąć jakąkolwiek część ciała. Jeśli tylko taką masz propozycję, to na nas już pora.

Szept

Iskra - Marcus - Gabriel pisze...

- Bieganie z kurczakiem w torbie byłoby... Kurczaki śmierdzą - odpowiedziała kwaśno na powrót Figla wyciągając, tym razem za jedną z jego nóg uparcie ciągnąc. Aż cud, że wciąż była na miejscu. Gdy w końcu zwierzak znalazł się na jej dłoniach, przyjrzała się mu uważnie. Marcus ją zabije jak coś mu się stanie...
- No nie wiem... - mruknęła, ale spojrzenie dziewczynki mogłoby topić lodowce - Tylko nie odchodź z nim nigdzie, bo ci ucieknie, a wtedy to nawet ja go nie zjadę... - z ciężkim sercem wyciągnęła dłonie przed siebie, a pająk zwinnie skoczył na pierś dziewczynki.

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

Obiecała się nie wtrącać. Obiecała, że najemnik, półelf, mieszaniec i głupiec w jednym sam podejmie decyzję. Obiecała. I chyba to tylko powstrzymało ją od wypowiedzenia swojej opinii odnośnie tego, jak to "szczęśliwie" skończy Brzeszczot, jeśli obietnicą nekromanty da się zwieść.
Zahir rzucił głową, miast jednak cofnąć się, zamarł w miejscu, jak rzeźba wykuta w skale. I tylko rozdęte chrapy świadczyły o wzburzeniu dzikiego wierzchowca.

Szept

Iskra - Marcus - Gabriel pisze...

[To jak mam się czuć? :o]

- A ty jesteś jeszcze dziwniejszy od dzieci - podsumowała przyglądając się gładkiej powierzchni owocu. Zaczęła liczyć pory w skórce gruszki, a także zastanawiać się nad sensem ich istnienia.
Więź łącząca ją z pająkiem dawała jej wgląd do jego dziwnych odczuć. W tej chwili, mogłaby przysiąc, że Figlowi taki obrót sprawy się podoba. Wgryzła się w gruszkę.

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

No chyba go piorun trzasnął, pomyślała elfka. Jeśli temu głupiemu, bezmyślnemu człowiekowi wydaje się, że tak łatwo się jej pozbyć, albo że sam sobie da radę z nekromantą, to nawet człowiekiem nazwać go nie można! Nawet oni się są tak lekkomyślni. Zanim w ogóle zdąży odmówić, nekromanta rozprawi się z nim, ani się obejrzy. No, chyba że na serio propozycję Sinodziobego rozważał. Wtedy... wtedy nie byłoby skali, na której można by zmierzyć jego inteligencję. Na minusie, rzecz jasna.
"Corvus, bądź mymi oczyma". Wydała polecenie, lekko szturchając piętami bok gniadosza, jakby faktycznie zamierzała odjechać.

Szept

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

- Zabawne. Ktoś tu więc jest ślepy, najemniku. - zaśmiała się, nic sobie z jego dogryzania nie robiąc. Tajemniczy uśmiech ten nie zniknął z jej warg, gdy popędziła jeszcze bardziej Zahira, a ten przeszedł w swobodny kłus, rytmicznie uderzając kopytami o bruk.
"Corvus, bądź czujny". Nie wierzyła, że będą mieli teraz spokój. Chodź, jeśli nekromanta nie rozpoznał aury Amuletu Kosiarza, nie był prawdopodobnie tak groźny, jak się Szept z początku wydawało. Mimo to... poszło zdecydowanie za prosto.

Szept

Virdiana Stern pisze...

[I ja też czuję się pominięta :(]

Virdiana Stern pisze...

- Normalnie - wyrwało jej się od razu, co mogło ujść za nieco nieuprzejme, jakby Vi chciała Brzeszczota zbyt, ale wyraz jej twarzy całkowicie temu przeczył.
- Dla mnie to praca jak każda inna. Praca, która w sumie lubię. I zawsze coś się dzieje... A to jakaś kłótnia czy bójka, kradzież... Jak to w mieście. A że jest nas mało, za mało, to jest zawsze w co ręce włożyć. Ludzie tylko czasem krzywo patrzą... Bo wiesz, Ty porządku pilnujesz i starasz się, żeby Ci żołd wydali, to i czasem po nich powarczysz jak zbytnio się panoszą. A oni nie rozumieją, że ktoś porządku pilnować musi i na samowolkę pozwolić nie możemy. Najlepiej to by każdy sobie własne zasady ustalił, ot co...
Nie ma co, Virdiana wyraźnie się rozgadała. Była gadatliwa, to fakt. I nie miała oporów przed nieznajomymi czy dopiero co poznanymi osobami. A i miodek sprzyjał monologom.

[Dobrze, to już się tak nie czuję ^^]

Virdiana Stern pisze...

- Więc czym się zajmujesz? - zagadnęła Vi, chcąc pociągnąć temat. Sama po szkoleniu miała do wyboru kilka opcji, lecz wielu zważało na jej pochodzenie i nie chciano powierzyć jej wyższego stanowiska, czy też takiego bardziej zaangażowanego w sprawy państwa, co niezmiernie Virdianę zdenerwowało. Nie lubiła, nienawidziła wręcz być w ten sposób traktowana.
Całe szczęście, że była jeszcze młoda. Gdyby tylko zechciała, wiele jeszcze mogłaby zmienić w swoim życiu. Ale jak na razie było jej dobrze.

Virdiana Stern pisze...

- Też kiedyś się nad tym zastanawiałam... - Vi oplotła poznaczone licznymi blazami dłonie wokół swojego kubka z miodem i zawiesiła wzrok na cieczy o przyjemnym, ciepłym kolorze. Rozmowa z Brzeszczotem sprawiła, że odżyły w niej wspomnienia, kiedy to zaraz po przybyciu do Keronii musiała stanąć przed licznymi wyborami.
- Cielesne? - uniosła wzrok, zainteresowana i przez dłuższą chwile uważnie przyglądała się twarzy mężczyzny, by ostatecznie zatrzymać spojrzenie na jego oczach.
- Gdybym miała zgadywać, pokusiłabym się o stwierdzenie, że może płynąć w Tobie elfia krew. Głowy nie dałabym sobie za to uciąć. Ale kiedy wspomniałeś o cielesnych predyspozycjach... Twoje rysy twarzy dały mi nieco do myślenia - wyjaśniła, bawiąc się kubkiem.

[Mi nie padło. Ja poszłam się pluskać i jestem z powrotem :D]

Virdiana Stern pisze...

Brzeszczot był mieszańcem, a Vi Wirgińską [Dobrze ja to w ogóle odmieniam? o.O] kobieta z krwi i kości. A z wiadomych przyczyn rodaków Vi w Keronii nie lubiono. Więc można powiedzieć, że obydwoje mieli nieco pod górkę, prawda?
- Ożeż w mordę! - wyrwało jej się, nieco za głośno, jednak blondynka się tym nie przejęła. Pociągnęła za to kilka solidnych łyków miodu, nie zważając na to, że z każdym kolejnym czuje coraz bardziej drapiące ją po gardle procenty.
- Nie jest to na dłuższą metę męczące? - spytała, lekko nachylając się w jego stronę.

[Często się buntuje. Daj mu szlaban! A ja przy okazji czytam sobie książeczkę.]

Virdiana Stern pisze...

I strażnika właśnie w ten sposób radziła sobie od dłuższego czasu. Nie narzekała i biadoliła na swój los, lecz wzięła sprawy w swoje ręce i dzięki temu obecnie jakoś jej się powodziło. Nie ma co się nad sobą użalać, lepiej działać!
- Nie miałeś lekko... Tyle dobrze, że udało Ci się nad tym zapanować. Widzisz, teraz to Twój atut i czerpiesz z tego same korzyści, skubańcu! - stwierdziła, nie kryjąc rozbawienia. Co prawda nie znali się długo, bo zaledwie od paru godzin, a Virdiana nazywając go tak, a nie inaczej pozwoliła sobie na mała poufałość, ale taki już jej charakter.
- To pewnie jesteś nieźle rozchwytywany, hm?

[I na białe Michałki! :D]

Iskra - Marcus - Gabriel pisze...

[To widzę, że pierwszy art nie tylko mnie urzekł :D
Kusisz się na osobny wątek dla tej dwójcy, czy też masz mnie dość? xD]

M-G

Iskra - Marcus - Gabriel pisze...

Iskra nie spodziewała się, że cokolwiek w jej wypowiedzi go zaciekawi. Przyglądnęła się mu chwilę smakując owocu. Potem wzruszyła ramionami.
- Niewielu znam mieszańców, jednak żaden z mi znanych nie ma takiego stosunku do dzieci. I każdy z nich utożsamia się raczej z elfami. Ty jednak raczej tego nie robisz. Brak w tobie miłości do natury. Więc sam w sobie jesteś małym fenomenem. - odwróciła twarz znów ku Borówce i Figlowi. Jakby rozmyślając nad tym co w ogóle powiedziała. Nie wychwyciła nic obraźliwego, więc sumień umilkł zasypiając znów w czeluściach elfiej duszy.

[niech i tak będzie :o]

I.

Iskra - Marcus - Gabriel pisze...

[odpisałaś, odpisałaś xD
odpiszę Vi, bo obiecałam i zastanowię się co też może połączyć drogi Pana M. i Pana G. z Brzeszczotem i się odezwę, chyba, że wcześniej zasnę na klawiaturze.]

M-G

Iskra - Marcus - Gabriel pisze...

Westchnela. No tak, zadna z podanych ras qnie lubiala zbytnio natury. Choc, Snork moglby byc wyjatkiem, gdyby tylko nad nim popracowac.
- A ilu znasz polelfow, ktorzy nie probuja stac sie elfem? Bo jak na razie ja znam tylko ciebie. Pal szesc ludzi, krasnoludow i mrocznych. Ty masz w sobie nasza krew, oni nie. I to jest dziwne... Jak traktuja cie elfy? Pewnie patrza jak na czlowieka... Hum - z gruszki zostal mizerny ogryzek.

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

- Jak tylko ten elfiak zobaczy, że się oddalamy, zorientuje się, co jest grane. Zachciało ci się z nim rozmawiać, człowieku! Czy ty czasem myślisz o konsekwencjach? - jakby to całe spotkanie i kłopoty z nekromantą były winą jej towarzysza, a nie złośliwym kaprysem losu, który splótł ścieżki tej dwójki w tym samym miejscu i rzecz jasna, czasie. Lecz po co szukać winnych daleko, jeśli tuż obok jedzie Brzeszczot, którego można wszystkim obarczyć? A mimo to popędziła Zahira, nie oglądając się za siebie, dziwnie posłuszna ponagleniom tego człowieczego najemnika.

Szept

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

Już miała sarknąć, naskakując na Brzeszczota, że to niby nie wie, do czego nekromancie sługa potrzebny, lecz w porę się opamiętała. Mieli teraz większe problemy na głowie, niż pomysły człowiecze.
Łypnęła na niego złowrogim okiem, gdy zarzucił jej, by się do czegoś przydała. A ściślej mówiąc, by magia jej swoje zrobiła.
- Jedź przodem. Już cię tu nie ma. - pogoniła go, jednocześnie Zahira zatrzymując, za siebie się oglądając. Zaciśnięte w wąską kreskę wargi świadczyły o uporze, który tłumił nawet i dreszcze, gdy siłę magii nekromanty poczuła i rozpoznała.

Szept

[podziękować. Przyda się na zajadanie. :D]

Iskra - Marcus - Gabriel pisze...

[lipnie ma droga wielbicielko krówek :c wczoraj koncert, dzisiaj koncert, nieprzespane noce, nieogarnięty repertuar, brak jedzenia, a do picia jedynie alkohol skutecznie wyniszczają me pomysły. Ale dziś po koncercie postaram się chwilę pomyśleć, może coś mi wpadnie do głowy... Ech *bum bum głową w mur*]

- Więc w żadnym z przedstawicieli obu ras oparcia nie znajdziesz. Cóż... Ciężki żywot - poszła w ślady Brzeszczota i ogryzek wylądował pod nosem psa przybłędy. Kątem oka skontrolowała zachowanie Figla i Borówki, a potem znów się zadumała. Znała większość elfów zamieszkujących Eilendyr. W dodatku, nazwisko dziadka i babki półelfa coś jej mówiło, choć informacja ta chowała się przed nią w zakamarkach umysłu, jakby umyślnie nie chcąc wyjść na światło dzienne.
- Elfy jednak zapomniały o jednym, bardzo ważnym fakcie, Mieszana Krwi. Może i masz w sobie połowę tej ofiarnej rasy niezdar i szubrawców. Może i masz w sobie ich geny, dziedzictwo. Ale także jesteś w połowie nasz. Jesteś w połowie bratem. A braci, nawet przyszywanych, nie traktuje się źle.

Iskra - Marcus - Gabriel pisze...

[a czerp, proszę bardzo. Gwiazda Zaranna oparta na Tolkienowskim elfim amulecie jest. Jak elf się z nią rozstaje, to traci swą długowieczność i dodatkową umiejętność, jaką posiadał dzięki amuletowi. Jeśli rozstaje się dobrowolnie, czyli oddaje komuś w posiadanie amulet, ten daje długowieczność nowemu członkowi, a i przywiązuje się do niego jakby obdarzając jakąś umiejętnością, czy wzmacniając którąś z tych, które osobnik już ma. Jeśli jednak amulet jest kradziony, zgubiony, czy coś, to traci swą moc i jest jedynie ładnym świecidełkiem. Jeśli elfa się zabije to również traci on swoją moc. Chyba, że rzucisz wcześniej urok, powodujący u elfa coś w rodzaju mentalnego testamentu wobec ciebie. Tak więc zabity elf z urokiem = amulet z mocami na twoją własność.]

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

- Powiedziałam, znikaj. - warknęła z irytacją w głosie. - Tylko wszystko utrudniasz. - jak i ów nekromanta nie docenił jej, tak dopiero teraz zdała sobie sprawę, że nie doceniła jego umiejętności i ona sama. Na pojedynek magów nie miała ni czasu, ni tym bardziej ochoty, zwłaszcza z plączącym się między nogami człowiekiem.
- Znikaj, nie potrzebuję świadków. - prawda była też taka, że ich nie chciała. Mając do wyboru przenoszenie ich obu, z końmi i bagażem, do tego późniejsze skutki takiego wyczynu i niemal całkowite wyczerpanie many... Wolała uciec się do innej sztuczki. Szkoda tylko, że zakazanej.

Szept

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

[I zapomniałam, podziękować - mówi z pełnymi ustami]

Iskra - Marcus - Gabriel pisze...

Iskra nieco szerzej otworzyła oczy słysząc o elfim amulecie. Odruchowo jej dłoń powędrowała do koszuli, gdzie pod ciemnym materiałem, skryty był właśnie taki sam amulet, choć wciąż nie ujawniający dodatkowej mocy. Zhao chwilę tak, zaciskając dłoń na skrytym amulecie, wpatrywała się w półelfa i nie wiedziała co ma właściwie mu odpowiedzieć.
- Więc twa matka musiała rzeczywiście twego ojca kochać. I to kochać nad własne życie, skoro zdecydowała się zrezygnować z długiego żywotu na rzecz człowieka... - samą Iskrę natomiast taki czyn szokował, jak i jednocześnie budził podziw. Sama wątpiła, czy byłaby w stanie żyć równie krótko co ludzie.

[no to się cieszę xD]

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

Zignorowała jego słowa, skupiona znów na magii krążącej w powietrzu. Siedziała wyprostowana na końskim grzbiecie, w prawej dłoni dzierżąc nóż. Niewielkie to ostrze, z całą pewnością nie mogło służyć do ochrony, czy walki. Słysząc za sobą stukot kopyt odczuła ulgę. Bo chodź Brzeszczot podróżował z nią jakiś czas już i bądź co bądź przydatny był nie raz, a i nie zdradził jej, gdy miewał ku temu okazje, nie chciała, by widział.
Dokładnie w chwili, gdy zawrócił, uznała, że nie ma już czasu zwlekać. Zdecydowanym ruchem nacięła skórę, upuszczając odrobinę krwi. Zacisnęła dłoń w pięść, szepcząc słowa zaklęcia. I kiedy ją wyprostowała, otaczający ich krajobraz był jakby inny. Dar mógł widzieć kopię magiczki, jakby tu była, żywa. Oddalająca się na bok, ze złością w oczach. Mógł widzieć i swoją kopię, zmierzającą w przeciwnym kierunku, w stronę nekromanty. Nawet jego kobyłka była oddana idealnie. Dopiero wtedy Szept odwróciła się, napotykając spojrzenie Brzeszczota, a zaciśnięte w wąską kreskę wargi świadczyły, że jest wściekła. Nie posłuchał jej.
Zamiast jednak wykłócać się, ponagliła Zahira, przechodząc do galopu. Iluzja, nawet najlepsza, może zostać przejrzana. Nie mieli czasu na spory.

Szept

[Jasny gwint. Wysłałam do Iskry zamiast do ciebie.]

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

Milczała przez dłuższy czas i wydawało się, że nie zamierza przerwać tej ciszy. Wiedziała, że iluzja stworzona za pomocą krwi maga dłużej się utrzyma, a i trudniej ją rozwiać będzie, a z całą pewnością, kreator poczuje poprzez więź, że dzieło jego zostało przejrzane.
- Następnym razem, bądź łaskaw mnie posłuchać, jasne? - rzuciła z gniewem, wciąż popędzając Zahira. Stwórco, miała nadzieję, że nie będzie następnego razu.

[haha, właśnie piszę z tobą... ale KP Isry miałam otwartą, jakoś tak wyszło. I buch. ]

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

- Co za garnizon? - zapytała ostro, jakby nagle dziwnie ostrożna. - Wirgiński?
Nawet jeśli podejrzewała, że ów człowiek jak zwykle jej nie posłucha i wpakuje się w kłopoty, z których będzie musiała go wyciągać (bo przecież wszystkie kłopoty winą Brzeszczota były) nie wdawała się w dalsze na ten temat dyskusje. Głupiemu do rozumu nie przemówisz. A ludzie właśnie tacy są. Myślą, że wszystko wiedzą najlepiej (jakby i niektóre elfy tego grzechu nie popełniały).
- Co masz do załatwienia w Mall Resz?

Szept(ucha)

[a za mało, za mało]

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

- Może dla ciebie żadna. Lecz ty znasz tą wioskę. - rzuciła oskarżycielskim tonem, jeszcze brakowało, by wycelowała w niego palcem. Tego gestu akurat mu oszczędzono.
- Nie muszę mówić, że jestem elfem. To akurat wszyscy widzą. - zwrot "długoucha" zaczynał ją coraz bardziej irytować, ale też pewnie, gdyby nazwał ją inaczej, nie zareagowałaby, myśląc, że do kogoś innego ta mowa.

Długoucha :P

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

- Dziękuję. Bronić się sama potrafię. - rzuciła wyniosłym nieco tonem, jakby celowo go prowokując. Wbrew jednak oporom w stronę ludzkich sadyb skierowała Zahira, lekkim ruchem samych nóg wskazując mu odpowiedni kierunek. Nie umknęło jej też, że w całym tym przekomarzaniu się nie zdradził ten człowiek, czy go coś z tą mieściną łączy.
Pozostawała jeszcze jedna kwestia. Drażliwa kwestia. Bardzo drażliwa i jeszcze bardziej magiczce niewygodna.
- Czary. Nie było żadnej magii tam na drodze. Żadnej.

Wredota

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

Wszystko to spostrzegły i postarały się zapamiętać oczy elfki, zwłaszcza zaś położenie garnizonu. Z jakiejś przyczyny elfka obawiała się ludzkich sił zbrojnych. I może wpływ na to miała wcześniejsza wojna, zakończona zburzeniem pięknego Irandal, a może osobiste doświadczenia magiczki. Tak czy inaczej ponagliła lekko Zahira mijając należące do strażników stajnie.
- A myślałam, że tylko tobie prawi takie komplementy. Prowadź do tego zielarza, człowieku.

[ano, co tu mówić. jak nic się zgodzę... Ale pomyły mi się powoli kończyć. Chcę krówkę.]

Duma i uprzedzenie ;P

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

Wciąż przyglądała się podejrzliwie drewnianemu płotkowi, jakby sztachetki miały zaraz, magicznym jakimś sposobem wyskoczyć z ziemi i rzucić się na nią, jak na intruza jakowegoś, wroga który ośmielił się symboliczną granicę pomiędzy dziczą a wioską przekroczyć. Nadal czuła się we wzniesionych pracą ludzkich rąk miejscach jak intruz, który prywatność narusza. Nadal elfia jej dusza pamiętała walki na granicy i zburzenie Irandal przez Wirgińczyków. A ponieważ pamiętała ona, wydawało jej się, że każdy napotkany człowiek wydarzenie te z walk na pograniczu pamięta i nimi na co dzień żyje.
- Ten krasnolud rzuca się na wszystko, co ma dwie nogi, więc nie nazwałabym cię wyjątkowym. Chyba że tobie się wydaje, że jego wybór wyjątkowym cię czyni. - prychnęła, przypominając sobie swoje pierwsze spotkanie z Rozkosznym Lofarem. I całe szczęście, że tylko Midar był świadkiem, a ponieważ, jak to zwykle Midar, opróżnił już kilka kufli, przeto uznać można, że tego zdarzenie nie pamiętał.

[tak wyzyskiwać biedne siedmiokropki, ty niedobra. Odbija nam dalej ?]

miłośniczka natury

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

- Próbujesz mi powiedzieć, że on nawet na zwierzę by się porwał?! - proszę bardzo. Chciał mieć na karku zszokowaną Długouchą wredotę, to się jej dorobił.
Naraz przestała zadręczać się wspomnieniami i dawno zapomnianą przez tak krótkowzroczną ludzką rasę historią. Nie mówiąc już o wizji Lofara i kozy. Był tu najwidoczniej inny problem, który najemnikowi przekleństwo z ust wyrwał.
- Coś nie tak? - popędziła Zahira, wysuwając się do przodu i rozglądając, jakby spodziewała się, że nekromanta za nimi jednak podążył i oto wykrywacz tego, czego inni nie wykryją zdał sobie z tego sprawę. Ani podejrzewała, że Darowe problemy są zupełnie innej natury.
- Co się stało, że musisz kaleczyć język?

magiczka

[A zobaczymy]

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

- Zgadzam się co do jednego. Głupia. Z tym, że raczej twoja głowa, a nie wyobraźnia. - skrytykowała, nie mogąc się powstrzymać, choć i ona wzdrygnęła się lekko, postanawiając, że już nigdy konia przed Lofarową gospodą nie zostawi. Nie mówiąc już o stajni. Nie ma mowy, nie po tym, co właśnie usłyszała.
- A to jakiś problem? Mało tu chat, nawet jeśli rolników? Jak się mierzi spanie na ziemi, to popytaj, stodoła z sianem się jakaś znajdzie. Zresztą, zobacz, tam światło widać. - wskazała na kuźnię, nie świadoma, że tego miejsca nade wszystko Darrus chce uniknąć. - Choćby i tam zapytać można.

[zacznij mi i ty podsuwać :P ]

Ta odzywająca się nie w porę

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

Dodatkowo wszystko popsuła Szept, bo zamiast czekać na swego niechętnego kompana, pośpieszyła do przodu w stronę kuźni. Skoro jej towarzysz uważał, że ona im noclegu wśród prostego ludu nie znajdzie, to już mu pokarze, jak bardzo się mylił. Z taką to, jakże dumną myślą zsunęła się z grzbietu Zahira, w otwartych drzwiach kuźni stając, jak niegdyś pewien młody dzieciak, o czym elfka wiedzieć jednak nie mogła.
Tu odwaga ją nieco opuściła, bo wbrew wszystkiemu, wciąż od ludzi stroniła. I nie zdając sobie sprawy, jak bardzo miesza szyki najemnikowi, odezwała się, starając się wspólnej mowy zbytnio nie kaleczyć.
- Przepraszam, że odrywam od pracy. Ja i mój towarzysz szukamy noclegu. Mieliśmy się zatrzymać u zielarza - na daremno usiłowała sobie przypomnieć imię tamtego człowieka - lecz nikogo nie zastaliśmy. Może by pan potrafił nam wskazać, gdzie Victusa znajdziemy? - zapytała z nadzieją, w końcu przypominając sobie imię staruszka.

Ta, która wsypała Dara

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

Elfi amulet przykuł wzrok stojącej na progu kobiety, na chwilę odbierając jej zdolność mowy. Elfy bowiem niezwykle rzadko rozstawały się ze swoją Gwiazdą Zaranną, strzegąc jej sekretów i właściwości. Toteż nie zareagowała, gdy usłyszała, że ich domniemany gospodarz tak szybko nie wróci. Dopiero propozycja kowala przywróciła jej mowę.
- Możemy zapłacić za pobyt. Nie chcemy nikogo wyzyskiwać, prawo gościnności prawem, ale i żyć za coś trzeba. Gościnę też chętnie przyjmiemy, długo w podróży, wygód nam nie trzeba, jedynie dachu nad głową. - zakończyła swoją wymowę, rozglądając się za najemnikiem, który jak na złość gdzieś się po drodze zagubił.
- Brzeszczot! - zawołała, wzrokiem szarość zmierzchu starając się przeniknąć.

papla

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

Zmieszana czy też nie, szybko zdała sobie sprawę z tego, że nie miejscowego kowala, a ojca Darrusa ma przed sobą. Noszona przezeń Gwiazda Zaranna do matki najemnika musiała należeć, a wioska ta, to nie skupisko rolniczych chat, a dom prawdziwy najemnika.
- Mam więc nadzieję, że to szczęście przyniesiemy ze sobą, letalien. - z braku lepszych słów, a i nieco zawstydzona będąc, że z najemnikiem człowieczym podróżując, niczego o nim nie wiedziała, a i wiedzieć nie chciała.

Szept -> mi też się wena skończyła

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

Jeszcze raz, ciągnięta przez tego niecierpliwego człowieka, zdążyła głowę przed gospodarzem pochylić, w myśli odnotowując różnice i podobieństwa między ojcem a synem. Kowalstwo zacna sztuka, wśród elfów poważana szczególnie, chodź to krasnoludom mistrzostwo w tej dziedzinie się przypisuje.
Czemu syn w ojcowskie ślady nie poszedł? I po kim dar swój szczególny powziął? Gdzie matka jego była, bo że z babką stosunków raczej nie utrzymywał, to akurat by elfki nie zdziwiło. Co gorsza, pytania te zajmowały jej myśli, chodź wcale tego nie chciała. To burzyło ideę wspólnej podróży i "nie obchodzi mnie, kim jesteś ani skąd pochodzisz". Nie chciała o nic pytać. Lecz jeszcze bardziej ją to ciekawiło.
- Nie mówiłeś, że stąd pochodzisz i że to twój dom, gdy proponowałaś żeby się tu zatrzymać. - chwilowo pominęła zwrot "człowieku", może dlatego, że właśnie człowiek zaoferował im swoje skromne progi jako gościnę. - Powinieneś był powiedzieć. Przecież bym ci nie broniła odwiedzenia rodzinnych stron. - usiadła przy drewnianym, solidnie wykonanym stole.

Szept

Iskra - Marcus - Gabriel pisze...

Iskra zaczęła patrzeć więc na Brzeszczota z jeszcze innego kąta niż uprzednio. Najpierw widziała w nim jedynie mieszańca. Potem kogoś, komu jednak także okazuje się szacunek, na jaki zasługuje każda żyjąca istota. Jeszcze później dostrzegła w nim brata, a teraz, do tego wszystkiego doszedł także fakt, iż półelf najwyraźniej też posiadał uczucia i miał swoją własną historię i problemy. Prawdziwa mistrzyni spostrzegawczości, o przenikliwym umyśle detektywa, Iskra. Wybaczyć jednak jej to trzeba, wszak natura elfa swoje robi i Zhao dotąd uważała półelfów za coś zupełnie innego, za byt, który pozbawiony jest sensu i celu. A tu proszę, niespodzianka.
Słuchając jego słów Iskra się zasępiła. Ona była planowana, poniekąd.
- Ja byłam w rzekomych planach moich rodziców. Ale miałam być chłopcem. Nie urodziłam się nim, więc tym samym chyba sobie nie zasłużyłam na miłość swych rodzicieli. - elfkę bolał ten fakt okrutnie, jednak rzadko wspominała dzieciństwo. Teraz jednak rozmowa z Brzeszczotem wybudziła w niej dawne dąsy i ból spowodowane brakiem miłości.

Iskra - Marcus - Gabriel pisze...

[mam jakiś pomysł... powiedz który z nich Ci spasował bo ja nie wiem czy w ogóle cokolwiek się nada~
1)
Królik byłby ojcem Borówki, choć ani on, ani tym bardziej mała o tym by nie wiedzieli. Matka dziewczynki byłaby człowiekiem po którym mała ma większość cech. Od Królika natomiast miałaby talent magiczny, uciszające wszystkich spojrzenie i dar perswazji, choć dopiero się rozwijający. Byłaby w 1/4 elfką, Królik natknął by się na nią i na Dara w jakimś miejscu w Królewcu, może być targ, tam też by się nią zainteresował. To by sprawiło, że musiałby przerwać misję, stopniowo poznając sierotę, która to okazała się jego córką, jak i Dara, bo przecież ona i Dar to jakby rodzeństwo. Potem zjawiłby się Marcus z Figlem i Borówka rozpoznałaby Figla, Dar się domyśla kim oni są, potem na jaw wychodzi powiązanie między dziewczynką a Królikiem. Potem nie wiem.

2)
Midar znów opowiada co go spotkało na wyprawie. Tym razem jednak ma wielu słuchaczy, bo opowieść tyczy się legendarnego niemal Bractwa. Mówi, że spotkał dwóch zabójców, że stoczył z nimi epicką bitwę i ich zabił, a wtedy w karczmie zjawia się Marcus i udowadnia, że jednak ostatnia część opowieści jest kłamstwem. W mieście nastaje bałagan i chaos, bo BN oficjalnie zjawiło się w Królewcu.
Królik tymczasem załatwia swoje sprawy z Jashą, z którym jest zaprzyjaźniony, wywiązuje się pościg i Jasha uprasza Dara by pomógł mu ukryć dwóch, zagadkowych znajomków.

3)
Dar zna Królika z przeszłości, w końcu oboje to mieszańce. Spotykają się ponownie kiedy Dar ma kogoś ochraniać znów, tym razem napadają ich jakieś oprychy, które to zaskoczyły Dara we śnie. Większość jego kompanów ginie, wkracza Marcus i Królik, którzy w swym zgraniu i szybkości działania są nie do przebicia, chwila moment i bandziory położone trupem. Dar jest ranny, to jeden z wybawców się do niego przysuwa i po prostu leczy, milcząc, nawet nie ściągając kaptura. Dar rozpoznaje zapach Gabrysia, sam mu sciaga kaptur i mówi coś w stylu "wiedziałem". Potem poznaje też Marcusa, rozpoznaje Figla, domyśla się tego gdzie obaj należą (bo przecież dwóch identycznych pająków na świecie nie ma) i dalej nie wiem.

Jak coś to gryź, postaram się spłodzić coś better :c]

Iskra - Marcus - Gabriel pisze...

[ brilliant! Az masz u mnie krowke :D a jesli chodzi o zbyt duza liczbe mieszancow, to tatusiem Borowki moze byc Marcus, toc to czlowiek xD i tak teraz sobie mysle, ze po tym napadzie chyba bardziej M sie bedzie mala zajmowal. W pobocznych mam taka dziewczyne jak Bezimienna, wlasnie ja tez M wychowal, wiec juz ma wprawe xD a gabrys bedzie przyszywanym wujkiem o.o zreszta, wyjdzie w praniu.
Kto zaczyna?:D ]

Zorana [Dyjanna] pisze...

[W ramach powitania nowej postaci - pytanie: czymże się ona para, byśmy mogli wątek poprowadzić? ;) Okoliczności są dla mnie całkiem istotne.]

Iskra - Marcus - Gabriel pisze...

Droga do Sanktuarium wiodła przez tyle traktów, ścieżek, szlaków i leśnych wydeptajek, że Królik dawno by się już pogubił w tym wszystkim, gdyby nie obecność Marcusa. Co jak co, ale Pajęczarz miał dobrą pamięć. Czasem nawet aż za dobrą. Poza tym, kto wpadł na pomysł, żeby wysłać ich na misję na drugim końcu kraju? Ach, pewnie Nieuchwytny. Przywódca zawsze miał okropne pomysły.
Marcus zatrzymał się i ześlizgnął się z siodła, rozejrzał się zaraz marszcząc lekko brwi. Figiel był niespokojny, co i udzieliło się brunetowi. A co niepokoiło Marcusa, powinno niepokoić każdego innego. Więź z pająkiem dawała mu wgląd w pewne rzeczy do których wglądu nie miał nikt. Więc drżenie pająka, aktualnie skrytego w rękawie pana było bardzo złym znakiem.
Drżenie takowe było oznaką przepełnionego magią powietrza, oznaką, że oto mają przed sobą maga. Maga nie byle jakiego, bo takiego, który potrafi ukryć swą obecność gdy tylko ma na to ochotę.
Pajęczarz westchnął, szkoda tylko, że Figiel nie potrafił rozróżniać gatunków i rodzai magii. Mogliby się lepiej przygotować. Chociaż w sumie... Od czego był Królik i jego czarodziejskie rączki. Spojrzał więc przez ramię na towarzysza i wcale się nie zdziwił kiedy ujrzał go klęczącego wśród poszycia, odgarniającego delikatnie liście. W końcu jego smukłe dłonie dotknęły zimnej gleby i Biały zaczął słuchać co mówi mu ziemia.
- Hum... Ktoś przelewa krwi. Całkiem sporo krwi. Niedaleko. Ranni i parę trupów... Lekkie kroki... Tam jest dziecko. Marcus... - Królik urwał. Mieli wyraźne rozkazy by trzymać się szlaku i by w nic się nie mieszać. Ale z kolei, nie mogli pozostać głusi na czyjąś krzywdę. Nie byli bez serc. Nie byli z kamienia.
- Wiem. - Pajęczarz podparł się pod boki i omiótł ścieżynkę jednym ze swoich wojowniczych spojrzeń. Lekki wiatr wdarł się pod cienką warstwę ubrania i zabójca kichnął. Otulił się szczelniej płaszczem, a futro przyjemnie głaskało jego szyję. - Nic się nie stanie, jeśli na chwilę porzucimy swe zdanie Gabrielu. Bądź dziś jednak trochę szybszy niż zwykle. Zamierzam użyć Lodu. - to mówiąc wskoczył na swego siwka i odruchowo sięgnął dłonią rękojeści dwuręcznego miecza osadzonego w pochwie na plecach. Ostrze to miało szerokość ludzkiej dłoni, a i było zdecydowanie dłuższe niż zwykłe miecze dwuręczne. Marcus wciąż pamiętał zdziwienie kryjące się w oczach kowala, któremu zlecił wykucie. Młotoręki.
Figiel wypełzł z rękawa pana i przysiadł na łęku siodła czekając na rozwój wydarzeń.
- A ty Figielku lepiej działaj sobie z boku. Nie chcemy przecież, żebyś stracił swoje nogi. - spiął konia i obaj ruszyli w kierunku miejsca o tak intensywnym zapachu krwi. Nie było sensu się podkradać. Jeśli mieli zostać zauważeni, powiew wiatru już zaniósł ich zapachy wrogowi. A jeśli wróg był dobry, to będzie wiedział co go czeka i sam się podda. Jeśli nie... Cóż, ich ofiary zawsze dziwiły się dlaczego giną z ręki wielkiego pająka.

[*zgodnie z umową, oddaje krówkę* ja też miałam z początku takie skojarzenie z Królikiem xD
co do powiązań, nie marudź, tak źle przecież nie jest xd]

Iskra - Marcus - Gabriel pisze...

W porę oboje zeskoczyli z koni w pełnym galopie. Zwinny półelf zaraz przeturlał się po ziemi, Marcus wylądował w przysiadzie, a Figiel przeskoczył na pień drzewa. Konie wypadły między walczących ludzi odwracając uwagę, na co czekali zabójcy Bractwa Nocy. Królik naciągnął na głowę kaptur, Marcus natomiast głęboko w nosie miał to, czy jego twarz zostanie zapamiętana. Wrogowie rzadko umykali spod ostrza Lodu, a uratowani przezeń ludzie nigdy nie odważyli się go wydać. Poza tym, mało kto znał jego miano.
Płynnym ruchem dobył Lodu, a dłonie Gabriela zapłonęły nikłym, błękitnym ogniem. On wiedział jak używać magii leczniczej. Potrafił nawet odwrócić jej działanie, co nie każdy medyk potrafił. Wspólnie wpadli na placyk, gdzie płonął ogień, a krew lała się niby woda. Oprawcy musieli o nich wiedzieć, nie byli zbyt zaskoczeni, choć widok Lodu i dłoni Królika stanowczo podburzył ich pewność siebie. Trzej podrzędni napastnicy, którzy dobijali kopniakami chłopaka stracili na chwilę orientację. To wystarczyło, by dwoma susami dopadł ich Biały, a jego błyskawiczne ciosy zablokowały przepływ krwi w głównych tętnicach. To był właśnie główny medyk Bractwa. Ktoś, kto łącząc sztuki walki i uzdrawianie mógł przerwać czyjeś żyły bez używania ostrzy. Kopniak, zwód i uderzenie dwoma palcami w obojczyk pierwszego draba, a ten zabulgotał cicho plując krwią. Marcus zamachnął się Lodem, cięcie nadeszło z boku. Głowa drugiego wyleciała w powietrze, a krew zgromadzona w tętnicach szyjnych trysnęła brudząc wszystko wokół. Gabriel w tym czasie zwinnie się pochylił sięgając dłonią uda trzeciego ze zbirów, stuknięcie dwoma palcami starczyło by zablokować tętnicę. Noga zaczęła puchnąć, krew nie znalazła ujścia. Ostrze Lodu cięło rabusia poprzez tors, od lewego ramienia, do prawego biodra. W chwilę potem, noga jego, napuchnięta niemiłosiernie, nie wytrzymała, przez skórę zaczęły wyciekać stróżki krwi, w końcu skóra została przerwana, a człowiek wydawał z siebie kakofonię krzyków, jęków i pisków.
Nie zajęło im to dłużej niż piętnaście krótkich sekund, w których to Siepacz popełnił największy błąd swojego życia i ruszył na Pajęczarza. Ten wykonał odwrotny piruet unikając ostrza koncerza, przez twarz Marcusa prześlizgnął się niezadowolony grymas. Najwidoczniej nie lubił Siepaczy. Parowanie, finta i znów piruet, a ostrze Lodu ze świstem przecina powietrze. Jęk ścierającego się metalu. I zaraz cichy, urywany jęk Siepacza, z którego twarzy zniknął wyraz bezczelności. Z ust jego wyciekła ślina i piana, a spod koszuli uciekł Figiel. Marcus widząc bezpiecznego pupila w końcu ciął, pozbawiając kolejnego napastnika głowy. Pozostał Łowca.
Królik wcześniej już odciął mu drogę ucieczki, zablokował także przepływ krwi w paru mniej ważnych żyłach, coby się nieco pobawić z ostatnim. Pajęczarz oparł ciężki miecz o ramię. Z jego ostrza kapała na ziemię ciemna, lepka krew jego ofiar.
Gabriel spoglądał spod kaptura na kulącego się maga. Nogi jego zwiotczały i odmawiały posłuszeństwa, krew bowiem już tam nie docierała. Figiel zaczął biegać między leżącymi na ziemi ludzi sprawdzając kto żyje.
Aurelius dłużej się nie zastanawiał. Ściągnął miecz z ramienia, wziął zamach i ciął, głowa opadła na ziemię z cichym trzaskiem łamanych kości.
Pająk zapiszczał, jako pierwszy wydając z siebie jakikolwiek dźwięk, w dodatku tuż obok ucha Darrusa. Królik podbiegł i przyklęknął przy ognistowłosym od razu zabierając się za leczenie. Ostrze Lodu zostało wbite w ziemię, kiedy Marcusowi znudziło się trzymanie go w dłoniach. Nawet wbity w ziemię miał wciąż imponujące rozmiary, sięgał bowiem piersi Pajęczarza.
- Znasz go? - spytał opierając się łokciem o jelec miecza. Królik milczał.

[po prawdzie i ja mam podobne problemy z powiązaniami... Teraz więc wiadomym jest czemu powiązania u Iskry są wiecznie w budowie ._."
A pisząc o Lodzie... No nie mogłam się powstrzymać, by ojca Dara tu nie wpleść xD]

Iskra - Marcus - Gabriel pisze...

Królik nie był zadowolony. Wprawdzie trucizna była dla niego niczym druga krew, nie miała przed nim tajemnic, tu sprawiła mu problem.
- Znam. - padła krótka odpowiedź, Gabriel bowiem nie zwykł ignorować pytań swego przyjaciela. Półelf gwizdnął cicho, a jego koń przytruchtał zaraz do swego pana buńczucznie łbem rzucając. Królik wstał i szybkimi ruchami odpiął od siodła sakwę. Zabrzęczały fiolki, zaszeleściły zioła, dłonie na powrót zapłonęły, choć tym razem blask był zielony. Królik dobył sztyletu z cholewy buta i rozciął Darrusową koszulę. Potem na ranę na żebrach wylał zawartość niewielkiej, smukłej fiolki. Z rany uszedł dym, opiekuńcze dłonie Królika dotknęły rannego boku, a lecznicza energia wniknęła w ciało Dara.
Marcus w tym czasie schylił się po Figla, który wskoczył zaraz na jego dłoń i wspiął się na ramię swego pana. Tam popiszczał chwilę, a za swe trudy został nagrodzony sucharkiem. Pajęczarz wyjął miecz z ziemi, wyjął szmatę z juków swego siwka i przysiadł na ziemi wśród trupów czyszcząc ostrze Lodu.
Gabriel natomiast szeptał pod nosem coraz to bardziej skomplikowane formuły, na jego czoło wystąpił pot, znów skoczył do juków, tym razem wyszarpał mieszek z rzadkimi ziołami, zachowanymi na ostateczność. Teraz była właśnie ostateczność.
Ukruszył w palcach liście Mewy, rośliny rosnącej jedynie nad wodami słonymi, a drobny proszek zaraz pokrył cięcie na żebrach. Gdy zioła wchodziły w reakcję z króliczą magią i trucizną, sam Biały zajął się resztą ran Dara dzieląc swą energię między siebie i rany, a także pewną częścią wspierając też Brzeszczota.

[*żółwik xD*
Ja tam nic w moich opisach genialnego nie widzę ._.
O co Ty żeś zazdrosna? xD Mój pan mag? Pewnie by mógł pomóc, choć nie wiem jak jego pomoc miałaby wyglądać :D]

Iskra - Marcus - Gabriel pisze...

Marcus z pozornie rozluźnionego, zmienił się nie do poznania, gdy tylko o jego ludzkie uszka obiły się dźwięki. Lód znów zabłysł groźnie odbijając blask ognia w ostrzu. Jednak nie był to wróg, co poniekąd Pajęczarza zdziwiło, jak i zasmuciło. Rozkręcił się, w dodatku, używał swej ulubionej broni i... No, mało mu było po tej krótkiej rzezi. Marcus nie miał innego miana na tą akcję sprzed chwili, bo walką na pewno by tego nie nazwał.
Marcus miał jakiś ukryty talent, czy też rękę do zwierząt, bo gdzie się pojawiał, tam i do niego ciągnęły zwierzątka. Tak też spotkał Figla. Ale o tym kiedy indziej.
Gdy kobyłka zbliżyła się do bruneta, ten sięgnął wolną dłonią do swej torby przy boku i wyjął suchara.
- Prosz - po czym odczekał stosowną chwilę, aż kobyłka sobie go sama chwyci. Niemal go ugryzła, ale był w stanie jej to wybaczyć. Lód trafił do swej pochwy.
- Musimy go stąd zabrać - odezwał się po długiej chwili milczenia Królik. Podniósł się i sięgnął po raz ostatni do swych juków po długie pasy tkanin, który grały tu rolę bandaży. Okład z ziół został przykryty tymi pasami, a Królik znów się zasępił, ocierając pot z czoła.
- Marcus, musimy go przewieźć. Do jego domu. To... Nie jest aż tak daleko. - spojrzał na kompana i od razu odszyfrował niepewność w jego twarzy. No tak, misja.
- Wiesz czym to grozi.
- Wiem, jednak mimo to, wolę go ocalić. Można powiedzieć, że to mój przyjaciel.
- Skoro tak... Ruszajmy. Ale ja go pilnować nie zamierzam. To twój przyjaciel.
Królik odetchnął z ulgą i zaraz znów pojawił się problem. Koszula Dara leżała w strzępach na ziemi, więc trzeba było półelfa okryć.
- Marcus, potrzebuję twojego płaszcza... - nim skończył, powietrze rozdarł jęk niezadowolenia. Pajęczarz miał minę dziecka, któremu odebrano słodki owoc. Krótkie spojrzenie Królika rozwiązało tą kwestię. Marcus ściągnął z siebie pas z pochwą Lodu, ułożył go na ziemi, odpiął klamrę płaszcza i chwilę trzymał go w dłoniach. Ciężka, ciemna tkanina obita futrem soboli na ramionach. Dobra robota. Z westchnieniem podszedł ku ognistowłosemu i odczekał, aż Królik go magią wylewituje do pionu. Potem okrył ramiona rannego swym płaszczem i zapiął klamrę. Potem obaj usadzili go na króliczym koniu, a sam medyk wskoczył na siodło za nim, ściągnął wodze swojego nakrapianego konika, a ten wierzgnął w odpowiedzi.
- Ruszajmy.
- Moment. - Pajęczarz potarł ramiona i przez plecy znów przerzucił swój cudny miecz. Potem wodze ciemnej kobyłki zostały przywiązane do juków siwka, Figiel skoczył na łęk siodła, a sam Marcus wdrapał się na siodło. Obejrzał się jeszcze na zabitych.
- Niechaj gwiazdy was strzegą, a dusza odnajdzie spokój. - to mówiąc, popędził konia za Gabrielem, który już niemal zniknął między drzewami.

[haha, ale nie ma o co być zazdrosnym >D
Hum, Królik specjalizuje się przede wszystkim w leczeniu, ale zakląć może spróbować. Pewnie parę sztuczek by tam upchał, jak to Królik ^^]

Iskra - Marcus - Gabriel pisze...

Pajęczarz dostał okropnego kataru, jakby specjalnie by zademonstrować swe niezadowolenie. Nie lubił rozstawać się z płaszczem, jakby był dla niego jakąś cenną pamiątką. Choć nawet Królik nie wiedział kiedy i jak Marcus zdobył płaszcz. Była to jedna z wielu tajemnic Pajęczarza.
Postoje były częste, bowiem nowy podopieczny Królika wymagał troskliwej opieki, co poniekąd Marcusa irytowało. Nie lubił się dzielić uwagą Królika. Nie lubił się dzielić niczyją uwagą, a przyjaciel bliski był ostatnią osobą, której to uwagę pragnąłby stracić. Słuszność jednak była w króliczych czynach, więc Marcus milczał. Nie pisnął słowem, nie marudził, nawet zachowywał się podejrzanie cicho. Rozpoznał z daleka wioseczkę w której powstał jego Lód, choć było to tak dawno temu. Pamiętał kowala, pamiętał jego kuźnię. I jego spojrzenie.
W tej chwili stali parę staj od wioski, ranny wymagał zmiany okładu na żebrach, a Marcus karmił kobyłkę sucharami. Sam miał ich dość i wolał zapolować na jakąś zwierzynę, tak więc pozbywał się zbędnego balastu. Kobyłce chyba się to podobało, tak samo jak Figlowi, który zaskakująco szybko pochłaniał sucharki, jakby konkurował z klaczą o to, kto zje więcej. Kruche ciało pająka mieściło zaskakująco wiele.
- To ostatni postój. Musimy się teraz sprężyć. Wody mamy koniec, widzę, że i sucharów się pozbyłeś. Na koń Marcusie. Nie oglądaj się na mnie, a konia swego skieruj do kuźni...
- Wiem. Znam tego kowala. - Marcus nie dał Królikowi skończyć. Reszty wiadomości się domyślił, przecież po co pchaliby się właśnie do kuźni, gdyby kowal nie był związany z tym ognistowłosym. Zapewne rodzina. Albo coś.
Wskoczył w siodło i popędził siwka do galopu. Królik poszedł w jego ślady. Pajęczarz, mimo przyzwolenia by jechać przodem, wolał trzymać się obok. Nie wiadomo przecież, czy droga jest czysta i czy niczego na niej nie napotkają. A Lód jak nic złakniony krwi był.
W pełnym galopie wpadli do wioseczki, a stukot kopyt o wydeptaną drogę niósł się echem. Królikowi wydawało się, że każde stuknięcie podkowy o bruk jest niczym huk lawiny. Dar chwiał się niebezpiecznie, tak, że Królik wkrótce musiał zrezygnować z trzymania wodzy obiema dłońmi. Jedna z nich chwyciła Dara stanowczo w pasie, by nie spadł, druga zaś wciąż ściskała wodze.
Zatrzymali się tuż przy kuźni, tuż przy kowalu, który to na zaskoczonego wyglądał. Zresztą, miał do tego święte prawo. Królik ześlizgnął się z siodła w porę Dara łapiąc. Jedną z jego bezwładnych rąk przerzucił sobie przez szyję, podtrzymując go. Miał nadzieję, że ojciec Brzeszczota go rozpozna. Przecież tu dorastał.
Kaptur opadł na plecy medyka, Marcus zeskoczył z konia, a Lód zakołysał się niebezpiecznie na jego plecach. Konie parskały, a para unosiła się w górę. Noc była naprawdę chłodna.
- Nie ma czasu. - padły słowa Królika miast zwyczajnego powitania. Opatrunek znów wymagał zmiany, inaczej miast pomóc, zacznie szkodzić. A nie na tym polegały przecież czary Białego.

[*ma słabość do takich ocząt ;__;* staram się jak mogę i staram, ale mnie się nic nie podoba z tego co piszę... Nie mniej jednak miło, że komuś się to podoba xD]

Iskra - Marcus - Gabriel pisze...

- Jest źle, ale nie pozwolę mu umrzeć. Prędzej skończy mi się mana i pomysły. - mruknął Gabriel w odpowiedzi na słowa Młotorękiego. Pomysłów miał owszem wiele, ale niestety moce magiczne miały swoją cenę. Królik odczuwał już zmęczenie, powieki stawały się coraz cięższe. Do spółki z kowalem dowlekli Dara do jakiejś izdebki gdzie chyba kowal sypiał. Półelf miękko osadzony na twardym materacu jęknął, co Królik wziął za dobry znak. Zaraz podwoił moc jaka płynęła z jego zasobów wspomagając ognistowłosego. Pajęczarz dotąd trzymający się z tyłu, przyniósł ze sobą juki Gabriela. Ten skinieniem mu podziękował i zaraz zabrał się na powrót do pracy. Figiel przeskoczył na ścianę, a w panującym półmroku wydawał się ze dwa razy większy niż zazwyczaj.
- Wody Maltornie. Wody mi trzeba - sapnął Królik ocierając czoło rękawem koszuli. Opatrunek został błyskawicznie zmieniony, a trucizna z wolna ustępowała. Mimo wszystko, Gabriela martwił stan jego sił. Mogii mogło nie wystarczyć.

[czemu się obraziłaaaaś? :c]

Iskra - Marcus - Gabriel pisze...

Zamglone spojrzenie Królika chwilę wpatrywało się w wisior, jakby nie rozpoznawał cóż to takiego. Zachwiał się lekko, lecz chwycił w dłoń Gwiazdę, drugą ręką zaś rozmasował sobie skroń. "Teraz formuła, formuła Rafaelu!" rozległ się cichy głos w jego głowie, co tylko mocniej go poirytowało. Wiedział co robić.
Marcus obserwował przyjaciela z niepokojem. Wiedział gdzie jest granica w użyciu przez Królika magii, a z obserwacji wynikało, że przyjaciel bardzo szybko się do niej zbliża. Pewnym krokiem więc podszedł do Gabriela i stanął za nim, pilnując, w razie czego gotów pochwycić osłabionego półelfa. On zdawał się jednak nic nie widzieć. Mamrotał pod nosem szybko, niczym pełnokrwisty elf, wisior spoczął na piersi Dara, a ręce Królika na jego zatrutej ranie. Płonęły. Znów płonęły szmaragdowym płomieniem.
Dłoń Marcusa spoczęła na ramieniu Królika, choć ten o to nie prosił. Pajęczarz poczuł gwałtowny odpływ sił, gdy magia pociągnęła lwią część energii także z niego. Nie zachwiał się jednak, nie poddał, a trwał tak z twarzą zastygłą w wyrazie obojętności. Ciemne oczy Pajęczarza wpatrywały się w Figla, który ostrożnie poruszał się po ścianie.
Zaklęcie okazało się trafem w dziesiątkę, podobnie jak połączenie go z elfickim amuletem. Królik cofnął dłonie, a po ranie nie było śladu. Jedynie cienka blizna, której mocno osłabiony Gabriel nie był w stanie się pozbyć. Wstał, ostatkiem sił wręczając kowalowi amulet.
- Podziałało. Nie mogę wybudzić go teraz... Nie mam... Siły... Ale wkrótce otworzy oczy... Na pewno... - nie miał siły na normalną rozmowę. Jego głos słabł z każdym słowem, przy końcu już szeptał, a potem osunął się na ziemię. W porę pochwycił go jednak Marcus.
- Figiel, chodź. - niski głos Pajęczarza przywołał do porządku pająka, który wykazywał niezdrowe zainteresowanie ognistymi kosmykami Dara. Pupil posłusznie skoczył na swego pana, a potem przeszedł na Gabriela. Chwilę po nim pochodził, jakby szukając czegoś. A potem, ni stąd ni zowąd półefla ugryzł. Biały Królik wrzasnął i zerwał się na równe nogi. Pajęczarz natomiast wyszczerzył się głupio ściągając z niego Figla.

[jak to! nie godzę się na to!]

Iskra - Marcus - Gabriel pisze...

Królik uniósł wysoko brwi. Bardzo wysoko. Spotykał różnych ludzi, zresztą wychował się tu. Mimo to dyscyplina w Bractwie i mordercze treningi pod okiem Tancerza Ostrzy sprawiły, że zapomniał o tym jacy są ludzie w takich małych wioskach. Że bali się strzyg, wiwern, enidrag, wąpierzy i wszystkiego, co mogło spisać na straty ich dobytek. Że wierzyli iż pojawiająca się na niebie czerwona kometa zwiastuje powrót smoków. Wierzyli, że deszcz spadających gwiazd zwiastuje narodziny kogoś przeklętego. Zapomniał o tym wszystkim, lecz teraz to powróciło. Gabriel przyklęknął przy kowalu, kładąc dłoń na jego ramieniu. Wyczuł pod cienką lnianą koszulę puls żył, jego dłonie wyczuwały grę mięśni pod skórą.
- Nie musisz padać przede mną na kolana, wszak bogiem nie jestem. Mimo to byłbym wdzięczny za gościnę dla mnie i mojego przyjaciela. Jestem wykończony, on podobnie. Nasze konie także nie pogardzą odpoczynkiem. - a potem się uśmiechnął. Uśmiechnął lekko i z tą tajemniczą mocą, z jaką czynią to elfy. Gabriel miał w sobie więcej z elfa niż z człowieka i to było widać gołym okiem.

[... ale mi idzie samoocena up... xD ale Ty przecież też piszesz dobrze! notki szczególnie ^^]

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

- Nie musisz tłumaczyć, o nic przecież nie pytam. - mogłoby się zdawać zbyła jego słowa. Cóż, chciałaby by tak było. Nigdy by nie podejrzewała, że jest aż tak bardzo ciekawska. Ludzie! Widocznie przystawanie z nimi odsłaniało jej gorsze cechy. Na coś w końcu winę złożyć trzeba.
- Nie mam nic przeciwko słowom, Brzeszczot. - "Chyba, że twoim" zawisło niewypowiedziane w powietrzu zdanie. Niektórych rzeczy naprawdę się nie zmieni. W tym stosunków najemnika z elfką, czy też elfki z najemnikiem.
Przybycie kowala, miast ją zmieszać, co najwyżej poderwało na nogi. Zwłaszcza, gdy oczami swojej nadto bujnej wyobraźni spostrzegła Brzeszczotowe do Zahira podejście.
- Nie musisz zajmować się Zahirem. - wydusiła z siebie, pośpiesznie tłumacząc, nie wiadomo, czy Młotorękiemu, czy jego synowi. - Zwykle zajmowałam się nim sama, Brzeszczot naprawdę nie musi... Cóż z tego, jeśli ich gospodarz nawet nie chciał o takim rozwiązaniu słyszeć. Wobec takiego obrotu sprawy, nie chcąc czuć się zbędną, zaproponowała swoją pomoc, gdy tylko ucichł stukot butów najemnika... Brzeszczota, znaczy się. Lecz i tu spotkało ją rozczarowanie, bo Młotoręki ani chciał słyszeć o pomocy gościa.
Gdy zaś wrócił Dar, zastał tę dwójkę siedzącą przy stole, elfka z ożywioną twarzą opowiadała jakąś historię gospodarzowi, głowy nawet nie obróciła, gdy Brzeszczot w drzwiach stanął.

Szept

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

[Wybacz, gadu mi się zbuntowano, net znowu szwankuje. Więc do napisania i się wyśpij, a i ja się żegnać będę]

Iskra - Marcus - Gabriel pisze...

[ jeszcze takie zapytanie. Bom sie naczytala znowu i w ogole i szalony pomysl. Zeby zrobic ma keronii tak, by byly dwie pory roku. Zima i lato. By nie mialy ustalonego czasu trwania, tak, ze lato moze trwac wiele lat, a i zima takze. W dodatku zima bylaby zawsze bardzo sroga, cale dnie byly by nocami. Woec zima bylaby jedna wielka mrozna noca, podczas ktorej budza sie zapomniane mostra. Powiedz mi coz na ten temat sadzisz, bo nie wiem czy opalaca sie w ogole z tym do Nefryt pisac.... ]

Iskra - Marcus - Gabriel pisze...

[ ps. Mam ochote na napisanie czegos,male samemu to glupio :c ]

Iskra - Marcus - Gabriel pisze...

[ ps. 2 4598853, jest moj numer gg to. ]

Iskra - Marcus - Gabriel pisze...

[ ps nr. 73728263838 -.-
Oczywiscie, jakbys chciala wysluchiwac moich nie do konca normalnych pomyslow i czytac me marne wypociny. Mam w zwyczaju spamowac takimi roznymi autorke Lu i Szept, wiec ostrzegam, tak by the way.... :c ]

Iskra - Marcus - Gabriel pisze...

Marcusa mało obchodziło cokolwiek. Ranny półelf nie był już ranny więc najchętniej zabrałby swój podbity futrem płaszcz. Z drugiej jednak strony, nie chciał działać Królikowi na nerwy.
- Gabriel...
- Bogowie, weź go sobie. Czasem mam wrażenie, że nie masz osiemdziesięciu lat, tylko czternaście - a jednak, Królik się poirytował. Pewnie ze zmęczenia. Pajęczarz nadymał policzki jak niezadowolony młodzieniaszek i porwał zaraz swój płaszcz, który zaraz trafił na ramiona zabójcy. Pochwę z Lodem trzymał w dłoni, a cienie tańczące na jego twarzy nadawały mu naprawdę niepokojący wygląd.
Biały natomiast okrył Dara kocem, który znalazł szperając po izdebce. Po raz ostatni sprawdził temperaturę jego ciała i stan zabliźnionej rany. Żadnych niepokojących znaków.
Obaj opuścili niewielki pokoik pozostawiając w nim Dara. Marcus większe zainteresowanie wykazywał kowadłem i żelazem niż ludźmi, nawet jeśli nie było ich wielu. Uwagę jego pochłonęły miecze najprawdopodobniej wykute dla żołnierzy stacjonujących pod wioseczką. Aurelius wywnioskował to z ilości i poniekąd tego, że każdy miecz był na swój sposób podobny do drugiego. Dlatego też cieszył się, że jego Lód jest jedyny w swoim rodzaju.
- Marcus - Królik znalazł się obok kompana i uważnie mu się przyjrzał - Nie żądaj nie wiadomo czego. - upomniał go, choć nic jeszcze przecież sobie nie zażyczył. Co prawda w planach już miał dziczyznę, sarninę, miód i jakieś ryby, ale to chyba musiało poczekać. Gabriel nic więcej nie powiedział. Przysiadł na podłodze w tureckim siadzie i zaczął nad czymś rozmyślać. Tymczasem Marcus usiadł obok, wyjął z kieszeni osełkę, następnie obnażył ostrze Lodu i zaczął je dopieszczać, jakby wcale nie było ostre.
- Kiedyś wyostrzysz go tak, że będzie przecinał powiew wiatru na dwa zaskoczone zefirki - mruknął znów Królik, a potem zamknął oczy i udał się myślami gdzieś daleko. Pewnie do elfów, do których było mu bliżej niż do ludzi. Osełka delikatnie pieściła szerokie ostrze, a Figiel zaczął gonić tańczące po podłodze cienie.

[właśnie taką zimę mam w planie xD byłaby jakaś twierdza magów, którzy zajmowali by się tylko pogodą i porami roku i teraz mielibyśmy koniec najdłuższego lata w historii (lato to trwało ponad 13 lat) i teraz przyszedłby kruk posłaniec z wiadomością, że nadchodzi zima, co byłoby początkiem jakiś zuych wydarzeń~
Bogów pewnie mamy, ale nikt nie pokusił się o ich ustalenie... Może my to zróbmy xD
Kursor mnie czasem tylko irytuje, tak to niech sobie jest, a numer mój to ten 4598853 xD
i żadnych obrażań się, mam krówki... :D]

Iskra - Marcus - Gabriel pisze...

Królik mamrotał coś pod nosem, a jedynym co Marcus zrozumiał była "kiełbasa". Spojrzał więc na druha z dziwnym wyrazem twarzy, a ten w tej samej chwili się ocknął ze swego transu.
- Jaka kiełbasa? - spytał Pajęczarz, jednak odpowiedzi nie otrzymał. Figiel porzucił pościg za cieniami i zdawał się coś wyczuć, tak więc Marcus głębiej się zamyślił, pozwalając swym zmysłom scalić się ze zmysłami pająka. Jedzenie. Dużo. Dobre.
Figiel nie był dobry w budowaniu zdań, choć kompanem był świetnym. Pajęczarz znów zdał się na swe zmysły pozostawiając pająka w spokoju. I wtedy wszedł kowal, a zaraz potem padła prośba. Marcus chwilę się wahał, jednak wstał opierając czubek ostrza o podłogę. Miecz znów sięgnął Marcusowej piersi, w dodatku błysnął złowieszczo.
- Prosz - mruknął Pajęczarz łapiąc za potężny jelec i przysuwając go w stronę Maltorna. No przecież stwórcy Lodu się nie odmawia. Zaraz też odsunął się na ładnych parę metrów. Wiedział czym kończy się stanie zbyt blisko gdy ktoś zamachiwał się Lodem. Królik siedział, więc nic mu nie groziło, Figiel był zajęty badaniem struktury kowadła. Wszyscy bezpieczni.

[właśnie czytam Twoją notkę, można rzec, żem w połowie *-*
Jeśli wyjdzie nam z tą zimą... To będzie to piękne ^^]

Iskra - Marcus - Gabriel pisze...

Marcus odgarnął włosy, które to opadły mu na twarz po raz kolejny przysięgając sobie w duchu, że je zetnie. I to nawet Lodem jeśli będzie trzeba.
Słysząc słowa kowala, uśmiechnął się. Jeszcze powietrza nie ciął, chociaż Marcusa raczej nie powinno się o to pytać. Zabójca zawsze uważał, że jego broń jest zbyt tępa.
- Potrafię. - bojowe iskierki dałoby się dojrzeć w ciemnych oczach Pajęczarza. Uwielbiał tą broń, nawet jeśli była wielka i ciężka dość. Poza tym, mentor jego męczył go o wiele cięższymi przedmiotami, dzięki czemu Lód wydawał się Marcusowi dziwnie lekki, jakby z elfiej pochodził kuźni.
- Gdyśmy wpadli na zbójów i twego syna... Tam się spił krwi, choć mam wrażenie, że jemu zawsze mało. - zmarszczył brwi, więź z Figlem uzmysłowiła mu co zamierza pająk. - Figiel, wróć. - podchodzenie do paleniska nie było dobrym pomysłem, jeszcze Marcusowy pupil by się spalił. Pająk zaraz pognał po podłodze i uczepił się nogawki kowala.

[Muszę to ładnie opisać i do Morci wysłać w nadziei, że szybko to rozpatrzy. Chcę zimę ;__; a Ty... Ty... Wyłaź mi tu z tymi krówkami! xD]

Iskra - Marcus - Gabriel pisze...

Marcus skinął głową. Sam nie znalazł dla Lodu lepszych określeń. Prawić komplementów ponownie nie chciał, bowiem nie lubił się powtarzać, a Maltorn usłyszał już tyle pochlebstw gdy Marcus odbierał miecz, że samemu Pajęczarzowi było potem głupio.
Królik powstał z ziemi otrzepując swe spodnie i płaszcz, natomiast Figiel ostrożnie stuknął odnóżem raz czy dwa w rękę kowala, jakby sprawdzając, czy nie rozpadnie się zaraz i z ufnością skoczył w szorstką dłoń Młotorękiego. Co prawda, nie zmieścił by się nawet w obu jego dłoniach, ale i z tym pająk sobie poradził umykając na ramię człowieka. Pisnął coś, a piśnięcie to zrozumiał jedynie Pajęczarz, który zaśmiał się cicho.
- Masz szorstkie dłonie, Figlowi więc zdaje się, że miast nich masz na nadgarstkach osadzone dwa sucharki o dość oryginalnym smaku. - Lód trafił znów na plecy zabójcy, a potem poszedł w ślad Królika, który to najwyraźniej zwęszył już jedzenie i udał się w jego kierunku.

[jak już kidyś do mnie napiszesz i nastanie ten epicki moment w którym będę w posiadaniu Twego zacnego numeru, to wyślę Ci paru moich bogów >D Co do pór roku - ma być sonda, żeby inni się wypowiedzieli~]

Nefryt | Hera pisze...

[Oj, no proszę cię, zacznij. Ciężki dzień w szkole miałam... ]

Iskra - Marcus - Gabriel pisze...

Obaj przysiedli do stołu. Marcus porwał od razu mięso, jak najwięcej, z kolei Gabriel unikał mięsa. Wolał owoce i miód.
Gdy kowal mijał stół, Figiel zwinnie skoczył, lądując między potrawami, po czym szybko przemknął po stole i zniknął pod Marcusowym płaszczem.
- Kiedy twój syn się zbudzi, powiedz mu, że mam do niego parę pytań - mruknął Gabriel przyglądając się strukturze jabłka, które to w dłoni trzymał. Znów coś go męczyło najwidoczniej.
Pajęczarz spojrzał na owoce, jakby się zastanawiając. Potem jego wzrok znów padł na mięso. Więcej myśleć nie musiał. Kontynuował pochłanianie mięsiwa zapominając o całym otaczającym go świecie.

Iskra - Marcus - Gabriel pisze...

- Można tak to ująć - odparł Królik, choć odpowiedź jego zapewne niczego nie rozwiązała. Podwinął rękawy swej koszuli odsłaniając ręce pokryte wieloma bliznami, a także dwa tatuaże, po jednym na każdej z rąk. Na lewej widniał Przedrzeźniacz, ulubieniec elfich władców, na prawej zaś Królik miał wytatuowanego węża.
Mimo iż Przedrzeźniacz symbolem mógł zostać nierozpoznanym, tak węża z gatunku Krzyków miał wytatuowany każdy wtajemniczony w wyższego szczebla wiedzę o truciznach.
Figiel owinął się wokół brzoskwini i zaczął się z nią tarzać po stole, jakby się z nią siłował.
- Brzeszczot - mruknął Królik. I tak wiedział, że mieszaniec go usłyszy. - Nie powinieneś w ogóle wychodzić z tego przeklętego łóżka. Twoją Borówkę znajdziemy. Kimkolwiek jest...

Iskra - Marcus - Gabriel pisze...

Borówka. Mech. Śmierć.
Cholera, było tej śmierci ostatnio za dużo. Za dużo i zbyt często, jakby jej cień kładł się na ich drodze zabijając po drodze wszystko co żywe i drogie. Królik w jakiś sposób wyklinał siebie w duchu, mogli spiąć konie bardziej. Mogli ocalić więcej ludzi. Było za późno.
Marcus otarł rękawem usta, co by nie wyjść na jedynego jedzącego i obserwował uważnie całą trójkę. Dłonią odruchowo wyszukał rękojeść Lodu, Figiel spoważniał i porzucił tarmoszenie brzoskwinki.
Królik natomiast rozważał użycie zaklęć tłumiących zmysły, przynajmniej do czasu kiedy Dar zacznie przypominać coś żywego. Z ukosa przyjrzał się jego ojcu. Być może będą musieli upartego półefla targać do wyżej wspomnianej Borówki.

Iskra - Marcus - Gabriel pisze...

Kiedy kowal zniknął z pola widzenia, odezwał się Gabriel
- Mogę przytłumić twoje zmysły na jakiś czas. - zaoferował, choć chyba znał odpowiedź. Zatarł ręce, które zaczęły go mrowić. Magia zaczęła się odradzać w nim, czuł też jak przepełnia znów jego ciało.
Królicza Gwiazda Zaranna miała właśnie taką właściwość. Szybsza regeneracja sił. Na wspomnienie o amulecie sposępniał na chwil parę. Wszak jego właściciel nie żył już od wielu lat.
- Na moje, to lepiej przytargaj go na ławkę. Rzyć sobie odmarznie jak będzie tam siedział - Marcus rzecz jasna nie kwapił się, by Królikowi pomóc w razie czego. Ostre spojrzenie medyka nic nie pomogło. Aurelius wzruszył ramionami i powtórzył
- To twój przyjaciel.
Biały podniósł się i stawiając ciche kroki zbliżył się do Dara przykucając obok.

Iskra - Marcus - Gabriel pisze...

- Ratowanie tyłków nie moich przyjaciół mnie trochę kosztowało - Marcus wzruszył ramionami i oblizał palce, a Figiel pisnął coś do brzoskwinki.
- Oj Marcus, daj spokój - mruknął Królik powstając. Skoro Dar odmawiał przyjęcia pomocy, to i narzucać się nie będzie. Zsunął rękawy i przysiadł znów na ławie.
- Kto to ta twoja Borówka? - Gabriel nie wytrzymał, co było w zasadzie dość dziwnym zjawiskiem. Zawsze taki opanowany i spokojny a tu proszę, niecierpliwość go dopadła.

Iskra - Marcus - Gabriel pisze...

- Sam się zaoferował - Marcus w końcu przeniósł spojrzenie ze stołu na Dara. Powstał i podparł się pod boki. Lód niebezpiecznie zakołysał się na jego plecach. Pajęczarz miał osiemdziesiąt cztery lata, choć mało kto o tym wiedział. Przez chwilę mogło się wydawać, że nabije najemnika na pal, ale zaraz zrezygnował, chwycił kubek miodu i wypił.
Figiel skoczył ze stołu i podreptał do Dara, jakby pragnąc się powitać. Dawno się w końcu nie widzieli.
Pajęczarza osobiście zdziwił taki akt spoufalenia, przecież pająk zwykle trzymał się z daleka od praktycznie wszystkich.
Gdy padły kolejne słowa Dara, obaj mężczyźni wymienili ponure spojrzenia. Pajęczarz naciągnął mocniej płaszcz, by futro lepiej okryło jego szyję i przymknął na chwilę oczy.
- Przeżyłeś tylko ty i to tylko dlatego, że Królik nieomal sam oddał ci swoje życie. - mruknął Marcus krzyżując ręce na piersi. - Gdy wpadliśmy na polankę kobieta już nie żyła. - Królik westchnął jedynie tracąc apetyt i ochotę na cokolwiek. A mogli zdążyć...

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

Statek leniwie kołysał się na morzu. Barkentyna, ochrzczona wzniosłym mianem "Lady D.", z nieco odrapaną od podwodnych raf burtą, niegdyś białymi, obecnie poszarzałymi żaglami i unoszącym się zapachem soli, którym zdawało się, że przesiąka wszystko dookoła. Kapitan stał na mostku, korpulentny jegomość z fantazyjną bródką, obserwujący póki co spokojne morze. Wspaniała pogoda, by zacząć podróż. A i zarobek większy niż zwykle, bo i pasażerów wziął na pokład.
Majtkowie kręcili się, zwijając liny i czyszcząc podniszczone pokładowe deski. Jeden z żeglarzy wspinał się mozolnie, niczym prawdziwa małpka, zręcznie i pewnie. Praca wrzała pełną parą.
Zaś wspomnieni dwaj pasażerowie stali na dziobie statku, by zbytnio nie przeszkadzać. Przynajmniej to właśnie kierowało Szept, gdy miejsce to sobie obrała. Poza tym, lubiła oglądać rozciągające się przed nią aż po horyzont morze, cud nad cudy. Gdyby jeszcze osobnik obok potrafił to wszystko docenić. Cóż... pod żadnym względem nie przypominał swego ojca, którego okazję miała magiczka poznać. Hmmm... może był jakimś podrzutkiem, czy co?
- Twój ojciec jest w porządku. - ups... chyba nie powiedziała tego na głos. Chyba jednak powiedziała. - Jak na człowieka.

Szeptucha

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

- Cóż... ty to powiedziałeś. - wychyliła się odrobinę, obserwując zielonkawoniebieską toń obijającą się o burtę "Lady D". Ona nie miała problemów z kołysaniem, przynajmniej na razie nie miała tegoż szczęścia, by takowy problem odkryć. - Mi zaprzeczyć nie wypada. - uderzyła ją w oczy niezwykła wprost bladość Brzeszczota, kurczowo zaciśnięte palce...
- Jeszcze zamknij oczy, będzie jak znalazł, najemnik bojący się wody. - a jednak zielonkawy odcień niepokoił ją... odrobinkę.
- Nawet nie myśl, że będę koło ciebie skakać tylko dlatego, że cierpisz na chorobę morską. Nie waż się.

Szept

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

- Oj, weź, nie rób z siebie cierpiętnika. Nie ty pierwszy i z pewnością nie ostatni przechodzisz przez coś takiego. - łatwo jej było mówić, gdy podobnych ewolucji żołądkowych nie przeżywała.
- Szlag by cię. Pomocą miałeś być, a nie nowym utrapieniem. Jadłeś coś? Jeszcze mi powiesz, że ciężkostrawnego śniadania ci się zachciało. - ciągle zieleniejąca twarz najemnika nie wróżyła nic dobrego świeżo wypolerowanym deskom pokładu... ani kołyszącej się, bulgoczącej wodzie.
- Jak zwrócisz, to ci ulży. Odrobinę. - no nie. I jednak kończyła jako ta opiekunka. - A to wypatrywanie oczu ci na pewno nie pomoże.

Szept

Iskra - Marcus - Gabriel pisze...

Do Marcusa dopiero teraz dotarło, że dziwny to fakt, iż najemnik ZNA Figla. I, że jakaś Borówka TAKŻE. Zasępił się, ściągnął brwi, a Królik wyglądał podobnie. Zapadła chwila ciszy zakłócanej od czasu do czasu trzaskiem w palenisku. W końcu obaj spojrzeli po sobie, a odpowiedź padła równocześnie.
- Iskra. - mimo iż słowo i osoba ta sama, reakcja na nią była zupełnie inna. Pajęczarz uśmiechnął się pod nosem wspominając noce spędzone razem, natomiast Gabriel plasnął dłonią w czoło i zjechał w dół, po swej twarzy. Skoro Dar znał Iskrę, co gorsza, znał Figla, to i wiedział gdzie obaj należą. A jeśli jeszcze tego nie wiedział, to gdy przestanie go kręcić w nosie, domyśli się.
- I tak będzie jeszcze jakiś czas - Królik w końcu zdecydował się podjąć wątek. - W dodatku zostanie ci blizna, nie miałem już siły na pozbycie się jej. - to było niemal jak skaza na króliczym honorze. Ale cóż mógł poradzić.
- A i ja bym ci radził ziółka pić. Trucizna sporo namieszała. - a picie króliczych ziółek kwalifikowało się niemal pod samobójstwo. Była jedna osoba, która mogła je pić bez uszczerbku na zdrowiu. Marcus.
Ale on się nie liczy. W końcu, co zioła w śmiertelnej dawce mogą zrobić człowiekowi, który na co dzień pija pajęczy jad? (żeby tylko to.)

Marcus/Gabriel

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

- A poprawi ci to humor? - Kto by pomyślał, że cierpiący mężczyzna może aż tak narzekać? Mało to walki miał za sobą, mało razy oberwał od życia i cudzej pięści? A tu słabość ciała nań przyszła i wielka sprawa od razu.
- I tak się składa, że jeśli sobie tego życzysz, mogę ci taką fiolkę dać - dodała dziwnie jak na nią ugodowym tonem.

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

- Więc może wody? - zasugerowała. - Albo się połóż. To powinno ci dobrze zrobić. Kapitan, dzięki swej uprzejmości - a raczej sowitej zapłacie - zaoferował nam miejsce pod pokładem, gdybyśmy chcieli wypocząć.
Zachowywał się jak dziecko. Irracjonalnie. Zdecydowanie tak. Tylko czemu, na bogów, ona zaczynała koło niego skakać, jakby był obłożnie chory? Stop. Już lepiej nic nie powie, zanim jeszcze bardziej się zbłaźni. I to przed człowiekiem.

Szept

Iskra - Marcus - Gabriel pisze...

Królik zacmokał przesuwając palcami po drewnianym stole.
- Nie żeby od razu cię zabijać, bo szkoda mojej pracy. Ale taka słaba dawka... No kiedyś musisz się na tą magię uodpornić! - Biały rzecz jasna na myśli miał ciągłe Darrusowe kichanie. Na medyczne oko było to jak alergia, choroba jakaś, co to utrudnia życie. A on, jako wprawny życio-ratowacz, miał oczywiście słuszne zapędy by to coś z Dara wypędzić. Królik potrafił być czasem niebezpieczny, zwłaszcza jeśli idzie o jego gadaninę.
- Nadal nie wiemy kim jest twoja Borówka, Brzeszczot - Gabriel pochwycił jabłko i przyjrzał się skórce oceniając jakby. W rzeczywistości, szukał już okazji, żeby nafaszerować kogoś lekami.
Medycy zawsze byli dziwni.

M/G

Iskra - Marcus - Gabriel pisze...

- Najlepiej to, dlaczego Siepacz i Łapacz obrali sobie na cel niczemu winnych wieśniaków i mieszańca - burknął Marcus grzebiąc po swoim płaszczu.
- W zasadzie, dobre pytanie - dodał po chwili Królik odnotowując gdzieś informacje dotyczące dziewczynki. O lekach swych zapomniał równie szybko, jak sobie o nich przypomniał, więc na chwilę obecną, Dar i jego zdrowie byli bezpieczni.

M/G

Iskra - Marcus - Gabriel pisze...

Królik przejechał ponownie dłonią po twarzy.
- W coś ty się wpakował? - w sumie, dobrze, że jego wróg nie najął Bractwa, które nie tylko zabijaniem się ostatnio parało. Gabriela przez chwilę zajęło to, czy byłby w stanie zabić Dara, gdyby takie było zlecenie. Z nieco bardziej ponura miną, odsunął te rozważania na potem.
Marcus tymczasem stracił zainteresowanie jedzeniem. Figiel zachowywał się źle, tarzał się po podłodze i uciekał. Pajęczarz dawno nie widział żeby pupil tak się zachowywał. W końcu uciekł pod szafkę i tyle. Aurelius przykucnął przy meblu i wczuł się w sieć pajęczych odczuć.
- Coś jest nie tak. - mruknął w końcu i dał Figlowi spokój. Dłoń odruchowo powędrowała do rękojeści Lodu.
- Zdaj się na coś i mi powiedz czy coś czujesz w okolicy. Coś śmierdzącego jak... - Marcus zamyślił się chwilę znów w Figlowe odczucia popadając - Jak goblin. Ale nie całkiem. Ciężko to określić - dodał zaraz z irytacją skierowaną wobec swojej osoby. Że też więcej czasu nigdy nie poświęcał na czytanie w zmysłach pająka.

M/G

Iskra - Marcus - Gabriel pisze...

Gabriel zaklął szpetnie, jak nie on, natomiast Pajęczarz skoczył do okna i wyjrzał przezeń mrużąc oczy.
- Borówka i twój ojciec - uściślił, przecież kowal wyszedł po dziewczynkę i do tej pory nie wrócił. Królik tymczasem spojrzał z ukosa na Dara, któremu za nic nie miał zamiaru pozwolić się choćby zbliżać do przeciwnika. W życiu nie słyszał o takim czymś. A skoro on nie słyszał...
- Marcus? Czy to się wlecze za tobą od Ostrego Kła? - Pajęczarz pochodził z gór. A tam czaiło się wszystko, nawet to, co ludzie uznawali za dawno wymarłe.
- Nie, to tutejsze. Jakby przyszło za mną, to obudzilibyśmy się widząc nasze głowy na podłodze. - mruknął w odpowiedzi i oderwał się od okna. - No dobra panocki, ja chętnie się rozejrzę. Kalekę najlepiej zanieś do jego ojca i tej małej. - zerknął jeszcze ukradkiem na nóżkę Figla wystającą spod szafki. Jeśli nie wyjdzie, to nic mu się nie stanie. Co prawda, będzie zdany sam na siebie, bo pająk nie zamierzał się włączać do walki, ale cóż. Nie z takimi rzeczami musiał sobie radzić.
Królik osobiście wątpił, że Dar pójdzie na taki układ po dobroci.

M/G

Iskra - Marcus - Gabriel pisze...

Marcus zachichotał pod nosem, ale zabójcze spojrzenie Królika uciszyło go skuteczne. Nawet bardziej niż skutecznie. Przypłacili jednak tą chwilę dyscypliny tym, że Dar zdążył wyjść.
Obaj wypadli na zewnątrz, dłonie Gabriela zdążyły się parę razy zacisnąć w pięści i na powrót rozluźnić, natomiast Pajęczarz dobył swego wielkiego miecza. Królik dopadł zaraz Dara
- Bogowie, jak mi tu padniesz, to obiecuję, że oddam w ręce jakiegoś eunucha. Albo Lofara. - medyk i w Lofarowej karczmie znajomości miał, a, że zasłyszało się także to i owo... Grozić mozna było.
Na dworze panował chłód. Zimno przenikało warstwy ubrań. Koniec lata zbliżał się nieubłaganie.
Gabriel stanął na drodze i rozejrzał się uważnie. Jego węch był przytępiony, jakby ktoś założył mu klamerkę na nos. To było okropne i... Fascynujące zarazem.

[ Dziki Łów kojarzy mi się z buką o.o ]

Iskra - Marcus - Gabriel pisze...

[o taaaak :c az teraz mam ochote ogladac muminki xd ps. Doszedl Ci na gadu kolejny opis? Boga burzy chyba]

- Ja się nie ośmielę? - uśmiechnął się zawadiacko Królik. No, co prawda, oddanie Dara w Lofarowe ręce byłoby czymś... Drastycznym, ale skoro tego wymagały okoliczności...
- Dobra, potem zastanowimy się w czyje ręce cię oddac, wiesz jak to coś przepędzić? I nie, to nie ja tak dyszę... - przynajmniej tak sądził. Ciałem był prawie jak elf, więc i oddech jego bardziej podobny był do długouchych, tak samo jak i ruchy i maniakalna gestykulacja. Marcus stał spokojnie, więc to także nie był on. Zostawala wiec jeszcze jedna opcja... Dziki Łów był bardzo blisko.

Iskra - Marcus - Gabriel pisze...

Królik ściągnął brwi. Czyli mieli do czynienia z czymś... O czym nie wiedzieli niczego. Zachłysnął się powietrzem, kiedy i jego uszy odebrały szuranie.
Marcus na wszelki wypadek oparł Lód na ramieniu, w razie gdyby potwór okazał się wrażliwy na rany zadane takim ostrzem. Żałował też, że nie ma z nimi jakiegoś porządnego maga, bo o ile Królik dobry był w tym co robił, to niestety na takim stworze za wiele swoimi kombinacjami by nie zrobił. Poczuł jak strach wdziera się w jego duszę, choć nie wiedział dlaczego. Gabriel poczuł to samo i spojrzał na kompana. Najwyraźniej to coś potrafiło również mieszać w głowach.

[Gumisie też były fajne! Ale buka była straszniejsza. I hatifnaty!]

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

- Nigdy żadnej nie spotkałam. - nie o to wszak najemnik pytał. Morze dla Szept miało jednak znaczenie piękne, ale i nieco złowrogie, droga do odejścia dla wielu jej rodaków. Droga, którą odeszła jej matka... Nie, Szept znacznie bardziej wolała góry. Góry znała.
- Wierzę. Na tym świecie jest wiele dziwów, wiele niepojętych zjawisk. Czemu nie miałyby być i syreny?

Szept

Iskra - Marcus - Gabriel pisze...

- Mhm - mruknął Królik w odpowiedzi, całkiem ignorując zaciśnięte na swym ramieniu palce Dara. Rozważał parę znanych mu sposobów na strzygi, czy ghule, rozważał postraszenie Dzikiego Łowu pochodnią, ale przy każdym możliwym rozwiązaniu rozsądek podpowiadał, by tego nie czynił, bo i bestię rozsierdzi. Póki trzymała się na odległość - było względnie dobrze.
- Irytujące... - mruknął Marcus próbując dostrzec cokolwiek we mgle. I on chciał podejść, ale dziwny chichot powstrzymał go. Najwyraźniej wchodzenie w tą mlecznobiałą zasłonę nie skończyłoby się zbyt dobrze. Tak to z potworami bywa.

[owsiki... *zgon*]

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

- Wiesz, to tylko jedna forma w jakiej przedstawia się syreny. Niektórzy uważają, że wabią one żeglarzy swym śpiewem i urokami, ku zgubie i śmierci.
- Masz może gorączkę? Bo zaczynasz coś bredzić od rzeczy, Brzeszczot. - powoli przyzwyczajała się do kołysania statku i śpiewu morskich fal. Pogoda faktycznie sprzyjała żegludze, wiatr łopotał żaglami, a barkentyna pruła taflę wody, zostawiając w oddali zielone pasmo lądu. Czy tak właśnie czuli się odchodzący?

Szept

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

- Śpiew? Wszystko, co żyje, śpiewa. My elfy, zawsze słyszymy śpiew. Głos tego, co nas otacza. Tylko wy ludzie zapomnieliście, że natura, że zwierzęta, że to wszystko też ma głos. I przemawia. Mówi, czego brakuje, czego potrzeba i ostrzega, gdy coś złego ma się wydarzyć. Tylko... - urwała. Spośród pieśni fali, łopotu żagli, tnących powietrze skrzydeł mew i powiewającego, marszczącego taflę morskiej toni wiatru wyławiając tę jedną, obcą nutę. Śpiew. Głos tak cudny, zwodniczy, miękki jak aksamit, delikatnie wkomponowany w otoczenie, opłakujący samotność, której nikt nie chce ukoić. Proszący, by podróżny zlitował się, podążył w stronę, skąd muzyka płynie. Pomógł.
Zadrżała, czując muśnięcie strachu na swojej skórze. Ten śpiew, tak piękny, przerażał ją.

Szept

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

Tym razem nie obruszyła się, gdy nazwał ją w ten sposób, co już samo w sobie wskazywało, że musi być zdrowo zmartwiona. Szybkim spojrzeniem obrzuciła pokład, lecz spokoju nie przyniosło to, co ujrzała. Oni jeszcze nie słyszeli śpiewu. Lecz gdy usłyszą...
- Kłopoty, to dopiero nas czekają. - spośród wielu legend o syrenach, trudno było znaleźć tę, co prawdę głosiła. Mówiono, że są pięknymi, zmysłowymi kobietami obdarzonymi cudnym głosem. Mówiono, że nie raz tonącego z odmętów wyłowiły, życie mu ratując. Lecz i mówiono, że pozorne tylko ich piękno, tylko do kuszenia służy i oblicze ich straszliwe kryje. Że głos ów ułudą, fałszem. I ten, kto na spotkanie pięknych morskich pań pośpieszy, domu swego i rodzimego brzegu więcej nie ujrzy. A może obie te legendy prawdę mówiły i wśród syren, jak i innych nacji znajdziesz i te z sercem napełnionym dobrocią i te zniszczone przez zło.

Szept

Iskra - Marcus - Gabriel pisze...

I tym, który coś zrobi miał być Marcus, który aż się do tego sposobił. W ostatniej jednak sekundzie, gdy mleczna zasłona niemal połknęła Pajęczarza, zatrzymał go.
- Zostań tu. Ja pójdę, może uda mi się go przegonić, tylko nie pozabijajcie się nawzajem - przykazał im i zaraz też skoczył w mgłę. I tyle go widzieli.
Pajęczarz natomiast niezbyt zadowolony z takie obrotu sytuacji, ostrze Lodu w ziemię wbił i o jelec się oparł. Spojrzenie czujne utkwił we mgle, choć i tak bardziej opierał się na tym, co robi Darrus, jako ten, co widzi i słyszy więcej niż ktokolwiek.

M/G

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

- Porozmawiaj z nim. Spróbuj namówić do zmiany kursu. Ciebie prędzej posłucha. - zareagowała od razu. Cóż, nawet jeśli była pasażerem, wciąż pozostawała obcą, elfką. Do tego jeszcze kobietą. Dwa te argumenty całkiem skutecznie mogłyby zniechęcić do niej kapitana. A jeśli zrozumiał też, że pasażerka jest magiem... Nieufność do magów była, niestety, całkiem powszechnym zjawiskiem.
- Co mam według ciebie zrobić, uśpić was wszystkich? - wtedy tak czy inaczej skończyliby rejs na jakiejś skale. Jedna osoba nie pokieruje statkiem takiego kalibru. - Poradzę sobie. Muszę. - stwierdziła z uporem widocznych w szarych oczach.

Szept

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

[*widocznym]

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

I tyle z łagodnej próby perswazji. Skrzywiła się, jakby to ją tak kapitan od żółtodziobów i szczurów lądowych zwymyślał. Bądź co bądź to ona wysłała Brzeszczota na pożywkę dla kapitana. A wydawał się taki rozsądny... kapitan, nie Brzeszczot.
Nie czekała na powrót najemnika. Czas im się kurczył w zastraszającym tempie. Kilka słów rzuconych w mowie zaklęć... i nic. Tu było zdecydowanie coś nie w porządku. Coś blokowało jej magię w podobny sposób, jak zakładane magom przez Myśliwych Ulotnych Energii bransolety. Spróbowała jeszcze raz, tym razem zmieniając formę zaklęcia, szczególnie przykładając się do intonacji i właściwej wymowy. Nawet dodała do tego gestykulację, z której zwykle nie korzystała. Nadal nic.
- Asuryanie chroń nas - wyszeptała zbielałymi wargami. Podjęła ostatnią, desperacką próbę, ujmując w zaciśniętą dłoń Amulet Kosiarza. Esencję magii, coś, co nie powinno istnieć. Artefakt na tyle potężny, co przerażający. Wypowiedziała słowa mocy, czując przenikające ją dreszcze, jakby magia uwolniła się, lecz coś skupiało ją, kierując przeciwko magowi. Ból rozsadzał jej czaszkę, dłońmi chwyciła się burty, zaciskając na niej dłonie, by nie upaść.
Wtedy wszyscy to usłyszeli. Śpiew.

Szept

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

Jakby nie zrozumiała jego słów, jakby na nią słodki, łagodzący głos podziałał. Stała, zaciskając dłonie na twardym drewnie, ze spuszczoną nisko głową.
- Moja magia... ona nie działa - wyszeptała tak cicho, że chyba nawet i Brzeszczot, ze swoimi wyczulonymi zmysłami miałby problemy, by cokolwiek z jej słów usłyszeć.
Zawiodła. Poczucie klęski powróciło, uderzając w nią. Miała ich ochronić. Miała dać sobie radę. Nie dała. Lecz nie mogła sobie pozwolić na łzy, na żal. Ci ludzie... oni zginą. Skrzypienie desek powiedziało więcej. Statek zmieniał kierunek.
Oderwała się od burty, biegiem wpadając na sternika, jedyne, co przyszło jej w tej rozpaczy do głowy. Bez magii jednak, w zetknięciu z omamioną śpiewem załogą nie miała szans. Silne ręce odepchnęły ją na bok. Nic nie wskórała.
Znów zaskrzypiały deski, ocierając się w bliskiej odległości o skały. Pod nimi rozciągały się zdradzieckie rafy. Z boku statku wyłoniła się głowa złotowłosej kobiety, z jej ust płynął śpiew. Z boku odpowiedział drugi, jeszcze dalej trzeci. Żeglarze obserwowali je, jak spragniony wędrowiec na pustyni, gdy dostrzega przed sobą oazę.

Szept

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

Znów rozległ się zgrzyt, gdy statek przeorał po skałach. Zadrżał niemal cały, jakby miał się od tego rozpaść, a obeznani z wodą żeglarze, gdyby śpiewem omotani nie byli, zrozumieli by, że oto koniec i barkentyna niechybnie pójdzie na dno, wody nabierając.
Szept obeznana z wodą nie była. Ledwie podniosła się chwiejnie na nogi po tym, jak odepchnął ją sternik, znów leżała na deskach, nienawykła do kołysania statku, powalona kolejnym zetknięciem z podwodną skałą.
- Nie słuchaj... - rozejrzała się za Brzeszczotem. Nigdzie w pobliżu nie dostrzegła znajomej sylwetki najemnika. Źle. Bardzo źle.

Szept

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

Jeszcze nigdy nic jej tak nie ucieszyło, jak widok twarzy Brzeszczota. Twarzy, na której nie malowało się ogłupienie i ślepy zachwyt, jak w przypadku tamtych, skaczących za burtę marynarzy, ciągnących do śmierci jak ćma do światła.
- Brzeszczot... - wyrwało się jej. Nawet mu wybaczyła ten żartobliwy ton, w jakim wspomniał o zbliżającej się śmierci. Umieć pływać to jedno. Lecz woda morska zimna, głęboka i rozległa, tereny obce, nieznane. Gdzie tu miał być zielony ląd, choćby najmniejszy skrawek ziemi?
- Nieważne. Tu wcale nie jest lepiej. - podjęcie decyzji nie zajęło jej zbyt dużo czasu.

Szept

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

Gdyby nie to, że sytuacja była krytyczna, wykrzyczałaby mu w twarz, że jej magia zawiodła, że nie ma na co liczyć, chyba tylko cud jest w stanie ich ochronić od śmierci. Ale czasu nie było.
Zamknęła oczy. Ląd, ziemia, ląd, ziemia, powtórzyła parę razy w myślach, niewiele więcej mogąc zrobić. Byli za daleko, by dostać się do wybrzeży Keronii. Taki wysiłek mógłby ich zabić, a przynajmniej zabić maga.
Wydawało jej się, że nic się nie stało. Nie czuła znajomego prądu magii, nie czuła pulsowanie w żyłach, tego ciepłego przepływu. Nic. A jednak wypowiedziała słowa zaklęcia, wciąż z zamkniętymi oczami.
Powietrze wokół nich zawirowało, dźwięki ucichły. Umilkł syreni śpiew, trzask pękających desek. Pozostał tylko szum fal, mewy... i liście. Liście!
Bogowie zlitowali się. Byli uratowani.

Szept

Lucien i Niraneth (Szept) pisze...

Lękliwie otworzyła oczy. Ziemia. Twardy ląd pod stopami.... niech będzie, sypki piasek. Plaża. Byli na plaży. Nieco dalej widać było wysokie partie roślinności, na kształt puszczy jakowejś czy lasu. Fale leniwie uderzały o brzeg, a słońce chyliło się ku horyzontowi. Woda. Brr... chyba dużo czasu upłynie nim odważy się wsiąść na jakikolwiek statek.
- Alastair nie ma z tym nic wspólnego. - Podniosła się szybko, za szybko. Cóż, najwyraźniej elfka nie była w nastroju na żarty. - To nie jego wina, że ci ludzie... - urwała, gwałtownie się odwracając i ruszając prosto przed siebie.

Szept

«Najstarsze ‹Starsze   1 – 200 z 2039   Nowsze› Najnowsze»

Prawa autorskie

© Zastrzegamy sobie prawa autorskie do umieszczanych na blogu tekstów, wymyślonego na jego potrzeby świata oraz postaci.
Nie rościmy sobie natomiast praw autorskich do tych artów, które nie są naszego autorstwa.

Szukaj




˅ ^
+ postacie
Rinne Lasair